Czytelniku,
Warto się pochylić nad opinią Pana Szlęzaka
Szlęzak: Jestem przeciwko poborowi
https://myslpolska.info/2026/10/05/szlezak-jestem-przeciwko-poborowi/
"Od razu mówię, że jestem przeciwny powszechnemu
poborowi do wojska. Nie będę rozpisywał się o tym czy to w dzisiejszych
realiach wojny ma sens. Nie będę roztrząsał czy ze względu na dziadostwo
polskiej armii to cokolwiek da.
Sporo o tym napisał profesor Adam Wielomski, więc nie będę
wyważał otwartych drzwi i odeślę do jego odpowiedniej wypowiedzi. Ja chcę się
skupić na innej stronie tego problemu. Zacznę od wielokrotnie przytaczanej
wypowiedzi fińskiego marszałka Gustawa Mannerheima. Otóż powiedział on mniej
więcej tak, że przed wydaniem pieniędzy na wojsko, trzeba stworzyć ludziom taki
poziom życia, którego sami będą chcieli bronić. Myśl prosta i oczywista. Jednak
mamy w Polsce taką gmatwaninę spraw, że to, co proste i oczywiste takim nie
jest.
Jeden z wniosków wynikających z myśli Mannerheima jest taki,
że chęć obrony państwa powinna wynikać z utożsamiania się z tym państwem. I tu
po raz pierwszy grzęźniemy w polskim problemie. Znam kilku mniejszych i
większych przedsiębiorców, którzy są na polskie warunki ludźmi zamożnymi.
Dorabiali się latami. Problem w tym, że tego, czego się dorobili prawie wcale
nie wiążą z funkcjonowaniem obecnej formy polskiej państwowości. Wręcz
odwrotnie. Instytucję państwa polskiego uważają za niemal wrogą sobie. To państwo
poprzez monstrualnie rozrośnięty aparat urzędniczy łupi ich bezlitośnie, ciągle
zwiększając obciążenia. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że oni pasują do
myśli Mannerheima i powinni mieć powód do obrony tego państwa. Oni tak jednak
nie myślą.
Jest inna grupa, która nie tylko wydaje się być beneficjentem
istnienia obecnej formy polskiej państwowości, ale faktycznie nią jest. To
ludzie zatrudnieni (celowo nie piszę pracujący, bo z tym różnie bywa) w całym
aparacie rządowym i samorządowym, czyli różne urzędy, państwowe i komunalne
spółki itp. Zatem odnośnie myśli Mannerheima oni powinni być przede wszystkim
zainteresowani obroną tego państwa. Nie są. Tak się porobiło, że oni są
zainteresowani czerpaniem pełnymi garściami z tego państwa i całkowicie
niezainteresowani relacją w drugą stronę. Można tych ludzi szkolić, uczyć
strzelać, zmobilizować i co tam jeszcze. Pewne jest jednak, że wojska z tego
nie będzie.
Jest jeszcze jedna grupa, o której najczęściej się myśli, gdy
chce się wprowadzić powszechny pobór. To młodzi ludzie (nie jestem pewien czy
chodzi tylko o mężczyzn) w wieku kiedyś określanym poborowym, czyli przede
wszystkim od lat osiemnastu do dwudziestu kilku. Oni powszechnie nie uważają
się za beneficjentów życia w obecnej Polsce. To, co mają, nie wynika z tego, że
jest taka, a nie inna Polska. To i jeszcze więcej im się zwyczajnie należy. O
ile sobie przypominam, to w badaniach sprzed kilku lat chęć zbrojnego bronienia
Polski deklarowało w tej grupie około trzydzieści procent. Wyraźnie więcej
deklarowało, że w razie wojny ucieknie z kraju. Nawet jeśli wcieli się ich do
wojska, to prędzej będzie to materiał na dezerterów niż karnych żołnierzy. Na
wojnie na Ukrainie problem dezercji jest ogromny. Śmiem twierdzić, że u nas w
razie wojny co najmniej nie będzie mniejszy.
W zasadzie nie widzę obecnie w Polsce grupy społecznej,
zawodowej czy choćby religijnej, która byłaby gotowa świadomie i dobrowolnie
wyłonić z siebie ludzi chcących i mogących pójść do wojska. Tym III RP różni
się zarówno od PRL-u, jak i zwłaszcza od II RP. W PRL-u wojsko z poboru to był
przymus i w zależności od społecznego pochodzenia albo stracone lata – to dla
inteligencji, albo przekonanie, że dla stania się prawdziwym mężczyzną służba
wojskowa jest niezbędna – to dla wsi i tzw. klasy robotniczej. Sam wywodzę się
z robotniczej rodziny i pamiętam kolegów z podwórka, którzy tak służbę wojskową
traktowali. Motywacje patriotyczne wchodziły w tym przypadku w grę, ale nie
miały istotnego znaczenia.
Z kolei w II RP służba w wojsku była oczywistym patriotycznym
obowiązkiem. Tę motywację miała inteligencja – nosząca żywą tradycję walk o
niepodległość – społeczność wiejska i w mniejszym stopniu środowiska
robotnicze. Pamiętam z relacji mojego dziadka, którego powołano do służby w
kawalerii, że w jego wsi traktowano to jak wyróżnienie. Taki poborowy musiał
być po pierwsze zdrowy, a po drugie nie mógł być analfabetą. Na biednej wsi
międzywojennej bycie zdolnym do służby w kawalerii i nie bycie analfabetą było
traktowane jako wyraz lepszego statusu społecznego. Wśród międzywojennej
inteligencji, o ziemiaństwie nie wspominając, istniało niemal pełne
utożsamianie się z państwem polskim i to nawet wtedy, kiedy było się w ostrej
opozycji do aktualnej władzy.
Jak widać w III RP prawie całkowicie zniszczono to na czym w
II RP i PRL-u opierał się skuteczny pobór powszechny do wojska. To było pełne
utożsamianie się z państwem mimo nawet głębokich różnic politycznych oraz
powszechne przekonanie, że służba wojskowa robi z młokosa mężczyznę. Potrzeba
lat by w obecnej formie polskiej państwowości odbudować ten etos służby
wojskowej.
Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Chodzi mi o tworzenie
atmosfery, że lepszy pokój za wszelką cenę niż nawet najsłuszniejsze powody do
wojny. To wyraźnie widać na tle stosunku do wojny rosyjsko – ukraińskiej. To
trochę tak jakby hasło „to nie nasza wojna” odnosiło się nie tylko do wojny
Rosji z Ukrainą oraz wciągnięcia Polski do wojny z Rosją, ale do każdej wojny,
także takiej, w której bez wątpliwych motywacji politycznych przyszłoby bronić
ojczyzny. Jeśli nie będziemy podtrzymywać przeświadczenia, że ostatecznie
Polski trzeba bronić z bronią w ręku, służąc w wojsku – a to dzisiaj ma
niestety niejednoznaczny wydźwięk – to rojenia o powszechnym poborze nie będą
miały sensu. Zatem jeśli powszechny pobór do wojska albo choćby wprowadzenie
powszechnych szkoleń wojskowych ma mieć sens, to trzeba wiele zmienić w
funkcjonowaniu państwa i świadomości społecznej. Na to się niestety nie ma i
dlatego uważam, że w obecnej sytuacji powszechny pobór do wojska sensu nie
ma."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz