niedziela, 18 października 2026

Polscy emigranci w Isfahanie (1942 – 1945)

Czytelniku,

Poniżej warto przypomnieć ile mamy do zawdzięczenia Iranowi, a co  robiło wcześniej robactwo pisowskie. Zwłaszcza podczas trwającego konfliktu po której stronie powinniśmy bezwzględnie stanąć.

Polscy emigranci w Isfahanie (1942 – 1945)

Tytuł niniejszego artykułu, może na początku wywołać zdziwienie, bowiem co wspólnego mają ze sobą tak odległe państwa jak Polska i Iran? Podczas tragedii, która dotknęła Polskę w czasie Drugiej Wojny Światowej, poza szeroko omówioną w wielu pozycjach pomocą państw zachodnich, często zapomina się o ubogim wówczas Iranie. Jednak stosunki polsko - irańskie mają swoje źródło daleko w przeszłości.

 

Pierwsze próby dyplomatyczne podjęto już za czasów panowania króla Stefana Batorego kiedy w Persji rządził Izmail II. Negocjacje dotyczące wspólnej wyprawy przeciwko Turcji prowadzili Polacy za pośrednictwem posłów weneckich. W 1647 wieku Abbas II pisał list do Jerzego Ossolińskiego zapewniając go o swojej życzliwości. Do Isfahanu przyjeżdżały poselstwa z Rzeczypospolitej, przede wszystkim słane w celach handlowych. Persowie pozytywnie odnosili się do owych kontaktów ze względu na chęć rozwinięcia eksportu jedwabnych tkanin i kobierców. Państwa europejskie starały się także wciągnąć Persję do Świętej Ligii (o to między innymi starał się poseł Zagórski). Starania te jednak nie odniosły sukcesu ponieważ ówczesny władca Safi II nie był skory do rozpoczynania konfliktu z silnym sąsiadem. Polacy i Persowie walczyli także ramię w ramię w XIX wieku (np. 1836 pod Heratem).

 

W tej pracy chciałbym skupić się na mało znanym fakcie, przyjęcia Polaków uciekających z ZSRR przez państwo irańskie w latach 1942-1945. Myślę, że było to bardzo ważne zjawisko, dziś niestety marginalizowane.

 

Okres przedwojenny przypada w historii Iranu na rządy Rezy Szaha (1925-1941). Czas ten znamy w historii jako okres reform i zmian pomimo, że w swojej działalności Reza Szah chciał wzorować się na Atatürku, nie miał ku temu możliwości finansowych ani cywilizacyjnych. Chociaż życie płynęło spokojnie, kraj dręczyła bieda i analfabetyzm. Ponad to, ze względu na znaczną kontrolę przemysłu naftowego przez koncern brytyjski, Irańczycy nie korzystali w pełni z własnych zasobów naturalnych. Reza Szah sprawował rządy niemal despotycznie, nie licząc się z przeciwnikami politycznymi, a także z religijnymi czego przykładem może być masakra tłumu w Maszhadzie w 1935 roku.

 

Szah negatywnie odnosił się do Wielkiej Brytanii ze względu na interesy narodowe, za to dużą sympatią obdarzał III Rzeszę, w której upatrywał prawdopodobnie sojusznika w zmaganiach z Anglią. Dlatego w okresie przedwojennym w Iranie przebywało wielu niemieckich agentów. Kiedy wojska alianckie wysłały notę do Iranu o pozwolenie na dostarczanie sprzętu do ZSRR, władca zwlekając z decyzją sprowadził na kraj nieszczęście. 25 sierpnia 1941 roku wojska brytyjskie wkroczyły do Iranu detronizując władcę, wynosząc na tron jego własnego syna Reze Muhammada. Strefa wpływów brytyjskich obejmowała południe a radzieckich północ kraju. Państwo irańskie nie było suwerenne aż do końca wojny.

 

1 września 1939 roku III Rzesza rozpoczęła agresję na Polskę. 17 września pół miliona żołnierzy radzieckich przekroczyło granicę i rozpoczęło inwazję na Rzeczypospolitą. Pomiędzy dwoma agresorami podpisano pakt na mocy którego zakładano likwidację państwa polskiego i ustalono granicę na linii San-Bug-Narew-Pisa. Na terenie zagarniętym przez ZSRR mieszkało 13 mln obywateli polskich. Pomimo, że bardzo wcześnie podjęto decyzję o wysiedleniu ludności polskiej w głąb ZSRR (5 grudnia 1939) pierwszą masową deportacje przeprowadzono już w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku. Kolejne deportacje przeprowadzano aż 4 razy, według badaczy szacuje się że przesiedlono do Kazachstanu i na Syberię około 309-318 tys. ludzi (wg. danych radzieckich wojsk konwojowych). Jeńców i żołnierzy polskich internowanych przebywało na terenie ZSRR około 130 tys.

 

Wszystkie deportacje odbywały się w zaplanowany sposób, ofiary miały bardzo mało czasu na zebranie potrzebnego bagażu po czym od razu przewożono je na dworce kolejowe. Trzeba dodać, że tak straszne warunki towarzyszyły ofiarom radzieckiego terroru od samego początku. We wspomnianej deportacji w lutym panował mróz, a ludzi wtłaczano do towarowych pociągów w niewyobrażalnym ścisku. Ludzie przewożeni byli w głodzie oraz fatalnych warunkach sanitarnych. Niszcząca praca w kołchozach i minimalne dawki żywnościowe zabiły wielu Polaków. Zmiana przyszła dopiero po dwóch latach, tym niezwykłym przełomem był układ Sikorski - Majski.

 

Pakt pomiędzy gen. Władysławem Sikorskim a ambasadorem Iwanem Majskim został podpisany w Londynie 30 lipca 1941 roku. Mimo licznych braków i niedomówień w tekście, układ został zawarty pod naciskiem Brytyjczyków. Następstwem tego była amnestia ogłoszona przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRR 12 sierpnia 1941 roku. Na mocy umowy, Związek Radziecki zwolnił z więzień oraz obozów 340 tys. Polaków. Dowódcą wojsk polskich na Bliskim Wschodzie został gen. Bryg. Józef Zając, który spotkał się z Sikorskim w Teheranie 26 listopada. Polska armia miała liczyć początkowo 25 tys. żołnierzy, jednak już we wrześniu liczba ochotników przekroczyła limit. Stan wojska nie był dobry. Żołnierze często przybywali chorzy. W 1942 roku rozpoczęło się przemieszczanie jednostek polskich do republik azjatyckich. Nadwyżka żołnierzy powyżej 44 tys. miała być ewakuowana do Iranu, do Persji przewieziono 33 tys. żołnierzy, 10 tys. cywili.

 

Aby przybliżyć warunki podróży Polaków będę korzystał między innymi ze spisanych wspomnień jednego z dzieci Isfahanu Ireny Beaupre-Stankiewicz zawartych w książce „Isfahan Miasto Polskich Dzieci”.

 

Trudne warunki podróży i pobytu w Rosji opisuje niemal każdy kto się tam znalazł podczas wojny. Nie tylko armii polskiej brakowało wszystkiego. Cywile cierpieli często na różne choroby. Wielu, których spotkała autorka nigdy nie wydostało się ze Związku Radzieckiego. Tułaczy męczyły także warunki atmosferyczne, w nocy przeraźliwe gorąco a nocą chłód. Irena Beupre-Stankiewicz wspomina przerażającą przeprawę z Krasnowodska (skąd wypływały najczęściej statki z Polakami do Iranu) przez morze, na przeładowanych łodziach. Warunki panujące na wodzie doskonale oddają słowa aktorki, które pozwolę sobie zacytować: „Wody nie było, a zapasy zebrane do manierek bardzo szybko się wyczerpały. Ustęp był jeden na setki ludzi z których większość miała biegunkę.” Z braku wody ci, których było na to stać kupowali młode wino. Na statku jechało wielu chorych, których często tratowano. Dlatego można sobie wyobrazić, że dla ludzi, którzy odbyli gehennę związana z podróżą z ZSRR, port w Phlavi okazał się niemal rajem, tam tułacze mogli się umyć i najeść.

 

Nie wszystkie drogi do Iranu prowadziły przez morze. Druga alternatywna trasa biegła przez Kopet Dag z Aszchabadu prosto do Meszhedy, tą trasą przyjechało niemal 3 tys. osób. Natomiast z Phlevi transportowano Polaków do Teheranu co robiły brytyjskie General Purpose Trasport (GPT). Dużo informacji o początkowych problemach z transportem oraz innymi logistycznymi sprawami ujawnia raport pułkownika Rossa. Z Teheranu Polacy byli przewożeni do Isfahanu.

 

Isfahan to starożytne miasto położone na wysokości 1524 metrów n.p.m. Leży na południe od Teheranu jest ważnym punktem na szlaku wiodącym przez Iran. Historia miasta sięga czasów Achemenidzkich. W 1235 roku zostało uszkodzone przez Mongołów. W zabudowę ośrodka miejskiego wniosła wiele dynastia Timurydów po przejściu na szyizm, wznosząc tam niezwykłą architekturę. Świetność miasta przypada na okres Safawidzki, kiedy Szah Abbas I przeniósł tam swoją stolicę z Kazwinu. Złote czasy dla tego pięknego miasta szybko przeminęły, zaczęto prześladować mniejszości, a w 1722 roku zostało napadnięte przez Afgańczyków przez co poniosło duże straty. Na kolejny wzrost musiało czekać aż do początków panowania Rezy Szaha.

 

„Isfahańskie drzewa, isfahańskie klony,

Isfahańskich liści muzułmański śpiew –

I przedświt poranka smutkiem rozmodlony

Isfahańskich klonów, muzułmańskich drzew.”

 

 

Do Isfahanu trafiło 250 osób (10.04.1942), jednak Polaków przybywało coraz więcej i ośrodek zwiększył liczbę mieszkańców do 2600, głównie dzieci, sierot i pół-sierot. Wojna wykończyła psychicznie wielu dorosłych, cóż dopiero powiedzieć o dzieciach, dlatego ośrodków nie nazywano sierocińcami lecz internatami, najczęściej operując w nazewnictwie numerami.

 

Początkowo dzieci były dobrze odżywiane, jednak z czasem i jedzenie się pogorszyło. Brakowało także sprzętu codziennego użytku. Dlatego postanowiono, że Polacy sami będą produkować potrzebne przedmioty. Z ważniejszych warsztatów warto wspomnieć o szwalni, która posiadała aż 16 maszyn. W Isfahanie funkcjonowała także polska piekarnia, łaźnia w budynku, obok której hodowano świnie.

 

Zakłady były porozmieszczane w różnych punktach miasta, 5 przy alei Czahar Bagh, 7 w dzielnicy ormiańskiej Dżulfie, oraz przy innych ulicach, często zaułkach. Z czasem dzieci rosły więc niektóre zakłady likwidowano. Panowała dobra atmosfera, młodzi mieszkańcy mieli wiele rozrywek, o których napiszę jeszcze poniżej. Teraz pokrótce na temat poszczególnych zakładów dla dzieci.

 

Na uwagę zasługuje zakład numer 1. Został on założony w pałacu księcia Soremidoule za jego zgodą. Zaletą tego zakładu był duży ogród. Podobno pewnego dnia niesforne dzieci bawiąc się w Indian ukradły pawiom księcia pióra. Drugim ważnym miejscem jest zakład nr. 2 SS Szarytek. Antonia Proniewicz-Twardowska wspomina pobyt u sióstr bardzo dobrze. Leżał on przy alei Szeika Bahai niedaleko meczetu Matki Szaha. Obok klasztoru znajdował się piękny ogród. Setka dziewcząt przebywała tam na koszt Ojca Świętego. W zakładzie znajdowała się szkoła powszechna i gimnazjum dla dziewcząt. Zakład numer 3 prowadzili OO Salezjanie. Tam mieszkało 40 chłopców utrzymywanych przez Watykan. Niedaleko na Czahar Baghu znajdował się zakład numer 9, w którym mieściło się gimnazjum. Interesujący jest także zakład numer 17. Właścicielem budynku był zamożny Pers. Po tym jak usłyszał co spotkało małych Polaków, wynajął swój dom na zakład. Tam zamieszkały młodsze dzieci pomiędzy 3 a 12 rokiem życia. W zakładzie numer 10 znajdowało się przedszkole, pod numerem 6 oraz 12 mieściły się szkoły powszechne. Były one bardzo ważnym elementem pobytu polskich dzieci w Isfahanie, dlatego poświęcę im jeszcze miejsce w tej pracy.

 

Po przyjeździe pierwszych dzieci do Isfahanu, bardzo szybko rozpoczynano naukę. Oczywiście nie posiadano książek a ławki były tylko prowizoryczne. 5 maja 1942 roku powstała „Komisja szkolna dla celów organizacji szkolnictwa polskiego w Iranie”. W czasie gdy w mieście przebywało najwięcej dzieci funkcjonowało symultanicznie 10 szkół powszechnych. Nauczano programu sprzed 1939 roku, często wykorzystując tylko pamięć nauczycieli. Książek dostarczyło w końcu polskie wydawnictwo w Palestynie. Dzieci uczono języka angielskiego oraz w niektórych grupach perskiego. Otworzono także kilka szkół zawodowych. Krawiectwa uczono w zakładzie numer 6, rytownictwa w miedzi i srebrze w 15, a dywaniarstwa w 17. Wiązanie dywanów to praca wymagająca dużej uwagi i czasu oraz cierpliwości, mimo to Polki świetnie sobie z tym radziły. Młode dziewczyny utkały kilka dywanów, które można oglądać do dziś np. w instytucie im. Gen. Sikorskiego. Bardzo ważnym wydarzeniem był egzamin dojrzałości dla starszych dziewcząt, do którego podeszły 26 oraz 28 lutego 1945. Wszystkie kandydatki zdały.

Jedną z rzeczy, która od zawsze towarzyszyła polskim tułaczom była religia. Najlepiej oddają to słowa ze wspomnień Ireny Juchniewicz-Godyń: „kurczowo trzymałyśmy się wiary i modlitwy. Modlitwą zaczynałyśmy i kończyłyśmy dzień szkolny (…), modliłyśmy się żarliwie, dziękując Bogu za cudowne ocalenie, (…) msze Św., litanie, nowenny były często spontanicznymi odruchami, potrzebą serca (…)”. Jedno z zachowanych zdjęć ukazuje dużą grupę dzieci wraz z wychowawcami zaraz po uroczystości pierwszej Komunii Św., inne procesje w Dzień Zaduszny. W 1943 roku w kościele SS Szarytek ufundowano tablicę przedstawiającą Matkę Boską oraz orła. Tekst wyryty na różowym marmurze głosi „Królowo Polska módl się za nami” oraz „Dzieci Polskie w tej kaplicy składały hołd Bogurodzicy w latach wygnania. Isfahan – Iran”. Obchodzono wszystkie ważne święta katolickie, jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Barbara Stankiewicz opisuje jedną z takich Wigilii, podczas której dziewczęta dostały przybory potrzebne do szkoły oraz owoce. Na stole wigilijnym znalazły się także polskie dania, natomiast po kolacji wszyscy poszli na pasterkę. W Isfahanie istniało także Polskie harcerstwo (ZHP). Pierwsza drużyna została założona 28.7.1942.

W życiu każdego, poza pracą i nauką musi się znaleźć także czas na rozrywkę. Jest to niezmiernie ważne w przypadku prawidłowego rozwoju dzieci i młodzieży. Jedną z rozrywek były przyjazdy ważnych osób, odwiedzających młodych w Isfahanie. Barbara Stankiewicz wspomina, że w samym 1942 roku zakłady odwiedzili delegat papieski, arcybiskup heliopolitański J. Marina, generał Karaszewicz-Tokarzewski. 11 maja przyjechał brat króla angielskiego Jego Królewska Wysokość książę Gloucester. Jednak jednym z najważniejszych wydarzeń stała się wizyta samego Szaha wraz z małżonką 11.6.1943. Zofia Jarmulska wspomina to wielkie wydarzenie. Wszyscy byli ubrani elegancko, w stroje narodowe. Szah z małżonką, wtedy jeszcze młodzi zrobili na Polkach duże wrażenie. Następne spotkanie z dziećmi isfahanu miało miejsce 29 września 1974 roku, to niezwykle wzruszające wydarzenie odbyło się w Wielkiej Brytanii, gdzie Szah z żoną znów spotkali się z byłymi wychowankami zakładów polskich w Iranie.

Pomiędzy ośrodkami kursował autobus, którym można było dotrzeć na basen, do łaźni. Organizowano także wiele wycieczek często dokumentowanych zdjęciami. Jedną z ważniejszych wypraw była ta do Persepolis. Na początku młodzież zwiedziła Pasargade, gdzie znajduje się grobowiec Cyrusa Wielkiego, potem ruiny starożytnej stolicy.

Pośród Polaków w Isfahanie znalazło się wielu amatorów sportu, organizowano więc zawody pływackie, wycieczki rowerowe, młodzież grała w piłkę oraz siatkówkę. W Teheranie odbył się mecz piłki nożnej pomiędzy Polakami, a Irańczykami, który Polacy wygrali w stosunku 3:1. Organizowano imieniny oraz urodziny. Obchodzono również wszystkie święta państwowe.

 

W Iranie wydawano gazety, nie posiadając jednak polskich czcionek. Bardziej znamienite to wydawane w Teheranie „Polak w Iranie”, „Zew”, „Nasz przyjaciel”, w Jerozolimie wydawano „Gazetę Polską” jednak dorobek polskich uchodźców to nie tylko gazety. Powstało Towarzystwo Studiów Irańskich, którego prezesem został prof. Stanisław Kościałkowski z Uniwersytetu Stefana Batorego. Do zbiorów instytutu należy wiele odczytów, 3 tomy „studiów Irańskich” oraz wiele artykułów.

 

Kontakty z ludnością miejscową były bardzo ograniczone. Jak można było zauważyć politycy, różne ważne postacie były przychylne polskim uchodźcom jednak w codziennych stosunkach, w czasach gdy o kulturze perskiej w Polsce nie słyszano nic albo niezwykle mało, niektórych barier nie można było ominąć. Persowie w Isfahanie często nie umieli tolerować stroju Polek (ubranych przecież bardzo skromnie) ponieważ nie byli do tego przyzwyczajeni kulturowo. Dlatego często dziewczętom na ulicach towarzyszyły docinki ze strony Persów, czasami obraźliwe. Janina Niedziłka wspomina nawet incydent, gdzie Polki zostały obrzucone kamieniami i były im zrywane berety z głów. Sklepikarze isfahańscy szybko nauczyli się prostych zwrotów po polsku aby sprzedać swój towar, podobnie jak żebrzące dzieci. Perscy książęta często zapraszali młode dziewczyny do pałaców. Irena Beaupre opisuje także święto religijne, podczas którego Persowie biczują się i śpiewają, być może obchodzili Aszurę.

 

Czas mijał bardzo szybko, wojna powoli się kończyła i trzeba było pomyśleć o powrocie. W miejscowości Ahwaz znajdował się obóz przejściowy dla polaków. Stąd ścieżki uchodźców się rozchodziły, prowadziły do Indii, Afryki, Nowej Zelandii, Libanu dla ludności cywilnej, dla żołnierzy do Iraku i Palestyny.

 

Ahwaz (Ahvaz) to stolica Kuzystanu, leży na pustynnej nizinie i właśnie temu zawdzięcza bardzo wysokie temperatury latem. Jest to jedno z najstarszych miast Iranu, rozkwitało za Sasanidów, potem zdobyte przez arabów, w XIX wieku miasto zaczęło podupadać by znów odrodzić się po odkryciu pól naftowych w XX wieku. Obóz przejściowy powstał w 1942 roku, najpierw ciężarówki udawały się do Qom a stamtąd ludność była przewożona pociągami do Ahwazu.

 

Sytuacja międzynarodowa uległa zmianie, władze londyńskie nie uznały nowego rządu w Polsce, stąd pojawiło się pytanie gdzie ulokować Polaków, którzy wyjeżdżali z Iranu. Liban wydał się najodpowiedniejszym miejscem i po udanych rozmowach rozpoczęto transport. Pokonywali oni drogę z Bagdadu do Bejrutu, w ten sposób udało się przetransportować 4200 osób. W tym czasie w Iranie zostało już tylko 300 osób likwidujących placówki i załatwiających pozostałe sprawy związane z administracją. Ośrodki Polskie znajdowały się w Ajaltoun, Baabdad, Bdaboun, Bhamdoun i Ghazir. Dalej Polacy wyjeżdżali do Wielkiej Brytanii (3,562 osób) , niektórzy zdecydowali się na powrót do Polski (607 osób). Dalsze losy Polaków w Libanie w latach 1946 – 1947 nie są jednak tematem tego szkicu.

 

Tak skończyła się polska emigracja w Iranie. Przyjaźnie zawarte na obczyźnie są utrzymywane do dziś chociaż drogi życiowe poprowadziły emigrantów w różne części świata. W latach 60 i 70 odbyło się wiele zjazdów byłych uczniów i uczennic tych szkół. Niektórzy z nich wrócili po latach do Iranu. To pozwala nazwać Isfahan „Miastem Polskich dzieci”.

 

Przez trudy Rosji, aż do gorącego Iranu, który pomimo własnych problemów godnie i z typową perską gościnnością przyjął polskich emigrantów. A potem, kiedy Europa zakończyła wojnę powoli zapominając o jej zbrodniach, polscy tułacze ruszyli dalej w świat. Lecz więzi łączące od tej pory Polskę i Iran są bardzo mocne. Nie powinniśmy o tym zapominać, szczególnie dziś.

 

„Rozlało się morze i – brzeg piaszczysty

Zatapia me nogi nadziei zmęczeniem…

Gdzieś w tyle ryk statku… Na przodzie z poświstem

Skłaniają się palmy w odwiecznym westchnieniu.

 

W oddali jest droga i wschodni drogowskaz

Za którym pojadę w świat szlakiem Dariusza. –

Bieleją namioty jak włosy od troski

I dziwnie w zaświaty chce przenieść się dusza.

 

A jutro znów obce przygarną mię ziemie

I te z Phlevi rozśpiewają się ptaki. -

Wyruszam… Gdzie kres mej tułaczki, ja nie wiem,

Gdyż ciągle przede mną są drogi i szlaki.”


pobrano z : Polscy emigranci w Isfahanie (1942 – 1945) - vaterland.pl


wtorek, 6 października 2026

Szlęzak: Jestem przeciwko poborowi

Czytelniku,

Warto się pochylić nad opinią Pana Szlęzaka

Szlęzak: Jestem przeciwko poborowi

https://myslpolska.info/2026/10/05/szlezak-jestem-przeciwko-poborowi/

"Od razu mówię, że jestem przeciwny powszechnemu poborowi do wojska. Nie będę rozpisywał się o tym czy to w dzisiejszych realiach wojny ma sens. Nie będę roztrząsał czy ze względu na dziadostwo polskiej armii to cokolwiek da.

 

Sporo o tym napisał profesor Adam Wielomski, więc nie będę wyważał otwartych drzwi i odeślę do jego odpowiedniej wypowiedzi. Ja chcę się skupić na innej stronie tego problemu. Zacznę od wielokrotnie przytaczanej wypowiedzi fińskiego marszałka Gustawa Mannerheima. Otóż powiedział on mniej więcej tak, że przed wydaniem pieniędzy na wojsko, trzeba stworzyć ludziom taki poziom życia, którego sami będą chcieli bronić. Myśl prosta i oczywista. Jednak mamy w Polsce taką gmatwaninę spraw, że to, co proste i oczywiste takim nie jest.

Jeden z wniosków wynikających z myśli Mannerheima jest taki, że chęć obrony państwa powinna wynikać z utożsamiania się z tym państwem. I tu po raz pierwszy grzęźniemy w polskim problemie. Znam kilku mniejszych i większych przedsiębiorców, którzy są na polskie warunki ludźmi zamożnymi. Dorabiali się latami. Problem w tym, że tego, czego się dorobili prawie wcale nie wiążą z funkcjonowaniem obecnej formy polskiej państwowości. Wręcz odwrotnie. Instytucję państwa polskiego uważają za niemal wrogą sobie. To państwo poprzez monstrualnie rozrośnięty aparat urzędniczy łupi ich bezlitośnie, ciągle zwiększając obciążenia. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że oni pasują do myśli Mannerheima i powinni mieć powód do obrony tego państwa. Oni tak jednak nie myślą.

 

Jest inna grupa, która nie tylko wydaje się być beneficjentem istnienia obecnej formy polskiej państwowości, ale faktycznie nią jest. To ludzie zatrudnieni (celowo nie piszę pracujący, bo z tym różnie bywa) w całym aparacie rządowym i samorządowym, czyli różne urzędy, państwowe i komunalne spółki itp. Zatem odnośnie myśli Mannerheima oni powinni być przede wszystkim zainteresowani obroną tego państwa. Nie są. Tak się porobiło, że oni są zainteresowani czerpaniem pełnymi garściami z tego państwa i całkowicie niezainteresowani relacją w drugą stronę. Można tych ludzi szkolić, uczyć strzelać, zmobilizować i co tam jeszcze. Pewne jest jednak, że wojska z tego nie będzie.

 

Jest jeszcze jedna grupa, o której najczęściej się myśli, gdy chce się wprowadzić powszechny pobór. To młodzi ludzie (nie jestem pewien czy chodzi tylko o mężczyzn) w wieku kiedyś określanym poborowym, czyli przede wszystkim od lat osiemnastu do dwudziestu kilku. Oni powszechnie nie uważają się za beneficjentów życia w obecnej Polsce. To, co mają, nie wynika z tego, że jest taka, a nie inna Polska. To i jeszcze więcej im się zwyczajnie należy. O ile sobie przypominam, to w badaniach sprzed kilku lat chęć zbrojnego bronienia Polski deklarowało w tej grupie około trzydzieści procent. Wyraźnie więcej deklarowało, że w razie wojny ucieknie z kraju. Nawet jeśli wcieli się ich do wojska, to prędzej będzie to materiał na dezerterów niż karnych żołnierzy. Na wojnie na Ukrainie problem dezercji jest ogromny. Śmiem twierdzić, że u nas w razie wojny co najmniej nie będzie mniejszy.

W zasadzie nie widzę obecnie w Polsce grupy społecznej, zawodowej czy choćby religijnej, która byłaby gotowa świadomie i dobrowolnie wyłonić z siebie ludzi chcących i mogących pójść do wojska. Tym III RP różni się zarówno od PRL-u, jak i zwłaszcza od II RP. W PRL-u wojsko z poboru to był przymus i w zależności od społecznego pochodzenia albo stracone lata – to dla inteligencji, albo przekonanie, że dla stania się prawdziwym mężczyzną służba wojskowa jest niezbędna – to dla wsi i tzw. klasy robotniczej. Sam wywodzę się z robotniczej rodziny i pamiętam kolegów z podwórka, którzy tak służbę wojskową traktowali. Motywacje patriotyczne wchodziły w tym przypadku w grę, ale nie miały istotnego znaczenia.

 

Z kolei w II RP służba w wojsku była oczywistym patriotycznym obowiązkiem. Tę motywację miała inteligencja – nosząca żywą tradycję walk o niepodległość – społeczność wiejska i w mniejszym stopniu środowiska robotnicze. Pamiętam z relacji mojego dziadka, którego powołano do służby w kawalerii, że w jego wsi traktowano to jak wyróżnienie. Taki poborowy musiał być po pierwsze zdrowy, a po drugie nie mógł być analfabetą. Na biednej wsi międzywojennej bycie zdolnym do służby w kawalerii i nie bycie analfabetą było traktowane jako wyraz lepszego statusu społecznego. Wśród międzywojennej inteligencji, o ziemiaństwie nie wspominając, istniało niemal pełne utożsamianie się z państwem polskim i to nawet wtedy, kiedy było się w ostrej opozycji do aktualnej władzy.

 

Jak widać w III RP prawie całkowicie zniszczono to na czym w II RP i PRL-u opierał się skuteczny pobór powszechny do wojska. To było pełne utożsamianie się z państwem mimo nawet głębokich różnic politycznych oraz powszechne przekonanie, że służba wojskowa robi z młokosa mężczyznę. Potrzeba lat by w obecnej formie polskiej państwowości odbudować ten etos służby wojskowej.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Chodzi mi o tworzenie atmosfery, że lepszy pokój za wszelką cenę niż nawet najsłuszniejsze powody do wojny. To wyraźnie widać na tle stosunku do wojny rosyjsko – ukraińskiej. To trochę tak jakby hasło „to nie nasza wojna” odnosiło się nie tylko do wojny Rosji z Ukrainą oraz wciągnięcia Polski do wojny z Rosją, ale do każdej wojny, także takiej, w której bez wątpliwych motywacji politycznych przyszłoby bronić ojczyzny. Jeśli nie będziemy podtrzymywać przeświadczenia, że ostatecznie Polski trzeba bronić z bronią w ręku, służąc w wojsku – a to dzisiaj ma niestety niejednoznaczny wydźwięk – to rojenia o powszechnym poborze nie będą miały sensu. Zatem jeśli powszechny pobór do wojska albo choćby wprowadzenie powszechnych szkoleń wojskowych ma mieć sens, to trzeba wiele zmienić w funkcjonowaniu państwa i świadomości społecznej. Na to się niestety nie ma i dlatego uważam, że w obecnej sytuacji powszechny pobór do wojska sensu nie ma."

niedziela, 4 października 2026

BITWA pod Warszawą. Głos faktów i dokumentów historycznych

Czytelniku,

Poniżej, praca przepisana z : Bitwa pod Warszawą : głos faktów i dokum..., Płk. dypl. R. M | Polona

Praca Płk dypl Romana Michałowskiego o słynnej bitwie pod Warszawą, którą warto sobie przyswoić, gdyż obecny rząd działa dokładnie jak Piłsudski  na korzyść państw zewnętrznych a nie polskich.

Wśród naszych historyków brak jest podkreślenia co ten zasraniec Ginet Selman  zwany Piłsudskim zrobił z armią Hallera i ochotnikami z Ameryki. Ochotnicy generała Józefa Hallera, tej armii zapisują się złotymi, lecz i krwawymi zgłoskami w historii operacji warszawskiej. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, a nawet podkreślić, że widocznie Piłsudski był pewnym łatwego nad Rosją zwycięstwa, skoro tuż przed tą wyprawą, ostatecznie zlikwidował bitną Armię Błękitną generała Hallera, zorganizowaną we Francji i Ameryce, i odmówił prośbom ochotników polskich z Ameryki prawie dalszej walki o niepodległość. Umieszczeni w obozach przejściowych na Pomorzu, zniechęceni i w łachmanach, oczekiwali oni w tym czasie na transport do Ameryki. Olbrzymia ich większość zrezygnowała jednak z powrotu i zaciągnęła się znowu w szeregi armii ochotniczej swojego dawnego wodza.

Bitwa pod Warszawą

Głos faktów i dokumentów historycznych
BITWA pod Warszawą. Głos faktów i dokumentów historycznych

BITWA pod Warszawą w 1920 roku należy w historii wojen do całkowicie wyjątkowych operacji. Zakończyła ona zwycięsko kampanię, którą rozpoczął ówczesny naczelny wódz, J. Piłsudski, tzw. „wyprawą kijowską” w dniu 25 kwietnia 1920, oparłszy ją na całkowicie błędnych podstawach.

Fałszywa wyprawa

Wyprawa kijowska opierała się na zupełnie fałszywej ocenie przeciwnika i zupełnym zlekceważeniu zasad operacyjnych, obowiązujących na teatrze wojennym polsko-rosyjskim zmagań, na którym front północny, a nie południowy, stanowił zawsze o rozstrzygnięciu kampanii.

To odwrócenie znaczenia obu wymienionych frontów i w konsekwencji skoncentrowanie głównych sił polskich na froncie ukraińskim, a pozostawienie na froncie północnym zbyt słabych sił, któreby mogły się przez czas określony przeciwstawiać się skutecznie natarciom armii czerwonej (siedzącej swoimi głównymi siłami na rozstrzygającym wojnę kierunku Smoleńsk—Warszawa), spowodowały niepowodzenie kampanii oraz trzymiesięczny odwrót armii polskiej.

Mogę bić!...

Czerwone wojska osłonowe na froncie ukraińskim celowo cofały się przed frontowym atakiem Piłsudskiego tak, że główne siły polskie bez większego wysiłku zajęły Kijów w dniu 8 maja 1920 roku.

Piłsudski, wciągany w matwię i próżnię strategiczną, nie orientował się wcale, że wiąże swoje główne siły w rejonie i zbyt odległym i ekscentrycznym. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że przy braku odpowiedniej komunikacji i możliwości szybkich transportów, nie będzie w stanie za czas interweniować na odcinku głównym w wypadku, gdyby armia czerwona pod dowództwem Tuchaczewskiego zagroziła temu frontowi. Nie liczył się on także z tym oczywistym faktem, że w razie uderzenia głównych sił czerwonych na północy i zagrożenia bezpośrednio Warszawie, Tuchaczewski wcześniej osiągnie stolicę, aniżeli Piłsudski zdąży ze swoją interwencją i z przerzuceniem sił z południa ku północy.

Piłsudski nie tylko nie żywił żadnych obaw i wątpliwości operacyjnych, maszerując „zwycięsko” ku Kijowowi, lecz przeciwnie z pychą wojskowego dyletanta i kresowego panka, oświadczył do zebranych w Żytomierzu dziennikarzy zagranicznych, że może bić bolszewików: „gdzie chce, jak chce i kiedy chce” (wywiad m.in. w londyńskim „Daily Mail”)

Odwrót

Tymczasem, po związaniu głównych sił polskich w rejonie Kijowa, armia czerwona podejmuje generalną kontrofensywę na całym froncie. Przerzucenie zaś dobrze zorganizowanej armii konnej Budionnego na tyły, powoduje panikę oraz odwrót frontu południowego, pod dowództwem gen. Rydza-Śmigłego, podczas gdy naczelny wódz, Józef Piłsudski, chyłkiem opuszcza Kijów i wraca do Warszawy.

Równocześnie, pod uderzeniem przeważających sił Tuchaczewskiego na północy, również gen. Szeptycki, dowódca frontu północno-wschodniego, zmuszony jest do odwrotu, mając ruchliwy korpus konny Gay Hana na swoim północnym skrzydle.

Z konieczności i generał Sikorski, dowódca Grupy Poleskiej, która stanowiła wiązadło strategiczne obu frontów, zmuszony jest do wydania rozkazu odwrotowego.

Bolszewicy prą ku zachodowi

W ten sposób operacyjnie nieopatrzna wyprawa kijowska, zamiast się zamknąć, jak Piłsudski sądził, w ramach Ukrainy, umożliwiła Moskwie podjęcie oddawna przez nią planowanej ofensywy czerwonej ku zachodowi.

Czerwony Kreml doskonale orientował się w zamiarach Piłsudskiego i wiedział o zawartym przez niego tajnym układzie z uchodźcami ukraińskimi i gruzińskimi. Moskwa grała z Piłsudskim na zyskanie na czasie w celu ostatecznego zlikwidowania w międzyczasie wojsk białych Kołczaka i Denikina.

Uchwyciwszy w swoje ręce polskich wywiadowców, działających w ramienia Piłsudskiego na terenie Rosji – Moskwa umiejętnie kierowała ich informacjami, które miały za cel wprowadzenie Piłsudskiego w błąd. Stąd naczelny wódz polski miał całkowicie fałszywy obraz sytuacji wewnętrznej rosyjskiej, a co więcej uwierzył, że główne siły armii czerwonej koncentrują się na Ukrainie.

Wbrew wszelkiej logice operacyjnej i wbrew ostrzeżeniom wybitnych generałów, a w szczególności generała Szeptyckiego, Piłsudski przyjmuje absurdalne doniesienia swoich wywiadowców jako prawdziwe i nakazuje również koncentrację głównych sił w kierunku na Kijów.

Przewaga operacyjna i polityczna

W ten sposób, dzięki zręcznej grze Moskwy, obie planowane ofensywy, polska i rosyjska, zbiegają się w czasie i krzyżują, z tą jednak zasadniczą różnicą, że ugrupowanie polskich sił jest całkowicie błędne i operacyjnie zgubne i że Piłsudski a miejsca traci swobodę działania operacyjnego, a inicjatywa operacyjna przechodzi w ręce Moskwy.

Pomijając fakt przewagi liczebnej (a to 5 milionów armii czerwonej wobec 600 000 armii polskiej), planowana inwazja Zachodu została znakomicie wobec świata zachodniego zakamuflowaną, gdyż nie Rosja „demokratyczna”, lecz „imperialistyczna” Polska miała się okazać agresorem.

W ten sposób nie na czasie podjęta wyprawa kijowska i spowodowała nie tylko klęskę wojskową, ale także i polityczną, ponieważ Polską została na terenie międzynarodowym całkowicie izolowaną i tylko Francja pozostała Polsce wierną w jej ciężkim i groźnym położeniu.

 

 

 

 

Rezygnacja Piłsudskiego

 

Omal, że równocześnie z dniem wkroczenia Piłsudskiego do Kijowa rozpoczyna się bezustanny odwrót armii polskiej na całym froncie. Nieustanne i przeważające ataki armii czerwonej, mimo bohaterskich wysiłków żołnierza polskiego, groziły armii polskiej całkowitą likwidacją, otwarciem nie tylko drogi do Warszawy, ale i dalszego pochodu ku niespodziewającemu się niczego Zachodowi.

Piłsudski oraz naczelne dowództwo polskie straciło wiarę w możność naprawienia straciło wiarę w możność naprawienia sytuacji wojennej. Naczelny wódz polski okazał się niezdolnym do powzięcia jakiejkolwiek skutecznej decyzji operacyjnej w celu zorganizowania oporu wojsk polskich i przywrócenia równowagi operacyjnej na froncie. Miarą tej bezradności i przyznaniem się do poniesionej klęski był fakt, że Piłsudski złożył na ręce nowego premiera Rządu Obrony Narodowej, Wincentego Witosa, rezygnację ze stanowiska naczelnego wodza.

 

Witos i gen. Rozwadowski na widowni

 

I dlatego to – bitwa pod Warszawą, a względnie nieco wcześniejsza bitwa nad Bugiem mają tak doniosłe znaczenie zarówno dla Polski samej jak i dla świata zachodniego. Są one wojskowo związane omalże wyłącznie z nazwiskiem genialnego organizatora zwycięstwa operacji warszawskich, generała Tadeusza Rozwadowskiego, a politycznie z nazwiskiem Wincentego Witosa, wielskiego chłopa polskiego.

            Generał Rozwadowski, który przejął na siebie tragiczny spadek po Piłsudskim, chciał tragiczny spadek po Piłsudskim, chciał i umiał wykuć z oczywistej klęski wojskowej zwycięstwo polskiej idei operacyjnej, z nadludzkim wysiłkiem przywrócił równowagę strategiczną frontu na drodze planowego skoncentrowania jeszcze na czas głównych sił polskich na froncie północnym.

            Wincenty Witos przy jedności działania wszystkich stronnictw i ich ówczesnych przywódców, w rzędzie których w szczególności zasługuje na podkreślenie rola polskiego socjalisty i wicepremiera, Ignacego Daszyńskiego – chciał i umiał zorganizować wszystkie elementy niezbędne dla zorganizowania oporu i ostatecznego zwycięstwa na polu bitwy. Taką jest ogólna charakterystyka kampanii polsko-rosyjskiej, której obrazem był zwycięski pochód nacierającej armii czerwonej i wymuszony odwrót armii polskiej aż do linii Bugu.

            Bitwa wydana przez generała Rozwadowskiego nad Bugiem stała się punktem zwrotnym w kampanii polsko-rosyjskiej i umożliwiła przegrupowanie do rostrzygającej bitwy pod Warszawą.

 

Widmo Linii Curzona

 

Ażeby lepiej zrozumieć wypadki polityczne i wojskowe, które towarzyszyły wysiłkom rządu Obrony Narodowej i pracom generała Rozwadowskiego oraz trudności i atmosferę, w których się rodziły koncepcje obu bitew w czasie odwrotu i zamieszania na polu bitwy oraz zaskoczenia i przerażenia społeczeństwa polskiego, trzeba przypomnieć sobie, że Piłsudski i rząd Władysława Grabskiego, który w krytycznym momencie został zastąpiony przez Rząd Obrony Narodowej na czele z Witosem nie widząc możliwości odwrócenia karty wojennej, zwrócił się do państw zachodnich z prośbą o interwencję w celu zawieszenia broni i rozpoczęcia pertraktacji pokojowych z Rosją.

I wtedy to premier angielski, Lloyd George, na słynnej konferencji w Spa nawraca do koncepcji tzw. Linii Curzona, jako linii rozejmowej, która to linia w praktyce miała się stać nową granicą polsko-rosyjską.

Jak beznadziejną musiała się wówczas przedstawiać sytuacja wojskowa i polityczna, dowodzi fakt, że Piłsudski był skłonny do przyjęcia tej granicy.

Na szczęście Moskwa, mając inne zamiary aniżeli zatrzymanie się na linii Bugu, w ciągnących się rozmowach z przedstawicielami Zachodu, ostatecznie odrzuciła interwencję Aliantów i oświadczyła gotowość wszczęcia pertraktacji rozejmowych, ale tylko i wyłącznie bezpośrednio z Polską.

Stanowisko Moskwy, planującej dalszy pochód ku Zachodowi, było jasne. Licząc na szybkie zwycięstwo armii i przekroczenie Bugu – Moskwa stale odkładała terminy podjęcia rozmów rozejmowych.

 

Nie kapitulujemy

           

            W tę atmosferę kapitulacji i niewiary w zwycięstwo, nowy rząd Obrony Narodowej wnosi ze sobą ducha oporu i wiary w ostateczne zwycięstwo w oparciu o cały nardów.

            Generał Rozwadowski, żywiąc całkowicie to samo przekonanie i ciesząc się pełnym zaufaniem nowego premiera, oświadcza mu, że podejmuje się zreorganizowania sił polskich, które zasilony gorącym nowym elementem ochotniczym, odzyskają ducha bojowego i wiarę w zwycięstwo, co pozwoli mu na czas przeprowadzić przegrupowanie zanim by armia czerwona stanęła u bram Warszawy. W miejsce dotychczasowej bezplanowości i improwizacji generał Rozwadowski odrzuca strategię partyzancką i oświadcza, że na drodze planowej organizujących zresztą prowadzenie wojny regularnej, przywróci równowagę operacyjną frontu i sięgnie śmiało po zwycięstwo. Przewadze liczebnej, pędzonego do boju, żołnierza czerwonego, pragnie gen. Rozwadowski przeciwstawić przede wszystkim ofiarnego i bohaterskiego ducha narodu. Wierzył on, że żołnierz polski, należycie dowodzony na polu bitwy, przewagę liczebną przeciwnika znakomicie wyrówna. Nie mniej domaga się podniesienia stanu armii o 200 tys., licząc głównie na element ochotniczy.

 

Jedność narodowa

 

            Generał Rozwadowski, mając całkowite poparcie Rządu Obrony Narodowej, który wszystkie swoje wysiłki podporządkował jednemu naczelnemu celowi, uzyskania zwycięstwa całkowicie oddał się trudnemu zadaniu wykucia go na polu bitwy.

            Na bok odsunięto wszelkie animozje polityczne i osobiste, czego najlepszym przykładem było stanowisko premiera Witosa, który nie przyjmuje złożonej na jego ręce pisemnej rezygnacji ze stanowiska naczelnego wodza, motywowanej chorobą serca.

            Dodać tu z góry należy, że po odniesionym przez generała Rozwadowskiego zwycięstwie, premier Wincenty Witos zwraca Piłsudskiemu jego pisemną rezygnację, dokument jego słabości i niewiary.

            Wincenty Witos, nie przyjmując rezygnacji Piłsudskiego, powodował się przekonaniem, że jego przyjęcie mogło być uważane za oficjalne przyznanie się do klęski i mogło źle wpłynąć na ducha żołnierza, który, jakkolwiek bity, nadal wierzył, że cofanie się armii nie oznaczało jeszcze wcale przegranej wojny. Opinię premiera Witosa podzielał również generał Rozwadowski, który oświadczył, że niepowodzenia Piłsudskiego, jako naczelnego wodza, żadną miarą nie mogą oznaczać klęski żołnierza i nie wymagają kapitulacji.

 

 

 

 

 

 

Gen. Rozwadowski planuje i dowodzi

 

            Lecz mimo pozostania na stanowisku naczelnego wodza, Piłsudski zachowuje pełną rezerwę w podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji operacyjnej i nie ma jego podpisu na żadnym rozkazie operacyjnym z tego okresu (za wyjątkiem parafy na rozkazie nr 10 000), jak gdyby ścigany widmem klęski nie chciał brać odpowiedzialności, ciążącej na nim, jako naczelnym wodzu.

            W ten sposób generał Rozwadowski sam nie tylko podejmuje potrzebne decyzje i planuje, ale również dowodzi.

            Dąży on przede wszystkim do uchwycenia dotychczasowego odwrotu w ramy zorganizowanej i planowej akcji. Przewidując swój pierwszy opór zorganizowany na większą skalę, a może i walną bitwę nad Bugiem, kalkuluje potrzebny mu operacyjnie czas tak, ażeby, stawiając opór nieprzyjacielowi na z góry wybranych miejscach, mógł w międzyczasie zorganizować i przegrupować armię, ściągnąć maksimum sił z frontu południowego i odzyskać potrzebne odwody.

„Armia Błękitna”

            Wielką pomocą w rozwiązaniu tych zadań było organizowanie w tym czasie przez popularnego generała Józefa Hallera, Armii Ochotniczej. Ochotnicy tej armii zapisują się złotymi, lecz i krwawymi zgłoskami w historii operacji warszawskiej. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, a nawet podkreślić, że widocznie Piłsudski był pewnym łatwego nad Rosją zwycięstwa, skoro tuż przed tą wyprawą, ostatecznie zlikwidował bitną Armię Błękitną generała Hallera, zorganizowaną we Francji i Ameryce, i odmówił prośbom ochotników polskich z Ameryki prawie dalszej walki o niepodległość. Umieszczeni w obozach przejściowych na Pomorzu, zniechęceni i w łachmanach, oczekiwali oni w tym czasie na transport do Ameryki. Olbrzymia ich większość zrezygnowała jednak z powrotu i zaciągnęła się znowu w szeregi armii ochotniczej swojego dawnego wodza.

Chwile oczekiwania i trwogi

Cały naród polski z niepokojem i z zapartym oddechem śledził przebieg wypadków na polu bitwy. Kościoły były pełne wiernych, którzy zanosili dniem i nocą gorące modły o uchylenie grożącej Polsce katastrofy.

Świat, śledząc pilnie toczącą się wojnę na ziemiach polskich, zdawał się już przesądzać na niekorzyść Polski.

Generał Weygand w Polsce

Do Warszawy zjeżdża Misja Ambasadorów, a z nią przybywa wybitny generał francuski Weygand, b. szef sztabu marszałka Focha.

Zarówno on, jak i bawiący w Polsce szef misji wojskowej, generał Henrys, starają się  uczynić ze swojej strony wszystko, ażeby pomóc gen. Rozwadowskiemu w zorganizowaniu oporu i zwycięstwa. Generał Weygand po dokładnym zapoznaniu się z sytuacją, nie ukrywa swojego niepokoju, lecz niebywały optymizm gen. Rozwadowskiego i przeprowadzone z nim fachowe dyskusje „zarażają” go wiarą w możliwość zwycięstwa.

 

Poglądy gen. Weyganda różnią się jednak od poglądów operacyjnych gen. Rozwadowskiego co do miejsca stoczenia bitwy i są bardziej operacyjnie ostrożne, aniżeli idee operacyjne gen. Rozwadowskiego, które generał Weygand uważał raczej za ryzykowne.

Współpraca francuska z gen. Rozwadowskim, mimo pewnych zasadniczych rozbieżności poglądów – mianowicie doniosłe jednak znaczenie w organizowaniu oporu polskiego i niewątpliwie wpływała na kształtowanie się idei operacyjnej gen. Rozwadowskiego. Z drugiej jednak strony nie była ona w stanie zmienić w niczym zasadniczej jego koncepcji operacyjnej stoczenia bitwy nad Bugiem.

Generał Rozwadowski, przyjmując zawsze życzliwie uwagi kolegów francuskich, nie ulegał jednak ich sugestiom podejmowania większych skoków w tył, lecz przeciwnie kontynuował skoki mniejsze, które mu umożliwiały reorganizację sił bojowych i ich przegrupowanie z jednej strony, a z drugiej odbierały armii czerwonej jej impet.

Przekroczyć Bug...

W tym czasie, kiedy się toczyły dyskusje na temat bitwy nad Bugiem. Tuchaczewski otrzymał rozkaz sforsowania Bugu przed 31 lipca 1920, na który to dzień Kreml zapowiedział prawdopodobne rozpoczęcie pertraktacji rozejmowych z Polską.

Było rzeczą jasną, że celem Moskwy nie był żaden rozejm, lecz kontynuowanie ofensywy w kierunku Warszawy i osadzenie w niej „polskiego” rządu komunistycznego z Marchlewskim na czele, który z kadrami administracyjnymi i policyjnymi ciągnął za armią czerwoną.

Fakt ten skłania gen. Rozwadowskiego do wcześniejszego stoczenia bitwy nad Bugiem, mimo, że zarządzone zostały przez niego prace techniczne nad przygotowaniem linii obronnej: Grajewo – Ossowiec – Wizna - rzeka Narew - rzeka Orlanka – Wierchowicze - rzeka Leśna – Brześć miały być ukończone dopiero 5 sierpnia 1920.

Generał zdecydował się na stoczenie tej bitwy raczej o charakterze zaczepnym i w większym stylu niżeli tylko obronnym. Liczył, że mimo trudności uda mu się pospiesznie zarządzanymi transportami skoncentrować na czas jeszcze armię 2. i część 6. z południa – w rejonie Siedlec i Brześcia.

Rozkaz do bitwy

Rozkaz generała Rozwadowskiego do „Bitwy pod Bugiem” z dnia 27 lipca 1920 Nr. 7945/III nakazuje generałowi Józefowi Hallerowi, dowódcy frontu północno-wschodniego, koncentrację 1. i 4. armii na linii Grajewo – Brześć z zadaniem powtrzymania naporu przeciwnika i niedopuszczenia za żadną cenę do przekroczenia linii Grajewo Narew Brześć przed 5 sierpnia 1920 r.

Zadaniem frontu południowo-wschodniego gen. Rydza-Śmigłego było utrzymanie się na linii Kowel – Włodzimierz Wołyński oraz dostosowanie ruchów 3. armii do działań grupy polskiej generała Sikorskiego.

 

 

 

Precyzja i jasność rozkazu

Rozkaz generała Rozwadowskiego był opracowany z całą precyzją i jasnością, które były właściwymi cechami wszystkich jego rozkazów i nie mogły wywoływać u wykonawców jakichś zasadniczych wątpliwości względnie chwiejności w wykonaniu.

Z rozkazu powyższego wynikało jasno, że gen. Rozwadowski dąży do odzyskania zagubionej dotąd swobody działania i wyrwania inicjatywy operacyjnej z rąk armii czerwonej, przed podjęcie akcji zaczepnej na jej flankę i tyły.

Bitwa nad Bugiem

Rozpoczyna się zażarta bitwa, która będzie trwać aż do 7 sierpnia 1920 włącznie. Ta bitwa jest pierwszą od czasu rozpoczęcia odwrotu akcją operacyjną na większą skalę oraz znakomitym sprawdzianem wartości odbudowanej zdolności bojowej.

Niestety bitwa ta nie była jeszcze zdolną do odebrania inicjatywy z rąk przeciwnika, gdyż gen. Rozwadowski nie mógł podjąć akcji zaczepnej na flankę atakujących wojsk Tuchaczewskiego z obszaru Siedlec i Brześcia, gdzie miała się skoncentrować, przerzucana transportami z południa, armia 2. i część armii 6.

Weygand i Rozwadowski

            W czasie, gdy toczy się bitwa nad Bugiem, prowadzone są długie zresztą owocne dyskusje, ścierają się poglądy operacyjne między generałem Weygandem i gen. Rozwadowskim na szerszych zebraniach w sztabie generalnym. Dyskutuje się elementy w celu ustalenia planu operacji warszawskiej i związanego z nim ewentualnego rozkazu do nowego przegrupowania do bitwy pod Warszawą. Jakkolwiek nie istnieje już spór co do miejsca stoczenia walnej bitwy nad Wisłą, to przecież nadal generał Weygand ostrzega przed koncepcją operacyjną gen. Rozwadowskiego jako zanadto ryzykowną, a zatem kryjącą w sobie ewentualne niepowodzenie planowanej bitwy. Niebezpieczeństwo to generał Weygand widział w ryzykownym ustawieniu grupy uderzeniowej w rejonie Wieprza, która na wypadek interwencji części armii czerwonej i armii konnej Budiennego z południa a pod uderzeniem Tuchaczewskiego od wschodu, może ulec zniszczeniu, względnie zaangażowaniu się bezpośrednio w walkę, zanim będzie mogła spełnić nakazane sobie rozstrzygające i zabójcze uderzenie pod Warszawą i akcję pościgową.

Ryzyko generała Rozwadowskiego

            Generał Rozwadowski argumentuje i uzasadnia, że takie ryzyko jest operacyjnie koniecznie przede wszystkim w celi jaknajszybszego zakończenia wojny. Każde inne rozwiązanie, jakkolwiek operacyjnie również słuszne i uzasadnione, z natury rzeczy wojnę musi przeciągnąć, a bitwę pod Warszawą sprowadzi do roli, jaka odgrywa obecnie bitwa nad Bugiem, która nie odzyskawszy swobody operacyjnej i możności zaczepnych, zbliżała się ku swojemu końcowi. Poza tym generał Rozwadowski przewiduje, że część wojsk rosyjskich z południa łącznie z armia Budiennego, nie zdąży na czas, ażeby zaważyć na losach bitwy pod warszawa. zresztą i na ten wypadek gen. rozwadowski przewiduje środki zaradcze i dlatego z podjęcia ryzyka operacyjnego nie może żadną miarą zrezygnować.

 

 

Ogólna instrukcja obronna

            W dniu 4 sierpnia 1920 r. zjawia się generał Rozwadowski na zebraniu w sztabie z opracowanym przez siebie projektem „Ogólnej Instrukcji Obronnej”. W ciągu tego dnia i w dniu następnym toczą się dyskusje, a generał Weygand ze swojej strony przedstawia swój projekt. Dyskusje kończą się jednak zwycięstwem koncepcji generała Rozwadowskiego, gdyż generał Weygand wycofuje swój projekt i uznaje lojalnie projekt gen. Rozwadowskiego za lepszy od swojego. W ten sposób „Ogólna Instrukcja Obronna” z dnia 4 sierpnia staje się dla sztabu generalnego podstawą do opracowania „Rozkazu do przegrupowania” z dnia 6 sierpnia 1920 r. nr 8385/III.

Nadal brak decyzji Piłsudskiego

            Również i w tych pracach generała Rozwadowskiego nie daje się odczuć żadna decyzja operacyjna Piłsudskiego. Twierdzenie niektórych, post factum oczywiście, że istniał jakiś osobisty plan naczelnego wodza dla bitwy pod Warszawą, okazało się gołosłowne, gdyż nie można uważać szkicu nieprzedstawiającego żadnej wartości operacyjnej i bez żadnego wogóle znaczenia, nakreślonego ręką Piłsudskiego, a tyczącego koncentracji 1-ej armii na przedmościu warszawskim, za jakąś decyzję lub instrukcję naczelnego wodza.

Dokumenty zachowane

            Zresztą dla bardziej interesujących się kampanią polsko-rosyjską w 192 roku wskazuje na bezcenne dokumenty, które na szczęście zostały uratowane przez generała dr Mariana Kukiela przez ogłoszenie ich w sierpniowej Bellonie z dnia 1925 roku. miedzy tymi dokumentami znajdują się również fotograficzne odbitki zarówno własnoręcznego szkicu naczelnego wodza jak i własnoręcznie przez gen. Rozwadowskiego napisanego słynnego rozkazu operacyjnego nr. 10.000 z dnia 10 sierpnia 1920 roku.

            Ponadto wspomniany historyk wojskowy stwierdza, że nie znalazł żadnych, poza wymienionym szkicem, dokumentów, któreby wskazywały na podjęcie w ówczesnym czasie jakiejś decyzji przez naczelnego wodza, a któraby się dala odczuć w pracach ówczesnego sztabu generalnego.

„Legendarna decyzja”

            Jednym, według generała Kukiela, śladem jakiejś decyzji Piłsudskiego w czasie prac nad operacją warszawską i odmiennej idei operacyjnej od idei zawartej w „Rozkazie do przegrupowania” z dnia 6 sierpnia 1920, byłaby wzmianka osobista Piłsudskiego, znajdująca się w jego dziele „Rok 1920”, ze jego idea koncentracji sil frontu południowo-wschodniego polegała na ich skoncentrowania „gdzieś miedzy Kowlem a Brześciem w celu uderzenia stad wprost ku północy”. Ta idea nie zaznaczyła się jednak niczym ani w pracy szefa sztabu generalnego, ani szefa oddziału operacyjnego.

            Tę rozbieżność stara się generał Kukiel w sposób łagodny wyjaśnić tym, „że zamiar ten nie został przekazany jako decyzja sztabowi generalnemu”, zamiast poprostu powiedzieć, że koncepcja ta, wogóle nie istniała, a więc nie mogła być zrealizowana przez sztab generalny, jako zresztą operacyjnie niemożliwa wówczas do przyjęcia i wykonania.

 

 

Próba ratowania legendy

            Tak więc nie ma w dalszym ciągu dowodu, ażeby decyzja Piłsudskiego miała jakikolwiek wpływ na powstanie „Rozkazu do przegrupowania” z dnia 6 sierpnia 1920 Nr. 8358/III, który całkowicie bazował na „Ogólnej Instrukcji Obronnej”, gen. Rozwadowskiego i tych zmian, które ustalone zostały z Francuzami w dniach 4 i 5 sierpnia 1920.

            Rozkaz z dnia 6 sierpnia 1920 bazuje na tej samej zasadniczej linii obrony i linii ofensywy na Wieprzu, co „Ogólna Instrukcja Obronna” i stąd żadna decyzja naczelna Wodza z dnia 6 sierpnia, o ile wogóle istaniała, nie mogła być wcześniejszą od idei operacyjnej ujętej w instrukcji z dnia 40go sierpnia 1920 r.

            Próba ratowania „legendy” Piłsudskiego i twierdzenie, że Piłsudski „w serdecznej męce” podjął koncepcję operacyjną w dniu 6 sierpnia 1920 r. dla koncepcji bitwy pod Warszawą – jest całkowicie dziecinna, bo nie można „podjąć” koncepcji w dniu 6 sierpnia, kiedy ona została już podjęta 4-go sierpnia 1920 i była dyskutowana z Francuzami na kilka dni przed tym.

Rozkaz do przegrupowania

            Rozkaz generała Rozwadowskiego do przegrupowania nad Wisłą i Wieprzem z dnia 6 sierpnia nakazuje armii przegrupowanie bitwy pod Warszawą. Rozkazem tym została ustalona ostateczna koncentracja głównych sił na froncie północnym i gen. Rozwadowski odzyskał nareszcie swobodę działania operacyjnego. Nakazane przegrupowanie podjęte zostało nocą z 7 sierpnia 1920, zaś zasadniczą linię obrony stanowiła linia rzeki Orzyc – Narew z przyczółkiem mostowym Pułtusk, przyczółek Warszawa – Wisła, przyczółek Dęblin – Wieprz i dalej na Seret lub Strypę. Linia ta pozwoliła na ustawienie wojsk własnych „w schody” dogodne do uderzenia na flanki i komunikację posuwających się grup nieprzyjacielskich.

            Front północny ciągnął się od granicy niemieckiej do przyczółka Dęblin wyłącznie, front środkowy od Dęblina włącznie po Brody wyłącznie i front południowy od Brodów włącznie do granicy południowej.

Idea przewodnia planu

            Przewodnią ideą operacyjną na czas najbliższy było: 1) wiązać nieprzyjaciela na południu i przesłaniać Lwów i Zagłębie naftowe 2) na północy nie dopuścić do oskrzydlenia wzdłuż granicy niemieckiej oraz osłabić rozmach nieprzyjaciela przez odbicie jego zdecydowanych na przyczółek warszawski ataków; 3) w centrum – zadanie ofensywne: szybkie zebranie na dolnym Wieprzu armii manewrowej, któraby uderzyła następnie na flankę i tyły nieprzyjaciela, atakującego Warszawę i rozbiła go; 4) grupa wojsk nad górnym Wieprzem, zebrana początkowo dla ochrony koncentracji armii manewrowej od wschodu i podłudniowego-wschodu, dołączyłaby się następnie do akcji manewrowej w kierunku północno-wschodnim. Wtedy też współdziałanie wojsk polskich odcina północnego jest brane pod uwagę.

            Front północny pod dowództwem generała Józefa Hallera, był najbardziej zagrożonym odcinkiem polskiego frontu ze względu na dążenie nieprzyjaciela do opanowania stolicy bądź w uderzeniu czołowym, bądź przez ruch okrążający od północy. Nie były też wykluczone próby sforsowania Wisły na południe od Warszawy.

Ugrupowanie na ostatecznej linii odwrotu

            Dowództwo frontu północnego dysponowało:

1.     5. armią generała Sikorskiego na odcinku od granicy niemieckiej po Pułtusk włącznie z zadaniem utrzymania przepraw przez Narew, względnie Narew i Orzyc i aktywnego działania kawalerią na prawe skrzydło nieprzyjaciela.

2.     1. armią generała Latinika na przyczółku warszawskim od Serocka włącznie do Karczewa włącznie z zadaniem odbicia ataków na Warszawę i zadania nieprzyjacielowi możliwie wielkich strat celem osłabienia jego odporności bojowej.

3.     Od Góry Kalwarii włącznie po Dęblin wyłącznie pod odcinek 2. armii gen. Raszewskiego z zadaniem obserwacji i utrzymania linii Wisły.

Front środkowy pod dowództwem generała Rydza-Śmigłego stanowił armię manewrową, która, wykorzystawszy zmęczenie nieprzyjaciela wskutek ataków na przyczółek warszawski oraz skrzydłowe ugrupowanie, energicznym uderzeniem zada klęskę bolszewickim siłom głównym.

Dowództwo frontu środkowego dysponowało:

1.     1. armią gen. Skierskiego na odcinku od Dęblina włącznie po Kock włącznie, stanowiącą główną grupę uderzeniową w ogólnym kierunku na Mińsk Mazowiecki.

2.     3. armią gen. Zielińskiego od Kocka wyłącznie po Brody wyłącznie z ostatecznym zadaniem uderzenia w kierunku na Łuków.

Front południowy przewidziany dla gen. Dowbór-Muśnickiego miał za zadanie przesłonięcie wschodniej Małopolski i kierunku Hrubieszów – Rawa – Ruska.

Dowództwo tego frontu dysponowało:

6. armią gen. Twaszkiewicza na swoim północnym odcinku, a armią gen. Pawlenki na swoim południowym odcinku.

Rozkaz gen. Rozwadowskiego z dnia 6 sierpnia był tak jasno i precyzyjnie zredagowany, że nie mógł budzić u jego wykonawców najmniejszych wątpliwości co do ich zadań i sposoby wykonania.

Ujawnienie zamiarów polskich

            Niestety, mimo wszelkich nakazów najściślejszej poufności, rozkaz z dnia 6 sierpnia, ustalający zamiary na czas najbliższy, stał się ogólnie znanym. Co więcej pewne dane wskazywały, że zamierzenia polskie nie były obce nieprzyjacielowi, na co wskazywać się zdawały zarządzenia zmian w ugrupowaniu rosyjskim.

            Tuchaczewski nakazał bowiem przegrupowanie swoich sił bardziej ku północy, dążąc w ten sposób do odsunięcia swych głównych sił od tak niebezpiecznego dlań polskiego uderzenia flankowego od południa. Przygotowując silny opór na linii Bugu od Broku aż ku Brześciowi, którą rozpoczął fortyfikować, Tuchaczewski chciał przez to osłonić południową flankę swych sił głównych przed polskim uderzeniem, z jednej strony, a z drugiej sparaliżować je jednoczesnym uderzeniem swych grup armii XII, maszerujących na Lublin przez Kowel i Włodzimierz Wołyński.

            W związku z zamierzeniami polskimi ujawnionymi w jakiś sposób nieprzyjacielowi, również i naczelne dowództwo czerwone nakazało przesunięcie Budiennego i części armii XIV bardziej ku północnemu zachodowi.

            Zdawało się, że przewidywania gen. Weyganda co do podejmowanego ryzyka przez gen. Rozwadowskiego mogły nabrać realnych kształtów, grożących załamaniem się koncepcji ustalonej rozkazem z dnia 6 sierpnia 1920 r.

Generał Rozwadowski nie rezygnuje

            Gen. Rozwadowski, mimo nowej fali przeróżnych koncepcji przegrupowania się na zachód od Wisły, zdecydowanie trwa nadal przy koncepcji bitwy nad Wisłą.

            Z całym, jemu tylko właściwym optymizmem, zarządza tylko takie zmiany operacyjne, któreby odpowiedziały ewentualnemu przegrupowaniu przeciwnika. Przewiduje on skoncentrowanie znaczniejszych sił na głównym kierunku natarcia sił Tuchaczewskiego na Zegrze – Modlin i zniweczenie zamiarów nieprzyjaciela, zmierzającego do obejścia polskich sił na północ Modlina.

            W nocy z dnia 8 na 9 sierpnia 1920 r. gen. Rozwadowski opracowuje swój słynny rozkaz, zatytułowany „Rozkaz Operacyjny Specjalny: Nr. 10.000 z dnia 10 sierpnia 1920, który przewiduje dwuskrzydłową akcję zaczepną.

            W celu zabezpieczenia tajemnicy nowych zarządzeń Rozwadowski postanowił tym razem rozkaz swój napisać własnoręcznie i bez żadnej kopii i tylko w tej formie rozesłać go kurierem do zainteresowanych dowódców w celu poinformowania tychże o zadaniach i sposobie ich wykonania.

Jasny obraz przewidywanej operacji

            Gen. Rozwadowski, zdając sobie dokładnie sprawę, że jego rozkaz ma zadecydować nie tylko o losie bitwy pod Warszawą, ale i o przyszłości narodu, redaguje go jeszcze z większą precyzją i jasnością, wchodzi w szczegóły wykonania operacyjnego dowódców, któreby odpowiadały jego zasadniczej idei operacyjnej. Określa on zadania dowódców i oddziałów, określa ich zadania obronne, manewrowe i uderzeniowe, ilustrując ważniejsze odręcznie na marginesie rozkazu narysowanymi szkicami.

            W ten sposób schematycznie przedstawiał on plan obu przewidywanych przez niego manewrów skrzydłowych wraz z obu wariantami manewru południowego oraz szczegółowym przedstawieniem ruchów armii 3. w czasie akcji armii 4.

            Wymieniona już wyżej „Bellona” załącza odbitkę fotograficzną rozkazu Nr. 10.000, uwidaczniającą wymienione szkice oraz wszystkie poczynione w czasie opracowywania rozkazu, osobiste poprawki generała Rozwadowskiego.

Zadania 5-ej armii Sikorskiego

            Dla 5. armii generała Sikorskiego gen. Rozwadowski przewidywał w pierwszej fazie zadanie przeszkodzenia dalszemu wciskaniu się nieprzyjaciela między Modlin, a granicę niemiecką oraz zakrycie możliwie linii kolejowej Modlin – Mława i niedopuszczenie do przedostania się bolszewików na Pomorze. W dalszej fazie zadanie armii gen. Sikorskiego było podjęcie uderzenia na północną flankę nieprzyjaciela, częściowo obejście go z północy i zepchnięcie od Narwi ku południowi.

            W tej drugiej fazie ofensywna grupa gen. Krajewskiego wraz z kawalerią gen. Karnickiego, działając w ścisłej łączności z 5. armią, miała przez Ostrołękę uderzyć na flankę i tyły nieprzyjaciela.

Zadania grup uderzeniowych

            Armii 4. gen. Rydza-Śmigłego gen. Rozwadowski nakazał przygotowanie się do silnego uderzenia stosownie do sytuacji albo

a)     wzdłuż Wisły w kierunku na Mińsk – Kałuszyn, albo

b)    bardziej na wschód przez Łuków – Siedlce.

Natomiast armia 2. miała się przygotować albo przy wariancie

a)     do przejścia Wisły bliżej Warszawy i uderzenia razem z 4. armią na Okuniew, lub przy wariancie

b)    do sforsowania Wisły pod Ryczywołem, ulżenia przez to akcji 4. armii oraz współdziałania z nią przez Osieck na Mińsk.

Zadaniem frontu połudn.-???? krótkimi uderzeniami rozbijać nieprzyjaciela przechodzącego przez Bug w okolicy Włodzimierza Wołyńskiego i dalej ku północy. W dalszym ciągu zadaniem tej armii było współdziałanie przy akcji głównej „schodami” między Wieprzem a Bugiem, w kierunku na Parczew lub nawet Białą.

Zadania frontu południowego

            Zadaniem frontu południowo-wschodniego całej Małopolski włącznie po Kryłów nad Bugiem aż do Dniestru i granicy rumuńskiej. Grupa manewrowa 6. armii tegoż frontu miała zakrywać całą przestrzeń od Włodzimierza Wołyńskiego po Zborów.

            Rozkaz ten określał również zadania wojsk ukraińskich w celu zakrycia ofensywnego południowo-wschodniej części Małopolski po linię Płotycza – Brzeżany – Bobika włącznie, oraz określał zadania organizującej się grupy wojsk węgierskich w okolicy Nadwórny.

            W ten sposób plan dwustronnego działania skrzydłowego, opracowany przez gen. Rozwadowskiego, określał jasno zadania i sposób wykonania w celu rozgromienia z jednej strony armii czerwonej u bram Warszawy, a z drugiej – odpowiadał on wszystkim warunkom toczącej się walki i możliwym zmianom. Zabezpieczał on gotującą się wielką bitwę pod Warszawą przed wszelkimi ewentualnymi niespodziankami ze strony przeciwnika.

Dokument historyczny

            Na marginesie swojego rozkazu gen. Rozwadowski napisał własną ręką: „zostają niniejszym informowani: 1) Naczelny Wódz, 2) gen. Weygand, 3) gen. Haller i jego szef sztabu płk. Zagórski, 4) gen. Latinik, 5) gen. Rydz-Śmigły i jego szef sztabu, płk. Kutrzeba, 6) gen. Nawrotny, jako łącznikowy frontu południowego, 7) gen. Sikorski, 8) gen. Krajowski, 9) płk. Piskor, 10) gen. Norwid, 11) gen. Kuliński, 12) gen. Iwaszkiewicz i jego szef sztabu, płk. Kessler, 13) gen. Sosnowski i 14) gen. Leśniewski”.

 

            Piłsudski potwierdził zaznajomienie się z rozkazem złożonym na marginesie podpisem swojego nazwiska. Jest to jedyny podpis złożony na dokumencie operacyjnym od czasu objęcia szefostwa sztabu generalnego przez gen. Rozwadowskiego. Fakt, który oczywiście oznacza „aprobatę”, lecz żadną miarą decyzję lub jakąkolwiek inicjatywę, gdyż Piłsudski nie poczynił żadnych poprawek lub zastrzeżeń.

            Wszyscy adresaci osobiście lub w zastępstwie potwierdzili otrzymanie do wglądu rozkazu. Nie ma nim tylko jednego podpisu, a to gen. Sosnowskiego, którego miejsca pobytu w czasie od 9 do 13 sierpnia 1920, kiedy rozkaz był w cyrkulacji – nie można było ustalić.

            Rozkaz Nr. 10 000 był w dalszym ciągu wynikiem osobistej i niezmordowanej pracy gen. Rozwadowskiego, w którego rękach nadal spoczywała nietylko decyzja ale i jej wykonanie, na którym bez przerwy i z nadludzkim wysiłkiem osobiście czuwał.

            Piłsudski poza złożeniem wymienionego podpisu – nadal pozostawał w rezerwie, zdając się całkowicie na decyzje i plany gen. Rozwadowskiego, o których oczywiście ten ostatni w miarę potrzeby go informował, tak jak informował premiera Witosa i Radę Obrony Narodowej.

Bitwa wrze…

            Tymczasem armie czerwone Tuchaczewskiego w przeważających siłach kontynuują swój atak i uderzają z furią na front północny z wyraźną tendencją z jednej strony obejścia północnego skrzydła 5. armii gen. Sikorskiego, przeciwstawiającego się conajmniej 3-krotnie przeważającym siłom nieprzyjaciela, a z drugiej równoczesnego sforsowania przyczółka warszawskiego.

5-ta armia w akcji

            Zdawało się, że gen. Sikorski pod naporem przeważających sił, nie będzie w stanie utrzymać swojej pozycji, tym bardziej, że działająca od niego na północ samodzielna grupa nie była zdolną przeszkodzić wojskom czerwonym i korpusowi Gay Hana w posuwaniu się ku Pomorzu i Gdańskowi i umożliwieniu obejścia Warszawy od zachodu.

            Niezwykła ruchliwość operacyjna gen. Sikorskiego i jego determinacja nie tylko wytrzymywały natarcia wojsk czerwonych, ale co więcej, po powstaniu luki na północ od Wkry, jego krótkie lecz skuteczne uderzenia, usuwały ustawicznie wiszące nad nim niebezpieczeństwo bezpośredniego obejścia jego skrzydła północnego.

            Z podziwem żołnierskim śledził akcję 5. armii gen. Weygand, z pełnym spokojem gen. Rozwadowski wierzył „że Sikorski się nie da”.

Walki na przyczółki

            Z pogodą ducha, a nawet z pewnym zadowoleniem operacyjnym przyjmował gen. Rozwadowski alarmujące wiadomości o dalszym posuwaniu się Gay Hana i armii czerwonej ku zachodowi i odsuwaniu się poważniejszych sił od rozgrywającej się bitwy pod Warszawą. Wydając odpowiednie zarządzania obronne dla powstrzymania i wiązania tych oderwanych sił przeciwnika, z największą uwagą i troską śledził i wspierał akcję obronną na przyczółku warszawskim, gdzie rozgorzały najzaciętsze walki i gdzie Tuchaczewski dążył do jego, za wszelką cenę sforsowania.

            Generał Latinik, dowódca pierwszej armii, podejmował wszelkie wysiłki, ażeby do sforsowania przyczółka niedopuścić.

Generał Rozwadowski czuwa

            Gen. Rozwadowski z całą pogodą ducha i wiarą w zbliżające się zwycięstwo nie tylko czuwał nad całym przebiegiem kampanii, ale każdy alarm znajdował zawsze pogodną odpowiedź i radę na wyjście z wytworzonej sytuacji.

            Generał Rozwadowski domagał się od frontu północnego utrzymania się za wszelką cenę i wytrwania do dnia 17 sierpnia 1920, w którym grupy uderzeniowe z nad Wieprza podejmą nakazane natarcie na flankę i tyły, związanych przez ten front, wojsk Tuchaczewskiego.

            A jakkolwiek gen. Rozwadowski nie liczył się wówczas z możliwością interwencji rosyjskich wojsk z południa, mimo nakazanego tymże wojskom marszu na Warszawę, to przecież z zadowoleniem przyjął wiadomość, że dowódca tych wojsk, przy których był wówczas Stalin, skierował się na Lwów.

Piłsudski opuszcza Warszawę

            Warszawa w tym czasie przezywała najtragiczniejszy moment niepewności i trwogi. Cały naród z zapartym oddechem śledził i przeżywał toczące się śmiertelne zapasy, liczebnie słabszej, ale duchem potężniejszej armii polskiej, w starciu z nawałą bolszewicką, której dowódca Tuchaczewski zdradzał nie tylko determinację, ale i niewątpliwy talent operacyjny.

            Na ustach wszystkich znajduje się Radzymin, gdzie pokotem pada ochotnik polski, którego symbolem staje się ks. Skorupka, wiodący do boju z krzyżem w ręku.

            Boje pod Radzyminem zapowiadały jednak moment krytyczny dla przedmościa warszawskiego, groziły jego upadkiem i wdarciem się hord czerwonych do Warszawy i objęciem władzy przez Marchlewskiego. W tym czasie, naczelny wódz Piłsudski decyduje się na opuszczenie Warszawy, oświadczając, że chce osobiście objąć dowództwo nad grupami uderzeniowymi z nad Wieprza. W ten sposób, stając się dowódcą grupy operacyjnej, z natury rzeczy wyrzekł się odpowiedzialności i za dalszy ciąg wojny i że na swoim nowym stanowisku dowódczym będzie lojalnie wykonywał rozkazy gen. Rozwadowskiego, na którego barki złożył całkowitą odpowiedzialność w momencie najtragiczniejszym operacji warszawskiej.

Rozstrzygająca interwencja

            Tymczasem niebezpieczeństwo upadku przedmościa wzrosło tak dalece, że płk. Włodzimierz Zagórski, utalentowany szef sztabu frontu północno-wschodniego, w celu odciążenia przyczółka i odparcia, wdzierającego się już do bram Warszawy, przeciwnika apeluje do gen. Sikorskiego o natychmiastowe podjęcie ofensywy na swoim froncie.

            Gen. Sikorski rozumiejąc grozę sytuacji, mimo nieukończonej jeszcze całkowicie koncentracji, podejmuje taką ofensywę w dniu 13 sierpnia 1920 r. Zrazu napotyka na zdecydowany opór armii czerwonej, lecz w dniu następnym poszczycić się już może poważniejszymi sukcesami. Atak ten powoduje z miejsca odciążenie również i na przedmościu.

           

           

Armia czerwona w odwrocie

             Płk. Zagórski, oceniając wytworzoną sytuację za korzystną dla podjęcia ofensywy ze strony grupy uderzeniowej Piłsudskiego, nie tylko z racji odciążenia samego przedmościa, ale i dlatego, że armia czerwona, związana silnie z armią frontu północnego, doskonale się nadaje właśnie w tym czasie na uderzenie na jej flankę i tyły, żąda przyspieszenia ataku, zanim przegrupowane wojska czerwone podejmą swój generalny szturm na przedmoście i widzi konieczność podjęcia jej już dnia 15 sierpnia. Gen. Rozwadowski całkowicie podzielał ocenę płk. Zagórskiego, lecz oczywiście nie mógł zmusić Naczelnego Wodza do posłuchu.

            Piłsudski definitywnie odrzuca żądanie płk. Zagórskiego i Rozwadowskiego, oświadczając, że uderzy dopiero w ustalonym terminie, tj. 17 sierpnia 1920 r.

Generał Sikorski umożliwia zwycięstwo

            A tymczasem z powodzeniem w dalszym ciągu prowadzona ofensywa generała Sikorskiego, zmienia całkowicie sytuację i zmusza armię czerwoną już w dniu 15 sierpnia do odwrotu i co więcej akcja jego powoduje, że i przedmoście warszawskie przechodzi w tym samym dniu do akcji zaczepnej i zmusza również armię czerwoną do odwrotu.

            W ten sposób front północny, front wiążący, bez udziału i wpływu grupy Piłsudskiego, wymusił na armii czerwonej jej odwrót spod Warszawy już w dniu 15 sierpnia 1920 r.

            Generał Weygand, który pilnie śledził rozwijające się na froncie wypadki, ocenił ofensywę gen. Sikorskiego za wspaniałą robotę operacyjną, która umożliwiła zwycięstwo.

Pościg a nie pogrom

            W dniu 17 sierpnia 1920 Piłsudski podejmuje atak cofając się już spod Warszawy wojska Tuchaczewskiego. Dość długo nie jest on zdolny nawiązać z nimi kontaktu bojowego. Jego akcja pościgowa za cofającym się już nieprzyjacielem, nie mogła zatem dokonać pogromu armii czerwonej, któryby niewątpliwie uzyskał., gdyby podjął swoja ofensywę w dniu 15 sierpnia, kiedy wojska Tuchaczewskiego były silnie związane przez atak gen. Sikorskiego i gen. Latinika.

Wyniki wojskowe kampanii

            Tak to kampania odwrotowa armii polskiej w 1920 r. dzięki genialnemu planowaniu i dowodzeniu gen. Rozwadowskiego, zmieniła się u bram Warszawy w pościg za cofającymi się wojskami czerwonymi. Kampania ta wykazała niezbicie, że żołnierz polski należy do najbardziej ofiarnych, bitnych i wytrzymałych żołnierzy na świecie i że mając należyte i odpowiednie dowództwo, jest zdolny przeciwstawić się znacznie liczebnie silniejszemu przeciwnikowi. Kampania ta potwierdza całkowicie opinię obcych, a zwłaszcza Niemców, że mając takich żołnierzy możnaby się na ich czele pokusić o zdobycie świata.

Wyniki polityczne

            Pod względem politycznym i moralnym kierownictwo nawą państwową w tym ciężkim położeniu narodowym, wykonywane przez Wincentego Witosa, raz jeszcze udowodniło, że naród polski w obronie swojej niepodległości i wolności jest nie tylko gotów do największych poświęceń zarówno życia jak i dobra materialnego, ale również, że wykazuje niezwykłe zdolności w inicjatywie, że jest zawsze gotów i chce ponosić pełną odpowiedzialność za losy państwa na równi z kierownikami życia politycznego jak i wojskowego.

            Kampania ta potwierdziła tę bezcenną inicjatywę i współodpowiedzialność, którą polskie społeczeństwo wykazało już i zarania niepodległości w akcji gen. Rozwadowskiego w obronie Małopolski i Lwowa, w inicjatywie Paderewskiego w uwolnieniu Poznańskiego oraz w obronie Śląska przez Korfantego.

„Nie o nasz bez nas”, dokumentowało zawsze polskie społeczeństwo.

„Cud nad Wisłą”

            Stąd kampanię zwycięską, którą zakończyła bitwa pod Warszawą, należy rozpatrywać nie tylko z punktu widzenia wojskowego ale i moralno-politycznego, które to zwycięstwo umożliwiło.

            Bitwę pod Warszawą i jej zwycięskie w istniejącej omalże beznadziejnej wojskowo sytuacji – nazwano „Cudem nad Wisłą”.

            I słusznie – nie dziele się współodpowiedzialnością z narodem i zastosowanie błędnego strategicznego ugrupowania wojsk przez Piłsudskiego, spowodowały w rezultacie nieuchronną klęskę wojskową, a politycznie grozę tzw. linii Curzona. W tej sytuacji wydobył się naród tylko cudem Bożym przez zorganizowanie moralnej i politycznej jedności narodowej pod przewodem wielkiego chłopa polskiego, Wincentego Witosa i dzięki geniuszowi operacyjnemu wielkiego żołnierza polskiego, Tadeusza Rozwadowskiego.

            Ten cud doprowadził nie tylko do ustalenia granicy polsko-rosyjskiej w traktacie pokojowym w Rydze, ale przede wszystkim uratował Polskę i Zachód przed inwazją czerwoną.

            Bitwa pod Warszawą zakończyła okres stabilizowania się niepodległości państwa polskiego, w którym to okresie na czoło wybiły się wyraźne tendencje narodu polskiego, pragnącego żyć i rozwijać się w ramach wolności demokratycznych.

            Doświadczenia tego okresu, okupione bezmiarem ofiar, wskazywały wyraźnie linie, po których naród chce kroczyć w swoją przyszłość, zarówno politycznie jak i wojskowo.

Lekcje przeszłości zlekceważone

            Niestety, jak przyszłość wykaże, ówczesny wódz naczelny i naczelnik państwa, zlekceważył lekcje historyczne tego okresu i szedł wyraźnie w kierunku dyktatury, a w dziedzinie wojskowej, odrzucając doświadczenia Zachodu, bazujące na rozwoju technicznym armii, zahypnotyzowany urokiem powodzenia armii konnej Budinnego, oparł organizację armii polskiej na rozbudowie kawalerii – przygotowując w ten sposób grunt pod przyszłą klęskę, która miała w kilkanaście lat później zniweczyć całkowicie owoce z takim trudem i ofiarami odniesionego zwycięstwa.