Czytelniku,
Poniżej bardzo ciekawy artykuł prof. Stanisława Bielenia, który byłby świetnym MINISTREM SPRAW ZAGRANICZNYCH zamiast obecnej przybłędy z Oksfordu
Wbrew temu, co pokazuje wojna na Ukrainie, która stała się wojną na wyniszczenie, polscy politycy upierają się, że wojna z Rosją może okazać się wojną szybką i zwycięską. Wygląda na to, że mamy do czynienia z szaleńcami u władzy.
Zamiast nawoływać do ograniczenia ryzyka eskalacji wojny w
najbliższym regionie, marzy im się wojna, w której zwycięstwo ma charakter
fatamorganiczny, a przewidywane zyski
nie mają żadnego oparcia w realistycznych scenariuszach. Zresztą
obserwacja konfliktów na Bliskim Wschodzie (na froncie izraelsko-arabskim, jak
i amerykańsko-irańskim) dowodzi
niemożności osiągnięcia zakładanych celów. Widać, jak maleje praktyczna
wartość wojen w osiąganiu
spektakularnych zwycięstw.
Ta konstatacja powinna sprzyjać odwróceniu rozumowania o
nieuchronności wojny. No bo jakie mogą być jej wymierne korzyści, jeśli
najbardziej widocznym rezultatem są straszliwe zniszczenia i ludobójstwo, co
uzmysławia tragedia Gazy. Nie można udawać, że skrywane pod eufemizmami „misji”
czy „operacji” działania zbrojne są mniej szkodliwe niż oficjalnie deklarowane
wojny. A jednak przywódcy polityczni wszystkich niemal opcji – co widać najlepiej na przykładzie polskiej sceny
politycznej – powracają do postrzegania siły militarnej jako kluczowego
czynnika gwarancji bezpieczeństwa. Dopuszczają użycie siły w bezpośrednim
starciu z arbitralnie wyznaczonym wrogiem jako konieczne i strategicznie
wartościowe rozwiązanie.
Takie stanowisko jest w dużej mierze oparte na bezkrytycznej
wierze w sojusznicze zobowiązania, zwłaszcza „parasol ochronny” USA oraz
zachwycie efektami kolejnej rewolucji w dziedzinie zbrojeń i uzbrojenia.
Właśnie ten ostatni czynnik powoduje, że
zmiany technologiczne w uzbrojeniu oznaczają radykalne przezbrojenie
armii. Rozwój niedrogich dronów i amunicji krążącej zdecydował o zmianie
charakteru działań bojowych. Wojny z wykorzystaniem ciężkiej broni pancernej
przechodzą do historii. Technologie dronowe oraz proliferacja taniej,
precyzyjnej, masowo produkowanej broni rakietowej, mobilnych wyrzutni, wzrost
widoczności pola walki dzięki dostępowi do wysokiej jakości wywiadu
elektronicznego i systemów naprowadzania – niczym zabawki u dzieci wywołują w
umysłach polityków skłonność do miraży i fantazjowania.
Obserwowane w ostatnich latach kampanie wojenne na Ukrainie i
na Bliskim Wschodzie (Iran, Liban, Jemen) mogą służyć jako poligony
doświadczalne, gdzie Rosja, a także USA i Izrael – pomimo znacznej przewagi
militarnej – znalazły się w impasie. Na
wszystkich wymienionych frontach broń dronowa pozwoliła kontynuować walki dłużej niż oczekiwano oraz zapewniła
słabszym państwom, a także podmiotom niepaństwowym (jak Hamas, Hezbollah czy
Huti) zadawanie skutecznych strat potężniejszym przeciwnikom.
Warto zauważyć, że w dłuższej perspektywie mocarstwa są w
stanie zneutralizować chwilowe przewagi technologiczne państw mniejszych i
słabszych. Widać to choćby na przykładzie Rosji, która nową generacją odrzutowych bezzałogowców przejęła inicjatywę
na froncie ukraińskim. Gdyby nie ogromna pomoc Zachodu, idąca w setki miliardów
dolarów, trwająca już piąty rok wojna na
wyniszczenie dawno uległaby zakończeniu. Okazuje się, że w każdej
przedłużającej się wojnie działa swoiste prawo inercji. Trudniej ją zakończyć, choć łatwiej było
zacząć. Ponadto mało kto pamięta, jakie były rzeczywiste powody i cele
rozpoczęcia kampanii wojennej. Eskalacja działań zbrojnych nie ułatwia
prowadzenia negocjacji dyplomatycznych.
Mimo wszelkich negatywnych konsekwencji kataklizmów
wojennych, w dzisiejszym świecie przeważa retoryka prowojenna, w której
wybrzmiewa użyteczność wojen. Przejawia się ona w celach zastraszania
społeczeństw i odwracania uwagi od rzeczywistych problemów. Wojny sprzyjają
odzyskiwaniu utraconych terytoriów lub zdobywaniu nowych, a także przesuwaniu
granic, nawet gdy formalnie obowiązują zasady o ich nienaruszalności. W
ostatnich kilku latach najbardziej spektakularne operacje wojenne w celu
odzyskania utraconych terytoriów w poprzednich konfliktach przeprowadził
Azerbejdżan przeciw Armenii. W wyniku kampanii w 2020 i 2023 roku doszło do
całkowitej likwidacji Górskiego Karabachu jako samodzielnej jednostki
quasi-państwowej, podległej Armenii. Kto pamięta o ofiarach tej wojny i
exodusie Ormian?
Są wreszcie wojny środkiem ustanawiania kontroli nad
ograniczonymi zasobami nośników energii oraz kluczowych minerałów dla rozwoju
nowoczesnych technologii. No i stanowią środek prewencyjny na wypadek wzrostu
zagrożenia ze strony rywali.
Strategia zastraszenia
Jeśli chodzi o zastraszanie społeczeństw i odwracanie uwagi
od realnych problemów, to przoduje pod tym względem tzw. kolektywny Zachód.
Kilkadziesiąt państw najwyżej rozwiniętych traci zdolność do zarządzania
globalnymi systemami finansowymi, informacyjnymi, logistycznymi i politycznymi.
Stąd wojna jest szansą utrzymania władzy i wpływów, powstrzymania rywali,
ustanowienia dzięki nowoczesnym technologiom „cyfrowej wasalizacji”. To
w państwach Zachodu kładzie się największy nacisk na wzrost budżetów wojskowych,
a militaryzacja polityki zagranicznej ma być przykładem dla wszystkich
wahających się.
Zarówno Stany Zjednoczone, jak i państwa Unii Europejskiej
prowadzą narrację pełną hipokryzji. Deklarując obronę wartości, w tym pokoju i
ochronę praw człowieka, jednocześnie cały swój potencjał angażują w cele
wojenne. Udział w organizowaniu pomocy Ukrainie, co oznacza krucjatę przeciw
Rosji, świadczy o stosowaniu przez liderów państw zachodnich podwójnych
standardów moralnych. W tym samym
czasie, gdy nawołują do rozprawienia się ze „zbrodniczą Rosją”, nie są w stanie potępić i zablokować
ludobójstwa, jakie ma miejsce w Strefie Gazy
w wyniku wojennego awanturnictwa Izraela.
USA nie rezygnują w sferze deklaratywnej z obrony
sojuszników, przy okazji budując nowe przyczółki ich coraz większego
zwasalizowania, jak w przypadku Polski poprzez budowę stałej bazy wojskowej.
Biały Dom i Pentagon stoją także na straży wolności żeglugi i
nierozprzestrzeniania broni jądrowej. To jeden z ważnych motywów atakowania
Iranu. Niezależnie od zmian administracji prezydenckich imperium amerykańskie
nie wycofuje się z wyłącznej i misyjnej
odpowiedzialności za utrzymanie porządku międzynarodowego. To nakazuje kolejnym
administracjom, niezależnie od wewnętrznych problemów z ich instytucjonalną
legitymizacją, odwoływać się do wojny jako środka zapobiegania niepożądanym
wydarzeniom.
Wojny
prewencyjne
To USA najczęściej sięgają do logiki wojen prewencyjnych. Ich
źródła znajdujemy w starożytności, a w postaci modelowej przypomniał je
amerykański politolog Graham Allison, nazywając to zjawisko „pułapką
Tukidydesa”. Istotą tej konstrukcji jest przekonanie, że wobec wzrostu potęgi
rywala warto uciec się do wyprzedzających działań militarnych, nie po to, by
wyeliminować zbliżające się zagrożenie, ale aby zapobiec jego powstaniu.
Odnosząc się do ataku Sparty na Ateny w wojnie peloponeskiej jako pierwowzoru takich
zachowań, współcześnie Amerykanie wskazują na narastającą groźbę wojny ze
strony Chin, które dzięki potężnym zbrojeniom wkrótce mogą stać się nietykalne.
Ze względu na skalę potęgi chińskiej oraz strategię umiaru ze strony Pekinu,
uderzenie na Chiny w obecnej kondycji Ameryki wydaje się mało prawdopodobne.
Wiele inwazji amerykańskich w przeszłości (nazywanych też
interwencjami) miało u swoich podstaw prewencję. Odnosi się to zarówno do
Wietnamu, jak i do Iraku, a ostatnio najwyraźniej do Iranu. Operacja Midnight
Hammer (Nocny Młot) w czerwcu 2025 roku była kampanią prewencyjną, mającą na
celu pozbawienie Iranu możliwości wzbogacania uranu i spowolnienie jego dążeń
do uzyskania broni jądrowej. Operacja Epic Fury (Epicka Furia) z przełomu
lutego i marca 2026 roku zakładała natomiast nie tylko zniszczenie, ale także
zmianę ustrojową Iranu. Mimo zniszczeń i dekapitacji przywództwa napadnięte
państwo pokazało odporność na ataki. USA
nie osiągnęły zamierzonych celów, a kampania amerykańska nie zapobiegła
projekcji siły militarnej Iranu poza jego granice. Niezależnie od trumpowskiej
propagandy, reputacja potęgi amerykańskiej została poważnie nadszarpnięta.
Przywołane przykłady świadczą o tym, że Stany Zjednoczone
stanęły otwarcie na gruncie amoralizmu. Przestały bronić liberalnych standardów
i działają w obronie egoistycznych interesów, cynicznie łamiąc prawo
międzynarodowe i bezczelnie lekceważąc racje innych państw, nawet
sojuszniczych. Można śmiało stwierdzić, że z ich przyczyny postępuje
barbaryzacja stosunków międzynarodowych, trwa powrót do praktyk drapieżnego
imperializmu, przypominającego koniec XIX i początek XX wieku. Wbrew dorobkowi prawa międzynarodowego,
zakazującego napaści i grabieży, na wokandę celów najsilniejszego mocarstwa
powraca zajmowanie wszystkiego, co zapewnia przewagi konkurencyjne, a więc
terytorium, zasoby surowcowe, technologie, drogi wodne, podmorskie linie
komunikacyjne, przestrzeń powietrzną i in.
USA chcą powrócić do roli mocarstwa „rozdającego karty”, przywołującego siłą do porządku krnąbrnych i
nieposłusznych.
System międzynarodowy ulega wszak depolaryzacji i
policentryzacji, stąd wiele sfer wymyka im się spod kontroli. Obserwujemy
umacnianie się konkurujących ze sobą przestrzeni gospodarczych i
technologicznych, funkcjonujących według własnych reguł. W takim świecie
długotrwałe kampanie wojenne stają się zbyt kosztowne i wyczerpujące. Tym
właśnie można wytłumaczyć ograniczanie przez Donalda Trumpa wsparcia dla
Ukrainy, jak i ograniczenie wojny z Iranem, przed osiągnięciem któregokolwiek
ze swoich ambitnych celów politycznych.
Rosja i wojna prewencyjna
W odróżnieniu od ekspansywnej i zaczepnej narracji
amerykańskiej, szerzej zachodniej, rosyjska wykładnia doktryny wojennej
odwołuje się do moralnie uzasadnionej obrony. We wszystkich enuncjacjach
występuje odwołanie się do syndromu „oblężonej twierdzy”, osaczenia jej ze
strony Zachodu i konieczności reagowania na śmiertelne zagrożenia. Mają one
charakter zewnętrzny i narastający, a władze sięgają do siły jako wymuszonej
reakcji, podejmowanej po długim namyśle i wyczerpaniu środków dyplomatycznych.
W świadomości powszechnej funkcjonuje mocno ugruntowany mit,
że Rosja nie inicjuje wojen, a jedynie reaguje na narastające zagrożenia. Język
oficjalny faworyzuje kategorie obrony, wyzwolenia i prawdy historycznej. Unika
odniesień do agresywnej przemocy, naruszeń praw człowieka czy grabieży.
Odwołując się do wielkich epopei wojennych – wojen ojczyźnianych z czasów
Napoleona i Hitlera – Rosja przywraca bezpieczeństwo i sprawiedliwość
historyczną. Imperialna polityka ochrony peryferii i rubieży sprzyja prezentacji
siebie jako wyzwoliciela i obrońcy. Nawiązuje się w ten sposób do tradycji
wyzwoleńczej z czasów wojen tureckich w XIX wieku czy zwycięstwa w II wojnie
światowej.
W takim rozumieniu mieści się operacja wojskowa na Ukrainie,
która ma charakter prewencyjny. Trwająca kampania wojskowa jest środkiem
zapobiegawczym i przynosi – mimo tragicznych strat i ofiar – „pozytywne”
rezultaty. Wyklucza bowiem zachodnie afiliacje Ukrainy (przyjęcie państwa w stanie konfliktu do struktur
zachodnich oznaczałoby katastrofę dla nich samych), a także przyszłe
stacjonowanie wojsk państw zachodnich. Całkiem prawdopodobne w przyszłych
rokowaniach pokojowych może okazać się utworzenie strefy buforowej, której
zalet nie są w stanie zrozumieć ani dzisiejsze władze Ukrainy, ani ich
protektorzy. Mogłaby to być jakaś forma modus vivendi, rozwiązania
przejściowego, ale ideologizacja
stanowisk póki co nie dopuszcza takiego sposobu zakończenia konfliktu.
Zważywszy na determinację Rosji w obronie swoich interesów
narodowych trudno dzisiaj dywagować, czy wojny można było całkowicie uniknąć.
Obecnie należy raczej rozważać, jak zapobiec jej dalszej eskalacji. Warto
przypomnieć, że Stany Zjednoczone Joe Bidena i cała zgraja ich europejskich
popleczników nie były skore do dyskusji
kanałami dyplomatycznymi na temat powstrzymania ekspansji NATO na Ukrainę.
Wojna prewencyjna Rosji za cenę ogromnych ofiar osiągnęła więc to, czego nie
udało się zdobyć dzięki negocjacjom. Warto tu nawiązać do wojny
gruzińskiej w 2008 roku, która również
miała charakter prewencyjny. Głównym osiągnięciem Moskwy stało się wówczas
zablokowanie instytucjonalizacji orientacji zachodniej Gruzji, zwłaszcza jej
akcesji do NATO.
To, co łączy narracje atlantyckie i rosyjskie, odnosi się do
podobieństw w politycznym i medialnym pokazywaniu wroga. Tak w Stanach
Zjednoczonych, w Europie Zachodniej, jak i w Rosji zbudowano w ostatnim
ćwierćwieczu wrogą przestrzeń informacyjną. Oprócz metodycznej dezinformacji i
propagandy wprowadzono liczne obostrzenia cenzuralne i poprawnościowe.
Podporządkowano komunikację publiczną logice ochrony państwa, co w USA miało
związek z atakami terrorystycznymi i akcjami odwetowymi, a w Rosji z narastaniem
syndromu wrogości wobec NATO.
Podobieństwa narracji wojennych dotyczą także stosunku do
wrogich stron. I na Zachodzie, i w Rosji dokonuje się depersonifikacji wroga,
podkreśla się własny heroizm, wyrzeczenia i racje moralne, odmawiając tych cech
przeciwnikom. Mobilizacja medialna i indoktrynacja powodują, że po każdej ze
stron – mimo wzrostu sił opozycyjnych – utrzymuje się lojalność wobec władz, a
nawet osobliwy, bo często bezkrytyczny konsensus społeczny. Zjawiska te
wynikają z powszechnego przekonania, że w obliczu nagromadzonych problemów
wojna daje szanse na usprawiedliwienie błędów i szkodliwych polityk, a także na
powstrzymanie konkurentów w globalnej rywalizacji o zasoby i kontrolę, opartą
na nowych technologiach cyfrowych.
Na tle zachodniego i rosyjskiego podejścia do wojny Chiny
odróżniają się powściągliwością w rozważaniu ryzyka jej wszczęcia. Ich
stanowisko wynika z konsekwentnego traktowania użycia siły jako ostatecznego
środka przeciwko separatyzmowi i ingerencji zewnętrznej. Uznawanie Tajwanu jako
części Chin i dążenie do zjednoczenia wyspy mieści się w strategii gróźb, ale i
manewrów dyplomatycznych na drodze stopniowego i cierpliwego zbliżania się do
celu. Podobnie stanowisko w sprawie Morza Południowochińskiego wywodzi
suwerenność nad wyspami z długiego procesu historycznego i stanowi przejaw
obrony terytorium i praw morskich, a nie ekspansję zewnętrzną. Zamiast przemocy
Chiny stosują więc presję psychologiczną, rozwijanie argumentów prawnych i
perswazję dyplomatyczną, towarzyszącą projektom gospodarczym i handlowym. Siłą
chińskiej narracji jest strategiczna spójność, promowanie roli mocarstwa
broniącego moralności i prawa, w duchu pokojowej harmonii i współistnienia.
Narracja Ukrainy i Izraela
Spośród państw mniejszych i zaangażowanych w wojnę należy
jeszcze odnieść się do narracji izraelskiej i ukraińskiej. Opowieść izraelska
opiera się na idei ciągłego zagrożenia egzystencjalnego. Zdolność do samoobrony
jest imperatywem moralnym i politycznym, legitymizowanym przez pamięć o
tragedii Holokaustu. Liczne wojny izraelsko-arabskie, doświadczenia zamachów terrorystycznych i ataków
rakietowych uczyniły z pamięci Zagłady powracające doświadczenie. Powszechne i
codzienne odczuwanie zagrożenia prowadzi do preferowania działań prewencyjnych,
mających na celu jego wyeliminowanie, zanim dojdzie do oczywistych szkód i
ofiar. Taka strategia dopuszcza całkowite zniszczenie wroga, nawet gdy koliduje
ona z prawem humanitarnym. Atak z 7 października 2023 roku stał się fundamentem narracji moralnej w języku
„kultury eksterminacji” (Paweł Mościcki, „Gaza. Rzecz o kulturze
eksterminacji”, Kraków 2025).
Ideologizacja, a nawet swoista sakralizacja wojny z
odwołaniem do granic Wielkiego Izraela powoduje, że w narracji izraelskiej
dopuszczalna, a nawet konieczna staje się okupacja, a za nią inkorporacja
terytoriów uwolnionych od wroga. Mało się o tym mówi, ale Izrael eksploatuje od
lat bogactwa zdobyte w kolejnych wojnach z Arabami. Sprawuje kontrolę nad złożami gazu w Libanie
i Strefie Gazy, zagospodarował grunty rolne na Zachodnim Brzegu, przejął zasoby
wodne w Syrii.
Co najważniejsze, narracja izraelska cieszy się nie tylko
szerokim poparciem społeczeństwa, ufnego w gwarancje dla życia i mienia ze
strony państwa, ale znajduje także zrozumienie u największego sojusznika
zewnętrznego, tj. w Stanach Zjednoczonych. Kolejne administracje w Waszyngtonie
firmują izraelską niedopuszczalność bezbronności we wrogim otoczeniu, ale także
prawnie i moralnie usprawiedliwiają praktyki eksterminacyjne wobec ludności
palestyńskiej. Takie wsparcie wynika nie tylko z lobbingu diaspory żydowskiej w
Ameryce, ale także ze skuteczności „hasbary” (wyjaśniania), czyli izraelskiej
dyplomacji publicznej, skierowanej na agendy rządowe, międzynarodowe media i
grupy nacisku.
Narracja ukraińska wynika z połączenia ofiary rosyjskiej
agresji i obrońcy demokratycznego świata, mimo że Ukraina ani wcześniej, ani
tym bardziej obecnie nie grzeszy przywiązaniem do praktyk demokratycznych. Tym
bardziej nie jest obrońcą Zachodu, gdyż zależy całkowicie od jego wsparcia i
jest na utrzymaniu obcych sił. W tym stanowisku widać wyraźnie wpływ
„mobilizacyjnego optymizmu”, a nawet chciejstwa i zawyżonych oczekiwań.
Władze ukraińskie sprytnie różnicują uzasadnienia swoich ról
w wojnie z Rosją. Wobec Stanów Zjednoczonych przedstawiają się jako obrońca
demokracji, wobec Europejczyków jako
strażnik ich bezpieczeństwa, a wobec najbliższych sąsiadów jako bariera
przed rozlaniem się rosyjskiego imperializmu i powrotu do zależności. Długotrwały opór wobec agresora ma
budzić solidarność, powszechną empatię, a przede wszystkim mobilizować do
udzielania kolejnych transz pomocy i stosowania sankcji wobec Rosji.
Tragedią narracji ukraińskiej jest traktowanie wojny jako
środka gwarantującego przetrwanie państwa. W obliczu coraz większej destrukcji
rodzi się jednak pytanie, czy ograniczenie, a nawet eliminowanie alternatywnych
punktów widzenia nie prowadzi do pogłębiania katastrofy. Jak długo można
utrzymać „optymizm mobilizacyjny”, gdy brak rozstrzygnięć na polu walki i
narasta zmęczenie społeczeństwa pogarszającymi się warunkami
Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)