piątek, 27 lipca 2018

Piosenka o Lechitach, czyli jak się tworzy Fake news

W internecie pojawiła się jakaś piosenka o jakiś Lechitach i od razu łosie zaczęły przesyłać sobie linki i się jarać.

Piosenka jest pod tym linkiem
https://www.youtube.com/watch?time_continue=2&v=-1G8s_Igc9o

Sam fakt, że to się kupy nie trzyma na pierwszy rzut oka nie dziwi.

Szybciutko piszemy do blogerów o pomoc, którzy mogą pomóc. I szybciutko otrzymujemy odpowiedź 


Cześć,
 
w greckim internecie ta piosenka nie istnieje, nie znalazłam o niej ani jednej wzmianki. Poza tym tytuł jest źle przetłumaczony, bo λεχίτες μαλάκες nie znaczy potężni lechici, tylko lechici dupki, huje (jak kto woli). Więc tytuł ma się nijak do tekstu piosenki. Gdyby to była piosenka grecka, to nie sądzę, że zaszłaby taka pomyłka w tytule.

Prowokacja niezbyt udana


Fake news – forma przekazywania informacji, która opiera się na celowej dezinformacji lub oszustwie, rozprzestrzeniana poprzez drukowane i nadawcze serwisy informacyjne, media elektroniczne czy serwisy społecznościowe. Informacje te są pisane i publikowane w celu wprowadzenia w błąd, albo w celu uzyskania finansowych lub politycznych korzyści. Często stosują chwytliwe nagłówki w celu zwrócenia możliwie dużej uwagi. Należy rozróżnić nieprawdziwe i wprowadzające w błąd fałszywe wiadomości od satyry lub parodii, która jest przeznaczona dla humoru, ale nie ma na celu wprowadzenia w błąd odbiorców.






środa, 25 lipca 2018

"Polska" polityka wschodnia w dobie transformacji lat 90-tych

Jaką mamy politykę wschodnią dzisiaj, która nie uległa zmianie po 89 r.



Jeżeli odsuniemy obecnych kretynów rządzących naszym krajem możemy zmienić wszystko


Jeżeli zaczniemy rozmawiać biznesowo  osiągniemy to o czym mówi Henryk Siodmok





wtorek, 24 lipca 2018

Ja sam jestem uniwersałem! Karol Zbyszewski: Dlatego tak wypaczono wizerunek Czarnieckiego?

Karol Zbyszewski: Dlatego tak wypaczono wizerunek Czarnieckiego?

Prawdziwy Czarniecki – cala prawda o naszym bohaterze narodowym!

Szwedzi przeszli całą Polskę jak na majówce, hetmani przysięgli wierność Karolowi Gustawowi, szlachta siedzi cicho, król uciekł, nie ma wolnej piędzi ziemi. Czy można było wówczas uratować kraj słodyczą, łagodną perswazją, przestrzeganiem przepisów?Z okazji przeniesienia do sarkofagu rozpisały się gazety o Czarnieckim. Wszystkie artykuły były w tym tonie w jakim PAT podaje życiorysy naszych ministrów. Czytając te płasko nagromadzone pochwały widziało się Czarnieckiego słodkiego, poczciwego, jak, niczym nowy archanioł Gabriel, rycersko wypiera Szwedów na czele skonsolidowanego narodu. Zacny wódz co miecz ma dla wrogów, a dla swoich jeno dobre słowo i ujmujący uśmiech. Tymczasem Czarniecki był żywym, nie papierowym, człowiekiem i prawdziwie wielkim. W krytycznych chwilach, gdy do ratowania Polski widział tylko jedną drogę, wtedy i dla swoich – co za nim nie stali – miał jedynie miecz!
Czarniecki jął się innych środków. W Tyszowcach zawiązuje się konfederacja. Są liczne głosy za Szwedami, mędrki szlacheckie argumentują, że Wazowie to też Szwedzi, więc czy Jan Kazimierz czy Karol będzie panował to żadna różnica. Czarniecki każe swym ludziom rozsiekać tych filozofów, po czym wszyscy jednomyślnie są za prowadzeniem wojny.
Czarniecki wezwał chłopów do walki. Szlachciców co utrudniali swym poddanym powstanie karał gardłem. To on księży namówił do odmawiania chłopu rozgrzeszenia o ile choć jednego Szweda-heretyka nie zatłukł. On otwierał więzienia i nawet najgorszych zbrodniarzy werbował. On utrzymywał dyscyplinę w szeregach rózgami, on dla tchórzy wystawiał szubienice. Dobrowolnie skąpa szlachta nic na wojsko nie dawała. Czarniecki nakładał kontrybucje, urządzał rekwizycje, ogałacał zamki i skarbce kościelne.
– Gdzie uniwersał królewski na te rekwizycje? – pytała wzburzona szlachta. – Ja sam jestem uniwersałem! – odpowiadał Czarniecki.
Żydzi naturalnie, jak zawsze nienawidzący Polski, przylgnęli całym sercem do najeźdźców. Służyli im za tłumaczy, przewodników, szpiegów. Czarniecki wieszał Żydów, pozwalał swym żołnierzom urządzać pogromy. Przesadna tkliwość nie leżała w jego usposobieniu. A ten system walki nocami jak wilki, urywania oddziałów, gwałtownych ucieczek, czatowania na wychylenie się wroga z obozu?
– To kozacki system, nie rycerski – krzywiło się wielu.
– On nie wybija, a wykrada mi wojsko! – zgrzytał Karol Gustaw. Śmieszne zarzuty. Ważniejsze przecie by wojnę wygrać i ojczyznę ocalić niż uzyskać miano wodza, walczącego w otwartym polu. Tak samo ta srogość, okrucieństwo, bezwzględność Czarnieckiego, to przymuszanie rodaków terrorem do dobrej sprawy, wzbudzają dlań tylko większy respekt, podnoszą jego wielkość.
Stefan Czarniecki wcale nie był łagodnym gołąbkiem szybujący z gałązką oliwną, konsolidator do którego wszyscy z uciechą biegli i który zadał sobie tylko trud stanięcia na czele – to był człowiek walczący z wszelkimi przeciwnościami, ze złą wolą, opieszalstwem, zdradą, marazmem narodu… że aby kraj wyzwolić nie cofał się przed użyciem ostrych środków – czy to mu ujmę czy zaszczyt przynosi? Ciepła kluska, klej dla wszelkich odłamów, język co wszystkich zjednywa, aksamitna rączka co każdego głaszcze – może tak sobie wielu dziś i wyobraża ideał wodza. Dlatego tak wypaczono wizerunek Czarnieckiego. Ale on był od tego jak najdalej, był tego antytezą. I właśnie dlatego uratował Polskę.
Karol Zbyszewski
pobrano z http://www.polishclub.org/2015/01/04/karol-zbyszewski-dlatego-tak-wypaczono-wizerunek-czarnieckiego/

Dyrektor Muzeum Auschwitz przyznał że „komora gazowa” została sfabrykowana

W bezprecedensowym filmowym wywiadzie z dr. Franciszek Piper – starszy kurator i dyrektor archiwów Państwowego Muzeum w Auschwitz,  przyznał przed kamerą, że „krematorium 1″, rzekoma „mordercza komora gazowa” pokazywana setkom tysięcy turystów każdego roku w obozie w Auschwitz została wybudowana w rzeczywistości po wojnie przez Związek Radziecki na bezpośredni rozkaz Stalina.
To co faktycznie dr. Piper powiedział przed kamerą dotyczyło raportu Leuchter’a, który okazał się być prawdziwy: nie było żadnych morderczych zagazowań w budynku oznaczonym jako „komora gazowa” w Auschwitz.

Tym oświadczeniem wydanym przez dyrektora Państwowego Muzeum w Auschwitz, jeden z największych „faktów” historycznych został zniszczony. Ta „komora gazowa” jest ważnym historycznym „Faktem”, na którym oparte jest wiele zagranicznych i krajowych polityk  państw zachodnich od czasu II wojny światowej.
auschwitz_the_story_keeps_c-300x196
To była podstawa do przelania przez Stany Zjednoczone ponad 100 mld dolarów dla Izraela od jego powstania w 1948 roku, wypłacenia 16.500 dolarów w ramach pomocy zagranicznej na każdego mężczyznę, kobietę i dziecko w państwie żydowskim oraz miliardów zapłaconych przez Niemców w ramach „odszkodowań”- nie wspominając o budowie krajowej telefonii Izraela, systemów elektrycznych i kolejowych … wszystko to dary od narodu niemieckiego. „Fakt” o którym mówimy, jest podstawą do wypłacania 10 mld dolarów „pożyczki” (czytaj „darowizny”) dla emigrantów z Izraela przebywających na terytoriach okupowanych … podczas gdy Amerykanie śpią na ulicach, a firmy zatrudniające tysiące pracowników bankrutują. (Uwaga – Począwszy od 2004 r., ani jedna „pożyczka” od USA dla państwa Izrael nie została spłacona.)
Niemcy płacą „odszkodowania”, a Stany Zjednoczone robią znaczący wkład aby odpokutować za „gazowanie w Auschwitz”. Jeśli te „mordercze komory gazowe” były powojenną kreacją Sowietów, w których nikogo nie zagazowano, niezależnie od rasy, wyznania, koloru skóry czy kraju pochodzenia, wtedy te ‚zadośćuczynienia’ były niepotrzebne, i opierały się na oszustwie.
Kasety wideo, na których dr Piper robi swoje objawienie powstały w połowie 1992 roku przez młodego badacza żydowskiego, Davida Cole. Po nich następuje 12 lat intensywnych badań przez kilkudziesięciu historyków, dziennikarzy i naukowców, którzy próbowali dostać się do tego, co naprawdę wydarzyło się w Auschwitz.
„Prawda za bramami Auschwitz” 1/6 w części 3 znajduje się wywiad z Dr. Franciszek Piper


Podobnie jak większość Amerykanów, Cole od młodości został poinstruowany, że masowe mordercze zagazowywanie odbywało się w Oświęcimiu. Liczba straconych – oświadczył również niepodważalnie sięga 4,1 mln.
Wtedy ukazał się Raport Leuchter’a w 1988 r. który spowodował ponowna ocenę liczby zgonów w Auschwitz (zmniejszając ją do 1.1 miliona). Jako początkujący historyk i żyd – Cole został zaintrygowany.
Przed 1992 r., każdy kto publicznie wątpił w oficjalną liczbę 4.1 milionów „zagazowanych” w Auschwitz został nazywany antysemitą lub neonazistą. Po cichu, oficjalna liczba została obniżona do 1,1 mln. Nie wspomniano nic o brakujących 3 mln.
Wywiad Cole’a udowadnia, że ludzie, którzy prowadzili Państwowe Muzeum w Auschwitz praktykowali fabrykowanie „dowodów” morderczego gazowania. Należy pamiętać, że milionom turystów rocznie , mówiono, że „krematorium 1″ jest w stanie pierwotnym, podczas gdy urzędnicy wiedzieli, że „pierwotny stan” to kłamstwo.
Politycznych, religijnych i historycznych konsekwencji tego kłamstwa o morderczych komorach gazowych w Auschwitz nie można zmierzyć. W połączeniu z Raportem Leuchtera, wywiad z dr. Piper Cole na taśmie wideo dowodzi, że to co zachodnie rządy nauczały o komorach gazowych w Auschwitz to kłamstwo.
Nikt, bez względu na rasę, wyznanie, kolor skóry czy kraj pochodzenia nie został zagazowany w Auschwitz. „Mordercze komory gazowe” w Oświęcimiu, były uzasadnieniem do szczególnego traktowania państwa Izrael.
Uwaga – to jest fragmentem znacznie dłuższego artykułu P. Samuel Foner.

Ofiara Auschwitz mówi prawdę o Auschwitz

Poniżej więcej materiałów dotyczących jednego z największych kłamstw powojennej historii – istnienia komór gazowych w Auschwitz oraz sfabrykowania innych dowodów dotyczących Holokaustu.
Artykuł wraz z krótkim materiałem filmowym, zawiera wypowiedzi amerykańskich ekspertów od komór gazowych z USA. Zebrane materiały oraz przeprowadzone przez naukowców badania jednoznacznie wskazują, że przedstawione jako „komory gazowe” obiekty nie były technicznie przygotowane do spełnienia funkcji komory gazowej, była to jedna z największych mistyfikacji w historii powojennej. Więcej w artykule:
Jak podają dokumenty z żydowskich archiwów większość żydów wyemigrowała z okupowanych terenów w głąb Rosji. Więcej a artykule:
Ostatnio udostępnione dokumenty Czerwonego Krzyża, zamknięte przez lata, pokazują, że całkowita liczba zgonów w “obozach koncentracyjnych” wynosi „tylko” 271.301. Liczba ta obejmuje wszystkich zmarłych także z przyczyn naturalnych, chorób, epidemii tyfus. Więcej w artykule:
Historyczne wideo z 1948 r. z posiedzenia sądu w Krakowie nad zbrodniarzami z Oświęcimia. Warto zwrócić uwagę na padającą liczbę ofiar w kompleksie obozowym Auschwitz wynoszącą 300 tysięcy ofiar. Więcej w artykule:
Sfabrykowane zdjęcia Holocaustu. Więcej w artykule:
Wywiad z Joe Cortina, który przeprowadził wieloletnie śledztwo dotyczące obozu w Dachau. Więcej w artykule:
W 2013 roku Sąd USA wydał wyrok nakazujący Semenowi Domnitser zapłacić 57,3 miliona dolarów odszkodowania za tworzenie fałszywych wniosków o wypłatę z funduszu holocau$tu. Dyrektor organizacji żydowskiej został skazany na 8 lat więzienia. Więcej w artykule:<
66 pytań i odpowiedzi dotyczących Holokaustu. Więcej w artykule:
Obszerny tekst ze zdjęciami demaskujący Holokaust i przez lata niepodważalną magiczną liczbę 6 milinów. Więcej w artykule:
II Wojna Światowa i masowa emigracja Żydów do Izraela oraz rola jaką odegrał w tym procesie rodzina żydowskich bankierów Rotszyld. Więcej w artykule:
Herman Rosenblat Żyd który opisywał siebie jako ofiarę holokaustu, na podstawie jego opowieści miała powstać książka i film, dziennikarze stacji ABC TV udowodnili że opisane przez niego historie nie mogły mieć miejsca i zostały zmyślone. Herman przyznał się do zmyślenia historii:
Film dokumentalny Telewizji Polskiej „mydło z ludzi”, badania wykazały że zachowane próbki „Mydła z Żydów” w większości nie były produkowane z ludzi, a te które były produkowane z ludzkiego tłuszczu pochodziły ze zwłok dostarczanych ze szpitala dla umysłowo chorych. Więcej w filmie:
Michał KK
OPUBLIKOWANO SIERPIEŃ 17, 2014  PRZEZ MICHALW  POLSKA

Ilu Polaków naprawdę zginęło podczas II wojny światowej?

Liczba Polaków z 35 mln w 1938 zmalała w wyniku wojny do 24 mln w 1946 roku.

Ilu obywateli utraciła Rzeczpospolita w latach II wojny światowej?

Od 35 mln w 1938 roku do 24 mln w 1946

Porównanie powtarzanych od lat informacji o utraceniu przez Rzeczpospolitą Polskę w latach II wojny światowej jedynie sześciu milionów obywateli (a wśród nich może 1,5, może 2, a może 3 mln Polaków) z danymi demograficznymi, wskazującymi na ubytek w tym czasie ponad 10 mln mieszkańców Polski wzbudza poważne zastrzeżenia co do ustalonej odgórnie w 1946 roku liczby 6 mln utraconych w czasie wojny obywateli.
Czy to możliwe, by w ciągu sześciu lat “zniknęło” albo “rozproszyło się” bez śladu kilka milionów Rodaków? Czyżby zostali na utraconych Kresach Wschodnich albo nie wrócili z robót przymusowych w III. Rzeszy? Tymczasem wobec coraz częstszego twierdzenia przez Niemców, że po wojnie wymordowano 2 mln przesiedleńców z Polski (z terenów zamieszkanych przed wojną przez 7 milionów obywateli Reichu), powoli przestajemy być uważani na świecie za ofiary II wojny światowej, a zaczynamy być uważani za ludobójców.
Stowarzyszenie byłych Więźniów Politycznych z Chicago wraz z Fundacją Piekarskiego z Calgary wystąpiły w tej sprawie o wyjaśnienia. Listy otwarte z 12 lipca 2004 roku do Dyrektora Muzeum Oświęcimskiego (zamieszczonym m.in. w torontańskim “Głosie Polskim”) i z 31 sierpnia 2004 roku do Ministra Kultury RP nic jednak nie wyjaśniły.

Prawda PRL przeciw prawdzie
W roku 2005 problemem zajęło się Polskie Towarzystwo Demograficzne: zorganizowano w Warszawie spotkanie demografów i historyków (o treści obrad informuje drukowane niżej sprawozdanie).
Liczba utraconych w latach 1939-1945 obywateli RP ma fundamentalne znaczenie dla bilansu poszczególnych składników polskich strat ludnościowych, wynikłych z niemieckiej i sowieckiej agresji (tj. m.in. osób cywilnych i żołnierzy zabitych bezpośrednio w działaniach wojennych, wymordowanych polskich Żydów, ofiar obozów koncentracyjnych, ofiar Golgoty Wschodu, ale też strat niezwiązanych ze śmiercią, lecz np. z powojenną emigracją polityczną). Skuteczne zafałszowanie tej liczby przez rządy komunistyczne w Polsce doczekało się – 60 lat po wojnie! – poważnego potraktowania przez polskich demografów.
Źródłem wciąż obowiązującego w podręcznikach kłamstwa był odgórny nakaz z 1946 roku. Uznano wówczas, że Polska utraciła w minionej wojnie 6 mln obywateli. Ta liczba stała się wręcz kanonem wiedzy historycznej, co wiele lat później – w roku 1994 – prowadziło do stwierdzenia:
W 2 mln strat Polaków w czasie II wojny światowej mieszczą się również straty poniesione w wyniku prześladowań aparatu sowieckiego w latach 1939-1941, a także zbrodni miejscowych nacjonalistów, m.in. ukraińskich i litewskich, za które współodpowiedzialność ponosi państwo niemieckie, inspirujące często te zbrodnie lub je akceptujące, a co najmniej tolerujące. W liczbie tej mieszczą się również straty poniesione w wyniku działań wojennych i walk” [Czesław Łuczak: Szanse i trudności bilansu demograficznego Polski; w wydawnictwie Polskiej Akademii Nauk “Najnowsze Dzieje Polski” nr 2/1994].
Uparte powtarzanie powyższego doprowadziło do niewiary w treść wyroków kończących Procesy Norymberskie, a także w orzeczenie wydane w 1968 roku przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce (GKBZH) o wymordowaniu dwu milionów polskich obywateli w Auschwitz. Liczba utraconej przez Polskę w latach 1939-45 ludności stała się tematem politycznie niepoprawnego tabu.
Orzeczenie GKBZH zostało uznane przez Muzeum Oświęcimskie za wynik propagandy komunistycznej, zaś zaniżoną liczbę Ofiar Auschwitz powtórzyli Prezydenci RP (Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski) przy okazji okrągłych rocznic wkroczenia Armii Czerwonej do obozu: w 1995 i 2005 roku.

Punktem wyjścia spisy powszechne
Dla możliwie dokładnego określenia tej liczby należy ustalić zaludnienie Polski przed i po wojnie – wyjaśniając przy okazji znaczne różnice, spotykane w literaturze przedmiotu.
Na omawianym tu seminarium w IH PAN podano informację o Spisie Powszechnym z 1938 roku, który (już po włączeniu Zaolzia) wykazał 35,4 mln mieszkańców Polski. Nieco później, bo w sierpniu 1939 roku przesłano do Ligi Narodów informację o 35,8 mln (co powtórzył prof. Andrzej Krzesiński z UJ w książce “Poland`s Right to Justice”, wydanej w 1946 roku). Z kolei według wydanego we Wrocławiu w 1981 roku “Historical Atlas od Poland” pod red. W. Czaplińskiego i T. Ładogórskiego Polskę zamieszkiwało wtedy 35,1 mln osób.
Wynik pierwszego powojennego spisu powszechnego z końca 1946 roku (23,6 mln) i powojenny trend demograficzny (według cytowanego wyżej “Atlasu” w chwili następnego spisu powszechnego w 1950 roku Polska liczyła 25 mln mieszkańców) pozwala oszacować zaludnienie Polski w 1945 r jako 23,2 mln. Stad liczba rzeczywiście utraconych w czasie wojny przez Polskę obywateli to co najmniej 11,5 mln (za “Atlasem”) albo nawet 12,6 mln, co stanowi 35% polskiej ludności z 1939 roku. Liczbę te należałoby powiększyć o wymordowaną przez najeźdźców mniejszość narodową polską, żyjącą poza przed wojną poza granicami RP – na wschodzie i zachodzie… Należy podkreślić, że w sentencji Wyroków Norymberskich w 1946 roku określono polskie straty jako 1/3 (33%) przedwojennej populacji Polski.
Przedłużenie przedwojennego trendu demograficznego aż po rok 1945 pozwala uznać, że najazd sąsiadów w 1939 roku odebrał Polsce potencjalną szansę zwiększenia populacji – w latach zabranych przez wojnę – do około 38 mln obywateli. Należy zauważyć, że po wojnie odbudowa stanu ludnościowego do poziomu z roku 1939 trwała 35 lat – aż po rok 1980. Innym ważnym czynnikiem jest gęstość zaludnienia (czynnik ten uwzględnia fakt utraty w wyniku trwającej 6 lat wojny około 19% terytorium Państwa Polskiego). W 1931 roku gęstość zaludnienia wynosiła w Polsce 70 osób na 1 kilometr kwadratowy (wobec 135 w Niemczech). Przed agresją 1939 roku wzrosła do około 92,3 a w roku 1946 wyniosła 75,5. Wyrównanie gęstości zaludnienia do stanu sprzed wojny nastąpiło po dwunastu latach – w 1958 roku. Obecnie na kilometrze kwadratowym Polski mieszka średnio 128 osób.
Warszawskie seminarium z 13 grudnia pozwala wierzyć, że mimo uległości niepolskim interesom wielu prominentnych historyków z czasów PRL, prawda o skali polskiej Golgoty II Wojny Światowej może zostać wreszcie zbadana, zweryfikowana, ustalona i ujawniona. Poza niezbędnymi studiami i dyskusjami kompetentnych badaczy, potrzebna przy tym będzie dobra wola polityczna rządzących Krajem, zainteresowanie mediów i nietendencyjne informowanie społeczeństwa (także w podręcznikach szkolnych). To praca na długi czas, ale początek procesu odkłamywania polskiej demografii ostatniego stulecia został zrobiony.
Dr STEFAN PĄGOWSKI
Toronto, 13 stycznia 2006 r.
dla Fundacji im. Konstantego
Piekarskiego w Calgary
Fragmenty większej całości, tytuł i opr. – red.
pobrano z http://www.polishclub.org/2018/04/19/liczba-polakow-z-35-mln-w-1938-zmalala-w-wyniku-wojny-do-24-mln-w-1946-roku/ 

Gottfrieda Lengnicha Historia Polska od Lecha do śmierci Augusta II z r 1740, Kronika Norymberska i język wendyjski (wandalski - słowiański )


Poniżej zamieszczam fragment napisany Gottfrieda Lengnicha  - Historia Polska od Lecha do śmierci Augusta II wydanej w roku 1740 r i dedykowanej Stanisławowi herbu Ciołek Poniatowskiemu, wojewodzie mazowieckiemu, staroście lubelskiemu i stryjskiemu, który został napisany też wg naszych kronik. Można mieć też wiele pewnych uwag, ale tutaj chodzi o pewien algorytm wg którego się to wszystko pisze.
Pomijając aspekty polityczne dla naszych królów, szlachty  i wielmożów było pisane zawsze tym samym modelem, mniej lub bardziej ocenzurowanym, ale pisane było. Ale dziś tępe głąby uniwersyteckie, które nie  byłyby w stanie znaleźć dziwki w burdelu piszą dokładnie wg wzoru studentów uczą nieuki, nieuków tumany, a tumanów agenci z Moskwy i Berlina (z udziałem Londynu). Najlepiej się do tego nadają  szabasowi ćwierćinteligenci, którzy dziwnym trafem udzielają się w niemieckich fundacjach i z Moskwy standartowo o bliżej nie określonych słowianach.
No i nasz kościół, ze swoją postawą patriotyczną. No tak, ale w dekalogu jest takie przykazanie - nie kradnij. Ukraść można, nie tylko rzeczy materialne, ale także dziedzictwo, część historii. Najlepszym tego przykładem jest słynny obraz z naszymi władcami, który wisi przecież nie w tajnym schowku w Berlinie, nie w synagodze tylko w miejscu tak znaczącym dla Polaków jak Częstochowa.

Gottfried Lengnich - Historia Polska od Lecha do śmierci Augusta II

https://jbc.bj.uj.edu.pl/dlibra/publication/101224/edition/94251/content?ref=desc
fragment do strony 5


250px-Gotfryd_Lengnich.jpg

Gottfried Lengnich

1689-1774

Urodził się 4 grudnia 1689 r. w Gdańsku w rodzinie zamożnego kupca. Do roku 1707 uczył się w szkole parafialnej działającej przy kościele Mariackim. W wieku 13 lat został wysłany przez rodziców do Gniewu, by poznać język polski. Edukację swą kontynuował w gdańskim Gimnazjum Akademickim, które ukończył w 1710 roku, a następnie wyjechał do Halle, gdzie na tamtejszym uniwersytecie studiował prawo, historię i krasomówstwo. Tam też w roku 1712 uzyskał tytuł licencjata, a rok później został doktorem prawa. Działał również na polu wydawniczym – współredagował bowiem naukowy periodyk Hallische Bibliothek. W 1713 roku, po krótkim pobycie na dworze króla Augusta II, powrócił do Gdańska.
W rodzinnym mieście utrzymywał się przez kilka lat z prywatnego nauczania, zajmując się jednocześnie studiami nad dziejami prawa Gdańska, Prus Królewskich i Królestwa Polskiego, by dowiedzieć się, czy my, Prusacy, jesteśmy Polaków równymi braćmi, czy też sługami. W latach 1718-1719 zaczął wydawać prekursorski dla Polski periodyk historyczny Polonische Bibliothec, zawierający teksty głównie jego autorstwa. W czasopiśmie można było przeczytać m.in. fragmenty dokumentów historycznych, życiorysy wybitnych Polaków i wyniki najnowszych badań. Na karcie tytułowej jako miejsce druku stoi: Tannenberg wo Vladislaus Jagyello die Creutz-Herren schlug (Tannenberg - Grunwald, gdzie Władysław Jagiełło pobił Krzyżaków). Wyobrażenie o zawartości tych druków dają słowa: Jest już najwyższy czas, gdy inne narody omawiają dzieje swych przodków z największą pilnością, aby i Polacy wzięli się do pióra i naśladowali tak chwalebne przykłady [...]. Należy wreszcie zrozumieć, że uczeni obcy powinni mieć pewne wiadomości o naszych czynach, naszej formie rządów, gospodarstwie, kulturze [...]. Często rozmyślałem, że należy dzieje mojej ojczyzny oczyścić z oczywistych kłamstw i przedstawić je we właściwym świetle . Niestety, pomimo niewątpliwych wartości naukowych, jakie niosło ze sobą pismo, spotkało się ono nie tylko z niewielkim zainteresowaniem, ale też i z pewną niechęcią, Lengnich bowiem w swoich artykułach zdecydowanie rozprawiał się z wyidealizowaną historią swojej ojczyzny. Zmuszony był więc zakończyć swą inicjatywę wydawniczą już na drugim tomie. Swoją porażkę skomentował w następujący sposób: Liczba troszczących się o wiedzę stale się, niestety, zmiejsza. Cały świat woła o skróty. Przeciętny obywatel jest zadowolony, jeżeli zdołał coś niecoś podłapać z ubiegłego stulecia i wyżej ceni te wiadomości niż orientację w odległym średniowieczu. Samo spojrzenie na dużą księgę już nas przeraża.
W 1720 roku spróbował wraz z innymi naukowcami przenieść na grunt Rzeczpospolitej inne naukowe przedsięwzięcie i założył pierwsze polskie towarzystwo Societas Litteraria cuius symbolum virtutis et scientiarum incrementa czyli Towarzystwo Literackie, którego symbolem jest rozwój wiedzy i moralności. Stowarzyszenie, które przetrwało 7 lat początkowo skupiało się na zagadnieniach humanistycznych, a posiedzenia dotyczyły głównie zasad moralności i etyki, w następnych latach zaś prym zaczęły wieść nauki przyrodnicze i medycyna. Spotkania odbywały się co poniedziałek, a członkowie spotykali się nie w ponurych aulach, a w swoich mieszkaniach, gdzie w kameralnej i miłej atmosferze dyskutowali o nauce przy kawie i ciasteczkach.
Rada Miejska w 1721 roku powierzyła Lengnichowi kontynuowanie dzieła Historia Rerum Prussicarum w zamian za stałą pensję. Rzetelne, posiadające ogromną wartość również dla dzisiejszych historyków opracowanie okresu 1526-1733 w 9 tomach pt. Geschichte der Preussischen Lande Königlich-Polnischen Antheils zajęło mu 33 lata. Opracował też Kroniki Galla Anonima i Wincentego Kadłubka, a także napisał rozprawę De Polonorum maioribus (O przodkach Polaków).
Pomimo nawału pracy Lengnich nie zaniedbał życia osobistego. W roku 1730 ożenił się z córką pastora, Eufrozyną Florentyną Fischer, z którą miał dwie córki. Eufrozyna doskonale rozumiała fascynacje męża i to ona całkowicie zajęła się prowadzeniem domu i wychowaniem córek. Jak zwykle za wybitnym mężczyzną musiała więc stanąć oddana kobieta . 
leng0001.jpg
Tytułowa strona Biblioteki polskiej Lengnicha
Lengnich szerzył wiedzę także w Gimnazjum Akademickim, gdzie w roku 1729 po wygraniu konkursu zajął stanowisko profesora retoryki i poezji. Z instytucją tą związał się na 20 lat, a na krótko przed zrezygnowaniem z tej posady Rada Miejska powołała go do wykładania prawa i historii. Edukował również przyszłego króla Polski – Stanisława Augusta Poniatowskiego. W roku 1733 podczas oblężenia Gdańska poznał jego ojca, wojewodę mazowieckiego Stanisława Poniatowskiego, który 5 lat później zatrudnił go jako nauczyciela prawa i historii Polski dla swoich trzech synów. Znajomość ta zaowocowała napisanym dla uczniów podręcznikiem Historia Polona a Lecho ad Augusti II mortem(Historia Polski od Lecha do śmierci Augusta II), który można uznać za świadectwo poczucia przynależności autora do narodu polskiego. Lengnich nie tylko okazał się być dobrym nauczycielem, miał też świetny kontakt ze swoimi podopiecznymi, gdyż również w latach późniejszych pozostał z rodziną Poniatowskich w stałym kontakcie, a z królem Stanisławem Augustem korespondował. Został też doceniony poza granicami kraju – w roku 1737 został korespondencyjnym członkiem Akademii Nauk w Petersburgu.
W okresie bezkrólewia po śmierci Augusta Mocnego, Lengnich dość niefortunnie opowiedział się - tak jak większość polskiej szlachty - po stronie Leszczyńskiego. Udało mu się jednak dość szybko powrócić do łask na królewskim dworze, skupionym teraz wokół ostatecznego zwycięzcy, Augusta III, syna wspomianego Mocnego. Ten ostatni dostrzegł możliwości Lengnicha i w roku 1740 mianował go królewskim radcą legacyjnym i przyznał pensję w wysokości 1200 talarów rocznie. 
leng0002.jpg
Tytułowa strona Prawa publicznego Królestwa Polskiego z 1742 r.
Wiedzy mu jednak było ciągle mało, w tym samym roku, kiedy to kanclerz Andrzej Stanisław Załuski namówił go na przyjazd do Warszawy i napisanie rozprawy prawniczej, Lengnich, by rzetelniej przygotować się do pracy, przez 3 miesiące studiował polską praktykę parlamentarną. Dzięki temu w latach 1742-1746 powstało jedno z najważniejszych dzieł Lengnicha - Ius publicum Regni Poloniae (Prawo publiczne Królestwa Polskiego, wyd. I 1742). Na uwagę zasługuje również inny traktat, o bliższej nam tematyce: Ius publicum civitatis Gedanensis (Prawo publiczne Gdańska). Prawnicze rozprawy przyniosły Lengnichowi duże uznanie, badacze zaliczają je nawet do jednych z najlepszych w dorobku polskiej nauki. Prawo publiczne Królestwa Polskiego przez długie lata było podręcznikiem polskiego prawa i stanowiło źródłową bazę dla historyków.
August III musiał darzyć Lengnicha zaufaniem, gdy w roku 1749 wezwał go, by stanął w obronie praw mieszczaństwa uskarżającego się m.in. na ustawy utrudniające handel i udzielał porad prawnych mieszczanom chcącym składać skargi na rajców. Takie zadanie mogło wprowadzić opowiadającego się po stronie Rady i za autonomią Gdańska historyka w nie lada konfuzję.
Konflikt pomiędzy radą a mieszkańcami, którzy byli w swoistym sojuszu z dworem trwał do roku 1752. Lengnich, który na polecenie króla uzasadniał wprawdzie słuszność żądań pospólstwa, powstrzymywał się w kluczowych momentach od poparcia którejkolwiek ze stron, w cichości ducha ciążąc ku stronie Rady, z którą wiązał swoją przyszłość. Kunktatorstwo to przyniosło oczekiwany rezultat, kiedy, porzuciwszy w roku 1750 pracę w Gimnazjum, mianowany został syndykiem miejskim, które to stanowisko porównać można do radcy prawnego zatrudnionego przez Radę Miasta. Było to stanowisko wielce prestiżowe, dla osoby o aspiracjach i możliwościach Lengnicha ukoronowanie kariery politycznej. Złośliwi okrzyknęli go natychmiast pruskim Tacytem, bynajmniej nie ze względu na uznanie dla jego dzialalności na polu historii. Przydomek ten, bazując na swoistej grze słów (Tacyt - historyk rzymski, ale jednocześnie tacitus = milczek) wyjaśniany był w następujący sposób: Lengnich - pruski Tacyt (milczek) domilczał się syndakatury.
W tym samym roku Rada Miejska na królewskim dworze próbowała przedstawić swoje racje i wysłała do Warszawy trzech przedstawicieli: burmistrza, rajcę i świeżo mianowanego syndyka. Lengnich wygłosił na audiencji zgrabną przemowę, która dała Augustowi nadzieję na to, że Rada zmieni swój stosunek do sprawy żądań pospólstwa i dostosuje się do królewskiej woli. Tak się jednak nie stało, a rajcy w dalszym ciągu walczyli o przewagę w konflikcie. Promowany przez króla Lengnich rozczarował go brakiem skuteczności w walce z Radą, co nawet uznano za sprzeniewierzenie się królewskiemu dobrodziejowi. Naraził się swoją działalnością do tego stopnia, że chciano go pozbawić stanowiska, a żądania takie wysunęła rzemieślniczo-kupiecka opozycja. Jeszcze w roku 1755 opat oliwski Jacek Rybiński apelował do króla o odebranie mu tytułów.
Lengnich mimo skupieniu się na działalności pisarskiej i politycznej na chwilę wrócił jednak do edukacji, kiedy to w 1765 roku Rada powołała go w skład komisji przygotowującej reformę gdańskiego szkolnictwa.
W 1767 na polecenie Rady Miejskiej zajął się jeszcze sprawą rozwijającego się w Prusach ruchu dysydentów – opracował wywód z jednej strony pokazujący plusy przystąpienia Gdańska do konfederacji, z drugiej strony zaś zalecał dużą ostrożność, gdyż takie poparcie mogło by być uznane za zdradę stanu. Rada zdecydowała się na zawarcie luźnych stosunków z dysydentami, a na toruński zjazd konfederacji wydelegowano właśnie Lengnicha, który opracował dokument zawierający postulaty o przywrócenie praw dysydentom.
Zajęcie się działalnością dysydentów było ostatnią istotną sprawą w życiu syndyka. Gotfried Lengnich zmarł po ciężkiej chorobie 28 kwietnia 1774 roku w Gdańsku. Pochowany został w Kaplicy św. Jakuba w Kościele Mariackim.
Lengnich był urodzonym molem książkowym, a jego życie skupiało się przede wszystkim wokół intensywnej pracy naukowej. Cechowała go uczciwość, metodyczność, talent do dyplomacji, a także duża ostrożność. Prowadził też zdrowy, uregulowany tryb życia – codziennie wstawał o piątej rano, szedł spać o dziesiątej wieczorem, a każde odstępstwo od tego zwyczaju psuło mu humor. Mógł przez to sprawiać wrażenie odludka, jednakże w rzeczywistości był człowiekiem towarzyskim. Często zapraszał swoich przyjaciół na podwieczorki gdzie lubił opowiadać anegdoty, a także deklamować poezję, cieszył się też opinią człowieka pogodnego. Jego dom odwiedzało również wielu mieszczan, prosząc o porady prawne. Doceniany był również przez sobie współczesnych – Hugo Kołłątaj zawarł charakterystykę działalności Lengnicha jako jeden z przykładów najwybitniejszych osiągnięć pomorskich naukowców, a obecnie cieszy się opinią „pierwszego wybitnego historyka doby Oświecenia w Polsce".
Lengnich bywa często przywoływany jako jeden z dowodów rzekomej odwiecznej i nieustającej polskości Gdańska. Rzeczywiście z jednej strony czuł się Polakiem, co raz po raz wyraźnie deklarował, z pasją zajmował się historią Polski, z drugiej zaś podkreślał stanowczo autonomię Gdańska i sprzeciwiał się nazywaniu Rzeczpospolitej „panią” w odniesieniu do Miasta. Uważał, że Miasto może podlegać jedynie królowi, a w swych dziełach wymieniał wyróżnienia nadane Gdańskowi przez monarchę, natomiast tych nadanych przez sejmy w ogóle nie uznawał. Ze skwapliwością wymieniał królów, którzy odwiedzili Gdańsk i tłumaczył tych, którym z różnych powodów przyjechać z wizytą się nie udało. Niezależnie od deklarowanej polskości konsekwentnie bronił praw Gdańska przed zakusami polskiego króla i Polski jako takiej – w roku 1764 działał na przykład przeciwko ustanowieniu dodatkowego cła morskiego dla króla, a także opowiadał się przeciwko przystąpieniu Gdańska do konfederacji barskiej. Jako dowód polskości całego gdańskiego społeczeństwa, czy tylko jego rzekomo nieodmiennego przywiązania do Polski, jest zatem Lengnich osobą zupełnie nieodpowiednią. Służyć może jedynie za dowód na to, że narodowość jest stanem ducha i kwestią subiektywnego wyboru, nie musi zaś (choć może) wynikać z pochodzenia i pierwszego języka jakiego człowiek się uczy.
Gottfried Lengnich jest ważną postacią w historii Gdańska, nie tylko jako uczestnik istotnych wydarzeń politycznych, ale również jako autor opracowań, pozwalających poznać i zrozumieć wydarzenia, które w jego czasach były już historią. Podobnie jak wielu innych Gdańszczan z przeszłości jest jednak dość zapomniany, mimo że uhonorowano go nadaniem jego imienia ulicy we Wrzeszczu, a wyrazem szczególnego uznania jest fakt, że pamiętano widocznie jego deklaracje polskości, bowiem po 1945 r. nie odebrano tej ulicy imienia gdańskiego prawnika i historyka, co jest w Gdańsku rzadkością. Gottfried Lengnich jest również patronem Biblioteki Akademii Rzygaczy.


Opracowała: prof. wirt. Magrat
pobrano z http://www.rzygacz.webd.pl/index.php?aid=403




Gottfrieda Lengnicha

Historia polska od Lecha do śmierci Augusta II

z przywilejem

W Lipsku, nakładem Jakoba Schustera,  w roku 1740

Najznakomitszemu i najdostojniejszemu Stanisławowi herbu Ciołek Poniatowskiemu, wojewodzie mazowieckiemu, staroście lubelskiemu i stryjskiemu, rycerzowi Orła Białego, panu mojemu najżyczliwszemu

w darze ofiarował

Gottfried Lengnich

Dziełko, pod twoimi auspicjami podjęte, którego pierwsze linie dla twoich dzieci nakreśliłem, Tobie, najdostojniejszy wojewodo, na mocy pewnego prawa jest należne. Gdy bowiem po ostatnim nieszczęściu miasta naszego, do Ciebie otwarty się dostęp, jako że jesteś uczynny i każdemu wychodzisz naprzeciw, Ty jako niemal pierwszy upomniałeś się  o studia, które dla polskiego rycerza są właściwe, a w których zasadnicze miejsce należy przyznać historii ojczystej, i - co z tym się wiąże - prawu publicznemu. Miałeś wtedy 6 synów, z nich 3, których wiek i uzdolnienia do poważniejszych sztuk ich kierowały, i chciałeś, by w taki sposób byli kształceni, by przede wszystkim ojczyznę swoją poznali, o jej pożytkach się dowiedzieli, i ucząc się obznajmiali się stopniowo z tą Rzeczpospolitą, której kiedyś mają doradzać. Wierzyłeś, że twój ten zamysł może się dzięki mojej pracy dokonać; a ja, choć na próżno wymawiałem się, ze moja znajomość tych rzeczy jest umiarkowana i poniżej twoich oczekiwań, ustąpiłem przed Twoją ludzkością, przez którą zwykłeś naginać i skłaniać niechętnych i opierających się. Wykształciłem - co sobie na zaszczyt poczytuję - twoich synów, którzy, gdyby nie byli Twoimi, zasługiwaliby, by być. Rzeczy ważniejsze podyktowałem, pozostałych nauczyłem ustnie, z nich zaś powstała książeczka, którą, ozdobioną na wstępie Twoim znakomitym imieniem, Tobie, najdostojniejszy wojewodo, z należną czcią oferuję i przedstawiam.

Jest jednak długotrwałym zwyczajem przyjęte, by powiedzieć coś na chwałę tych, którym dedykuje się pisma; a w Tobie, panie, wyróżnia się wiele, przez co obszerna materia do wielbienia się nastręcza. Są to: dostojeństwo, cnoty, wyborne czyny na wojnie i w pokoju, i inne rzeczy, które sławią nie mniej Twoi rodacy, jak i cudzoziemcy. I ja, który bliżej w ciebie wejrzałem, cały kształt, nie ciała, to bowiem do rzeźbiarzy i malarzy należy, lecz umysłu, we właściwych barwach opisać mógłbym. To jedno jednak w Tobie wielbię i podziwiam, z czego jednego nic sobie nie przypisują fortuna, nic łaska królewska, nic ludzkie fawory, nic szczęśliwe okoliczności, lecz co zaprawdę w całości Twoim powinno być nazywane. Znam troskę, z jaką swoje potomstwo kształcisz. O tym [tj. kształceniu dzieci] wiele w każdym stuleciu mądrze powiedziano, o tym wyborne zasady można przeczytać, w duchu również pojmujemy, jacy ojcowie są najlepsi i doskonali. Lecz Ty, cokolwiek powiedziano i napisano, cokolwiek obmyślamy, czynami to pokazujesz i oddajesz. A i bardzo wielu, także - nad czym ubolewać należy – większa część rodziców, uważa, ze właściwie wypełniła swój obowiązek, jeśli dzieci się pozbyli, czy to zdając ich kształcenie jakby na los, czy to najmując tych, którzy chcą ten ciężar wziąć na siebie, tak jakby najpierwszy był wzgląd na zapłatę. Jak różnym Ty jesteś, który wierzysz, że nie może być większą zasługą człowieka prywatnego dla Rzeczypospolitej, jak to, że da je dobrych obywateli! Takich przecież w dzieciach twoich kształtujesz, które przykazaniami kształcisz, napomnieniami pobudzasz, i pokazując nagrody jako jakby ostrogi, do zmierzania do tego, co zacne, kierujesz. W tym celu szukasz nauczycieli, by uczyli dzieci twojego tego, co będzie im przydatne, szczodrobliwością twoją takich nauczycieli zachęcasz, a co do wdzięczności, nie tylko ją masz, ale i jak najłaskawiej ją okazujesz. Bowiem bogactwa ku synom kierujesz, i sądzisz, że dlatego tobie się one nadarzyły, by dla korzyści synów były wydawane.

Gdy już był czas, by dwa starsi synowie dla studiów humanistycznych poza granice Polski się udali, a do studiów tych po upływie jakiegoś czasu sztuki wojskowe dodali, Ty sam ich za granicę wiodłeś, urządzałeś ich życie, osobiście polecałeś tym, pod których pieczą mieli być, i którzy mogli coś dodać do studiów, lub nauczyć wojskowości. Stąd podróże do Hagi, Kassel i Bawarii, nie w jednym czasie podjęte, i krąg ziemski obiegałeś, jeśli jakaś korzyść stąd by na synów spłynęła. Zdajesz mi się jednak mniej troskliwym w sprawach majątkowych. Czyż nie byłoby to z mniejszym kosztem, gdyby synów odesłać? Czyż nie są już Twoimi przykazaniami tak wykarmieni, że sami swoim wiekiem kierować są w stanie? Albo, jeśli ufasz ich talentowi, który wszak jest najwyborniejszy, czyż nie wystarczyłby jakiś stary domownik jako strażnik i kierownik? Lecz na próżno do rachowania przywołuję ciebie, ty bowiem wielkodusznie – jak na ojca przystało – pieniędzy używasz. Na próżno okrężną drogą przypominam o tym, co uznajesz za wiadome, jak: pożądliwa młodość, swoboda tych czasów, że nawet najlepsi często, za przykładem innych, przemienienia doznają, i że wszystko to lepiej jest naprawiane i wyraźniej dostrzegane przez ojca, niż przez najlepszego nawet i bardzo przenikliwego domownika.

Gdy zaś, najdostojniejszy wojewodo, raz i drugi przemierzasz Niemcy i Belgię wraz z synami, lub przez wzgląd na synów, żona Twoja sprawuje w Twoim zastępstwie opiekę wobec tych synów, których masz w domu, kiedyś w Gdańsku, teraz w Warszawie. Ona bowiem ponad płeć swoją mężna w duchu i staraniu, za prawdziwą nagrodę swojej płodności uważa, by swojej ojczyźnie nie jakichkolwiek, lecz najlepszych obywateli pozostawić. Godna jest przeto, by z Tobą, panie, niosła najpłodniejszy owoc wspólnej edukacji. Taka jest suma moich pragnień, w której Ciebie naśladuję, w której o Tobie pamiętam, to co w samym potomstwie zwykłeś pokładać, i o co dla synów zwykłeś się modlić: by dorastali dla króla i ojczyzny, by króla czcili, ojczyznę kochali, a dzięki królowi i ojczyźnie życie, ciało, fortuny i wszystko na przyszłość zachowali; i by zasłużyli na nagrody, których łaskawość Augusta III nakazuje wszystkim dobrym ludziom jako własnych i sobie należnych się spodziewać. Masz, najdostojniejszy wojewodo, znakomity przykład w tym domu, z którym przez małżeństwo się połączyłeś. Teść Twój, książę Czartoryski, kasztelan wileński, tylu widział wokół siebie senatorów, ilu synów wykształcił, a więcej senatorów widziałby, gdyby więcej synów wykształcił. Niech i Tobie przydarzy się to samo szczęście: niech kiedyś myślą o Rzeczypospolitej w taki sam sposób wraz z Tobą synowie, by są mogli na mocy swojego dygnitarstwa myśleć, trudź się i staraj ze wszystkich sił. Nie ma tak wielkiej radości, którą cieszyłby się ów ojciec senatorski, który – jak stary rodziciel - wspiera i otacza opieką swoje wnuki, Poniatowskich.

Lecz mowę tę kończę tam, gdzie ją zacząłem.  Książeczkę tę Twojemu znakomitemu imieniu zadedykowałem, a z trudem bym ją sporządził, gdyby nie Ty, gdybyś nie był ojcem synów. Jeśli   wydaje się innym, że w tym w bardziej zażyły sposób, niż to z wielkim senatorem królestwa jest stosowne, się zachowałem, niechaj wiedzą, że zawdzięczam to Twojej łagodności i ludzkości, które nauczyły mnie z Tobą, nie z Twoją fortuną, rozmawiać.

Przedmowa

Gdy przez trzema i więcej laty hrabiom Poniatowskim, synom wojewody mazowieckiego, przekazywałem historię Polski, miał być podyktowany krótki ciąg wydarzeń, który by został słownie pełniej wyłożony. Ciąg ten, kiedy był na to czas, poprawiałem, dodając coraz więcej, tak że dziełko, określone stosownie do swojej pierwotnej formy, ma znacznie odmienną postać. Wszelako dziełka tego, czymkolwiek jest, nie stworzyłem dla siebie, by je na kartkach przechowywał, by podzielić się nim z innymi, i by w jakiś sposób pomóc tym, którzy sądzą, że ma dla nich znaczenie, by nieco dokładniej poznać rzeczy godne upamiętnienia, które w każdej epoce w ich ojczyźnie się zdarzyły. Nie są wprawdzie pozbawieni nasi obywatele kompendiów, napisanych w języku polskim, łacińskim, niemieckim, francuskim; są bowiem w rękach książeczki Pastoriusa, Kołudzkiego, Lauterbacha, Massueta i innych; lecz czy autorzy ci zadanie swoje należycie wypełnili, osąd należy do czytelnika. Ja jednak nie chcę przy nich się zatrzymywać, czy to w spieraniu się, czy w chwaleniu; raczej to, co przeze mnie dokonane zostało, pokrótce przedstawię, jeśli w przejściu od Mossueta wskażę, że on w pierwszym tomie historię Polski od roku 1698, którą bez wskazania imienia wydał po francusku w Amsterdamie, przepisał [składnia jest tu niejasna, albo wkradł się jakiś błąd w druku, i nie jest pewne, kto od kogo przepisywał, autor od Massueta, czy Massuet od autora].

Całą historię narodu, od Lecha do śmierci Augusta II, w niewielkich rozmiarach tomie objąwszy, to co najdawniejsze w wielkim skrócie, to co potem nastąpiło, obszerniej opowiedziałem, tak by wraz z latami rosła i narracja, a im bliżej dzieje do naszych czasów się zbliżały, tym obszerniej były opowiadane. Stąd podział książeczki na dwie nierówne części, z których pierwsza kończy się w roku 1572, druga pozostały czas obejmuje. I choć w pierwszej części tylko musnąłem to, co się wydarzyło, nie pominąłem tego, co godne upamiętnienia się wydawało, tak że w części uniknąłem przesytu od wojen, oblężeń i publicznych narad, dzięki powstrzymywaniu się od wyłożeń długich i rozwlekłych. Ominąłem te nadzwyczajne rzeczy, która postać cudów mają, i w które pierwsza epoka królestwa naszego obfituje; można o nich przeczytać u Długosza, i u tych, którzy za Długoszem powtarzają. Większą troskę miałem dla czasu, każdą z rzeczy do jej roku odnosząc, by porządek opierał się na faktach, i by prawdziwość także tym argumentem była potwierdzana. Nic z mojej wyobraźni nie stworzyłem, nie nie podążałem za dowolnym autorem, lecz za głównych swoich świadków przyjąłem mężów poważnych i takich, których uczciwości nie można podważyć. Wiem wszelako, że i prawi, wbrew swojej woli, często – wiedzeni przez innych – błądzą, a i między nimi sami często jest niezgoda. Tam więc, gdzie zdania się nie zgadzały, działałem jako sędzia, i jednych z drugimi porównując, wybierałem tych, z którymi większa przemawiała racja. Nikogo sama tylko ojczyzna nie czyni niezdolnym do bycia świadkiem, tak by miejsce było tylko dla rodzimych. Prócz Polaków wysłuchałem także cudzoziemców, i, gdy zajmowałem się sprawami najdawniejszymi, bardziej z nimi niż z Polakami się zgadzałem. Wiem bowiem, że Niemcy poprzedzają Polaków dawnością, i że w rzeczach, które wydarzyły się w stuleciach X, XI i XII, Niemcy [tj. autorzy niemieccy] mogli brać udział, albo otrzymali wiadomości od tych, którzy brali udział. Z naszych zaś nie ma nikogo, o kim można by to samo powiedzieć, oprócz najdawniejszego Kadłubka, który przebiegł część dwunastego stulecia, jako że zmarł  w roku 1223. Jednak otwarty byłem na innych, ale wiarę miałem tylko dla tuziemców, jeśli możliwe było, bym, był wolny od partyjnej stronniczości. Poza tym wielki pożytek stanowili „Pisarze śląscy” Sommersberga, szczególnie z powodu włączenia tam Bogufała i anonimowego archidiakona gnieźnieńskiego, i publicznie najznakomitszemu wydawcy dziękuję, że, gdy sprawy swojej ojczyzny rozświetlał, jednocześnie chciał prześwietnie wobec Polaków się zasłużyć.

Od roku 1526 do abdykacji Jana Kazimierza niemal stale cytowałem, wraz z innymi, historię Prus napisaną przeze mnie, aa nie stało się to przez chełpliwość i popisywanie się. Jestem daleki od tej próżności, która jest nie do zniesienia w człowieku, który uprawia szlachetne sztuki. Lecz było konieczne, by miejsce pośród świadków dać historii pruskiej, która niemal w całości została wydobyta z gdańskiego archiwum, i połączona z dokumentami, które są w rękach [zapewne w sensie”w rękach prywatnych]. Dochodziło i to, że, ponieważ jest wielki niedostatek rodzimych pisarzy w stosunku do zagranicznych, sądziłem, że do naszej historii, która przed kilkoma laty wyszła, powinno się więcej sięgać, by można było w jakiś sposób ulżyć małej ilości innych historii. Akta publiczne, przymierza, statuty, konstytucje zaniedbywać za zuchwałe uznałem; wszystkim bowiem wiadomo, jak wielka w nich się zawiera moc i autorytet. Do zaufania do nich wezwałem, nie tylko je widziałem, ale i przeczytałem, ale i oceniłem, i dla wygody czytelników do stronic dołączyłem. Potem na końcu książki przedstawiłem indeks wszystkich pisarzy, z których skorzystałem, by nie było niewiadome, kiedy, gdzie, i w jakim języku dzieła ich wyszły, i z którego wydania, jeśli różne były, korzystałem.

W opowiadaniu dziejów tylko prawdę miałem za zasadę, odrzuciwszy daleko wrogość i przychylność. Występują tu w wielkiej ilości, albo i nie, zdarzenia,m rzezie, ucieczki, zwycięstwa, grabieże, niezgody, zamieszki wewnętrzne, wojny domowe, i inne rzeczy, które zwykło się zaliczać albo do cnót, albo do wad, albo do rzeczy pomyślnych, albo do niepomyślnych. I nie może stać się inaczej,, z powodu zmiennych kolei spraw ludzkich, i różnych ludzkich charakterów, skłonnych także do zwad, i stąd biorą się nieszczęścia domowe, tam gdzie nie jeden rządzi, a pozostali słuchają, lecz raczej część ludu swobodnie o państwie decyduje, i nie przyjmuje innych praw, jaka tylko, które jednomyślnie i jednogłośnie usankcjonowała. Sami władcy, którzy stali na czele królestwa naszego, są postawieni przed sądem potomności, zawsze uczciwym i nieskorumpowanym, któremu się sprzeciwiać za bezecne uznałem.

Dodałem jednocześnie rozprawę o przodkach Polaków, wydaną przed 8 laty, i już w druku wznowioną, by czytelnik poznał pochodzenie i początki narodu, na ile jest to możliwe przez domniemania, kiedy jesteśmy pozbawieni upewnionych świadków.

Pozostaje, by prosić o wybaczenie za błędy drukarskie, których byłoby mniej, gdybym mógł być obecny dla poprawienia znaków drukarskich. Pewien rząd błędów dałem u dołu książki, lecz być może będzie ich więcej, niż te odnotowane przeze mnie. Często dotyczy to także przecinków i kropek, albo pominiętych, albo w nie swoim miejscu położonych, przez co wypowiedź mniej przejrzysta się staje. Jeśli jakiegoś błędu się dopuściłem, mam nadzieję, że cierpliwość czytelnika łatwo to wybaczy.

Napisane w Gdańsku, dnia 20 czerwca roku 1740.



Krótkie opracowanie historii Polski od Lecha do śmierci Zygmunta Augusta.

[na marginesie: Lech] § 1 Powszechnie się mówi, że Lech był twórcą narodu i królestwa polskiego, którego nastanie zwykło się odnosić do VI w. po Chrystusie, przez innych do VII wieku. Długosz ks. 1, s. 7, Kromer ks. 1, s. 17, Rozprawa o przodkach Polaków.

§ 2 To, co o nim i jego następcach do Piasta, i dalej, się wspomina, jest wątpliwe, bajeczne i zmyślone, dlatego pomijamy to milczeniem, by nie tracić czasu na próżne opowiastki.

[na marginesie: Piast] § 3 O Piaście, o którym mówi się, że około roku 840 z rolnika stał się, nie bez cudów, władcą narodu, przede wszystkim dlatego należy uczynić wzmiankę, że ród jego przez wiele stuleci w Polsce i Śląsku władał, i od niego Piastami nazywani są ci, którzy spośród tuziemców wyniesieni są na królewską godność.

[na marginesie: Mieczysław I] § 4 Mówi się, że Mieczysław I, czwarty władca od Piasta, jego praprawnuk, w roku 964 objął panowanie. Długosz, 1, 89. Urodzony jako ślepy, w siódmym roku życia nagle zaczął widzieć. Kadłubek, ks. 2, list 10, Długosz, 1, 87. Przez to jest jednak sławniejszy, że jako pierwszy spośród władców Polski przyjął chrześcijaństwo, i do tego samego przekonał swój naród. Kadłubek, miejsce cytowane, Długosz, 1, 93, Thietmar z Merseburga, t. 1 „Pisarzy dziejów Brunszwiku” Leibniza, s. 359, Rozprawa o początkach religii chrześcijańskiej w Polsce. Mieczysław jest tak samo pierwszym, o którym wspominają pisarze niemieccy, twierdzą oni, że był on zaufanym klientem [w sensie politycznym] cesarza, Widukind z Korbei, t. 1 „Pisarzy dziejów niemieckich” Meiboma, s. 660, Thietmar z Merseburga, s. 360, Annalista Saxo, t. 1 „Korpusu historii średniowiecznej” Eccarda, s. 353. Rodzimi pisarze jego śmierć przenoszą na rok 99, najdawniejszy z nich, Kadłubek, potwierdza, że Mieczysław zmarł przed przybyciem św. Wojciecha, ks. 2, list 11.

[na marginesie: Bolesław I] § 5 Nastąpił po nim Bolesław I, którego Mieczysławowi zrodziła żona Dąbrówka, Thietmar z Merseburga, s. 359. ten był wojownikiem dzielnym a jednocześnie bardzo przebiegłym, niejedną klęskę Niemcom, Czechom, Rusinom, Prusom zadał, Thietmar z Merseburga, s. 366, 370, 371, 375, 378, 379, 394, 397, 405, 415, 426, Kadłubek 2, 13, Długosz 2, 138 i nast. Za jego panowania został przez Prusów, którzy jeszcze nie byli chrześcijanami, św. Wojciech, Thietmar z Merseburga, s. 353, Kronika Kwedlinburska, przy roku 996, t. 2 „Pisarzy dziejów Brunszwiku” Leibniza, s. 283, Annalista Saxo, s. 363, Kosmas z Pragi, t. 1 „Pisarzy dziejów niemieckich” Menckego, s. 2001. By uczcić jego [Wojciecha] ciało do Gniezna, dokąd ciało to, wykupione przez Bolesława, zostało przeniesione, przybył w roku 1000 Otton III, Thietmar z Merseburga, s. 353-357, Roczniki z Hildesheim,  t. 1 „Pisarzy dziejów Brunszwiku” Leibniza, s. 721, Kadłubek 2, 11. W tym samym czasie arcybiskupstwo gnieźnieńskie, biskupstwo krakowskie wraz z innymi zostały ustanowione, Thietmar z Merseburga, s. 357, „Stara kronika” pomiędzy „Pisarzami dziejów Śląska”  Sommersberga, t. 1, s. 17, Rozprawa o początkach religii chrześcijańskiej w Polsce, § 12 i nast. Bolesław zaś wkrótce przed śmiercią, która przypadła na rok 1025, zdobył dla siebie godność królewską, Wippo w żywocie Konrada Salickiego, t. 3 „Pisarzy dziejów niemieckich” Pistoriusa, s. 470, Roczniki kwedlinburskie, przy roku 1025, Ottona z Fryzyngi, Kronika, ks. 56, rozdz. 28, w „Pisarzach dziejów niemieckich” Wurstisena.




Zawsze z poszczególnych fragmentów są drobne wzmianki, które coś wnoszą do odtworzenia naszej historii

[na marginesie: Piast] § 3 O Piaście, o którym mówi się, że około roku 840 z rolnika stał się, nie bez cudów, władcą narodu, przede wszystkim dlatego należy uczynić wzmiankę, że ród jego przez wiele stuleci w Polsce i Śląsku władał, i od niego Piastami nazywani są ci, którzy spośród tuziemców wyniesieni są na królewską godność.

Jeśli taki drobny fragment zestawimy z fragmentem Kroniki Norymberskiej wydanie Angielskie

http://digicoll.library.wisc.edu/cgi/t/text/text-idx?c=nur;cc=nur;view=text;idno=nur.001.0004;rgn=div2;node=nur.001.0004%3A11.70


LITHUANIA
FOLIO CCLXXX recto

LITWA to także rozległy region, z Polską na wschodzie; ma on także wiele jezior i lasów; Witold, brat Władysława, panował tam, a po porzuceniu bałwochwalstwa przyjął sakrament Chrystusa wraz z królestwem Polskim. Osiągnął wielką sławę. Jego poddani tak bardzo się go obawiali, że gdy poprosił ich, aby się powiesili, woleli raczej wydawać się posłusznymi niż popaść w jego niełaskę. Ci, którzy się mu sprzeciwiali, zostali zaszyci w skóry niedźwiedzie i rzucenia na rozszarpanie przez niedźwiedzie; i byli prześladowani innymi okrucieństwami. Gdziekolwiek jechał, zabierał ze sobą łuk, a kiedy spotykał kogoś, kto nie poniżał się według jego upodobań, natychmiast strzelał do niego z łuku; uprawiając taki sport, tyran zabił ogromne ilości osób. Sindrigal, jego następca, utrzymywał niedźwiedzicę, która jadła chleb z jego ręki. Niedźwiedź ten często biegał do lasu, ale wracał do domu; a kiedy był głodny, niedźwiedź szedł do komnaty księcia, drapał w każde drzwi, pukając do drzwi swoimi łapami. Książę otwierał mu i go karmił. Wielu młodych szlachciców sprzysięgło się przeciwko księciu; uzbroiwszy się, podeszli do drzwi jego komnaty, pukając niczym niedźwiedź. Myśląc, że to niedźwiedź, Sindrigal otworzył drzwi, i został szybko zasztyletowany przez szlachtę. W związku z tym, suwerenność przypadła Kazimierzowi. Latem, Litwa nie jest łatwo dostępna ze względu na wody, ale zimą można wędrować po zamarzniętych jeziorach. Kupcy podróżują po lodzie i śniegu, i noszą zapasy żywności przez wiele dni. Nie wytyczono żadnych dróg, a jest tylko kilka miast i wsi. Wśród Litwinów, większość handlu stanowią surowce. Wykorzystanie pieniędzy nie jest znane, zamiast nich stosuje się surowce, sobole, i tym podobne. Za zgodą swoich mężów, szlachcianki otwarcie mają kochanków, których nazywają asystentami w małżeństwie; jednakże, jest to niegodne i hańbiące dla konkubin; ale łatwo się rozwodzą i ponownie się żenią. Wśród Litwinów jest dużo wosku i miodu, które są zbierane przez pszczoły w lasach. Litwini rzadko używają wina, a ich chleb jest bardzo czarny. Otrzymują dużo mleka od swoich zwierząt. Ich językiem jest wendyjski, bardzo obszerny język, podzielony na wiele dialektów. Wielu Wendów, na przykład Dalmatyńczyków, Chorwatów, mieszkańców Krainy, i Polaków należy do Kościoła rzymskokatolickiego; inni do greckiej herezji, jak na przykład Bułgarzy, Rosjanie i wiele Litwinów. Niektórzy wymyślili pewne herezje, na przykład Czesi, Morawianie i Bośniacy, wśród których większość przylega do herezji Manichejskiej. Jedni wciąż są pogrążeni w ciemnościach pogaństwa. Dotyczy to wielu Litwinów, z których wielu nawróciło się na chrześcijaństwo, gdy Władysław, Litwin, przyjął polską suwerenność; ponieważ wielu Litwinów przedtem czciło węże, każde domostwo posiadało i utrzymywało węża. Niektórzy czcili ogień, słońce, a niektórzy ogromny młot, inni natomiast lasy.


bierzemy fragment

Ich językiem jest wendyjski, bardzo obszerny język, podzielony na wiele dialektów. Wielu Wendów, na przykład Dalmatyńczyków, Chorwatów, mieszkańców Krainy, i Polaków należy do Kościoła rzymskokatolickiego; inni do greckiej herezji, jak na przykład Bułgarzy, Rosjanie i wiele Litwinów. Niektórzy wymyślili pewne herezje, na przykład Czesi, Morawianie i Bośniacy, wśród których większość przylega do herezji Manichejskiej. Jedni wciąż są pogrążeni w ciemnościach pogaństwa. Dotyczy to wielu Litwinów, z których wielu nawróciło się na chrześcijaństwo, gdy Władysław, Litwin, przyjął polską suwerenność; ponieważ wielu Litwinów przedtem czciło węże, każde domostwo posiadało i utrzymywało węża. Niektórzy czcili ogień, słońce, a niektórzy ogromny młot, inni natomiast lasy.

Teraz zestawiamy to z kronikami i mamy Słowian, nie do końca określająca nazwa mieszkańców i Wendów, Wandali z językiem wandalskim. Co zrobiono użyto nazwy Słowian jako oślepienia, a z drugiej strony mamy Wandali posługujących się jednym językiem.
Tak więc widzisz czytelniku jak sobie przypisano wszystko co nasze, przypisano sobie.
Teraz rozumiesz dlaczego Kronika Kadłubka jest pisana w formie dialogu, dlaczego kronika Prokosza jest zwalczana jako falsyfikat.



Spustoszenia jakiego nam dokonali w naszej historii mamy widoczne na naszych Uniwersytetach.