poniedziałek, 28 listopada 2022

Żadna narodowość nie daje się tak wyzyskiwać jak Polacy

Czasami lubimy obwiniać żydów, masonów, Niemców, Anglików i innych, ale to to jest w dużej części nasza własna  wina. I będziemy to musieli zmienić RADYKALNIE po wywaleniu tej hołoty sejmowej.

W drugiej połowie XVI w. Rzeczpospolita zyskała miano spichlerza Europy ze względu na duże dostawy zboża do państw Starego Kontynentu. Handel między Gdańskiem a portami Europy skupiał się długo na schemacie eksportu z Polski produktów spożywczych i surowców, takich jak drewno czy skóry, a imporcie produktów luksusowych. Właściwie wszystkie towary luksusowe pochodziły z zagranicy. Szlachta nie wahała się płacić wysokich cen proponowanych przez kupców, jeśli towar spełniał ich wymagania, czyli był bardzo wysokiej jakości. Rzeczy, które dziś określilibyśmy towarami ze średniej półki, znajdowały odbiorców jedynie wśród biedniejszych, a i oni byli wybredni i w przypadku tkanin życzyli sobie „żywych i miłych dla oka kolorów”.

Pod koniec XVIII w. Schelmüller dość lakonicznie, ale znacząco określił mieszkańców Rzeczypospolitej: „Żadna narodowość nie daje się tak wyzyskiwać jak Polacy”. Z faktu tego korzystali zagraniczni kupcy, którym w Rzeczypospolitej żyło się znacznie lepiej niż w innych krajach. Poziom, na jakim żyli zwłaszcza ci kupcy, którzy handlowali cukrem, kawą, winem, suknami i skórami, był imponujący. Z obserwacji Friedricha Schulza podróżującego po Polsce między 1791 a 1793 r. wynika, że wielcy kupcy zajmujący się handlem hurtowym trzymali powozy i konie dla familii, mieli wiejskie domki, ogrody i dobra ziemskie, dawali dzieciom wyższe wychowanie, a żony ich „trzymają sobie często kochanków, którym na marnotrawstwo sowicie dostarczają”. Mniejsi zaś kupcy i kramarze żyli na niższym poziomie, ale i tak przewyższali standardem życia swoich odpowiedników w innych krajach Europy.

Wspomniany wyzysk Polaków przez zagranicznych kupców zauważył już w połowie XVI w. Moryson, opisując, jak to Polacy kupują włoskie jedwabie, angielskie sukna, zagraniczne wina, przyprawy i inne przedmioty zbytku za takie ceny, jakie tylko zażyczą sobie zagraniczni kupcy. W Rzeczypospolitej żaden Sarmata nie ważył się parać handlem, uważając to za prawdziwe świętokradztwo wobec swej szlacheckości. Brak konkurencji w postaci rodzimych kupców sprawiał, że ci przybywający z zagranicy i zaopatrujący szlachtę w przedmioty zbytku mogli sobie pozwolić na swobodne dyktowanie warunków i cen. O kupcach szlachta wypowiadała się w negatywnym tonie, ponieważ „koronę niszczą, ubożą i z dostatków gołocą, a cudze kraje i sami siebie bogacą”. Sarmata, mimo tej niepochlebnej opinii, bez dostarczonych przez kupców wspaniałych tkanin czy wina zwyczajnie nie mógł się obejść.

pobrano z : Stosunek szlachty do handlu w Rzeczypospolitej XVII–XVIII w. (wilanow-palac.pl)


Ci co czerpią korzyści opłacają po prostu czynnki decyzyjno - ustawowe i to się do dzis nie zmieniło

Volumina Legum, tom IV, art. 45, str. 382

Rok 1633 sejm stanowił:

A jeśliby który Szlachcic osiadszy w Mieście, handlami się bawił, y szynkami Mieyskiemi, y Magistratus Mieyskie odprawował; ten ma tracić prærogativam Nobilitatis: y kiedyby sam, albo potomstwo podczas takowych zabaw iego spłodzone, z Miasta w tym wyszedszy Iura Nobilitatis sobie chciał przywłaszczać, y Ziemskich Dobr nabywać: taki każdy. za Szlachcica miany bydź nie ma, y Dobra iego TerrestriaIure Caduco każdy Szlachcic uprosić sobie po nim może