środa, 10 kwietnia 2019

Nasze dziedzictwo w Euroazji - Jan Ciechanowicz Szlakami Euroazji cz 1


JAN    CIECHANOWICZ















Szlakami Eurazji




 SPIS TREŚCI


PRZEDMOWA .............................................................................................................
2
Włodzimierz Amalicki .................................................................................................
10
Leon Cienkowski ........................................................................................................
17
Aleksander Piotr Czekanowski ...................................................................................
23
Jan Czerski .................................................................................................................
32
Dybowscy ...................................................................................................................
41
Wiktor Ignacy Godlewski ............................................................................................
65
Bronisław Grąbczewski ..............................................................................................
70
Michał Jankowski .......................................................................................................
76
Aleksander Karpiński .................................................................................................
83
Mikołaj Knipowicz .......................................................................................................
92
Mikołaj Korzeniewski .................................................................................................
100
Józef Kowalewski ......................................................................................................
113
Józef Wacław Łukaszewicz .......................................................................................
117
Ludwik Aleksander Młokosiewicz ..............................................................................
133
Genadiusz Newelski ...................................................................................................
140
Józef Konrad Paczoski ...............................................................................................
145
Bronisław Piłsudski ....................................................................................................
151
Mikołaj Przewalski ......................................................................................................
160
Oktawiusz Wincenty Radoszkowski ..........................................................................
167
Józef Sękowski ..........................................................................................................
170
Stebniccy ....................................................................................................................
182
Szokalscy ...................................................................................................................
187
Jan Witkiewicz ...........................................................................................................
197
Dodatek ......................................................................................................................
Krótki wykaz naukowców polskiego pochodzenia w Rosji,
czynnych w dziedzinie nauk przyrodniczych i ścisłych (wiek XIX - XX)
205
Wykaz podstawowych źródeł cytowanych w niniejszej edycji ......................................
223







 P r z e d m o w a




Ks. Szydelski w dziele pt. „Kult ogniska domowego i przodków” (wyd. Poznań 1917) pisał: „Pietyzm dla zmarłych, pamięć o nich, cześć dla nich są objawami ogólnoludzkimi, są następstwem rozumnej i moralnej natury człowieka, spotyka się zatem u człowieka wszędzie i zawsze... Mamy obowiązek pamiętać o przodkach naszych i czcić pamięć i zasługi tych, którzy pracą swoją, poświęceniem, ofiarą podali innym szczeble do sławy i szczęścia; mamy obowiązek miły stawiać mężów zasłużonych w narodzie dzieciom za wzór i przykład do naśladowania”.
Nie byłoby wielkim uchybieniem przeciwko prawdzie, gdybyśmy zinterpretowali tę mądrą wypowiedź szerzej, twierdząc, że każde kolejne pokolenie naszego narodu powinno znać osiągnięcia i chwalebne czyny pokoleń poprzednich i może się nimi szczycić oraz czerpać z ich usiłowań i zwycięstw inspirację do podejmowania prac własnych.
Jednym z ciekawych fragmentów dziejów narodu polskiego w wieku XIX i XX jest udział Polaków w działalności naukowej i kulturotwórczej na terenie Cesarstwa Rosyjskiego, którego część składową nasz kraj wówczas stanowił. Zauważalną obecność pierwiastka polskiego w życiu tego państwa daje się zresztą zaobserwować już w wieku XVI. Chodzi o to, że Polska wówczas była krajem o niebo całe przewyższającym Rosję pod względem rozwoju kultury, oświaty, nauki, a ponieważ Rzeczpospolita polsko - litewsko - ruska posiadała z Moskwą liczącą tysiące kilometrów granicę i dość ożywione stosunki polityczne, wpływ polski na Moskwę był czymś zrozumiałym i naturalnym.
Antonio Possevino w dziele „Moscovia” (1581) pisał: „Nie ma też żadnych szkół średnich, ani akademii, lecz tylko szkoły, w których chłopcy uczą się czytania i pisania na Ewangeliach, Dziejach Apostolskich, kronice, którą mają i na jakichś homiliach, przede wszystkim świętego Jana Chryzostoma, oraz na dziejach i żywotach świętych, lub tych, których uważają za świętych. Jeśliby zaś ktoś okazywał zamiar zdobycia większej wiedzy w dziedzinie literatury lub chłonięcia innej nauki, ten naraziłby się na podejrzenie i nie uszedłby bezkarnie. Takie postępowanie wielkich książąt moskiewskich ma na celu nie tyle usunięcie źródła herezji, która stąd mogłaby powstać, ile przede wszystkim niedopuszczenie, by ktoś był od władcy bardziej uczony i mądrzejszy.”
Mimo takich obyczajów, choć bardzo powoli, to jednak nowe idee i myśli, nowe stereotypy zachowań, nowe umiejętności i wiedza do Rosji z Polski przenikały.
Jak wykazał profesor L. Abecedarski („Biełorusy w Moskwie XVII w.”, Mińsk 1957), rzemieślnicy, przybyli z Rzeczypospolitej, walnie przyczynili się do rozwoju tej sfery w Państwie Moskiewskim. Przy ich wybitnym udziale, można powiedzieć - dominującym udziale, powstawały świątynie, monastery, twierdze, pałace w całym wielkim kraju. Iwerski i Woskriesienski monastery, Pałac Kołomieński (rezydencja cara), liczne inne budowle w stolicy kraju i na prowincji, - to wszystko było dziełem przybyszów z Rzeczypospolitej.
Carat już w tym okresie stosował na podbitych terenach skuteczną socjotechnikę, polegającą na sztucznym hybrydyzowaniu narodów podbitych i przekształcaniu ich w ten sposób w - Rosjan.
Iwan Groźny, jak pisał Possewin, „po podbiciu wielkiej części Inflant wyrzucił stąd katolików co do jednego i miejscami siłą zaprowadził i jak najstaranniej ustanowił ruski obrządek”, którego nosicielami biologicznymi stały się chmary Rosjan i Tatarów przerzuconych na te tereny z głębi państwa moskiewskiego. I znowuż Chanat Astrachański przyłączono do Moskwy w 1558 r. Odtąd też datuje się systematyczne zasiedlanie tego rdzennie tatarskiego kraju przez kolonistów, w myśl carskiej strategii „rozpuszczania i niszczenia” elementów miejscowych. Bardzo chętnie wysyłano tu masy ludności polskiej i litewskiej, obdarzonej wysoką energią życiową, która szybko neutralizowała element turecki i rychło się sama stawała „rosyjska”, ponieważ żadna inna opcja narodowa była tu niemożliwa, a obok trwała też kolonizacja tych terenów przez element wielkoruski.
Ciekawe, że wysoki potencjał napięcia energetycznego ludności lechickiej, przy zatraceniu polskiej świadomości narodowej, powodował jednocześnie na tych terenach zaskakujące erupcje społeczne, np. powstania Razina, Pugaczowa; narodziny osobników niezwykle czynnych, jak np. Uljanowa - Lenina i in.
W 1668 r. duża grupa polskich zesłańców, mieszczan i chłopów osiedlona została w Astrachaniu, przy tym - jak wynika z danych archiwalnych - już przed tym osiedlono tu grupę polskiej szlachty (Akty istoriczeskije, t. 4, s. 438, Petersburg 1842). Ciekawe, że zesłani mieszczanie i chłopi także udawali w Rosji, że są polską szlachtą.
Element polski napływający do Rosji w ciągu kilku wieków powodował głębokie pozytywne zmiany w tym państwie, jeszcze bowiem w 1839 roku markiz Astolphe de Custine notował: „Rosjanie, pochodzący z aglomeracji plemion długo koczujących i zawsze wojowniczych, jeszcze nie całkiem zapomnieli życia na biwaku. Wszystkie ludy niedawno przybyłe z Azji obozują w Europie jak Turcy. Petersburg jest sztabem generalnym armii, a nie stolicą narodu. To wojskowe miasto, tak wspaniałe, wydaje się nagie oczom człowieka z Zachodu”.
A jednak wielotysięczne rzesze Polaków, wciąż napływające do Rosji w ciągu wieku XVIII - XIX, jak też znaczna liczba innych zachodnich Europejczyków, przede wszystkim Niemców i Francuzów, ale też Włochów, Anglików, Holendrów, nieuchronnie nadawała Rosji piętno europejskości, powodując tu coraz szybszy i wyższy rozwój kultury, nauki, sztuki, oświaty, rzemiosła, rolnictwa, przemysłu.
A. Mickiewicz twierdził w prelekcjach o literaturach słowiańskich, że od około 1770 do około 1820 roku wywieziono na Sybir ponad sto tysięcy naszych rodaków.
O Polakach już w XVI - XVII wieku przyczyniających się do wielkości Rosji Zygmunt Librowicz pisał: „Większa część tych bohaterów rekrutowała się z jeńców wojennych podczas ciągłych zatargów Rzeczypospolitej z Moskwą. Wielu jednak Polaków, szczególnie w okresie walk Samozwańców, ciągnęło dobrowolnie do Moskwy, a stąd na odległe krańce państwa, szukać przygód i łupu. Wielu z tych przybyszów zlało swe losy z losami nowej ojczyzny aż do zagłady rodowej tradycji o swym pochodzeniu. Tego rodzaju przykładów mogą dostarczyć dzieje i podania domowe wielu rodzin ruskich...
Z jeńców Polaków tworzono na Dalekim Wschodzie roty i pułki. Rocznikarze syberyjscy widzą „litewskich ludzi” już w roku 1584 w gronie pierwszych pionierów kolonizacji brzegów Tobola i Omy. Jak wysoko ceniono w Moskwie męstwo i odwagę Polaków w XVII wieku, dowodzi prykaz cara Aleksego Michajłowicza z roku 1646, który spodziewając się napadu na Tobolsk hord kołmyckich, powierzył ważną część obrony miasta szczególnej pieczy hufca złożonego wyłącznie z jeńców polskich i litewskich, którym hetmanił ich własny wódz...
Z pskowskiej bitwy, z wojen za Stefana Batorego i z czasów Samozwańca, z wojen za Zygmunta III wojennych jeńców wysyłano na Sybir, tworzono z nich roty i pułki, które na kresach rosyjskiego państwa z miejscowymi nieujarzmionymi ludami walczyły; potem osiedlano nimi najdalsze pustynie i zamieniano ich w kozaków”.
Także w czasach późniejszych ten proces trwał nieprzerwanie z większym lub mniejszym natężeniem.
W 1769 roku zesłano na Syberię znaczną liczbę polskich patriotów należących do Konfederacji Barskiej. Ich liczbę Thesby de Belcour szacuje na 5.445 osób. Zesłanych trzymano w wyjątkowo ciężkich warunkach, by złamać ich siłę woli i wytrzymałość. Po jakimś czasie zaproponowano więźniom wolność i po 18 rubli srebrem nagrody, jeśli przejdą na prawosławie, co uchodziło za równoznaczne z zrzeczeniem się polskości i z rusyfikacją. Jak pisze Chojecki, „do takowych propozycji wielu Polaków naszych nakłoniło się, a najwięcej z prostactwa, którzy swobodniejszego życia pragnąc, ten projekt jakoby z uszczęśliwieniem dla nich miał być, przyjmowali, i nie było tego dnia, żeby nie przyszło naszych sześciu lub dziesięciu razem do kancelarii, prosząc o przyjęcie ich do religii, którym ta łatwość natychmiast z oddaniem osiemnastu rubli i uwolnieniem od służby wojskowej czyniona była; a takim sposobem w Tobolsku 180, w Tarze 50, w Tiumieniu 75, w Irkucku 8, w Opoczninie 20, a w Kazaniu 96 moskiewską przyjęli religię. Dana więc im była wolność żenienia się i szukania sobie sposobu do życia”.
Zygmunt Librowicz pisze: „Cesarz Paweł wstępując na tron, ukazem z dnia  29 listopada 1796 r. dozwolił wszystkim Polakom zesłanym na Syberię wrócić do kraju. Widocznie nie wszyscy skorzystali z tej łaski, bo do dziś dnia pozostały w Syberii rodziny z polskimi nazwiskami, których pochodzenie od konfederatów barskich potwierdzają najzupełniej kroniki. Większa część tych rodzin straciła już cechy narodowe polskie i w spuściźnie po dziadach i pradziadach zachowała tylko nazwiska polskie i, co najwięcej, niezatarty typ polskiej twarzy. Do takich rodzin zaliczają między innymi: Indyckich, Tarnowskich, Kazanowskich - potomków konfederatów barskich; Zielińskich, Wojciechowskich, Zienkiewiczów, Brzozowskich (którzy nazwisko swoje na „Berezowski” przechrzcili) i Domaszewskich - potomków Kościuszkowskich wojaków, zapędzonych na Syberię. Zatraceniu cech narodowościowych sprzyjały głównie związki małżeńskie z tuziemkami - Rosjankami, które w trzecim lub w czwartym pokoleniu wydawały na świat ludzi najzupełniej obcych Polsce... Toteż pomiędzy kozakami syberyjskimi spotkać można bardzo wielu noszących nazwiska polskie, lecz prócz głuchych wspomnień o dziadku „polskim bohaterze” nic więcej polskiego w sobie nie mających i zruszczonych najzupełniej.
Giller w podróżach swoich spotykał wielu kozaków do tej kategorii należących i wspomina nawet, że jeden z nich, zwyczajny nieokrzesany szeregowiec, nosił głośne nazwisko Chodkiewicz. Piotrowski spotykał również potomków konfederatów, z których wielu pamiętało, że ich dziad lub ojciec był Polakiem i mniej więcej opisywało, z jakiego rodu lub jakiego znaczenia. Do bardzo też rozpowszechnionych i często napotykanych wśród kozaków nazwisk należą „Janowskij”, „Nowickij” - których pochodzenia również w zesłańcach konfederacji szukać należy. Takich potomków Polaków i nazwisk polskich mnóstwo wszędzie w Syberii się znajduje...
Istnieją podania, że w buncie Pugaczewa w roku 1773 wzięli udział niektórzy z konfederatów barskich, zesłanych na Syberię. Dokładnych szczegółów o tym brak, choć bardzo być może, że wcieleni do pułków kozackich konfederaci razem z innymi powstali na czele Pugaczewa przeciwko cesarzowej Katarzynie II, mając nadzieję, że tym sposobem łatwiej się do ojczyzny dostaną. O udziale konfederatów w buncie pugaczewskim wspomina Dierżawin w swoich pamiętnikach...
Przeciwnie Chojecki wzmiankuje o udziale Polaków w wyprawach rosyjskich przeciwko Pugaczewowi; pisze on, że w bitwie pod Orenburgiem pod komendą Golicyna legło na planu około czterechset Polaków, a w Fortecy Troickiej, wziętej szturmem przez Pugaczewa, w liczbie wyrżniętych w pień żołnierzy wszyscy Polacy potracili życie”...
W ciągu całego wieku XIX liczni Polacy byli albo przymusowo przesiedlani do Rosji, albo sami szukali tam lepszego losu. Szczególnie obfity potok krwi polskiej płynął na ogromne tereny surowej Syberii. „Prowadzeni etapem więźniowie Polacy chociaż szli wspólnie ze zwykłymi przestępcami, różnili się od tych ostatnich znacznie. Czoła wysokie, otwarte, zdradzające myśli wyższe, pociągały ku sobie szlachetnością, nakazywały szacunek, a wyraz bólu i tęsknoty, który je pokrywał bez wyjątku prawie, głębokie budził współczucie, im zaś samym nadawał cechę dojrzałości. Większość Polaków zesłanych już powierzchownością znamionowała odwagę, samoistność i zdolność...” - stwierdza jedno z ówczesnych źródeł. Siłą rzeczy więc wpływ dobroczynny tych ludzi na kraj swego wygnania był ogromny. Zygmunt Librowicz pisał: „Polacy wpłynęli na złagodzenie i upolerowanie tych Sybiraków, wśród których żyli; obudzili myśl i poruszyli w nich uczucie godności i samodzielności. Wiele rzemiósł, różne sposoby gospodarowania, niektóre narzędzia rolnicze, lepsze nasiona zbóż, rozszerzenie umiejętności czytania i pisania pomiędzy gminem, rozpowszechnienie znajomości obcych języków, szczególnie francuskiego i różnych nauk w wyższych klasach ludności, znajomości muzyki, tańców - Sybiracy w znacznej części Polakom są zobowiązani.
Syberyjczycy przyznają nawet, że niektóre gałęzie przemysłu zawdzięczają wyłącznie Polakom. Polacy na Syberii pierwsi wpadli na myśl wyrabiania oleju z drzewa cedrowego i użytkowania go, oni pierwsi założyli mydlarnie, zaczęli fabrykować cygara z tytuniu mongolskiego, wywołali niejedną reformę w rolnictwie, obdarzyli kraj lepszymi gatunkami zbóż, sprowadzili z Polski ziarna i nasiona, wprowadzili do kraju pług, ulepszone gospodarstwo rolne, zajęli się hodowlą koni, pootwierali warsztaty rzemieślnicze, wybudowali pierwsze młyny itp. Ślady ich pobytu pozostały po dziś dzień w licznych zakładach fabrycznych, wzorowych ogrodach i gospodarstwach, chociaż wiele gałęzi przemysłu stworzonych w Syberii przez Polaków z chwilą opuszczenia przez nich kraju zupełnie upadło.
Wspomnienie o Polakach z tego periodu pozostało również i w języku rosyjskim, tj. w różnych nazwach. Tak np. najlepszą pszenicę nazywają na Bajkale „polską” lub krócej „polką” - jak to stwierdza słownik Dala; kosy noszą nazwę „litowki”, dlatego, że pierwsi Litwini wprowadzili je w kraju w użycie”.
Rzecz jasna wpływy polskie i polska kolonizacja dotyczyły nie tylko Syberii, ale i innych części Cesarstwa.
Na początku XX wieku kolonia polska np. w Baku liczyła przeszło 3 tysiące osób, którym przewodziła nieformalnie małopolska rodzina Rylskich (Stefan, Leon, Onufry, Maria). Wybudowała ona m. in. tu własnym kosztem „Dom Polski”, jak również zainicjowała wznoszenie kościoła.
Na przełomie XIX - XX wieku ogromny wpływ wywierali Polacy na życie umysłowe i kulturalne Moskwy i Petersburga. Zobrazujemy ten fakt obszernym fragmentem z „Pamiętników” Wacława Lednickiego (t. II, s. 244 - 250, wyd. Londyn 1967):
„W palestrze moskiewskiej znajdowało się również wielu polskich prawników. Wymienię tu z pamięci Jana Dziewońskiego, Artura Odlanickiego-Poczobutta, Adolfa i Stanisława Szczygielskich, Wacława Fedorowicza, Edwarda Rettingera, Przysieckiego, Adama Szafkowskiego, Rupniewskiego, Rudzińskiego - z wyjątkiem Rupniewskiego i Rettingera - wszyscy pracowali w kancelarii mego ojca. W Kalendarzu Jurydycznym (za r. 1917) M. Ostrogorskiego można znaleźć daleko więcej nazwisk polskich wśród setek, a może tysięcy prawników rosyjskich. Polacy grupowali się przeważnie dokoła mojego ojca, jednego z największych adwokatów imperium. I w sądownictwie moskiewskim Polacy zajmowali niemałe stanowiska, jak np. krewny ojca, Domaszewski-Pieślak, dyrektor departamentu Izby Sądowej, sędzia w izbie Sądowej Mierzyński, sędzia Sądu Okręgowego Strawiński, Polak mocno zruszczony, oraz Jan Tomaszewski, dyrektor departamentu karnego Izby Sądowej, również zruszczony, ale później całkowicie spolonizowany. Wymienię tu także braci Arciszewskich, jeden z nich był adwokatem i profesorem prawa, drugi sędzią Sądu Okręgowego. Niestety nie udało mi się stwierdzić ich miejsca zamieszkania i pracy. Do sądownictwa Petersburskiego należał sędzia Stefan Bogucki, późniejszy sędzia Izby Karnej S.N. w niepodległej Polsce. W senacie widzimy Konrada Dynowskiego, bliskiego współpracownika hr. Wittego, J. Karnickiego oraz W. Żelechowskiego, prezesa Departamentu Karnego. (Stanowisko wiceprokuratora Saratowskiej Izby Sądowej zajmował Józef Augustynowicz). Wymienię tu także generałów Gabryłowicza i znanego działacza politycznego Aleksandra Babiańskiego - obaj należeli do Wojskowego Korpusu Sądowego (w swoim czasie Aleksander Babiański ze stanowiska swego zrezygnował jako przeciwnik kary śmierci).
Adwokatów Polaków Petersburg, jak i Moskwa i inne miasta rosyjskie, miał niemało: Wincenty Kopański (ojciec generała Stanisława Kopańskiego) skończył wojskową akademię prawną, pracował w wojskowym korpusie sprawiedliwości, po czym wstąpił do adwokatury; wymienię także Olszamowskiego, Malhomme´a, Witolda Jełowickiego, Stefana Mickiewicza i Konrada Niedźwieckiego, członka Petersburskiej Rady Adwokackiej. Dodam tu notariuszy: Ignacego Nitosławskiego, Adolfa Komarnickiego, Michała Strzałkę i Wiktora Nagurskiego.
Jeśli chodzi o życie akademickie, to na uniwersytecie Moskiewskim wykładali: Wiktor Porzeziński, Gabriel Szerszeniewicz (zruszczony), zaś w Szkole Sztuk Pięknych - sławny Stanisław Noakowski, Tomasz Dworzecki-Bohdanowicz, Franciszek Kontrym. W Petersburgu meczet miejscowy został wybudowany przez Wacława Polhowskiego, kościół na cmentarzu Wyborskim budował także Polak - Rylski, a kościół w Snowsku, w guberni czernihowskiej, Bronisław Dąbrowski. Trzeba też wspomnieć o karierze i roli Henryka Siemiradzkiego w Petersburgu, o malarzu Kazimierzu Stabrowskim (w czasie I wojny światowej malował on m. in. portrety rozmaitych polskich działaczy politycznych, wśród nich także mojego ojca). W Petersburgu mieliśmy kilku wielkich i sławnych uczonych: Leona Petrażyckiego, Jana Ignacego Baudouina de Courtenay, Tadeusza Zielińskiego, oraz jego ucznia, późniejszego profesora Uniwersytetu Lwowskiego - Chylińskiego. Wykładał tam również (przed Krakowem) nasz znakomity językoznawca Jan Łoś i słynny antropolog Julian Talko-Hryncewicz. W medycynie wśród ordynatorów wymienić należy Zygmunta Rożniewskiego, Władysława Dzierżyńskiego, Żakowicza, Aleksandra Ejtwida; na wydziale nauk przyrodniczych chemika, docenta Antoniego Doroszewicza. W Wyższej Szkole Inżynierów Dróg i Komunikacji wykładali profesorowie: Józef Fedorowicz, Kazimierz Cegliński, Zygmunt Reichman, Wiktor Somkowski, docent Korczyński, a także Feliks Jasieński. Na Wyższych Kursach Żeńskich pracowały jako laborantki: Anna Missuna (paleontologia), i Helena Rogowska (chemia biologiczna).
Pisywali też Polacy w rozmaitych gazetach i miesięcznikach rosyjskich. Wymienię tu np. Konstantego Zarembę i Leona Kozłowskiego, stałego współpracownika gazety Russkaja Mysl i autora artykułów o literaturze polskiej w różnych encyklopediach i wydawnictwach zbiorowych.
Wspomniałem wyżej o nauce, malarstwie i architekturze - niemniejszą rolę odegrali Polacy w muzykalnym życiu Rosji. Opera Maryjska w Petersburgu liczyła wiele śpiewaków i śpiewaczek polskich, że tu wymienię np. Bolską, ze Skąpskich Brochocką. W latach 1889 - 1898 Bolska występowała w Teatrze Wielkim w Moskwie, w latach 1897 - 1918 w Operze Maryjskiej. Dla podkreślenia jej polskości drukowano na programach jej nazwisko: Bolska - nie Bolskaja. W tejże Operze Maryjskiej występowała Marta Walicka, barytonem opery był Włodzimierz Grocholski, basem - Zygmunt Lelewski (wykonawca Borysa Godunowa w La Scala w Mediolanie), wiolonczelistą - Aleksander Wierzbiłowicz, wieloletnim dyrygentem (aż do 1916 r.) - kompozytor Edward Kruszewski, w latach 1918 - 1919 stanowisko to zajmował Grzegorz Fitelberg.
W operetce petersburskiej na gościnnych występach bywały Wiktoria Kawecka, Lucyna Messal i Piątkowska.
W Moskwie były bas Romuald Wasilewski został reżyserem Opery Cesarskiej - wspomina o nim, jak o wielu innych tu wymienionych artystach i artystkach polskich, Szalapin w swoim pamiętniku. (Córka Wasilewskiego wyszła za mąż za Jana Dziewońskiego, mojego kolegę, pomocnika mego ojca). Jako zdolnego reżysera w teatrze Stanisławskiego znaliśmy Ryszarda Bolesławskiego. Wymienię tu również znakomitą i urodziwą artystkę Gzowską, zrusyfikowaną Polkę. Występowała w cesarskim Małym Teatrze i u Stanisławowskiego. (W r. 1915 urządziła w Moskwie wielki wieczór na rzecz uchodźców z Polski.) Tenorem Teatru Mamontowa w Moskwie był Antoni Siekar-Różański, często bywał u nas, nieraz śpiewał z moją matką. Wymienię tu także soprano tejże opery Alinę Sokołowską i M. Kleczkowskiego, który pracował w redakcji czasopisma Muzyka i Żyźń, oraz pianistkę Zofję Rapcewiczową, która ukończyła konserwatorium w Petersburgu. Czyż mam tu wspominać o Józefie Hofmannie, który w latach 1892 - 1894 był uczniem Antoniego Rubinsteina, zaś w latach 1896 - 1913 stał się najsławniejszym wirtuozem w Rosji!
Często śpiewał w Rosji Adam Didur, zaś popularnym kompozytorem był Polak Cezary Cui; jego wnuczka wyszła za mąż za Michała Kruszyńskiego - przebywał on w lagrze razem z B. Kaweckim, także petersburszczaninem, który łaskawie dopomógł mi w zebraniu tych wszystkich nazwisk. Pani Kruszyńska umarła w Turkiestanie w r. 1942. przy tej sposobności wymienię tu także teścia p. Kaweckiego, dyrektora kolei w Wilnie, Kazimierza Falkowskiego, który w Rosji budował odcinek kolejowy Aginsk-Minusinsk.
Wszystkie te nazwiska podałem tutaj z pamięci, własnej i znajomych, którzy mi w tym pomogli - w innej książce może mi się uda bardziej dokładniej zobrazować wielką rolę kulturalną i społeczną, jaką Polacy odegrali w Rosji centralnej i na peryferiach rosyjskiego imperium, tu chciałbym tylko tym spisem zachęcić naszych historyków do ścisłego opracowania tych dziejów i działalności Polaków w Rosji. Ja przecież nie jestem historykiem!
Dodam tu, że i w wojsku, flocie wojennej i handlowej znalazło się wielu Polaków, którzy doszli nawet do naczelnych stanowisk, jak np. generał Feliks Rostkowski, szef rosyjskiej intendentury, gen. Riesenkampf, słynny bogacz, pułkownik (później w Polsce generał) Jan Jacyna, wykładowca w Korpusie Paziów i nauczyciel prywatny wielkich książąt rosyjskich, generałowie Mikołaj Michałowski (brał udział w wojnie tureckiej), Remiszewski, Wład. Hauryłkiewicz, Hurczyn oraz admirałowie Michałowski i Ksawery Borowski, a także komandor Panasewicz, artylerzysta pułkownik Walerian Michałowski, wynalazca busoli używanej przez rosyjską i następnie polską artylerię. A iluż innych wchłonęła późniejsza armia i flota polska!
Ten bardzo zresztą niekompletny przegląd nazwisk i działalności w Rosji tych, którzy je nosili, chciałbym zakończyć paroma nazwiskami Polaków i Polek zruszczonych, którzy także zaznaczyli się, nieraz wydatnie, w życiu rosyjskim. Do nich należą np.: znakomity podróżnik W. Przewalski i jego syn, znany moskiewski adwokat i działacz społeczny; wielki filantrop Alfons Szaniawski; sławna artystka dramatyczna Komisarzewska; inicjator lotów międzyplanetarnych Konstanty Ciołkowski; szef sztabu generalnego, generał Januszkiewicz; dyrektor departamentu w ministerstwie sprawiedliwości Zawadzki; baletnica Krzesińska, metresa cesarza Mikołaja II przed jego małżeństwem, następnie zaś żona morganatyczna w. ks. Andrzeja Włodzimierzowicza; dyrektor departamentu górniczego Konstanty Skałkowski; wreszcie Kulikowski, mąż w. ks. Olgi Aleksandrownej; znakomity pisarz rosyjski Wieriesajew (Śmidowicz „z domu”); nie mniej znakomity poeta i pisarz Władysław Chodasiewicz) syn Polaka i Żydówki katoliczki, wychowanki Radziwiłłów, która nigdy nie mogła przeboleć zruszczenia swoich dzieci. Sławny poeta Niekrasow miał matkę Polkę. Za generała Franciszka Feliksowicza Kublickiego-Piotucha, zruszczonego bodaj całkowicie, wyszła po śmierci pierwszego męża matka Aleksandra Błoka.
Rzecz prosta, że grupa ta zawierała daleko większą ilość ludzi, często wybitnych, których zdolności   r a s o w o  należały przecież do narodu polskiego. Zostali oni po prostu pochłonięci wraz ze zdolnościami przez imperium rosyjskie, na skutek nie tylko ich własnej słabości, lecz dzięki wyjątkowej potędze absorbcyjnej tego imperium. Skoro już tu o związkach dynastycznych mowa, dodam także hr. Stefana Tyszkiewicza (syna Władysława), który w czasie wojny 1914 r. był adiutantem w. ks. Mikołaja Mikołajewicza i ożenił się z jego pasierbicą, wnuczką Mikołaja Czarnogórskiego.
Dodam tu wreszcie jeszcze jedną postać: rosyjską socjalistką-rewolucjonistką została Halina Śleszyńska, córka Jana Śleszyńskiego, profesora uniwersytetu w Odessie. Jej głośny proces odbył się bodaj w Kijowie, po czym ukazała się jej książka Pamiętnik rewolucjonistki pod nazwiskiem (z drugiego małżeństwa) Krahelska (primo voto była Grabiankowa). Polacy dostali się nie tylko do senatu, lecz i do dyplomacji, jak np. Poklewski-Koziełł, pochodzący z rodziny „królów syberyjskich”, którzy posiadali fantastyczne obszary ze złożami złota, z własną marynarką, z czterdziestopokojowym pałacem. Mówiłem o bankach - wymienię tu hrabiego Bronisława Jezierskiego, dyrektora Banku Rosyjsko-Azjatyckiego w Szanghaju, Władysława Żukowskiego, który odgrywał dużą rolę w petersburskich sferach finansowych, Br. Zielińskiego, dyrektora najpierw Banku Międzynarodowego w Moskwie, następnie filii Warszawskiego Banku Handlowego w Petersburgu, oraz mojego ojca, prezesa Banku Zjednoczonego w Moskwie.
Chciałbym tu również wymienić naszych proboszczów - dziekanów kościoła św. Piotra i Pawła w Moskwie: księdza Ottena, księdza Piotra Zielińskiego - jak najbardziej zasłużonych naszych kapłanów, a także szereg literatów, dziennikarzy, artystów. Oto oni: poeta Remigiusz Kwiatkowski, pani Maria Talma - działaczka społeczna, bibliotekarka, Julian Klukowski - wybitny dziennikarz, pani Wanda Podgórska, literatka. Mąż p. Wandy, Sylwester, miał biuro oceny strat kolejowych. Urządzali wilie dla żołnierzy Polaków i organizowali kółka samokształceniowe. Ich córka Janina, kandydat praw (skończyła Sorbonę), pracowała w czasie wojny w komitecie polskim jako kierowniczka dwu sekcji: pomocy rannym i jeńcom oraz opieki nad rodakami w schroniskach miejskich. Po śmierci swego ojca wzięła na siebie jego biuro. W Polsce wyszła za mąż za Stanisława Jurkiewicza, ministra pracy i opieki społecznej i dalej oddawała swój czas społeczeństwu, działając w Radzie Miejskiej. Następnie wspomnę panią Stefanię Laudynową, która zasłynęła szczególniej z powodu swego Listu Polki do Tołstoja, pianistkę Lucynę Robowską i dwie inne pianistki, doktorową Chroszewską i doktorową Hryszkiewiczową, które często występowały na polskich koncertach dobroczynnych, Julię Wojnarowską, działaczkę społeczną, nauczycielkę na pensji p. Jakubowskiej w czasie wojny - matkę p. Anuszowej. Dodam wreszcie, że wszyscy ci Polacy brali czynny udział w akcjach naszych instytucji społecznych: Evert był wiceprezesem Rzymsko-Katolickiego Towarzystwa Dobroczynności i następnie jednym z wiceprezesów Komitetu Polskiego Pomocy Ofiarom Wojny (drugim wiceprezesem był Ludwik Darowski), Stanisław Wróblewski - wieloletnim opiekunem ochronki dla dziewcząt, Wacław Liebert - wieloletnim prezesem Bratniej pomocy, następnie przewodniczącym Sekcji Szkolnej Komitetu Polskiego, R. Kwiatkowski działał na terenie Lutni i Domu polskiego, J. Jasiński przyczynił się do wybudowania gmachu Biblioteki Polskiej, organizował odczyty publiczne, stale się opiekował biblioteką, J. Klukowski był dyrektorem biblioteki, następnie przewodniczącym sekcji Komitetu Polskiego Pomocy Jeńcom i Rannym, Wacław Purski - prezesem Domu Polskiego, następnie skarbnikiem Komitetu Polskiego. Doktorowa Emilia Grocholska, czynna pracowniczka w Komitecie Polskim, panie Podgórskie, pani Maria Podsędkowska, Antoni Kolnarski, Władysław Lachert, Jerzy Koźliński, Franciszek Kontrym, Adolf Henneberg, Szostakowska, Karczewski, Dębowski, Zygmunt Kieszkowski, Maria Byszewska, Maria Dziewońska, Edward Rettinger, jego żona Wanda, z domu Jasińska, Szuntył, Jan Dziewoński z Adolfem Knoblochem na czele - pracowali w sekcji Komitetu (opieki nad rodakami w schroniskach Komitetu) w latach 1915 - 17. I wielu, wielu innych pracowało we wszystkich tych naszych instytucjach, oczywiście honorowo. Chciałbym tutaj także wymienić Korotyńskiego, niestety imienia nie pamiętam, ale każdy członek kolonii polskiej znał tego odźwiernego Domu Polskiego i Biblioteki Polskiej, który nieodmiennie brał udział we wszystkich zebraniach społecznych i politycznych kolonii. Witał każdego - i każdego uderzała przede wszystkim jego twarz - wyglądał jak jakieś skojarzenie Matejkowskiego Skargi i klasycznych postaci powstańców polskich na obrazach Grottgera. Ale i ubranie jego nie odznaczało się przeciętnością: nosił stale ten sam celuloidowy, wysoki, biały, podwójny kołnierzyk, spod którego opadał słabo przytwierdzony do spinki czarny gotowy krawat. kołnierz ten był co najmniej dwa razy szerszy niż cienka, starcza szyja, zaś na wątłym ciele wisiał i rozwiewał się długi, czarny, mocno zaplamiony surdut. Maniery miał Korotyński niezmiernie wyszukane i każdego witał z nie ukrywaną radością i manifestacyjną uprzejmością.
Kolonia polska osiągnęła również rodzaj samowystarczalności w zakresie codziennych potrzeb życiowych: mieliśmy dwóch dobrych krawców, Bochińskiego i Biżuto, fotografa Brodowskiego, zegarmistrza Cara, świetną masarnię z polskimi wędlinami Gawłowicza, itd.
Istniał w Moskwie także sklep broni myśliwskiej niejakiego Tarnopolskiego, który jednocześnie redagował i wydawał przez szereg lat rosyjski tygodnik pt. Ochotniczij Wiestnik, mający duże powodzenie.”
Aby uzmysłowić sobie, jak wiele „odprysków” polskich rodów szlacheckich znajduje się w Rosji do dziś, wystarczy tylko np. spojrzeć na łamy ukazującej się w Moskwie w nakładzie 9 mln egzemplarzy gazety Izwiestija; znajdziemy tu teraz w roku 1996, wśród etatowych pracowników pisma takie nazwiska jak Białostocki, Chowratowicz, Chrapowicki, Huk, Lewicki, Jaroszyńska, Iljiński, Kosiński, Kruszyński, Łaszkiewicz, Matukowski, Łapski, Newelski, Pojurowski, Polanowski, Portański, Ostalski, Żagiel, Wasiński, Szymański i redaktor naczelny - Gołębiowski!...
Proponowany niniejszym uwadze czytelnika zbiór esejów popularnonaukowych, lub, jeśli kto woli, literacko-naukowych, poświęcony jest szeregowi wybitnych rosyjskich podróżników i odkrywców wieku XIX - XX, którzy byli Polakami lub osobami polskiego pochodzenia. Wiele z tych imion znał cały ówczesny świat, a ich dorobek w sposób naturalny należy nie tylko do Rosji, ale i do Narodu Polskiego.


Włodzimierz Amalicki




Wybitny geolog rosyjski Włodzimierz Amalicki urodził się 13 lipca 1860 roku w miejscowości Starzyki na Wołyniu.
Niektórzy badacze nazywają tę rodzinę „tatarską”. Tak np. profesor A. Włodarski (Rodzina. Herbarz szlachty polskiej, część I, s. 1, Warszawa 1932) podaje: „Amalicki. Rodzina tatarska, posiadająca majątek Świstowiły w ziemi nowogrodzkiej”. Trzeba jednak pamiętać o umowności tego pojęcia, które nie ma w tym przypadku treści etnicznej, lecz sygnalizuje jedynie, że daleki przodek rodu (niekiedy mityczny) miał ongiś przybyć do Polski ze Wschodu.
O Amalickich źródła archiwalne wspominają po raz pierwszy w roku 1490. Matka Amalickiego pochodziła z Połubińskich, dawnego rodu polskiego (herbu Jastrzębiec), znanego od XIV stulecia. Tradycja rodzinna głosiła, że Połubińscy pochodzą rzekomo od Wielkiego Księcia Litewskiego Gedymina. Używali zresztą często Połubińscy - nawet w mniej zamożnych odgałęzieniach tytułu książęcego, osiadali przede wszystkim na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Na przykład w „Rejestrze wydatków miasta Jego Królewskiej Mości Mohilewa” z roku 1679 kilkakrotnie figuruje „pan marszałek Połubiński”, przywódca miejscowej szlachty...
Ojciec Włodzimierza Amalickiego należał do średniej, raczej niezamożnej szlachty. A zresztą i rodzina matki w tym okresie nie wyróżniała się już bogactwem
We wczesnym dzieciństwie, gdy chłopczyk miał zaledwie trzy lata, dosięgnął go ciężki cios losu: zmarł ojciec. Matka dosłownie klepała biedę wraz z synem. Trudno było przewidzieć, jakby się potoczyły losy bardzo zdolnego chłopca, gdyby w Petersburgu nie mieszkał rodzony brat jego matki, znakomity lekarz. On to właśnie przyszedł z pomocą w tej trudnej sytuacji i - gdy Włodek miał dziewięć lat i trochę się usamodzielnił pod względem psychicznym - zabrał malca do stolicy Rosji. Został tu chłopiec umieszczony w jednym z lepszych gimnazjów, chociaż - rzecz znamienna - szczególnymi sukcesami w nauce pochwalić się nie mógł. Co prawda miał skłonności do przedmiotów przyrodniczych, lecz jak na razie nic nie wskazywało, że urośnie z chłopca wielki badacz przyrody.
Po gimnazjum wstąpił Amalicki na wydział fizyczno - matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego. Już na drugim roku obrał specjalizację w dziedzinie geologii i tu właśnie zaczął się wśród kolegów wyróżniać niespożytą energią, pracowitością, dociekliwością. Należał najprawdopodobniej do tego dość rzadkiego typu ludzi, którzy rozwijają się powoli, ale nieprzerwanie przez całe życie. O ile na ławie szkolnej są oni wyprzedzani przez większość kolegów, robią wrażenie, jakby byli nieco „przyhamowani” czy nawet tępawi, to jednak z biegiem lat niepostrzeżenie czynią znaczne postępy w samorozwoju, tak że w pewnym momencie zaskakują znienacka środowisko, znajomych, a nawet krewnych, którzy ze zdziwieniem rozkładają ręce: „Któż by mógł pomyśleć?”... Coś takiego przydarzyło się I. Newtonowi, A. Einsteinowi i kilku innym geniuszom rodzaju ludzkiego, których nauczyciele szkolni uważali za tępych ...
Profesor geologii W. Dokuczajew rychło zauważył szczególnie pilnego i rokującego nadzieje studenta, któremu na trzecim roku studiów powierzał nawet samodzielne prowadzenie zajęć z krystalografii. Stało się to, co powinno było się stać, Amalicki błyskotliwie ukończył w 1883 roku studia i pozostał, by pracować przy wydziale geologii Uniwersytetu Petersburskiego. Doskonałą szkołą stała się dla początkującego naukowca wyprawa geologiczna pod kierunkiem prof. Dokuczajewa do guberni niżegorodzkiej. Młodego człowieka zafascynowało znalezienie w głębokich warstwach ziemi, które uważano wówczas za „martwe”, dużej ilości najrozmaitszych resztek kopalnianych muszelek. Udaje się Amalicki na badania do basenu rzek Wołgi i Oki, gdzie znajduje w piaskowcach, glinach i piaskach masę pozostałości po muszlach słodkowodnych ślimaków (anthrakosia), które żyły tu przed milionami lat. Zebrany materiał powoli usystematyzował się w obszerną, poważną pracę magisterską Pokłady systemu permskiego w basenie rzek Wołgi i Oki. W. Amalicki przekształca się z geologa w zapalonego paleontologa.
W roku 1887 zostaje magistrem geologii i kustoszem Gabinetu Geologicznego Uniwersytetu Petersburskiego. Natomiast od 1889 roku rozpoczyna się jego wieloletnia owocna działalność także na niwie pedagogicznej, prowadzi zajęcia z paleontologii. W roku zaś następnym obejmuje Amalicki kierownictwo wydziału geologii na Uniwersytecie Warszawskim. Z właściwą sobie energią reorganizuje tutejszy gabinet geologii, prowadzi stałe wycieczki ze studentami w okolice Warszawy (aby dawać poglądowe lekcje paleontologii), tworzy kółko naukowe studentów, ożywia działalność Warszawskiego Towarzystwa Przyrodniczego. Od pierwszych miesięcy pobytu młody profesor, obdarzony niepospolitą kulturą osobistą, nie ukrywający swego polskiego pochodzenia, staje się ulubieńcem studentów (zarówno Polaków, jak i Rosjan) oraz środowisk naukowych Warszawy. Wśród miejscowej ludności uchodzi za „swojego” człowieka, przyzwoitego i porządnego, nie stroniącego, dla kariery, od kontaktów z rodakami, jak to miało miejsce w wielu innych przypadkach.
Od 1894 roku był Amalicki profesorem, a od 1908 rektorem Politechniki Warszawskiej. Jednak zajęcia pedagogiczne nie oderwały go od wykopaliskowych prac praktycznych w terenie. Każdy urlop spędza uczony razem ze swą młodą żoną Anną (pomocnicą we wszystkich jego pracach, sekretarką, tłumaczką podczas podróży zagranicznych), na badaniach terenowych, przede wszystkim w okolicach miast Ołoniec i Wołogda. Na podstawie ogromnego materiału empirycznego dochodzi Amalicki do wniosku, że resztki kopalnianych zwierząt i roślin na terenie Rosji z okresu permu są identyczne z wykopaliskami na terenie Europy i Ameryki Północnej. Odkrycie zaskakującego faktu, że świat organiczny tamtej epoki w zasadzie był ten sam na ogromnych terenach Europy, Azji, Ameryki (tworzył jedną i tę samą strefę geograficzną), przyniosło rozgłos młodemu uczonemu. Amalicki ustala też podobieństwo flory i fauny górnego permu z takowymiż na południowych kontynentach, w Australii, Indochinach, Południowej Afryce. Jakie są przyczyny podobieństwa warstw paleontologicznych z zakresu permu w Rosji do odnośnych terenów geograficznych Południa? Rozstrzygnięciu tego zagadnienia poświęca W. Amalicki wiele lat życia.


*         *         *


W celu zgłębienia problematyki, nad którą głowił się nasz rodak, przypomnijmy pokrótce, jak wygląda rozwój ożywionej materii na naszej planecie.
Ewolucja życia na Ziemi dzielona jest umownie na osiem okresów. Pierwszy z nich to prekambr (3000 - 520 mln lat), podczas którego z materii nieorganicznej powstały złożone związki organiczne. We wczesnym prekambrze zjawiają się bakterie, a w końcu jego spotyka się już gąbki, glony, mięczaki, robaki.
Okres drugi, kambr (w przybliżeniu 520 - 420 mln lat), charakteryzuje się tym, że na jego progu pojawiają się skorupiaki, kręgowce; duże znaczenie mają archeocjaty rafowe, trylobity i ramienionogi, które rozwijają się w dużą i urozmaiconą grupę pełzających i pływających organizmów, które dominują w oceanie przez następne 100 mln lat.
Okres kolejny ma nazwę ordowik (około 420 - 360 mln lat). Następuje w nim rozwój trylobitów i graptolitów; z głowonogich powstają łodzikowate; pierwsze kręgowce bezszczękowe, brzuchonogie morskie ślimaki.
W sylurze (360 - 320 mln lat) żyją glony, pojawiają się pierwsze rośliny naczyniowe: lądowe ksylofity bez liści i korzeni. Zjawiają się pierwsze ryby pancerne. W słodkich wodach grasują skorpiony wodne; w oceanach roi się od  lilii wodnych i koralowców.
W okresie piątym, zwanym dewon (320 - 265 mln lat) dominują ślimaki, małże, korale, goniatyty, wyższe ryby kostno i chrzęstno-szkieletowe. Na oceanach królują ogromne rekiny. Z ryb zaczynają rozwijać się pierwsze płazy. Niektóre gatunki wymierają. Zjawiają się pierwsze rośliny paprociopodobne.
W karbonie (265 - 210 mln lat) duże znaczenie mają  zwierzęta amfibie, które dały początek pierwszym płazom pancernym. Gady i owady zapełniają ziemię, w morzu pełno korali, małż, ślimaków, goniatyt, otwornic. Obok roślin okrytozalążkowych występują nagozalążkowe (drzewa iglaste). Krajobraz jest bajeczny: gigantyczne drzewopodobne paprocie kołyszą się na wietrze, a wokół nich krążą równie wspaniałe szklarze.
I wreszcie następuje perm (mniej więcej 210 -183 mln lat), podczas którego na lądzie prym wiodą podobne do ssaków reptylie (Dimetrodont); pojawiają się dobrze wykształcone gady. W oceanie rozwijają się moluski i prymitywne ryby kostne; większość rekinów ginie, wymierają całkowicie trylobity i niemal zupełnie jeżowce i ramienionogie. Na szerokościach północnych obficie rozwija się roślinność.
W triasie (185 - 155 mln lat) gigantyczne reptylie (typu Cynognathus) ustępują miejsca mniejszym, pojawiają się pierwsze ssaki.
Jura (155 - 110 mln lat) charakteryzuje się tym, że na lądzie przeważają rośliny nagozalążkowe, spośród zwierząt - gady olbrzymie (np. brontozaury). Do pierwszego lotu startuje przodek ptaków Archaeopteryx. W wodach pełzają po dnie ichtiozaury i pleziozaury, a obok nich pływa mnóstwo różnych ryb.
Okres, zwany kredowym (110 - 60 mln lat) rozkwita magnoliami, ale też porasta pierwszymi roślinami nasiennymi (wierzba, dąb, topola, trawy). Znienacka i gwałtownie w końcu tego okresu wymierają gigantyczne dinozaury i ogromne latające pterodaktyle. Zjawiają się nowe odmiany drobnych ssaków. W morzu żyją otwornice, gąbki i ryby kostno - szkieletowe.
W trzeciorzędzie (60 - 1 mln lat) gwałtownie ewoluują ssaki (torbacze, drapieżne, parzysto i nieparzystokopytne), pojawiają się lemury itp. Rozwijają się ptaki. Ryby, (np. rekin piaskowy), płazy i bezkręgowce mają kształt zbliżony do obecnego.
Czwartorzęd (1 - 0 mln lat) to ostatni, najnowszy okres rozwoju życia na Ziemi. Na początku tego okresu dominują duże ssaki (mastodonty, szablozębe tygrysy, błękitne wieloryby). Na półkuli północnej mają miejsce wielokrotne ataki lodowców. Niektóre zwierzęta migrują, inne przystosowują się do chłodów, jeszcze inne giną. Podczas epok lodowcowych dominują nosorożec i mamut; po nich - tur, jeleń, żubr. Człowieka pierwotnego zmienia homo sapiens. Od końca trzeciorzędu rozwija się dzisiejszy świat roślin i zwierząt.
Już z tego skrótowego przedstawienia problematyki wnioskować można, jak fascynującym zajęciem może być badanie każdego z wyżej wymienionych okresów życia na Ziemi, jednego z najbardziej tajemniczych fenomenów we Wszechświecie...
Streszczając, przypomnijmy więc skrótowo, idąc za jednym z numerów National Geographic z 1994 r., że drobne zwierzęta bezkręgowe istnieją od około 450 mln lat, ryby bezszczękowe - 400 mln lat, ptaki 140 mln lat, ssaki około 80 mln lat, Człowiek w swych kolejnych formach rozwojowych istnieje prawdopodobnie mniej niż 0,5 mln lat, jako zaś Homo sapiens liczy co najwyżej 50 tys. lat.
Fakty te mają nie tylko sens statystyczny, lecz i filizoficzno-religijny, pośrednio bowiem stanowić mogą argument na rzecz lub przeciw teorii naturalnej albo doktryny mówiącej o stworzeniu świata przez Boga. Dziś bowiem jedni badacze twierdzą, że wprawdzie Bóg stworzył wszechświat, lecz zmienia się on zgodnie z prawami natury, w dużej mierze niezależnie od Stwórcy. Inna wersja „komputerowa” zakłada, iż wszechświat został „zaprogramowany” przez nadrzędną superinteligentną siłę sprawczą, w sposób doskonale precyzyjny, pozwalający później człowiekowi odkrywać zależności naukowe, wynikające z boskiej siły sprawczej.
Naukowcy próbują przy tym znaleźć podobieństwa pomiędzy twierdzeniemi naukowymi a przekazami religijnymi. Teksty biblijne głoszą na przykład, że wszechświat został stworzony w 6 dni, przy czym okresu tego nie należy rozumieć dosłownie, a poszczególne „dni” mogły w rzeczywistości oznaczać tysiąclecia. Miałyby to potwierdzać odkrycia archeologiczne. Nauka odnotowuje przecież nagłe pojawienie się nowych form życia, nie mających wcześniejszych odpowiedników. Zwolennicy „ewolucji boskiej” przedstawiają Stwórcę jako swego rodzaju naczelnego inżyniera genetycznego z olbrzymią precyzją sterującego skomplikowanymi prawami przyrody. Nawet pierwotny, uznawany przez naukowców pra-wybuch, inicjujący powstanie wszechświata, może być dziełem Boga. On sam przez niektórych uważany jest nawet za splot sił przyrody podlegający ewolucji, podobnie jak cały wszechświat.
Problem jest skomplikowany i z pewnością będzie występował w całym okresie istnienia ludzkości. Znamienne są słowa Karola Darwina, który powiedział: „Na wszystko patrzę, jako na wynik przeznaczenia, z pewnym marginesem, pozostawionym nam w ramach przypadku. Takie tłumaczenie zjawiska nie zadowala mnie do końca i nie wyjaśnia wszystkiego. Głęboko wierzę, że całe to zagadnienie jest zbyt skomplikowane, jak na możliwości ludzkiego intelektu”. Dodajmy, że sam Amalicki z reguły unikał wynurzeń metafizycznych w swych dziełach, chociaż ogólnie rzecz biorąc reprezentował w tej dziedzinie światopogląd idealistyczny... Lecz wróćmy do roku 1892. Wówczas to młody uczony obronił na Uniwersytecie Petersburskim rozprawę doktorską z dziedziny geognozji pt. Materiały do poznania fauny systemu permu w Rosji, następnie zaś wyjechał na dłuższą delegację naukową do Anglii, gdzie razem z żoną badał zbiory British Museum, dotyczące fauny kopalnej. Na podstawie tych badań Amalicki udowodnił, że świat roślinny i zwierzęcy w okresie górnego permu zarówno w Rosji, jak też w Afryce Południowej i Indiach - mimo ogromnych odległości je dzielących - był identyczny. Lecz na kontynentach południowych znaleziono też dużą ilość różnych naziemnych kręgowców kopalnianych z tamtej epoki - amfibii i płazów. Płazy należały wszystkie do dużej wymarłej grupy teromorf lub zwierzokształtnych, nazwanych tak ze względu na swe podobieństwo do ssaków, najwyższej klasy kręgowców lądowych. Amalicki wysuwa przypuszczenie, że również w warstwach geologicznych odnoszących się do okresu permu na terenie Rosji powinny były się zachować resztki zwierzokształtnych reptylii, podobnych do południowoafrykańskich. Trzeba tylko zorganizować systematyczne poszukiwania, a wówczas zostanie udowodniona zupełna identyczność dawnego życia na terenie Rosji, Afryki Południowej i Gondwany.
Twierdzenia Amalickiego wydawały się jego współczesnym czystą fantazją, stanowiły bowiem zupełne zaprzeczenie powszechnie wówczas przyjętych wyobrażeń, zgadzających się co do tego, że świat flory i fauny na północnych i południowych obszarach Ziemi w okresie permu był zupełnie odmienny. Wydawało się nieprawdopodobnym, by daleko na północ, w centrum północnego kontynentalnego obszaru, znalazły się roślinność czy zwierzęta typowe dla terenów południowych.
Nie dając się zniechęcić brakiem poparcia i sceptycyzmem kolegów ze świata naukowego Amalicki układa szczegółowy obszerny program badań i przedstawia go do zatwierdzenia w Warszawskim Towarzystwie Przyrodników. Natychmiast też przystępuje do realizacji pomysłu, przy czym czyni to na własny koszt. Ponieważ Anna i Włodzimierz Amaliccy dzieci nie mieli, cały wolny od wykładów czas, czyli okres wakacji letnich, poświęcali badaniu kontynentalnych warstw geologicznych z okresu permu w północno - wschodniej części Rosji.
W niedużej łodzi, wraz z żoną i dwoma wioślarzami pływał Amalicki po rzekach Suchona, Dźwina Północna, Wyszegda starannie badając wszystkie wyjścia na powierzchnię warstw geologicznych z okresu permu. Noce i dnie spędzane pod otwartym niebem, setki kilometrów pieszych wędrówek przy stromych, urwistych brzegach dziewiczych rzek północnych, świeża żywność, składająca się ze złowionych ryb i upolowanej zwierzyny - wszystko to dawało wytchnienie po uciążliwej miejskiej gonitwie i hałasie Warszawy i Petersburga. Chociaż z drugiej strony długotrwałe wyprawy wymagały wyrzeczeń i przysparzały niemało najrozmaitszych trudności, których pokonanie było możliwe tylko dzięki poświęceniu, energii, pracowitości.
Wyniki swych wypraw publikował Amalicki corocznie w serii książek pod wspólną nazwą Geologiczna wyprawa na północ Rosji.
Rok 1895 nie dostarczył mu wystarczającej ilości materiału, by udowodnić swe racje, lecz Amalickiemu udało się uzbierać na rzece Suchona pewną liczbę kości jakichś nieznanych naziemnych kręgowców. Kości te jednak były tak nieduże i zniekształcone przez procesy rozkładowe, że sklasyfikowanie ich mimo najgorętszych chęci okazało się niemożliwe. W końcu lata 1895 r. Amalicki zatrzymał się w powrotnej drodze w Niżnim Nowgorodzie, żeby jeszcze raz obejrzeć badane przezeń przed jedenastu laty wyjścia warstw permskich na rzece Oka przy jej ujściu do Wołgi. W jednym z wąwozów zauważył on wyjście na powierzchnię twardego piaskowca, wystającego ze stromego urwiska. Uważnie oglądając tę skałę Amalicki dostrzegł, że piaskowiec prócz otoczki zawiera też ułamki kości, mających takąż jak żwir ciemno-brązową barwę. Staranne poszukiwania dały niezły wynik: zebrano kilka ogniw kręgosłupa, ułamki zwierzęcej czaszki i zębów. Resztki te były podobne do kości - znanych Amalickiemu ze zbiorów w British Museum - zwierzokształtnych płazów, rozpowszechnionych w okresie permu na terenie Afryki Południowej.
Uczony powrócił do Warszawy, gdzie z niecierpliwością oczekiwał nadejścia kolejnego lata, by znów udać się na poszukiwania tajemniczych pozostałości dawnego życia, zagubionych w masie niemych warstw geologicznych na urwistych brzegach rzek Północy.
W roku 1896 Amalicki znajduje na Suchonie i Dźwinie Północnej nowe pozostałości paleontologiczne - odciski liści prawdziwych glosopteryd, muszle antrakozyd oraz ułamki kości płazów, należących do typu południowo-afrykańskich teromorf. W roku następnym liczba znalezisk fauny permskiej zwiększyła się jeszcze bardziej. W tym sezonie, jak żartował sam Amalicki, musiał on natłuc tyle stwardniałych grudek piasku (tzw. konkrecji) w poszukiwaniu zawartych w nich resztek organicznych, że „otrzymanego żwiru starczyłoby na szmat dobrej szosy”.
W roku 1897 uczony przedstawił wyniki swych badań na Międzynarodowym Kongresie Geologicznym w Petersburgu i zyskał poparcie dla swych idei ze strony kilku czołowych przedstawicieli nauki z Niemiec, W. Brytanii i USA. A jeszcze po roku zostało odniesione zdecydowane zwycięstwo. Nad Dźwiną Północną odnalazł Amalicki mnóstwo odcisków liści glosopteryd oraz szczękę zwierzokształtnego płaza z dobrze zachowanym uzębieniem. Właścicielem jej okazał się trawojadny parejozaurus, znany dotychczas tylko w warstwach permskich Afryki Południowej i uważany za najbardziej charakterystycznego reprezentanta fauny południowoafrykańskiej. Tak, to było zwycięstwo!
Na posiedzeniu Petersburskiego Towarzystwa Przyrodników Amalicki zademonstrował znaleziska i podkreślił konieczność prowadzenia dalszych badań. Rewelacje jego przyjęte zostały dość życzliwie, wyasygnowano nawet na dalsze prace niedużą kwotę pieniędzy. W następnym roku uczony kontynuował swe poszukiwania nad Dźwiną Północną. Trzeba zaznaczyć, że wówczas w ogóle nie było jeszcze nigdzie (a szczególnie w Rosji) ani doświadczenia, ani tym bardziej metodyk prowadzenia prac wykopaliskowych w warstwie permu (Anglicy w zasadzie tylko zbierali to, co znajdowali na powierzchni, wykopalisk nie prowadzili). I Amalicki poradził sobie z tą zupełnie nową sprawą. Wyprzedzając o kilka dziesięcioleci marsz światowej nauki w tym kierunku, opracował doskonałą metodykę prowadzenia wykopalisk z epoki permu.
Praktycznie wykopaliska początkowo nie dawały pożądanych wyników. Po całym miesiącu jałowych wysiłków, pod wpływem zniechęcenia i zniecierpliwienia, kazał Amalicki przenieść badania o kilkanaście metrów w bok. I oto cud! Już pierwsza rozbita konkrecja zawierała doskonale zachowaną czaszkę parejozaura. Gdy zaś wyłuskano dalsze konkrecje, okazało się, że poszukiwaczom paleontologicznych skarbów dopisało nie lada szczęście: mocno scementowany piaskowiec zawierał cały szkielet czterometrowego potwora sprzed milionów lat. Przysłowie mówi, że „za szczęściem nieszczęście chodzi na przemiany”, tym razem jednak stało się inaczej, w ciągu kilku tygodni znaleziono pięć całych szkieletów oraz pięć niekompletnych, należących do drapieżnych gorgonopsji, stegocefalów oraz innych przedstawicieli prehistorycznej fauny. To było zwycięstwo na pograniczu fantastyki, ogólna waga zebranych kości wynosiła ponad 20 ton.
Wspaniałe znaleziska Amalickiego dosłownie wstrząsnęły światem naukowym. Wątpliwościom i sporom położono kres. Każdy mógł się na własne oczy przekonać, jak bogate są resztki naziemnych kręgowców warstwy kontynentalnej z okresu permu. Podobieństwo fauny Rosji i Afryki Południowej nie budziło wątpliwości. Jedność rozwoju świata organicznego na tych dwóch tak odległych od siebie obszarów została definitywnie udowodniona. Sława nie zawsze jest szkodliwa dla jej nosiciela. Rząd rosyjski wyasygnował Amalickiemu na systematyzowanie posiadanego materiału i na prowadzenie dalszych badań 50 tysięcy rubli, sumę wcale nie małą.
Nie wynika z tego, że natychmiast sprawy potoczyły się jak z płatka. Powstały nowe zadania i nowe trudności. Kości wydobyte w trakcie wykopalisk trzeba było zbadać, sklasyfikować, porównać ze znanymi już w nauce, a pochodzącymi z Afryki Południowej. Zanim można byłoby to uczynić, trzeba było uwolnić każdą kość od piaskowca, jak cement oblegającego jej powierzchnię. Dla wykonania tej pracy, długiej i kosztownej, wymagającej jubilerskiej dokładności, ostrożności i cierpliwości, nie było w całym kraju ani jednego specjalisty. Musiał więc Amalicki organizować pierwszą w imperium paleontologiczną pracownię preparatorską, która też pod jego kierownictwem w Warszawie powstała i stała się kuźnią wysoko wykwalifikowanych kadr. Jak niełatwa była to jednak rzecz, świadczy fakt, że z 12 kamieniarzy, których Amalicki zaangażował do przekwalifikowania się i do pracy w swym laboratorium, tylko dwu zostało mistrzami, rozumiejącymi sedno zagadnienia. Reszta nie potrafiła wznieść się na odpowiedni poziom i przez niechlujstwo psuła nieraz cenne okazy paleontologiczne. Profesor osobiście oczyszczał kości potworów wykopaliskowych z piaskowca i montował z nich szkielety, służące jako materiał naukowo-dydaktyczny. Była to praca niezwykle ciężka i męcząca. Ale uwieńczona „skompletowaniem” ponad 20 pełnych szkieletów przedstawicieli fauny z okresu permu, z których większa część, to odmiany dotychczas nieznane. Usystematyzował też Amalicki potężne, liczące kilkadziesiąt tysięcy eksponatów zbiory paleontologiczne, przywiezione przez niego z terenu i składające się dziś na jedną z najbogatszych na świecie tego rodzaju kolekcję: Północno-Dźwińską Galerię Paleontologiczną AN Rosji. Jeszcze trudniejsze okazało się sklasyfikowanie znalezisk, był bowiem W. Amalicki jedynym na cały rozległy kraj uczonym, który mógł ten zabieg wykonać, a i to tylko na podstawie własnych dociekań. Co prawda, w 1910 roku bawił w Warszawie znakomity znawca południowoafrykańskich kopalnianych kręgowców dr Robert Brum, który przybył tu, by się zapoznać ze zbiorem Amalickiego, a „po drodze” niejako zapoznał go z techniką własnych zabiegów klasyfikacyjnych.
Nadal przedsiębrał nasz rodak dalekie wyprawy naukowe, piastując jednocześnie odpowiedzialne urzędy w szkolnictwie. W latach 1905 - 1908 był przewodniczącym komisji rządowej organizującej uniwersytet w Saratowie i politechnikę w Nowoczerkasku. Od 1908 roku mianowany został - jak już wspomnieliśmy - rektorem Politechniki Warszawskiej. Lecz i jego niespożyta energia zaczęła powoli się wyczerpywać pod ciężarem tych ogromnych obowiązków. Wesoły i dobrotliwy, chociaż, co prawda, impulsywny i wybuchowy od urodzenia, zaczął się stawać pod wpływem chronicznego przemęczenia drażliwym i gniewnym. Sytuację komplikował typowy fakt, że i on musiał walczyć z bezwładnym i obojętnym, a potwornie rozbudowanym biurokratyczno-administracyjnym aparatem szkolnictwa. Na eksponaty naukowe nie było miejsca, całe mieszkanie Amalickich było zawalone kośćmi rozmaitych przedpotopowych gigantów, co życia oczywiście nie umilało. Wreszcie w roku 1914, w obliczu natarcia wojsk niemieckich, władze rosyjskie podjęły akcję masowej ewakuacji z zachodnich terenów imperium w głąb Rosji nie tylko zakładów przemysłowych, lecz też instytucji naukowych, kulturalnych i oświatowych. Warszawa, Wilno, Lublin, Grodno oraz inne miasta ogołocono ze zbiorów muzealnych, bibliotek itp. Amalicki nadzorował wywóz do Rosji urządzeń Warszawskiego Uniwersytetu i Politechniki, jak też własnych zbiorów paleontologicznych. W Moskwie zbiorów tych nie udało się zatrzymać, więc pojechały razem ze swym gospodarzem aż do Niżniego Nowgorodu. Nieskończone tarapaty, trudności, przykrości ostatecznie nadwyrężyły zdrowie znakomitego naukowca. Brakło nawet najelementarniejszych wygód życiowych, chleba i wody do picia. Zebrane przez niego skarby naukowe w tym burzliwym okresie nikogo nie interesowały. Zmarł Włodzimierz Amalicki 15 grudnia 1917 roku w Kisłowodsku, w wieku 57 lat.
Trudno ocenić ogólny dorobek naukowy i naukowo-organizacyjny W. Amalickiego. Swych najważniejszych prac, będących na ukończeniu, nie zdążył za życia wydać. Dopiero po jego śmierci w latach 1921, 1922, 1927, 1931 wydano część z nich pod redakcją profesora A. Karpińskiego.
Prace i zbiory Amalickiego były jądrem, wokół którego powstawała rosyjska paleontologia kręgowców, Muzeum Paleontologiczne i Instytut Paleontologiczny AN Rosji. Obecnie Galeria Północno-Dźwińska znajduje się w Moskwie i posiada status oddziału Muzeum Paleontologicznego Akademii Nauk Rosji. Zbiory te należą do najwartościowszych w skali ogólnoświatowej i służą za przedmiot badań wielu naukowcom. Również prace wykopaliskowe, zainicjowane przez profesora W. Amalickiego są kontynuowane. Zasłona tajemniczości, pokrywająca jeszcze do niedawna głęboką przeszłość naszej Ziemi i życia na niej, powoli unosi się w górę.
Współczesny profesor i znajomy W. Amalickiego, paleontolog N. S. Szaler z Uniwersytetu Warszawskiego, pisał: „Ziemia jest pełna faktów naukowych, które każdy przeczytać może, byleby tylko prawdziwej pożądał wiedzy. Taka zaś wiedza rozszerzy widnokrąg umysłowy, uczyni zdolniejszym do pełnienia obowiązków i sprawi wyższy nastrój ducha. Nieuważne oko nigdy nie zdobędzie tej wiedzy, lecz ci, którzy nauczą się należycie spoglądać na ziemię, będą mogli nieskończenie korzystać z całego mnóstwa wykrytych na niej prawd” (Dzieje Ziemi). Jak to uczynić należy, ustalił i dał przykład swym pełnym poświęceń i szlachetnych pasji życiem nasz znakomity rodak.

Leon Cienkowski




Uczony ten uważany jest za jednego z najbardziej znanych biologów polskich (Por. Wykaz pracowników nauki polskiej od XV wieku do 1970 roku, t. I, s. 217, Warszawa 1983).
„Leon Cienkowski, Ilia Miecznikow, Mikołaj Gamaleja... Te imiona dodają jaskrawego blasku naszej ojczystej nauce o mikroorganizmach, imiona badaczy nowatorów, ściśle wiążących swe odkrycia naukowe z praktycznymi potrzebami życia swego narodu” - tak pisał profesor A. Mietiołkin w roku 1950. Onże nazywa Cienkowskiego „założycielem mikrobiologii i nauki o mikroorganizmach w Rosji”.


*         *         *


Akta archiwalne nie przynoszą obfitych danych o reprezentantach tej drobnoszlacheckiej rodziny, która pieczętowała się, jak się zdaje, herbem Bogoria.
Marcin Cienkowski, szlachcic, mieszkaniec miasta Bojarka na rzece Gniłej Tykizie jest wymieniony w roku 1654, jako należący do pułku Białej Cerkwi w Opisaniu miast, miasteczek, i siół Białocerkiewskiego i Niżyńskiego pułków, ze spisem mieszkańców, doprowadzonych do przysięgi na wierność carowi Aleksemu Michajłowiczowi (Archiwnyj sbornik dokumentów otnosiaszczichsia k istorii Jugo-Zapadnoj Rossii, t. 10, s. 781, Petersburg 1878).
Joannes Cienkowski figuruje w dekrecie króla Jana Kazimierza z 22.I.1661, jako członek bractwa sprzysiężeńców krakowskich.
W 1661 roku zwracali się Daniel Cienkowski, setnik, i Jan Tolski, wójt miejscowości Hrunie na Ukrainie, do hetmana Joakima Samka z deklaracją lojalności, iż „i dalej przy nim chcą być i służyć jego carskiej mości” (A.Ju.Z.R., t. 5, s. 68). Z pewnością jako szlachcice polscy nie czuli się pewni na ziemiach dopiero co okupowanych przez oddziały rosyjskie. Potrzebowali ochrony ze strony władz.
Po paru stuleciach niejaki Władysław Cienkowski został w 1840 roku odnotowany przez heroldię wileńską jako mieszkaniec tejże guberni (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 9, Nr 423).


*         *         *


Leon Cienkowski urodził się 1 października 1822 roku w Warszawie w rodzinie raczej niezamożnej. Przez całe swoje życie nie wyróżniał się ani mocnym zdrowiem, ani siłą fizyczną, przejawiał jednak od dzieciństwa poczynając duże skłonności do nauki i wybitne uzdolnienia umysłowe.
W roku 1839 po ukończeniu warszawskiego gimnazjum gubernialnego rozpoczął studia na Uniwersytecie Petersburskim, gdzie początkowo studiował matematykę. Czysty przypadek sprawił, iż radykalnie zmienił swe zainteresowania naukowe. W opublikowanych w języku rosyjskim wspomnieniach pisał o tym: „Trafiłem do szeregu stypendystów, których wówczas rząd co roku posyłał do stołecznych rosyjskich uniwersytetów; jedną połowę skierowano do Petersburga, drugą - do Moskwy. Selekcja odbywała się w ten sposób, że tych, którzy biegle czytali po rosyjsku, odsyłano do Petersburga, źle zaś czytających - do Moskwy. Dzięki tej okoliczności znalazłem się w Uniwersytecie Petersburskim i, chcąc studiować matematykę, zapisałem się na wydział nauk matematycznych. Wkrótce po rozpoczęciu zajęć ponownie przypadkowo idąc z tłumem słuchaczy, trafiłem na prelekcję z zoologii. Wygłaszał ją słynny profesor Stefan Kutorga - mowa była o historii rozwoju zwierząt. W błyskotliwym wykładzie utalentowany profesor zapoznał słuchaczy ze strukturą jaja kurzego, zwrócił uwagę na plamkę znajdującą się w żółtku i wskazał, że w nim rozwija się zarodek, a żółtko służy dla niego za pożywkę. Następnie wyłuszczył pokrótce, jak stopniowo z jednorodnego materiału rozwija się nowa istota. Wspominam tę prelekcję jakby odbyła się ona dziś (Pisał to ponad 40 lat później - przyp. J.C.). Wówczas to po raz pierwszy się dowiedziałem, że organizm buduje się według określonego planu, że jednorodna materia jaja rozpada się na kilka warstw, w których się rozwijają całe systemy organów, że krew zjawia się wcześniej niż naczynia krwionośne, że serce jest zauważalne już w bardzo wczesnym okresie jako bijący, pulsujący punkcik, że człowiek, jaki by wielki nie był później, rozwija się też w podobny sposób. Po tej znakomitej prelekcji wyobraziłem sobie, że można pojąć wszystkie tajemnice natury... Pobiegłem więc natychmiast do zarządu uniwersytetu i prosiłem o przeniesienie na wydział przyrodniczy. Od tego czasu wiarą i prawdą służę naukom przyrodniczym już prawie pół stulecia”.
W tym fragmencie żywo zaobserwowany został nie tylko konkretny przypadek z życia młodego człowieka, lecz też jego iście polski, łatwo zapalający się i wpadający w entuzjazm charakter, wielka wrażliwość intelektualna. Zabrał się młodzian z zapałem do nauki, lecz wkrótce zapadł na zdrowiu, tak szkodliwy wpływ wywierały na niego wilgotne mgły Petersburga. Wrócił więc do Warszawy, by dopiero po roku ponownie rozpocząć naukę w stolicy Imperium.
W 1842 roku student pisał do jednego ze swoich kolegów, o tym, że z jednej strony, opanowany jest przez silną żądzę wiedzy, z drugiej zaś - przez słabość fizyczną. Bez pieniędzy, bez właściwego wyżywienia, bez żadnych rozrywek - życie studenckie młodego Cienkowskiego nie było godne pozazdroszczenia.
Mimo jednak wszelkich przeciwieństw kurs nauk został ukończony, a młody naukowiec został zatrudniony na tymże uniwersytecie. Na początek uporządkował gabinet botaniczny i herbarium, a już w 1846 roku obronił rozprawę doktorską na temat: Kilka faktów z historii rozwoju roślin jodełkowych, pisaną m. in. z wykorzystaniem materiału zdobytego z pomocą mikroskopu, co na tamte czasy uchodziło (i faktycznie było takim) za coś nadzwyczajnego. Bardzo bliskie stosunki utrzymywał wówczas młody Polak ze znakomitym, będącym w podeszłym wieku profesorem, jednym z twórców embriologii Karolem Bährem (1792 - 1876), który wywarł na Cienkowskim bardzo głębokie wrażenie i wpłynął na dalszy jego rozwój.
W 1847 roku Cienkowski został zaproszony przez Jegora Kowalewskiego do wzięcia udziału w naukowej wyprawie do Egiptu i Sudanu, gdzie też spędził parę lat w warunkach urągających wszelkim cywilizowanym normom. Półgłodne życie, męczące gorąco we dnie i chłód w nocy, malaria ciężko się odbiły na zdrowiu podróżnika. Osłabł tak, że nie mógł samodzielnie siedzieć na wielbłądzie; zanim wyruszali w drogę, koledzy przywiązywali go sznurami i pasami do tego „okrętu pustyni”. Mimo to uparcie i z zafascynowaniem prowadził badania naukowe oraz gromadził zbiory zoologiczne i botaniczne. Działalność ta została później wsparta funduszami Akademii Nauk Rosji. Skromne subsydia (1200 rubli) jednakże skończyły się i Cienkowski musiał wracać do Europy. Po drodze na krótko zatrzymał się w Warszawie, pożyczył u przyjaciół trochę pieniędzy i przybył wreszcie do Petersburga. W latach 1850/53 opublikował w tamtejszych pismach część swych interesujących zapisków z podróży afrykańskiej. Pracy jednak wciąż nie mógł znaleźć. W liście do przyjaciela wyznawał: „Łokcie przeświecają, podeszwy odpadły, zdrowia nie ma, chleba nie ma!...”


*         *         *


Oczywiście, ma rację Witold Gombrowicz, gdy pisze, iż „jest coś demonicznego w fakcie, że człowiek wyższy, kulturalny, ogranicza się na rzecz prostaka”, że wybitne osobistości składają siebie w ofierze dla dobra milionów przeciętniaków. Gdyby było inaczej, postęp ludzkości jako całości byłby nie do pomyślenia, ponieważ elity by się wznosiły coraz wyżej, a masy spadały coraz niżej, co spowodowałoby trudne wręcz do przewidzenia, lecz niewątpliwie tragiczne konsekwencje dla jednych i drugich... Niechlubne to jednak wystawia świadectwo „kroczącej do przodu ludzkości”, że na tym jej ”świetlanym szlaku” tak wielu wybitnych twórców przymiera głodem, cierpi z chłodu i z braku zrozumienia ze strony tych, komu w ofierze składają swój talent, wiedzę, pracę, wierność. Przykładów tego można by przytaczać bez liku. Tak Johann Christian Guenther (1695 - 1723), poeta niemiecki, autor pięknych pieśni religijnych, wierszy lirycznych i okolicznościowych zmarł w głębokiej nędzy, dosłownie z głodu, nie mogąc się utrzymać z twórczości literackiej.
Często wybór drogi życiowej prowadzącej ku mądrości i dzielności moralnej przez długotrwałe studia i pracę nad sobą pociąga za sobą rezygnację z dóbr doczesnych. Niekiedy musi się wybierać między rozumem a bogactwem. Kto z natury ma tego pierwszego mniej, z reguły też nie docenia jego wartości i nie jest w stanie zrozumieć pięknej myśli Johna S. Milla: „lepiej być nieszczęśliwym mędrcem, niż szczęśliwą świnią”. A swoją koleją, nic nie daje takiego szczęścia, jak poczucie, że mimo upokorzeń, biedy, cierpień nie zeszło się z drogi właściwej, do końca obierając sobie za przewodników rozum i cnotę, że spełniło się swój ludzki obowiązek.
Sprzeczne jest jednak z zasadami rozumu, że najwartościowszy element genetyczny ludzkości - twórcy, artyści, naukowcy, ludzie uduchowieni są właściwie przez społeczeństwa skazywani jeśli nie na osobistą zagładę, to przynajmniej na wyeliminowanie ich prokreacji, gdyż, poświęcając się służbie ludzkości, żyją w nędzy i często nie mogą zapewnić godziwych warunków bytu swym żonom i dzieciom. Jest to uderzający paradoks społeczeństw europejskich od prawie trzech tysięcy lat, że nie potrafiły one najwartościowszym swym członkom zapewnić nie tylko optymalnego, ale chociażby godziwego poziomu życia. A przecież ma rację psycholog Alfred Adler, gdy twierdzi: „Ostatecznie żywimy się przecież wszyscy jak pasożyty nieśmiertelnymi dziełami artystów, geniuszów, myślicieli, badaczy i wynalazców. Oni są właściwymi wodzami ludzkości”. Ale oni też wyjątkowo rzadko mają spryt do interesów - właśnie dlatego, że opanowani są przez potężne siły biologiczne i witalno-duchowe, utrudniające im sprawne funkcjonowanie na niskim poziomie interesów praktyczno-życiowych, finansowych i materialnych.
Znakomity socjolog i filozof angielski Bertrand Russell w dziele Principles of Social Reconstruction pisał: „Chciałbym tylko wskazać, jak czczenie pieniądza jest zarówno skutkiem, jak i przyczyną zmniejszenia siły życiowej oraz jak nasze instytucje mogłyby zostać zmienione, aby pomniejszyć uwielbienie pieniądza i wzmóc powszechną siłę życiową... Wymagania natury nic nie znaczą w porównaniu z pieniądzem. Nie będzie uznane za nieczułość to, że jedynym doświadczeniem miłosnym kobiety będą rozsądne i ograniczone względy mężczyzny, którego zdolność do namiętności zniszczyły lata rozsądnej wstrzemięźliwości bądź niskich kontaktów z kobietami, których nie szanował. Sama kobieta nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest to nieczułość. Ją również uczono rozsądku z obawy przed utratą pozycji w hierarchii towarzyskiej i od najwcześniejszej młodości wdrażano jej, iż silne uczucia nie przystoją młodej kobiecie. I tak oboje łączą się, aby iść przez życie w zupełnej nieznajomości tego wszystkiego, co wiedzieć warto. Ich przodkowie powstrzymywali namiętność nie z obawy przed ogniem piekielnym, lecz z chorobliwego lęku przed tym, że odegrają mniejszą rolę w świecie”.
Społeczeństwa po prostu powinny dbać o rodziny, a szczególnie o to, by genetycznie szczodrze obdarzona młodzież mogła realizować swe wysokie uzdolnienia nie zniżając się do dbania o przysłowiowy chleb.
Max Scheler w dziele Istota i formy sympatii pisał: „Troska o warunki najpomyślniejszego pomnożenia rodzaju ludzkiego, witalnego rozwoju ludów i utrzymania ich witalnej pomyślności, tzn. zdrowia rasy i narodu w sensie fizycznym i psychicznym, zachowania rodziny, ochrony kobiety i dziecka - i cokolwiek jeszcze mogłoby tu należeć - winna bezwarunkowo poprzedzać starania o maksymalny zasób dóbr materialnych i bogactwo. Każde odwrócenie tego porządku wartości polega na resentymencie człowieka życiowo nieudolnego i przedstawia etos wypaczony”... Oczywiście, niektórzy młodzi ludzie pochodzący z dołów społecznych, cierpiący z powodu jakiejś wrodzonej wady zdrowia czy urody, a także niekochani szukają kompensaty dla swego poczucia niższości na drodze samodoskonalenia i wykorzeniania braków. Należą do nich np. wątle zbudowani młodzieńcy, którzy po długotrwałych zawziętych treningach osiągają doskonałe wyniki w sporcie, poniżane dzieci, które dzięki znakomitym postępom w nauce stają się znanymi i wpływowymi ludźmi, dzieci upośledzonych społecznie rodzin, które dzięki niezwykłej energii i wytrwałości wybijają się na wysokie stanowiska. Jest to droga społecznie pożyteczna, ale wymaga ona wiary w siebie i poświęceń; nie jest też ani łatwa, ani często obierana.
Filozof Boecjusz z Dacji (480 - 524) pisał: „Najwyższym dobrem jakie jest dostępne człowiekowi dzięki umysłowi nastawionemu na działanie, jest sprawianie dobra i upodobanie w nim. Jakież bowiem dobro wyższe może stać się udziałem człowieka dzięki umysłowi nastawionemu na działanie niż sprawianie we wszystkich działaniach środka godziwego i upodobanie w tym?
Sprawiedliwy bowiem jest tylko ten, kto znajduje upodobanie w czynach sprawiedliwości... Najwyższym dobrem jakie jest człowiekowi dostępne, jest poznanie prawdy, sprawianie dobra i upodobanie obojgu.
A ponieważ dobro najwyższe, dostępne człowiekowi, stanowi o jego szczęśliwości, przeto poznanie prawdy, sprawianie dobra i upodobanie w obojgu stanowi o szczęśliwości ludzkiej... Życie bowiem szczęśliwe polega na tych dwóch rzeczach. To bowiem jest wyższym dobrem, które człowiek może otrzymać od Boga, i które Bóg może dać człowiekowi w tym życiu, a człowiek wówczas w sposób rozumny pragnie długiego życia, gdy go pragnie po to, aby dojść do doskonałości w tym dobru... Wszystkie natomiast działania człowieka, które nie zwracają się ku temu dobru lub które nie są takie, iżby człowiek stawał się przez nie silniejszy i bardziej sposobny do działań, które zwracają się ku temu dobru, są u człowieka grzechem” (Boecjusz z Dacji O dobru Najwyższym czyli o życiu filozofa). Niewątpliwie do tych najwyższych dóbr obok doskonałości etycznej należy doskonałość intelektualna, przejawiająca się m. in. w prowadzeniu dociekań naukowych...


*         *         *


A. Mietiołkin, autor monografii o Cienkowskim, tak pisze o trudnym okresie młodości naszego rodaka: „Nie dały wyników poszukiwania pracy w Uniwersytecie Petersburskim i innych naukowych i edukacyjnych instytucjach stolicy, błyszczącej tylko niezliczonymi zastępami wojsk carskiej rezydencji. W tym beznadziejnym dla nauki i szkolnictwa czasie rząd Rosji mikołajewskiej wcale nie potrzebował uczonych, szczególnie jeśli nie mieli nazwisk niemieckich. Szkodziło Cienkowskiemu, widocznie, niemało i jego polskie pochodzenie. Rząd carski nie mógł wybaczyć temu miłującemu wolność narodowi jego powstania w 1830/31 roku, a chociaż Cienkowski rzetelnie służył krajowi, który szczerze uważał za macierzysty, i któremu był wdzięczny za otrzymaną możliwość pracy w umiłowanej gałęzi nauki, lecz jednocześnie gorąco kochał także i swą ojczyznę”, Polskę, co nie mogło go nie narażać na akty nieprzyjaźni ze strony szowinistycznej administracji carskiej i takiegoż często społeczeństwa.
Znakomity poeta żydowski Osip Mandelsztam pisał o „arbuzowej próżni Rosji”, widział w niej przeważnie „wesolutkie domki z nikczemnymi duszyczkami i tchórzliwie wstawionymi oknami” oraz „ludzi z po słowiańsku niewyrazistymi i okrutnymi twarzami”. Takie społeczeństwo z natury swej niejako wrogie musiało być wszelkiej wolnej myśli i wszelkiemu wzniosłemu dążeniu...
„Nie miał możliwości Cienkowski - kontynuuje profesor A. Mietiołkin - zatrudnienia także w ojczystej Warszawie, gdzie po powstaniu uniwersytet zamknięto, a na wszystkie szkoły w Polsce rząd rosyjski położył swą ciężką rękę...”
Jednak w końcu udało się młodemu naukowcowi znaleźć pracę w mieście Jarosławlu, w tamtejszym Liceum Demidowskim, co na pięć lat zapewniło mu środki do życia, a nawet możliwość, co prawda bardzo skromnej, pomocy gorąco kochanym, pozostającym w Warszawie matce i siostrze.
Od 1854 roku Cienkowski ponownie został zatrudniony na Uniwersytecie Petersburskim, gdzie rozwinął badania naukowe w dziedzinie morfologii ontogenetycznej niższych roślin, które zyskały mu sławę na całym świecie. Wykłady zaś jego z dziedziny botaniki cieszyły się ogromną popularnością wśród studentów. Jako zabawny, lecz dobrze świadczący o delikatności młodego wykładowcy fakt profesor Timiriaziew wspominał, że Cienkowski, gdy miał rozpocząć prelekcje o płciowym rozmnażaniu się roślin, uprzedził zawczasu, iż będą to wykłady wyłącznie dla publiczności męskiej, a damy nie będą miały wstępu na salę, co też się stało... Warto jeszcze zaznaczyć, że Cienkowski nie tylko prowadził wykłady z wykorzystaniem najnowszych danych nauki światowej, lecz też usilnie wdrażał do badań naukowych najnowsze ówczesne osiągnięcia techniczne, będąc w tym względzie prekursorem podobnych działań w Rosji.
W 1856 roku ukazało się jego podstawowe dzieło „O glonach i wymoczkach”, które uczyniło zań jednego z najwybitniejszych biologów w skali światowej.
W latach 1856 i 1859 bawił Cienkowski krótko w Niemczech, Francji i Austrii, by m. in. leczyć się z chronicznej gruźlicy u tamtejszych specjalistów. Prowadził jednak też badania naukowe w Berlinie, Dreźnie i Paryżu. Pracował naukowo również w Warszawie.
W 1859 roku ożenił się, lecz niezbyt udanie, gdyż małżeństwo nie przyniosło mu tak potrzebnego spokoju i ukojenia.
W latach 1865/71 pełnił funkcję profesora botaniki na Uniwersytecie Noworosyjskim w Odessie. Tutaj sprzyjał robieniu kariery naukowej przez dwukrotnie odeń młodszego wówczas (46 lat i 23 lata) Eliasza Miecznikowa, wybitnego później uczonego, laureata Nagrody Nobla. Miecznikow ubóstwiał Cienkowskiego, widział w nim „niesłychanie surowego w stosunku do siebie naukowca, Europejczyka o wyjątkowo wysokiej kulturze”. Również pochlebnie pisał o naszym rodaku I. M. Sieczenow. W Odessie Cienkowski zorganizował Noworosyjskie Towarzystwo Przyrodnicze, stację biologiczną w Sewastopolu. Wśród jego uczniów byli w tym okresie znakomici później naukowcy Aleksander Kowalewski, Aleksy Janowicz, Włodzimierz Zaleński.
W 1871 roku Cienkowski opuścił Uniwersytet Noworosyjski na znak protestu przeciwko dyskryminacji innego Polaka, wybitnego chemika Aleksandra Weryhi.
O wiele bardziej zdrowa i kulturalna atmosfera psychologiczna panowała na Uniwersytecie Charkowskim, na którym pracowało i studiowało bardzo wielu Polaków (do 40% ogółu studentów). Tutaj Cienkowski pracował w latach 1872/87. W tym okresie wydał m. in. w języku niemieckim Zur Morphologie der Bacterien (1877), w języku rosyjskim Mikroorganizmy (1882), umacniając tym samym swą reputację jednego z najwybitniejszych ówcześnie biologów w Rosji i Europie. W sumie zaś Cienkowski opublikował w różnych językach 49 książek i artykułów naukowych.
Do szczególnych jego zasług należały prace eksperymentalno-badawcze nad szczepieniem zwierząt domowych, mającym je chronić przed groźnymi epidemiami chorób zakaźnych. Przez długie lata Cienkowski pracował w tej dziedzinie bardzo owocnie, a jego najbliższymi współpracownikami i pomocnikami byli dwaj dalsi Polacy A. Rajewski i J. Sadowski. Dzięki wdrożeniu do praktyki wyników ich badań gospodarka Rosji zaoszczędziła wieleset milionów rubli ewentualnych strat. (Na marginesie warto zaznaczyć, że sam Cienkowski zawsze prowadził bardzo skromny tryb życia, unikał brania pieniędzy nawet za realnie świadczone eksperymenty; tak iż często musiał korzystać z dyskretnej pomocy finansowej swych bogatych wielbicieli a nawet wychowanków).
W 1886 roku naukowa społeczność Rosji obchodziła uroczyście 35 rocznicę pracy twórczej Leona Cienkowskiego. Nie było końca uroczystym akademiom, listom, depeszom itd. W tym czasie nasz rodak był profesorem honoris causa uniwersytetów w Petersburgu, Moskwie, Charkowie, Odessie, Kijowie, Kazaniu; honorowym członkiem Niemieckiego Towarzystwa Botanicznego, Królewskiego Towarzystwa Mikroskopii w Londynie itd. Profesor Ernst Haeckel nadesłał przy tej okazji telegram w języku łacińskim: „Scientia protistica et monistika gratulatur principi Cienkowski”. Profesor Karol Vogt zaznaczał: „Prace Cienkowskiego stanowią wzorzec pod każdym względem”.
Niestety, los szykował kolejny cios. Wkrótce po uroczystościach jubileuszowych Leon Cienkowski zostaje porażony wiadomością o samobójczej śmierci swego starszego ukochanego syna. Jak się później okazało znakomicie uzdolniony młody człowiek, wówczas student piątego roku medycyny, po uważnym przyjrzeniu się umiłowanemu ojcu doszedł do wniosku, że ten jest nieuleczalnie chory na raka. Nie będący w stanie dźwigać brzemię tej wiedzy, młody człowiek odebrał sobie życie.
Ojciec przeżył syna o kilka miesięcy i zmarł na raka 8 października 1886 roku w Lipsku, gdzie się znajdował na kuracji. Przed zgonem, między atakami okrutnych cierpień, zdążył pożartować, że „nie jest tak łatwo spuścić się do piekła”...
W całej Rosji odbyły się w środowiskach akademickich uroczyste posiedzenia żałobne w związku ze śmiercią wielkiego uczonego, który i dziś uchodzi za klasyka nauk przyrodniczych w tym kraju i w całej Europie. L. Cienkowskiego uznaje się dziś za „pioniera i założyciela algologii w Rosji”, gdyż jego rozprawa O glonach i wymoczkach (1856) była jedną z pierwszych w tej dziedzinie botaniki. W książce tej autor zebrał swe własne obserwacje dotyczące budowy, rozwoju i procesu życiowego rozmaitych organizmów mikroskopijnych: wodorostów, grzybów, wymoczków, radiolarii itd. Wiele z jego ustaleń miało charakter pionierski w skali europejskiej. (Por. A. Szczerbakowa, N. Bazylewska, K. Kałmykow: Istorija botaniki w Rosji, s. 143. Nowosybirsk 1983).

Aleksander Piotr Czekanowski




Tom drugi fundamentalnej edycji Biograficzeskij słowar diejatielej jestiestwoznanija i techniki (Moskwa 1959, s. 353) podaje: „Czekanowski Aleksandr Ławrientjewicz (1832 - 18 października 1876)- rosyjski uczony, badacz Syberii wschodniej. Z narodowości Polak. Ukończył Uniwersytet Kijowski (1855). Za udział w powstaniu polskim 1863 r. został zesłany na Sybir, gdzie na zlecenie Oddziału Syberyjskiego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego przeprowadził badania geologiczne południowej części guberni irkuckiej (1869 - 71), następnie zaś zrealizował trzy wyprawy w celu przeprowadzenia badań geograficznych i geologicznych wzdłuż rzek Niżnia Tunguska (1873), Olenok (1874) i Lena (od m. Jakucka do Bułuna, 1875).W 1876 roku Czekanowskiemu zezwolono przyjechać do Petersburga, gdzie rozpoczął opracowywanie zebranych przez siebie obfitych materiałów dotyczących geografii, geologii i paleontologii zwiedzonych przez niego regionów. Badania Czekanowskiego dały początek systematycznym badaniom nad południową częścią guberni irkuckiej i dostarczyły pierwszych dokładnych danych dotyczących geologii Niżniej Tunguski, dolnego biegu Leny a w szczególności rzeki Olenok. Nad rzeką N. Tunguską odkrył złoża węgla kamiennego i grafitu. Botaniczne i zoologiczne osiągnięcia Czekanowskiego opisane zostały w pracach szeregu naukowców. Imieniem Czekanowskiego nazwano pasmo górskie między rzekami Leną a Olenokiem”.
Dane te z rosyjskiego słownika biograficznego wymagałyby jednak w kilku punktach nie tylko sprecyzowania, ale i poprawienia, są bowiem miejscami dość niedokładne. Uczyńmy więc to.


*         *         *


Aleksander Piotr Czekanowski urodził się 12 lutego 1833 roku w Krzemieńcu. Matka jego Joanna wywodziła się z kresowego szlacheckiego rodu Gastellów. Ojciec Wawrzyniec był z zawodu nauczycielem o zacięciu naukowym, czynnie interesującym się dziedziną entomologii. To on zaszczepił synowi zainteresowania badawczo - intelektualne.
Czekanowscy byli starożytnym rodem szlacheckim. Nieraz potwierdzani byli w rodowitości m. in. przez heroldię wileńską (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 6, nr 1621). W różnych odgałęzieniach pieczętowali się herbami: Godziemba, Junosza, Rogala.
Jan, Jakub, Herman, Tomasz, Wojciech i dalsi Czekanowscy w latach 1587 - 1621 wielokrotnie podpisywali uchwały sejmowe woj. poznańskiego i kaliskiego (Akta sejmikowe województw poznańskiego i kaliskiego, cz. 1, s. 57, 301, 312; cz. 2, s. 114, 117 i in.).
Maciej Czekanowski 25 lipca 1597 roku potwierdzony został przez Jerzego Radziwiłła na urzędzie kaznodziei ewangelickiego zboru w Serejach (Monumenta Reformationis Polonicae et Lithuanicae, seria I, zeszyt I, s. 177, Wilno 1911).
Mateusz Czekanowski od Ziemi Liwskiej w 1648 roku podpisał akt elekcji króla Jana Kazimierza (Volumina Legum, t. 4, s. 111).
Adam Boniecki (Herbarz, t. 3, s. 350 - 351) podaje o tym rodzie co następuje:
„Czekanowscy herbu Godziemba z Czekanowa w woj. kaliskim. Jest drugie Czekanowo w powiecie gnieźnieńskim, na którym również Czekanowscy dziedziczyli.
Jan, syn Bartłomieja, 1446 r., na uniwersytecie krakowskim... Tomasz, współwłaściciel Wilenicy w powiecie pyzdrskim 1579 r. ... Józef, stolnik sochaczewski w 1764 r. etc.”
W. Nekanda Trepka (Liber, s. 109) pisze: „Czekanowski w Wielkiej Polszcze był. Odsądzono było czci post annum 1620”.


*         *         *


W krytyce polskiej uchodził Aleksander Czekanowski za męczennika nauki. Ten długoletni zesłaniec syberyjski, ciężko przez całe życie pracujący na różnych uczelniach, a także pełniący liczne niebezpieczne dla życia obowiązki w służbie kompanii Siemensa, ciężko chorował i umarł śmiercią samobójczą... „Okoliczności i warunki życia nigdy nie dały mu się rozwinąć całkowicie”.
Lecz zacznijmy od początku.
W 1850 roku Aleksander Czekanowski wstąpił na studia do Uniwersytetu Kijowskiego, na wydział medyczny. Już w pierwszych miesiącach zamanifestował wielkie zainteresowania i uzdolnienia do pracy naukowej. Gdy powrócił na pierwsze wakacje letnie do domu, natychmiast się wyprawił razem z ojcem w swą pierwszą ekspedycję naukową po guberni podolskiej i kijowskiej, której plonem był cenny zbiór entomologiczny oraz obszerny rękopis (opublikowany w 1962 r.) pod tytułem Swiedienija, sobrannyje mnoju otnositielno rasprostranienija suslikow. Dla młodego 17-letniego chłopca było to nie lada osiągnięcie i głębokie przeżycie duchowe, które zdeterminowało w dużym stopniu dalszy bieg jego życia, życia wewnętrznego w szczególności, gdyż zewnętrzne koleje losu jego kształtowały się raczej pod wpływem gwałtownych i niesprzyjających okoliczności politycznych i prywatnych.
Aleksander Czekanowski nie złożył egzaminu na stopień lekarza i w 1855 r. skreślony został z listy studentów Uniwersytetu Kijowskiego z formalną motywacją „za nieuiszczenie opłat za studia”. W tymże roku postanowił przenieść się do Dorpatu. Co też nie omieszkał uczynić. Zajęcia na tamtejszej wszechnicy prowadzone były wówczas jeszcze w języku niemieckim, bardzo dobrze zresztą znanym naszemu bohaterowi.
Benedykt Dybowski pisał: „Czekanowski mówił po niemiecku z całym kunsztem wymowy i wyrażenia się klasycznego, lubił ten język. W Dorpacie uznawano go za Niemca, zaś akademik Friedrich Schmidt, jego przyjaciel, pisząc biografię Czekanowskiego, nie umiał sobie inaczej wytłumaczyć tej biegłości w mowie i piśmie niemieckim, jak podając, że matka Czekanowskiego była Niemka. Na ten błąd biograficzny Schmidta zwróciłem uwagę, kreśląc biografię Aleksandra. Jego matka była Francuzką z rodu, bo ojciec matki był Francuz (lecz matka jej Polka), nazwisko Gilibert, jeżeli nie mylę się. Te szczegóły mam od księcia Stefana Lubomirskiego, który był w pensjonacie Laurentego Czekanowskiego, ojca Aleksandra, który był rodem z Galicji, i jak prawie wszyscy Galicjanie uwielbiał Niemców; i on to wraz z przyjacielem swoim sławnym Besserem kształcił Aleksandra. Od nich pochodzi owa biegłość w językach, podziwiana przez wszystkich w ich uczniu, A. Czekanowskim”...
Studia medyczne i mineralogiczne odbywał w Uniwersytecie Dorpackim w latach 1855 - 1857. Był rozmiłowany przede wszystkim w geologii i cały swój wolny czas poświęcał jej samodzielnemu studiowaniu. Pracował nad oznaczeniem i usystematyzowaniem odnośnych zbiorów uniwersyteckich. Nawiązał tu ścisłe kontakty z innymi polskimi przyrodnikami: B. Dybowskim, J. Nieszkowskim, G. Rupniewskim, co mu pomogło w rozwoju naukowym. Jednocześnie uczestniczył w życiu kulturalnym i towarzyskim przebywających na tutejszej wszechnicy rodaków.
Polacy w Dorpacie zorganizowani byli we własnym związku studenckim, który - stale zmieniając nazwy i formy działania - nieustannie dbał o rozwój ducha narodowego i samoświadomości patriotycznej, nawet jeśli funkcjonował pod szyldem „Związku Przyrodoznawców”.
W ogóle atmosfera panująca w tym niezwykłym mieście była szczególna, czymś przypominała wileńską; podobnie zresztą i dzieje tych dwóch grodów w jakiś sposób były równie bajeczne, zmienne i dramatyczne. Pozwólmy sobie na uczynienie krótkiej wycieczki do historii.


*         *         *


Dorpat występował w dawnych kronikach jako Tarbatum lub urbs Tarbata, w języku miejscowych Estów Tarto-lin czyli „gród tatarski”. Od V wieku nowej ery istniały tu prymitywne ludzkie siedliska nad rzeczką Omowżą (estońskie Emajyha, niemieckie Embach). Niemiecki uczony, profesor Faehlman pisał, że - według estońskich podań - „tu miało istnieć urocze siedlisko najpierwszych mieszkańców ziemi, tu bożek Wannemune wyśpiewywał ongiś swe wzruszające hymny, tu się gotowały rozmaite języki ludzkie, tu w pobliskim Embachu leży od wieków błyskający i śpiewający miecz Kalewida”. Jak widzimy, dawne estońskie podania cechowało to samo namaszczenie, baśniowość i specyficzne „megalomańskie” przekonanie o swej rzekomej starożytności, które cechują w ogóle wszelkie wczesne, nierozwinięte, „nieoswojone” myślenie ludowe. Gdy mityczne myślenie ustępuje przed naukowym, „kolebki” narodów i języków znikają razem ze śpiewającymi mieczami i kochliwymi bożkami.
Gustaw Manteuffel w następujący sposób opisuje pochodzenie dziwnej „tatarskiej” nazwy estońskiego Tartu na północnych obrzeżach kontynentu europejskiego: „Około roku 1090 przybył ze swoim na pół dzikim orszakiem nad brzegi Embachu kniaź ruski imieniem Juryj, wzniósł w pobliżu rzeki, o milę od późniejszego Dorpatu, grodek warowny i nadał mu imię „Jurjew - Liwonskij”.
Estowie, którym on pewne nałożył daniny, byli już oczywiście coś zasłyszali o dzikich plemionach tatarskich, zbliżających się od wschodu, nazwali więc ów założony przez ruskich przybyszów gród po swojemu „Tarto-lin”. Nazwa się utrzymała, tym bardziej, że załoga Jurjewa - tatarskim zwyczajem - od czasu do czasu robiła wycieczki do okolicy, siejąc mordy, pożogi i grabieże. W pierwszych dziesięcioleciach XIII wieku Jurjew został starty z oblicza ziemi przez rycerzy niemieckich z Rygi, gdyż stanowił zawadę w rozwoju handlu hanzeatyckiego. Nieopodal rumowisk dawnego „grodu tatarskiego” powstało miasto nowe (1224), nazwane Doerpt, które stało się ośrodkiem biskupstwa dorpackiego. Odtąd zaczęto też szerzyć chrześcijaństwo wśród miejscowej ludności, wznosząc dla początku najpiękniejszy nad Bałtykiem tum gotycki pod wezwaniem apostołów Piotra i Pawła, zbudowany przez majstrów niemieckich.
W wiekach XIII - XVI był Dorpat (Derpt) liczącym się miastem hanzeatyckim, prowadzącym handel z Pskowem i Nowogrodem na wschodzie, a z miastami niemieckimi i polskimi na zachodzie. Miasto wchodziło w skład Księstwa Inflanckiego (Livland). W latach 50-ych XVI wieku następuje tu okres rozprężenia politycznego, sytuacja, podobna do polskiej z XVIII wieku. Profesor K. Schirren opisywał ten stan: „Wysocy i niscy, zwierzchnicy i poddani, panowie i wasale, ziemianie i mieszczanie - wszyscy utracili wszelkie pojęcie o wartości politycznej. Ich prawo było jedynym prawem, wszelkie prawo innych było bezprawiem. Oni nawet nie przeczuwają, jak stawiają siebie ponad i przeciw społeczeństwu. Każdy stanowi sam dla siebie jedyne godne istnienia społeczeństwo i w tej ciasnocie mieści się dla każdego horyzont kraju”. Słabość prowokuje siłę. Następuje oblężenie i upadek Dorpatu. Biskup Herman Wesel zostaje ku swemu zdziwieniu (bo gwarantowano w tekście kapitulacji swobodę wszystkim mieszkańcom miasta - twierdzy) wywieziony do Moskwy, gdzie umiera, a miasto na 24 lata trafia pod „opiekę” Iwana Groźnego. W latach 1565 i 1571 prawie cała ludność tego kwitnącego ongiś osiedla handlu i kultury zostaje uprowadzona do niewoli w głąb Księstwa Moskiewskiego, gdzie też i wyginęła po więzieniach.
Od ostatecznej zagłady uratował Dorpat król polski Stefan Batory, przyłączając go w 1582 roku do Rzeczypospolitej. Nadał miastu w 1587 roku przywilej, herb (wzorowany na dawnym, ale „uzupełniony” polską koroną królewską) przedstawiający bramę miejską, a nad nią skrzyżowane klucz i miecz. Od 1600 roku rozpoczęła się nieszczęśliwa wojna między Polską a Szwecją i w 1625 roku Dorpat trafił pod władzę króla Szwedów.
W 1632 roku została tu założona Academia et Universitas Gustaviana, która istniała do roku 1710, działając w duchu szwedzko-protestanckim. 84% wszystkich studentów stanowili Szwedzi i Finowie, około 15% - „Livones”, 1% - „Curones”. Zresztą w okresie 1656 - 1689, na skutek wojny z Moskwą uniwersytet nie działał. Po krótkim zaś okresie wznowienia prac za Karola XI (Universitas Gustaviana - Carolina), Dorpat w 1710 roku wpada w ręce cara Piotra I, który likwiduje uczelnię definitywnie. Od 1721 roku Dorpat na prawie 200 lat włączony zostaje w skład Imperium Rosyjskiego.
12 grudnia 1802 roku car Aleksander I wydaje akt erekcyjny, ogłaszający założenie Universitatis Cesareae Dorpatensis, której zadaniem miało być - jak głosił ów dokument - „Pośredniczyć stale w przelewaniu na cesarstwo rosyjskie cywilizacji zachodnio - europejskiej”. Od roku 1893, w związku z przemianowaniem Dorpatu na Jurjew, także uczelnia otrzymała nowe imię: Impieratorskij Jurjewskij Uniwiersitiet. (Od tego też czasu językiem wykładowym został rosyjski na miejscu niemieckiego).
Wzniesiono na terenie uniwersytetu amfiteatr anatomiczny, obserwatorium astronomiczne, założono bibliotekę, która w 1893 roku liczyła 243 tysiące tomów, urządzono liczne laboratoria itp. Wszechnica ta już wkrótce miała szeroko zasłynąć z powodu wielu osiągnięć w dziedzinie nauk przyrodniczych.
Uczyło się tu wielu Estończyków, Niemców, Rosjan, Łotyszów, Litwinów, przedstawicieli innych narodowości; w Dorpacie pobierał m. in. nauki rodzony brat W. Lenina Dmitrij Uljanow.
Nie zabrakło na tej uczelni, jak wiemy, i Polaków, którzy już w 1828 roku utworzyli tu swą korporację pn. „Polonia”, na wzór istniejących już związków studenckich „Kuronia” (1808), „Estonia” (1821), „Livonia” (1822), „Fraternitas Rigensis” (1823). Były to ziomkostwa, łączące młodzież pochodzącą z odnośnych prowincji czy krajów. Po zamknięciu przez cara uniwersytetów w Wilnie i Warszawie szczególnie dużo przybyło młodzieży polskiej do Dorpatu z Korony, Litwy, Inflant, Białorusi, Wołynia, Podola.
Studenci różnych narodowości zgodnie współżyli ze sobą na uczelni, jedynie sporadyczne pojedynki między Polakami a Niemcami psuły od czasu do czasu klimat prawdziwego braterstwa. Warto zaznaczyć, że najbliższe stosunki łączyły Polaków w Dorpacie z Łotyszami, którzy zawsze, we wszystkich zatargach i konfliktach stawali po stronie „Polonii”.


*         *         *


Z powodu trudności materialnych Czekanowski nie potrafił także w Dorpacie ukończyć studiów i uzyskać dyplomu. Życie zmusiło go po prostu do podjęcia pracy zarobkowej. Podjął ją w Kijowie w firmie „Siemens i Halske”. Wszystkie wolne chwile poświęcał jednak samokształceniu w dziedzinie nauk przyrodniczych i stał się wkrótce równorzędnym partnerem w dyskusjach z uznanymi w tej materii młodymi autorytetami, takimi jak prof. K. Jelski i J. Kopernicki, z którymi się w Kijowie zaprzyjaźnił.
Zarówno w tym wczesnym okresie życia jak i później Aleksander Czekanowski był człowiekiem wyjątkowo czynnym i ruchliwym, nigdy nie zaznającym spokoju, co go wyróżniało nawet na tle rodaków, nie grzeszących przecież z natury nadmiarem flegmy. Cenna to i nader pożądana społecznie cecha, chociaż przecież nie taka znów rzadka.
Aktywność leży niejako w naturze człowieka. Adam Smith w dziele Teoria uczuć moralnych (1764) konstatował: „Człowiek został stworzony do działania, a przez wykorzystanie swoich możliwości do spowodowania takich zmian w swoich i innych ludzi warunkach zewnętrznych, jakie wydają się najkorzystniejsze dla szczęścia wszystkich. Nie może zadowalać go opieszała życzliwość dlatego, że w głębi ducha pragnie pomyślności świata. Choćby wywołał całą moc ducha i wysilił każdy nerw, aby osiągnąć te cele, co jest sensem jego istnienia, Natura nauczyła go, że ani on sam, ani inni ludzie nie mogą być całkowicie zadowoleni z jego postępowania, ani nie będą go w pełni pochwalać, jeśli faktycznie ich nie osiągnął. Dano mu do zrozumienia, że pochwała dobrych intencji, bez zasługi dobrych uczynków, nie będzie wielce skuteczna do wywołania największych aklamacji świata czy nawet najwyższego stopnia samozadowolenia”... Trafne to rozumowanie, intuicyjnie zresztą podzielane przez miliony ludzi, nie będących filozofami, ma długą i chlubną tradycję w kulturze europejskiej, a być może, jest też jednym ze źródeł rozkwitu cywilizacji naukowo - technicznej w kręgu kultury łacińskiej czyli zachodnioeuropejskiej i północno-amerykańskiej, gdzie kult pracy, w tym pracy naukowej, należy po prostu do szeregu rzeczy zrozumiałych same przez się. Porównajmy, by o tym się przekonać, powyższą wypowiedź XVIII-wiecznego myśliciela szkockiego ze słowami filozofa rzymskiego sprzed 2200 lat:
„Choćby ktoś był jak najlepiej urodzony i wychowany, wolałby zupełnie wyrzec się życia niźli przy braku jakichkolwiek zajęć używać najwyszukańszych rozkoszy. I tak jedni chcą raczej zajmować się jakimiś prywatnymi sprawami, a drudzy, mający wznioślejsze dusze, poświęcają się sprawom publicznym gwoli zdobycia godności i wysokich urzędów lub całkowicie oddają się uprawianiu nauk. Przy tego rodzaju życiu bardzo dalecy są od gonienia za rozkoszami, a nawet znoszą troski, niepokoje i bezsenność, wykorzystując najlepszy pierwiastek w człowieku, który uważać winniśmy za coś boskiego, to jest bystrość rozumu i myśli, i ani nie szukając przyjemności, ani nie unikając trudu. Wcale nie zaprzestają przy tym podziwiać tego wszystkiego, co osiągnęli dawniejsi filozofowie, ani też badać rzeczy nowych. A że nigdy nie mają dosyć tej pracy naukowej, przeto zapomniawszy o wszystkich innych sprawach, nie myślą o niczym niskim, o niczym małostkowym. Oddziaływanie zaś tego rodzaju zajęć jest tak silne, że nawet ci, którzy przyjęli co innego za dobro najwyższe, upatrując je w korzyści albo rozkoszy, mimo wszystko życie swoje strawili na badaniu rozmaitych rzeczy i wyjaśnianiu ich istoty” (Cyceron, O najwyższym dobru i złu).
Działalność naukowa stanowi jedną z najbardziej fascynujących odmian aktywności ludzkiej jako takiej.
Amerykański socjolog Pitirim Sorokin pisał w Socjologii, że „człowieka, jako organizm posiadający rozwinięty system nerwowy, cechuje potrzeba działalności umysłowej i intelektualnego obcowania ze współludźmi. Dobrze czy źle ludzie myślą, to już inne zagadnienie, lecz nie budzi wątpliwości jedno: człowiek myśli i chce myśleć. Każda jednostka odczuwa głód intelektualny. Aby go zaspokoić człowiek tworzy mnóstwo teorii; niekiedy bzdurnych, absurdalnych, naiwnych, częściej - teorii precyzyjnych, naukowych. Ktoś zaspokaja głód duchowy za pomocą zabobonów, wiary w czarta, duchy, bóstwa, inny - za pośrednictwem teorii Darwina czy Spencera. Dzięki tej właśnie potrzebie dzieje duchowego rozwoju ludzkości doprowadziły nie tylko do powstania i rozwoju nauk, lecz i mnóstwa zabobonów oraz dziwacznych wyobrażeń”... Tak czy inaczej, to przecież proces wewnętrznego dojrzewania osób i zbiorowości ludzkich nie jest czym innym, jak procesem możliwie największego poszerzania pola świadomości przez stopniową integrację treści nieświadomych, przez ogarnianie jasnym i rozumnym poznaniem coraz większych przestrzeni wewnętrznych (duchowych) i zewnętrznych (materialnych). Dzięki temu samo życie ludzkie staje się coraz to rozumniejsze i godniejsze. Powoli ale pewnie - „Langsam aber sicher” - jak to ujmuje niemieckie przysłowie. Zaiste ma rację filozof, gdy powiada: „Za każdą cenę trzeba być jasnym, rozsądnym, trzeźwym: wszelka uległość względem instynktu, względem Nieświadomego prowadzi do zguby” (Fr. Nietzsche, Zmierzch bożyszcz).
Życie ludzi i życie ludzkości nie jest niczym innym, jak tylko procesem ciągłej pracy nad sobą i nad przeobrażaniem świata w kierunku coraz głębszego jego uczłowieczenia, humanizacji. Nauka i naukowcy odgrywają w tym procesie rolę kluczową.


*         *         *


Pracowitość A. Czekanowskiego z całą pewnością była nadmierna. Wiele godzin musiał poświęcać zajęciom zarobkowym, a następnie - do głębokiej nocy, przez szereg godzin - ślęczał nad książkami, wypisami, mapami, tablicami, wykresami. Aby czynić szybsze postępy, ograniczył sen do pięciu godzin na dobę, co nie mogło nie odbić się później na stanie jego zdrowia fizycznego i psychicznego. Co prawda, niektórzy wybitni ludzie przyuczali swój mózg do względnie krótkiego snu, by więcej czasu pozostawało na twórczość i aktywność społeczną. Goethe, Schiller, Humboldt, Napoleon, Mirabeau, Biechtieriew spali nie więcej niż pięć godzin, a Edison 2 - 3 godziny na dobę. Jednak są to raczej wyjątki. Kto przez dłuższy czas nie śpi, naraża się na szybkie przemęczenie, osłabienie zdolności umysłowych, zahamowanie procesów psychicznych, nadwerężenie energii życiowej organizmu. Po 30 - 60 godzinach czuwania naruszeniu ulega percepcja przestrzeni, przedmioty są jakby we mgle i mają zdeformowane kształty, podłoga wydaje się pofałdowana. Po 200 godzinach bez snu zaczyna się stan zbliżony do psychozy. W Chinach starożytnych kara pozbawienia snu uchodziła za jedną z najokropniejszych. W przepisie prawnym z II wieku p.n.e. mówiono o karze dla tych, którzy wykazali bezbożnictwo: „Fleciści, dobosze, krzykacze muszą bez przerwy grać przed winowajcą dniem i nocą, zanim nie padnie martwy”.
Wszelako natura zna interesujące wyjątki w tej sferze. Szwed Olaf Erikson w 1919 roku przeżył ciężką formę grypy. Wyzdrowiał, co prawda, ale w ciągu kolejnych 46 lat ani razu nie zasnął. Niemiec Werner Klein w wieku 34 lat stał się mimowolnym świadkiem sadystycznego mordu, nie mógł zasnąć przez 15 następnych lat. Na innym biegunie znajdują się przypadki patologicznie długiego snu. Norweżka Augusta Langard spała od 1919 do 1941 roku, za ten czas twarz jej zupełnie nie uległa zmianie, po obudzeniu się jednak zaczęła się szybko starzeć i po pięciu latach zmarła. Szwedka Karolina Karlsson przespała 32 lata 99 dni, a po obudzeniu się przeżyła jeszcze 42 lata.
Normalny sen pozwalający na regenerację systemu nerwowego i osiągnięcie równowagi informacyjnej powinien trwać 6 - 8 godzin. Jeśli jest inaczej, można się spodziewać rzeczy najgorszych, o czym , niestety, miał po czasie przekonać się i nasz wybitny uczony. Ale to stało się później...
Na razie zaś młody człowiek, powodowany wszędobylskim usposobieniem, włączył się ze zrozumiałych względów do polskiej konspiracji patriotycznej. Nie na długo zresztą, ale tego starczyło, by trafić w bardziej niż poważne tarapaty.
Za udział w ruchu patriotycznym skazano w 1864 roku Czekanowskiego na 6 lat katorgi. Po drodze do Irkucka omal nie postradał życia; udręczony i wycieńczony tysiące kilometrów liczącą podróżą zapadł w Tomsku na tyfus, gdzie chorował przez szereg miesięcy i gdzie mu śmierć wielokroć zajrzała w oczy.
Po względnym wyzdrowieniu rusza w dalszą drogę. Po przybyciu do guberni irkuckiej otrzymuje wiadomość, że katorgę zastąpiono przymusowym osiedleniem. Jest więc prawie wolny, ale też pozbawiony wiktu państwowego. Znajduje się w zupełnej nędzy, a jako intelektualista i człek o wysokim poziomie umysłowym, wykazuje daleko posunięty brak praktycyzmu. Ten polski szlachcic na życie zarabia wynajmując się dorywczo u chłopów syberyjskich w charakterze parobka do prac fizycznych.
Od pierwszych tygodni pobytu na ziemi syberyjskiej Czekanowski prowadzi obserwacje i zapiski naukowe, utrzymuje też korespondencję z F. Schmidtem, estońskim paleontologiem, z którym się zaprzyjaźnił w okresie dorpackim. Zacny ten człowiek z całego serca współczuł cierpieniom młodego Polaka i raz po raz interweniował w Rosyjskim Towarzystwie Geograficznym, by zechciało zlecić jakiekolwiek prace badawcze znajdującemu się na zesłaniu Czekanowskiemu. Aż Towarzystwo się wreszcie zgodziło i zleciło Polakowi prowadzenie badań geologicznych w rejonie Bajkału oraz w guberni irkuckiej. Jak pisze jednak Zygmunt Librowicz w swej książce Polacy w Syberii:
„Zanim nadeszła doba wielkich naukowych wypraw Czekanowskiego (1873 - 1876), odbywał on mniejsze podróże w celu badań geologicznych w obrębie guberni irkuckiej, zwiedził pasmo gór Onotu i był na wyspie jeziora Bajkał, Olchonie...
Odtąd fortuna powołuje go na swego oblubieńca. Towarzystwo Geograficzne Rosyjskie, Wydział Syberyjski Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, Petersburska Akademia Nauk to kolejno, to razem szły z sobą na wyścigi, by dostarczyć mu środków dla odbycia wielkich naukowych wypraw, które stanowczo zmienić miały dotychczasowe kontury mapy północnej Azji”...
Już w roku 1870 Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne przyznaje mu za wyniki badań geologicznych złoty medal. Wielką zasługą naukową Czekanowskiego w tym okresie jest m. in. ustalenie jurajskiego wieku syberyjskiej formacji węglowej, uważanej przed tym za karbońską. Początkowo prowadził badania do spółki z Dybowskim, Jankowskim, Godlewskim; następnie - na własną rękę.
W późniejszym czasie profesor Benedykt Dybowski z żalem wspominał: „Czekanowski Aleksander usunął się ze spółki z nami, zbierał dla Akademii w Petersburgu, często zapadał na zdrowiu, wcześnie został wysłany z Darasunia na osiedlenie, jesienią 1866 roku. Z Irkucka dostał się do Padunia, tam wycierpiał męki piekielne. Wybawił go stamtąd akademik Fryderyk Bohdanowicz Schmidt. Pozwolono mu przebywać w Irkucku, dano zajęcie w Muzeum Przyrodniczym Towarzystwa Geograficznego Wschodniej Syberii. Generał Kukiel, prezes rzeczonego Towarzystwa, wyrobił mu środki dla badań geologicznych. Na nieszczęście koledzy dorpaccy Neumann, Mueller, Maydel, Helmersen, bawiący wówczas w Irkucku, nałogowi alkoholicy, wciągnęli Aleksandra do swego towarzystwa „biboszów” (Edeltrinker)”...
W latach 1873 - 1875 Czekanowski organizuje trzy wyprawy wzdłuż rzek Jana, Jenisej, Lena, Niżnia Tunguska, Olenok. Trasa ogólna tych ekspedycji wyniosła dziesiątki tysięcy kilometrów. W ich trakcie nasz badacz wykonał liczne dokładne mapy badanych terenów, zgromadził bogate zbiory botaniczne, zoologiczne, paleontologiczne, geologiczne, ichtiologiczne. Plonem teoretycznym tych wypraw stało się ponad 20 ogłoszonych tekstów naukowych, z których każdy stanowił istotny wkład do odnośnej tematyki w sferze nauk o florze, faunie, dziejach geologicznych ziemi syberyjskiej.
Trzeba zaznaczyć, że, mimo pomocy instytucji naukowych Rosji, Czekanowski organizował swe wyprawy przede wszystkim własnym „pomysłem i przemysłem”. Pod względem charakteru był to człowiek dużego formatu. Tadeusz Turkowski tak go przedstawia: „Był Czekanowski postacią krzepką, od której biła energia, przejawiająca się w zdolności do wytężonej pracy i wytrzymałości na najcięższe próby, jakich nie szczędziło mu życie. Imponował nie tylko zdolnościami, ale, jak Słowacki, pewnym zakrojem arystokratycznym, wytwornością, fantazją. Jego niebieskie oczy znakomicie malowały przejścia od niefrasobliwego humoru do skupienia i uwagi. Spostrzegawczość i pamięć miał niepospolitą”...
Tacy wspaniali ludzie często dobrowolnie poświęcają się ofiarnej służbie społecznej.
Służba geologiczna Rosji nie należała do bogatych. Do Komitetu Geologicznego wchodziły tylko 22 osoby, a jego roczny budżet wynosił mniej niż 75 tysięcy rubli. Przypomnijmy dla porównania, że w końcu XIX wieku odnośne organizacje geologiczne w innych krajach miały roczny fundusz: USA - równowartość 200 tys. rubli, Indie - 210 tys., Kanada - 250 tys., Prusy - ponad 290 tys. rubli; nawet Anglia (bez kolonii) - prawie 170 tys. rubli. Na jeden kilometr kwadratowy Prusy wydawały rocznie na badania geologiczne 90 kop., Anglia - 58 kop., USA - 10 kop., Indie - 4,5 kop., Kanada - 3 kop., Rosja - 1,5 kop. (i to bez Syberii i Dalekiego Wschodu).
Petersburg zdawał sobie więc sprawę jak wielkie jest poświęcenie A. Czekanowskiego, który potrafił przy tak mizernych środkach, będących do jego dyspozycji, dokonać tylu wartościowych odkryć, mających doniosłe znaczenie naukowe i gospodarcze.
Tadeusz Turkowski obliczył, że w trakcie wszystkich swych wypraw Czekanowski przemierzył z towarzyszami (tymi byli wyłącznie polscy zesłańcy, jedyni ludzie, na których można było w tym kraju polegać) ponad 25 tysięcy kilometrów. Warunki zaś tych akcji były takie, że niektórzy podróżni umierali lub odchodzili od zmysłów. Czekanowski przetrwał bohatersko wszystko.
Jednocześnie w obejściu osobistym, w stosunkach prywatnych ten twardy i uparty Polak ujmował każdego wytwornością, uprzejmością, dystynkcją, lecz przede wszystkim - nieskalaną prawością, w Rosji prawie nie spotykaną.
Po dwunastoletnim zesłaniu, w roku 1875, uzyskuje Aleksander Czekanowski zezwolenie na opuszczenie Syberii i osiedlenie się w centralnych guberniach Cesarstwa. Był to, oczywiście, gest uznania ze strony władz rosyjskich pod adresem uczonego - zesłańca i swego rodzaju nagroda za jego spektakularne wyczyny naukowe, pamiętać bowiem trzeba, że wyprawy Czekanowskiego były w ówczesnych warunkach ogromnie trudne i ryzykowne, związane z realnym zagrożeniem zdrowia i życia. Zdecydować się na nie i pomyślnie uskutecznić mógł tylko człowiek wielkiej odwagi, silny duchem i ciałem, zawzięty, wytrzymały i inteligentny.
Z żalem żegna Czekanowski ten surowy, lecz w swoisty sposób piękny kraj oraz wielu bliskich przyjaciół. Udaje się do stolicy Imperium.
Gustaw Manteuffel pisze: „W Petersburgu powitano Czekanowskiego z wielkim uznaniem i z podziwem słuchano jego przemówienia na posiedzeniu uroczystem Towarzystwa Geograficznego. Akademia Nauk nabyła jego zbiory olbrzymie. Było w nich flory syberyjskiej okazów 8.000, skamieniałości i minerałów 10.000, kolekcja zaś entomologiczna liczyła ich aż 20.000”: W celach naukowych odbywa Polak krótką podróż do stolicy Szwecji, planuje odwiedzenie ojczystego Krzemieńca. Otrzymuje od Międzynarodowego Kongresu Geograficznego złoty medal za sporządzenie map wschodniej Syberii.
Mimo uznania i sławy zapadł Czekanowski na tzw. czarną melancholię, będącą prawdopodobnie skutkiem zarówno chronicznego przemęczenia, jak i działania alkoholu. Był nawiedzany przez dręczące stany pesymizmu, rozpaczy, zniechęcenia do życia, które stawały się coraz trudniejsze do zniesienia. Jak wiadomo, „przyczyną naszego bólu podobnie jak naszej radości nie jest przeważnie realna teraźniejszość, lecz są nią tylko abstrakcyjne myśli; one właśnie są dla nas często nieznośne, sprawiają mękę, wobec której znikome są wszystkie cierpienia zwierząt, ponieważ w obliczu tych myśli nieraz nie doznajemy nawet własnego bólu fizycznego, co więcej, przy bardzo gwałtownych cierpieniach psychicznych sami sobie zadajemy cierpienie fizyczne po to tylko, by odwrócić uwagę od tamtych i skierować ku tym; dlatego w największym cierpieniu duchowym człowiek wyrywa sobie włosy, bije się w piersi, rozdrapuje twarz, tarza się po ziemi, a są to właściwie wszystko tylko silne środki dla odwrócenia uwagi od myśli dla nas nieznośnych. Właśnie dlatego, że ból duchowy jako znacznie silniejszy odbiera wrażliwość na ból fizyczny, łatwo o samobójstwo człowiekowi zrozpaczonemu lub pożeranemu chorobliwym zniechęceniem, nawet jeśli wcześniej drżał na myśl o nim, gdy był zadowolony. Podobnie troska i namiętność, a więc gra myśli, niszczą ciało częściej i bardziej niż dolegliwości fizyczne” (Arthur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie).
W czasie jednego z ataków melancholii Czekanowski postanowił odebrać sobie życie przez otrucie się, który to fatalny pomysł, niestety, nie zawahał się uskutecznić 30 października 1876 roku.
Z życia odszedł. Imię jego jednak na zawsze zostało wpisane do annałów nauki nie tylko rosyjskiej, ale i światowej. Jego nazwisko nosi kilka rodzajów i kilkanaście gatunków skamieniałości roślinnych i zwierzęcych (np. Czekanowskia Heer, kopalna roślina iglasta z rodziny cisowatych), jak też cztery gatunki roślin współczesnych. Imię Czekanowskiego nosi też wspomniane powyżej ogromne pasmo górskie (długość ponad 300 km) między Olenokiem a Leną oraz jeden ze szczytów łańcucha Chamar-Doban nad Bajkałem, jak też kilkanaście pomniejszych obiektów geograficznych.
B. Dybowski napisał o swym przyjacielu we wspomnieniu pozgonnym: „Sława jego imienia opromienia blaskiem męczeńskim cierniową koronę narodu, z łona którego wyszedł”...



 Jan Czerski





Czterokrotnie otrzymywał złote medale od Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, a imieniem jego nazwano: łańcuch górski w okręgu zabajkalskim, pasmo w Jakucji północnej nad górnym biegiem Kołymy, dolinę rzeki Kandat, szczyt górski na północno-zachodnim brzegu Bajkału, kilka gatunków flory i fauny zarówno żywej, jak i kopalnej, w tym: Osteolepis Tscherskii (gatunek ryby kopalnej z terenu Syberii), Polyptchites Tscherskii (gatunek amonitów we Wschodniej Syberii). Droga do tych osiągnięć jednak prowadziła trudna, zawiła, wymagająca poświęcenia i wielu wyrzeczeń...
                                                             ***
Jan Czerski, syn Dominika, przyszedł na świat w rodowych dobrach Swolna na Witebszczyźnie 15 maja 1845 roku. Należał do jednego ze wschodnich odgałęzień znanej polskiej rodziny, zamieszkałej też na Wileńszczyźnie i Żmudzi. Ród w różnych swych odgałęzieniach używał herbu Bończa, Ogończyk i Rawicz (por. M. Paszkiewicz, J. Kulczyński, Herby rodów polskich. Londyn 1990, s. 412). Bartosz Paprocki w swym Herbarzu o Czerskich Ogończykach zaznaczał: „Dom Czerskich na dobrzyńskiej ziemi starodawny i znaczny, z których wieku mojego Walenty wiele a pożytecznie służył Rzeczypospolitej, na sejmy z onego powiatu w poselstwie jeżdżał i o wolność Rzeczypospolitej wiele się zastawiał, jako prawdziwy miłośnik ojczyzny”.
P. Małachowski mówi o dwóch rodzinach Czerskich, herbu Ogończyk i herbu Rawicz.
Nazwisko wzięli od miejscowości Czerska, jakiego jednak, trudno ustalić. Wykaz urzędowych nazw miejscowości w Polsce (t. 1, s. 282, Warszawa 1980) podaje informację o miejscowościach Czersk (6) w woj. bydgoskim, warszawskim, radomskim i koszalińskim; Czerskie w chełmskim i Czersko w bydgoskim i piotrkowskim.
K. Niesiecki podaje, że Czerscy, herbu Ogończyk, znani byli od XVI wieku w ziemi Dobrzyńskiej i w Prusiech. Nazwisko wzięli od m. Czerska nad Wisłą. Legenda głosi, że gdy pewnego razu Stefan Batory dość zgryźliwie wypowiedział się o wolnościach szlacheckich w Polsce, Walenty Czerski nie zawahał się ostro wystąpić w ich obronie i zaatakować króla. Na co ów odparł: „Quis ibi canis latrat contra nos” - co w wolnym tłumaczeniu można przekazać jako: „Czego szczekasz jako pies na nas?”. Na co Czerski, swoją koleją: „Prawda, na tych Mości Królu, którzy jako wilcy na wolność naszą nachodzą” (Aluzja do „Wilczych Zębów”- herbu rodowego Batorych).
Najbardziej rozgałęzieni byli Czerscy w Polsce Środkowej oraz w Nowogródzkiem i Mińskiem, dokąd przesiedlili się bądź to na skutek zawieranych małżeństw, bądź to pełniąc te czy inne urzędy. Mieli też swe posiadłości w powiecie wiłkomierskim na pograniczu Wileńszczyzny i Żmudzi (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 6, nr 7). Tutaj pieczętowali się godłem Rawicz. Jedno ze źródeł heraldycznych podaje: „Czerscy herbu Rawicz. Ta Familia, produkując dekret Województwa czyli Prowincji Połockiej wywodowy imiennikom i bliskim krewnym swoim (dany), przy jurysdycznych tejże prowincji atestatach w szlachectwie z imiennikami porównaną została (...). Rodzina ta ma być gałęzią Czerńskich z Sandomierskiego” (Herbarz Inflant Polskich z roku 1778, wyd. A. Heymowski, Buenos Aires - Paryż, 1964, s. 22).
Piotr Czerski z Czyczowa figuruje w księgach ziemskich chełmskich w 1510 roku jako świadek w jednej ze spraw majątkowych. Sebastian Czersky, starosta chełmski, wymieniany jest w tychże aktach w roku 1571 i 1577. Kolejny „generosus et nobilis Petrus Czerski” w tejże roli świadka sądowego wspomniany jest w roku 1581. Zapisy te świadczą, że Czerscy uchodzili w Chełmie za ludzi zacnych i wiarygodnych (Akty otnosiaszczijesia k istorii Jużnoj i Zapadnoj Rossii, t. 19, s. 21, 155, 178, 195, 270, 271, 309, 317).
Około roku 1571 Szczęsny Czerski herbu własnego był sekretarzem króla polskiego (W. Wittyg, Nieznana szlachta polska i jej herby, Kraków 1908, s. 69).
Zachowała się wzmianka o „zacnym człowieku”, niejakim panu Czerskim, do którego pisywał listy (ok. 1584) hrabia Jan Zamoyski (Akty otnosiaszczijesia k istorii Jużnoj i Zapadnoj Rossii, t. 3, s. 293).
”Felicis Czerski de Czersk judicis” figuruje jako świadek przy złożeniu przez Jana Zamoyskiego przysięgi na urząd starosty krakowskiego 29.XII.1582 r. (tamże, s. 480).
Tenże Felix Czerski, judex Terrae Cracoviensis, w 1587 roku podpisał akt Konfederacji Warszawskiej (Volumina Legum, t. 2, s. 226).
I znowuż Felix Czerski, judex terrestris Cracoviensis, podpisał 9 maja 1587 roku uchwałę rad i rycerstwa województwa Krakowskiego na okazowaniu pod Proszowicami (Akta Sejmikowe Województwa Krakowskiego, wyd. St. Kutrzeba, t. 1, s. 129, Kraków 1932).
Ponownie imię „Faelice Czerski Cracoviensi” znajdujemy w przywileju króla Zygmunta III z 15 stycznia 1588 roku (Prawa, przywileje i statuta miasta Krakowa, t. 2, s. 4, Kraków 1890).
Jan Czerski, starosta bobrowski, w 1627 roku był poborcą podatków Ziemi Dobrzyńskiej (Volumina Legum, t. 3, s. 262). Onże został w 1633 roku deputatem Trybunału Głównego Koronnego (tamże, s. 377).
Od Ziemi Dobrzyńskiej w 1648 roku elekcję króla Jana Kazimierza podpisał Olbrycht na Czarnym Czerski, kasztelan chełmiński (Volumina Legum, t. 4, s. 105). Olbrycht i Franciszek Czerscy wspominani są przez uchwały sejmików Ziemi Dobrzyńskiej w latach 1659 i 1662.
Stanisław Czerski ok. 1669 był rotmistrzem województwa sandomierskiego (Akta Sejmikowe Województwa Krakowskiego, t. 3, s. 235, 474).
W jednym z dokumentów dyplomacji moskiewskiej z 1673 roku figuruje Aleksander Czerski, starosta miasta Babicze, jako człowiek zapoznany z planami agresji tureckiej na Polskę (AJuZR, t. 9, s. 281).
Hiacynt Kanty Czerski oraz Jan Kazimierz Czerski z Olszan, posłowie Ziemi Gostyńskiej, w 1674 roku podpisali elekcję króla Jana III. Sobieskiego w Warszawie (Volumina Legum, t. 5, s. 161).
W roku 1716 występuje w zapisach archiwalnych ksiądz Hieronim Czerski, rektor kolegium jezuickiego we Mścisławiu (Istoriko-juridiczeskije matieriały, t. 30, s. 80).
Antoni Czerski w marcu 1733 roku podpisał akt konfederacji szlachty województwa ruskiego.
Drzewo genealogiczne Czerskich herbu Rawicz, zatwierdzone w Mińsku w 1802 roku podaje opis czterech pokoleń tego rodu, od wziętego za protoplastę Stanisława Konstantego Czerskiego i jego synów Krzysztofa, Michała, Jerzego zaczynając (Archiwum Narodowe Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 29, s. 81).
W 1802 roku Bartłomiej Czerski ukończył z wyróżnieniem Uniwersytet Wileński (Dział rękopisów Biblioteki UW, F-2, KC-114c, s. 51). Andrzej Czerski w 1819 roku był proboszczem trockim (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1151, s. 4).
Ks. Stanisław Czerski, nauczyciel języków łacińskiego i greckiego w gimnazjum wileńskim, figuruje na „Liście osób nauczycielskich w szkołach Wydziału Naukowego Wileńskiego na rok szkolny 1822/23” (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 26, s. 15).


*         *         *


Gimnazjum ukończył Jan Czerski w Wilnie, następnie zaś podjął studia w tutejszym Instytucie Szlacheckim. Był pilnym i zdolnym studentem, rokującym dobre widoki na przyszłość. Ale...
W ostatnim roku studiów, gdy wyraziście już się rysowała przed 18-letnim młodzieńcem perspektywa spokojnego, dostatniego życia w charakterze gospodarza majątku rodzinnego, wybuchło powstanie antycarskie. Widocznie mało nęciło młodziana życie w zaciszu wiejskim - a może w ogóle odpychało - w każdym bądź razie nie zawahał się zdecydowanie porzucić wszystkiego co miał i co mógł mieć, i - zaciągnął się do szeregów powstańczych. Należał do tych pięciu procent ówczesnej męskiej populacji Polaków, które wzięły udział w „zrywie narodowym”. Nie wiemy, czy zdążył choć raz oddać strzał w kierunku nieprzyjaciela, wiemy jednak, że wkrótce ciężko zachorował i został schwytany przez Rosjan, oddany pod sąd i wcielony jako szeregowiec do cieszącego się smutną sławą 1-go Zachodnio-Syberyjskiego batalionu liniowego w Omsku. Wiemy, że carat nie patyczkował się z insurgentami polskimi. Znane jest wypowiedziane podczas trwania Powstania Styczniowego, zdanie cara Mikołaja I: „Dzielę Polaków na dwie kategorie: jedni mi służą, drudzy walczą ze mną. Pierwszymi gardzę, drugich nienawidzę”... Znana to prawda, że tyrani chociaż chętnie korzystają z usług zdrajców, to jednak zawsze też nimi się brzydzą, podobnie jak się boją bojowników o wolność. Polacy w XIX wieku dostarczyli władzom rosyjskim w nadmiarze zarówno okazów jednego, jak i drugiego, gatunku.
Doświadczenie historyczno-polityczne wskazuje, że ludzie pragną być wolnymi, jeśli tylko nie poddali się apatii i rozpaczy, ci zaś, którzy są wolni, nigdy nie pragną zrzec się swojej wolności. Chociaż ludzie mogą uskarżać się na ciężary wolności i kultury, nade wszystko pragną sami określać, jak mają żyć, i sami decydować o swoich sprawach. Ludzie instynktownie rozumieją, że instytucje wolnościowe są potrzebne do rozwinięcia tkwiących w nich zdolności i możliwości, do pobudzenia natur silnych i energicznych. Na tym właśnie polegało główne przeciwieństwo między narodem polskim a państwem rosyjskim, że pierwszy był do końca oddany ideałom wolności i godności człowieka, drugie - budowało swą potęgę na zniewoleniu i upodleniu ludzi.
Akty woli zmieniają zachowania człowieka a poprzez nie i cały bieg życia społecznego. „Naród, który w ciągu długich dziesięcioleci i stuleci tresowano w kierunku niewolnictwa, naród, któremu systematycznie zaszczepiano nawyki uległości, bezwzględnego wykonywania woli przełożonych, naród, w którym uduszono osobistą inicjatywę, swobodne poczynania, tendencje do samorządności - taki naród po latach takiej tresury będzie narodem niewolników. Nie rychło mu się uda uwolnić od ciążącej spuścizny, zaszczepionej mu aktami woli władzy. Nawet po zrzuceniu jednej władzy on nie stanie się wolny, a tylko zmieni kij, którym go okładano.
Kij pozostanie, zwierzchnictwo pozostanie, pozostanie i nieumiejętność życia bez zwierzchnictwa: zmienią się tylko twarze i nazwy. Był on poddańczym prostakiem, poddańczym prostakiem i pozostanie. Potrzeba wielu lat, by pozbyć się tych przyzwyczajeń i zaszczepić sobie przyzwyczajenia nowe - swobodne. Taki naród będzie miał też odpowiadającą swemu charakterowi organizację. Zawsze tu będzie przepaść między rządzącymi i rządzonymi, bezlitosne okradanie drugich przez pierwszych, pogarda do woli większości, nieumiejętność budowania życia na zasadach wolnościowych itd. Zupełnie innym będzie urządzenie i życie narodu, któremu przez długi czas zaszczepiano inne zwyczaje - zwyczaje wolnego, samorządnego narodu. I życie, i ustrój - wszystko tu będzie inne. Taki naród potrafi żyć w wolności, potrafi walczyć o swe prawa; jemu trudno narzucić z zewnątrz pęta niewoli. Trudno wśród takiego narodu narzucić organizację poddańczą”. - Te słowa wybitnego socjologa XX wieku Pitirima Sorokina precyzyjnie trafiają w różnice psychosocjalne między społeczeństwem rosyjskim a polskim.
Niewątpliwie miało też miejsce fundamentalne psychologiczne i obyczajowe przeciwieństwo narodu rosyjskiego i polskiego, ich zupełna moralna i kulturowa niekomplementarność, odnotowywana zresztą wielokrotnie przez neutralnych badaczy - etnografów. Tak wybitny amerykański socjolog William Graham Sumner w dziele Folkways (1906), następującym przykładem ilustruje to przeciwieństwo: „Szeroko rozpowszechnionym zwyczajem na terenach Wielkiej Rusi i przyległych do niej terenach słowiańskich aż do dziewiętnastego wieku było żenienie syna będącego jeszcze chłopcem z panną na wydaniu, która następnie stawała się konkubiną ojca chłopca. Kiedy syn dorósł, jego żona była dojrzałą już kobietą i matką kilkorga dzieci. Syn robił wówczas to, co zrobił uprzednio jego ojciec. (...) Od 1623 roku w Polsce kara śmierci czekała mężczyznę, który w ten sposób postąpił ze swoją synową”...
Przykłady podobnego diametralnego przeciwieństwa rosyjskiego a polskiego stereotypu zachowań etnicznych w postępowaniu, czuciu, myśleniu można ciągnąć w nieskończoność. Były to po prostu dwa różne światy, dwie odrębne cywilizacje: bizantyńska i łacińska. Dlatego Polacy, którzy trafiali do Rosji, albo musieli zupełnie się wyzbywać swych narodowych cech i orientacji aksjologicznych, albo do końca czuli się tam krańcowo wyobcowani i byli traktowani z nieukrywaną wrogością. Widać to jaskrawie także w losach Jana Czerskiego.
Przez sześć długich lat uprawiał młodzian żołnierkę w karnym batalionie syberyjskim, nieludzko szykanowany i szczuty, aż organizm jego został całkowicie wyniszczony, a system nerwowy doznał ciężkiego rozstroju. „Moskwa łzom nie wierzy” - jak wiadomo. Na wpół żywy zwolniony został „polski przestępca” w 1869 roku z wojska, by w ciągu kolejnych dwu lat mieszkać, przymierając głodem, w chłodzie i niedostatku, w Omsku. Utrzymywał się przy życiu dzięki udzielaniu prywatnych korepetycji, czyli, że prowadził żywot typowy dla ogromnej większości młodych talentów i geniuszów w ogóle, a zesłańców polskich w szczególności.
Gdy Benedykt Dybowski spotkał Czerskiego na Syberii, ten drugi przedstawiał sobą widok raczej smutny: „Ubranie Czerskiego stanowił kożuch barani czarno-barwny, na nogach wojłaki; innego odzienia nie posiadał i żadnych środków pieniężnych nie miał, ażeby je sporządzić; mieszkanie i utrzymanie uzyskał za naukę dzieci gospodarza, u którego zamieszkał (...). Odwiedziłem Czerskiego w jego mieszkaniu, wymogłem na nim, że się zgodził przyjąć z rąk naszych pewną kwotę pieniężną na odzienie i bieliznę, podarowałem mu futro baranie. Przystał na moją propozycję, by czasowo zamieszkał w moim pokoju u Wohla. Mołczanow podjął się za tanie pieniądze, jakie dostarczałem, dawać mu obiady i wieczerze. Herbatę miał u Henryka. Pościel konieczną ofiarowała jedna z naszych pań, odjeżdżająca do kraju. W taki sposób załatwioną została nagląca sprawa dania możności Czerskiemu do pracy naukowej, do której rwał się tak gwałtownie”.
Było to szczęśliwe zrządzenie losu, że Dybowski przypadkowo natknął się na dogorywającego na obczyźnie pana Jana. Rosjanie mu nie pomagali, gdyż nic ich nie obchodził zrujnowany polski zesłaniec. Bogaci Polacy, których zresztą pełno było na Syberii, spoglądali bodaj na tego „nieudacznika” z Warszawy nawet z poczuciem sytej wyższości i złośliwej radości: „sam sobie winien”. Iluż to takich utalentowanych polskich młodzieńców i szlachetnych powstańczych mężów poumierało na Syberii pod akompaniament nie tylko moskiewskiego bicza, ale i szyderczego chichotu „dobrych Polaków”...
Bogu dzięki, że przynajmniej temu kresowiakowi podał rękę inny kresowiak; czego skutkiem było zabłyśnięcie na firmamencie nauki europejskiej jeszcze jednego imienia polskiego.
W ciągu wielu lat pobytu na Syberii, w najokropniejszych, trudnych wręcz do opisania warunkach Czerski konsekwentnie i niezmordowanie pracował nad zwiększeniem posiadanej przez się wiedzy w zakresie nauk przyrodniczych, aż w końcu osiągnął w tym względzie taki poziom, który umożliwiał mu podjęcie samodzielnych badań naukowych. Oczywiście, obszerna i głęboka wiedza ogólna uzyskana przed laty w wileńskim gimnazjum i instytucie szlacheckim, stanowiła dogodny punkt wyjściowy do dalszego samokształcenia, a zajęcia naukowe były swego rodzaju azylem psychologicznym w obliczu nieludzkiego świata Rosji.
W 1871 roku uzyskał nasz rodak wreszcie zezwolenie na zamieszkanie w Irkucku, gdzie został (dzięki pomocy m. in. B. Dybowskiego i A. P. Czekanowskiego) kustoszem zbiorów przyrodniczych syberyjskiego oddziału Muzeum Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Wypada, być może, w tym miejscu zaznaczyć, że naukowe instytucje Rosji carskiej bardzo chętnie korzystały z usług polskich zesłańców na Syberii, mimo niechętnego temu nastawienia władz politycznych i policyjnych. Rosja w XIX wieku cierpiała na chroniczny niedobór kadry naukowej. W XIX wieku uniwersytety działały w następujących miastach tego państwa: Moskwa (od 1755), Dorpat (1802), Kazań (1804), Charków (1805), Petersburg (1819), Kijów (1833), Odessa (1865), Warszawa (1867), Tomsk (1888). Stanowczo za mało, jak na tak duży kraj. Jakże więc było nie skorzystać z usług młodych Polaków, często wybitnie inteligentnych, rozgarniętych, obdarzonych nadprzeciętną energią, siłą woli i odwagą (bo tylko tacy brali udział w powstaniach) - setkami zsyłanych na Syberię przez reżim carski? - Korzystano. A jednym z nich był Jan Czerski.
Mieszkając w Irkucku od 1871 do 1885 roku młody uczony przeprowadził z pomocą innych zesłańców szereg wypraw badawczych na terenach syberyjskich, w trakcie których zgromadził pokaźny bank informacji naukowej w postaci zapisków, map, wykresów, rysunków; jak też przebogate zbiory archeologiczne, etnograficzne, paleontologiczne, geologiczne, florystyczne i faunistyczne. Wynajmując w Irkucku prywatne mieszkanie J. Czerski zapoznał się i został nauczycielem jednej z dwóch córek gospodyni. Z biegiem czasu stosunki między nauczycielem a uczennicą nabrały odcienia przyjaźni, a później i miłości. Marfa została żoną Jana, jego wierną i bardzo zdolną pomocnicą w prowadzeniu badań naukowych.
W Irkucku Jan Czerski tworzył razem z innymi Polakami (B. Dybowski. W. Godlewski, A. Czekanowski) grupę wybitnych naukowców, najsłynniejszych badaczy przyrody syberyjskiej.
Na pierwszy rzut oka może wydać się czymś zaskakującym, że grupę tę tworzyły wyłącznie osoby polskiego pochodzenia. Fakt ten jednak wynikał z pewnych uwarunkowań psychologicznych. Zgodnie z teorią wybitnego socjologa włoskiego Vilfreda Pareta o dwóch podstawowych typach rezydiów (tendencji psychicznych): trwałości agregatów i kombinacji, wypadnie jednoznacznie stwierdzić, że pierwsze przeważają w charakterze Rosjan, drugie - Polaków. Polska właśnie dlatego straciła niepodległość, że Polacy mieli zbyt słabo rozwinięte rezydia trwałości agregatów, a zbyt silne - rezydia kombinacji; stąd ciągle się różnili między sobą, a instynkt solidarności narodowej przejawiał się z siłą tylko od czasu do czasu, w chwilach śmiertelnego zagrożenia.
Polacy są miłośnikami nowości, niezdolnymi do surowej dyscypliny. Łatwo ulegają chwilowym impulsom, nie troszcząc się zbytnio o przyszłość. Wiedzeni nieumiarkowanym pragnieniem zapominają o ważnych interesach zbiorowości. Nie przejmują się swoimi wodzami i przywódcami, z których żaden nie cieszył się długo dobrą sławą i posłuszeństwem poddanych. Nie wyciągają żadnych lekcji z przeszłości, są naiwni, łatwowierni, krótkowzroczni, a ich zręczność dotyczy tylko spraw drobnych, wpadają więc z łatwością w sieć własnych intryg, stając się łatwym łupem obcych.
„Jeśli instynkt kombinacji wyraża się w działaniach magicznych, zamiast w działaniach gospodarczych lub wojennych, to nie zda się on na nic; a jeśli rozprasza się on w salonowych intrygach, zamiast być stosowany w przedsięwzięciach politycznych, to przydaje się w niewielkim stopniu” (V. Pareto). Ale też ta właściwość warunkuje bardzo pozytywną tendencję do poznania naukowego, eksperymentu, wynalazku. „Korzystne jest, gdy u wodzów przeważa instynkt kombinacji, a u podwładnych instynkt trwałości agregatów”... - pisze Vilfredo Pareto. Wówczas bowiem innowacja pierwszych łączy się z jej właściwym wykorzystaniem przez drugich, stanowczych w swych postanowieniach. Stąd tak znakomitą rolę odegrali Polacy w Rosji jako organizatorzy przemysłu, dowódcy wojskowi, kierownicy wypraw naukowych, przywódcy duchowni. I dlatego tak wysoko byli i są cenieni w Rosji, o ile nie są zamieszani w knucie przeciwko niej spisków.
„Główną zaś użytecznością uczuć trwałości agregatów jest skuteczne opieranie się gwałtowności, namiętności i szkodliwym skłonnościom koncentrowania się na interesie jednostkowym; główną szkodą, jaką one wyrządzają jest to, że popychają do działań, które są logicznie z innymi zgodne, lecz szkodzą społeczeństwu. Aby uczucia te spełniały swą pierwszą konserwatywną funkcję, powinny być bardzo silne; kiedy ich siła znacznie słabnie, wtedy nie mogą się oprzeć silnym interesom i gorącym namiętnościom i wywołują jedynie skutki drugiego rodzaju, szkodliwe dla społeczeństwa” (V. Pareto).
Polacy wnosili do społeczności rosyjskiej ducha kultury i twórczości, szlachetnej obywatelskości i konstruktywnej pracy organicznej. Nie był wyjątkiem i Jan Czerski.
Wyniki swych prac naukowych zaczął publikować w roku 1872 i kontynuował to dzieło w ciągu kolejnych lat dwudziestu, co dało w sumie ponad sto artykułów, rozpraw i książek oryginalnych, jak też kilka tłumaczeń dzieł autorów obcych na język rosyjski.
Nie ulega żadnej wątpliwości, iż swe prace naukowe traktował Jan Czerski, jako najważniejszą drogę samorealizacji, a proces ten nadawał sens jego życiu i przysparzał wiele pięknych doznań o charakterze estetycznym. Tym bardziej, że na terenie Syberii zetknął się polski wygnaniec z szeregiem zadziwiających okazów świata roślinnego i zwierzęcego wartych poznania i naukowego opisu. Na przykład wśród wielu dziwów w jeziorze Bajkał żyje niezwykły ssak - foka bajkalska, zwana nerpą. W jaki sposób Phoca foertida baicalensis dotarła do tego oddalonego o tysiące kilometrów od Oceanu światowego zbiornika wodnego, dokładnie nie wiadomo. Jan Czerski uważał, że nerpa to potomek fok, które w epoce lodowcowej przedostały się Jenisejem i Angarą z nad Oceanu Lodowatego Północnego, ponieważ jest zbliżona do żyjącej tam foki obrączkowej. Z tą koncepcją konkuruje do dziś pogląd, iż nerpa jest rdzennym przedlodowcowym reliktem Bajkału. Dziś to zwierzę jest pod ochroną prawną, gdyż w ciągu XIX - XX wieku jego populacja uległa drastycznemu zmniejszeniu na skutek odstrzału; wygrzewające się na tafli lodowej w kwietniowo - majowych promieniach słońca nerpy stają się łatwym łupem myśliwych, którzy z jednego zwierzęcia długości półtora metra, ważącego około 130 kg, uzyskują 30 - 40 kg cennego tłuszczu i wspaniałe futro. Obecnie ogólna liczba tego rodzaju fok nie przekracza 20 tysięcy…
Prócz dokładnego opisu naukowego tego i szeregu dalszych gatunków zoologicznych Czerski przeprowadził wnikliwe badania nad okresem czwartorzędu, szczególnie zaś nad wykopaliskowymi ssakami z terenu Syberii, dochodząc w tym względzie do licznych nowatorskich ustaleń i odkryć. Dalsze jego wielkie osiągnięcie to zbadanie w latach 1877 - 1880 geologicznej struktury wybrzeży Bajkału i sporządzenie szczegółowej, zwartej i jednolitej mapy geologicznej tego regionu. Mapa ta, jak poświadczają specjaliści rosyjscy, dotychczas nie utraciła swej wartości i nadal pozostaje podstawą prac, prowadzonych w tym kierunku. Wykonał też Czerski pierwszy syntetyczny przekrój geologiczny przez Syberię, od Bajkału po Ural.
Jednym ze szczegółowych zainteresowań J. Czerskiego było działanie mechanizmu dziedziczenia genetycznego, opisał m. in. kilka przypadków potworności u niemowląt ludzkich i u zwierząt domowych. Publikował również interesujące teksty poświęcone opisowi odkrytych przez siebie stanowisk człowieka paleolitycznego. Opisał wiele gatunków świata roślinnego i zwierzęcego, nadając nieraz im nazwy odwołujące się do nazwisk wybitnych uczonych polskiego pochodzenia, z którymi łączyły go więzy współpracy i przyjaźni. Cały ten ogromny wysiłek - trzeba to przyznać - został przez Rosjan doceniony i nagrodzony czterema wspomnianymi na wstępie złotymi medalami Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
W roku 1885 zostaje Czerski zaproszony oficjalnie przez Akademię Nauk w Petersburgu do przeniesienia się na stałe do stolicy Cesarstwa. Zaproszenie wystosowane zostało dzięki, nie w ostatniej kolejności, „dyplomatycznym” zabiegom rodaków, znajdujących się na wolności, a mających jaki taki wpływ na charakter podejmowanych w Petersburgu decyzji. Tutaj Czerski rozpoczyna pracę w Muzeum Geologicznym Cesarskiej Akademii Nauk, porządkuje i opracowuje zbiory (m. in. zgromadzone uprzednio przez Aleksandra Czekanowskiego), ogłasza wyniki własnych badań na terenie Syberii. Staje się jednym z najsłynniejszych geologów i paleontologów swego czasu, a z prac jego korzystają i powołują się na nie najwybitniejsi specjaliści z Niemiec, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Francji, Austrii. Iwan Diemientjewicz Czierskij staje się chlubą nauki rosyjskiej.
W lecie 1891 roku wyrusza Czerski z żoną Marfą i dwunastoletnim synem Aleksandrem na kolejną wyprawę naukową, która miała się stać też wyprawą dla niego ostatnią.
Szlak wiedzie do miasta Wierchniekołymska, gdzie odważni podróżnicy spędzają surową syberyjską zimę, by wreszcie w maju 1892 roku rozpocząć spływ statkiem w dół Kołymy. Na pozór wszystko rozwija się pomyślnie. Lecz stan zdrowia (które zostało zniszczone przez sześć lat służby sołdackiej w Omsku) kierownika wyprawy zaczyna gwałtownie się pogarszać. Nagle wielki uczony uświadamia sobie, że nie będzie mu dane doprowadzić do końca rozpoczętego dzieła.
W pewnej chwili, gdy wręcz fizycznie odczuwa mrożący krew w żyłach oddech zbliżającej się śmierci, przywołuje do siebie żonę i syna, udziela im niezbędnych do prowadzenia dalszych badań wskazówek, błogosławi ich, żegna i umiera. Stało się to na skutek krwotoku 22 czerwca 1892 roku nie opodal ujścia rzeki Omołon do Kołymy. Tutaj też został Jan Czerski pochowany, a żona i syn poprowadzili wyprawę dalej, pomyślnie ją po kilku miesiącach kończąc...
Jako człowiek o potężnym potencjale intelektualnym i wolicjonalnym zbliżanie się śmierci przyjął Czerski ze stoickim spokojem, niewzruszonym męstwem i godnością. Trafnie zauważał Marcus Tullius Cicero w Rozmowach tuskulańskich, że: „Kto obawia się rzeczy nieuniknionej, ten w żaden sposób nie może żyć w spokoju ducha; kto zaś nie obawia się śmierci nie tylko dlatego, że umrzeć trzeba, lecz także dlatego, że śmierć nie kryje w sobie nic, czego należałoby się bać, ten przygotował sobie mocny grunt dla szczęśliwego życia”. I godnego zeń odejścia - dodajmy...
Nie skory do pochwał i trzeźwy w ocenach profesor Dybowski pisał o Czerskim po kilku latach: „W dziedzinach objętych przez prace swoje stanął on na tych wyżynach, do których wznieść się niełatwo nawet nie samoukom. Byłem dla niego z głębokim uwielbieniem od początku naszej znajomości i o ile mogłem, starałem się mu dopomóc na każdym kroku jego działalności. Wszyscy, którzy go poznali, odnosili się do niego z najszczerszą życzliwością. My byliśmy pewni, że wykryje nam tajemnicę przeszłości Bajkału; niestety w roku 1891 wysłany przez Akademię Nauk w Petersburgu do badań geologicznych na terenie rzek Kołymy, Indygirki i Jany, zgasł nagle 24 czerwca na wybrzeżu rzeki Kołymy; tam pochowany na lewym jej brzegu o 180 wiorst od ujścia do Oceanu Lodowatego. Ziemia Witebska dała nam w ostatnich czasach trzech mężów nauki przyrodniczej, którzy zdolnościami swemi i usilną pracą dosięgli wyżyn, na których stała ówczesna nauka. Jan Czerski. Mikołaj Witkowski, Bronisław Piłsudski stanowią chwałę Polski i chwałę ich rodzinnej Ziemi Witebskiej”.
Historycy rosyjscy zgodnie stwierdzają, że Jan Czerski zajmuje eksponowane miejsce w szeregu wybitnych ludzi nauki tego kraju. Ukazało się tu wiele tekstów naukowych, poświęconych jego życiu i czynom. Warto dodać, że w rosyjskiej literaturze pięknej znalazło się też miejsce na dwie powieści dokumentalne o Janie Czerskim. Są to utwory A. Ałdan - Siemionowa (Dla ciebie, Rosjo!, Moskwa, 1983, 320 str.) oraz A. Golenkowej (Szczyt Jana Czerskiego, Irkuck, 1980, str. 127). Ukazały się też dotychczas w języku rosyjskim obszerne naukowe opracowania życiorysu Czerskiego: Rewzin J. J. Podwig żizni Iwana Czerskiego (Moskwa 1952) oraz A. Ałdana - Siemionowa Czerskij. 1845 - 1892 (Moskwa 1962).
Jak pisze jeden z polskich historyków: „Postać tragiczna - był Czerski, wedle świadectwa znających go uczonych Rosjan, jednym z najszlachetniejszych, najczcigodniejszych pracowników naukowych. Wcześnie oderwany od kraju, pracą własną zdobył wykształcenie, które uzdolniło go do najpoważniejszych prac aż po syntetyczne. Szczęśliwa znajomość z Czekanowskim i Dybowskim uczyniła Czerskiego badaczem tych samych terenów, kontynuatorem i krytykiem prac tamtych. Niepospolite zdolności i niesłychana pracowitość pozwoliły temu wątłemu człowiekowi dokonać ogromnej pracy, gabinetowej i podróżniczej, i wznieść się po rusztowaniu studiów szczegółowych do ważnych uogólnień. Niesłychanie doniosłe zagadnienie - sybirskie „ciemię świata” - znalazło w nim badacza pełnego przenikliwości i poświęcenia. (...) Obok wysokich uzdolnień, obok zdumiewającego zapału i gorliwości w rzeczach nauki posiadał Czerski cenne przymioty towarzyskie, ujmował ludzi rycerskością, gościnnością, humorem. Stracony dla kraju, zatopiony w obcym środowisku, doznawał przejmujących wzruszeń na wspomnienie Polski i własnego dzieciństwa. Dźwięk muzyki, pieśni kościelnej, strzęp poezji poruszały go do głębi”... (T. Turkowski).
Profesor S. Obruczew był inicjatorem nadania imienia Czerskiego jednemu z masywów górskich, co też Wszechzwiązkowe Towarzystwo Geograficzne uczyniło. W swej książce W niewiedomych gorach Jakutii (Moskwa 1928) tenże uczony wspominając o ostatnim przed śmiercią życzeniu Czerskiego, by zwłoki jego zachowane przez wieczną zmarzlinę, trafiły kiedyś do muzeum i w ten sposób uwieczniły pamięć o nim, pisał: „Życzenie Czerskiego ziściło się, ale inaczej: jego pomnik ma 1000 km długości, 300 - szerokości i do 3000 metrów wysokości; pod względem powierzchni jest on większy od Kaukazu i wyższy od wszystkich gór Syberii Północnej”. Czyż pamięć uczonego może być uwieczniona w bardziej godny sposób!


*         *         *


Syn Jana Czerskiego Aleksander (1879 - 1921) był również znakomitym podróżnikiem i uczonym, z tym, że jego zainteresowania naukowe biegły przeważnie w kierunku ichtiologii i, szerzej, zoologii. Przez szereg lat pełnił on funkcję kustosza Muzeum Przyrodniczego we Władywostoku. Tragiczna śmierć przedwcześnie przerwała jego młode życie w trakcie prac badawczych na wyspach Komandorskich. Profesor L. Berg, który osobiście znał jego, pisał: „Aleksander Czerski był utalentowanym badaczem przyrody i podróżnikiem, przez niego zostały zgromadzone nader wartościowe zbiory ryb, które zresztą opracowywałem; przy czym jedną z nowo odkrytych przez A. Czerskiego ryb nazwałem na jego cześć Cottus czerskii”.


*         *         *


Wielką czcią otacza się pamięć Jana Czerskiego w dzisiejszej Litwie, szczególnie jako badacza jaskiń. Uchodzi tutaj nasz uczony za pioniera speleologii.
Erikas Laiconas pisał na łamach pisma Mokslas ir gyvenimas (Nr 4, 1995): „Jonas Čerkis buvo pirmasis lietuviu urvu tyrinetojas, paskyres tam dvejus savo mokslines veiklos metus. Jo speleologine veikla buvo ivairiapuse: kruopštus paleontologiniai, geologiniai ir urvu pat požemine topografija ir pirmykščio folkloro paieškos” - „Jan Czerski był pierwszym badaczem jaskiń litewskich, poświęcił im dwa lata swojej działalności naukowej. Jego działalność w charakterze speleologa była różnorodna: skrupulatne badania paleontologiczne, geologiczne i dotyczące fauny grotowej, jak też topografia podziemna i poszukiwania folklorystyczne”.
Także na Białorusi imię Jana Czerskiego jest powszechnie znane, a poczta tego kraju uczciła jego pamięć w 1995 roku emisją pięknego znaczka pocztowego.


*         *         *


Prawdopodobnie z tegoż rodu wywodził się Stanisław Czerski (1883 - 1928), znany zoolog i histolog, od 1922 roku profesor katedry histologii i embriologii Akademii Medyczno - Weterynaryjnej we Lwowie, autor tekstów naukowych w języku polskim i niemieckim.



 Dybowscy





1. Rys genealogiczny

Byli Dybowscy herbu Brodzic, Borodzicz, Lubicz, Nałęcz (Por. M. Paszkiewicz, J. Kulczycki. Herby rodów polskich, Londyn 1990). Pochodzili z Polski Środkowej, z województwa łęczyckiego, lecz bardzo wcześnie odgałęzili się także na Kresy, gdzie posiadali znaczne dobra ziemskie na Grodzieńszczyźnie, Mińszczyźnie, Wileńszczyźnie, Witebszczyźnie. Tutaj pieczętowali się - jak wynika ze źródeł pisanych heraldycznych - także godłem Ślepowron.
O Dybowskich herbu Brodzic Herbarz rodzin szlacheckich Królestwa Polskiego (cz. 1, s. 101, Warszawa 1853) podaje: „Dybowscy. W Ziemi Warszawskiej Jan posiadał dobra Mokre, które w roku 1663 pomiędzy synów jego Jana i Marcina rozdzielone zostały”.
Odgałęzili się też na Podole, gdzie notowani byli w XIX wieku jako świeża szlachta (Spisok dworian wniesionnych w dworianskuju rodosłownuju knigu Podolskoj Gubernii, Kamieniec - Podolsk 1897, s. 34).
W znanym Herbarzu Orszańskim znajdujemy następujące dwa teksty dotyczące dziejów dwóch gałęzi tego wielkiego domu:

„29. Dybowscy.
Roku 1773 msca Oktobra 29 dnia. J. PP. Jakub, Franciszek y Wincenty, Ignacy z synem Adamem, Alexander z synami dwóma - Dominikiem y Heliaszem; Bazyli y drugi Bazyli z synami dwóma - Janem y drugim Janem; Tomasz z dwóma synami: Rafałem y Hrehorym oraz Jakub Dybowscy, herbem poniżey odrysowanym pieczętujący się, wywod swoy w ziemstwie Orszańskim uczynili.


Herb Ślepowron.
Podkowa, barkiem prosto do góry; na niey krzyż, na krzyżu kruk czarny, tróchę wspięte do lotu mający skrzydła, w prawo tarczy obrócony, w pysku złoty pierścień trzymaiący. Pole tarczy błękitne, podkowa biała; na hełmie nad koroną takiż kruk.

Dowodzili szlachectwa swego:
1684 Februaryi 5 dnia. Zapisem wieczysto darownym od Jch Mść. Panów Tumińskich Marcinowi Dybowskiemu danym.

Prawem cessyinym od J. PP. Jasinskich na włok cztyry w ekonomij Mohilewskiey Hrehoremi y Reginie Dybowskim danym”.


„30. Dybowscy.


Roku 1773 msca Oktobra 29 dnia. J. PP. Jakub, Franciszek y Wincenty, Ignacy z synem Adamem, Alexander z synami dwóma - Dominikiem y Heliaszem; Bazyli syn Hrehorego; Bazyli z dwóma synami - Janem y drugim Janem; Tomasz z dwóma synami: Rafałem y Hrehorym oraz Jakub Dybowscy, herbem poniżey odrysowanym pieczętujący się, wywod swoy w ziemstwie Orszańskim uczynili.

Herb Nałęcz.
Biała binda, około zawiniona y zawiązana w polu czerwonnym, na hełmie panna między jeleniemi rogami tak, że się jednego jedną ręką, drugiego drugą trżyma, główa u niey związana tak, że nad wiąz konce z obu stron dobrźe widać.
Dowodzili szlachectwa swego:
1684 Februaryi 5 dnia. Zapisem wieczysto darownym od J.P.P. Tumińskich Marcinowi Dybowskiemu danym.
Prawem cessyinym na włok cztyry gruntow w ekonomij Mohilewskiey od J. P. Jasińskiego Hrehoremu Dybowskiemu danym”.

Zatwierdzony przez heroldię wileńską Wywód Familii Urodzonych Dybowskich herbu Borodzicz z 1803 r. stwierdza, że „Jakub Dybowski, koniuszy powiatu rzeczyckiego, pojąwszy za żonę Teresę z Drogoszewskich primo voto Piotrową Głębocką, okupił spod zastawy folwark ojczysty Trapalew wprzód w powiecie oszmiańskim, a teraz wileńskim Guberni Mińskiej położony”. Stało się to w roku 1736. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 993, s. 64 - 66).
W Archiwum Narodowym Białorusi w Mińsku (f. 319, z. 2, nr 1020) znajdują się obszerne materiały do dziejów rodu Dybowskich, m. in. 10-stronicowy Wywód familii urodzonych Dybowskich herbu Nałęcz, w którym czytamy m. in., iż „familia ta z dawna wysoko przed unią Korony Polskiey z Xięstwem Litewskim rodowitością szlachecką zaszczycona była”... Zachował się list Sebastyana Dybowskiego, dworzanina króla polskiego, z roku 1548 do marszałka W.Ks.L. pisany, będący najwcześniejszym autentycznym dokumentem, do tego rodu należącym. W roku 1800 za „rodowitą y starożytną szlachtę polską” Deputacja Wywodowa Mińska uznała Tomasza, Franciszka, Ignacego, Tadeusza, Józefa, Stefana, Jana, Onufrego i Wincentego Dybowskich.
Wzmianki o reprezentantach tego znakomitego rodu spotyka się nagminnie już w źródłach pisanych pochodzących z XVI stulecia. Tak np. około połowy tego wieku w księgach ziemskich grodzieńskich figuruje Sebestian Dybowski, „sprawca dworów grodzieńskich, dzierżawca Ozierski i Nowodworski” (Akty..., t. 1, s. 74 - 80).
Wspomina się o nim kilkakrotnie także w jednym z edyktów Zygmunta Augusta (7 lipca 1555 r.), w którym S. Dybowski nazwany jest „sprawcą dworów grodzieńskich królowy jej mości i kniahini najwyższej Bony, pani matki naszej” (tamże, s. 155 - 156). Być może warto odnotować, że w dokumencie tym ów zacny szlachcic występuje jako obrońca chłopów przed zbyt dokuczliwymi panami (Por. Akty..., t. 17, s. 397 - 398).
Tenże pan Sebestian Dybowski, z ruska zwany jako „sprawca dworow Korolewy Jejo Miłosti horodenskich, dzierżawca ostryński, ozierski i nowodworski”, wielokrotnie figuruje w księgach grodzkich grodzieńskich z roku 1555 - 1556 (Akty..., t. 14, s. 21 oraz Archeograficzeskij Sbornik Dokumientow, t. 3, s. 17). Wielmożny pan Andrzej Dybowski, dworzanin jego królewskiej mości, mieszkaniec okolic Supraśla wzmiankowany jest przez akta magdeburgii wasilkowskiej w 1567 r.
W 1577 roku wymienia się w zapisach do ksiąg grodzkich orszańskich imię pana Walentego Dybowskiego i żony jego (z domu Rogówny), ziemian województwa połockiego (Istoriko-juridiczeskije matieriały, t. 24, s. 392 - 396). Pan Dybowski, właściciel sioła Hołyńce figuruje w księgach magistratu mohylewskiego w latach 1578 - 1580 (Akty..., t. 39, s. 427, 596).
Jan Andrzejewicz Dybowski w 1580 r. otrzymał okup za dwór Zbaraski od Hanny Podarewskiej, ziemianki brzeskiej.
W księgach magistratu mohylewskiego z roku 1584 występuje wspomniany już pan Walenty Dybowski, „uriadnik hołowczynski”, który nie doczekawszy się aż mieszczanie mohylewscy spłacą mu według umowy dług za sól, pochwycił jednego z nich i „czerez niedziel szestnadcat” trzymał pod kluczem.
Chodzi o to, że pan Walenty Dybowski był widocznie człowiekiem szczodrym a łagodnym, której to okoliczności nadużywali jego klienci. Księgi archiwalne donoszą bowiem, że „i inszyje dołżniki uciekali panu Dybowskiemu nie zapłaciwszy, kto z nich szto był winien”. Gdy się więc miarka przepełniła, pożalił się widocznie dobrotliwy szlachcic (oficjalnie skarg do urzędów nie zanosił) któremuś ze znajomych spośród władz miejskich mohylewskich, a ten wyłapał niesfornych dłużników, wpakował ich na kilkanaście tygodni do ciupy, jednego zaś dla satysfakcji pan Dybowski przybywszy do ratusza „kazał wziąć i w łańcuch okowawszy do gospody swojej odwieźć”... W ten dopiero sposób udało się „pieniędzy kop pięćdziesiąt osiem” odzyskać.
Po wypuszczeniu na wolność dłużnicy wszelako nie mogli wybaczyć swemu dobroczyńcy, że wymusił na nich zwrot należności i zaskarżyli go przed sądem królewskim o „grabieże i wielkie trudności”, domagając się od niego odszkodowania prawie dziesięciokrotnie wyższego niż wynosił zwrócony dług. Ostatecznie jednak mieszczanie mohylewscy Maksym Siemienowicz i Maksym Kisły sprawę przegrali - w tym sensie, że nie potrafili wymusić na Dybowskim żadnego odszkodowania. Sprawa jednak trwała od 1583 do 1587 roku i doszła nie tylko do wójta mohylewskiego Marcina Strawińskiego, ale i do samego króla Stefana Batorego, przyprawiając obie wadzące się strony o niepotrzebne straty czasu i sił. Skończyło się na tym, że sąd królewski zachowując godne podziwu umiarkowanie, żadnej decyzji w tej sprawie nie podjął, pozwalając jej w sposób naturalny wygasnąć (Istoriko - juridiczeskije matieriały, t. 7, s. 374 - 417).
W tymże tomie 7 (s. 202 - 203) zbioru archiwaliów wydanych przez Sozonowa (Witebsk, 1877), znajduje się następujący interesujący tekst:
„Ja Onoprei Siemienowicz, woyt wołości mohilowskiej, ze wszystkimi sotnikami na ten czas w wołości będącemi ... zeznawamy sami na się tym dobrowolnym listem naszym, yżechmo pozwolili zgodnie dali z dobrey woli swey a nie z żadnego przymuszenia od wszystkiey wołości panu Stanisławowi Dybowskiemu, podstarościemu na ten czas naszemu mohilowskiemu, z każdey służby po groszey sześci litewskich za to, że nam był cierpliwym póki bracia nasza z woytem wołosnym ziezdzili do iego msci pana starosty naszego za przyczyną pana podstarościego naszego zwysz mianowanego z nami się łaskawie obszedł y to zborze na pieniędzach krom odwozu postanowił y według prozby naszey uczynił, co my według myśli naszych sprawiwszy panu podstarościemu obietnicę swą ziścili i o to wiecznemi czasy milczeć mamy, za żadną krzywdą tego sobie nie poczytaiąc, ponieważ nasza dobra wola na to była, a gdzieżby kto z nas samych abo braci naszey o to chciał skarżyć przed iego korol. młsciu, abo panem starostą, tedy temu, kto na to wysłanym y wysadzonym ma zapłacić kop. czterdzieście litowskich, a panu Stanisławowi Dybowskiemu druga kop. czterdzieście litowskich za niewinne y bezprawne pociągnienie iego, co wszystko zapłaciwszy przedsie ten nasz list ma przy mocy zostać, a pan Dybowski od żałoby wolnym być. Dlia lepszey pewności do tego wyznanego listu my, wzwysz mianowani, kleima swe nałożyli y o przycisnienie pieczęci uczsciwych ludzi, którzi na ten czas byli y tego dobrze świadomi, co ichmc na ustną y oczewistą prosbę nasze uczynili a pieczęci swe do tego listu przyłożyli, to iest pan Jan Leśniewski, komornik powiatu orszańskiego, pan Siemion Zienkowicz, przy których pieczęciach i ręki swe własne podpisali.
Pisan na zamku mohilowskim Marca dnia piątego roku 1592”.
W styczniu następnego 1593 roku inna grupa mieszczan mohylewskich dziękowała St. Dybowskiemu za cierpliwość i wyrozumiałość w oczekiwaniu na zwrócenie długów, zapisując list swój jako oficjalną deklarację do ksiąg magistratowych. Na owe czasy były to teksty raczej nietypowe.
Inny reprezentant tej rodziny, Cherubin Dybowski, 12 grudnia 1597 r. skazany został przez Sąd Główny Trybunalski w Mińsku na spłacenie odszkodowania na rzecz sąsiada 3548 kop groszy litewskich (Lietuvos Vyriausiojo Tribunolo sprendimai, s. 124 - 136).
Tenże Cherubin Walentynowicz Dybowski, właściciel majątku Kamień Charecki na Mińszczyźnie, figuruje w księgach sądu mińskiego w roku 1600. W tymże czasie pojawia się tu i Szymon Dybowski „dobry szlachcic”, świadek sądowy (Akty..., t. 18, s. 172, 174).
Raina Dybowska, podskarbina ziemska W.Ks. Litewskiego, figuruje w 1598 r. w księgach Głównego Trybunału Litewskiego (Akty..., t. 20, s. 134).
W 1649 roku Jan Dybowski był miecznikiem smoleńskim; onże w 1654 roku mężnie walczył w obronie tego miasta przed natarciem Moskwy.
W latach 1716 - 1726 w magistracie m. Mohylewa zasiadał „szlachetny pan Dominik Dybowski, rayca”, dbały o sprawiedliwość i dobrobyt zacnych mieszkańców tego królewskiego miasta (Istoriko-juridiczeskije matieriały, t. 11, s. 534 - 535).
W październiku 1725 roku za okradzenie cerkwi skazano na śmierć jednego z krawców mohylewskich. Wyrok sądowy głosił: „obwinionego, iawnego złoczyńcę y swiętokradcę Marka Mikołaiewicza Skorobohatego na gardło wskazuiemy, iako złodzieia przez mistrza mieyskiego, w polu, na szubienicy obwiesić y całą godzinę obwieszonemu zostawać, a po wyiściu godziny, iako świetokradcę, tamże w polu, przy szubienicy, ogniem spalić, w Poniedziałek przyszły, to iest dnia ósmego Octobris anni praesentis, o godzinie dziewiątey z rana, deciduiemy, y do dopilnowania oney exekucyj z pośrzodku siebie szlachetnych panów Dominika Dybowskiego, raycę, y Filipa Głuchowicza, ławnika mohilowskiego, przydaiemy y zsyłamy”... (Istoriko-juridiczeskije matieriały, t. 13, s. 181).
Antoni Dybowski 10 grudnia 1733 roku podpisał w Wiszni akt konfederacji województwa ruskiego przy Stanisławie elekcie.
Franciszek i Józef Dybowscy z Ziemi Warszawskiej podpisali w 1764 roku elekcję króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (Volumina Legum, t. 7, s. 125).
W sierpniu 1794 roku Komisja Porządkowa Księstwa Mazowieckiego nakazała Feliksowi, Karolowi i Józefowi Dybowskim zwrócić obywatelowi Janowi Gawarkowskiemu zabrane mu wcześniej pieniądze, konie i inne ruchomości (Por. Akty Powstania Kościuszki, t. 2, cz. 2, s. 50 - 51. Kraków 1918).
Tomasz Dybowski pod koniec XVIII wieku był przy Antonim Tyzenhauzie „komisarzem dóbr podskarbiego wielkiego litewskiego nowogródzkich i poleskich” (S. Kościałkowski, Antoni Tyzenhauz, t. 2, s. 219, Londyn 1971).
W XIX wieku Dybowscy władali m. in. folwarkiem Trapałów w powiecie oszmiańskim. W 1838 roku Ludwik Dybowski był sądzony i wysłany pod dozór policji w miejsce swego urodzenia (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr. 697).
Sztabs - kapitan rezerwy Dybowski w 1841 roku miał objąć funkcje opiekuna szpitala przy kościele Św. Jakuba w Wilnie, lecz wileński wojenny gubernator wolał mianować na ten urząd hulakę, pijaka i łapówkarza, radcę tytularnego Jenbułajewa (Por. CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1840, nr 1614).
Z tego rodu pochodzą:
Benedykt Dybowski (1833 - 1930), wybitny polsko - rosyjski podróżnik, zoolog, działacz patriotyczny i oświatowy, profesor Uniwersytetu Lwowskiego;
Władysław Dybowski (1838 - 1910), brat poprzedniego, także znakomity zoolog, florysta, paleozoolog, profesor Uniwersytetu w Dorpacie;
Jan Dybowski (1855 - 1928), podróżnik, agronom, profesor szkół wyższych we Francji i Polsce.


*         *         *


2. Benedykt Tadeusz Dybowski

„Twarz - to zwierciadło duszy” - powiedział antyczny myśliciel. W rysach, mimice, w oczach ludzkich odbija się skład uczuć i myśli danej jednostki, jej pasje, dążenia, styl życia. A także chyba i wysiłek cywilizacyjno-kulturalny poprzedzających ją pokoleń... Z tego zdjęcia spoziera na nas człowiek przede wszystkim mądry i dobry. (Nieodłączne to zresztą są cechy; nie ma ludzi jednocześnie naprawdę mądrych i złych, bo dobroć to mądrość serca, a mądrość to dobroć rozumu; podobnież głupota i zło nawzajem się warunkują i kojarzą, a może nawet tworzą po prostu pewien spójny „syndrom charakterologiczny”, jak go tworzą dwie przeciwstawne im, nazwane powyżej cechy)...
Benedyktowi Dybowskiemu poświęcono dziesiątki książek, setki artykułów. I w każdej publikacji podkreśla się w sposób szczególny właśnie jego ogromne zdolności intelektualne oraz nieprzekupną uczciwość i dobroć moralną. Poparte tytaniczną pracowitością te dary Boże zaowocowały w ciągu długiego, bardzo długiego, życia dziedzictwem bogatym, godnym szacunku i wdzięcznej pamięci potomnych...
Pisze o nim historyk Andrzej Trepka: „Żarliwy w działaniu, gorącym sercem oddany twórczej pracy na bardzo rozmaitych polach - stale miał przed oczami nie swój osobisty interes, ale dobro Ojczyzny, nauki, ludzkości. Zależnie od potrzeb w danym czasie najważniejszych, był organizatorem wyzwoleńczych walk narodu, lekarzem - społecznikiem, heroldem darwinizmu i ateizmu, szermierzem postępu - w teoriach i badaniach przyrodniczych, w światopoglądzie, w wizjach społecznych; to znów - twórcą programów moralnej odnowy ludzkości.
Przez całe długie życie pchała go do czynu niespożyta pasja odkrywcy, który w wyświetlaniu tajemnic przyrody widział swoje posłannictwo i najwyższe szczęście osobiste. Dwoił się i troił, swym entuzjazmem porywając innych. Tak pracował twórczo osiemdziesiąt lat!”.
Dybowski bardzo chętnie nadawał nowo odkrytym i opisanym przez siebie gatunkom flory i fauny syberyjskiej „nazwy drogich mi osób” - jak pisał - czyli Polaków, kolegów w pracy naukowej lub zesłaniu. Tak w katalogach międzynarodowych zjawiły się m. in. Idus Wałeckii, Phoxinus Łagowskii, Ladislavia Taczanowskii, Phoxinus Czekanowskii, Micraspius Mianowskii, Phoxinus Jelskii i in. Z drugiej strony jego imię nadano ponad 50 gatunkom flory i fauny, jak to np. było z egzotycznym mieszkańcem Syberii jeleniem plamistym (Cervus dybowskii), gatunkiem ślepca Myospalax dybowskii, czy rybą golomianką (Comephorus bajcalensis dybowskii). Został w roku 1884 członkiem Polskiej Akademii Umiejętności, a w 1928 - Akademii Nauk ZSRR.
Credo Dybowskiego, jego filozofii naukowej i życiowej, streszczało się w jednym zdaniu: „Omnia mala scientia vincet” - Wszelkie zło zwycięża wiedza. Nawet jeśli dziś nie możemy bez zastrzeżeń podzielać tego, być może, zbyt optymistycznego, zdania, to jednak rozumiemy szlachetne intencje człowieka, który tę piękną myśl wyznawał.
Gabriel Winkiewicz, profesor rosyjski, wydał o naszym wielkim uczonym trzy książki: 1. B. J. Dybowskij. Osnownyje etapy żizni i diejatielnosti, Irkuck 1961; 2. Geograficzeskije issledowanija B. J. Dybowskogo, Mińsk 1964; 3. Wydajuszczijsia geograf i putieszestwiennik, Mińsk 1965.
W jednej z tych książek pisze: „Działalność Benedykta Dybowskiego stanowi jaskrawy przykład tego, jak ogromny pożytek przynosi człowiek swą nieustanną pracą, umiejętnością wykorzystywania wszystkich swych zdolności i twardą wolą osiągania celów, jakie przed sobą stawia”...


*         *         *


Benedykt Dybowski urodził się we wsi Adamczyn niedaleko Mołodeczna na Ziemi Mińskiej 30 kwietnia 1833 roku. Pochodził z rodziny o głębokich tradycjach kulturalnych i patriotycznych. Matka była de domo Przysiecka. Pewien fragment ze wspomnień Dybowskiego oddaje dobrze atmosferę jego lat dziecięcych. „Adamczyn była to śliczna miejscowość, otoczona półkolem pięknych gajów brzozowych z przymieszką sosen i świerków, wśród pagórkowatej okolicy. Przez duży ogród przepływał strumień, którego wody spadały kaskadą ze stawu; w pobliżu jego stał dom murowany, biało tynkowany i drewniana oficyna. Mimo dworu biegł gościniec licznie uczęszczany, wiodący od Dubrów do miasteczka żydowskiego Rakowa. Tędy ciągnęły tłumy zziębniętych wojowników, wracających w 1812 roku z Moskwy. Biednych, chorych, rannych, kalekich, a wszystkich zgłodniałych, karmiła i przechowywała babka nasza... O tych nieszczęśliwych opowiadała nam często, prowadziła nas do gaju, wskazywała miejsce ich pobytu; my to miejsce uważaliśmy za święte. Z babką odwiedzaliśmy wieśniaków, ona leczyła chorych, miała całą apteczkę domową. W ogrodzie uprawiała rozmaite zioła lecznicze: rabarbar, rumianek, miętę, szałwię. Uczyła nas zbierać zioła, suszyć i używać; pod jej kierownictwem nabierałem powołania do zajęć leczniczych. Stosunek do służby dworskiej i wioskowej był prawdziwie rodzinny i wprost idealny... Uważaliśmy Adamczyn jako raj ziemski, byliśmy tu otoczeni atmosferą najzupełniej staropolską. Mowa, stroje codzienne i uroczyste, zwyczaje były polskie...” Tak więc patriotyzm, demokratyzm, zamiłowania poznawcze wyniósł Dybowski z domu rodzinnego. Przez całe życie przeniósł w swym sercu miłość do ludzi i ziemi Białej Rusi, którą we wszystkich pracach nazywał czule imieniem „Białolechii”.
Miał 2 siostry i 4 braci.
Nauki gimnazjalne pobierał Benedykt w Mińsku. O latach tych wspominał w druczku Przed półwiekiem: „Urządzenie internatu było porządne. Mieliśmy wielką salę do wspólnej nauki z ogromnym stołem politurowanym, obstawionym taburetami. Każdy z uczniów miał swoją szafkę zamykaną na klucz, gdzie chował książki i kajety... Obok sali była sypialnia z łóżkami drewnianymi, stojącemi w szeregu” etc...
Z okresu dzieciństwa zachował Dybowski jaskrawe wspomnienia o bezeceństwach władz rosyjskich na ziemiach zabranych Polski i Białorusi. Wspomina, jak władze carskie odbierały rodzinom żydowskim dzieci, wywoziły je gdzieś w głąb Rosji, by wychować na patriotów państwa rosyjskiego. „Wywożenie odbywało się publicznie; wozom ochranianym przez wojsko piesze i przez kozaków, towarzyszyły setki lamentujących żydówek; płacz dzieciaków, głośne łkania tłumu robiły przygnębiające wrażenie”... I dalej: „Mikołaj I nie cierpiał antypatycznie żydów, szczególnie wstrętnemi były dla niego: brody, pejsy, nosy hakowate i chałaty żydowskie, to też następnie kazał żydom golić brody, strzydz pejsy, nie wdziewać chałatów, a żydówkom zabronił nosić turbany i klapiące pantofle. Prawie wszystkie te rozporządzenia wykonać się dały; pamiętam jednak lament żydów i sceny rozmaite golenia bród, strzyżenia pejsów i obcinania chałatów na policji”.
Tak bezecne postępowanie władz z ludnością wstrząsało duszą młodego człowieka i napawało ją odrazą do każdego przejawu despotyzmu czy poniżania godności ludzkiej.
W latach 1851 - 1860 odbył Dybowski studia medyczno - przyrodnicze na uniwersytetach Dorpatu (Tartu), Breslau (Wrocławia), Berlina, Sztokholmu, Petersburga. W trakcie krótkiego pobytu na Śląsku zaprzyjaźnił się ze znanym pszczelarzem Janem Dzierżoniem i przestudiował jego teksty naukowe. Doktoryzował się w Berlinie na podstawie rozprawy Commentatio de Parthenogenesi specimen..., Berlin 1860.
W 1862 roku w Dorpacie ukazała się w języku niemieckim książka Versuch einer Monographie der Cyprinoiden Livelands nebst einer synoptischen Aufzählung der europäischen Arten dieser Familie, której autorem był właśnie dr Benedict Nałęcz Dybowski. Była to druga książka naukowa naszego wybitnego, wówczas jeszcze bardzo młodego uczonego.
Podczas nauki w Dorpacie związał się Benedykt z polską konspiracją patriotyczną, należał też do kółka abstynentów „Bracia mleczni”...
8 maja 1861 roku zorganizował na polecenie zwierzchnictwa rewolucyjnego słynną manifestację polityczną młodzieży w Wilnie. Został schwytany przez policję i na kilka miesięcy deportowany z sześcioma wilnianami za Ural.
Po powrocie do kraju w 1862 roku pełni funkcję wykładowcy Szkoły Głównej w Warszawie. Jednak jego laboratorium naukowe wkrótce staje się miejscem schadzek polskich patriotów, bywa tu m. in. przyszły dyktator powstania Romuald Traugutt. Ponownie zostaje więc młody profesor schwytany przez żandarmerię i przez sąd doraźny skazany na powieszenie. Dopiero pod szubienicą nadeszła wiadomość o zamianie kary śmierci na 12 lat katorgi. Zostaje okuty w kajdany i rusza w daleką drogę pod czujnym okiem policjantów. Miał spędzić w Syberii okres od 1864 do 1877 roku.
Na zesłaniu prowadzi intensywne prace badawcze, skupiając wokół siebie grono znakomitych uczonych, m. in. Jana Czerskiego, Aleksandra Czekanowskiego, Wiktora Godlewskiego. Bazując na teorii Darwina tworzy własną koncepcję pochodzenia Bajkału i jego fauny, jak również szerzej - flory i fauny Syberii, pod wpływem warunków geograficznych.
Spotykał się tu i współpracował przez pewien okres z wybitnym podróżnikiem Mikołajem Przewalskim, generałem rosyjskim polskiego pochodzenia.
Jako wybitny ichtiolog, badacz fauny jeziora Bajkał zasłynął Dybowski na cały świat, odkrył m. in. liczne gatunki skorupiaków, żyjących na głębokości ponad 1 tysiąca metrów, przy czym sam konstruował i sporządzał wymyślne urządzenia do połowu fauny jeziorowej na wielkich głębokościach. Trzeba powiedzieć, że Bajkał nie przypadkowo jest często zwany morzem. Wielkość lustra tego jeziora stanowi 31,5 tys. km2, długość 636 km, szerokość waha się od 25 km do 79,4 km, zaś głębokość sięga 1620 m (dla porównania: jezioro Tanganika osiąga głębokość 1435 m, a Morze Kaspijskie, największy zbiornik jeziorny- „tylko” 945 m).
Z 1182 gatunków fauny bajkalskiej aż 700 stanowią gatunki, których nie spotyka się nigdzie indziej na świecie, jak np. „benedykcje” czyli ślimaki przedoskrzelne, odkryte i opisane przez braci Dybowskich, czy endemiczne gąbki z rodzaju Lubomirskia, tworzące na łąkach podwodnych całe malownicze osiedla... Odkrycia naukowe Dybowskiego dokonane na tym terenie na zawsze zostały zapisane do annałów nauki rosyjskiej i światowej. Gdy jednak Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne zwróciło się do B. Dybowskiego z propozycją, by wyraził zgodę na oficjalne dodanie do jego nazwiska przydomku Bajkalski - w uznaniu zasług - uczony odmówił, ponieważ to nowe nazwisko „Dybowski-Bajkalski” musiałby zatwierdzać osobiście cesarz Wszechrosji, gnębiciel Polski...
Trzeba przyznać, że początkowo rosyjskie towarzystwa i organizacje naukowe bojkotowały i blokowały działalność Dybowskiego, wyniki bowiem i fakty, jakie ustalał, obalały teorie ówczesnych autorytetów. A, jak wiadomo, nikt takich nowatorów nie kocha. Dopiero pomoc wpływowych rodaków (Branicki, Radoszkowski, Despot Zenowicz, Jankowski) umożliwia mu zarówno kontynuację badań, jak i publikowanie ich wyników. Dopiero po ukazaniu się w 1874 roku kolejnej jego ważnej książki przełamało lody, a w 1881 otrzymał nawet order Św. Stanisława.
W 1877 roku Dybowski powraca do Polski, ale jako zagorzały wolnomyśliciel wywołuje wokół siebie konsternację. Polacy szczują go za ateizm, Żydzi - za to, że jest gorącym polskim patriotą. Po gorzkim doświadczeniu tej „polskiej tolerancji” ponownie udaje się wybitny uczony do Rosji, tym razem dobrowolnie, na wschodnie krańce imperium, na Kamczatkę. Według danych Dybowskiego na Syberii Wschodniej żyje 559 gatunków ptaków, 216 - ssaków, 109 - ryb. Przed jego badaniami w tym regionie nauka znała 211 gatunków ptaków i 60 gatunków ssaków (Por. B. Dybowski Spis systematyczny gatunków i ras zwierząt kręgowych fauny Wschodniej Syberii, Lwów 1922).
O kamczackim okresie działalności naszego rodaka historyk Zygmunt Librowicz pisze co następuje: „Jako lekarz na Kamczatce Dybowski pracował na miejscu przez lat cztery (piąty rok zabrały mu dwie podróże tam i z powrotem), a była to praca bardzo uciążliwa. Do niego należały czynności urzędowo-lekarskie na całym tym półwyspie i na Wyspach Komandorskich, 200 mil morskich od Petropawłowska odległych. Zimą jeździł „za czynnościami” na saniach w psy zaprzężonych, latem łodzią po rzekach lub parowcach po morzu, a gdzie wody nie ma, to konno wierzchem. Za przybyciem zawsze załatwiał najprzód interesa lekarskie i w wolnych tylko chwilach mógł się oddawać poszukiwaniom.
Działalność Dybowskiego w Kamczatce nie ograniczała się na zajęciach lekarskich i studiach przyrodniczych: zapragnął on mocno wpłynąć na polepszenie ekonomicznych stosunków Kamczatki i w tym celu porobił niektóre kroki, z kosztami nawet połączone, jako to: sprowadził własnym kosztem nasiona roślin, których wprowadzenie uważał za pożyteczne dla kraju, podawał do władz sprawozdania tyczące się polepszenia bytu mieszkańców itp. Szczególnie ważny jest jego memoriał podany do gubernatora, w celu wprowadzenia specjalnej ustawy łowieckiej. Sobole i inne zwierzęta dające futra stanowią ważny artykuł bogactwa Kamczatki, lecz wskutek nieporządnego polowania zwierzyna ta staje się coraz rzadszą i, według wyrachowania Dybowskiego, za jakie lat 20 sobole zupełnie zaginą, albo co najmniej staną się rzadkością. Dla zaradzenia temu, występując na pozór jako zamiłowany zoolog, proponował Dybowski wzbronienie tępienia tej zwierzyny, dalej szereg ograniczeń, których wprowadzenie i dopilnowanie zapewnić miało utrzymanie się zwierza, a przez to bogactwa krajowego. Tym sposobem okazał się Dybowski pierwszorzędnym filantropem i jest może jedynym z podbiegunowych podróżników, , który w tym kierunku pewną zasługę położył... Jeżeli kiedy Kamczadale, Koriaci i Łomuci zdobędą się na epopeę narodową, to niezawodnie Dybowski będzie w niej figurował pod nazwą jakiegoś półboga i odegra w niej rolę dobroczynnego ducha, który w opiekuńczej troskliwości o przyszły byt lekkomyślnej ludności, zabezpieczył od zagłady jedną z głównych podstaw jej utrzymania, obfitą w tej okolicy futrodajną zwierzynę (...).
Latem roku 1881 Dybowski objechał naokoło Kamczatkę, konno, we czterech ludzi. Dotąd nikt tego nie próbował, mniemano nawet, że jest niemożebnym odbycie tej drogi na jednych i tych samych koniach, ale czegoś - jak się wyraził Dybowski - silna wola dokonać nie zdoła. Cała ta droga wynosi 2600 wiorst, a ze zboczeniami dochodzi do okrągłej cyfry 3000. Podróż ta, bez drogi po lasach, górach, bagnach, z przeprawami przez rzeki o grząskich brzegach, przedstawiała przeszkody niepodobne na pozór do pokonania. Wszystko to zwalczono i szczęśliwie do Petropawłowska na czas wrócono. Dybowski złamał podczas wycieczki żebro (...).
Nieskalany charakter, dusza czysta i wzniosłym celom oddana, bezinteresowna i wolna od przeceniania wszelkich błahostek życiowych - oto charakterystyczne cechy Dybowskiego, które mu zjednały gorących wielbicieli w kraju, a szczerych przyjaciół na wygnaniu i podczas dobrowolnego pobytu na dalekiej północy”.
Znany jest powszechnie fakt, że podróżnik szwedzki Nordenskjöld uważał prace Dybowskiego za „najważniejsze osiągnięcia naukowe” tamtych czasów i nieraz wyrażał podziw dla jego żelaznego charakteru.
Przez wiele lat współpracował Dybowski z Pamiętnikiem Fizyograficznym, zamieszczając w nim m. in. recenzje o ukazujących się wówczas dziełach z dziedziny botaniki i ziołolecznictwa, jak również publikując wyniki własnych badań w tej dziedzinie. Współpracował też, jako popularyzator nauki, z licznymi periodykami wysokonakładowymi w Polsce i Rosji.
Dybowski był autorem ponad 350 prac naukowych z dziedziny zoogeografii, systematyki zwierząt, anatomii porównawczej, medycyny, socjologii, historii i in. w języku polskim, niemieckim, rosyjskim, łacińskim.


*         *         *


Dużą sławę zaskarbił sobie nasz profesor nie tylko na niwie nauki, lecz także jako człowiek o wyjątkowo wysokich walorach etycznych. Zapamiętałe dorabianie się majątku uważał m. in. za rzecz niegodziwą - w każdych okolicznościach: „Każde bogactwo - pisał - wyrasta na krzywdzie innych; kto dąży do fortuny, ten nieraz z drogi prawej zejść bywa zmuszony”. Jeśli komuś pomógł jako lekarz, nigdy nie brał płaty, piętnując kolegów pobierających honoraria, gdyż przez to „robią z najszlachetniejszego zawodu - najwstrętniejsze z rzemiosł”. Mało tego: na zesłaniu niezamożnym pacjentom z reguły oferował leki kupowane za własne pieniądze. Największą ofiarność okazywał względem swych rodaków - zesłańców, jak też miejscowej ludności - Aleutów, Kamczadałów, Jakutów, Jukagirów - spychanych przez imperializm carski na margines życia społecznego. Całe pieniądze, mozolnie zarobione na Kamczatce, obrócił na potrzeby krajowców, między innymi importując z Europy i Ameryki nieznane tam gatunki roślin uprawnych i zwierząt hodowlanych; a dobrodziejstwo wprowadzenia renów na Wyspę Beringa przeżyło jego samego - we wdzięcznej pamięci członków miejscowego plemienia i w polepszeniu warunków ich bytu. Przysłużył się dalekiej i śnieżnej Syberii szlachetny mińszczanin, a ona uwieńczyła go nieśmiertelną sławą. „Leczył darmo, odkrywał zagadki tej ziemi, dla prymitywnych jej ludów był ojcem najczulszym - jak nikt przed nim, a niewielu po nim. Aż wszedł do ich panteonu opiekuńczym bóstwem, brzmiącym egzotycznie: Polak. Takim w aleuckich i kamczadalskich wierzeniach jest po dziś dzień, z czcią sławiony przez usta pieśniarzy i szamanów z końca świata” (A. Trepka Benedykt Dybowski, Katowice 1979).
Po powrocie z Rosji został profesorem na Uniwersytecie Lwowskim obejmując katedrę antropologii i filozofii przyrody. Był zwolennikiem światopoglądu, któryby można było nazwać naturalistycznym ewolucjonizmem. Podkreślał, że najrozmaitsze formy życia od ameby do człowieka podlegają tym samym ogólnym prawom biologicznym. Społeczeństwo traktował jako swoisty organizm. Jedność przyrody i świata ludzkiego uznał za naczelną zasadę nauki. Stąd też płynęła jego wiara w uniwersalność ewolucjonizmu, w konieczność podporządkowania nauk społecznych metodom nauk przyrodniczych.
We Lwowie przebywał Dybowski aż do śmierci (w roku 1930). Do ostatnich dni walczył z tym, co uchodziło w jego oczach za obskurantyzm i zacofanie, opracował własną utopijną wizję ewolucji ludzkości. Postulował m. in. powszechne wprowadzenie międzynarodowego języka esperanto na miejsce języków narodowych, zniesienie wszystkich religii, kategoryczny zakaz używania alkoholu, tytoniu i narkotyków. W bronieniu swych racji był nieustępliwy aż do uporu, żarliwy aż do apodyktyczności. „Łatwiej - mówił - napisać księgę, niż żyć jeden dzień cnotliwie. Łatwiej walczyć orężem z najgorszym nieprzyjacielem, niż toczyć bój z przesądem, wiekami uświęconym”.
Wieloma swymi ideami, pomysłami, marzeniami wybiegał Benedykt Dybowski poza ramy, poziom i uwarunkowania swej epoki; podobnie jak ów bohater poematu Friedricha Schillera, twierdzić mógł:

„Nie dojrzało jeszcze to stulecie
Do moich ideałów, żyję myślą
W onym świecie
Przyszłości, wolny obywatel
Między jeszcze nie urodzonymi duchy
jestem jak obraz epoki
dotąd nie istniejącej”.

Należał Dybowski do plejady polskich myślicieli - racjonalistów, którzy, z jednej strony, byli niejako wyobcowani ze, w znacznym stopniu katolickiego, społeczeństwa polskiego, oraz, z drugiej strony, przerastali zbyt drastycznie poziom swego otoczenia pod względem intelektualnym, by mieć z nim jakieś punkty styczne.
Najbliższe otoczenie tych znakomitych i światłych ludzi nie miało i w zasadzie nie mogło mieć z nimi nic wspólnego, większość bowiem, jego stanowili - że użyjemy włoskiego idiomu - „pro maxima parte illiterati et idiotae”. Jak wszędzie i zawsze...
Uderzającą cechą światopoglądu Dybowskiego był konsekwentny, filozoficznie ugruntowany, chciałoby się rzec - uparty, ateizm. Wydaje się jednak, że źródłem tego stanu rzeczy wcale nie były tylko i wyłącznie racje i argumenty naukowo-teoretyczne. „Ateizm znamionuje wolną myśl” - pisał Blaise Pascal - i dodawał: „ale tylko do pewnego stopnia”. I to jest niepodważalne. Wszelako zarówno elitarne, jak i szersze kręgi inteligencji europejskiej w drugiej połowie XIX - pierwszej połowie XX wieku hołdowały zasadzie nihilistycznej, negującej wiarę jako przejaw słabości duchowej. Dobitnie wyraził ten styl odczuwania i rozumowania Fryderyk Nietzsche, gdy pisał:
„Każda wiara jest wierzeniem w prawdziwość czegoś.
Najbardziej krańcową formą nihilizmu byłoby przeświadczenie: że każda wiara, każde wierzenie w prawdziwość czegoś są koniecznie fałszywe: ponieważ świata prawdziwego wcale nie ma. A więc: pozór perspektywiczny, którego pochodzenie leży w nas samych (ile że wciąż potrzeba nam ciaśniejszego, skróconego, uproszczonego świata).
Jest to miarą siły, do jakiego stopnia możemy wyznać przed sobą pozorność, konieczność kłamstwa nie zapadając się przez to”...
Wydaje się jednak, że jednym z najważniejszych czynników, warunkujących odejście od wiary i od kościoła wielu ludzi myślących, o prawym sercu i czystym sumieniu było zbyt ścisłe związanie się ówczesnych kościołów chrześcijańskich z władzą doczesną, jakże często nieludzką i nikczemną. Zbliżenie to było nieraz tak ścisłe, że wydawało się, iż aparat polityczny, w tym policyjny, i kościół stanowią jedną całość. W tej sytuacji nieuchronnie protest społeczny musiał nabierać też form nie tylko antyklerykalnych, ale i antyreligijnych. Wydaje się to potwierdzać profesor Florian Znaniecki, pisząc w dziele Upadek cywilizacji zachodniej co następuje:
„Osobnik buntujący się przeciwko jakiejkolwiek części doktryny lub dyscypliny religijnej naturalnie dochodzi do całkowitego ich odrzucenia i do szukania w zamian takiego poglądu na świat (skoro go nauczono, że musi mieć jakiś pogląd na świat), który by go uwolnił od obowiązku przyjmowania i czynienia rzeczy, które mu się nie podobają. Co więcej, doktryny kościoła, jak wszelkie doktryny panujące, tak często służyły za pokrywkę hipokryzji, płytkości, głupoty i lenistwa umysłowego; najwyższe zasady religii tak często używane były jako narzędzia świętokradztwa i tyranicznej nietolerancji, że bunt nieraz nabierał cech rzeczywistego lub pozornego moralnego obowiązku, i materializm pociągał buntowników, jak zawsze w podobnych wypadkach pociąga skrajne przeciwieństwo zwalczanej idei. Stąd wypływa to dziwne zjawisko, że najbardziej beznadziejna ze wszystkich doktryn, zaprzeczająca nie tylko wolności życia duchowego, ale samego jego istnienia, tak często bywała kojarzona z dążnościami do wolności intelektualnej i moralnej”.
Niewątpliwie ateizm B. Dybowskiego wynikał raczej z faktu, że znał księży i popów, będących konfidentami policji, niż z przesłanek ogólnofilozoficznych.
Oczywiście, nie ze wszystkimi jego koncepcjami można się zgodzić - nie ma takiej konieczności. Trzeba jednak pamiętać, że bardzo często tacy autorzy ekstrawaganckich idei, marzycielskich pomysłów, nonkonformistycznych projektów otwierają przed zaskoczoną ludzkością rozległe widnokręgi i jasne perspektywy rzeczywistego rozwoju.


*         *         *


W pisarstwie swym łączył B. Dybowski w sposób dziwnie niesprzeczny wewnętrznie precyzję opisu przyrodniczego, piękno retoryki patriotycznej, wzniosłość moralistyki obywatelskiej i zalety stylu estetycznego. W numerze 5 czasopisma Kosmos za rok 1898 umieścił Dybowski swój szkic geologiczno - botaniczno - zoologiczny o jednym z najsłynniejszych jezior naszych pt. Świteź. Czytamy m. in. w tym równie kompetentnym, co pięknym, tekście:
„Pomiędzy jeziorami większemi w ziemi Nowogrodzkiej pierwsze miejsce zajmuje Świteź (...) Od chwili, gdy na horyzoncie piśmiennictwa naszego nadobnego zajaśniała Świteź wdziękiem promiennym poezji niezrównanej - stała się też ona królową jezior i na całym obszarze Polski, jak daleko sięga mowa nasza ojczysta. Dzisiaj po akcie koronacyjnym, dokonanym przez najwyższego kapłana świątyni natchnienia, największego poety naszego, nikt już chyba berła z jej dłoni królewskiej wytrącić nie potrafi. Bo gdyby teraz nawet ręka świętokradzkiego barbarzyńcy jakiego dopiąć umiała swego celu zbrodniczego i ogołociła ją ze wszystkich dzisiejszych jej powiatów, z całego piękna jej otoczenia, gdyby brudna spekulacja skaziła jej brzegi, gdyby jej odjęto nareszcie samo miano poetyczne, jak to uczyniono np. z górą Bekiesza, a i z Polską całą, to i wtedy wobec takich okoliczności fatalnych, łatwych zresztą już dzisiaj do przewidzenia - Świteź pozostanie w duszy całych pokoleń przyszłych - taką, jaką ją widział poeta i jaką ją oddał w rymach nieśmiertelnych”.
Ten stop uczucia szlachetnego, ideału etycznego i wiedzy dokładnej w przypadku B. Dybowskiego wynikał z zupełnie świadomego nastawienia, któremu dał wyraz rozpoczynając swój obszerny cykl artykułów pt. Dwie Świtezie w czasopiśmie Ziemia w 1911 roku. Oto jego „idea”:
„Nastrój duchowy, z jakim przystępować winniśmy do badań nad poznaniem kraju naszego, maluje dobrze wiersz poety A. Gliszczyńskiego Kochaj swą ziemię...

Kochaj swą ziemię rodzinną
Nad wszystkie skarby,
Szarą jej skibę równinną
I wzgórków garby

Kochaj kobierce pól złote
I gwarne lasy,
I cały wdzięk i prostotę
Jej swojskiej krasy.
I jej tęsknotę wieczystą,
Co nad nią drzemie.
Kochaj swą ziemię ojczystą
Nad wszystkie ziemie.
I chociaż olśnią twe oczy
Innych ziem czary,
I mniej się wyda uroczy
Twój kącik szary,
Gdy opłakując w cichości
Los twej zagrody,
Obcym twój duch pozazdrości
Słodkiej swobody,
Niech będzie tem więcej droga
Ta twoja niwa,
Im bardziej smutna, uboga
I - nieszczęśliwa”...


*         *         *


Interesujące są rozważania Dybowskiego o psychologii poznania. Tak np. w dziele O światopoglądach starożytnych i naukowym pisze: „Wszystkie poglądy na budowę wszechświata były (w starożytności) „geocentryczne”, czyli uznawano Ziemię za środek główny stworzenia wszechświatowego. Następnie były one „antropocentryczne”, to znaczy, że przypuszczano, iż dla człowieka jedynie cały wszechświat został stworzony. Takie dziecinne poglądy miały w swoich skutkach najsmutniejsze dla ludzkości wyniki: wytworzyły to, co nazywamy „megalomanią”, czyli chorobliwą manię wielkości. Tak np. Żydzi są dotąd przekonani, że oni są wybrani przez jedynego prawdziwego Boga za naród specjalnie przez Niego ukochany; za ich przykładem poszły i inne narody. Megalomania zawładnęła umysłami ludów, szerząc fanatyzm, szowinizm, depcząc wszelkie uczucia sprawiedliwości, moralności, etyki, miłości bliźniego. W miejsce tych cnót koniecznych powstały wstrętne zasady nienawiści plemiennej, siły pięści przed prawem i chorobliwa żądza panowania nad innymi.
Takie to są rezultaty działalności na umysł ludzki światopoglądów starożytności: one wytworzyły dzisiejsze przekonania, że „mój naród jest najlepszy, bo ja do niego należę; mój światopogląd jest najprawdziwszy, bo ja w niego wierzę”. Wszelkie logiczne zarzuty przeciwko takim przekonaniom są niedopuszczalne, uznane za niepatriotyczne, a nawet za heretyczne... Ogólną ich cechą jest wstręt do prawdy, z którego płynie ciągła troska o niedopuszczenie prawdy na światło dzienne a stąd zacięta walka z wiedzą. Oni tak się boją prawdy, tak jej nienawidzą, że zdolni są do najbardziej barbarzyńskich czynów, byleby ją pokonać”.
Proroczo też nasz wielki rodak pisał na początku wieku XX, wieku dwóch wojen światowych: „Każdy racjonalnie i logicznie myślący człowiek, wolny od takich chorób umysłowych jak megalomania, daumomania, veritofobia - widzi jasno, że dzisiejsze wypadki grozą przejmujące są nieuniknionym rezultatem działalności chorobotwórczej, psychicznej, światopoglądów panujących wszechwładnie wśród społeczeństw”...


*         *         *


Wyjątkowo interesujące są wywody Dybowskiego o rasach i etnosach ludzkich. W dziele O starożytności rodu ludzkiego w świetle najnowszych badań (Lwów 1904) snuje nasz uczony następujące błyskotliwe rozumowanie: „Przed niedawnymi czasy jeszcze myślano, że pierwotny składnik społeczny, mianowicie horda, może być uważana jako wyraz czystości rasowej, ale badania dokładnie wykazały, że i ten składnik pierwotny np. u Eskimosów albo u mieszkańców Ziemi Ognistej, jest już skomplikowany, bo nawet i tam da się wyróżnić kilka typów antropologicznych.
Zresztą budowa fizyczna i właściwości psychiczne nie są czymś stałym; zmienność cech jest rzeczą konieczną wobec zmieniających się nieustannie warunków otoczenia. Jako dowody, mające świadczyć przeciwko tym zasadom, stawiano rasę żydowską i egipską. Żydzi z czasów biblijnych uważani byli najdłużej za rasę najmniej zmieszaną, a przecież składali się oni z 12 pokoleń, żadnymi więzami etnicznymi ze sobą nie związanych, a tylko wyznaniowymi; krzyżowali się oni przy tym ze wszystkimi plemionami zamieszkującymi Palestynę i kraje przyległe. Po emigracji z Palestyny wchodzili w związki z ludami Europy. Dziś kto by chciał dopatrzeć się u żydów jedności rasowej, musiałby chyba wdziać na siebie okulary niewiedzy. A wszakże są badacze i uczeni, którzy twierdzą, że rasa żydowska od wyjścia z Palestyny wcale się nie zmieniła. Przyczyną takiego zapatrywania jest złudzenie wywołane pozorną jednostajnością typu psychicznego żydów.
  (Już sam pobyt w warunkach odmiennych musiał z konieczności położyć swą pieczęć na Izraelitach. Gdym widział ich w Adenie, dopiero wtedy poznałem różnice żydów azjatyckich od europejskich. Gdybyśmy mieli okazy wróbli naszych z czasów przedhistorycznych i porównali je z okazami obecnie żyjącymi, to bylibyśmy znaleźli między nimi różnice.  „Panta rei” Heraklita ma swoje zastosowanie najoczywistsze w morfologii człowieka. Wszystko płynie, wszystko się zmienia, a człowiek jeden miałby dziwaczny przywilej pozostawania niezmienionym? Na to trzeba przynajmniej zaszczytu należenia do narodu wybranego i umiłowanego przez Jehowę. Taka wiara dobra jest dla ciemnoty, ale traktować ją na serio w nauce jest już dzieciństwem)”.
Równie twórcze i zgodne z danymi nowoczesnej etnologii są roztrząsania Dybowskiego o tzw. „typie etnicznym” człowieka. „Ludzie przez dłuższe współżycie - pisze uczony - połączeni ze sobą ścisłymi więzami wyznaniowymi, pozostający pod wpływem jednostajnych idei politycznych i zwyczajowych, nareszcie przez wsobność (zamkniętość w sobie - przyp. J.C.) ścisłą, wykształcają wspólność uczuć, a zarazem i wyraz tych uczuć: jak gesty, mowa etc. A więc powstaje przez to wszystko razem wzięte typ wspólny psychiczny, a następnie w ten sposób wytwarza się tak zwana jedność narodowa. Ta wypływa zwykle z sympatii do tego, co do nas jest podobne, co się widzi co dnia, do czego się przywyka, ale zarazem też z antypatii do tego, co jest od nas różne i do czego się nie przywykło.
Jak do ludzi sobie podobnych tak i do krajobrazów przywyka człowiek i naród cały i tu jest źródło miłości ojczyzny. Składniki tego przywiązania są różne. I tak odnośnie do ziomków nasamprzód idą cechy fizyczne, ujednostajnione w danej grupie narodowej przez sposób noszenia zarostu na głowie i twarzy, przez jednostajną odzież, jednakie ruchy, podobny wyraz twarzy. Różnice takich cech odczuwają ludy bardzo silnie, z jednej strony przywiązują się do tego, co jest swoje, z drugiej strony czują niechęć albo odrazę do tego, co jest obce. Dosyć tu wspomnieć o pejsach i jarmułce; niechaj kto przywdzieje jarmułkę i zapuści pejsy, a wszyscy go poczytają za izraelitę.
Następnie za wyglądem zewnętrznym idzie mowa, same ruchy ust i twarzy wykonywane przy danej mowie krystalizują się w wyrazie lica. Mowa to straszny despota, bo nawet różnica dialektu, a nawet akcentu, staje się powodem do niechęci albo do sympatii.
A dalej odmienność wiary, najdrobniejsze różnice w dogmatach, w sposobie żegnania się lub odmawiania modlitwy są już dostatecznymi przyczynami, ażeby dać wyraz nienawiści i fanatyzmu, albo wielkiego współczucia”.
Są to obiektywnie stwierdzalne prawidłowości i fakty, uznawane przez nowoczesną etnologię za oczywiste, ale pierwszeństwo precyzyjnego opisu naukowego tych zjawisk należy do naszego uczonego.
Bardzo podobną do tej koncepcji w końcu XX wieku opracował jeden z najwybitniejszych etnologów i historyków rosyjskich Lew Gumilow, autor wielu oryginalnych hipotez i idei w dziedzinie etnogenezy, badacz o niewątpliwie światowej sławie. Znał on dobrze dzieła Dybowskiego i bazując na jego myśli poszedł dalej w rozwoju doktryny etnologicznej, uzupełniając ją wieloma świetnymi pomysłami. Zobaczmy, co pisze na temat pochodzenia narodów Lew Gumilow w dziele Geografia etnosu w okresie historycznym (Moskwa 1990, s. 28 - 31):
„Narodziny każdej instytucji społecznej poprzedzane są przez zjednoczenie się określonej liczby ludzi, sympatycznych sobie nawzajem. Przystępując do działania wkraczają oni do procesu dziejowego, scementowani przez obrany przez nich cel i los dziejowy. W jaki by sposób nie ułożyła się ich przyszłość, wspólnota losu - jest to warunek sine qua non.
Taka grupa może zostać rozbójniczą bandą wikingów, sektą religijną mormonów, zakonem templariuszy, wspólnotą mnichów buddyjskich, szkołą impresjonistów itp., lecz wspólne co można wynieść poza nawias - to podświadome dążenie tych ludzi do siebie nawzajem, niech nawet tylko w celu prowadzenia ze sobą sporów. Dlatego te embrionalne zrzeszenia nazywamy konsorcjami. Nie każda z konsorcji wyżywa; większość jeszcze za życia założycieli rozsypuje się, lecz te, którym udaje się ocaleć, wchodzą do historii społeczeństwa i natychmiast obrastają formami socjalnymi, często tworząc tradycję.
Te nieliczne, których los nie urywa się pod ciosami zewnętrznymi, dożywają do naturalnej utraty zwiększonej aktywności, lecz zachowują inercję pociągu jeden do drugiego, wyrażającą się we wspólnych przyzwyczajeniach, gustach, odbiorze świata itp.
Tę fazę komplementarnego zrzeszenia nazywaliśmy konwiksją. Ona już nie ma siły oddziaływania na otoczenie i podlega kompetencji nie socjologii, lecz etnografii, ponieważ tę grupę jednoczy byt. W sprzyjających warunkach konwiksje są stabilne, lecz zdolność sprzeciwiania się otoczeniu dąży u nich do zera, i wówczas rozsypują się one wśród otaczających konsorcji (...)
...U podstaw podziałów etnicznych leżą różnice w zachowaniu się indywiduów, składających się na etnos... Każda żyjąca osoba tworzy wokół siebie jakieś napięcie, posiada jakieś rzeczywiste pole energetyczne lub układ takich pól, na podobieństwo elektromagnetycznego składającego się z linii siłowych, które się znajdują nie w stanie spokoju, lecz wahają się rytmicznie z określoną częstotliwością.
Ponieważ indywidua o nowym nastroju współoddziaływują ze sobą, to natychmiast powstaje całość - jednonastrojowa pod względem emocjonalnym, psychologicznym i zachowania, co widocznie ma sens fizyczny. Najprawdopodobniej widzimy tutaj jednakową wibrację bioprądów tych indywiduów, innymi słowy - jedyny rytm (częstotliwość drgań). Właśnie on jest odbierany przez obserwatorów jako coś nowego, niezwykłego, nie swego. Lecz jak tylko takie „pole pasjonarne” powstaje, natychmiast nabiera kształtów instytucji socjalnej, organizującej zespół pasjonarów: wspólnotę, szkołę filozoficzną, drużynę, polis itd. Przy tym ogarniane są nie tylko indywidua pasjonarne, lecz także te, które otrzymały tenże nastrój na drodze indukcji pasjonarnej. Konsorcja przekształca się w etnos, który w procesie rozszerzania się podbija (politycznie lub moralnie) inne etnosy i narzuca im swój rytm. Ponieważ rytm nakłada się na inne rytmy, pełna asymilacja nie odbywa się, lecz powstaje superetnos. (...)
Ludzie się jednoczą na zasadzie komplementarności. Komplementarność zaś to nieuświadamiana sympatia do jednych ludzi i antypatia do innych, tj. komplementarność dodatnia lub ujemna. Gdy powstaje etnos początkowy, to inicjatorzy tego powstającego ruchu dobierają sobie aktywnych ludzi właśnie według tej komplementarnej cechy - wybierają tych, którzy są im po prostu sympatyczni.
„Chodź z nami, pasujesz do nas” - tak wikingowie dobierali młodzieńców do swych wypraw. Nie brali tych, kogo uważali za niepewnych, tchórzliwych, kłótliwych lub niedostatecznie bezlitosnych.
Romulus i Remus dobierali sobie do pomocy krzepkich chłopców, gdy na siedmiu wzgórzach organizowali grupę zdolną terroryzować okoliczne ludy. Ci chłopcy, w istocie swej bandyci, potem zostali patrycjuszami, twórcami potężnego systemu socjalnego.
Tak samo postępowali i pierwsi muzułmanie; oni domagali się od wszystkich islamskiego wyznania wiary, lecz przy tym starali się do swych szeregów wciągnąć ludzi, którzy im pasowali. Trzeba powiedzieć, że od tej zasady muzułmanie rychło odeszli. Arabowie zaczęli przyjmować wszystkich i zapłacili za to bardzo wysoką cenę, ponieważ, jak tylko trafili do nich osobnicy fałszywi, ci, którym w zasadzie było wszystko jedno, jeden Bóg czy tysiąc, a ważniejszy był zysk, dochody, pieniądze, to do władzy doszli ci ostatni - właśnie ci dwulicowi. (...) Jak tylko zasada doboru według komplementarności została zastąpiona przez zasadę powszechności, system doznał straszliwego wstrząsu i uległ deformacji.
Zasada komplementarności figuruje także na poziomie etnosu, przy czym nader skutecznie. Tutaj ona się nazywa patriotyzmem i znajduje się w kompetencji historii, ponieważ nie można kochać narodu, nie szanując jego przodków. Wewnątrzetniczna komplementarność, z reguły, pożyteczna jest dla etnosu, stanowiąc potężną siłę ochronną. Lecz niekiedy nabiera ona kształtów zwyrodniałych, staje się nienawiścią do wszystkiego co obce; wówczas jest zwana szowinizmem.
Komplementarność na poziomie typu kulturowego (...) z reguły wyraża się w wyniosłości, kiedy to wszystkich obcych i nie podobnych do siebie ludzi nazywa się „dzikusami”.
Podobieństwo rozważań Dybowskiego i Gumilowa rzuca się w oczy. Nasz profesor jeszcze na początku wieku XX ostrzegał dokładnie tak, jak Lew Gumilow przy jego końcu, przed przesadnymi uczuciami narodowymi, które mogą stać się w pewnych przypadkach niebezpieczne, jak każdy przejaw fanatyzmu. Dybowski pisał: „Im mniej są wykształceni ludzie, tym głębiej odczuwają oni najdrobniejsze różnice, a szczególniej w zewnętrznych cechach, i płacą je śmiertelną wrogością. Swój naród uważa każdy lud za wybrany, zaś wszystkie inne wobec niego za niższe, złe, nieczyste.
Swoją wiarę uznają ludzie danego wyznania za najlepszą, najprawdziwszą, z samego nieba objawioną. Obcych bogów uważa lud zwykle za wytwór ludzkiej wyobraźni, ale o swoich i pomyśleć w ten sposób się nie odważy, gdyż obawia się ściągnąć na siebie gromów ich niełaski albo gniewu i zemsty. Człowiek sam wytworzywszy bogów boi się ich następnie, jak dzieciak samego siebie, przebrawszy się za stracha.
Fanatyzm na egoizmie i uprzedzeniach oparty, nienawiść do wszystkiego co obce, zamiłowanie w tym, co się uważa za swoje dają piętno właściwe społeczeństwom i narodom. Te cechy, które zwykle na różnorodnym materiale są zaszczepione, wytwarzają jednak ostatecznie typ łudząco jednolity i to daje powód i podstawę do uznawania jednorasowości w swoim narodzie. Ani Żydzi, ani Egipcjanie nie są rasą czystą, za jaką sami uchodzić pragną. Toż samo ma miejsce z innymi narodami.
Trzeba się wyzbyć tego fatalnego przesądu, a wtedy staną ludy obok siebie jako uprawnieni bracia do uczestniczenia w tym, co się szczęściem nazywać powinno na świecie - do umiłowania człowieczeństwa całego i do uprawiania prawdy bez względu na to, czy ona jest swoją, czy obcą. Pomyślność dzieci jest szczęściem dla rodziców, tą drogą altruizmu dojdzie ludzkość do tego, że szczęście obce będzie jej własnym”...


*         *         *


Myśl Dybowskiego, czego by nie tknęła, czy to filozofii moralnej, czy psychologii poznania, czy zagadnień przyrodniczych - zawsze się ześlizguje niejako na zagadnienia społeczne i polityczne. Co nie zawsze tej myśli na dobre wychodzi. Ale trudno, podobno praktycyzm jest w ogóle cechą szczególną polskiego myślenia filozoficznego.
Poświęcał zresztą nasz uczony wiele uwagi i wprost aktualnym zagadnieniom społecznym swego czasu, jak np. tzw. kwestii kobiecej.
Traktując tę kwestię wyłącznie z punktu widzenia nauki biologicznej (Por. O kwestyi tak zwanej „kobiecej” ze stanowiska nauk przyrodniczych, Lwów 1897), Dybowski dowodzi w końcu, „że nie ma ani jednej z cech, należących do właściwości duchowych, przypisywanych charakterom kobiecym, której byśmy nie byli w stanie odszukać w indywidualnościach męskich i na odwrót, że one wszystkie są prawie równie pospolitemi u osobników płci obu, objawy ich tylko mogą być różne, albo nieco odmienne, ale to sedna rzeczy nie zmienia wcale, albowiem cele, intencje i metody czynów, wypływające wszystkie z jednakich właściwości duchowych, są w gruncie rzeczy te same.
I tak, czy jedne osobniki ciągnąć będą długie „treny” za sobą lub nosić na głowie całe ogrody kwiatów sztucznych, albo wiązki piór ptasich, zaś drugie strzępić będą wąsy jak szczotkę lub wdziewać dziwaczne wierzchnie ubranie i nosić krawaty i rękawiczki o krzyczących kolorach, to tym przecież nie zmienia się sama intencja czynu, mająca swe źródło w próżności - imponowania ulicy, zwracania na siebie gwałtem uwagi publiczności. Następnie, czy jedne indywidua przysiadać będą w kniksach japońskich do ziemi zaś inne giąć się będą w pałąk, chyląc łby w pokorze na znak czołobitności, to cel ich jest jednaki - chęć przypodobania się silniejszemu, pragnienie pozyskania dla siebie łask i względów możnowładnych”.
Dybowski obala tezę o rzekomo czysto kobiecych cechach charakteru, takich jak „namiętność niewiast do błyskotek, do ozdób, do barw jaskrawych, papuzich”; „bigoteria, wiara w dogmaty poparte tylko powagą autorytetu, poddawanie bezmyślne swego „ja” pod kierownictwo obce”; „niezdolność do logicznych sądów, do racjonalnego wnioskowania, łatwość przerzucania się z jednej ostateczności w drugą, zmieniania swoich przekonań, jak się zmienia rękawiczki”; „pochopność niewiast do wystawiania na pokaz nagich części swego ciała” etc, etc.
Polemizuje Dybowski m. in. z wybitnym filozofem Arthurem Schopenhauerem, znanym mizoginem, który wywodził: „Już sam widok postaci kobiecej poucza nas, że ona nie jest przeznaczoną ani do wielkich prac fizycznych, ani do prac umysłowych. Na opiekunki i wychowawczynie naszego pierwszego dzieciństwa nadają się kobiety nie dzięki swej miłości i cierpliwości, lecz właśnie dlatego, że same są dziecinne, niezgrabne i nierozgarnięte, czyli że same pozostają przez całe życie swoje wielkimi dziećmi, a raczej czymś pośrednim pomiędzy dzieckiem i mężczyzną, który sam właściwie tylko i jest człowiekiem”.
W tymże kierunku biegła myśl innego filozofa niemieckiego Nicolausa Hartmanna, który pisał: „Moralność kobiet jest najczęściej nieświadomą. Większość z nich przez całe życie pozostaje pod względem obyczajowym nierozwiniętymi dziećmi i dlatego też potrzebuje aż do samej śmierci ciągłej opieki oraz ciągłego kierownictwa... Płeć niewieścia jest płcią nieuczciwą i niesprawiedliwą. Kobiety z zamiłowaniem pławią się w potoku skłonności niezgodnych z prawem i etyką, mają wrodzoną skłonność do nadużyć, udawania i fałszu”.
Znany z antyfeminizmu był też Fryderyk Nietzsche, znakomity niemiecki filozof polskiego pochodzenia, który w dziele Tako rzecze Zaratustra nieraz dawał wyraz swej pogardzie do kobiet, radząc m. in. mężczyźnie, by nie zapomniał bicza, gdy udaje się do niewiasty...
Wszystkim im przeciwstawia Dybowski głęboko pod względem naukowym i psychologicznym ugruntowane przekonanie o wyjątkowej biologicznej, społecznej, etycznej wartości kobiety, która będąc matką, stanowiąc trzon rodziny, jest tym samym dzierżycielką losów całych narodów i państw. Wyraża też nasz uczony przekonanie, że ludzkość powinna będzie kiedyś wznieść się na taki poziom ucywilizowania, w którym nie będzie miejsca na pogardę dla kobiety, a nastąpi „era równości i cnoty”. „Nie inne formy pożycia społecznego uszczęśliwić potrafią człowieczeństwo, jako tylko altruistyczne, oparte na podstawach idealnie moralnej rodziny. Stwórzmy ją taką, a reszta będzie nam dana”. Bez poszanowania ludzkiej godności kobiety nie spełni jednak rodzina swych doniosłych zadań.


*         *         *


Był profesor Dybowski jednym z pionierów europejskiej myśli ekologicznej, także w aspekcie humanistycznego stosunku do zwierząt. W jego dziełach nagminnie się spotyka fragmenty poświęcone zarówno temu zagadnieniu w sensie społecznym i filozoficznym, jak i konkretnym czworonogom, wyróżniającym się jakimiś szczególnymi zaletami fizycznymi czy psychicznymi.
W Pamiętniku np. (Lwów 1930, s. 47 - 48) czytamy: „Przebywając w tej wsi poznałem psa oryginalnego, jego nazywano psem polskim, gdyż trzymał się upornie partii więźniów Polaków. On nie znał panów, właścicieli swoich, lecz uznawał Polaków za swoich kolegów. Gdy był głodny, żądał posiłku od każdego Polaka. Gdy chciał się ułożyć do snu, to kładł się na narach tam, gdzie było miejsce przy Polakach. Czuł po węchu Polaków i z nimi tylko obcował, mochów nie lubił. Wzrost tego psa był niezwykle wysoki, potężna rozumna głowa z obciętymi uszami, szerść gładka, gęsta, jednobarwna, ciemno płowa (...) Jaka była jego przeszłość, niewiadomo. Od kiedy przyłączył się do partii zesłańców Polaków, również nie wiadomo. Legenda otaczała „Polaka”, jak każdą znakomitą, niezwykłą osobistość, nimbem prawie cudowności. Opowiadano o nim, że był już wielokrotnie sprzedawany sybirskim amatorom psów za grube pieniądze, lecz jak tylko nadeszła nowa partia polska, natychmiast szedł za nią, porzucając dostatki i wygody. Było to dziwne rozumne zwierzę, czuło się patrząc na jego mądre oblicze, że się ma przed sobą istotę poważną i myślącą. Jak on mógł węchem odróżnić Polaków od żydów w partii zesłańców, bo warczał na Paprockiego, jak wyróżniał mochów, jak wykazywał większą lub mniejszą życzliwość dla osób polskiego pochodzenia? O tym opowiadano całe historie. Co się stało z „Polakiem”, czy daleko zaszedł na wschód, nie wiadomo; ja go pozostawiłem przed Krasnojarskiem. Mówiąc o tej dziwnej zdolności poznawania narodowości i przymiotów duszy każdej osobowości ludzkiej przez zwierzęta, muszę tutaj wspomnieć o koledze wygnania na Syberię - Pawle Ekercie, warszawianinie, jego kochały wszystkie zwierzęta, i to w sposób tak oryginalny, że miłość ta budziła w widzach, patrzących na okazywane jej objawy, wprost zdumienie. Badania nad tajemniczością duchowych związków pomiędzy istotami ziemskimi, czekają na swojego Darwina. Ekert kochał zwierzęta i był mocno przekonany, że one odczuwają tę jego miłość. Tak np. w zwierzyńcu na Bagateli w Warszawie, gdy się tylko zjawił Ekert, natychmiast lwica, hiena i niedźwiedź dawały znać, że go pragną powitać, z nim się popieścić, ucałować go. Ekert otwierał drzwi do klatki hieny, wchodził do niej, siadał, ona rzucała się do niego z wyrazem najczulszej miłości, lizała go po rękach i po twarzy, skomliła jak pies, gdy wita swego kochanego pana, wracającego po długiej niebytności do domu. Ekert odpowiadał równymi oznakami czułości, gładził hienę, przytulał jej łeb do swojej twarzy etc. Takie pieszczoty obustronne trwały długo i trwać mogły całe kwadranse. Gdy Ekert opuścił klatkę hieny, ażeby powitać lwicę, hiena skomliła żałośnie... Najniebezpieczniejszymi karesami wydawały się widzom pieszczoty z niedźwiedziem, gdy Ekert wstępował do jego zagrody, ale on czuł się tam tak pewny, jak Daniel legendowy w lwiej jamie. Otóż jeżeli legenda o Danielu jest prawdziwą, to on nie był żydem, bo ci są nienawidzeni przez wszystkie zwierzęta; jest to charakterystyka tak pewna, że może służyć za cechę diagnostyczną dla wyróżnienia całego plemienia żydowskiego. Główna tajemnica takiej miłości zwierząt do pewnych ludzi mieści się w tym prostym zdaniu: „ażeby być kochanym, trzeba samemu kochać”. Ci, co tylko sami siebie miłują, będą znienawidzeni przez innych. Na tej samej podstawie budować się powinna przyszłość ludzkości, która jest jedynie w stanie wytworzyć raj na ziemi. „Kochać i być kochanym” stanowi najwyższe możliwe szczęście dla człowieka na ziemi. Ludzie źli głoszą walkę, sieją nienawiść, obiecują tłumom szczęście, ale po tej drodze szczęścia się nie pozyszcza nigdy”... Dziwnie chrześcijańska mentalność cechowała jednak tego zagorzałego ateistę...

*         *         *


Niesłychanie bystre, a miejscami wręcz fascynujące są obserwacje i rozważania Dybowskiego z dziedziny alkohologii.
W roku 1902 ukazała się we Lwowie nieduża objętościowo (187 stron), lecz zawierająca nieprzebrane bogactwo myśli i spostrzeżeń, książka Benedykta Dybowskiego O wpływie trunków alkoholicznych na organizm zwierzęcy i ludzki. Jako człowiek miłujący nade wszystko Ojczyznę, Naukę, Cnotę zaatakował w niej autor z pozycji patriotyzmu, wiedzy i dzielności moralnej odwieczną plagę ludzkości - alkoholizm. Wybitny lekarz i socjolog widział, że opilstwo jest wrogiem numer jeden rodziny, podstawowej komórki społecznej, w której kształtuje się oblicze duchowe zarówno poszczególnych jednostek, jak i całych narodów. Nie znajdziemy więc w jego słowach nawet cienia pobłażania ani w stosunku do tej plagi, ani w stosunku do tych, którzy jej ulegają. Przerzućmy kilka stron tej bardzo ciekawej książki...
„Manjaków, ofiar alkoholizmu, mieniących się poetami genjalnymi, mieliśmy zawsze moc wielką na Litwie. Najbardziej znaną z pomiędzy nich był Krystalewicz w Wilnie... Występował z produkcjami swemi poetycznemi jeszcze za czasów Akademii Wileńskiej, wzorując swe utwory na Trembeckim, przyczem nazywał tego ostatniego „fuszerem” w porównaniu ze swoją genjalną osobistością. Ubierał się zwykle we frak, nosił pstre krawaty i pstre kamizelki, światłe kamasze i rękawiczki ceglasto-czerwonego koloru; wyprzedził więc o jakie pół wieku naszych wielkich mężów w kierunku elegancji i dystynkcji w ubiorze. Tak odświętnie ubrany zjawiał się po restauracjach, tam deklamował swoje utwory, zwykle na cześć obywateli bogatych pisane, i wymagał wynagrodzenia w formie gorzałki lub wina. Młodzież, stołująca się w pewnej jadłodajni, chcąc się pozbyć natręta poetycznego, zrobiła z nim umowę taką, że płacić będzie za wszystkie kieliszki przez niego wypite, byleby po każdym przełknął szklankę zimnej wody. Na piątym zaraz kieliszku zabastował Krystalewicz i już więcej do onego lokalu nie uczęszczał. Pamięć tego poety uwidoczniono litografją, przedstawiającą go w całej postawie; przyozdobiono ją nadto odpowiednim otoczeniem i dwuwierszem własnej kompozycji Krystalewicza. Ten dwuwiersz oryginalny cytuję poniżej, ma on wyrażać diagnozę osoby poety:
„I w postawie całej wedle Przyrodzenia
Jawnie oczywiście wcale bez wątpienia”.

Rozważania swe lekarskie nad „manjakalnymi alkoholikami” kontynuuje Dybowski następującymi słowy: „Podczas mojej długoletniej praktyki rzadko widziałem warjata abstynenta, a jeszcze rzadziej poetę abstynenta. Kobiety warjatki i kobiety alkoholiczki w stosunku do mężczyzn są zjawiskiem prawie wyjątkowem, znałem wprawdzie parę warjatek niepijących, lecz te zawdzięczały swoje obłąkanie alkoholizmowi ojca.
W ogóle działalność trunków alkoholicznych, używanych czy to w dozach umiarkowanych, czy też nieumiarkowanych, jest zawsze fatalna w swych skutkach dla człowieka; wyraża się ona bowiem u ludzi w przestępstwach, zbrodniach, w obłędzie (bądź całkowitym, bądź częściowym)... Pijący stają się niemoralni. Nawet proste złodziejstwo jest skutkiem alkoholizmu. U pijaków rozwija się popęd do okrucieństwa, mają oni upodobanie w znęcaniu się barbarzyńskim nad zwierzętami i w ogóle nad istotami słabszemi od siebie. Brak im serca, gdyż zniszczył je alkohol”. Autor podkreśla, że zagorzałym moczygębom należy się szczególna uwaga psychiatrii.
Właściwie trudno by było znaleźć w literaturze tego rodzaju inną pracę, która by prześcigała cytowaną rozprawę Benedykta Dybowskiego. Precyzja i dosadność określeń, żar kaznodziejski, bezwzględność w polemicznym utwierdzaniu prawdy czynią z tej książki wzór publicystyki popularnonaukowej. Nie do odparcia jest też analiza psychologii pijaństwa, cięta ironia w opisie obyczajów. „Winu - jak zaznacza Dybowski na początku swego dziełka - przypisywano „bardzo cenne i wielostronne znaczenie” ze względu na życie towarzyskie. Powiadano np., że przy kieliszku otwierają się serca, topnieje wszelki przymus, że na dnie pucharów leży zawsze prawda: „in vino veritas”.
Ten pogląd, zdobyty pracą całych pokoleń przy winie, stał się w wielu wypadkach nieomylnym probierzem, służącym do poznawania charakterów ludzi, z którymi się ma do czynienia. Doktor Dybowski. który przez długi okres czasu przebywał na Syberii i doskonale poznał tamtejsze obyczaje, opisuje je na tyle barwnie, że przy tej lekturze mimowolnie wspomina się o najlepszych wzorcach rosyjskiego realizmu krytycznego, sztukach Ostrowskiego, opowiadaniach Czechowa, Gogola, Szczedryna, Leskowa. Trudno się temu dziwić, przedmiot analizy był bodaj ten sam: wady i słabostki ludzi „funkcjonujących” w szczególnych warunkach XIX-wiecznej carskiej Rosji, w której wódki używano na masową skalę jako środka manipulatywno - socjotechnicznego w celu zaszczepienia manii wielkości, agresywności, wojowniczości, bezmyślnej złodziejskiej zaborczości, lekkomyślnego niedbalstwa i baraniego posłuszeństwa wobec władzy.
W jednym z numerów pisma Birżewyje wiedomosti na początku XX wieku Leonid Andrejew, dramaturg i powieściopisarz rosyjski, przyznawał: „Gdy zabroniono pić, gdy minęło szalone pijaństwo, zrozumiał wytrzeźwiony naród rosyjski, jaką krzywdę wyrządził Polsce. Bez wstydu nie można myśleć o przeszłości”...
W Rosji w ogóle powstała i dotychczas istnieje swego rodzaju subkultura alkoholiczna, ze swymi normami i stereotypami zachowań. B. Dybowski w wyżej wspomnianej książce pisał:
„I tak Sybiracy upajają „naczalstwo”, ażeby się przekonać o tym „kakowy oni wo chmielu”, czyli: jakimi są władcy w stanie rozmarzenia alkoholicznego. „Dobriak”, powiadają, gdy się ślini i całuje. „Umnica”, gdy plecie androny długie w swych oracjach przy stole. „Ważnyj”, gdy upiwszy się, siedzi milczący. „Lutyj”, gdy łaje i wymyśla. „Wiesiołyj”, gdy bierze się pod boki i sunie trapaka. „Mołodiec”, gdy wszystkich innych przepije. Poją następnie Sybiracy kolegę swego, przyjaciela, swata, w ogóle każdego nowego człowieka ze swego otoczenia, ażeby się dowiedzieć o tajnikach duszy jego najskrytszych, sądzą bowiem ogólnie, że natura ludzka pod wpływem wina występuje bez żadnych obsłonek, czyli, że jest wtedy nagą: „gołaja dusza” albo „winnaja dusza”, jak ją nazywają”...
Rzeczywiście, napoje wyskokowe w różny sposób działają na poszczególne osoby. Jedni stają się po wypiciu weseli i rozmówni, inni - milkną, w zdrętwiałym otępieniu siedzą wpatrzeni w jakiś punkt przed sobą, rzucając tylko od czasu do czasu mniej lub bardziej bezsensowne repliki w rozweselone towarzystwo. Ktoś się rozczula i rozrzewnia do łez, ktoś każdej spotkanej kobiecie wyznaje dozgonną miłość, ktoś wystukuje nożem po stole marszowe melodie, rzucając groźnym spojrzeniem po twarzach współbiesiadników i wyczekując tylko aż ktoś go „obrazi”; ktoś znów opowiada o swych, zmyślanych zazwyczaj, wyczynach sportowych, erotycznych itp. Niepewny chód, rozkojarzenie umysłowe i moralne, bełkotliwa mowa - niestety, zbyt dobrze znane są te i inne symptomy głębokiego zamroczenia pijackiego. Po zatruciu alkoholem człowiek przestaje być sobą, tj. przestaje być istotą świadomą i rozumną. I im większe zatrucie, tym dalsze odejście od samego siebie. Upity wydmikufel przestaje liczyć się z otoczeniem, oczekiwaniami i opinią innych ludzi; tracą wszelkie znaczenie jego własne przekonania, myśli, zapatrywania. Jest jakby „podmieniony”, postępuje i mówi bezładnie, kierują nim chaotyczne impulsy i zachcianki, wyłaniające się kolejno lub jednocześnie z jakichś psychobiologicznych lub fizjologicznych sfer osobowości. Bezmyślne zwierzę w stanie „dobrowolnego szaleństwa” - oto człowiek pijany. Nie jest rzeczą przypadku, że zazwyczaj równolegle ze wzrostem kultury wewnętrznej osoby wzrasta też odraza do picia, do wprawiania się w stan nieświadomości, patologicznego zapomnienia się w rauszu.
Idiotyzmem w świetle tych faktów wydaje się dawna pijacka „mądrość”, znana w wielu językach, a głosząca, że „czto u trezwogo na umie, to u pjanogo na jazykie”, lub, że „in vino veritas”. Jakaż tam „veritas”, skoro wszyscy pijacy są podobni do siebie „z usposobienia”, jak wściekłe bestie... Nie bez ironii toteż zaznacza Dybowski: „Wynalazek nagiej duszy już od dawna był znany na Syberii; dobrze przedtem, nim do niego dojść potrafiono w Krakowie”.
Wybitny lekarz konstatuje: „Alkohol we wszystkich napojach jest trucizną, a to nie tylko fizyczną, lecz co gorsza i moralną. Napoje bowiem wyskokowe zabijają człowieka jako istotę społeczną o wiele wcześniej niż jako jednostkę biologiczną... Wady, nabyte wskutek używania trunków alkoholicznych, przekazują się potomnie”, tj. są dziedziczone. Dzieci płacą straszną cenę upośledzenia duchowego i fizycznego za lekkomyślne grzechy rodziców.
Do tematyki alkohologicznej Dybowski powracał wielokrotnie w różnych swoich tekstach w ciągu całego długiego okresu swego pisarstwa. I zawsze jego uwagi na ten temat są głębokie i oryginalne. W jednym z artykułów np. wywodził:
„Zatrata instynktów jest koniecznym następstwem rozwoju pola doświadczenia osobistego, na którym pracuje myśl świadoma... Człowiek dzisiaj np. nie jest w stanie poznać instynktownie, czy dany grzyb jest trującym, a wszakże każda wiewórka stoi pod tym względem daleko wyżej od człowieka, bo nie zje muchomora i umie pomiędzy ogromną ilością grzybów wyróżnić szkodliwe. Następnie człowiek będzie jadł sacharynę, gdy mysz i szczur od niej stroni. Najbardziej jednak zabójczym dla ludzkości jest brak odrazy przez najstraszniejszą z trucizn, mianowicie przed alkoholem i w ogóle przed wszystkimi trunkami wyskokowymi. Przyzwyczaiwszy się do trucizny, gotów zwyrodnić siebie, gotów poświęcić całą przyszłość swoją, swej rodziny i potomków, byleby mieć przyjemność narkozy, byleby móc odurzać siebie piwem, winem albo wódką”. Tyle profesor B. Dybowski w pracy O starożytności rodu ludzkiego.
Był nasz mędrzec przekonany, że wiele dawnych cywilizacji, świetnych kultur, potężnych imperiów, wielkich narodów upadło na skutek rosnącego nadużywania przez ludność trunków. Źródeł politycznej tyranii, prześladowania, nietolerancji, okrucieństw też upatrywał w opilstwie. „Żadne inne tłumaczenie - pisał - tych czynności objaśnić nie zdoła, bo tylko alkohol jeden potrafi dokonać cudu, przemienić istotę rozumną w bydlę wstrętne i obmierzłe. On usposabia władców do okrucieństw, do wszelkich możebnych barbarzyństw, a on także przekształca rzeszę służalczą w podłych wykonawców warjackich zachceń...”
Państwa potężne znikły z widowni świata, „lecz po nich chyba ludzkość przyszła żałoby nosić nie będzie, jak również nie wspomni słowem żalu o pijackich rzeszach rycerzów zakonu, ległych pod Grunwaldem, ani uczci kiedyś pamięcią następców ich  po mieczu i kielichu, dzisiejszych hakatystów, z ich przywódcą dziedzicznym alkoholikiem” (mowa o „żelaznym kanclerzu” Ottonie von Bismarcku - przyp. J.C.).
Podejmując ekskurs w dzieje pijaństwa zaznacza Dybowski, że faraonowie w Egipcie, królowie Babilonu, władcy Niniwy obficie używali trunków, w czym ich gorliwie naśladował „tłum ogłupiały”, co miało za następstwo powolne wyrodnienie i upadek tych starożytnych potęg...
W Grecji, jak wiadomo, nie wypracowano jednolitego stosunku do wina. W jednych polisach używano go chętnie, w innych unikano jak zarazy. „Lacedemończycy np. wzbraniali używania wina z racji, że działa ono niekorzystnie na hart duszy, a chcąc na przykładach wykazać upodlające skutki pijaństwa, poili rozmyślnie niewolników pogardzanych, helotów, ażeby wzbudzić odrazę do napojów wyskokowych w młodem pokoleniu. Kobietom i młodzieży w całej Gracji nie dozwolono pić wina”.
Informacje te w zupełności się zgadzają z danymi najnowszej nauki. Już na wczesnym etapie rozwoju wiele narodów potrafiło zrozumieć niszczący wpływ alkoholu na osobowość ludzką i próbowało używaniu trucizny zapobiegać. Nieraz stosując drastyczne środki prewencyjne. W Sparcie, która była postrachem swych sąsiadów i - nie bacząc na małą liczebność ludności - stała się  pogromcą największego imperium owych czasów, Persji, tylko starcy, niezdolni do walki i do prokreacji, mieli prawo pić wino. U Azteków jeśli zauważano pijanego młodego człowieka, natychmiast był karany śmiercią lub przekształcany w niewolnika. Nie przypadkiem został ten lud twórcą jednej z najbardziej fascynujących cywilizacji świata, zniszczonej niestety przez konkwistadorów hiszpańskich..
Nie przepuszcza Dybowski i innym za picie alkoholu. „Masowe używanie trunków nastało w Rzymie podczas walk z barbarzyńcami północy. Kto komu dawał dobry przykład, trudno orzec, bo jedni i drudzy byli opojami. Tacyt wspomina o zwycięstwie Rzymian nad germanami, gdyż ci ostatni byli co do nogi pijani, nie wspomina jednak o tem, ile razy przegrali Rzymianie z powodu, że się upili przed bitwą”...
Także narody szczepu semickiego - kontynuuje Dybowski - umiały cenić napoje wyskokowe. „Pijaństwo Noe´go niepochlebnie świadczy o moralności tego patriarchy i każe przypuszczać, że nie on jeden smakował w trunkach alkoholicznych; zresztą obłęd Saula, tańce Dawida i częste zjawiska proroctwa przemawiają bardzo wymownie za powszechnym i nadmiernym używaniem wina u Izraelitów”.
Było to ówcześnie podejście dość szeroko rozpowszechnione. Tak dla porównania Fryderyk Nietzsche w miniaturze Cześć dla obłędu ze zbioru Ludzkie, arcyludzkie, pisał: „Ponieważ zauważono, że podniecenie często rozjaśniało w głowie i wywoływało szczęśliwe pomysły, więc myślano, że najsilniejszym podnieceniom przypadają w udziale najszczęśliwsze pomysły i natchnienia: i przeto czczono szaleńców jako mędrców i udzielających wyroczni”. W celu zaś uzyskania stanu uniesienia używano nagminnie wina.
Nie przypadkowo - pisze Dybowski - „Mahomet, założyciel jednej z religii, tak zwanych wszechświatowych, widząc niedobre skutki picia wina, uważał za rzecz konieczną nakazem surowym wzbronić jego używania swoim wyznawcom”. Dodajmy, że i dziś prohibicja obowiązuje w wielu krajach arabskich, a używanie alkoholu karane jest nawet pozbawieniem życia.
Dybowski dochodzi do wniosku, że picie jest „klęską straszną dla społeczeństw”, czynnikiem osłabiającym i niszczącym substancję biologiczną narodów. Uważa, że przekonanie o tym „trzeba głęboko w siebie wpoić, ryć je częstym przypomnieniem w pamięci ludzkiej i stawić przed oczy wszystkim, wszędzie i na każdym miejscu”. Nawoływał wielki marzyciel ku temu, aby „zburzyć wszystkie browary, gorzelnie, winnice etc. na całym świecie”. Były to myśli jak na owe czasy śmiałe i... niebezpieczne. Nie przypadkowo, mimo wielu starań, książka antypijacka Dybowskiego nie została wydana w zaborze rosyjskim, lecz tylko w austriackim. Carat nie mógł zezwolić na taką „dywersję” we własnym państwie, w którym przecież rozpijanie mas ludowych przez władzę było jedną z form panowania i ucisku klasowego i narodowego, chwytem, obezwładniającym umysłowo, moralnie i fizycznie ludzi.
Benedykt Dybowski, jako znakomity lekarz, jako gorący patriota ostrzec chciał swój naród, jak i ludzkość całą, przed pijackim zwyrodnieniem i degradacją. Dzieło swe kończył zwrotką:


„Gdy padnie zły nałóg ludzkości,
Zginą przesądy światło ćmiące,
Zawita jutrzenka trzeźwości,
A za nią cnota - życia słońce”.
Piękna ta wizja niestety daleka dziś jeszcze jest od urzeczywistnienia...

Wracając do życiorysu Benedykta Dybowskiego dodajmy, że odmówił on przyjęcia katedry w Tomsku i Petersburgu, ale przyjął ofertę ze Lwowa, w którego to miasta uniwersytecie pracował w latach 1883 - 1906. Gdy obejmował w 1884 roku kierownictwo gabinetu zoologicznego jego zbiory liczyły 3310 okazów, a gdy w 1906 roku odchodził, zostawił (zgromadzone przeważnie własnym kosztem) 116 465 okazów. Tymże sposobem zbiory specjalistycznej biblioteki powiększył z 180 do 2985 tomów.
Był też Dybowski honorowym profesorem lub doktorem uniwersytetów Wilna, Warszawy, Moskwy. Opublikował za życia 175 prac naukowych, a kilkanaście pozostawił w rękopisie.
Ku jego czci naukowcy rosyjscy nazwali jedną z gór na Wyspach Komandorskich Szczytem Dybowskiego.
Zmarł wielki uczony 30 stycznia 1930 roku i pochowany został na wzgórzu powstańców Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie.
Z żony Heleny Lipnickiej miał dwie córki i syna.



*         *         *





3. Władysław Dybowski


Władysław Dybowski (1838 - 1910), był młodszym rodzonym bratem Benedykta. Nauki średnie pobierał w Mińsku, od 1857 roku studiował w Dorpacie.
Podobnie jak brat, przejawiał wcześnie znakomite uzdolnienia naukowe. W 1860 roku jako student otrzymał złoty medal za pracę pt. Beschreibung der silvischen Bryozoen und Anthozoen Est - und Livlands, a w 1862 roku stopień kandydata. Według niektórych biografów okres od roku 1863 - do 1871 spędził w stronach rodzinnych na Białorusi; według innych - w ciężkim więzieniu dla przestępców politycznych. W każdym bądź razie po 1871 roku widzimy go ponownie w Dorpacie.
Od 1871 roku został asystentem przy katedrze mineralogii, a od 1876 docentem prywatnym paleontologii ogólnej na Uniwersytecie Dorpackim. Poświęca się w tym okresie bez reszty badaniom naukowym.
W 1873 roku wydał po niemiecku książkę (rozprawę magisterską) Monographie der Zoantharia scherodermata rugosa aus der Silurformation Esthlands; w 1878 - rozprawę doktorską Die Chaetetiden der Ostbaltischen Silurformation.
Ze względów zdrowotnych przesiedlił się następnie na Ziemię Nowogródzką, gdzie systematyzował swe zapiski naukowe przykuty do fotela ze względu na trwałe kalectwo (zwichnięta w dzieciństwie i nie wyleczona noga, chore serce i płuca).
Brat Benedykt przysyłał mu znad Bajkału setki okazów flory i fauny oraz moc luźnych zapisków o tamtejszym świecie roślinnym i zwierzęcym, które on porządkował, systematyzował, a następnie publikował te teksty jako prace naukowe (w sumie około 70 publikacji z dziedziny paleontologii, oraz systematyki i biologii mięczaków, jak też ponad 40 z dziedziny botaniki). Jako florysta badał zioła Ziemi Nowogródzkiej, których bogate zbiory przekazał m. in. Akademii Umiejętności w Krakowie oraz Muzeum im. Dzieduszyckich we Lwowie. Kilka publikacji poświęcił także zagadnieniom geologii, meteorologii, numizmatyki, folklorystyki. Znał szereg języków, w tym niemiecki, francuski, rosyjski, jidisz, białoruski, angielski, hebrajski, łaciński, grecki, esperanto i in.
Był członkiem rzeczywistym takich stowarzyszeń naukowych, jak Naturforscher - Gesellschaft (Juriew, Dorpat), Cesarskie Towarzystwo Mineralogów (St. Petersburg), Towarzystwo Przyrodoznawcze Cesarskiego Uniwersytetu Charkowskiego oraz członkiem korespondencyjnym Gelehrte Esthnische Gesellschaft, Moskiewskiego Towarzystwa Przyrodniczego, Mińskiego Towarzystwa Gospodarki Rolnej, Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie oraz Komisji Antropologicznej Akademii Umiejętności w Krakowie. Należał do grona najsłynniejszych polskich uczonych swego czasu
Rodziny nie założył, całe swe siły oddał służeniu nauce polskiej. Zmarł 27 lipca 1910 roku w majątku Wojnowo na Nowogródczyźnie. Ponieważ był bezwyznaniowcem i wolnomyślicielem księża odmówili pochowania go na cmentarzu katolickim (chociaż przecie pochodził z rodziny katolickiej i został ochrzczony), pochowano więc jego zwłoki w tutejszym parku dworskim...



*         *         *



Stryjeczni bracia Benedykta i Władysława, Paweł (1826 - 1885) i Emil (1830 - 188?) Dybowscy (rodzeni bracia) zasłynęli jako działacze patriotyczni, uczestnicy powstań narodowych, którzy wiele lat spędzili na zesłaniu syberyjskim. Emil Dybowski posiadał także zmysł wynalazcy, lecz w obliczu bestialskich prześladowań ze strony Rosji nie potrafił swych uzdolnień zrealizować.

Stanisław Dybowski (1841 - 1897) był w swoim czasie znany jako organizator oświaty polskiej na Ukrainie, ceniony historyk, archiwista i literat.

Z tejże rodziny wywodził się Jan Dybowski (1855 - 1928) słynny podróżnik i badacz przyrody, w latach 1885 - 1893 profesor botaniki rolnej i ogrodnictwa w Wyższej Szkole Rolniczej w Grignon (Francja), następnie kierownik katedry w Institut National Agronomique (1893 - 1928), członek Francuskiej Akademii Rolniczej, generalny inspektor rolnictwa kolonialnego Francji, zasłużony przez wprowadzenie roślin kauczukodajnych do Indochin, bawełny do Afryki Zachodniej oraz zorganizowanie szkolnictwa rolniczego w Tunisie, jak również przez założenie w 1902 roku w Nogent sur Marne Wyższej Narodowej Szkoły Rolnictwa Kolonialnego, gdzie do 1928 roku był profesorem.



Wiktor Ignacy Godlewski




Godlewscy należeli do najbardziej słynnych, zasłużonych, rozgałęzionych i starożytnych rodzin polskich. Obszernie opisuje ich dzieje Adam Boniecki w tomie 6 (str. 151 - 161) swego Herbarza polskiego. „Godlewscy herbu Gozdawa z Godlewa w ziemi nurskiej, którego to nazwiska wsi jest obok siebie kilkanaście. Dom ten już w XVII wieku był tak rozrodzony, że dziewięćdziesięciu pięciu Godlewskich podpisywało elekcję Augusta II-go. Regesta poborowe z 1578 roku wymieniają następujących dziedziców: Jakóba, Stanisława i Bartłomieja na Godlewie - Warszach; Jana, Łazarza i Bernarda na Godlewie - Plewach; Wawrzyńca, Wojciecha i Marcina na Godlewie - Miernikach i Mazach; Zygmunta, Jerzego i Pawła na Godlewie - Łubach; Jerzego, Jana i Macieja na Godlewie - Wielkiem; Hieronima, Andrzeja i Malchera na Godlewie - Wroniem i wielu innych nie podanych z imienia.
Rosław Godlewski, dziedzic części Pieniek - Paprotnik, Stanisław i Jan, dziedzice Pęszewa, w nurskiem 1578 r. ... Wojciech, administrator dóbr Łomna opactwa czerwieńskiego 1580 r. Michał, syn Macieja z Godlewa, 1449 r. na uniwersytecie krakowskim. Marcin, Mikołaj i Stanisław z Godlewa, synowie Pawła, otrzymali 1525 r. pewien grunt na Godlewie od ks. Janusza Mazowieckiego... Mikołaj, żonaty z Zofią z Dybowskich 1590 r. Jakób, syn Adama, dziedzic Rytel 1590 r. (...)
Walenty, poseł ziemi nurskiej 1648 r., podstarości 1652 r., podsędek 1668 r., a sędzia ziemski nurski 1681 r., podpisał elekcję Jana III-go... Syn jego Stanisław, podstoli nurski 1680 r., dworzanin królewski i chorąży nurski 1687 r., regent kancelaryi koronnej 1689 r., starosta nurski 1689 r., otrzymał Wilków w ziemi sochaczewskiej 1697 r. W tym ostatnim roku pisał się z ziemią nurską na elekcyę Augusta II-go. (...)
Kazimierz, archidyakon łucki, kanonik warszawski, officyał podlaski i brzeski 1698 r. (...)
Oprócz wymienionych wyżej podpisało z ziemią nurską elekcję Augusta II-go: ośmiu Szymonów, sześciu Maciejów, dwóch Wawrzyńców, pięciu Adamów, sześciu Walentych, pięciu Wojciechów, dziewięciu Janów, trzech Łukaszów, siedmiu Stanisławów, czterech Mateuszów, dwóch Bartłomiejów, trzech Jakóbów i Tomaszów, czterech Pawłów, dwóch Marcinów i Piotrów, Kazimierz, Seweryn, Szczęsny, Mikołaj, Andrzej, Aleksander, Franciszek, Grzegorz (...).
Franciszek, burgrabia grodzki nurski 1774 r., a podstarości ostrowski 1783 roku, syn Wojciecha, burgrabiego grodzkiego ostrowskiego, i Antoniny ze Skłodowskich, nabył 1774 r. od Mateusza część jego na Godlewie... Kazimierz, oberstlejtnant artyleryi koronnej 1778 r. (...)
Antoni z Józefy Skarżyńskiej, córki Tomasza, pozostawił córkę Maryannę, za generałem Stuartem i syna Stanisława Kostkę, wylegitymowanego ze szlachectwa w królestwie 1838 r.
Stanisław Kostka, pułkownik wojsk napoleońskich, kawaler krzyża Virtuti Militari, zaślubił 1825 r. Ludwikę Starzyńską, córkę Łukasza, szambelana Stanisława Augusta i Konstancyi z Pudłowskich. (...)
Jan, chorąży żytomierski i starosta daniczowski, otrzymał 1703 r. konsens królewski na odstąpienie tego starostwa Wisłockiemu...
Antoni, podczaszy mścisławski 1721 r., ma brata Samuela i siostrę Maryannę...
Andrzej, żonaty z Zofią Stempkowską, został 1777 horodniczym bracławskim i zaraz wkrótce skarbnikiem winnickim...
Fabian Sebastyan pisał się z województwem sieradzkim na elekcyę Stanisława Augusta. Był on synem Jakóba i Anny z Gumowskich, nazwany szambelanem królewskim i wojskim nurskim 1785 r...
Piotr, pisarz połocki 1697 r. Jan Tomasz w instrukcyi szlachty województwa brzeskiego, danej posłom 1697 r., nazwany raz podstolim, drugi raz podczaszym owruckim. Michał, strażnik upicki, żonaty z Anną Antoniewiczówną 1727 r. Tomasz, stolnik nurski, sędzia kapturowy województwa wileńskiego 1764 r.
Hipolit i Józef w powiecie lidzkim 1764 r. Tomasz, sędzia grodzki smoleński 1779 r. Stanisław, komornik województwa wileńskiego, otrzymał z dóbr pojezuickich Zamysłowice 1774 r. (...)
Michał, członek Stanów Galicyjskich, i Kazimierz legitymowali się ze szlachectwa 1782 r. w sądzie ziemskim lwowskim”.

Byli jeszcze Godlewscy używający herbu Bończa i Junosza, ale prawdopodobnie należeli oni do tego samego domu co i Gozdawici.
Już pobieżny rzut oka na źródła archiwalne i historyczne zmusza do stwierdzenia, że Godlewskich cechowała ogromna siła biologiczna i energia witalna, przejawiająca się zarówno w imponującym rozmnożeniu tego rodu, jak i w zrodzeniu długiego szeregu znanych i wybitnych osobowości twórczych w dziedzinie kultury, oświaty, nauki, sztuki, działających na obszernych połaciach kraju, jak Polska długa i szeroka, a zaznaczających swą obecność także w dziejach Rosji, Austrii i Niemiec.


*         *         *


Wiktor Ignacy Godlewski przyszedł na świat 30 grudnia 1831 roku w miejscowości Boguty Wielkie na terenie województwa ostrołęckiego, w rodzinie Aleksandra, szlachcica zaściankowego. Matka jego, Karolina z Ciołkowskich, należała do starej rodziny polskiej, której rosyjskie odgałęzienie dało światu wybitnego teoretyka lotów kosmicznych Konstantego Eduardowicza Ciołkowskiego.
Wiktor Ignacy Godlewski ukończył gimnazjum w Łomży i podjął pracę zarobkową w charakterze administratora majątków. Ponieważ przejawiał zainteresowania naukowe, znalazł kontakt z Warszawskim Gabinetem Zoologicznym i zamierzał podjąć odpowiednie studia. Nie miał jednak na razie pieniędzy na ich opłatę. Prowadził więc obserwacje i zapiski przyrodnicze na własną rękę jako naukowiec amator. W międzyczasie jednak został wciągnięty do ruchu patriotycznego, zdradzony przez donosiciela, oddany pod sąd, już w 1864 roku znalazł się aż za Bajkałem w siole Pietrowskoje.
W latach 1865 - 1868 przebywał kolejno w Domnie, Strakowej, Czycie, Darasunie, zarabiając na życie preparowaniem ptaków i ssaków dla zbiorów Gabinetu Zoologicznego Warszawskiego, Petersburskiej Akademii Nauk i innych instytucji tego typu.
Od 1868 roku nawiązał bliską współpracę z B. T. Dybowskim, którego poznał dawniej w konspiracji warszawskiej i prowadził z nim przez kolejnych jedenaście lat badania nad fauną Syberii wschodniej i Bajkału. Zbliżył się też z A. Czekanowskim, M. Jankowskim. W. Taczanowskim, słynnymi polskimi badaczami przyrody syberyjskiej. Był niezwykle pracowity i obowiązkowy. Dybowski wielokrotnie z uznaniem pisał o nim w swych wspomnieniach. Miał silny wrodzony pęd do nauki i mimo braku systematycznego wykształcenia formalnego, posiadł wiedzę głęboką i obszerną.
W 1872 roku Godlewski odznaczony został za badania nad Bajkałem małym złotym medalem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Był współautorem (razem z Dybowskim i Taczanowskim) kilkunastu prac naukowych, jak np. Priedwaritielnyj otcziot o faunisticzieskich issledowanijach na Bajkale (1870), Issledowanija w pribajkalskich miestnostiach i na Bajkale (1872), Materiały dla zoogieografii Wostocznoj Sibiri (1872). Trzeba przyznać, że należał w tym czasie do grona słynnych przyrodników i znany był zarówno w kręgach naukowych Rosji, jak i całej Europy. Towarzysze zesłania i wypraw naukowych, tacy np., jak Dybowski i Taczanowski, powodowani uznaniem dla jego wysiłków i zasług, nadali imię Godlewskiego szeregowi gatunków syberyjskiej flory i fauny, żywej i kopalnej, uwieczniając w ten sposób pamięć rodaka i przyjaciela w międzynarodowej nomenklaturze naukowej. Tak jeden z rodzajów kiełży bajkalskich nazywa się Gammarus Godlewskii, gatunek ryby głowacza - Limnocottus Godlewskii; podrodzaj mięczaków - Godlewskia, poświerk syberyjski - Emberiza Godlewskii, gatunek wieloszczetów - Dybowscella Godlewskii, itd.
Nie tylko sensowna praca, ale też wspaniała przyroda syberyjska kojąco działała na udręczone dusze zesłańców. Godlewski po powrocie z zesłania wielokrotnie z zachwytem opowiadał znajomym o wspaniałej urodzie majestatycznych krajobrazów Syberii.
Jest to zresztą zjawisko uniwersalne, że piękno natury w różnych swych przejawach oddziaływuje kojąco na cierpienia psychiczne, a nawet fizyczne ludzi. Jeszcze Arthur Schopenhauer w dziele Świat jako wola i przedstawienie podkreślał istotne psychoterapeutyczne znaczenie oglądania spełnionego piękna przyrody: „Ilekroć ujawnia się ono znienacka przed naszym wzrokiem, udaje mu się zawsze choć na chwilę wyrwać nas spod władzy subiektywności, niewolniczego służenia woli i przenieść w stan czystego poznania. Dlatego nawet człowieka udręczonego namiętnościami, biedą i troską nagle pokrzepia, rozwesela i podnosi na duchu jeden jedyny niewymuszony rzut oka na naturę; burza namiętności, napór życzeń i lęków oraz wszystkie męki pragnień uciszają się wtedy w cudowny sposób. Albowiem w chwili, gdy oderwani od pragnień, oddaliśmy się czystemu, bezwolnemu poznaniu, wstępujemy niejako w inny świat, gdzie wszystko, co porusza naszą wolę i przez to tak gwałtownie nami wstrząsa, już nie istnieje. To uwolnienie poznania wydobywa nas ze wszystkiego tak bardzo i równie całkowicie, jak sen i senne marzenie; znikło szczęście i nieszczęście; nie jesteśmy już jednostką, nie pamiętamy o niej, jesteśmy już tylko czystym podmiotem poznania; istniejemy już tylko jako jedyne oko świata, które wyziera ze wszystkich poznających istot, lecz tylko w człowieku może się uwolnić zupełnie od służenia woli, dzięki czemu wszelkie różnice indywidualności znikają tak całkowicie, że wszystko jedno, czy widzące oko należy do potężnego króla, czy do udręczonego żebraka. Albowiem ani szczęścia, ani biadań nie zabiera się poza tę granicę. Tak blisko nas leży zawsze teren, gdzie zupełnie unikamy wszelkiego cierpienia”...
Obcowanie z piękną przyrodą pozwalało nieraz zesłańcom wyrwać się ze stanu skamieniałego cierpienia, bolesnej tęsknoty, rozpaczliwej samotności, dodawało siły do życia, do przetrwania.

Godlewski posiadał fenomenalny zmysł inżyniera - konstruktora i wynalazcy, jego pomysłowość pod tym względem wydawała się być bezgraniczna. W surowych, prymitywnych, nędznych warunkach Syberii potrafił wykoncypować i ręcznie wyrabiać przyrządy badawcze, które swymi rozwiązaniami, poziomem, jakością wprawiały w zdumienie zawodowych badaczy. Toteż zwano go powszechnie „złotorękim”. Wśród jego „dzieł” w tej dziedzinie na szczególną uwagę zasługiwały przyrządy do łowienia fauny dennej, wybudowanie i wyposażenie laboratorium naukowego nad brzegiem Bajkału, instrumentarium do pomiaru głębokości czy szybkości prądów wodnych.
Profesor Benedykt Dybowski tak charakteryzował swego pomocnika i przyjaciela: „Godlewski Wiktor, „złotoręki”, ale i złototwórczy umysł, można o nim śmiało powiedzieć, że był to geniusz w zakresie techniki, architektury, rzeźby itd. W Darasuniu stawiał domy, budował piece, kominki, szył bieliznę, odzież, obuwie, znał się na ogrodnictwie, na uprawie roli, w ogóle na wszystkim, a we wszystkim był samoukiem. Nauczał towarzyszy więziennych rozmaitych rzemiosł. Jemu zawdzięczali Roguski i Wiśniewski, że się nauczyli budowy pieców rozmaitych typów; po powrocie do Irkucka stali się zawodowymi „piecznikami” - zdunami w tym mieście i zarabiali duże sumy. Innych nauczył krycia dachów: dranicami, gontami, deskami i blachą. Był w potrzebie blacharzem, stolarzem, kowalem itd. Namiętny myśliwy, doskonały strzelec, wyborny obserwator, mnie pomagał przy pomiarach ptaków i zwierząt ssących, spisywaliśmy codzienne spostrzeżenia nad ptakami, każdy gatunek poznany miał osobną rubrykę - notowaliśmy dokładnie, a te notaty posłużyły następnie do pracy Taczanowskiego O ptakach wschodniej Syberii. (...) Był siły niezwykłej i wytrwałości zdumiewającej...”.
Przez pewien okres bliskie stosunki łączyły na Syberii Godlewskiego z Mikołajem Przewalskim. Dybowski konstatuje: „Gdy przybył pan Wiktor i poznał się z Przewalskim, zawarli ze sobą jako namiętni myśliwi, przyjaźń szczerą i głęboką. Po długich rozmowach i opowiadaniach, jakie wiedli pomiędzy sobą, zupełnie niespodziewanie zrobił Przewalski propozycję, ażeby Godlewski mu towarzyszył przy dalszych jego marzonych podróżach po Azji Środkowej. Na szczęście Godlewski stanowczo odmówił...”.
W 1877 roku powrócił do Polski. Próby znalezienia zastosowania dla swych wysokich umiejętności naukowych i technicznych ze strony Godlewskiego się nie powiodły. W oczach „inteligentnych” rodaków uchodził już za „człowieka ze Wschodu”.
Co prawda był jeszcze czynny przez pewien okres jako członek Towarzystwa Dobroczynności, delegat Towarzystwa Kredytu Ziemskiego, utrzymywał luźne kontakty naukowe i towarzyskie z byłymi zesłańcami i badaczami przyrody syberyjskiej. Był to jednak blady tylko odbłysk dawnej gorliwej pracy i dawnych twórczych dążności.
Benedykt Dybowski, który też miał ogromne trudności z ponownym zakorzenieniem się w kraju ze względu na nieżyczliwość rodaków, usilnie nakłaniał Godlewskiego do ponownego udania się na Syberię w celu badania Kamczatki, tym bardziej, że środki na to wyasygnowały rosyjskie instytucje naukowe. Godlewski jednak nie skorzystał z tej oferty i zaprzepaścił w ten sposób szansę wniesienia jeszcze większego niż dotychczasowy wkładu do rozwoju nauk przyrodniczych. Miał po prostu dość zarówno kilkunastu lat pobytu na Syberii, jak i chłodnej, zawistnej niewdzięczności rodaków. Służyć, pracować, składać swe życie w ofierze? Komu? Po co? - Doświadczenie życiowe Godlewskiego udzieliło aż nazbyt jednoznacznych odpowiedzi na te pytania. Prywatność, ciche i spokojne życie na ustroniu, z dala od nieprawości ludzi i świata - to się mu wydawało teraz najwłaściwszym rozwiązaniem problemów życiowych. Podążył też w tym kierunku. Co prawda ze szczęściem raczej zmiennym. Przez szereg lat niezbyt fortunnie dzierżawił rozmaite folwarki, aż wreszcie w 1889 roku nabył na własność zadłużony drobny mająteczek Smolechy nie opodal Ostrowi Mazowieckiej. Oddał się tu pracy na roli, hodowli roślin i pszczelarstwu. Zachował jednak zacięcie badawcze i wciąż patrzył na świat uważnym okiem wnikliwego naukowca, który nie tylko chce świat poznać, ale i dąży do przekazania swej wiedzy innym ludziom. Wynikiem tej postawy było ukazanie się w Warszawie w 1891 roku jego broszury, O syceniu miodu, dziełka o ukierunkowaniu praktycznym, w którym po raz kolejny - i niestety, ostatni - doszły do głosu jego dar obserwacji i talent wynalazczy.
Wiktor Ignacy Godlewski zmarł na tyfus 17 listopada 1900 roku i pochowany został na cmentarzu wiejskim w miejscowości Jasienica koło Łomży.


*         *         *


Z rodziny Godlewskich wywodziła się plejada wybitnych i zasłużonych w różnych dziedzinach kultury polskiej osobowości m. in. Emil Godlewski sen. (1847 - 1930), znakomity botanik, związany z ośrodkami naukowymi w Krakowie i Puławach, autor m. in. pionierskich Myśli przewodnich o fizjologii roślin (t. 1 - 2, 1923, 1932) oraz Emil Godlewski jun., jego syn (1875 - 1944), światowej sławy biolog, embriolog, histolog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, autor licznych dzieł naukowych w języku polskim i obcych.


Bronisław Grąbczewski



Przyszły wybitny badacz Azji Środkowej Bronisław Grąbczewski urodził się 15 stycznia 1855 roku w Kownatowie powiatu telszewskiego na Litwie, w rodzinie wywodzącej się z Mazowsza.
Dzieciństwo spędził w majątku rodzinnym Krepszty na Żmudzi.
W książce Na służbie rosyjskiej, wydanej pośmiertnie w 1926 roku (wznowienie 1990), Bronisław Grąbczewski wspominał o tym okresie swego życia: „Miałem wtedy 8 lat. Mieszkaliśmy w majątku naszym Krepszty, o 9 kilometrów od miasta powiatowego Telsze, w ziemi kowieńskiej.
Cały dom jest w ruchu, gdyż moi rodzice oczekują ogromnego zjazdu „na polowanie”, na które ma przybyć około 200 osób, obywateli z ziemi kowieńskiej. Jest już marszałek szlachty hrabia Czapski z Berżan, jest również były marszałek pan Piłsudski, a zajeżdżające sanki przynoszą coraz to nowych gości, których sp. ojciec mój spotyka w przedpokoju i wprowadza dalej.
Wśród gości postrzegam mnóstwo osób, których nigdy przedtem nie widziałem. Większość w czamarkach i konfederatkach. Pierwszy raz w życiu widzę swoją mateczkę w czarnym kontusiku z wylotami, podbitymi białym jedwabiem, i w konfederatce. Matka przyjmuje gości w wielkiej sali, skąd rozchodzą się oni po wszystkich pokojach, tworząc grupy żywo z sobą rozprawiające.
W olbrzymim pokoju stołowym jest bufet z gorącymi i zimnymi potrawami. Każdy je i pije, kiedy chce i co chce”...
Beztroska, harmonijna, pełna miłości atmosfera rodzinna, a wraz z nią i miłe dzieciństwo, zostały brutalnie przerwane. Ojciec Bronka, jeden z organizatorów powstania 1863 roku został aresztowany i zesłany na Syberię. W powyżej cytowanych wspomnieniach czytamy: „W Telszach, na wzgórzu wśród miasteczka stoi klasztor ojców Bernardynów. W klasztorze był konwikt, w którym kształciła się dziatwa bogatych ziemian okolicznych. Uczyli się tam i moi dwaj starsi bracia; ja nie miałem jeszcze skończonych 8 lat i dlatego zostałem w domu, nudząc się fatalnie, bo uważałem za nieodpowiednie dla siebie bawienie się z młodszym rodzeństwem. Rodzice, którzy w ogóle byli dla mnie nadzwyczaj dobrzy, pozwalali mi od czasu do czasu na parodniowy pobyt w klasztorze, gdzie mogłem się wybawić z braćmi do woli.
Wśród mnichów miałem przyjaciela, ojca Benedykta. Ten w czasie bytności mojej w klasztorze stale się mną zajmował, bawił się ze mną i wyprowadzał na spacer do ogrodu klasztornego, skąd roztaczał się piękny widok na leżące u stóp wzgórza ożywione miasteczko żydowskie, rozciągające się aż do brzegu dużego Telszewskiego jeziora, za którym widać było dalekie pola i lasy.
W parę miesięcy po „polowaniu” w Krepsztach bawiłem właśnie w klasztorze u braci, gdy do celi wpadł ojciec Benedykt i , chwyciwszy mnie za rękę, zawołał: „Chodź, prędko! Ojca twego wiozą Moskale!”. nie rozumiejąc o co chodzi porwałem futerko i czapkę i wybiegłem za mnichem przed klasztor, wołając: „Gdzie, gdzie?”. Ojciec Benedykt wskazał mi czerniejące na lodzie jeziora mrowisko ludzi i koni, powoli zbliżające się do miasteczka. Wkrótce rozpoznałem idącą w ordynku część 13 pułku dragonów oraz harcujących dookoła „ławą” kozaków z 5 pułku dońskiego. Dowodził oddziałem pułkownik, baron Raden, Kurlandczyk, którego znałem dobrze, gdyż bywał często w Krepsztach u moich rodziców.
Ojciec Benedykt wyprowadził mnie za furtę klasztoru na ulicę i kazał czekać. Wkrótce pochód przedostał się z jeziora do miasta, dążąc na główną ulicę, która biegła u stóp klasztoru, gdzie mieściły się ówczesne władze rosyjskie. otoczony zwartą gromadą dragonów i kozaków, ukazał się prosty wóz drabiniasty, zaprzężony cugowymi końmi, na którym siedział pogrążony w zadumie mój ojciec. Obok niego umieścił się kapitan żandarmów Krzyżanowski, Polak. Naprzeciwko ojca dwóch żandarmów z dobytymi pistoletami.
Zobaczywszy to, padłem na kolana i widząc, że ojciec zamyślony mija mnie, nie spostrzegłszy swego syna, począłem płakać, przeraźliwie wołając: „Tatusiu! To ja! Twój Broniś!”... Pomimo zgiełku ojciec musiał usłyszeć mój głos, gdyż błyskawicznie zerwał się z siedzenia, szukając mnie oczyma. Lecz w tej samej chwili żandarmi schwycili go za ręce i posadzili na miejscu. Tylko z daleka przeżegnał mnie szerokim krzyżem.
Tuż za wozem, na którym wieziono ojca mego, posuwała się ciężka kareta zimowa na saniach, zaprzężona w „szydło”, w której jechała matka, również w otoczeniu kozaków. Czy serce matczyne usłyszało mój krzyk, czy może lokaj (stary Wincenty, który całe życie spędził u nas) albo woźnica zobaczyli mnie klęczącego na śniegu u furty klasztornej i rzewnie płaczącego - nie wiem; dość, że kareta się zatrzymała, matka wyskoczyła do mnie i, z trudnością przecisnąwszy się między napierającymi zewsząd końmi dragonów i kozaków, wciągnęła mnie do karety. Zawieziono nas do prywatnego mieszkania dowódcy pułku dragonów, barona Radena, gdzie był już mój ojciec, którego miano natychmiast wysłać dalej do Wilna. Z konwiktu wezwano moich starszych braci. Ojciec wyszedł do nas w towarzystwie oficera żandarmów, który nie opuszczał go ani na chwilę. Pamiętam, że gdy nas żegnał i błogosławił, drżały mu usta. Potem kazał nam uklęknąć, podnieść prawe ręce do góry i przysiąc, że będziemy słuchali matki, nigdy nie sprzeniewierzymy się naszej polskości, nie pozwolimy użyć się na szkodę własnej ojczyzny. Przysięgliśmy.
Scena ta wywarła na mnie wrażenie piorunujące i utkwiła w pamięci na całe życie... Toteż gdy okoliczności zmusiły mnie do służby w wojsku rosyjskim, gdy po złożeniu odpowiednich egzaminów, 22 listopada 1875 roku otrzymałem szarżę oficerską w jednym z pułków lejb-gwardii, konsystujących w Warszawie, w obawie, by mnie nie użyto przeciwko mym rodakom, natychmiast wszcząłem starania o translokację na Wschód. I 2 marca 1876 roku zostałem już przeniesiony do liniowych wojsk Turkiestanu, zamieniwszy ponętny pobyt w Warszawie i w lejb-gwardii na ciężką służbę na kresach państwa rosyjskiego. W Turkiestanie, na dalekim Wschodzie i w Astrachaniu spędziłem 35 lat i wróciłem do Warszawy dopiero w roku 1910, jako emerytowany generał dywizji i były hetman kozacki”...
W losie takim tkwił niewątpliwie głęboki dramatyzm. Honor oficerski i złożona przysięga nakazywały bowiem skrupulatne wykonywanie dyspozycji odgórnych, patriotyzm zaś i słowo dane ojcu nie pozwoliłyby na wykonanie ewentualnego rozkazu prześladowania czy strzelania do rodaków. Wyjazd na Wschód był więc próbą pogodzenia sprzecznych ze sobą zobowiązań moralnych i obywatelskich.
W rodzinie Grąbczewskich zawsze żywe były tradycje walki o sprawiedliwość społeczną i niepodległość. W burzliwym wieku XIX przysparzało to niemało kłopotów i członkowie tej rodziny musieli nieraz przechodzić koleje losu godne odzwierciedlenia w powieści przygodowej.
Po Powstaniu Styczniowym majątek Grąbczewskich skonfiskowano, a rodzinę wysiedlono do Kongresówki, co było przysłowiowym szczęściem w nieszczęściu. W ten sposób carat „oczyszczał” Litwę z rewolucyjnego elementu. Gimnazjum Bronisław ukończył w Warszawie, na studia wstąpił w Petersburgu, do Instytutu Górniczego. Studiów jednak nie ukończył, wstąpił na ochotnika do pułku ułanów gwardii carskiej. Po pięciu latach jednak porzucił służbę w armii czynnej. „Polubiłem Turkiestan - pisał - przeszedłem do administracji wojskowej tego kraju i siedziałem tam w stopniu porucznika, więcej ceniąc swobodę włóczęgi myśliwskiej po przepięknym świecie bożym, niż wszelkie stopnie i awanse”.
Jako urzędnik do szczególnych poruczeń przy gubernatorze Fergany odbył w 1885 r. podróż do Kaszgarii, Gumy i Chotanu na skraju pustyni Takla Makan. W wyniku tej podróży wydrukowana została (100 egz.) pierwsza publikacja naukowa Grąbczewskiego w języku rosyjskim: „Otcziot o pojezdkie w Kaszgar i jużnuju Kaszgariju w 1885 godu”. Za pracę tę otrzymał srebrny medal Rosyjskiego Towarzystwa geograficznego, został zauważony też przez władze petersburskie.
W 1888 roku, z polecenia Aleksandra III, zorganizował w Afganistanie bunt przeciwko antyrosyjsko usposobionemu emirowi Abdurrachmanowi, a to przy pomocy pretendenta do tronu, brata emira, Ischak-Chana. Było to wydarzenie szczególne w karierze Bronisława Grąbczewskiego.
Latem 1888 roku najwyższe władze rosyjskie pilnie zawezwały go do Petersburga. Dniem i nocą, konno, pieszo, na furmankach, po skąpych chwilach snu i wytchnienia (dyscyplina w takich sytuacjach obowiązywała żelazna), męczony najprzeróżniejszymi domysłami - śpieszył młody porucznik do stolicy imperium. Miał tu otrzymać zadanie, które wprawiło go w zakłopotanie, ale które - jako urzędnik państwowy - musiał wykonać.
Tereny Azji Środkowej były w tamtych czasach punktem zapalnym polityki międzynarodowej. Rosja carska i Anglia drogą przekupstwa koptowały sobie zwolenników spośród feudalnych przywódców miejscowej ludności, rozdmuchiwały bunty na terenach należących do sfery wpływów przeciwnika. Ten poker cesarski trwał przez całe dziesięciolecia. I oto Grąbczewski został głównym wykonawcą jednego z posunięć cesarza Aleksandra III... Chodziło o to, aby dać dobrego klapsa zbytnio rozigranemu lwu brytyjskiemu.
W roku 1885 agenci angielscy, wykorzystując wolnościowe aspiracje miejscowej ludności, zaopatrzyli potajemnie w broń mieszkańców wschodniej części Fergany, będącej pod zarządem administracji carskiej, i pchnęli Kirgizów i Kara-Kipczaków do rebelii antyrosyjskiej. Przelało się niemało krwi zarówno osadników rosyjskich, jak też miejscowej ludności, chociaż powstanie szybko stłumiono. Nieuniknione bodaj w takich sytuacjach represje, egzekucje, sądy doraźne oraz masowe zesłania i konfiskaty mienia mocno nadwyrężyły autorytet Aleksandra III na arenie międzynarodowej. Próżność i ambicja kazały cesarzowi „odegrać się” na przeciwniku.
Władze wiedziały, że młody porucznik mający aspiracje naukowe wiele włóczył się po górach, ma dużo przyjaciół wśród miejscowej ludności i jest dobrze obeznany z miejscowymi stosunkami. W ciągu 10 dni został opracowany szczegółowy plan akcji. Grąbczewski wiedział, że w Samarkandzie mieszka Ischak-Chan, rodzony brat emira Abdurrachmana afgańskiego, który żyje ze skromnej pensji wypłacanej mu przez rząd rosyjski. Wcześniej był namiestnikiem swego brata w Północnym Afganistanie, ale chcąc się uniezależnić, obwołał się samodzielnym chanem. Został jednak przez emira Abdurrachmana rozbity, uciekł do Rosji razem z kilkuset poplecznikami i prowadził tu nędzny żywot, marząc o zemście. W tymże stanie ducha znajdowali się i jego zwolennicy.
Grąbczewski uważał, że 1 tys. karabinów, 100 tys. ładunków i 10 tys. rubli byłoby dostateczną pomocą Ischak-Chanowi. Aleksander III po przeczytaniu projektu do każdej liczby dodał „0”. Tak więc Ischak-Chan dostać miał 10 tys. karabinów, 1 mln ładunków i 100 tys. rubli srebrem na rozpoczęcie „ludowego powstania” przeciwko swemu bratu. Gdy porucznik Grąbczewski spotkał się w Samarkandzie z Ischak-Chanem, którego znał od dawna i zaoferował mu „bezinteresowną” pomoc rządu carskiego, ten nie posiadał się z radości.
Wydarzenia potoczyły się szybko. Agitatorzy Ischak-Chana udali się na teren  przyszłej akcji. Cały zamiar realizowano w najgłębszej tajemnicy. Grąbczewski wspomina: „Podałem króciutki telegram do Petersburskiej Agencji Telegraficznej, że pretendent do tronu  afgańskiego, Ischak-Chan, zbiegł ze świtą nocy dzisiejszej w niewiadomym kierunku. Po paru dniach wysłałem nową depeszę, że pościg natrafił na ślady zbiega i dąży za nim energicznie, i na koniec trzecią, że Ischak-Chan zdołał zbiec przed pościgiem i przeprawił się na lewy brzeg Amudarii, na terytorium afgańskie. Na tym akcja oficjalna rządu rosyjskiego była zakończona”.
Nieoficjalna zaś trwała nadal. Ischak-Chan pod eskortą oddziału kozackiego (goniącego rzekomo za „zbiegiem”) przerzucony został przez teren Buchary nad granicę afgańską. W ten sam sposób odtransportowano tamże broń i amunicję. Po kilku tygodniach uzbrojeni w karabiny zwolennicy Ischak-Chana uderzyli na stolicę północnego Afganistanu Mazar-i-Szeryf. Grąbczewski zaś po nieudanym „pościgu” za pretendentem do tronu afgańskiego wrócił na dawną placówkę do Margelanu.
Przez kilka miesięcy dopóki starczyło broni, amunicji i pieniędzy „podarowanych” przez Aleksandra III, Ischak-Chan odnosił zwycięstwa nad oddziałami Abdurrachmana, co rzeczywiście przeraziło Anglików, którzy najwięcej na świecie bali się tego, że Rosja sięgnie przez Afganistan do ich „kieszeni” - Indii. Ale rząd carski po wytargowaniu od Anglików kilku drobnych ustępstw na Bliskim Wschodzie zaniechał dalszej pomocy Ischak-Chanowi.
W czerwcu 1889 roku wojska emira Abdurrachmana, zaopatrzone w najnowsze karabiny i działa produkcji angielskiej uderzyły na tereny „zbuntowane”. Po miesiącu sprawa była skończona. Ischak-Chan znów uciekł do Samarkandy, Anglicy znów rozpoczęli knucie intryg antyrosyjskich, a Abdurrachman upajał się zemstą. Grąbczewski, ciągnący wówczas po tych terenach w składzie ekspedycji naukowej, notował w dzienniku podróży: „Trzy dni szliśmy drogą usłaną trupami ludzi i zwierząt, które gnijąc tak zatruwały powietrze, że wyprawa moja musiała zatrzymywać się na noclegi daleko od drogi. Wszędzie spotykaliśmy chorych, ranionych lub wycieńczonych drogą; kobiety z dziećmi u piersi lub na plecach. Ekspedycja moja opatrywała rannych, chorym dawała lekarstwa, dzieliła się skromnymi zapasami żywności, ale była to kropla w tym morzu okrutnej nędzy”.
Kto wie, czy doszłoby do tych wszystkich okrucieństw, gdyby Aleksander III nie dopisał zera do liczb, sugerowanych ongiś przez Grąbczewskiego w Petersburgu. Skończyłoby się najprawdopodobniej na drobnej rozróbce między pogniewanymi na siebie braćmi. Ale „szczodrość” cara - „mirolubca”, jak go nazywała oficjalna propaganda, drogo kosztowała niewinny lud, wciągnięty podstępnie do pokerowej partyjki, rozgrywanej przez światowe mocarstwa. Car zadał „bolesne ukąszenie” Anglikom, lecz z ran pozostawionych przez jego zęby, lały się rzeki krwi afgańskiej, tadżyckiej, turkmeńskiej, uzbeckiej.
John Keay w książce The Gilgit Game. The Explorers of the Western Himalayas 1865 - 95 (Newton Abbot, 1979, s. 172, 174, 189 - 193) pisze o wydarzeniach tego okresu z brytyjskiego punktu widzenia, lecz oddaje też należne miejsce „genialnemu Polakowi”, rywalizującemu na tym terenie m. in. z wybitnym brytyjskim dyplomatą, naukowcem i oficerem wywiadu Sir Francis Younghusband’em. Los chciał, że dwaj znakomici mężowie, Europejczycy z prawdziwego zdarzenia, nie tylko ostro ze sobą rywalizowali, jako reprezentanci dwóch światowych imperiów, na dalekich krańcach Azji, ale też się ze sobą spotkali, i - rzecz tylko na pierwszy rzut oka zaskakująca - nawet się zaprzyjaźnili. Należeli przecież do tej samej nordycznej rasy północnoeuropejskiej, łączyły ich identyczne wrodzone stereotypy zachowań (obaj byli odważni, mężni, nieustępliwi, pełni energii i pomysłowości), lecz dzieliła ich przynależność do różnych cywilizacji i do różnych państw. Zachowało się jedyne, bardzo rzadkie i cenne zdjęcie, na którym Younghusband i Grąbczewski stoją obok siebie. Jak pisze John Keay: „Younghusband thus stands shoulder to shoulder with the massive Grombtchevski, a man of six foot two with a frame to match”.
I dalej bardzo interesujące ujęcie tematu, które warto przedstawić za pośrednictwem dłuższego cytatu z tegoż dzieła: „Jakkolwiek obecnie w randze lejtnanta - pułkownika armii cesarskiej, i ubrany w uniform, by to podkreślić, Grąbczewski był Polakiem z pochodzenia. Był o dziesięć lat starszy od Younghusband’a i odbył już z odznaczeniem służbę w Gwardii Przybocznej cesarza oraz pod słynnym Skobielewem w Turkiestanie; obecnie zaś został mianowany specjalnym komisarzem granicznym prowincji Fergany, poprzednio Kokandu. Jako najbardziej doświadczony podróżnik w Rosji cieszył się opieką cara i był uważany za naturalnego spadkobiercę słynnego Przewalskiego (”was regarded as the natural successor to the famous Przhevalski”)…
W międzyczasie rozpoczął badania doliny Raskamu i zamierzał na ziemi niczyjej stoczyć bitwę z brytyjskim agentem.
W rzeczywistości jednak okazało się to spotkanie w najwyższym stopniu znamienną i przyjacielską przygodą. Younghusband przeprowadził inspekcję Kozaków, a Grąbczewski Gurków. Wymienili też zaproszenia na przyjęcie, rosyjski oficer częstował swego gościa wódką; zaś Younghusband, czyniąc wszystko, by godnie się odwzajemnić, odkorkował butelkę najlepszej brytyjskiej brandy. Anglik znalazł się pod głębokim a miłym wrażeniem, jakie wywarł na nim jego przeciwnik jako po prostu wspaniały chłop („a very good sort of fellow”). Chociaż ci oficerowie byli rywalami, a wkrótce, być może, musieliby zostać wrogami, jako osobowości mieli ze sobą wiele wspólnego. Grąbczewski był również zadowolony; oto miał przed sobą młodego człowieka, który potrafił zrozumieć i docenić znaczenie jego podróży - w Rosji, jak się zdaje, nikt tego nie potrafił - i trudności, które musiały być w trakcie ich trwania pokonane. Gdy lodowate tchnienie prądów powietrznych spływających ze stoków Pamiru wystawiało na próbę ich hart, wyrafinowany Polak i niewzruszony Anglik napełnili kieliszki, a gdy napój rozgrzał krew, zawinięci w płaszcze prowadzili zamyślenia konwersację o przyszłych losach Azji”. Był to, być może, najbardziej znamienny i pamiętny moment w całej tej wielkiej grze potęg światowych.
„Dwa dni później - kontynuuje John Keay - się żegnali. Gurkowie prezentowali broń a Kozacy salutowali przez podniesienie szabli. Grąbczewski wygłosił krótkie przemówienie, którego przewodnią myślą była chęć pźźniejszego spotkania się w Petersburgu, a nie na froncie indyjskim. Younghusband odwzajemnił się swą książką o buddyzmie (…) oraz stwierdzeniem: obaj jesteśmy uczestnikami wielkiej gry i nie będziemy ani o jotę lepsi, jeśli spróbujemy się starać negować ten fakt (…)”
Spotkanie z Brytyjczykiem było tylko epizodem w szeroko zakrojonej podróży Grąbczewskiego przez Azję, do chanatu Kundżutu (obecnie w składzie Kaszmiru).
W czasie tej trwającej prawie pięć miesięcy podróży przeciął Pamir z północy na południe, dotarł do stolicy chanatu - Beltitu (Hunzy), zbadał góry Hindukuszu, dopływy górnego Indusu i Raskem-Darii. Odkrył złoża nefrytu na Pamirze. Po raz pierwszy w historii zrobił zdjęcia topograficzne tych terenów. Za wszystkie te osiągnięcia Rosyjskie Towarzystwo geograficzne nagrodziło go złotym medalem.
Następnie badał Himalaje, Turkiestan Wschodni, Tybet. Ponad 12 tysięcy km pieszo - taka jest długość tych wypraw Grąbczewskiego.
Rezultatem wędrówki były liczne odkrycia geograficzne, po raz pierwszy wykonane mapy, bogate materiały naukowe, słowniki lingwistyczne, zbiory mineralogiczne, zoologiczne i etnograficzne.
Nazwiskiem i imieniem Bronisława Grąbczewskiego nazwano kilka gatunków fauny środkowoazjatyckiej (Carabus grombczewski, Bronislavia robusta - chrząszcze; Tetraogallus himmallayensis grombczewski - ptak).
Od 1896 roku przebywał na Dalekim Wschodzie, był m. in. generalnym komisarzem Kuantungu (Mandżurii Południowej). Rezydował w Port Arturze do 1903 roku, podając się następnie do dymisji wskutek zatargu z admirałem Aleksiejewem - namiestnikiem Dalekiego Wschodu. Grąbczewski przewidywał, iż ze strony Japonii grozi Rosji wielkie niebezpieczeństwo, Aleksiejew natomiast, zadufany w potęgę swych wojsk, nie doceniał ostrzeżeń Polaka, co więcej - zarzucał mu słabość i tchórzostwo. Kto miał rację, wykazała ciężka klęska wojsk carskich w wojnie rosyjsko - japońskiej roku 1905. Tymczasem Grąbczewski został gubernatorem astrachańskim i hetmanem tamtejszych wojsk kozackich.
Grąbczewski zarządzał ogromnymi obszarami, na których Rosja stykała się z Japonią, Chinami i Afganistanem, był głównym zarządcą Dalekiego Wschodu, znajdował się w dobrych stosunkach z cesarzami Aleksandrem III, Mikołajem II i wieloma członkami rodziny panującej, a mimo to nie uzyskał zgody na odziedziczenie rodowych majątków po własnej babci. Gdy zaś zażądano od niego, jako warunku, przejścia na prawosławie, nie posiadał się z gniewu. O wypadku tym wspominał: „Propozycja ta tak niespodziewanie spadła na mnie, że osłupiałem! Z oburzenia język mi odmówił posłuszeństwa i przez chwilę nie mogłem się zdobyć na spokojną odpowiedź. Dopiero nieco ochłonąwszy odrzekłem: - „Dziękuję panu generałowi za zajęcie się moją sprawą, lecz zrobionej mi propozycji nie mogę inaczej traktować, jak tylko chęć skontrolowania moich zasadniczych poglądów na życie. Nie jestem bigotem i nie sądzę, by jedynie katolicy mogli dostąpić zbawienia, lecz również daleki jestem od przypuszczenia, że prawosławie wywiodłoby mnie na właściwą drogę zbawienia. Zmieniać zaś religię bez przekonania, mając na widoku tylko korzyści materialne, byłoby postępkiem wysoce niemoralnym. Gdybym to zrobił, pan sam starałby się uniknąć podania mi ręki, bo musiałby pomyśleć: „A to łotr! Zmienił wiarę ojców, aby odziedziczyć dwa szmaty ziemi”. Cesarzewicz panu nadmienił, że obecnie zarządzam granicami Rosji z trzema ościennymi państwami w Azji. Rząd rosyjski mi ufa; sprawę ochrony granic uzależnia od moich raportów i to, że jestem katolikiem, w niczym nie przeszkadza mi w sumiennym spełnieniu przyjętych na siebie obowiązków. Więc pozwoli pan generał, że o przekonaniach religijnych nie będziemy więcej mówili.
Orżewskij widocznie był strapiony moją odpowiedzią”...
Po latach różnych perypetii zamieszkał Grąbczewski od 1910 roku w Warszawie. Pierwsza wojna światowa i rok 1917 znów rzucały generała w różne strony: Anapa, Petersburg, Syberia, Suez, Colombo, Japonia, Anglia...
Od 1920 roku zamieszkał na stałe w Polsce. Pracował w Państwowym Instytucie Meteorologicznym, został członkiem korespondentem Polskiego Towarzystwa Geograficznego.
W roku 1924 zaczęły się ukazywać gorąco witane przez krytykę trzy tomy Podróży gen. Grąbczewskiego; w roku 1925 Kaszgaria, później - Przez Pamir i Hindukusz do źródeł rzeki Indus, W pustyni Raskemu i Tybetu; oraz Wspomnienia myśliwskie. Z pamiętników zdążył Grąbczewski wykończyć tylko część, opublikowaną w roku 1926 pt. Na służbie rosyjskiej.
Zmarł 27 lutego 1926 roku i pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim.
Wracając do książki brytyjskiego autora wypada zauważyć, że John Keay, zdaje się sugerować dość dwuznaczną postawę Grąbczewskiego, gdy pisze: „Wszelako jest niezaprzeczalne, że swego rodzaju umowa honorowa stanęła jednak między Grąbczewskim a jego partnerem (…). Gdy dwaj mężowie ponownie się spotkali w Yarkandzie w 1890 roku było to zupełnie jasne. Younghusband był spokojny, jeśli chodzi o jego własną rolę w doprowadzeniu do rozpadu Rosji i obaj ponownie stali się najlepszymi przyjaciółmi (…).
Około trzydzieści lat później, w roku 1925 Younghusband otrzymał list od swego dawnego rywala. Jednak w tym czasie „genial Pole” był już słabnącym i umierającym człowiekiem. Został awansowany do rangi generała - lejtnanta, przeszedł z łaski bolszewików więzienie syberyjskie, a obecnie zostawał przykuty do łóżka bez środków do życia; zmarł w następnym roku”. Trzeba przyznać, że ten fragment tekstu Johna Keay’a jest dość dwuznaczny, sugerujący istnienie jakiejś umowy, czy wręcz zmowy, między Grąbczewskim a Younghusband’em, skierowanej przeciwko Rosji, co się wydaje raczej mało prawdopodobne. Jeśli Grąbczewski sprzyjał na życzenie Anglików rozpadowi Cesarstwa Rosyjskiego, to dlaczego Brytyjczycy nie pomogli mu godnie dożyć wieku, lecz pozwolili dogasać w warszawskiej nędzy i poniżeniu? Chociaż byłby to przypadek raczej charakterystyczny: odstępcy i zdrajcy są pogardzani przez wszystkich. Podobnie jak nienawidzeni są ludzie zacni - z zupełnie innych pobudek. Los Sokratesa jest tego najdobitniejszym dowodem, a jednym z dalszych - kres życia Bronisława Grąbczewskiego. człowieka honoru i obowiązku.


Michał Jankowski




Zapiski syberyjskie profesora Benedykta Dybowskiego zawierają pewną liczbę szczegółów dotyczących życiorysu tego niepospolitego człowieka. Są one rozsiane zarówno w tekście Pamiętnika, jak i Wspomnień, a jeden z obszerniejszych fragmentów tak właśnie został zatytułowany: Z życia Michała Jankowskiego ważniejsze szczegóły...
„Kolega nasz Michał Jankowski, horyhorczanin, miał prawdziwy talent ciesielski, on tak prędko wyuczył się tego rzemiosła, że zasłynął jako pierwszorzędny pracownik w zawodzie budownictwa barż, wprowadził nawet pewne ulepszenia, przyjęte pod nazwą „metod Michaiła Iwanowicza” - odnotowywał w swym Pamiętniku Dybowski. W innym zaś miejscu nazywa go: „Michał Jankowski, doskonały strzelec, namiętny myśliwy, zdolny technik”...
Wyżej wymieniony zaś fragment warto przytoczyć szerzej. Brzmi on: „Nie znam dokładnie ani daty urodzenia, ani miejsca gdzie się urodził, wiem tylko tyle, że w roku naszego ostatniego powstania bawił na studiach agronomicznych w Horkach Ziemi Mohylewskiej, znał się z moimi dalekimi krewnymi Sławińskimi, mieszkającymi w posiadłości ziemskiej Tołoczynie, w Mohylewskiem. Po raz pierwszy spotkałem się z Jankowskim w Siwakowej, był sądzony do katorgi za powstanie horyhoreckie, przybył wprost do więzienia nad Ingodę w Zabajkalu, około miasta Czyty położonego. Znajomość zawarliśmy przy robotach przymusowych. Zostałem wyznaczony do piłowania grubych kłód modrzewiowych, z których inni wyrabiali tak zwane „kołki”, służące do wyrobu „barż” czyli do budowy statków spławnych po rzekach Ingodzie, Szyłce i Amurze. Ja z Leonem Dąbrowskim stanęliśmy w parze, zdawało się nam początkowo, że piłowanie jest bardzo łatwe do wykonania, lecz gdy zabraliśmy się do niego, przekonaliśmy się, że mu nie podołamy. Jankowski, który obrabiał kołki, spostrzegłszy nasze mozolne wysiłki, podszedł do mnie i zaproponował swą pomoc; byłem mu wdzięczny; odtąd datuje się nasza znajomość, a następnie i bliższe z nim stosunki. Podobało się mnie jego umiłowanie przedmiotu, którym zajmował się, pokochał on topór i zajęcie ciesielskie, w robotach przy barżach zajął pierwszorzędne stanowisko, wprowadzał rozmaite ulepszenia w metodach spajania desek itd. W rozmowach, jakie mieliśmy ze sobą, dowiedziałem się, że zna Sławińskich i księcia Kropotkina, ich sąsiada z Mohylewskiego, mówił mnie z zachwytem o rozmaitych poglądach kropotkinowskich - toteż nazywałem go kropotkinowcem i sądziłem, może mylnie, że zasady Kropotkina wywierały wpływ głęboki w zakładzie naukowym horyhoreckim. Wyjechawszy z Siwakowej do Czyty, a następnie do Darasunia, rozstaliśmy się na długo, on pozostał w Siewakowej. Spotkaliśmy się następnie w Irkucku, zastałem go tam wybierającego się do kopalni złotych na Lenie. Nauczyłem go zdejmowania skórki z ptaków, obiecał zbierać przedmioty przyrodnicze dla muzeum warszawskiego. Korespondowałem z nim stale, atoli prace kopalniane nie dozwoliły mu się zająć ptakami. Ostatecznie namówiłem go, ażeby wspólnie z nami pojechał na Amur i Ussuri, gdzie rozstaliśmy się z nim, jak opisałem powyżej.
Pierwszym parostatkiem odchodzącym w roku 1874 z Kozakiewiczowskiej stanicy na jezioro Chanka, odjechał pan Michał z p. Kajetanem Czaplejewskim, przeprowadziliśmy ich i żegnaliśmy serdecznie...  Jankowski dostał z początku posadę na Askoldzie jako zastępca, lecz gdy Czaplejewski nie wrócił, został mianowany zarządzającym kopalniami, a do tego pełnomocnym ajentem towarzystw złotokopalnianych. Pobierał płacę ministerialną, jak ją żartobliwie nazywaliśmy, ustępując miał nagromadzony kapitał do założenia fermy na Sławiance, w dolinie Sidemi. Przed ustąpieniem ożenił się z Rosjanką. Dla nas był stale oddany z serdeczną, braterską życzliwością, ile go tylko razy odwiedziliśmy na Askoldzie, lub ja sam następnie na Sidemi, witał nas jak braci. Zbierał okazy ptaków dla Taczanowskiego, niósł pomoc naszym wygnańcom. Zasłużył sobie sławę doskonałego zarządcy złoto-kopalnianych zakładów.
Zbudował dom, warownie, urządził fermę gospodarczą wzorową, jakiej dla porównania nie było na całej Syberii, ani na Amurze, lub w Kraju Ussuryjskim. Zbiory jego lepidoterologiczne posłużyły do wyświetlenia składu fauny motyli kraju przymorskiego. Wszakże zapomniał niestety o tym, co w nim było polskiego, przykro mu było się do tego przyznawać, a stąd rzadkie korespondencje szczególnie w ostatnich czasach. Jako strzelec, czy to ze sztucera kulami , czy z dwururek śrutem, nie miał sobie równego na Syberii. Sam był tak pewnym swego strzału, że szedł na tygrysa bez towarzyszy i zawsze położył zwierza z pierwszego zaraz wystrzału. Sławny był jego strzał do dowódcy Chunguzów, zranił go śmiertelnie, ukrytego za drzewem w chwili, gdy się wychylił, ażeby dać wystrzał do Jankowskiego.
Miernego wzrostu, silnej budowy ciała, zdrowej kompleksji, wyjątkowo tylko niedomagał; o ile wiem, parę razy cierpiał na oczy. Zarost na głowie i twarzy miał więcej niż obfity, ciemnoszatynowy, prawie czarniawy, oczy brunatne. Krótkogłowy, twarz miernie szeroka, nos prosty, wąski, usta wśród gęstego zarostu ukryte. Dobry jeździec, pomimo nóg przykrótkich wytrzymały piechur, zręczny i wprawny wspinacz na drzewa. Taką jest jego krótka charakterystyka fizyczna. Zdolności intelektualne posiadał dobre, celował w talentach technicznych, był wyśmienitym organizatorem społecznym i zawodowym. Umiał zarządzać tłumem. Uczciwy, słowny, dobry mąż i ojciec, wyrozumiały dla służby, uczynny dla kolegów, był powszechnie lubianym”.
Pewne, lecz niezbyt obfite, dane o tym badaczu przyrody syberyjskiej można znaleźć także w niektórych wydaniach o charakterze encyklopedycznym. Tam np. Słownik biologów polskich (Warszawa 1987, s. 226 - 227) podaje: „Jankowski Michał, przyrodnik. Urodził się 1843 lub 1844 (podawano również 1840) w byłej guberni kaliskiej, syn Jana. Studiował w Instytucie Rolnictwa w Hory-Horkach na Białorusi i wraz z partią „horyhorecką” wziął udział w powstaniu styczniowym. Uwięziony i skazany na 8 lat ciężkich robót, spotkał w Siewakowej B. Dybowskiego i W. Godlewskiego. Po uwolnieniu w 1868 r. z robót rozpoczął pracę w kopalniach złota w okolicy Czyty. 1872 - 74 odbył wraz z B. Dybowskim i W. Godlewskim podróż badawczą z biegiem Amuru na zbudowanej przez siebie łodzi. Zrezygnował z dalszego uczestnictwa wiosną 1874, otrzymał bowiem posadę zarządcy kopalni złota na wyspie Askold. W 1879 nabył posiadłość (ok. 550 ha) nad rzeką Sidemi na półwyspie zwanym później półwyspem Jankowskiego. Osiedlił się w niej na stałe około 1881 po rezygnacji z posady i zaprowadził wzorową gospodarkę hodowlaną połączoną z aklimatyzacją nowych gatunków użytkowych roślin i zwierząt (...) Eksploracje przyrodnicze prowadził od 1876. Do Muzeum Zoologii i Botaniki Akademii Nauk w Petersburgu, oddziału Towarzystwa Geograficznego w Irkucku i do Gabinetu Zoologii i Muzeum Branickich w Warszawie nadesłał wiele zbiorów, głównie ornitologicznych i entomologicznych... Znalazło się wśród nich wiele gatunków nowych dla nauki (np. budząca później zainteresowanie ornitologów Emberioza jankowskii) lub nowych dla tych obszarów (...)”.
Dodajmy, że kilku dalszym gatunkom i podgatunkom ptaków nadano imię naszego rodaka, np. Cygnus bewickii jankowskii, Pica pica jankowskii itd.
Około roku 1877 Jankowski założył na wyspie Askold stację meteorologiczną i przesyłał wyniki obserwacji do Głównego Obserwatorium Fizycznego w Pułkowie, za co otrzymał w 1880 złoty medal. Odkrył na tej wyspie i w południowym biegu Ussuri stanowiska ze szczątkami kopalnymi fauny trzeciorzędowej, po raz pierwszy opisane dla tych obszarów. Zajmował się też badaniami archeologicznymi. Duże zasługi położył dla rozwoju hodowli jeleni wschodnich oraz zachowania ich pogłowia. W 1888 założył w swej posiadłości rezerwat tych jeleni, który około 1912 liczył już do 2000 sztuk i, mimo zniszczeń dokonanych w czasie wojny domowej, jest do dziś poważnym ośrodkiem hodowlanym. Sam Jankowski był autorem kilkunastu publikacji w języku rosyjskim, m. in. Ostrow Askold (1881), Kuchonnyje ostatki i kamiennyje orudija najdiennyje na bieriegu Amurskogo zaliwa (1881), Piatnistyje oleni, barsy i tigry Ussurijskogo kraja (1882), Krasnyj wołk w okriestnostiach Władiwostoka (1897).
Jako człowiek należał Jankowski do typu ludzi przywiązujących ogromne znaczenie do wartości rodzinnych; łączyło go z żoną Olgą szczere i wierne uczucie, będące fundamentem zgodnego i szczęśliwego pożycia ich dużej rodziny.
„Uczucie miłości, jak wiadomo, jest samo w sobie przyjemne dla osoby, która go doznaje - pisze Adam Smith w Teorii uczuć moralnych. - Łagodzi i uspokaja serce, zdaje się sprzyjać posunięciom życiowym i przyczyniać do zdrowego stanu konstytucji ludzkiej; świadomość zaś wdzięczności i zadowolenia, które musi wzbudzić w człowieku, będącym przedmiotem miłości, czyni ją jeszcze bardziej przyjemną. Obopólny życzliwy stosunek czyni ich szczęśliwymi nawzajem, zaś sympatia wobec tej obustronnej życzliwości sprawia, że są przyjemni dla wszystkich pozostałych osób. Z jakąż przyjemnością patrzymy na rodzinę, w której w całej pełni panuje wzajemna miłość i szacunek, w której rodzice i dzieci są towarzyszami, gdzie jedyną różnicę tworzy pełne szacunku oddanie z jednej strony i życzliwe pobłażanie z drugiej; gdzie swoboda i przywiązanie, wzajemne żarciki i wzajemna uprzejmość ukazują, że braci nie dzieli sprzeczność interesów, ani też nie poróżnia sióstr rywalizacja o większą przychylność innych i gdzie wszystko ukazuje nam nastrój spokoju, pogody, zgody i zadowolenia? Odwrotnie, jak nieprzyjemnie się czujemy, znajdując się w domu, w którym drażniące spory nastawiają połowę jego mieszkańców przeciwko pozostałym, gdzie wśród upozorowanej grzeczności i uprzejmości podejrzliwe spojrzenia i nagłe wybuchy złości zdradzają wzajemną zazdrość, która ich rozpala i która może przebić się w każdej chwili przez wszelkie hamulce, które nakłada obecność towarzystwa...
Główna doza szczęścia ludzkiego rodzi się ze świadomości, że się jest kochanym”... Piękną ilustracją do tych słów filozofa może być zarówno życie rodziny Michała Jankowskiego, jak i pewien tekst pisany przezeń. 1 lipca 1878 roku pan Michał opowiadał o swym życiu w liście do Dybowskiego:
„Kochany Doktorze! (...) Teraz, wedle Waszego życzenia, nakreślę Wam okoliczności towarzyszące mojej żeniaczce, tylko uprzedzam, że romantyzmu nie oczekujcie, bo go (czy niestety?) nie było! Ja zamierzałem ożenić się, żeby mieć dobrą i rządną gospodynię na projektowanej fermie, żeby przy tym nie była starą i brzydką, żeby miała wysokie zalety serca, rozsądek zdrowy w głowie, była przywiązaną i wierną żoną, czułą matką, dobrą dla sług, ażeby lubiła moje psy i moje zajęcia. I co najgłówniejsze, ażeby na odszukanie tego skarbu i na wstępne zaloty nie tracić wiele czasu. W lutym roku zeszłego 1877 pojechałem przez Striełok z Höckem do Władywostoku. Zapowiedziałem na Askoldzie stanowczo, że jadę odszukać dla siebie miejscowość dla osiedlenia i po żonę. We Władywostoku przy pomocy Szulca fotografa dowiedziałem się, że jest około 15 panien na wydaniu, licząc w to i córki majtków.
Najgorętszym moim pragnieniem byłoby je zebrać wszystkie razem, pomówić z nimi, obejrzeć i wybrać... Lecz ponieważ tego planu nie było możności uskutecznić, więc musiałem ograniczyć się zaoczną charakterystyką, jaką mnie dał Szulc o każdej z nich, tudzież przejrzeniu fotografii w jego albumie. Były pomiędzy pannami znamienite piękności, jak np. Maszeńka Rein, były z posagiem wynoszącym kilka tysięcy, lecz wszystko to mnie nie smakowało, gdyż każda z nich, według opinii ludzi, zechciałaby zaraz odgrywać rolę pani. Między innemi była synowica dyrektora zarządu nad portem Kurkutowa, dziewczyna jak powiadano, bardzo pracowita, skromna, nie lubiąca strojów i zebrań towarzyskich, na których, jak wiadomo, zbierają się dla pokazania sukien, dla gry w karty, pijatyki i plotek. Poznajomiłem się z Kurkutowem, byłem dwa razy u niego w domu, lecz z ową synowicą, której na imię Olga, oprócz zwykłych frazesów przy powitaniu i pożegnaniu, nie udało się ani razu pomówić. Widziałem tylko, że chociaż w domu była żona Kurkutowa, następnie jej matka czyli „babuszka” i dwie podrastające córki, wszakże cała gospodarka, kuchnia i dzieci były na ręku Olgi; ona od piątej rano do nocy była wciąż na nogach. Widziałem, że bywające u Kurkutowów oficerstwo oraz urzędnicy odnosili się  ku Oldze z należnym uszanowaniem, jakkolwiek ona chodziła w perkalikowych sukienkach, bez wszelkiej pretensji i ciągle prawie z podwiniętymi rękawami; słyszałem nawet opowiadanie, że rankami nosi wodę i pierze bieliznę w pobliskiej rzeczce, pomimo że Kurkutow ma sługi i zajmuje pierwsze stanowisko po Ławrowie w porcie władywostockim. Wszystko, com widział i słyszał, wywarło na mnie przyjemne wrażenie, lecz musiałem wracać na Askold. Myślałem cały marzec o tak ważnym kroku, jak żeniaczka, lecz ku końcowi miesiąca przyszedłem do takiego wyniku swoich rozmyślań, że „nie spróbowawszy nic nie wymyślisz”. W kwietniu pojechałem znowu do Władywostoku i przy pierwszej zaraz sposobności objawiłem Oldze, że chcę ją pojąć za żonę. Sądziłem, że ona się ucieszy, więc co najmniej rzuci się mnie na szyję, jakby to zrobiła inna biedna dziewczyna, mająca już 22 lata, bo chociaż ją wszyscy lubili i szanowali, lecz nikt nie oświadczał się o jej rękę - a ona bardzo prosto mnie powiedziała, że pomyśli do niedzieli; to było we czwartek, i wtedy da mi odpowiedź. Przy tym zapewniła, że nikogo pytać o radę nie będzie, jak tylko siebie samą. I rzeczywiście dotrzymała słowa, bo kiedy w niedzielę, wziąwszy ją za rękę objawiłem Kurkutowom i babuszce, ażeby nas „pozdrawili” jako „żenicha” i „niewiestę”, to wszyscy, i swoi i goście, byli porażeni jak błyskawicą, a Kurkutow tak się zmieszał, że na kilka minut zapomniał języka w gębie. Oni czuli, kogo tracą, czuli, że dwie najemnice nie zastąpią im tej krewniaczki, która pracowała bez wynagrodzenia i obywała się kilkoma perkalikowemi sukienkami.
W kilka dni potem odbyło się skromne wesele i ja z żoną wsiadłszy do gondoli popłynąłem na Askold. Tam nie kazałem robić żadnych przygotowań, wszystko pozostało jak dawniej. Zdziwiło mnie mocno, gdy przy podpisywaniu aktu ślubnego Olga dała odpowiedź, że nie umie pisać. Przy pierwszej sposobności wypowiedziałem jej moje zdziwienie, gdyż z rozmowy widać było, że czytuje książki i zna język książkowy. Powiedziała mi, że sama wyuczyła się czytać i czytała dużo, lecz nie miała czasu uczyć się pisać.
Drugiego maja bieżącego roku (1878) zaczął się drugi rok, jak żyjemy razem. Urodziła nam się córka Elżbieta. Olga pisze sama listy do krewnych, zapisuje stale spostrzeżenia meteorologiczne, robi bez omyłek cztery działania arytmetyczne, posiada trochę wiadomości geograficznych i historycznych. Oprócz tego obszywa mnie, siebie, Babicha i Andrzeja, opiekuje się mojemi gąsienicami, poczwarkami, wkłada motyle w cjanek, a następnie w koperty własnej roboty, a co najważniejsze wiecznie wesoła, zawsze zajęta i zadowolona z tego co jest, nie zna wcale chandry, tej zarazy grasującej w rosyjskim inteligentnym towarzystwie. Babich, który zawsze z wielkim cynizmem odzywa się o kobietach, obecnie pozostaje z Olgą w wielkiej przyjaźni, przynosi jej co dzień świeże bukiety kwiatów, chociaż i teraz powiada, że zdania swojego odnośnie do kobiet nie zmienił, lecz w Oldze widzi wyjątek. Co do mnie, to i ja także nie mogę zastosować do siebie zdania Heinego, który twierdzi, że każdy małżonek choć raz na dzień żałuje, że się ożenił. Ja dotychczas jeszcze nie żałowałem ani razu, lecz z każdym dniem czuję więcej przyjaźni i szacunku ku osobie Olgi, bo ona swoim oddaniem zasługuje na to: ona każdą moją wolę przyjmuje bez krytyki, lubi moją broń, moje psy, moje kolekcje przyrodnicze... Oprócz kilku sukienek własnej roboty nic więcej nie daje sobie sprawić. Dotąd nie mamy niańki, Olga sama wszędzie nadąża; z taką żoną nie lękam się pozostać bez chleba. Do pełnej charakterystyki muszę tu dodać, że jest ona zdrową, rumianą na twarzy, ma zdrowe białe zęby, ważyła po ślubie 3 pudy 34 funty, a teraz waży 4 pudy 24 funty, dobrze złożona, niższa ode mnie o 2 cale; strzela z Winchestera daleko lepiej do butelek pływających po powierzchni morza niż Badajew kulami, a przecież on zalicza się do lepszych strzelców”...etc.
Nie każdy mąż po latach wspólnego pożycia napisze w ten sposób o swej żonie. A i nie każda żona na takie słowa zasłuży... Jankowski potrafił też zadbać o dobrobyt materialny rodziny, był wyśmienitym gospodarzem.
Profesor Dybowski wspominał później: „W roku 1883, wracając z Kamczatki, odwiedziłem go wraz z Pleskim i Kalinowskim na jego fermie już urządzonej, dźwigniętej prawie z niczego i postawionej na wyżynie wzorowych ferm. Czego już tam nie było: stada koni, bydła, owiec, kóz i drobiu różnego gatunku, pasieka pszczół południowo-ussuryjskich i europejskich włoskich, ogrody warzywne, sad owocowy, pola orne, łąki polewne, pastwiska uprawne, a do tego zabudowania porządne. Dom-forteca, oficyna, gumno, stodoła, zagrody, chlewy itd. Wszystko było tak urządzone, by w każdej chwili móc odeprzeć napad Chunguzów. Pan Michał i pani Olga idąc spać miewali zawsze broń przy sobie. Pomimo ciągle grożącego niebezpieczeństwa gospodarka szła pomyślnie, wzmagały się dostatki, grono dzieci wzrastało powoli. Elżusia, najstarsza córeczka, wówczas sześcioletnia, zawarła ze mną przyjaźń tak serdeczną, że postanowiła była towarzyszyć mi w podróży do Europy, by tam stać się Polką prawdziwą, opowiadała mnie o losach biednego zajączka z bajeczki, z takim głębokim przejęciem cierpieniem tego biedactwa, że łzy spływały po jej policzkach i już łkając wymawiała koniec: „tak zakończył życie biedny zajączek”... Pani Olga, zawsze czynna, zdrowa i wesoła, pełniła obowiązki zarządczyni wielkiego gospodarstwa i matki licznej rodziny - z pogodą umysłu i nieporównaną gorliwością (...)
Przyjechawszy do kraju, po objęciu posady profesora zoologii we Lwowie, starałem się wszelkimi sposobami pomagać Jankowskiemu w przeprowadzeniu jego szeroko zakrojonych projektów. Za pośrednictwem Taczanowskiego uzyskałem ze strony hrabiego Konstantego i Aleksandra Branickich ogiera i klacz półkrwi arabskiej, rasowych kilka krów i stadnika. Za pośrednictwem Pleskiego w Petersburgu wystarałem się o przewóz darmowy tych zwierząt z Odessy do Władywostoku; w taki sposób pokwitowałem za usługi i pomoc, dane nam przez Jankowskiego. Mijały lata, przerwała się i nasza korespondencja”...
Później profesor nieco krytyczniej wyraża się o swym byłym przyjacielu i pomocniku, mając mu nawet za złe, że się ożenił z nie - Polką: „Pan Michał Jankowski był to człowiek energiczny, doskonały technik, pomysłowy pracownik, doszedł w ciesielstwie do wielkiej wprawy. Strzelał wybornie, należał zawsze do najcelniejszych strzelców, przy popisach strzeleckich zbierał stale pierwsze nagrody. W późniejszych czasach szedł na tygrysa sam jeden, ufając sobie najzupełniej. W owych czasach, gdy do nas przybył, miał wielką wadę rezonerstwa nihilistycznego, której to wady pozbył się następnie. On dał mnie temat do syntetycznego ocenienia wpływu na naszych ziomków tak zwanych mieszanych małżeństw z moskiewkami, sybiraczkami i żydówkami”... Chodzi o to, że Dybowski jako zapalony polski patriota, nie mógł wybaczyć swemu przyjacielowi faktu, że ów wpadł pod wpływy mentalności rosyjskiej i schematów myślowych w tym państwie dominujących:
„Jankowski pod wpływem nihilistów rosyjskich był uprzedzony co do naszych niewiast i naszych działaczy politycznych” - z przekąsem stwierdza Dybowski. Dodajmy, że w Rosji w ogóle (nie tylko w środowisku nihilistów) dominowało powszechne prawie przekonanie o Polkach, jako o lekkomyślnych rozpustnicach, a o polskich politykach, jako o głupcach i niebezpiecznych warchołach - w czym odbijał się tradycyjny moskiewski antypolonizm. Niektórzy przebywający w Rosji Polacy w sposób paradoksalny również podzielali to przekonanie.
Jeśli natomiast mówić szerzej o przekonaniach nihilistycznych i socjalistycznych Jankowskiego, to w pewnym okresie swego życia dzielił on je z bardzo wieloma młodymi Rosjanami, Żydami, Polakami.
Wybitny socjolog Vilfredo Pareto pisał o tej duchowej „epidemii” w Podręczniku ekonomii politycznej: „W naszych czasach narodziła się nowa religia uznająca, że każda istota ludzka powinna poświęcać się dla dobra „maluczkich i ubogich”; wyznawcy tej religii mówią z lekceważeniem o innych religiach uważając je za mniej naukowe; ci dzielni ludzie nie dostrzegają tego, że zasady ich wiary nie mają bardziej naukowego podłoża niż zasady jakiejkolwiek innej religii”.
Nihilistyczne przekonania stanowiły w drugiej połowie XIX wieku - na początku XX wynik ideowych poszukiwań myślącej młodzieży, niezadowolonej z realiów ówczesnego życia społeczno - politycznego. „Nihilizm jako stan psychologiczny musi nastąpić, kiedy we wszystkim, co się dzieje, zaczniemy szukać „sensu”, którego tam nie ma: tak iż poszukujący straci w końcu odwagę. Nihilizm jest wówczas uświadomieniem sobie trwonienia siły przez długi okres czasu, udrękę tym „na próżno”, niepewnością, brakiem sposobności jakiegokolwiek wypoczęcia dla siebie, uspokojenia się co do czegokolwiek - wstydem przed samym sobą, jak gdyby oszukiwało się siebie nazbyt długo... Owym sensem mogło było być „spełnienie” najwyższego kanonu moralnego we wszystkim, co się dzieje, moralny ustrój świata; lub przyrost miłości i harmonii w obcowaniu istot; lub zbliżenie się do jakiegoś stanu powszechnego szczęścia; lub nawet śmiałe zmierzanie do stanu powszechnej nicości - cel jest zawsze jeszcze jakimś sensem. Wszystkie te sposoby myślenia mają to wspólnego, że jakieś coś ma być osiągnięte przez sam proces: - i oto pojmuje się, że w „stawaniu się” nie ma żadnego celu, że przezeń nic osiągniętym nie będzie... A więc rozczarowanie co do rzekomego celu w „stawaniu się” jako przyczyna nihilizmu (...).
Cóż się stało w istocie? Uczucie braku wartości zostało osiągnięte z chwilą, kiedy się pojęło, że ogólny charakter istnienia nie „może być” interpretowany ani przez pojęcie „zamiaru”, ani przez pojęcie „jedności”, ani przez pojęcie „prawdy”. Nic nie jest przezeń zamierzone i nic nie zostaje osiągnięte; brak jest rozciągającej się na wszystko jedności w wielkości tego, co się dzieje: charakter istnienia jest nie „prawdziwy”, jest fałszywy..., żadną miarą nie ma się już podstawy do wmawiania w siebie świata prawdziwego... krótko mówiąc: kategorie „zamiar”, „jedność”, „byt”, za pomocą których włożyliśmy w świat wartość, zostają przez nas znowu wycofane - i oto świat wydaje się bez wartości” - wywodzi Fr. Nietzsche w Woli mocy. I dodaje: „Filozof nihilista jest przekonany, że wszystko, co się dzieje jest bez sensu i dzieje się na próżno”... Z reguły jednak takie przekonania stanowią tylko okres przejściowy w rozwoju umysłowym idealistycznej młodzieży. Dojrzewanie moralne i intelektualne, potrzeby życia praktycznego powodują odejście od tego uciążliwego światopoglądu ku bardziej wyważonym systemom myślowym.
Jak wiadomo wartości fałszywych nie można wykorzenić przez dowody; tak samo jak krzywej optyki w oku chorego. Ale samo życie powoduje częstokroć wyprostowanie tej fałszywej optyki. Tak się też stało w przypadku Michała Jankowskiego. Życie rodzinne, praca naukowa i gospodarcza wymagały innej perspektywy widzenia świata, bardziej pozytywnej i konstruktywnej.
W liście Jankowskiego do Dybowskiego z 20 stycznia 1909 roku znajdujemy coś w rodzaju podsumowania ostatnich dziesięcioleci jego życia: „Zapewne zdziwi się kochany Doktor, że ja na starość (66 lat) poświęcam się nowej roli, lecz stało się to z następującej przyczyny. W miarę jak rozszerzało się moje gospodarstwo i podrastały dzieci, jednocześnie mnożyły się wydatki. Wypadło zaniechać wielu rzeczy, które były ulubione, bo czasu na nie nie wystarczało. Obecnie dzieci już nie dzieci; Liza wyszła za mąż, już ma kupę dzieci (wyszła za Anglika); Niutka także zamężna; Aleksandrowi 31 rok, on w Ameryce; Jurek ożenił się i teraz razem z matką gospodaruje, zarządza hodowlą koni i jeleni, przy nim Janek i Paweł jako pomocnicy.
Ażeby go nie krępować i dać mu możność wyrobienia samodzielności, pozostawiam go własnym natchnieniom, nawiedzając ich od czasu do czasu. A sam, żeby nie próżnować, zabrałem się do pracy księgarskiej. Bardzo wiele chciałoby się mnie pisać, lecz odkładam do drugiego razu, a obecnie ściskam Was, kochany Doktorze, najserdeczniej. Żona zasyła ukłony, ona trzyma się jeszcze krzepko i na Sidemi w gospodarce gra, jak przedtem, rolę królowej. (...) Nabazgrałem Wam, kochany panie Doktorze, „po polskiemu”. Bardzo rzadko zdarza się teraz pisać po polsku, a lepiej widocznie już pisać nie mogę. Ściskam raz jeszcze...” Te przyprawione lekką goryczą i autoironią słowa świadczą o tym, że serce Michała Jankowskiego, mimo wieloletniego pobytu w głębi Rosji, do końca pozostało polskie - po polsku czuło i po polsku bolało... Do końca...


Aleksander Karpiński




Aleksander Karpiński uważany jest za „ojca geologii rosyjskiej”. I zupełnie słusznie. Z tą jednak poprawką, że istotny był też wkład jego w rosyjską i światową paleobotanikę, paleontologię i petrografię, a prace jego zapoczątkowały rozwój takich nowych dyscyplin naukowych jak paleogeografia czy tektonika.
Działalność naukową rozpoczął A. Karpiński na początku drugiej połowy XIX wieku. Wówczas wiedza geologiczna w Rosji znajdowała się dopiero w powijakach, niezbyt zresztą wysoko sięgała także w innych krajach. Niektóre działy geologii ukształtowały się tuż przed początkiem prac Karpińskiego. Dlatego ten znakomity uczony uważany jest za założyciela rosyjskiej szkoły geologicznej.
Wyniki i wnioski, do których doszedł w swych badaniach Karpiński, od samego początku przyciągnęły uwagę wszystkich geologów. Także i dziś stanowią one istotną część dorobku geologii światowej, bez znajomości której trudno rościć prawo do bycia poważnym specjalistą w tej dziedzinie wiedzy. Dzięki ogromnemu dorobkowi A. Karpińskiego (ponad 500 publikacji, z których około 300 to znakomite dzieła naukowe) geologia radziecka wysunęła się w latach trzydziestych XX wieku na jedno z czołowych miejsc w naukach o ziemi w skali ogólnoświatowej. Przy czym tradycje te otrzymały godną kontynuację ze strony uczniów znakomitego profesora (A. Archangielskij, E. Milanowski, N. Szacki, M. Tietiajew i in.).
A. Karpiński był czynny w nauce przez 78 lat, 75 z nich spędził w Petersburgu - Piotrogrodzie - Leningradzie i należy do najsłynniejszych obywateli tego wielkiego miasta. Spośród zewnętrznych oznak osiągnięć naukowych profesora nazwać można fakt, że był on członkiem rzeczywistym 21 zagranicznych akademii nauk i towarzystw naukowych, jak również 29 - rosyjskich.
Karpińscy herbu Korab byli rodziną szlachecką, wywodzącą się z Mazowsza (1500), znaną później także w Prusach i na Wołyniu. Jedna ze wschodnich gałęzi tego rodu przesiedliła się w XVII wieku z Małopolski na Ukrainę, a stamtąd do Rosji, z biegiem lat przeszła na prawosławie i uległa daleko posuniętej asymilacji.
Aleksander Karpiński urodził się 23 grudnia 1846 roku na Uralu, w miejscowości, która dziś ma nazwę Krasnoturjińsk. Ojciec jego Piotr był inżynierem górnictwa, przy tym doskonałym znawcą swego zawodu, kierownikiem kopalni. Matka, Maria Ferdynandowna z domu Grashof, pochodziła z rodziny niemieckiego inżyniera, który przybył do Rosji z Saksonii jeszcze za czasów Katarzyny II i również położył zasługi dla rozwoju górnictwa uralskiego. W momencie urodzenia Aleksandra obydwie rodziny były już zasymilowane przez środowisko rosyjskie i w metryce cerkiewnej występują jako prawosławne. (Żadna inna możliwość zresztą praktycznie w tej sytuacji nie istniała).
Kilka miesięcy po urodzeniu się syna rodzina Karpińskich przesiedliła się do miasta Jekatierinburg (obecnie Swierdłowsk), centrum górniczego Uralu. Tutaj też i minęło dzieciństwo przyszłego naukowca. Ojciec jego otrzymał posadę w zarządzie naczelnika górnictwa, często wyjeżdżał w teren dla różnego rodzaju inspekcji. Gdy syn miał dziewięć lat, ojciec zaczął zabierać go z sobą w, co prawda, uciążliwe, lecz wyjątkowo pouczające podróże. Przed chłopcem otwierał się dziwny świat ziemi niby martwej, nieożywionej, a przecież tak zadziwiającej. Ojciec, wytrawny inżynier - geolog, cierpliwie odpowiadał na tysięczne „dlaczego”? wścibskiego syna. Dlaczego ta góra ma szczyt spiczasty a tamta płaski? Dlaczego ten kamień jest jak pierog słojowy? Dlaczego, gdy kopiesz kijem w błocie, na powierzchnię wyskakują pęcherzyki? Dlaczego bywają trzęsienia ziemi? Dlaczego jedne muszelki są skręcone w gwint, a inne otwierają się jak pudełeczka?... I tak dalej, i tak bez końca... A tato starannie i wyczerpująco, bez zniecierpliwienia, wyjaśnia synowi każdy nurtujący go problem. Chłopczyk z zachwytem patrzy na ojca: „Skąd ty to wszystko wiesz! I ja, gdy wyrosnę, będę inżynierem górnictwa”...
Bardzo wcześnie - co jest cechą wszystkich wybitnych jednostek ludzkich - budzi się w Karpińskim szlachetna i nienasycona żądza wiedzy, o której (że uczynimy tu dygresję ogólnofilozoficzną!). Cyceron w dziele O najwyższym dobru i złu wywodził: „Jest w nas wrodzona tak silna żądza poznania i wiedzy, iż nikt nie może żywić wątpliwości, że natura ludzka stara się ją zdobyć bez zachęty w postaci jakiegokolwiek zysku. Czyż nie widzimy, jak to dzieci nie dają się nawet chłostą odstraszyć od przyglądania się niektórym rzeczom i dowiadywania się o nie jak, mimo odpędzania, powracają; jak się cieszą, że coś wiedzą; jak pragną opowiedzieć to drugim; jak pociągają ich uroczyste obchody, zabawy i inne tego rodzaju widowiska i jak dla nich znoszą nawet głód i pragnienie? A cóż dopiero trzeba by powiedzieć o ludziach mających upodobanie w uprawianiu nauk i sztuk? Czyż nie widzimy, że nie dbają oni ani o zdrowie, ani o majątek, że porwani żądzą poznania i wiedzy znoszą wszystko, że najcięższe troski i znoje wynagradzają sobie tą rozkoszą, którą czerpią z nauki? Jak mnie się przynajmniej wydaje, coś podobnego miał na myśli Homer w wierszach zawierających opowieści o śpiewie syren. Zapewne bowiem nie miały one zwyczaju wabić przejeżdżających obok nich żeglarzy ani słodyczą głosu, ani też jakąś niezwykłością czy różnorodnością śpiewu; ale ponieważ zapewniały, że mają wiele wiadomości, sprawiały tym, iż ludzie powodowani żądzą wiedzy, zatrzymywali się przy ich skałach. W taki sposób wszak kuszą Ulissesa (...)  „Zawróć swój statek...Iżby tu pierwej nie stanął wdziękiem śpiewania zwabiony. Potem, gdy muz różnych dary nasycił już serce swe chciwe, w wiedzę bogatszy do brzegów ojczystych szybko powracał”...
Homer zdawał sobie sprawę, że opowieść jego nie mogłaby znaleźć uznania, jeśliby tak wybitny człowiek dał się usidlać i zatrzymać piosenkami. Przeto syreny obiecują mu wiedzę i nic dziwnego, że komuś żądnemu poznania jest ona droższa od ojczyzny”... Mit ten, jak każdy inny, mówi w symbolicznej formie o głęboko ukrytych mechanizmach funkcjonowania psychiki ludzkiej...
Oczywiście, nie tylko o zagadnieniach przyrodniczych pytał Karpiński junior swego ojca. Z jego ust padały też pytania, na które senior nie bardzo potrafił małemu synowi udzielać odpowiedzi i powoływał się na przyszłość, kiedy to chłopak urośnie i sam wszystko zrozumie. - Dlaczego wielu górników ma na nogach i rękach łańcuchy? Dlaczego od rana do wieczora przebywają pod ziemią? Dlaczego tak często giną w kopalniach? Dlaczego są tak wynędzniali, biedni i umierają często nie dożywszy czterdziestu lat? Dlaczego ten i ów naczelnik na odlew bije w twarz pokornie milczącego robotnika?... Na te pytania znalazł odpowiedzi Aleksander Karpiński później, w miarę, jak stawał się człowiekiem dojrzałym, nie tylko znakomitym inżynierem, uczonym, ale i przekonanym humanistą i demokratą.
Nastał rok 1857. Rodzina Karpińskich doznaje ciężkiego ciosu: na serce umiera ojciec. Matka z trudem utrzymuje liczną rodzinę za pensję 33 rubli miesięcznie. Latem następnego roku wszyscy trzej synowie bracia Karpińscy (Aleksander, Aleksy, Michał), korzystając z przywileju przysługującego dzieciom osób, służących w departamencie górnictwa, zostają oddani do Petersburskiego Korpusu Górniczego. Była to uczelnia zamknięta, do której zabierano dzieci około 10-letnie, i uczono kosztem skarbu państwa. W zaistniałej sytuacji wyjścia innego nie było. Wszyscy trzej chłopcy zresztą stali się znakomitymi specjalistami, autorami prac naukowych, kierownikami przemysłu górniczego na Uralu.
Pod koniec życia A. Karpiński pół serio pół żartem zauważał: „W naukowym i służbowym sensie życie moje układało się w najwyższym stopniu pomyślnie, bez wszelkiego wysiłku i jakichkolwiek zabiegów z mojej strony”. Z tą  „nieznaczną” poprawką, że stałą cechą jego charakteru była nieprzerwana, stała, mądrze zorganizowana praca.
Po ośmiu latach nauki Aleksander Karpiński kończy Petersburski Korpus Górnictwa i w randze porucznika, z tytułem inżyniera górnictwa skierowany zostaje do kopalni uralskich. Pracuje tam jednak zaledwie parę lat.
Wraca ponownie do Petersburga, broni tu dysertacji z zakresu geologii i zostaje adiunktem uczelni, którą ukończył, a która zmieniła w międzyczasie nazwę na Instytut Górniczy. Pracuje na wydziale geologii, geognozji i nauk o złożach rudy. Od tej chwili datuje się działalność dydaktyczna Karpińskiego w Instytucie Górnictwa, która trwać miała bez przerwy 30 lat. Chociaż najżywsze zainteresowanie żywił młody profesor przede wszystkim do pracy naukowej, to jednak i do wykładów szykował się starannie, unikał powierzchownych improwizacji, nie szukał taniej popularności. W audytorium pojawiał się zazwyczaj z całym stosem książek, map, wykresów, a rozpoczynając zajęcia z nową grupą lubił żartować wskazując na jeden z potężnych tomów Barrande´a: „Kto się nie ustraszy takiego tomu, będzie z niego geolog!...” Na tym urzędzie nauczycielskim wychował i wykształcił A. Karpiński plejadę znakomitych specjalistów dla rosyjskiego górnictwa i geologii.
K. Bohdanowicz, profesor Instytutu Górniczego, dyrektor Komitetu Geologii, który był też uczniem A. Karpińskiego, wspominał o swej młodości: „Dzisiejsze pokolenie młodych geologów, być może, z uśmiechem będzie czytało te słowa, mówiące o tym, jak ogromną radością - było dla mnie przeżycie, gdy w roku 1884 „sam” A. Karpiński wprowadził mnie do tych pokoi Instytutu Górniczego, będącego szczytem naszych marzeń, i dał mi zadanie - obliczyć paręset danych dotyczących jakichś pomiarów geologicznych”.
Wykłady A. Karpińskiego wyróżniały się powagą treści, osobistym emocjonalnym zaangażowaniem profesora w to, co on głosił, apelacją do samodzielnej myśli studentów. W sumie powodowało to, że - jak wspominał jeden ze studentów A. Gierasimow „jego odczyty odegrały dużą rolę w wyborze specjalności przez wielu wychowanków Instytutu Górniczego”.
Egzaminów w wykonaniu Karpińskiego studenci zupełnie się nie obawiali. Nawet gdy któryś leń nic nie mógł z siebie wydusić, ręka profesora nie potrafiła skreślić na papierze pokracznej figurki, będącej postrachem każdego uczącego się. Nawet oficjalny mundur generała górnictwa, zawsze dla większego postrachu przez profesora na egzamin przywdziewany, nie wywoływał pożądanego skutku. Jakimś szóstym zmysłem młodzież wyczuwała tę wewnętrzną miękkość groźnego  z pozoru egzaminatora, która zawsze zmuszała go - przy pomrukach niezadowolenia i niezbyt zdecydowanych pogróżkach - odprawiać studentów co najmniej z oceną „zadowalającą”. Dla studentów zdolnych i pracowitych ta dobrotliwość wykładowcy nie szkodziła, natomiast dla leniów i durniów była deską ratunku, z której skwapliwie korzystali, traktując egzamin z geologii jako lekką przechadzkę.
I jeszcze jeden zabawny szczegół. Na ostatnim roku studiów, musieli studenci obowiązkowo złożyć egzamin z głównego przedmiotu „ideologicznego” czyli Prawa Bożego. A ponieważ ówcześni studenci rosyjscy wyróżniali się z reguły ostentacyjną bezbożnością, wielu z nich nie otrzymałoby dyplomu inżyniera górnictwa, gdyby nie... profesor Karpiński. Według obowiązujących przepisów na egzaminie z Prawa Bożego konieczna była obecność ojca - teologa, wykładającego ten przedmiot, oraz jednego z profesorów. Najczęściej był nim właśnie Karpiński. I gdy „ojczulek” z oburzeniem stawiał „2”, jego kolega, kryjąc uśmiech za wąsami, kreślił „4”. Średnia, jak nietrudno obliczyć, wynosiła więc zawsze co najmniej „3”. Ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych stron...
W Spisie inżynierów górnictwa z roku 1897 (Pet. 1897, s. 10) Aleksander Karpiński figuruje na 17 pozycji jako rzeczywisty radca stanu, członek Górniczego Komitetu Naukowego, dyrektor Komitetu Geologicznego, zasłużony profesor Instytutu Górniczego im. Cesarzowej Katarzyny II, profesor ordynaryjny Cesarskiej Akademii Nauk, kawaler orderów Św. Anny 2 i 3 stopnia, Św. Stanisława 1 i 2 stopnia, Św. Włodzimierza 3 stopnia.
W tym czasie odsłużył już znakomity uczony obowiązujące 30 lat na etacie wykładowcy Instytutu Górniczego. Nie chciał ponownie stawać do konkursu, jak każdy znakomity człowiek, wzbudzał instynktowną nienawiść ku sobie w miernotach, których nigdy i nigdzie nie braknie. Zrezygnował więc z tych funkcji, tym bardziej, że obowiązki dyrektora Komitetu Geologicznego i członka ordynaryjnego Akademii Nauk również wymagały niemałego wysiłku. Dla studentów odejście Karpińskiego było bolesnym ciosem, gdyż cenili go i lubili bezgranicznie ze względu na prawy charakter i wysoki poziom umysłowy. Na pożegnanie podarowali mu wspaniale wyrobiony, oprawiony w skórę i srebro album, zawierający dedykację oraz zdjęcia i podpisy 146 studentów Instytutu Górniczego. Podobnie sędziwy profesor uważał ten dar za najwartościowszą i najdroższą ze wszystkich nadanych mu nagród, była bowiem wyrazem żywiołowego odruchu serca młodzieży akademickiej w stosunku do ukochanego nauczyciela.


*         *         *


W wieku lat 27 A. Karpiński ożenił się z Aleksandrą Brusnicyną, dziewczyną z kulturalnej i dość zamożnej rodziny. Związek ten zaowocował czterema córkami i jednym synem (który zmarł mając pięć lat na zapalenie opon mózgowych). Gospodyni domu potrafiła stworzyć w rodzinie klimat wzajemnej życzliwości, dobroci i spokoju. Dzieci zawsze były zadbane, mąż nigdy nie słyszał od żony dokuczliwych wymówek z powodu wiecznej jego zajętości pracą naukową i dydaktyczną. Co więcej, pani Aleksandra czynnie pomagała mężowi opracowując jego teksty naukowe. Gospodarz domu miał zresztą też charakter ustępliwy, nieraz pisywał swe dzieła pod akompaniament grzmiącego w sąsiednim pokoju fortepianu i śpiewu rozweselonych córeczek.
Największą słabością A. Karpińskiego było zamiłowanie do książek. Regularnie bywał w petersburskich antykwariatach, gdzie potrafił nie tylko godzinami szperać w starych książkach, ale i - ku milczącej dezaprobacie żony - zostawić niemało ciężko zarobionych rubli. W końcu jego unikalna, starannie dobrana biblioteka, w której były też książki w języku polskim, liczyła ponad 50 tysięcy tomów.
Pod kierownictwem A. Karpińskiego zakładano w Rosji w latach 80 wieku XIX mocne podstawy państwowej służby geologicznej. Znamienny szczegół: znakomity organizator i uczony nie cierpiał najmniejszych przejawów formalizmu. Decyzje o wadze ogólnopaństwowej podejmował błyskawicznie, przekazywał najczęściej ustnie, a nawet telefonicznie, unikając martwoty biurokratycznej.
W roku 1882 został założony tzw. Komitet Geologiczny, koordynujący odnośne prace na terenie całego kraju. Karpiński początkowo aktywnie pracował w tej organizacji jako starszy geolog, a nieco później (od 1885) mianowany został jej dyrektorem (do 1903). W roku 1886 został wybrany na członka Akademii Nauk (nie ma wówczas czterdziestu lat), będzie też jej pierwszym prezydentem wybranym na to stanowisko, a nie mianowanym przez cara.
(Jeszcze w 1916 r. obrany został na prezydenta Akademii Nauk, który bez przerwy piastował i po rewolucji aż do roku 1936).
Stały kontakt z najwyższymi warstwami cesarstwa nie uczynił z niego ani bogacza, ani urzędasa, pozbawionego własnego oblicza moralnego.
W czerwcu 1916 roku mineła 50 rocznica działalności naukowej A. Karpińskiego. Z tego powodu rząd carski nadał mu Order Aleksandra Newskiego, najwyższą wówczas nagrodę państwową Rosji. Lecz w dniu uroczystości Karpiński gdzieś znikł i nawet krewni go nie widzieli. Strasznie nie lubił uczony solennych uroczystości i zwiększonej do jego osoby uwagi... Ucieczka na „daczę” jednak niczego nie zmieniła, za order przyszło i tak słono zapłacić (w Rosji im wyższy był order, tym więcej zań płacono; rząd w ten sposób kompensował własne wydatki na złoto i kamienie szlachetne). Na kilka miesięcy przed jubileuszem Karol Bohdanowicz, dyrektor Komitetu Geologicznego, pisał ministrowi handlu i przemysłu: „Posyłam Panu zapiskę o pracach Karpińskiego. Do rzeczy mówiąc, nagrodzenie jego „Aleksandrem Newskim” zada mu tylko straty materialne, a oszczędności żadnych on nie ma, rodzina jest duża. Byłoby o wiele lepiej nadać mu tytuł radcy tajnego, co by wpłynęło na emeryturę dla jego dzieci; ma profesor dwie córki zupełnie niezabezpieczone i bez najmniejszych szans na zamążpójście. Wszystko to - w bezwzględnej tajemnicy”. Lecz na sugestie te rząd uwagi nie zwrócił...
Rewolucję socjalistyczną 1917 roku przyjął Karpiński raczej ze zrozumieniem, jako zapowiedź bardziej sprawiedliwego ustroju społecznego, jako kres wysoce niewłaściwej organizacji politycznej samodzierżawia. Nowe władze nie czyniły przeszkód w działalności znakomitego uczonego. Ten kompromis faktycznie był potrzebny obu stronom, przekształcił się więc wkrótce w sojusz strategiczny. Rząd radziecki przywiązywał wielkie znaczenie do rozwoju nauki i w miarę możliwości tworzył ku temu niezbędne przesłanki... Działał tu jednak i pewien skryty mechanizm psychospołeczny.
„Społeczne zapotrzebowanie na mędrców nie maleje, lecz rośnie. Wydaje się, że jest ono coraz większe nie tylko w społeczeństwach „totalitarnych”, w których grupy rządzące wymagają od swoich uczonych, aby byli mędrcami, pomagającymi dowieść prawomocności ustanowionego przez nie ładu, lecz również w krajach demokratycznych... (...) Upowszechnienie środków komunikowania się i oświaty dostarcza olbrzymiej masie ludzi informacji o mnóstwie nowych i skomplikowanych spraw, jakie nieustannie powstają we wszystkich dziedzinach kultury i w każdej części świata - spraw, które prędzej czy później wywrą pewien wpływ na ich własne życie. Oczywiście ludzie ci nie są w stanie zrozumieć tych problemów, czy też zinterpretować ich znaczenia w kontekście własnych interesów, ocen i norm. Czują potrzebę oświecenia przez ludzi większego umysłu i lepiej od nich poinformowanych. Właśnie w odpowiedzi na tę potrzebę zjawiają się tysiące mędrców małego formatu, gotowych powiedzieć im z mównicy, z platformy, ze szpalt gazety, ze stron czasopisma, z rozgłośni radiowej, co winni myśleć o wszystkim, cokolwiek w świecie kultury się dzieje ważnego. Chociaż tacy mądrale potrafią bez chwili wahania ująć wszystko, o czym się wypowiadają, w kategoriach religijnych cnót lub dobra moralnego, sprawiedliwości lub piękna, politycznej skuteczności lub ekonomicznej użyteczności, eugeniki lub dobrobytu jako takiego, sposób interpretowania faktów i uogólnień w celu „dowiedzenia” sądów tego rodzaju pokazuje, że bądź nie mają oni pojęcia o rosnącym zasobie obiektywnej teoretycznie i ścisłej metodologicznie wiedzy o zjawiskach kulturowych, bądź też dowolnie wybierają z tej wiedzy tylko to, co pasuje do ich aksjologicznego myślenia” (F. Znaniecki Społeczne role uczonych, s. 361 - 362, Warszawa 1984). W tej sytuacji rządy totalitarne i demokratyczne ubiegają się o względy naprawdę wybitnych ludzi, by ich imieniem niejako uświetniać swą nędzę. Przydarzyło się to i naszemu profesorowi.
A. Karpiński w 1918 roku osobiście nadzorował przewóz słynnej „Północno - Dźwińskiej galerii profesora W. Amalickiego” do Muzeum Geologii Akademii Nauk, zadbał też o wydanie niektórych pozostałych w rękopisie dzieł swego znakomitego kolegi i przyjaciela. Jeśli przypomnieć, że działo się to w okresie wojny domowej, kryzysu gospodarczego, zupełnego niemal rozstroju transportu w Rosji, gdy cały ogromny kraj dosłownie przymierał z głodu, te kroki Karpińskiego wówczas dopiero nabierają sensu, jaki miały w tamtych surowych latach.
M. Karolicki, inny kolega Karpińskiego, pisał we wspomnieniach: „Do historii kultury radzieckiej A. Karpiński wejdzie nie tylko jako jeden z największych uczonych naszej epoki, lecz także jako najczystsza osobowość moralna, człowiek wysoce pryncypialny i niezachwiany w zagadnieniach społecznych, w sferze myśli twórczej i naukowo - poznawczej”.
Był A. Karpiński zwolennikiem ponadnarodowej jedności i braterstwa wszystkich ludzi nauki na świecie, którzy powinni - jego zdaniem - połączyć swe wysiłki (właśnie jako elita moralna i intelektualna) w dążeniu do tego co prawdziwe, piękne i wieczne. W Petersburskim Oddziale Archiwum AN Rosji (f. 265, op.1, z. 123) przechowuje się m. in. tekst jednego z przemówień wielkiego uczonego z roku 1925: „Braterstwo, o którym mówię, jest braterstwem bez sztucznych ograniczeń, narzucanych przez samą ludzkość, a nie grających żadnej roli w prawdziwej nauce. Otóż to braterstwo stanowi powszechną potrzebę dla każdego naukowca z prawdziwego zdarzenia, chylącego czoło tylko i wyłącznie przed Prawdą i z całym spokojem preferującego cudze lepsze od swego dobrego”. W Rosji takie podejście do spraw nauki, kultury, sztuki, filozofii nie miało żadnej prawie tradycji. Ksenofobia kół rządowych, cerkiewnych, większej części prasy była tu zawsze olbrzymia, a słów o braterstwie używano wyłącznie instrumentalnie, zastrzegając dla siebie bezwzględną rolę „brata starszego”. Było to więc typowe społeczeństwo zamknięte, autorytarne i totalitarne. Ulubionym tematem oficjalnej prasy rosyjskiej mniej więcej od lat trzydziestych XIX wieku stały się wariacje wokół kwitnącej Rosji, w której wszystko jest najlepsze (nawet powietrze i „białe brzozy”, nie mówiąc o rządzie) oraz „zgniłego Zachodu” (z jego szatańskim postępem i ciągłymi rozruchami rewolucyjnymi, będącymi skutkiem „wywrotowego” charakteru katolickiej doktryny społecznej, a później też wichrzycielskiej działalności Polaków i Żydów).
Przed rewolucją bodaj nikt się tu nie odważył powiedzieć na forum oficjalnym, że gdzieś coś może być lepsze niż w Rosji. I chociaż w kuluarach rozmowy toczyły się w innym tonie, to jednak powtarzanie pseudomesjanistycznych, megalomańskich zaklęć należało do obowiązującego rytuału posiedzeń oficjalnych wszelkiego rodzaju, naukowych nie wyłączając. Rzecz jasna, tradycje takie nie zanikają z dnia na dzień. Dlatego tylko człowiek usposobiony naprawdę demokratycznie i uniwersalistycznie mógł się odważyć na zademonstrowanie postawy obiektywnej i otwartej, wychodzącej z prostego założenia, że wielkości narodu nie mierzy się ani ilością jego członków, ani zasięgiem posiadanego przezeń terytorium, ani nawet potęgą militarną czy gospodarczą, lecz zdolnością  jego do życia w prawdzie i sprawiedliwości. A. Karpiński uważał, że największą i najdroższą rzeczą na świecie jest Prawda; a kto ją jako pierwszy osiągnął, to sprawa drugorzędna. Z tej ogólnej postawy wynikały działania codzienne raczej nieczęste w świecie naukowym. Gdy np. ktoś przychodził do niego, by się poradzić co do jakiegoś zawikłanego problemu, profesor mógł całymi godzinami dzielić się swymi myślami i wiedzą z początkującym geologiem. A jeśli tego nie było dość, oddawał nie tylko swe wydrukowane już książki, ale i rękopisy. Niekiedy korzystali z tego ludzie prawie nieznani i, niestety, nieraz zapominający rękopis zwrócić; sam zaś uczony nie miał zwyczaju prowadzić rejestru wypożyczonych tekstów. W ten sposób niejedna jego idea ujrzała szerszy świat z niewłaściwym podpisem. Ale akurat ten aspekt najmniej niepokoił A. Karpińskiego, dla którego rzeczą najważniejszą było, by idea poszła w świat.
Inna cecha szczególna tego pięknego charakteru to dążenie do możliwie największej jasności myśli, wyrażonych w publikowanych materiałach, troska o komunikatywność tekstu, odraza do mglistego hermetycznego żargonu, używanego z lubością przez miernoty naukowe. Jeden z uczniów profesora W. Krzyżanowski wspominał: „Pamiętam, przyszedłem do niego jesienią 1910 roku zapytać na konto pewnych niejasności w kwestii o powstawaniu pokładów rud niklowych. W rozmowie napomknęłem, że nie rozumiem tekstu na ten temat jednego z naszych uczonych uznanych autorytetów. Karpiński położył mi rękę na ramieniu i rzekł:  „Wiesz co, gdy autor sam dobrze rozumie, co on pisze, to i inni go dobrze rozumieją; a gdy sam autor w ogóle nie rozumie, co pisze, to i inni jego nie rozumieją”... Warto w tym miejscu zaznaczyć, że teksty własne A. Karpińskiego (pisane po rosyjsku, po niemiecku, po francusku i po angielsku) cechuje lapidarność i jasność doprawdy w naukach o Ziemi rzadka.
Do końca dni, mając już ponad osiemdziesiąt lat, śledził Karpiński uważnie wszystko, co dzieje się w geologii na świecie, czytał czasopisma fachowe w wielu językach. Członek AN ZSRR G. Nadson wspominał o nim: „Żądza wiedzy, nie zostawiająca go w spokoju do ostatnich dni życia, może być porównywana tylko z jego bezgranicznym oddaniem nauce lub z jego zadziwiającą pracowitością”. W bardzo późnym wieku nie opuszczał żadnego posiedzenia nawet kółka mineralogicznego, działającego przy Akademii Nauk, był zawsze uważnym i życzliwym słuchaczem, przy tym zachowywał się skromnie i „cicho”, a komplementy, dotyczące jego sławy i zasług traktował z lekką ironią. Pewnego razu, gdy się spóźnił trochę na jedno z posiedzeń naukowych, a zebrani na niego oczekiwali nie rozpoczynając obrad, opowiedział, co się mu po drodze przydarzyło: „Idę z domu wybrzeżem Newy, zbliżam się do Akademii, przekraczam tory tramwajowe, a one są zaniesione śniegiem, no i ja stary, zagrzebałem się. Aż tu od mostu nadjeżdża tramwaj, dzwoni, ja śpieszę, ale zejść z torów nie zdążam. Tramwaj się zatrzymuje, z niego wyskakuje kierowca, podchodzi do mnie, bierze za kołnierz i mówi:” Cóż to, stary hultaju, po torach się błąkasz, ruchowi przeszkadzasz: nie możesz chodzić - siedź w domu!... Złajał i przeprowadził mię na chodnik. Widocznie on mnie nie poznał, a panowie mówią, że jestem powszechnie znany”, - ukończył opowiadanie przy ogólnym śmiechu sędziwy 82- letni uczony.
Żył Karpiński tylko dla Nauki i Prawdy. „Jakże się zapalał ten starzec z młodzieńczym sercem, gdy mówić zaczynał o wielkim znaczeniu nauki” - wspominał członek Akademii Nauk ZSRR G. Krzyżanowski.
Jak wiadomo, człowiek tylko wówczas jest szczęśliwy, kiedy interesuje się tym co robi. A na sytuację taką składa się oczywiście zarówno odpowiednie usposobienie wewnętrzne - że tak powiemy - duchowa nieobojętność, jak i odpowiedni do usposobienia, interesujący przedmiot, na który skierowujemy swą aktywność. Historyczna geologia, którą przede wszystkim uprawiał Karpiński, do dziś kryje wiele tajemnic, stanowi atrakcyjny obiekt badaczy...
Pierwsze setki milionów lat Ziemia najprawdopodobniej istniała, w formie roztopionej kulokształtnej masy. Przy czym pierwiastki cięższe opuszczały się w głąb, podczas gdy bardziej lekkie pozostawały na powierzchni, tworząc w procesie stygnięcia twardą powłokę. Skład skorupy ziemskiej, na której żyjemy - a w jeszcze większym stopniu - atmosfery, którą oddychamy, nie jest typowy dla podstawowej masy Ziemi.
Skorupa ziemska zawiera tylko 6 % żelaza, podczas, gdy cała planeta aż w 35 % składa się z tego pierwiastka. Z drugiej strony, udział krzemu  w całości Ziemi wynosi tylko 15 %, a w skorupie jest go aż 28 %. Podstawową masą kontynentów stanowią najlżejsze skały, przede wszystkim granit, a dno oceanów - bazalt, który jest cięższy.
W przekroju Ziemia przedstawia sobą cebulkę. Bliżej do powierzchni leżą lekkie górotwory, w centrum zaś znajduje się materia zwarta, jakby sprasowana. Proces różnicowania się skał skończył się w zasadzie 3,9 miliardów lat temu, tj. w 600 mln lat po powstaniu naszej planety. Ale dotychczas - jak pisze John Gribbin, geofizyk brytyjski - „naukowcy więcej wiedzą o budowie dalekich gwiazd niż o wnętrzu Ziemi: przecież gwiazdy można przynajmniej zobaczyć”...
A jednak w ogólnym zarysie łono Ziemi można sobie wyobrazić. Żyjemy na skalnej, nieco spłaszczonej na biegunach kuli o przeciętnym promieniu 6372 km. Powłoka zewnętrzna, czyli skorupa, stanowi tylko 6% objętości planety. Pod skorupą, (którą obrazowo porównuje się ze znaczkiem pocztowym, naklejonym na piłkę futbolową), której grubość wynosi od 5 do 35 km przebiega ostra granica, tak zwana powierzchnia Mohorowicica lub Moho.
Warstwa następna - mantia czyli płaszcz sięga 2900 km w głąb i stanowi 82% objętości Ziemi. Jej górne warstwy przedstawiają sobą coś w rodzaju gęstej kaszy lub mieszanki wody i topniejącego lodu. Warstwa ta, zwana asthenospherą posiada ogromne znaczenie: dzięki niej kontynenty mogą dryfować po planecie. Najprawdopodobniej płaszcz składa się z trzech warstw: górnej (370 km grubości), przejściowej (około 600 km) i dolnej (1900 km grubości).
Pod mantią znajdują się jądra: zewnętrzne, grube na 2100 km, oraz centralne - 1370 km. Jądro zewnętrzne składa się z płynnego żelaza, w którym generuje się pole magnetyczne Ziemi. Temperatura jądra wynosi około 3500°C a ciśnienie na centymetr kwadratowy 3750 ton. Niemało tajemnic naszej planety odkrył A. Karpiński jako badacz jej długich dziejów i budowy.
Był on też wybitnym kartografem. Jego mapa geologiczna wschodnich stoków Grzbietu Uralskiego przez wiele lat była wzorcem dla coraz to kolejnych pokoleń geodetów. Był też Karpiński autorem pierwszej dokładnej i naprawdę naukowej mapy geologicznej Rosji (wydania: 1892, 1897, 1915, 1924, 1933).
Ogromny jest jego wkład do petrografii, nauki o skałach górskich, składających się na skorupę Ziemi. Jako jeden z pierwszych w Rosji zastosował w tym celu mikroskop. Duże naukowo-metodologiczne znaczenie posiada jego praca z tej dziedziny pt. Materiały dla studiowania sposobów badań petrograficznych (1885).
Duży jest wkład Karpińskiego do paleontologii. Obok W. Amalickiego należał on do najwybitniejszych specjalistów nie tylko w Rosji, ale też i na świecie, jeśli chodzi o badanie wykopalisk z okresu permu. Wyniki jego prac w tej dziedzinie zyskały uznanie międzynarodowe, Karpiński otrzymał za nie nagrodę im. Couvier`a.
Także praktyczna mineralogia i górnictwo miały w osobie Karpińskiego znakomitego swego przedstawiciela. Przez wiele dziesięcioleci książka Szkic pokładów kopalnianych w Rosji Europejskiej i na Uralu stanowiła klasyczne dzieło w tej gałęzi wiedzy. Z inicjatywy Karpińskiego nauka i przemysł rosyjski zainteresowały się Donbasem, który miał się na skutek tego stać jednym z filarów gospodarki ZSRR...
W maju 1936 roku prawie 90-letni A. Karpiński wygłosił swój ostatni referat na posiedzeniu sekcji biologicznej AN ZSRR. Miesiąc minął w przygotowaniu kolejnych materiałów do druku, lecz 3 lipca samopoczucie prezydenta Akademii Nauk gwałtownie się pogorszyło. Gazeta Prawda w każdym numerze od tego czasu informuje o stanie jego zdrowia. Komunikat z 13 lipca, podpisany przez profesora R. Lurię brzmi: „Stan chorego jest ciężki”. Wieczorem 14 lipca na trzy godziny przed zgonem wielki uczony po raz ostatni wstaje na nogi o własnych siłach. Wnuczka A. Karpińskiego, mająca wówczas 16 lat, wspomina: „Dziadek umierał w gorącą noc letnią. Gdzieś niedaleko grzmiała burza. Było bardzo duszno. Ze względu na komary okno było zawieszone gazą. Zdjeliśmy ją. To mało pomogło. Ciche błyskawice oświetlały pokój. Elektryczność zaledwie się tliła. Zapalono świecę. Jednocześnie ze śmiercią chorego elektryczność zgasła. Zgasła i nie dopalona świeca”... Stało się to 15 lipca 1936 roku o godzinie 1 minut 50.
„Moment śmierci - mówił Johann W. von Goethe - następuje właśnie wtedy, gdy panująca główna monada wszystkich swoich dotychczasowych poddanych zwalnia z ich wiernej służby. Tak jak powstawanie, traktuje też przemijanie jako samodzielny akt głównej monady zupełnie nam nie znanej w swej właściwej istocie”. Wielka tajemnica śmierci nie może być poznana przez człowieka dopóki on sam nie stanie się Jej częścią...

Prochy A. Karpińskiego przewieziono do Moskwy i pochowano przy murach Kremla. Żegnało go 200 tysięcy współobywateli. Do swego 90-lecia wielki uczony nie dożył zaledwie kilku miesięcy.


Mikołaj Knipowicz




      Imię profesora Mikołaja Knipowicza zostało uwiecznione w annałach nauki światowej nie tylko dzięki przezeń stworzonym fundamentalnym dziełom. Jego imieniem nazwano zalew na Nowej Ziemi, cieśninę koło półwyspu Tajmyr, przylądek na Wyspie ks. Rudolfa (Ziemia Franciszka Józefa), podwodne pasmo górskie w regionie Arktyki.
      Był honorowym członkiem Akademii Nauk ZSRR, doktorem honoris causa licznych uczelni europejskich, odznaczonym kilkunastoma złotymi medalami za zasługi w dziedzinie hydrologii...
      Także został „ojcem chrzestnym” trzydziestu sześciu gatunków ryb, raczków, ślimaków, wodorostów, które właśnie on jako pierwszy odkrył i poddał opisowi naukowemu: Dendrogaster astericola Knipowitsch; Philine intermedia Knipowitsch; Artedillus europaeus Knipowitsch; Lycodes jugovicus Knipowitsch; Anabaema Knipowitschi; Dulichia Knipowitschi; Hypanis caspia Knipowitschi; Henricia Knipowitschi etc...
       Szczególne osiągnięcia zapisał na swe konto nasz znakomity rodak w dziedzinie ichtiologii, badającej świat ryb, tę najstarszą i najliczniejszą grupę kręgowców, obejmującą około 20 tysięcy gatunków współcześnie żyjących oraz wiele kopalnych...
      Lecz zacznijmy od początku.
      Biograf M. Knipowicza Dawid Sławentantor (Uczionyj pierwogo ranga, Leningrad 1974, s. 3) pisze: „W Sweaborgu (obecnie Suomenlinna - przyp. J. C.), a później w Helsingforsie odbywał służbę Michaił Michajłowicz Knipowicz, lekarz wojskowy.
      Ten lekarz, urodzony w zapadłej wsi litewskiej, miał pięcioro dzieci - trzech synów i dwie córki. Przez życie przeszli oni różnymi, bardzo nie podobnymi do siebie drogami.
      Syn Mikołaj, urodzony 6 kwietnia 1862 roku, już w dzieciństwie przejawiał duży pociąg do przyrody. Fascynowały go wody, lasy i granit Północy. Sam o sobie mawiał, że badanie fauny frapowało go od dzieciństwa. Rósł nad morzem: pływał, żaglował. wiosłował... Zdrowie miał godne pozazdroszczenia. Jego przyjaciółmi byli tacy jak on urwisi: Finowie, Szwedzi, Rosjanie. Po szwedzku Mikołaj mówił równie sprawnie, jak po rosyjsku...”
      Wszystko to prawda, z tym że wymagająca pewnego uściślenia. Chodzi bowiem o to, że zarówno po mieczu, jak i po kądzieli był wielki uczony czystej krwi szlachcicem polskim, co się zresztą raz po raz uzewnętrzniało w jego postępkach, nacechowanych nieprzekupnym duchem uczciwości, surowej nieco sprawiedliwości, nieprzejednania wobec wszelkich prób poniżenia ludzkiej godności.


*         *         *


      Knipowiczowie, herbu Leliwa, jako szlachta polska, mieli drobne posiadłości w powiecie telszewskim na Żmudzi (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 1353). W zbiorach tegoż archiwum zachowały się dwa dokumenty z pierwszej połowy XIX wieku, świadczące o zamieszaniu któregoś z przodków wybitnego uczonego do odbicia z rąk żołnierzy carskich miejscowego rekruta - Żmudzina, co sprawiło oddanie go pod sąd i w razie nieszlacheckiego pochodzenia, mogło spowodować karę śmierci. Franciszek Knipowicz jednak słusznie twierdził, że jest szlachcicem i nie może być oddany pod sąd polowy bez uprzedniego pozbawienia praw szlachectwa. W związku z tym sąd grodzki w Telszach i heroldia wileńska wymieniły następujące dwa listy.

1. „...Telszewski sąd grodzki, 30 Junij 1828 r. m. Telsze.
      Do Wileńskiey Wywodowey Szlacheckiey Deputacyi.
      W dalszem poprzedniemu przed ośmią aresztantami o odbicie wziętego na rekruta Wincentego Raybuzisa obwiniającymi tu... Postanowiono: Odnieść się przez komunikację do Wileńskiey Wywodowey Szlacheckiey Deputacyi z prośbą o zaświadczenie, czy podsądny Franciszek, Adama syn, Knipowicz dekretem 1799 stycznia 10/21 w oney Deputacyi nastałym szlachcie Knipowiczom służącym jest zamieszczony lub nie?
          Sędzia Stanisław Narutowicz
          Sekretarz Byczkowski”.

      Odpowiedź na tę interpelację była odmowna i brzmiała, jak następuje:

2. „ Sesya 11 Julij 1828 r.
      Słuchano expedycyi sądu grodzkiego z dnia 3 Junij b. r. Nr 1268, o uwiadomienie ony sąd, czy Franciszek, Adama syn, Knipowicz dekretem 1799 r. stycznia 10/21 w tey Deputacyi nastałym jest zajęty lub nie? Ze sprawki zaś okazało się, że powyższym dekretem wspomniany Knipowicz zajętym nie jest. Postanowiono: o tem, co się ze sprawki okazało, sąd grodzki Telszewski uwiadomić.”
(Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr. 1353)
     
      W zbiorach archiwalnych brak danych o tym, czym się skończyła ta sprawa, prawdopodobnie jednak Franciszkowi Knipowiczowi udało się udowodnić swe szlachectwo, a tym samym i uniknąć surowej kary, gdyż od wieków cała rodzina słynęła z dobrych szlacheckich obyczajów, i nieraz potwierdzana była w rodowitości przez heroldię w Wilnie.
      Anna Teodorowna Moller, matka przyszłego geniusza nauki, także wywodziła się z dobrej, kulturalnej rodziny. Mollerowie bowiem to również dawna szlachta kresowa używająca herbu Mogiła, a gnieżdżąca się ongiś w drobnych zaściankach przeważnie w powiecie szawelskim na Żmudzi (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 6, nr 7, 707)...


*       * *


      I oto młodej latorośli tych dwóch rodzin polskich sądzone było odegrać niebagatelną rolę w rozwoju przyrodoznawstwa rosyjskiego i światowego w XIX - XX wieku. Nie był to zresztą przypadek odosobniony, lecz konkretne ucieleśnienie pewnej prawidłowości o zasięgu ogólniejszym, mianowicie: doniosłego wpływu pierwiastka polskiego na procesy cywilizacyjne w gigantycznym mocarstwie Rosji. Ongiś Fryderyk Nietzsche w dziele Poza dobrem i złem notował:
      „Są dwa rodzaje geniuszu: jeden, co przede wszystkim płodzi i chce płodzić, drugi, co chętnie zapładniać się pozwala i rodzi. Wśród genialnych ludów są też takie, którym przypadło w udziale kobiece zadanie brzemienności, tudzież tajny obowiązek kształtowania, rozwijania, doskonalenia; - Grecy byli, na przykład, ludem tego rodzaju, także Francuzi; - Oraz takie, które muszą zapładniać i stawać się przyczyną nowego ładu życia - na podobieństwo Żydów, Rzymian i (...) Niemców. - Ludy dręczone i upajane nieznaną gorączką, niepowstrzymanie prące się na zewnątrz, rozkochane i pożądające lubieżnie ras obcych (takich, co „zapładniać się dają”), a przy tym władcze, jak to wszystko, co ma świadomość pełni swych sił męskich i przeto mniema, że jest „z bożej łaski”. Oba te rodzaje geniuszu szukają się wzajem, jak mężczyzna i kobieta; ale też nie rozumieją się wzajem - jak mężczyzna i kobieta”.
Słowa te dość trafnie mogłyby być użyte do opisu stosunków polsko - rosyjskich w sferze kultury...
      Lecz powróćmy po tej dygresji do naszego ściślejszego tematu.
      Na rozwój umysłowy Mikołaja Knipowicza dość istotny wpływ wywarł Paweł Sikorski, jeden z ówczesnych wykładowców Gimnazjum Aleksandrowskiego w Helsingforsie, bliski zresztą jego krewny. Od tego profesora przejął młodzian, jak też jego siostry Lidia i Zenaida, nie tylko kult wiedzy i oświaty ale i demokratyczno - liberalne poglądy polityczne, jak również maksymalizm etyczny i bezkompromisowość.
      W 1881 r. Mikołaj Knipowicz wstąpił na wydział fizyczno - matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego, gdzie jego nauczycielami były takie znakomitości, jak prof. prof. M. Bogdanow (zoologia kręgowców), N. Wagner (zoologia bezkręgowców), A. Biekietow (botanika), J. Sieczenow (fizjologia), W. Dokuczajew (geografia i mineralogia), A. Wojejkow (geografia fizyczna), N. Mienszutkin (chemia). Fakt, że młody człowiek miał okazję przysłuchiwać się wykładom i dyskutować z wybitnymi intelektualistami i fachowcami, wywarł niewątpliwy wpływ na rozległość i głębię jego własnych zainteresowań naukowych. Już będąc studentem pierwszego roku Knipowicz zapisał się do kółka naukowego prowadzonego przez słynnego profesora G. Grum - Grzymajłę i pod jego kierownictwem poczynił pierwsze swe kroki jako samodzielny badacz przyrody. W ciągu dwóch kolejnych lat nasz student kontynuował zajęcia w pracowni zootomicznej, tym razem pod kierunkiem profesora K. Miereżkowskiego, a nawet został mianowany w 1883 r. kustoszem tejże pracowni. W 1885 r. Knipowicz uczestniczy w wyprawie O. Grimma ku dorzeczu Wołgi w celu zbadania biocenozy w tym regionie, szczególnie śledzi; w tymże roku kończy uniwersytet ze stopniem kandydata. Mija kilka miesięcy i młody człowiek przyjmuje ofertę pozostania przy katedrze zoologii w celu przygotowania się do rangi profesora.
      Wówczas też, a raczej nieco wcześniej, bo na ostatnim roku studiów, rozpoczyna w charakterze asystenta katedry fizjologii wykłady na tzw. Wyższych Kursach Żeńskich w Petersburgu. Na utrzymanie młody człowiek przez cały okres studiów zarabiał korepetycjami.
      Wszystko wydawało się być na dobrej drodze, lecz Knipowicz, wychowany w duchu polskim, a nie grzeszący ani ostrożnością, ani konformizmem przyłączył się do jednego z nielegalnych kółek uniwersyteckich i już po paru latach wpadł w tarapaty, został (1887) aresztowany. Co prawda, po kilku tygodniach go zwolniono, lecz jednocześnie cofnięto ofertę pracy na uniwersytecie i zabroniono prowadzenia jakichkolwiek zajęć pedagogicznych. Sytuacja wyglądała bardzo ponuro. Młodzian o znakomitych predyspozycjach intelektualnych i charakterologicznych zobaczył się wyrzuconym z siodła już na progu świadomego życia, z bardzo na skutek tego niejasnymi perspektywami na przyszłość. W 1889 r. został zresztą ponownie na okres kilku miesięcy osadzony za kratami i przez pięć dalszych lat nie miał prawa piastować jakiejkolwiek posady państwowej, będąc pod jawnym nadzorem policji. Od 1893 r. pracował w charakterze kustosza gabinetu zootomicznego Uniwersytetu Petersburskiego i podjął wykłady jako docent prywatny; następnie pełnił funkcję młodszego zoologa w Muzeum Zoologii Akademii Nauk. Minęło kilka lat, a M. Knipowicz razem z siostrami Lidią i Zenaidą został ponownie (1896) aresztowany za udział w ruchu antyreżimowym.
      W 1887, 1890, 1891, 1892 r. odbył ekspedycje naukowo - badawcze na Morze Białe, w okolice Wysp Sołowieckich.
      Mimo przeciwności losu w 1892 r. młody uczony obronił rozprawę magisterską pt. Materiały do poznania grupy Ascothoracida.
      W 1899 roku został obok innych demokratycznie usposobionych wykładowców wyrzucony z uniwersytetu. Co zaskakuje jednak w tym młodym człowieku, że obok bardzo czynnego uczestnictwa w ruchu konspiracyjnym znajduje czas na prowadzenie poważnych badań naukowych, bierze udział w kilku wyprawach morskich na Morze Białe i Morze Barentsa. Powoli też  poważne zajęcia badawcze i zainteresowania naukowe zaczynają spychać zaangażowanie społeczne na plan dalszy.
      Knipowicz został skierowany zagranicę, gdzie pod jego okiem budowany jest okręt badawczy „Andriej Pierwozwannyj”, i w latach 1898 - 1901 odbył na nim wyprawę naukową, której plonem był cały szereg sprawozdań i publikacji, mających istotne znaczenie dla rozwoju gospodarki rybnej w Rosji. Szczególnie doniosłą wagę miało fundamentalne dzieło młodego naukowca Podstawy hydrologii Europejskiego Oceanu Północnego (1906). Zaskarbiło ono Knipowiczowi szacunek społeczności naukowej i wyrobiło mu imię na arenie międzynarodowej.
      W latach 1904, 1912, 1913, 1914 - 1915 odbył badacz wyprawy naukowe na Morze Kaspijskie, wówczas jeszcze dość mało znane. Plonem tych wieloletnich wysiłków była licząca prawie tysiąc stron monografia Badanie hydrologiczne na Morzu Kaspijskim w latach 1914 - 1915 (wyd. 1921, Piotrogród).
      W okresie rewolucji i wojny domowej w Rosji (1917 - 1921) Knipowicz sporadycznie uczestniczył w ekspertyzach naukowych na zlecenie nowego rządu, tłumaczył teksty obcych badaczy, opracowywał własne. Życie miał wówczas wyjątkowo trudne.
      Ongiś, w czasie, gdy Knipowiczowie mieszkali w Petersburgu i Finlandii, często byli odwiedzani przez Włodzimierza Lenina i jego żonę Nadzieję Krupską. Ta stara przyjaźń uratowała później, już w okresie po 1917 r. , tę polską rodzinę przed represjami ze strony bolszewików. W burzliwe dni rewolucji i wojny domowej profesor Knipowicz intensywnie pracował nad systematyzacją obfitych zbiorów naukowych, które zgromadził podczas poprzednich wypraw morskich. W mieszkaniu panował chłód i mrok. Drwa, złożone w jednym z pokoi, skończyły się jesienią 1920 roku. Na opał poszły meble, a nawet część bogatego, starannie dobranego księgozbioru. Pani Apolonia ciężko chora nie wstawała prawie z łóżka, marząc o chlebie, cieple i słońcu...Tuż obok niej siedział na krześle przy przysuniętym do łóżka stole mąż, robiąc korektę kolejnego dzieła naukowego.
      Niestety, „nie jest w mocy człowieka tak władać swoim losem jak włada swymi pragnieniami”. Często ludzie najwartościowsi mają los najtrudniejszy. Od pewnego czasu profesor Knipowicz na ulicę wychodził bardzo rzadko i zawsze w towarzystwie którejś z córek. Starszy pan o arystokratycznych rysach i ruchach mógł być w każdej chwili zastrzelony przez przypadkowo spotkany patrol „ludowy”, a jeśli nawet nie, to nigdy nie było pewności, że potrafi wrócić o własnych siłach do domu. Wynędzniały i wygłodniały organizm w każdej chwili mógł odmówić posłuszeństwa; był to zresztą zwykły wówczas widok na ulicach Piotrogrodu, gdy ludzie padali i umierali z wycieńczenia wprost na chodnikach miasta...
      Głód dawał się we znaki tej dawniej tak rewolucyjnej rodzinie. Lecz nie tylko głód. Profesora gnębiła myśl o ewentualnej utracie zdolności do pracy, zaczął bowiem szwankować wzrok. Szkoda by było, gdyby książka pisana przez tyle lat z ogromnym nakładem sił, energii, środków i czasu, nie ujrzała światła. Jednak monografia o Morzu Kaspijskim została wydana, a o jej poziomie i znaczeniu profesor Lew Berg na posiedzeniu prezydium Akademii Nauk ZSRR mówił: „Jeśli chodzi o tę książkę, to można o niej powiedzieć, że historia badania Morza Kaspijskiego dzieli się na dwa okresy - Przed Knipowiczem i po Knipowiczu”...
      Jako rys do konterfektu tego wybitnego człowieka warto w tym miejscu bodaj dorzucić, że nigdy nie krył się - ani za cara,  ani za komuny - ze swymi wolnościowymi poglądami. Tak np. zarówno w okresie caratu, jak i przejściowym, gdy kształtowała się nowa państwowość radziecka, przejmująca zresztą imperialistyczne nawyki Rosji dawnej, profesor Knipowicz jednoznacznie wypowiadał się za prawem narodu fińskiego, jak i innych, do samookreślenia i niezależności.
      Ta otwartość w wypowiadaniu myśli, surowość i północna twardość przysparzały mu niemało kłopotów w społeczeństwie autorytarnym, jak np. wówczas, gdy w wielce trafnych Notatkach” u schyłku XIX wieku stwierdził: „Rosja się uważa za kraj kulturalny, lecz kultury w niej na razie za mało, i mało kto o tę kulturę się troszczy, dbając przede wszystkim o własną kieszeń”. W każdym dojrzałym społeczeństwie poczynienie podobnej uwagi minęłoby bez negatywnego echa, w Petersburgu Knipowiczowi zarzucono natychmiast z tego powodu „antyrosyjskość”.
      Profesor był zresztą świadom zarówno okoliczności miejsca i czasu, jak też zmian w mentalności mas i inteligencji rosyjskiej, w których na całego kiełkowało bolszewickie zdziczenie, nacechowane zupełnym zanikiem rozumu i szlachetniejszych odruchów moralnych. W jednym z listów z tego przełomowego okresu profesor przyznawał: „Moje pokolenie wymiera, pozostają tylko osobne egzemplarze, których na razie żaden czart pod żadnym sosem połknąć nie może”...To „pokolenie”, ta wspaniała arystokracja ducha została jednak prawie do cna wytępiona przez bolszewizm, będący kwintesencją ducha plebejskości. Nie stało się to jednak z dnia na dzień...
      Korzystając z dawnej znajomości z Leninem Knipowicz osobiście się do niego zwrócił z żądaniem zwrotu pieniędzy zdeponowanych w jednym z banków rosyjskich, należących do Międzynarodowej Rady do Spraw Badania Mórz, które zostały przez rząd bolszewicki skonfiskowane. Wypada może zaznaczyć, że Knipowicz od roku 1901 reprezentował w tej Radzie Rosję, a w ciągu wielu lat przed rewolucją był tej organizacji wiceprzewodniczącym.
      Na list profesora bolszewicki dyktator wydał dyspozycje do jednego ze swych sekretarzy: „Towarzyszu Gorbunow! N. M. Knipowicz to największe imię w nauce i człowiek bezwarunkowo przyzwoity, uczciwy w rzadko spotykanym stopniu. Dlatego trzeba ustosunkować się z pełnym zaufaniem do jego propozycji i natychmiast ją przyjąć. Przeprowadźcie to przez Małą Radę Komisarzy Ludowych i zawiadomcie mnie, o ile zaistnieje najmniejsza przeszkoda”.
      Rada Komisarzy Ludowych podjęła decyzję pozytywną, warunkując jednak jej realizację ponownym przyjęciem Rosji do Rady Badania Mórz. Knipowicz z ramienia rządu sowieckiego prowadził w tej sprawie pertraktacje, które jednak nie dały dodatnich wyników. Ze względów formalnych (brak stosunków dyplomatycznych między Rosją a Danią, w której stolicy mieściła się siedziba Rady) ugoda do skutku nie doszła, status Rosji restytuowany nie został, a tym samym jej wkład pieniężny na fundusz tej organizacji do Kopenhagi nie został przekazany.
      Na tym jednak kontakty Knipowicza z Leninem się nie urwały, wręcz odwrotnie, dyktator rewolucji coraz to wyżej cenił sobie zdanie tego wybitnego człowieka o bardzo głębokim, krytycznym umyśle. I jeśli nawet nie wszystkie jego sugestie brał pod uwagę (uwagi te zresztą często były tego rodzaju, że ktoś inny zostałby za nie na miejscu przez bolszewików rozstrzelany lub ulokowany w Gułagu), to Knipowiczowi młody rząd sowiecki niewątpliwie zawdzięcza pewne swe racjonalne i rozsądne posunięcia, szczególnie w sferze organizacji gospodarki i polityki finansowej.
      Nie był nasz profesor jedynym wybitnym intelektualistą, który oddał swą wiedzę na usługi systemu sowieckiego. Pamiętali ci ludzie dokładnie o wszystkich schorzeniach caratu, o nikczemnościach zgrzybiałego systemu społecznego. Wielu ludzi myślących łudziło się szczerze, że to „nowe” nie „wraca”, lecz naprawdę stanowi coś nowego.
      Socjolog F. Znaniecki pisał w 1921 r.:
       „Zwolennicy bolszewizmu przedstawiają go jako dalszy ciąg odwiecznej walki o ogólnoludzką równość i braterstwo, i wielu powierzchownych obserwatorów podziela to zdanie. Zabójcze skutki, do których bolszewizm prowadzi, przypisywane są błędom taktyki i trudnościom praktycznym, stojącym na drodze do urzeczywistnienia jego celów. Spotykamy nieraz zdanie, że te skutki nie powinny wpływać na ocenę samego ideału bolszewickiego, który jako ideał, jest zasadniczo konstrukcyjny. Znajdujemy próby przeprowadzenia analogii między rewolucją bolszewicką a rewolucją francuską, jako dwoma stadiami tego samego procesu historycznego; równe sympatie okazywane są czasem względem obu, nawet przez tych, którzy potępiają terror i zniszczenie, które im towarzyszyło. Niestety jest to złudzenie wynikające z niedostatecznej analizy bolszewizmu jako zjawiska społecznego. Rewolucja francuska zawierała istotnie pierwiastki konstrukcyjne; bolszewizm nie zawiera żadnych. Oczywiście, przyjął on jako hasło socjalistyczny plan przyszłego ustroju społecznego. Ten plan zaś, rozpatrywany w oderwaniu od materialistycznych i ochlokratycznych doktryn, z którymi został skojarzony historycznie, przedstawia bez wątpienia krok naprzód w postępie ideału sprawiedliwości społecznej. Lecz ruch społeczny nie może być rozumiany i oceniany według swych haseł, lecz według ich stosowania. Plan socjalistyczny, odkąd został przyjęty przez bolszewików jako teoretyczna podstawa pewnych czynności praktycznych, w tym konkretnym związku przestał być abstrakcyjnym systemem pojęć, który należałoby rozumieć i oceniać w jego treści, a stał się zjawiskiem społecznym, które należy badać i oceniać łącznie z innymi zjawiskami społecznymi, przezeń jakoby sankcjonowanymi. Doktryna nie jest konstrukcyjna lub destrukcyjna sama w sobie, lecz w swych praktycznych zastosowaniach, i jakkolwiek socjalizm mógłby być konstrukcyjny gdyby był interpretowany i stosowany przez twórczych przodowników i dla twórczych celów, tak jak go interpretują i stosują bolszewicy, jest on jedynie narzędziem zniszczenia”... Narzędziem - dodajmy - znajdującym się w ręku odwiecznych antykulturalnych, niszczycielskich sił, nie liczących się z żadnymi wartościami ogólnoludzkimi. Łatwiej jednak to wszystko zauważyć z pewnej czasowej odległości, podczas gdy mieszkańcy danej epoki najczęściej po prostu nie są w stanie rozeznać się w sytuacji...
      Od 1921 r. Knipowicz był zatrudniony w stacji biologicznej w Murmańsku, brał udział w pertraktacjach z Finlandią i Niemcami dotyczących prowadzenia wspólnych badań na Morzu Barentsa. Po roku jest nasz rodak już na południu Rosji, gdzie prowadzi badania i w 1923 r. publikuje Klucz ryb Morza Czarnego i Azowskiego. Aż do roku 1927 prowadzi tu niestrudzenie prace naukowe, których wyniki znajdują odbicie w dwu kolejnych dziełach fundamentalnych: Hydrologiczne badania w Morzu Azowskim (1932) i Hydrologiczne badania w Morzu Czarnym (1933), które zachowują dziś i zachowają bodaj na wiele jeszcze dziesięcioleci swą wartość poznawczą. Cechą specyficzną publikacji naukowych Knipowicza było ujmowanie biocenozy jako całości, od roślin i bakterii, do ryb i zwierząt morskich, jako dynamicznej całości znajdującej się w procesie ruchu i ciągłej przemiany, oraz poddanej skomplikowanym wzajemnym oddziaływaniom ze strony środowiska człowieka, ludzkiej cywilizacji.
      W 1927 r. zakładano w Moskwie Instytut Biologii Akademii Nauk ZSRR, proponując Knipowiczowi objęcie kierownictwa nim. Uczony jednak odmówił, motywując to względami rodzinnymi i swymi wieloletnimi powiązaniami z Leningradem, których „nie chciałby już stojąc na skraju mogiły targać”.
      Zdrowie zresztą już nie bardzo sędziwemu profesorowi dopisywało. Dała o sobie znać dawna choroba oczu; lekarze zupełnie zabronili mu na dłuższy okres czytać i pisać.
      Jednemu z ówczesnych swych korespondentów Knipowicz donosił: „Piszę ten list jako przemytnik, łamiąc nakaz lekarzy, - mam całkowity zakaz czytania i pisania. Więcej pisać się nie ważę: eskulapowie odgryzą mi głowę”...
      Po kilku miesiącach wszelako rozszerzenie naczyń krwionośnych ustąpiło i profesor ponownie przystąpił do ulubionych badań naukowych.
      W tym też czasie (1928) oddano do użytku na stoczni leningradzkiej nowy statek naukowo - badawczy, który nazwano „Nikołaj Knipowicz”, co wywołało pobłażliwe kpiny „ojca chrzestnego”...
      W 1929 roku nasz profesor organizuje wraz z kolegami Wszechzwiązkowy Instytut Gospodarki Rybnej, który został wkrótce czołową placówką tego rodzaju w ZSRR, gromadząc w swych murach liczny zastęp fachowców o najwyższej kwalifikacji.
      Pracował, jak wspominali później członkowie rodziny, zapamiętale, po kilkanaście godzin na dobę. Nie skarżył się na brak czasu, lecz go po prostu rozumnie i skutecznie wykorzystywał. Lubił przy tym się powoływać na swego ulubionego filozofa, Lucjusza Anneusza Senekę, w szczególności zaś na znany fragment z rozprawy „De brevitatis vitae” - O krótkości życia:
      „Rzecz ma się następująco: nie otrzymaliśmy życia krótkiego, ale czynimy je krótkim, pod względem zaś jego posiadania jesteśmy nie nędzarzami, ale marnotrawcami. I podobnie jak ogromne i królewskie bogactwa, gdy tylko przejdą w posiadanie złego włościanina, natychmiast się rozpraszają, a przeciwnie - nawet skromne majętności, jeżeli są powierzone dobremu gospodarzowi, powiększają się przez należyty użytek, tak samo wiek życia naszego rozciąga się daleko, jeżeli ktoś dobrze nim rozporządza.
      Po co się użalamy na naturę? Przecież łaskawie obeszła się z nami. Długie jest życie, jeżeli ktoś umie czynić z niego użytek. Ale jednego ogarnęła niczym nienasycona chciwość, drugiego niezmożona gorliwość w trudach bezużytecznych; jeden moknie w winie, drugi zdrętwiał w bezczynności, jednego wyczerpuje pragnienie zaszczytów wciąż niespokojne o sądy innych, drugiego chciwość kupiecka pędzi po wszystkich lądach i wszystkich morzach w nadziei zysku; niektórym żądza wojowania nie daje spokoju (...), a inni znowu z nie nagradzanej służby na dworze królów w dobrowolnej niewoli spędzają swe lata; wielu jest takich, którzy wszystek czas tracą, zdobywając cudzy majątek albo zarządzając własnym, a jeszcze więcej jest takich, którzy nie dążą w życiu do żadnego określonego celu, lecz błędna, zmienna i zawsze niezadowolona lekkomyślność przerzuca ich z jednego przedsięwzięcia w drugie; jeszcze inni nie mogą się zdecydować na żaden kierunek w życiu, więc ospałych i pogrążonych w gnuśnej martwocie śmierć zastaje”...
      W latach 1931 - 32 M. Knipowicz kierował pracami tzw. Wszechkaspijskiej Naukowej Rybno - Gospodarczej Ekspedycji, której działalność miała duże znaczenie dla rozwoju radzieckiego przemysłu żywności. Zastanawiające, jak wiele funkcji potrafił jednocześnie - i to niesłychanie twórczo, skutecznie i owocnie - pełnić ten człowiek. W latach 1919 - 1939 był kolejno starszym hydrologiem, zastępcą dyrektora i przewodniczącym działu morskiego w Państwowym Instytucie Hydrologii, jednocześnie pełnił obowiązki starszego specjalisty oddziału ichtiologii stosowanej w Państwowym Instytucie Agronomii Doświadczalnej (1923 - 1927), przekształconym (1930) w Leningradzki Naukowo - Badawczy Instytut Ichtiologiczny. W latach 1911 - 1930 był profesorem Leningradzkiego Instytutu Medycznego. Organizował, brał udział i występował z referatami na szeregu zjazdów hydrologów i biologów (1922, 1924, 1925, 1926, 1927, 1928, 1930).
      Od roku 1932 i do końca życia Mikołaj Knipowicz zajmował odpowiedzialne stanowiska we Wszechzwiązkowym Naukowo - Badawczym Instytucie Gospodarki Rybnej i Oceanografii. Pod jego kierownictwem i według jego planów zrealizowano szeroki wachlarz badań mórz północnych i południowych ZSRR z punktu widzenia hydrologii, hydrobiologii i gospodarki żywnościowej. Nie sposób wymienić kilkudziesięciu organizacji naukowych rosyjskich i międzynarodowych, w których działalności brał M. Knipowicz czynny udział i których był członkiem; czy licznych uczelni, na których wykładał - zajęłoby to zbyt wiele miejsca. Podręczniki akademickie z dziedziny zoologii i biologii, które wyszły spod jego pióra, miały po kilka z rzędu wydań. Łabędzim niejako śpiewem tego wielkiego uczonego, było dzieło Hydrologia mórz i wód słonych w związku z gospodarką (1938). W sumie zaś profesor opublikował za swego życia 897 większych i pomniejszych tekstów naukowych.
      Lew Berg pisał o wybitnym wkładzie Knipowicza do rozwoju dwóch dziedzin wiedzy, zoologii i hydrologii: „W każdej z nich on osiągnął tyle, że starczyłoby tego na kilku znakomitych naukowców”.
      Zmarł Mikołaj Knipowicz 23 lutego 1939 r. w 77 roku życia i pochowany początkowo został  na Cmentarzu Smoleńskim w Leningradzie; w 1956 r. prochy jego przeniesiono na Cmentarz Wołkowski, gdzie też dziś stoi jego pomnik.


*         *         *


      Pisząc o Mikołaju Knipowiczu nie sposób na marginesie nie napomknąć o losie jego siostry Lidii (1857 - 1920), która całe życie poświęciła walce z caratem, słynęła w ruchu rewolucyjnym z inteligencji, odwagi, samozaparcia; zginęła prawdopodobnie z rąk bolszewików, chociaż od 1903 r. należała do ich partii i była bardzo bliską przyjaciółką Nadziei Krupskiej. Rewolucja, jak wiadomo, pożera własne dzieci.

Mikołaj Korzeniewski




          Jedenaście tysięcy kilometrów kwadratowych - taki jest obszar wszystkich lodowców Azji Środkowej. Być „gospodarzem” tego lodowego kraju, niekoronowanym jego królem - to niemało. Mikołaj Korzeniewski - najzasłużeńszy badacz środkowoazjatyckich gleczerów górskich oraz autor pierwszego i najdokładniejszego katalogu ich, był takim właśnie „królem”...
          Urodził się 6 lutego 1879 roku w miejscowości Zawerże nieopodal Newla, powiatowego wówczas miasteczka na Witebszczyźnie. Wywodził się z polskiej rodziny szlacheckiej, która od dawna siedziała w tej okolicy.
          Trudno byłoby dziś ściśle ustalić od jakiej konkretnie posiadłości wzięli swe nazwisko Korzeniewscy.
          Wykaz urzędowych nazw miejscowości w Polsce (t. 2, s. 168, Warszawa 1981) informuje o wsi Korzeniewo we włocławskim i elbląskim, Korzeniów w lubelskim i tarnowskim, o kilku Korzeniówkach i Korzeniach. Miejscowości o podobnej nazwie istnieją dziś także na terenach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, wchodzących obecnie w skład Białorusi i Ukrainy.
          Prawdopodobnie wielu Korzeniewskich wzięło swe nazwisko od wsi Korzeniówka w powiecie drohiczyńskim na Podlasiu, inni od wsi Korzenie pod Smorgoniami itd.
          Korzeniewscy herbu Janina np. znani byli od 1460 roku jako właściciele Korzeniowa w powiecie garwolińskim, nieco później są notowani w sandomierskiem.
          Rodzina Korzeniewskich pieczętowała się herbem Kościesza (rozdarta strzała z krzyżem w polu czarnym) i była - jak pisze Franciszek Piekosiński - „znakomitymi urzędami i possessyami dóbr ziemskich w różnych województwach i powiatach zaszczyconą”. Protoplastą witebskich Korzeniewskich był Wojciech, ziemianin z województwa Brzesko - litewskiego (wiek XVII).
          Z zachowanych materiałów archiwalnych wnioskować można , że interesujący nas Korzeniewscy wywodzili się z rodowej posiadłości swej Korzeniewa w województwie brzeskim. Mianowicie w roku 1619 mieszkali tu jeszcze Raina Korzeniewska i trzej jej synowie: Jan, Jerzy i Andrzej. (Akty...t. 2, s. 50 - 51)
          W 1632 r. mieszkał tu jeszcze Wawrzyniec Korzeniewski, „jenerał woiewódstwa Brzeskiego” (tamże, s. 59).
          Jak podaje znowuż A. Boniecki w Herbarzu Polskim (t. 11, s. 222, Warszawa 1907) Korzeniewscy herbu Janina wyszli z ziemi stężyckiej, inni zaś albo z powiatu kaliskiego, albo pińskiego, gdzie znajdują się miejscowości o nazwie Korzeniewo lub Korzeniów. Korzeniewscy herbu Lis (Kościesza) pochodzą również z województwa brzesko - litewskiego. Jedna z ich gałęzi nabrała znacznych wpływów na Witebszczyźnie, Połocczyźnie i w Inflantach.
          Inne źródło heraldyczne informuje: „Korzeniewscy, pieczętujący się herbem Kościesza, posiadali majątki w różnych województwach i powiatach i udowadniali swe pochodzenie od protoplasty Wojciecha Korzeniewskiego, mającego majątek w województwie Brzeskim Litewskim”. (N. Szaposznikow Heraldica, t. 1, s. 153, Petersburg 1900).
          Korzeniewscy herbu Nałęcz wywodzą się z Wołynia.
          Podstarości brzeski Melchior Rayski około roku 1580 miał za żonę byłą małżonkę nieboszczyka Hrehora Możejki Korzeniewskiego.
          Niejaki pan Korzeniewski jeszcze latem 1595 r. zaskarżony został w urzędzie grodzkim wileńskim o udział w pobiciu Stanisława Prokopowicza. (Akty..., t. 20, s. 114).
          Pod uchwałą sejmiku orszańskiego dotyczącą spłacania podatków, tzw. „Aktiwacią uniwersału seymiku powiatu orszańskiego” z roku 1647, widnieje obok innych podpis własnoręczny szlachcica Józefa Korzeniewskiego.
          Także w księgach buchalteryjnych m. Mohylewa z roku 1695 wymienia się niejakiego „pana Korzeniewskiego, dworzanina pana Matusiewicza, który przyjeżdżał za dekretem do miasta”, i któremu kupiono jabłek na koszt skarbu miejskiego.
          We wsi Korzeniówka na Podlasiu, według spisu z 1662 roku, mieszkali Adam, Stanisław i Sebastian Korzeniewscy z rodzinami, jak również Józef Tołwiński i Jan Porzeziński. (Akty..., t. 33, s. 512).
          Jan Stanisław Korzeniewski, poseł województwa poznańskiego, w 1668 r. podpisał akt konfederacji generalnej warmińskiej. (Volumina Legum, t. 4, s. 498).
          Pan Andrzej Korzeniewski, sędzia - ławnik m. Brześcia, figuruje w księgach grodzkich tego miasta w roku 1669. (Akty..., t. 18, s. 481 - 483).
          W 1679 r. pisarzem ziemskim brzeskim był Teodor Korzeniewski. (Akty..., t. 3, s. 91).
          Jan Korzeniewski, namiestnik klasztoru kościoła św. Bazylego w Wilnie figuruje w księgach ziemskich wileńskich 13 stycznia 1680 r. (Akty..., t. 9, s. 48 - 49).
          W testamencie Sylwestra Wołczackiego, administratora i namiestnika biskupstwa białoruskiego z roku 1686, figuruje m. in. pani Korzeniewska.
          Paweł Korzeniewski, szlachcic spod Brześcia, wyłania się z mroku czasu na łamach przekazów archiwalnych z 1702 r.
          W 1711 roku Bazylianie wileńscy zaskarżyli przed magistratem stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego „pana Władysława Korzeniewskiego, o to y w takowy sposób: iż co obżałowany iegomość. maiąc w sąsiedztwie z żałującymi maiętność swoią, nazwaną Uszę, w województwie Mińskim leżącą, różnemi czasy, różnych miesięcy y dni, różne szkody, krzywdy, naiazdy sam przez się y przez poddanych swoich, żałującym czynił y czynić nie przestaie.
          Jako w roku 1708, naiechawszy gwałtownym y nieprzyiacielskim sposobem, z niemałą gromadą ludzi y czeladzi, boiarami poddanymi Uszańskiemi, z różnym orężem, do boiu należącym, to iest, ze strzelbą ognistą, szablami, bardyszami y oszczepami, kiiami y cepami, także y ze psami, na maiętność żałuiących, nazwaną Bieliczany, w tymże województwie Mińskim leżącą, y poddanego żałuiących na imię Mikitę młynarza violenti modo wziąwszy, do maiętności swoiey, nazwanej Uszy, zaprowadził y tam u siebie niewinnie, niemiłosierdnie w swoim prywatnym więzieniu okowawszy, przez kilkanaście niedziel trzymał y męczył, od którego takowego niemiłósierdnego więzienia wyszpomieniony poddany śmiercią z tego świata zszedł”.
          Natomiast w 1711 roku napadł Korzeniewski na wieś Moszczenica, gdzie „siana stogów sześć zabrać kazał y do Borysowa zaprowadzić y chłopów w wiosenny czas w karmie dla bydła y koni zgubił. Wszelako nie kontektując się i tym, dokuczał Bazylianom stale i na rozmaite sposoby, czyniąc im wielką krzywdę y nieznośną ruinę”. (Akty..., t. 8, s. 167 - 169).
          W księgach buchalteryjnych Mohylewa za styczeń 1712 roku zanotowano dosłownie, iż „na jakiegoś pana Władysława Korzeniewskiego wydano 55 złotych, w tym kupiono 20 garncy miodu i 30 garncy piwa na 26 złotych” (Istoriko - Juridiczeskije Materiały, t. 22, s. 10, oraz t. 20, s. 76).
          W 1716 roku w województwie witebskim występuje Stanisław Korzeniewski, miejscowy szlachcic, który z jakichś powodów chłopów poddanych swego sąsiada na drodze „przejąwszy..... niemiłosiernie bił, mordował ledwie nie do śmierci”. Sprawa wylądowała w sądzie i imię szlachcica zostało przekazane potomności.
          W 1716 roku w Mohylewie występuje też inny Korzeniewski, rotmistrz orszański. Dla niego to czyniono od czasu do czasu kosztem miasta nieduże zakupy w rodzaju: „Dla imć pana Korzeniewskiego ryby marzłey y więdłej, miętuzów żywych za złotych 5,15”. Tuż zaznaczono, że kupiono mu „chleba sitnego, cybuli, jarzyny, soli, krup, pieprzu, oliwy, octu” oraz „drew wozów dwa”. (Istoriko - juridiczeskije matieriały..., t. 27, s. 19).
          Były to wydatki „reprezentacyjne”, które pan Korzeniewski zużywał nie sam, lecz wspólnie z opiekuńczymi gospodarzami.
          Wiktor i Jerzy Korzeniewscy 19 lutego 1764 r. podpisali instrukcję szlachty województwa wileńskiego posłom obranym na sejm konwokacyjny w Warszawie. (Akty..., t. 13, s. 235).
          Poszczególne gałęzie rodu Korzeniewskich były w posiadaniu m. in. majątku Walerianów, zaścianka Maklewszczyzna, Opity - Masłowszczyzna w powiecie oszmiańskim; gnieździły się w powiatach wileńskim, święciańskim, mińskim, trockim i innych. (CPAH Litwy w Wilnie. f. 391, z. 4, Nr. 1438).
          Korzeniewscy herbu Waga posiadali początkowo Kamionkę koło Ostrowca.
          W 1735 r. jedna z gałęzi nabyła Wołockiszki w powiecie upickim, druga w 1764 - wieś Giegiedzie w powiecie telszewskim. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 7, Nr. 1852, s. 92).
          W 1765 r. w inwentarzu włości Grawerskiej Księstwa Inflanckiego odnotowano bojara Tomasza Korzeniewskiego oraz Jakuba Korzeniewskiego „człowieka wolnego, kaprala”, drobnego szlachcica. (Istoriko - juridiczeskije matieriały, t. 31, s. 64).
          Michał Korzeniewski, kasztelan ziemi zakroczymskiej, sędzia Trybunału Głównego Wielkiego Księstwa Litewskiego, rotmistrz kawalerii narodowej, kawaler orderu św. Stanisława, wymieniany jest w źródłach archiwalnych z roku 1790. (Akty..., t. 38, s. 33).
          25 sierpnia 1794 r. rząd Tadeusza Kościuszki podpisał dokument, w którym polecono, „aby obywatelowi Korzeniewskiemu, rotmistrzowi pułku 5, przez wzgląd wiernych jego przez lat 30 w wojsku Rzeczypospolitej usług na wyżywienie do śmierci żony i familii część ziemi, złotych polskich 1500 intraty rocznej wynoszącą, wyznaczyć, gdy przez urządzanie swoje fundusz dóbr narodowych na umorzenie biletów skarbowych przeznaczyła i termin przedaży dóbr takowych w przeciągu trzech miesięcy przez uniwersał swój, dnia 13 miesiąca teraźniejszego zaszły, udeterminowała, przeto RNN, stosując się do woli Najwyższego Naczelnika, ... stanowi, iż ob. Korzeniewski sumę złotych 1500 corocznie mieć będzie do końca życia za Skarbu Rzeczypospolitej wypłacaną”. (Akty Powstania Kościuszki, t. 2, cz. 2, s. 102, 145, Kraków 1918).
          W 1774 r. sąd ziemski Prowincji Witebskiej rodzinę tę „za rodowitą wyświadczył szlachtę”.
          Spis szlachty powiatu dziśnieńskiego z roku 1796 wymienia imię Kazimierza Korzeniewskiego, regenta ziemskiego powiatu połockiego, właściciela majątku Hrehorowicze, żonatego z Heleną Kossowówną, mającego syna Stanisława oraz córki Izabelę i Ewę. (Archiwum Narodowe Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, s. 37).
          Korzeniewscy herbu Leliwa rozgałęzieni byli po różnych powiatach; tak np. jeden z dokumentów z 1798 r. stwierdza: „Dom Korzeniewskich zawsze possydował dziedzictwa w powiecie brasławskim, to jest rzecz nieomylna” i przytacza dowody z 1608 r. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 9, Nr. 2460, s. 1 - 2).
          Rodowitość szlachecka Korzeniewskich była potwierdzana wielokrotnie przez heroldię wileńską. (tamże, f. 391, z. 1, Nr. 186, s. 45 - 46).
          Korzeniewscy licznie zamieszkiwali powiat dziśnieński, gdzie byli spokrewnieni z Kozakami, Pupkiewiczami, Borejszewiczami. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 7, Nr. 4117, I).
          Chorąży Bazyli Korzeniewski odznaczył się odwagą w walkach 1812 roku, służąc w Noworosyjskim Pułku Dragonów, a następnie w Litewskim Pułku Ułanów w składzie armii rosyjskiej.(Akty..., t. 37, s. 761).
          Michał zaś Korzeniewski, były administrator dóbr radziwiłłowskich za udział w powstaniu listopadowym znalazł się na wiele lat pod tajnym nadzorem policji. Gospodarował w majątku Hanusowszczyzna powiatu Słuckiego. Miał żonę i syna. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1840, Nr. 174, s. 25).
          O Korzeniewskich z Połocczyzny i Witebszczyzny znajdują się bogate materiały genealogiczne i inne w zbiorach Archiwum Narodowego Białorusi w Mińsku (f. 319, z. 2, Nr 1474).
          Wywód familii urodzonych Korzeniewskich herbu Nałęcz, sporządzony przez Deputację Wywodową Szlachecką Gubernii Mińskiej 6 lutego 1823 roku donosi iż w 1692 r. Bazyli Korzeniewski, chorąży służby kozackiej polskiej, otrzymał od Jerzego Sapiehy nadanie ziemskie na Witebszczyźnie. W 1834 roku Aleksander, Tomasz, Michał, Teofil, Marcin, Dominik, Jan Korzeniewscy „za szlachtę rodowitą” zostali uznani. (tamże, s. 221).         Byli oni wielokrotnie legitymowani przez carskie komitety heraldyczne w trakcie przetrząsania szlachty polskiej przez sito szykan biurokratycznych, mającego na celu odsiew wielu jej przedstawicieli do niższej i pozbawionej praw warstwy chłopskiej. Tysiące rodzin polskich zostało w ten sposób zdeklasowanych. Ale Korzeniewscy herbu Waga przez długi czas utrzymywali się na powierzchni. W lutym 1817 roku np. rodzina ta złożyła w odpowiedniej instancji gubernii mińskiej Genealogię Familii urodzonych Korzeniewskich w siedmiu pokoleniach i czternastu imionach. Wskazana tu została interesująca nas gałąź. Jak podaje ten dokument, protoplastą rodziny był Józef Korzeniewski (około 1650 r.), właściciel dóbr Słobódka w powiecie orszańskim. Miał syna Michała, a po nim trzech wnuków: Samuela, Stanisława i Antoniego, na których ta linia urywa się w wywodzie genealogicznym. Natomiast drugi syn Józefa Korzeniewskiego miał (z Eufrozyną Jeśmanówną, przedstawicielką znanego rodu kresowego) syna Zygmunta i dalej wnuków Bronisława i Kleofasa (pominiętego zresztą w tym wywodzie), prawnuka Kazimierza, praprawnuków Stanisława i Franciszka (obecnie ten i inne dokumenty dotyczące tej rodziny Korzeniewskich znajdują się w CPAH Litwy w Wilnie: f. 391, z. 1, Nr. 227).
          Później (1770) rodzina nabyła też majątek Hryhorowicze. W roku 1869 Wileńskie Zgromadzenie Szlacheckie potwierdziło po raz kolejny szlachectwo Stanisława Kazimirowicza Korzeniewskiego i jego młodocianych synów: Stanisława - Edmunda i Franciszka - Leopolda. Właśnie Franciszek Leopold Korzeniewski, urodzony 25 listopada 1865 roku był ojcem wybitnego uczonego rosyjskiego.
          W 1843 r. zamieszkały w Wilnie „w domie brackim u bernardynów” Jan syn Piotra Korzeniewski prosił heroldię wileńską o potwierdzenie swego szlachectwa. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, Nr. 1628, s. 15 - 17).
          W latach 1859 - 1864 przed różnymi instancjami Gubernii Wileńskiej toczyła się sprawa o okrutnym obchodzeniu się ziemianina powiatu dziśnieńskiego Korzeniewskiego z chłopami pańszczyźnianymi.
          Franciszek Korzeniewski bezwzględnie uciskał swych chłopów w majątkach Dryhucze i Pokojewce powiatu dziśnieńskiego, zmuszał ich do nadmiernej pracy (nawet w dni świąteczne), bił w razie nieposłuszeństwa plecią, uciskał i gnębił do takiego stopnia, że wywoływało to oburzenie sąsiadów, aż wreszcie chłopi się zbuntowali, napadli na swego prześladowcę i zbili go dotkliwie. Długo jeszcze potem sprawa ta wałkowana była po sądach wileńskich. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 19, Nr. 1251, s. 1 - 530, oraz f. 381, z. 19, Nr. 1447). Chodziło tu widocznie o prowokację władz rosyjskich.
          Korzeniewscy posiadali także na Mińszczyźnie liczne dobra: Domowickie, Piorunów Most, Kraśny Brzeg, Hajdukowa Słoboda. (Spis ziemian Mińskiej Gubernii, Mińsk 1899, s. 191 i in.).
          Wywód Familii Urodzonych Korzeniewskich z roku 1820 podaje, że „familia urodzonych Korzeniewskich jest dawna i starożytna, od niepamiętnych czasów zaszczycona dostojnością szlachecką, używała prerogatyw temu stamowi właściwych, posiadała dobra ziemskie dziedziczne oraz urzęda publiczne piastowała, z której to familii pochodzący, a do niniejszego wywodu za protoplastę wzięty Jak Karol Korzeniewski miał syna Antoniego, który schodząc z tego świata trzech po sobie zostawił synów; Wincentego, Tomasza i Jerzego, i onym osiągnione po swym ojcu Janie Karolu Korzeniewskim dobra ziemskie, jako to: Luszczykowszczyzna z attynencjami w lidzkim i oszmiańskim powiatach leżące, testamentem w roku 1752 Januarii 7 dnia sporządzonym, rozpisał. Z przyrzeczonych synów Antoniego Korzeniewskiego Jerzy Antoniewicz Korzeniewski czterech na świat wydał synów: Jakuba, Mariana, Jana i Jerzego”, posiadaczy dóbr Narkuszki, Woronowo, Olszewo, Żołudek, Kowalszczyzna, Bieniakonie.
          W 1866 roku widzimy Jerzego Korzeniewskiego i jego żonę Konstancję z Jabłońskich w województwie Mścisławskim, jako właścicieli folwarku Jurkowszczyzna i innych majętności ziemskich. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, Nr. 1061, s. 414 - 415).
          Inny jeszcze „Wywód familii urodzonych Korzeniewskich herbu Leliwa”, sporządzony w Wilnie 28 lipca 1820 r. głosi, iż „familia urodzonych Korzeniewskich jest od dawnych czasów zaszczycona dostoynością szlachecką, posiadała dziedziczne majątki nadaniem od Nayjaśniejszych Królów Polskich za męstwo y odwagę w dziełach rycerskich w Derewni Kasperskiey (...) w województwie Smoleńskim sytuowaną, lecz czasu rewolucyi pierwszey w Polskim Kraju zdarzoney dokumenta przodków tey familii posługujące uległy zniszczeniu.
          Z tey familii pochodzący, a do niniejszego wywodu za przodka wzięty Bonifacy Korzeniewski opuściwszy majętność oyczystą, przeszedł do gubernii Litewsko - Wileńskiey, y tam nabywszy majętność Rydowszczyzna zwaną, wstąpił w śluby małżeńskie z urodzoną Cecylią Bartoszewiczówną i wydał na świat syna Stanisława, któremu w 1736 r. zapisał...”
          Stanisław Korzeniewski sprzedał ojcowiznę za 5000 złotych stryjecznemu bratu Grzegorzowi. Miał czterech synów: Piotra, Macieja, Michała i Jerzego, którzy służyli po dworach arystokracji lub arendowali nieduże folwarki. W 1820 r. liczni Korzeniewscy (12 osób płci męskiej) uznani zostali za „rodowitą i starożytną szlachtę polską” z wpisaniem ich do ksiąg szlachty gubernii Litewsko - Wileńskiej klasy pierwszej. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, Nr. 1008, s. 280 - 283).
          Kolejny Wywód familii urodzonych Korzeniewskich herbu Nałęcz, sporządzony w Wilnie w 1819 r., Głosi, że „Piotr Korzeniewski w zaszczycie prerogatywy szlacheckiej dziedziczył dobra ziemskie Czernie zwane, i spłodził syna Samuela, a ten pomienione dobra mocą sukcessyi possydując, przykupił do nich folwark Korzenie, i synów trzech Adama, Eliasza i Daniela sukcessorami po sobie zostawił”. Był to rok 1623. „Adam sam jeden będąc dziedzicem dóbr oyczystych, spłodził syna Kazimierza”, który z żoną Marjanną Porzecką posiadał też folwark Kamionka... Komisja wywodowa uznała więc w 1819 r. „Justyna z synem Franciszkiem i Michała z synem Józefem Korzeniowskich za rodowitą i starożytną szlachtę polską”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, Nr. 1008, s. 62 - 63).
          I wreszcie jeszcze jeden Wywód familii urodzonych Korzeniewskich herbu Nałęcz, tym razem z 2 października 1837 r. podaje, że „Piotr Korzeniewski, protoplasta familii, miał we władaniu swojem ziemny z poddanymi majatek Czernie zwany w powiecie oszmiańskim położony, który synowi Samuelowi, a ten Adamowi Izajaszowi i Danielowi, synom, zostawił: na dowód tego cytowany jest testament Samuela Piotrowicza Korzeniewskiego pod rokiem 1623”... (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, Nr. 1058, s. 121 - 125).
          Liczna też grupa Korzeniewskich uznana została przez heroldię grodzieńską za rodowitą szlachtę w 1835 r. Gnieździli się w powiecie drohickim na dobrach Korzeniówka, Łapiny, Zaremby, Czerepy. (CPAH Białorusi w Grodnie, f. 332, z. 4, Nr. 1, s. 75 - 77).
          Jak wynika więc z przytoczonych powyżej rezultatów kwerendy archiwalnej, byli Korzeniewscy domem potężnie rozmnożonym i szanowanym.


*           *          *


          Jednym z wybitnych tego rodu reprezentantów był właśnie Mikołaj Korzeniewski. Po szkole początkowej kończy gimnazjum realne w Kostromie, następnie zaś - z wyróżnieniem - Wyższą Szkołę Wojskową w Kijowie. Miał prawo wyboru, mógł nawet, gdyby chciał, służyć w pułku lejb - gwardii w Petersburgu. Ale nie chciał. Przejrzał listę wakatów i wybrał miejsce z rodzaju tych, do których się skierowuje nowo upieczonych oficerów za karę, jako na swego rodzaju zesłanie. Wybiera miasto Osz w dalekiej środkowoazjatyckiej Dolinie Fergany. Wszyscy się dziwili: „Osz? To przecież dziura, w której oficerowie tylko wódkę piją i grają w karty...” Być może, ale nie tacy jak Korzeniewski, który nie bez racji widział w tej „dziurze” barwne, tajemnicze miasto podróżników, w którym krzyżowały się drogi prowadzące na Pamir, do Tybetu i Kaszgarii.
          Młody oficer przybył do miasta Osz. I natychmiast otoczyła go atmosfera legend, podań, pogłosek o tajemniczym, mało wówczas zbadanym „Podnóżu Słońca” - Pamirze, co jeszcze bardziej podsycało i bez tego gorącą żądzę podróży w nieznane, poszukiwań, odkryć, walki z trudnościami...
          W życiu jednak zazwyczaj wszystko dzieje się nieco powolniej, niż życzy tego sobie niecierpliwy młody człowiek. Jego koledzy rzeczywiście grali w karty. On zaś - by zabić czas - zaprojektował i krótkim czasie wybudował na niedużym górskim potoku miniaturową siłownię elektryczną, która przekształciła Osz, ciemną „dziurę”, w miasto rozbłysłe setkami żarówek... Zaiste, nie miejsce zdobi człowieka, lecz człowiek miejsce; wszystko zależy od tego jaki to człowiek.
          W roku 1903 zostaje M. Korzeniewski po raz pierwszy służbowo wysłany na wyprawę geograficzną do Pamiru. Zarówno ze względów wojskowych, jak i gospodarczych teren ten należało poddać wzmożonym pracom badawczym. Rola kierownika tych prac na okres kilkudziesięciu lat przypadła w udziale właśnie naszemu rodakowi. W 1904 roku ukazują się pierwsze publikacje M. Korzeniewskiego.
          Już wkrótce imię jego staje się słynne, a materiały, przezeń publikowane, zyskują uznanie w świecie naukowym, stają się bowiem najpoważniejszym i przez dłuższy czas jedynym źródłem wiedzy o niedostępnych terenach Azji Środkowej.
          Od 1905 roku rozpoczyna Korzeniewski badania Doliny Ałajskiej i Grzbietu Ałajskiego. Miejsca te, zadziwiające surowym pięknem krajobrazu, mistyczną ornamentyką skał, lodowców, rzek, lasów, przez długi okres przyciągały uwagę uczonego, który m. in. odkrył tu później nieznane dotychczas pasmo górskie, któremu nadał nazwę Pasma Akademii Nauk, a najwyższemu jego szczytowi - imię Karpińskiego.
          W latach 1906 studiował Korzeniewski w Akademii Wojskowo - Intendanckiej, a praktykę odbywał m. in. w Kazaniu i Łodzi.
          W 1909 roku spędza letni urlop w Szwajcarii, badając lodowce tamtejszych gór. Lecz po roku ponownie szturmuje Pamir, dociera do źródeł rzeki Zerawszan, opisuje lodowce Duchdanu.
          Góry Pamiru były najulubieńszym przedmiotem badań Korzeniewskiego. Jak pisał profesor E. Murzajew (1949): „W ciągu ostatnich 40 lat on niejednokrotnie odwiedza ten górski kraj, gdzie nawet tylko część jego odkryć zrobiłaby zaszczyt każdemu geografowi”...
          Przyciągało uwagę uczonego badanie obecnego stanu lodowców górskiej części Azji Środkowej. Jego prace glacjologiczne stały się fundamentem systematycznego badania lodowców Pamiru, Darwazu, Tien-Szanu. Dzięki jego wysiłkom nauka światowa po raz pierwszy otrzymała dokładne dane o charakterze, rozmiarach, cechach szczególnych lodowców i innych obiektów geograficznych tego ogromnego regionu.
          Mawiano w kręgach naukowych pół żartem pół serio, że tę część Azji znają ludzie słabiej niż powierzchnię księżyca. W istocie rzeczy tak też było, ale tylko przed wyprawami Korzeniewskiego.
          Prace jego w istotny sposób skorygowały mapy geograficzne, że wspomnimy tylko o wyjaśnieniu kwestii położenia Kirgiskiego Łańcucha Górskiego, który przed 1932 rokiem (gdy nasz rodak przeprowadził odnośne pomiary) umieszczany był na mapach o wiele dalej na północ niż w rzeczywistości.
          Lubił Korzeniewski badać obiekty trudnodostępne i tajemnicze, jak np. położone wysoko w górach Pamiru jezioro Karakul, największe w rym regionie, leżące na wysokości 3910 m i mające głębokość ponad 240 m. Uczony poświęcił temu zbiornikowi osobną monografię, zawierającą wszechstronny opis tego interesującego tworu natury. (Podajmy na marginesie interesujący szczegół ekologiczny, dotyczący tego jeziora: woda w nim jest tak czysta, że przez 15 metrową jej warstwę dokładnie widać kamyczki leżące na dnie, a promienie słoneczne donoszą swą życiodajną siłę do wodorostów kwitnących na głębokości 70 metrów).
          Wiele uwagi poświęca Korzeniewski badaniom nad rzekami środkowoazjatyckimi, geomorfologii regionów górskich itp., tj. pracom, mającym bezpośrednie znaczenie gospodarcze.
          Lata wojny 1914 - 1918 spędza młody uczony na froncie rosyjsko - niemieckim jako oficer Drugiej Turkmeńskiej Dywizji Strzeleckiej. Oczywiście, o żadnej pracy naukowej w tym okresie mowy być nie mogło. Jak i w późniejszym, ponieważ w latach 1918 - 1920 pełni Korzeniewski odpowiedzialne funkcje w składzie radzieckiego Frontu Turkiestańskiego w Taszkencie. Pod koniec 1920 r. uczestniczy w organizowaniu wydziału wojskowego na Uniwersytecie Turkiestańskim (dziś Taszkenckim). Od 1922 do 1928 roku jest profesorem geografii tejże uczelni.
          Początek pracy pedagogicznej kojarzy się też ze wznowieniem badań naukowych. W 1922 roku udaje się Korzeniewski na wyprawę do pustyni Mujunkum, podczas której w bardzo ciężkich warunkach klimatycznych przeprowadza szereg pomiarów i badań, mających istotne znaczenie dla rozwoju gospodarki narodowej, hodowli i wypasu owiec i koni. Prace badawcze z biegiem lat nabierają rozpędu, wyprawy stają się coraz to bardziej owocne. Interesujące, że był nasz rodak pionierem w stosowaniu aparatury filmowej, kinotechniki w badaniach geograficznych i etnograficznych. Utrwalony przez niego materiał ma dziś unikalną, niezastąpioną wartość dokumentacyjną.
          Interesujące są opisy przez Korzeniewskiego fauny Azji Środkowej: antylopy dzejran (biegnącej z szybkością 80 km na godzinę), geparda, susła, rozmaitych ptaków, gadów, motyli.
          Niestrudzony entuzjazm i ofiarność Korzeniewskiego, jak każdego rasowego naukowca, wynikały z głębokiego przeświadczenia o celowości i przydatności dla ludzi tego, co on czyni.
          „Tak jak najróżniejsze mogą być motywy uczonych - od namiętnego pragnienia pogłębienia wiedzy do żywej troski o zyskanie osobistej sławy - i jak rozmaite mogą być funkcje badań naukowych - od dostarczania przynoszących prestiż racjonalizacji istniejącego porządku do zwiększenia naszej kontroli nad światem przyrody, tak i inne społeczne konsekwencje nauki mogą zostać uznane za zgubne dla społeczeństwa lub skłonić do zmiany jej etosu. Uczeni zakładają zazwyczaj, że w szerokiej perspektywie społeczne skutki nauki muszą być dobroczynne” (R. K. Merton, Teoria socjologiczna i struktura społeczna)...
          Wyprawy naukowo - alpinistyczne wymagały charakteru męskiego, twardego, a jednocześnie też te cechy kształtowały. Nieraz życie uczonego bywało śmiertelnie zagrożone, lecz ostatecznie udawało mu się zawsze wyjść obronną ręką ze zmagań z surową przyrodą gór i pustyń. Inna cecha pociągajaca tych wypraw - to możliwość spotkania ludzi niezwykłych, odmiennych, nieraz lepszych, niż typ, kształtowany przez cywilizację miejską.
          W 1911 roku w wyniku trzęsienia ziemi na górskie osiedle Usoj, zagubione wśród skalistych szczytów Pamiru, runęła lawina, wszystko zmiatająca na swej drodze. Murowane domki mieszkańców doliny wywrócone zostały i dosłownie zdmuchnięte ze swych miejsc oraz na zawsze pogrzebane pod kilkusetmetrową warstwą śniegu, lodu i kamieni. Lecz jednocześnie lawina przegrodziła koryto górskiego potoku Murgab, z którego mieszkanki osiedla Usoj czerpały wodę do swych długonosych dzbanów. Tylko jeden Tadżyk pozostał żywy, bo wczesnym rankiem tego tragicznego dnia udał się do sąsiedniego osiedla, Sarezu.
          Przed zwałem lawinowym zaczęła w szybkim tempie gromadzić się woda, wśród skał powstało ogromne rozlewisko. Kilka pobliskich tadżyckich osiedli zostało przez mieszkańców, obawiających się niszczycielskiego żywiołu, porzuconych, a jezioro ciągle pięło się w górę i poszerzało. Powstało zagrożenie, iż ten nowy zbiornik wody, nawisły nad kilku ludnymi dolinami, oberwie się i... W tej sytuacji w roku 1913 do jeziora Sareskiego udaje się nieliczna wyprawa, mająca na celu zbadanie na miejscu sytuacji. Dowodzi akcją M. Korzeniewski.
          Członkowie wyprawy dokładnie zapoznali się z jeziorem, przeprowadzili skrupulatne pomiary usypanego przez naturę wału i doszli do wniosku, że w zasadzie powstała konstrukcja „wieczna”, którą zniszczyć potrafiłby tylko jakiś straszliwy kataklizm geologiczny. (W istocie, jezioro Sareskie istnieje do dziś).
          Nie było jednak pewności co do tego, czy aby sama woda - żywioł ruchliwy i podstępny - nie zdobędzie się na jakiekolwiek niebezpieczne sztuczki. M. Korzeniewski zdecydował pozostawić przy jeziorze obserwatora, jednego z miejscowych mieszkańców. Obok wału wzniesiono skromny domek, w którym Tadżyk zamieszkał z rodziną i dobytkiem. Ustanowiono gażę, wypłacono ją na rok naprzód, wbito osiem pali w różnych końcach jeziora, na których kazano stróżowi raz w roku zaznaczać poziom wody i ekspedycja odeszła.
          W następnym roku wybuchła wojna światowa, potem wstrząsnęła światem Rewolucja Październikowa, przez kilka lat hulał po bezkresnych przestrzeniach Rosji wicher wojny domowej. Tyle wydarzeń, tyle krwi, tyle cierpień, tyle zmian... O jeziorze Sareskim zapomniano zupełnie na okres ponad dziesięcioletni... I oto gdzieś w połowie lat dwudziestych ponownie przypomniano sobie o zagrożeniu, wiszącym, być może, nadal nad mieszkańcami Pamiru. Zorganizowano wyprawę, na której czele znów stanął Korzeniewski.
          Po wielu trudach ekspedycja dotarła wreszcie do dalekiego jeziora. I oto na spotkanie Korzeniewskiego wyszedł ze swego domku „stary znajomy”, Tadżyk, który spokojnie ukłonił się gościom, jakby widział ich ostatnio przed paru miesiącami. Przez wszystkie ubiegłe lata stróż dokładnie - jak się okazało - pełnił swe obowiązki, skrupulatnie wnosił oznakowania na drewniane pale, wbite przez ekspedycję 1913 roku do dna jeziora, a gdy one zniknęły pod stale wzbierającą wodą, postawił nowe, które regularnie oznakowywał. Tadżyk wywiązał się ze swych obowiązków znakomicie, czekał przez dziesięć lat na swego rozkazodawcę, a po jego ponownym zjawieniu się złożył dokładne sprawozdanie z tego, co w międzyczasie zrobił. Korzeniewski uściskał tego człowieka, wynagrodził go, jak mógł, a później zwykł był mawiać, że od tamtego pamiętnego dnia w górach Pamiru ludzie dzielą się dla niego na tych, którym można powierzyć jezioro Sareskie, i tych, którym jego powierzyć nie można... Wydaje to chyba świadectwo także charakterowi samego uczonego, gdyż pochwalamy zazwyczaj to, w czym świadomie lub intuicyjnie widzimy podobieństwo do nas samych. Prawdomówcę oczarowuje mówienie prawdy, złodzieja - zręczne złodziejstwo, dobrego pracownika - cudza pracowitość, rozpustnika - widok nierządu itd. Należał więc Korzeniewski z całą pewnością do tych, komu można jezioro Sareskie powierzyć...
          Wiktor Witkowicz, znany pisarz i publicysta radziecki, pisał w wydanej w 1958 r. w Moskwie książce Z wami po Kirgizji: „W latach 1922 - 1923 Mikołaj Leopoldowicz Korzeniewski był nauczycielem w naszej szkole imienia Przewalskiego w Taszkencie. W tamtych burzliwych czasach geografowie właściwie odsunięci zostali od swych zajęć i słynny podróżnik musiał zostać zwykłym nauczycielem. Należało mu, oczywiście, wykładać geografię, on jednak wykładał fizykę, ale i ucząc fizyki, rozwijał w nas gust do geografii. Zamiłowanie do podróży było w Korzeniewskim tak wielkie, że nas, uczniów, niewiele kosztowało wysiłku, by sprowadzić go na ulubiony przedmiot. I myśmy z tego korzystali: częściuteńko z naszej winy lekcja fizyki się urywała, a „Mikołaj Leopardowicz” (jak żartobliwie, a jednocześnie z szacunkiem go zwaliśmy, po wysłuchaniu opowieści o spotkaniu naszego nauczyciela ze śnieżnym leopardem) roztaczał przed nami widok swych podróży po Azji Środkowej. Słuchalismy z otwartymi ustami: opowiadał on tak interesująco, że i po dzień dzisiejszy obrazy przyrody górskiej, powstające przed naszą wyobraźnią, żyją w pamięci w całej swej pierwotnej świeżości... Nigdy nie zapomnę tego wewnętrznego drżenia na lekcjach Korzeniewskiego, kiedy to jakbyśmy dotykali żywych dziejów... Jakże on chciał, żeby każdy z nas, jego uczniów, został geografem! Wielu tez nimi zostało, ja nie, ale zamiłowanie do podróży i zainteresowanie Azją Środkową w całości zawdzięczam jemu. Dlatego właśnie jemu - Mikołajowi Korzeniewskiemu - poświęcam tę książkę”...
          W innej swej książce Długie listy (Moskwa, 1967), streszczającej w pewnym sensie całe życie pisarza i stanowiącej jakby jego credo twórcze, także wielokrotnie wspomina W. Witkowicz Mikołaja Korzeniewskiego. Ale już nie tylko jako ulubionego nauczyciela, który wywarł głęboki wpływ na młodzież szkolną, lecz też jako wielkiego podróżnika i uczonego, z którym autor książki - mimo różnicy wieku - blisko się zaprzyjaźnił.
          Często w sposób przedziwny przeplatały się losy naszych rodaków, rzuconych przez życie na bezkresne przestrzenie Azji.
          Od 1926 roku datuje się współpraca Korzeniewskiego ze Środkowoazjatyckim Instytutem Hydrometeorologicznym, w składzie ekspedycji którego bierze udział w wyprawach do gór Tien-Szanu w latach 1927, 1928, 1929, 1936, 1937. Będąc uczestnikiem radziecko - niemieckiej ekspedycji do Pamiru - Ałaju odkrywa Korzeniewski w czerwcu 1928 roku nieopodal źródeł rzeki Dżanajdartak ogromny lodowiec (37,5 km2), nazwany później na wniosek członków wyprawy Lodowcem Korzeniewskiego.
          W latach trzydziestych XX wieku bada znakomity uczony zbiorniki wodne tego regionu, w 1936 r. ukazuje się słynna jego monografia Jezioro Kara - Kul. Jego Katalog lodowców Azji Środkowej (1930) zostaje wyróżniony specjalną nagrodą Sowieckiego Komitetu Hydrometeorologicznego. Także Dolina Fergańska została zbadana dokładnie przez Korzeniewskiego, a jego podręcznik akademicki Zarys fizyczno - geograficzny Azji Środkowej wytrzymał kilka wydań (1922, 1925, 1940). Uczestniczył on także w wielu przedsięwzięciach kartograficznych. W historii nauki uważany jest za twórcę tzw. „środkowoazjatyckiej szkoły” w geografii radzieckiej. Spośród uczniów Korzeniewskiego około 60 (spośród nich około połowy to przedstawiciele miejscowych narodowości Azji Środkowej) zostało później wykładowcami wyższych uczelni, zdobyło stopnie i tytuły profesorów lub docentów. Świadczy to o znakomitych uzdolnieniach jego jako wykładowcy, nauczyciela, wychowawcy młodzieży akademickiej.
          Tytułów naukowych i honorowych Mikołaja Korzeniewskiego wymienić wszystkich po prostu się nie da, zbyt długi szereg powstałby z tego wyliczania. Przypomnijmy więc tylko niektóre: przewodniczący Uzbeckiej Filii Towarzystwa Geograficznego ZSRR i członek honorowy tegoż Towarzystwa, doktor habilitowany nauk geograficznych, członek - korespondent AN Uzbeckiej SRR, kierownik wydziału geografii fizycznej Uniwersytetu Taszkenckiego, kierownik sekcji geomorfologii w Instytucie Geologii AN Uzbeckiej SRR itd.
          Został nagrodzony orderami i medalami ZSRR, a imię jego nadano trzem lodowcom (jednemu w górach Pamiru, dwom - Tien-Szanu). Jest też Szczyt Korzeniewskiego (wysokość 6005 m.), znajdujący się na Grzbiecie Zaałajskim, został on po raz pierwszy zdobyty przez radzieckich alpinistów w roku 1951 i należy do szczególnie trudno dostępnych i niebezpiecznych.
          Wśród 150 publikacji naukowych M. Korzeniewskiego są artykuły nie tylko z dziedziny geografii, geologii, geodezjii, glacjologii, lecz też z historii nauki, etnografii, historii dyplomacji, religioznawstwa. Był to więc umysł wszechstronny, encyklopedyczny. Przy tym zarówno w swych publikacjach, jak i w działalności praktycznej występował Korzeniewski jako obrońca uciskanych przez carat rdzennych narodowości Azji Środkowej. Był pod tym względem typowym Polakiem, w którym budzili zdziwienie i odrazę ludzie, którzy uważali, że „mają prawo” patrzenia z góry na innych ludzi, szczególnie obcoplemieńców, i że to prawo, ten jakiś wymyślony przywilej, dała im opatrzność, historia, czy ich własny geniusz; opętani szatańską głupotą kują nieustannie kajdany dla swych bliźnich.
          Dawać wyraz takiemu usposobieniu w Rosji carskiej mógł tylko człowiek wielkiego serca i dużej odwagi. Przypomnijmy dla ilustracji kilka szczegółów z ówczesnego życia politycznego Azji Środkowej.
          Jeden z wojskowych naczelników Kraju Turkiestańskiego na kilka lat przed rewolucją pisał w raporcie do generał - gubernatora Kuropatkina o metodach i celach przesiedleńczej polityki caratu: „Kirgizom pozostawia się tylko grunta najgorsze, zaś wszystko lepsze odbiera się im i przekazuje rosyjskim przesiedleńcom którzy zamiast uprawiać rolę, poczytywali dla siebie za wygodniejsze i korzystniejsze uprawiać ją za pośrednictwem Kirgizów, wynajmując ich za nędzne wynagrodzenie. W ten sposób powstała sytuacja, że Kirgizi pozbawieni najlepszych swych ziem, płacili jednocześnie za nie pieniądze jako dzierżawcy”. (Cyt. według Wiktor Witkowicz Z wami po Kirgizji, Wyd. Młoda Gwardia, Moskwa 1958). Najszybciej wyparto Kirgizów z Czujskiej doliny, na której znajdowały się pasy kirgiskich pól, wydartych kamienistym górom. Ziemia uprawna została im odebrana... Kułacy rosyjscy zajmowali rolę miejscowych mieszkańców: „Kirgiz przecież to urodzony hultaj. Jaki z niego chleborob!” - mówili osadnicy.
          „Bywało, podadzą Kozacy do sądu obwodowego, że Kirgizi u nich stado koni ukradli. A koni nikt nie kradł. Dla rozróby podadzą. A sędzia zadowolony: przesłucha świadków, tak pokręci i tak pokręci. A wyrok znany zawczasu: oddawajcie Kirgizi „zagrabione” konie. Poszumią u siebie w jurtach Kirgizi, a koni swych oddadzą. Spróbuj nie dać!” .
          Urzędnicy carscy działali według zasady: „Dasz - zabierzemy, nie dasz - zabierzemy”. Kirgizi jako naród wymierali. Nie było żadnej opieki lekarskiej. Wypędzani w góry z miejsc, w których żyli przez tysiące lat, skazani byli na śmierć. Poeta ludowy Toktohuł, który próbował protestować, zakuty w kajdany poszedł na Sybir. Szedł pieszo do Irkucka codziennie w ciągu 17 miesięcy. Na katordze przez cztery lata miał łańcuchy na rękach i szyi. W ciągu 12 lat trzy razy próbował ucieczki, w 1910 - udało się. Na ziemi ojczystej dowiedział się; matka zmarła, żona znalazła szczęście z innym, jedyny syn - zmarł. Po dwóch latach zdradzono go i znów był w więzieniu. Dopiero rok 1917 przyniósł mu wolność. Zmarł w 1933 roku.
          I w górach nie zaznali Kirgizi spokoju. Rząd carski zorganizował kilka ekspedycji karnych na ich wysokogórskie pastwiska i zadał cios w samo serce Kirgizów. Resztki tego męczeńskiego ludu zaczęły uciekać do Chin, gdzie dotychczas mieszka ich wielu w regionach przygranicznych z Rosją.
          W 1916 roku wybuchło wśród Kirgizów powstanie antyrosyjskie, kiedy to cała młodzież chwyciła za broń: siekiery, drewniane oszczepy, kije z żelaznymi ciężarkami u końca, stare łuki ze strzałami. Generał Kuropatkin ściągnął artylerię i ogniem kartaczowym wybił powstańców do ostatniego. Wówczas to, późną jesienią 1916 roku pociągnęły przez zaśnieżone góry do chińskiego Siniangu, tj. wschodniego Turkiestanu, długie szeregi ubranych w łachmany kobiet, dzieci i starców. Chińska straż graniczna przepuszczała na swą stronę tylko tych, którzy mogli dać okup w postaci pieniędzy, ostatniej owcy, konia. Kto tego już nie miał, padał trupem. Wstrząsający obraz tych cierpień nakreślił w swej powieści „Adżar” pisarz kirgiski K. Bajalinow, który jako dziecko przeżył tę gehennę swego nieszczęśliwego narodu.
          Aparat propagandowy caratu zdemoralizował szerokie masy ludu rosyjskiego, tak iż stał się on powolnym narzędziem katowskiej polityki swego rządu. Lecz zbrodni nikt nie popełnia pod przymusem. Każda istota ludzka jest obdarzona dostateczną inteligencją i dostatecznym zmysłem krytycznym, aby wiedzieć, czy rozkazuje się jej popełnienie zbrodni. Każdy żołnierz wie, że zabicie bezbronnej istoty ludzkiej, niezależnie od wszelkich okoliczności, podczas wojny i podczas pokoju, jest zbrodnią. Skoro więc taki rozkaz wykonuje, czyni to świadomie i ponosi za to pełną odpowiedzialność moralną i historyczną. Nikt nie jest ślepym narzędziem...
          „Depersonalizacja jest niemożliwa w porządku „myślenia o”. Zawsze „ktoś” myśli o jakimś bycie czy jakiejś rzeczy” (Gabriel Marcel). Myślenie zawsze jest osobowe i zawsze jest swobodne. Jeżeli pozwalamy się moralnie i intelektualnie zniewolić i sprostytuować, jest to akt naszej woli, za który ponosimy pełną odpowiedzialność przed własnym sumieniem i innymi ludźmi. Okoliczności zewnętrzne mogą do pewnego stopnia złagodzić naszą winę, ale nie za popełnienie tak straszliwej zbrodni jak pozbawienie życia innych ludzi.
          „To, co człowiek czyni, czyni w pełni świadomie: wie dokładnie, na co decyduje się jego wola, co za każdym razem wybiera i jaki inny wybór był możliwy zgodnie z naturą rzeczy, a na podstawie tych uświadomionych chęci uczy się znać siebie samego i wyraża się w swych czynach” (Arthur Schopenhauer, Krytyka filozofii Kanta).
          Cały klimat moralny Rosji carskiej, jej organizacja, zasady życia zbiorowego zmierzały ku chwili kiedy nieuchronnie musiał nadejść dzień wielkiego sądu i odpłaty za wszystkie katowskie zbrodnie...
          Także i w Chinach doznawali Kirgizi ucisku i okrucieństw, toteż nigdy nie porzucili myśli o powrocie na ziemię praojców. Pisali m. in. do przedstawiciela rządu rosyjskiego: „Należące do nas ziemie zostały nam odebrane pod pretekstem, że nie pełnimy służby wojskowej. Lecz góry, do których nas wygnano, zajęte lasami stanowiły własność państwową. Na nasze bydło i jurty nałożono więc podatki. Pola oddano chłopom rosyjskim, a góry skarbowi i myśmy nie mieli z czego żyć... Każda włość corocznie płaciła grzywny po kilka tysięcy rubli, przy czym kto był w stanie, ten płacił, a biedni trafiali do więzień”... Carat, oczywiście, ani myślał pójść na rękę Kirgizom, ziemie ich przekazywał osiedleńcom i w ten sposób kraj kolonizował i rusyfikował, jako środka manipulacji używając wielkorosyjskiej ideologii szowinistycznej. Mark Twain pisał: „Istnieje wiele zabawnych rzeczy na świecie. Wśród nich wyobrażenie białego człowieka, że jest mniej dziki od innych dzikusów”... Żeby zamaskować i usprawiedliwić własne bestialstwa czarnosecinna prasa rosyjska rozpętała kampanię propagandową, opisując „okrucieństwa dzikich Kirgizów”, popełniane rzekomo w szczególności na „wziętych do niewoli Rosjankach”. Zamierzony efekt psychologiczny był zupełnie jasny. A więc rząd rosyjski zwraca się z oficjalnym żądaniem do władz chińskich, domagając się odnalezienia wśród Kirgizów „zniewolonych” kobiet rosyjskich i przekazania ich do Rosji. W poszukiwaniach tych na terenie Chin uczestniczyli bezpośrednio urzędnicy carscy, którzy - jak wiadomo - skoro już zaczynali kłamać, to do końca udawali, że we własne kłamstwa wierzą... (Jak później ich sowieccy następcy).
          Niestety, nie odnaleziono żadnych Rosjanek wśród kirgiskich uciekinierów. Prócz jednego wyjątku. A była tym wyjątkiem młodziutka dziewczyna, 19 letnia Lena Korolkowa, która uciekła do Chin razem ze swym ukochanym, Kirgizem o imieniu Czałagyz. Oczywiście, Lena nie chciała jechać z powrotem do imperium, uciekała, opierała się, kąsała ręce wiążących ją postronkiem strażników chińskich i oficera rosyjskiego. (Czałagyz był akurat w tej chwili nieobecny). Lenę przywieziono do Taszkentu, sterroryzowano psychicznie i prze kilka miesięcy obwożono po kraju jako „ofiarę bestialstwa Kirgizów”. Odpowiednio przygotowani propagandziści towarzyszyli tym pokazom i w ten sposób ludobójstwo caratu na niewinnym plemieniu górskim zostało „usprawiedliwione”, przynajmniej w oczach rosyjskich nacjonalistów i czarnosecińców.
          Gdy cyniczna komedia została zakończona, skierowano Lenę Korolkowę do rodzinnego osiedla, gdzie była szczuta przez rodaków jako „kirgiska suka”, a własny stryj publicznie wychłostał ją biczem przywiązawszy uprzednio do wozu. Po kilku dniach dziewczę pozbawiło się życia przerzynając sobie gardło sierpem. Jej ukochany Czałagyz powrócił zimą w te okolice, szukał swej dziewczyny. Gdy na wiosnę roztopiło słońce, obfite tu zawsze, zaspy śnieżne, obok mogiły Leny Korolkowej znaleziono skurczony trup jej chłopca...
          Cała ta historia zakrawać może na romantyczną opowieść o nieszczęśliwej miłości, na twór fantazji pisarskiej. Niestety pisały o tym przypadku jako realnym fakcie gazety Turkmienistanskaja Prawda i Zwiezda Wostoka, pisał w swej książce Z wami po Kirgizji Wiktor Witkowicz, a dotychczas w kirgiskim osiedlu Wiernyj ludzie składają kwiaty na dwóch obok siebie leżących grobach, kryjących prochy Leny i Czałagyza, ofiar barbarzyńskiego caratu.
          Pewna zmiana nastąpiła w losie Kirgizów dopiero po roku 1917. Rząd sowiecki zezwolił im na powrót z Chin, i wielu z nich z tej oferty skorzystało, chociaż niemało też pozostało na wygnaniu. Korzeniewski, świadek wielu z tych wydarzeń, przyłączył się po rewolucji do zwolenników nowego ustroju, w którym widział - jak tysiące innych Polaków w Rosji - pozytywną alternatywę carskiemu despotyzmowi... Inna rzecz, że z biegiem lat złudzenie to musiało prysnąć...
          Nie sposób w pełni zrozumieć wielu dokonań naszego rodaka bez przypomnienia roli jaką w jego życiu odegrała pewna niepospolita niewiasta.
          W 1910 roku odkrył Korzeniewski najwyższy szczyt na Górskim Paśmie Piotra Wielkiego i nadał mu imię swej młodej, dopiero co poślubionej żony, która na całe życie stała się dla niego wiernym przyjacielem, pomocnikiem, towarzyszem prawie wszystkich wypraw w górskie rejony Pamiru i do pustyń Azji Środkowej. Szczyt ten wynosi 7105 metrów nad poziomem morza. Dopiero w roku 1953 jednej z kolejnych wypraw alpinistycznych (pod kierownictwem A. Ugarowa) udało się zdobyć szczyt Eugenii Korzeniewskiej.
          Wiktor Witkowicz opowiada, że pani Eugenia była człowiekiem niepospolitym. Mając 82 lata, sama siadała za kierownicą auta i jechała z mężem setki kilometrów do jeziora Issyk-Kul, mieszkała tam przez kilka tygodni w namiocie, pływała w lodowatej toni górskich jezior. „A w cztery lata później - wspominał Witkowicz - w rok po śmierci Mikołaja Korzeniewskiego, gdy ponownie trafiłem do Taszkentu i ją odwiedziłem, pani Eugenia dopiero co wróciła z Syr - Darii, gdzie wędkowała wspólnie ze swą przyjaciółką. Z miejsca nalała mi i sobie po kieliszeczku czerwonego wina, by wspomnieć męża. Wówczas to pani Eugenia opowiedziała mi, że mąż jej zmarł, można powiedzieć, z moją książką w ręku. Ogarnęło mnie bardzo nieprzyjemne uczucie.
          Kończyłem książkę Z wami po Kirgizji dedykacją Korzeniewskiemu, „mojemu nauczycielowi szkolnemu”. W końcu roku 1958, gdy książka się ukazała, natychmiast ją wysłałem. Lecz Korzeniewski leżał w szpitalu, zrobiono mu operację krtani. Potem długo go nie wypuszczali. Aż wreszcie wrócił do domu.
          Przyjechał w świetnym nastroju. Żartował, śmiał się. Nawet przy obiedzie wypił kieliszeczek wina. Później położył się na kanapie i zaczął przeglądać korespondencję. Doszedł do mojej książki, przerzucił kartki, trafił na dedykację. Ożywił się, zawołał panią Eugenię. I przeczytał jej półtorej strony mówiącej o nim. Później nieco się zmęczył, zasnął. Gdy żona, zaniepokojona jego długim snem, zbliżyła się do niego, już nie żył.
          - To znaczy, że podniecenie związane z... - zbladłem
          - Cóż pan, cóż pan! - zamachała rękami pani Eugenia.
          - Lekarze powiedzieli, że tak musiało się stać. Jego zwolnili do domu, by tam zmarł. Przeciwnie, pan podarował mu przed śmiercią radość”...
          O charakterze tej kobiety wiele mówią też dalsze zdania, opisujące ostatnią wizytę Witkowicza w domu Korzeniewskich w Taszkencie. Pisze autor Długich listów: „Gdy rozmowa zaczęła się dłużyć i gasnąć, pani Eugenia raptem się pośpiesznie zakrzątała.
          - No, muszę jeszcze sprawdzić zeszyty...
          - Ma pani uczniów? - zdziwiłem się.
          - Tak, uczę języka niemieckiego. Pieniędzy za lekcje nie biorę. Tak więc uczniów zawsze mam pod dostatkiem”...
          Mieszkańcy Taszkentu, miasta znajdującego się w strefie niezwykle czynnej sejsmicznie, opowiadali, że Eugenia Korzeniewska podczas trzęsień ziemi nigdy nie uciekała z mieszkania na ulicę. Jej, która nieraz przeżyła spadające z gór lawiny, przepływała rwące potoki górskie, trzeszczący, podskakujący i pękający w szwach dom nie wydawał się czymś niebezpiecznym.
          Długie i szczęśliwe, zbudowane na wierności i godności, życie Mikołaja i Eugenii Korzeniewskich, ich wspólna praca są pięknym przykładem ofiarnego służenia ludzkości na niwie badań naukowych.


 Józef Kowalewski




      Został rektorem Uniwersytetu Kazańskiego, członkiem Królewskiego Towarzystwa Azjatyckiego w Paryżu, Duńskiego Towarzystwa Północnych Antykwariuszy, Obszczestwa Istorii i Driewnostiej Rossijskich w Moskwie i wreszcie członkiem - korespondentem Petersburskiej Akademii Nauk. Portret jego zawieszony jest obecnie na czołowym miejscu w reprezentacyjnej sali Mongolskiej Akademii Nauk... F. Kon pisał w swych wspomnieniach: „Przyszły historyk zesłania będzie musiał poświęcić dużo czasu, jeśli zechce rozstrzygnąć problem, czym się tłumaczy fakt, że ze środowiska wygnańców politycznych wyszło tylu uczonych badaczy, pisarzy, publicystów itd., itp. Wszak większość zesłańców... - to studenci, którzy nie ukończyli studiów, seminarzyści, a nawet gimnazjaliści”.
      I naprawdę, chyba w całej historii nauki światowej trudno znaleźć podobny ewenement: wielokrotnie silniejsi i liczniejsi zaborcy łączą wysiłki aby zdławić naród, używając do wynarodowienia nawet szkół obcojęzycznych. A jednak ten naczelny cel polityki imperialistycznej spala na panewce - więziona na Syberii młodzież polska dzięki pracowitości i zdolnościom staje się częstokroć trzonem kadry naukowej na obcych uniwersytetach, zwycięża intelektualnie, zdobywa rozgłos światowy. Imiona polskie figurujące na epokowych dziełach naukowych stają się nie tylko symbolem nauki rosyjskiej, lecz także wołaniem skierowanym do sumienia świata, obojętnie przymykającego oczy na obłudnie maskowane okrucieństwa despotyzmu carskiego. Przecież Polacy więzieni byli na Syberii za to, iż czynnie wyznawali zasadę, że „lepiej ginąć w walce niż żyć w niewoli”.
      Józef Szczepan Kowalewski, filomata wileński, przyjaciel Adama Mickiewicza i Tomasza Zana, bo o nim właśnie była mowa na początku, urodził się 9 stycznia 1801 roku w Brzostowicy Wielkiej na ziemi Grodzieńskiej, jako syn księdza unickiego Michała. W 1817 roku ukończył gimnazjum gubernialne w Świsłoczy i wyjechał do Wilna, gdzie podjął studia na wydziale literatury i sztuk wyzwolonych miejscowego uniwersytetu. W roku 1820 kończy studia uzyskując stopień kandydata filozofii i pracuje następnie w charakterze nauczyciela języka polskiego i łacińskiego w gimnazjum wileńskim. Uczestniczy w działalności naukowej ówczesnego środowiska filologów klasycznych w Wilnie oraz nadal jest czynnym członkiem Filomatów, potem Filaretów.
      Po kilku latach na ręce Kowalewskiego wydano w imieniu rektora i senatu uczelni dyplom spisany po łacinie: „Auspiciis augustissimi  et potentissimi Imperatoris Nicolai I, Russorum Autocratoris etc. etc. etc. (...) Cum nobilis Josephus Michaelis Filius Kowalewski Seminarii Paedagogici penes Caesaream Universitatem Literarum Vilnensem stabiliti alumnus, studiorum curriculo in Gymnasio Grodnensi emenso, die XX Septembris anni MDCCCXVII in Civium huius Caesareae Literarum Universitatis Vilnensis numerum adscriptus, in Ordine professorum Literaturae et artium elegantiorum Literaturae Graecae, Latinae, Rossicae, Rhetoricae et Poesiae, Historiae universali et Rossicae, Logicae, Linguae Franco - Galicae et Germanicae Anglo - Saxonicae, quattuor annorum spatio multam et assiduam operam dederit, atque in examinibus semestribus diligentiam suam et processus praeceptoribus suis adeo probaverit, ut ad formulam legis § 24 de conferendorum honorum academicorum rationae modoque die XXVII Juni Anni MDCCCXX Professorum Ordinis Ethico - philologici cunctis suffragiis Candidati gradum et honorem meruisse judicaretur; Nos proinde, ea, qua pollemus, auctoritate  eundem Josephum Kowalewski Candidatum in Ordine Ethico - philologico renuntiamus ac declaramus; atque proinde XII - ae Civium Classi adscriptum cunctis juribus atque comodis huic loco et ordini propriis eundem gaudere testamur. In cuius rei fidem Litteras has patentes Caesareae Litterarum Universitatis Vilnensis sigillo munitas subscripsimus. PP. Vilnae in Aedibus Academicis Anni MDCCCXXVII die XXIII mensis Aprilis” (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, Nr. 834, s. 21).
      Od roku 1823 zesłany zostaje Józef Kowalewski wraz z grupą przyjaciół w głąb Rosji. Rozpoczyna się pełna trudów i poniżenia tułacza wędrówka. Z dala od ojczyzny stara się jednak nasz rodak być jej pożyteczny. Pilnie pracuje nad doskonaleniem samego siebie. Studiuje języki wschodnie - arabski, perski, tatarski, oddaje się studiom nad historią Kazania, w którym osiada.
      Tadeusz i Wacław Słabczyńscy w Słowniku podróżników polskich (Warszawa 1992) donoszą: „W 1828 rozpoczął Kowalewski rozległe i płodne w rezultaty naukowe podróże po Azji Wsch., które trwały ogółem 5 lat. Skierowany przez radę Uniwersytetu Kazańskiego wyjechał wówczas do Irkucka celem nauczenia się języka mongolskiego. Dla praktycznej nauki tego języka często wyjeżdżał z Irkucka na Zabajkale. Przebywał dłuższy czas w osadach i jurtach Buriatów i Tunguzów, studiując ich zwyczaje i wierzenia oraz zapisując stare legendy. Odwiedzał też klasztory buddyjskie. W czasie pobytu za Bajkałem kontaktował się również z zesłanymi do kopalń nerczyńskich dekabrystami. W 1830 wyruszył z misją rosyjską do Chin. W sierpniu tego roku dotarł do granicy państwowej w Kiachcie. Stąd przez Mongolię udał się starym szlakiem karawanowym przez Urgę (ob. Ułan Bator), pustynię Gobi i Kałgan (chińskie Czangciakou) do Pekinu, w którym przebywał ponad pół roku. Nawiązał tam m. in. kontakty z lamami mongolskimi i tybetańskimi oraz kontynuował studia nad buddyzmem i jego odmianą lamaizmem.”
      Pisał Kowalewski do swych przyjaciół, którzy pozostali w Kazaniu: „Przejazd przez góry Uralskie stawi przed oczy obrazy prawdziwie górne, niepodobne do opisania. Natura, dzika natura ukazuje tu wszystkie swoje powaby... Zachwycałem się najrozkoszniejszymi widokami. Na ten raz niezmiernie żałuję, że nie jestem ani poetą, ani malarzem. Czułem jakiś nadzwyczajny entuzjazm, którym uniesiony, nie umiałem liczyć przestrzeni... Na najwyższej górze otarłem z butów pyłek europejski. Żegnam was, ja w Azji, prawdziwy azjata! Nowe jakieś powietrze mię owionęło; słońce twarz mi spaliło; już jestem podobny do Mongoła. Policzki moje pełne, jakby sadłem wypchane. Tyję i tyję jak próżniak. Jedna tylko myśl ubija mnie, żem się od was oderwał. Nie wiem z kim podzielić się radością i smutkiem.”
      Przez zamarznięty Bajkał, brzegami Selengi udali się podróżni na stepy buriackie. Zwiedzili tu klasztory buddyjskie, obwieszone pełnymi mistycznych wschodnich symboli malarstwa tybetańskiego. Nawiązali przyjazne stosunki z głową duchowieństwa buddyjskiego Wschodniej Syberii lamą Bandino - Chambo, który rezydował w klasztorze Kulugnorskim i umożliwił im poznanie wielu tajemnic miejscowej religii, życia, obyczajów, języka.
      Dalej ciągnęła droga przez kraj Ewenków. Musiał Kowalewski wraz z innymi członkami ekspedycji „wdzierać się na urwiska skał, żeby wynaleźć koczowiska i pod okopciałymi jurtami szukać ludzi, zaznajomić się z lamami, z nimi razem jeździć na nabożeństwa do świątyń i klasztorów. Wszędzie odnajdywać coś dla siebie pożytecznego, wydobywać i przepisywać odwieczne rękopisy, ślęczeć nad nimi w dzień i w nocy; a tymczasem z ogoloną głową, zawinięty w szlafrok mongolski, musiałem poprzestawać na miseczce herbaty tak zwanej cegiełkowej, na kawałku baraniny, upieczonej nad ogniskiem, bez chleba i soli”. Nie skończyła się ta męcząca, lecz jakże fascynująca wędrówka, a udał się Kowalewski ponownie w roku 1830 w składzie rosyjskiej misji do Chin.
      W stolicy Państwa Środka spędził nasz krajan pół roku. Od chwili pierwszego zetknięcia się z Chińczykami pozostał na zawsze pod zniewalającym wrażeniem ich kultury. Zdumiony był pracowitością, ogładą, moralną i fizyczną czystością tego narodu. W Pekinie kontynuował badania religioznawcze, językowe i etnograficzne. Również w powrotnej drodze prowadził badania wśród ludności  buriackiej, przez którą traktowany był jako gość honorowy. Podczas posiłków ofiarowywano mu zawsze w osobnym korytku drewnianym ugotowaną głowę baranią.
      W jednym z listów przytacza Kowalewski barwny opis życia miejscowej ludności w dolinie Tamczy: „Tu się znajdują niezmiernie liczne koczowiska letnie Buriatów. Tu się wznoszą i piękne domki drewniane dla lam, przez pobożnych parafian pobudowane. Tu próżniacze i obciążające lud prosty duchowieństwo pędzi życie w przyjemności i rozkoszy. Tu często spotykasz tak zwane Aranha, tj. cztery słupy drewniane, na których leży koń lub bydlę rogate od pioruna zabite...
      Lato jest najpożądańszą porą dla Buriatów. Barany tłuste, bydło wypasłe, mleka do zbytku, herbata prawie nigdy nie wysycha, a wódki mlecznej tyle, ile wypić można, bo ledwo jeden ceber ma się ku schyłkowi, w drugi już się sączy z kotła woda życia. Szczęściem, że nie pociąga za sobą tak złych skutków, jak wódka pędzona ze zboża. Mieszkaniec stepów spełniając prawa gościnności musi pić tak, żeby nie mógł już usiedzieć na miejscu, ale przespawszy się nabywa nowych sił do picia...
      Tak tedy przez całe lato kraj zabajkalski jest pijany i zaledwie wtenczas pić przestaje, kiedy krowy i owce pochudną. Natomiast w tę piękną porę roku zmartwychwstaje lud ze skorupy zimowej, spomiędzy krzaków na wyspach, z wąwozów i kryjówek górskich wypełza ze swymi trzodami na doliny, ku rzekom i strumykom, na wózkach o dwu kołach, na wielbłądach przenosi całą ruchomość, stawia jurty, pielęgnuje pasterstwo a niekiedy i do pługa się bierze; tłumami odwiedza sąsiadów; tu się zawierają przedślubne umowy, obchodzą gody weselne, otwiera handel, zaczynają uroczystości religijne. W lodowatej piersi wznieca się iskierka miłości i przywiązania braterskiego. Nagie dziatki z brytanami igrają koło mieszkania. Starsi, półnadzy, z trzodami na łąkach, a dorośli mołojce i dziewoje w świątecznych pięknych ubiorach, tuzinami na bystrych rumakach przelatują stepy do jurt, skąd się dym gęstymi kłębami wzbija pod obłoki. Ileż się tu zmarnuje dowcipu stepowego, ile się urodzi spiewków nowych, ile zwiąże powiastek! Latem ruszając do stepów, przypatrzcie się istocie żyjącej w zupełnej harmonii z otaczającą przyrodą.”
      Fascynujący to obraz! A jakże udanie łączy w sobie malarską wprost plastyczność z naukową dokładnością opisu - któż dziś potrafi układać takie listy?
      Podróż się skończyła. Owocem jej było m. in. wydanie fundamentalnego mongolsko - rosyjsko - francuskiego słownika, który ukazał się w trzech tomach w latach 1844 - 1849. We wrześniu 1834 roku został Józef Kowalewski profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu w Kazaniu. Prowadzi pracę dydaktyczną, opracowuje, systematyzuje przebogate zbiory materiałów zgromadzone podczas kilkuletnich naukowych wędrówek.
      Był kilkakrotnie wybierany dziekanem wydziału filologicznego, a od 1855 - 1860 rektorem uniwersytetu.
      Józef Kowalewski był nie tylko językoznawcą, ale i znakomitym historykiem, jak też religioznawcą. Jego periodyzacja dziejów Mongolii, interpretacja religijnych i etycznych treści lamaizmu (i szerzej buddyzmu) wystawiają mu świadectwo głębokiego myśliciela i analityka. Dzieło zaś Kowalewskiego Kosmologia buddyzmu (1835 - 1837) uchodzi za kamień węgielny buddologii rosyjskiej; faktycznie zaś stanowi także jeden z filarów buddologii europejskiej, co niestety jest z reguły przemilczane przez historyków nauki na Zachodzie, a nawet i w samej Polsce.
      Profesor G. Szamow, autor monografii o J. Kowalewskim (Kazań 1983), nazywa naszego rodaka założycielem naukowej mongolistyki w Rosji, który „w ciągu ponad dwudziestu lat kierował w Uniwersytecie Kazańskim pierwszą i jedyną w Europie katedrą językoznawstwa mongolskiego, był twórcą nowych pomocy naukowych z tej dziedziny oraz unikatowego Słownika mongolsko - rosyjsko - francuskiego, zachowujacego swe naukowe i praktyczne znaczenie do dnia dzisiejszego”.
      Trudy na niwie pedagogiczno - naukowej przynoszą mu wkrótce rozgłos światowy, sławę wybitnego sinologa i znawcy ludów mongolskich. Drukuje swe pisma w Moskwie, Petersburgu, Paryżu, Londynie, Lipsku itd. Od roku 1862 przebywał Kowalewski w Warszawie, gdzie objął stanowisko profesora Szkoły Głównej oraz dziekana wydziału historyczno - filologicznego. Pracował tu naukowo z wielkim oddaniem. Z młodzieżą akademicką jednak zrozumieć się już nie zdołał.
      Pod koniec życia Józef Kowalewski - według określenia Kazimierza Bartoszewicza - zatracił poczucie narodowe; był żonaty z rosyjską Tatarką, owiewał młodzież chłodem indyferentyzmu. Był wtedy człowiekiem starym, zmęczonym życiem. Synowie jego Mikołaj (lekarz - fizjolog) i Paweł (malarz) przyznawali się do polskości.
      Józef Kowalewski umarł nagle podczas wykładu w Uniwersytecie Warszawskim 7 listopada 1878 roku.

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz