Czytelniku,
Patrząc na to co się teraz dzieje, żadnego dialogu już raczej nie będzie z tą bandą, która znajduje się w Kijowie, a o warszawskiej nie wspominając.
Te jak poniższe wspomnienia i relacje rozpaliły na nowo tamtejsza tragedię.
W futorze Pózikowskiego pow. Krzemieniec: „Wieczorem, jak zwykle, przyszedł do nas
sąsiad Ukrainiec Aleksander Fedosiuk. Brat mój Wacław w rozmowie z nim
powiedział, iż czasy są niespokojne, lecz my nikomu krzywdy nie zrobiliśmy,
więc gdyby nam groziło niebezpieczeństwo - to przez wieloletnią przyjaźń -
Aleksander nas uprzedzi, to my wyjedziemy do Polski Centralnej. On to
potwierdził, a o 2.00 w nocy przyszedł wraz z uzbrojonym oddziałem bandytów
UPA, by wymordować całą moją rodzinę. /.../ Było nas 12 osób, tj. 10 z mojej
rodziny i stryj Bernard z żoną. Bandyci cały czas mówili po rosyjsku,
podszywając się pod partyzantów radzieckich i dopiero kiedy powiedzieli „bliże
kścienkie" i „wy chotite samostijnej Ukrainy" (my Polacy) zdaliśmy
sobie sprawę kto to jest i że to koniec. Zobaczyłam pobladłą twarz mamy i nawet
nie zdążyliśmy odpowiedzieć, gdy od drzwi z przedpokoju padły ze trzy serie
strzałów z karabinu maszynowego. Z odległości 2-3 m widziałam błyski w czasie
strzałów. Zestrzelone światło lampy naftowej, stojącej na stole przed nami,
pogrążyło pokój w ciemnościach i straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam -
modliłam się. Leżałam na podłodze pod czyimś ciężkim ciałem, które może w
ostatnich konwulsjach wciągało mnie pod siebie. Słyszałam jego charczący oddech,
jęki konających i kilkakrotny krzyk mojego 14-letniego brata Rysia „Ja tak nie
chcę". Nie bolało mnie nic, a kiedy uniosłam głowę, zobaczyłam na tle
światła w pokoju stryja (za przedpokojem), że nikogo nie ma w przedpokoju.
Bandyci rzucili się w tym czasie do rabunku u stryja i w budynkach
gospodarczych. Chyba instynktem życia wiedziona - wstałam i niemal po kostki
brodząc we krwi, prześlizgnęłam się przez drzwi boczne do kuchni. Tam przez
tapczan stojący przy oknie wychodzącym na ścieżkę do budynków gospodarczych,
nie zastanawiając się. wyskoczyłam i wpadłam w krzaki malin tuż obok tej
ścieżki. Na tapczanie do bosych i mokrych od krwi stóp przykleiła się poszewka
z pościeli, a na oczy spływała mi krew z rany głowy. Nic wówczas nic myślałam,
bo gdyby działał zdrowy rozsądek, to przecież widziałam wcześniej obstawione
okna domu i nie próbowałabym tam uciekać. Wyskakując przez okno, widziałam łunę
ognia w stronie zamieszkania rodziny Kozubskich. Byłam jak zaszczute zwierzę.
Leżałam odrętwiała ze strachu, gdy nagie usłyszałam biegnących i klnących po
ukraińsku bandytów, a równocześnie strzał nad moją głową. W jednej sekundzie
pomyślałam, że mnie odkryli i skuliłam się, czekając ciosu, ale oni wówczas
zobaczyli dalej moją siostrę Jadwigę uciekającą do krzaków róż i jaśminów.
Zabili ją i później podpalili. Po tym fakcie bandyci wrócili do pokoju trupów.
Zapalili knot lampy i zabili płaczące w kołysce 8-dniowe dziecko Wacława oraz
zdjęli buty z nóg mojej matce, leżącej na tapczanie pod ciałem Wacława, myśląc,
że jest ona trupem. Dali jeszcze dwie serie strzałów po trupach i kończąc
rabunek odzieży, pościeli itp. w domu oraz maszyn i inwentarza żywego w
budynkach gospodarczych - podpalili je i odjechali. Rana na głowie zaschła i
tylko coraz bardziej bolała mnie prawa noga, gdyż miałam trzy kule w udzie,
które, jak się w Koszlakach okazało, nie naruszyły kości. Komary, czując krew,
bzykały nade mną, a kiedy był już dzień, zdecydowałam się wyjść i szukać
pomocy. Idąc koło domu, widziałam przez wybite okno ciało zabitego brata
Wacława, opartego o ścianę z ranami na skroni, roztrzaskaną główkę 8-dniowego
dziecka w kołysce i nikt nie odezwał się na moje wołanie. Widziałam też
dopalające się zwłoki mojej siostry Jadwigi leżącej koło jaśminów. Myślałam, że
zostałam tylko sama i nie wiedziałam co robić. Kuśtykałam okrwawiona jak upiór
w stronę budynków sąsiada Ukraińca, gdy nagle spoza drzew z podwórza sąsiada
usłyszałam krzyki i głosy mojej bratowej Marii: „Mamusiu - Gina żyje!"
(tak mnie w rodzinie nazywano). Nie da się opisać rozpaczy matki po stracie
dzieci i tak dobrego męża. Wyglądała jak nieprzytomna czy obłąkana. Nikt z nas
nie płakał, bo z bólu chyba łzy wyschły. Ukraińcy - sąsiedzi z Aleksandrem
Fedosiukiem stali ze spuszczonymi głowami, a naprzeciw nich w bieliźnie stały:
chora (po połogu) bratowa Maria z wylęknionym półtorarocznym synkiem (w
koszulince) na ręku. moja mama oraz na ziemi leżała ranna w nogę żona stryja
Bernarda. Wyszli oni z pokoju trupów, kiedy mama zawołała: „Wstawajcie kto
żywy!". Odezwał się wówczas żyjący jeszcze stryj Bernard i prosił:
„Ciągnijcie mnie, ja nie chcę się spalić". Kobiety z trudem wyciągnęły go
przed dom, bo był w stanie agonii i głowa stukała po schodach. Miał wiele ran
na piersiach i odstrzeloną za kostką prawą rękę. To on mnie zasłaniał i
zagarniał ręką pod siebie, a kula, która mnie raniła w głowę, urwała mu rękę.
Zaraz też umarł. W czasie tej masakry nawet niespełna dwuletni synek Wacława,
przygnieciony na tapczanie ciałem zabitego swego ojca i leżącej babci, tj.
mojej mamy, zaczął płakać, a kiedy ta szepnęła mu: „Nie płacz, babcia jest przy
tobie" do końca masakry nie odezwał się, a na wezwanie babci wstał jak
duszek blady i przestraszony. Przez wiele tygodni dziecko to nie odezwało się i
nie zapłakało.” (Regina Owczarczak: Moje wspomnienia z przeżyć na Wołyniu do
1943 r.”; 23 kwiecień 2011
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz