środa, 12 czerwca 2019

Dr Marian Gumowski, Moneta złota w Polsce średniowiecznej.

Łatwiej pojmiemy nasza historię patrząc przez pryzmat florena i złota na naszym terenie, bo tak naprawdę to pieniądz pisze historię.




Referat przedstawiony na posiedzeniu Wydziału historyczno-filoz. Akademii Umiejętności w Krakowie dnia 15 stycznia 1912 r. Wiadomości numizmatyczno - archeologiczne organ Towarzystwa numizmatycznego. Nr 3 (marzec) 1912 rok.

Moneta złota poczęła pojawiać się w Polsce dopiero na stałe w XIV wieku, a jej wkroczenie na targi handlowe przygotowane było stosunkami pieniężnymi, jakie w XIII i XIV w. w Europie środkowej panowały. Książęta bowiem piastowscy, zmusiwszy poddanych do posługiwania się tylko ich monetą, pragnęli równocześnie ciągnąć z tego coraz większe zyski. Te osiągali albo pośrednio, zmniejszając wagę monety lub jej ziarno, albo bezpośrednio, zaprowadzając specjalny podatek menniczy, zwany moneta albo obraz. Ta gospodarka finansowa znalazła jednak opozycję w społeczeństwie, a mianowicie w duchowieństwie i mieszczaństwie. Biskupi pierwsi położyli na mennicy rękę, żądając i uzyskując przede wszystkim dziesięcinę z dochodów menniczych, później zwolnienia i egzekucję, a w końcu nawet prawo mennicze dla siebie. Z prawa tego prawdopodobnie nie korzystali, ale w każdym razie byli już wolni od nadużyć pieniężnych mincerzy książęcych. Drugim czynnikiem, który daleko więcej oddziałał na ukształtowanie się stosunków pieniężnych w XIII w., były miasta. Każda lokacja nowego miasta uszczuplała terytorium, na którem książę mógł dawne prawa mennicze wykonywać. Prócz tego miasta, zwłaszcza śląskie, próbują w rozmaity sposób uwolnić się od denarów książęcych. To dzierżawią mennicę na krótszy lub dłuższy okres czasu, to biorą w zastaw lub wreszcie kupują prawo bicia monety. Tym się tłumaczy, że w drugiej połowie XIII w. lokacja dużej ilości miast w Polsce schodzi się z zanikiem monety krajowej. Miasta zaś mają w swym ręku prawo bicia, ale zeń nie korzystają, nie mając w ogóle do monety denarowej, ówczesnych brakteatów zaufania. Najdrastyczniejszym tego dowodem jest powrót do używania brył srebra, które topnie miejskie herbem miasta znaczyły. Bryły takie szły na wagę, która była przy ogólnym zamieszaniu jedyną ostoją wartości. Na ówczesne niedomagania pieniężne był to tylko półśrodek, świadczący, że handlowi szło nie tylko o obronę przed fałszowaniem, ale i o uzyskanie jednostki liczebnej o większej, niż denar, wartości.
Reformę na tym polu zaprowadziła pierwsza Wenecja, począwszy w 1202 r. wybijać grube denary czyli grosze, które bardzo prędko znalazły naśladowców we Francji, miastach nadreńskich, a później w Czechach, Miśni i Polsce. Przyjście groszy do Polski poprzedziła nieco reforma monety na Śląsku, gdzie książęta w końcu XIII w. zaprowadzili wybijanie kwartnika, tj. monety o wartości ¼ skojca grzywny polskiej, który po wprowadzeniu rachuby groszowej był równoznaczny z półgroszkiem. Że taka reforma była potrzebną i pożyteczną, najlepszy dowód w tym, że grosz czeski i rachuba groszowa przyjęły się bardzo prędko w Polsce i w dziejach pieniężnych rozpoczęły nowy okres groszowy. Jednakże z biegiem czasu i grosz nie ostał się w tej samej wysokości. Z roli monety handlowej międzynarodowej spadł do roli monety lokalnej, wtłaczanej w lokalne systemy mennicze i podległej ciągłemu spadkowi wartości. Taka moneta nie odpowiadała już handlowi, który właśnie w XIII w. we Włoszech i zachodniej Europie ogromnie się rozwinął. Handel ten potrzebował monety dobrej, jednostajnej, o dużej wartości, a małym koszcie bicia, która by stanowiła trwałą podstawę dla wszystkich interesów, na dłuższy czas nawet zawieranych. Taką monetą był świeżo zjawiający się floren złoty.
Floren, zwany tak od kwiatu lilii, herbu miasta Florencji, powstał tam w 1252 roku jako 1/64 grzywny złota, równa co do wartości z ówczesną lirą srebra, liczoną po 240 denarów, a wyrażał stosunek złota do srebra jak 1:20. Przy jego zaprowadzeniu miarodajny był wzgląd na ogromnie wówczas rozwinięty handel florencki, stąd przystosowano się tu w zupełności do dawnego ciężaru, podziału, wartości, a nawet wyobrażenia. Florencja robiła też wszystko, by swą monetę wprowadzić ma targi handlu światowego i wybijanie jej wszystkim uprzystępnić. W rozdziale II omawiam właśnie rozszerzenie się kursu tych florenów włoskich po Polsce. Klasycznym dla nich okresem to wiek XIV. Przedtem np. w rachunku świętopietrza z 1281-86 r. nie ma florena wcale, z początkiem XIV w. słabo, później coraz obficiej występuje. Wprawdzie Kazimierz Wielki zakazał płacić czynsze i dziesięciny w innej monecie, jak krajowej, jednakże sam każe sprzedawać sól na Węgry tylko za złoto, a w traktacie kaliskim 1343 r. żąda od Krzyżaków, aby te 10.000 florenów, jakie mu mają złożyć, były tylko florenckie. Kilka było czynników, które propagowały kurs florenów w Polsce. Duchowieństwo znowu wysuwa się na plan pierwszy. Floren bowiem bardzo wcześnie wszedł w użycie w kancelarii i kamerze papieskiej, która zwłaszcza za czasów Awiniońskich wszystkie rachunki prowadziła we florenach i rachunek na floreny stosowano we wszystkich listach i bullach. Przez to narzucono ten sposób rachowania całemu katolickiemu światu. Duchowieństwo, a zwłaszcza biskupi, płacąc tak ogromne sumy pieniędzy do kamery apostolskiej, musiało nie tylko przyjmować rachunki, ale i starać się o floreny, tym bardziej, że i legaci papiescy tylko na złotą monetę chcieli liczyć, brać diety i mieć zapłacone koszty podróży. Do tego liczenia na floreny zmuszeni byli w pierwszym rzędzie kolektorzy świętopietrza, którzy wszelkie asy- gnaty i kwity w rachunku florenowym otrzymywali. Radzili sobie w ten sposób, że uzbierane monety srebrne oraz bryły kruszcu wymieniali w bankach na floreny i te przesyłali do Awinionu, albo też oddawali w depozyt kupcom, ciągnącym do Flandrii, z poleceniem złożenia tejże sumy w banku włoskim w Brudzę. Te włoskie banki były głównymi czynnikami w rozpostarciu się florenów po Europie.
Przeważnie były to banki florenckie Alfanich, Azayalów, Albertów itd., które obrawszy sobie Brugię we Flandrii za siedzibę, operowały stamtąd aż na Polskę i były łącznikiem między Polską a kurią rzymską we wszystkich pieniężnych sprawach prawie przez cały wiek XIV. Był to łącznik tym ważniejszy, że zalecany przez papieży, a z drugiej strony prowadzący rozliczne interesy z kupcami polskimi. Wiadomo, że handel Krakowa z Flandrią rozwinął się już od końca XIII w. niepomiernie, do handlu tego zawiązywały się całe spółki mieszczańskie, wiozące nieraz olbrzymie karawany na zachód. W znacznej części operowały one właśnie tymi pieniędzmi, które kolektor dał im do przewiezienia do banku florenckiego w Brudzę, a w każdym razie przywoziły z Flandrii złoto florenckie za swój towar. Badanie tych stosunków polsko-flandryjskich, które bezsprzecznie były przyczyną wzmożonego kursu florenów w Polsce ma jednak tę słabą stronę, że dotyczące dokumenty daleko częściej omawiają stosunki pieniężne we Flandrii lub Awinionie, aniżeli w Krakowie. Pieniądz np. kolektora świętopietrza przechodził nieraz przez kilka rąk i banków, nim dostał się do kamery w tej postaci, o jakiej dziś czytamy; nie należy zatem wpływu tych banków przeceniać. W każdym razie charakterystycznym jest, że floreny te szły do Polski od zachodu i północy, szlakami handlu flandryjskiego i krzyżackiego, bardziej niż od południa. Z tej strony szły zaś o tyle, o ile ciągnęły je za sobą wpływy polityczne i kulturalne do Polski. Z tych ostatnich należy podnieść zwłaszcza napływ artystów i mincerzy włoskich, jako czynnika, który wpływać musiał na wzmożenie cyrkulacji florenckiego złota w naszym kraju. Zwłaszcza mincerzy florenckich powoływano do wielkich reform menniczych na północy. Słynna reforma groszowa Wacława II w 1300 r. przeprowadzona była przez dwóch Florentczyków: Reinharda, później starostę krakowskiego i Alfarda, który w nagrodę dostał podkomorstwo królestwa czeskiego. Bicie pierwszych florenów czeskich powierzył Jan Luksemburski również Florentczykom, podobnie i książęta śląscy w 1350 r.
Włoscy mincerze grają także dużą rolę w Polsce, tak za Łokietka, jak i za Władysława Jagiełły. Są oni nie tylko mincerzami, ale i celnikami krakowskimi, a nieraz prywatnymi bankierami. Obok jednak powyższych czynników najlepszą rekomendacją florenów była ich własna wysoka wartość i jednostajność wagi i śrutu, nic więc dziwnego, że już w drugiej połowie XIV wieku wszystkie większe transakcje handlowe opiewają na floreny.
Równocześnie z tymi florenami włoskimi napływały do Polski inne monety złote, w XIV wieku poza Polską wybijane. Ilość ich u nas w obiegu była daleko mniejsza od monety florenckiej, jednakże jako zjawiska pieniężne i numizmatyczne warte są zbadania. Ogół ich rozdzielam na dwie grupy i mówię naprzód o monetach złotych państw zachodnio europejskich, z których każda przedstawia inną wartość, a później przechodzę do dukatów weneckich i czerwonych złotych węgierskich, które na stosunki polskie największy wpływ wywarły. Każdą sortę tych monet odróżniano już w XIV w.
Nazwą florena oznaczano jednak wszystkie monety złote na stopę florencką bite, oraz noszące florenckie wyobrażenie, tj. kwiat lilii i św. Jana. Ten gatunek, jako najbardziej ulubiony w handlu, znalazł też najwięcej naśladowców, tak że przeszło 80 mennic w Europie takie floreny w XIV i XV wieku wybijało. Jednakże kraje zachodnie, Francja i Anglia, chociaż jeszcze w XIII wieku zaraz po Florencji poczęły bić monetę złotą, typu florenckiego nie przyjęły, lecz stworzyły osobne i specjalne rodzaje monety złotej, we Francji zwanej chaisesdory, royalesdory, ecudory, courondory, agnelsdory itd. według tego. co na monecie było wyobrażonym. Ślady obiegu tych monet francuskich w Polsce mamy tak w wykopaliskach, dosyć zresztą rzadkich, jak w notatkach świętopietrza i owego kupca krakowskiego z 1402 r. Dużo mieli z niemi do czynienia kupcy krakowscy we Flandrii, gdyż monety hrabiów Flandrii, tzw. skudety. naśladownictwem były zupełnym francuskich. Anglia znowu stworzyła jeszcze większe sztuki złote, tzw. noble, które po wojnie dwóch róż zwać poczęto rosenoblami. Kursowały po Polsce nieco obficiej niż francuskie, zwłaszcza w pierwszej połowie XV w., a to z tego powodu, że miały ogromną wziętość w północnej Europie i w państwach skandynawskich, a zwłaszcza u Krzyżaków, którzy np. za wyspę Gotlandię lub za Nową Marchię tysiącami rosenobli płacą. Jeszcze szerszy kurs miały u nas, począwszy od końca XIV w., złote reńskie. Nad Renem bowiem poczęto najwcześniej z książąt niemieckich wybijać floreny, trzymając się początkowo zupełnie wzorów i stopy florenckiej. Jednakże już w drugiej połowie XIV wieku i stopę zniżono, naturalnie w celach finansowych i zmieniono wyobrażenia, kładąc herb i świętego patrona lokalnego.
Handel wyczuł to od razu, zmienił cenę i nazwał taką monetę florenem reńskim lub złotym reńskim. Złote te psuły coraz bardziej dobroć kruszcu i coraz mniejszą miały cenę, były jednak dla Niemiec w XV w. charakterystyczną monetą i narzucały się wszystkim, mającym z nimi, a zwłaszcza z miastami nadreńskimi stosunki. Znowu Zakon krzyżacki gra tutaj największą rolę, wprowadzając tę monetę za pomocą swego handlu w północne prowincje Polski, Największą rolę gra złoty reński za Zygmunta I, gdyż wtedy tak w układach z Albrechtem, jak z Brandenburgią, na ogromne ilości tej właśnie monety liczono. Z pośród monet złotych były jednak reńskie najmniej wartościowe, gdyż miały tylko 3/4 wartości złotego węgierskiego. Najwięcej, bo prawie 3 dukaty, szły złote tureckie, grube, arabskim pismem zapełnione sztuki, kursujące we Lwowie i na Rusi, a przedostające się nawet do Prus wraz z handlem.
Powyższe monety, mimo swego obiegu w Polsce, nie wywarły na dalszy rozwój stosunków monetarnych prawie żadnego wpływu. Dokonała tego druga grupa monet, związanych jak najściślej z florenem, jak floreny czeskie, złoto rzymskie, dukaty weneckie i czerwone złote węgierskie. Grupę tę charakteryzuje jedna wspólna stopa florencko-wenecka, a co za tym idzie, jedna wartość i cena. Rozmaitość nazwy ma tu źródło jedynie w rysunku monety, ale i to się zaciera wobec jednakiej ceny, tak że w końcu dukaty i floreny oznaczały to samo co aureus lub czerwony złoty.
Floreny czeskie bardzo rzadko kursują w Polsce, podobnie jak i floreny rzymskie. Rachunek na te ostatnie, zwane „floreni auri do Camera”, usiłowała Stolica apostolska wprowadzić w swoje rachunki i narzucić duchowieństwu po powrocie z niewoli awiniońskiej. Przez jakie pół wieku używa kamera, a czasem i duchowieństwo polskie w stosunku z nią tego rachunku, który jednakże nie świadczy bynajmniej, aby moneta rzymska w tej ilości u nas była w obiegu. Częściej natomiast spotkać można było dukaty weneckie. Te wybijane od roku 1284, służyły przede wszystkim handlowi lewantyńskiemu. na północ zaś przedostawały się w bardzo niewielkiej ilości. Przeszkadzały temu polityka handlowa Wenecji, oraz jej wojny długoletnie z cesarzem Zygmuntem Luksemburskim. Z tego powodu dopiero w XV w. czytamy w Polsce o kursie dukatów weneckich i różnych kupcach weneckich. Nie sam ich obieg, lecz ich nazwa ma tu większe znaczenie. Podczas gdy w Wenecji samej przezwano je wnet cekinami od „zecca” czyli mennicy, u nas nazwa dukat pozostała aż do XIX wieku jako synonim dawniejszego florena i późniejszego czerwonego złotego, a utarła się tom więcej, odkąd nazwą floren lub złoty zaczęto oznaczać pewną ilość monety srebrnej, jako ekwiwalent dukata.
Więcej niż wszystkie powyżej wymienione gatunki monety złotej wpłynął na ukształtowanie się stosunków pieniężnych floren węgierski. Wybijany najpierw przez Karola Roberta ściśle na stopę florencką, zmieniał kilkakrotnie swój zewnętrzny rysunek, zachował jednak zawsze jednakową wagę i wartość, a bity w ogromnych ilościach na Węgrzech, szybko rozszedł się po całej środkowej Europie. Napływ jego do Polski już w połowie XIV w. wcale znaczny tamowały w dużej mierze spory graniczne Krakowa i Nowego Sącza z Bardyjowem i Klaryskami starosądeckiemu i nieprzyjazna Jagiellonom polityka Zygmunta Luksemburskiego i Macieja Korwina.
Unie osobiste Węgier i Polski za Ludwika Węgierskiego i Władysława Warneńczyka nie mają w tym wypadku wielkiego znaczenia, gdyż wiadomo, że tak jeden jak drugi król starał się jak najwięcej złota wywieść i wypożyczyć z Polski. Za to daleko gęściej kursowały dukaty węgierskie w Prusach i od strony północnej szły do Polski w ślad za handlem, który w tamte strony był głównie zwrócony. Krzyżacy też rozporządzają największemu sumami złota węgierskiego i wszystkie interesy z cesarzem czy z Opolczykiem załatwiają we florenach węgierskich. Za najwcześniejszy jednak czynnik, który zmusił wprost i króla i ludność do używania codziennego węgierskiej monety, uważam wojnę trzynastoletnią z Krzyżakami. Główną w niej rolę grały wojska zaciężne, żądające zapłaty tylko we florenach węgierskich i przerzucające się tam, gdzie tego złota było więcej.
Ulryka Czerwonkę wraz z Malborkiem kupuje król wprost za ogromną naówczas sumę blisko pół miliona dukatów węgierskich. Król rozumiał, że pieniądze te musi wydostać, stąd zastawia dobra, pożycza, otwiera nowe mennice i w zamian za podatki dopuszcza szlachtę do rządów. Wojna powstała również dlatego, że miasta pruskie nie chciały zapłacić Zakonowi nałożonych na nie 600.000 florenów węgierskich, oraz chciały się raz wyzbyć jego konkurencji handlowej. Ta wojna dopiero przyzwyczaiła szlachtę i rząd do liczenia na czerwone złote. Dopiero od czasu tej wojny wszystkie zapisy królewskie, przeważna część umów czynszowych, układy zagraniczne itd. opiewają wyłącznie prawie na złote węgierskie. Dzieje się to jednak wyłącznie w prowincjach zachodnich państwa, w których potrzeby handlu i wojny narzuciły ludności i rządowi liczenie na czerwone złote. Na Rusi jednak i Litwie liczą ciągle na dawne grzywny i kopy groszy i trzeba dopiero było specjalnych ustaw, normujących cenę dukata, aby pojęcie tegoż i na wschód wprowadzić.
Badając cenę dukata w XIV i XV w. w Polsce, wkraczam w prawdziwy labirynt różnych wyobrażeń i rozmaitych wartości i próbuję równocześnie rozwiązać kwestię stosunku złota do srebra w owym czasie. W badaniach dochodzę do przekonania, że cena ta i stosunek był w rozmaitych dziesiątkach lat inny i zależał od wielu okoliczności. Pod tym względem panowały w Polsce nieco inne stosunki, niż indziej w Niemczech i na Węgrzech, gdzie kurs florenów podniósł ogromnie cenę złota. Gdy przy końcu XIII w. stosunek obu metali był jak 1:9 lub 10, to w połowie XIV w. złoto wzrosło blisko do 20-krotnej wartości srebra, ale potem szybko spadło do 1/11 lub 1/12 i pozostało na tym stanowisku do końca wieków średnich. W Polsce było nieco inaczej. Ukazanie się florenów za Łokietka podniosło wartość złota z 1/9 do 1/12 i 1/13 srebra i to tak złota surowego w postaci piasku, jak i złota florenowego. W ocenie tego ostatniego od razu jednak zarysowały się różnice, zależnie od samego złota i od rodzaju srebra, w jakiem ewaluacja była pomyślana. Złoto w piasku liczone na karaty zawsze stało niżej od florenowego, a i same floreny mogły mieć rozmaitą cenę, zależnie od ich wagi, wytarcia, oberznięcia itd. Z drugiej strony należy rozróżnić, jakim gatunkiem srebra floreny płacono.
Najwięcej srebra trzeba było dać, płacąc surowymi bryłami, takimi jakie wychodziły z topni miejskich. Nieco mniej srebra czystego wymagało płacenie groszami czeskimi za floren. Grosze te jednak nie były zawsze jednakie: za Wacława II szły na równi z czystym srebrem, jednakże tak Karol IV, jak Wacław IV zniżyli ich wartość do połowy, a wskutek tego floren z biegiem lat kosztował coraz to większą ilość groszy i z 12 doszedł do 24 gr. z końcem XIV w. Wojny husyckie nie tylko przerwały napływ tych groszy do Polski, ale i zniszczyły w Czechach samą ich fabrykację, tak że w połowie XV w. brakło w Polsce tych groszy na pokrycie dawniejszych zobowiązań. Miasto Kraków na gwałt skupuje czynsze dawne widerkaufowe i zamienia je na floreny węgierskie, a to powoduje znowu w czasach Warneńczyka wzrost ceny florena i złota aż do 15-krotnej wartości. To nagłe podniesienie się wartości złota byłoby wywołało jeszcze większe skutki ekonomiczne, gdyby nie Kazimierz Jagiellończyk, który dwoma edyktami 1447 i 1451 nadał swoim denarom jedynie moc uwalniającą od zobowiązań dawniej zaciągniętych i na denary kazał odtąd czynsze przepisywać. Było to nie tylko utrzymanie powagi monety królewskiej, ale i nadanie jej sztucznie większej wartości.
Tak półgroszki jak i denarki krakowskie stoją zawsze stosunkowo najwyżej i płacąc nimi, daje się zawsze najmniej srebra za złoto. Wobec psucia monety krajowej idzie jej wprawdzie coraz więcej na floren, jednakże efektywna jego wartość w czystym srebrze jak zmniejszała się za czasów Jagiełły, tak zmniejsza się coraz więcej w drugiej połowie XV w. tak, że przy końcu tegoż złoto jest zaledwie siedem razy droższe od srebra, a więc stoi tak nisko, jak jeszcze nigdy i nigdzie w wiekach średnich. Do tego obniżenia jego wartości pomogły znakomicie i ustawy sejmowe z 1496 i 1505. Uchwaliły je wbrew miastom dwa czynniki, a mianowicie: król. któremu zależało na podniesieniu wartości własnej srebrnej monety i szlachta, która jako jedyny wielki producent i handlarz zbożem, pragnęła jak najtańszego złota.
Zboże w ręku szlachty, a podatki i mennica w ręku króla były tymi artykułami, które chciano jak najdrożej sprzedać i jak najwięcej złota mieć w zamian. Stąd owa ustawa piotrkowskiego sejmu, stanowiąca cenę 30 groszy za jednego dukata, która jak bądź obliczona, czy to w denarkach czy w półgroszkach ówczesnych daje ogromnie niski stosunek, bo 1/6 – 1/7 złota i srebra. Naturalnie, że taka niska cena dukata nie utrzymała się długo i już ustawa radomska 1505 mówi o 32 groszach za dukata. Mimo to tego samego roku król kupuje do mennicy srebro, licząc po 36 groszy dukata. Ustawa jednak z 1496 r. ma jednak ten skutek, że wprowadziła na długie wieki, bo aż po dni nasze nową jednostkę liczebną, mianowicie złotego polskiego = 30 groszom, który wprawdzie oddalał się coraz bardziej w cenie od rzeczywistego czerwonego złotego, jednakże tak jak grzywna 48 groszowa przyjął się od razu w społeczeństwie na długie wieki.
Ostatni rozdział rozprawy poświęcam omówieniu tych kilku prób bicia własnych dukatów w Polsce w średnich wiekach, jakie się dochowały. Brak własnych dukatów polskich jest bądź co bądź dziwny i nie wytłumaczony. Były tylko próby, a z nich pierwszą i najważniejszą jest dukat Łokietka. Dukat ten znany tylko z jednego egzemplarza w Muzeum Czapskich wyobraża króla na tronie i św. Stanisława i jest bity na stopę florencką. Uważam go za monetę pamiątkową koronacyjną, wybitą w 1320 r. jako znak niepodległości państwa i mającą wskutek tego niepoślednie polityczne znaczenie. Jego rysunek zdradza wpływy francusko-węgierskie, a zarazem wykazuje silny wpływ ówczesnej sfragistyki, pojawienie się zaś jego w 1320 r. jest tym ważniejsze, że wówczas żaden z sąsiadów Łokietka monety złotej jeszcze nie wybijał, ani cesarz, ani Jan Luksemburski, ani nawet Karol Robert. Najbliższymi po nim zjawiskami są dukaty Piastów śląskich z połowy XIV w., a mianowicie Wacława ks. Lignickiego, jego żony Anny i Bolka ks. Świdnickiego. Fabrykację tych florenów urządzili książęta na dużą skalę, wyzyskując obfite kopalnie śląskie i ciągnąc z tego grube zyski.
Mennice jednak puścili obaj w dzierżawę miastom, a dukaty same o najczystszym typie florenckim rozpłynęły się wśród innych florenów, tak że w polskich źródłach nie ma o nich ani słowa. Ze śmiercią obu książąt ustała i czynność ich mennic. Podobnie efemerycznym zjawiskiem są dukaty krzyżackie. Jest ślad, że za Ulryka v. Jungingen założył Zakon mennicę florenową w Gdańsku i bił floreny pod stemplem cesarza Zygmunta zupełnie na wzór węgierski. W każdym razie wystarał się u cesarza o odnośny przywilej, który jednak wygotowany został we dwa tygodnie po bitwie grunwaldzkiej, gdy wiadomość o niej nie doszła jeszcze cesarskiej kancelarii. Z przywileju tego skorzystał jednak Henryk v. Plauen i w czasie późniejszej wojny z Polską bił specjalne dukaty z Matką Boską jako patronką Zakonu i ze stojącym wielkim mistrzem na stopę węgierską. Po nim dopiero Albrecht brandenburski w czasie wojny z Zygmuntem I w 1520 r. wybijał guldeny na stopę reńską, ale w r. 1521 wrócił do stopy węgierskiej i puścił niewielką ilość własnych dukatów w obieg. Wojny potrzebujące zawsze takiej masy złota, nie dawały w Polsce impulsu do bicia własnych dukatów.
Z czasów wojny 13-letniej za Kazimierza Jagiellończyka znany jest tylko dukat gdański o typie rosenobla, ale tylko o tyle, że dochował się stempel jednej tylko strony tej monety z wyobrażeniem okrętu. Dopiero reformy mennicze Aleksandra Jagiellończyka przynoszą nam nową próbę dukata o typie i stopie węgierskiej. Dukata tego nie znamy w oryginale, świadczy o nim tylko Kromer, oraz opisuje numizmatyk hanowerski, Koehler, z XVIII wieku. Zresztą źródła i konstytucje milczą o nim zupełnie, tak że Zygmunt I, poczynając w roku 1528 bić własne dukaty, mógł się słusznie uważać za pierwszego na tym polu. Regularne bicie złota od r. 1528 począwszy, wywołane zostało nie tyle innymi reformami menniczymi, jakie Zygmunt I wprowadzał, jak chęcią ustalenia ceny, podniesienia wartości monety królewskiej, oraz względem na godność Królestwa. Ten ostatni wzgląd był podobnie jak za Łokietka i teraz decydujący i na to kładli nacisk i dawniej dążący do reformy mężowie, jak Ostroróg i Kopernik. Rok 1528 jest początkiem regularnego mniej więcej bicia czerwonych złotych w Polsce i na nim zakończam moją rozprawę.

pobrano z http://rotmeister.szkolanawigatorow.pl/moneta-zota-w-polsce-sredniowiecznej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz