środa, 12 lipca 2017

Cywilizacja Aryjska, Słowian i Lechitów

Religia jest potężnym narzędziem budowaniu jak i niszczeniu innych cywilizacji i narodów. Manipujuje się, tworzy dogmaty, spiskowe teorie, które z czasem tworzą ograniczenia kulturowe. Nie pozwalają się one rozwijać i iść do przodu. Dlatego warto czytać i zadawać pytania, aby uniknąć błędów z przeszłości.
Warto zapoznać się z fragmentem publikacji dr Jan Ciechanowicza ( dał mi zgodę na udostępnianie fragmentu z jego książki)  "Trzy Etyki" aby poznać trochę naszą przeszłość.



CYWILIZACJA   ARYJSKA

W VI – IV tysiącleciu przed narodzeniem Chrystusa na olbrzymich połaciach tak zwanego Wielkiego Stepu, rozciągającego się od Dunaju, Dniepru i Wisły na zachodzie, Skandynawii na północy, do Południowej Syberii, Uralu, Mongolii, Północnych Chin i Jakucji na wschodzie i Oceanu Indyjskiego na południu kształtowała się zadziwiająca cywilizacja, tworzona przez liczny superetnos, obdarzony niezwykłą energią kulturotwórczą. Ziemie przez się zamieszkane nazywał Arianą. W trzecim tysiącleciu przed n.e. był już zdolny do zakładania dobrze zorganizowanych księstw (np. Elam) i zaczął spisywać pismem klinowym swe pierwsze teksty filozoficzne, historyczne, teologiczne, medyczne, poetyckie. Godłem państwowym niektórych księstw aryjskich był równoramienny krzyż z symbolem słońca pośrodku, jak też orzeł o dwu głowach, który tysiąclecia później „przeleciał” do Bizancjum, Austrii, Serbii, Albanii, Czarnogóry, Rosji. W tymże okresie mieszkaniec Ariany założył podstawy najstarszej religii świata, zwanej później zoroastryzmem, a także posiadł i skutecznie zastosował sztukę wytapiania metali, wynalazł proch, skonstruował wozy bojowe na kołach ze sprychami, zaczął uprawiać rolę, udomowił dzikiego konia. Te, jak też mnóstwo innych wynalazków dokonanych przez Ariów (Aryjczyków), trafiały z biegiem stuleci razem z wędrówkami ludów aryjskich nie tylko do Chin, Indii i Mongolii, ale także do  Azji Mnieszej, Śródziemnomorza, Egiptu, Europy   Północnej. Na terenie Południowego Uralu archeolodzy znajdują ogromną ilość rozmaitych wyrobów i doskonałych narzędzi, produkowanych tu na masową skalę w drugim tysiącleciu p.n.e., z charakteru zaś tej kultury materialnej i jej wysokiego poziomu technologicznego wnioskować można, że musiały być wynikiem co najmniej paru tysięcy lat poprzedzającego rozwoju cywilizacji.
Kształt czaszek i szkieletów (jednolity w tym okresie na całym wskazanym powyżej rozległym terenie!) tych ludzi wskazuje, iż była to populacja europeoidalna, należąca do typu nordycznego, jasnowłosa, niebieskooka, wzrostu średniego i wysokiego. Źródła pisane z II tysiąclecia przed Chrystusem nazywają ich Ariami, a sam kraj Arianą (Eran, Arjanam). Zachowały się też podania o tajemniczej Krainie Północy, zwanej Szambala, czyli „Państwo Boże”, które niektórzy umieszczają w Tybecie, inni w górach Ałtaju, Pamiru czy Zabajkala, a jeszcze inni – na terenie obecnych Danii, Norwegii, Szwecji czy Polskiego Pomorza (waleczni Wikingowie to ponoć pozostałość po nich). 
Niektórzy badacze uważają, że kolebką pradawnej cywilizacji aryjsko – hiperborejskiej był nieistniejący obecnie kontynent, leżący ongiś w miejscu dzisiejszej Arktyki. Jeszcze Pliniusz Starszy w „Historii naturalnej”, a przed nim m.in. Pitagoras, Platon i inni autorzy greccy, zaznaczali, że w Hiperborei słońce nie zachodzi przez pół roku, klimat jest łagodny, ludność nie wie, co to są choroby, niezgoda, wrogość między ludźmi. Tamtejsi mieszkańcy byli rozumni i sprawiedliwi, wydoskonaleni w naukach i rzemiosłach, posiadali cudowne bronie i aparaty latające. Flamandczyk Gerhard Mercator, wybitny geograf i astronom XVI wieku, bazując na wcześniejszych źródłach i materiałach, przechowywanych w zamkniętych przed profanami zbiorach, umieścił na swej mapie świata kontynent „Hiperborea” – tam, gdzie dziś znajduje się biegun północny. Kontynent ten, prawdopodobnie na skutek jakiejś globalnej katastrofy (około 11 tysięcy lat temu), jak np. zmiany osi obracania się Ziemi, częściowo zatonął, częściowo uległ oblodzeniu, a ci jego mieszkańcy, którzy się uratowali,  zostali zmuszeni na skutek drastycznego załamania się klimatu do przeniesienia się na inny ląd i wyruszyli w kierunku południa, szukając nowych miejsc zdatnych do zamieszkania. Ten exodus Ariów stanowi w oczach współczesnej nauki fakt niepodważalny. Większa ich część osiadła na terenie Hindustanu, inna – na Bałkanach i indziej. Później, po około trzech tysiącach kolejnych lat, gdy klimat na Północy ponownie się ocieplił, nastąpiły fale cofające się, jakby reemigracje ludności aryjskiej. Przy czym jedni Ariowie udali się na północ Europy, dokąd ciągnęła ich pamięć genetyczna, drudzy zakorzenili się w Europie Środkowej, na Uralu, Ałtaju, Syberii i Czarnomorzu, dając początek przede wszystkim ludom słowiańskim i bałtyckim, których języki, podania, wierzenia są uderzająco podobne do indyjskich. W pradawnych przekazach z terenu Indii zawarte są sugestie, iż Ariowie przybyli na Ziemię z gwiazd Wielkiej Niedźwiedzicy i Plejad, co można interpretować jako metaforyczny obraz Północy, terenów podbiegunowych, gdzie te gwiazdozbiory są widoczne szczególnie jaskrawo i wyraziście. W szeregu starożytnych tekstów  Indii, Chin, Egiptu, Korei zawiera się informacja o wielkim wyjściu północnych narodów ze swych tradycyjnych siedzib hiperborejskich w kierunku Południa.
Być może byłoby celowe nazywać Ariów Protoindoeuropejczykami, którzy dali początek dziesiątkom późniejszych narodów. Niektórzy badacze przypuszczają, że Ariowie – Hiperborejczycy są tożsami z mieszkańcami legendarnej Atlantydy, którzy m.in. uprawiali eksperymenty genetyczne, łącznie z klonowaniem i hybrydyzacją międzygatunkową, posiadali olbrzymią wiedzę w różnych gałęziach nauki i technologii. Nie przypadkiem poszukiwaniem dawnej Hiperborei, Szambali i Atlantydy zajmowali się nie tylko starożytni Grecy i Rzymianie, ale też późniejsi władcy Imperium Brytyjskiego, Trzeciej Rzeszy, Związku Sowieckiego, Stanów Zjednoczonych, wysyłając tajne wyprawy naukowe pod egidą służb specjalnych do Arktyki, Norwegii, Ałtaju, Tybetu, Pamiru, na półwysep Kola, do gór Uralskich; wszędzie szukano pozostałości po jakiejś pradawnej, wysoko rozwiniętej cywilizacji, o której istnieniu nie wątpiono. Odkryto też szereg zadziwiających obiektów. Na Ałtaju, w regionie Górnej Szorii, zlokalizowano cyklopiczne budowle, mury mające u podstaw 12 metrów szerokości, wznoszące się na wysokość do 60 metrów, a złożone z idealnie do siebie dopasowanych bloków z czerwonego i szarego granitu, każdy z których waży od kilkuset do 2 tysięcy ton. A całość jest ulokowana na ściętym szczycie góry wysokiej na tysiąc metrów. Dziś wykonanie takiej budowli z takiego budulca byłoby niemożliwe, lecz kto i jak dokonał tego przed tysiącami lat w obwodzie kiemierowskim? Odpowiedzi nie ma.
Nieopodal uralskiego Czelabińska znajduje się megalityczne obserwatorium astronomiczne wysokie na 3,5 m, wzniesione w IV tysiącleciu p.n.e.; podobne do Stonehenge, lecz znacznie od niego większe, bardziej złożone, a zbudowane z kamiennych płyt, ważących od kilku do kilkunastu ton każda. Tamże, obok obiektu „Megalit nr 1”, odkryto najstarszy znany piec do wytopu miedzi. Na półwyspie Kola znaleziono pod ziemią olbrzymie sztuczne labirynty o trudnym do określenia przeznaczeniu, liczące sobie kilka tysięcy lat. Ich hipotetycznymi twórcami mieli być Hiperborejczycy; na tych obiektach prowadziły sekretne badania liczne wyprawy naukowe NKWD, a Trzecia Rzesza usiłowała ogromnym nakładem sił zająć te tereny, by zdobyć dostęp – jak wierzono – do pozostałości po starożytnej cywilizacji hiperborejskiej i jej tajemnej wiedzy. Należy w tym miejscu podkreślić, że towarzystwa okultystyczne obecnie zakładają, iż praojczyzną rasy aryjskiej i całej ludzkości były tereny obecnej Karelii i Północna Rosja. Dziś wstęp do podziemnych miast wyspy Kola jest zakazany.
Także na półkuli południowej znajdują się tajemnicze budowle, których wzniesienie przypisuje się rasie aryjskiej, jak np. na Cejlonie święta góra Sigiria, na której wysokim na 300 metrów szczycie spoczywa piramida uskokowa i ruiny gigantycznej świątyni zbudowanej przed kilkoma tysiącami lat z wielotonowych sztucznych bloków, których nawet obecnie z zastosowaniem najnowocześniejszej techniki podnieść i tak precyzyjnie ułożyć byłoby niepodobieństwem.
Historyk Michał Kościński uważa, że to rasa słowiańska należy do najstarszych i wywiodła się bezpośrednio z północnoeuropejskich Hiperborejczyków. Olbrzymi sakralny kompleks słowiański Arkona na Rugii był tak wpływowy, że płaciły mu daninę wszystkie okoliczne królestwa; przez parę tysięcy lat na przełomie starej i nowej ery Słowianie przewyższali pod względem kultury i ucywilizowania zarówno Celtów, jak i Germanów. Podobnie jak Hebrajczycy ze swym plemiennym bożkiem Jahwe, także dawni Słowianie byli za pan brat ze swymi bogami, nawet z gromonośnym Piorunem, spierali się z nimi, zawierali przymierza, rozmawiali, szli o zakład, a nawet wspólnie popijali miód i się bawili. Później Słowianie – w przeciwieństwie do Żydów - pozbyli się tak szokujących wyobrażeń antropomorficznych, a ich sakralne teksty albo zostały popalone przez wyznawców „religii miłości”, albo do dziś są ukrywane w tajnikach najważniejszych bibliotek świata.
                                                                      ***
 Pradawny etnonim „Aria” z reguły bywa interpretowany jako „szlachetny”, „dostojny”, „zajmujący wysokie położenie”, ale też jako „nasz”, „swój”, przeciwstawny obcemu. Była to więc samonazwa etnosu świadomego swego znaczenia, siły i wartości; choć z drugiej strony można ten wyraz interpretować jako „oracz” (białoruskie „araty”, „arać”), czyli ktoś, kto już nie jest koczownikiem, lecz oraczem, osiadłym rolnikiem, posiadającym sztukę uprawiania ziemi. Ciekawe, iż mongoloidalni Ugrofinowie, odwieczni wrogowie Aryjczyków, nazywali ich „Oria”, czyli „rozbójnicy”, „obcy”, „wrogowie”; (może stąd późniejsze „wrag”, „Wareg”, „worah”, „wróg”). Nie ma w tej materii na razie zupełnej jednoznaczności i zgody między naukowcami.
[Przez szereg stuleci rzeczownik „Aryjczyk” czy przymiotnik „aryjski” znajdowały się w normalnym, powszechnym obiegu naukowym. Znajdują się zresztą także dziś m.in. na Litwie i Łotwie, w Finlandii i Estonii. „Encyclopedia Britannica” (vol. 2, p. 558, London 1966) podaje: „Aryan, a Sanskrit word meaning „noble”, was once commonly used to refer to the entire family of languages now known as “Indo-Europeen”. Encyklopedia zaznacza jednak, że ze względu na sprofanowanie tego pojęcia przez nazistowskich uczonych niemieckich w XX wieku i zanieczyszczenie tej neutralnej kategorii naukowej domieszkami politycznego rasizmu i nacjonalizmu, zaprzestano jej używania i dotychczas miewa ona konotację moralnie negatywną. Lecz wypada zapytać, czy np. chrześcijaństwo, islam, inne wielkie religie nie były nadużywane w celach politycznych przez różnej maści szaleńców, zbrodniarzy, ciemniaków? Czy w imieniu Chrystusa nie spalono żywcem w potwornych męczarniach tysięcy ludzi, nie wymordowano w Ameryce i Afryce dziesiątków milionów, nie wynaleziono takiej potworności, jak kolonializm? A w imieniu Mahometa czyż nie zabijano i się nie zabija tysięcy i tysięcy „niewiernych” oraz współwyznawców? Skoro Hitler i Lenin byli katolikami, to może należy zakazać publikowania i czytania „Ewangelii”, a kościoły chrześcijańskie ogłosić za organizacje zbrodnicze i zakazać ich działalności, jak to uczyniono po tzw. Wielkiej Rewolucji Francuskiej i bolszewickiej?
Dodajmy, że takimże absurdem jest zakaz w wielu krajach używania wizerunku swastyki, bo on się komuś źle kojarzy. Profesor Hajo Holborn w pomnikowej „Encyclopedia Americana” (vol. 26, p. 91) odnotowuje: „The swastika has been found as an ornamental pattern in Europe since the Bronze Age and in Asia since the 3d millenium before Christ. The word is Sanskrit in origin. It was also used by Polinesians and North American Indians… It is usually interpreted as a sun or fire symbol, but in Norse mythology it may have symbolized the hammer of the god Thor…Swastika was an Aryan symbol”… Nie tylko. U Indian Nawaho swastyka symbolizuje bóstwa wiatru i deszczu. Wkraczanie tedy nierozumnej, wynikającej  z ignorancji, „poprawności politycznej” na teren nauki jest pożałowania godnym absurdem]. 
                                                               ***

Istniej punkt widzenia, (prezentowany przez szereg poważnych uczonych niemieckich, francuskich, ukraińskich, białoruskich, rosyjskich, irańskich), że rasa aryjska z Wielkiego Stepu była twórczynią niemal wszystkich fundamentalnych osiągnięć cywilizacyjnych, w tym wynalazków technicznych i technologicznych, wszystkich sztuk, w tym architektury, rzeźby, muzyki.
Chińczyków zadziwiał wygląd zewnętrzny ich północnych sąsiadów, zwanych Dinlinami: błękitnookich, jasnowłosych, o jasnej karnacji, którzy z usposobienia byłi wierni, otwarci, szczerzy, uczciwi, pracowici, odważni, zawsze dotrzymujący przyrzeczeń. Starożytna kronika chińska „Sin Tan-szu” donosiła o  „ludziach Północy”: „Są oni przeważnie wysokiego wzrostu, mają rude włosy, rumiane twarze i niebieskie oczy; czarne włosy uważają za zły znak”. Księga zaś „Tajpinchuańjujtszi” dodawała: „Ich ciała są masywne i wyniosłe, o czerwonych włosach i zielonych oczach. Czarnowłosych spośród siebie nazywają „nieszczęśliwymi”. Kronikarze chińscy niekiedy zaznaczali, że wzrok Ariów, nieco zezujący i niesamowity, przypominał oczy rysia czy kota tuż przed atakiem.
W Tybecie zachowała się pamięć o Tocharach, czyli „Białych Głowach”, niebieskookich, jasnowłosych (z rudawym odcieniem) Aryjczykach, którzy z Północy przynieśli na te Szczyty Świata mądrość i porządek. O zielonookich mutantach tej rasy mówiono, że mają oczy jak niedojrzała jagoda. Ałtajski lud Alemanów powiadał o sobie, że jest „aryjskiego nasienia”; zresztą „Allemagne” po francusku znaczy „Niemcy”, a w językach tiurkskich wyrazy  „Germania” i „Alemania” są synonimami („aleman” – „daleki kraj”).
Koptowie nazywają swych dalekich przodków Egipcjan „ahmar”, czyli „rudy”, „jasny”. O niebieskookich przybyszach komunikują legendy Etiopii, Egiptu, Sudanu. Co to byli za ludzie? Czyżby przodkowie obecnych nordyckich Tuaregów? Opowiadali, że w ich dalekiej praojczyźnie woda podczas zimy staje się przeźroczystym kamieniem, a słońce świeci nawet nocą. Czyli że idzie o mroźną, daleką Północ.
Tybetańczycy, Indowie, Chińczycy nazywali siebie „nie-Ariami”, podkreślając, że to nie oni przyszli „z Północy”.
Sercem cywilizacji Wielkiego Stepu mogły początkowo być  m.in. ziemie Azji Środkowej, której pierwotna ludność należała do typu europeoidalnego, albo Europa Środkowa, dorzecze Wisły. „U źródeł starożytnej ludności Kazachstanu – zaznacza po wieloletnich solidnych badaniach paleoantropologicznych profesor O. Ismagułow -  znajduje się doskonale rozpoznawalny, jaskrawie wyrazisty typ europeoidalny bez najmniejszej domieszki mongoloidalnej”.  Dopiero najazd Hunów w pierwszych wiekach nowej ery i związane z nim masowe gwałcenie tutejszych kobiet przez najeźdźców, jak też ich osiedlenie się zarówno na terenach środkowoazjatyckich i środkowoeuropejskich,  spowodowało zmianę kodu genetycznego i typu antropologicznego na w dużym stopniu mongoloidalny, który to proces hybrydyzacji został jeszcze bardziej nasilony przez okupację mongolską w XII – XIII w. Wśród Uzbeków, Kirgizów, Kazachów, Turkmenów, Tadżyków tylko częściowo  udało się do dziś  zachować pierwotny wygląd aryjski (czyli wysoki wzrost, marsową sylwetkę, jasne włosy, oczy i cerę) oraz cechy aryjskiego usposobienia, takie jak szczerość, uczciwość, otwartość, waleczność, pracowitość, poczucie godności osobistej. Zresztą Ariów (później zwanych Scytami) a Ugrofinów, należących do tzw. małej rasy uralskiej o dominujących rysach mongoloidalnych z domieszką cech nordycznych, dzieliła tysiącletnia wrogość; choć na skutek wzajemnych najazdów i łączących się z nimi aktów przemocy seksualnej w stosunku do kobiet przeciwnika doszło do daleko posuniętej interferencji rasowej między tymi superetnosami. Ugrofinowie stali się bardziej europeoidalni, a Ariowie nabyli nieco cech mongoloidalnych.
W każdym bądź razie w pierwszym tysiącleciu p.n.e. na ogromnej przestrzeni od Dniepru do gór Sajańskich i Ałtajskich mieszkali Scytowie, lud indoeuropejski, rosły, jasnooki i jasnowłosy, w prostej linii potomek cywilizacji Ariany. [Zwarte skupiska rasy aryjskiej notowane są obecnie na terenie Danii, Szwecji, Norwegii, Islandii, Białorusi, Łotwy, Ukrainy, Litwy, Afganistanu, Iranu, oraz w niektórych regionach Rosji (Ziemia Pskowska i Nowgorodska, Don, Kubań), Bałkanów,    Indii, Pakistanu, Kaukazu (Alanowie czyli Osetyjczycy [Stalin!], częściowo Czeczeni), Polski (Podlasie, Kujawy, Mazowsze), Niemiec, Afryki Północnej (Tuaregowie). Przeważnie jednak są już te kraje zhybrydyzowanymi „szachownicami” rasowymi, na których sąsiadują ze sobą różne elementy antropologiczne, co prawdopodobnie nie stanowi dobrej wróżby dla ich przyszłości. Zakrawa to na paradoks, ale Słowianie Południowi (Chorwaci, Słoweńcy, Serbowie) pod względem rasowym są bliscy Bałtom i Skandynawom,  podczas gdy Słowianie Północni (np. mieszkańcy Rosji Centralnej) mają znaczną domieszkę cech mongoloidalnych (płaskie twarze, wystające kości policzkowe, mniej wydatny nos, ciemne włosy i oczy) jako skutek mieszania się z Ugrofinami i Tiurkami, m.in. mieszkańcami ongisiejszej Bułgarii Wołżańskiej.
Tak tedy na przełomie starej i nowej ery potomkowie dawnych Aryjczyków, czyli Scytowie, Sarmaci, Sakowie, ponieśli druzgocącą klęskę od Hunów, którzy ciągnęli dalej w kierunku zachodnim, a których pozostałość stanowią dzisiejsze Węgry (Hungaria). Przejęli zresztą od Scytów taktykę boju kawaleryjskiego, doskonalszy model łuku oraz wcielili do swego ponad półmilionowego wojska liczne oddziały aryjskie.
Od samego początku Ariowie cenili cnotę żołnierskiego męstwa. Młodzieniec, który nie został przez rok przeszkolony wojskowo, nie miał prawa do założenia rodziny. Uważali, że w sztandarach wojskowych żyją duchy przodków, które opiekują się żywymi. Dlatego umieszczali na nich wizerunki drakonów, orłów, barsów, gryfów, wilków, równoramiennych krzyży. O tych ostatnich sądzono, że ich wizerunek chroni przed chorobami i innymi nieszczęściami. Strata sztandaru w walce pociągała za sobą rozproszenie danego rodu, ułusu czy oddziału. Przestawał on po prostu istnieć. Zwyczaj ten przetrwał tysiąclecia i także obecnie we wszystkich armiach świata sztandar pułku czy dywizji stanowi świętość, dla ratowania której żołnierze i oficerowie gotowi są poświęcić życie. Najwyższym orderem wojskowym wojsk aryjskich był żelazny krzyż równoramienny (zwany obecnie „maltańskim”) z wizerunkiem kręgu słonecznego pośrodku, odnajdywany w wykopaliskach sprzed ponad 2600 lat. [Prawie powszechne jest przekonanie, że krzyż to symbol chrześcijański. Nic bardziej mylnego. Jeszcze w III wieku pisarz chrześcijański Minucjusz Felix pisał: „Co dotyczy krzyży, tośmy ich nie czcimy, nam, jako chrześcijanom, nie są one potrzebne. To wy, poganie, wy, dla których świętościami są drewniane idole, wy czcicie drewniane krzyże, być może jako części waszych bóstw. A wasze flagi, sztandary, znaki bojowe, czymże są, jak nie pozłacanymi i ozdobionymi krzyżami?”  Natomiast prawdą jest, że w Indiach, tej praojczyźnie wielu narodów, oraz w Tybecie krzyż zwany jest „wadżrą”, czyli lśniącymi promieniami boskości, wychodzącymi z jednego ośrodka, z centrum Wszechświata. Stąd w środku krąg słoneczny. Czyli że najdawniejsza forma krzyża nie reprezentowała sobą dwu przecinających się linii, lecz Słońce (symbolizujące Jedynego Boga) i cztery promienie, rozchodzące się na cztery strony świata. A więc około 6 – 7 stuleci p.n.e. krzyż nie był znakiem „męki Pańskiej”, lecz magicznym znakiem solarnym, symbolizującym Boże Błogosławieństwo. Borys Uspiensky pisał: „Krzyż równoramienny, absolutnie analogiczny z bizantyjskim, widzimy na świątyniach buddyjskich w charakterze znaka solarnego… Swastyka to, oczywiście, jedna z postaci krzyża, znana także w późniejszej sztuce chrześcijańskiej, gdzie nosi miano „Crux Gammata”, czyli „krzyż hakowaty”. Swastyka, jako symbol solarny [obrazujący okrężny ruch Słońca], była szeroko rozpowszechniona w Indiach”. To może zaskakiwać, ale jeszcze w roku 1024  muzułmanie Kalifatu obchodzili święto Krzyża Świętego, który umieszczali na swych ikonach. Potem tę praktykę, jak i malowanie ikon,  zakazano w związku z wyprawami krzyżowymi chrześcijan, których symbolem ten wizerunek został dopiero pod koniec IV wieku. Obecnie krzyż równoramienny jest godłem państwowym Kazachstanu, Szwajcarii, kilku innych państw. Jest to niewątpliwie świadomym lub nieświadomym nawiązaniem do pradawnych tradycji cywilizacji ariańskiej.
                                                                ***
Jeśli idzie o duchowość i intelekt, Ariowie wyznawali pierwotnie wyłącznie „młodzieńczy” kult siły fizycznej, walki i zwycięstwa. Nie cenili toteż specjalnie ani życia swego, ani cudzego. Czymże bowiem ono było według ich wierzeń? Niczym innym jak ciągłym odradzaniem się nieśmiertelnej duszy w coraz to nowym ciele, niebawem bowiem po śmierci poprzedniego ciała – jak uważano – przenosi się ona do embrionu dopiero poczynanego w klanie rodzinnym dziecka i rozpoczyna nowe życie na ziemi wśród rodaków. Zabijanie więc nawet bliskich krewnych nie sprawiało naszym przodkom zbyt wiele kłopotu, ponieważ byli oni przekonani, że ostatecznej śmierci tak naprawdę nie ma, że dusza ulatuje ze zmarłego ciała, by niebawem ponownie zamieszkać w rodzinie w ciele przychodzącego na świat dziecka. W świetle tych wierzeń nie sposób mówić o jakimś szczególnym okrucieństwie tych ludzi, przejawiającym się m.in. w zabijaniu starych i schorowanych ojców przez synów, gdyż według wyobrażeń jednych i drugich takim czynem syn oswobadzał duszę ojca z niedołężnego, już nie nadającego się do zamieszkiwania ciała, uwalniał go od niepotrzebnych cierpień i ułatwiał wcielenie się w nową „skórę”, czyli w dopiero powstający w łonie jakiejś członkini rodu embrion.
Z biegiem stuleci jednak proces poznania mistycznego i teologicznego pogłębiał się, aż ukształtowała się oryginalna aryjska doktryna monoteistyczna. Bóg Ariów, choć Jeden i Jedyny, miał trzy postacie, był Bogiem kontemplującym, trzymającym Wszechświat w swej dłoni; Bogiem chroniącym, zachowującym, broniącym, opiekuńczym oraz Bogiem sądzącym i karzącym, oddającym każdemu według zasługi. Był Jedyny, lecz manifestował się na różne sposoby. Rozumiano: Bóg widzi i wie wszystko, a obroni czy ukarze, zależy od samego człowieka, od jego czynów. Wiedziano: dobro i zło, życie i śmierć, bogactwo i bieda darowane są tylko przez Boga, który lepiej od nas wie, co się nam należy. A więc aryjskie jedynoboże wychowywało człowieka czynu ukierunkowanego na rozwój, na samopoznanie i samodoskonalenie. Jego koncepcja reinkarnacji duszy nigdy nikogo nie pozbawiała nadziei. Nawet po śmierci, po przejściu przez oczyszczający ogień piekła lub po pobycie w raju przed sądem Najwyższego, osoba zmienia się. Zawsze istnieje szansa na naprawienie starych grzechów przez dobre czyny. Każdy człowiek własnymi rękami tworzy dla siebie piekło lub raj. Wszystko zależy od jego postępowania. Tutaj widzimy przeciwieństwo w stosunku do o parę tysięcy lat późniejszej doktryny chrześcijańskiej, która opisuje przyszłość osoby albo jako wieczny raj, albo jako wieczne potępienie i piekło.
W pradawnej religii Ariów istniała nauka o Odkupicielu, posłanniku Nieba. Geser, Syn Boży, został zesłany przez Boga na ziemię w III tysiącleciu przed Chrystusem w postaci brzydkiego chłopca „z  zębami drobnymi jak gnidy  ”, który jednak wyrósł na pięknego i silnego młodzieńca, który zjednoczył wszystkie narody i nauczył je oddawania czci Bogu Jedynemu. Potem Bóg (Tengri) zabrał Gesera do Nieba, a na ziemi zostawił jego namiestnika, „kesara”. Z biegiem czasu ludzkość pod wpływem Złego Ducha ponownie się podzieliła i wpadła w sidła grzechu. Dlatego gdy narody zupełnie zapomną o Bogu, pogrążą się w odmętach nieprawości i moralnego zdziczenia, Najwyższy ponownie ześle na ziemię Zbawiciela w postaci Proroka, który swymi kazaniami odnowi wiarę i odmieni ducha znieprawionej ludzkości, odwiedzie ją od grzechu, a nakłoni ku czci i bojaźni Bożej. Potem zaś z Nieba zstąpi sam Bóg; na mocy Jego woli zmarli zmartwychwstaną, płomień pochłoni grzeszną ziemię, Szatana (Erlika) i grzeszników; a po tym oczyszczającym ogniu zostanie lśniaca i czysta, jak biała glina, ziemia. Z niej Bóg stworzy Nowy Świat, w którym obok Niego zamieszkają ci, którzy pozostawali Mu wierni.
Aryjczycy uważali, że świątynią Jedynego Boga jest cały świat otoczony kopułą Wiecznego Błękitnego Nieba. Świętą górą był szczyt Sumeru, znajdujący się na Ałtaju, który uważany jest przez wielu uczonych za serce tej cywilizacji. Tutaj przez kilka tysiącleci zakazane było nie tylko polowanie, ale nawet głośne mówienie. Wierzchołek tej góry pokrywa śnieżna czapa, w której każda śnieżynka stanowi zmaterializowany stan czyjejś duszy. Świątynie zresztą także były wznoszone; prawo wstępu do ich wnętrza przysługiwało jednak wyłącznie kapłanom; przy czym nawet oni nie mogli tam oddychać – aby uczynić wdech i wydech, musieli wyskakiwać na zewnątrz. Chodziło o to, by żaden człowiek swym cuchnącym oddechem nie zanieczyszczał przybytku Bożego. Najwyższy kapłan nosił na palcu prawej ręki pierścień z wyrytymi na nim wizerunkami równoramiennego krzyża i ryby.
Później te rygorystyczne przepisy złagodzono, na nabożeństwo wierni mogli wejść do wnętrza chramu. Kapłan, ubrany w czarne szaty do pięt, rospalał kadzidło („kadila”), gdyż uważano, że Zła Moc nie znosi zapachu szlachetnych pachnideł. Podczas czyjegoś pogrzebu Ariowie wyściłali dno mogiły łapkami jodeł (ten zwyczaj zachował się dotychczas m.in. w Ziemi Grodzieńskiej i Wileńskiej). Obrzęd religijny „abchiszeka” stanowił swoistą koronację, czyli namaszczenie króla na tron przez najwyższego kapłana, tak jak później papieże namaszczali monarchów katolickich. Szczególnym uszanowaniem i opieką otaczano w kulturze Ariany filozofów, spisujących w odosobnionych klasztorach swe dzieła; uważano ich za najcenniejszy skarb narodu, za kustoszów mądrości, spływającej na ziemię z Wiecznego Błękitnego Nieba jako z Przestrzeni Duchowej.
Hołdowano też zasadzie surowej dyscypliny społeczno-państwowej. Słusznie uważano, iż ludzie niedługo słuchają tych, którzy nie umieją przewodzić, a posłuszeństwo to wielka umiejętność, której władcy powinni uczyć poddanych. Kto dobrze prowadzi, za tym chętnie idą, i tak, jak mistrzostwo poskromiciela koni polega na tym, by konia uczynić uległym i łagodnym, tak też zadaniem władcy jest nie tylko uczynienie innych posłusznymi, ale i zaszczepienie im świadomego zamiłowania do cnoty posłuszeństwa.

                                                                ***
Kilka tysiącleciu przed nową erą pierwotna wspólnota aryjska zaczęła się dzielić na dwie wielkie gałęzie: Turan (Ziemię Tura, czyli Ariów zachowujący nadal tradycyjny wędrowny tryb życia, oparty na hodowli koni, krów, owiec, świń, kóz) oraz Iran (Ariowie przechodzący na osiadły tryb życia i uprawę roli). Tożsama  pod względem genetycznym populacja nie tylko rozszczepiała się powoli na dwie części, ale i zaczęła się pogrążać we wzajemnej wrogości i bratobójczych wojnach. Uprawiający rolę Ariowie osiedlili się na terenie obecnego Wschodniego Iranu i zachowali swą tradycyjną nazwę, ta zaś część, która nadal koczowała i uprawiała hodowlę bydła, była – dla rozróżnienia – zwana przez Persów Sakami lub Turami (Turańczykami), przez Greków – Scytami. Obie formacje, choć identyczne pod względem biologicznym, prowadziły ze sobą permanentne wojny.
Pod wieloma względami myśl etyczna Iranu i Turanu była podobna, a nawet identyczna. Cywilizacja turańska była arystokratyczną cywilizacją żołnierską, opartą na znakomitej samoorganizacji, na kulcie walki i zwycięstwa, na karności, samodyscyplinie i pomocy wzajemnej członków społeczności, jak też na swoistej beztroskiej i wielkodusznej szczodrobliwości. Łupy wojenne, zdobyte podczas najazdów na ziemie sąsiednie, dzielono między wszystkich po równu. Ogromną ich część składano w świątyniach lub na ręce kapłanów jako ofiarę, uważano bowiem, że im więcej Bogu się ofiaruje, tym szczodrobliwiej wynagrodzi on swych wyznawców. Spowodowało to, że od pewnego czasu kasta kapłanów, znakomicie skądinąd wspierająca swym autorytetem świeckich władców narodu, urosła do niesamowitej potęgi, stała się niejako zbiorowym panem życia i śmierci całego społeczeństwa i każdego jego członka. Nie nadużywała zresztą swej mocy i nie usiłowała zastąpić sobą władzy świeckiej.
Obyczajowość praktyczna dawnej cywilizacji aryjskiej posiadała swe cechy specyficzne: państwo było uważane za zbiorową mądrość i zbiorową samoorganizację narodu, mającą na celu skuteczne funkcjonowanie w konkretnych warunkach dziejowych. Mniemano, że dobro wspólne stanowi wartość najwyższą i że tylko w doskonale zorganizowanym społeczeństwie jego członkowie czują się bezpiecznie, a cel ten będzie nieosiągalny, jeśli wszyscy członkowie wspólnoty narodowej nie zrezygnują z części swych indywidualnych skłonności, upodobań, interesów i praw (a tym bardziej ze swej osobniczej samowoli, jednoznacznej z chaosem i bezładem) na rzecz zbiorowości. Pielęgnowano więc tak wielkie cnoty, jak wierność, cześć, obowiązkowość, a za najlepszy sposób samoorganizacji narodu – państwo scentralizowane i totalitarne. Władcy nadawali swym namiestnikom (satrapom) tak nikłe pełnomocnictwa, że ci musieli konsultować z dworem królewskim (nieraz odległym o tysiące kilometrów) niemal każde, nawet drobne, posunięcie. Najmniejsze uchybienie w tym względzie karano najsurowiej – pozbawieniem życia.  W wyniku – wbrew pierwotnym, w jakiś sposób słusznym, założeniom – funkcje państwa były paraliżowane przez struktury tegoż państwa, które stawało się nieskuteczne i bezradne w sytuacjach, gdy zaistniała konieczność podejmowania szybkich i zdecydowanych decyzji politycznych, gospodarczych, dyplomatycznych czy militarnych na poziomie lokalnym, prowincjonalnym. Znaleźć złoty środek między żelazną centralizacją a zdecentralizowanym rozchwianiem udawało się bardzo rzadko, dlatego liczne państwa o takim ustroju często wpadały w zastój i ulegały dekompozycji – wbrew zamiarom swych twórców i władców. Idzie bowiem o to, że siła narodu tkwi nie w jego wymuszonej bezkonfliktowości, lecz w zdolności do twórczego i pozytywnego rozładowywania napięć, godzenia przeciwieństw na drodze konsolidacji wysiłków w celu wspólnego, solidarnego rozstrzygania zaistniałych problemów, osiągania wspólnych dokonań, jak też wykonywania  zadań socjalno – wychowawczych.
Choć generalnie wychodzono z założenia, że uczciwość i otwartość stanowią najpiękniejsze cnoty człowieka, to jednak też uznawano, że np. podczas prowadzenia działań militarnych czy rozmów dyplomatycznych nie da się uniknąć stosowania rozmaitych podejść, wybiegów, forteli, czy chociażby dezinformacji wobec przeciwnika. Wojna bowiem jest stanem szczególnym, a od jej wyniku zależy cały los narodu, należy więc w czasie jej trwania zrezygnować z pewnych zachowań, pięknych, co prawda, pod względem moralnym, lecz nieskutecznych, a nawet w określonej sytuacji niedopuszczalnych  z praktycznego i celowego punktu widzenia. Lecz gdy został zawarty i poprzysiężony pod pewnymi warunkami pokój, obopólne ustalenia stają się nienaruszalne i święte, a krzywoprzysięstwo – jako wyraz skończonej  niegodziwości – powinno być karane śmiercią i nigdy nie może być wybaczone. Kłamstwo zresztą w kulturze aryjskiej uważano za zjawisko wręcz sprzeczne z samą naturą człowieka i nie spotykane w przyrodzie: zwierzęta walczą ze sobą, zabijają się nawzajem, polują na siebie (co stanowi dla nich konieczność biologiczną), lecz nie kłamią, nie zdradzają, nie nadużywają czyjegokolwiek zaufania. Fałsz to cecha specyficznie ludzka, i to cecha najpodlejsza. Pies, zwierzę najwierniejsze, oraz żmija, zwierzę najbardziej bezkompromisowe i prostolinijne, stanowiły święte symbole aryjskiego Turanu  w okresie przedzoroastryjskim.
                                                                    ***
Ariowie byli pionierami rolnictwa, jak też mistrzami w selekcji roślin i hodowli zwierząt udomowionych. Ich  niezmordowanym pracom selekcjonerskim towarzyszyły magiczne zabiegi kapłanów, którzy mieli kontaktować się z duchami, prosząc, aby te wspomagały hodowców w ich usiłowaniach. Dzikim zwierzętom, np. tarpanom, zabierano młode, które następnie w odpowiedni sposób wychowywano i poddawano wpływom psychologicznym, dążąc do tego, by zwierzę miało do ludzi stosunek przyjazny i życzliwy. Egzemplarze, które zachowywały się nieufnie, krnąbrnie lub wrogo, składano w ofierze Mocom Wyższym, czyli poddawano eutanazji.  Z pewnych przekazów wynika, iż Aryjczycy posiadali sztukę (dziś nieznaną) duchowego oddziaływania na psychikę zwierząt. Proces poczęcia i zawiązywania się embrionu odbywał  pod ścisłą kontrolą nie tylko selekcjonerów, ale i kapłanów, którzy usiłowali specjalnymi modłami i innymi zabiegami magicznymi spowodować, aby w chwili poczęcia do brzucha samiczki weszła dusza zwierzęca łagodnie usposobiona w stosunku do ludzi. Wymagano, aby w chwili kopulacji zwierzęta znajdowały się w optymalnym stanie fizycznym i psychicznym. W okresie poprzedzającym poczęcie trzymano je na specjalnej diecie nie tylko umacniającej ich siłę, ale i powodującej efekt „rozszerzonej świadomości”, który miał ułatwiać ściąganie z otchłani zaświatów duszy zwierzęcej przychylnej człowiekowi. Po urodzeniu pomiot trzymano w towarzystwie ludzi, zachowując zresztą w tym długotrwałym procesie mnóstwo ścisłych reguł i przepisów, o których tu wspominać nie będziemy. Wystarczy stwierdzić, że w ciągu tysiącleci Aryjczycy udomowili liczne gatunki zwierząt, w tym pantery i gepardów, oraz wyselekcjonowali liczne odmiany ssaków i ptaków. Doniosłą rolę w procesie „humanizacji” zwierząt odgrywała specjalnie dobrana muzyka, gra na flecie, śpiew, hipnoza. Znano i wykorzystywano określone melodie i rytmy, powodujące – w razie potrzeby – te czy inne  nastroje i stany psychiczne u zwierząt, jak np. apetyt lub jego brak, gromadzenie się w kupę lub rozpierzchnięcie stada, ekstazę miłosną lub agresję. Zwierzęta domowe traktowano przyjaźnie i po partnersku, względem dzikich również nie okazywano okrucieństwa, kategorycznie zakazując m.in. uboju rytualnego oraz składania ofiar ze zwierząt.
Aryjczycy nie tylko wyhodowali szereg ras koni, krów, owiec, kóz, psów, świń, kotów, ale i na terenie Indii udomowili słoni. Ujawnione zaś w ciągu tysięcy lat badań i obserwacji prawidłowości genetyczne zostały przez nich następnie wykorzystane także w celu doskonalenia rasy ludzkiej. Proces ten rozpoczęli ponoć przed około ośmioma tysiącami lat, o czym świadczą znaleziska archeologiczne m.in. na terenie Uralu Południowego. Wynaleźli więc eugenikę, a ich kapłani w ciągu niezliczonych stuleci trudzili się nad wyselekcjonowaniem rasy doskonałej: jasnowłosej, niebieskookiej, obdarzonej wspaniałymi zaletami etycznymi, intelektualnymi, twórczymi. Ta nowa odmiana „człowieka aryjskiego” została wyhodowana na rozległym terenie Syberii Południowej, Azji Środkowej aż do Ukrainy, następnie zaś ekspandowała zarówno w kierunku lesistej Europy, jak też Hindustanu i Iranu.
Na skutek zabiegów selekcjonersko – eugenicznych wśród mieszkańców Ariany od pewnego czasu zaczął dominować typ rasowy o pszenicznej i rudzielcowej barwie włosów, niebieskich oczach, gracylnej sylwetce. [Legendarne jasnowłose Amazonki porywały sąsiadom wyłącznie takie dziewczynki]. W kulturze aryjskiej zjawiło się swego czasu pojęcie „dzieci Słońca” – tak zwano złotowłose, błękitnookie dzieci, które istotnie uważano za zjawisko szczególne i dążono na drodze doboru sztucznego do „wyprodukowania” jak największej ich liczby. Słońce bowiem, błyskawica i płomienie ogniska domowego stanowiły w oczach Aryjczyków trzy odmiany Ognia jako symbolu i emanacji Boga Jedynego, Istoty Najwyższej, a jasnowłose, niebieskookie dzieci były dumą tej rasy przed światem.  
Różne szkoły naukowe proponują własne, nieraz różniące się między sobą, koncepcje klasyfikacji ras. Wybitny antropolog Jan Czekanowski podzielił rasę europeoidalną na rasy pomniejsze: północną (nordycką, nordyczną), alpejską (laponoidalną), śródziemnomorską, dynarską, protosłowiańską.  Według niego rasa nordyczna zamieszkuje obecnie wszystkie kraje okalające Morze Północne i Bałtyckie, sięgając w głąb kontynentu dorzeczami Dźwiny i Wisły, ogarniając ponadto górne części Wołgi i Dniepru oraz w strefie ekspansji słowiańskiej na wschodzie duże obszary aż po Morze Białe na północy i po Azowskie na południu. Ponadto stanowi bardzo poważny składnik ludności pozostałych części Europy oraz Ameryki Północnej.  Rasa śródziemnomorska zamieszkuje kraje okalające Morze Śródziemnomorskie; ponadto stanowi również poważny składnik ludności nadbałtyckiej strefy aż po Skandynawię włącznie. Zachodnia część Anglii, a pierwotnie całych Wysp Brytyjskich, stanowi strefę jej przewagi, podobnie jak tereny na wschód od Donu, wschodnia część Bałkanów oraz część wybrzeża Morza Czarnego, jak też Iranu. Obecnie trzy czwarte ludności W. Brytanii to ściśle zespolony typ mieszany nordyczno – śródziemnomorski, do którego wlewa się coraz więcej elementu negryckiego i semickiego. Rasa armenoidalna w znacznej koncentracji występuje w zachodniej części Półwyspu Bałkańskiego, Północnej Rumunii, Północnych Włoszech, we francuskich Pirenejach. Rasa laponoidalna dominuje w Karpatach Zachodnich, na północnych zboczach Sudetów, w Siedmiogrodzie, czyli na terenie Słowacji, Węgier, części Rumunii, Czech, Południowo – Wschodniej Polski, Południowej Francji i Południowych Niemiec. (Po II wojnie światowej, w której Niemcy poniosły druzgocącą klęskę i nie mogły już decydować o swoim losie, Anglia i Stany Zjednoczone narzuciły im politykę tzw. multikulturowości, czyli metysyzacji narodu niemieckiego przez masową imigrację osób rasowo obcych; obecnie około 20% ludności tego kraju stanowią „Rassenfremde”, co powoduje daleko posuniętą hybrydyzację i degradację tego etnosu, którego przyszłość  nie budzi optymizmu).  
 Rasa aryjska wyłoniła z siebie szereg wybitnych dynastii królewskich, jak Merowingowie, Burbonowie, Popielidzi, Przemyślidzi (ale już nie Piastowie, którzy byli mieszańcami nordycko- laponoidalnymi), Hohenzollernowie, Rurykowicze, Gedyminowicze, Habsburgowie, Romanowowie (stanowiący de facto odgałęzienie dynastii niemieckiej Holstein-Gottorp; ostatni imperator Rosji Mikołaj II miał tylko 1/128 cząstkę krwi rosyjskiej, słowiańskiej), Sachsen-Coburg-Gotha, Wazowie, oraz stworzyła szereg wielkich państw dziejotwórczych: Imperium Greckie Aleksandra Macedońskiego, rozległe na pięć milionów kilometrów kwadratowych; Święte Imperium Rzymskie Narodu Niemieckiego, Imperium Perskie (mierzące w apogeum swej potęgi osiem milionów kilometrów kwadratowych!), Królestwo Czeskie, Królestwo Polskie, Wielkie Księstwo Litewskie, Cesarstwo Rosyjskie, Imperium Osmańskie i in. Helena Bławacka uważała, że także Imperium Rzymskie było dziełem tej rasy.
                                                                ***
Ariowie dbali  skrupulatnie o czystość rasową, kategorycznie nie dopuszczali (przez odpowiednie wychowanie młodzieży i przez przepisy prawa) do jakichkolwiek poufałych kontaktów między sobą a obcoplemieńcami. Także tajemnice swej religii i etyki zachowywali wyłącznie dla siebie. Zawieranie małżeństwa po osiągnięciu dojrzałości płciowej stanowiło obowiązek sankcjonowany prawnie; jeśli np. panna w ciągu trzech lat po owej cezurze wiekowej nie wyszła za mąż, spadała do niższej kasty socjalnej. Jeśli Aryjczyk poważył się zbliżyć w jakikolwiek sposób do reprezentantki którejś z niższych ras (kast), tracił status Arii, a razem z nim i życie. Wielowiekowe obserwacje selekcjonerskie wykazywały, że mieszańcy dziedziczą najgorsze cechy rodziców i nie są zdolni do pielęgnowania wysokiej etyki oraz do hołdowania wartościom idealistycznym. Dlatego właśnie higiena rozrodu była w Arianie ściśle   reglamentowana i kontrolowana przez państwo  na mocy odnośnych norm i przepisów także wewnątrz samej społeczności aryjskiej, z jej podziałem na zhierarchizowane warstwy, rody, stany, warny. Małżeństwo było kwestią państwową, a nie osobistą. Starannie tedy dbano o hodowanie „płowej bestii”, wyposażonej w znakomite cechy moralne, intelektualne i fizyczne: bezinteresowność, waleczność, ciekawość świata, prostolinijność, szczerość, uczciwość, zmysł organizacyjny, wierność, lojalność, męstwo, nieustępliwość w walce, ofiarność, zmysł poszanowania prawa, etyczność, szacunek i bezwzględne posłuszeństwo wobec rodziców, kapłanów, nauczycieli oraz – w okresie wojny – wobec dowódców wojskowych.
Pod zakazem egzogamii, czyli międzyrasowych i międzyetnicznych małżeństw mieszanych, kryła się zupełnie na pozór banalna sprawa bytowa: dziewczyna wychowana w obcej kulturze i tradycji, mająca inne nawyki życia codziennego i odrębną moralność będzie z pewnością złą żoną i marną panią domu. Ale prócz tego egzogamia powoduje coś w rodzaju zerwania ciągłości kulturowej, ponieważ matka uczy dziecko swego języka i nawyków swego narodu, a ojciec swego. Na skutek tego powstaje chimeryczny, „zbuntowany” stereotyp myślenia, czucia i postępowania. A zmieszanie funduszu dziedzicznego na poziomie molekularnym powoduje szok genetyczny, manifestujący się m.in. w zmniejszeniu odporności immunologicznej, ale nie tylko. Niekiedy taka hybrydyzacja bywa korzystna, lecz w większości przypadków jest szkodliwa, dająca potomstwo o obniżonej energii i słabej pasjonarności, zaledwie zdolne do zachowania swej egzystencji fizycznej, lecz jałowe pod względem kulturotwórczym i państwowym.
Pojęcie pasjonarności wynalazł i wprowadził do obiegu naukowego w 1939 roku profesor Lew Gumilow, m.in. znawca dziejów także narodów aryjskich. Pasjonarnością nazwał on dziedziczną cechę recesywną, która przeważnie, pomijając synów i wnuków, manifestuje się ponownie w prawnukach i praprawnukach. Jest to wrodzona, biologicznie uwarunkowana zdolność organizmu do wzmożonego pobierania energii ze świata zewnętrznego i do dynamicznego jej zużytkowania w szeroko pojetej „pracy”; jest to żądza czynu, zdolność do ponadprzeciętnej aktywności, do porywania za sobą innych ludzi, do popełniania zarówno czynów bohaterskich, jak i zbrodniczych, a w każdym razie wykraczających poza granice zwykłości i przeciętności w rozmaitych sferach aktywności kulturotwórczej, politycznej, naukowej, wojskowej i in.
Osobowości pasjonarne od dzieciństwa marzą o wielkich czynach, są otwarte, szczere, bezinteresowne, odważne, pryncypialne, odpowiedzialne, bez oglądania się na konsekwencje trwające przy swych ideałach i racjach, ideach i przekonaniach. Mają wrodzony instynkt wierności, sprawiedliwości i obowiązkowości, dążą do przekształcania świata, a nie usiłują do niego się przystosować. Tworzą nowe dobra kultury, nowe stereotypy zachowań, nowe „tablice wartości”, czyli że są tymi, których Fryderyk Nietzsche nazywał „płowymi bestiami” lub „nadludźmi”. Dzięki nim społeczeństwa się rozwijają, ale też bywają narażane na wstrząsy i zagrożenia. Dlatego ta odmiana człowieka bywa często albo izolowana (np. w domie wariatów czy więzieniu), albo wydalana ze społeczności (np. wysyłana za morza na poszukiwanie nowych lądów), albo pozbawiana życia, czasami razem z rodziną . Bywa tedy pasjonarność cechą niezwykle szkodliwą dla swego nosiciela i jego bliskich, czego doświadczyli na sobie Zaratustra, Budda, Jezus, Mahomet, Napoleon itd. Ale zdolność do składania siebie w ofierze na ołtarzu ideału (czy iluzji) także należy do istoty pasjonarności.
Częstokroć osoby pasjonarne zwracają się w kierunku poszukiwania prawdy, poświęcają się badaniom naukowym i sztuce, ponieważ cechuje je bezinteresowne dążenia do zbadania, odkrycia i przekazania innym tego, co prawdziwe, dobre, piękne i sprawiedliwe. Niezwykła pracowitość, poświęcenie, upór w dążeniu do celu powodują, że osoby pasjonarne zostają odkrywcami i wynalazcami, autorami fundamentalnych dzieł naukowych i artystycznych, genialnymi konstruktorami i uczonymi. Ale też dopiero po dziesięcioleciach, gdy już nie ma ich na tym świecie, narody dorastają do zrozumienia i docenienia ich dorobku intelektualnego. Za życia Platona, Arystotelesa, Gorgiasza, Demokryta, Seneki tylko liczone osoby rozumiały i ceniły ich mądrość, a Sokratesa otruto, gdyż był za rozumny, choć przecie Ateńczycy uchodzili i uchodzą (przy tym nie tylko we własnych oczach) za wytrawnych filozofów, twórców i wielbicieli mądrości, nauki, poezji, rzeźby, malarstwa, teatru, muzyki i tańca. Skoro nawet oni potrafili zgładzić pasjonarnego Sokratesa, to cóż mówić o Tebańczykach, uchodzących w oczach reszty Hellenów za ociężałych pijaków i apatycznych żarłoków, o mieszkańcach Syrakuz i Agrygentu, uważanych za leniwych i ospałych sybarytów, czy o nieokrzesanych i grubiańskich Spartańczykach, którzy nie wyłonili spośród siebie ani uczonych, ani poetów, ani filozofów.
Że naród ma niski poziom pasjonarności, łatwo rozpoznać z zachowań jego członków. Lenistwo, nieróbstwo, sprzedajność (m.in. władz, sędziów itd.), wszeteczeństwo, pijaństwo, skorumpowanie urzędników, narkomania, skłonność do pasożytnictwa i życia cudzym kosztem, brak wstydu i czci – występujące na masową skalę – sygnalizują, że naród znalazł się na krawędzi rozkładu i dezorganizacji społecznej, i że pozostało mi niewiele pokoleń istnienia. Rozkład dotyczy jednocześnie kultury, ekonomiki, polityki, moralności. Narody zresztą raczej nie trwają wiecznie. Gdy odsetek pasjonarów zanika, zanika i cały etnos. Starożytni Sumerowie, Egipcjanie, Hetyci, Filistyni, Etruskowie, Dorowie, Weneci ustąpili miejsca Hellenom, Partom, Rzymianom, Łacinom, Scytom, a tych z kolei zastąpili Turcy, Hiszpanie, Francuzi, Grecy, Tadżycy, Uzbecy, Kazachowie, Rosjanie, Polacy. Wcześniejsze etnosy albo zmieniły swe nazwy, albo się rozpadły i stały się budulcem lub częścią składową nowych.
Idzie bowiem o to, iż mutacje genetyczne powodują zjawianie się w łonie narodów nie tylko osób pasjonarnych, ale też subpasjonarnych, mających tak niski poziom energii witalnej, że nie potrafiących nawet samodzielnie podtrzymywać własny proces życiowy. Wszystko jest dla nich trudem i ciężarem; skarżą się, utyskują, nic nie robią, nie chcą nawet zdobyć zawodu, by jakoś się utrzymywać. Wolą pasożytować, umiejętnie spekulując na cudzej pracy, dobroci, życzliwości, a także i głupocie. Ich życie zamyka się w tym, by zjeść, wyspać się, wypić i kopulować z takąż kobietą. To są rozmaitej maści wyrzutki, niedoróbki, klienci pomocy społecznej, bezdomni, włóczęgi, żebracy, wymierający mieszkańcy Wysp Andamańskich, których nie stać na to, by nałapać ryb i narwać w lesie owoców dla swych głodnych dzieci; wolą żebrzeć w portach u obcych marynarzy i podróżników. Złodzieje, prostytutki, fałszywi renciści, leniwi bezrobotni, imbecyle, idioci, a wszystko to pogrążające się w alkoholizmie, rozpuście i narkomanii, to są właśnie indywidua subpasjonarne. Z tej części społeczeństwa rekrutują się m.in. landsknechci, najemnicy w rodzaju francuskiej Legii Cudzoziemskiej, „ochotnicy” i „bojownicy”, gangsterzy, bandyci, sutenerzy, alfonsi. Ten typ obywateli nie jest zdolny ani do tworzenia, ani do zachowywania dóbr kultury i dlatego pada ofiarą albo sąsiadów, albo siebie samego. Całą tę zdegenerowaną klasę społeczną cechuje brak poczucia odpowiedzialności i dyscypliny obywatelskiej, jak też żywiołowa impulsywność wynikająca z braku rozumu. Członkom tej grupy socjalnej nie wolno ani ufać, ani powierzać jakiejkolwiek poważnej sprawy – wszystko zniszczą gwoli chwilowej zachcianki, nędznej korzyści czy przyjemności. Dbają wyłącznie o zaspokojenie potrzeb fizjologicznych, o skutkach swego postępowania czy o przyszłości nie myślą, ponieważ nie myślą w ogóle. Jak świnia podkopuje korzenie wiekowego dębu, aby nażreć się żołędzi, tak oni podkopują siły narodu i państwa swym pasożytniczym trybem życia. Tych, którzy próbują przemówić im do sumienia i rozumu, subpasjonarni hultaje – jeśli mogą – zabijają. Subpasjonarne jednostki służące wojskowo lub cywilnie należy trzymać w najsroższym posłuszeństwie i najsurowszej dyscyplinie, stosując za wykroczenia nawet karę śmierci, do świadomej bowiem dyscypliny, do ładu moralnego i praworządności nie da się ich przekonać. Tzw. „demokrację” przekształcą zawsze w bałagan. Oczywiście, wypracowują oni jakieś swe derywaty ideologiczne, mające usprawiedliwić (ba, nawet uwznioślić!) ich istnienie. Światopoglądy przecież, jak to trafnie ujął Karl Jaspers, można uważać za wyraz określonego typu charakteru, czyli określonego typu procesów biochemicznych i określonego typu psychiki.
Cesarstwo Rzymskie np. zostało pogrzebane nie przez chrześcijan czy  Germanów, lecz przez darmozjadów i miłośników widowisk teatralno – cyrkowych, będących na utrzymaniu państwa i to państwo nieustannie podkopujących swym pasożytnictwem i awanturami. Jedynym ratunkiem przed destrukcyjną postawą motłochu może być mocne trzymanie go za „twarz” (której on de facto nie ma) i zmuszenie go do najcięższych prac fizycznych po kilkanaście godzin na dobe. Jest czymś zgoła oczywistym, iż tych „ludzi” powinien obowiązywać całkowity zakaz prokreacji. Indywidua subpasjonarne przychodzą na świat w stadłach rasowo mieszanych, zdeklasowanych, zdegenerowanych.
Nawet przyjmowanie do służby państwowej osób obcego pochodzenia, choć posiadających pewne kwalifikacje i wiedzę, bywa zgubne. Wiedzą to np. władze Izraela i bez pardonu stosują w tym względzie najsurowszą selekcję etniczną; nie tylko goje, lecz nawet mieszańcy (merzerim) nie są przyjmowani do służby dyplomatycznej, wojskowej, medycznej itd. Natomiast w XIX wieku takie np. Imperium Osmańskie było w swych wyższych sferach wręcz naszpikowane Francuzami, Polakami, Austriakami, Chorwatami, Żydami, Węgrami, podobnie jak haremy sułtanów i wizyrów wypełnione były Ukrainkami, Ormiankami, Polkami, Żydówkami, Greczynkami, Włoszkami, Murzynkami, rodzącymi liczne zastępy metysów, których przecie starano się potem ulokować w warstwach rządzących krajem. Toteż tradycyjne osmańskie stereotypy zachowania uległy zachwianiu, światopogląd religijny i etyczny zmącony, fundusz genetyczny rozwodniony na skutek przyjścia na świat tysięcy i tysięcy bastardów, których krew nie była już turecka. Sytuację komplikowała okoliczność, iż przejście na islam było zbyt łatwe: wystarczyło przy świadkach wygłosić jednozdaniowe wyznanie wiary, a potem okazywać na zewnątrz pewne zachowania rytualne, a każdy łajdak mógł przeniknąć do społeczności wiernych. Dla rozmaitych poszukiwaczy przygód i pieniędzy nie stanowiło to żadnego problemu, nie wyznawali oni bowiem żadnej religii ani przed, ani po formalnym „nawróceniu” się na islam. Nie mieli też jakichkolwiek zasad moralnych, a w życiu szukali korzyści dla siebie, pieniędzy, władzy, wątpliwych przyjemności w ramionach wszetecznych niewiast. Ale przez haremy wpływali na polityków osmańskich, ich decyzje dyplomatyczne, kadrowe i inne. Obcoplemienni intryganci nie dbali oczywiście o dobro państwa i społeczeństwa tureckiego. Co więcej, rodowici Turcy stali się w końcu dyskryminowanymi „gośćmi” we własnym kraju, który się w ciągu życia dwu pokoleń rozpadł.
Podczas studiowania starożytnych tekstów w rodzaju „Awesty”,  „Wedy” czy „Monasu” odnosi się wrażenie, iż o prawach genetyki, biologii, psychologii społecznej wiedzieli ich autorzy to, co dopiero w XX wieku na nowo odkryli laureaci noblowskich nagród, jak Eysenck, Wawiłow, Dobshansky, Żebrak  czy Carell. Przez stulecia i tysiąclecia stosowanie tej wiedzy umożliwiało rozwój kultury i cywilizacji aryjskiej, tworzenie szeregu prężnych i silnych państwowości.

                                                                ***
Po kilku tysiącleciach zapatrywania aryjskie nieoczekiwanie odżyły i wzbudziły zainteresowanie w zbastardyzowanej już i schorowanej Europie, zmierzającej na oślep ku swej zagładzie. W XIX wieku polska szlachcianka Helena Bławacka, znana na świecie jako Helene Blavatsky (po ojcu z polsko-inflanckiego domu Hahn herbu Kur odmienny, po matce z Żelichowskich herbu Ciołek) (patrz o niej: Jan Ciechanowicz „Nauczyciele. Oblicza humanizmów” str. 45 – 53, Warszawa 2015) w dziele przetłumaczonym na dziesiątki języków pt. „The Secret Doctrine” wystąpiła jako teoretyk wyższości rasy aryjskiej i pisała: „Ludzkość wyraziście dzieli się na natchnione przez Boga narody, osoby, istoty oraz na stworzenia niższe. Różnica w uzdolnieniach umysłowych między aryjskimi oraz innymi narodami ucywilizowanymi a np. takimi dzikusami, jak mieszkańcy Morza Południowego, jest ogromna. Żadna obfitość przyniesionej  kultury, żadna liczba pokoleń wychowanych wśród cywilizacji nie potrafi wznieść kogoś takiego jak Buszmeni i szczepy Weddha na Cejlonie oraz niektóre plemiona Afryki na ów poziom umysłowy, na jakim się znajdują Aryjczycy, Semici i tak zwani Turańcy. „Boża Iskra” jest w nich nieobecna”.   
Z kolei profesor Feliks Koneczny w XX wieku zwrócił uwagę na wielce skomplikowany charakter zagadnień związanych z hybrydyzacją rasową, pisząc w tekście pt. „O wielości cywilizacji”:  „U ludzi stwierdzono doświadczeniem tysiąckrotnym, że brunet mocniej przekazuje swe cechy niż blondyn, a murzyn w porównaniu z białym dwukrotnie silniej”…  [Prymitywniejsza rasa w procesie interferencji dekomponuje wyższą]. „Dzieci Japonki i Niemca bywają wątłe; gdy tymczasem potomstwo Francuza i Japonki bywa zdrowsze niż obojga japońskich rodziców. Lippapleny, tj. mieszańcy Holendrów i Malajów, wydają z siebie same córki, a w drugim lub trzecim pokoleniu stają się bezpłodni. Bywają bowiem krzyżowania bezpłodne lub z potomstwem wątłym... Wymiana krwi nie szkodzi między myszą a szczurem, królikiem a zającem, zwierzętami sobie bliskimi, lecz działa bardzo szkodliwie pomiędzy dalszymi, np. kot i świnka morska… Bastardy gatunkowe bywają zazwyczaj niepłodne. Kwestie hodowli wymagają do rozstrzygnięcia czasu. Długo hodowcy sądzili, jakoby ze skrzyżowania wychodziły przymioty rodziców wzmożone, i to z przewagą zalet nad wadami. Dano się uwieść tzw. wybujałości. Nowsze badania nie tylko jej nie przeczą, ale dorzuciły niemało ciekawych spostrzeżeń. Bastardy lwa i tygrysa są większe i cięższe od obojga rodziców…Słynęła hodowla szczurów Crampego, hodowanych umyślnie w pokrewieństwie. Mieszańce były znacznie wytrzymalsze na wszelkie niedomagania bytu, zwłaszcza osobniki pół krwi. Ale gdy doświadczenia miały już za sobą pewien czas, okazało się, że ten „wigor” trwa zaledwie przez jedno pokolenie, a potem koniec wybujałości, następuje nawet zasłabienie. Co więcej, bastardy okazały się niepłodnymi, czasem bezwzględnie, np. u mułów i tulu. Żyje muł setkę lat, ale nigdy nie będzie z niego nowy muł.
Nadto stwierdzono, że u bastardów spotyka się często zdziczenie. Odznaczają się tym bastardy świń. Koguty pewnego rodzaju bastardów napadały bez powodu nawet na starsze osoby. W Patagonii dziczały bastardy psa owczarskiego; porywały te owce, których miały strzec.
U ludzi przy takiej samej mieszaninie stwierdza się czasem skutki różne. Np. krzyżowanie Norwegów z Lapończykami wcale nie wiedzie do poprawy „rasy”, lecz przeciwnie… Krew połowiczna dobywa na wierzch tylko ujemne właściwości. Podobnie pewien dział mieszańców krwi portugalskiej z kolorową w Brazylii, tzw. kabokle, przedstawia typ prawdziwie opłakany. Dzisiej w okolicy Horretes lub Paragua Indian nie ma zupełnie, ale też nie ma wielu ludzi, którzyby w żyłach nie posiadali pewnego procentu krwi czerwonej. Kabokle wokół Horretes i w całym pasie nadmorskim  są znędzniali fizycznie, nękani przez choroby weneryczne, nie bardzo zdatni do życia. Ale wiemy skądinąd, że nie brak krzyżowań hiszpańsko – indiańskich wielce udatnych pod względem fizycznym (chociażby Meksykańczycy). Ani też w Brazylii nie brak mieszańców zdrowych…
Przypuszczalnie (u ludzi) ma się rzecz tak, jak u zwierząt: pokrewne typy rasowe dają po większej części dobre wyniki krzyżowania; dalekie zaś od siebie typy – po większej części wyniki niefortunne”…
Z powyżej wyłuszczonych faktów wynika prawidłowość, że gdy etnosy nakładają się na siebie nawzajem, zostaje zainicjowany proces deformacji – a zatem i destrukcji – genetycznej; zanika energia, wzrasta apatia i anomia narodu. Weźmiemy przykład z historii. W okresie 1135 – 1229 Mongołowie zjednoczyli pod swym żelaznym ramieniem olbrzymie terytorium od Morza Żółtego do Kaspijskiego, do roku 1260 podbite zostały m.in. Chiny, Azja Środkowa i Europa Wschodnia. W ciągu kilkudziesięciu lat ludność samej rdzennej Mongolii podwoiła się na skutek ogromnego napływu obcoplemiennych niewolników i niewolnic, rzemieślników, kupców, różnej maści poszukiwaczy przygód, szczęścia i pieniędzy. Nastąpił okres powszechnej tolerancji, kopulowania wszystkich ze wszystkimi, czyli panmiksja. Skutek nie zmuszał długo na siebie czekać – równo tyle, ile czasu było potrzebne na wydoroślenie bastardowego potomstwa. Potężne do niedawna imperium rozpadło się na cztery części; na granicach zaczęto ponosić porazki, wybuchły krwawe zamieszki wewnętrzne. Proces rozkładu przeciągnął się aż do XIV wieku. Imperium gniło żywcem. Ale było zbyt olbrzymie, by upaść szybko. Dopiero w 1691 roku, kiedy to zjednoczony kurułtaj (sejm) prowincji mongolskich podjął dobrowolną uchwałę o zniesieniu niezawisłości i poddaniu swego narodu pod władzę mandżurskiego bogdychana, nastąpił ostateczny kres Cesarstwa.
Wychowani w cieplarnianych warunkach wnukowie odważnych wojowników, choć zachowali jeszcze niemało energii i męstwa swych dziadów, utracili jednak rycerski imperatyw walki i wierności, a marnotrawili swe siły na wszetecznych orgiach, pijaństwie, organizowaniu zdradzieckich podchodów, nikczemnych intryg i skrytobójstw. Wpływ obcych matek okazał się fatalny. Zręczne paskudzenie bliźniemu uważali za przejaw inteligencji i talentu. O męstwie żołnierskim i politycznym, patriotyzmie, zwycięskich wyprawach nie było już mowy. Klęska goniła klęskę, rozkład państwa i utrata niepodległości stały się faktem. Podobny los – na skutek międzyrasowej i międzyetnicznej panmiksji, jak też oczywiście wysiłków określonych sił – spotkał imperium rzymskie, austrowęgierskie,  rosyjskie oraz rzeczpospolitą polsko – litewską.
 Czyli że okazało się jednoznacznie, że zachowanie endogamii stanowi wyjątkowo ważny czynnik przetrwania narodu, jak wykazał m.in. w swych dziełach profesor J. Bromley, a na co przez wieki wskazywali mędrcy aryjscy i żydowscy.
Wybitni intelektualiści francuscy Arthur hrabia de Gobineau (1810 – 1882), autor „Eseju o nierówności ras ludzkich”,  i Gustave Le Bon (1841 – 1931), autor m.in. „Psychologii mas”, uważali, że hybrydyzacja międzyrasowa pociąga za sobą nie tylko poważne skutki ujemne w zakresie fizjologii, ale i w zakresie psychiki. Pierwszy z nich dowodził, że czystość rasowa stanowi podstawę zdrowia fizycznego i duchowego  oraz wszelkiej wartościowej działalności kulturotwórczej. Dopóki rasa zachowuje czystą krew, jej uczucia, myślenie i czyny są niezmącone, klarowne, wyraziste i jednoznaczne. Hybrydyzacja to wszystko zmienia, wprowadza poplątanie pojęć i zamęt uczuć: „początkowo występuje wiele niepokoju, następnie chorobliwy zastój, wreszcie zwyrodnienie i śmierć”. Hybrydyzacja wcale nie powoduje uszlachetnienia i wzniesienia się rasy gorszej na poziom wyższy, lecz warunkuje drastyczną degenerację rasy lepszej, jej karłowacenie i zanik. Lepsze roztapia się i zanika w tym, co gorsze. Obecnie jedynie Chiny i Indie posiadają ludność względnie czystą rasowo, dlatego ich kulturę cechuje nieprzerwany rozwój tradycji i instytucji przez tysiąclecia. Prawdopodobnie też przyszłość będzie należała do tych narodów, biała rasa bowiem uległa na skutek bastardyzacji z „kolorowymi” Murzynami, Żydami, Amerindami daleko posuniętej degradacji i – jeśli nie podejmie kroków w kierunku higieny rasowej – prawdopodobnie będzie musiała zaniknąć, czego nieomylnym znakiem jest demokracja, dążności równościowe i egalitarne, szerzenie się pederastii, narkomanii i innych objawów zwyrodnienia. Wartości i ludzie wyżsi giną w równościowej mieszaninie, w której brak hierarchii, w tym – hierarchii norm i wartości etycznych, estetycznych, religijnych. A. de Gobineau również uważał, że rasy ludzkie głęboko się różnią ze sobą, stanowią niejako różne gatunki biologiczne, psychologiczne, socjalne, a ich mieszanie się to katastrofa. Jego prognoza europejskiej przyszłości była pesymistyczna: „Nieuchronne prawa życia społecznego pchają ludzkość ku zjednoczeniu etnicznemu, które jest zapowiedzią upadku i nieuniknionej zagłady”. Za „ostatnich prawdziwych Aryjczyków” de Gobineau uważał szlachtę północnej Francji, a Niemców – za nic nie wartą mieszaninę celtycko – słowiańską.
Jeśli chodzi o G. Le Bona, twierdził on kategorycznie, że „człowiek jest zawsze i przede wszystkim reprezentantem swej rasy”. Rasy zaś upadają i giną nie w wojnach, lecz przez hybrydyzację, prowadzącą do skundlenia. Znały tę mądrość – pisze Francuz – niektóre narody starożytne,  jak np. Chińczycy, Japończycy, Indowie, i zakazywały swym ziomkom małżeństw mieszanych. Zasadniczą przyczyną upadku wielkich cywilizacji (Egipt, Grecja, Persja, Rzym) było krzyżowanie się znakomitych ras założycielskich z obcoplemieńcami, które powodowało bastardyzację fizyczną, psychiczną, kulturową i polityczną poprzez skundlenie charakterów i upadek cnót, zanik wewnętrznej jednolitości tych państw, wzmaganie się wewnątrzpolitycznych niesnasek, konfliktów, rewolucji. Metysi bowiem zawsze są „zbuntowani”, „konfliktowi”, powodujący zanarchizowanie społeczeństw, gdyż w ich krwi, w genach walczą ze sobą sprzeczne pierwiastki. Jedynie mieszanie się narodów i ras bardzo bliskich sobie – uważał Le Bon – może być nieszkodliwe. Natomiast zasadą jest: zmieszana krew powoduje pomieszanie w głowach i zamieszanie w życiu moralnym i publicznym.
Podobne idee charakteryzowały też naukę niemiecką, angielską, amerykańską, holenderską, w nieco mniejszym stopniu włoską i rosyjską. Interesująco poruszał ten temat genialny Fryderyk Nietzsche w takich dziełach jak „Wola mocy” czy „Tako rzecze Zaratustra”, rozwijając koncepcję „nadczłowieka”. W ten sposób pradawna mądrość Ariany późnym i niespodziewanym blaskiem odbiła się w filozofii i socjologii XIX - XX wieku.
 Dość złowieszczych barw nabrała w tekstach takich eugeników amerykańskich, jak Charles R. Davenport, Henry Laughlin, William R. Robinson, Norman Haire, Oliver Wendell Holmes jr., Margaret Higgins Sanger, Madison Grant. Od końca XIX do ostatniej ćwierci XX wieku w USA przymusowo wysterylizowano setki tysięcy młodych ludzi, których z tych czy innych względów uznano za „niepełnowartościowych”. Niewątpliwie wyznawcami eugeniki byli zwolennicy segregacji rasowej w USA, jak też współczesne władze tego kraju, ściągające z całego świata na drodze przekupstwa najzdolniejszą młodzież na uniwersytety amerykańskie i tam ją zatrudniające, przez co dziesiątki krajów są „wykrwawiane”, pozbawiane swej naturalnej elity genetycznej. (Proceder ten wszelako ma swą „przykrą niespodziankę” – na jego skutek cała elita USA ulega metysyzacji i skundleniu). Z drugiej strony, władze Nowego Jorku jeszcze niedawno wypłacały po tysiąc dolarów miesięcznie zdeklasowanym rodzinom murzyńskim, byle tylko  nie miały dzieci, lecz napotkało to na zarzut „dyskryminacji rasowej”. Pieniądze zresztą były  brane, a dzieci nadal taśmowo produkowane i wyrzucane na ulicę. Do tegoż nurtu należeli do niedawna stronnicy apartheidu w Afryce Południowej, rządy  Kanady, Australii, paru innych wysoko cywilizowanych krajów. W „demokratycznych” Nowej Zelandii i Australii jeszcze w siedemdziesiątych latach XX wieku odbierano dzieci rdzennym mieszkańcom i w zamkniętych zakładach szkolnych wychowywano na „Europejczyków”, a rodzicom wstrzykiwano sterylizujące preparaty chemiczne.
Od końca XIX wieku i aż do połowy XX równie złowieszczy charakter cechował naukę i socjalną politykę niemiecką. W tym kraju również sterylizowano, a nawet uśmiercano osoby chore psychicznie, zamiast ich leczyć i badać w celu znalezienia środków uleczenia cierpiących. Tam tacy wybitni eugenicy, jak Otto Freiherr von Verschuer, Ernst Rüdin, Carl Schneider czy   teoretycy rasizmu i antysemityzmu, jak Guido von List, Dieter Eckart, Eugen Fischer, Herbert Lange, von Liebenfels czy Elizabeth Ebertin, uważali m.in. Żydów za „rasę szatańską”, która samym swym istnieniem, przez zawieranie mieszanych małżeństw „zanieczyszcza” krew ludzkości, i stali się propagatorami popełniania rasistowskich mordów.   W praktyce niektóre postulaty  eugeniki   usiłowali w karykaturalny i barbarzyński sposób realizować   władze tego kraju w okresie 1933 – 1945 oraz członkowie towarzystwa „Ahnenerbe” z ich organizacją „Lebensborn”, która wychowywała w specjalnych żłobkach około 20 tysięcy czysto nordyckich dzieci nie tylko niemieckiego pochodzenia, lecz także odebranych rozstrzeliwanym polskim rodzicom. (Po wojnie te dzieci w wieku od kilku miesięcy do kilku lat zostały przejęte przez aliantów, przekazane do zamkniętych, tajnych zakładów „medycznych” w USA, ZSRR, W. Brytanii,    gdzie – jak twierdzą niektórzy historycy - poddano je bestialskiemu katowaniu i uśmiercaniu pod pretekstem badań naukowych na wzór tych, jakie  hitlerowcy przeprowadzali na żydowskich i polskich dzieciach w Dachau i Auschwitz. Nie od rzeczy byłoby przypomnieć, że eksperymenty pseudomedyczne Josepha Mengele i innych lekarzy niemieckich na więźniach obozów koncentracyjnych były finansowane od początku do końca przez żydowskich miliarderów z USA, takich jak Rockefeller, Harrison, Carnegy). Być może z ich podania otumanione bzdurną propagandą Niemcy rozpętały wojny z narodami o znacznie wyższym wskaźniku elementu nordyckiego niż u narodu niemieckiego: z Duńczykami, Białorusinami, Norwegami, Rosjanami i in.
 Zresztą idee eugeniki wcale nie należą i dziś do martwych. Rząd Izraela np. co roku inwestuje 100 000 000 dolarów w kampanię „Stop Jews Mixing with Non-Jews”, usiłując przynajmniej wyhamować proces krzyżowania się „narodu wybranego” z głupimi gojami… Wszystkie te fakty mają interesujące aspekty etyczno – moralne, szczegółowe roztrząsanie których jednak wykraczałoby poza ramy naszej książki.
                                                                   ***
Poczesne miejsce w kodeksie etycznym cywilizacji aryjskiej zajmował eugeniczny nakaz troski o kobietę, jej zdrowie fizyczne i psychiczne, szczególnie gdy znajdowała się w stanie błogosławionym. Nie wolno było zmuszać ją do cięższej pracy, martwić, zasmucać, obrażać. Brzemienne panie otaczano łagodną opieką i uszanowaniem, a nowo narodzone dziecko przez pierwsze sześć lat życia uważano dosłownie za aniołka, który dopiero z biegiem czasu uczy się być człowiekiem i dawać sobie radę na tym świecie. Kobieta w ciąży była chroniona przed gwałtownymi i negatywnymi przeżyciami; nie wolno jej było oglądać brzydoty w jakiejkolwiek postaci, ani brać udziału w posępnych rytuałach, takich jak pogrzeb; zakazywano uczestniczenia w zabawach, igrzyskach, imprezach, podczas których łatwo o frywolność czy nieprzyzwoitość. Nikt nie ważył się w tym okresie jej zaprzeczać, ją drażnić, gniewać czy martwić. Dziecko ukryte pod sercem matki miało przeżywać tylko chwile miłe, czuć się bezpiecznie i znajdować się wyłącznie w łagodnych stanach uczuciowych. Starożytni Ariowie uważali, iż dziecko powinno być od chwili poczęcia otoczone najserdeczniejszą opieką. A więc już w chwili aktu miłosnego rodzice musieli być zdrowi, czyści, wypoczęci, trzeźwi, spokojni, pozbawieni ujemnych emocji, kochający siebie nawzajem. [Adam Mickiewicz pisał: „Dziecię poczęte z ojca, który się obżarł i opił, głupie jest i niedługo żyje”. Widać to na przykładzie krajów rozpijaczonych, które są jednocześnie najgłupsze]. W ten sposób mieli przekazać embrionowi swą pozytywną energię i radość życia. W okresie ciąży przyszła matka musiała jak ognia unikać kłamania, złoszczenia się, oddawania się lekkomyślnej grze wyobraźni – aby nie narzucić potomstwu skłonności do jakichś dwuznacznych zachowań.
Małego dziecka z kolei nikomu w żadnym razie nie wolno było obrazić, poniżyć, okłamać, skrzyczeć, ofuknąć, czy – nie daj Boże! – uderzyć. Jeśli zaś jakiś psychopata uczynił krzywdę dziecku przez molestowanie seksualne, był karany śmiercią przez wtrącenie do głębokiego dołu wypełnionego wężami, ropuchami i nieczystościami i tam dokonywał żywota w przerażających warunkach. 
Nie wszyscy mieli prawo do kontynuacji rodu. Zakaz prokreacji obejmował osoby obciążone schorzeniami dziedzicznymi i psychicznymi, jak też włóczęgów, kaleków, żebraków, nierobów, bezdomnych, złodziei, bandytów, morderców, idiotów, imbecyli, prostytutki czy pospolite rozpustnice. Aryjczykom była zupełnie obca idea płodzenia potomstwa na oślep: byle jakiego, byle z kim, byle jak, byle kiedy, byle gdzie. Posiadanie dzieci – lecz dzieci nie byle jakich! – uważano za szczególną łaskę Losu i największy skarb. Przyjście zaś na świat potomstwa chorego, upośledzonego, kalekiego, niedorozwiniętego odczuwano jako niezwykle dotkliwą karę Nieba.
                                                                 ***
W XI – VI wieku przed Chrystusem potężne, wysoko rozwinięte państwo aryjskich Medów było postrachem dla swych sąsiadów. Następnie dominującą pozycję zdobyli spokrewnieni z nimi Persowie (często Medów uważa się po prostu za przodków Persów), także lud aryjski, o którym Herodot w „Dziejach” zaznaczał, że „piękne czyny są u nich wysoko cenione i przyczyniają się do wzrostu sławy”. Opisując zaś styl ich życia w tym okresie notował: „O ile wiem, istnieją u Persów następujące zwyczaje: posągi bogów, świątynie i ołtarze wznosić nie uważają za rzecz godziwą, a nawet tym, co to czynią, zarzucają głupotę, jak mi się zdaje, dlatego, że nie wierzą na modłę Hellenów, iżby bogowie byli podobni do ludzi. Ormuzdowi, Stwórcy Wszechświata, mają zwyczaj składać ofiary wychodząc na wyniosłe szczyty gór, a nazywają Ahuramazdą cały krąg nieba. Dalej oddają cześć słońcu, księżycowi, ziemi, ogniowi, wodzie i wiatrom…Do rzeki oni nie siusiają, ani nie plują, nie myją też w niej rąk, ani nikomu innemu na to nie pozwalają, tylko otaczają rzeki najwyższą czcią… Jeżeli spotkają się ze sobą na drodze, po tym można rozpoznać, czy spotykają się równego stanu: zamiast pozdrowienia całują się nawzajem w usta. Jeżeli jeden z dwóch o wiele niższy jest pochodzeniem, wtedy pada na ziemię i oddaje drugiemu uniżony pokłon… Zaraz po dzielności w boju to uznaje się za dowód tężyzny, jeżeli ktoś wykaże się wielką liczbą dzieci. Temu, co posiada ich najwięcej, król corocznie posyła podarunki. Siłą bowiem według nich jest wielka liczba. Dzieci swe kształcą od piątego do dwudziestego roku życia tylko w trzech rzeczach: w jeździe konnej, w strzelaniu z łuku i w mówieniu prawdy. Zanim jednak dziecko nie ukończy pięć lat, nie staje ono przed obliczem ojca, lecz przebywa wśród kobiet. Dzieje się to dlatego, żeby zmarłszy we wczesnym dzieciństwie nie przyczyniło ojcu żadnego bólu”… Dziś wiemy, że opis ten daleki jest od precyzji i tylko częściowo trafny.
W V wieku przed Chrystusem przemożny wpływ na królewski dwór perski zyskali Hebrajczycy, która to okoliczność fatalnie odbiła się na stanie państwa i narodu, na polityce zagranicznej i wewnętrznej Persji, która zaczęła się rozkładać i pogrążać w chaosie moralnym, gospdarczym i politycznym. Wplątała się w awantury i intrygi międzynarodowe, a w IV wieku p.n.e. została podbita przez Aleksandra Macedońskiego i tak osłabiona, iż najeżdżali ją potem Partowie, Rzymianie, Arabowie, Mongołowie, a nawet tak bardzo odlegli Anglosasi. Przez ponad dwa tysiące lat ludność aryjska usiłowała nie tylko przetrwać tragiczne koleje losu, ale i podźwignąć z upadku, wytworzyła w tym procesie przebogatą kulturę, piśmiennictwo, naukę, sztukę.
                                                            ***
          Znamienną epokę w dziejach cywilizacji Ariany stanowiła działalność wielkiego mędrca Zaratustry (Zoroastra), autora liczącego 78 ksiąg dzieła filozoficznego pt. „Awesta”. To fundamentalne dzieło szczegółowo omawiało wszystkie aspekty funkcjonowania Wszechświata (kosmogonię i kosmologię), przyrody, życia społecznego, rodzinnego i indywidualnego ludzi. Oryginały tych ksiąg zostały ponoć na rozkaz Aleksandra Macedońskiego w III wieku p.n.e. spalone, gdyż po zapoznaniu się z ich treścią genialny uczeń Arystotelesa miał z goryczą stwierdzić, że ich mądrość przewyższa mądrość dzieł Platona i innych filozofów Grecji.
          Jednak w trudno dostępnych ośrodkach górskich wiele tekstów „Awesty” przetrwało, zostało odnalezionych, odczytanych i usystematyzowanych przez uczonych perskich, chociaż w okresie panoszenia się radykalnego islamu ponownie zadano niepowetowane straty kulturalnemu dziedzictwu tradycji zoroastryjskiej. W zachowanych fragmentach tych pradawnych ksiąg znajdujemy ogrom błyskotliwych myśli i aforyzmów.
- „Boga nie da się okłamać, On widzi wszystko.
- Gdy kapłani nie są doskonali pod względem etycznym, nie szukajcie u nich prawdy, oni jej nie znają.
- Nikt prócz Boga nie może odpuszczać grzechów.
- Dobro i zło, pomyślność i nieszczęście, wszystko pochodzi wyłącznie od Boga.
- Bóg daje ci dokładnie tyle, na ile zasługujesz.
- Prawowierny jest nie ten, kogo otacza przepych, dostatek, władza; nie ten, kto na pokaz się modli, pielgrzymuje i uczestniczy w obrzędach, lecz ten, kto żyje i postępuje według  Przykazań Bożych. Szczera wiara jest w sercu człowieka i znajduje wyraz w jego postępowaniu, fałszywa jest wystawiana na pokaz. Bóg zaś patrzy w serce, nie na małpiarstwo.
- Ratunek – w dobrych uczynkach.
- Zrób coś dobrego i świat stanie się lepszy.
- Spluniesz w niebo – trafisz sobie w twarz.
- Ustępuje się przed siłą, lecz korzy się przed mądrością.
- Za wyświadczone im dobro niewolnicy zawsze odpłacają pogardą.
- Naród zniszczeje, jeśli bogaty i biedny, rozumny i głupi zostaną zrównani.
- Straszną rzeczą jest ubóstwo, jeszcze straszniejszą bogactwo; na skutek ubóstwa ludzie kradną, na skutek bogactwa kamienieją ich dusze. 
-  Cierpliwość jest kluczem radości.
- Mała nauka jest niebezpieczna.
- Pozostaw psom rozkosz szczekania i gryzienia.
- Kto tobie donosi o grzechach innych, i o twoich komuś doniesie.
- Każ złodziejom szukać złodzieja.
- Pełna sakiewka ma wielu przyjaciół.
- Zwycięża nie ten, kto nie upada, lecz ten, kto po upadku potrafi zaraz się podnieść.
- Stojąca woda cuchnie.
- Długi język - krótkie życie.
- Gdy młode małżeństwo za bardzo się kocha, nie będzie szczęśliwe.
- Zawistny nigdy nie zaznaje spokoju.
- Na naukę nigdy nie jest za późno, lepiej zmądrzeć na starość niż na zawsze pozostać głupcem.
- Nikt nie chroni tajemnicy lepiej niż ten, kto jej nie zna.
- Wojna bywa konieczna, aby osiągnąć pokój.
- Głupiec zawsze głupca chwali.
- Skrzypiące drzewo długo nie upada.
- Dziecku, które nie płacze, nikt nie da jeść.
- Starzy głupcy są gorsi od młodych, bo już nie zdążą zmądrzeć.
- Pytaj nie starego, lecz mądrego.
- Pisklę orła będzie orłem, pisklę wrony wroną.
- Pochlebca głaszcze, a w drugiej ręce nóż trzyma.
- Kto zachoruje, zaraz pobożnym się staje.
- Marnotrawca gorszy od złodzieja.
- Nieraz dopiero po upadku zaczynamy się zastanawiać, czy droga, którą kroczymy, prowadzi we właściwym kierunku.
- Nie pragnij cudzego, bo stracisz swoje.”
      Mentalności Zaratustry była obca idea przezwyciężania zła dobrem, uważał on, że złu należy przeciwstawić inne zło, jeszcze silniejsze, aby w końcu górą okazało się dobro. Zbrodniarza należy ukarać z całą surowością, a nie prawić mu banały o miłości bliźniego i o tym, że np. niedobrze jest gwałcić i zabijać dzieci. W „Aweście” więc czytamy: „Temu, co myślą, mową lub czynem  wyrządził zło człowiekowi złemu i utrwalił świat w dobrem, udzieli Bóg nagrody według swej woli”.  Sąd i kara w społeczeństwie aryjskim były krótkie i jednoznaczne, nie znające zwłoki, przekupstwa czy mataczenia: sztylet w serce lub gardło, pętla na szyję; w skrajnym przypadku, np. za okradzenie świątyni – zakopanie żywcem do ziemi.
       Aryjczycy nie cenili bogactwa, złotem zaś gardzili, było ono w ich oczach zgoła czymś bezwartościowym. Kto się przywiązywał do swego majątku, ściągał na siebie powszechną pogardę. Tu nie walczono o metal, lecz nie wybaczano uszczerbku na czci i honorze; ceniono nie rzeczy, lecz czyny, nie to, co materialne, lecz to, co duchowe.

              Zaratustra urodził się w XII wieku przed narodzeniem Chrystusa. Zaraz po przyjściu na świat (w przeciwieństwie do zwykłych dzieci, które zaczynają wędrówkę ziemską od płaczu) uśmiechnął się i cudnie  roześmiał ponieważ, jak niesie fama, od urodzenia posiadł najwyższą mądrość i dobroć. Był reprezentantem rasy aryjskiej, co znalazło odbicie w jego naukach i postępowaniu. (Niektórzy historycy przenoszą okres życia Zoroastra na VII wiek p.n.e. i twierdzą, ze był on Medem z pochodzenia). Dominuje jednak zdanie, że urodził się w Ziemi Tura. W pewnym momencie swego życia zwrócił się do ziomków z gorącym apelem o zmianę dotychczasowych zapatrywań, mówiąc kolokwialnie, przyniósł im nowe tablice wartości. Nie został jednak – jak wszyscy wielcy prorocy – zrozumiany przez  współobywateli, którzy go odtrącili, a wpływowy mag i uczony Duraszrawa przypuścił na niego ostry atak. Dominująca wówczas religia i moralność wędrownego, wojowniczego Turanu nie sprzyjała kultowi pokojowej pracy, o której tak wiele mówił Zaratustra. W końcu musiał salwować się ucieczką z ojczyzny, a o stanie jego duszy świadczy zachowana skarga modlitewna pt. „Dokąd uciekać?”, jako żywo przypominająca o wiele stuleci późniejsze skargi „Księgi Psalmów”.  Po okresie tułaczki znalazł azyl w księstwie Drangian, rządzonym przez władcę o imieniu Wisztapsy, na styku obecnych Iranu i Afganistanu. W miejscu nowego zamieszkania zaczął głosić wrogość do Ziemi Tura, co przypadło do gustu osiadłym i pracowitym Irańczykom, których owoce pracy zbyt często stawały się łupem najeźdźców turańskich, niemiłosiernie łupiących kwitnące osady i pola uprawne, zagrabiających olbrzymie stada krów, koni, owiec, świń oraz uprowadzających niemało jeńca. Zaratustra zwracał się jednak nie do obcych, na jego otoczenie składali się teraz osiadli rolnicy, potomkowie konnych żołnierzy, którzy na długo przed narodzeniem Proroka przybyli na te ziemie, którym nadali imię Iranu, ze stepów wschodnioeuropejskich (obecna Ukraina i Rosja Południowa) i z Azji Środkowej. O ile wszelako dawni Turańczycy za najwyższą cnotę uważali męstwo wojenne i waleczność, o tyle Zaratustra szerzył wśród Irańczyków kult spokojnej i uczciwej pracy na roli. 

       Trzon nowej wiary stanowił kult Jedynego Dobrego Boga, Stworzyciela Nieba i Ziemi, „Boga Miłości” (Mazdy, Ormuzda, Ahuramazdy czyli „Pana Boga Wszechmądrego”). Jego antagonistą był Duch Śmierci Aryman (Szatan). Była to religia monoteistyczna, wyrażająca uniwersalne wartości ogólnoludzkie. Czytamy tedy w „Aweście” retoryczne pytania skierowane do Ahuramazdy: „Pytam Ciebie, o Boże, kto był pierwszym prastworzycielem, kto praojcem wszystkiego, co istnieje? Kto pchnął słońce i gwiazdy na ich tory? Kim jest Ten, przez którego księżyc rośnie i zmniejsza się?.. Kto podtrzymuje ziemię i obłoki tam w górze? Kto chroni je przed upadkiem? Kto stworzył rośliny i wody? Kto dał żwawość wiatrom i chmurom? Kto jest stworzycielem ducha dobrego?... Jaki to rzemieślnik doskonały stworzył światło i ciemności? Przez kogo to poranek , południe i noc się zmieniają?... Kto stworzył mądrość wspaniałą? Kto sprawił, że syn drogim jest ojcowi? – Ja chcę rozpytać się Ciebie o to, o Boże, duchu ożywiający, stworzycielu wszystkiego, co jest dobrem”… 
        Dawni Indoeuropejczycy wierzyli w fatum, w nieodwracalne wyroki Losu i przyjmowali je z pokorą i spokojem, rozumiejąc, iż mają do czynienia z nieuchronną koniecznością. Wyobrażenie o tym, że bieg zdarzeń, np. niekorzystny czy niesprawiedliwy, można odmienić, było im zupełnie obce. Zaratustra wprowadzał w tym względzie radykalną zmianę. Głosił mianowicie, że w świecie wre walka między Dobrem a Złem, i że Dobro w końcu zwycięży, i że ten szlak ku coraz większemu zasięgowi Dobra jest rozwojem, postępem, i że ludzie powinni i mogą czynnie sprzyjać zwycięstwu Dobra w jego walce ze Złem poprzez czynną postawę życiową, pracę i dobre uczynki, wznosząc tym samym i samych siebie na coraz wyższy poziom etyczny i kulturalny.
       Zoroaster w istocie rzeczy znosił tradycyjny kult przodków i zastępował go monoteistyczną doktryną o Jedynym Stwórcy, wszystkich zaś wierzących w Niego określał jako „braci”. Odsunął na dalszy plan wszystkich bogów indoirańskiego panteonu, ogłaszając Ahuramazdę za Jedynego Pana Wszechświata, Stwórcę ludzi, duchów, zwierząt, roślin, ziemi i nieba. W swej dobroci Ahuramazda obdarzył ludzi rozumem, aby umieli rozróżniać między dobrem a złem i potrafili dokonywać adekwatnego wyboru między prawdą a fałszem. Zaratustra odrzucił fatalistyczne pojęcie nieuchronnego przeznaczenia i wysunął postulat: o swój los, o swoje miejsce pod słońcem każdy człowiek musi walczyć osobiście, zmieniając swymi czynami zewnętrzne uwarunkowania i tendencje życiowe. Co więcej, dobitnie podkreślał moralną konieczność walki człowieka o swój los i o lepszy świat.
          O ile w okresie sprzed Zoroastra Ariowie wyakcentowywali przede wszystkim aspekt genetyczno – arystokratyczny, czyli przynależność osoby do tego czy innego starożytnego rodu, o tyle Prorok postawił na osobowość człowieka, na jego indywidualny poziom etyczny i umysłowy, manifestujący się w stylu życia, w osobistych pracach i zasługach. Jako pierwszy w dziejach ludzkości wysunął myśl o konieczności czynnej walki ze złem i niesprawiedliwością społeczną, a wiarę w nieuchronne wyroki losu odrzucił: każdy człowiek samodzielnie dokonuje takich  czy innych  wyborów życiowych i osobiście jest twórcą swego przeznaczenia, nie zaś „siły wyższe”.
                                                                             ***
            Kodeks etyczny zoroastryzmu bazował na trzech kamieniach węgielnych: dobra myśl, dobre słowo, dobry czyn. Pod „dobrą myślą” rozumiano nieustanne pamiętanie o Bogu, czystość intencji i zamiarów, życzliwe nastawienie wewnętrzne do ludzi, gotowość przyjścia z pomoca bliźniemu (Hilfsbereitschaft), i zawsze odczuwaną chęć czynnej walki ze złem o pomyślność i szczęście ludzi; dążenie do życia w pokoju i zgodzie ze wszystkimi. „Dobre słowo” znaczyło: dotrzymać danego przyrzeczenia, wykonać umowę, wywiązać się ze zobowiązania;  nikogo nie poniżać, nie obrażać, nie oczerniać, nie obmawiać; nie słuchać i nie powtarzać plotek; być uczciwym (słownym) w sprawach handlowych; pocieszać życzliwym słowem. „Dobry czyn” zobowiązywał: szanować rodziców, dbać o staranne wychowanie dzieci, nie zabijać, nie zagarniać cudzego majątku, nie kraść i nie grabić, nie pożyczać pod procent, nie uwodzić cudzej żony.
        Pośmiertny los człowieka Zaratustra stawiał w zależność od jego myśli, słów i postępków dokonywanych za życia. Aryjczyk tedy powinien wciąż na nowo i nieustannie dowodzić swej wierności Mocom Dobra. Samo zaś aryjskie pochodzenie (według wcześniejszej tradycji zupełnie wystarczające do zbawienia) okazywało się niewystarczające. Dopiero sprawiedliwe i świętobliwe postępowanie miałoby moc zbawczą. Dalszy los duszy zależy jednak także od miłosierdzia Bożego, po śmierci bowiem Bóg waży ludzkie czyny na specjalnej wadze, a to, co było skryte, staje się jawne. Dobre myśli, dobre słowa i dobre czyny przybierają postać wspaniałej dziewicy Daeny, która   jest na tyle piękna, na ile piękne było postępowanie zmarłego za życia. Dziewica ta bierze duszę ludzką za rękę i prowadzi ją do nadobłocznych wysokości. Z pierwszym krokiem umarły sprawiedliwy wstępuje do nieba dobrych myśli, z drugim – do nieba dobrych słów, z trzecim – do nieba dobrych czynów, z czwartym dosięga Niebios Nieskończonej Światłości. Lecz na czwartym niebie sądzone znaleźć się dalece nie każdej duszy, a wówczas powraca ona – samotna – na grzeszną ziemię i musi wcielić się w kolejne, poczynane właśnie, życie ludzkie. Z kolei dusza grzesznika musi przejść groźne metamorfozy: jego myśli, słowa i postępki kondensują się po śmierci w postać odrażającej staruchy, która chwyta winowajcę swą kościstą ręką i strąca go prosto do piekła – na straszliwe męki.
        Ta upoetyzowana wizja ukazuje poglądowo, iż Zaratustra wysunął koncepcję osobistej odpowiedzialności każdej osoby ludzkiej zarówno za swój ziemski, jak i za pośmiertny los. Największą cnotą według jego słów byłaby uczciwa, cicha i spokojna praca na roli, uchylanie się od uczestnictwa we wszelkiego rodzaju wątpliwych sprawach. „Kto sieje ziarno, ten sieje sprawiedliwość”. Ariowie nie łgali, nie mataczyli, nie dosypywali nikomu trucizny do wina czy potraw. Lud uczciwie pracujący, władca dobrze (czyli sprawiedliwie) rządzący, mężna i wierna arystokracja wojskowa – miały szansę odnalezienia się po śmierci w raju. Natomiast rozbójnicy porywający cudze stada, rujnujący gospodarstwa osiadłych Ariów oraz pustoszący kwitnące miasta i wsie – będą   palić się w ogniu piekielnym.
        Na Tamtym Świecie grzesznicy ponoszą straszliwe kary za swe przewiny. I tak bezbożnik wisi w piekle na drzewie powieszony za jedną nogę, a szatan wciąż na nowo odziera go ze skóry; bezduszny bogacz jęczy z głodu błagając o chleb i wodę, lecz ponieważ nikt mu nic nie daje (tak jak on za życia na ziemi), gryzie w końcu rozpaczliwie i zjada palce i dłonie własnych rąk; nieuczciwy kupiec pije napój złożony z  moczu i łajna oraz zjada ziemię i pył; kłamca i oszczerca ma ogromny zwisający z ust język gryziony przez robactwo; wnętrze rozpustnika wypełnione jest robakami i żukami, a mięśnie mu gniją i odpadają od próchniejących kości (jak w syfilisie!); tyran ma ręce skrępowane sznurem, a 70 diabłów chłoszcze go wijącymi się wężami; z ust i z innych otworów ciała pederasty wypełzają i włażą z powrotem ogromne robaki, ropuchy i węże; niewierna żona wisi na hakach wbitych w jej piersi, a kłótliwa i krnąbrna - na swym jęzorze przybitym gwoździem do ściany; ojciec, który nie uznawał własnego potomstwa, jest szarpany przez demony podobne do psów i słucha żałosnego zawodzenia swych osieroconych i głodnych dzieci.
         Tego rodzaju plastyczne i realistyczne opisy piekła, spotykane w traktatach teologii mazdaizmu, zostały później uwiecznione m.in. w malarstwie i rzeźbie buddyzmu. Ich niejako fizjologiczna obrazowość przemawiała bezpośrednio do wyobraźni gminu, lecz z drugiej strony, traktowano je jako metaforę: dusza grzesznika jest pogrążona w straszliwej otchłani moralnego cierpienia i boli tak, jakby bolało ciało zawieszone na hakach i zżerane przez ohydne robactwo. Taka namacalna poglądowość przekazu dydaktyczno – etycznego odpowiadała psychologii prostych ludzi. Ale z drugiej strony, w tekstach kultury aryjskiej znajdują się subtelne rozważania o procesach zachodzących w cienkich strukturach formacji duchowych oraz w polach biosemantycznych; są one jednak dostępne rozumieniu wyłącznie  osób wyrobionych pod względem intelektualnym, posiadających wyrafinowaną kulturę myślenia filozoficznego, jak też wysoki stopień uduchowienia i wykształcenia.
                                                                             ***
          Subtelna pedagogika aryjska wychodziła z założenia – i tu tkwi pewien paradoks! – że nie ma ludzi ani jednakowych, ani pospolitych, że w każdym młodym człowieku tli się iskierka jakiegoś talentu i geniuszu. Zaratustra pisał: „Ani podług mysli, ani podług dążeń, ani podług czynów czy słów, ani podług wyobrażeń religijnych czy uzdolnień ducha ludzie nie są podobni do siebie. Ktoś kocha światło i jego miejsce jest pod świetlistymi ogniami Nieba, a ktoś woli ciemności i należy do mrocznych Mocy Nocy”.
         Na listę cnót i wartości głoszonych przez Proroka składały się: umiłowanie pokoju połączone w razie potrzeby z bitnością, pracowitość, oszczędność, zdyscyplinowanie (samokontrola), osiadłość, zapobiegliwość, twarda władza króla i posłuszeństwo poddanych, brak merkantylizmu i wyrachowania, szczerość i bezpośredniość, łagodność, sprawiedliwość, umiarkowanie. Poszanowanie rodziców i unikanie kłamstwa stały na czele aryjskich tablic wartości. Zaratustra zdecydowanie potępiał ubój rytualny zwierząt i wojny zaborcze, błogosławione przez kapłanów dawnego kultu turańskiego. Samych zaś kapłanów nazywał „karpanami”, czyli „chciwymi drapieżnikami”, nigdy nie sytymi darów i ofiar; nawoływał wręcz do ich fizycznego wytępienia, twierdząc, że szerząc ciemnotę stoją na drodze ludzi do Boga i prawdziwej pobożności. Późniejsza tradycja zoroastryzmu głosiła, że w procesie uboju rytualnego (np. żydowski ubój rytualny trwający 2 godziny i 46 minut powoduje niewyobrażalne cierpienia katowanego  zwierzęcia) zabijana istota zanosi swe skargi i błaganie do samego Boga na niebie, który to słyszy i szykuje dla dręczycieli odpowiednią karę. Zaratustra gloryfikował spokojne i czyste życie w wiejskim zaciszu, w miastach bowiem, w ich ciasnocie i zaduchu moralnym, duch aryjski ulega zatruciu i powoli zanika, zastępowany duchem hedonizmu, chciwości, przekupstwa, wszeteczeństwa.
        Przyszły świat miał być wolny od zła i wszelkiego cierpienia. Według „Awesty Młodszej” epoka powszechnego szczęścia, radości i dobrobytu powinna nastąpić po straszliwej i krwawej bitwie na ziemi, gdy miną trzy tysiące lat po zgonie Zaratustry, czyli gdzieś w okresie pierwszych dwu stuleci po roku 2000. Wówczas to sprawiedliwi zostaną uratowani przez nowe wcielenie Zaratustry, czyniących zaś zło spotka kara – będzie się im lało do gardeł roztopiony metal i zostaną potępieni na Sądzie Ostatecznym. Na skutek tych zdarzeń świat ziemski będzie oczyszczony i odnowiony, zło zaniknie. Zanim jednak to nastąpi, na ludzkość czeka długie pasmo udręki: zupełny upadek moralności (powszechna sodomizacja), powodzie, pożary, wojny, katastrofy, głód, trzęsienia ziemi, epidemie oraz „olbrzymia zima” trwająca trzy lata (zima termojądrowa?).
        Wyznawcy zoroastryzmu w ciągu wielu stuleci na różne sposoby modyfikowali, reformowali, a nawet przeinaczali nauki Mistrza. Ale w sumie czystość doktryny została zachowana. Idąc za Nauczycielem m.in. stwierdzono, że nastąpi czas, gdy siły światła i mroku stoczą ze sobą ostatni bój na śmierć i życie. Na czele sił światła stanie sam Zoroaster, który w tym celu zstąpi w promieniach chwały na ziemię z niebios, lub jego syn, „Saoszjant” („Odkupiciel”), poczęty w łonie Dziewicy przez Ducha Dobra. Po bitwie nastąpi Sąd Ostateczny. Wszyscy zmarli zmartwychwstaną, lecz będą musieli przejść przez potok roztopionego metalu. Sprawiedliwym wyda się on ciepłym mlekiem, występni zaś zginą w nim straszną i bolesną śmiercią. Złoty wiek ludzkości kapłani zoroastryzmu widzieli nie w przeszłości, lecz w przyszłości. Nawoływali też swych współwyznawców do bezwzględnej walki z wrogami „jedynie prawdziwej wiary”, twierdząc, że dzięki temu bramy raju same się otworzą przed nimi, dając duchową nieśmiertelność. Być może epoka powszechnej szczęśliwości będzie, po części przynajmniej, skutkiem świadomych zabiegów eugenicznych: wszyscy złodzieje, mordercy, inni kryminaliści będą publicznie wieszani, na zboczeńców płciowych i gwałcicieli czeka kastracja i przybijanie ich genitaliów do drzwi ich domostw, by nie mogli przekazywać swej zwyrodniałej dziedziczności nowym pokoleniom.
         Jakiż jednak miał być cel ostateczny pielęgnowania tak twardych cnót i tak surowych przepisów prawa? – Wcale nie osiągnięcie sukcesu życiowego w obiegowym znaczeniu tego pojęcia, czyli majątku, władzy, sławy; a nawet nie nowe wcielenie się po śmierci w postać arystokraty czy króla, jak mniemano na początku epoki aryjskiej. Celem ostatecznym i najbardziej pożądanym było wyrwanie się z zaklętego koła sansary, uniknięcie – dzięki uprawianiu cnoty i osiągnięciu doskonałości moralnej – ponownych narodzin na tym padole łez. Człowiek bowiem przychodząc na świat rodzi się w bólu, żyje w bólu i umiera w bólu – a dzieje się ten makabryczny teatr w świecie, który jest ułudą i nie ma żadnej wartości.
                                                                     ***
     Wieloletnim ambitnym dążeniom i tytanicznym wysiłkom Zaratustry nie było jednak sądzone stać się przysłowiowym „ciałem”. Nie udało mu się stanąć na czele świetlistych zastępów i oczyścić świat ze zła i nieprawości. Według pachlewijskiego utworu „Datistan-i-Dinik” ten wielki mąż został zamordowany przez swego zawziętego wroga, kapłana tradycyjnego kultu Tur-i-Bratarwachsza, a według innych źródeł zginął w wieku 77 lat z szablą w ręku walcząc na polu boju w Bałchu przeciwko Turańczykom. Tak tedy za życia poniósł klęskę. Lecz z biegiem lat jego nauki zyskiwały coraz więcej zwolenników i odnosiły coraz więcej triumfów, stając się częścią składową tak różnych światopoglądów i doktryn filozoficzno – teologicznych jak judaizm, buddyzm, chrześcijaństwo, islam, komunizm, narodowy socjalizm.
         Zoroastryzm zaś jako religia przez wiele stuleci, w okresie od II tysiąclecia p.n.e. do VII wieku nowej ery panował w Iranie, w wielu krajach Azji Środkowej i Zakaukazia. W awestyjskiej księdze „Wendidat” z VI wieku p.n.e. podane są nazwy 16 królestw, w których zoroastryzm odgrywał wówczas rolę religii panującej. Najbardziej na północ wysuniętym był Chorezm  nad brzegami Morza Aralskiego, na południe zaś – Arachozja na pograniczu Arabii i Indii. W okresie 545 – 530 p.n.e. Cyrus II poddał swemu berłu wszystkie królestwa wyznające zoroastryzm, apostołami zaś tej religii zostali Medowie, sakralny lud wyspecjalizowany w cudotwórstwie, odprawianiu nabożeństw, organizowaniu kultu. Znakiem totemicznym tej monarchii był wizerunek barsa (może stąd nazwa kraju: Pars, Persja). Król był traktowany jako bóstwo, Mesjasz, czyli zesłany przez Boga Odkupiciel, na wieczne czasy ustanawiający swe królestwo na całej ziemi według zasady „jeden pasterz, jedna owczarnia”. (Wiele stuleci później ten wątek odżyje w „Apokalipsie”). Jądro armii Cyrusa Wielkiego stanowili tzw. „nieśmiertelni”: tysiąc konnych łuczników, ubranych w posrebrzane kolczugi i hełmy, tworzących osobistą gwardię przyboczną władcy, w której obowiązywała żelazna dyscyplina i surowy kodeks honoru, stawiający na pierwszym miejscu wierność. „Nieśmiertelni” nigdy nie cofali się i nie szli do niewoli, a do ich szeregów wcielamo wyłącznie starannie wyselekcjonowanych młodych mężczyzn rasy nordyckiej, zwanych „Chazarami”. Istotne, że absolutny samodzierżca Persji nie miał najmniejszego głosu w sprawach religii; do zgromadzenia sług Bozych mógł przyjść, jeśli mu pozwolono, wyłącznie jako słuchacz.
       Potęga kapłanów okazała się w tym czasie tak wielka, że jeden z nich (Gaumata) pokusił się nawet na dokonanie zamachu stanu i objął pełnię władzy w państwie. Lecz nie na długo. Niebawem Dariusz I dokonał kolejnego przewrotu, a Gaumatę kazał uśmiercić. Następne stulecie to okres rozmaitych rozterek i poszukiwań światopoglądowych oraz reform wyznaniowych, nieraz sprzecznych z pierwotnymi naukami Mistrza. Także państwo ulega destrukcji; na miejscu Wielkiej Persji powstały po jej rozpadzie Baktria, Partia, Armenia, Syria. Przy czym państwo Partów przyjęło oficjalnie starożytną nazwę „Ariana”. Ówcześni autorzy podkreślają, że królowie tego państwa unikali przepychu, ubierali się i mieszkali skromnie, a posłuch i sławę zdobywali dzielnymi czynami nie zaś marną rozrzutnością. Achemenidzi z naciskiem podkreślali, iż są „ludźmi aryjskiego nasienia”, którzy przyszli z Północy. [Najstarsza ludność Iranu nie należy do rasy aryjskiej, ma ciemną karnację, lsniące czarne oczy, wąskie twarze, niewysoki wzrost. Dotychczas przybyli z Północy Ariowie żyją tam w swoistym odosobnieniu, we własnych osiedlach (aułach) i stronią od swych śniadych współobywateli]. W 224 roku w Partii na skutek tajnego sprzysiężenia i zamachu stanu doszło do obalenia ostatniej czysto aryjskiej dynastii Arszakidów. Lecz ta cywilizacja nie umarła, nadal żyła, zmieniając swe kształty, nazwy, doktryny, skład ludności. Król Kuszanów Kaniszka (I wiek nowej ery) zasłynął jako nie tylko wybitny poeta, filozof, prawodawca, teolog, mąż stanu, ale i jako cudotwórca; zapalał np. świece dla niewidomych, a ci zaczynali widzieć.
        W III wieku po narodzeniu Chrystusa zoroastryzm został urzędowym wyznaniem imperium Sasanidów. Jednak w VII – VIII wieku Iran i kraje Azji Środkowej zostały podbite przez wyznających islam Arabów. Była to straszliwa katastrofa cywilizacyjna, cofnięcie poziomu kulturalnego tych narodów o wiele stuleci wstecz.
                                                                          ***
        W klasycznym dziele kultury zoroastryjskiej „Zafer Nameh” („Księga Zwycięstwa”), ułożonej w kształcie pytań i odpowiedzi, znajdzie czytelnik m.in. następujące zdania:
- „Co nakazuje rozum? - Przeszkadzać złym w czynieniu zła.
- Co jest najlepsze dla młodych i najpiękniejsze dla starych? - Wstyd i wspaniałomyślność dla pierwszych; mądrość i umiarkowanie dla drugich.
- Kogo się należy strzec, aby być bezpiecznym? - Pochlebców i nikczemników, którzy zostali bogaczami lub sięgnęli po władzę.
- Jakie są rzeczy, których każdy szuka, a nikt nie znajduje? - Zdrowie, przyjaźń, wierna miłość.
- Jaka cnota jest wadliwa? - Szlachetność czekająca na wdzięczność.
- Co stanowi oznakę wielkoduszności? - Gdy ktoś, mogąc ukarać, przebacza.
- Co trzeba czynić, aby nie potrzebować lekarza? - Mało jeść, mało pić, mało mówić.
- Co jest najlepsze? - Pokora i bezinteresowne czynienie dobra.
- Kogo prosić o radę? - Tego, kto wyznaje prawdziwą wiarę, miłuje dobrych i zna się na rzeczy.
- Co potrafi wiedza? - Małego uczynić wielkim, biednego majętnym, nieznanego sławnym”.

           Choć losy nauk Zaratustry okazały się nader zmienne i dramatyczne, to jednak idee i kategorie filozoficzne, jak też zapatrywania moralne tego wielkiego męża zostały przyswojone i zinternalizowane przez szereg późniejszych kultur i cywilizacji. Hebrajczycy np. zapoznali się z doktryną zoroastryzmu w VI wieku p.n.e., podczas tzw. „niewoli babilońskiej”, i właśnie wówczas, gdy Daniel pełnił funkcje ministerialne na dworze Dariusza I, w odnośnych rozdziałach „Pięcioksięgu Mojżeszowego” zjawiły się nauki o Sądzie Ostatecznym, o zmartwychwstaniu i inne, zapożyczone od Persów.  Poprzez judaizm przejęło je chrześcijaństwo, a islam zapożyczył z zoroastryzmu m.in. pomysł „świętej wojny” i szereg innych. W VIII wieku p.n.e. także do Indii dotarła nauka Zaratustry o wynagrodzeniu pośmiertnym; i właśnie wtedy w „Upaniszadach” zjawia się zapis: „Człowiek staje się dobrym na skutek dobrych czynów, a złym na skutek czynów złych”. Szereg wyobrażeń Zoroastra przejął również buddyzm.
           Jak zaznaczono powyżej, w dużym stopniu szczytne osiągnięcia intelektualne i etyczne cywilizacji Ariany zostały ogniem i mieczem wykorzenione przez wyznających islam Arabów i innych wrogów. Popalono tysiące papirusów, pergaminów i ksiąg, zburzono setki świątyń, klasztorów, pałaców; pozbawiono życia plejadę mędrców, poetów, filozofów. Lecz aryjska myśl i mądrość – wszczepiona niejako w obce ciało – przetrwała w licznych doktrynach teoretycznych powstałych na  niezmierzonych przestworzach całej Eurazji. W kręgu tejże cywilizacji wynaleziono zresztą tak banalne i obecnie powszednie rzeczy, jak spodnie, koszule, skórzane buty z cholewami, żelazne sierpy i uzdy dla koni. W Rzymie jeszcze w 397 roku za noszenie spodni karano konfiskatą mienia i dożywotnim zesłaniem w odległe prowincje, a w 416 zakazano noszenia skórzanych butów, ponieważ to były rzeczy „barbarzyńskie” w przeciwieństwie do sandałów i kawałka szmaty zwanego tuniką, w które zawijał się „cywilizowany” Rzymianin. Żołnierze Attyli przynieśli do Grecji i Rzymu, chwytających  potrawy z talerza czy garnka palcami,  jakże „barbarzyński” zwyczaj posługiwania się podczas posiłku widelcem i nożem.  Pradawny zaś kult ognia odbił się w hymnie św. Franciszka z Asyżu wspaniałymi  strofami:
„Panie, bądź pochwalony
Przez naszego brata ogień,
Którym rozświetlasz noc,
A on jest piękny i radosny,
Żarliwy i mocny”.
                                                                      ***
       
        Ostatnim bastionem Ariów w Azji pozostał Step Kirgiz-Kajsakski (Kazachski). Jeszcze w XVIII wieku Kazachowie przechowywali w ustnych przekazach resztki pradawnej mądrości aryjskiej.
        „Trzy Przykazania Boże:
- wierz w Boga Jedynego, w Tengri, ponieważ innych bogów nie ma;
- nie wymyślaj idoli, ponieważ wiara jest jedna – w Boga;
- licz tylko na siebie i na Jego pomoc.
       Sześć Przykazań Ludzkich:
- czcij ojca i matkę, przez nich Bóg dał ci życie;
- nie zabijaj bez konieczności;
- nie cudzołóż;
- nie kradnij;
- nie kłam;
- nie zazdrość.
Dziewięć Przykazań (prowadzących do) Zbawienia:
- wierz w Sąd Boży;
- nie wstydź się łez współczując bliźniemu;
- szanuj prawa swego narodu;
- szukaj prawdy i nie bój się jej;
- zachowuj dobre uczucia do wszystkich ludzi;
- bądź czysty w sercu i w postępowaniu;
- nie dopuszczaj do kłótni, dąż do pokoju;
- pomagaj cierpiącym za prawdę;
- wierz duszą, a nie rozumem”.
        Trzy pierwsze przykazania czyniły osobą wierzącą; sześć kolejnych – człowiekiem; dziewięć ostatnich – Aryjczykiem, wolnym i uduchowionym mieszkańcem Wielkiego Stepu. Ostatnim nominalnym władcą stepowych Ariów był sułtan Aryngazy, który w 1821 roku udał się do Petersburga, aby ubiegać się u dworu carskiego o sprawiedliwość i uznanie go za prawowitego pana Wielkiego Stepu. Po drodze jednak został aresztowany przez Rosjan, choć miał ustne przyrzeczenie cara, dotyczące jego nietykalności. Zesłany do Kaługi  zmarł niebawem w niewyjaśnionych okolicznościach.
       Obecni potomkowie Ariów często wyglądają inaczej niż ich dalecy przodkowie, mają czarne brody, piwne oczy, ciemniejsza skórę. Jest to skutek trwających przez setki i tysiące lat migracji, interferencji międzyrasowej, mutacji genetycznych na rozległych przestworzach Eurazji  oraz Afryki Północnej.
                                                                             ***
        Turańczycy, rodzeni bracia Aryjczyków, również wytworzyli wspaniałą cywilizację i założyli szereg państw. Ich dziełem była tzw. kultura sarmato – alańska. Alanowie, potomkowie słynących ze straszliwego okrucieństwa Sarmatów, w III wieku krwawo wyniszczający Scytów, sami w IV wieku zostali pobici przez Hunów. Jednak przez pół tysiaca lat na terenie Syberii Południowej i Kazachstanu istniało majestatyczne imperium turańskie. Ostatni odprysk Turanu, Kahanat Awarski, przestał istnieć w X wieku. Część zaś Sarmatów – jak twierdzi m.in. Murad Adży – w 371 roku wyniosła się aż na Półwysep Iberyjski, dając początek Kastylii; a polska historiografia przez całe stulecia żywiła pewność, że przodkami Lechitów byli Sarmaci.
        W okresie II – V stuleci nastąpiła olbrzymia, żywiołowa wędrówka ludów, posuwająca się z szybkościa 40 km rocznie ze stepów eurazyjskich na zachód. Częścią tego procesu, w łonie którego występowały rozmaite zawirowania, prądy wsteczne, cofki i gwałtowne nurty rwące do przodu, była wyprawa Hunów („Ludzi Słońca”, „Dzieci Nieba”), czyli dalekich, już zhybrydyzowanych potomków Aryjczyków, na Imperium Rzymskie. Na ich czele stał genialny dowódca i polityk Attyla, opiewany m.in. w sagach skandynawskich, w niemieckiej „Pieśni o Nibelungach”, w legendach anglosaskich jako Attly, Etly, Etzel, a którego imieniem nazwano w Europie „Etzelalpen”! 
         Czyli po Turanie sztafetę przejęły narody tiurkskie (turkijskie, tureckie), jak   Ujgurowie,  Turcy,  Azerowie, Kazachowie, Uzbecy, Kirgizi, Chazarowie, Jakuci, Ukraińcy, częściowo Rosjanie i Gruzini. Murad Adży, zwolennik teorii panturkizmu,  twierdzi, że Tiurkowie, osiedleni w V wieku w Europie, są przodkami Flamandów, Czechów, Bułgarów, Tatarów, Chakasów, Baszkirów, Serbów, Chorwatów, Basków, Tuwińców, Anglików („England”, „Ingland” po turecku znaczy „Ziemia Zdobyta”), Islandczyków (od „isi” po turecku „ciepły”; Islandia to „Wyspa Ciepła” od gejzerów), Szwajcarów,  Prowansalczyków, Katalończyków, Turyngów. Z języków tiurkskich przeszły np. do polskiego takie wyrazy jak „bułat”, „jogurt”, „kapa”, „torba”, „izba”, „księga”, „ogier”, „kiermasz”. Polski „pieniądz” oraz angielski „pens” to derywaty od tureckiego „pienieg” czyli „bilon”; także „szeląg” oraz „shilling” – od tureckiego „szeleg” czyli „drobna moneta”; „sterling” – od „sytyrlig” czyli „dwadzieścia szelegów”; „moneta” oraz „money” – od „manat” czyli „pieniądz”.
      Ten wpływ wynikał właśnie z okoliczności, że w pierwszych wiekach nowej ery na skutek wielkiej wędrówki ludów dotarli pod dowództwem Attyli do Europy Zachodniej także liczne odłamy pradawnych ludów aryjskich;  część z nich tutaj się zatrzymała, stając się przodkami Bawarczyków w Niemczech, Burgundów we Francji, Duńczyków  itd., a ślady ich wpływu kulturalnego przechowały się w wielu umiejętnościach, w gotyckim stylu architektonicznym, w słownictwie języków słowiańskich, germańskich i romańskich, jak np.  prócz wyżej wymienionych, setki i tysiące innych, w rodzaju „hura!” (w tłumaczeniu na polski: „bij, zabij!”), „order” („orden”, „die Ordnung” – wyrazy  pochodne od „horda”, czyli po tiurksku „ład”, „ustrój”, „porządek”). Wyróżniały  ich wybitne uzdolnienia organizacyjne, techniczne, wojskowe, moralne. Ich poczucie godności, honor, przyzwoitość, prawdomówność, odwaga, siła ducha stały się przysłowiowe i weszły jako część składowa do średniowiecznego etosu rycerskiego Europy. W cywilizacji islamu wyobrażenia o dawnych Ariach także są niezwykłe; z 20 sury „Koranu” (ajat 102) dowiadujemy się, że grzeszników na Sąd Ostateczny spędzać i na powrozach prowadzić   będą u Kresu Czasów „niebieskoocy blondyni”.   
                                                                             ***
          Starożytny lud Fenicjan, lud odważnych żeglarzy i zręcznych kupców, ale też mężnych podróżników i żołnierzy, został m.in. przedstawiony przez znakomitego pisarza i naukowca Janczewieckiego, piszącego pod pseudonimem „Wasilij Jan”, w powieści „Statek fenicki” oraz w kilku opowiadaniach. Przez szereg lat pisarz studiował samodzielnie źródła drukowane poświęcone dziejom Fenicji. A jednak napotkał więcej zagadek i tajemnic niż klarownej wiedzy i jednoznacznych ustaleń. Fenicjanie bowiem byli i do dziś pozostają starożytnym ludem równie sławnym jak mało poznanym. Profesor Tadeusz Zieliński z uznaniem pisał o „śmiałej i przedsiębiorczej Fenicji, królowej mórz”... Niewiele jednak mógł konkretnego o niej powiedzieć – z powodu braku danych źródłowych. Można zresztą zaznaczyć, że niektórzy naukowcy uważają, iż pod względem rasowo-antropologicznym Fenicjanie byli identyczni ze starożytnymi Grekami.
         Cywilizacja fenicka, jedno z wielkich dzieł rasy aryjskiej, – tak samo zresztą jak kreteńska czy sumeryjska – jest uważana za twór zupełnie wyjątkowy. Ci sławni żeglarze i kupcy nie poddają się obiegowym definicjom. Fenicjanie nie stworzyli na przykład swej własnej, sobie tylko właściwej sztuki, tak jak to obserwujemy w przypadku Mezopotamii, Egiptu i Grecji. Znaleziska z Tyru, Sydonu czy Byblos nie składają się na archeologiczną całość: podobne przedmioty można by spotkać w Syrii, Izraelu czy Egipcie. W końcu II tysiąclecia p.n.e. istniały z pewnością na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego porty o zróżnicowanym znaczeniu, z których wypływano na szerokie wody. Jeden z nich – Byblos – już w bardzo odległych czasach prowadził handel z Egiptem. Wielka epoka rozkwitu Tyru, Sydonu i innych portów przypada na pierwsze wieki I tysiąclecia p.n.e., kiedy to schodzą z historycznej sceny bądź tracą na dotychczasowym znaczeniu potężni konkurenci Fenicjan: Mykeńczycy, Hetyci, Asyryjczycy, Egipcjanie. Na wszystkich niemal wybrzeżach Morza Śródziemnego Fenicjanie zakładają osady handlowe; przepływają nawet przez Cieśninę Gibraltarską, docierają do Kadyksu, Maroka i Mogadoru. Nie wiadomo, jakim mianem określali samych siebie, gdyż słowo „Fenicjanie” pochodzi z greckiego, a jego rodowód nie został definitywnie wyjaśniony. Określenie Phoinikes jest często wiązane ze słowem phoenix, oznaczającym muszlę mięczaka zwanego rozkolcem (Murex); dwa jego gatunki były głównymi dostarczycielami purpury, używanej przez Fenicjan do barwienia tkanin. Tak więc dla Greków ci kupcy-żeglarze, którzy przywozili do ich kraju między innymi wspaniałe czerwone materie, byli „ludźmi purpury”. Jednak słowo phoinos oznacza pewien szczególny odcień czerwieni, o zabarwieniu purpurowobrązowym, toteż jest możliwe, iż Grecy nazywali Fenicjan „czerwonymi” czy też „brunatnymi” ze względu na nieco inny niż ich własny kolor skóry lub włosów. Przecież Nubijczyków określano mianem Etiopczyków od słowa aethiops – przypalony, opalony, śniady; być może, dla Greków Fenicjanie byli po prostu „ogorzali”.
Trudno dziś dociec, jak określali samych siebie ci smagli ludzie stale obecni na Morzu Śródziemnym i docierający daleko poza jego basen. Niektóre napisy fenickie zawierają słowo Tsidonim (mieszkaniec Sydonu) w znaczeniu odnoszącym się nie tylko do mieszkańców tego miasta. Może występuje tu podobne poszerzenie znaczeniowe, jakie obserwujemy w przypadku nazwy „Rzymianie”, która początkowo oznaczała mieszkańców miasta, a następnie całego kraju. Nic jednak nie świadczy o tym, że owi Sydończycy czy Fenicjanie mieli jakiekolwiek poczucie odrębności narodowej. W kronikach asyryjskich brak o nich jakiejkolwiek wzmianki jako o narodzie, wszystkie fakty dotyczą mieszkańców poszczególnych miast. Brak jakichkolwiek podstaw do przyjęcia tezy, by mieli kiedykolwiek świadomość, że tworzą jeden naród. W ciągu dziejów poszczególne miasta fenickie nigdy nie stworzyły związku, nie sprzymierzyły się do walki z Asyryjczykami, jak to można było obserwować w przypadku miast greckich czy aramejskich. Wręcz przeciwnie – często bywały ze sobą skłócone, pozostawały wobec siebie w opozycji. Nie jednoczyły się nawet w obliczu wspólnego zagrożenia zewnętrznego: kiedy Aleksander Wielki po dwóch kolejnych zwycięstwach nad Persami wkroczył w 333 roku na te ziemie, władca Sydonu otworzył mu bramy miasta i zaproponował, by najeźdźca – stosownie do swej woli – postawił na jego miejscu innego panującego, podczas gdy Tyr bronił się do upadłego i został przez Aleksandra zdobyty siłą. Te miasta dzieliła odległość mniejsza niż 30 km, ale również wielowiekowa niechęć i rywalizacja. Eshmun, najwyższy bóg Sydonu, w Tyrze odgrywał zdecydowanie podrzędną rolę, a pierwszeństwo przyznano Baalowi. W miejscowości Um-El-Hammid, położonej między starożytnym Sydonem (obecnie Sajda) a Tyrem, odkryto sanktuarium Baala, Eshmuna i Milkashtarta (ten ostatni był najwyższym bogiem tego regionu). Można by się w tym dopatrywać świadectwa dobrego sąsiedzkiego współżycia starych znajomych, trzeba jednak pamiętać, że ani w Grecji, ani w Egipcie miejscowi bogowie nie śmieli burzyć raz na zawsze ustalonej hierarchii panteonu... Poza tym te miasta dzieliły także i inne różnice.
Byblos, jedno z najstarszych miast wybrzeża, utrzymywało ożywione kontakty z Egiptem. W III tysiącleciu p.n.e. wzniesiono tu nawet egipską świątynię. Tyr prowadził niezwykle ożywioną działalność kolonizacyjną: jej owocem była większość fenickich kolonii (w tym również Kartagina), podczas gdy Byblos nie utworzyło żadnej kolonii. Tak więc sławna kolonizacja fenicka była w istocie głównie wynikiem ekspansywnych dążeń Tyru – przynajmniej w aspekcie handlowym. Pozostałe miasta zadowalały się swą własną specjalnością (jak Byblos) albo w większym lub mniejszym stopniu uczestniczyły w handlowych poczynaniach. W literaturze greckiej nie brak opisów poczynań fenickich kupców, którzy ściągali tubylców nad brzeg morza pokazując im atrakcyjne towary, by następnie ich porwać i sprzedać w niewolę. Żeglowaniu Fenicjan przyświecały sprecyzowane cele i zamiary oraz sposoby działania, a każde z miast miało własny „program”.
Wydaje się, że więzią między rywalizującymi ze sobą miastami wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnego – Aradem, Symirą, Byblos, Bejrutem, Sydonem, Tyrem, Arwadem, Akko – był m.in. język. I napisy w tym języku znajdujemy w różnych miejscach; stanowi on północne odgałęzienie języków zachodniosemickich, jest więc blisko spokrewniony z hebrajskim, ale nie można go z nim utożsamiać; języki te różnią się w podobnym stopniu jak np. włoski i francuski.
Badacz francuski Henri de Saint Blanquet twierdzi, że badania nad językiem i cywilizacją fenicką szły początkowo mylnym torem ze względu na fakt, że podstawą prac był hebrajski tekst Biblii, który okazał się pełen pułapek: słowa bardzo podobnie brzmiące w obu językach okazały się mieć całkowicie odmienne znaczenie. Istniał więc w starożytności żywy język, którym posługiwali się mieszkańcy 100-150 kilometrowego pasa nadmorskiego, ciągnącego się na północ i południe od Bejrutu; język ten został utrwalony w inskrypcjach.
Podobna metoda zapisu nie była dotąd znana. W Mezopotamii i Egipcie używano pisma ideograficzno-fonetycznego, składającego się ze znaków obrazkowych, przedstawiających całe wyrazy (tzw. ideogramów) oraz z symboli dźwięków lub ich zespołów. Fenicjanie natomiast stworzyli zaczątek pisma alfabetycznego, w którym poszczególnym dźwiękom odpowiadały osobne znaki-litery. Za pomocą 30 znaków wyrażano w ten sposób wszystko to, co poprzednio wymagało przynajmniej 500. Sztuka pisania stała się znacznie dostępniejsza i znalazła szersze zastosowanie. Niestety, niewiele tekstów dotrwało do naszych czasów, a są to jedynie krótkie napisy na budowlach, sarkofagach, pieczęciach itp., które w niewielkim tylko stopniu wzbogacają naszą wiedzę o Fenicjanach.
Nie oznacza to jednak wcale, że dłuższych tekstów nie było. Nieliczne znaleziska, pochodzące głównie z Elefantyny w Egipcie, oraz świadectwa autorów starożytnych, takich np. jak żydowski historyk Józef Flawiusz (ok. 37 – ok. 103 r.) dowodzą, że spisana została fenicka mitologia, że w Tyrze prowadzono kronikę. Niestety, dzieła te nie zostały utrwalone na tabliczkach z wypalonej gliny ani nie zostały wykute w kamieniu. Fenicjanie pisali na papirusie, a ten przetrwał tylko nad brzegami Nilu. Tak więc cała literatura fenicka uległa zagładzie, a wraz z nią zginął dla nas fenicki świat.
Jednak nawet z tych ubogich znalezisk możemy się czegoś dowiedzieć. Przede wszystkim dokumentują one istnienie Fenicjan, a poza tym umożliwiają określenie czasu, w którym inskrypcja powstała, bowiem z czasem kształt liter ulegał zmianom. Tak np. litera „M”, jeśli jest odwrócona, przybierając kształt pionowego zygzaka, dowodzi, że napis pochodzi sprzed roku 800 p.n.e. Paleografia umożliwia – mówiąc najogólniej – datowanie inskrypcji z dokładnością do koło 50 lat. Nawet drobne napisy o czymś nas informują, np. jakiemu bogowi poświęcona była świątynia. Ale łatwo tu o błędy i pomyłki. Tak np. Ptolemeusz sądził, że świątynia na Malcie nosiła imię boga Tyru i Kartaginy – Melqarta, natomiast znaleziony tam fenicki napis wskazywał, iż była ona poświęcona bogini Isztar (Asztarte). A więc Ptolemeusz się mylił. I tak wobec braku źródeł pisanych, które dostarczają obfitej wiedzy np. o Mezopotamii czy Egipcie, w przypadku Fenicji mamy do czynienia jedynie z drobnymi okruchami historii, nie tworzącymi całościowego obrazu. Mniej uczciwym, a bardziej zapalczywym badaczom daje to asumpt do fałszywych domysłów i poszerzeń. Przykładem może być historia niekompletnej inskrypcji znalezionej w Norze (płd. Sardynia); pewien amerykański badacz „uzupełnił” ją wedle własnego uznania, dzięki czemu powstała fantastyczna opowieść o fenickim wojowniku powracającym z wyprawy, której owocem było zdobycie Tartessos, tajemniczego królestwa leżącego gdzieś za słupami Herkulesa, z którego Tyryjczycy przywozili wiele metali. W istocie inskrypcja przyniosła tylko jedną rzeczową informację: że około roku 900 p.n.e. wzniesiono w Norze świątynię.
W Libanie od dawna zaniechano wszelkich prac poszukiwawczych, a jedynym miejscem, w którym niegdyś prowadzono je na dużą skalę, było Byblos. Znaleziono tu riuny najeżonej obeliskami świątyni oraz obszerne grobowce królewskie drążone w skale. Interesującym obiektem jest sarkofag króla Ahirama, noszący jedną z najstarszych inskrypcji pisma spółgłoskowego. W Sydonie ze względu na ochronę nowoczesnej zabudowy wykopaliska ograniczono do zbadania nekropolii i znajdującej się poza miastem świątyni Eshmuna. W Tyrze ograniczono się do poziomu rzymskiego.
Bardzo natomiast intensywne badania są prowadzone w pozostałych rejonach basenu Morza Śródziemnego – od Cypru po Marok. Uczeni posuwają się tu śladami Tyryjczyków. Na Cyprze odsłonięto ruiny dużej świątyni; znajdujące się na niej inskrypcje wskazują, iż została wzniesiona około 850 r. p.n.e. Na maleńkiej wysepce Mozia (45 ha), położonej w pobliżu zachodniego krańca Sycylii, odsłonięto bramy murów obronnych, fragmenty ulic, fundamenty domów, dzielnicę rzemieślniczą, nekropolię oraz sanktuarium pod gołym niebem z wotywnymi stelami. Mozia była na całym swym obwodzie opasana murami obronnymi, a z „kontynentem” sycylijskim była połączona obecnie zatopioną groblą. W południowej i zachodniej części Sardynii odkryto ponad 60 osad tyryjskich lub kartagińskich. Na Malcie archeolodzy włoscy odkryli sanktuarium poświęcone bogini Isztar. Na podstawie prac prowadzonych na Krecie ustalono, że w X w. p.n.e. mieli tu swą bazę Tyryjczycy. Tyr – jako główny port wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnego i pośrednik handlu między Wschodem i Zachodem – przez wiele wieków utrzymywał swą dominującą rolę gospodarczą i polityczną.
Kartagina, która była światem samym w sobie i z tego względu wymaga osobnych studiów, została założona przez Tyryjczyków w końcu IX w. p.n.e. Wielu odkryć dokonano w Hiszpanii. To właśnie gdzieś na południu Hiszpanii miało leżeć sławne półlegendarne królestwo Tartessos, którego bogactwem były złoża metali; jego władca – jak głoszą zapisy – nosił imię Argentoniosa. Tyryjska kolonia w Kadyksie była położona na wyspie, podobnie jak to było w przypadku Mozi czy Mogadoru, najbardziej odległej ze znanych kolonii fenickich, oraz samego Tyru. Było to podyktowane względami bezpieczeństwa, ułatwiało obronę przed rabunkami i podbojem. Model ten w fenickim świecie był wielokrotnie powielany.
Przeciwko Tyrowi i jego potędze występuje żydowski prorok Ezechiel (początek VI w. p.n.e.), dostarczając wiadomości o działalności handlowej jego mieszkańców i korzystaniu przez nich z bogactw innych krajów. Grecy i ludy Zachodu płacili Tyryjczykom żelazem, srebrem, cyną i brązem, a Ezechiel wspomina również o mułach i koniach z Armenii, a także o haftach, rubinach, winach i wełnianych materiałach z Mezopotamii. Z Izraela i królestwa Judy płynęło zboże, wosk, miód, tłuszcze i balsamy. Bliższe i dalsze ludy arabskie oferowały wyroby z kutego żelaza, trzcinę, końskie derki, banany, kozy, a także pachnidła i szlachetne kamienie. Kupcy z Asyrii nabywali od Fenicjan tkaniny, sznury, szaty, a być może również heban i kość słoniową. Była to więc wymiana handlowa o dużym zasięgu. Ale Ezechiel wymienia także mieszkańców innych miast wybrzeża zarzucając im, że służą Tyryjczykom jako żołnierze lub wioślarze. Tak więc Tyr był potęgą. Miasto oparło się armii babilońskiej podczas 13-letniego oblężenia i przez 9 miesięcy walczyło na śmierć i życie z wojskami Aleksandra Wielkiego, który je zdobył w 332 r. p.n.e.
W powieści „Statek fenicki” W. Jan wykazuje wiele zrozumienia i sympatii dla bogatej kultury fenickiej, opisuje szczegółowo jej dzieje i usiłuje wniknąć w mentalność tego zagadkowego ludu. Szacunek zresztą dla różnorodności kultury ogólnoludzkiej stanowi jedną ze znamiennych cech światopoglądu tego znakomitego pisarza, który. niekiedy jakby identyfikował się ze swymi bohaterami – Fenicjanami; jeden z nich, Sofer-Raf, w dzienniku sformułował swe „Zasady”, którymi trzeba kierować się w życiu. Oto one:
„1. Produktywność. Twórz tylko to, co jest wartościowe, pożyteczne i przyda się ludziom. Jeśli jesteś pisarzem, licz napisane przez się dobre kartki.
2. Wspomnienia. Widziałeś wiele z tego, co nie powinno zgasnąć dla potomstwa. Spisuj z dnia na dzień swe wspomnienia.
3. Radość bliźniemu. Śpiesz się do sprawiania bliźniemu radości przez realną pomoc lub choćby przez dodające otuchy słowa.
4. Jesteś okiem społeczności. Spełniaj dokładnie, szybko i uczciwie swój obowiązek. Nie zaniedbuj wykonania tego, co do ciebie należy.
5. Chronometr porządku dnia. Wykonuj dokładnie, co postanowiłeś. Zjaw się we właściwym czasie, po wykonaniu – natychmiast odchodź.
6. Mów nie o sobie. Rozmawiając przekazuj to, co jest interesujące dla innych, nie obnoś się z sobą, nie opowiadaj o sobie.
7. Mów w języku innych narodów. Każdego dnia poświęć się nauce, lekturze i konwersacji w języku obcym.
8. Studiuj technikę i mechanikę. Nie pozostawaj wyłącznie w sferze myśli. Praktycznie, własnymi rękoma naucz się tworzyć co potrzebne.
9. Rozmawiaj z dziećmi. Mów z dziećmi, dbaj o nie. Należą one do twej odpowiedzialności.
10. Natychmiast odpowiadaj na listy.
11. Zbieraj wielkie myśli rozrzucone w potoku czasu, klasyfikuj je, notuj – są one potrzebne ludziom.
12. Obliczaj, ile jesteś codziennie wart, ile wydajesz na swe potrzeby – łącznie z wartością obiadu.
13. Odchodź w świat piątego wymiaru. Twórz nowe obrazy,pieśni, opowieści, nowe wartości duchowe.
14. Zarabiaj. Realizuj swą pracowitość, przekształcaj swą inteligencję w realne wartości.
15. Wbrew aktywności twórczej – pracuj wszędzie, gdzie możesz przysłużyć się ludziom.”
Te myśli, spisane pod koniec życia W. Jana, zawierają, jak widzimy, uniwersalne wartości etyczne i mogą się przydać każdemu człowiekowi – niezależnie od wieku, płci i zawodu – jako sprawdzone mądrości życiowe. Tego rodzaju zakamuflowanych „przepisów na życie” wiele zresztą znajduje się w tekstach beletrystycznych tego mądrego pisarza, który dążył ku temu, by czytelnik po lekturze jego książek bardziej kierował się rozumem i sumieniem niż pobudkami fizjologicznymi. „Osoba przedstawia sobą istotę emergentną w tym prostym sensie, że ona posiada właściwości, faktycznie nieobecne w ciałach fizycznych i organizmach czysto biologicznych, a więc takie, jak kompetencje językowe, zdolność postępowania według reguł itp.” (Joseph Margolis, „Persons and Minds”). Na tym polega właśnie uduchowienie, że się postępuje nie po prostu zgodnie z biologiczną lub materialną celowością, lecz – zgodnie z regułami, przede wszystkim z regułami etycznymi. Taką była filozofia życiowa Fenicjan według przekonania W. Janczewieckiego. „Bohaterowie – pisał – muszą być nie takimi, jakimi bywają w rzeczywistości, lecz takimi, jakimi powinni być, by móc zostać ideałem”. Ideały, oczywiście, są nieosiągalne, ale dobrze jest, gdy ludzie pamiętają przynajmniej o ich istnieniu. Było to prawdą przed czterema tysiącami lat, pozostaje prawdą też dziś.
                                                                      ***


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz