sobota, 2 lutego 2019

SCORPIONOMACHIA cz. 4 - Polemiki o „kwestii polskiej” w Wilnie, 1978-2015 [MATERIAŁY PRASOWE]



* * *

Ojczyzna” (Wilno) nr 23-26, lipiec-sierpień 1991:

„Jan Ciechanowicz
Zdrada „czerwonych feudałów”

I. Sterowana eksplozja czyli zmiana masek
Wydarzenia, zachodzące na Litwie w ostatnich latach, zaskakują zarówno dalszych jak i bliższych obserwatorów. I to zaskakują pod wielu względami. Ustrój „czerwonego feudalizmu”, który się wydawał absolutnie niezachwiany i mający przetrwać jeszcze co najmniej kilkaset lat, raptownie i bez widocznych przyczyn zaczęto demontować i obracać w perzynę. „Jedynie słuszna” marksistowska ideologia bez najmniejszego oporu oddała swe dominujące pozycje i stała się jedną z wielu w gwałtownie atomizującym się społeczeństwie. Kraj, dysponujący wcale nielichym przemysłem i rolnictwem w ciągu paru lat wynędzniał i realnie stanął przed przerażającą perspektywą głodu. Władza, która przenikała do najbardziej prywatnych, ba, nawet intymnych sfer życia obywateli z dnia na dzień okazała się niezdolną do pełnienia najbardziej nawet podstawowych swych funkcji i wpadła w żenujący bezwład. Rozpadają się w proch stare struktury materialne i duchowe, a na ich miejscu pojawiają się nowe... Czy jednak naprawdę nowe?
Widzimy oto, jak miejsce dogmatycznego marksizmu zajmuje również „jedynie słuszna” ideologia konsumizmu i prymitywnej parafiańszczyzny, podobnie jak jej niby to marksistowska poprzedniczka nacechowane zadufaniem w sobie i samolubstwem ich nosicieli, taką samą nietolerancją, intelektualnym i moralnym zasklepieniem, pogardą i nienawiścią do wszystkiego, co się od nich różni. Widzimy, jak pośród coraz głębszej i powszechnej nędzy, podobnie jak w latach nie tak dawnych, poniektórzy członkowie elit rządzących sprawiają sobie kosztujące setki tysięcy rubli wille, pałace, mercedesy, toyoty, kruizy; a weseliska ich dzieci, w większości zresztą wywiezionych na Zachód (pod czołgi oni pchają tylko cudze) z udziałem kilkuset zaproszonych gości trwają tygodniami... Lecz co zdumiewa najbardziej, to fakt, że patrząc na tłum nowoupieczonych „rewolucyjnych demokratów” od pieriestrojki, którzy, rzekłbyś na komendę, wystąpili z partii, widzi się, że gros ich stanowią wcale nie nowe lecz właśnie stare, od dawna znane fizjonomie. „Ba, znakomyje wsio lica!” – chce się zawołać patrząc na te cwane oblicza ze swadą politruków wybełkotujące – ponownie! – swe niewzruszone racje.
Niezależnie od tego, czy oni kłamali przez dziesiątki lat panowania i umacniania „komuny”, czy kłamią teraz, udając jej burzycieli, stanowią niezwykle atrakcyjny przedmiot badań dla socjopsychologów, etyków, politologów, filozofów, socjologów. Doczekają się też z pewnością swego Sałtykowa-Szczedrina i Le Bona...
Pozostały tym osobnikom dawne nawyki, a szczególnie ten najważniejszy, streszczony w zasadzie: „kak choczu, tak i woroczu!” Postanowili podnieść ceny artykułów pierwszej potrzeby 3-15-krotnie i podnieśli. Nikogo o nic nie pytając, ale za to w imieniu i „dla dobra” narodu litewskiego. Dawniej podobne kroki robili też kierując się własnym widzimisię i też w imieniu i „dla dobra” narodu. Tyle, że radzieckiego...
I wówczas im mało kto wierzył, i dziś mało kto wierzy. Lecz przyuczony do pokory naród, jak słuchał, tak słucha pokornie rozkazów i wykonuje (co prawda, bez entuzjazmu), niezmiennie nacechowane amatorszczyzną i brakiem kompetencji decyzje.
Najistotniejszą cechą „czerwonych feudałów” był i pozostaje egoizm. Niech inni się męczą w kolejkach, bylebym ja miał obfitą „specobsługę”; niech inni zamkną sobie usta na kłódkę, ja zaś będę miał wolność głoszenia mych superpostępowych i, oczywiście, jedynie słusznych, poglądów; niech inni mają prawo pojechać za granicę tylko na pogrzeb bliskich (z umarłymi nie prowadzi się „cichych nocnych rozmów”), ja zaś będę podróżował, gdzie mi się żywnie spodoba, po kilka razy rocznie (ongiś kosztem funduszy KPZR, dziś – Sajudisu, ZPL itd., czyli zawsze kosztem innych).
A oto widzimy drugą istotną cechę „feudałów” – pogardę do „frajerów”, którzy pracują i dlatego nic nie mają. „Biedni, bo głupi” – mówili po cichu, a głośno wołali: „Naprzód, do komunizmu!”, poprzez przekraczanie planów produkcyjnych. I urządzili już byli sobie „komunizm”. Dziś ich wykrzywione tymże grymasem fałszywego entuzjazmu usta syczą: „Precz z komuną!” Lecz i teraz myślą tylko o sobie. Wyciągają oto dłonie do naiwnej i szlachetnej Polski, do bogatej Ameryki, do przewidujących Niemiec: pomóżcie biednej Litwie, którą zrujnował komunizm rosyjski, pomóżcie polskiej ludności Wileńszczyzny. Polska, odrywając od siebie, ofiaruje z na pół pustej kieszeni marny grosz, Ameryka i Niemcy pobłażliwie łożą nic dla nich nie znaczące tysiące marek czy dolarów na jałmużnę dla „bojowników wolności”... Lecz, o dziwo, pomoc z biednej Polski i bogatej Ameryki znów trafia wcale nie tam, gdzie by musiała, nie do klepiących biedę robolów wileńskich czy kłajpedzkich, lecz do kieszeni emisariuszów „niepodległej Litwy”. Popatrzcie, jakie wznoszą pod Wilnem wille i domy (mając duże mieszkania w mieście), jakimi jeżdżą samochodami. Posłuchajcie uważniej, a usłyszycie, jak się naigrawają z „biednych, bo głupich” ci bogaci (bo nikczemni)... I śmieją się zarówno z tych co dają, jak też z tych, dla których mieli oddać to, co otrzymali. Pilnują się też nawzajem, niekiedy trudno im podzielić wyłudzone, bo każdy chce uszczknąć jak najwięcej ze złodziejskiego łupu.
Nastała kolejna faza epoki fałszywych proroków i szarlatanów, którzy niczym plastrami zalepiają ludziom oczy i uszy bzdurnymi receptami na szczęście. Nie chodzi im, oczywiście, o żadne idee, lecz tylko i wyłącznie o względy merkantylne.
Żyjemy w czasach zła. Można to rozpoznać nawet po tym, że już nic nie posiada właściwej nazwy. Ci, którzy nigdy nie byli moralnymi, mówią o cnocie, ci, którzy nigdy nie służyli narodowi – o ojczyźnie, ci, którzy kochali tylko siebie – o altruizmie. Żyjemy w bagnie rozkładających się kłamstw, fałszów, oszczerstw, nad którym unoszą się drwiąco rechocące potwory, spłodzone przez nieskończoną ludzką nikczemność. Żadne słowo nie wypowiada prawdy, wszystkie sztandary są fałszywe, bo mogą być z dnia na dzień przemalowane.
„Nowi ludzie” przynieśli ze sobą ze starych czasów bynajmniej nie najlepsze nawyki i obyczaje. Wręcz odwrotnie, razem z nimi do zaledwie kiełkującego posiewu wolności przyszło to, co było najgorszego w nich i w systemie, który oni do niedawna współtworzyli i utrzymywali: fałsz, cynizm, zakłamanie, zawiść, wykrętność, borsucza zachłanność, nakazująca zgrzebywać wszystko pod własny brzuch, nienawiść do każdego, kto się od nich różni, nietolerancja i wręcz patologiczne przekonanie o tym, że tylko oni – i nikt inny – mają rację i prawo do bycia „awangardą” na jedynie słusznej drodze; zupełna niezdolność rozpoznawania własnych błędów i naprawiania ich.
Czerwoni feudałowie razem z sobą przynieśli do ruchu odnowy świerzb zadawnionej moralnej wszawicy. 98 procent członków byłej partyjno-sowieckiej nomenklatury przeszło do struktur kształtującej się „demokratycznej” hierarchii, w której naprawdę nowych twarzy prawie nie ma. Taki np. Antanas Terleckas, wieloletni więzień polityczny, chociaż ma niemały autorytet moralny w społeczeństwie, nie tylko nie jest dopuszczany do realnych wpływów na przebieg procesów socjalnych, lecz „nowi” władcy wymyślają mu od tych samych słów, co „starzy”, którzy ciągali go po sądach i więzili: „reakcjonista”, „ekstremista”, „prawicowiec”, „awanturniczy radykał”, „faszysta”... Nie podzielam poglądów Terleckasa, ale nie mogę nie uszanować jego bezinteresownej wierności swym przekonaniom i ideałom. A zresztą, te same epitety, jakimi obdarza się Terleckasa, stosowane są też wobec innych ludzi, którzy nie ulegli owczemu pędowi i nie chcą śpiewać pod dudkę byłych „czerwonych feudałów”, z lubością strojących się w trójbarwną togę litewską, uszytą z podnoszonych przez nich ongiś internacjonalistyczno – proletariackich czerwonych sztandarów...
Lecz chciałoby się im powiedzieć słowami poety Zygmunta Krasińskiego: „Wasze pieśni, ludzie nowi, gorzko brzmią w moich uszach”...

Spróbujmy nieco bliżej się przyjrzeć nowo upieczonym „demokratom” (byłym kierownikom partyjnym, a obecnie czołowym „burzycielom komuny”) przez pryzmat ich własnych życiorysów. A więc...
1. BRAZAUSKAS ALGIRDAS MYKOLAS urodził się 22 września 1932 roku w m. Rokiszki w rodzinie drobnego urzędnika (sekretarza notarialnego, buchaltera). W latach okupacji hitlerowskiej uczył się w szkole, którą ukończył już w latach okupacji sowieckiej w roku 1951. Od 1949 r. był w Komsomole. W 1956 r. ukończył Politechnikę Kowieńską i następnie pracował w charakterze inżyniera i kierownika w różnych przedsiębiorstwach republiki. Niewątpliwie był i pozostaje człowiekiem uzdolnionym, energicznym, o silnej woli. W jego przypadku trudno byłoby mówić o oportunistycznej słabości charakteru, tu ma się do czynienia chyba ze świadomym wallenrodyzmem uprawianym w ciągu trzech dziesięcioleci, od 1959 roku, kiedy to A. M. Brazauskas wstąpił do partii aż do 1989/90, kiedy ją rozbił od wewnątrz i przemalował na Litewską Demokratyczną Partię Pracy... A może chodziło po prostu o zwykły oportunizm i korzystanie z przywilejów, którymi się była otoczyła dawna nomenklatura...
Od marca 1966 roku Brazauskas był kandydatem na członka KC KP Litwy, czyli wszedł do najwyższej nomenklatury partyjnej, od 1976 członkiem Komitetu Centralnego, a od 1977 – członkiem Biura KC KPL – i przewodniczącym jednej z kadrowych komisji przy KC KPL.
Ma dwa Ordery Czerwonego Sztandaru Pracy, Order „Odznaka Honorowa”, Order Rewolucji Październikowej i medale „Za ofiarną pracę. Na cześć 100-lecia urodzin W. I. Lenina”, „Weteran Pracy”. Wszystko to, oczywiście, za wzorowe prowadzenie pracy partyjnej.
Bywał ten „pan towarzysz” podczas pracy w KC KPL (i na partyjny rachunek) w Czechosłowacji, Indii, NRD, Polsce, na Węgrzech, w Finlandii, Austrii, Szwecji, Japonii, Jugosławii, Rumunii, we Włoszech, na Kubie, Bułgarii, RFN, Kolumbii. Wiedział, jakie jest życie w tych krajach i dlatego robił wszystko, by budujący komunizm „ludzie Litwy” nie jeździli za granicę i nie cierpieli na widok „gnijącego Zachodu”...
2. CZEKUOLIS ALGIMANTAS JURGIS urodzony w Poniewieżu w rodzinie nauczycielskiej 10.XI.1931. W Kompartii od 1959 r. .. czyli od 18 roku życia.
Ukończył Instytut Literatury im. A. M. Gorkiego w Moskwie. Po studiach pracował w komunistycznej „Tiesie”, w piśmie „Literatura ir Menas” (znanym z kłamstw antypolskich zarówno w okresie Breżniewa jak i Landsbergisa); „Żwaigżdute” (dziecięce pismo komunistyczne) itp. Od 1969 był redaktorem-konsultantem APN (Agencji Prasowej „Nowosti”) w Moskwie, następnie zaś w ciągu siedemnastu lat pełnił funkcję jednego z kierowników biur APN w Ottawie (Kanada), Lizbonie (Portugalia), Madrycie (Hiszpania). Nie ulega żadnej wątpliwości, że pracując na tych stanowiskach przez tyle lat, nie mógł – zgodnie z ówczesnymi normami – nie być jednocześnie współpracownikiem służb specjalnych. Fama niesie, że był nawet oficerem KGB. Dziś nazywa publicznie (w telewizji) Związek Radziecki „starą k...”, która chce się na młodo uszminkować...
Od 1986 r. ten sprytny człowiek jest redaktorem naczelnym znanego z szowinistycznego, antypolskiego ukierunkowania tygodnika „Gimtasis Krasztas”.
3. JURSZENAS CZESLOWAS, urodzony 8-maja 1938 r. we wsi Paneżiszke rejonu ignalińskiego. Jako jeden z „grabarzy komuny” zachował dokładnie takie same imponujące „image” jak wówczas, gdy należał do czołówki funkcjonariuszy partyjnych. Dziś wygląda na równie dobrze wyżywionego, jak wówczas... Ukończył wyższą Szkołę Partyjną w Leningradzie, był słuchaczem Akademii Dyplomatycznej Ministerstwa Spraw Zagranicznych ZSRR w Moskwie, pracował w KC KP Litwy jako instruktor wydziału propagandy i agitacji, brał udział w pogromie redakcji dziennika „Czerwony Sztandar”.
W latach 1975/78 był zastępcą kierownika wydziału kultury Kancelarii Rady Ministrów Litewskiej SRR. Od 1978 do 1983 – redaktor naczelny gazety „Vakarines Naujenos” (Wieczernije Nowosti). W 1983/88 kierownik sektoru do spraw druku, telewizji i radia Wydziału Propagandy i Agitacji KC Kompartii Litwy. Po 1988 r. na kierowniczych stanowiskach w systemie Telewizji i Radia Lit. SRR i Rady Ministrów Lit. SRR.
Czeslowas Jurszenas był również członkiem biura Październikowego Rejonowego Komitetu KPZR m. Wilna, Sekretarzem Związku Dziennikarzy Litewskiej SRR, laureatem nagród imienia W. Mickewicziusa-Kapsukasa i A. Snieczkusa.
Jeszcze nawet w marcu 1989 r. w wywiadzie dla jednej z gazet republikańskich mówił o ZSRR jako o „naszym” kraju, o pieriestrojce jako o procesie „uszlachetniania radzieckiego modelu socjalizmu” itp. Dziś jest to jeden z bardziej znanych praktyków i teoretyków antykomunizmu. Kiedy był sobą, kim jest faktycznie?
4. MOTIEKA KAZIMIERAS wstąpił do KPZR jeszcze będąc studentem w roku 1953. Odtąd też robił szybką karierę jako pracownik prokuratury Litewskiej SRR. W latach 1962-1966 – jak pisała gazeta „Sowietskaja Litwa” (nr 43, 19 lutego 1989 r.) – „K. Motieka został zawieszony w członkostwie partyjnym za to, że „nieprawnie przywłaszczył z kasy państwowej dużą sumę pieniędzy i unikał spłacenia zadanych strat”, czyli mówiąc wprost – za malwersację. Za wyłudzone pieniądze Motieka nabył samochód „Wołga”, na który nałożono areszt, a sprytnego śledczego wypędzono z KPZR. Ponieważ jednak był synem zasłużonego dla władzy radzieckiej komunisty i publicznie wyraził skruchę, pisząc m.in. w liście do KC KPL: „Jest mi dziś wstyd przed Partią, przed społeczeństwem, przed ojcem, który wstąpił do Partii podczas Wielkiej Wojny Narodowej, przed bratem, członkiem Partii, który służy obecnie w Armii Radzieckiej, przed wszystkimi ludźmi radzieckimi” – został ponownie do KPZR przyjęty, wbrew przepisom statutowym tej organizacji. Jednak, jak odnotowali członkowie Komisji Kontroli Partyjnej przy KC KPL, dalsze zachowanie się Motieki „wzbudziło wątpliwość co do jego szczerości i przyzwoitości”... No bo wpływowy prawnik partyjny, sekretarz partorganizacji zaczął ni stąd ni zowąd nawoływać publicznie do ignorowania Konstytucji ZSRR i do wyjścia Litwy ze składu Związku Radzieckiego. Dziś Kazimieras Motieka nie tylko pełni funkcje zawodowego patrioty, ale też się przedzierzgnął w działacza... sportowego, co mu pozwala bezpłatnie podróżować po Europie... Ex unque leonem...
5. W swym curriculumm vitae PALECKIS JUSTAS VINCAS pisał: „Urodziłem się 1 stycznia 1942 r. w m. Kujbyszew. Po powrocie rodziny z ewakuacji do Wilna poszedłem do szkoły, którą ukończyłem w r. 1959. W tymże roku wstąpiłem na wydział dziennikarski Wileńskiego Państwowego Uniwersytetu im. W. Kapsukasa. Na pierwszym roku studiowałem w grupie wieczornej i jednocześnie w latach 1959-1960 pracowałem jako tłumacz w redakcji gazety „Komjaunimo Tiesa” („Komsomolska Prawda”), organie KC Komsomołu Litwy. W tejże redakcji znów zacząłem pracować w charakterze korespondenta w roku 1963, następnie jako starszy pracownik literacki, kierownik działu”.
W roku 1966 skierowano go na studia do Wyższej Szkoły Dyplomatycznej Ministerstwa Spraw Zagranicznych ZSRR, którą ukończył w r. 1969 i został wysłany do pracy jako III sekretarz ambasady ZSRR w Szwajcarii. Później przez pięć lat był pracownikiem aparatu MSZ ZSRR w Moskwie, przez osiem lat sekretarzem i radcą ambasady ZSRR w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Po powrocie do kraju zajmował wysokie stanowisko w systemie MSZ w Moskwie.
Od 1956 r. był członkiem Komsomołu a od 1965 – członkiem Kompartii. Jeszcze podczas studiów był członkiem komitetu komsomołu na uniwersytecie, pełnił funkcję sekretarza komsomolskiej organizacji gazety „Komjaunimo Tiesa”. Później, jak sam pisał o sobie, „pracując w centralnym aparacie MSZ ZSRR w latach 1971-1974 prowadziłem pracę propagandową na przedsiębiorstwach moskiewskich. W ambasadzie ZSRR w NRD zostałem obrany na sekretarza biura partyjnego ambasady, prowadziłem seminarium w sieci oświaty politycznej. Pracując jako zastępca kierownika wydziału prasy MSZ ZSRR, stałem na czele komisji kontrolującej działalność aparatu”...
Jako osoba należąca do elity „czerwonej burżuazji”, Justas VWincas Paleckis, nie gardził żadnym z przepisowych dla tej kategorii przywilejów: zaopatrywał się we wszystko czego się zapragnie w specsklepach, leczył się w specpoliklinikach, wypoczywał w specsanatoriach, otrzymywał co kwartał specdopłaty do bynajmniej nie skromnej gaży, i ze szczególnym poczuciem obowiązku odbywał częste podróże, a nawet pracował za granicą, m.in. we Włoszech, na Węgrzech, w Szwajcarii, NRD, RFN, Anglii. Władze byłej NRD za umocnienie socjalistycznego internacjonalizmu odznaczyły go nawet Orderem „Arbeitsfahne”...
6. PRUNSKIDENE KAZIMIERA DANUTE (z domu Stankevicziute), urodzona w 1943 r. w rodzinie rolniczej, należy do najlepiej znanych „demokratów” litewskich.
Pracę podjęła jeszcze w 1958 r., jako sekretarka w Wileńskim Technikum Przemysłu Lekkiego. Po ukończeniu studiów ekonomicznych została asystentką katedry ekonomii, a następnie jej starszym wykładowcą i docentem. Od 1986 do 1988 r. pełniła funkcje zastępcy dyrektora Litewskiego Naukowo-Badawczego Instytutu Ekonomiki Rolnictwa, następnie zaś rektora Instytutu Doskonalenia Kwalifikacji Kierowniczych Kadr i Specjalistów Gospodarki Narodowej Litewskiej SRR.
Do nomenklatury Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy przeszła w roku 1986 (do partii wstąpiła w 1980 r.). Jak donosiła prasa litewska, pani Prunskiene od 1979 roku pracowała odpłatnie dla KGB (pseudonim „Szatrija”); w wywiadzie dla litewskiego tygodnika „Respublika” (kwiecień 1990 r.) jednak się zastrzegła, że swe „sprawozdania” Andropowowi starała się zawsze tak układać, by „nie zaszkodzić Litwie”.
W każdym normalnym kraju polityk, któremu udowodniono, że był kapusiem bezpieki, natychmiast i raz na zawsze jest spalony jako osoba publiczna i nikt mu nie poda ręki, nie mówiąc o głosach na wyborach. Nasza zaś „bursztynowa lady” ciągle jest na fali, udziela wywiadów prasie moskiewskiej i berlińskiej, warszawskiej i waszyngtońskiej, a nawet zamierza jeszcze coś robić „dla Litwy”. To również świadczy o naszej „kulturze” politycznej.


III. Wielcy przebierańcy
SZEPETYS Lionginas urodził się w roku 1927 we wsi Kożuszki rejonu ukmerskiego w rodzinie chłopskiej. Jest Litwinem, członkiem KPZR od 1955 roku, ukończył elitarne studia inżynieryjno-architektoniczne; jako wysoki rangą działacz partyjny nie miał żadnych trudności z obroną doktoratu. (Temat: „Rola sztuki dekoracyjnej w duchowym wzbogaceniu człowieka radzieckiego”) oraz z habilitacją w sferze filozofii materializmu historycznego.
Lionginas Szepetys jako dygnitarz partyjny, zwiedził kosztem KPZR takie kraje, jak Zambia, Węgry, Filipiny, Polska, NRD, Belgia, Irlandia, Włochy, Gwatemala, Egipt, Szwajcaria, Czechosłowacja, Francja, Kanada, Finlandia, USA, Hiszpania, Bułgaria, Chile, Austria, Jugosławia, Rumunia, RFN, Japonia, Szwecja...
Jednocześnie należał do najprzebieglejszych bonzów ideologicznych ówczesnego establishmentu partyjnego. Redaktorzy gazet i dziennikarze doskonale pamiętają, jak ten towarzysz, będąc kierownikiem wydziałów ideologicznych KC KP Litwy, ministrem kultury republiki, sekretarzem KC KP Litwy, systematycznie zwoływał narady tzw. „aktywu ideologicznego” i określał kolejne „doniosłe zadania pracy ideowo-wychowawczej”; a to „wzmożenie walki z reakcyjną działalnością kościoła”, czy z „burżuazyjnym nacjonalizmem”, a to „spotęgowanie krytyki rzeczywistości socjalnej gnijącego kapitalizmu”. Kto jak kto, ale Szepetys świetnie wiedział, jak ten kapitalizm potrafi gnić, i dlatego, widocznie, tylko dla siebie i „swoich” rezerwował prawo odwiedzania krajów zagranicznych: śmiało narażał własne zdrowie wdychając często, gęsto miazmatyczne wyziewy rozkładającego się Zachodu, ale swój ukochany lud litewski ofiarnie i mężnie bronił przed wszelkimi kontaktami z tym burżuazyjnym ścierwem!
A jednocześnie z pogardą spoglądał na tych, którzy mu wierzyli, brali jego bajki o świetlanej przyszłości za czystą monetę, – tak Murzyn czasami pogardza białą żoną za to, że wyszła za niego, Murzyna, za mąż.
Szepetys wydawał nieraz swe książki w Moskwie, np. „Podnoszenie efektywności pracy ideowo-wychowawczej. Z doświadczenia partyjnej organizacji Litwy”, Moskwa 1984; w Wilnie: „Rola radzieckiej inteligencji twórczej w budownictwie socjalizmu” (1978) itd.
W lutym 1989 roku Komitet Centralny Komunistycznej Partii Litwy zwrócił się do Komisji do Nadawania Emerytur Personalnych przy Radzie Ministrów ZSRR z prośbą o nadanie mu takiej właśnie emerytury. W tekście podkreślano, że ten „wybitny działacz partyjny” odznaczony został za swą wierną służbę ZSRR trzema Orderami Czerwonego Sztandaru Pracy, Orderem Przyjaźni Narodów, Orderem „Odznaka Honorowa”, dwoma medalami, że nadano mu honorowe miano Zasłużonego Działacza Sztuki Litewskiej SRR i laureata Premii Państwowej Litewskiej SRR.
L. Szepetys jest dziś emerytem personalnym o znaczeniu wszechzwiązkowym i nadal otrzymuje bardzo wysoki żołd bezpośrednio z Moskwy. I nic mu to nie przeszkadza stroić się w piórka zwolennika niepodległości Litwy, nadal odgrywać rolę jednego z liderów Narodu Litewskiego.
Jedną z ciekawszych cech osobowości L. Szepetysa jest kłamliwość i obłuda, obliczone na głupotę słuchacza czy czytelnika. Pisząc o swej młodości w „Autobiografii” zaznacza m.in., że „w ciężkich latach okupacji niemieckiej uczył się w gimnazjum w Ukmerge”, zaś po wyzwoleniu rejonu „od okupantów faszystowskich” spotkał jego los jeszcze cięższy, bo oto podjął pracę sekretarza w powiatowym komitecie wykonawczym. Płakać się chce z żalu nad losem biednego młodziana, który zmuszony był męczyć się w gimnazjum i przy biurku w komitecie powiatowym, podczas gdy tysiące jego rówieśników mieszkało w komfortowych ziemiankach, opalało się sobie na słońcu orząc ziemię czy uprawiało gimnastykę na wolnym powietrzu przy odbudowie zburzonych miast i miasteczek Litwy, nie mówiąc już o tych, którzy wesoło śpiewając udawali się na bezpłatne „wycieczki” do Syberii, Kazachstanu, na Sachalin i za Koło Polarne. Tak, jego los był trudniejszy od czyjegokolwiek, i to jemu, jemu przede wszystkim, należał się dostęp do nomenklaturowych karmników. Tak się też stało. Kto więc śmie twierdzić, że nie ma na świecie sprawiedliwości?...
„Opinia wystawiona Sekretarzowi Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy, tow. Lionginasowi Szepetysowi” podaje:
...Na wszystkich odcinkach, które mu zlecano, t. Szepetys wykazywał się jako pełen inicjatywy, pryncypialny i wymagający kierownik, posiadający dobre zdolności organizacyjne. Wykazuje on stałą troskę o doskonalenie komunistycznego wychowania ludzi pracy, utrzymuje ścisłą więź z aktywem partyjnym, cieszy się zasłużonym autorytetem wśród szerokiej społeczności republiki.
Tow. Szepetys L. K. bierze czynny udział w życiu społeczno-politycznym – od roku 1966 jest członkiem Komitetu Centralnego, a od 1976 – członkiem Biura KC Kompartii Litwy. Jest Deputowanym do Rady Najwyższej ZSRR, a od 1981 – Przewodniczącym Rady Najwyższej Litewskiej SRR (...). Wiele prac naukowych t. Szepetysa, dotyczących estetyki, aktualnych zagadnień rozwoju duchowej kultury społeczeństwa radzieckiego, krytyki ideologii burżuazyjnej, dobrze są znane nie tylko naukowcom, ale l szerokie] społeczności republiki...”.
Lionginas Szepetys, czołowy ideologiczny boss w ciągu paru dziesięcioleci, został w 1988 roku przyjęty przez sajudisowskie kierownictwo Akademii Nauk Litwy w poczet członków korespondentów i członków rzeczywistych tej szacownej instytucji. I dodajmy, że jego podpis widnieje także wśród podpisów (rozpoczynającym się od imienia Jurasa Pożeły, prezydenta AN Litwy) pod haniebnym apelem sześciuset pracowników Akademii Nauk Lit. SRR z jesieni 1988 roku, żądającym od władz Republiki niedopuszczenia do retransmisji na Wileńszczyznę programu Telewizji Polskiej oraz nawołującego do podjęcia dalszych ostrych kroków, skierowanych przeciwko Polakom Wileńszczyzny. Zresztą, w ciągu swego wieloletniego opiekuństwa nad nauką, kulturą i szkolnictwem Litwy L. Szepetys zawsze wykazywał instynkty polakożercze. To on zwinął polskojęzyczne drukarstwo książek na Litwie i doprowadził do skurczenia się ilości szkół polskojęzycznych z 365 w roku 1953 do 91 w roku 1988, czyli okazał dla nas jeszcze mniej zrozumienia niż nawet towarzysz Stalin.
8. SZIMKUS Sigizmundas Juozas ur. w 1931 r., Litwin. Członek Kompartii od 1951 roku, od tego też czasu pracował tylko i wyłącznie jako funkcjonariusz Komsomołu i Partii. Ukończył Wyższą Szkołę Partyjną w Wilnie, a następnie był lektorem KC KPL, zastępcą kierownika Wydziału Propagandy i Agitacji KC KP Litwy, kierownikiem Wydziału Kultury KC KP Litwy. Od 1959 r., czyli mając 27 lat został członkiem wyższej warstwy nomenklatury partyjnej. W końcu został rektorem Wyższej Szkoły Partyjnej. Nagrodzony sowieckimi orderami i medalami za „komunistyczne wychowanie ludzi Litwy”, powszechnie był znany jako jeden z czołowych ideologów nurtu „betonowego” w propagandzie partyjnej. Dziś należy do grona „teoretyków” antykomunizmu i „demokracji” w Litwie. Jeszcze w wystąpieniu podczas XVII plenum KC KP Litwy S. Szimkus zapewnia swych „parteigenossen”, że odpowiedzialnie traktuje swą działalność w Szkole Partyjnej, dokąd skierowała go Partia i – zgodnie z dawnym rytuałem partyjniackich cwaniaków – zapewniał: „My, komuniści, jesteśmy wdzięczni towarzyszowi A. Brazauskasowi i innym naszym przywódcom za aktywną pracę, za śmiałe i słuszne decyzje!...” („Sowietskaja Litwa”, 25.II.l989)...
9. Przypomnijmy też w paru słowach, że na pozór tak rażąco antymoskiewsko usposobiony lider dzisiejszej „niepodległej” Litwy Vytautas LANDSBERGIS przez długie lata był wykładowcą sowieckiego Konserwatorium w Wilnie, opublikował dużą ilość bardzo prawomyślnych artykułów pseudonaukowych (także w języku rosyjskim), uchodził za człowieka absolutnie oddanego Władzy Radzieckiej. Przez osiem lat pracował na sowieckiej placówce w Warszawie (stąd jego dość poprawna, ale jakże bezbarwna polszczyzna), co mogło w tamtych czasach spotkać tylko człowieka należącego do elit sowieckich albo (oraz) współpracującego z jednym ze skasowanych dziś wydziałów KGB...
Tego człowieka, zaznaczmy, cechowała zawsze polonofobia... Wydawać by się mogło, że jest zupełnie zbyteczne w książce poświęconej życiu i twórczości kompozytora i malarza M. K. Cziurlionisa (W. Landsbergis, „Tworcziestwo Cziurlionisa”, Leningrad 1975, wyd. 2, s. 5-6) dawać wyraz swym polakożerczym instynktom czy marksistowskiej nadgorliwości, a jednak profesor konserwatorium to robi – przez nikogo nie zmuszany, dezinformuje, mniejsza o to, świadomie czy nie, tysiące rosyjskich czytelników o realiach XIX-wiecznego Wilna, przecież miasta na wskroś polskiego, które nie wiadomo dlaczego miałoby mieć coś wspólnego z kulturą Żomojtów – Litwinów...
Trzeba powiedzieć, że ród Landsbergisów już od kilku pokoleń szczyci się krzewieniem zajadłej antypolskości wśród Litwinów, że wspomnimy tylko rażącą swą ignorancją i nienawiścią książeczkę dziadka niniejszego prezydenta Daniela Landsberga pt. „Polacy i Litwini od r. 1228 do 1430, (Wilno 1907).
10. Inny „wybitny intelektualista”, wicepremier Romualdas OZOLAS pochodzący z od dziesięcioleci bolszewizującej rodziny, także jest autorem wydanych w języku litewskim książek „Szkice o historii filozofii litewskiej” (Wilno, 1978); „Pogadanki o filozofach i filozofii” (Wilno 1988); „Litwa Radziecka” (Wilno, 1985), w których stoi na pozycjach apologety partyjnego, natrętnie narzucającego czytelnikowi „radziecki” styl myślenia i marksistowski światopogląd. Ten były wykładowca „naukowego ateizmu” i „naukowego komunizmu”, znany z surowości, jeśli chodzi o ideologiczną prawomyślność, etatowy cenzor cudzych tekstów naukowych, dziś jest kreowany i się samokreuje na „teoretyka” demokracji, co mu wychodzi tak samo, jak ongiś demagogia partyjniacka.
Zadziwia w tym wszystkim, jak osobnicy, którzy jeszcze niedawno karali wszelką intelektualną czy społeczną inicjatywę, dusili w zarodku wszelką żywą myśl, bojąc się o swe złodziejskie przywileje, przedzierzgają się dziś we wrogów ustroju, który przemocą narzucali innym. Mniejsza jednak o szyldy, obecnie takie pojęcia jak „lewica”, „prawica”, „socjalizm”, „kapitalizm”, „postęp”, „reakcja” zupełnie się „rozmyły” i nikomu nic nie mówią. Trzeba patrzeć nie na język, lecz na ręce polityków. Właśnie ich czyny mówią o tym, kim są, czy się naprawdę zmienili, czy raczej zachowali swą dawną, jakże niesympatyczną istotę...
W jednym z ostatnich numerów (18, 1991) ukazującego się w Moskwie tygodnika „Nowoje Wremia” znany pisarz, były dysydent, wydalony ongiś z ZSRR „za syjonizm”, a zamieszkały obecnie w USA Arkadiusz Lwow odnotował: „Popatrzyłem na demokratów, z wieloma spośród nich rozmawiałem. I zrozumiałem jedno: wszyscy oni formowali się jako komuniści i byli prawowiernymi komunistami. Nie mówiąc o tym, że oni myśleli po komunistycznemu i szczerze wierzyli wszystkiemu, lecz żyli też według tych reguł, robili kariery, na przykład. Całe ich życie i kariery zbudowane były na dokładnym stosowaniu się do etyki komunistycznej. Przypuśćmy, że ich poglądy polityczne uległy zmianie w ciągu ostatnich lat, lecz przyzwyczajenia pozostały dawne. A ktoś chce mnie przekonać, że oni są prawdziwymi demokratami!
Nie wierzę im. W tym kraju nie ma tradycji demokratycznych. Demokracji się nie dekretuje, nie ustanawia odgórnie... Ponieważ procesy demokratyczne są u nas zamieszane na krwi, to ludzie, którzy nazwali się demokratami, mogą zostać dyktatorami”...
Nie sposób nie zauważyć, że tak się już stało np. w Litwie czy Gruzji, gdzie pod nowym niby szyldem praktykuje się dawną politykę kłamstw, wyzysku, manipulacji, ucisku i terroru.
Czerwoni faszyzoidzi się przemalowali, lecz ich wewnętrzna istota pozostała dawna.
Kiedyś komunofaszyści wrzeszczeli na cały świat, że zbudowali najbardziej wolnościowy ustrój społeczny, dziś sajudofaszyści w dokładnie taki sam sposób gloryfikują sami siebie, a jednocześnie i jedni i drudzy nie znosili widoku czegokolwiek, co jest inne niż oni; i jedni i drudzy stosowali i stosują względem inaczej myślących Berufsverbot, Druckverbot, zohydzanie i szkalowanie, pozbawianie prawa do pracy itp.

IV. Jak w powieści Dołęgi-Mostowicza
Panoramę ludzi o twardych głowach i giętkich kręgosłupach można by kreślić w nieskończoność, eksponatów starczyłoby nie tylko na artykuł prasowy, ale i na grubą księgę. Charakter publikacji zmusza jednak do zwięzłości, wypada więc jeszcze tylko tę galerię uzupełnić paroma polskimi okazami „neobolszewickich” przebierańców.
Niewątpliwie, spośród Polaków Wileńszczyzny największe szczyty we wspinaczce partyjno-sowieckiej osiągnął Zbigniew Balcewicz, osobnik psychicznie najbardziej predysponowany do takich „osiągnięć”, wykazujący dużą elastyczność, giętkość, fenomenalne zdolności przystosowawcze, traktujący ideały czysto instrumentalnie, będący „zawsze do dyspozycji” w stosunku do aktualnych pracodawców.
Balcewicz urodził się 27.II.1946 roku we wsi Zawiazy rejonu wileńskiego Litewskiej SRR w rodzinie chłopskiej. Od 1953 do 1961 roku uczył się w Antokolskiej początkowej, Rostyniańskiej Ośmioletniej i Suderwiańskiej Ośmioletniej szkołach. W r. 1961, po ośmiu klasach, wstąpił do Wileńskiej Szkoły Pedagogicznej i ukończył ją otrzymując średnie specjalne wykształcenie w 1965 r.
Od 1965 r. pracował w 26 Szkole Śr. w Wilnie w charakterze zastępowego pionierów (pionierwożatyj), widocznie przejawił wyjątkową gorliwość w komunistycznym wychowaniu młodzieży, gdyż już po roku został skierowany do rejonowego komitetu komsomołu w Nowej Wilni na stanowisko kierownika wydziału uczącej się młodzieży i pionierów. Od 1968 jest drugim, od 1970 (czyli w wieku 23 lat) pierwszym sekretarzem Nowowilniaskiego Rejonowego Komitetu Leninowskiego Komunistycznego Związku Młodzieży Litwy. Musiał mieć predyspozycje – wiemy jakie – do tego typu pracy, bo już od 1974 r. zostaje kierownikiem wydziału propagandy i agitacji Nowowilniaskiego Rejonowego Komitetu Komunistycznej Partii Litwy. W tej roli organizuje liczne imprezy (konferencje, sesje itp.) mające służyć wpojeniu komunistycznych (w tym ateistycznych) poglądów mieszkańcom Wilna. Kariera partyjna rozwija się nadal pomyślnie. Od 1978 roku zostaje instruktorem, a od 1981 kierownikiem wydziału spraw administracyjnych i handlowo-finansowych Wileńskiego Miejskiego Komitetu Komunistycznej Partii Litwy, skupia w swym ręku kontrolę nad całym skorumpowanym systemem handlu i administracji, czuje się w nim, jak ryba w wodzie, i już w 1981 zostaje mianowany zastępcą przewodniczącego Komitetu Wykonawczego Wileńskiej Miejskiej Rady Deputowanych Ludowych, na którym to stanowisku trwa aż do października 1988 r., kiedy to zostaje mianowany redaktorem naczelnym gazety „Czerwony Sztandar”, organu Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy, a od 1990 jest redaktorem naczelnym „Kuriera Wileńskiego”, organu Rady Najwyższej Republiki Litewskiej.
Z. Balcewicz do Komsomołu wstąpił w roku 1963, mając zaledwie lat 17, a do Kompartii, w 1968, mając lat 22. Od 1989 r. był już członkiem biura KC Komunistycznej Partii Litwy, a przedtem uczestniczył w najrozmaitszych partyjnych komisjach i komitetach. W latach 1967-1973 studiował na wieczorowym wydziale fakultetu prawa Wileńskiego Uniwersytetu Państwowego im. W. Kapsukasa.
W ciągu 25 lat Z. Balcewicz korzystał ze wszystkich przywilejów ówczesnej nomenklatury, m.in. z prawa częstych turystycznych i „specjalnych” wyjazdów za granicę (m.in. do Węgier, Indii, RFN, Polski) i to wówczas, gdy normalny człowiek nie mógł nawet raz na kilka lat odwiedzić krewnych, mieszkających za miedzą, chyba, że – jak wspomnieliśmy – w przypadku śmierci któregoś z „bliskich krewnych”. Korzystał też ze specjalnych sklepów, klinik, dopłat i innych feudalnych przywilejów.
Według ówczesnych oficjalnych opinii towarzysz Balcewicz „wiele sił i energii oddaje kierowaniu organizacjami komsomolskimi, twórczo, z wielką odpowiedzialnością rozstrzyga zagadnienia komunistycznego wychowania młodzieży, przejawia w tym osobistą inicjatywę i partyjną pryncypialność”; „jako komunista potrafi pięknie i poprawnie mówić”; „do swych obowiązków ustosunkowuje się sumiennie,... systematycznie występuje na zebraniach partyjnych”; „stale poszukuje nowych form działalności organizacji komsomolskiej i partyjnej”; „umie stosować w pracy partyjnej to co nowe”; „łatwo nawiązuje kontakt z ludźmi, działa energicznie i efektywnie”; „głęboko wnika w działalność organizacji partyjnych, udziela im praktycznej pomocy w doskonaleniu stylu, form i metod ich pracy; dużo uwagi poświęca instruktażowi sekretarzy lokalnych organizacji partyjnych, uogólnieniu i rozpowszechnieniu przodującego doświadczenia”... Wysiłki te nie tylko były sowicie opłacane w rublach, ale i otrzymały nagrodę „moralną” w postaci medalu „Za ofiarną pracę. Na cześć 100 rocznicy urodzin W. I. Lenina”...
Swą „linię życia” towarzysz Z. Balcewicz, członek biura KC KPL zaczął radykalnie zmieniać dopiero w 1989 r. W jego publicznych deklaracjach zaczęły się pojawiać akcenty antyradzieckie, antyrosyjskie, antykomunistyczne, co nie przeszkadzało mu nadal korzystać z przywilejów, przysługujących nomenklaturze partyjno-rządowej. Zaskakująca przemiana! Ale tylko na pierwszy rzut oka. Bo gdy się przyjrzy temu „towarzyszowi” dokładnie, to się widzi, że w tej metamorfozie po raz kolejny przejawiła się jego konsekwentna i twarda postawa życiowa: zawsze być z tymi, kto ma władzę, przywileje, siłę. Póki to wszystko było w ręku Partii, był w niej i z nią, gdy przeszło w ręce Sajudisu, on się też tam znalazł. Zaiste, takiej stałości charakteru, zasad i zapatrywań można tylko pozazdrościć. Jest to człowiek, który zawsze pozostaje sobą, nawet wówczas, gdy komuś się wydaje, że on zmienia skórę...
Gdy powstawał Związek Polaków Litwy, Z. Balcewicz był zdeklarowanym jego przeciwnikiem i utrudniał prace samoorganizacji Polaków Wileńszczyzny. Co mu nie przeszkodziło na początku roku 1990 apelować o pomoc i korzystać z usług struktur ZPL w czasie kampanii wyborczej, gdy wystawiał swoją kandydaturę do Rady Najwyższej Litewskiej SRR, czy też w końcu tegoż roku, gdy „Kurier Wileński”, usilnie przekształcany przez redaktora naczelnego w tubę Sajudisu, zaczął tracić prenumeratorów... Nie wahał się też używać wówczas frazeologii superpatriotycznej, apelowania do „sumień polskich”, wiadomo – jak trwoga, to do Boga... Był też Z. Balcewicz do niedawna zdeklarowanym przeciwnikiem autonomii polskiej na Wileńszczyźnie, skrycie i jawnie zwalczał nie przebierając w środkach jej zwolenników, bo taka była linia mocodawców z Sajudisu. Dziś ta linia, na skutek niezłomnych wysiłków wyklinanych „autonomistów” niby to ulega zmianie, więc też zmienia zdanie także nasz bohater. Zawsze podzielać zdanie zwierzchnika – oto wzniosła i piękna zasada. Jak mówią Niemcy: „Der Chef hat immer Recht”...
Nawiasem mówiąc Z. Balcewicz został wysunięty jako kandydat na Deputowanego Ludowego ZSRR w wyborach 26 marca 1989 roku, lecz wycofał swą kandydaturę na rzecz sekretarza KC KP Litwy, był przecież jeszcze wówczas „prawowiernym” komunistą na całkowitym utrzymaniu partyjnym.
Ogromne doświadczenie wieloletnich rozgrywek i intryg w łonie dawnego aparatu partyjnego nie poszło na marne, zostało właściwie wykorzystane. Dziś bowiem Balcewicz jest Deputowanym Ludowym Republiki Litewskiej, jednym z członków tzw. Frakcji Polskiej (która z każdym miesiącem staje się coraz mniej polska z postawy) i pozuje – tak, tak! – na jednego z liderów społeczności polskiej Wilna. Chociaż przyznać trzeba, że przez ogromną większość Polaków wcale nie jest adorowany, jak to wmawia warszawskim dziennikarzom podczas swych częstych handlowo-propagandowych podróży do RP.
W latach trzydziestych była ogromnie popularna powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza „Kariera Nikodema Dyzmy”. Gdyby w naszych czasach jakiś nowy Dołęga-Mostowicz zechciał wyczarować swym piórem postać dzisiejszego „Dyzmy”, znalazłby chyba doskonały pierwowzór w osobie naszego bohatera.

Podobną karierę zrobił i oficjalny lider Frakcji Polskiej Parlamentu Litewskiego Ryszard Maciejkianiec, który urodził się 28 czerwca 1947 roku we wsi Koniuchy rejonu wileńskiego. Ukończył szkołę siedmioletnią w Bujwidzach, szkołę pedagogiczną w Wilnie. Był nauczycielem, chyba bardzo prawomyślnym, bo już w 1969 roku został przewodniczącym komitetu wykonawczego gminy bujwidzkiej; (członek Kompartii od 1971 r.). W okresie od 1973 po 1980 pracował w charakterze sekretarza Solecznickiego rejonowego Komitetu Wykonawczego, jednocześnie studiował i w 1975 roku ukończył wydział prawa Uniwersytetu Wileńskiego. W 1980 roku został skierowany na naukę do Wyższej Szkoły Partyjnej w Leningradzie, którą też ukończył w roku 1982. Jak głosi opinia z owego okresu: „W ciągu całego okresu studiów tow. Maciejkianiec R. Wyróżniał się poważnym, wnikliwym stosunkiem do nauki, twórczą pracą nad dziełami klasyków marksizmu-leninizmu, nad dokumentami Partii; czynnie uczestniczył w seminariach i pogadankach... W trakcie nauki w WSzP wiele uwagi poświęcał badaniu zagadnień teorii i praktyki budownictwa radzieckiego, stale się zapoznawał z pracą organów radzieckich Leningradu”...
Od 1982 roku został włączony do najwyższej nomenklatury aparatu partyjnego, gdy został instruktorem komisji partyjnej przy KC Kompartii Litwy; od 1986 roku był instruktorem Komisji Kontroli Partyjnej przy KC Kompartii Litwy, a od 1988 do 1990 członkiem tejże Komisji. Za skuteczną działalność partyjną odznaczony medalem „Za trudowoje otliczije”, tj. „za osiągnięcia w pracy (...)
Niedawno pewna gazeta sajudisowska w zupełnie dawnym stylu pisała o tym, jak to jedna z Polek-deputowanych „znalazła w sobie wreszcie męstwo”, by wyjść z partii i przejść na pozycje Sajudisu... Oczywiście, niewiele trzeba dziś męstwa, by w warunkach dyktatu nazistowskiego przejść na jego pozycje, ale – i tu autor artykułu ma rację – trzeba niemało odwagi, aby za przydzielenie tych czy innych dóbr materialnych zdradzić ludzi, którzy cię wybrali, byś bronił ich racji... Mówiąc wszelako o R. Maciejkiańcu należy podkreślić, że jest to działacz naprawdę inteligentny oraz – co stanowi w naszych czasach ogromną rzadkość – jest człowiekiem honoru. I dlatego nie sposób wróżyć mu wielkiej kariery politycznej w polskim środowisku, które woli złodziejaszkowatych łajdaków, a nie ludzi mądrych i przyzwoitych, których nienawidzi i niszczy.

V. „Hokeista”, czyli patriota własnej kieszeni
Na skutek wieloletniej dyskryminacji ludność polska Wileńszczyzny nie dorobiła się ani własnej inteligencji z prawdziwego zdarzenia, ani nawet wielkiego formatu hochsztaplerów. Wszystko co nasze – nawet po ukończeniu Wyższej Szkoły Partyjnej w Leningradzie – nacechowane jest jakąś nieuchwytną małością, brakiem rozmachu (w dobrem i w złem) oraz – zawsze i niezmiennie – zawiścią i przyziemnym wyrachowaniem oraz wynikającą z tych cech skłonnością do prowincjonalnych krętactw i intryg.
Zupełnie kuriozalny przypadek w galerii neobolszewickich „polskich” przebierańców stanowi przed paroma laty absolutnie nikomu nie znany Czesław Okińczyc, dziś samoreklamujący się jako rzekomy obrońca polskości czasów „komuny”.
Osobnik ten nie zdążył, co prawda, wejść do składu wyższej nomenklatury, ale w przededniu pieriestrojki stanął już na jej progu. W ciągu kilku lat był członkiem Kolegium Adwokatów Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, pracując w Zespole Adwokatów nr 1. Już wówczas przejawiał nie lada spryt i zręczność, które to cechy jednak tak naprawdę mu się rozwinęły dopiero w mętnym potoku dokonujących się przemian. To jemu m.in. obok Z. Balcewicza przysługuje niewątpliwe pierwszeństwo w sprawie agenturalnego rozbijania ruchu polskiego na Wileńszczyźnie i zorganizowanego na szeroką skalę zniesławiania tego ruchu zarówno jako całości, jak też poszczególnych jego aktywistów.
Postępowanie wielu aktualnych polskich „liderów” da się lepiej zrozumieć, jeśli się zważy ich pochodzenie i środowisko, z którego się bez wyjątku wywodzą. Przeprowadźmy pewną paralelę:
Jak pisał profesor Uniwersytetu Turyńskiego Robert Michels w książce „Socjologia partii politycznej w warunkach demokracji” (Lipsk, 1911), na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jeśli na czele ruchu robotniczego staje „robotnik z krwi i kości” to zachowuje on stały i pewny kontakt ze swą klasą, że pozostaje jej bliski, wiernmy i oddany... Tymczasem, rzeczywistość jest zupełnie inna. Robotnik, który został działaczem i oderwał się od swego rękodzieła, przestaje być robotnikiem – szczególnie w sensie psychologicznym, ale też w ekonomicznym. Staje się pospolitym pośrednikiem, podlegającym procesowi oligarchizacji, z idealisty staje się kalkulującym materialistą, z teoretycznego demokraty – przekonanym autokratą. R. Michels twierdzi: „Właśnie u byłych robotników rozwija się szczególna żądza władzy. Uniknąwszy łańcuchów zależności jako najemny robotnik na służbie kapitału, on mniej niż ktokolwiek skłonny jest do dźwigania tego brzemienia. Jak i każdy bojownik o wolność, dąży do pozostania na wolności. Doświadczenie wszystkich krajów przekonuje, że przywódca robotniczy, który wyszedł z szeregów samego proletariatu, przejawia szczególną krnąbrność i ze szczególnym uporem odrzuca wszelki protest, wdrażany przez podwładnych. Niewątpliwie, że związane to jest z jego charakterem jako parweniusza. Leży to w charakterze parweniusza, że dąży on w sposób nieugięty, władczy i gorliwy do zachowania swego świeżo upieczonego autorytetu, a w każdej najlżejszej nawet krytyce widzi poniżenie, świadome złośliwe przypomnienie o dawnych czasach...” Cechuje podobnych przywódców bezprecedensowa próżność. To, co uczynili oni i ich koledzy, wywołuje w nich tylko zachwyt. Niekiedy ich próżność jest oparta na pewnym zasobie wiedzy zawodowej, ale, z reguły, wykazują braki myślenia w szerszych kategoriach wykształcenia i światopoglądu. Często są ulegli wobec pochlebstw ze strony osób zainteresowanych...
Na byłego robotnika wywiera nowe otoczenie wpływ ogromny. Jego zachowanie staje się bardziej wyrafinowane i zaokrąglone. Na skutek codziennych kontaktów z ludźmi o bardziej wysokim statusie socjalnym przyswaja doskonalsze formy obcowania. Niektórzy z robotniczych deputowanych próbują ukryć zachodzące w nich przemiany zewnętrznymi, sztucznie okazywanymi cechami swej byłej przynależności stanowej. „W parlamencie angielskim, gdzie z reguły obowiązuje cylinder, niektórzy z przywódców robotniczych zjawiają się pod nieforemnym beretem i w koszuli z czerwonym krawatem...”
Obok płytkiego zadowolenia z siebie byłych robolów często opanowuje poczucie przesytu. Ich samozadowolenie rozprzestrzenia się na ich otoczenie. A do ruchu naprzód w kierunku demokracji wielu z nich ustosunkowuje się obojętnie, a nawet wrogo. Oni się przystosowują do istniejących warunków, co więcej, zmęczeni walką godzą się na nie. Co ich obchodzi rewolucja socjalna? Swą rewolucję oni już ukończyli, mają się znakomicie.
Tak więc – konkluduje profesor R. Michels – zamiana przywódców burżuazyjnych proletariackimi nie daje nic dobrego ani pod względem teoretycznym, ani praktycznym. Ci ostatni są najniepewniejsi zarówno jeśli chodzi o politykę, jak i o moralność. Są szczególnie zdradzieccy i sprzedajni, często stają się płatnymi agentami policji. „Będąc niedokształconymi parweniuszami są szczególnie podatni na pochlebstwa”, cechuje ich kłamliwość i chytrość, prywata, nieposkromiona chęć zysku, brak najmniejszych nawet kwalifikacji moralnych. Ich mądrość-głupota polega m.in. na przekonaniu, że za pieniądze można wszystko kupić. Typowy przesąd sprzedających się prostaków politycznych prostytutek i patriotów własnej kieszeni... Podobny do przesądu, nieraz publicznie wypowiadanego przez Cz. O.: „polityka jest zajęciem brudnym”. A przecież zajęciem brudnym (czyli politykierstwem) jest tylko polityka brudna, obłudna, merkantylna, prowadzona przez podobnych osobników. W wykonaniu ludzi o czystych ręcach jest to ex definitione zajęcie szlachetne, poważne i ważne.
Cz. Okińczyc wykazuje – obok płaczliwości i sprytu – niepohamowaną skłonność do samoreklamy i mistyfikacji na temat swej własnej osoby. Tak np. w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” (Chicago, USA, maj 1991) twierdził: „Pochodzę z rodziny z dziada pradziada polskiej...” Chciałoby się spytać: Czy z prapradziada też? No bo co to za cnota, że ktoś niby jest członkiem jakiegoś narodu? Czy można się szczycić tym, że się urodzi we wtorek? Ważne nie gdzie i kiedy, ale – kto się urodził... Okińczyce zresztą to zagrodowa szlachta białoruska spod Mińska. W „Gazecie Polskiej” Cz. Okińczyc też podaje: „W 1983 roku ukończyłem prawo na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie”. Po pierwsze, nazwy USB używa się bez „im.”, po drugie, USB nie istnieje od 1939 r. kiedy to go zamknęli szowiniści litewscy, tacy sami, jak ci, którym dziś wysługuje się Cz. O. Po trzecie Okińczyc ukończył litewski, radziecki, komunistyczny Uniwersytet imienia Wincasa Kapsukasa. Po co więc wprowadzać w błąd rodaków na Zachodzie, nieświadomych pewnych realiów? Po co, panie Czesławie, wmawiać im, jak pan to robi: „Uczestniczyłem w ruchu odrodzeniowym Polaków. Byłem współzałożycielem, podobnie jak Romuald Mieczkowski, Związku Polaków na Litwie?". Polacy na Zachodzie, oczywiście, w dobrej wierze połkną ten haczyk, bo nie wiedzą, że Cz. Okińczyc przed 1989 r. był absolutnie nieznany Polakom wileńskim, bo nic, ale to naprawdę nic, dla sprawy polskiej nie robił. Do władz zaś ZPL został (do dziś zresztą nie wiadomo, przez jakie siły) wywindowany dopiero po roku istnienia Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Litwie, które później przemianowaliśmy na Związek Polaków Litwy. Wówczas zresztą wypływało na powierzchnię wiele nowych, nikomu nie znanych osób, co ułatwiało zrobienie „patriotycznej kariery” nie tylko ludziom wartościowym, ale i pospolitym cwaniakom czy agentom bezpieki. Do ich liczby należał i nasz bohater, który, podobnie zresztą jak i R. Mieczkowski, nie należał ani do założycieli, ani nawet do grona mniej więcej znacznych aktywistów ZPL. Jak za czasów „komuny” byli super lojalni do niej, tak i dziś są superlojalni do sajudisowskiej „antykomuny”, którego to faktu nie zmienią żadne propagandowe mistyfikacje... (Na marginesie przypomnijmy, że SSKPL (ZPL) założyli trzej dziennikarze z Wilna: Jan Sienkiewicz, Henryk Mażul i autor niniejszego tekstu, którzy dopiero nieco później wciągnęli do tego grona paręnastu dalszych inteligentów polskich, wśród których był R. Mieczkowski, ale nie było nikomu nie znanego Cz. Okińczyca).
Polacy po 1985 r. najdłużej ze wszystkich wspólnot narodowych na Litwie zachowywali jedność i nie pozwalali się rozbić ani podzielić. Różniliśmy się w pewnych momentach, lecz zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jedność narodowa jest wartością nadrzędną. Aż wreszcie dzięki pieniądzom Sajudisu i wysiłkom półgłówków z Warszawy (z antypolskich kręgów skupionych w środowisku pisma „Res Publica” i „Gazety Wyborczej”) pchnięto nas do wzajemnego zwalczania się. Haniebna palma pierwszeństwa w dziele rozsadzania od wewnątrz społeczności polskiej bezdyskusyjnie należy do agenturalnej „Znad Wilii”, po czym „do dzieła” przystąpił też redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego”...
Zabawne, że ta „prywatna” gazeta powstała wówczas (grudzień 1989), gdy prawo ani Litwy, ani ZSRR nie przewidywało jeszcze nawet możliwości istnienia gazet prywatnych (dopiero od marca 1990). Ale pismo zarejestrowano, rozreklamowano, upowszechniono. Dlaczego? Ponieważ było to pismo Sajudisu i KGB, opracowywane i redagowane w Warszawie przez wytrawnych agenturalnych dziennikarzy ze środowiska „Res Publica”, których filozofia polityczna sprowadza się do perfidnej antypolskości i antyrosyjskości. Stąd m.in. ich poparcie dla szowinistów litewskich... Gdy zaś polski dziennikarz spytał Okińczyca, skąd wziął pieniądze na wydawanie „własnej” gazety, ten bez zmrużenia oka skłamał (szkoła „bolszewickiej” adwokatury nie poszła na marne), że zarobił te pieniądze jako... hokeista i adwokat. Dziesiątki i setki tysięcy rubli! Ale przecież nikt dotąd nie słyszał nawet w naszym małym Wilnie o Okińczycu ani jako o hokeiście, ani jako o prawniku. Chyba, że chciał on powiedzieć, że sporty uprawiał w Kanadzie, a praktykę adwokacką w USA... Ale i to jest nieprawdą! Ileż trzeba posiadać naiwności, żeby przypuszczać, że znajdą się głupcy, którzy w takie bzdury uwierzą! A przecież naprawdę, w tym przypadku sprawdziła się wypowiedź Goebbelsa, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. W Polsce znalazło się niemało ludzi, którzy uwierzyli łzawym fałszerstwom pana Czesława i uzbierali mu nie tylko na chleb, ale i na masło... I na utrzymanie gadzinówki „Znad Wilii”...
Ofiarami jego – a raczej jego mocodawców – mistyfikacji padli nie tylko dyletanci ze środowiska „Solidarności Walczącej” ale i dziennikarze „Życia Warszawy”, a nawet osoby tej miary co prymas Polski Józef Glemp lub profesor Zbigniew Brzeziński, którym ktoś umiejętnie podsunął ideę listownego poparcia dla antypolskiej sajudisowskiej „Znad Wilii”. Ktoś ma bardzo długie ręce. Ale kto? Kto tym wszystkim manipuluje i dyryguje? Kto przesuwa na politycznej szachownicy takie figurki jak nasz bohater? To chyba na długo jeszcze pozostanie tajemnicą...
Czyż nie daje do myślenia np. sam tylko fakt, że teksty tygodnika „Znad Wilii” redagowane w Warszawie od kilku lat bez wszelkich przeszkód są przewożone w obie strony przez pilnie strzeżoną granicę radziecką tam i z powrotem? I to od czasów, kiedy jeszcze byle książeczkę do nabożeństwa czy obrazek z wizerunkiem Jana Pawła II odbierano jako „literaturę wywrotową”. A w „Znad Wilii” aż się roi przecież nie tylko od ludzi zdyskredytowanych, znanych m.in. jako konfidenci litewskiej bezpieki. Co i kto się za tym wszystkim kryje? Domyślić się tego trudno, ale można...

VI. Uwagi końcowe, czyli zagadka Sfinksa
W roku 1981 20 proc. członków Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i połowa wszystkich polskich komunistów znajdowało się jednocześnie w Solidarności i ją współtworzyło. I nikomu to nie przeszkadzało, dopóki nie doszło do walki o fotele w obozie zwycięskim. Potem dopiero zaczęto się spierać, kto ma większe zasługi w „niszczeniu komuny”. Podobnie poniektórzy dzisiejsi pseudoliderzy polscy na Wileńszczyźnie prześcigają się w deklarowaniu swego antykomunizmu, przy tym szczególnie komicznie ta szopka wygląda, gdy się zważy, że w wyścigu tym współzawodniczą obok siebie zarówno dyplomowany fizyk, znany raczej jako sprzedawca rzodkiewki na rynku Kalwaryjskim, a nie naukowiec; były kierownik działu propagandy republikańskiej gazety partyjnej słynący ongiś z wyjątkowo prawomyślnych artykułów; prosperujący sowiecki adwokat cieszący się renomą tego, kto bierze od klientów honoraria, ale im nie pomaga; czy funkcjonariusz nomenklatury, który będąc niby Polakiem, mówił w swym gabinecie z Polakami tylko po rosyjsku i po litewsku itp. Póki władza radziecka trzymała się mocno, nikt z nich ani słówkiem się przeciwko niej nie wypowiedział, wręcz odwrotnie, chwalono ją sobie i pod jej skrzydełkiem obrastano w piórka: kombinowano, kradziono, kręcono, nabywano domy, samochody, biżuterie. Ponieważ jednak w warunkach socjalizmu byłby to kapitał martwy, stali się ci „czerwoni bourgeois” operetkowymi „bojownikami przeciwko komunizmowi”... To tak, jakby śmiecie wznoszone przez falę oceaniczną wyobraziły, iż to one tą falą kierują... Śmieszne, lecz zyskowne. Wiedząc, że nic nie znajduje dziś takiego poklasku w Polsce i na Zachodzie, jak antykomunistyczne deklaracje, nasi cwani „działacze”, mający niezły nos do interesów, jadą właśnie tam, do kraju zachodzącego słońca, pchają się do trybun i mikrofonów, przysięgają publicznie (aczkolwiek nie w zgodzie z prawdą), że zawsze walczyli z komuną i że nie ustaną w wysiłkach, aż ją zdemontują. A potem wracają do Wilna za pieniądze, które rodacy ofiarowali na potrzeby sierot, chorych, bezdomnych, starych i niedołężnych, kupują za setki tysięcy rubli wille, mercedesy, zakładają własne interesa... Są niezwykle zadowoleni z siebie, ze swej przedsiębiorczości, zręczności, „mądrości”. Nieraz zaczynają nawet na serio wierzyć, że są wielkimi politykami niepospolitymi ludźmi... Ale przecież nadal są tylko gnidami.
Autor tych słów daleki jest od tego, by potępiać kogokolwiek za wstąpienie czy wystąpienie z KPZR. Ani jedno ani drugie nie zawiera w sobie ani tytułu do dumy, ani powodu do hańby – o ile jest czynione ze szczerych pobudek ideowych. Zastrzeżenia moralne budzi tylko czynienie tego lub owego ze względów merkantylnych. Podwójnie nieprzyjemni są więc ludzie, którzy ongiś z tych pobudek do KPZR wstąpili i z tychże z niej dziś występują. O nich właśnie tu mowa, a nie o ludziach ideowych. W 1919 r. W. Lenin mówił: „Albo wszy zniszczą socjalizm, albo socjalizm zniszczy wszy”... Stało się: wszy dojadają socjalizm...
Jeśli byliście w partii czy obok niej, jeśli karmiliście się przy niej, przykrywaliście jej imieniem liczne swoje szachrajstwa, dzięki niej staliście się „kimś”, to jak możecie opluwać ją, waszą dobrodziejkę? To tak, jakby ktoś publicznie ganił swą matkę, której się wyrzekł, lub żonę, z którą się rozwiódł... Przyznajcie, tak mogą postępować tylko osobnicy nieprzyzwoici.
Dosłownie każdemu z was można bez trudu zademonstrować własne wypowiedzi sprzed niewielu lat gloryfikujące partię, jej dobrodziejstwa, wynoszące pod niebiosa socjalizm jako najpiękniejszy ustrój na świecie. A przecież nikt was do tego bezpośrednio nie zmuszał, chociaż wiemy, jaka wówczas była atmosfera. Sami to robiliście, bez przymusu i bez „mydła”, podobnie zresztą i dziś zachowujecie się w stosunku do nowej „siły przewodniej”... Nie najlepiej to o was świadczy...
Oczywiście, są też ludzie występujący z KPZR ze względów ideowych.
W wywiadzie dla ukazującego się we Francji miesięcznika „Kontakt” (nr 4, 1990) Elie Wiesel na pytanie: „Dlaczego na tak wielu Żydów komunizm działał przyciągająco? – odparł: Wielu żydowskich intelektualistów było zafascynowanych komunizmem ...Komunizm był rodzajem mesjanizmu. Pierwotna forma komunizmu zawierała proroczy przekaz: wolność dla wszystkich ludzi, pokój między narodami, koniec zła, dyskryminacji, hańby. Właśnie Żydzi, którzy zawsze cierpieli dyskryminację i prześladowania, uwierzyli w komunizm jak w nową religię. Komunizm był dla nich ewangelią bez Boga...” To samo dotyczy i reprezentantów innych narodowości.
Czyli rozumiemy tak: można w jakiejś organizacji być, a potem z niej wyjść i wstąpić, lub nie, do innej. To sprawa normalna i ludzka. Errare humanum est. W ostatnich czasach z KPZR wystąpiło ponad 3 mln jej członków (17 mln pozostało). Jedni uczynili to ze względów naprawdę ideowych, inni – z merkantylnych. Samo więc wyjście z KPZR jeszcze o żadnej cnocie czy zasłudze nie świadczy, podobnie jak pozostawanie w niej. Ale nie świadczy też ani jedno, ani drugie o winie czy grzechu. Nie wypinajcie się więc, wasz kręgosłup jest za miękki, by podołać obciążeniom czasu. I nie wspinajcie się na piedestały, na nich wasza miernota – już dziś – jest zbyt widoczna.
Publikacja niniejsza w żadnym wypadku nie powinna być interpretowana jako atak na te czy inne osoby, lecz tylko i wyłącznie jako przypomnienie faktów – i tylko faktów – które same w sobie brzmią jako ostrzeżenie, ostrzeżenie ludzi przed samymi sobą. Bo przecież żądza władzy i bogactw, dwulicowość, zachłanność i zawiść, nietolerancja i prywata są cechami ludzkimi, arcyludzkimi. Strzeżmy się więc samych siebie i zanim rzucimy kamieniem w kogoś, zapytajmy w swym sercu: „Czy ja jestem lepszy?” – Doprawdy, szczera odpowiedź wcale nie zawsze wypadnie jednoznacznie...
Rozumiem, że w systemie zastoju było niemało przepisów niedorzecznych, czy wręcz potencjalnie skierowanych przeciwko temuż systemowi. I tak np. jak ktoś chciał być wykładowcą tzw. nauk społecznych na wyższej uczelni, nieuniknienie musiał być członkiem KPZR, albo należeć do „narodu panów”, do któregoś z klanów rodzinnych sprawujących władzę; każdy też, kto chciał coś opublikować, musiał podawać własne myśli w „czerwonym sosie”, otaczać je martwym kwieciem rytualnych zaklęć i frazesów mających wykazać lojalność autora wobec ustroju i prawomyślność wobec partii. A służalczość prasy? A faktyczne ułatwienia i przywileje, które dawała przynależność do elit partyjnych? – Przecież to wszystko w zastraszający sposób demoralizowało i deprawowało ludzi, rodziło rozdwojenie, cynizm, wyrachowanie, prowadziło nieuchronnie do degeneracji zarówno elit rządzących, jak i całokształtu życia społecznego. Co prawda, każdy mógł żyć prywatnie we względnym spokoju i takiejże względnej „czystości”, o ile potrafił zupełnie zrezygnować z twórczych, naukowych, pisarskich ambicji, z chęci samorealizacji. W masie społecznej jednak takie postępowanie jest niepodobieństwem. Ludzie więc przystosowywali się, oddawali cesarzowi co cesarskie, mówili to „co trzeba”, a w sercu nieraz śmiali się z własnych bezsensownych a wymuszonych deklaracji...
Lecz co innego zwykły dziennikarzyna, piszący to, co każe „towarzysz redaktor”, a co innego ludzie tkwiący w samych strukturach władzy i korzystający z pańskich przywilejów...
Ci wielcy nie tylko sami wypisywali nonsensy (jeśli im się chciało zabawić w pisarzy, uczonych czy artystów), oni tworzyli totalitarny system wszechogarniającego dyktatu duchowego; szczuli i truli każdego, w kim wywąchali coś z dysydenctwa; obałwaniali miliony ludzi, by zachować władzę i przywileje. To oni sprawiali, że jak ktoś chciał uprawiać filozofię, to mógł być wyłącznie „marksistą”, a jeżeli chciał uprawiać religioznawstwo, to koniecznie jako „naukowy ateista”. Dziś stali się „demokratami” i... wymowną ilustracją do słów lorda Byrona o tym, że „demokracja – to arystokracja łajdaków”...
Oczywiście, od tych „grubych ryb” – podkreślmy to jeszcze raz! – trzeba odróżniać zwykłych ludzi pióra, dziennikarzy, naukowców, beletrystów, którzy nikogo do niczego nie zmuszali, do klasy „socjalistycznej” burżuazji nie należeli, ale musieli nieraz mówić i pisać rzeczy niezupełnie zgodne z ich wewnętrznym przekonaniem. Ich, oczywiście, trzeba mierzyć nieco inną miarką, ale przecież też trzeba. Szczególnie, jeśli oni sami byli i są w stosunku do innych bardzo surowymi, co więcej, pamiętliwymi i mściwymi sędziami...
Autor tego tekstu nie chce nikogo potępiać, ani chwalić, lecz tylko próbuje pojąć swój czas i ludzi w nim żyjących. I mimo iż pewnych ludzi, oraz ich słów i czynów, absolutnie nie jest w stanie pojąć, to przecież i tak gotów jest powtórzyć wszem i wobec za wielkim Fiodorem Dostojewskim: „Wszyscy jesteśmy winni za wszystko, wobec wszystkich, a ja najbardziej spośród wszystkich innych”... Nie sądzę ludzi małych, bo sam byłem wśród nich, a powiedziano przecież w Talmudzie: „Nie sądź drugiego bez postawienia się na jego miejsce”... Próbując jednak postawić się na miejsce tych, którzy byli i pozostali – i zawsze są – „wielkimi” i „możnymi”, czuję się bezradny... Ich dusze i postępki są zagadką. Zagadką Sfinksa... Obawiam się, czy i tym razem nie sprawdzi się mroczna myśl Alfreda Nobla, że „każda demokracja kończy się dyktaturą szumowin”... Tych samych szumowin, które już doprowadziły kraj do kryzysu.
Jan Ciechanowicz”

* * *

Ojczyzna” (Wilno), 6 sierpnia 1991:

Prawa człowieka, prawa narodów
(Wywiad z przewodniczącym Wileńskiej Rady Rejonowej Anicetem Brodawskim).

– Szanowny panie przewodniczący, proszę opowiedzieć o ideach i celach konferencji.
– W dniach 13-15 maja w Hadze odbyła się nieoficjalna międzynarodowa konferencja badawcza na temat „Prawa człowieka, prawa narodów”, której koordynatorem był znany holenderski działacz Ernst van Eigen. W jej organizacji brał czynny udział Radziecki Komitet na rzecz Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Konferencja miała na celu niezależną międzynarodową ekspertyzę ustaw podjętych w republikach nadbałtyckich w ostatnich czasach, analizę problemów praw człowieka w tych republikach, zbadanie międzynarodowych konfliktów w europejskiej części i określenie wariantów ewentualnych dróg ich uregulowania.
W obradach konferencji wzięło udział 40 uczestników i 30 ekspertów, w tym przedstawiciele USA, Wielkiej Brytanii, Niderlandów. Ze Związku Radzieckiego w konferencji uczestniczyły grupy z Federacji Rosyjskiej, trzech republik bałtyckich oraz grupy Rady Najwyższej ZSRR. Wszyscy zaproszeni występowali wyłącznie w imieniu własnym. Głównym problemem rozpatrywanym na konferencji były stosunki wzajemne ZSRR i republik i wynikające z tego konflikty narodowościowe. W ciągu trzech dni toczyła się dyskusja również o polityce Związku Radzieckiego, prezydenta Gorbaczowa w ogóle, podkreślano zainteresowanie wspólnoty europejskiej pokojowym rozwiązaniem tych problemów, bowiem, jak obrazowo powiedziano, jeśli powstaje groźba pożaru w jednym pokoju, zagrożony jest cały dom. Przykładem tego jest Jugosławia.
Nikogo nie trzeba było specjalnie przekonywać, że w naszej dobie wszystkie narody mają prawo do samostanowienia, że kwestie te należy rozstrzygać bez przemocy, bez użycia siły, wzajemnych pogróżek, że jedynie słuszną drogą jest dialog i pokojowe uregulowanie problemów, a wariant stosowania siły bezwzględnie się odrzuca.
– Z pańskich słów widać, że poruszano wiele żywotnie ważnych i aktualnych spraw. Podejście uczestników do nich było widocznie niejednoznaczne. W jakiej atmosferze toczyła się dyskusja? Ciekawe, jak były oceniane akty polityczne o niezależności republik nadbałtyckich.
– Od razu chcę podkreślić, że dyskusja nosiła charakter bardzo zrównoważony i poprawny. Odczuwało się wysoką europejską kulturę prowadzenia tego rodzaju dyskusji. Wewnętrznie atmosfera mogła być napięta, nawet zaogniona, ale na zewnątrz tego nie odczuwano.
Jeśli zaś chodzi o odpowiedź na drugą część pytania, muszę powiedzieć, że cały pierwszy rozdział dyskusji praktycznie był poświęcony właśnie stosunkom politycznym. Niestety polityka u nas decyduje o ekonomice, interesy polityczne bardzo często dominują nad prawami człowieka. Toteż na konferencji postawiono pytanie: czy uzasadnione jest dzisiaj stawianie w republikach bałtyckich kwestii ich całkowitej pełnej suwerenności politycznej?
Dzisiaj w europejskim spojrzeniu na rzeczy nie ma takiego pojęcia – całkowita, absolutna suwerenność. Jest to czynnik przeszłości. Na przykład Holandia zetknęła się z tym już w latach 50 i wtedy też doszła do wniosku: nie tędy droga. Na podstawie jej doświadczenia możemy również wyciągnąć wniosek, że nie wolno takich poważnych kwestii, związanych z suwerennością rozstrzygać jakimś jednym aktem, jakimś jednym układem. Niezbędny jest długotrwały okres przejściowy. Jeżeli prowadzić dialog według zasady: z początku przyznajcie mi rację, a potem będziemy rozmawiać dalej – nie da się rozstrzygnąć sprawy. Nie można również wychodzić z założenia, że prawda jest tylko po jednej stronie. W związku z tym podkreślano, że szczególnie w stosunkach politycznych błędy popełniane były z obu stron: zarówno przez centrum jak też republiki.
Kwestia praw człowieka była w centrum uwagi uczestników konferencji. Chciałbym tu specjalnie podkreślić, że Litwa deklaruje ze swej strony przestrzeganie aktów prawa międzynarodowego. Natomiast analiza podejmowanych ostatnio dokumentów, dokonana przez ekspertów międzynarodowych, jednoznacznie wykazała, że ustawy o obywatelstwie, o własności i inne nie są zgodne z aktami prawa międzynarodowego.
– Wszelka polityka opiera się jednak na ekonomice, A jak się ocenia w tym świetle realne możliwość! wystąpienia republik bałtyckich, w szczególności Litwy, ze składu ZSRR?
– Gdy mówimy o stosunkach politycznych niewątpliwie musimy brać pod uwagę także stosunki ekonomiczne, a dokładniej – realne możliwości wystąpienia z ZSRR, całkowitej niezależności gospodarczej od Związku. Ale Jest to sprawa jeszcze bardziej skomplikowana i zawiła. W Europie, jak też zresztą na całym świecie, nie ma obecnie pojęcia niezależności ekonomicznej. Można mówić tylko o niezależnej polityce gospodarczej, którą dane państwo prowadzi z sąsiadami. Rozmowa zaś o niezawisłości ekonomicznej w ogóle jest bezprzedmiotowa, bo jest to także pojęcie przestarzałe. Tym bardziej, jeżeli się uwzględni mocne zintegrowanie republik nadbałtyckich z ekonomiką ZSRR i ich w zasadzie jednostronną zależność od niego, gdyż handel międzyrepublikański jest podstawą ekonomiki tych republik, a handel z państwami zagranicznymi stanowi zaledwie nieznaczną część. Praktycznie nie mogą się one obejść bez rynku radzieckiego, podczas gdy Związek Radziecki, oczywiście przy pewnych stratach, mógłby się obejść bez rynku bałtyckiego.
Oponenci często przytaczają przykład Finlandii, podając jako wzór sukcesy, jakie odniósł ten kraj. Dajcie powiadają, nam wolność, to zrobimy, że będzie u nas jeszcze lepiej... Ale Finlandia swoją stopę życiową zawdzięcza reżimowi szczególnego uprzywilejowania i to właśnie w stosunkach z ZSRR. Ogromne zamówienia otrzymywane przez fińskie zakłady przemysłu stoczniowego, celulozowego i papierniczego, przez fabryki meblowe i włókiennicze, a jednocześnie dostawy radzieckiej ropy naftowej, bawełny, drewna stały się ważnym elementem rozwoju tego kraju. Fiński przykład dobitnie ilustruje umiejętność połączenia polityki narodowej ze sprawami ekonomicznymi, co jest, rzecz jasna, bardzo aktualne również dla nas.
Mówiąc o niezależności ekonomicznej republik należy powiedzieć, że republiki te spotkają się z wielkim deficytem bilansu płatniczego, gdyż przeliczenia będą już w twardej walucie i badania uczonych, ekspertów dowodzą, że na przykład deficyt litewski może wynieść aż 60 proc. globalnego produktu narodowego. W związku z rozmowami o niezawisłości ekonomicznej, powstaje także cały szereg osobnych zagadnień. Omówmy więc chociażby niektóre z nich.
Pierwsza kwestia to ceny. Ceny będą takie, jak na rynku światowym, w mocnej walucie. Jeśli więc republiki nie trafią do jednolitego obszaru ekonomicznego ZSRR, będzie to kosztować Litwę według prowizorycznych obliczeń 2,5 mld rubli.
Druga kwestia – wprowadzenie waluty narodowej. Można wątpić co do tego, że wprowadzenie nowej waluty narodowej stanie się panaceum na wszystkie biedy. Odwrotnie, jeżeli się uczyni to w pośpiechu, bez uzasadnienia, bez uwzględnienia wszystkich pozycji, może to doprowadzić do chaosu finansowego i superinflacji. Waluta narodowa ucierpi szybciej i mocniej niż nawet nasz dzisiejszy zdeprecjonowany rubel. Jedyny ratunek – to od razu uczynić walutę narodową konwertowaną. Ale w dzisiejszych warunkach jest to rzecz raczej nierealna.
Trzecie – powstaje kwestia radzieckich inwestycji przemysłowych. Czy się chcemy z tym zgodzić czy też nie, ale jest to własność ZSRR i wystawiać zamiast tego rachunki strat moralnych jest także sprawą beznadziejną.
Następna kwestia – to sprawa portu. Jest to szczególnie trudny problem. Wystarczy przypomnieć historię, czasy Piotra I, aby uświadomić sobie, co znaczą porty bałtyckie Ryga, Tallin, Kłajpeda dla Rosji. Z drugiej strony czy republiki nadbałtyckie potrafią same skutecznie teraz je wykorzystać, zapewniając taki obrót ładunków, który dałby zysk, nie mówiąc już o technicznym ich wyposażeniu i utrzymaniu.
Jest rzeczą naturalną, że gdy kwestia wystąpienia danych republik z ZSRR będzie rozstrzygana praktycznie, trzeba będzie się rozliczać także z długów państwowych. Wiemy, że zadłużenie zagraniczne i wewnętrzne ZSRR oblicza się na setki miliardów i udział Litwy, według obliczeń ekspertów, wyniesie 9 miliardów rubli.
Niektórzy utrzymują, że oto wtedy zaczniemy żyć samodzielnie, gdy nareszcie wyprowadzi się wojska radzieckie z naszych terytoriów i usuniemy bazy wojskowe. Lecz i tu trzeba uwzględniać, że wspólnota europejska uznaje, iż istnieją interesy strategiczne ZSRR w tym regionie, szczególnie po rozwiązaniu Układu Warszawskiego. Dlatego znowu trzeba szukać kompromisu. Na potwierdzenie mogę przytoczyć taki przykład: dlaczego USA mogą mieć bazy wojskowe na Kubie?
– Bardzo szczegółowo naświetlił pan aspekty ekonomiczne i skutki wystąpienia Litwy z ZSRR. A jak z punktu widzenia prawa międzynarodowego wygląda sytuacja ekonomiczna obywateli, którzy zechcą opuścić Litwę? Podobne apele słyszeliśmy i słyszymy dość często i to z dosyć wysokich trybun.
– Kierując się prawem międzynarodowym – a Litwa przecież zobowiązała się go przestrzegać – należy zapewnić wypłatę kompensaty, tj. wydatków każdemu, który zechce opuścić kraj zamieszkania. Przy tym decyzja o emigracji powinna być podejmowana tylko dobrowolnie. Tutaj nie może być żadnego przymusu. Według posiadanych wstępnych badań, aby tę kompensatę wypłacić, zapewnić człowiekowi na nowym miejscu zamieszkania wszystkie niezbędne warunki, Litwa będzie musiała dopłacić jeszcze około 8 miliardów rubli.
Wielu liczy na kredyty dla tych celów, jednakże jednoznacznie i wyraźnie oświadczono, że kredyty na te cele mogą być przydzielone tylko po tym, gdy istniejące obecnie dyskryminacyjnie ustawy dotyczące mniejszości narodowych zostaną zniesione, a do tej pory ani jednego dolara, ani jednej marki nikt nie da.
I w ogóle w związku z tym mit o pomocy zachodniej trzeba wybić sobie z głowy. Będziemy musieli samodzielnie płacić za tę drogę, kosztowną drogę niezawisłości. Tym bardziej, że stale ostrzega się nas, iż przejście do ekonomiki rynkowej jest procesem bolesnym i społeczeństwo będzie musiało go przejść. Choroba może być przewlekła, bowiem nawet rozwinięte pod względem ekonomicznym państwa szły ku temu przez dziesięciolecia.
– Ostatnio często słyszymy o drodze do Europy. Jak pan widzi tę drogę?
– W związku z tym celowe jest uznać za bezpodstawny i pozbawiony perspektyw powrót do ocen 40 roku, tym bardziej porównanie go z sytuacją w Kuwejcie. Są to rzeczy nie do porównania, mają do siebie tyle, co piernik do wiatraka. Zresztą jeśli będziemy ciągle wracać do przeszłości, wystawiać sobie nawzajem rachunki, zamiast poszukiwania rozwiązań w obecnej sytuacji, trafimy znowu do ślepego zaułka.
Często słyszymy głosy, pełne nadziei, że oto ponoć może rozpaść się Związek Radziecki. Są to naiwne i płonne nadzieje, gdyż cały świat i Europa w szczególności, wszyscy nasi sąsiedzi doskonale rozumieją, co to jest ZSRR.
Jest to mocarstwo jądrowe i jeśli w Związku zaczną się jakieś katastrofy narodowościowe, wojna domowa itd., skutki mogą mocno się dać we znaki całemu regionowi i wspólnota europejska doskonale to rozumie. Być może określone koła rzeczywiście są zainteresowane w osłabieniu ekonomicznym Związku i zachwianiu jego pozycji na arenie światowej. Lecz wspólnota europejska wcale nie życzy sobie jego rozpadu, po którym mogłyby nastąpić nieprzewidziane skutki. Trzeba to także obiektywnie ocenić i nie żywić iluzji.
Rzecz naturalna, że wspólnota europejska zainteresowana jest, aby państwa ze Związku Radzieckiego i inne weszły do Europy. Jednakże droga do Europy nie jest tak łatwa. Dzisiaj nawet Rzeczpospolita Polska, która jest powszechnie uznanym państwem, nie należy do grona członków Rady Europejskiej. Dlatego nie można też liczyć na to, że republiki nadbałtyckie zostaną natychmiast przyjęte do Rady Europejskiej. Jest to nierealne dopóty, dopóki nie uzna ich oficjalnie wspólnota europejska. Inne państwa powinny je uznać jako rzeczywiście osobne, oddzielne państwa. Tym bardziej, że Europa nie może przyjąć drogi albanizacji. Droga albanizacji prowadzi nie do Europy, lecz tylko do impasu. Na konferencji zaznaczono, że dzisiaj Europie nie są potrzebne takie terytoria – podkreślam nie państwa, lecz po prostu terytoria – na których wciąż jeszcze się nie umie rozstrzygać zagadnień stosunków międzynarodowościowych. Najpierw trzeba uregulować wszystkie sprawy, nauczyć się szanować ogólnie uznane prawa człowieka i dopiero wtedy pukać do drzwi europejskich. A więc na razie nie możemy się spodziewać, że na nas tam już czekają.
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Z. Żdanowicz

* * *

Ojczyzna” (Wilno), 6 sierpnia 1991:

„Od naszego głównego korespondenta
Rozbój w biały dzień!
Jestem zwolennikiem wolnej Litwy. No, ale widzę, że z naszej obecnej władzy mamy słabą pociechę. Więcej tam jest partaczy niż poważnych działaczy politycznych. Stąd i bałagan, jaki u nas panuje.
Dla przykładu, zapytuję: dlaczego na rynkach wileńskich nikt nie ochrania ludzi sprzedających? Niedawno na rynku Kalwaryjskim miejscowa mafia zażądała haraczu od południowców, sprzedających swój towar. Była rozróba z wybuchami, strzelaniną, porozrzucano owoce, poaresztowywano ludzi – więcej napadniętych niż napastników. A przecież ci ludzie przebyli tysiące kilometrów, aby przywieźć nam świeże i dorodne owoce.
Ludzie przynoszą na rynek świeże warzywa i owoce, aby je sprzedać. Za zajęte miejsce płacą słone pieniądze do kasy rządowej. Dlaczego więc nie mają zapewnionego spokoju? Nikt ich nie ochrania od złodziejaszków, kanciarzy i natrętów, którzy zabierają po prostu co ich dusza zapragnie, nie płacąc za to. Czy tak to ma wyglądać nasza wolność i sprawiedliwość?
Dzisiaj jest niedziela 21 lipca 1991 roku – godz. 14. Znajduję się na rynku Hala – w pobliżu Ostrej Bramy. Rzezimieszków i różnych szalbierzy pełno tu jak pszczół na miodzie, niektórzy pijani. Podchodzą do straganów, przeszkadzają handlarzom handlować, kupującym – kupować. W pewnym momencie widzę, jak starsza kobieta, sprzedająca ziółka, szarpie się z jednym z takich – schwycił coś i ładuje nachalnie do swej teki. Nie wytrzymałem. Podchodzę do dyrektora Hali, który ma wyraźnie zastraszoną minę. Znam go dobrze, więc pytam:
– Dlaczego nie macie służby ochrony ludzi i ich mienia?
– Niestety, nie mamy. Jest tylko odpowiedni pokój dla niej, ale świeci pustką. I dodaje – Dziś np. odebrano kobiecie koszyk z jagodami. Biedna krzyczała, wzywała ratunku. Nie mogliśmy jej pomóc, bo jak spod ziemi wyrosła zgraja łobuzów, gotowa dźgnąć nożem w bok każdego, który by się odważył jej bronić.
Smutne i bolesne są nasze sprawy. Młodzi chłopcy nie idą do wojska, nigdzie nie pracują, wałęsają się po mieście. Uczepiają przechodniów. Jak długo jeszcze będziemy zmuszeni to znosić? Komu tak na tym zależy, żeby grasowały bezkarnie bandy złodziejaszków i łobuzów?
Przecież dokładnie wszyscy wiemy, panie Landsbergis, że pana i pański parlament ochraniają ludzie, żeby wam tam włos z głowy nie spadł. Niech mi pan powie, a kto będzie ochraniał ludzi na rynkach, na ulicach?
Doprawdy, co dzieje się na tej Litwie? W ciągu dwóch lat nie możecie sprostać zwykłej sprawie – zrobić porządek. Dlaczego?
Rzuca się na komunistów najgorsze klątwy, że byli tacy i owacy. Ale przynajmniej na rynkach panował porządek i spokój. I nie pozwalano skrzywdzić ludzi, sprzedających wilnianom owoce i warzywa.
Kto mnie, zwolennikowi wolnej Litwy, da wyczerpującą odpowiedź na nurtujące mnie pytanie: Czy zawsze już tak u nas będzie?
Jan Kozicz”.

* * *

Bolszewik” (Mińsk), 9 sierpnia 1991 (przedruk w: „Biały Orzeł” (Ware, USA), 6 października 1991:

Znów się straszy „polskim imperializmem”
Ukazujący się w Mińsku (rozpowszechniany także w Wilnie) organ Komunistycznej Partii Białorusi „Bolszewik” (w języku rosyjskim) zamieścił w numerze z 9 sierpnia 1991 roku (10 dni przed partyjno-wojskowym puczem w Moskwie) artykuł niejakiego K. Łowiejki pod tytułem „Ob opasnostii wielikopolskogo szowinizma” („O niebezpieczeństwie szowinizmu wielkopolskiego”). W tekście tym czytamy: „Ze straszną szybkością odradzająca się polska szlachta ma zamiar w zmowie z kapitałem światowym zrealizować dawne marzenie feudalno-burżuazyjnego bękarta („ubludka”), który po swej śmierci zapaskudził swymi cuchnącymi wnętrznościami pół Europy, zaklętego wroga proletariatu i komunizmu – Piłsudskiego. On marzył o Wielkiej Polsce: od Morza Bałtyckiego do Kijowa i dalej. Nie tylko marzył, ale próbował to marzenie urzeczywistnić. Jednak Armia Czerwona porządnie nadawała mu po bokach i przez to zmniejszyła jego apetyt na ziemie rosyjskie. Pamiętając o tym obecni polscy szowiniści zaczęli szykować aneksję ziem rosyjskich z daleka.
Korzystając z zamętu („smutnoje wriemia”) zbierają swą piątą kolumnę po całym Związku Radzieckim i pod przykryciem szyldu – „Polska Radziecka Republika Socjalistyczna” – dążą do utworzenia na terytorium Litwy, Białorusi, Ukrainy przyczółka dla polsko-niemieckiego posuwania się na Wschód do Uralu. Na Litwie procesem tym kieruje Tichonowicz-Ciechanowicz. Jak świadczą materiały archiwalne, prawidłowe jego nazwisko brzmi Ticker. Jego działalność jest ukierunkowana i finansowana przez CIA za pośrednictwem podstawionego milionera w Kanadzie. Zadaniem Tickera jest przekonanie Centralnego kierownictwa w Moskwie o celowości stworzenia tzw. Polskiego Kraju w Litwie, a potem na Białorusi i Ukrainie. W celu podkupienia skorumpowanych pracowników nomenklatury przydzielono mu ogromne sumy waluty.
Dalszym krokiem będzie połączenie tych wszystkich „polskich krajów” w tak zwaną „Polską Socjalistyczną Republikę Radziecką” i ściąganie do niej ze wszystkich krańców Związku Radzieckiego, Polski i krajów zachodnich polskich bojówkarzy. Gdy się zgromadzi dostatecznie dużo sił, zostanie urządzona prawdziwa Noc św. Bartłomieja dla wszystkich, pozostających tu jeszcze przedstawicieli narodowości niepolskich. Ticker przekonany o powodzeniu swego przedsięwzięcia, już teraz nie wstydzi się otwarcie delektować przed publicznością szczegółami tego krwawego scenariusza. Nie potrzebny szyld „Radziecka Socjalistyczna” zostanie odrzucony, a terytorium się przyłączy do burżuazyjnej Polski.
Takie są ich plany. Lecz jestem pewien, iż podobnie jak na początku wieku XVII naród rosyjski bezbłędnie rozpoznał polskiego Łżedmitrija, a z jego szeregów wstali Minin i Pożarskij, którzy uwolnili ziemię ruską od polskiego zła („ot polskoj skwierny”), podobnie jak w XX wieku bolszewicy pod przywództwem czerwonych komisarzy pohamowali zapędy Piłsudskiego, tak też i dziś znajdą się ci, którzy zdemaskują perfidne („wierołomnyje”) plany polskiej burżuazji i zastopują jej agenta Tickera oraz sforę jego pachołków („prichwostniej”).
Niestety, musimy z żalem stwierdzić, że pod rozkładający wpływ („tletwornoje wlijanije”) faszystowskiego najmity Tichonowicza-Ciechanowicza-Tickera trafiła znaczna część polskich komunistów w Litwie. Naocznie to się przejawiło w owych dramatycznych dniach stycznia, gdy zamiast tego, by poprzeć naszą słuszną sprawę („nasze prawoje dzieło”) czterech polskich komunistów w Radzie Najwyższej Litewskiej SRR – z poduszczenia Tickera – położyło swe bilety partyjne i złożyło przysięgę na wierność faszystowskiemu reżimowi Landsbergisa, licząc na to, że ten ostatni pomoże im w okresie późniejszym utworzyć na ziemiach rosyjskich Polską SRR, jako przyczółek (płacdarm) dla natarcia burżuazji. Tak oto oni frymarczą sumieniem komunistycznym. Lecz to nie wszystko. Jest wiele oznak tego, że pozostali w szeregach KPZR polscy komuniści prowadzą podwójną grę. Z tego powodu musimy ich uprzedzić, że wiele już wiemy i że będziemy ich nadal demaskować, i że obłudnicy („dwuruszniki”) nie ujdą gniewowi ludu”.
Ten pełen specyficznej ekspresji tekst jest wymownym świadectwem sytuacji Polaków na kresach niby „rozpadającego” się imperium sowieckiego. Pod akompaniament takich właśnie „hymnów” w niezbyt odległej przeszłości 2 mln Polaków jechało na Syberię, a kolejne 2 mln umierało od kul bolszewickich NKWD-istów. Łatwo się domyślić, co by się stało z tamtejszymi Polakami, gdyby partyjno-wojskowy pucz z 19-21 sierpnia 1991 roku się powiódł. A przecież powtórka z niego wcale nie jest wykluczona... Czy więc podobne teksty nie są ideologicznym przygotowaniem kolejnego etapu ludobójstwa popełnionego na narodzie polskim przez „starszego brata” ze Wschodu?...

* * *

Ojczyzna” (Wilno), 14-20 sierpnia 1991:

„U źródeł powojennej rusyfikacji na Wileńszczyźnie
Nie mogli litewszczyć, więc ruszczyli

Lata 1947-1948 były latami prawdziwej klęski polskości na Litwie, w szczególności na Wileńszczyźnie. Z powodów, których dotychczas nie można zrozumieć, likwidowano wszystko, co było polskie. Chyba jedynym wyjaśnieniem mogłoby być to, że władze, którymi kierowali, warto podkreślić, internacjonaliści, uległy chorobie, którą w swoim czasie Lenin określił jako „chwostizm”, czyli plątali się w ogonie reakcyjnych, zacofanych poglądów mas. Tym razem widocznie chodziło o poglądy nacjonalistycznie usposobionych elementów.
Krótko mówiąc zamyka się jedną po drugiej szkoły polskie lub przekształca się je w litewskie. I tu jest właśnie sedno sprawy. Dzieci polskie, które bezpośrednio po zakończeniu wojny nie miały pojęcia o języku litewskim, dokąd miały się udać? Rzecz normalna, że znalazły się w szkołach rosyjskich, których słowiańszczyzna była im znacznie bliższa niż język litewski. Pozamykano także inne placówki polskości, w tym ukazującą się jeszcze od czasów przedwojennych „Prawdę Wileńską”.
Nic dziwnego, że nastąpiły protesty, ale wszelkie zwracanie się do władz lokalnych czy nawet republikańskich nie odnosiło skutku. Wreszcie wyprowadzone z cierpliwości społeczeństwo polskie wysyła delegację do Moskwy i po dwóch latach przybywa do Wilna z szerokimi pełnomocnictwami od KC KPZR towarzysz Widmont. Symbolizował on prawdziwe odrodzenie polskie. Dawne szkoły polskie odzyskiwały swój język, jak też gazety ukazujące się w rejonach o przeważającej ludności polskiej. Tak więc w rejonie wileńskim – „Szlakiem Lenina”, w rejonie nowowilejskim –„Iskra”, w rejonie trockim „Hasło Trakajskie”, w rejonie podbrodzkim „Pracownik”. Powstały również gazety polskie w rejonach eiszyskim, (solecznickiego nie było wtedy), szyrwinckim. Ukazał się wreszcie w trzech językach obwodowy (na obwód wileński) dziennik wielkoformatowy „Czerwona Gwiazda”, który po skasowaniu w Litwie obwodów ustąpił miejsca republikańskiemu „Czerwonemu Sztandarowi”. Jak grzyby po deszczu rodziły się amatorskie zespoły polskie. To wszystko mieliśmy zawdzięczając inicjatywie i energii wielu działaczy polskich, których niestety nie ma już wśród żywych.
Niestety ów okres rozkwitu kultury polskiej nie trwał zbyt długo. Niektórym kłuło w oczy to, że młodzież polska chodzi do szkół polskich. A teraz ci sami mają czelność mówić, że rusyfikacja szła tutaj od Moskwy, a oni są Bogu ducha winnymi barankami. Na szczęście i to minęło, ale nie wszyscy wyciągnęli właściwe wnioski z zaszłych wydarzeń.
Stanisław Butrym”

* * *

Słowo Powszechne”, 16 sierpnia 1991:

Oburzający napad „Gazety Wyborczej” na Karmel
Dzwonili i dzwonią do nas Czytelnicy oburzeni do żywego napaścią „Gazety Wyborczej” na zakon karmelitów, bo tylko tak można określić publikacje w tym dzienniku z ubiegłego miesiąca. Ponieważ w „GW” nie ukazało się dotąd sprostowanie i przeproszenie za obrazę uczuć ludzi wierzących, a także za działanie na szkodę dobrego imienia tak zasłużonej dla Kościoła, dla naszego kraju i w ogóle światowej kultury instytucji, jaką jest wielka rodzina męskich i żeńskich zakonów karmelickich, wyrażamy niniejszym w imieniu własnym i naszych Czytelników stanowczy protest przeciwko podobnym obyczajom prasowym.
17 lipca br. a więc nazajutrz po święcie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, ukazała się w „GW” krótka informacja o proteście belgijskiej organizacji żydowskiej przeciwko budowie na terenie byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück domu handlowego. Notatkę tę zatytułowano – „Niemiecki Karmel”.
Kilka dni później „GW” (nr 69) podjęła ten temat w obszerniejszej już korespondencji P. Cegielskiego z Berlina pod wielkim tytułem „Niemiecki Karmel – ciąg dalszy”. Przeczytać tam można m.in., że sporny obiekt w Ravensbrülck znajduje się o kilkaset metrów od pomnika ofiar obozu, o tym, że „skandal w Ravensbrück unaocznia rozmiary spustoszenia moralnego, jakie pozostawiło 40 lat komunistycznych rządów we wschodnich Niemczech”, że w miejsce niedoszłego supermarketu proponuje się bibliotekę lub inna instytucję kulturalną. Nigdzie jednakże w tej, jak i w poprzedniej, publikacji nie ma odniesienia wprost do tego, co usprawiedliwiałoby ich tytuły. Ktoś zaglądając do „GW” mógłby myśleć, że chodzi może o klasztor i kościół karmelitanek pw. Śmiertelnego Lęku Chrystusa w Dachau, o polskie siostry z warszawskiego Karmelu wywiezione 5 sierpnia 1944 r. na przymusowe roboty do Neckarlsum koło Heilborn, o więzionych w Dachau i Mauthausen karmelitów polskich z Krakowa i Wadowic, czy może o niemiecką karmelitankę bł. Edytę Stein... Skądże! „Gazeta Wyborcza”, w której nawet dziennikarze parający się problematyką kościelną, nie kryją swego nienawistnego stosunku do Karmelu, pozwalając sobie na tę bezczelną aluzję do sprawy polskiego Karmelu w Oświęcimiu, imienia tego zakonu używa zamienne z pojęciem „spustoszenia moralnego”.                                                                   (sz)

* * *

Ojczyzna” (Wilno), 21 sierpnia 1991:

„Na marginesie oświadczenia w sprawie zagłady Żydów. Bitwa o martwych

Gdyby temat artykułu nie był tak bolesny i tragiczny, zamiast wstępu mógłby służyć Gogol i jego znakomite dzieło „Martwe dusze”. Pamiętacie, jak to zakupywano w imię interesu, prestiżu, ambicji imiona zmarłych wprost u sąsiada chłopów pańszczyźnianych? Byle więcej, byle taniej i żadnych wyrzutów sumienia.
Zastrzegliśmy się na początku – „gdyby temat nie był tak bolesny”. Niestety, w danym przypadku nie do śmiechu. Gogol wprost nie mógł przewidzieć, że w końcu XX wieku po najkrwawszej z wojen rozpalą się znowu namiętności o martwe dusze. Tym razem chodzi o setki tysięcy Żydów zgładzonych w latach okupacji hitlerowskiej przez gestapo i miejscowych nacjonalistów burżuazyjnych, litewskich faszystów, w Ponarach pod Wilnem.
W naszych czasach na łamach różnych pism sajudisowskich i „niezależnych” coraz to nowi „kulturtregerzy” próbują wybielić tych morderców ludności żydowskiej na różne sposoby.
Można polemizować z podobnymi autorami i łatwo obalić ich niecne próby, chodzi jednak o to, że w dużym stopniu odzwierciedlają oficjalną polityka rządu Wagnoriusa i Landsbergisa. Z jednej strony Landsbergis podpisał w imieniu narodu litewskiego dokument w sprawie masowej zagłady Żydów litewskich w okresie okupacji, ujmując, niby w nawiasach, w pół zdania, to, że w tym brali udział również niektórzy miejscowi faszyści.
Jednakże ten sam Landsbergis w licznych wywiadach dla prasy powtarzał tezę, która częściowo ma zmniejszyć ciężar odpowiedzialności narodu litewskiego za to masowe przestępstwo, a raczej ludobójstwo. Chodzi o to, że to jakoby był częściowo akt zemsty za to, że w okresie deportacji Litwinów w r. 1940-1941 w organach NKWD było dużo Żydów i oto w narodzie litewskim powstał obraz Żyda-bolszewika pakującego do wagonów niewinnych obywateli, żeby ich wywieźć na Syberię.
Teza ta jest wprost odrażająca, tym bardziej w ustach głowy państwa, który powinien się liczyć ze słowami. Przecież w ten sposób można również wybielić Hitlera i jego reżim, bowiem wśród niemieckich komunistów w okresie światowego kryzysu gospodarczego lat 30-tych było niemało Żydów. Więc co, za to trzeba było spalić w piecach gazowych i rozstrzelać 6 milionów Żydów europejskich? Do takiej „obrony” nie odważyli się uciec nawet najwięksi zbrodniarze wojenni na procesie w Norymberdze i ich adwokaci.
To jednak, do czego nie domyślił się sam Goebbels, przyszło do głowy Landsbergisowi. Oni nas dręczyli, więc ciemni ludzie postanowili zemścić się. Kłamstwo to jest o tyle perfidne, że brak jest słów, by je obalić. Jeżeli przypuśćmy za czyny oficerów NKWD „mściciele” postanowili zabić w Litwie wszystkich Żydów, to dlaczego mordercy w zielonych mundurach z „pogonią” na czapkach zabijali z nie mniejszym impetem Białorusinów w Mińsku i Grodnie, Polaków w Warszawie podczas powstania, lotników amerykańskich, których specjalnie przywożono do Litwy pod lufy litewskich faszystów, bowiem nawet Niemcy odmawiali rozstrzeliwania takich jeńców?
Dlaczego szły na Ponary transporty z Żydami z Belgii, Francji i innych krajów zachodnich? Czy ich masowy mord też można wytłumaczyć tym, że w tych krajach byli Żydzi w organach NKWD?
A teraz spójrzmy, kto najwięcej ucierpiał od represji NKWD w latach 1940-1941. Opieramy się nie na emocjach lub jakiejkolwiek „zemście”, lecz na obiektywnych danych znanego naukowca W. Ziemskiego, który w czasopiśmie „Socis” („Sociologiczeskije issledowania” (Badania socjologiczne) Nr 6 za rok 1991 opublikował artykuł „GULAG” zaopatrzony w tablicę ułożoną na podstawie archiwów dawnego NKWD.
Oto fragmenty tej tablicy:
„Skład narodowościowy więźniów w radzieckich obozach „GUŁAG” na 1 stycznia 1942 roku: Litwinów – 3.074, Łotyszów – 7.204, Estończyków – 6.581, Polaków – 14.982, Żydów – 23.164. Na 1 stycznia 1943 r. odpowiednio Litwinów – 3.125, Łotyszów – 5.008, Estończyków – 4.556, Polaków – 11.339, Żydów – 20.230.
Czyli Żydów wielokrotnie więcej niż Litwinów deportowano za te dwa lata. Już podczas pierwszej deportacji 14-15 czerwca 1941 r. wywieziono z Litwy 7 tys. Żydów, czyli 3 proc. ludności żydowskiej.
Oto jak wygląda w rzeczywistości „żydowski spisek” NKWD. Jak gdyby nikt dzisiaj nie wie, że w okresie stalinizmu ucierpiały wszystkie bez wyjątku narody i o żadnym jakimś narodowym charakterze funkcjonariuszy NKWD nie mogło być wówczas mowy. Np. w tymże okresie wywieziono do łagrów 1,5 min Rosjan, 300 tyś. Ukraińców, 80 tyś. Białorusinów, 19 tyś. Gruzinów, 20 tyś. Ormian, a Litwinów – najmniej.
Więc skąd raptem ta „zemsta” za kilku pracowników NKWD – Żydów, jeżeli nawet przypuścić, że byli to prawdziwi sadyści i kaci. Zresztą oficerów – Litwinów w organach NKWD również było niemało, więc co – miało powstać uczucie zemsty u Żydów za deportacje ich ziomków na Sybir i jako zemsta niszczenie za to narodu litewskiego?
Tak rozumować mogą tylko idioci lub faszyści.
A jednak teraz, w 1991 roku, teza o „zemście”, wypuszczona z lekkiej ręki, niby niechcący, przez pana Landsbergisa, kwitnie wśród działaczy sajudisowskich, na łamach jej prasy.
Tak np. znana ze swych antysemickich (i antypolskich) wypadów gazeta ideologa nacjonalizmu i oficera KGB p. Czekuolisa „Gimtasis Krasztas”, w swym n-rze 28 za br. podchwyciła niemal w całości artykuł K. Umbrażiunasa pt. „Kto ratował Żydów w Litwie?”, opublikowany w nie mniej nacjonalistycznej gazecie „Wiltis”.
Już sam tytuł tego artykułu woła o pomstę, bowiem musiał brzmieć inaczej: „Kto mordował Żydów w Litwie?”. O tym wie nawet dziecko – mordowali przede wszystkim litewscy faszyści z różnych organizacji, a było ich nie dużo i nie mało, a ponad 100 tysięcy „ochotników”, podczas gdy osoby, które ryzykując życiem ratowały Żydów to pojedyńczy śmiałkowie. Na 300 tyś. rozstrzelanych przypada kilkadziesiąt uratowanych. Chwała im, są to ludzie z dużej litery, o wielkim sercu i odwadze. Ale niestety, nie można tu mówić o jakimś ogólnonarodowym współczuciu. Przeciwnie!
Są znowu wypadki, że ci sami najgorsi zbirowie, czy to w mundurze szaulisów, czy gestapo lub SS ratowali pojedynczych „swoich” Żydów – przyjaciół z dawnych czasów, kochanki, dzieci. Jednak na tym tle nie może być mowy o pomniejszeniu odpowiedzialności za Ponary, Treblinkę lub Majdanek.
A co na to Umbrażiunas?
Wziął na siebie misję nie do pozazdroszczenia: z jednej strony zrzucić całą odpowiedzialność na Niemców, wybielić udział Litwinów i dla jednych i drugich maksymalnie zmniejszyć liczbę ofiar. Według głębokiego przekonania dzisiejszego neofaszysty liczba 70-80 tysięcy zamordowanych brzmi niemal niewinnie, byle obalić liczbę 200 tysięcy ofiar w Ponarach i 300 tyś. w Litwie.
W tym „skrupulatny” badacz martwych „dusz” natknął się na protest przedstawicieli społeczeństwa żydowskiego w Wilnie. Deputowany do parlamentu, przewodniczący komisji spraw zagranicznych E. Zingeris, pisarz G. Kanowicz, b. przewodniczący towarzystwa więźniów getta D. Gelpernas, profesorowie prawnicy J. Bluwsztejn i S. Kuklański, dr prawa S. Alperowicz, profesor A. Bolotin i dziennikarz S. Waintraubas wystosowali Oświadczenie ostro polemizujące z „wnioskami” p. Umbrażiunasa.
„K. Umbrażlunas – piszą autorzy oświadczenia – postanowił po swojemu przepisać krwawe dzieje ludobójstwa Żydów w okresie 1941-1944. Dążąc do wybielenia przeszłości postanowił trzykrotnie zmniejszyć liczbę ofiar ludobójstwa, a także winę morderców, tłumacząc ich czyny jako zemstę za udział Żydów w haniebnych czynach reżimu radzieckiego. Nic go nie obchodzi, ze Jego „odkrycia” są całkowicie niezgodne z dokumentami przytoczonymi podczas procesu w Norymberdze i badaniami Litwinów-emigrantów z Zachodu.
Dla p. Umbrażiunasa głównym dokumentem jest „buchalteria” zabójstw, ułożona zaledwie po upływie 4 miesięcy okupacji przez faszystowską „Einsatzgruppe SA”, jak gdyby tą datą zamykają się dzieje mordowania Żydów w Wilnie. 15 grudnia 1941 r. hitlerowcy wskazywali na liczbę ofiar 135 tysięcy, a do dnia wyzwolenia zabito jeszcze ponad 200 tyś. Żydów w Ponarach.
Jasne więc, ze nie „poczucie zemsty” kierowało rękami ludobójców, lecz mocna nienawiść rasistowska pomnożona przez chęć wzbogacenia się, zawładnięcia skarbem ofiar.
Jeżeli sumienie jest czyste, nie ma potrzeby fałszowania faktów, czyli koncepcje K. Umbrażiunasa skierowane na obalenie nieprzyjemnej dla niego prawdy są nie do przyjęcia.
Ci, którzy rzeczywiście troszczą się o dobre imię swego narodu – piszą na zakończenie swego Oświadczenia przedstawiciele inteligencji żydowskiej w Wilnie – kroczą inną drogą – kategorycznie potępiają ludobójstwo, które niczym nie może być usprawiedliwione”.
Trudno coś dodać do tego Oświadczenia. Wątpliwe jednak, aby podziałało na ludzi typu Umbrażiunasa. Jeżeli sam szef uchwycił wersję o Żydach – pracownikach NKWD, to dlaczego mają się jej wyrzec „badacze”? Czyli bitwa o martwe dusze trwa. Jeżeli tak dalej pójdzie, a naoczni świadkowie umrą naturalną śmiercią (dokumenty można spalić), gdzieś po roku 2020 świat dowie się, że w latach 1941-1944 w Litwie przypadkowo zginęło kilku Żydów, którzy mieli wyrzuty sumienia za stalinowskie represje realizowane przez ich ziomków – enkawudzistów i ze wstydu w lesie Ponarskim palnęli sobie w łeb...
Pozostaje jedyna przeszkoda: co zrobić z Pomnikiem Ponarskim ku czci poległych Żydów wileńskich, który sprowadza do zera całą piramidę kłamstw Umbrażiunasa i kompanii? Chyba trzeba powtórzyć to, co zrobiono z pomnikami radzieckimi, z grobami polskimi na cmentarzu Rossa i innych, z tablicami polskich profesorów Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie.. – napisać, że to byli Litwini.
W czym jak w czym, ale w sztuce niszczenia pomników i przekręcania faktów historii do góry nogami niepodległa Litwa zajęła czołowe miejsce i wyprzedziła nawet hitlerowskie Niemcy oraz próby fałszowania historii przez głównych przestępców wojennych w Norymberdze.
Borys Oszerow”

* * *

„Zbrodnie nieukarane

Nakładem tamtejszego Koła Lwowian ukazała się w Londynie książka Aleksandra Kormana „Nieukarane zbrodnie SS-Galizien z lat 1943-1945” (1990, str. 95). Nieduża objętościowo edycja robi wstrząsające wrażenie już poprzez samo „suche” opisanie potwornych zbrodni, dokonanych przez nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim. W sposób szczegółowy autor przedstawia zagładę z długiego szeregu zaledwie kilku polskich miasteczek i wsi, takich jak Chodaczków Wielki, Huta Pieniacka, Podkamień, Wicyń, Młynów, Palikrowy, Poturzyn, Prehoryłe, Smoligów. Niektóre z tych tragedii co do liczby wymordowanych ludzi są większe od znanych na całym świecie Oradour, Lidice czy Pirczupów (w tej ostatniej miejscowości na Litwie policjanci litewscy spalili w stodole dużą grupę Polaków za to, że nieopodal ich wsi znaleziono poprzedniego dnia dwóch zastrzelonych hitlerowców litewskich), a jednak nikt nic nie wie o tych polskich tragediach.
A. Korman przypomina więc rodakom i Europie fakt nie ukaranego dotychczas ludobójstwa popełnionego na Polakach przez oddziały ukraińskie SS, UPA, OUN, policję itd. Morderstwa u Ukraińców miały znamiona szczególnego okrucieństwa: wydłubywanie oczu, rozsiekanie toporami, rozrywanie końmi, wbijanie gwoździ do czaszek żywych ludzi, zdzieranie skóry, palenie żywcem dzieci i tym podobne bestialskie metody na skalę masową, wyniszczając w sumie ponad 0,5 mln osób tylko na terenie Małopolski Wschodniej (Zachodniej Ukrainy).
Przytoczmy nieduży fragment tekstu A. Kormana w sposób charakterystyczny przedstawiający jedną z ówczesnych tragedii: rzeź 16 kwietnia 1944 roku wsi polskiej Chodaczków Wielki w powiecie tarnopolskim. Autor pisze: „Ukraińscy esesmani woleli mordować bezbronną ludność polską we wsi, aniżeli walczyć z wojskami sowieckimi. Byli nawet do tego specjalnie przygotowani... Rozpętali istne piekło. Nacierali systematycznie na bezbronną, spokojną ludność, ulica za ulicą, podpalając po kolei domy mieszkalne i zagrody, a do wybiegających z płomieni ludzi i ratujących się ucieczką strzelali fosforowymi, zapalającymi pociskami... Starców i dzieci wrzucali w ogień do płonących domów. W ten sposób palono domy wraz z ich mieszkańcami (...) Łączna strata ludności polskiej wyniosła 862 osoby. „Herosi” spod znaku swastyki i trójzęba – ukraińscy esesowcy dowodzeni przez niemieckich oficerów, pozostawili po sobie śmierć, zgliszcza i zniszczenie.
Ocalała polska ludność pogrzebała pomordowanych rodaków na placu przy kościele rzymsko-katolickim w Chodaczkowie Wielkim, we wspólnej mogile szerokości około 2 m, a długości około 30 m. Zwłoki układano warstwami. Na mogile tej wznieśli krzyż (...) W roku 1966 wzniesionego krzyża już nie było, a na jego miejscu znajdował się mały obelisk stożkowy z desek wraz z czerwoną pięcioramienną gwiazdą na jego szczycie, cały pomalowany na czerwono. Jest to charakterystyczny przejaw usuwania i zacierania dowodów zbrodni ukraińskich esesowców przez ich miejscowych kamratów”.
Wściekłość faszystów ukraińskich budziły fakty bardzo ścisłego współdziałania polskiej AK z partyzantką radziecką na tym terenie oraz przechowywanie Żydów przez Polaków. 28 lutego 1944 r. za takie postępowanie starto z oblicza ziemi polską wieś Huta Pieniacka. Oto parę szczegółów: „W nocy z 27 na 28 lutego 1944 r. Franciszkę Michalewską z domu Bernacką, lat 26, zaatakowały bóle porodowe i była przy niej położna-akuszerka. Esesowcy wtargnęli do jej domu, doprowadzili ją do kościoła (dokąd spędzano ludność całej wsi – J. C.), gdzie posadzili ją na stopniu ołtarza, a przy niej położną. Gdy bóle porodowe przybierały na sile, a F. Michalewska bardzo jęczała i zaczęła rodzić, to podszedł do niej esesowiec, wyrwał z niej siłą dziecko, rzucił na posadzkę przed ołtarzem i rozgniótł esesmańskim butem. W obronie chorej wystąpiła obecna przy niej położna. W odpowiedzi obydwie zostały zastrzelone i ukraiński esesowiec zarzucił na nie bieliznę kościelną...”
94-letniemu W. A. Szmigielskiemu za to, że przechowywał w swej chacie ciężko rannego radzieckiego partyzanta, po okrutnym obojga skatowaniu „wykłuli oczy, a język wyciągnęli na zewnątrz i przybili gwoździem do brody... Następnie obu żywcem spalili”...
Takie to były polskie losy na Lwowszczyźnie, Wołyniu, innych południowo-wschodnich terenach kresowych. Oburza więc fakt, że dotychczas nikt narodu polskiego za te zbrodnie nawet nie przeprosił, nie mówiąc o jakimkolwiek odszkodowaniu. Wręcz odwrotnie, korzystając z usług sprzedajnych krakowsko-warszawskich dziennikarzy i pseudopolityków nadal poniża się nasz naród, bije się w jego imieniu w piersi i wyraża skruchę tak, jakby to ofiara była winna zbrodni katowskich.
Ten wątek odpowiedzialności moralno-politycznej w sposób niezwykle udany podejmuje Zdzisław K. Jagodziński, dyrektor Biblioteki Polskiej w Londynie w szkicu socjologicznym, poprzedzającym tekst A. Kormana jako „Słowo wstępne”.
Jan Ciechanowicz.
dr filozofii”

* * *

Czy doczekamy się depeszy gratulacyjnej?

LIST do REDAKCJI
Szanowna redakcjo! Zawsze z niecierpliwością czekam na kolejny numer „Ojczyzny”, bo uważam, że wasza gazeta odzwierciedla rzeczywiste problemy i niepokoje nurtujące nas, prostych ludzi. Ale czytuję również inne wydania i znajduję w nich nieraz obelgi i zniewagi pod waszym adresem. Nie tylko w języku litewskim, ale również w ojczystej naszej polskiej mowie. Że nie powinniśmy zerkać w stronę Moskwy, bo Sowieci są ponoć najgorszymi wrogami Litwinów i Polaków. Że niby to nie mamy innych trosk, jak dopomagać Litwinom w oderwaniu się od ZSRR, a ci nam pięknie za to odwdzięczą się.
A sugerują nam to przeważnie wczorajsi komuniści. Dobrze im się powodziło przed pieriestrojką (tylko spojrzeć na ich mieszkania, auta, dacze!) a i teraz, gdy zmienili skórę, jak te żmije na wiosnę, również mają te same, a może jeszcze większe przywileje. Z tymi to wszystko jest jasne. Ludzie dawno się zorientowali, jaka wróżka i za jakie „zasługi” im wróży. Wiemy dobrze, kto jest kim.
Często gęsto też zaczynają prawić nam morały dziennikarze, czy też inni działacze z Macierzy. Pouczają nas, jak mamy się zachowywać tu, na ojczystej naszej ziemi, jak mamy dogadzać Litwinom. Spoglądają na nas z góry i wmawiają nam, że za dużo sobie pozwalamy, za dużo chcemy, że tak dobrze by się żyło na Litwie, gdybyśmy my, Polacy Wileńszczyzny, nie mącili wody.
Krew nagła mnie zalewa, gdy czytam, co wygaduje taki Bronisław Geremek, albo też wypisuje niejaki Maciej Wojciechowski, i zadaję sobie pytanie – czy nie należałoby napisać: Bronius Geremekas, Motiejus Vajtekauskas? Bo skoro chcą oddać nas na łup litwinizatorom, to niech by wypili z nami razem ten kielich goryczy.
Najgorzej zaś, gdy słyszymy podobne rzeczy od ludzi z Wileńszczyzny rodem, którzy porzucili ziemię, na której się urodzili, a teraz udzielają łaskawie wskazówek nam, którzyśmy przetrwali tutaj rusyfikację, litwinizację, tyle wycierpieli, ale nie rzuciliśmy ziemi, skąd nasz ród. I nie porzucimy jej, i nie oddamy nikomu.
Oto niedawno przewodniczący litewskiego parlamentu ponas Landsbergis wystosował depeszę do przywódcy Chorwacji, pogratulował im, że się ogłosili suwerenni i niezależni od Jugosławii. Przeczytałam i pomyślałam sobie: a dlaczego nie wystosuje takiej depeszy gratulacyjnej do Wileńszczyzny, która jeszcze w maju opracowała dla siebie statut jednostki narodowo-terytorialnej? Może ma taką wadę wzroku, że dostrzega Chorwacie znajdującą się o tysiące mil, lecz nie zauważa u siebie pod samym nosem Wileńszczyzny, której chodzi nie o całkowitą nawet niepodległość, ale jedynie o autonomię narodowo-terytorialną?
Pewna jestem, że pozwala sobie nas nie zauważać dlatego, że brakuje nam, Polakom, zgody, że dzielimy się na grupy, a każda ma własne ambicje, widzi własną „drogę do szczęścia” i niczym ten głuszec na tokowisku własną tylko pieśń słyszy. Zastanówmy się nad tym, zacznijmy działać społem a zgodnie, to może wszyscy razem dopniemy tego, że i Wileńszczyzna zaszczycona zostanie depeszą gratulacyjną uznającą nasz odrębny status. Chcę zakończyć ten list wersetem ogólnie znanym:
Trzeba wiarę miłować i prawdę,
Trzeba wolność ukochać nad życie,
Zwalczać wszelką dokoła nieprawość,
Żyć uczciwie i żyć pracowicie.

Z poważaniem
Maria Brazewicz

* * *

Mimo woli kilka ciekawych spostrzeżeń co do istoty wydarzeń z sierpnia 1991 dostarczyła konsekwentnie antypolska „Gazeta Wyborcza” z 28.08.91 w swych krótkich reportażach z rozwalanego przez masonów i KGB Związku Radzieckiego. Oto parę z nich:

Olena Skwiecińska telefonuje z Rygi
OMON nie da się ogłupić
Najbardziej zapalnym punktem na Łotwie jest ryska baza OMON.
Dziesięć kilometrów na południe od Rygi. Spory, ogrodzony siatką teren. Wejść można tylko od strony szosy – wzdłuż płotu ułożono miny. Dowódcy oddziału nie ma, pojechał do miasta. Strażnik w czarnym berecie i z kałasznikowem przerzuconym przez ramię każe mi czekać na szefa – mjr. Czesława Młynika.
Dopiero po dwóch godzinach szara wołga przywozi komendanta. Wchodzę za ogrodzenie z kolczastego drutu. Po drodze do baraczku dowództwa mijam kilkunastu OMON-owców. To bardzo młodzi chłopcy. Wszyscy uzbrojeni po zęby, od noży po granaty.
Młynik urzęduje w mrocznym, tandetnym pomieszczeniu. Na ścianie czerwona flaga z sierpem i młotem, niżej zdjęcie Lenina.
„W kraju panuje bezprawie – mówi mjr Młynik. – Nie było żadnego puczu. To co oglądaliście – to był dobrze wyreżyserowany spektakl. Ludzie zrozumieją to za dwa, trzy lata”. Kiedy się uśmiecha, na przedzie błyska mu złoty ząb.
„Cały problem polega na tym, że nic nie nauczyliśmy się z historii. Przecież to, co dzieje się teraz, to powtórny 37 rok. Tak rodzi się faszyzm – wykłada major. – Za jakiś czas ta euforia się skończy. Naród obudzi się i odwróci tę pseudodemokrację. To, co stało się w zeszłym tygodniu to nie koniec przeobrażeń, to dopiero początek. Co to za demokracja, kiedy bezprawnie aresztuje się tysiące ludzi. Przeraża mnie to, co się dzieje. – To, że ludzie dali się tak ogłupić”.
Pytam, czy jest gotowy do złożenia broni. „Nie. Oddział musi mieć jakieś gwarancje. Mam nadzieję, że wypracuje je komisja. A gdyby chciano nas rozwiązać przemocą... cóż, na siłę znajdzie się siła”.
Czy czuje się rozczarowany? Nie. Tylko boli go to, że ludziom – jak widać – odpowiada to bezprawie, ta dyktatura. Ale dyktatura nie może trwać długo. Ludzie są oszukani, ale kiedy się zorientują, zrobi się gorąco.
Wychodząc, rozmawiam z kilkoma strażnikami. W możliwość ataku sił łotewskich na bazę nie wierzą. „A zresztą na to ich wojsko dość tupnąć, żeby uciekło. Na Litwie byłoby trudniej. Brałem tam udział w kilku starciach” – mówi jeden z nich.
„Kiedy, w styczniu?” – pytam myśląc o krwawych zajściach pod wileńską wieżą telewizyjną. Nie odpowiada. Brama z napisem „Zatrzymaj się! Strzelają!” zamyka się za mną z cichym zgrzytem.
Jednak w mieście nikt zdaje się nie myśleć poważnie o zagrożeniu ze strony OMON-u, choć parlament i siedziba rządu nadal jest otoczona barykadami i chroniona przez łotewską milicję.

ZSRR
Czystka w mediach
(P) Prezydent Michaił Gorbaczow zdymisjonował w poniedziałek wieczorem Leonida Krawczenkę, dyrektora radzieckiego radia i TV, oraz szefa agencji informacyjnej TASS Lwa Spiridonowa
Jako powód podano „dezinformację ludności ZSRR i światowej opinii publicznej w dniach zamachu stanu”.
Nominację na szefa agencji TASS otrzymał we wtorek Jegor Jakowlew, do tej pory redaktor naczelny jednego z najbardziej zasłużonych dla demokratycznych przemian w ZSRR niezależnego tygodnika „Moskowskije Nowosti”.
Krawczenkę i Spiridonowa już wcześniej odwołał ze stanowisk specjalnym dekretem prezydent Rosji Borys Jelcyn
(Reuter, TASS)


Mołdawia
Krok do Rumunii
(A) We wtorek Mołdawia proklamowała niepodległość. Parlament przyjął deklarację jednomyślnie, jedynie kilku posłów, reprezentujących mniejszości – rosyjską i turecką, które pragną pozostać w granicach ZSRR – było nieobecnych.
„Niech żyje wolność” – skandowało w stolicy republiki Kiszyniowie ponad 100 tys. ludzi, zgromadzonych przed parlamentem. Uczestnicy manifestacji powiewali niebiesko-żółto-czerwonymi flagami narodowymi Mołdawii. Do zgromadzonych przemówił prezydent republiki Mircea Sniegur.
W wywiadzie opublikowanym we wtorek przez francuski „Le Figaro” Sniegur oświadczył, że proklamowanie niepodległości przez Mołdawię, to krok ku zjednoczeniu z Rumunią.
W Mołdawii, liczącej 4,3 mln mieszkańców, 64 proc. to Rumuni. Kilka miesięcy temu reprezentanci mniejszości narodowych – Rosjan i Tatarów Gagauskich, sprzeciwiających się oderwaniu Mołdawii od ZSRR i przyłączeniu jej do Rumunii – proklamowali niezależne republiki – „Republikę Naddnieprzańską” i „Republikę Gagauską”.
(Reuter, TASS)                                                                                         (kk)

Tak rozwiązuje się Związek
Leon Bójko relacjonuje z Moskwy
(W) Na Kremlu w siedzibie Rady Najwyższej zaczęły się manewry polityczne. Obrady prowadzi przewodniczący Rady Związku Iwan Łaptiew. Przewodniczący Rady Najwyższej Andriej Łukjanow jest odsunięty, jego los polityczny wydaje się przesądzony.
Deputowani z reakcyjnej grupy „Sojuz” próbują rozdzielić odpowiedzialność. Płk Ałksnis stawia wniosek, by ci deputowani, którzy wzięli udział w puczu, mogli wystąpić przed Radą Najwyższą. Dopiero potem, po debacie, komisja śledcza miałaby prawo badać przestępstwo przeciw państwu.
Jurij Szczerbak natychmiast replikuje, że przed Radą Najwyższą winni zdać sprawę z działań ci deputowani, którzy jawnie oskarżali od stycznia prezydenta ZSRR o zdradę i nawoływali do jego obalenia. Aż nadto wyraźna aluzja do samego Ałksnisa.
Eksponowany, niewątpliwie wybitny deputowany z „Sojuza” z Estonii, Jewgienij Kogan wyjaśnia spokojnie cele polityczne swojej grupy. „Dobrze znam – mówi – członków puczu. Zwłaszcza dobrze Jazowa i Pugo. Nigdy nie robili niczego bez zgody Gorbaczowa. Będziemy dążyli do wyjaśnienia jego postawy, ma to kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju sytuacji”.
Jeden z deputowanych z najbliższego otoczenia Jelcyna przestrzega, by nie lekceważyć siły reakcji. Został zdjęty tylko wierzchołek góry lodowej. Już po upadku junty 12 marszałków i generałów próbowało – z teczką zawierającą szyfr rakietowy – uciec do sztabu dowodzenia w górach Ałtaju. Zatrzymały ich oddziały wierne Jelcynowi. Niewierne jednak też istnieją.
Ostatecznie radziecki parlament postanawia zwołać na 2 września nadzwyczajny Zjazd Deputowanych Ludowych – najwyższą władzę ustawodawczą w ZSRR. Do jej prerogatyw należy m.in. odwoływanie prezydenta.
Kluczowe jest wystąpienie Gorbaczowa. Mówi spokojnie, często się zastanawia. Nic nowego do oceny sytuacji już nie wnosi. Mówi, że z Krymu wrócił inny człowiek. Nie będzie już niezdecydowania, nie będzie kompromisu. Najważniejsze – co będzie. Gorbaczow wykłada 7-punktowy plan działań na najbliższe dni i tygodnie.
1. Jak najprędzej podpisać nowy układ związkowy z tymi republikami, które tego zechcą.
2. Z republikami, które nie podpiszą umowy związkowej, natychmiast po jej podpisaniu rozpocząć pertraktacje międzypaństwowe o nowym ułożeniu stosunków. Przygotowania do rozmów i samego procesu wyjścia rozpocząć natychmiast. Jest to faktyczne – choć jeszcze nie de jure – uznanie niepodległości tych republik.
3. Natychmiast ustalić zasady kierowania krajem na czas przejściowy, do ustalenia nowej konstytucji. Gorbaczow proponuje powołanie Rady Bezpieczeństwa, w skład której wchodziliby przywódcy republik. Wybrać nowego wiceprezydenta. Do organów kierowniczych powołać takich ludzi, jak Jakowlew, Bakatin, Sobczak, Riewienko.
4. Rozstrzygnąć, kto powinien kierować Radą Najwyższą. Również Gorbaczow wydaje wyrok śmierci politycznej na Łukianowa.
5. W sprawach gospodarczych – należy zerwać z taktyką stopniowego przechodzenia do gospodarki rynkowej, wszyscy winni otrzymać pełną swobodę gospodarczą. Ciężar sterowania gospodarką przekazać republikom. Ziemię natychmiast przekazać każdemu, kto zechce na niej gospodarować.
6. Nadzieja na pomoc Zachodu, który jest już przekonany, że Związek Radziecki nieodwracalnie wchodzi na drogę reform we wszystkich dziedzinach.
7. Natychmiast po podpisaniu umowy związkowej rozpocząć wybory do organów kierowniczych Związku, z wyborami prezydenta włącznie.
Gorbaczow rezygnuje ze wszystkiego, czego do niedawna jeszcze bronił najróżniejszymi sposobami. Również poprzez własną, osobistą politykę personalną. Ale w istocie jest to ucieczka z pozycji, które już zostały stracone. Jego osobista pozycja jest bardzo słaba i choć zostało wielu zwolenników wykorzystania jego talentu i doświadczenia politycznego, los prezydenta wydaje się przesądzony.
Gorbaczow może jeszcze tylko dokonać ostatecznego demontażu komunizmu na terenie obecnego Związku Radzieckiego, oczyścić skompromitowane struktury państwowe i przeprowadzić państwo przez najtrudniejszy i ciągle niebezpieczny okres przejściowy. Jeśli to mu się uda, będzie mógł honorowo odejść na polityczną emeryturę.
Tymczasem rozpada się samo państwo. Nie ma w Moskwie wątpliwości, że republiki bałtyckie są wolne. Wolna będzie Ukraina w każdej chwili, kiedy tego zechce.
Zamachowcy ostatecznie i skutecznie rozwiązali Związek Radziecki. Tylko jedno może jeszcze odwrócić historię – akt szaleństwa.


Konfederacja, związek, wspólny rynek czy nic
Co dalej z ZSRR?
Wielu wpływowych polityków radzieckich opowiada się za przekształceniem dotychczasowego związku socjalistycznych republik w konfederację niezawisłych państw.
Propozycję tę zgłosił na poniedziałkowej sesji radzieckiego parlamentu prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew. Uznał on, że dotychczasowy federacyjny projekt nowego układu związkowego w obecnej chwili nie ma szans. Wypracowany w lipcu i sierpniu w Nowo-Ogariewie układ został zaakceptowany przez przywódców dziewięciu z 15 republik. W przeddzień podpisania go w Moskwie nastąpił nieudany zamach stanu, a raczej bufonada imitująca taki zamach.
Nazarbajewa poparła we wtorek przewodnicząca parlamentu Azerbejdżanu Elmira Kafarowa. Prezydent Kyrgystanu Askar Akajew opowiedział się za nowym związkiem tych republik, które zechcą się do niego przyłączyć.
Prezydent Armenii w ogóle nie chciał przemawiać na sesji Rady Najwyższej, ponieważ – jak stwierdził – „centrum już jest martwe”, a oprócz republik nadbałtyckich także Ukraina, Białoruś i Mołdawia proklamowały ostatnio niepodległość (a nie jak dotychczas suwerenność w składzie ZSRR).
Perspektywa powstania konfederacji rodzi jednak poważne problemy – np. kto będzie dysponował arsenałem nuklearnym czy rozstrzygał spory graniczne między republikami.
We wtorek rano Michaił Gorbaczow osiągnął porozumienie z przywódcami Federacji Rosyjskiej, Kazachstanu i Kyrgystanu w kwestii układu gospodarczego, tworzącego swego rodzaju „wspólny rynek”, otwarty dla wszystkich republik, które przystąpią do federacji, konfederacji lub też nie zechcą tego zrobić.
Deputowany z Estonii, przemawiając na wtorkowym posiedzeniu radzieckiego parlamentu, przypomniał, że Estonia nigdy nie zamierzała zerwać więzi gospodarczych z ZSRR i nadal tego nie planuje, a deputowany z Armenii nawoływał do utworzenia wspólnoty ekonomicznej wszystkich niepodległych republik.
(TASS, Reuter)

* * *

Odgórny demontaż ZSRR przez Jelcyna w sierpniu 1991 został poddany bardzo wnikliwej analizie przez dwa znakomite pióra na łamach „Horyzontów” (Stevens Piont), 7 i 14 września 1991:

„Rosja
Cz. I
Zdzisław M. Rurarz

Znane wydarzenia sierpniowe w ZSRR będą jeszcze długo roztrząsane co do ich prawdziwego tła, gdyż wszystko, co wiemy na ten temat, jest tylko wstępem do sedna sprawy, której pełnego sensu może nigdy nie poznamy.
W każdym razie, w dniu 24 sierpnia br., tj. w momencie pisania niniejszych słów, stała się rzecz niesłychana – Gorbaczow zrezygnował z funkcji Sekretarza Generalnego partii komunistycznej i zapowiedział rozwiązanie jej Komitetu Centralnego.
A więc, niemal w 74 lata po objęciu w Rosji władzy przez partię komunistyczną, albo bolszewicką, jeśli ktoś woli, władza ta przestaje formalnie istnieć. Wydarzenie to, zupełnie niewyobrażalne jeszcze kilka dni wcześniej, jest istotnie wydarzeniem bodajże najważniejszym w świecie od momentu przejęcia władzy przez bolszewików w Rosji w listopadzie 1917 r.
A propos, samo przejęcie władzy przez bolszewików w Rosji, wbrew ogólnemu przekonaniu, wcale nie jest takie jasne, jeśli chodzi o kulisy tego wydarzenia. Ogólnie wiadomo bowiem, że poważną rolę odegrał tutaj wywiad niemiecki, ale dokumenty źródłowe na ten temat są skąpe i nie zawsze wiarygodne. Trzeba bowiem pamiętać, że Niemcy po kapitulacji w listopadzie 1918 r. nie były nigdy okupowane i nikt z zewnątrz nie miał dostępu do ich tajnych archiwów. Wiadomo jednakże, że po przegranej wojnie Niemcy zniszczyły najważniejsze dokumenty, przede wszystkim dotyczące działalności ich wywiadu. W rezultacie tego powstała wielka luka w naszej wiedzy na omawiany temat, choć nie ma wątpliwości, że Niemcy działając także poprzez swój wywiad, od lat starały się osłabić Rosję, podsycając m.in. działalność bolszewicką.
Co więcej, do rewolucji bolszewickiej, albo raczej bolszewickiego zamachu stanu, przyczyniła wręcz się w stopniu decydującym rosyjska tajna policja polityczna, Ochrana, o czym wie się bardzo mało, gdyż bolszewicy, natychmiast po przejęciu władzy, zniszczyli jej archiwa.
Tak więc, do dziś nie bardzo są znane kulisy przejęcia władzy przez bolszewików w Rosji, a zwłaszcza niemal nic nie wiadomo na temat współpracy w tej dziedzinie między Ochraną a wywiadem niemieckim, choć czegoś takiego nie można wykluczyć.
Skoro mowa na ten temat, to powstaje pytanie – dlaczego Ochrana miała być zainteresowana w popieraniu bolszewików? Co innego Niemcy, ale Ochrana?
Odpowiedź na to pytanie jest trudna, gdyż brakuje tu źródłowych dokumentów, ale z tego co wiadomo, Ochrana wiedziała dobrze co robi. Będąc państwem w państwie, tj. działając często poza plecami cara, Ochrana widziała w ruchu socjal-demokratycznym, z którego wyłonił się bolszewizm, albo raczej został on przez nią stworzony – zbawienie Rosji... Ruch socjal-demokratyczny, zainicjowany w Europie Zachodniej, a zwłaszcza w Niemczech, był oceniany przez Ochranę jako w ogóle pożyteczny dla kraju, zwłaszcza takiego jak Rosja.
Ruch ten, daleki od terroryzmu, który był głównym zmartwieniem Ochrany, a także daleki od ruchu liberalno-masońskiego, również spędzającego sen z oczu Ochrany, zasługiwał w jej mniemaniu na poparcie. Problem polegał tylko na tym, że ruch socjal-demokratyczny, podobnie jak inne ówczesne ruchy rewolucyjne w Rosji, był w decydującym stopniu kontrolowany przez Żydów, w sposób mało dziś znany. Wiadomo tylko tyle, choć dowody na ten temat są głównie poszlakowe, że to właśnie Ochrana doprowadziła do rozbicia rosyjskiego ruchu socjal-demokratycznego w 1903 r. na „bolszewizm” i „mieńszewizm”, gdyż istniała możliwość, że ruch ten zostanie przejęty przez Żyda, Julija Martowa-Cederbauma. Lenin zaś był tylko częściowo Żydem z pochodzenia, ze strony pół-Żydówki matki, co było i tak lepiej, niż w przypadku Martowa.
Jak doszło do wzięcia władzy przez bolszewików w dniach 21-25 października 1917 r., według starego kalendarza, niby wiadomo wiele, ale ciągle za mało, żeby wysnuć ostateczne wnioski. Nawet tak znamienite dzieło historyczne na ten temat, jak praca Siergieja Mielgunowa pt. „Kak Bolszewiki zachwatili włast”, czyli „Jak Bolszewicy zdobyli władzę”, rosyjskiego historyka z czasów przedbolszewickich, żyjącego potem na Zachodzie, nie daje pełnej odpowiedzi na to pytanie, choć bieg wydarzeń jest w niej przedstawiony niemal z minuty na minutę. Wiadomo tylko tyle, że Rosja, po obaleniu caratu chwiała się i groziła rozpadem. USA, mimo formalnego wypowiedzenia wojny Niemcom, były jeszcze dalekie od pełnego zaangażowania się w sprawę ich pokonania, co stało się dopiero po wyjściu Rosji bolszewickiej z wojny. Przeciąganie się zaś wojny groziło krajowi katastrofą, której Ochrana się bała. Rosja Rządu Tymczasowego zaś, dzieląca de facto władzę ze spontanicznie powstającymi Sowietami, była z kolei niezdolna do zachowania jedności kraju. Taką jedność, choć pod dość zwodniczymi hasłami, gwarantowali jedynie bolszewicy. I właśnie dlatego bolszewików doprowadzono do władzy. Ochrana miała więc w tym swój interes, jak miały go i Niemcy, gdyż bolszewicy gwarantowali wyprowadzenie Rosji z wojny. Na ile Ochrana współpracowała w tej dziedzinie z Niemcami – nie wiadomo do dnia dzisiejszego. Wiadomo jednakże, że w łonie Ochrany, jak w ogóle w Rosji, nawet w czasie trwania wojny, sympatie proniemieckie były bardzo silne.
W każdym razie, bolszewicy, na ile było to możliwe, utrzymali jedność Rosji i nawet próbowali, pod hasłami rewolucji komunistycznej, zdobyć więcej, ale to im się nie udało, m.in. także dzięki zdecydowanej postawie Polski.
Rosja jako taka ostała się więc i nie było ważne, że była to Rosja bolszewicka, która w grudniu 1922 r. została przemianowana na ZSRR. Rosja w końcu pozostała, a potem w latach 1939-1940 i 1944-1945, poszerzyła swoje granice, a nawet zdominowała szereg innych krajów, o czym Rosja carska, czy Rządu Tymczasowego, nie mogła nawet marzyć.
Ten fakt, mało wówczas rozumiany w świecie, zwłaszcza na Zachodzie, był doskonale rozumiany przez część rosyjskiej emigracji politycznej, głównie tzw. smieno-wiechowców, z Nikołajem Ustiałowem na czele. Dla tych Rosjan najważniejsze było, że Rosja, aczkolwiek początkowo terytorialnie okrojona, w końcu przetrwała i nie było już to takie ważne, że zwała się inaczej i przyjęła system, którego z zasady nie popierali.
Co więcej, w czasie wojny polsko-bolszewickiej wielu wybitnych Rosjan, którzy nie wyemigrowali, jak choćby słynny gen. Aleksjej Brusiłow, stanęło czynnie do walki w obronie Rosji bolszewickiej. A zresztą, o czym nie zawsze się pamięta, w szeregach Armii Czerwonej więcej było b. carskich oficerów, niż w białogwardyjskich armiach. Ba, w szeregach Czeki było też wielu dawnych „ochranników”...
Ale na tym nie koniec. W walkę o jedność Rosji zaangażowali się przede wszystkim nie-Rosjanie. Lenin, w połowie Azjata i częściowo Żyd, Żyd Lew, czy raczej Lejb, Bronsztejn-Trocki, Polak Feliks Dzierżyński, Gruzin Józef Dżugaszwili-Stalin, a także liczni Łotysze, których Korpus Strzelecki w ogóle uratował władzę bolszewicką od klęski w sierpniu 1918 r., Chińczycy, Ormianie i wielu innych nie-Rosjan – walczyli o jedność imperium rosyjskiego.
W ostatecznym rachunku jednak, sami Rosjanie poparli bolszewizm, a konkretnie poparło go rosyjskie chłopstwo, które dało się załapać na lep jego chwytliwych haseł (zresztą zapożyczonych od eserowców). Prawda, sam przewrót bolszewicki nigdy nie miałby prawdopodobnie miejsca, gdyby do partii Lenina nie napłynęli po rewolucji marcowej masowo Żydzi, zarówno z szeregów mieńszewickich, jak to miało miejsce z Trockim, który w przewrocie odegrał decydującą rolę, a także z socjalistycznego Bundu.
Bolszewicki przewrót jednakże był tylko początkiem drogi i bolszewicy nie utrzymaliby się u władzy, gdyby nie wspomniane poparcie mas chłopstwa rosyjskiego, wówczas 85 procent narodu. Masy te, poprowadzone przez politycznych komisarzy bolszewickich, a także przez b. oficerów carskich, pokonały obce i rodzime siły antybolszewickie. Rosji, nie tak jak większości krajów Europy Wschodniej po latach, komunizmu nie przyniesiono z zewnątrz na bagnetach. Ona go sobie sama zafundowała i to za cenę milionowych ofiar. Historycy ocenią może kiedyś wymowę tego faktu. Osobiście nie wiem, czy Rosjanie lepiej wyszli na tym, że utrzymali jedność kraju, godząc się na bolszewizm, czy też wyszliby lepiej na tym, gdyby ich imperium rozpadło się w latach 1917-1918, ale w zamian za to uniknęliby bolszewizmu. Jeszcze za wcześnie na odpowiedź na to pytanie.
W każdym razie Rosja, jako ZSRR, przetrwała próbę pierwszego rozpadu imperium. Co więcej, rewolucja bolszewicka autentycznie wstrząsnęła światem. Jej odpryskiem był faszyzm we Włoszech, nazizm w Niemczech, a nawet militaryzm japoński (oficerowie japońscy mawiali, że są „duchowymi komunistami”). W dalszej konsekwencji rezultatem tego wszystkiego była II wojna światowa i znane zmiany nią spowodowane, a następnie stanie się przez ZSRR nuklearną i w ogóle wojskową superpotęgą. Co się tyczy tej właśnie sprawy, to na jej finał należy jeszcze poczekać, choć obawiam się, że to właśnie ona może być najbardziej potężnym echem tamtych wydarzeń z listopada 1917 r. ...

Przechodząc teraz do wydarzeń ostatnich dni, a do momentu ukazania się niniejszego artykułu wydarzeń tych może być jeszcze więcej, trudno się na razie połapać w masie faktów, z których wiele ma zresztą pozorowany charakter.
Mimo wszystko, wygląda na to, że jesteśmy świadkami śmierci ZSRR oraz odrodzenia się Rosji, wydarzeń nie przewidywanych przez nikogo.
Przeciwnie, jeszcze w dniu 19 sierpnia wyglądało na to, że ZSRR może powrócić na swój stary kurs. Co więcej, w morzu wydarzeń przeoczono i taki istotny fakt, że dosłownie kilka dni wcześniej przebywał w Moskwie chiński szef Sztabu Generalnego, gen Chi Haotian, którego wizyta mogła mieć jakiś związek z omawianymi wydarzeniami. Wiadomo bowiem było już wcześniej, że stosunki ZSRR-Chiny stały się ostatnio nie tylko wręcz sojusznicze, ale ponadto przywódca chiński, Deng Xiaoping, otwarcie nawoływał niedawno do zjednoczenia sił komunistycznych w świecie w obliczu narastającego „niebezpieczeństwa imperialistycznego”, co w szeregach sowieckiego aktywu partyjnego znalazło przychylny oddźwięk.
Ale nawet nie to jest najważniejsze. Ważniejszy jest inny fakt, którego zrozumienie jest utrudnione ze względu na brak źródłowej informacji co do jego prawdziwego tła, zaś sama obserwacja, nie zawsze pełna, tylko zewnętrznych jego objawów, nie daje odpowiedzi na dręczące pytania.
Otóż faktem tym jest niewątpliwy udział sowieckiej partii komunistycznej, a nade wszystko samego Gorbaczowa w omawianych wydarzeniach.
Prawdę mówiąc, nigdy nie mogłem zrozumieć sensu jego „pierestrojki”, „głasnosti”, „nowego myślenia” i „demokratyzacji”. Jego własne wypowiedzi na ten temat, podobnie jak inne oficjalne sowieckie dokumenty, nie były pomocne w połapaniu się w czym rzecz. To, że ZSRR, podobnie jak cały świat komunistyczny i marksizm-leninizm, znalazły się w kryzysie – było oczywiste już od lat. Jednakże walka z tym kryzysem, przy pomocy wspomnianych instrumentów, była więcej niż dziwna. Gorbaczow, takie można było odnieść wrażenie, nie był ich wynalazcą. Dość nieprzekonywująco mówiono o tym, że wynalazcą tym było KGB, albo nawet Sztab Generalny. Niestety, potwierdzenia tych pogłosek nie można było nigdzie znaleźć. Natomiast można było znaleźć jednego z wynalazców, może nawet głównego wynalazcę, Aleksandra Nikolajewicza Jakowlewa, b. członka Biura Politycznego partii, a do końca lipca br. jednego z najbliższych doradców Gorbaczowa. Jakowlew, zapewne związany z jednym z dwóch wywiadów sowieckich, gdyż inaczej nie byłby ambasadorem przez dziesięć lat w Kanadzie, mówił jednak mało na temat swojego wynalazku, aż do 15 sierpnia br., kiedy to stał się bardziej szczery i naopowiadał wiele w wywiadzie dla Washington Post. W dzień później wystąpił nawet z partii, na łamach Izwiestii ostrzegł o nadchodzącym „zamachu stanu”, a w czasie jego trwania odegrał jakąś bardzo dziwną rolę. Ten chłopski syn, ciężko ranny w wieku osiemnastu lat jako piechur morski w obronie Leningradu, był zawsze ideowym komunistą oraz niewątpliwym erudytą. W miarę jednak upływu czasu, a zwłaszcza po zetknięciu się z Zachodem, zaczął rewidować swoje ortodoksyjne poglądy na marksizm-leninizm, choć jego „antyzachodniość” nawet wzrastała przy tej okazji. W 1983 roku gościł u siebie w Kanadzie przez wiele dni Gorbaczowa, którego zapalił do swoich pomysłów. Gorbaczow, po dojściu do władzy, ściągnął do Moskwy Jakowlewa, który wkrótce namówił go do „głasnosti”, „pierestrojki” i innych wspomnianych powyżej instrumentów nowej polityki, zapewne przy błogosławieństwie obu wywiadów.
Jakowlew nie powiedział wszystkiego Washington Post, ale to co powiedział, uzupełniając zresztą swoje wypowiedzi w dniu 23 sierpnia w wywiadzie dla stacji ABC a raczej mało mówiąc, a za to stosując odpowiednią mimikę, wprawia uważnego obserwatora w zadumę. Jakowlew, który na parę minut przed „zamachem stanu” ostrzegał o czymś podobnym, dał niedwuznacznie do zrozumienia, że znane dziś wydarzenia nie były dziełem przypadku, Może nie wszystko poszło tak jak planowano, ale same wydarzenia były logiczną kontynuacją jakiejś dalekosiężnej strategii, której autorami były, podobnie jak w czasach przedbolszewickich, tajne służby. Różnica może jest tylko taka, że tym razem czynnik zewnętrzny, jak to było ongiś z niemieckim wywiadem, nie odgrywał już roli, podobnie jak żadnej roli nie odgrywali tu nie-Rosjanie (jedynym wyjątkiem mógł tutaj być zrusyfikowany Łotysz, Borys Pugo, minister spraw wewnętrznych, ale ten zastrzelił się, czy może go zastrzelono).
Ale o jakiej „dalekosiężnej strategii” tu mowa?
Moim zdaniem, chodzi tutaj o ratowanie Rosji, która, przy okazji popadnięcia w kryzys ZSRR oraz marksizmu-leninizmu, jej dotychczasowych podstaw egzystencji, stanęła w obliczu przysłowiowego „być albo nie być”.
Rosja, z czego doskonale zdawał sobie sprawę Jakowlew i służby tajne, nie była już w stanie zapobiec uciekaniu spod nóg owych podstaw przy pomocy dotychczasowych środków zaradczych. Wyjściem z sytuacji mogła być awantura nuklearna, ale ta jest ostatecznością i zresztą nie jest jeszcze za późno na nią...
Krótko mówiąc, trzeba było jakiejś culbertsonowskiej zagrywki, żeby radykalnie zmienić beznadziejną sytuację Rosji. Rosja bowiem była zawsze, zupełnie słusznie zresztą, utożsamiana z „konserwą” ZSRR. To ona zatrzymała na siłę inne narody w ramach swojego imperium i jako wiązadła używała do tego marksizmu-leninizmu. Fakt ten nie przysparzał Rosji uznania wśród nierosyjskich narodów ZSRR oraz wywołał nieprzyjazne wobec niej reakcje w świecie.
I tą właśnie sytuację postanowiono zmienić przy pomocy zaskoczenia i „zamachu stanu”. Na ile brał w tym udział sam Gorbaczow, Jelcyn i inni – nie dowiemy się może nigdy. W każdym razie, gdy Ted Koppel z ABC pytał Jakowlewa o rolę Jelcyna w omawianych wydarzeniach, to spotkała go długa cisza ze strony Jakowlewa, a potem jakiś niezbyt jasny komentarz. Sam Jakowlew zresztą, wtedy już nie doradca Gorbaczowa i nawet nie członek partii, siedział w czasie wydarzeń w jakimś nieokreślonym biurze, nie był przez nikogo niepokojony, a z pistoletem nie rozstawał się ani na chwilę...
Co do Jelcyna, to dziś już wiadomo, że był w czasie swojego „oblężenia” w licznym towarzystwie „oficerów wywiadu”, choć nie jest pewne czy tego wojskowego, czy tego od KGB, którzy byli w ciągłym kontakcie z oddziałami trzech dywizji, które weszły do Moskwy. To chyba owi oficerowie „dogadali się” z trzydziestką czołgów, które otoczyły potem pierścieniem obronnym „biały dom” Jelcyna, choć jednakże czołgi te nie miały ostrej amunicji, tak na wszelki wypadek...
Bardzo ważną rolę w „rewolcie” Jelcyna odegrał też jego wiceprezydent, Aleksander Władimirowicz Ruckoj. Otóż pułkownik ten, awansowany teraz do stopnia generalskiego przez Gorbaczowa, bohater ZSRR za swój udział w wojnie afgańskiej, był duszą obrony „oblężonego” Jelcyna. To on też poleciał na Krym „odbijać” Gorbaczowa i to on przywiózł go „rosyjskim”, a nie „prezydenckim” samolotem do Moskwy.
Ruckoj, którzego wyrzucono z partii dopiero 7 sierpnia, z powodu niby nie płacenia składek przez siedem miesięcy i nie przychodzenia na zebrania partyjne, przedstawił jednak pisemne oświadczenie swojej organizacji partyjnej w Siłach Powietrznych ZSRR, gdzie napisał, jak to podała „Sowieckaja Rossija” z 9 sierpnia, że chce być nadal zarejestrowanym członkiem partii, że „nie zamierza jej opuścić”, „wierzy w ideały komunistyczne” i że „jego ojciec i dziadek byli też komunistami”.
No cóż, teraz już „bezpartyjny” gen. A. W. Ruckoj, obok „bezpartyjnego” od ub. roku Jelcyna, nie mówiąc już o innych, wzięli się za „dekomunizację” Rosji... To nic, że obalono pomnik Dzierżyńskiego przed kwaterą KGB. To nic, że nie ma już „Prawdy” i wielu pism partyjnych, a sama partia też chyba już przestała istnieć.
Ważne jest co innego. W ciągu słynnych już „trzech dni”, ZSRR, czy tam Rosja, dokonały historycznego zakrętu. Światu najpierw zagrożono powrotem ZSRR na stary kurs, choć powrót ten, czyli „zamach stanu”, przeprowadzono tak nieudolnie, że nawet kraj afrykański, bo nie mówiąc już o latynoskim, spaliłby się ze wstydu z tego powodu. A potem raptem dokonano zwrotu i Rosja, właśnie ona, wraz z Jelcynem i innymi, stała się bohaterem dnia...
W ten sposób zbladły wszystkie zachodnio-europejskie „rewolucje”, a także „ruchy niepodległościowe” innych republik sowieckich, bo wszystko zostało teraz przyćmione przez „demokratyczna Rosję”, która nawet ma już swoich trzech męczenników... Co najważniejsze, Jelcyn podzielił się już władzą z Gorbaczowem, a zapewne wkrótce już tylko on pozostanie na placu boju, choć może też nie na długo... W każdym razie, co jest może najważniejsze, Jelcyn ma już także szyfry niezbędne do sięgnięcia do rakiet z głowicami termojądrowymi...
A propos, w czasie omawianych wydarzeń „trzech dni”, najważniejszym według mnie wydarzeniem było podanie wiadomości, że w czasie „internowania” Gorbaczowa na Krymie odebrano mu teczkę ze wspomnianymi szyframi.
Jest to rewelacja absolutnie zdumiewająca. Po pierwsze, czegoś takiego można było w ogóle nie wspominać i nikt by o tym nie wiedział. Po drugie, nie było żadnego sensu szyfry odbierać Gorbaczowowi, bo identyczne znajdują się, o ile wiem, przynajmniej w trzech innych miejscach.
Dlaczego więc o tym fakcie wspomniano? Moim zdaniem, chodziło tu o zastraszenie świata, Zachodu zwłaszcza, perspektywą jakiegoś nowego chaosu, którego rezultatem może być atak nuklearny w wykonaniu jakichś desperatów...
Prawdę mówiąc, od lat już czegoś takiego się spodziewałem i teraz wygląda na to, że staje się to możliwe. Gorbaczow, który przyjechał do Londynu bez konkretnych próśb o pomoc, a nikt też mu nic nie proponował, może wkrótce odejdzie. Ale jak odmówić teraz pomocy Jelcynowi, czy jeszcze komuś innemu, który pod swoją pieczą ma szyfry nuklearne, opowiada się za demokracją, szczyci się obaleniem komunizmu oraz „rozwiązaniem” ZSRR?
Przecież takim trzeba pomóc! Ba, może trzeba nawet namówić Bałtów, Ukraińców i innych, żeby nie zrywali z „demokratyczną” Rosją!
Jeśli tak, to ci Rosjanie, którzy coś takiego wydumali, a jak zwykle nieświadoma niczego ulica, tym razem moskiewska, poparła ich w sposób autentycznie zaangażowany i to na oczach całego świata (tak, tak, nikt jakoś nie próbował w tym przeszkadzać...) są autentycznymi geniuszami i nie jest ważne, że spadną przy tej okazji jakieś pomniki z cokołów, że ktoś może nawet straci głowę, bo w końcu liczy się przecież przyszłość Rosji...
Przyszłość ta, ciągle jeszcze bardzo mglista, przynajmniej od jednej strony wygląda teraz lepiej, niż jeszcze było to do niedawna. Otworzyły się bowiem realne szanse masowej pomocy z Zachodu dla „nowej Rosji”, gdyż alternatywą jest tu stoczenie się jej do czegoś jeszcze gorszego od bolszewizmu, albo sięgnięcie przez nią do rakiet...
Śmierć ZSRR i odrodzenie się Rosji, kryją w sobie wiele niewiadomych. Co z tych faktów wynika dla nas, Polaków, nie jest jeszcze wcale takie pewne. Ale o tym w następnym odcinku...

Rozwój wydarzeń w ZSRR, albo już b. ZSRR, jest tak szybki, że wszystko co się mówi i pisze na ten temat staje się przestarzałe już niemal w godzinę później.
W każdym razie, w dniu 29 sierpnia br., stała się rzecz niesłychana. Otóż Rada Najwyższa ZSRR, która w ponad czterech piątych składa się z członków partii komunistycznej, podjęła uchwałę o zawieszeniu jej działalności!
Ba, Rada sama się właściwie rozwiązała i dalszy jej los uzależniony jest od decyzji Kongresu Deputatów Ludowych, którego jest ona prezydium i stałym organem. Zresztą, również i sam Kongres też zapewne zawiesi swoją działalność i rozpisze nowe wybory.
Tak więc, jesteśmy świadkami wręcz niewyobrażalnego jeszcze parę tygodni temu wydarzenia – ginie ZSRR i jego partia komunistyczna... Co zajmie ich miejsce – jeszcze nie jest pewne. Próby zachowania jakiejś jedności kraju już zostały podjęte przez Rosję i Ukrainę a nawet Kazachstan. W chwili pisania niniejszego, tj. 30 sierpnia b.r., z Moskwy doszły głosy, że do Rygi udał się Borys Jelcyn z jakąś tajną misją próbującą zatrzymać proces odrywania się jej od dotychczasowego ZSRR. Są też inne wieści na temat prób reinkarnacji samego ZSRR i partii komunistycznej, choć nie bardzo wiadomo, co się naprawdę dzieje w tej dziedzinie.
Co do końca partii komunistycznej i socjalizmu w ZSRR, to od lat byłem przekonany, że jeśli do tego dojdzie w ogóle, to grabarzami obu będą sami komuniści, zarówno ci znajdujący się w szeregach partii, jak również ci, którzy ją opuścili.
Niemniej jednak, tempo likwidowania partii komunistycznej i samego ZSRR, jest tak szybkie, że aż nie pozwala na śledzenie związanych z tym wydarzeń, które zresztą wydają się mocno podejrzane. Nie ulega bowiem wątpliwości, że omawiane wydarzenia noszą wyraźne piętno „rewolucji odgórnej”, która może co prawda nie idzie zupełnie według planu, ale niemniej jednak idzie i to w coraz szybszym tempie.
W tym miejscu warto podzielić się głębszą refleksją na temat obserwowanych zjawisk. Już w poprzednim odcinku artykułu wspominałem o tym, że to właśnie bolszewicy uratowali od rozpadu imperium rosyjskie, przejmując władzę w listopadzie 1917 r. Podobny pogląd, bardzo starannie udokumentowany, wyraził kiedyś znany nasz historyk i polityk Jan Kucharzewski. W swoim dziele siedmio-tomowym, którego I tom ukazał się już w 1923 r., a całość nosiła tytuł „Od Białego do Czerwonego Caratu”, autor widział ciągłość historyczną w imperialnej i imperialistycznej Rosji, która mogła co prawda zmieniać swoje kolory, ale nigdy nie zmieniała treści. Gdyby autor napisał dodatkowe tomy na omawiany przez siebie temat, dodając czas II wojny światowej i okres tuż po niej (zmarł w 1952 r.) to owa ciągłość byłaby jeszcze bardziej widoczna.
Komunizm, a raczej bolszewizm, albo już spełnił swoją misję dziejową w Rosji, albo zwyczajnie, jak wszystko inne w życiu, dobiegł swojego kresu i ginie. Problem polega tylko na tym, czy rozwój obserwowanych wydarzeń, parafrazując Jana Kucharzewskiego, nie przypomina aby sekwencji dziejów według formuły „od białego do czerwonego caratu i z powrotem”... Ostatecznie Jelcyn, na spotkaniu z emigrantami rosyjskimi w dniu 28 sierpnia b.r., stwierdził możliwość powrotu dwugłowego i czarnego orła rosyjskiego jako godła państwowego Rosji. Na razie co prawda bez korony, ale w każdym razie orła...
Nie wiem, czy z wiadomości tej Polacy powinni się cieszyć, czy smucić. Możliwe, że nowa Rosja będzie wzorem demokracji i dobrego sąsiedztwa, ale czy rzeczywiście tak będzie?
W tym miejscu pora na następną dygresję. Otóż Polacy, zupełnie słusznie zresztą, największe pretensje mieli i ciągle mają do komunizmu, z którym utożsamiają także ZSRR.
Osobiście nie jestem pewien, że się nie mylą w takim podejściu do sprawy.
Krótko mówiąc, gdyby bolszewizm, bo tak raczej należy nazywać komunizm rosyjski, nie zwyciężył w listopadzie 1917 r. w Rosji, to Polski może by już dziś nie było... Właśnie tak. Zwycięska Rosja, carska czy Rządu Tymczasowego, nie podarowałaby Polakom niepodległości, a żadne inne mocarstwo też by tego nie uczyniło. Skończyłoby się co najwyższej na jakiejś autonomii, zapewne czasowej tylko, obejmującej także ziemie zaboru niemieckiego i austriackiego, ale to wszystko. Jakaś tam autonomia „priwislianskiego kraju”, współistniałaby zapewne z autonomią Żydów, których Rosja prześladowała u siebie, ale gorąco popierała w kongresówce, Niemców i tych resztek Ukraińców i Białorusinów, którzy by się w takim „kraju” zostali. Jest bodajże pewne, że wschodnia granica owego „kraju” byłaby bowiem jeszcze dalej popchnięta na zachód, niż to ma miejsce obecnie. Białystok, Chełm, Przemyśl, a może nawet Hrubieszów i inne miejscowości znalazłyby się w Rosji, a reszta byłaby „Polszą”...
Od takiej „Polski” uratowali nas, na szczęście... bolszewicy. Z rządzoną przez nich Rosją Zachód nie mógł i nawet nie chciał szukać wspólnego języka. Stąd też, chcąc nie chcąc, poparto odradzanie się Polski.
Prawda, Polska mogła paść pod ciosami bolszewickiej Rosji. W wojnie polsko-bolszewickiej padło dwukrotnie więcej naszych żołnierzy niż w kampanii wrześniowej 1939 r. Nie wchodźmy już w to, czy wojna ta była nam potrzebna, czy nie. W końcu była, a w rezultacie jej odbudowała się państwowość polska, co prawda na krótko, ale wystarczyło to, żeby jej już nigdy potem nie wymazywać.
Co więcej, dostanie się Polski pod sowiecką dominację, też raczej sprzyjało jej na arenie międzynarodowej, Stalin, udając „budowę silnej i demokratycznej Polski”, obciął co prawda jej granice na wschodzie, co zresztą przyjęto w świecie ze zrozumieniem, ale powiększył ją na zachodzie i północy. Zachód, który w innych warunkach czegoś podobnego nigdy by nie poparł, poza drobnymi korektami granicznymi, korektę graniczną w końcu poparł (a nawet sam wyszedł początkowo z jej ideą), gdyż znajdowanie się Polski w orbicie sowieckiej było mu nie na rękę i stąd kokietował ją na ile mógł.
I tak, nawet w uścisku sowieckiej dominacji i „realnego socjalizmu”, naród polski odbudował się biologicznie, podniósł swój poziom oświatowo-kulturalny, a nawet zurbanizował się, co miało bodajże decydujące znaczenie dla powojennych ruchów społeczno-patriotycznych. Przemysł był co prawda mało wydajny, ale z robotników uczynił główną siłę społeczną w Polsce i to oni byli awangardą przemian w kraju, już nie ważne, na ile udanych.
Omawiane jednakże czasy przeszły już, albo przechodzą, do historii. Jeszcze nie tak dawno przecież już po dojściu Gorbaczowa do władzy, Kreml miał inne plany, albo tak to tylko pozorował, wobec Polski, Europy Wschodniej, a nawet całego świata.
Co się tyczy Polski i Europy Wschodniej, to zaczęto forsować integrację ekonomiczną w ramach RWPG i na początku przyszłego stulecia na obszarze tym miał powstać „jednolity rynek”. Szczególnie forsowano zacieśnianie więzów gospodarczych pomiędzy ZSRR a PRL, sprowadzając je na poziom przedsiębiorstw i tworząc z nich tzw. pary. Jeszcze może bardziej forsowano współpracę naukowo-techniczną. Potem, od porozumienia Gorbaczow-Jaruzelski z 21 kwietnia 1987 r., zaczęto forsować także „współpracę ideologiczną”, międzypartyjną, a nawet kulturalną. Współpraca wojskowa była osadzona na solidnych podstawach, a polskie jednostki rakietowe przechodziły intensywne szkolenie w ZSRR. W PRL dla odmiany, jednostki Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej oraz jednostki WP coraz częściej odbywały wspólne ćwiczenia, gdzie dochodziło nawet do mieszanych załóg w czołgach...
I raptem, bez jakichś nawet wyjaśnień, a raczej w otoczce wyjaśnień dezinformujących, cały gmach sowieckiej dominacji w Polsce i Europie Wschodniej zaczął się walić... Do dziś nie wiadomo, dlaczego zresztą. Podobnie jak nie wiadomo dlaczego Kreml stał się raptem „pokojowy” i poszedł na szereg ustępstw wobec Zachodu. Przecież po dojściu Gorbaczowa do władzy zwiększono nawet wysiłki zbrojeniowe, zaś siły zbrojne zaczęto przezbrajać w nowoczesną broń. Cóż więc się stało? Czyżby nastąpiło załamanie się gospodarki sowieckiej przeciążonej zbrojeniami, czy też chodzi o „strategiczeskij obman” i zadanie niespodziewanego ciosu przez walący się kraj i system?
No cóż, tego jeszcze nie wiemy. W każdym razie, USA, a one liczą się tu najbardziej, wykazują dużą wstrzemięźliwość w ocenie omawianych wydarzeń, a nawet podwyższoną czujność...
Powracając jednak do spraw polskich, w kontekście rozwoju sytuacji w ZSRR, trzeba sobie postawić kardynalne pytanie – co się rzeczywiście dzieje na wschód od Bugu?
No cóż, zwyczajnie nie wiemy... Wczoraj, przed rozpoczęciem pisania niniejszego, przeczytałem krajową „Politykę” z 24 sierpnia b.r., która omawiała wydarzenia moskiewskie z 19-go tegoż miesiąca. Biorąc pod uwagę cykl produkcyjny artykułów w tygodniku, autorzy nie mogli znać najnowszych wydarzeń. Wypowiadali się tutaj ludzie „z lewa” i „z prawa” i wszyscy się pomylili co do dalszego biegu wydarzeń. Nie można mieć o to do nich nawet pretensji, bo mylili się wtedy wszyscy inni w świecie, ale fakt pozostaje faktem. Biegu wydarzeń nigdzie, a zwłaszcza w takim kraju jak ZSRR, nie można w ogóle przewidzieć, a już zupełnie nie można przewidzieć wszystkich możliwych zakrętów tychże wydarzeń.
Innymi słowy więc, nie tak dawno jeszcze świat i Polacy osłupieli w rezultacie wydarzeń w Niemczech, zaś teraz wszyscy, w stopniu o wiele większym, są wręcz ogłuszeni wydarzeniami w ZSRR.
Co do mnie, to zawsze najbardziej obawiałem się „wydarzeń huraganowych”. Nikt jeszcze i nigdzie, mimo nowoczesnych urządzeń, nie przewidział dokładnie kierunku huraganu i jego niszczących skutków, a już zupełnie wszyscy są bezradni wobec niespodzianek stwarzanych przez trąby powietrzne. A wydarzenia w ZSRR są mieszanką huraganu oraz trąby powietrznej i nie dziwota, że wszyscy są zaskoczeni zjawiskiem i nikt nie jest tu w stanie niczego przewidzieć.
W każdym razie, już od samego zarania powstania Rosji bolszewickiej, a potem ZSRR, było oczywiste, że rozwiązanie tzw. kwestii narodowościowej było zadaniem o wiele trudniejszym, niż sobie to początkowo wyobrażano. „Internacjonalizm proletariacki” nie był w stanie wyeliminować tradycyjnego szowinizmu wielkoruskiego, ani tzw. nacjonalizmu burżuazyjnego nierosyjskich narodów i narodowości tego nowego imperium. Stalin zaczął odchodzić od koncepcji Lenina i w rzeczywistości, choć nie z nazwy, stworzył nie jakieś tam państwo federalne, ale zwyczajnie unitarne, z wyraźnymi akcentami prorosyjskimi. Chruszczow dla odmiany, zaczął powracać do koncepcji leninowskich w omawianej sprawie, ale z kolei Breżniew znów nawiązał do koncepcji stalinowskich i nawet ogłosił powstanie „narodu radzieckiego”, czego rezultatem miała być wzmożona rusyfikacja nierosyjskich republik i ograniczenie i tak już bardzo ograniczonych ich praw. Andropow chciał iść nawet jeszcze dalej i pozbawić republiki jakichkolwiek praw ekonomicznych, ale wiele nie zdziałał, gdyż wkrótce zmarł. Czernienko, o dziwo, nie poszedł w ślady Breżniewa i Andropowa, choć może dlatego, że nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę, że żyje...
Gorbaczow, co początkowo wcale nie było takie oczywiste, znów powrócił do sprawy i wszyscy już wiemy z jakimi skutkami. Czego się jednak raczej nie pamięta, to mówienie przez niego o ZSRR jako o „Rosji”, co podobno miało być jedno i to samo. Z drugiej strony jednak, Gorbaczow zaczął zezwalać na coraz większą samodzielność republik, a zwłaszcza republiki rosyjskiej, która jako jedyna ze wszystkich republik nie miała ani swojej oddzielnej partii, ani własnego KGB, w które się „zaopatrzyła” dopiero niedawno temu. Co więcej, w ramach sił zbrojnych, o czym prawie się nie mówiło, zaczęto tworzyć jednostki, składające się wyłącznie z Rosjan, choć już wcześniej korpus oficerski, lotnictwo, lądowe i morskie siły strategiczne, też rekrutowały się niemal z samych Rosjan.
Tak więc już chyba wcześniej zaczęto przemyśliwać odrodzenie się Rosji i nie jest wykluczone, że zaaranżowano celowo wydarzenia z 19 sierpnia b.r., aby posłużyć się pretekstem dla skończenia z ZSRR i partią komunistyczną, które przeszkadzały mimo wszystko w dokończeniu tego dzieła.
Dlaczego to uczyniono – tego jeszcze nie wiemy. Z własnych wspomnień mogę tylko dodać, że wielu wysoko postawionych Rosjan mówiło mi już w latach 1970-ch, że dalsze istnienie ZSRR w jego ówczesnej postaci, podobnie jak istnienie zbiurokratyzowanej i „republikańsko” zorganizowanej partii komunistycznej, nie miało już większego sensu. Już wtedy uważano, że Rosja za dużo dopłaca do innych republik, co jest prawdą, zaś inne republiki, głównie azjatyckie, stają się coraz mniej rosyjskie i nawet mniej sowieckie, a ponadto demograficznie rosną w siłę niewspółmiernie szybko.
Możliwe więc, że coś tam na Kremlu wygotowano i teraz, choć może nie zawsze zgodnie z planem, sprawy weszły w stadium realizacji.
Nie spekulując na temat tła obserwowanych wydarzeń, powróćmy jeszcze raz do ich wpływu na dalsze losy Polski, a zwłaszcza stosunków jej ze wschodnim sąsiadem, czy też wschodnimi sąsiadami.
Przede wszystkim, sama destabilizacja obszarów za Bugiem, zwłaszcza przeciągająca się w czasie, już sama przez się nie jest zjawiskiem korzystnym dla Polski.
Po drugie, stosunki ekonomiczne z omawianym obszarem, które do niedawna były jeszcze dla Polski o charakterze decydującym, nawet jeśli obfitowały one w różne anomalie (choć obecnie zaczynają mieć o wiele mniejsze już znaczenie) mogą przeżywać głęboki kryzys, jeśli nie kompletne ich załamanie się.
Jeśli tak, to jest to bardzo zła wiadomość. Nigdy nie miałem dobrego słowa dla reform Sachsa-Balcerowicza, ale nawet najlepsze reformy nic i długo nie poprawią w gospodarce polskiej, jeśli załamie się jej wschodni rynek. Rynek ten, zarówno po stronie eksportu jak i importu, jeszcze długo nie będzie miał żadnej alternatywy i już tylko ten fakt stawia przyszłość gospodarczą Polski pod znakiem zapytania, choćby reformy były najmądrzejsze w świecie.
Po trzecie, bezpieczeństwo polskiej granicy wschodniej, choć niektórzy chcieliby odbierać ziemie zabużańskie, nie jest wcale pewne. „Suwerenna” Białoruś i Ukraina, zapewne przy cichym poparciu suwerennej Rosji (tutaj o suwerenności nie piszę w cudzysłowie), mogą zechcieć przesunąć swoje granice na zachód. Białoruś mówi o tym zresztą od lat, zaś Ukrainie też może się coś przypomnieć na ten temat.
Co więcej, jakiś nowy i w sumie antypolski sojusz rosyjsko-niemiecki, uzupełniony sojuszami ukraińsko-niemieckim, białorusko-niemieckim i może nawet litewsko-niemieckim, też nie jest wykluczony.
Gdyby do tego istotnie doszło, a któż może zaprzeczyć, że jest to niemożliwe, to destabilizacja Polski, która już teraz jest zatrważająca, jest więcej niż pewna i długotrwała. W takiej sytuacji Polska nie może nawet marzyć o budowie demokracji i gospodarki rynkowej.
Ale na tym nie koniec. Może być i tak, że Polska stanie się obiektem nowej „wędrówki ludów”, co tylko pogłębi destabilizację kraju. Już dzisiaj kilka milionów obywateli sowieckich, może nawet 6-7 milionów, zaczyna przebąkiwać o swojej polskości. Ilu wśród nich jest prawdziwych Polaków – trudno powiedzieć. Ale przecież, w sytuacji nadzwyczajnej, która za Bugiem jest więcej niż możliwa, może dojść do masowego napływu do Polski prawdziwych i nieprawdziwych Polaków, którzy mogą wręcz podciąć i tak już rachityczną egzystencję kraju...
Ale i na tym nie koniec. Bowiem może być i tak, że dopiero co pogrzebany ZSRR i partia komunistyczna, „zmartwychwstaną” w jakimś innym wcieleniu i znany nam już dobrze obłąkańczy taniec rozpocznie się od nowa. „Suwerenne” republiki utworzą jakiś nowy „związek”, a partia komunistyczna odrodzi się pod nazwą socjal-demokratycznej, czy nawet jakiejś „demokratycznej” partii...
Narody ZSRR, może częściowe poza bałtyckimi, nie pamiętają przecież nic innego, jak porządki bolszewickie. Skoro w Europie Wschodniej, która jeszcze pamięta inne czasy, budowa demokracji i gospodarki rynkowej nie tylko idzie jak po grudzie, ale wręcz jest śmieszna, to co tu mówić o ZSRR!
A propos, w Rosji, zanim jeszcze zetknięto się z marksizmem, tradycje kolektywistyczne były bardzo silne, jak choćby w przypadku „obszcziny” i „miru”. Tradycje jedynowładztwa i biurokracji państwowej też stworzyły grunt dla totalitaryzmu komunistycznego. Lenin miał racje, gdy mówił, że Piotr Wielki był pierwszym bolszewikiem (dla Stalina wzorcem godnym naśladowania był z kolei Iwan Groźny).
Co się tyczy samych bolszewików, to choć powoływali się oni na Marksa i Engelsa, którzy zresztą nienawidzili Rosjan i Słowian, z pewnym wyjątkiem Polaków, czerpali oni swoje natchnienie bynajmniej nie z tych brodaczy. Ich ojcem duchowym był Aleksander Herzen, Piotr Tkaczow, Michaił Bakunin, a nade wszystko Sjergiej Nieczajew ze swoim „Katechizmem Rewolucjonisty”. Lenin zresztą do tego powinowactwa otwarcie się przyznawał, a tylko nie wspominał nic o Nieczajewie, choć postępował dokładnie w myśl jego wytycznych (może właśnie dlatego, że wstydził się potwierdzenia tego faktu).
Skąd więc pewność, że ta długa rosyjska tradycja dobiegła swojego końca? Kapitalizmu, tak naprawdę, nigdy w Rosji nie było. A jeśli już był, to był on głównie dziełem obcych. Rodzimi kapitaliści zaś słynęli z niespotykanej w ówczesnym świecie pazerności i brutalności. Rosja była też najbardziej zadłużonym krajem świata, a eksportować potrafiła jedynie surowce i żywność (trochę lepiej było w tym przypadku z kongresówką, ale też nie za bardzo).
Skąd więc pewność, że teraz się coś uda, co nie udało się w przeszłości?
O demokracji rosyjskiej z kolei – nie warto nawet mówić. Bardzo krótki jej okres, pomiędzy marcową a listopadową rewolucją 1917 r., był właściwie dwuwładzą i anarchią, a już najmniej demokracją. Teraz może być jeszcze gorzej. Żaden Jelcyn, ani inni wokół niego, nie są lepsi od Gorbaczowów i jemu podobnych, a o innych nic nie wiadomo. Wygląda zresztą na to, że „rewolucję” nie tylko zaaranżowano, ale już ją przechwycono, a reszta potoczy się tak jak dawniej, tylko pod innymi hasłami i sztandarami. „Suwerenne” republiki nie tylko utworzą sobie jakiś „związek”, albo zawrą układy á la perejesławski i jeszcze „zaproszą” inne kraje wschodnioeuropejskie do pójścia w ich ślady... Zachód przecie nie chce tych krajów, a do kogoś muszą się one przykleić, żeby jakoś wegetować.
Tak więc, historia pisana za Bugiem, która nas Polaków powinna interesować najbardziej, jest jeszcze daleka od ostatniego rozdziału.

Prawdę mówiąc, niepokoi mnie tempo przemian za Bugiem. Nie wiem nawet, czy są to istotnie przemiany, czy tylko niby przemiany, gdyż często pozory przybierają postać rzeczywistości. Ale żeby wiedzieć, o co tu rzeczywiście chodzi – trzeba mieć oczy i uszy otwarte, a z końcowymi wnioskami nie spieszyć się zbytnio. Nie warto już przypominać słów Churchilla o zagadkowości Rosji, bo w końcu on sam był nabierany przez Stalina i to nie jeden raz. My Polacy musimy się starać o własny punkt widzenia tych spraw”.
Powyższy tekst wybitnego intelektualisty i dyplomaty Zdzisława Rurarza stanowi wręcz perłę socjologicznej analizy „na bieżąco”. Wszystko zostało ujrzane z genialną przenikliwością i ujęte z jubilerską wręcz precyzją.

* * *

Ostatnia tajemnica Kremla?
Trzy dni, które wstrząsnęły Rosją Sowiecką oraz zadziwiły świat i ich następstwa
Adam A. Hetnal

Przedostatni tydzień sierpnia b.r., obfitował w wydarzenia wielkiej wagi. Po okresie reform doszło do wstrząsu, który niektórzy nazwali Rewolucją Antybolszewicką. W chwili obecnej nie tylko dogorywa partia komunistyczna, ale i rząd centralny zaczyna tracić grunt pod nogami. Władza Kremla jest obecnie bardziej symboliczna niż realna. W Moskwie rządzi raczej Borys Jelcyn niż Michaił Gorbaczow, a na prowincji władze lokalne. Kreml wydaje się być niczym więcej jak biernym i bezsilnym obserwatorem wydarzeń, którym przynajmniej chwilowo, nie jest w stanie zapobiec.
Wszystkie Republiki Bałtyckie ogłosiły niepodległość. Najdalej poszła Litwa, która postanowiła przejąć kontrolę swej granicy z Polską. Począwszy od 26 sierpnia, Litwa wprowadza kontrolę celną i paszportową na swoim terytorium. Poza tym wyrzucono lokalny urząd KGB z Wilna. Litwa i Łotwa zdelegalizowały partię komunistyczną oraz skonfiskowały jej własność. Praktycznie wszystkie republikańskie partie komunistyczne odłączyły się od Moskwy, ale w wielu wypadkach to ich nie uratowało. Najboleśniejszym ciosem dla ich dalszej działalności będzie przejęcie ich własności. Trudno jest działać bez odpowiednich środków.
Ukraińcy, nauczeni poprzednim doświadczeniem, działali tym razem niezwykle rozsądnie i ostrożnie. W końcu jednak parlament ukraiński opowiedział się za całkowitą niepodległością. Mieszkańcy Ukrainy będą mogli wypowiedzieć się w tej sprawie 1-go grudnia b.r. Przywódca ukraiński Leonid Krawczuk postąpił podobnie jak Gorbaczow, opuszczając wszystkie urzędy partyjne. Jest kandydatem na prezydenta Ukrainy. Zdaniem ekspertów ma szanse na wygranie wyborów. Zdając sobie sprawę z tego, że odejście Ukrainy ze związku będzie oznaczało faktyczny koniec ZSRR, Ukraińscy postanowili nie spieszyć się z zerwaniem z Rosją. Republiki Bałtyckie to maleńkie drobiazgi bez większego znaczenia. Gorbaczow sprzeciwiał się ich niepodległości, żeby nie stwarzać precedensu. W przypadku Ukrainy będzie inaczej, chyba że rząd centralny ulegnie rozwiązaniu.
Zmienił się także stosunek zagranicy do ZSRR. Islandia i Węgry uznały już Republiki Bałtyckie. Podobnie zamierzają postąpić Dania, Norwegia, Belgia i Niemcy. Także Ameryka zapowiedziała swą decyzję w tej sprawie. Kraje Wspólnego Rynku mają też ustosunkować się do Republik Bałtyckich. Zaskoczeniem jest stanowisko Niemiec, gdzie Gorbaczow cieszy się dużą popularnością. W czasie puczu na Kremlu Niemcy zażądały nawet bezpieczeństwa osobistego dla prezydenta ZSRR. Tylko przyszłość wyjaśni tę nagłą zmianę stanowiska.
Niniejsza analiza wydarzeń w ZSRR oraz ich następstw w polityce wewnętrznej oraz na forum międzynarodowym nie może być pełna. Wszystko jest jeszcze bardzo płynne. Nowe decyzje podejmowane są kilkakrotnie dziennie. Ma się zebrać Rada Najwyższa ZSRR, ale nie jest rzeczą wiadomą, czy jej decyzje będą miały odpowiednią wagę. Władza realna zdaje się spoczywać w rękach parlamentu Federacji Rosyjskiej. W tej chwili nie istnieje nawet rząd związkowy. Obsadzono tylko stanowiska ministra obrony, ministra spraw wewnętrznych oraz mianowano nowego szefa KGB.
Jak do tego wszystkiego doszło? Wkrótce po północy w poniedziałek 19 sierpnia doradcy zawiadomili Prezydenta G. Busha o zamachu stanu na Kremlu. Stało się to w przeddzień podpisania nowego traktatu związkowego, którego treści nie podano do wiadomości publicznej. Junta, która przejęła władzę na Kremlu, składała się z ośmiu osób. Wchodzili w jej skład wiceprezydent Gennady Janajew; minister obrony Dymitr Jazow; szef KGB Władymir Kriuczkow, premier Walentin Pawłow; minister spraw wewnętrznych, Łotysz Borys Pugo, i inni. Podobnie jak w październiku 1964 r., puczyści wykorzystali pobyt Gorbaczowa na Krymie. Ponieważ jakoby odmówił wszelkiego kompromisu z juntą, ściśle odizolowano go od świata zewnętrznego. Izolacja prezydenta ZSRR trwała 72 godziny.
Poza ścisłą izolacją Gorbaczowa, wszystko wyglądało na farsę, dzieło partaczy raczej niż na coś solidnego. Zupełnie zapomniano zająć się Jelcynem oraz parlamentem Federacji Rosyjskiej, co stało się jednym z głównych powodów klęski puczu. Poza tym, przewrót organizuje się w czasie weekendu, a nie w normalny dzień roboczy. Ci, którzy tak precyzyjnie przygotowali wprowadzenie stanu wojennego w Polsce w grudniu 1981 r., to prawdziwi mistrzowie gry tego rodzaju. Zamilkły wtedy telefony, teleksy, a poza tym internowano wszystkich tych, których reżim wojskowy uważał za niebezpiecznych.
Juntą sowiecką kierowali ludzie inteligentni. Pomimo tego w żadnym wypadku nie stanęli na wysokości zadania. Nie wiemy, co się stało. Nie znamy kulisów przejęcia władzy. Prawdy być może nie dowiemy się nigdy. Albo puczyści zlekceważyli zupełnie przeciwnika, zapominając o zmianie mentalności wśród rządzonych, albo też zostali zaskoczeni i zmuszeni do nagłego działania. Być może Gorbaczow albo Jelcyn byli na tropie przygotowywanego zamachu stanu i należało działać natychmiast. Czyżby tylko chodziło w tym wypadku o nowy akt związkowy, który Gorbaczow miał podpisać z przywódcami dziewięciu republik, które zgodziły się na pozostanie w ZSRR? To jednak nie było tajemnicą ani dla Jazowa, a szczególnie Kriuczkowa, którego cała kariera miała miejsce w ramach policji politycznej. Prawdą jest, że nowy traktat związkowy miał poważnie ograniczyć rolę władz centralnych, co miało być całkowitym novum w historii Rosji, gdzie zawsze przeważała centralizacja, ale to wszystkiego nie tłumaczy. Dla mnie osobiście ważniejszym powodem do wystąpienia zbrojnego były „prowokacje” Jelcyna, którego dekret miał wyeliminować partię z miejsca pracy, a szczególnie z KGB i sił zbrojnych, gdzie partia komunistyczna ciągle jeszcze cieszyła się silnymi wpływami.
Stoimy przed całą masą niewiadomych. Jest możliwe, że był to rzeczywiście pucz skierowany przeciwko Gorbaczowowi i jego reformom. Być może do wybuchu doprowadził Jelcyn, który w odróżnieniu od Gorbaczowa nie grzeszy cierpliwością i chce iść szybko w obranym kierunku. Pucz mógł zostać zaaranżowany przez Gorbaczowa w porozumieniu z Jelcynem, albo nawet samego lidera Kremla. Gdyby nie samobójstwo Borysa Pugo, w momencie aresztowania, to możliwość zorganizowania wszystkiego przez samego Gorbaczowa pozostawałaby bardzo realna.
Przecież w ciągu owych trzech dni nic się właściwie poważnego nie działo. Junta wydawała dekrety, których niemalże nikt nie słuchał. Czołgi i jednostki specjalne posuwały się w różnych kierunkach, ale żadnych poważnych akcji nie przeprowadzono. Właściwie to tylko uniemożliwiono tłumom zbliżenie się do Kremla. Poza tym była to raczej konfrontacja psychologiczna niż realna, coś w rodzaju wojny nerwów. Straty materialne i ludzkie były niewielkie. W Moskwie zginęły trzy osoby, a w Republikach Bałtyckich chyba jedna. Potem wszystko się jakoś rozleciało. Podawano w środkach masowego przekazu, że jeden samolot, albo dwa, z członkami junty, gdzieś leci. Raz mówiono, że na Krym na spotkanie z Gorbaczowem, a potem znowu coś innego. Dziwnym jednak trafem przywódców junty, z wyjątkiem chorego premiera Pawłowa, aresztowano jakoby w rezydencjach prywatnych, a wiceprezydenta Janajewa chyba nawet w miejscu pracy.
Nie można wykluczyć możliwości, że cały pucz został zaaranżowany dla Zachodu. „Bogata Siódemka” ofiarowała Gorbaczowowi w Londynie wiele pochwał, słów zachęty, ale zapomniała zapewnić mu pomoc realną. Rozwiązanie typu Balcerowicza jest nie do przyjęcia w ZSRR, który jest państwem wielonarodowościowym. W odróżnieniu od tego, czego oczekiwał lider Kremla, ludy ujarzmione wyzyskały jego liberalne reformy dla własnych celów. Niektóre z nich nie widzą dla siebie przyszłości nawet w liberalnym ZSRR i pragną nie tyle reform ile pełnej niepodległości. W zasadzie lider Kremla miał rację. Należało iść wolno, ale skutecznie. Wyrzucenie na bruk mniej więcej 50 milionów osób groziłoby ZSRR rewolucją. Gorbaczow jest patriotą rosyjskim. Chciał wzmocnić ZSRR, a nie doprowadzić do jego rozbicia. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że lider Kremla poniósł klęskę. Zrobił dużo dobrego zarówno w ZSRR, jak i na arenie międzynarodowej, ale nie udało mu się przebudować byłego drugiego supermocarstwa w taki sposób, żeby zostało nie tylko wzmocnione, ale i zaakceptowane przez większość ludów imperium. Wyzwolił pewne siły, nad którymi nie udało mu się zapanować.
Ostatni zamach, zakładając, że został zaaranżowany, też zakończył się inaczej niż chciano. Przecież Gorbaczow, od chwili powrotu do Moskwy, nie ma właściwie żadnej siły, żadnego punktu oparcia. Chciał za wszelką cenę uratować partię komunistyczną, posiadającą potężne środki, żeby ją przebudować w partię socjaldemokratyczną. Wszystko wskazuje na to, że to mu się nie uda. Partii komunistycznej odebrano nagromadzone środki, bez których, nawet jeśli zostanie przebudowana, będzie tylko cieniem byłej partii rządzącej. Poza tym, nawet gdyby udało się ją odrestaurować pod nową nazwą, nie będzie już miała zaplecza na całym terytorium ZSRR.
Bez względu na motywy i kulisy puczu, osłabiono poważnie potężny kompleks przemysłowo-wojskowy, KGB oraz ministerstwo spraw wewnętrznych, które przez długi okres czasu pozostawały pod wpływem elementów wrogich reformom Gorbaczowa. W ZSRR, a szczególnie w stolicy, miała miejsce prawdziwa rewolucja. Dziwnym jednak trafem tłumy zawsze pozostawały pod kontrolą. Kiedy groziło wdarcie się mas ludzkich do samego „Olimpu Żelaznego Feliksa”, a także gmachu wszechpotężnego kiedyś Komitetu Centralnego partii komunistycznej, ktoś z poczuciem humoru oddał tłumom na „pożarcie”, nic przecież nie znaczący, pomnik Dzierżyńskiego. Już Rzymianie odkryli, że tłumy potrzebują chleba i igrzysk. Jelcyn i inni zdawali sobie sprawę z tego, że należy przeszkodzić wdarciu się do gmachów kryjących wiele tajemnic. W tłumie przecież znajdowali się także agenci państw obcych. Zreformowane KGB będzie istnieć, choć prawdopodobnie pod nową nazwą. Zbudowanie siatek wywiadowczych na całej niemalże planecie wymagało planowania oraz lat mrówczej pracy. Nie można było dopuścić do zaprzepaszczenia rezultatów wielu dziesiątek lat.
Kiedy tłumy nie mogły sobie poradzić ze zniszczeniem pomnika „Żelaznego Feliksa”, „wspaniałomyślne” władze przyszły z pomocą. Pojawili się specjaliści z ministerstwa spraw wewnętrznych. Tłum się bawił, a gmach KGB został uratowany. Następnego dnia groziło wdarcie się tłumu do budynku Komitetu Centralnego. Znowu Jelcyn i inni postąpili w sposób inteligentny. Zamknięto i opieczętowano wszystkie ważniejsze gmachy partii komunistycznej w stolicy oraz zawieszono wydawanie sześciu organów komunistycznych, a w tym i „Prawdy”. Tłum znowu został oszukany i wymanewrowany. Podobnie zresztą stało się w b. NRD, Polsce, a nawet i Rumunii. Nigdzie cenne kartoteki policji politycznej nie dostały się w ręce tłumu. Ktoś czuwał, żeby do tego nie doszło.
Możemy posłużyć się przykładem Iranu. Otóż powszechnie podaje się, że w czasie rewolucji Chomeiniego zniszczono policję polityczną szacha, słynny Sawak. W rzeczywistości nigdy do tego nie doszło, jako że nowe władze potrzebowały tej instytucji. Zlikwidowano brutalnie przywódców Sawaku, którym nie udało się zbiec za granicę, a reszcie pozwolono pracować dla nowych władz. W wywiadzie udzielonym słynnej reporterce włoskiej, Chomeini zaprzeczał temu, że przejęcie władzy odznaczało się wyjątkowym okrucieństwem, wskazując, że pod presją ulicy trzeba było rzucić tłumom na pożarcie pewną ilość osobników skompromitowanych. W ten sposób, przynajmniej jego zdaniem, uratowano wielu, a przede wszystkim udało się stopniowo opanować chaos w wielomilionowym Teheranie.
W momencie kiedy rewolucjoniści obalają istniejący reżym, niezależnie od tego czy chodzi o Lenina, Castro, czy Chomeiniego, rodzi się nowy system. Następuje rozbrat między nowymi władzami a ulicą. Ta ostatnia pragnie kontynuacji rządu tłumów, podczas gdy nowe władze reprezentują rodzący się establishment. Tłumy zrobiły swoje i powinny odejść. W odróżnieniu od ulicy, nowy rząd patrzy na wszystko co istniało okiem właściciela. Podobnie było zresztą i w Polsce. Po przejęciu władzy zarówno Mazowiecki jak i Wałęsa zapomnieli o wielu dawnych towarzyszach broni, a zaczęli tworzyć nową nomenklaturę. Z wyjątkiem kilku procesów i aresztowań, w większości chodziło o pionki, pozostawiono byłych prominentów w spokoju. Zapewniono im nie tylko wysokie emerytury, ale i pozwolono na bezkarne rozkradanie majątku narodowego. Byli prominenci zabrali się z zapałem do robienia fortuny oraz pisania wspomnień, które cieszą się ogromną popularnością na rynku wydawniczym. Nawet niegdyś znienawidzony Jerzy Urban nic nie stracił na opuszczeniu przedsionka władzy. Jego fortuna rośnie niemalże jak grzyby po deszczu.
Okres puczu oraz związanych z nim następstw można by nazwać tygodniem Jelcyna. Populista, trybun ludu, a trochę i aktor, wyżywa się, podobnie jak kiedyś Trocki, w gestach teatralnych. jest on w tej chwili najpotężniejszą postacią w ZSRR, ale jego popularność też nie będzie wieczna. Już teraz można wnosić, że podobnie jak w czasie Rewolucji Rumuńskiej grudnia 1989 r., środki masowego przekazu znowu nie zdały egzaminu. Skoncentrowano się na Moskwie, budynku parlamentu Rosyjskiej Federacji, a zapomniano niemalże zupełnie o reszcie kraju. Apel Jelcyna nawołujący do strajku generalnego przeciwko rządom junty nie spotkał się z masowym odzewem. Przedstawiciele innych republik zaczynają patrzeć na Jelcyna z podejrzliwością, pomagając w ten sposób władzom centralnym wyzwolić się stopniowo spod nie zawsze przyjemnej opieki być może nawet uczciwego, ale często niezrównoważonego „trybuna ludu”. Brak opanowania, zapędy dyktatorskie, niecierpliwość, itd. nie pozwalają Jelcynowi na zachowanie popularności. Zdobył ją przecież nie z powodu swoich osiągnięć, ale dlatego, że zyskał opinię przywódcy prześladowanego przez byłych prominentów. Jego rola w puczu też nie była niezwykła. Zwyciężył w konfrontacji, ale dlatego, że druga strona, z ciągle jeszcze nieznanych powodów, zawahała się przed użyciem siły. Jelcyn cieszył się pewnym poparciem w kręgach wojskowych, ale puczyści byli w stanie pokonać jego opór.
Przez cały tydzień, począwszy od poniedziałku 19 sierpnia, rozgrywały się ważne wydarzenia. Wyżywając się czy też pasjonując niecodziennością zapomniano na chwilę o sprawach dnia codziennego. Powoli ludzie zauważą, że rządy Jelcyna niewiele różnią się od rządów Gorbaczowa. Były puste sklepy, są puste sklepy i nic nie wskazuje na to, że sytuacja się poprawi. Podobnie jak nowi liderzy w innych krajach byłego bloku komunistycznego Jelcyn nie będzie w stanie podnieść stopy życiowej ludności. Ostatnie wydarzenia z pewnością wpłynęły na zaniedbanie prac przy zbiorze plonów. Zbliża się zima, a z nią wszelkie niewygody. Początkowo Gorbaczow zwalał winę za wszystko na elementy konserwatywne i to mu przez jakiś czas uchodziło. Potem Jelcyn zaczął czynić podobnie winiąc Gorbaczowa i innych. Teraz nowy „trybun ludu” doświadczy sam na sobie tego samego. Nie będzie już mógł się kryć za innymi.
W czasie rozruchów czy rewolucji szuka się wygodnych kozłów ofiarnych. Takimi byli w historii Ludwik XVI, Mikołaj II, szach Iranu i wielu innych. W ZSRR siedliskiem zła stała się partia komunistyczna. Znienawidzono ją powszechnie nie za brutalne rządy i brak podstawowych swobód politycznych, ale za fałszywe proroctwa, które głosiła. Większość ludzi odznacza się dziecięcą wprost naiwnością, wierząc w fantastyczne przyrzeczenia, które rozsądna mniejszość odrzuca. Kto ponosi winę za rządy komunistyczne w Rosji? Bez poparcia znacznej części mieszkańców Rosji stosunkowo mała grupa ludzi nie byłaby doszła do władzy. Zamiast winić obecnie komunistów powinno się postawić w stan oskarżenia naiwność ludzką. Komuniści byli i odeszli, ale problemy pozostały. Zamiast szukać kozłów ofiarnych należałoby zabrać się w końcu do spraw gospodarczych bez rozwiązania których nie będzie spokoju w byłym bloku komunistycznym.
Sytuacja w ZSRR zaczyna się trochę stabilizować. Gorbaczow powoli odzyskuje władzę oraz część utraconej popularności. Przed puczem tylko 7 procent mieszkańców ZSRR oceniało pozytywnie lidera Kremla. W czasie sesji Rady Najwyższej ZSRR w poniedziałek 26 sierpnia mowa Gorbaczowa spotkała się nawet z uznaniem. Zapowiedział szybkie podjęcie rokowań z republikami, które wyrażają gotowość pozostania w ZSRR. Zgodził się na rokowania z tymi, które pragną uzyskać własną państwowość. Kreml, jak dotychczas, nie zareagował na zwiększającą się systematycznie liczbę krajów, które wyrażają gotowość nawiązania stosunków dyplomatycznych z Republikami Bałtyckimi.
Zabrano się do czystki w siłach zbrojnych oraz KGB. Nowy minister obrony gen. pułkownik Jewgenij Szaposznikow; były szef sił powietrznych ZSRR, ma zamiar odmłodzić kadry o 70 procent. Wszyscy ci, co nie dochowali wierności rządowi konstytucyjnemu, zostaną usunięci z sił zbrojnych. Podobna akcja ma mieć miejsce w KGB pod przewodnictwem byłego ministra spraw wewnętrznych, liberała Wadima Bakatina. Zamiarem jego jest przebudowanie policji politycznej w instytucję typu zachodniego. Liberałem jest także obecny minister spraw wewnętrznych.
Zarówno kraje Wspólnego Rynku, jak i nawet Japonia wykazują obecnie większą niż poprzednio gotowość realnej pomocy Kremlowi. Gorbaczow, ze swej strony, przyrzekł reformy gospodarcze mające na celu przebudowanie ZSRR na model zachodni. Podobna inicjatywa spotkała się z uznaniem zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz, ale od słów do czynu daleka jest droga. Poza tym, lider Kremla ogłosił nawet wybory parlamentarne oraz prezydenckie. Prawdopodobnie w ciągu roku dokona się zasadnicza przebudowa ZSRR. Fakt ogłoszenia niepodległości przez Ukrainę, Białoruś, a nawet i Kazachstan niekoniecznie świadczy, że wymienione republiki pragną opuścić ZSRR. Być może chcą wytargować lepsze warunki niż te, na które zgodziły się poprzednio. Partia komunistyczna jest chwilowo zawieszona, podobnie jak jej stan posiadania. Federacja Rosyjska odrzuciła sierp i młot na swoim terytorium, a w ZSRR nic się jeszcze pod tym względem nie zmieniło. Przyszłość ZSRR jest niepewna. Zamiast prorokować i spekulować należy śledzić wydarzenia. Nic jeszcze nie zostało przesądzone.
Ukończono rano dn. 27.8.91”

* * *

30 sierpnia 1991 w „Gazecie Wyborczej” ukazały się dwa załgane, fałszujące rzeczywistość, antypolskie artykuły prawdopodobnie prasowego agenta KGB Wojciecha Maziarskiego:

1. Polska na zielono
(Rozmowa z Czesławem Okińczycem, członkiem frakcji polskiej litewskiego parlamentu)

– Jak przyjęto na Litwie polską gotowość nawiązania stosunków dyplomatycznych z Wilnem?
– Na tablicy umieszczonej przed biurem informacyjnym parlamentu nazwę Polski wpisano na zielono – a więc wymieniano ją wśród tych państw, które uznały już niepodległość Litwy. Państwa, które dopiero zapowiedziały taką decyzję, zaznaczone są kolorem czerwonym.
Informację o postanowieniu Warszawy, podaną na posiedzeniu parlamentu przez prezydenta Landsbergisa przyjęto hucznymi brawami. Teraz wszyscy czekają na konkrety.
– A jak zareagowali Polacy na Litwie?
– Myślę, że większość rozumie, że system totalitarny w Europie upadł raz na zawsze. W tej sytuacji decyzja Polski powinna być przyjęta z satysfakcją – w imię lepszej przyszłości.
Uznanie Litwy przyspieszy podpisanie deklaracji dwustronnej. Wizyta min. Skubiszewskiego w Wilnie jest zapowiedziana na wrzesień. Oczekujemy, że jeden z punktów tego dokumentu dotyczyć będzie położenia społeczności polskiej na Litwie.
Uważam też, że sprawa Polaków na Litwie jest kwestią o znaczeniu międzynarodowym. Moim obowiązkiem jako przedstawiciela mniejszości polskiej jest postawienie tej kwestii na forum międzynarodowym. Świat opowiada się dziś za wolnością, prawami mniejszości, walczy z nacjonalizmami. Mamy więc szanse, by doprowadzić do realizacji naszych postulatów w ramach niepodległego państwa litewskiego, na które będą zwrócone oczy całego świata.
– Pojawia się jednak opinia, że zwłoka w uznaniu przez Warszawę niepodległości Litwy może wywrzeć negatywny wpływ na stanowisko władz w Wilnie wobec postulatów mniejszości polskiej. Przed kilkoma miesiącami decyzja taka była dla Wilna na tyle ważna, ze gotowe było pójść na znaczne ustępstwa. Teraz nie jest to już istotny atut.
– Nie do końca podzielam ten pogląd. Przecież jeśli Litwa pragnie stać się demokratycznym państwem prawa, to kwestii Polaków nie może postrzegać w kategoriach jakiejś gry politycznej i kalkulacji „coś za coś”.
Republika Litewska chce wejść do Europy, ale zostanie przyjęta tylko wówczas, gdy stosunki wewnętrzne będą tu budowane na zasadach demokratycznych. A to z kolei oznacza, że Polacy żyjący na Litwie muszą mieć zapewnione warunki dla rozwoju i zachowania tożsamości. Nie ma tu miejsca na żadne przetargi.
Prawdą jest jednak, że w Wilnie już przed rokiem liczono, że Polska szybciej uzna niepodległość Litwy. Ze względu na wielowiekowe powiązania oczekiwano, że Warszawa wykaże w tej dziedzinie szczególną aktywność na arenie międzynarodowej.
Trzeba jednak pamiętać o wciąż jeszcze silnym uzależnieniu Warszawy od Sowietów w sferze gospodarczej, o wojskach ZSRR, stacjonujących na terenie Polski itd. Wszystko to ograniczało pole manewru polskiej dyplomacji. W świetle niedawnych wydarzeń, pokazujących, że nawrót totalitaryzmu w ZSRR był groźbą rzeczywistą, tę ostrożność można zrozumieć. Nie formułowałbym więc kategorycznych oskarżeń pod adresem polskiej polityki wschodniej.
Czy postawa tych Polaków, którzy poparli pucz zaciąży na położeniu całej mniejszości polskiej na Litwie i na stosunkach pomiędzy oboma państwami?
– Dziś wszyscy ci, którzy mienili się obrońcami polskich interesów, a de facto bronili swoich pozycji i przywilejów, zamilkli. Myślę, że ci z liderów polskich, którzy twierdzili, że Litwa po wsze czasy musi pozostać w składzie ZSRR, powinni oficjalnie i głośno zrezygnować z aspirowania do roli rzeczników „sprawy polskiej”. Ich wiarygodności nie uzna już ani Litwa, ani świat zachodni.
Nie wolno poglądów tej grupki komunistów utożsamiać ze stanowiskiem całej społeczności polskiej. Mówiłem już o tym na forum litewskiego parlamentu i cieszę się, że mogę to teraz powtórzyć w Polsce: fakt, że była taka grupka, nie może mieć wpływu na kształt stosunków polsko-litewskich. Przecież, mierząc w procentach, Litwinów popierających komunizm było więcej. Czy może to stanowić podstawę do oceniania całego narodu?
– W Serbii nomenklatura, broniąc się, sięgnęła po nacjonalizm. Czy nie grozi to także na Litwie?
– W tym momencie nie widzę takiej groźby. Komuniści skompromitowali się do tego stopnia, że żadne sztuczki im nie pomogą. Większość Polaków na Litwie wraz z Litwinami cieszy się z upadku systemu i wierzy, że uzyska warunki nieskrępowanego rozwoju w ramach państwa litewskiego.
Trudno oczywiście spodziewać się, by w ciągu kilku dni udało się rozwiązać wszystkie problemy. Liczymy jednak na pomoc Polski i społeczności międzynarodowej. Dzięki temu uda się nam uniknąć konfliktów i wstrząsów, jakie targają dziś Jugosławią.
– Wilno orientuje się na północ. „Kraje skandynawskie – oto nasz wybór. One nie tylko nam współczuły, ale też pomagały” – powiedział prezydent Landsbergis w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”. To czytelna krytyka polskiej polityki wschodniej. Zgadza się pan z tym?
– Tylko po części. Faktem jest, że w polityce wobec krajów nadbałtyckich Skandynawia wykazała większą aktywność niż Polska. Ale przecież państwa nordyckie nie były uzależnione od Moskwy.
Teraz to się zmieni. Polityka zagraniczna Litwy nadal będzie uwzględniać kierunek północny, ale znaczenia nabiorą też kontakty z Europą Zachodnią. Państwa bałtyckie pragną wejść do Wspólnoty Europejskiej – a tam jedyna droga wiedzie przez Polskę. Dobre stosunki Wilna z Warszawą są więc nieuniknione.
Rozmawiał
Wojciech MAZIARSKI”

2. Koniec imperium – co dalej?
Jest ich ponad 280 tys. tj. 7,7 proc. mieszkańców republiki. Żyją głównie na terenach, które przed wojną należały do Polski – dziś to Litwa Wschodnia. W samym Wilnie jest ich 19 proc., w niektórych wsiach Wileńszczyzny – ponad 50 proc.
Mają pretensje do Litwinów, zarzucając im m.in. prowadzenie dyskryminacyjnej polityki gospodarczej. Faktem jest, że sytuacja regionów zamieszkanych przez Polaków jest gorsza niż innych części kraju. Potwierdza to raport (litewskiej) Państwowej Komisji ds. Wileńszczyzny: „Plony roślin uprawnych w tych rejonach są niższe o 15 proc. w porównaniu ze średnim poziomem republiki, z wyjątkiem plonów ziemniaków w rejonach solecznickim i trockim”.
Odpowiedzialnością za ten stan rzeczy lokalni działacze polscy obarczają władze litewskie, choć przecież już przed wojną Wileńszczyzna była bardziej zacofana niż ówczesne państwo litewskie.
Ludność polska czuje się pokrzywdzona i podchwytuje atrakcyjnie brzmiące hasła – często głoszone po rosyjsku. W 1990 r. jedyne napisy głoszące – cyrylicą – chwałę KPZR znalazłem w rejonie solecznickim.
Nie trudności gospodarcze są jednak głównym powodem sporów między Litwinami a Polakami na Wileńszczyźnie.
Komunizm na pół wieku „zamroził” zadawnione, historyczne konflikty. Ożyły, gdy zaczęła się odwilż.
Obie strony zrobiły wiele, by proces ten wspomóc. Najpierw Litwini; uznali, że Polacy, to w gruncie rzeczy ich spolonizowani rodacy, których należy przywrócić na łono macierzy poprzez wyeliminowanie języka polskiego z życia publicznego i zmuszenie ich do nauki litewskiego.
Przewodniczący Wileńskiej Rady Miejskiej, w wywiadzie dla dwutygodnika „Znad Wilii”, zapytany w 1990 roku o możliwość przywrócenia tablic z polskimi nazwami ulic, odparł:
– Trudno mówić, co będzie w przyszłości. W tym roku, również w następnym, zmian nie będzie. Zresztą w języku litewskim i polskim litery są łacińskie, transkrypcja prawie ta sama, więc chyba nie ma sensu tego rozpatrywać. Może kiedyś...
Przed rokiem rozmawiałem z jednym z liderów Sajudisu. On i jego współpracownicy rozumieli już, ze popełnili błąd, że niepotrzebnie podsycili antylitewskie resentymenty Polaków. Być może jednak nie mieli wyboru. „Musimy dostosować się do nastrojów społeczeństwa, bo w przeciwnym wypadku odwróci się ono od nas” – tłumaczył.
Błąd ten starano się naprawić na początku 1991 r. Parlament wniósł poprawki do uchwały o mniejszościach narodowych, dopuszczające użycie języka mniejszości jako pomocniczego języka urzędowego tam, gdzie mniejszość ta żyje w zwartych grupach.
Było już jednak za późno. Koniunkturę wykorzystali komuniści stanowiący większość we władzach rejonu solecznickiego i wileńskiego. Pod hasłem obrony interesów polskich przystąpili do ofensywy przeciw litewskiemu ruchowi niepodległościowemu. Gdy w marcu tego roku Litwa bojkotowała referendum w sprawie przyszłości ZSRR, okręgi solecznikowski i wileński wykazały się dużą frekwencją. W maju polscy deputowani tutejszych rad rejonowych uchwalili statut Wileńsko-Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego.
– Jeśli parlament Litwy odrzuci nasz projekt, zwrócimy się o ochronę do Rady Najwyższej ZSRR – grzmiał Czesław Wysocki, przewodniczący rady w Solecznikach.
„W rejonie solecznickim obowiązuje wyłącznie konstytucja ZSRR i Litewskiej SRR, a także radzieckie akty prawne” – stwierdziła rada.
Przed Litwinami zamajaczyła nie tylko wizja powrotu systemu komunistycznego, lecz także groźba utworzenia enklawy, niebezpiecznej dla terytorialnej spójności państwa. Być może były to obawy przesadne, ale doświadczenia każą Litwinom dmuchać na zimne. Te same doświadczenia obciążają też świadomość Polaków.
W takiej atmosferze trudno spodziewać się merytorycznej dyskusji. Tym bardziej więc cieszą głosy, które z obu stron, litewskiej i polskiej, nawołują do rozsądku. Gdy na początku tego roku oddziały komandosów zaatakowały Wilno, prezes Związku Polaków na Litwie Jan Sienkiewicz wystąpił w TV:
–Tak, przyznajmy, że parlament, że przywódcy litewscy popełniali błędy, że nie zawsze Polacy w Republice Litewskiej byli traktowani tak, jak się traktuje mniejszości narodowe w Europie i na świecie.
Jednak dziś wybaczmy tym, którzy nie chcieli nas zrozumieć, zapomnijmy wobec wspólnego zagrożenia o tym, co stanowiło problemy w stosunkach litewsko-polskich.
Apeluję do wszystkich Polaków o poparcie narodu litewskiego w trudnej dla niego i dla nas wszystkich chwili.
Na Litwie panuje pogląd, że w czasie puczu część Polaków opowiedziała się za zamachowcami. Wydaje się to prawdopodobne, ale nie istnieje żaden publiczny znany dokument, który by to potwierdzał. Nawet w warszawskim Biurze Informacyjnym Republiki Litewskiej nic na ten temat nie wiedzą.
– Niezbyt nas interesują działania komunistów – powiedział mi pracownik biura.
Komunizm to już zamierzchła przeszłość. Litwini nie mają czasu, żeby się tym zajmować. Mają ważniejsze sprawy na głowie: budują niepodległe państwo.
Wojciech Maziarski”

* * *

Nasza Gazeta”, 1 września 1991:

Oświadczenie
4 września 1991 roku Rada Najwyższa Republiki Litewskiej przyjęła uchwałę sprzeczną z ustawodawstwem litewskim oraz prawem międzynarodowym o rozwiązaniu Wileńskiej i Solecznickiej Rad Rejonowych, przygotowuje się wprowadzenie zarządzania administracyjnego w tych rejonach.
Związek Polaków na Litwie zawsze był nastawiony na wypracowanie kompromisowych rozwiązań problemów ludności polskiej na Wileńszczyźnie drogą szczerego dialogu oraz prawdziwej współpracy. Niestety, obawy części Polaków co do szczerości zamierzeń strony litewskiej potwierdziły się, pierwsze kroki władz niepodległej Litwy noszą cechy antypolskich represji.
Rejony zamieszkałe przez Polaków pozbawione zostały wybranych w wolnych demokratycznych wyborach organów władzy, stawia to pod znakiem zapytania kwestię praworządności na Wileńszczyźnie, przeprowadzenie w tych rejonach procesu zwrotu mienia i prywatyzacji, a także przyjęcia litewskiego obywatelstwa. Przymusowe odsunięcie od władzy legalnie wybranych samorządów nie likwiduje wbrew intencjom problemu polskiej mniejszości na Litwie. Sytuacja w wyniku takich działań jeszcze bardziej się skomplikuje.
Rozwiązanie władz terenowych, rewizje u deputowanych do Rady Najwyższej Litwy, wytoczenie spraw karnych, presja na placówki oświatowe, groźby zawieszenia wydawania pism polskich wyraźnie świadczą o obranym przez władze litewskie kursie na konfrontację. Nie jest to droga do Europy.
Jedyną legalną władzą na Wileńszczyźnie była i jest wybrana przez wolne i demokratyczne wybory Rada Deputowanych.
Protestujemy przeciwko zaognianiu sytuacji przez władze litewskie i żądamy zaprzestania konfrontacyjnych działań. Do porozumienia między ludnością polską a władzami republiki może dojść jedynie drogą dialogu, do którego stale z całą mocą nawołujemy.
Zarząd Główny Związku Polaków na Litwie
Wilno, dnia 7 września 1991 r”.

* * *

„OŚWIADCZENIE
Ludność polska Litwy z entuzjazmem przyjęła uchwalę Rady Najwyższej Litwy z dnia 29 stycznia 1991 roku zobowiązującą rząd i komisje parlamentarne w terminie do 31 maja do przedstawienia projektu utworzenia okręgu wileńskiego oraz projektu statusu prawnego tej jednostki a także do 1 maja planu perspektywicznego w zakresie szkolnictwa wyższego. Był to gest wysoce pozytywny.
Okazało się jednak, że dokument ten uchwalony został w dużym pośpiechu dla osiągnięcia doraźnego celu politycznego. Celem tym było zachęcenie Polaków i innych przedstawicieli mniejszości narodowościowych do opowiedzenia się w sondażu 9 lutego za niepodległą i demokratyczną Litwą. Nie można pominąć tak doniosłego faktu, chcąc zrozumieć stosunki polsko-litewskie, że przywódcy ludności polskiej na Wileńszczyźnie raz po raz dawali dowody dobrej woli i chęci ułożenia poprawnych stosunków z narodem litewskim. Dowodem tego było włączenie się wraz z ludźmi innych narodowości razem z Litwinami do żywego Łańcucha Bałtyckiego, poparcie narodu litewskiego podczas wydarzeń styczniowych, wspólna obrona parlamentu pod biało-czerwonym sztandarem.
Polacy Wileńszczyzny z zadowoleniem przyjęli uznanie przez Radę Najwyższą Litwy paktu Ribbentrop-Mołotow za nieważny od momentu jego podpisania. W związku z tym stracił moc prawną układ z 10 października 1939 roku między Litwą a Związkiem Radzieckim. Status prawny Wileńszczyzny z punktu widzenia prawa międzynarodowego jest sprawą otwartą.
Jako postulat Polaków Wileńszczyzny trzeba uznać prawo mniejszości polskiej do uzyskania jednostki narodowościowo-terytorialnej w składzie Republiki Litewskiej ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu w kwestiach politycznych, gospodarczych, kulturalnych, w szczególności prawa do kultury narodowej.
Zarząd Główny Związku Polaków na Litwie
Wilno, 7.09.1991 r.”

* * *

„OŚWIADCZENIE RUCHU NARODOWEGO
Rozpoczęta w 1939 r. eksterminacja Polaków na Wschodzie wkroczyła w nowy etap. Obecne działania Litwinów są kontynuacją antypolskiej polityki Litwy kowieńskiej sprzed wojny, zbrodniczej współpracy Litwinów z Sowietami i Niemcami w czasie wojny, a po wojnie z komunistami, z których wywodzą się obecne władze litewskie. Rozwiązanie przez Litwinów samorządów wileńskiego i solecznickiego, i inne represje, w tym przemoc fizyczna, są przygotowaniem do wynarodowienia, nowej eksterminacji i ostatecznego wypędzenia Polaków z Wileńszczyzny.
Antynarodowa polityka rządu warszawskiego rozzuchwala sąsiadów Polski oraz prowadzi do jej etapowego rozczłonkowania i likwidacji. Takie jest znaczenie „reform” gospodarczych, terytorialnych i polityki zagranicznej obecnych władz. Polska nie odzyskała jeszcze niepodległości i nadal jest pod okupacją żydowską, narzuconą Polsce po wojnie przez Związek Radziecki w porozumieniu z Aliantami. Obecne władze są formalną i faktyczną kontynuacją rządów powojennych.
Tak zwane wolne wybory przeprowadzane są w oparciu o stalinowską konstytucję z 1952 r., z późniejszymi zmianami. Temat obecnych „wyborów” jest tematem zastępczym, odwracającym uwagę od rzeczywistego położenia narodu i dramatycznych zagrożeń dla Polski. Zatem udział w tych „wyborach” będzie uważany za kolaborację.
W krytycznym momencie dla Polaków na Wileńszczyźnie zachodzi konieczność podjęcia wszystkich środków politycznych, łącznie ze zbrojną interwencją na ziemiach, które historycznie i prawnie należą do Polski.
Powyższe oświadczenie jest zgodne z Celami Programowymi Ruchu Narodowego z dnia 15 września 1990 r.
Prezes Ruchu Narodowego
Mariusz Urban
Sopot, dnia 12 września 1991 r.

* * *

Horyzonty” (Stevens Point, USA) 21 września 1991:

Szanowny Panie Redaktorze,
Proszę przyjąć serdeczne podziękowanie za nadsyłane egzemplarze „Horyzontów”, które są – według mnie – najuczciwszym i najmądrzejszym pismem polskim na świecie (spośród tych, oczywiście, które znam).
Jako kresowiak, chciałbym w sposób szczególny podziękować za wspaniały artykuł p. Andrzeja Rozpłochowskiego pt „Kresy – odrodzenie polskości” (3. VIII. 91). Wreszcie ktoś się o nas upomniał w sposób rzetelny, kompetentny i odważny.
Ale w tym nadzwyczaj dobrym tekście znalazło się parę sformułowań po prostu mijających się z faktami. Otóż Sowiety wcale nie dążą do utworzenia na Wileńszczyźnie „osobnej polskiej republiki” ani na Ukrainie „osobnego państwa Galicji”...
Polityka Moskwy pozostaje, jak i przedtem, polakożercza i pozwoli ona raczej tysiąc razy Litwie i Ukrainie wyjść ze składu Związku Radzieckiego, niż na utworzenie „polskiej republiki” z byłych terenów kresowych. Podobnież komuniści wszystkich odcieni mają polakożercze usposobienie jak i nacjonaliści litewscy, ukraińscy i inni.
Idea utworzenia Republiki Wschodniej Polski z terenów zabranych nam w 1939 r. wysunięta została w maju 1990 r. przez Polską Partię Praw Człowieka w Wilnie i pomyślana jest jako pierwszy krok ku właściwemu rozstrzygnięciu „kwestii polskiej”.
Z uszanowaniem
Jan Ciechanowicz
Polska Partia Praw Człowieka
Wilno

* * *

Tygodnik „Katolik” (Paryż) 29 września 1991:

Czarne chmury nad Wileńszczyzną
Rozwiązanie przez Radę Najwyższą Republiki Litewskiej Rad Samorządu Rejonów Solecznikowskiego i Wileńskiego, pod zarzutem ich współpracy z organizatorami moskiewskiego puczu, zostało w Polsce przyjęte z oburzeniem. Większość rodaków uznało oskarżenia Litwinów, kierowane do reprezentantów mieszkańców Wileńszczyzny, za wyssane z palca, za swoisty pretekst do rozpoczęcia „rozwiązywania” na Litwie kwestii polskiej.
Traktując całą rzecz od strony litewskiego bezpieczeństwa narodowego, stwierdzić trzeba, że decyzja ta istotnie nie była uzasadniona. Jest co prawda niezbitym faktem, że przewodniczący Prezydium Rady Solecznikowskiej Cz. Wysocki i jego zastępca A. Monkiewicz poparli moskiewski pucz, ale ich decyzja jest oczywistym rezultatem polityki litewskiej względem Polaków na Wileńszczyźnie dążącej do ich wynarodowienia. Była ona na Litwie prowadzona w całym okresie powojennym. Systematycznie np. likwidowano polskie szkolnictwo zmniejszając liczbę szkół z 345 w 1953 do 88 w 1988. Jedyna, w miarę niezależna, siła jaką był Kościół katolicki, także prowadziła antypolską działalność, nie pozwalając na kształcenie w Kownie polskich duchownych. Rejony wileński i solecznicki, zamieszkałe w przeważającej większości przez Polaków, były również dyskryminowane socjalnie i ekonomicznie, w efekcie czego są one najbardziej zacofanymi gospodarczo częściami Litwy. Posunięcia władz litewskich w okresie dochodzenia ich kraju do niepodległości mają również zdecydowanie antypolskie oblicze. Ustawa o języku zabraniająca pełnienia jakichkolwiek funkcji bez znajomości języka litewskiego, litwinizacja nazwisk, likwidacja wpisu narodowościowego i nauczania polskiej historii to tylko część jej przejawów. Zagrożeni nią niektórzy wileńscy Polacy, nie czując płynącego poparcia z Warszawy, szukali poparcia dla swych narodowych aspiracji w Moskwie, co pozwoliło „Sajudisowi” stworzyć teorię, że są oni instrumentem Moskwy w zwalczaniu niepodległości Litwy. Zarzut ten był, rzecz jasna, nieprawdziwy. Podczas styczniowego ataku radzieckich komandosów na Wilno, Polacy z Wileńszczyzny stanęli po stronie Litwinów. Z przywódców polskich nie uczynili tego tylko Wysocki i Monkiewicz. Wysocki w podległym mu piśmie „Przykazania Lenina” nie zgodził się np. na zamieszczenie kondolencji dla rodzin ofiar akcji sowieckich komandosów.
Przez pryzmat działalności Wysockiego i Monkiewicza nie można jednak oceniać lojalności wobec Litwy wszystkich Polaków podczas moskiewskiego puczu, a nawet samej rady w Solecznikach, która 3 września podjęła szereg decyzji, popierających litewską suwerenność. Zwolniła m.in. z zajmowanych stanowisk Cz. Wysockiego i A. Monkiewicza oraz odwołała kilka podjętych jeszcze w roku ubiegłym decyzji, zakwestionowanych wcześniej przez litewskiego prokuratora generalnego. Wystąpiła też z odezwą podkreślającą, że rejon jest nieodłączną częścią Litwy, i że jego mieszkańcy będą pracować dla jej dobra.

Prośba o donosy
Dla władz litewskich decyzje te były jednak niewystarczające. Nawet gdyby solecznicka rada otwarcie przyznała, że jej przewodniczący jest agentem KGB i należy go jak najszybciej rozstrzelać, Litwini nie byliby z tego zadowoleni. Nie chodzi im bowiem o usunięcie kilku domniemanych rezydentów Moskwy, ale o zadanie ciosu mniejszości polskiej, dla której samorządy były ostatnią ostoją do rozwiązania których szykowali się od dawna.
Litwini doskonale wiedzą, że obecna koniunktura międzynarodowa wyraźnie im sprzyja i że jeżeli jej teraz nie wykorzystają, taka okazja może się więcej nie powtórzyć. Dzisiaj europejskiej opinii publicznej da się wmówić, że Polacy to agenci zdepopularyzowanej w całym świecie sowieckiej policji politycznej, jutro gdy jej wszechmoc okaże się całkowitym mitem, rzecz ta będzie trudniejsza. Prasa litewska na czele z „Lietuvos aidas” przystąpiła do preparowania antypolskich oskarżeń i wmawiania mieszkańcom republiki, że moskiewski pucz poparła, oprócz solecznickiej, również Wileńska Rada Rejonowa. Wileńska prokuratura zwróciła się też w iście stalinowskim stylu do mieszkańców Litwy z apelem o składanie donosów mających ułatwić ściganie uczestników puczu. Dolewając oliwy do ognia oskarżyła ona polskie samorządy o machinacje bankowe i wywieszanie biało-czerwonych flag. Zdecydowane protesty składane przez Frakcję Polską Rady Najwyższej Litwy, domagające się wnikliwego zbadania sprawy, nie były przez władze Litwy w ogóle brane pod uwagę. 4 września 1991 r. Rada Najwyższa Republiki Litewskiej podjęła uchwałę rozwiązującą Solecznicka i Wileńską Radę Rejonową. Uchwała ta była sprzeczna z punktem 2 art. 28 Ustawy Republiki Litewskiej o samorządach, przewidującej możliwość rozwiązania samorządu przez Radę Najwyższą tylko na wniosek specjalnie powołanej komisji deputowanych do Rady Najwyższej Republiki Litewskiej.
Komisja taka była, co prawda, powołana dla zbadania działalności rady w Solecznikach, ale nie zakończyła ona prac i nie przedstawiła żadnych wniosków, a w przypadku rejonu wileńskiego komisja taka nie została nawet utworzoną.
Rada Najwyższa Litwy przyjmując uchwałę o rozwiązaniu rad w Wilnie i Solecznikach nie uwzględniła również stanowiska jej Frakcji Polskiej, przedstawionej w oświadczeniu: „O sytuacji w rejonach wileńskim i sołecznickim”. Obecnie zaś władze litewskie szykują się do wprowadzenia na terenie polskich obwodów bezpośredniego zarządzania, co dla zamieszkujących je naszych rodaków może mieć przykre konsekwencje. Władze litewskie będą miały bowiem całkowicie wolną rękę w podejmowaniu decyzji personalnych i oskarżając o współpracę z KGB usuną ze wszystkich liczących się stanowisk Polaków i przystąpią do konsekwentnej lituanizacji Wileńszczyzny niwecząc ich nadzieje na wywalczenie autonomii.

„Bandycka formacja”
O rozpoczęcie tego procesu litewscy nacjonaliści upominali się zresztą od bardzo dawna, a „uczeni” litewscy przygotowali dla niej nawet podbudowę teoretyczną produkując broszury propagandowe. Perełką wśród nich jest książka Pranasa Kniukszta „Okręg wileński a język litewski”, w której dowodzi on, że Armia Krajowa „to bandycka formacja mordująca Litwinów, zaś złożenie kwiatów na groble matki Marszałka Piłsudskiego na Rossie dowodem „polskiego imperializmu”.
Drugim przejawem tej antypolskiej fali jest dziełko wydane przez Litewski Fundusz Kultury pióra W. Martinkenasa i zatytułowane: „Wilno i okoliczni mieszkańcy”. We wstępie autor pisze m.in.: „W Wilnie i na Wileńszczyźnie, poza innymi narodowościami, są tzw. „tutejsi”. Nie mają oni świadomości narodowej i najczęściej nie wiedzą, jakiej są narodowości. Inni znów, obdarzeni zbytnią „świadomością”, nie zwracając uwagi na swe pochodzenie, zawzięcie twierdzą, że są Polakami. Tym ostatnim właściwa jest nienawiść do innych narodów, szczególnie Litwinów. Uważają siebie za prawdziwych Polaków. Chociaż w ich mowie pełno jest barbaryzmów, a sam styl nie jest właściwy dla języka polskiego”.
Propagowaniu tej lektury towarzyszyły organizowane przez litewskich nacjonalistów demonstracje, z których wynikało, że na Wileńszczyźnie Polacy „gnębią” Litwinów. Transparenty niesione przez ich uczestników głosiły: „Rządzie! Litwini Wileńszczyzny dotąd zmuszani są uczyć się w szkołach rosyjskich i polskich!”, „Gdzie mają mieszkać Litwini na Litwie?!”, „Gdzie mieszkamy? W wileńskim rejonie, guberni czy województwie?”, „Najgłośniej krzyczą ci, którzy biją innych!”
Obecnie, odpowiadając na tamte apele, rząd litewski równolegle z rozwiązaniem samorządu przystąpił do lituanizacji szkolnictwa na Wileńszczyźnie chcąc tym samym „dopomóc” spolonizowanym Litwinom w powrocie do swych prawdziwych korzeni.
W końcu sierpnia Ministerstwo Kultury i Oświaty Litwy zwołało naradę dyrektorów szkół rejonu wileńskiego i solecznickiego, poświęconą „Kierunkom rozwoju oświaty w Litwie Południowo-Wschodniej”, na której minister kultury i oświaty D. Kudys stwierdził m.in.: „Każdy nauczyciel powinien uświadomić sobie osobistą odpowiedzialność za historię. Sprawy szkolnictwa na Litwie Południowo-Wschodniej układały się w przeszłości – tej najbliższej również – trudno. Litewskie szkoły dopiero teraz się odradzają i należy im stworzyć wszelkie ku temu warunki. Jeżeli te tendencje komuś z pracowników oświaty nie odpowiadają, tacy ludzie powinni z honorem odejść ze szkoły”.
Jaki program będzie obowiązywał w litewskich szkołach na Wileńszczyźnie, nietrudno przewidzieć. Ciekawe tylko, czy litewski minister oświaty zaleci do użytku szkolnego mapę państwową Litwy, jaką można kupić w wileńskiej księgarni przy ul. Gedyrnina (dawna ul. Mickiewicza), na której ziemie litewskie obejmują też Podlasie, Warmię i Mazury aż po linię rzeki Wisły.

Czy Rzeczpospolita zapomni?
Lituanizacja szkolnictwa dla żywiołu polskiego na Wileńszczyźnie jest szczególnie groźna dlatego, że pozbawi go bardzo szybko warstwy inteligencji składającej się przede wszystkim z nauczycieli. Księży Polaków na samej Wileńszczyźnie praktycznie nie ma. Władze duchowne zezwalają co prawda już na ich kształcenie, ale kierują ich do parafii czysto litewskich, położonych z dala od rodzinnych stron. Gdy któryś z nich przez przypadek trafi do polskiej parafii i okaże propolskie sympatie, natychmiast jest przenoszony do parafii, w których nikt nie potrafi posługiwać się językiem polskim.
Jedną z ostatnich ofiar litewskiej hierarchii był m.in. ks Józef Aszkiełowicz, usunięty z parafii p.w. Wniebowzięcia Pańskiego w Ejszyszkach. Kurii Wileńskiej nie podobało się, że ten szalenie popularny wśród wiernych kapłan prowadził nie tylko wzorowo parafię, ale również wskrzeszał dawne religijne zwyczaje związane z polską kulturą religijną. Delegacja wiernych, która pojechała do Arcybiskupa jedenastoma autobusami, nie została przez niego nawet wysłuchana. Spowodowało to godny ubolewania konflikt, w czasie którego wierni przez wiele tygodni w dzień i noc blokowali plebanię nie chcąc dopuścić do przeniesienia księdza.
Księża litewscy pracujący na Wileńszczyźnie są nastawieni zdecydowanie antypolsko. Są bowiem wychowywani w seminarium kowieńskim przez profesorów starszej generacji, chowających urazy z czasów Piłsudskiego i Smetony. Pod ich wpływem jeszcze do niedawna niektórzy klerycy składali przysięgę, że nigdy nie będą uczyli się języka polskiego. W swoich parafiach nie tylko nie chcą odprawiać Mszy św. po polsku, ale również odmawiają spowiedzi nie mówiącym po litewsku.
Obecnie mieszkańcy Wileńszczyzny bez ogródek stwierdzają, że jeżeli Rzeczpospolita nie upomni się o ich prawa, ulegną wynarodowieniu. Proces ten nastąpi bardzo szybko, bo oprócz dotychczasowych szykan Litwini zamierzają podzielić polskie rejony i dołączyć je do obszarów rdzennie litewskich, co całkowicie rozmyje je w morzu litewskim i uniemożliwi Polakom bronienie swych interesów.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych powinno więc w rozmowach z władzami Litwy przyjąć założenie, iż tylko autonomia może zagwarantować trwałość praw Polaków w tym kraju. Równolegle ze staraniami o jej uzyskanie rząd polski powinien złożyć deklarację, że starania o nią nie są elementem strategii zmiany granic i oderwania Wileńszczyzny od Litwy, że Wilno jest i będzie jej stolicą i Rzeczpospolita nie rości do niego żadnych pretensji oraz, że nie będzie dążyła do jego aneksji również od strony białoruskiej. Rząd polski powinien również uznać aneksję Wilna, dokonaną przez Józefa Piłsudskiego, za akt agresji przeciwko suwerennemu państwu i błąd polityczny. Litwini bardzo takiej deklaracji oczekują i jak twierdzi prezydent Vytautas Landsbergis w czerwcowym numerze paryskiej „Kultury”, są w stanie za niąpokochać” Polskę na 200 proc. Równolegle do tej deklaracji mocą ustawy powinny być również w pełni zagwarantowane prawa mniejszości litewskiej w Polsce.
Władze polskie rozważające ten problem muszą zrozumieć, że żadne inne rozwiązanie nie zostanie zaakceptowane przez opinię publiczną w kraju. Znaczna część naszych obywateli to przecież repatrianci z Kresów i ich potomkowie, bardzo do swych korzeni przywiązani.
Władze litewskie również muszą sobie uzmysłowić, że nierozwiązanie praw mniejszości polskiej na zasadzie uznania jej podmiotowości, stać się może zarzewiem długotrwałego konfliktu, którego konsekwencje mogą mieć charakter międzynarodowy. Konsolidacja odrodzonej państwowości przy wykorzystaniu nacjonalistycznego antypolonizmu na pewno się Litwie nie opłaci. W obecnej sytuacji gospodarczej bardziej niż my potrzebuje ona sojuszników.
Marek A. Koprowski”

* * *

Panorama” (Chicago), 26 października 1991:
„Przemówienie dr Jana Ciechanowicza na V Zjeździe Deputowanych Ludowych ZSRR w Moskwie 5 września 1991 roku

O sprawiedliwość dla Polaków na Wileńszczyźnie
Wysoka Izbo!
Na naszych oczach dzięki konsekwentnym wysiłkom obecnych władców Kremla, prezydenta Gorbaczowa i jego zwolenników, przestaje istnieć Związek Radziecki jako państwo imperialne, unitarne, totalitarne. Historia po raz pierwszy staje się świadkiem tego, jak potężne struktury państwowe likwidują same siebie.
Zbliża się dzień, gdy swą niezawisłość ogłoszą wszystkie republiki, składające się ongiś na gigantyczne mocarstwo światowe. Ważne jednak, by w tym procesie swobodę od komunistycznego imperializmu uzyskało nie tylko piętnaście narodów, dających nazwę odpowiednim republikom, lecz też wszystkie bez wyjątku narodowości, zamieszkałe rozpadające się imperium.
W związku z tym, witając w sposób szczególny ogłoszenie niepodległości przez republiki Bałtyku, Białorusi i Ukrainy, chciałbym upomnieć się o losy narodu, który faktycznie znajdował się pod jarzmem bolszewickiego kolonialnego zniewolenia od roku 1939. Są to Polacy w ZSRR, miliony ludzi, zamieszkałych na terenach oderwanych przez Stalina od Polski na podstawie (anulowanego dziś przez wszystkie zainteresowane strony) paktu Ribbentropa-Mołotowa. W imieniu setek tysięcy moich wyborców – Polaków zwracam się do Pana, szanowny Prezydencie Gorbaczow, i do Was, szanowni członkowie Parlamentu Radzieckiego, z apelem o natychmiastowe przystąpienie do negocjacji w celu sprawiedliwego rozstrzygnięcia danej kwestii. Jeśli ten problem, o którym przypominaliśmy także na poprzednich zjazdach, zostanie zignorowany i tym razem, będziemy uważali, że obecne kierownictwo Związku Radzieckiego i Rosji Radzieckiej kontynuuje ukształtowaną przez wieki antypolską politykę caratu rosyjskiego i stalinizmu, które zawsze dążyły do siania niezgody między Polakami, Ukraińcami, Białorusinami i Litwinami. Skutki agresji radzieckiej z 1939 roku przeciwko narodowi polskiemu muszą być naprawione przez same władze radzieckie i rosyjskie, nie powinny być przekładane na barki młodych suwerennych republik, nie powinny stać się zarzewiem niebezpiecznych konfliktów na obrzeżach byłego Związku Sowieckiego. Pamięć o czterech milionach wymordowanych i deportowanych na Sybir przez system czerwonego terroru Polaków, o gorzkim losie milionów innych Polaków żyjących w ZSRR w warunkach okrutnej dyskryminacji, gdy ludziom się zabrania nie tylko używania własnego języka, ale i odmawia prawa do własnego imienia, wymaga specjalnego rozpatrzenia tej kwestii i jej sprawiedliwego rozstrzygnięcia. Skoro Pan, Prezydencie Gorbaczow i Pan, Prezydencie Jelcyn, rzeczywiście i szczerze chcecie być demokratami, ludźmi, darującymi narodom odebrane im prawa i wolność, musicie znaleźć w sobie dość męstwa, by pójść na to i uczynić zadość sprawiedliwości w stosunku do ludności Polski Wschodniej, okupowanej i podzielonej w roku 1939.
Dr Jan Ciechanowicz”

* * *

29 września 1991 gazeta Sajudisu w języku rosyjskim „Sogłasije” opublikowała na pierwszej stronie wywiad z Nikołajem Stolarowem, generałem-majorem, organizatorem obrony ugrupowania jelcynowskiego przed operetkowym „puczem” Janajewa, zastępcą przewodniczącego KGB ZSRR, który m.in. wyznał: „Podczas puczu pracownicy KGB przenikali do Białego Domu Rosji, ryzykując bardzo wiele, i świadczyli nam pomoc"”.. To prawda, KGB dyrygował zarówno butaforskim „puczem”, jak i nacjonalistycznymi „ruchami niepodległościowymi” we wszystkich republikach ZSRR.

* * *

Narodowcy z organizacji Niepodległościowy Sojusz Pomorza 21 września 1991 rozpowszechnili „Komunikat” o następującej treści: „Pomimo wielowiekowej wspólnej przeszłości narodów polskiego i litewskiego, wykształcony ręką zaborcy rosyjskiego, a następnie niemieckiego, antypolski nacjonalizm litewski wszedł w nowe stadium. Znajdując pożywkę w tradycyjnym kursie rozpoczętym przez Litwę kowieńską w okresie międzywojennym zmierza do całkowitej eksterminacji i wypędzenia Polaków z Wileńszczyzny.
Przemilczając prawną przynależność Wileńszczyzny do Rzeczypospolitej Polskiej (którą to prowincję Litwa otrzymała od Związku Sowieckiego na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow) nowopowstająca Republika na skutek pasywnej polityki i braku zainteresowania dzisiejszych władz polskich przystąpiła do ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej.
Poprzez profanację polskich cmentarzy i pamiątek narodowych, walkę z polską oświatą, kulturą i samorządami, kampanię oszczerstw oraz roszczeń także wobec dzisiejszego terytorium Polski – władze litewskie zadały cios polityczny, nielegalnie rozwiązując polskie samorządy w rejonie wileńskim i solecznickim, mianując w to miejsce własne zarządzanie administracyjne. Całej operacji towarzyszy atmosfera stanu wyjątkowego z terrorem zastraszania, infiltracji, zwolnień i prześladowań Polaków, oraz litewskiej kolonizacji Wileńszczyzny.
Zapowiadając ostateczne rozwiązanie problemu obywatelstwa na dzień 3.XI.91 pragnie się zmusić Polaków do lituanizacji, gdyż tylko poprzez przyjęcie obywatelstwa litewskiego (połączonego z podpisaniem deklaracji o lojalności wobec władz i systemu) można będzie uzyskać pełnię praw.
Czterdziestomilionowy naród nie może pozwolić sobie na pozostawienie swoich współrodaków na łasce Sajudisu, składającego się z byłych komunistów. Należy użyć wszystkich koniecznych srodków politycznych w celu ostatecznego wyjaśnienia statusu Wileńszczyzny, zabezpieczenia wszystkich należnych praw jej mieszkańcom oraz regulacji stosunków granicznych pomiędzy Polską a Litwą”.
Podpisali: Mariusz Roman, Andrzej Czaplicki. Nic z tego.

* * *

Agenturalne dziennikarki żydopolskie Alina Kurkus i Grażyna Starzak opublikowały w nr 221 „Dziennika Polskiego” zestaw materiałów z Litwy, w którym za pomocą sprytnych przeinaczeń i kłamstw faktycznie skłaniali czytelników do „zrozumienia”, a więc i do akceptacji antypolskich posunięć ówczesnych władz Litwy:

Alina Kurkus                                                                Korespondencja z Litwy

Krajobraz z komisarzami
Uchwała Rady Najwyższej o rozwiązaniu samorządów rejonowych została podjęta niezgodnie z wieloma aktami ustawodawczymi Republiki Litewskiej, a także normami prawa międzynarodowego – stwierdził Czesław Okińczyc w parlamencie.
Decyzja o wprowadzeniu w dwóch polskich rejonach na Wileńszczyźnie bezpośredniego zarządzenia administracyjnego nie przestaje bulwersować polskiej mniejszości na Litwie. Większość ma poczucie niesprawiedliwości i zagrożenia. Uchwały w sprawie rozwiązania rad rejonowych w Solecznikach i rejonie wileńskim oraz o wprowadzeniu tam zarządzania za pośrednictwem pełnomocników rządu zapadły akurat w przededniu podejmowania ważnych decyzji zarówno przez władze Litwy, jak i samych jej obywateli. Już do 3 listopada (choć mówi się o możliwości przesunięcia tej daty) mieszkańcy Litwy muszą się zdecydować, czy chcą przyjąć obywatelstwo litewskie, podpisując deklarację lojalności, zaś w najbliższych miesiącach ma być na Litwie przeprowadzona prywatyzacja oraz zwrot ziemi i mienia, zagarniętego w dobie nacjonalizacji i kolektywizacji. W tym czasie ma się też zdecydować sprawa nowego podziału administracyjnego Litwy. Polacy się obawiają, że przysłani do ich rejonów pełnomocnicy rządu nie będą reprezentować ich interesów. Już teraz się słyszy głosy o ich „antypolskich posunięciach” – a to że nie zezwolił ludziom pojechać autokarami na wiec w Niemenczynie, a to że zwolnił dyrektora – Polaka, a to, że źle potraktował byłych pracowników samorządów.
Polacy z goryczą mówią o tym, że Rada Najwyższa, karząc ludzi za działalność kilku czy kilkudziesięciu aparatczyków, wykazała maksimum złej woli. Nie dość, że nie zgodziła się na to, by Polacy sami zrobili porządek ze swą nomenklaturą i rozwiązała całe rady, a nie np. same zarządy, nie dość, że rozwiązując rady nie zgodziła się na natychmiastowe rozpisanie nowych wyborów, to jeszcze na „komisarzy” wyznaczyła ludzi, którzy nie znają ani języka, ani kultury, ani mentalności Polaków, a co więcej, mają opinię ludzi im nieżyczliwych.
„Jeśli słowa i czyny władz Litwy mają iść w parze, a cel wprowadzenia na Wileńszczyźnie zarządzania bezpośredniego jest taki, jak to się oficjalnie głosi, to nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby na pełnomocników rządu wyznaczyć ludzi miejscowych, którzy są znani mieszkańcom tych rejonów” – napisał na łamach Kuriera Wileńskiego jego redaktor naczelny, a jednocześnie przedstawiciel frakcji polskiej w parlamencie, Zbigniew Balcewicz.
Na Wileńszczyźnie wyraża się obawy, że stosunki między ludnością polską i litewską ulegną dalszemu zaostrzeniu. Oznakę tego można było zaobserwować podczas demonstracji zorganizowanych w ub. tygodniu pod litewskim parlamentem. Obok grupy Polaków pojawiła się grupa reprezentująca towarzystwo „Vilnija” i tzw. „Wiczów”, które uważają się za reprezentantów prawdziwych i prawowitych mieszkańców Wileńszczyzny. Nie obeszło się bez wymiany ostrych słów, a nawet szarpaniny. Polakom próbowano wyrwać plakaty, wyzywano od bolszewików i puczystów, krzyczano, że nie są Polakami.
Edwardas Satkieviczius – prezes Towarzystwa Litwinów Słowiańskojęzycznych i „Wiczów” – powiedział jednemu z dziennikarzy „Nasi przodkowie nie byli Słowianami, a te ziemie są czysto litewskie. Na Litwie rozpowszechniany jest fanatyzm języka polskiego. Prosimy, by ludzi z Litwy Wschodniej nie nazywać Polakami”.
Bardzo źle przyjęto i do dziś się komentuje wystąpienie Kazimierasa Motieki – wiceprzewodniczącego Rady Najwyższej – który zwracając się do grupy Polaków powiedział, że jeśli przewodniczącym rozwiązanych rad ta decyzja się nie podoba, „to niech pakują walizki i jadą do swojej Moskwy i tam siedzą. A jeśli wam się oni podobają to i wy możecie to zrobić”. Jego wystąpienie, w którym zarzucał Polakom przede wszystkim to, że byli (czy są) komunistami, skwitowano szmerem i złośliwymi uwagami, że sam dwukrotnie ubiegał się o przyjęcie do partii. Warszawska szuja prasowa świadomie skłamała: Motieka był dwa razy wydalany z KPZR – J.C.].
Zarzuty pod tym adresem Polaków, że są komunistami, wywołują w nich wielką gorycz – a i docinki, że w obecnej Radzie Najwyższej zasiada bardzo wielu byłych komunistów (jeden z plakatów na wiecu w Niemenczynie głosił: „90 proc. Rady Najwyższej to byłe członki KPZR!”).
„Kiedy w latach władzy radzieckiej Moskwa zarzucała Litwie, że ciągle jest na niej zbyt wielu wierzących, Litwini winę zwalali na Polaków – usłyszałam w rozmowie z redaktorem naczelnym Magazynu Wileńskiego, Michałem Mackiewiczem. To myśmy „psuli” statystyki ateizacji, to myśmy chodzili do Kościoła, chrzcili dzieci, brali śluby kościelne. Dzisiaj zaś mówi się, że Polacy to komuniści. Jest to po prostu śmieszne”.
Przedstawiciele władz litewskich konsekwentnie odrzucają zarzuty, że ustawy przyjęto niezgodnie z prawem. Tymczasem podjęta 4 bm. uchwała Rady Najwyższej „O rozwiązaniu rad rejonu solecznickiego, wileńskiego i osiedla Snieczkus w rejonie ignalińskim” przeczy artykułowi 28. ustawy Republiki Litewskiej o podstawach samorządu terytorialnego, zgodnie z którym rada samorządu może być rozwiązana jedynie na podstawie uzasadnionej decyzji Rady Najwyższej, podjętej na podstawie wniosków przedstawionych przez specjalną komisję, powołaną przez parlament. Uchwała z 4 bm. nie zawierała żadnego uzasadnienia a specjalna komisja pod kierownictwem Eugeniusa Pietrowasa w dniu podjęcia uchwały jeszcze pracowała, a w rejonie wileńskim „śledztwa” nawet nie zaczęła.
Niezgodne z ustawodawstwem litewskim było także rozporządzenie wicepremiera W. Pakalniszkisa z dn. 9 bm., bowiem rozwiązanie powoływanych przez rady rejonowe zarządów i odwoływanie ze stanowisk ich kierowników leży w gestii Rady Najwyższej, nie zaś rządu. Poza tym decyzję o wprowadzeniu w obu rejonach zarządzania administracyjnego (i nierozpisywaniu natychmiastowych wyborów) parlament litewski podjął dopiero 12 bm. Tego dnia już jednak nie tylko rozwiązywane były zarządy i zwolnieni z pracy ich naczelnicy oraz zastępcy, lecz także mianowani pełnomocnicy rządu w obu rejonach.
„Uchwała Rady Najwyższej o rozwiązaniu samorządów rejonowych została podjęta niezgodnie z wieloma aktami ustawodawczymi Republiki Litewskiej, a także z normami prawa międzynarodowego – powiedział Cz. Okińczyc, występując w parlamencie.
Wnioski komisji E. Pietrowasa nie dość, że przedstawione zostały ze znacznym opóźnieniem, to jeszcze wywołały spore kontrowersje wśród Polaków. Przede wszystkim obu radom – i solecznickiej i wileńskiej – stawia się nieomal jednakowe zarzuty, podczas gdy w odczuciu mieszkańców Wileńszczyzny radzie w rejonie wileńskim nie można stawiać takich samych zarzutów jak kierowanej przez zagorzałego komunistę Cz. Wysockiego radzie solecznickiej.
Trzeba przy tym podkreślić, że chyba nikt nie neguje, iż obie rady – przede wszystkim jednak solecznicka – podejmowały pewne decyzje czy działania, jak np. wywieszanie flag radzieckich lub polskich na budynkach rady, które wywołały sprzeciw władz litewskich. Niektóre uchwały jak np. w sprawie zorganizowania radzieckiego referendum, czy o zakazie działania na terenie rejonu solecznickiego Departamentu Ochrony Kraju Rada Najwyższa w swoim czasie unieważniła. Zastrzeżenia jednak budzą takie zarzuty jak „przedstawienie propozycji poparcia idei utworzenia samorządowego polskiego rejonu narodowego na Litwie”.
Nikt już też chyba nie ma wątpliwości co do tego, że obie rady zostały ukarane za to, iż dały się wciągnąć przez swych przewodniczących w wielką rozgrywkę polityczną między rozpadającym się radzieckim imperium, a mozolnie walczącą o swą niepodległość Litwą. Ludzie stojący na ich czele – Czesław Wysocki i Anicet Brodawski – występując w źle pojętym interesie Polaków oraz umiejętnie wykorzystując ich uczucia i nastroje, manipulowali tymi radami. Zamiast zająć się konkretnymi problemami, których w obu rejonach nie brakuje, uprawiali „wielką politykę” czy raczej politykierstwo, wciągając w nie często niezbyt świadomych rzeczy ludzi.”

Litwin w Polsce
Rozmowa z Romanem Witkowskim, członkiem zarządu Związku Litwinów w Polsce, naczelnikiem gminy Puńsk
Panie naczelniku, sytuacja mniejszości litewskiej w Polsce jest nieporównanie lepsza niż Polaków na Litwie...
– Jest lepsza, ale i my mamy wiele problemów. Z tym, że my najpierw myślimy jak je rozwiązać, a Polacy na Litwie wciąż tworzą nowe...
– O ile wiem, w ciągu ostatnich lat udało się wam rozpocząć budowę Domu Litwinów, uzyskaliście zgodę na mszę w języku litewskim, zorganizowaliście własną, prężną organizację, wystawiacie swoich kandydatów do polskiego parlamentu...
– To prawda, o czym pani mówi, ale z pewnymi zastrzeżeniami. Otóż aby zakończyć budowę Domu Litwinów brakuje nam bagatelka 1 mld złotych. Zgodę na mszę uzyskaliśmy, ale wciąż nie dochodzi do praktycznej jej realizacji. Natomiast istotnie prężnie rozwija się nasza organizacja licząca około 2 tysiące członków. W tych dniach zawiązuje się kolejna – będąca kontynuacją przedwojennej organizacji Litwinów pod wezwaniem Św. Kazimierza. Jeśli chodzi o naszych kandydatów do parlamentu, to wystawiamy ich w sumie dziesięciu, w bloku wyborczym utworzonym wspólnie z Ukraińcami, Czechami i Słowakami.
– Czy napotykacie na jakiekolwiek utrudnienia w wyjazdach do rodzin mieszkających na Litwie?
– Nie, tego nie mogę powiedzieć. Faktem natomiast jest, iż na wyjazd trzeba czekać wiele godzin a nawet dni. Strona litewska, o ile wiem, proponowała rządowi polskiemu otwarcie nowego przejścia granicznego, ale na razie prowizorycznego. Podobno strona polska nie godzi się na prowizorkę, gdyż chce od razu zbudować przejście graniczne z prawdziwego zdarzenia.
– Jak odbywa się obecnie odprawa na granicy?
– Odprawę celną przeprowadzają wyłącznie Litwini, natomiast przy paszportowej uczestniczą jeszcze żołnierze radzieccy, ale to są ich ostatnie dni służby.
– Jak pan sądzi, czy jest jakiś sposób na złagodzenie napiętych stosunków pomiędzy Polakami a Litwinami?
– Myślę, że trzeba jak najprędzej doprowadzić do tego, aby w Wilnie rezydował na stałe przedstawiciel polskiego rządu w randze ambasadora. Być może codzienne kontakty z rządem litewskim z jednej strony a przedstawicielami Polaków z drugiej, pozwoliłyby konflikt rozwiązać albo chociaż złagodzić.

Polak na Litwie
Rozmowa ze Zbigniewem Balcewiczem, polskim deputowanym do Rady Najwyższej Litwy [i dodajmy, koordynatorem KGB w Wilnie – J.C.]
– Mniejszość polska na Litwie znalazła się w bardzo trudnej sytuacji...
– Tak jest rzeczywiście. Uchwałą Rady Najwyższej Republiki Litewskiej z 4 września rozwiązano zarządy rejonu solecznickiego i wileńskiego. Odwołano wszystkich pracowników zarządów tych rad, odebrano pełnomocnictwa staroście osiedla Snieczkus. Można powiedzieć, że w ten sposób niemal ubezwłasnowolniono Polaków na Litwie, gdyż w tych rejonach mieszkają w większości Polacy.
– Jakie zarzuty postawiono deputowanym w tych rejonach?
– Na spotkaniu z zarządem rejonu wileńskiego pełnomocnik litewskiego rządu powiedział, iż zarzuca się tej radzie udział w przeprowadzeniu referendum obcego państwa oraz naruszenie swobody migracji ludności do rejonu, a także demonstracyjną współpracę z komisariatami wojskowymi obcego państwa. To oczywiście są mocno naciągane argumenty, a zarządzenie o rozwiązaniu rad jest bezprawiem. W rejonach polskich urzędują teraz litewscy pełnomocnicy, którzy zupełnie nie znają specyfiki tych terenów, nie mają pojęcia, o co nam Polakom chodzi. Powiedziano, iż nowe wybory zostaną rozpisane wówczas gdy „Polacy dojrzeją”. Myślę, że to określenie mówi samo za siebie.
– Czy nie sądzi pan, że ta bardzo bolesna również dla nas w Polsce sytuacja, wytworzyła się nie bez udziału niektórych przedstawicieli polskiej mniejszości?
– Zgadzam się z panią. Wystarczy przypomnieć działalność niektórych deputowanych np. Jana Ciechanowicza, który wespół z innymi, podejrzanymi iż są na usługach „bezpieki”, stworzyli kolaboranckie pismo pt. „Ojczyzna”, w którym bez ogródek wypowiadali się na temat „wielkości ZSRR” i konieczności pozostania Litwy w składzie republik radzieckich. Nawiasem mówiąc „Ojczyzna” przejęła naszą – „Kuriera Wileńskiego” – bazę poligraficzną, choć ukazywała się nielegalnie. Ci ludzie zhańbili Polaków na Litwie a teraz chowają się po krzakach. Niektórzy uciekli do Moskwy razem z OMON-em...
Rozmowy przeprowadziła Grażyna Starzak

– W ten sposób UOP i KGB wielokrotnie ochrzaniali w prasie krajowej polskich działaczy patriotycznych z Wilna.

* * *

Tąpnięcie
Jeszcze niedawno dominowały w Polsce nastroje sympatii wobec Litwinów. Solidarność z małym, wybijającym się na niepodległość narodem była niemalże powszechna. Wydawała się czymś oczywistym – jakże inaczej miał reagować Polak, znający cenę niepodległości – wobec sowieckich czołgów i komandosów masakrujących ludzi pod wileńską wieżą telewizyjną? Spontanicznie powstające wówczas komitety niosące pomoc Litwie – były praktycznym potwierdzeniem owej sympatii i solidarności. Odsuwały one w cień zadawnione (wydumane lub rzeczywiste) urazy, nie do końca zabliźnione rany historii. Zdawały się dobrze rokować przyszłości i dobremu sąsiedztwu obu naszych narodów. Takie słowa przynajmniej wówczas padały – obok bardzo ostrej chwilami krytyki pod adresem naszych oficjalnych czynników, za daleko posuniętą wstrzemięźliwość wobec wydarzeń na Litwie. I kiedy ten kraj szamotał się jeszcze wciąż w objęciach sowieckiego niedźwiedzia – niemalże jako nietakt przyjmowane były u nas głosy ostrzegające przed symptomami odradzania się antypolskiego nacjonalizmu, zwracające uwagę na skomplikowaną sytuację naszych rodaków zamieszkałych w granicach odradzającego się państwa litewskiego.
W ostatnich tygodniach stało się coś bardzo niedobrego. Mam tu na myśli nie tyle oficjalne kontakty między Warszawą a Wilnem, co raczej swego rodzaju emocjonalne tąpnięcie obserwowane w społeczeństwie wobec wieści o traktowaniu Polaków po tamtej stronie granicy. Widoczne jest ono szczególnie jaskrawo wśród tych spośród nas, którzy jeszcze niedawno, spontanicznie i bez specjalnych politycznych kalkulacji, solidaryzowali się (nie tylko słowem) z walczącymi o niepodległość Litwinami – i nie wyobrażali sobie, że mogliby reagować inaczej; traktowali to wręcz jako swego rodzaju moralną powinność. To, co kiełkowało na owej glebie, zostało naraz zmrożone. Dlaczego?
Doprawdy, trudno tu przyjąć argumentację strony litewskiej, że kilku komunistów noszących polskie nazwiska usprawiedliwia zastosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej. Kto to powiedział: „dajcie mi człowieka, a ja mu już paragraf znajdę”? Administracyjne metody, jakie zastosowano wobec Polaków w rejonie wileńskim i solecznickim, budzą – delikatnie mówiąc – niedobre skojarzenia. Jakby potwierdzały tezę, że formalne wyzwolenie się od komunizmu nie oznacza automatycznie pozbycia się nawyków, które wstrzyknął w mózgi ludzkie totalitaryzm...
Okrzyki adresowane do Polaków, którzy pod wileńskim parlamentem dopominają się o swoje prawa – „Niepotrzebne wam prawa, będziecie buty nam czyścić!” – mógłby ktoś jeszcze skwitować stwierdzeniem, że faceci z obłędem w oczach są wszędzie. Tak u nich, jak i u nas. Ale kiedy tego typu nastroje nie tylko nie spotykają się z jednoznaczną reakcją oficjalnych władz odradzającego się państwa – a wręcz znajdują pożywkę w wystąpieniach polityków – trudno je już traktować w kategoriach folkloru politycznego, czy chorej narośli grożącej wszystkim młodym demokracjom. Jeżeli decyzje władz republikańskich zmierzają do uczynienia w przyszłości z Polaków, którzy „lojalek” nie podpiszą – „pariasów” w tym państwie (bo nie będą mogli uczestniczyć w prywatyzacji majątku) – to już coraz bliżej hasła o „czyszczeniu butów”...
Prezydent Landsbergis [Landsbergis nigdy nie był prezydentem Litwy! Dlaczego w tym nieszczęsnym kraju każda wesz zabiera głos w każdej sprawie i czuje się w niej „ekspertem”? – J. C.] – jego wypowiedzi coraz częściej zaskakują nas nutą, którą pozwolę sobie po prostu nazwać buńczuczną – oskarża ostatnio polską prasę o przeinaczanie faktów, ich dowolną interpretację, sztuczne wyolbrzymianie problemu. Pan prezydent równocześnie w swych wypowiedziach niejednokrotnie daje przykład, jak można – nazwijmy to tak – selektywnie podchodzić do faktów i swobodnie je interpretować. Przywołam tu jedynie odpowiedzi na pytania polskich dziennikarzy podczas pobytu prezydenta Litwy w siedzibie ONZ i wywiad w „Polityce” z 21 września br. Jeżeli prezydent Landsbergis twierdzi, że "Polacy mają dużo więcej uprawnień na Litwie niż Litwini w Polsce” – to chyba nie wie, co podpisał 4 września i co ostatnio podpisują podlegli mu urzędnicy.
Nieraz tłumaczono u nas zachowanie tamtejszych polityków i niektórych grup społeczeństwa litewskiego – obawą, jaką zwykle mały naród żywi względem większego, owym swoistym „kompleksem polskim”. Jeżeli nawet przyjmiemy ten argument, a także i to, iż zaiste nie wszyscy Polacy zachowywali się w ostatnich miesiącach tak, aby nie dać pretekstu – istnieje jednak pewna granica, za którą tego typu uzasadnienia absolutnie przestają wystarczać. Wypada wiedzieć, co mieści się pod terminem „prawa człowieka” – zwłaszcza będąc świeżym sygnatariuszem Aktu KBWE.
Wielka szkoda, że to wszystko, co pozytywnego zaczęło się dziać między naszymi narodami w minionych miesiącach – wiele nawiązanych kontaktów między organizacjami, partiami, grupami społecznymi, miastami (m.in. deklaracja braterstwa podpisana przez władze Krakowa z władzami Wilna) – wielka szkoda, że ulega to teraz zachwianiu, ustępuje miejsca zadawnionym emocjom, że przyszłość owych kontaktów znów pod znakiem zapytania. Lecz doprawdy, trudno nam udawać, że koło Wilna nic się nie dzieje, że los naszych rodaków jest nam obojętny.
Nikt rozsądny w Polsce nie odpowiada na hasło o „czyszczeniu butów” reanimacją zawołania „Wodzu, prowadź na Kowno” – ale do ułożenia wzajemnych stosunków na sposób cywilizowany, europejski potrzebna jest naprawdę „dobra wola obu stron”. Miejmy nadzieję, że prezydent Landsbergis potraktuje akurat te swoje słowa poważnie.
Czesław T. Niemczyński

* * *

Antypolska „Gazeta Wyborcza” zamieszcza 3 października 1991 wywiad pt.:

Polski obwarzanek pod Wilnem
W czwartek wieczorem przyjeżdża do Warszawy czteroosobowa delegacja litewskiego MSZ z dyrektorem departamenty konsularnego L. Kuczynskasem. Podczas piątkowych rozmów z przedstawicielami polskiego MSZ omówiony zostanie tekst deklaracji polsko-litewskiej, dotyczący m.in. Polaków na Litwie i mniejszości litewskiej w Polsce.

(P) Rozmowa z Arturem Płokszto, redaktorem naczelnym „Naszej Gazety”, organu Związku Polaków na Litwie.
– Czy sytuacja Polaków na Litwie jest beznadziejna?
– Jeżeli zostaną wprowadzone w życie wszystkie projekty władz litewskich, wymierzone przeciwko mniejszości polskiej, to rzeczywiście sytuacja będzie beznadziejna.
– Czy widzicie jakieś wyjście z tej sytuacji?
– Klucz do rozwiązania spraw mniejszości polskiej jest w rękach Litwinów. Obecnie, po odzyskaniu niepodległości, Litwa jest w stanie euforii i tym, co będzie jutro, nikt się poważnie nie zajmuje. Nie rokuje to wielkich nadziei na poprawę naszej sytuacji. Myślę jednak, że jakiś skutek mogłoby odnieść wywarcie presji na rząd litewski przez któreś z państw zachodnich. Chodziłoby o uświadomienie Litwinom, że takie rozwiązanie kwestii mniejszości narodowych, jakie zastosowali wobec Polaków na Litwie, nie mieści się w kanonach międzynarodowych.
– Którą z koncepcji litewskich uważacie za najgroźniejszą?
– Projekt utworzenia Wielkiego Wilna, w wyniku czego dwie trzecie rejonu wileńskiego, zamieszkanego w większości przez Polaków, zostanie przyłączone do stolicy. Pozostanie niewielki obszar, w kształcie obwarzanka, który zostanie podzielony między sąsiednie rejony. W ten sposób zniknie rejon wileński i Polacy wszędzie będą w mniejszości. W konsekwencji ludność polska w okręgach wyborczych nie będzie mogła wybrać swoich przedstawicieli. Nie będzie także mogła odzyskać ziemi, zabranej podczas kolektywizacji, bowiem na terenie miejskim ustawa o prywatyzacji nie będzie obowiązywać.
– Czy Polacy będą występować o obywatelstwo litewskie?
– Wielu Polaków nie chce występować o obywatelstwo. W polskich rejonach wielu starszych ludzi pogodziło się z tym, że umrą bez obywatelstwa na swojej ziemi. Litwini, obawiając się, że wielu mieszkańców republiki nie będzie chciało obywatelstwa, powiązało to z kwestią prywatyzacji – osoba nie mająca obywatelstwa litewskiego, nie będzie mogła nabyć ani odzyskać ziemi. Związek Polaków na Litwie uważa, iż obywatelstwo powinno być nadawane z mocy prawa – takie jest również stanowisko polskiego rządu.
– Czy w lej sytuacji nie powinniście razem z byłymi działaczami samorządowymi nakłaniać ludzi do występowania o obywatelstwo litewskie?
– Związek, jak mówiłem, jest za przyjmowaniem obywatelstwa litewskiego. Niestety, nie wzywają do tego lokalni działacze samorządowi, którzy mają posłuch i władzę w rejonach. Dopóki me rozkażą oni swoim ludziom brać litewskiego obywatelstwa, dopóty apele Związku, który skupia głównie inteligencję, nie przyniosą żadnych rezultatów. Nasze stanowisko jest niepopularne wśród Polaków, którzy uważają je za przejaw zdrady i uległości wobec Litwinów.
– Słyszałem, że ostatnio wielu Polaków zostało zwolnionych z pracy.
– Są też rewizje w mieszkaniach i urzędach działaczy samorządowych. Bardzo zaniepokoił nas fakt, że jedną z pierwszych rewizji przeprowadzono u Edwarda Tomaszewicza, założyciela Asocjacji Wileńszczyzny, pierwszej polskiej prywatnej inicjatywy gospodarczej. Może to oznaczać, że Litwini chcą uderzyć w gospodarcze struktury Polaków na Wileńszczyźnie, że będą przeciwstawiać się wejściu tam polskiego kapitału.
– Czym tłumaczyć nagłą zmianę w polityce rządu litewskiego wobec mniejszości polskiej. Przecież do puczu w Moskwie wszystko układało się dobrze?
– Polacy na Litwie nie sądzą, by była to radykalna zmiana. Nie wierzyliśmy w szczerość Litwinów już wtedy, kiedy 29 stycznia wprowadzili ustawy satysfakcjonujące Polaków. Uważam, że te ustawy potrzebne im były po to, aby zapewnić sobie cześć polskich głosów w czasie sondażu (chodziło o referendum 10 lutego w sprawie niepodległości Litwy – przyp. G.P.) Za to jednak, że Polacy woleli wziąć udział w referendum sowieckim, a nie w litewskim, główną winę ponoszą sami Litwini, przez brak przemyślanej polityki wobec mniejszości polskiej.
– Czy sami Polacy są tu całkiem bez winy?
– Na pewno nie. Wysoce szkodliwa była działalność niektórych promoskiewskich szefów samorządów. Czesław Wysocki, przewodniczący solecznickiej rady rejonowej (który nazywał swój rejon czerwonym), skompromitował nas w oczach całego świata.
– Prezes Związku Polaków na Litwie, Jan Sienkiewicz, powiedział niedawno, że polski rząd zrobił dla polskiej mniejszości wszystko, co było można, i więcej już uczynić nie może. Nie nastraja to optymistycznie przed rozmowami polsko-litewskimi 3 i 4 października w Warszawie.
– Nie podzielam tego stanowiska. Poza tym, powtarzam to raz jeszcze, nie tylko rząd RP, ale także inne kraje mogą nam pomoc. Wielkie znaczenie ma dla nas zmiana opinii o Polakach na Litwie w oczach całego świata. Nie chcemy, aby wszystkich tutejszych Polaków uważano za obrońców komunizmu.
– Czy są jakieś szanse, aby zmienić ostatnie decyzje rządu litewskiego wobec mniejszości polskiej?
– To jest niemożliwe. Możliwe jest natomiast mianowanie komisarzami w polskich rejonach Litwinów, zaakceptowanych przez Polaków, albo Polaków, zaakceptowanych przez Litwinów.
– Zachodzi obawa, że jeśli sytuacja nie zmieni się, Polacy na Litwie będą hamować proces reform gospodarczych.
– To prawda. Dlatego dziwię się, że prezydent Landsbergis, zamiast pozyskać Polaków, robi sobie z nich wrogów.
– A zatem nic ma żadnych powodów do optymizmu?
– W tej chwili trudno o optymizm. Uważam, że szansę na zmianę polityki Litwinów wobec mniejszości polskiej mogą dać jedynie nowe wybory do parlamentu litewskiego.
Rozmawiał
Grzegorz Polak

* * *

Gazeta Częstochowska”, 5 listopada 1991:

Nadzieja w Rzeczypospolitej

SPECJALNIE DLA „GAZETY”
Rozmowa z dr Janem Ciechanowiczem,
członkiem Prezydium Zarządu Głównego
Związku Polaków na Litwie,
członkiem parlamentu ZSRR.

– Panie doktorze, położenie Polaków na Wileńszczyźnie pogarsza się. Czy pana zdaniem jako jednego z ich liderów są oni w stanie samodzielnie obronić się przed szykanami władz litewskich.
– Niestety nie. Od 1985 roku środowisko polskie jest rozbite i skłócone wskutek intryg zarówno litewskiego jak i radzieckiego KGB. Kilku wieloletnich konfidentów sprawiło, że zamiast trzymać się razem, nawzajem skaczemy sobie do gardeł. Paraliżuje to nas i sprawia, że nie jesteśmy w stanie sami się bronić. Innym czynnikiem, który uniemożliwia nam realną samoobronę jest fakt, że podejmując działania wymierzone w mieszkańców Wileńszczyzny Litwini nie przestrzegają nawet swojego ustawodawstwa, w związku z czym stoimy z góry na straconych pozycjach. Mniejszość narodowa może realnie się bronić tylko w państwie demokratycznym. Wybijająca się na niepodległość Litwa takim państwem niestety nie jest. Jej przywódcy mają, co prawda, usta pełne frazesów o wolności i prawach człowieka, ale są to słowa całkowicie bez pokrycia. Zachowali oni praktycznie większość reliktów komunistycznego systemu. Nie zmienił się zupełnie średni szczebel hierarchii władzy. Wciąż trwa tez centralizacja zarządzania państwem. Na każdym kroku administracja litewska łamie swoje własne prawa, bez pardonu rozprawiając się z wszelką opozycją. W stosunku do Polaków zachowują się zupełnie bezceremonialnie, nie dbając nawet o pozory praworządności.
– A czy mógłby podać Pan konkretne przykłady?
– Proszę bardzo. 4 września 1991 r. Rada Najwyższa Republiki Litewskiej podjęła uchwałę rozwiązującą Solecznicką i Wileńską Radę Rejonową. Uchwała ta była sprzeczna z punktem 2 art. 28 Ustawy Republiki Litewskiej o samorządach, przewidującej możliwość rozwiązania samorządu tylko na wniosek specjalnie powołanej komisji deputowanych do Rady Najwyższej Republiki Litewskiej. Komisja taka została co prawda powołana do zbadania działalności rady w Solecznikach, ale nie zakończyła ona prac i nie przedstawiła żadnych wniosków, a w przypadku rejonu wileńskiego Komisja taka nie została nawet powołana.
Wicepremier Litwy, realizując decyzje Rady Najwyższej, rozwiązując samorządy zwolnił z pracy deputowanego do niej, nie zważając wcale, że chroni go immunitet. Na „namiestników” polskich rejonów rząd Litwy wyznaczył skorumpowane osoby, które w czasach komuny tylko opiekuńcza ręka partii ochroniła w swoim czasie od wyroków za liczne defraudacje.
Jednocześnie rozwiązanym radom i całej Wileńszczyźnie usiłuje się narzucić probolszewickie poglądy ukazując ją w oczach świata jako bastion komunizmu, co jest wizerunkiem absolutnie nieprawdziwym. Rady wileńską i solecznicką rozwiązano nie dlatego, że były komunistyczne, ale że były polskie.
Ja również, jako jeden z liderów polskości, jestem szykanowany i prześladowany na wszystkie możliwe sposoby. Od 8 miesięcy jestem bezrobotny. Na polecenie „Sajudisu” zwolniono mnie z pracy pod zarzutem wychwalania papieża i popularyzowania doświadczeń polskiego kościoła. Moich studentów wzywała litewska bezpieka i kazała pisać na mnie donosy. Prasa litewska prowadziła i prowadzi nadal przeciwko mnie brudną kampanię ukazując mnie jako „komunistę”, polskiego faszystę, kontynuującego „bandyckie” tradycje AK. W sukurs przychodzi jej także prasa Komunistycznej Partii Białorusi, której wydawnictwa są również kolportowane w Wilnie. W piśmie „Bolszewik” z 9 sierpnia 1991 r. w artykule „Ob apasnosti wielikopolskogo szowinizma” przeczytałem np., że jestem agentem CIA, którego działalność finansuje podstawiony przez nią milioner w Kanadzie. Dowiedziałem się z niego również, że moje prawdziwe nazwisko brzmi Ticker i że moim zadaniem jest przekonanie centralnego kierownictwa w Moskwie o celowości stworzenia tzw. Polskiego Kraju w Litwie, a potem na Białorusi i Ukrainie”. Autor tych rewelacji pisze też, że: „w celu przekupienia skorumpowanych pracowników nomenklatury przydzielono mu ogromne sumy waluty”. Insynuacje te są dla mnie, jako człowieka, który całe życie uczciwie pracował, szczególnie obraźliwe. Mając 45 lat życia dorobiliśmy się wraz z żoną trzypokojowego mieszkania, które jeszcze spłacamy, i dwóch rowerów, kupionych zresztą przed dziesięciu laty. Żyjemy obecnie bardzo skromnie za nauczycielskie pobory żony. Nawet bowiem, gdybym chciał pracować, nie mam gdzie. Litwini, dążąc bym zdechł z głodu, publicznie grożą, że nie dadzą mi nawet miotły, bym zarabiał sprzątając ulice Wilna.
Władzom państwowym dyskryminującym Polaków sekunduje też wiernie kościół, poniżający na każdym kroku godność narodową Polaków, dążąc do ich zlituanizowania, naruszając przy tym nie tylko kodeks prawa kanonicznego, ale również zasady Ewangelii. Na 330 tys. Polaków na Litwie pracuje tylko 18 kapłanów polskich, będących w bardzo zaawansowanym wieku. Na 150 kleryków w Seminarium Duchownym w Kownie jest tylko 7 Polaków. Polskich kandydatów do stanu kapłańskiego regularnie „ścina” się na egzaminach wstępnych. Polskich księży starających się zaspokoić w pełni potrzeby duchowe Polaków biskupi litewscy przenoszą do parafii czysto litewskich. Ostatnio na przykład został karnie usunięty z parafii w Ejszyszkach ks. Józef Aszkiełowicz. Jak postępuje kler litewski z Polakami, można zilustrować przykładem Święcian, których mieszkańcy zwrócili się do mnie z prośbą o interwencje. Nowy proboszcz tej miejscowości okazuje Polakom maksimum pogardy. Przestał odprawiać msze św. po polsku, pomimo, że nawet według zaniżanych oficjalnych statystyk mieszka w Święcianach 48 proc. Polaków. Zlikwidował też nabożeństwa majowe i czerwcowe oraz zaczął udzielać wszystkich sakramentów wyłącznie w języku litewskim. Przestał tez w czasie mszy św. modlić się za papieża. Gdy wierni zwrócili mu uwagę na to przeoczenie, usłyszeli w odpowiedzi; „To wasz Ojciec. Mnie nic do niego”. Wszelkie interwencje w tej sprawie w Episkopacie Litwy nie przyniosły jakiegokolwiek rezultatu.
– Jakie więc Pana zdaniem ma przed sobą perspektywy polska ludność zamieszkująca Wileńszczyznę?
– Jak już nadmieniłem na początku, sama w starciu z Litwinami nie ma ona żadnych szans. Jej los znajduje się całkowicie w rękach władz Rzeczpospolitej. Jeżeli nie będzie się ona upominała o jej prawa, ulegnie wynarodowieniu. Los Polaków zamieszkujących Kowieńszczyznę w okresie międzywojennym jest w tym względzie groźnym memento. Na razie jednak działania polskiego MSZ są bardzo wolne i nie nastrajają optymistycznie. Osobiście odnoszę wrażenie, że jak na razie nie ma ono wypracowanego modelu polityki wschodniej. Dziwią mnie też bardzo głosy niektórych polskich publikatorów z „Gazetą Wyborczą” na czele. Jej dziennikarze dezinformują opinię publiczną w kraju, dyskredytują nasze działania i obiektywnie szkodzą polskości. Mieszkańcy Wileńszczyzny są ich poczynaniami po prostu oburzeni. Podtrzymują oni zakodowany w świadomości rodaków mit dobrego Litwina, którego głównym dążeniem jest ponowna unia z Polską. O jego absurdalności przekonał się nawet Czesław Okinczyc usiłujący za wszelką cenę budować polsko-litewskie mosty. Jak podaje „Tiesa” z 11 września br. na spotkaniu z delegacją parlamentu Finlandii działacz ten oświadczył, że: „jego dotychczasowa polityka łagodzenia w stosunkach polskiej mniejszości z Litwinami poniosła fiasko, i że on to przeżywa jako tragedię osobistą.
Marek A. Koprowski”

* * *

Dziennik Bałtycki” (Gdańsk), 6 listopada 1991:

Polacy nie odzyskają swej ziemi
Mimo zastrzeżeń polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a także polskich mieszkańców grodu Gedymina, coraz realniejsze kształty przybiera projekt „Wielkiego Wilna”. Stanowi to poważne zagrożenie dla jego mieszkańców, bowiem ziemia na terenie „Wielkiego Wilna” zostanie wyłączona spod prywatyzacji, co w tym przypadku równa się z wywłaszczeniem tych wszystkich, którzy są jej posiadaczami.

Znamienna jest wypowiedź Jarosława Wołkonowskiego. b. radnego okręgu wileńskiego. Twierdzi on, że władze litewskie krok po kroku zmierzają w tym właśnie kierunku. Ostatnio np. powołano specjalne komisje, które w 11 gminach przylegających bezpośrednio do Wilna mają na celu znalezienie wszelkich możliwych błędów w działalności władz gminnych i na tej podstawie usunąć ich naczelników.
Według takiego scenariusza odbyło się zebranie w gminie bujwidziskiej, w której mieszkam – mówi Jarosław Wołkonowski. Gminę zamieszkuje ponad 60 proc. Polaków, 30 proc. stanowią Litwini, resztę inne narodowości. Naczelnikiem gminy wybrany był Polak. Rzeczona komisja nie uczestniczyła w zebraniu władz gminy, a jedynie przedstawiono im protokół z przeprowadzonej kontroli, domagając się zmiany na stanowisku jej naczelnika. Charakterystyczny jest wynik głosowania. Na 25 delegatów obecnych na zebraniu 24 wyraziło wotum zaufania i poparcie dla działalności naczelnika gminy. Tak więc zamierzenia owej „speckomisji” spaliły na panewce.
Zmiany na stanowisku naczelników gmin mają ułatwić realizację projektu „Wielkiego Wilna”, którego rada zwróciła się do parlamentu w sprawie rozszerzenia granic administracyjnych miasta włączając gminy: awiżeńską, bezdańską, bujwidziską, grygiską, czarnoborską, mickuńską, niemierzańską, rzeszańską, wakotrocką, suderwiańską, rudomińską, wojdacką, miasto Niemeczyn oraz część rejonu trockiego, cześć gminy starotrockiej i karaciskiej oraz miasto Landwarow. Ten administracyjny zabieg pociąga za sobą określone skutki.
Projekt utworzenia „Wielkiego Wilna” to nic innego, jak przyłączenie dwóch trzecich rejonu wileńskiego, zamieszkałego w większości przez Polaków, do obecnej stolicy. Pozostały obszar wokół Wilna w kształcie „obwarzanka” zostanie podzielony pomiędzy inne rejony. W ten sposób zniknie rejon wileński, a Polacy we wszystkich miejscach swego zamieszkania pozostawać będą w mniejszości. W konsekwencji ludność polska w okręgach wyborczych nie będzie mogła wybrać swoich przedstawicieli. Nie będzie także mogła odzyskać ziemi zabranej w czasie kolektywizacji, bowiem na terenie miejskim ustawa o prywatyzacji nie będzie obowiązywała.
Jak gdyby dla zatarcia dawnych podziałów terytorialnych zmienia się również nazwy rejonów i ulic, pisząc je wyłącznie w języku litewskim, podczas gdy dawniej nazewnictwo było dwujęzyczne. Tak np. wydano już polecenie, aby wszystkie tablice polskie na drogach głównych zostały usunięte najdalej do maja 1992 roku. Zniknęła także tablica z napisem SOLECZNIKI, którą zastąpiono pisaną w języku litewskim – SZALCZININKAI
l jeszcze jeden przykład. Otóż Rada Najwyższa Republiki wydała ustawę ustalającą zasady pisowni imion i nazwisk osób nielitewskiej narodowości. Ustawa stwierdza, że w przypadku pisemnie wyrażonej woli interesanta, pisze się zgodnie z wymową tzn. bez końcówek litewskich „as” lub „is”. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. W wielu urzędach dokumenty wystawiane są na imiona i nazwiska z końcówkami litewskimi. Protesty nie odnoszą skutku. Co bardziej upartych odsyła się do radców prawnych. Często też używa się argumentu, że przy pisowni polskich imion i nazwisk mogą być trudności w załatwieniu spraw w bankach, urzędach, instytucjach inwestycyjnych itp.
Interwencje u starostów nie przynoszą rezultatu. Twierdzą oni, że dowody osobiste wystawiane są z końcówkami litewskimi i żeby uniknąć sporów trzeba zmienić dowody na pisownię końcówek polskich. No cóż, można i tak. Ale jest to wbrew ustawie Rady Najwyższej, której realizacją, jak widać, nie przejmują się podległe jej urzędy.
Zbigniew Różański

* * *

Biały Orzeł” [Ware, USA] 17 listopada 1991:

Dr Jan Ciechanowicz:
KGB i Polacy w ZSRR

Rozmawiali: Ben Chapinski i Adam Urbańczyk

Na przełomie października-listopada 1991 roku bawił z wizytą w USA i Kanadzie znany działacz polskiego ruchu narodowo-wyzwoleńczego w ZSRR i Litwie, do niedawna członek Komisji do Spraw Nauki i Technologii Rady Najwyższej ZSRR, doktor filozofii Jan Ciechanowicz. Odbył on spotkania z wpływowymi kongresmenami w Białym Domu, z przedstawicielami kościoła, prasy, świata nauki i kultury w Chicago, New York, Houston itd. Celem tej wizyty było zacieśnienie kontaktów i nawiązanie współpracy między Polakami na Wschodzie i na Zachodzie, tak, aby obrona słusznych praw Narodu Polskiego w skali światowej stała się bardziej skuteczna niż dotychczas. Dostojny Gość zaszczycił swoją wizytą naszą Redakcję w Palmer i udzielił specjalnie dla „B.O.” wywiadu:

– Cały świat z zapartym tchem obserwuje wydarzenia zachodzące w Związku Sowieckim, który do niedawna był, a w sferze militarnej pozostaje dotychczas supermocarstwem. Zmiany te zaskakują postronnych obserwatorów i często nawet fachowi politolodzy nie mogą się zorientować, o co właściwie chodzi obecnym władcom tego kraju. Jaki jest Pana punkt widzenia na procesy zachodzące w ZSRR, przecież Pan obserwuje je od wewnątrz?
– Ponad 70 lat panoszenia się w Rosji obłędnego bandyckiego reżimu komunistycznego doszczętnie zrujnowało ten gigantyczny kraj. Komuniści skonsumowali Imperium Rosyjskie, co zresztą, być może od początku zakładali ci, którzy to szaleństwo zainicjowali na początku XX wieku. Dziś ponad połowa ludności ZSRR żyje poniżej oficjalnej granicy nędzy, ponad 80 proc. dzieci przychodzi na świat z ciężkimi schorzeniami psycho-somatycznymi, ogromne połacie kraju są w stanie straszliwej katastrofy ekologicznej. Monopartyjny system władzy z jego wynaturzonym negatywnym doborem socjalnym spowodował, że przez dziesięciolecia sprawowali tu rządy osobnicy o skandalicznie niskich kwalifikacjach moralnych i intelektualnych, ludzie o mentalności rzezimieszków, złodziei i morderców, wyselekcjonowani przez czerwoną nomenklaturę. Dotyczy to zarówno Rosji, jak też Kirgizji, Litwy czy Gruzji.
Mówiąc o „perestrojce”, warto stwierdzić, że zainicjowana ona została odgórnie, prawdopodobnie przez jeden z odłamów KGB (nie przypadkowo jednym z głównych architektów tego procesu jest Eduard Szewerdnadze, generał bezpieki sowieckiej). Byli to ludzie dość wykształceni, światli i mądrzy, by zrozumieć, że kretynizm marksistowsko-leninowski nieuchronnie doprowadzi kraj do zupełnej ruiny. Byli oni zresztą jedynymi ludźmi w ZSRR, którzy mogli regularnie bywać na Zachodzie i zdawali sobie sprawę z pozytywów liberalizmu politycznego i ekonomicznego. Postanowili więc ratować to, co się uratować jeszcze da. Człowiekiem tego lobby był właśnie M. Gorbaczow, do niedawna sekretarz generalny KC KPZR, prezydent ZSRR, laureat Pokojowej Nagrody Nobla. Wydaje się jednak, że ludzie ci – zgodnie z „dobrą” tradycją partyjną – wdali się w nader niebezpieczne improwizacje, nie obliczyli dokładnie ani swych celów, ani skutków swych działań, i sytuacja coraz bardziej wymyka się im z rąk.
– Czy Pan uważa, że rozpad ZSRR był przez nich planowany lub, co najmniej brany pod uwagę?
– Prawdopodobnie w sztabach bezpieki sowieckiej już przed 15-20 laty opracowano plany częściowego demontażu ZSRR w celu odciążenia gospodarki Rosji ze „współpracy” z takimi republikami sowieckimi, jak Armenia, Gruzja, Litwa, Łotwa, Estonia i Mołdawia, które potrafiły tak się urządzić w składzie ZSRR, że każdego roku brały od „centrum” o około jednej trzeciej dóbr więcej niż mu dawały, prowadząc jednocześnie intensywną działalność antyrosyjską. W sumie chodziło o miliardy rubli rocznie. Wystarczy przypomnieć, że Rosja dotychczas sprzedaje tym „niepodległym” republikom ropę naftową po cenach 91 razy niższych, niż mogłaby sprzedać na rynkach światowych, a w zamian ma socjalistyczne buble. To samo dotyczy innych surowców, jak metale, gaz, drewno itd. Jednocześnie imperializm rosyjski bezwzględnie wyzyskiwał ludność republik wchodzących w skład ZSRR i wynaradawiał ją, cynicznie łamiąc podstawowe prawa człowieka. (Jeśli chodzi o ludność polską, to faktycznie jedynym jej obrońcą w tych mrocznych czasach pozostawał kościół katolicki i jego bohaterscy kapłani).
Plan rozpadu mógł jednak napotkać, i rzeczywiście napotkał, na ostry sprzeciw zarówno ze strony aparatu partyjnego, jak i pewnej części ludności ZSRR, przede wszystkim Rosjan, ale nie tylko. W tej sytuacji KGB zainscenizował nacjonalistyczne „ruchy oddolne”, mające na celu tzw. suwerenizację kilku republik, a jednocześnie utrwalenie ich bezwzględnego uzależnienia ekonomicznego od Rosji. Tak się też stało. Obecnie sześć małych republik są niby to niezależnymi, zaczynają żyć na własny koszt (co spowodowało drastyczny spadek w nich poziomu życia, np. ceny na artykuły pierwszej potrzeby w Litwie są obecnie około 3-krotnie wyższe niż w Rosji), a jednocześnie wszyscy rozumieją, że nigdzie one od Rosji „nie uciekną”, jak to określił jeden z prominentów sowieckich. Inna sprawa, że od pewnego momentu sytuacja zaczęła się wymykać i w tej sferze spod kontroli Gorbaczowa, który jest obecnie w położeniu naprawdę rozpaczliwym, gdyż imperium sowieckie stanęło w obliczu kompletnej dezorganizacji społecznej, głodu i wojny domowej, być może z użyciem broni nuklearnej.
– Jak Pan myśli, czy scenarzyści „perestrojki” brali pod uwagę, gdy planowali tak głębokie reformy, także „kwestię polską” w ZSRR?
– Wiem z całą pewnością (doszedłem do takiego wniosku na podstawie wielokrotnych rozmów z prezydentem M. Gorbaczowem i B. Jelcynem oraz takimi prominentami radzieckimi, jak Lukjanow, Jakowlew, Niszanow, Achromiejew, Ryżkow, Sobczak, Ruckoj – dwaj ostatni zresztą są polskiego pochodzenia, i innymi, że problem polskiej 5-6 milionowej mniejszości został całkowicie w planach „perestrojki” pominięty). Ale w ciągu okresu 1989-1990 udało mi się to zagadnienie wielokrotnie nagłośnić zarówno na Kremlu, jak i w środkach masowego przekazu, tak iż władze moskiewskie w pewnym momencie, jak się wydawało, nawet były skłonne chociażby częściowo naprawić krzywdy zadane naszemu narodowi w ciągu ubiegłego półwiecza. Jeśli chodzi o mnie, to postulowałem utworzenie z terenów polskich, zagrabionych przez ZSRR w 1939 roku, suwerennej Republiki Wschodniej Polski z zachowaniem dalszej perspektywy połączenia się jej z RP. Jeśli nie to, to przynajmniej duże ustępstwa w sferze praw politycznych i kulturalnych były do zyskania. Wydaje się, że pewne koła na Litwie były nawet skłonne do rezygnacji z polskiej Wileńszczyzny. Gdybyśmy byli wykazali w okresie 1990-1991 zdecydowanie, Polska byłaby dziś na drodze ku temu, by zostać europejskim mocarstwem na skalę Francji czy Zjednoczonego Królestwa. Niestety, tak się nie stało, rządy Mazowieckiego i Bieleckiego, zamiast bronić interesu polskiego, w sposób doprawdy żenujący, szalenie lekkomyślny, niekompetentny i nieodpowiedzialny włączyły się do antyrosyjskiej akcji Litwinów i do dekomunizacji ZSRR, tak, jakby w interesie Państwa Polskiego było tworzenie szowinistycznej, wrogiej Polsce Litwy, która tylko marzy o tym, by zostać antypolską ekspozyturą Niemiec, czy też zaistnienie takiej Rosji, która po zrzuceniu pęt komunizmu i okresie wynikającego stąd kryzysu, stanie się przecież nieuchronnie, wielokrotnie potężniejsza niż była dotychczas. Podejrzewam, iż niektórzy politycy warszawscy żywią nadzieję, iż wówczas to litewskie bataliony będą chroniły wschodnią granicę Polski przed ewentualnym agresorem... Wydaje mi się jednak, że wartałoby raczej w tej materii polegać na własnej sile i rozumie... Trzeba było w powyższych kwestiach zająć raczej pozycję neutralną i dbać – póki była odpowiednia chwila – o sprawę polską. Lecz żeby działać w ten sposób, trzeba było mieć w Belwederze prawdziwych mężów stanu, jakowych niestety jakoś tam na razie nie widać.
– Czy o wiele polepszyła się sytuacja Polaków wileńskich po odzyskaniu przez Litwę niepodległości?
– O wiele. Ale się nie polepszyła, tylko pogorszyła. O ile za panowania Moskwy, która na całego wykorzystywała szaleńczą polonofobię litewskich szowinistów do niszczenia polskości, tworzono jednak jakieś pozory, że Polacy są w tej części imperium zła „równymi wśród równych” (chociaż de facto Litwini i Rosjanie byli nieporównywalnie „równiejsi” od Polaków), to dziś kryptohitlerowcy z Sajudisu, do niedawna dumnie obnoszący się zresztą z czerwonymi partbiletami, niszczą polskość po prostu ostentacyjnie. Rozpędzono polskie samorządy lokalne, dewastuje się polskie cmentarze, wyrzuca się z pracy polskich inteligentów. Reżim etnokratyczny Landsberga jest nieporównywalnie bardziej autokratyczny niż niedawna „kontrolowana demokracja” Gorbaczowa.
– Co robi w tej sytuacji rząd Polski?
– Dwie ostatnie postkomunistyczne ekipy w Belwederze są pod tym względem godnymi kontynuatorkami politycznej linii świętej pamięci PRL. O ile polscy komuniści milcząco współuczestniczyli w gnębieniu Polaków kresowych przez barbarzyński reżim sowiecki, o tyle klika pseudosolidarnościowa bierze czynny udział w moralnej dyskredytacji (jako rzekomych „komunistów” i „nacjonalistów”) tych kresowiaków, którzy próbują się bronić przed obcą etnokracją na terenach bezprawnie zabranych Polsce w roku 1939. Michnik, Kostrzewa-Zorbas, Brodowski i im podobni mieszkańcy „wspólnego europejskiego kołchozu” już dziś nawołują faktycznie (pod chorągiewką obrony niepodległości Litwy, Białorusi i Ukrainy) do ostatecznego zduszenia polskiego ruchu narodowo-wyzwoleńczego we Wschodniej Polsce. Pomyśleć tylko, że czynią to ludzie jedzący polski chleb, mieszkający w Warszawie, ba – zasiadający w polskim rządzie i parlamencie! Ich antypolski rasizm, ich poparcie dla litewskich faszystów tylko dlatego, że ci są polakożercami, wręcz wołają o pomstę do nieba. Władze Niemiec wspomagają Niemców w ZSRR, władze Izraela ratują Żydów w tym więzieniu narodów, władze Rumunii wzięły w polityczną i dyplomatyczną opiekę Mołdawię i tylko polscy „europejczycy” apodyktycznym tonem pouczają nas, że musimy być „lojalni” wobec swych dręczycieli. – Zamiast upomnieć się o polskie ziemie i o lud polski od tylu lat jęczący pod butem wschodnich zaborców. Żywiąc najszczersze uszanowanie i sympatię dla narodu np. litewskiego, jego tradycji i kultury, nie możemy przecież uznać „prawa” nacjonalistów litewskich do poniewierania Polaków czy reprezentantów innych narodowości. Budzi też gorycz nie spotykana nigdzie na świecie niegodziwość dużej części ukazującej się w Polsce prasy, że wspomnimy tu tylko o bezecnych nikczemnościach w stosunku do nas (będących przecież nieoddzielną częścią narodu polskiego) wypisywanych na łamach „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego”, „Dziennika Polskiego” (Kraków) czy „Życia Warszawy” oraz w kilku innych antypolskich szmatławcach, należących do Niemiec, a wydawanych kosztem polskiego czytelnika. Prasa zachodnia czy nawet rosyjska (o ironio losu!) pisze dziś nieraz uczciwiej o naszych sprawach niż niby ta „polska”. Przy okazji chciałbym podziękować w sposób szczególny takim pismom w USA, jak „Biały Orzeł”, „The Post Eagle”, „Polonia Today”, „Horyzonty”, „Panorama”, „Chicago Tribune”, „Expresowi” z Toronto (Kanada) za uczciwe, kompetentne i życzliwe naświetlanie naszego życia.
– Zarzuca się wam niekiedy ze strony Landsberga i jego polskich zwolenników, że zbyt wielu było wśród was komunistów...
– Jeśli liczyć proporcjonalnie do ilości mieszkańców, to członków KPZR na tysiąc mieszkańców wśród ludności polskiej w Litwie było około 30-krotnie mniej niż wśród Żydów, 12-krotnie mniej niż wśród Rosjan i 9-krotnie mniej niż wśród Litwinów. Kto tu więc jest skomunizowany? To właśnie wierna katolicka ludność polskiej Wileńszczyzny ciągle psuła sowieckie statystyki „wychowania komunistycznego i ateistycznego” na Litwie. Zarzucanie nam skomunizowania jest fałszerstwem, stanowi jeden z perfidnych, ale też prymitywnych chwytów, używanych przez osobników z grupy Landsberga-Michnika w celu dyskredytacji naszej ludności oraz dla uwiecznienia jej zniewolenia. To po pierwsze. Po drugie zaś, największym naszym polskim problemem jest, że ciągle się dzielimy, różnimy, wybrzydzamy na siebie nawzajem. Nie wiem czy to wynika z daleko posuniętej indywidualizacji polskiej mentalności, czy z knowań naszych wrogów, czy z bezinteresownej „polskiej” zawiści. W każdym bądź razie wolałbym, abyśmy byli pod tym względem podobni do Żydów i Litwinów. Jak przedstawiciele tych narodowości się spotkają, to nie podsłuchują jeden drugiego, z jakim akcentem czy w jakim języku ktoś z nich mówi, nie wypytują się też nawzajem, kto z nich jest faszystą, komunistą, klerykałem, ateistą, filatelistą, cyklistą czy, za przeproszeniem, homoseksualistą. Oni przechodzą nad tym do porządku dziennego. Czują się po prostu członkami jednego narodu, mającego wspólne korzenie, wspólne cele, wspólne zagrożenia, wspólne wartości i wspólny los. Może właśnie to pozwala im prosperować i budzić respekt w swych nieprzyjaciołach, czego się niestety nie da nieraz powiedzieć o nas. Dziś nastąpiła kolejna próba dziejowa dla naszego narodu. Attorney in law z Houston (Texas) pan Theodore P. Jakaboski bardzo precyzyjnie określił obecną sytuację pisząc w „The Post Eagle” 23 października 1991 roku: „This is the most serious threat to Polish interests since the Hitler invasion in 1939. If we do nothing, then we betray the glorious and heroic tradition of our ancestors. We are too strong and to proud to do that...” Tylko od nas zależy, czy staniemy wreszcie, jako ponad 60-milionowa wspólnota światowa na wysokości zadania i dobudujemy jedność narodu, broniąc każdego Polaka niezależnie od tego, gdzie mieszka... Nie możemy przymilać się bez końca do naszych zaklętych wrogów i przepraszać ich, że żyjemy. Nam też przysługuje godność i prawa człowieka”...

* * *

Głos” (Nowy Jork), listopad 1991:

Spotkanie z Senatorem Janem Ciechanowiczem

W dniu 5 listopada siedzibę Kongresu Polonii Amerykańskiej Wydział Nowy Jork odwiedził senator Parlamentu Litewskiego Jan Ciechanowicz, przebywający z dwutygodniową wizytą w Stanach Zjednoczonych. Pan Ciechanowicz spotkał się z sekretarzem KPA, p. Stanisławem Matejczukiem, którego zapoznał z rozwojem sytuacji Polaków na Litwie.
Senator Ciechanowicz znany jest jako żarliwy obrońca polskości na Wileńszczyźnie. Sprawa tożsamości narodowej Polaków zamieszkujących na terenie Republiki Litewskiej przedstawia się dramatycznie, o czym świadczy ostatnia akcja władz w Wilnie, skierowana przeciw obsadzie rad terenowych w rejonach, zamieszkanych przez Polaków.
Polacy, sprawujący tam urzędy, zostali z nich usunięci pod fałszywym pretekstem dekomunizacji Litwy.
W dalszym ciągu spotkania wymieniono także poglądy na temat kierunków rozwoju wzajemnej współpracy w przyszłości pomiędzy Polakami na Litwie a Kongresem Polonii Amerykańskiej Wydział Nowy Jork”.

* * *

14 listopada 1991 roku tygodnik „Mażoji Lietuva” opublikował oparty na oryginalnych dokumentach z utajnionych archiwów KGB materiał pt. Visai Lietuvai. Agentas, niezbicie dowodzący, że najprzewrotniejszy obok Landsbergisa wróg Polaków wileńskich, dezinformator i fałszerz, a jednocześnie największy pupilek „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego”, Gazety Polskiej” i „Znad Wilii” – Virgilijus Čepaitis – jest etatowym agentem służb specjalnych ZSRR od 24 lat!

* * *

Tygodnik Wyborczy”, 1 grudnia 1991:

REWELACJE Z KGB
Ulubieniec UD – Agentem UB
Ostatnio na fali rozpadu ustroju totalitarnego w byłym ZSRR wiele z tego co było tajne staje się jawne. W prasie pojawiają się m.in. publikacje demaskujące powszechnie znanych „działaczy demokratycznych”, którzy jak się okazuje, byli wieloletnimi agentami sowieckiej bezpieki. W kwietniu 1991 r. gazeta litewska „Respublika” zamieściła materiały faktograficzne świadczące o tym, że w ciągu 10 lat płatną konfidentką KGB była pierwsza pani premier niepodległej Litwy Kazimiera Prunskiene (pseudo agenturalne „SZATRIJA”), ulubienica „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”. Ostatnio opinię publiczną Litwy, i nie tylko zbulwersowała kolejna skandaliczna wiadomość...
Ukazujący się w Kłajpedzie, a znany z odwagi cywilnej tygodnik „Mażoji Lietuva” („Mała Litwa”) 14 listopada 1991 r. (nr 44) zamieścił teksty Viktorasa Makoveckasa i Rytasa Staselisa pt. „Agentas”, demaskujący kolejnego wysokiej rangi prowokatora KGB, założyciela i przewodniczącego Litewskiej Partii Niepodległości, pierwszego sekretarza generalnego „Sajudisu”, członka Rady Najwyższej Republiki Litewskiej, przewodniczącego Komisji do Spraw Narodowości tejże rady, szefa antypolskiej organizacji – „Litwa-Polska” Virgilijusa Czepaitisa. Oto niektóre fragmenty wywiadu przeprowadzonego przez dziennikarzy z jednym z byłych oficerów litewskiego KGB, który przez wiele lat obserwował niecną działalność Czepaitisa.
Pan przez długi czas był zatrudniony w charakterze oficera KGB. Informacja która nas interesuje najbardziej, dotyczy tego, czy obecni deputaci Rady Najwyższej w tej czy innej formie współpracowali z Komitetem Bezpieczeństwa. Czy zna pan takie fakty?
– Tak, pracowałem w Komitecie Bezpieczeństwa ponad dziesięć lat i miałem okazję tam stykać się z ludźmi, którzy dziś są deputatami Rady Najwyższej. Jeden z nich – to Virgilijus Czepaitis, pseudonim – „Juozas”, który o ile mi wiadomo, współpracował z KGB około 10 lat.
Nazwał panVyirgilijusa Czepaitisa – deputata Rady Najwyższej, czy jakiegoś innego człowieka o tym nazwisku?
– Tak, tego właśnie Virgilijusa Czepajtisa.
Czy może pan powiedzieć, jakimi motywami był powodowany ten człowiek podejmując się współpracy z komitetem: ideowymi, materialnymi czy jakimiś innymi?
– Wydaje mi się, że pracował tam przeważnie z wyrachowania materialnego...

W dalszym ciągu bardzo obszernego wywiadu ujawnione zostały szczegóły tego, jak Czepaitis, znajdujący się na prywatne zaproszenie w Anglii, szpiegował na rozkaz KGB tamtejsze środowisko litewskie, pisał na zlecenie tejże instytucji donosy m.in. na Aleksandra Sztromasa i Tomasa Venclowę. Przebywając wiele lat w Moskwie, ten litewski „demokrata” obserwował tamtejsze środowisko liberalne, na aktywistów którego też pisywał donosy do centrali wileńskiej, które to donosy częstokroć – jak piszą autorzy wywiadu – w sposób fatalny odbijały się na osobistych losach demokratów rosyjskich.
Virgilijus Czepaitis dostarczał pisemnych informacji dla KGB już piastując posadę sekretarza generalnego „Sajudisu” w roku 1988. Kolejne pytania dotyczą aspektów interesujących opinię polską.
– Czy może pan powiedzieć o innych jego wyjazdach za granicę?
– Skierowaliśmy go, powiedzmy, do Polski.
– Czy miał on określone zadanie?
– Czepaitis otrzymał polecenie zbierania informacji o liderach polskiej „Solidarności”.
– Czy otrzymaliście te informacje?
– Tak...
– Czy może pan powiedzieć, w jakim konkretnie wydziale KGB pracował V. Czepaitis?
– To była jedna z sekcji wydziału kontrwywiadu...

Publikacja w tygodniku „Mazoji Lietuva” zaopatrzona została w zdjęcia ręcznie pisanych donosów V. Czepaitisa oraz w jego fotografie przedstawiające go w rozmowie z Vytautasem Landsbergisem...
V. Czepaitis przez kilka lat był „ulubieńcem” takich polskojęzycznych pism jak „Gazeta Wyborcza”, „Tygodnik Powszechny”, „Nie”, „Gazeta Polska”, „Życie Warszawy”, „Dziennik Polski” (Kraków), „Znad Wilii” (Wilno-Warszawa) i paru innych, związanych przede wszystkim z Unią Demokratyczną i innymi kryptokomunistycznymi organizacjami, wywodzącymi się ze środowisk związanych z sowieckimi służbami specjalnymi.
Pisma te nie tylko zamieszczały liczne wywiady z tym osobnikiem („czołowym litewskim działaczem niepodległościowym”), ale i nieustannie go gloryfikowały, tworząc mu aureole prestiżu i sławy, mimo jego impertynencji i ewidentnej nienawiści do Polaków, bijącej ze wszystkich jego na ten temat wypowiedzi.
Tacy publicyści i „przyjaciele Litwy” jak Hennelowa, Sawicka, Giełżyński, Wojciechowski, Romaszewski, Michnik, Karp, Geremek czy Leon Brodowski z Polski, albo R. Mieczkowski, Cz. Okinczyc, Z. Balcewicz z Litwy (wspaniała „Rote Kapelle”!) gorliwie wspierali karierę polityczną Virgilijusa Czepaitisa przez sztuczne kreowanie go na rzekomego reprezentanta litewskiej racji stanu, co nawet większość Litwinów odbierała z sarkazmem. Jego zaś przeciwników politycznych okrzykiwano zgodnie za „agentów Moskwy”... Powstaje więc pytanie: skąd w tych „Polakach” było aż tyle miłości właśnie do rzeczywistego agenta moskiewskiej bezpieki? A może chodziło tu nie o osobiste sympatie, lecz po prostu o wykonanie dyspozycji docierających z Centrali?... Tej samej, dla której pracował „litewski patriota” Virgilijus Czepaitis... i polscy michnikowscy.
Na podstawie prasy litewskiej opracował:
dr Jan Ciechanowicz, Wilno”

* * *

Biały Orzeł”, 1 grudnia 1991:

Senator Ciechanowicz in the USA
Human rights activist Jan Ciechanowicz was again in the United States. He travelled aproximately 4,000 miles and his visit was more than unusual. Prof. Ciechanowicz arrived in the U.S.A. in October and left in November. His plane landed in Dallas Airport and he departed from New York's JFK terminal.
While in Washington journalist Jan Ciechanowicz was with several of America's most political figures. In fact, author Ciechanowicz spent hours with some of the leading figures of the American Government.
Many politicans inquired about Polonians in Eastern Europe and human rights in general. Facts were emitted about the deprivations of Vilno Polonians and others in areas of cultural/educational realms; destruction of Polish and ethnic cultural monuments and cemeteries; the limitations imposed of Polonians in higher education by neo-nazi and neo-communist Sajudis elements. Before scholar Jan Ciechanowicz left the major buildings and congressional edifices in America's capital, he had secured mail from important Senators and Congressmen. Today world traveler Ciechanowicz has commitments that some pertinent members of Congressional staffs will be visiting him in Vilno and E. Europe. Because his extensive political discussions were so fruitful we will save them for future articles and (for now) move away from the capital.
Human rights activist Jan Ciechanowicz spent a day with Polonians in Philly and then drove to Chicago. While in the windy city Senator Ciechanowicz was at the beautiful television studio of Ron Jasinski-Herbert and Mr. Richard Owens. The Herbert-Owens conglomeration is above first class and is seen on 25 cable channels. Their programs are (also) sold world wide. The Jasinski-Herbert accomplishment is something all Pol-Ams and American ethnics can admire. His Polonia Media Network caters to all U.S. ethnic communities and should be investigated by non-Chicagoans seeking cultural enrichment.
While in the Midwest Jan visited with the administration of the Polish Catholic Union (a 175,000 strong fraternal association). He personally spent an enjoyable evening with its key figures (Nat.’1 President Edward Dykla, etc.). Moreover, JC gave an interview for the Narod Polski newspaper and conversed for hours with the leadership of the Polania Today publication. Jan was (also) with the Creme la Creme of Chicago’s legal profession (Judge McEIroy, Atty. Mazewski, etc.): He attended a meeting where about 150 Judges ate, talked and made merry. During this conference Ciechanowicz was interviewed by a Chicago TV station.
He was also at the Copernicus Foundation, the Polish American Congress’ World Head Quarters and many other interesting cities. I personally gave out over 300 of JC's business cards. There is too much to actually write about. However, it should be mentioned that Panorama’s Chief, the renown Stanisław Pochron, gave Senator Ciechanowicz several hours of his time. Prof. Ciechanowicz also picked up his most recent book, the sensational Na Wschod od Bugu (In the East, from the Bug River).*
We can also note that Senator Ciechanowicz travelled to Canada. However, his Canadian visit is to lengthly for this article. We arę concerned with his U.S. accomplishments. After leaving Chicago Prof. Ciechanowicz travelled to the Motor City. Some of Detroit’s Polonian leaders welcomed the professor. Two of Potonia's most respected authors were able to meet. Dr. Arthur Majewski, author of some great books and articles, shared thoughts with Jan as they travelled around the heart of Michigan (and even ventured into churches and cemeteries of ethnic communities). From Hamtramck-Warren (Mich.) JC ventured to New York.
In Buffalo journalist Ciechanowicz had some interesting visits and met with the versatile Prof. Stanisław Dąbrowski. After two days in upper N.Y., JC drove to Western Massachusetts. Hę again appeared on television. After visiting the Golemo stations/businesses of Worcester, hę spent an interesting evening with the editor of New England’s White Eagle. The renown Adam Urbanczyk, editor of the Bialy Orzel, invited JC to lunch with Greater Boston Polonian/ethnic human rights activist Pauł Oplustil.
After travelling Western Massachusetts, Jan Ciechanowicz spent time with American-Ukrainian intellectual Dr. M. Dragan, of Stamford, CT., and Dr. Ludwik Sterzyczkowski, of New Jersey. Together these scholars visited Post Eagle editor Dr. Chester Grabowski, of Kearny, N.J.
Despite his busy schedule Senator Ciechanowicz arrived at the United Nations...

The bottom line is that JC met with members of Pol-Am Police Associations (including Ron Topczewski), Legislative directors and counsels of the U.S. Congress. Ciechanowicz was also with Eastern Europe's Prof. Oleg Romaniv of the Ukrainian Academy of Sciences (Lwow), Stanicy Matejczuk of N.Y.'s Pol-Am Congress, members of the Pilsudski Institute (Janusz Cisk, Jerzy Prus, Andrzej Burghardt) and many others too numerous to list.
Here, it can be emphasized that movies and pictures were taken. Also, documentation, including stats and photos, pertaining to schools, higher educational discrimination, cemetery distruction and anti-human rights behavior paradigms in Vilnoland were distributed.
Because of Senator Jan Ciechanowicz, and myself, special appreciation must be extended to international journalist Juliusz Osuchowski. Mr. Osuchowskr is a long-time defender of human rights and anti-commie protesting. He works for Count Alex Pruszynski's Polski Express. Osuchowski was our NYC guide. He is an accredited journalist at the United Nations.
This American story may be only one chapter in the life of the Senator. However, it is additional documentation that demonstrates he has devoted his live for justice. It is a page for human rights. No wonder Jan Ciechanowicz is the most famous Pole east of the Bug River.
* Cost $9.99 plus $3.50 SH. Write to: Benjamin Chapinski, Box 148, Vernon CT.06066.

* * *

„Akcja Polska
Polish Action Committee

Nowy Jork, 18 grudzień 1991
W.P. Senator
Jan Ciechanowicz
Wilno 232056
ul. OZO 17-57
Litwa

Wielce Szanowny Panie Senatorze,
Serdecznie dziękuję za przesłane życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz za wiadomość o powstaniu na Litwie Polskiej Partii Praw Człowieka. Wiemy, że materiały na temat PPPCz są właśnie w drodze, przesłane uprzednio na bliższy Panu adres.
Jednocześnie pozwalamy sobie złożyć Panu Senatorowi najserdeczniejsze życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia i nadchodzącego Nowego Roku 1992. Równie serdeczne życzenia świąteczne składamy na Pana ręce dla wszystkich Polaków, zamieszkujących Litwę. Życzymy, by ich wytrwałość na posterunku polskości dała jak najszybciej dobre owoce, a zwłaszcza by znalazła zrozumienie u litewskich współobywateli.
Łączymy wyrazy szacunku,

Stanisław Matejczuk                                                    Iga Jastrzębska
Vice Przewodniczący                                                  Przewodnicząca
Komisji Gospodarczej

* * *

Panorama” (Chicago), 21 grudnia 1991:

Nadal poniża się godność Polaków

Jak powszechnie wiadomo, w latach komunofaszyzmu w ZSRR Polacy stanowili tam element najbardziej uciskany i poniewierany. Miliony naszych rodaków poddano presji asymilacyjnej, stosując m.in. taki chwyt, jak przymusowe zapisywanie w dowodach osobistych obywateli polskiego pochodzenia innej narodowości (Białorusin, Litwin, Rosjanin, Ukrainiec). Był to jeden z wielu środków terroru psychicznego uprawianego przez partię komunistyczną i bezpiekę sowiecką w celu likwidacji Polaków Kresowych jako narodu.
Także dziś – mimo pozorów demokratyzacji i suwerenizacji – polityka bestialskiej polonofobii pozostaje tam niezmienna. Wszelkie próby Polaków na Litwie i Białorusi wniesienia właściwego zapisu o narodowości do ich paszportów napotykają na opór i odmowę tamtejszych władz. Oto np. próbki listów (w brzmieniu oryginalnym) do urzędów posowieckich:
„Podanie. Proszę uprzejmie o umożliwienie mi zmiany narodowości w dowodzie osobistym z białoruskiej na polską, ponieważ pochodzę z rodziny polskiej, urodzona na terenie Białoruskiej SRR, obwód Witebski, rejon głębocki, m. Łuck Mosarski (są to dawne tereny polskie – woj. wileńskie, pow. postawski, gmina Kozłowszczyzna). Zostałam zapisana Białorusinką z przymusu władz miejscowych, bez mojej zgody. Proszę równocześnie o zmianę narodowości mojej córki Heleny. – Czesława Paczkowska”...
„Podanie. Ja, Kuchalska Teresa, ur. w Białoruskiej SRR, rejon Postawy, wieś Drozdowszczyzna, ubiegam się o zmianę narodowości z białoruskiej na polską celem naprawienia błędu popełnionego przez reżim stalinowski”...
Często podania o tej treści do urzędów i do mnie osobiście, jako członka parlamentu sowieckiego, składają całe rodziny, jak np. Marian, Wanda, Edyta i Halina Borkowscy, czy rodziny Rogińskich, Olszewskich, Siniewiczów, Szymiałojciów, Stankiewiczów, Wiszniewskich, Dwilewiczów, Wieliczków, Rynkiewiczów, Wojniuszów, Witkiewiczów, Gilów, Zdanowskich, Szlachtowiczów, Zimnickich, Korejwów, Kaczkanów, Kulickich, Kurkulów, Lenkowskich, Ławrynowiczów, Liniewiczów, Morozów, Szymanelów, Andrzejewskich, Jaroszewiczów, Mileszków, Makuciewiczów, Stefanowiczów, Sieniuciów, Waszkiewiczów, Godlewskich, Kaziulów, Astramowiczów, Trepinkiewiczów, Sucharzewskich, Szemisów, Babiczów, wielu innych...
Szczery ból serca z powodu niezasłużenie znieważanej przez dziesięciolecia godności ludzkiej i narodowej bije z listu, skierowanego do autora tego materiału przez mieszkankę Wilna Jadwigę Szawarejko oraz Stefanię i Wandę Lisowskie: „My zwracamy się do Was, ażeby pomogli wpisać w nasze paszporty narodowość polską. Bo my jesteśmy Polkami, nasi przodkowie, rodzice, dziady, pradziady byli Polakami, i tylko w okresie stalinowskim po wojnie 1939-1945 bez naszej zgody wpisali rodzicom i nam wszystkim narodowość białoruską. My wtenczas żyli w Golginiszkach oszmiańskiego rejonu Białoruskiej Republiki. Nie tylko nas, ale wszystkich mieszkańców Polaków w byłym mołodeczańskim obwodzie pisali Białorusinami. Paszporty, kto chciał wyjechać z kołchozu, dawali tylko z narodowością białoruską. Nic nie pomagało przeciwić się temu. Jeszcze straszyli... Przy spisie ludności przemocą nas wszystkich pisali Białorusinami... Tak i nam wydali paszporty”...
Władze sowieckie prowadziły rusyfikację w sposób perfidny: Polaków początkowo zapisywano jako Białorusinów i pędzono do szkół białoruskojęzycznych. Po kilkudziesięciu latach, gdy uznano, że Polaków już częściowo wynarodowiono, przekształcono szkoły białoruskie w rosyjskie, tak iż na Białorusi szkół białoruskich ostatnio już prawie nie było, chyba że w miejscowościach zamieszkałych przez szczególnie „zawziętych” Polaków... Białorusinów zaś uważano za dawno i na zawsze wykończonych... Polskich szkół, oczywiście, Moskwa otwierać nie pozwalała, wiadomo: „U nas niet Palaków”...
Ileż musiały władze sowieckie mieć nienawiści do wszystkiego co polskie, skoro odmawiały Polakom nawet prawa do własnego imienia, przyznanie się do którego i tak przecież pociągało za sobą dozgonną, przechodzącą z pokolenia na pokolenie dyskryminację i znęcanie się. A jednak lud polski trwał przy swej świadomości narodowej nawet jeśli odebrano już mu ojczystą mowę, – szczególnie tam, gdzie pozamykano kościoły, tę opokę naszego ducha, a kapłanów pomordowano lub zesłano na Syberię. W bezpośrednich rozmowach wielu z tych ludzi, będących często w podeszłym wieku, wypowiada sakramentalne zdanie: „Nie pozwolili za życia być Polakiem, to niech pozwolą przynajmniej Polakiem umrzeć”... Nie pozwalają...
Autor niniejszego artykułu, jako kongresman, niejednokrotnie występował w tej sprawie z interpelacjami poselskimi, interweniował w urzędach od najniższych zaczynając, a na najwyższych kończąc, a to zarówno w Wilnie i Mińsku, jak też w Moskwie. Bez żadnego wszelako skutku. Postbolszewia rosyjska, białoruska i litewska – wspierana tak serdecznie przez pp. Michnika, Geremka i im podobnych z Warszawy – w jednym się ze sobą zgadza: Polaków nadal trzeba tępić wszelkimi możliwymi sposobami, gdzie i jak się tylko da. Powstaje jednak w tym kontekście pytanie: Czy z takimi zoologicznymi obyczajami da się wejść do „wspólnego europejskiego domu”? – Szczególnie jeśli tego ostatniego nie wyobraża się sobie jako nowego „związku radzieckiego”...
Dr Jan Ciechanowicz,
Wilno”

* * *

Horyzonty” (Stevens Point, USA) 21 grudnia 1991:

Tragedia Polaków na Kresach
Do niedawna, rozgrywała się ona skrycie, w bólu i samotności ujarzmionych rodaków. Zrozumiała była obojętność komunistycznej PRL, ale i w działaniach większości byłej opozycji antyPRL-owskiej nie było właściwego zainteresowania dramatem, rozgrywającym się za Bugiem. Żyły nim i, tak naprawdę – żyją nadal, jedynie środowiska niepodległościowe. Ich wybitni przedstawiciele, tacy jak Wojciech Ziembiński czy zamordowany ksiądz Stefan Niedzielak, walce o polskość i ofiarom na Wschodzie, poświęcili wszystkie siły. Tak, jak nieprzerwanie czynią to patriotyczne środowiska emigracyjne.
W ostatnich 2 latach, w związku z ruchami wolnościowymi w Europie Środkowej i Wschodniej, oraz z przekształcaniem się samego imperium sowieckiego, o dramacie Polaków na Wschodzie zaczęto także szerzej i głośno mówić. Nie znaczy to jednak, że już zawsze właściwie.
1. Nie wiem np. dlaczego mówiąc o Kresach, mówi się zasadniczo tylko o sytuacji na Wileńszczyźnie. Przecież zagarnięte ziemie polskie sowieci wcielili nie tylko do Litwy, ale także do Białorusi, a Lwów i Lwowszczyznę do Ukrainy. Może jest tak dlatego, że najgłośniej jest o Litwie, jako jednym z trzech odrodzonych państw bałtyckich.
2. Nie do przyjęcia jest stanowisko obecnych władz polskich, że mamy do czynienia z mniejszością polską na Litwie, Białorusi i Ukrainie. Tak uważają – w swoim interesie, władze tych krajów, więc dlaczego rzecznikami ich interesów, a nie polskich, są rządzące Polską elity? Bo są one także jak komuniści przed nimi w dużym stopniu wyizolowane i oderwane od właściwego interesu narodu. Trzeba nam głośno sprzeciwiać się ich polityce i czynić wszystko, aby ją zmienić. Polacy są tam u siebie, w Polsce. Nie są żadną mniejszością. Uznanie ich za mniejszość polską w innym kraju, oznacza zaakceptowanie skutków agresji sowieckiej na Polskę w roku 1939. Tym samym jest to kontynuowanie polityki komunistycznej PRL.
3. Nie do przyjęcia jest odmowa obecnych władz Polski przywrócenia Polakom na okupowanych Kresach nawet obywatelstwa polskiego. Co więcej, Polaków na Litwie zachęca się wręcz do przyjmowania, uwarunkowanego antypolsko, obywatelstwa litewskiego. O zgrozo, uzasadnia się to” obroną polskich interesów” ignorując fakt, że jak nie pomoże jeden, to znajdzie się inny bat na Polaków, jeżeli się prowadzi politykę antypolską.
Najgłośniej jest dzisiaj o losie Polaków na Litwie chyba także dlatego, że władze litewskie podjęły bardziej groźne niż Białoruś i Ukraina działania antypolskie. O szczególnej niegodziwości ich świadczy fakt, że korzystają sami z dużego kredytu sympatii świata i Polaków, dla odrodzenia się państwa litewskiego. Nie dosyć, że władze jego traktują jako rzecz oczywistą posiadanie zagrabionych ziem polskich, to jeszcze prowadzą na nich politykę niszczenia polskości. Chcą dokończyć dzieła, podjętego przez sowiety w roku 1939.
Jedną z nowych grup politycznych, patrzących w Polsce z bólem na Wschód, jest Ruch Narodowy. W swym rozgoryczeniu wzywał on do bojkotu ostatnich, pierwszych wolnych, wyborów powszechnych. Nie uważam tego kroku za słuszny, ponieważ wyniki wyborcze pokazały wyraźnie, że przy większej frekwencji zwycięstwo sił patriotycznych już teraz byłoby faktem. Nie jest obecnie istotne, jaką siłę ugrupowanie to reprezentuje, jakie ma aktualne wpływy i założenia programu. Interesujące i warte uwagi jest zainteresowanie tej organizacji sytuacją Kresów. Ważne jest to, jak oni widzą dalsze losy tych ziem i zamieszkujących je Polaków. W sierpniowym serwisie informacyjnym, czytamy m.in.:
1. Polakom na Wileńszczyźnie potrzebne jest wsparcie polityczne i moralne Macierzy w ich walce o zachowanie tożsamości narodowej. Działacze polityczni i samorządowi, na których spoczywa odpowiedzialność za tą część narodu polskiego, która żyje poza naszymi obecnymi granicami, wyrażają to słowami: nie przeszkadzajcie, jeżeli nie chcecie pomóc.
2. Dla żyjących na Wileńszczyźnie Polaków przyjęcie obywatelstwa litewskiego porównywalne jest z przyjęciem obywatelstwa państw wrogich, niemieckiego i radzieckiego po 1939 r. Nieprzyjęcie obywatelstwa litewskiego oznacza pozbawienie czynnego i biernego prawa wyborczego oraz wyłączenie z prywatyzacji. (...) Represyjne ustawodawstwo litewskie zakłada ponadto nierekompensowanie wkładów oszczędnościowych oraz przewiduje inne stawki ubezpieczeniowe dla pozbawionych obywatelstwa „wolnej” Litwy.
3. ( ) Litewski plan nowego podziału administracyjnego, celowo zmierzający do rozbicia polskiego obszaru etnicznego i plan budowy tzw. „wielkiego Wilna”, jest nowym wariantem kolonizacji przez element litewski, stoi w sprzeczności z polskim interesem narodowym i godzi w naszą 700-letnią obecność na tych ziemiach.
4. Litwini, korzystając z pomocy swego państwa, wykupują ziemię i prywatyzowany majątek, zmieniając skład etniczny polskich terenów. (...)
5. ( ) Antynarodowa polityka Warszawy przeznacza miliardowe sumy na finansowanie organizacji i prasy mniejszości narodowych w Polsce, nie żądając powyższego od rządów państw ościennych”.
Natomiast w Oświadczeniu Ruchu Narodowego z dnia 21 września 1991 r., czytamy m.in.:
„1. Litwini programowo i w sposób zdeterminowany zmierzają do wynarodowienia, fizycznej likwidacji i wypędzenia Polaków z Wileńszczyzny. (...)
2. Polityka rządu warszawskiego wobec Litwy daje Litwinom czas na tworzenie faktów dokonanych na Wileńszczyźnie, a w odbiorze wewnętrznym ma dawać złudzenie obrony interesów polskich. Bezwarunkowe poparcie przez ten rząd dążeń niepodległościowych Litwy, Białorusi i Ukrainy, pogorszyło sytuację Polaków na Wschodzie. Rząd warszawski metodycznie przemilczał położenie naszych rodaków, był obojętny wobec ich prześladowań i jednocześnie popierał mniejszości narodowe w Polsce.
3. Stwierdzenie nieważności paktu Ribbentrop-Mołotow potwierdza prawo Polski do ziem wschodnich Rzeczypospolitej sprzed wojny. (...)
4. „Dążenia do odzyskania ziem na wschodzie nie należy łączyć ze zgodą na utratę ziem odzyskanych na zachodzie. Ziemie należące do Niemiec przed II wojną światową Niemcy utraciły jako agresor, rozpoczynający wojnę napaścią na Polskę w 1939 r. Natomiast ziemie należące do Polski przed II wojną światową, Polska utraciła jako ofiara agresji niemiecko-radzieckiej w 1939 r. Dlatego utrata terytorium wschodniego przez Niemcy, jako agresora, jest sprawiedliwa i uzasadniona, a utrata terytorium wschodniego przez Polskę jest niesprawiedliwa i bezprawna” (Mariusz Urban, prezes Ruchu Narodowego, 23 listopada 1990 r.).
5. Antynarodowa polityka rządu warszawskiego rozzuchwala sąsiadów Polski oraz prowadzi do jej etapowego rozczłonkowania i likwidacji. Takie jest znaczenie „reform” gospodarczych, terytorialnych i polityki zagranicznej obecnych władz”.
Koniec cytatu. Padły mocne słowa oskarżenia i przedstawiono rozpaczliwą sytuację na Kresach. Wiem, jak problem Kresów, jest dzisiaj ciągle jeszcze niewygodny wielu rodakom. Nie po raz pierwszy piszę o nim i rozmawiam z ludźmi. Od pół wieku połowa Polski z milionami jej mieszkańców znajduje się pod okupacją wschodnią. Przez pół wieku żyjąca w PRL reszta narodu wychowywana była w duchu zapomnienia i całkowitego tabu na los Polski za Bugiem. Fakt ten spowodował ogromną rozbieżność świadomości narodowej, a nawet jej spustoszenie, także u Polaków w sprawy polskie dzisiaj zaangażowanych.
Ludzie przeciwni polityce, dążącej do zakończenia okupacji Kresów przez Litwę, Białoruś i Ukrainę i przywrócenia ich Polsce używają trzech, zasadniczych argumentów:
– nie chcą „rozgrzebywać starych ran”.
– uważają, że jeżeli my będziemy chcieli zwrotu Kresów, to Niemcy będą chcieli zwrotu ziem zachodnich, więc lepiej niech będzie jak jest i na tym budować trzeba „dobrosąsiedzkie” stosunki.
– wreszcie uważa się też, że w ramach zjednoczonej Europy granice będą bez znaczenia, więc nie ma sensu bić się o polskie obecne granice.
Rzeczowa analiza tych 3 punktów, wymaga osobnego opracowania. W niniejszym tekście, posłużę się jedynie uwagą ogólną. Nie tylko minione pół wieku, ale także, a może zwłaszcza okres ostatnich 2 lat pokazuje wymownie, że myślenie powyższymi kategoriami w polityce polskiej
1. Nie zabezpiecza interesów Polski w jej obecnym stanie,
2. Nie powstrzymuje szowinistycznych kręgów naszych wschodnich sąsiadów od prowadzenia polityki antypolskiej,
3. Nie chroni też w niczym losu Polaków na oderwanych od Macierzy Kresach. Wręcz przeciwnie – tamtejsi Polacy są coraz bardziej rozgoryczeni brakiem właściwej pomocy z Polski i „dobrymi radami”, aby spełniali obce żądania.
Nie zbudujemy wolnej i silnej Polski w oparciu o krótkowzroczne myślenie życzeniowe i o niesłuszną uległość sąsiadom, oraz w oparciu o pozostawione nam okaleczone terytorium państwa. Tej lekcji udzielił nam ostatni wielki nauczyciel Polaków, Józef Piłsudski. Dzisiaj w Polsce, co drugą ulicą nazywa się jego imieniem, jakby chcąc ukryć wstydliwie, że treść obecnej polityki rządzących Polską, jest w rzeczywistości zaprzeczeniem jedynie skutecznej, niepodległościowej polityki marszałka.
Andrzej Rozpłochowski”

* * *

Apartheid po litewsku
Represje administracyjne i terror psychiczny ze strony neobolszewickich władz niepodległej Litwy w stosunku do rdzennej ludności polskiej Wileńszczyzny są w tej części Europy czymś bezprecedensowym. Nie licząc się ani z normami prawnymi własnego państwa, ani z powszechnie przyjętymi zasadami moralnymi, ani ze względami humanitaryzmu wczorajsi partyjni bonzowie, którzy „operatywnie” przemalowali się na „demokratycznych” antykomunistów w najlepsze kontynuują, a nawet „rozwijają” bandyckie, antypolskie tradycje NKWD, KGB i Komunistycznej Partii Litwy. Pod obłudnym hasłem rzekomej „dekomunizacji” pozbawia się pracy Polaków, często bezpartyjnych, usadawiając na ich miejsce niedawnych członków komunistycznej nomenklatury, ale za to Litwinów...
Jednym z przodowników nagonki jest niedawno mianowany na stanowisko kierownika działu rolnego Rejonu Wileńskiego przybysz ze Żmudzi Julius Lankauskas, wieloletni partyjno-sowiecki funkcjonariusz z okresu „błędów i wypaczeń”. Zasłynął on w swoim czasie przez to, że kierując w ciągu kilku lat podwileńskim państwowym gospodarstwem rolnym „Mejszagola”, przekształcił je z prosperującej jednostki w ekonomicznego gruchota o kilkumilionowym zadłużeniu. Kradł nieomal bez żenady, tak jak to należy czynić przedstawicielowi „narodu-hegemonu”. Żarty żartami, ale w tymże krótkim czasie Lankauskas nie tylko wybudował za koszt gospodarstwa rolnego (w którym gros szeregowych stanowili Polacy) pałac dla siebie wartości paru milionów ówczesnych dość jeszcze twardych rubli, ale też cały szereg okazałych domostw dla tzw. „specjalistów”, tj. dla litewskich kolonistów masowo osadzanych i za komuny i obecnie na odwiecznych ziemiach polskich w celu zmienienia struktury demograficznej tych terenów. Dzięki swemu polakożerstwu niedawny funkcjonariusz aparatu sowieckiego i pospolity złodziej nie tylko nie trafił za kraty więzienne, lecz został przez władze nowej Litwy awansowany na kierownika rolnictwa rejonu, w którym znienawidzeni przez niego Polacy stanowią prawie 90% pracowników tego sektora.
„Dziełem życia” Lankauskasa jest wyrzucenie na bruk w ostatnich miesiącach setek Polaków, którzy zajmowali przedtem w terenie jakie takie stanowiska kierownicze i na miarę swych możliwości bronili interesów sponiewieranych przez system sowiecki rodaków. Obecne władze Litwy są ostentacyjnie antypolskie. Na miejsce zwalnianych Polaków przyjmuje się 95% Litwinów, od których ostentacyjnie domaga się patologicznej polonofobii oraz niekiedy – dla mydlenia oczu opinii publicznej – mianuje się na niektóre posady zaprzedanych swym nowym, jak ongiś starym, panom skorumpowanych kolaborantów polskiego pochodzenia.
Bez ceregieli wyrzucono w ostatnich czasach na bruk znanych na Wileńszczyźnie aktywistów polskiego życia społecznego i gospodarczego (Brodawski, Bartkiewicz, Babkin, Milkielewicz, Jankowski, Naruniec, Kulesza, Saletis, J. Prawłocka, Andrzejewska, Akanowicz-Griaznowa, Zdanowicz), a wielu innych zmuszono do odejścia na „własne życzenie”.
Prawie wszyscy ze zwolnionych byli członkami lokalnych władz rejonowych, obranych demokratycznie w wolnych wyborach przez miejscową ludność. Ich zwolnienie jest sprzeczne nawet z ustawami samej Litwy, nie mówiąc o cywilizowanych normach prawa międzynarodowego. Cóż z tego? Fakt, że są Polakami, stawia ich poza nawiasem prawa! Polacy muszą tylko do gnoju i do czyszczenia butów Litwinom, jak to deklarowała niedawno pewna „patriotyczna” gazeta litewska...
Jan Ciechanowicz”

* * *

Nasza Gazeta” (Wilno), 31 grudnia 1991:

Sekretarz Generalny Rady Europy
Strasburg

Delegaci III Zjazdu Związku Polaków na Litwie, reprezentujący 300-tysięczną mniejszość narodową na Litwie, zamieszkałą tutaj od stuleci, z niepokojem stwierdzają, że władze Republiki Litewskiej, po niezgodnym nawet z własnym prawem rozwiązaniu samorządów w rejonie zamieszkałym przez ludność polską dokonują bezpodstawnych zwolnień według przynależności narodowej, prześladują za publiczne wypowiedzi, zamykają polskojęzyczną prasę.
Szczególne zaniepokojenie budzą fakty odsuwania Polaków od udziału w prywatyzacji i reprywatyzacji, a także podjęte przez rząd Litwy 11 grudnia 1991 roku przygotowania do odebrania w rejonie wileńskim i trockim 31,1 tysiąca hektarów ziemi, przez co pozbawionych zostanie należnego prawa do własności około 4 tysięcy rodzin polskich. Polska mniejszość narodowa jest zagrożona w swoim przetrwaniu.
Apelujemy do Rady Europy o obronę praw polskiej mniejszości narodowej na Litwie.
Przyjęte na III Zjeździe Związku Polaków na Litwie.
Wilno, 14 grudnia 1991 roku.


Pan Minister
Spraw Zagranicznych
RP Krzysztof Skubiszewski

Delegaci III Zjazdu Związku Polaków na Litwie, reprezentujący 300-tysięczną mniejszość narodową na Litwie, zamieszkałą tutaj od stuleci, z niepokojem stwierdzają, że władze Republiki Litewskiej, po niezgodnym nawet z własnym prawem rozwiązaniu samorządów w rejonie zamieszkałym przez ludność polską dokonują bezpodstawnych zwolnień według przynależności narodowej, prześladują za publiczne wypowiedzi, zamykają polskojęzyczną prasę.
Szczególne zaniepokojenie budzą fakty odsuwania Polaków od udziału w prywatyzacji i reprywatyzacji, a także podjęte przez rząd Litwy 11 grudnia 1991 roku przygotowania do odebrania w rejonie wileńskim i trockim 31,1 tysiąca hektarów ziemi, przez co pozbawionych zostanie należnego prawa do własności około 4 tysięcy rodzin polskich. Polska mniejszość narodowa jest zagrożona w swoim przetrwaniu.
Apelujemy do Rady Europy o obronę praw polskiej mniejszości narodowej na Litwie.
Apelujemy do Rządu RP jako kraju KBWE o niezwłoczne podjęcia niezbędnych kroków dla zapobieżenia łamaniu praw człowieka polskiej mniejszości narodowej na Litwie.
Przyjęte na III Zjeździe Związku Polaków na Litwie.
Wilno, 14 grudnia 1991 roku”.

* * *

Nagonka litewska dotknęła nawet agentów jej bezpieki. W tymże numerze „Naszej Gazety” znalazł się tekst pt.” Mieczkowski – puczystą?!”
„Walka z polskością na Litwie przybiera na sile. Przeżywamy zmasowany atak na środki masowego przekazu. Zlikwidowano gazety samorządowe, a teraz przystępuje się do „załatwienia” sprawy programu TV Republiki Litewskiej w języku polskim. Obiektem ataków stał się nawet znany zwolennik porozumienia polsko-litewskiego, redaktor programu Romuald Mieczkowski, którego poprosiliśmy o krótką wypowiedź.
Romuald Mieczkowski: – 12 grudnia 1991 roku odbyło się posiedzenie Zarządu ds. Telewizji, pełniącego funkcję rady nadzorczej, w skład której wchodzą przedstawiciele różnych środowisk. Obecne też było Kolegium Redakcyjne TV. Omawiano pracę programów TV w języku polskim. W trakcie posiedzenia najwięcej, do powiedzenia mieli działacze antypolskiej organizacji „Vilnija”. Przedstawiono koronne „zarzuty” historyczne, poczynając od Unii, zahaczając o Piłsudskiego i Żeligowskiego, AK, poddając krytyce rząd polski za „angażowanie się nie w swoje sprawy”, zarzucono stosowanie polskich form gramatycznych w nazewnictwie miast i miejscowości. Kategorycznie potępiono udział w audycjach deputowanych Polaków do RN Litwy.
W sumie według działaczy „Vilniji” programy polskie są antylitewskie, jątrzą stosunki litewsko-polskie i sprzyjały... puczowi (sic!). Podobnie oceniono działalność czterech gazet polskich i innych organizacji. Ostatecznie stwierdzono, że mój osobisty udział w tych programach był nie tylko „szkodliwy”, lecz i „niekompetentny”.
N.G. Znając Twą postawę w wydarzeniach styczniowych i to, że zawsze popierałeś dążenia niepodległościowe Litwy, zarzuty te są po prostu absurdalne.
R.M. Tak po wypadkach styczniowych sam jeden każdego dnia w ciągu prawie dwóch miesięcy prowadziłem programy Niepodległej Litwy, za co zyskałem wiele słów uznania. Dziś w warunkach realnej niezawisłości poszło to w niepamięć.”

P.S. Powyższa historyjka była niewątpliwie wspólnym „zręcznym zagraniem” „Saugumy” i UOP-u, mającym polskiemu czytelnikowi ukazać potrójnego agenta jako „polskiego patriotę” i „ofiarę” szykan ze strony litewskich ekstremistów. Tak jeszcze za „komuny” kreowano „demokratyczną opozycję” i „bohaterów podziemia” w rodzaju Michnika, „więzionych” w ekskluzywnych sanatoriach SB.



1992



Myśl Państwowa”, styczeń 1992:
Przedstawiamy dwie główne uchwały Komitetu Obrony Polaków na Wileńszczyźnie, przemilczanych przez prasę krajową. Opublikował je organ Związku Polaków na Wileńszczyźnie – „Nasza Gazeta” nr 13(37) z 15 XI – 15 XII 1991 r.

„Do społeczeństwa litewskiego!
Do naszych sąsiadów Litwinów!
Z największym niepokojem i zatroskaniem odbieramy napływające wieści z Litwy o wzmagających się prześladowaniach stosowanych wobec polskiej mniejszości narodowej. Ukoronowaniem tego rodzaju poczynań stały się podjęte w dniach 4 i 12 września br. przez Radę Najwyższą Litwy uchwały, mocą których rozwiązano samorządy w rejonach wileńskim i solecznickim, zaś wielu pracowników tych samorządów zwolniono z pracy.
Uzasadnienia tego rodzaju kroków od samego początku łatwe były do rozszyfrowania jako szyte grubymi nićmi preteksty. Nikt zaś zaznajomiony ze sprawą nie ma wątpliwości, że chodziło nie o działaczy ze starej nomenklatury, lecz o zadanie ciosu Polakom jako takim, o pozbawienie ich demokratycznie wybranych przedstawicielstw lokalnych, o uniemożliwienie im obrony swoich praw i interesów. Postąpiono według starej skompromitowanej metody, zastępując działania merytoryczne posunięciami administracyjnymi. Tragiczne jest to, że tak właśnie postąpiła strona litewska w chwili, gdy tylko poczuła, iż autentyczna władza znajduje się w jej rękach, Czyżby w tym momencie ujawniły się od dawna skrywane dążenia?
Prześladowania Polaków na Litwie odbiły się głośnym echem w Polsce – fala oburzenia narasta. Źle to rokuje świeżo nawiązanym stosunkom pomiędzy Republiką Litewską a Rzeczpospolitą Polską.
Zwracamy się do społeczeństwa litewskiego w tej trudnej chwili, ażeby unaocznić mu anachronizm i wielką szkodliwość tego rodzaju kroków we współczesnej Europie, do której Litwa pragnie należeć.
Uważamy, że posiadamy mandat moralny do zajmowania stanowiska w tych kwestiach, gdyż w Polsce mniejszości narodowe uzyskują pełnię praw, a nawet pozycję uprzywilejowaną, co znalazło swój wyraz m. in. w sformułowaniach ordynacji wyborczej do parlamentu.
Obecne posunięcia są eskalacją kampanii przeciwko Polakom na Litwie prowadzonej już od trzech lat. Nie dziwi, iż w tej akcji rej wiodą ludzie o poglądach ekstremalnych. Tacy znajdą się w każdym społeczeństwie. Przeraża nas natomiast fakt, że rozpowszechniane antypolskie wypowiedzi i postulaty nie znalazły stanowczej repliki ze strony kręgów liberalnych, ze strony litewskich demokratów. Szlachetny głos Tomasa Venclovy brzmi, jak dotąd, niemal samotnie. Odnosi się wrażenie, że w wytworzonej atmosferze szowinizmu i rozpasania ludzie myślący odmiennie nie odważają się na zabranie głosu.
Tym niemniej zwracamy się do litewskich demokratów apelując o pomoc, o powściągnięcie rozgorączkowanych głów, o przeciwstawienie emocjom rozsądku i odpowiedzialności. Przecież jest starą prawdą, że nie może być wolny ten, kto innym odbiera prawo do wolności.

Warszawa, 1 października 1991 r.
W imieniu
Obywatelskiego Komitetu Obrony
Polaków Na Wileńszczyźnie
Przewodniczący
Ryszard Szawłowski
Sekretarz
Adam Chajewski”

* * *

Tygodnik Wyborczy”, 5 stycznia 1992:
„W latach 1988-90 doktor filozofii Jan Ciechanowicz z Wilna, jeden z założycieli Związku Polaków na Litwie, poddany został obłędnej kampanii oszczerstw w komunistycznej i sajudisowskiej prasie Litwy, jako rzekomy „teoretyk polskiego neoimperializmu”, „faszystowski najmita”, „komunista”, „pogrobowiec bandyckiej AK”, itd., o czym dobrze pamiętają nie tylko mieszkańcy Wileńszczyzny. Po degradacji służbowej, a następnie (28 II 1991) zupełnym zwolnieniu z pracy w Wileńskim Instytucie Pedagogicznym (co w warunkach obecnych równoznaczne jest ze skazaniem na powolne zagłodzenie jego rodziny) J. Ciechanowicz był w tamtejszej prasie ostentacyjnie przemilczany. Ostatnio prasa litewska ponownie zaczyna stosować w stosunku do niego środki niszczenia propagandowego, uznając widocznie „dietetyczne” za niewystarczające.
Kolejny etap nagonki zaczął się gdy, w dopiero co opublikowanym nr 19 (1990) ukazującym się w Warszawie piśmie „Acta Baltico – Slavica”, Ciechanowicz zamieścił artykuł pt. Rola Uniwersytetu Wileńskiego (1578-1842) w rozpowszechnianiu języka polskiego na ziemiach Litwy, Białorusi i Ukrainy (s. 179-192). Natychmiast po ukazaniu się tego naukowego materiału (co było znakiem, że „Ciechanowicz znów wypływa”, mimo tylu wysiłków szowinistów litewskich i ich polskich kolaborantów) rządowa gazeta litewska „Lietuvos Aldas” (5 XII 1991) zamieściła jego recenzję pt. Jan Ciechanowicz wśród naukowców przygotowaną przez znanego polonofoba, profesora dzisiejszego Uniwersytetu Wileńskiego dra hab. Zigmasa Zinkeviciusa. Elaborat ten, pełen złośliwych inwektyw, chrapliwych i grubiańskich pomówień, miał wszelkie cechy donosu prasowego, został też częściowo przedrukowany przez polskojęzyczny organ rządu litewskiego, dziennik „Kurier Wileński”. Natomiast żadna gazeta na Litwie nie zgodziła się zamieścić odpowiedzi J. Ciechanowicza na atak litewskiego profesora. Jak widać, nawyki komunistycznego „pluralizmu” są tam jeszcze żywe. Wobec tego czynimy zadość zasadzie Audiatur et altera pars...
Red”.

Post Scriptum
Dra Jana Ciechanowicza
DZIEJE MEGO ARTYKUŁU opublikowanego w „Acta Baltico – Slavica” są, być może, bardziej zajmujące niż sam artykuł. Tekst ów zamówiony został przez stronę polską bardzo dawno, w roku bodaj 1975. Pierwotną wersję w języku polskim próbowałem przesłać pocztą z Wilna do Warszawy, ale banderolka wróciła z powrotem w stanie otwartym i z papierkiem urzędowym o dość groźnej treści „Niedozwolennyje włożenija”, w którą to sentencję cenzura pocztowa KGB zaopatrywała wówczas tzw. „wymysły antyradzieckie”. Mniejsza o to, że prawo sowieckie i wówczas gwarantowało teoretycznie tajemnicę korespondencji, a mój artykuł mówił o okresie przed połową XIX w., gdy system radziecki jeszcze nawet w marzeniach Marksa nie istniał. Paranoja...
Po dyskretnym uzgodnieniu z polskimi kolegami opracowałem ten temat ponownie tym razem w języku rosyjskim i z większym zaangażowaniem „cenzora wewnętrznego” oraz przekazałem go prywatnymi kanałami 15 lat temu naukowcom z PRL, związanym z pismem „Acta Baltico – Slavica”. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że materiał „zleciał” z któregoś tam numeru tego pisma. Przekazano mi też wiadomość, że artykuł cenzurowano i oceniono negatywnie w odnośnym dziale ambasady radzieckiej w Warszawie. Nadzieje na publikacje w Polsce prysły. Postawiłem na tym krzyżyk.
Ciesząc się, że mam z tego powodu względnie mierne kłopoty, z czasem zupełnie zapomniałem o tym „historycznym” dla mnie artykule... Aż tu nagle okazało się, że „odważni burzyciele komuny” z Warszawy odnaleźli gdzieś w archiwach mój zbutwiały od upływu czasu rękopis, a nawet cisnęli go bez zmian do druku. W szóstym roku „pierestrojki”... A przecież dziś ująłbym całość tematu inaczej niż przed kilkunastu laty, w warunkach kagebowskiej dyktatury. Łatwo zauważyć np. że ostatni akapit tego artykułu był wyraźnie pisany na wyłączny użytek partyjnej cenzury oraz KGB i SB.
Takie przecież były wymagania ówczesnego systemu: niezależnie od tematu na początku i w końcu publikacji (artykułu, książki), a nawet ustnego wystąpienia musiały się znaleźć rytualne marksistowskie zaklęcia. W przeciwnym razie KGB-owska cenzura publikacje blokowała i naukowiec nie miał żadnych szans zaistnieć jako osoba społecznie znacząca. W ten sposób zjawiały się książki o pszczelarstwie, językoznawstwie, metalurgii, rybołówstwie czy medycynie rozpoczynające się od cytatów Marksa, Engelsa, Lenina. Dotyczy to i ówczesnych tekstów z dziedziny bałtystyki...
Kto miał coś do powiedzenia, mówił to między wierszami. Nieraz na 10 zdań 9 było kamuflażem dla tego jedynego, które się chciało naprawdę powiedzieć. Piszący i czytający z reguły dobrze się nawzajem rozumieli, ale też i cenzura stawała się nieraz perwersyjnie czujna; pozostawiając z publikacji same czerwone frazesy, a eliminując treść właściwą. Ezopowe czasy.
Wracając do mego artykułu w „Acta...” muszę powtórzyć, że dziś, oczywiście, pisałbym na ten temat inaczej niż przed 16 laty, bo to i czasy nie te, a i wiedza autora już nie ta sama. Dałem zresztą wyraz swym aktualnym poglądom na tę tematykę w książce Na wschód od Bugu, która się ukazała w końcu 1991 roku w Chicago. Chociaż z grubsza nie ma się czego wstydzić, bo i dziś, po zdjęciu ostatniego „antycenzurowego” akapitu, artykuł zachowuje wszelkie cechy poprawności naukowej, jest naukowo weryfikowalny.
Odpowiadać na nieeleganckie, emocjonalne docinki sowiecko-litewskiego profesora, który zaczął robić karierę jeszcze w epoce jaskiniowego stalinizmu i zachował do dziś ówczesny styl i obyczaje, byłoby poniżej mojej godności osobistej... Co do meritum jego zarzutów, to chyba tylko on do dziś nie wie, że np. Poczobutowie – Odlaniccy, Jundziłłowie, Smuglewiczowie, Gucewiczowie nigdy nie mieli innej niż polska świadomości narodowej (por. np. mój artykuł Kulturotwórcza rola zacnego rodu Jundzillów w „Studia i materiały Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie” nr 29, 1991, s. 93-115); albo, że stosunki między Litwinami (a raczej Żmudzianami) i Polakami psuli jeszcze w końcu XIX wieku prymitywni szowiniści żmudzko-litewscy, będący na usługach Rosji i Niemiec.
Czyż jest to wina któregoś z Polaków, że na Litwie Kowieńskiej w okresie 1918-39 prawie doszczętnie zlikwidowano ćwierćmilionową rzeszę Polaków; albo że Litwino-Żmudzini masowo wspierali antypolskie ludobójstwo zarówno hitlerowców, jak i Sowietów w lalach 1939-53; albo że Polacy byli bestialsko dyskryminowani przez litewskich komunistów aż do dnia dosłownie wczorajszego; albo że są także dziś traktowani przez władze litewskie jak bydło?
Nie trzeba więc mnie aż tak przeceniać. Jedyną moją „winą” jest, że jako pierwszy, jeszcze w warunkach tyranii komunistycznej, powiedziałem rodakom ciemiężonym przez system: nie lękajcie się, Wileńszczyzna jest waszym domem ojczystym; nie poniżajcie się przed intruzami; złu można i trzeba się przeciwstawiać; człowiek nie ma nic droższego niż godność; nienawiść złośliwych karłów ostatecznie skierowuje się przeciwko nim samym; nadzieję na zwycięstwo ma jedynie sprawa dobra i szlachetna, nigdy zaś podła i fałszywa. Sprawiedliwi i broniący praw ludzkich nie powinni się niczego obawiać, w tym też oszczerczych donosów w prasie antypolskiej Warszawy i Wilna.
Jan Ciechanowicz. Wilno”

* * *

Tygodnik Wyborczy”, 5 stycznia 1992:

WIEŚCI Z WILEŃSZCZYZNY
Polacy zagrożeni apartheidem

14 grudnia 1991 r. w Wilnie odbył się III Zjazd Związku Polaków na Litwie. W obliczu zoologicznie polakożerczej polityki władz republiki litewskiej Polacy poczuli się zjednoczeni i prawie że zapomnieli o różnicach, które ich przedtem dzieliły. Rozpatrzono i zatwierdzono program ZPL oraz zmiany w jego statucie. Na stanowisko prezesa organizacji po tym, gdy kilku innych wycofało swe kandydatury, aspirowali Artur Plokszto i Jan Mincewicz. Pierwszy uzyskał 30 głosów, drugi – 215. W ten sposób nowym przywódcą ZPL został Jan Mincewicz, człowiek nie tylko głęboko ideowy, pozbawiony zarówno politycznego serwilizmu, jak i przyziemnego merkantylizmu (które to cechy stawały się plagą poprzedniej ekipy sprawującej władzę w ZPL), lecz też powszechnie na Wileńszczyźnie znany jako obrońca i krzewiciel kultury polskiej w ciągu ubiegłych kilkudziesięciu lat. Po jego wyborze trzeba się spodziewać aktywizacji – w tym politycznej – działalności ZPL, przejścia do polityki bardziej otwartej, uczciwej i męskiej.
Anicet Brodawski, kierownik samorządu rejonu wileńskiego, zwolniony bezprawnie we wrześniu 1991 r. wybrany ostatnio do zarządu głównego ZPL, powiedział nam, że kwestia Polaków na Wileńszczyźnie powinna stać się problemem międzynarodowej polityki europejskiej i tematem oficjalnych trójstronnych pertraktacji dyplomatycznych między Polską, Litwą i reprezentantami rdzennej polskiej ludności kraju wileńskiego. Na forum Polaków Wileńszczyzny obecni byli liczni goście zagraniczni, m.in. z krajów skandynawskich, a z Polski także prof. Andrzej Stelmachowski, przewodniczący Wspólnoty Polskiej, i prof. Ryszard Szawlowski, prezes Obywatelskiego Komitetu Obrony Praw Polaków na Wileńszczyźnie z Warszawy.
Delegaci uchwalili apel skierowany do Ministra Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej, w którym czytamy: Delegaci III Zjazdu Związku Polaków na Litwie, reprezentujący 300-tysięczną mniejszość narodową na Litwie, zamieszkają tutaj historycznie w zwartym skupisku, z trwogą stwierdzają, że władze republiki litewskiej, po niezgodnym z własnym prawem rozwiązaniu samorządów w miejscu zamieszkania ludności polskiej, dokonują bezpodstawnych zwolnień z pracy na zasadzie przynależności narodowej, prześladowań za publiczne wyrażanie myśli, zamykają polskojęzyczną prasę. Szczególne zaniepokojenie budzi usunięcie Polaków od udziału w prywatyzacji i reprywatyzacji, a także podjęte przez rząd Litwy 11 grudnia 1991 r. przygotowania do odebrania ludności polskiej w rejonie wileńskim i trockim 31,1 tysięcy ha ziemi, pozbawiając należnego prawa własności około 4 tysięcy rodzin polskich i stawiając pod znakiem zapytania możność mniejszości narodowej do przetrwania.
Apelujemy do pańskiego rządu, jako kraju – strony KBWE, o łaskawe podjęcie w myśl paragrafu 42 dokumentu spotkania kopenhaskiego konferencji praw człowieka KBWE [...] decyzji o złożeniu prośby o informacje oraz zażaleniu do rządu Republiki Litewskiej w sprawie łamania praw człowieka polskiej mniejszości narodowej na Litwie.
J. C.”

* * *

„Tam gdzie budowano socjalizm
Dekagebizacja nabiera rumieńców

Wydaje się, że społeczeństwo litewskie zaczyna wreszcie powoli dostrzegać także inne – prócz „polskiego zagrożenia” – problemy. Na miejsce zaślepionego egzaltowanego szowinizmu niby to przychodzi świadomość potrzeby moralnego samooczyszczenia, zrozumienie faktu, że – być może – najgroźniejsi wrogowie wolności Litwy znajdują się nie w Warszawie czy na polskiej Wileńszczyźnie, lecz w samym środowisku litewskim. Chodzi o to, że w okresie, który mija, udział Litwinów w strukturach KGB – podobnie jak Żydów – był niewspółmiernie wysoki w porównaniu z procentowym ich udziałem w ludności ZSRR. Szokujący też był poziom inwigilacji samego społeczeństwa litewskiego, którego znaczny odsetek kolaborował z bezpieką sowiecką w charakterze płatnych konfidentów; podobnie, kilkudziesięciu członków obecnego, liczącego około 140 osób, parlamentu litewskiego – to wczorajsi agenci KGB. Pisze o tym prasa Litwy, zapowiadając publikacje ich nazwisk, co się spotyka z licznymi sprzeciwami. Ostatnio gazeta „Respublika” (nr 49, 1991), znana z nonkorfomizmu i odwagi, podsumowała pierwszy tego typu casus, mający wszelkie cechy precedensu.
W tekście tym czytamy: 10 grudnia o 11,35 na trybunę Rady Najwyższej wkroczył przewodniczący komisji parlamentarnej do badania działalności KGB w Litwie B. Gajauskas i przeczytał krótki komunikat: – „Po zbadaniu kopii otrzymanych dokumentów, dotyczących współpracy deputowanego Rady Najwyższej Republiki Litewskiej Virgilijusa Czepaitisa z KGB, tymczasowa komisja RN Litwy do badania działalności sowieckiego KGB przeprowadziła kontrolę i doszła do wniosku, że Virgilijus Czepaitis świadomie współpracował z KGB. Proponujemy Radzie Najwyższej zezwolić deputowanym na zapoznanie się z materiałami śledztwa, które komisja posiada.” ...Okazało się, że pierwszy sekretarz generalny Sajudisu był w ciągu 24 lat konfidentem sowieckiej bezpieki i widocznie został przez nią na to stanowisko wywindowany.
W ten sposób postawiona została kropka w długo przeciąganej sprawie agenta „Juozasa”, lecz pozostaje jeszcze moralna strona zagadnienia, nie mniej ważna dla najwyższego organu władzy. V. Czepaitis absolutnie spokojnie wyszedł z sali. Pozostali deputowani poszli za jego przykładem, gdyż zaczęła się przerwa [...]. W końcu przewodniczący K. Inta sformułował sedno odnośnego postanowienia: RN poleca towarzyszowi Czepaitisowi podać się do dymisji [...W sali znajdowało się 93 deputowanych. Głosowało 58. 41 – za, 3 – przeciw, 14 powstrzymało się. 35 deputowanych wolało w ogóle od głosowania się uchylić. Tyle „Respublika” litewska...
Generałowie z Moskwy bronili „Juozasa” na łamach prasy ZSRR. Już same wyniki głosowania nad tą sprawą mogą być przyczynkiem do tematu KGB a RN Litwy i do moralnego konterfektu tej drugiej. Ciekawe, że V. Czepaitis i inne kreatury KGB, w tym polskiego pochodzenia, ze szczególną gorliwością rozpowszechniały opracowany w gabinetach bezpieki sowieckiej mit o „wileńskich Polakach – komunistach”" i „Polakach – puczystach”, mający służyć moralnej dyskredytacji i politycznemu zneutralizowaniu polskiego ruchu narodowo-wyzwoleńczego w okupowanej Polsce wschodniej, który to ruch w oczach Moskwy wygląda groźniej niż separatyzm litewski...
Ostatnio dekagebizacja dotknęła także jednego z „naszych”: nieoczekiwanie został zwolniony z posady redaktora naczelnego polskojęzycznego dwutygodnika Sajudisu, SB i KGB „Znad Wilii” (firmowanego jako rzekomo prywatna gazeta) Romuald Mieczkowski, którego jednocześnie zdymisjonowano ze stanowiska (które przez szereg lat piastował, także w okresie komunistycznym) kierownika polskiej redakcji telewizji litewskiej. Nie pomogło mu ani podlizywanie się do Litwinów, którzy, co jak co, ale charakter mają, ani oszczerstwa miotane pod adresem „polskich komunistów” Wileńszczyzny masowo od miesięcy zwalnianych z pracy za postawę patriotyczną. Te kroki świadczą, że wreszcie Litwini chyba naprawdę znajdą w sobie siły do prawdziwej, a nie pozornej odnowy moralnej i narodowej...
Jan Ciechanowicz, Wilno”

* * *

„Polska Partia Praw Człowieka
List otwarty
PAN Michał Kuchejda,
edytor „Gazety Polskiej”, Chicago

Wielce szanowny Panie!
W numerze 12 „Gazety Polskiej” za 1991 rok ukazał się artykuł „Litwo, Macocho moja” P. Ryszarda Kijaka, poświęcony „kwestii polskiej” na Litwie. Ponieważ tekst ten w ogromnej większości składa się z twierdzeń sprzecznych z prawdą i tym samym wprowadza w błąd zarówno samo pismo, jak i jego czytelników, proszę Pana o opublikowanie niniejszego sprostowania.
Otóż dezinformacja ze strony P. Kijaka zaczyna się już we wstępie do jego artykułu, gdy on pisze: „Większość Polaków na Litwie widziała szanse na przetrwanie poprzez nawiązanie aktywnej współpracy z Moskwą. Protekcja była im potrzebna (...) dla przeciwstawienia się totalnej litwinizacji. Zabrnęli tak daleko, że poparli styczniową interwencję sowietów na deklarującą niepodległość republikę, a nawet – wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi – nie zważając na nieubłaganie zachodzące zmiany, podali rękę organizatorom awantury zwanej puczem moskiewskim”...
Prawdą, przy tym szczątkową, w tym akapicie jest tylko to, że początkowo (rok 1989) Polacy Wileńscy zostali częściowo wpędzeni w objęcia Rosjan przez obłędną polonofobię kierowane przez agentów KGB Sajudisu (m.in. Sekretarza generalnego tej organizacji V. J. Czepaitisa, słynnego agenta „Juozasa”, donosiciela i prowokatora o 24-letnim stażu), lecz rychło, dosłownie w ciągu liczonych miesięcy, Polacy się zorientowali także w szulerskiej grze Moskwy i się stanowczo od niej zdystansowali, zachowując w konflikcie rosyjsko-litewskim obojętność w obliczu nieprzejednanej wrogości do Polaków obu ścierających się stron. Jednocześnie wszystkie oficjalne i nieoficjalne organizacje polskie na Litwie dały wyraz moralnego poparcia litewskiemu ruchowi niepodległościowemu, mimo jego skandalicznego polakożerstwa. Pisząc o tych nieprostych sprawach wypadałoby raczej zadać pytanie Litwinom, dlaczego na rozkaz Moskwy tak okrutnie dławili Polaków Wileńskich w okresie powojennym i dlaczego także w ostatnich latach – już na własną rękę – zrobili i robią wszystko, by odepchnąć od siebie Polaków, swych naturalnych sprzymierzeńców, a nie mieć pretensje do sponiewieranej i dławionej mniejszości polskiej.
Kolejny dezinformujący czytelników fragment brzmi: „środowisko (polskie) nie było monolitem, ale działało mniej więcej w tym samym kierunku: kurczowo trzymało się „matuszki komuny”. Uaktywnili się tacy działacze, jak Jan Ciechanowicz i Anicet Brodawski, którzy zostali polskimi deputowanymi do... Rady Najwyższej ZSRR. W wyborach do tego organu korzystali oni z poparcia wyborczego „Jedinstwa” – prawie w całości zdominowanej przez Rosjan organizacji prosowieckiej”. Otóż środowisko polskie nie trzymało się kurczowo komuny, bo w okresie poprzednim właśnie ono było najokrutniej przez komunę gnębione. Wśród Polaków na Litwie komunistów było na tysiąc mieszkańców 30-krotnie mniej, niż wśród Żydów, 12-krotnie mniej niż wśród Rosjan i 9-krotnie mniej, niż wśród Litwinów. W kierownictwie samodzielnej kompartii Litwy znajdował się tylko jeden Polak, Zbigniew Balcewicz, członek Biura KC KPL, a w prosowieckiej też tylko jeden – Leon Jankielewicz. W obydwu strukturach nieproporcjonalnie więcej niż wśród ludności republiki było Żydów, Rosjan, Litwinów, ale nie Polaków. Mit o „skomunizowanych Polakach” Wileńskich rozpowszechniali agenci bezpieki sowieckiej i litewskiej w celu dyskredytacji naszej ludności i jej zniewolenia poprzez moralne obezwładnienie. Z tego, żeśmy nie poparli czynnie polakożerczych nacjonalistów litewskich, wcale nie wynika, żeśmy trzymali się komuny czy byliśmy przeciwko niepodległości Litwy.
Dalej nieprawdą jest, że prosowiecka organizacja „Jedinstwo” była w całości zdominowana przez Rosjan. Jej głównym ideologiem, przed niedawnym wyjazdem na stałe do Izraela, był Aleksander Merkel, profesor Wyższej Szkoły Partyjnej w Wilnie, a w kierownictwie zasiadali początkowo niemal wyłącznie jego rodacy. Polaka zaś nie było żadnego.
Ani A. Brodawski, ani autor tego listu nie byli nawet członkami tej organizacji, nie mówiąc o tym, by reprezentować ją na wyborach wszechzwiązkowych 1989 roku...
I ostatnie na ten temat: „Wieloznaczny wielokropek” w tekście P. Kijaka, gdy mówi, że „J. Ciechanowicz i A. Brodawski zostali polskimi deputowanymi do... Rady Najwyższej ZSRR”,. wydaje się świadczyć, że autor naprawdę bardzo mało wie i jeszcze mniej pojmuje w realnej sytuacji na wschód od Bugu. Otóż my, dwaj Wileńscy Polacy, zasiedliśmy na Kremlu jako deputowani ludowi ZSRR od Litwy obok Pana Landsbergisa, którego chyba nawet P. Kijakowi przedstawiać nie trzeba, pierwszego premiera niepodległej Litwy Pani K. Prunskiene, obecnego wicepremiera Pana R. Ozolasa i całego szeregu innych (58 osób), dziś sprawujących władzę w Republice ludzi, m.in. żydowskiego pochodzenia (Kanowicz, Miedwiediew) i rosyjskiego (Konoplew). Dlaczego więc tylko nam, Polakom, „Gazeta Polska” zarzuca ten „grzech”? Przecież to właśnie my, jako pierwsi i jedyni w całej historii ZSRR, wznieśliśmy głos – który zabrzmiał na cały świat – w obronie Polaków zamieszkałych w tym kraju. Przy czym tu więc ten wielokropek, to robienie zalotnego „perskiego” oka do czytelnika w nadziei na jego głupotę?
Czy podobny wielokropek stanie też w waszej gazecie, jeśli ktoś z Polaków potrafi się nie tylko przebić np. do parlamentu Niemiec, USA, Kanady czy Ukrainy, ale i będzie w nim żarliwie bronić praw rodaków? Dodam jeszcze, że na wyborach 1989 r. pokonałem sześciu innych rywali, w tym dwóch Polaków oraz wspomnianego powyżej V. Czepaitisa i Prezydenta Akademii Nauk Litwy prof. Jurasa Pożelę; popierał mnie tylko Związek Polaków na Litwie, a zwalczały KGB, kompartia, Sajudis, Vilnija i cała reszta.
Zupełnym zmyśleniem od początku do końca jest akapit brzmiący: „Mający przywódcze aspiracje Ciechanowicz poszedł jeszcze dalej: z własnej inicjatywy założył tzw. Partię Polską, poprzez którą starał się propagować utworzenie potworka o nazwie „wschodniopolska Republika Sowiecka”, temu dziwolągowi miała patronować oczywiście Moskwa. Ciechanowicz przysłużył się swoim czerwonym protektorom również w czasie najazdu OMON-u na Wilno, stojąc z „towarzyszami” ramię w ramię. Po ich ustąpieniu został prawdopodobnie zmuszony do ukrywania się”...
Otóż Ciechanowicz ani nigdy nie miał nic wspólnego z OMON-em, ani nigdy nigdzie go nie witał, ani nigdy i nigdzie się nie ukrywał i nie ukrywa, bo to i nie ma po co i nie ma przed kim i nie ma czego. A i nie w jego to byłoby charakterze i obyczajach. Przypomnę, że rzeczywiście w okresie od 3 maja 1990 do 13 września 1991 byłem przewodniczącym Polskiej Partii Praw Człowieka, pierwszej i jedynej polskiej partii w byłym ZSRR (działającej zresztą nielegalnie), która postulowała utworzenie ze wszystkich zabranych nam przez Rosję sowiecką w 1939 r. terenów suwerennej Republiki Wschodniej Polski. W tym okresie, gdy się odbywał proces tworzenia nowych państw na ziemiach rozpadającego się ZSRR, szansa na to – i to realna – istniała, chociaż sprzeciwili się temu początkowo wszyscy okupanci od Moskwy po Żmudź. W tym okresie (1990/91) powstały przecież suwerenne republiki: Karelska, Żydowska, Gagauska, Czeczeńska, Osetyńska, Nagorno-Karabachska, Tatarska i cały szereg innych. Myśmy, Polacy, jako społeczność światowa, okazali się nie na wysokości zadania. Zamiast wesprzeć się nawzajem i, jak inni, dbać o swoje, wszczęliśmy burdę między sobą. Szereg prominentów z Polski, takich jak Geremek, Michnik, Kłopotowski, Romaszewski, Jagiełło, Brodowski, Małachowski, Kostrzewa-Zorbas, Nowakowski, Skubiszewski, i inni spod tejże gwiazdy, popierało w umierającym ZSRR wszystkich i wszystko, tylko nie kilkomilionową rzeszę Polaków. Co więcej, zwalczali nas w sposób niegodziwy i nie do przyjęcia w świecie cywilizowanym. Oczywiście, ciosy ze strony Warszawy były dla nas pod względem psychologicznym i politycznym najbardziej dotkliwe. A naszych prześladowców w byłym ZSRR rozzuchwaliły jeszcze bardziej, utwierdzając ich ostatecznie w przekonaniu, że z Polakami w ogóle nie ma co się liczyć. W tej sytuacji nasza inicjatywa upadła, a w okupowanej od 1939 roku Polsce Wschodniej nadal będą mieszkać miliony polskich niewolników, pozbawionych podstawowych praw człowieka.
Jeśli chodzi o insynuacje, dotyczące mego rzekomego stania ramię w ramię z „towarzyszami” z OMON-u, to mogę stwierdzić, że natychmiast po krwawych zajściach w Wilnie wystosowałem list osobiście do Prezydenta ZSRR (został on zresztą opublikowany także w Warszawie), w którym wyrażałem zdecydowany protest przeciw zastosowaniu przez sowiety brutalnej siły wojskowej przeciwko Litwinom. Kto więc dał Panu prawo, panie redaktorze, publikować podłe oszczerstwa, których tutaj, na Litwie, nawet najzawziętsi moi wrogowie nie odważyliby się artykułować w obawie przed samodyskredytacją? Publikując je, daje Pan do zrozumienia, że nie szanuje Pan swych ewentualnych czytelników, serwując im najgłupsze i najjadowitsze potwarze o rodakach ze wschodu.
Rozumiem, że Pana wysłannik Kijak zawarł w swym artykule tyle kłamstw dlatego, że kontaktował tylko z wychwalanymi przez siebie Romualdem Mieczkowskim (zwolniony ostatnio przez władze litewskie z posady kierownika redakcji polskiej TV Litewskiej, jak i z urzędu redaktora naczelnego sajudisowsko-antypolskiej gadzinówki „Znad WIlii”, firmowanej przewrotnie jako rzekoma „gazeta prywatna”, jako skompromitowany ścisłą współpracą z aparatem partyjnym i KGB), Czesławem Okińczycem (niedawny wpływowy funkcjonariusz sowiecki, obecnie dyspozycyjny agent Sajudisu do rozbijania i dyskredytowania środowiska polskiego na Wileńszczyźnie) czy Ryszardem Maciejkiańcem (przez ostatnie kilkanaście lat etatowy instruktor Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy, obecnie lider tzw. frakcji polskiej w parlamencie Litwy, człowiek zresztą w porównaniu z dwoma poprzednimi przyzwoity i inteligentny). Jednak z takimi „źródłami” trzeba się obchodzić bardzo oględnie, podobnie jak z informacjami, a raczej z dezinformacjami na nasz temat, napływającymi do was z Polski. Podobno do niedawna sowiecki KGB miał w tym kraju około 24 tysięcy płatnych agentów, w większości zajmujących posady w środkach masowego przekazu, szkolnictwie wyższym, wojsku, administracji. Niektórzy z tych osobników są obecnie uaktywniani w celu dyskredytacji ruchu narodowo-wyzwoleńczego Polaków w byłym ZSRR. Częstokroć przysyła się ich nawet z Polski do Litwy, na Białoruś, na Ukrainę, by rozbijali nas od wewnątrz i podszczuwali na siebie nawzajem tutejsze środowiska polskie. Nierzadko zajmują oni bardzo wysokie stanowiska w Polsce, lecz poznać ich łatwo – ex unque leonem – po ich antypolskich posunięciach propagandowych i politycznych, taniej pseudoantykomunistycznej demagogii, pokrywającej zarówno ich niedawny udział w narzucaniu Polsce komunistycznego schamienia, jak i ich obecną działalność skierowaną przeciwko narodowi i państwu polskiemu, jak też przeciw jedności Polaków na Wschodzie i na Zachodzie.
Rodacy, nie dajmy się manipulować międzynarodowej polonofobskiej łobuzerii!
Dr Jan Ciechanowicz
Wilno, 26 stycznia 1992 roku”

* * *

W tym czasie nastąpiło znaczne nasilenie antypolskiej propagandy, w której rolę szczególną odegrała „Gazeta Wyborcza”, która stała się nie tylko trybuną (wyjątkowo skądinąd słabo wykształconych) „ekspertów” ze służb specjalnych Polski (Marek Karp, Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, Marek Nowakowski itp.), ale też takich wpływowych funkcjonariuszy sowieckich służb specjalnych w Wilnie, jak Zbigniew Balcewicz (koordynator wszystkich działów KGB), Romuald Mieczkowski czy Czesław Okińczyc. Dysponując olbrzymimi środkami ci agenci służb warszawskich, wileńskich i moskiewskich w końcu tak zagęścili przestrzeń informacyjną mgłą kłamstw, że ludzie powoli zatracili nawet zdolność dostrzegania ewidentnych faktów. Agenci KGB z Polski i Litwy połączyli swe wysiłki w walce przeciwko patriotycznemu odłamowi ruchu polskiego na Wileńszczyźnie, doprowadzając w końcu do kompletnej jego demoralizacji i rozkładu. Znamiennym akcentem w tej kampanii okazał się głos koordynatora radzieckich służb terrorystycznych Z. Balcewicza w „Gazecie Wyborczej” z dnia 7 stycznia 1992 roku. W całości ten tekst brzmi, jak następuje:
„Zbigniew BALCEWICZ, redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego” i deputowany do Rady Najwyższej Republiki Litewskiej o stosunkach polsko-litewskich i o położeniu społeczności polskiej na Wileńszczyźnie

Rok zmarnowanych szans
Początek A.D. 1991 był pomyślny. W obliczu wspólnego zagrożenia ze strony dogorywającego Imperium ociepliły się stosunki między Polakami a Litwinami. W przededniu krwawych wydarzeń styczniowych w Wilnie frakcja polska złożyła w parlamencie oświadczenie solidaryzujące się z niepodległościowymi aspiracjami Litwinów, zaś społeczeństwo RP, jak żadne inne, ogromną sympatią i bratnią pomocą obdarzyło Litwę w te trudne dla naszej Republiki chwile. Odpowiedzią na ten gest były podjęte przez litewską Radę Najwyższą uchwały z 29 stycznia, dotyczące polskiej mniejszości na Litwie oraz stosunków narodowościowych. Parlament Litwy zobowiązał rząd do utworzenia powiatu wileńskiego, posiadającego odrębny status. Powiat ten miałby powstać w ramach reformy podziału administracyjnego kraju na terenie rejonów wileńskiego oraz solecznicklego.
W myśl tej uchwały Komisja Państwowa d.s. Litwy Wschodniej oraz szereg komisji parlamentarnych Rady Najwyższej powinny były do 31 maja br. opracować i przedstawić parlamentowi projekt statutu powiatu wileńskiego. Rząd powinien był do 1 maja opracować program utworzenia szkolnictwa wyższego dla mniejszości narodowych oraz zacząć go realizować.
Parlament Litwy znowelizował ustawę o mniejszościach narodowych, ustalając, że w miejscach zwartego zamieszkania grup narodowościowych obok języka państwowego może być używany jako urzędowy również język mniejszości; że mniejszości narodowe mają prawo do wyższego wykształcenia w języku ojczystym i mogą z własnych funduszy zakładać wyższe uczelnie. [Nawiasem mówiąc, do wcielenia w życie tych praw nigdy władze Litwy nie dopuściły – uwaga J.C.].

Kto nie chce porozumienia
Podjęte przez Parlament Litwy uchwały spotkały się z dezaprobatą zarówno nacjonalistów polskich, jak i litewskich. „Patrioci” z naszego podwórka twierdzili, że „to ochłap rzucony Polakom przez Litwinów”, że „nic z tego nie będzie” itd., zaś nacjonaliści litewscy przestrzegali władze przed zakusami Polaków i przed zagrożeniami dla integralności terytorialnej Republiki. Czując brak gruntu pod nogami, ludzie ci zaczęli czynić wszystko, aby ponownie zaognić stosunki między Polakami a Litwinami i aby nie dopuścić do zrealizowania styczniowych uchwał parlamentu.
Ze strony polskiej szczególnie wykazali się działacze o promoskiewskiej orientacji politycznej, deputowani ludowi ZSRR Anicet Brodawski i Jan Ciechanowicz oraz ich towarzysze ze struktur Komunistycznej Partii Litwy (odłamu określanego mianem „na platformie KPZR”) Czesław Wysocki, Adam Monkiewicz. Wykorzystywali oni audycje w języku polskim kolaboranckiego radia oraz tzw. telewizji „Tarybu Lietuva”, w której aktywni byli dziennikarze „Czerwonego Sztandaru” (co prawda, nie-Polacy) Borys Oszerow, Salomon Medajski i Grzegorz Berłowicz. Do zatruwania umysłów Polaków przyczyniła się też specjalnie utworzona przez KPZR i KGB „ogólnozwiązkowa gazeta Polaków radzieckich Ojczyzna”. Było to bodajże ostatnie w historii „radzieckie pismo polskie”. Jego redaktor – wspomniany już Jan Ciechanowicz – założył też (co i prawda, ponoć tylko 4-osobową) Polską Partię Praw Człowieka. Dążył on do utworzenia na byłych kresach wschodnich Wschodniopolskiej SRR, oblewając przy tym na łamach „Ojczyzny” brudem wszystkich Polaków opowiadających się za niepodległością Litwy oraz za rozwiązywaniem problemów polskiej mniejszości w dialogu z władzami republiki, bez angażowania w te sprawy Moskwy.
Najtragiczniejszym efektem tych rozgrywek było wciągnięcie w nie demokratycznie wybranych rad rejonów wileńskiego oraz solecznickiego. Zamiast konkretnie pracować nad przywróceniem języka polskiego na Wileńszczyźnie (wprowadzenie go do urzędów, wykonanie napisów w miejscach publicznych itd.), na co zezwala znowelizowana ustawa o mniejszościach narodowych, zamiast podjąć przygotowania do prywatyzacji, rady rejonowe oraz ich zarządy coraz więcej uwagi poświęcały konfrontacji politycznej z władzami republiki.
Promoskiewscy przewodniczący Anicet Brodawski i Czesław Wysocki uczynili wszystko, aby rady wileńska oraz sołecznicka podjęły uchwalę „O stworzeniu warunków do przeprowadzenia na terytorium rejonów referendum ZSRR”, stawiając ludność Wileńszczyzny w roli zakładników umierającego imperium.
Do podobnych celów była wykorzystana Rada Koordynacyjna ds. utworzenia Wileńskiego Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego, która jeszcze przed upłynięciem terminu wykonania Uchwały litewskiego parlamentu z dn. 29 stycznia 1991 r. przeforsowała przeprowadzenie w Mościszkach kolejnego zjazdu deputowanych Wileńszczyzny, na którym zaaprobowano prowokacyjny projekt Statutu Wileńskiego Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego.
Zgodnie z tym dokumentem na Wileńszczyźnie miałoby powstać minipaństewko polskie, a Litwa stałaby się państwem federacyjnym. Propozycja ta, która spotkała się z negatywną oceną wszystkich sił politycznych Litwy, stała się głównym atutem propagandowym dla antypolskich działaczy z Rady Społecznej ds. Litwy Wschodniej oraz ze stowarzyszenia „Vilnija”.

Dogodny pretekst...
Zjazd w Mościszkach stał się pretekstem do tego, aby mgliste wnioski Państwowej Komisji ds. Litwy Wschodniej dotyczące spraw Wileńszczyzny zostały przedstawione nie Parlamentowi, jak tego wymagała uchwała styczniowa, lecz Prezydium Rady Najwyższej, które 17 lipca 1991 r. podjęło uchwałę „O projekcie podziału administracyjno-terytorialnego RL”. Prezydium poleciło Państwowej Komisji ds. Litwy Wschodniej „powołać grupę roboczą z udziałem przedstawicieli Frakcji Polskiej RN. Miała ona do 1 października br. przygotować propozycje powołania nowej jednostki administracyjno-terytorialnej na obszarze rejonów solecznickiego i wileńskiego, przewidując też zorganizowanie urzędu przedstawiciela rządu na powiat”.
Jak dotychczas nie słyszałem o jakichkolwiek propozycjach utworzenia powiatu wileńskiego. Natomiast dobrze wiem, że pod pretekstem udziału w puczu zlikwidowano rady rejonów podwileńskich z wprowadzeniem na ich miejsce już nie jednego, lecz aż dwóch pełnomocników rządu, którzy sprawują pełnię władzy i według własnego widzimisię. Rada społeczna ds. Litwy Wschodniej oraz „Vilnija” osiągnęły swój główny cel.

... i Jego konsekwencje
Niezależnie od tego, pod jakim pretekstem rozwiązano rady rejonowe, późniejsze wydarzenia dobitnie świadczą o tym, że na Wileńszczyźnie zaistniało realne zagrożenie dla dalszego odrodzenia narodowego Polaków. Nacjonalistycznie nastrojeni działacze litewscy podejmują próby przymusowej litwinizacji Polaków. W miejscowościach, gdzie nie ma ani jednego Litwina, za wszelką cenę otwiera się litewskie grupy w przedszkolach oraz klasy z litewskim jako językiem wykładowym.
Niepokoi fakt, że pełnomocnicy rządu oraz osoby z nimi współpracujące, rekrutujące się z reguły z Rady Społecznej ds. Litwy Wschodniej oraz z „Vilniji” mają wszelkie możliwości, aby postępować bezprawnie wobec miejscowej ludności. Przejawia się to m.in. w zwalnianiu ze stanowisk Polaków pod pretekstem ich nielojalności wobec Litwy czy w zmienianiu składu personalnego gminnych komisji reformy rolnej. Mieszkańcy Wileńszczyzny tygodniami wyczekują na audiencję u pełnomocników rządu. A pełnomocnicy rządu są w tych rejonach wszystkim – i radą rejonową, i zarządem.
Jeżeli uwzględnimy fakt, że obecnie trwa prywatyzacja majątku uspołecznionego oraz zwrot ziemi, że podejmowane są próby zrealizowania idei „wielkiego Wilna”, to stanie się jasne, jak wielkie są uprawnienia pełnomocnika rządu.

Kilka pytań do komisji
Zrozumiałe jest również, dlaczego litewskie siły nacjonalistyczne, pod których naciskiem wprowadzono na Wileńszczyźnie komisaryczne zarządzanie, wszelkimi sposobami starają się jak najdłużej zachować obecny stan rzeczy. To właśnie pod ich presją narodziły się „Wnioski nt. sytuacji w rejonach wileńskim i solecznickim oraz nt. możliwości zorganizowania wyborów do rad tych rejonów”. Autorem ogłoszonych 16 grudnia „Wniosków” jest Komisja ds. zbadania działalności antykonstytucyjnej rad rejonów solecznickiego i osiedla Snieczkus w rejonie ignalińskim.
Otóż, jak się okazuje, nie można jeszcze zezwolić ludności Wileńszczyzny na wybory, bowiem nie zbadano jeszcze działalności zakazanych przez ustawodawstwo Republiki Litewskiej struktur organizacyjnych (KPZR, KGB) oraz bezprawnie działających w tych rejonach struktur ekonomicznych...”. Kto może odpowiedzieć, jak długo jeszcze to badanie potrwa i kto oraz za co został pociągnięty do odpowiedzialności karnej?
We „Wnioskach” stwierdza się, że „niektórzy byli deputowani do rad tych rejonów, osoby urzędowe i organizacje społeczne w swej propagandzie nadal podnoszą rzekome krzywdy doznane ze strony Republiki Litewskiej i głoszą oparte na tym idee wrogości i odrębności terytorialnej tego regionu”. Jeśli taka propaganda jest działalnością przestępczą, to dlaczego nikogo nie pociąga się do odpowiedzialności, jeżeli zaś jest dozwolona, to dlaczego ma być uzasadnieniem dla odłożenia wyborów?
Komisja stwierdza też, że „nadal działa utworzona bezprawnie i nie zarejestrowana Rada Koordynacyjna ds. utworzenia Wileńskiego Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego...”
Więc co stoi na przeszkodzie, aby Radę zarejestrować? I czy są jakieś gwarancje, że ciało to samo się kiedyś rozwiąże? Przecież utworzona za czasów komunistycznych tzw. Rada Społeczna ds. Litwy Wschodniej owocnie działa do dziś.
Komisja oświadcza, że „niektóre rady gminne tych rejonów ignorują dyrektywy oficjalnych organów władzy w sprawie anulowania swych uchwał i podejmują nowe bezprawne decyzje”. Dlaczego zachowanie się deputowanych kilku rad gminnych ma zaważyć na losie wyborów do rad rejonowych?
Komisja oświadcza wreszcie, że „Rada Najwyższa Republiki Litewskiej nie podjęła jeszcze niezbędnych uchwał, zabraniających osobom, które należały do KPZR, KGB i uczestniczyły w działalności antypaństwowej, kandydowania w wyborach i pracy w aparacie władzy i administracji”. Dlaczego w takim razie toleruje się fakt, że aparat pełnomocników rządu został sformowany prawie wyłącznie z byłych funkcjonariuszy partyjnych – Litwinów? Dlaczego też rozpisano wybory uzupełniające do Rady Najwyższej w Nowej Wilejce? Co będzie, jeżeli wybrany zostanie, powiedzmy, Anicet Brodawski lub Jan Ciechanowicz? Czy może wówczas za karę Nowa Wilejka zostanie odłączona od Wilna i przyłączona do rejonu wileńskiego, i tym samym znajdzie się pod władzą pełnomocnika rządu A. Merkysa?

Jak ślepy z głuchym
Można zadać wiele podobnych pytań. I nie sposób znaleźć na nie odpowiedź. Przede wszystkim jednak brak jest odpowiedzi na pytanie podstawowe: kiedy nastanie kres konfrontacji między Litwą a Polską i kiedy stosunki narodowościowe na Litwie ulegną normalizacji?
A tak dobrze zapowiadał się 1991 rok – okazał się jednak rokiem zmarnowanych szans. Ostatnio dialog przywódców obu krajów coraz bardziej przypomina mi rozmowę ślepego z głuchym.
Zbigniew Balcewicz”

Jeśli idzie o Michnika, to z nim od początku wszystko było jasne i jednoznaczne, Balcewicz jednak, nawet jak na Polaka, to szabesgoj szczególnie namydlony.

* * *

Cenna opinia
Wielokrotnie zastanawialiśmy się w gronie redakcyjnym, kto jest naszym czytelnikiem, jakie warstwy społeczne Polaków i Litwinów czytają „Naszą Gazetę”. Teraz wiemy na pewno, że wśród Litwinów czyta nas pan Albinas Lape. I bardzo uważnie.
Z wyjątkową ciekawością przeczytałem recenzję „Naszej Gazety”, przedrukowaną przez „Kurier Wileński” z „Atgimimasa”. Akurat rozmyślałem, o czym by tutaj truć po raz kolejny w swym dołku. Tym razem temat nasunął się sam.
Szanowny Albinas Lape pisze, że redaktor NG jest jak zły i przyczepski człowiek, który przy byle okazji stara się uszczypnąć. Niestety rozczarować muszę naszego czytelnika, bardzo bym chciał napisać coś dobrego, szczerze podziękować władzom litewskim za jakiekolwiek pozytywne kroki w stosunku do Polaków na Litwie, wręcz pogładzić ich z rozkoszą po głowie (może tylko ręce nie sięgną) i kilimkiem się rozesłać u stóp z wdzięczności. Ale ciągle pomimo aktywnych wysiłków nie mogę znaleźć takich faktów. Według opinii naszego szanownego czytelnika niczym „Naszej Gazecie” nie da się dogodzić. Niestety, tak już się złożyło, że NG jest pismem opozycyjnym. Rozumiem, że pisma opozycyjna nie są lubiane przez niektórych polityków. Nie znam osobiście naszego drogiego czytelnika, nie mogę więc stwierdzić z całą pewnością, czy przypadkowo nie tęskni on do prasy komunistycznej, gdzie na pierwszych stronach zawsze przeczytać można było o sukcesach dojarek, rekordach murarzy i wysoce optymistycznych rezultatach kolejnych plenów KC. Ale coś podobnego wyziera z komentarza, jakaś nostalgia za okresem burzliwego rozwoju. Wtedy na pewno nie było żadnych bezczelnych gazet, śmiących wątpić w szczere zamiary najjaśniejszej władzy.
Majstersztykiem jest określenie, że „w pewnych momentach ZPL wchodził na państwowy tor”. Ciekawe co to znaczy? Państwowy tor przypomina mi „prawidłową linię”, z taką uwagą pilnowaną w przeszłości przez towarzyszy z KC. Teraz ZPL jest analizowany akurat pod tym samym kątem: idzie państwowym torem czy też nie? Na tle rozpętanej obecnie nagonki przeciwko prasie opozycyjnej, Związkowi Dziennikarzy Litwy, w ogóle przeciwko wszelkim poglądom nie zatwierdzonym przez „Lietuvos Aidas” takie postawienie problemu jest jednoznaczne – na Litwie dozwolona będzie jedna gazeta, jedna telewizja, jedna opinia. Jeżeli nie oficjalnie, to przynajmniej zostaną ustalone takie warunki finansowe, by niezależne mass media po prostu zbankrutowały. Tak się zresztą dzieje.
Autor sążnistego wywodu o antypaństwowości „Naszej Gazety” widocznie ma kłopoty z językiem polskim, bowiem w wielu miejscach wnioski jego drastycznie mijają się z prawdą. Przedstawianie wypowiedzi Czesława Wysockiego czy też Jana Ciechanowicza jako opinii Związku Polaków na Litwie jest po prostu bezczelne. Notabene, autor oburza się, że ZPL chce, by nie przeszkadzano w tworzeniu wyższych szkół, instytucji kulturalnych. Jest to dozwolone ustawą Rady Najwyższej Litwy, więc w tym przypadku Związkowi Polaków na Litwie chodzi tylko o jej realizację, natomiast ci, którzy temu przeszkadzają, są akurat przestępcami. A do nich chyba szanowny Albinas Lape nie pragnie się zaliczyć.
Co dotyczy zaś „Naszej Gazety” w 1992 roku, to będzie ona taka, jakie będą stosunki polsko-litewskie na Litwie. Trudno wymagać, byśmy okłamywali swych czytelników i na czarne mówili „białe”.
Cieszy oczywiście, że „Kurier Wileński” chce zastanowić się, jaka powinna być gazeta Związku Polaków na Litwie. Myślę jednak, że do takich celów są jeszcze łamy NG.
Artur Płokszto (Nasza Gazeta).”

* * *

Biały Orzeł”, 12 stycznia 1992 r.:

Prześladowania trwają!
List z Wileńszczyzny

11 listopada, w dzień rocznicy niepodległości Polski trochę zmieniliśmy rozkład zajęć lekcyjnych: w czasie drugiej i trzeciej lekcji wysłuchaliśmy Mszy św. w kościele parafialnym, w trakcie której ksiądz prałat Józef Obrembski przeprowadził na żywo lekcję religii, bo wyjaśnił szczegóły Mszy św.
Modliliśmy się za Ojczyznę-Litwę i Polskę-Macierz, a także wspominaliśmy wszystkich żołnierzy, którzy polegli w walce o wolność Ojczyzny. Na pobliskim cmentarzu wojskowym złożyliśmy wiązanki kwiatów, zapaliliśmy znicze i świece (na grobach żołnierzy poległych w 1920 roku). Uczniowie podziękowali proboszczowi, dedykując mu wiersze i piosenki poświęcone Ojczyźnie i rocznicy jej niepodległości. Po powrocie do szkoły kontynuowaliśmy lekcje.
Po paru dniach z tego powodu dała wyraz swemu oburzeniu kierowniczka Wydziału Kultury i Oświaty Rejonu Wileńskiego i rozpoczęła się nagonka na kierownictwo szkoły: Zygmunta Wierzbowicza, czasowo pełniącego obowiązki dyrektora oraz na wicedyrektora Mieczysława Dowgiałłę. Otrzymali oni surowe nagany, których tekst przesłano do wszystkich szkół i placówek oświatowych naszego rejonu.
A teraz przyjrzyjmy się, w czyich rękach spoczywa kultura i oświata rejonu wileńskiego. Jest nią niejaka Danguole Sabiene, która od niedawna zajmuje to stanowisko po Kwiatkowskim, który został usunięty jako komunista. A przecież towarzyszka Sabiene jest komunistką z prawdziwego zdarzenia. Pracowała w charakterze sekretarza Komitetu Rejonowego Komsomołu, a potem Partii, odpowiadała za tzw. pracę ateistyczną, bardzo często „gromiła” nauczycieli za zły stan wychowania komunistycznego i ateistycznego w szkole polskiej. Nikt jej jednak tego nie wypomina, bo jest Litwinką chorą na polonofobię... Widocznie pasuje do tej sytuacji przysłowie: czym skórka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. I chociaż Litwa głosi, że kroczy drogą demokracji, to jednak dawne bolszewickie przyzwyczajenia pozostają. Nadal prześladuje się uczniów za uczęszczanie do kościoła, a szczególnie do kościoła polskiego. Dyskryminacja i zastraszanie Polaków na Wileńszczyźnie przez władze litewskie trwa.
Nauczycielka szkoły średniej w Mejszagole.
Nazwisko do wiadomości Redakcji
30 listopada 1991 r.”

* * *

Protest przeciwko polonofobii
5 grudnia 1991 roku na plenarnym posiedzeniu Zarząd Główny Związku Polaków na Litwie uchwalił list, skierowany do Przewodniczącego Rady Najwyższej Republiki Litewskiej V. Landsberga i do Premiera Rządu Republiki Litewskiej G. Wagnoriusa. Tekst ten brzmi, jak następuje:
„W związku z wyjątkowo trudną sytuacją, w jakiej znalazła się obecnie społeczność polska na Litwie, po raz kolejny zwracamy się z apelem o zaprzestanie dyskryminacji ludności polskiej i przystąpienie do autentycznego rozwiązania problemów polskiej mniejszości narodowej. Mimo pewnych napięć między Polakami na Litwie a władzami litewskimi w okresie ostatnich kilku lat, a w szczególności w drugim półroczu br. wydawały się być podstawą do ułożenia stosunków polsko-litewskich na Litwie. Niestety, nadzieje te rozwiały się po odzyskaniu przez Litwę niepodległości.
Po rozwiązaniu samorządów wileńskiego i solecznickiego pełnomocnicy Rządu, nie licząc się z zasadami demokracji, opinią społeczną, literą prawa dokonali i nadal dokonują bezpodstawnych zwolnień na zasadzie przynależności narodowej. Zakaz używania napisów w języku polskim, symboliki narodowej w szkołach, rewizje i wezwania do prokuratury działaczy Związku Polaków na Litwie należą do faktów życia codziennego.
Z Komisji Do Spraw Prywatyzacji Rejonu Wileńskiego wyrzucono wszystkich Polaków, taki sam proces trwa w Komisjach Gminnych. Pełnomocnicy Rządu formują Komisje Prywatyzacyjne według własnego uznania, narzucając ludzi z byłej partyjnej nomenklatury. Miejscowej ludności polskiej utrudnia się korzystanie z ustaw o prywatyzacji i reprywatyzacji.
Szereg uchwał i decyzji władz litewskich, jak też działalność wielu litewskich polityków, przede wszystkim R. Ozolasa, V. Czepatisa, K. Motieki, mają charakter wyraźnie antypolski, są w rażącej sprzeczności z normami Praw Człowieka i Obywatela oraz Mniejszości Narodowych, stanowią cechy państwa totalitarnego.
Wyrażamy stanowczy protest przeciwko antypolskiej polityce władz Republiki Litewskiej, celowemu oddalaniu od siebie społeczności litewskiej i polskiej, cynicznemu tworzeniu obrazu wroga. Żądamy natychmiastowego dialogu ze społecznością polską i powrotu do uchwał z dnia 29 stycznia 1991 roku.”
Nietrudno przewidzieć, jaka będzie reakcja ze strony niebolszewickich władz Litwy na ten tekst. Kierownictwu ZPL zarzuci się, że jątrzy ono i zaognia sytuację polityczną w Republice, dąży do poróżnienia Litwinów i Polaków, służy Moskwie, jest na usługach komunistów, ba, zmierza do oderwania Wileńszczyzny od Litwy i do rozpętania wojny domowej. Zazwyczaj za takimi argumentami teoretycznymi szły też kroki praktyczne, czyżby tym razem podejmowało się decyzję o rozpędzeniu ZPL? Dowiemy się o tym wkrótce.
Dr Jan Ciechanowicz
Wilno 12 grudnia 1991 r”.

* * *

Biały Orzeł”, (Ware, USA) 26 stycznia 1992 r.; Rubryka: „Z Litwy”:

Dwugłos
Moskiewski tygodnik „Głasnost” cytuje wypowiedź T. Staraka, specjalnego przedstawiciela Ukrainy w Polsce: „Ukraina nadaje w swej polityce zagranicznej priorytet kierunkowi zachodniemu, a droga na zachód prowadzi poprzez Polskę, która jest dla Ukrainy najważniejszym partnerem politycznym na Zachodzie...”
Litewska gazeta „Lietuvos Aidas” zamieszcza zdanie Broniusa Kuzmickasa, wiceprzewodniczącego Rady Najwyższej Republiki Litewskiej: „Byłoby hańbą dla Litwy i poniżeniem jej godności, gdyby Polska miała być dla niej „oknem do Europy”; tym oknem dla nas są Niemcy i Kraje Skandynawskie”...

Stare kawały
Balys Gajauskas, 65-letni członek Parlamentu Litewskiego, przewodniczący Litewskiego Związku Więźniów Politycznych, stojący na czele „Komisji Dekagebizacji” Litwy, w wywiadzie dla moskiewskiego tygodnika „Nowoje Wriemia” (Nr 49, 1991) stwierdza, że między jego organizacją a rosyjskim KGB „powstały dobre, a nawet z poszczególnymi kierownikami ciepłe stosunki...” O wieloletnim agencie KGB V. Czepaitisie, jednym z założycieli Sajudisu, mówi – wbrew oficjalnej deklaracji Rady Najwyższej Litwy, potępiającej tego deputata-prowokatora i żądającej jego dymisji – że „nasza komisja nie posiada dość czasu ani sił, aby już dziś wyciągnąć wnioski w sprawie Czepaitisa”... Godna to odnotowania „powściągliwość”, równie jak zastanawiające zdecydowanie (tutaj starczyło i sił i czasu), jeśli chodzi o kilkasettysięczną rzeszę Polaków wileńskich, o których B. Gajauskas mówi bez cienia wątpliwości: „wszystkie wystąpienia w ciągu tego roku (1991) mniejszości polskiej za ogłoszeniem swej autonomii w rejonie Wilnusu były bez reszty inspirowane przez KGB. Mamy w ręku komplet materiałowy pod wspólną nazwą „Jak kwestię polską można wykorzystać przeciwko Litwie”.
Zapowiedział też w najbliższym czasie opublikowanie tych „dokumentów”... Cóż, zaczekamy a zobaczymy, co to będą za rewelacje, przyrządzone wspólnie przez bezpiekę litewską i połączoną z nią „ciepłymi stosunkami” ochronę moskiewską... Znając jednak reputację tych budzących respekt służb, które zawsze łączyła polonofobia, można nie wątpić, że się okaże, iż cała społeczność okupowanej polskiej Wileńszczyzny – to „komuniści” i „agenci KGB” (do niedawna „antykomuniści” i „agenci CIA” jak informowali Centralę Moskiewską oficerowie litewskiego KGB, ci sami, co to przygotowali zbiór „dokumentów” pod wyżej wymienioną nader literacką nazwą)... Obserwując tę żałosną krzątaninę litewskich i moskiewskich polakożerców, chciałoby się zawołać: „Panowie (towarzysze) przestańcie rozpowiadać wasze brodate a banalne kawały, przecież nikt dziś z tego nawet śmiać się już nie będzie”... A swoją koleją, skoro ludność polska zagrabionej przez was wspólnie Wileńszczyzny jest aż tak wstrętna, jedźcie sobie tam, skąd tu przyjechaliście „na kormlenije” a ona sama zadecyduje o swym losie. Doprawdy, po co macie się z nią przez tyle lat tak okropnie męczyć?

„Zemsta nietoperza”
Po tym, gdy w listopadzie-grudniu 1991 roku aktywista polski z Wilna dr Jan Ciechanowicz opublikował na łamach prasy krajowej i polonijnej kilka materiałów demaskujących antypolską politykę sowieckiego KGB i krzątaninę jego agentów, spotkała go nieoczekiwana riposta w „dobrym starym stylu”: od 24 grudnia, „na czas nieokreślony”, odłączono mu telefon w mieszkaniu, widocznie w celu utrudnienia kontaktów z innymi „polskimi nacjonalistami”.
Motywacja centrali telefonicznej brzmi: „Wasza linia jest zepsuta”; chociaż zaproszona ekipa remontowa ustaliła ponad wszelką wątpliwość, że żadnych uszkodzeń „na linii” nie ma, a u wszystkich sąsiadów Ciechanowicza telefony funkcjonują sprawnie. Stare te chwyty same w sobie nikogo nie dziwią, są one aż nazbyt dobrze znane z niedawnej praktyki radzieckiej, chociażby z przykładu profesora A. Sacharowa, którego nękano w podobny sposób. Zdziwienie wywołuje co innego, a mianowicie: wszystko to (łącznie z kradzieżą korespondencji, wypalaniem zamków do drzwi wejściowych kwasem siarkowym, nagonka w prasie, wielomiesięcznym pozbawieniem pracy itd.) się dzieje w ponoć niepodległej i „wolnej” Litwie i w sytuacji, gdy KGB teoretycznie nie istnieje!...

To ci detektywizacja
Jak wiadomo, specjaliści nazywają „detektywizacją” poziom nasycenia jakiejś społeczności agentami służb „bezpieczeństwa państwowego”... Oto w jednym z niedawnych numerów młodzieżowego pisma „Lietuvos Rytas” interesującą informację na ten temat podał litewski minister ochrony Kraju A. Butkeviczius. Powiedział on mianowicie, że na trzy miliony Litwinów do niedawna z sowieckim KGB w ten czy inny sposób współpracowało „około 300 tysięcy osób”!
Z pewnością jest to rekord na skalę ogólnoradziecką. A. Butkeviczius dodał, że na domiar złego jeszcze około 200 tysięcy Litwinów było członkami KPZR, a „z reguły te dwie grupy nie łączyły się, ponieważ wskazówki KGB przewidywały nie werbować pracowników partyjnych”... Jak więc ta „mała miłująca wolność Litwa” poradzi sobie z desowietyzacją i dekagebizacją? Chyba potrzebna jej będzie w tym celu jakaś „bratnia pomoc” ze wschodu, by wszystko zwalić na Polaków, lub znaleźć równie „genialne” inne rozwiązanie tego aż nadto żenującego problemu, bo jednak litewskich komunistów i kapusiów było proporcjonalnie aż dwukrotnie więcej niż Polaków na Wileńszczyźnie według oficjalnych statystyk, a może by tak uznać te statystyki wreszcie za kłamliwe – co by było zgodne z prawdą – i głosić po całym świecie, jak dotychczas, że to Polacy jak jeden mąż są „skomunizowani” i „zsowietyzowani” przez KGB i KPZR. I do krematorium z nimi!
Dawniej wszystkiego byli winni tu Żydzi, których też spotkał „za to” najwyższy w okupowanej Europie wskaźnik Holocaustu wynoszący aż 94 procent populacji litewskich Żydów, dokonany ochoczo rękoma samych litewskich „gospodarzy”. Dziś o wszystko wini się Polaków wileńskich. Jaki więc oczekuje ich los?

List otwarty do JW Pana Jana Olszewskiego Przewodniczącego Rządu RP
Prezydium Rady Koordynacyjnej Wileńskiego Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego jest zaniepokojone niewłaściwą, świadczącą o braku rozeznania, dobrej woli i patriotyzmu, oceną sytuacji Polaków na Wileńszczyźnie przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.
Uważamy, że w sytuacji, gdy na Litwie są bezwzględnie łamane prawa obywatelskie ludności polskiej, gwałcone obowiązujące ustawodawstwo, zostały rozwiązane demokratycznie poprzednio wybrane Wileńska i Solecznicka Rady Rejonowe oraz Komisja Do Spraw Prywatyzacji, gdy zamknięto trzy gazety polskojęzyczne, zwolniono z pracy lub zmuszono do przejścia na inną ponad 70 Polaków ze stanowisk kierowniczych lub administracyjnych, przyjęto uchwałę o przyłączeniu do Wilna dużych połaci ziemi z rejonów podwileńskich, w związku z czym tysiące polskich rodzin zostaną pozbawione ojcowizny, odmawia się zwrotu gmachów w Wilnie zbudowanych ze składek ludności polskiej, zlikwidowano napisy informacyjne w języku polskim, kilkakrotnie pobito młodzież polską (jednemu chłopcu wybito oko) z użyciem kolb karabinów maszynowych, strzela się w miejscach publicznych (Niemenczyn) i w domach prywatnych (Szumsk) do Polaków, szantażuje się ludność polską według wzorców NKWD za pomocą stacjonujących na Wileńszczyźnie oddziałów wojskowych departamentu ochrony kraju Republiki Litewskiej i gdy w czasie najbliższym rozpocznie się wykonanie już zatwierdzonych planów lituanizacji urzędów pocztowych, szkół, samorządów, to jedynym wstępnym warunkiem zachowania języka, kultury i tożsamości narodowej na terytorium zamieszkałym przez rdzenną ludność polską mogła by być autonomiczna Polska Jednostka Terytorialna.
Tekst deklaracji polsko-litewskiej o stosunkach wzajemnych nie gwarantuje polskiej mniejszości narodowej przetrwania w czasach, gdy Litwa wytrwale dąży do ustanowienia reżimu totalitarnego. Przyjazd na Litwę pana ministra K. Skubiszewskiego w celu podpisania deklaracji bez poprzedniej konsultacji z polskimi organizacjami społecznymi Wileńszczyzny da rządowi Republiki Litewskiej możliwość ostatecznego rozprawienia się z wileńskimi Polakami.
Prosimy Rząd Rzeczypospolitej Polskiej o uwzględnienie w swej polityce zagranicznej faktu istnienia na Wileńszczyźnie kilkusettysięcznej społeczności polskiej i o bronienie jej praw ludzkich i obywatelskich.
Prezydium Rady Koordynacyjnej
Wileńskiego Polskiego Kraju
Narodowo-Terytorialnego
Wilno, 10 I 1992”

* * *

Polonia Today” (Chicago), luty 1992:

HUMAN RIGHTS, NEO-NAZISM and a BOOK REVIEW
by Ben Chapinski

„Na wschod od Bugu” [East of the Bug River] is a must book for all those interested in ethnicity, oppression, human rights and the decline at the western Soviet Empire. It is written by Jan Ciechanowicz.
The cover of Na wschod od Bugu features a theme of love and understanding. The drawing, in fact, emanates from the general cover of another international publication, „The Common International Home." It touches culture and tradition with honesty.
This is the second printing of this masterpiece. The author has also had a book on literature published under the old Soviet Government. His literature book had numerous co-authors and dealt with poems and folklore. Ciechanowicz is a human rights activist and a former university professor.
Unable to publish in the new Sajudis Lithuania, Ciechanowicz was recently coerced into getting one of his manuscripts printed in the new Poland. Na wschod od Bugu, first published in New England, is now an improved version of an original work that would not be acceptable under any communist orfascist regime.
The cover of Na wschod od Bugu is a nice glossy white. It’s pleasant to the eye. The 120 pages are printed on solid paper and the ink is part of a dark 11 point Chicago type. This large print is easy to read. The content is so interesting that the book, according to numerous sources, is generally consumed in one sitting.
The author is a citizen of the newly formed Republic of Lithuania. He ist he world's leading expert on Southern Lithuania (Wilenszczena in Polish or Vilnoland in English.) The area's native population was composed of Poles. In fact, from the 1300s to 1939 fewer than 2% of Vilnoland's population was Lithuanian. Its capital, for several centuries was called Wilno in both the Polish and Latin languages.
Today Vilnoland is about 68% Polish. Vilno, now called Vilnius due to Lithuanian colonization, is over 50% Slavic. The hero of this large population is Jan Ciechanowicz, who has been attacked both physically and psychologically for demanding human rights. A champion of the downtrodden, he was fired from his position at a university and later lost his job as director of culture at a Polish language newspaper. Currently he is barely able to live by lecturing at Polish cuttural endeavors.
Ciechanowicz is a symbol of what antiPoles can do to advocates of human rights. This brings us to his latest piece of creativity. But, before we start, we would like to refer to the negative aspects of his work, created by pen, in the dark nights and early mornings, under oppression. Na wschod od Bugu is divided into three sections. Unfortunately, there are no pictures, no index and no bibliography.
While the book was being composed, Poles were facing human rights violations by colonists who continued to fire Polonians from theirjobs. Nearly every Lithuanian newspaper slandered Poles. Lithuanians, caught beating a small Polish child, were never punished, even though Poles vigorously sought justice. Smali school children continued to be physically assaulted. While Ciechanowicz was writing his book, acid was placed on his door.
Opportunists, such as Czeslaw Okinczyc and Zbigniew Balcewicz blamed the massive human rights violations on Polish nationalism. Balcerowicz had been a high ranking Communist Party official almost his entire life. He is now editor of a Lithuanian Polish-language newspaper. When Lithuanian neo-Nazis indicated that they wished to revamp voting districts, to reduce the potential of the Polish vote, Opportunists, such as the aforementioned, continued to support them.
When Polish Canadian newspaper editor Alex Pruszynski went to examine the situation, he was horrified at what chiidren, old women and laborers toid him. He walked through the destroyed ancient Polish edifices and cemeteries, appalled at what he saw. He became nauseated when hę discovered that every effort was madę to reduce the educational level of the indigenous Polish population. He gave Balcerowicz, editor of the communist Czerwony Sztandar [Red Standard] hundreds of dollars to travel to the Pope, thinking it to be an act of kindness. In turn, Balcewicz used the funds to visit Italy and commenced attacking Pruszynski upon his return to Vilno.
Despite an entire organized media campaign against Jan Ciechanowicz, incredibly, hę won anelection to what was then the Soviet Parliament. In Moscow he officially sough human rights for Poles and ail others. He reiterated before Gorbachev, Yeltsin and the entire Soviet Parliament that the indigenous Polish population of Vilnoland was entitled to human rights. At night he wrote his book.
How pertinent is this book by Jan Ciechanowicz? Well, at th is writing a member of the Lithuanian Parliament, Ryszard Maciejkiawiec, is on a hungerstrike. Numerous Slavic Americans have informed the New York Times and other New York media about this protest for Polish rights, but to no avail. They have chosen to ignore the fact that a major member of a European parliament was on a hunger strike.
How important is Ciechanowicz's book? Well, at this writing Lithuanian soldiers, armed with guns and with dubs in their hands, have been shooting at small Polish children in regionswhere Poles, despite Lithuanian colonization, still represent 85% of the population. Polonian members of the Lithuanian Parliament have been writing to the European Human Rights Commission. This news has been appearing all over Europe, although it faces a blackout in America.
During the last visit of [Lithuanian President] Landsbergis to Poland, he was refused a visit by President Lech Wałęsa. He did, it appears, obtain the support of Adam Michnik.
So, despite the fact that Ciechanowicz's book has no pictures, we can note that is logical and methodically constructed. With approximately a half million Poles in Lithuania, it is reasonable to assume that a third printing will eventually evolve in his homeland.
A scholar from northern Poland wrote that „Ciechanowicz has done humanity a service ... persecuted like Sakharov, he has continued to fight against colonization, human rights violations and crimes against the indigenous Polish population.” Ascholar from Sopot writes that Ciechanowicz is a contemporary hero of the Polish nation.
Indeed, despite the anti-Polish actions of Sajudis supporters, the manuscripts of Jan Ciechanowicz are gaining in stature.
Regretfully, the members of Lithuania's Sajudis regime hinder the publication of all things in the Polish language. Lithuania has no freedom of the press.
While Michnik and others arę defending anti-Polish neo-Nazism, members of the Lithuanian Army have entered a dance hall where young Poles were dancing, fired guns over their heads and at their feet.
Littie children have been beaten by armed Lithuanian terrorists. A Canadian journalist told me by phone that it appears that Hitlerites are seeking to fill the Poles with fear.
Here, we can return directly to Ciechanowicz's book. Using sources from many countries, he points to the region's orginal inhabitants. He cites German, Russian, English, French and American Intellectuals, scholars, authors andcommunity leaders. He tells readers who the Lits, Poles, Russians and others are.
The authordiscusses Indo-European and Slavic population groups. He does not discriminate with his references and notes that the orginal Lithuanians were, according to Finnish and other sources, proto-Finnish types. He completely eradicates the propaganda about Lithuanian being one of the oldest ot European languages.
Moreover, he clarifies, once and for all, the fact ot Poles being among the original, indigenous inhabitants of present-day southern Lithuania and northeastern Byelorussia [Bielarus].
As for those deeming that Lithuanians are of German heritage, once they read this book, they will not follow such nonsense. Ciechanowicz speaks clearly about the region's languages and cutture. He talks of mythology, legends and emotions.
Author Ciechanowicz even takes us to the civilization of the early Poles (called Lechitow by local scholars). He touches upon the attempted Russification of the area's Poles and the region's cultural mosaic. Incredibly, in such a small space, he is able to cite many of Eastern Europe's leading scholars.
Being fluent in several languages, Ciechanowicz has consumed a ton of German, Russian, Lithuanian and other sources. Anthropologists will find here a magnificent view of Mongolians, Tartars and many others. Linguists and political scientists will discover that for centuries Poles, Byelorussians [Bielarusians] and others called themselves Lithuanians, merely as a political label. The real Lithuanians were never morę than 5% of the old Lit state. On the other hand it is fact that the vast majority of the so-called Lit state were Slavs, a conquered people, who spoke Polish and Slavic languages.
If l were to comment on the rich material given by Ciechanowicz on the first university East of the Bug River, the Polish-created University of Wilno, as well as other schools, it could fill several more pages. Consequently, let us note that if you are interested in reading what is truly one of the best small books, purchase this „ciassic.”

* * *

Horyzonty” (USA), 15 lutego 1992:

Sukces” polskiej dyplomacji
13 stycznia br. minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej, Krzysztof Skubiszewski i jego litewski kolega A. Saudargas podpisali w Wilnie „Deklarację o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy miedzy RL i RP” oraz konwencję konsularną. Przez po raz kolejny zawiedzioną i rozgoryczoną ludność Wileńszczyzny akt ten uważany jest za co najmniej żenującą gafę dyplomacji polskiej, gdyż nie zyskując nic w zamian rząd RP bezapelacyjnie uznał nienaruszalność obecnych granic Litwy, która okupuje także polskie tereny. Tym samym Polska stała się jedynym krajem na świecie de jure i de facto uznającym ustalenia i skutki zbrodniczego paktu Ribbentropa-Mołotowa, na którego mocy nastąpił w 1939 roku IV rozbiór Polski miedzy Rosją sowiecką, Niemcami hitlerowskimi a Litwą faszystowską. Deklaracja jest ogólnikowa i nie gwarantuje mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie samorządności czy autonomii w żadnej dziedzinie życia społecznego...
Obawiając się protestów ze strony Polaków wileńskich, dyplomaci polscy i litewscy wybrali na dzień podpisania aktu 13 stycznia, gdy cała Litwa przywdziała żałobę w związku z pierwszą rocznicą tragicznych wydarzeń pod gmachem Komitetu ds. Radia i Telewizji w Wilnie, kiedy to z rąk siepaczy z sowieckiego KGB zginęło kilkunastu Litwinów. Rachunek był prosty: w takim dniu Polacy demonstracji protestu nie urządzą, a jeśli urządzą, można ich będzie oszelmować w prasie jako ludzi bez czci i wiary, „komunistów” itp. Była to stawka bez przegranej. Aby zaś jeszcze skuteczniej zamydlić oczy opinii publicznej, litewscy oficjele i „społeczeństwo” taki protest urządzili.
Landsbergis i Skubiszewski ubili więc zręcznie doskonały – dla jednej ze stron – interes. Lecz było to dla ministra polskiego zaiste pyrrusowe zwycięstwo, ukazujące go jako człowieka absolutnie nie dbającego o interes Polski jako państwa.
Znamienne, że cała ta farsa zaaranżowana została na modłę niedawnych komunistycznych krętactw. Np. w przededniu minister spotkał się w Warszawie z rzekomymi reprezentantami polskiej ludności Wileńszczyzny, przy czym role tych „reprezentantów” odgrywali dwaj Polacy do niedawna związani z kompartią i KGB, a obecnie bez reszty będący na usługach bezpieki landsbergisowskiej, osobnicy odsądzeni od czci i wiary przez Polaków kresowych. Takich właśnie członków KC Kompartii wysyła Landsbergis do Warszawy i z takimi ludźmi chętnie spotyka się min. Skubiszewski.
Nie można było bez protestu słuchać jak min. Skubiszewski podlizywał się w Wilnie swym partnerom, zapewniając ich solennie, że nigdy już nie będzie drugiego Żeligowskiego, ani drugiego marszu na Wilno. Chciałoby się takiego ministra zapytać, czy takiego marszu nie będzie także w przypadku fizycznej eksterminacji Polaków wileńskich przez Litwinów. Kto dał mu prawo frymarczyć życiem setek tysięcy Polaków? Doprawdy – lepiej by było, gdyby nie było takiego ministra, ani takich jego wizyt u sąsiadów Polski. Dlaczego pozbawia się rdzenną ludność Kraju Wileńskiego prawa do decydowania o własnym losie, chociażby w formie referendum?
Jan CiechanowiczWilno”

* * *

Horyzonty” (Stevens Point, USA) 22 lutego 1992:

Słowianie”
Kierownictwo Wspólnot Rosyjskich Litwy zwróciło się do Konsulatu Generalnego RP w Wilnie, z prośbą o obronę praw Rosjan w imię braterstwa słowiańskiego. Oczywiście, ludzi trzeba bronić niezależnie od ich narodowości. Ale bez taniej demagogii. Bo dlaczego Rosjanie nie pamiętali, że są Słowianami, w ciągu dwustu ostatnich lat, gdy razem z Niemcami bestialsko niszczyli naród polski. Nie pamiętali też przy tym, że we wrześniu 1939 wbili Polsce nóż w plecy, gdy deportowali miliony Polaków za Koło Polarne, gdy mordowali w Katyniu tysiące bezbronnych polskich oficerów, ufających rosyjskim zapewnieniom o braterstwie Słowian, gdy do niedawna – przez całe dziesięciolecia – razem z Litwinami solidarnie gnębili na Wileńszczyźnie Polaków?
Gdzie jest gwarancja, że i tym razem za dobro nie odpłacą złem? Gdy bowiem na II i III Zjazdach Deputowanych Ludowych ZSRR w Moskwie w latach 1989/90 przedstawiciel ludności polskiej, dr Jan Ciechanowicz na prośbę Rosjan wystąpił na Kremlu w obronie nie tylko polskiej, ale i rosyjskiej mniejszości narodowej – także wówczas poniżanej i szczutej na Litwie – natychmiast w gazecie „Sowietskaja Litwa” zaczęły się ukazywać całe „wiązanki” rosyjskich listów protestacyjnych na to, że oto „Polak chce popsuć dobre stosunki wzajemne między Rosjanami a Litwinami”, że nikt go „nie upoważnił do przemawiania w imieniu Rosjan”, że „nam nie są potrzebni tacy obrońcy” itp. w czysto moskiewskim stylu...
Czy aby broniąc takich „Słowian” dyplomacja polska nie wpadłaby w sidła przez nich przewrotnie zastawione? Bizantyjska mentalność kocha się w podobnych fortelach”..

* * *

Biuletyn Europejski” (Warszawa), luty 1992:

Lietuva, Wilno i medycyna
Visi keliai i Vilniu veda... – mówi NIDAS ČEPKAUSKAS, działacz, samorządu studenckiego Uniwersytetu Wileńskiego.
BIULETYN EUROPEJSKI: Jak Ty, jako student medycyny, oceniasz swój program nauczania i założenia dydaktyczne? Czy spełnia on Twoje oczekiwania?
NIDAS CEPKAUSKAS: Zasadniczo nie odbiega on od studiów w Polsce. Studia trwają 6 lat, mamy ustalony, obowiązkowy plan zajęć i możemy wybrać tylko przedmioty fakultatywne, jak prawo, filozofia, etyka, historia litewska. Zasadniczy tok studiów jest stały, trudno go zmienić. Po otrzymaniu dyplomu są dwie drogi: „internature” i „rezydenture”. Stary system – „internature” – trwa rok, a „rezydenture” – wprowadzona przed dwoma laty – trwa 3-4 lata, w zależności od specjalności. Rozszerza on praktykę młodego lekarza poprzez dłuższy staż kliniczny pod okiem doświadczonych lekarzy. Po zakończeniu tego etapu mamy też egzamin potwierdzający nabyte umiejętności.
BE: Czy widzisz inne zmiany w programie studiów?
NC: System rezydentny jest najważniejszą innowacją, bo przedtem byliśmy tylko lekarzami teoretykami. Zmieniono też układ studiów, podzielono go na dwa etapy: nauki medyczne podstawowe (3 lata), i nauki kliniczne (3 lata). Trudno jest poza tym szybko zmienić nawyki kadry profesorskiej. Myślę, że proces zmian programu studiów potrwa jeszcze długo. Próbujemy także nawiązywać kontakty z Zachodem, załatwiać staże dla naszych studentów.
BE: Czy po zakończeniu studiów możesz swobodnie wybrać sobie miejsce pracy?
NC: Tak, nie ma już przymusu pracy. Szpitale przysyłają oferty absolwentom i ci wybierają spośród nich.
BE: Jak wygląda dzialalność studencka? Czy jesteś członkiem jakiegoś związku?
NC: Mamy „Lithuanian Medical Student Association” (LMSA), działającą od 1988 roku, która dąży do ulepszenia programu studiów. Poprzez LMSA prowadzimy wymianę z organizacjami z Europy Zachodniej, załatwiamy praktyki wakacyjne poprzez International Federation of Medical Student Assotiation (IFMSA). Jesteśmy reprezentowani w Samorządzie Studenckim Uniwersytetu Wileńskiego, mamy dwóch przedstawicieli w Parlamencie Studenckim. Oprócz współpracy z NZS, mamy kontakty z ESIB, poza tym zaczynamy uczestniczyć w programie Tempus.
BE: Czy na uczelni działają studenckie przedstawicielstwa różnych ugrupowań politycznych?
NC: Nie, według statutu uniwersyteckiego tylko związki studenckie mają możliwość funkcjonowania. Są podobno przedstawiciele liberałów, ale przeważnie działają regionalne organizacje, np. wileńska, kowieńska etc.
BE: Czy w Twojej grupie, na Twoim roku są studenci Polacy i czy masz z nimi dobre kontakty? A może istnieje wrogość?
NC: U mnie na roku jest jeden, Wiesław Stecewicz, który w ubiegłym roku był w radzie LMSA, jest moim przyjacielem. Moim zdaniem nie ma żadnej niechęci. Zresztą nie ma u nas na uniwersytecie poszczególnych organizacji narodowościowych polskich, białoruskich i rosyjskich.
BE: Jaka jest Twoja opinia na temat zaostrzenia się stosunków polsko-litewskich po rozwiązaniu samorządów polskich?
N C: Mamy różne wspomnienia historyczne dotyczące na przykład agresji Żeligowskiego, ale teraz trzeba zapomnieć urazy, aby wspólnie budować przyszłość, aby więcej już się to nie powtórzyło. Stosunki z Polakami nie stanowią wielkiego problemu. Wysocki, Brodawski, Ciechanowicz byli twardogłowymi komunistami, którzy popierali interwencję w styczniu ubiegłego roku i podczas puczu w sierpniu. Chcieli, aby Litwa dalej była zależna, abyśmy zostali w Kraju Rad, stanowili dla Moskwy „drugi front”. Wszystko jest kwestią ludzi i mam nadzieję na przyszłość, że po podpisaniu 13 stycznia 1992 roku w Wilnie przez min. Skubiszewskiego Deklaracji o Przyjaźni między Polską a Litwą wszystko będzie szło ku lepszemu.
BE: Należy chyba jednak przeprowadzić demokratyczne wybory do samorządów, aby uzyskać polską reprezentację.
NC; No tak, całkowicie się z tym zgadzam. To powinno być zrobione jak najszybciej, ale nie mogą to być takie samorządy jak były dawniej.
BE: A jak wygląda sytuacja ekonomiczna Litwy?
NC: Na Litwie wprowadzono talony żywnościowe, otrzymywane przy wypłacie. Stanowią one 20-30% zarobków każdego mieszkańca. Od 15 stycznia nastąpiła 30–40% podwyżka cen energii elektrycznej i gazu. Staramy się dostosować ekonomię Litwy do kanonów europejskich. Ogólnie sytuacja nie jest najgorsza, choć cały czas są kolejki.
BE: Co sądzisz o Wspólnocie Niepodległych Państw, czy jest to struktura trwała?
NC: Jest to szalony kraj, przedziwny i wszystko jest możliwe, nikt nie może być pewny przyszłości tego związku. Czekamy i obserwujemy, co się tam dzieje. Naszym problemem i postulatem jest jak najszybsze wycofanie wojsk radzieckich. Wtedy mielibyśmy spokojną przyszłość, a tak nasza niepodległość wisi na bagnecie. Na razie idziemy razem ku Wspólnej Europie i mamy nadzieję za kilka lat się w niej znaleźć.
rozmawiał Jacek Kalinowski”

Niektóre fragmenty tego wywiadu wykazują, jak perfidni, cyniczni w swych kłamstwach i przekrętach oraz bezwzględni pod względem moralnym bywają nawet młodzi Litwini w walce z polskością. Zwróciłem się więc do redakcji z listem:

Biuletyn Europejski”, październik 1992: „Poczta Biuletynu

Wielce Szanowna Pani!
W numerze 7 „BE” ukazał się wywiad p. Jacka Kalinowskiego z Nidasem Čepkauskasem, działaczem samorządu studenckiego Uniwersytetu Wileńskiego. W wypowiedziach Litwina znalazło się kilka istotnych nieścisłości, o których tu nie będziemy mówić, oraz pewne zdanie, które można kwalifikować wyłącznie jako świadome oszczerstwo i donos prasowy, powodowany nienawiścią do Polaków. Zdanie to brzmi: „Wysocki, Brodawski, Ciechanowicz byli twardogłowymi komunistami, którzy popierali interwencją w styczniu ubiegłego roku i podczas puczu w sierpniu”...
Chodzi o to, że spośród wymienionych powyżej trzech osób ze słownym poparciem działań KPZR w styczniu i sierpniu 1991 r. wystąpił jedynie Cz. Wysocki, rzeczywiście wieloletni pracownik partyjny, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych, którzy nigdy żadnych stanowisk partyjnych nie piastowali, m.in. dlatego, że nie byli „twardogłowymi”. Ani Brodawski też, ani Ciechanowicz w żaden sposób w wydarzeniach ze stycznia i sierpnia 1991 r. nie uczestniczyli. Natomiast po zajściach z 13 stycznia J. Ciechanowicz wystosował osobistą depeszę do prezydenta M. Gorbaczowa, protestując przeciwko bestialskiej akcji KGB w Wilnie (tekst ten został później opublikowany w polskim tłumaczeniu przez Społeczny Ośrodek Dokumentacji i Studiów Wileńszczyzny, Warszawa, w cyklu edytorskim „Relacje, dokumenty i opinie”, Nr 3,1991).
W sierpniu zaś 1991 autor niniejszego listu również był przeciwny reakcyjnemu wystąpieniu sowieckiej partokracji, w razie zwycięstwa której los jego byłby przesądzony. Załączam kopię artykułu z pisma komunistycznego „Bolszewik”, który ukazał się w Mińsku w przeddzień puczu, a w którym figuruję jako „faszystowski najmita i agent CIA”. Tylko więc dzięki klęsce puczu jestem dziś na wolności i piszę do Pani ten nieco dla obu stron przykry list.
Zaznaczam, że reprezentuję na Wileńszczyźnie nurt niepodległościowy, nie komunistyczny, domagałem się zwrotu Polsce wszystkich terenów, zagrabionych jej przez ZSRR w 1939 roku, lub utworzenie ze wszystkich naszych okupowanych ziem suwerennej Republiki Wschodniej Polski. Agresor wschodni, podobnie jak wcześniej zachodni, musi nam zwrócić bezprawnie zajęte tereny polskie, tylko to zresztą może uwolnić wschodnią część naszego narodu od bestialskiej dyskryminacji ze strony karłowatego imperializmu litewskiego, nadal popieranego i hołubionego przez Moskwę. Anicet Brodawski również nie miał nic wspólnego z reakcją bolszewicką, był i jest czołowym reprezentantem tzw. nurtu autonomizacyjnego, dążącego do utworzenia w składzie Litwy i na bazie jej Konstytucji polskiego okręgu (kraju) autonomicznego.
Szeregowanie więc nas wśród „twardogłowych komunistów” jest w najlepszym razie przejawem kompletnej ignorancji politycznej. Natomiast szowiniści litewscy, dążący do dyskredytacji za wszelką cenę polskiego ruchu narodowo-wyzwoleńczego na Wileńszczyźnie, a doskonale znający antykomunizm Polaków, cynicznie tym manipulują, okrzykując nas hurtem za rzekomych „czerwonych”, który to haczyk połknął w dobrej wierze niejeden rodak w Kraju.
Przypuszczam, że nie tylko ja, ale i Pani, jest zmartwiona faktem, iż młodzi czytelnicy w Polsce zostali wprowadzeni w błąd przez niezgodne z prawdą wypowiedzi Litwina. Może więc warto w myśl zasady „audiatur et altera pars” podać do wiadomości publicznej także niniejsze sprostowanie? Zawiadamiam też Panią Redaktor, iż ze względu na powyższe oszczerstwo złożyłem do Prokuratury Generalnej Republiki Litewskiej odpowiednie podanie i sprawa najprawdopodobniej znajdzie swój finał w sądzie. O ile pomówienie nie zostanie odwołane, a osoby oczernione nie zostaną publicznie przeproszone.
Łączę wyrazy szacunku
dr Jan Ciechanowicz, Wilno 25 IV 1992”.


* * *

W lutym-marcu 1992 na łamach „Białego Orła” (Ware, USA) odegrany został dramat, a raczej farsa, dająca jak najsmutniejsze świadectwo poziomowi żydopolskiej dyplomacji PRL-2.

Biały Orzeł” – 9 lutego 1992 r.:

„Kurier Wileński” podaje:
Na Litwie strzela się do Polaków!!!
3 stycznia 1992 roku Urzędowy Dziennik „Kurier Wileński” wydawany przez Radę Najwyższą i Rząd Republiki Litewskiej zmuszony był podać do wiadomości publicznej: „29 grudnia ubiegłego roku w Niemenczynie (rejon wileński) w Domu Kultury odbywał się świąteczny wieczorek rozrywkowo-taneczny. Około godziny 21:00 weszło na salę pięciu żołnierzy służby czynnej Litewskiej Jednostki Wojskowej stacjonującej w Niemenczynie.
Ubrani byli po cywilnemu. Zachowywali się zaczepnie, w sposób arogancki. Jeden z nich uderzył miejscowego chłopaka, inny drugiego. Tamci nie mogli znieść krzywdy i bólu, zresztą cała młodzież oburzyła się, że przybysze psują dyskotekę. Wkrótce wyszli. Okazało się jednak, że nie na długo, zaraz powrócili w znacznie liczniejszym gronie. Był to 13-15 osobowy oddział litewskich żołnierzy, którzy tym razem byli umundurowani i z bronią w ręku. Mieli ze sobą dwa automaty i 5 pistoletów. W rękach trzymali gumowe pałki. Kazali przerwać zabawę. Wszystkich obecnych (dziewczęta i chłopców), zapędzili w kąt sali pod jedną ścianę... Za oknem huknęły strzały...” To inni żołnierze litewscy „napędzali stracha” na miejscową ludność polską.
W tym czasie ich koledzy (przybysze z Litwy etnicznej) nastawiwszy lufy pistoletów i karabinów maszynowych na bezbronną, przeważnie polską młodzież, pluli na nią, bili, łajali i obrzucali ordynarnymi wyzwiskami, nie zważając na obecność przedstawicielek płci pięknej. W końcu wykręcili ręce czterem młodym ludziom, 2 Polakom (Zamara i Cejko), 1 Estończykowi i 1 Rosjaninowi (Darin). Trzech z nich wrzucili do samochodu bijąc, czwartego usiłowali przemocą wepchnąć do bagażnika. Rozbestwieni litewscy bandyci w mundurach zachowywali się jak prawdziwi okupanci, poturbowali po drodze 2 miejscowych policjantów, którzy próbowali uspokajać napastników...
Po jakimś czasie pobitym młodzieńcom udało się wyrwać na wolność i zbiec. Wszyscy znaleźli się jeszcze tej samej nocy pod opieką lekarską, stan zdrowia jednego z nich jest ciężki.
Śledztwo w tej sprawie niby to wszczęto, ale można być pewnym, że do niczego ono nie doprowadzi i zostanie zawczasu umorzone przez władze landsbergowskie, podobnie jak to miało miejsce w szeregu innych, podobnych spraw w okresie komuny... Jak nas poinformował telefonicznie burmistrz miasta Niemenczyn pan Mieczysław Borusewicz, jego wizyta u dowódcy stacjonującej w mieście wojskowej jednostki litewskiej Misiunasa nie tylko nie dała konstruktywnych wyników, lecz co więcej, ton i treść wypowiedzi litewskiego oficera wydają się nasuwać wniosek, że dalsze bandyckie akty w stosunku do miejscowej ludności polskiej są na porządku dziennym. Tak więc terror litewski na okupowanej polskiej Wileńszczyźnie nie tylko nieprzerwanie trwa od 1939 roku, ale i się ostatnio nasila.
Odbywa się to dziś na oczach obojętnej „demokratycznej” Europy, „niepodległej” Polski i „sympatycznego Prezydenta wszystkich Polaków”...

* * *

Biały Orzeł”, 23 lutego 1992:

List Konsula Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej do „Białego Orła”

Redaktor Adam Urbańczyk, wstęp:
Nie spodziewałem się, że ostatni, 160 numer mojej gazety, rozpoczynający siódmy rok istnienia „Białego Orła” przyniesie mi tyle nerwów, nieprzespanych nocy i rozczarowań.
Zamiast choć kilku miłych słów od Konsula Generalnego w Nowym Jorku, za to, że jak dobrze tam wiedzą, mimo wielu trudności istnieje dalej ta polsko-amerykańska gazeta, otrzymałem list następującej treści od Konsula Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej, Jerzego Surdykowskiego:

Consul General                                                                   233 Madison Aveniue
Of The Republic of Poland                                                   New York, N.Y. 10016
Phone: (212) 889-2066
Fax (212) 779-3062

10 Luty, 1992

Pan Adam Urbańczyk
Wydawca dwutygodnika
Biały Orzeł – White Eagle

Szanowny Panie Redaktorze,
W numerze 160 wydawanego przez Pana dwutygodnika datowanym na 9 lutego b.r. ze zdumieniem przeczytałem dwa teksty, o których poniżej.
Po pierwsze, na stronie pierwszej zamieszczony jest tekst „Na Litwie strzela się do Polaków” przedrukowany rzekomo z „Kuriera Wileńskiego”. O ile mi wiadomo, pismo to nigdy nie zamieściło takiego tekstu, a opisywane wydarzenie nie miało miejsca. Natomiast tekst przez Pana opublikowany, rozpowszechniany był w Nowym Jorku w maszynopisie powołującym się na „Kurier Wileński”; nigdy jednak nie przedstawiono wycinka z tego pisma z powyższym tekstem. Stąd też polska prasa w Nowym Jorku odmówiła jego publikacji jako materiału o co najmniej wątpliwej wiarygodności. Dlatego wzywam Pana do przedstawienia mi kserokopii wycinka z „Kuriera Wileńskiego” lub innego pisma wydawanego na Litwie z tekstem, który Pan przedrukował. W przeciwnym wypadku będę zmuszony uznać, że tekst ten został świadomie spreparowany w intencji zakłócenia stosunków polsko-litewskich i tak właśnie przedstawić tę przykrą sprawę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych RP w Warszawie.
Po drugie, na str. 14 tego samego numeru w nie podpisanym tekście „Prasa litewska o Polsce i Polakach” znajduję takie zdanie „...jakby ich autorzy nie wiedzieli o litwofilskich a antypolskich artykułach w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Życiu Warszawy”, pismach do niedawna opluwających Polskę za sowieckie ruble...”. Trzeba być kompletnym ignorantem w sprawach polskich, a przy tym człowiekiem bez sumienia, by sformułować podobną potwarz. Przypominam Panu, że „Gazeta Wyborcza” powstała w 1989 roku jako pismo „Solidarności” i z tego tytułu nie mogła mieć nic wspólnego z „sowieckimi rublami”. „Tygodnik Powszechny” od chwili swego powstania aż po zmianę ustroju w 1989 roku był jedynym niezależnym od komunistycznego państwa tygodnikiem katolickim i z tego tytułu przypisywanie mu owych „sowieckich rubli” jest również podłym oszczerstwem. Jedynie „Życie Warszawy” było wydawane do 1990 roku przez będący własnością byłego PZPR koncern „RSW-Prasa”.
Ponieważ zacytowane zdanie zarzuca „Gazecie Wyborczej” i „Tygodnikowi Powszechnemu” zbrodnię zdrady narodowej, żądam jego odwołania i przeproszenia zainteresowanych redakcji w najbliższym numerze wydawanego przez Pana pisma. Przypominam, że wspomniany artykuł nie jest podpisany, a więc – zgodnie z prawem prasowym – reprezentuje poglądy redakcji, nie zaś autora.
Łącząc wyrazy szacunku ufam, że dwa przywołane tu przypadki (a zwłaszcza drugi) rażącego naruszenia dobrych obyczajów i dziennikarskiej etyki zawodowej, są wynikiem zbiegu okoliczności nie zaś świadomej intencji.
Jerzy Surdykowski
Konsul Generalny

* * *

Tak, drodzy Czytelnicy! Ja też nie mogłem uwierzyć, że taki list, w takim tonie, zawierający takie słowa i sformułowania potrafi napisać przedstawiciel Rzeczypospolitej Polskiej w Stanach Zjednoczonych.
Pozostaje mi więc na ten list odpowiedzieć Panu Konsulowi:
Zarzut pierwszy: Nie jest moją winą, że Konsul Generalny nie został poinformowany o zajściach na Litwie. W rozmowie telefonicznej, jaką ze mną przeprowadził, nie dopuszczając mnie do słowa obrony, zarzucił mi „prowokatorstwo”, „opieranie się na kłamstwie i zmyśleniach” i tym podobne „zalety”. Nie chcąc więc być gołosłownym, na drugi dzień po rozmowie z Konsulem Surdykowskim, przesłałem Mu kopie zamieszczonego poniżej artykułu wydrukowanego w Wilnie, w „Naszej Gazecie”, nr 1(39), z datą 1-15 stycznia 1992 roku i kopię artykułu z „Tygodnika Wyborczego”, ukazującego się w Warszawie, rok II, nr 3/4(22) z datą 19-26 stycznia 1992 r. (str. 10).
Tu chciałbym się przyznać do popełnionego przeze mnie błędu, mianowicie nie podałem Autora zamieszczonego na pierwszej stronie artykułu. W „Tygodniku Wyborczym” jest on podpisany: „(oprac. J.C.)”, pod przysłanym do mnie z Wilna artykule widniało nazwisko: Jan Ciechanowicz, jeden z najwybitniejszych obrońców praw człowieka na Litwie. Niniejszym więc przepraszam Czytelników, przepraszam Autora i przepraszam Konsula Generalnego, że nie miał do kogo osobiście skierować swoich bezpodstawnych zastrzeżeń.
Rozumiem, tak jak każdy z Polaków, że stosunki polsko-litewskie są bardzo delikatną sprawą dla naszej Ojczyzny. Każdemu z nas zależy na ich poprawnych układach. Rozumiem Konsula Surdykowskiego, że i On chciał zabrać głos w tej sprawie – no tak, ale w jaki sposób. Moim zdaniem „poprawne stosunki” z Litwą nie mogą polegać na milczeniu z polskiej strony.
Oryginalny tekst „Kuriera Wileńskiego”, który zamieścił podaną przez nas informację w dniu 3 stycznia 1992 roku wydrukujemy w naszym następnym wydaniu – oczekujemy na przesyłkę z Litwy.
Zarzut drugi: Znowu przyznaję się do popełnionego przeze mnie błędu, że nie podałem pod zamieszczonym artykułem: „Prasa litewska o Polsce i o Polakach” jego Autora. Czynię to niniejszym – jest nim ponownie Senator Jan Ciechanowicz z Wilna, który w całości przygotowuje dla nas rubrykę „Z Litwy”. Tu też chciałbym przypomnieć Panu Konsulowi zamieszczane na str. 2 w każdym „Białym Orle” zdanie: „Poglądy naszych Autorów, nie muszą być zgodne z poglądami Wydawcy „Białego Orła””.
Do samoobrony i wyjaśnienia proszę też niniejszym pana Jana Ciechanowicza z Wilna.
Ze swej strony, odpowiadając na „żądanie” Konsula Generalnego RP w Nowym Jorku (o tym „żądaniu” za chwilę), niniejszym przepraszam te wszystkie Redakcje, które zostały wymienione w zamieszczonym w mojej gazecie artykule, tych wszystkich redaktorów naczelnych, zastępców, redaktorów pomocniczych, korespondentów, pracowników redakcji i drukarni, i to nie tylko tych, ale wszystkich polskich gazet, którzy nigdy nie „splamili” się nawet jednym „sowieckim rublem” – to obojętnie skąd by on pochodził, czy z Moskwy, czy z Litwy, czy z Ukrainy, czy z Białorusi, czy z jakiejkolwiek z dawnych republik Związku Sowieckiego – za wydrukowanie niniejszego zdania, które nie ode mnie pochodzi, ale od mojego korespondenta z Wilna.
Po przeczytaniu listu Konsula Generalnego, we wtorek, 18 lutego 92, natychmiast zadzwoniłem do nowojorskiego konsulatu z prośbą o rozmowę z Konsulem Surdykowskim. Niestety, nie mógł ze mną rozmawiać (była to godz. 2 po południu). Poprosiłem więc Sekretariat o umówienie mnie na spotkanie z Konsulem Generalnym na środę, 19 lutego 92, o godz. 9 rano, prosząc jednocześnie o odpowiedź do godz. 5 po południu. Odpowiedzi nie otrzymałem. Tak więc zrezygnowałem z wyjazdu, bo przecież trudno jechać przeszło 3 godziny w jedną stronę, aby „pocałować klamkę” w polskim konsulacie na Madison Avenue, to znaczy nie otrzymać planowanego spotkania.
W środę jednak, o godz. 9:05 rano, zadzwoniłem do Konsulatu z prośbą o rozmowę z Konsulem Surdykowskim dla wyjaśnienia całości sprawy i jej wieloaspektowości.
A oto przebieg tej rozmowy:
Sekretariat: Polish Consulate, good morning.
Adam Urbanczyk: Dzień dobry. Czy mogę mówić z Konsulem Surdykowskim?
Sekretariat: A z kim rozmawiam?
Adam Urbanczyk: Adam Urbańczyk.
Sekretariat: Jedną chwileczkę, proszę.
(połączenie)
Konsul Surdykowski: Halo.
Adam Urbanczyk: Panie Konsulu, Adam Urbanczyk.
Konsul Surdykowski: Dzień dobry, witam!
Adam Urbanczyk: Otrzymałem list od Pana Konsula.
Konsul Surdykowski: Tak, tak.
Adam Urbanczyk: Nie spodziewałem się, że to będzie taka treść i taka forma, w jakiej Pan napisał, Panie Konsulu. Samo używanie słów, których Pan używa w tym liście, ja myślę, że nie pasują do Konsula Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej – to jest po pierwsze. Zarzucanie mi ignorancji, zarzucanie mi – czego jeszcze – podłych oszczerstw, zarzucanie mi...
Konsul Surdykowski: Proszę pana, to jest w odniesieniu...
Adam Urbanczyk: Panie Konsulu, bardzo proszę o wysłuchanie mnie, bardzo proszę, jedną minutę jeszcze. A więc zarzucanie mi takich wszystkich rzeczy, na które nie zasługuję – myślę, że gdy wydrukuję ten list, będzie Pan w poważnym kłopocie. Po drugie – jakim prawem, jakim prawem Pan może do mnie pisać „żądam”, co to znaczy „żądam”? Czy Pan przyjechał jako Konsul Generalny służyć Polonii, czy żądać i nakazywać? W jaki sposób Pan to może zrobić?
Konsul Surdykowski: Proszę pana, niech pan na mnie nie krzyczy, kończę tę rozmowę, do widzenia panu.
Adam Urbanczyk: Do widzenia.
(koniec rozmowy)

Państwu pozostawiam ocenę tej rozmowy. Próbowałem zgodnie z „dobrymi obyczajami i dziennikarską etyką” nawiązać „kontakt” z Jego Ekscelencją, Konsulem Surdykowskim. Nie udało się! Nie „krzyczałem”, jak stwierdził Konsul. Proszę jednak Państwa o kilkakrotne przeczytanie ostatnich wypowiedzianych przeze mnie zdań w rozmowie telefonicznej – każdy z Was musi to powiedzieć z pewną emocją w głosie, nie z krzykiem. Nigdy nie ośmieliłbym się podnosić głosu na Przedstawiciela naszego Rządu w USA.
Tak więc przedstawiłem swoją odpowiedź na list Konsula Surdykowskiego. W tej chwili oddaję głos Państwu, naszym Czytelnikom, z prośbą o wyrażenie swojej opinii w tej sprawie.
Gazetę poprzednią, w której popełniłem zarzucane mi „grzechy”, gazetę dzisiejszą i następne, wysyłam natychmiast do wiadomości: Prezydentowi RP Lechowi Wałęsie w Warszawie, Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II w Watykanie, Ministerstwu Spraw Zagranicznych w Warszawie, Ambasadorowi RP w USA, Marszałkom Sejmu i Senatu, Prezesowi „Wspólnoty Polskiej”, Nuncjuszowi Apostolskiemu w Warszawie, kardynałowi Glempowi, do kilkunastu redakcji polskich i litewskich gazet.
Nigdy nie pragnąłem mieć najmniejszego zadrażnienia z Konsulatem Polskim. Cenię bardzo Konsula Surdykowskiego za Jego działalność, za Jego twórczość literacką. Odpowiedź moja jednak na list Konsula nie może być inną odpowiedzią. Osądźcie Państwo to sami!
Adam K. Urbańczyk

* * *

Biały Orzeł”, 22 marca 1992:

Wyjaśnienia Redaktora Naczelnego „Białego Orła”
Zacznijmy więc od początku.
W dniu 11 lutego 92, w dwa dni po wydrukowaniu gazety „Biały Orzeł” nr 7/160, otrzymałem wiadomość na mojej „telefonicznej sekretarce”, w której miły głos zawiadamiał mnie, że Pan Konsul Generalny z Nowego Jorku chciałby ze mną rozmawiać i prosi mnie o zadzwonienie do Konsulatu. Natychmiast więc, po odebraniu tak przecież ważnej wiadomości, zadzwoniłem do Konsulatu Generalnego (godz. 1:02 P.M. wszystkie godziny według rachunku telefonicznego NE Telephone) z prośbą o rozmowę z Konsulem Surdykowskim.
Podczas tej pierwszej rozmowy otrzymałem „kazanie” od Konsula Surdykowskiego, że jestem: „prowokatorem, że piszę kłamstwa w swojej gazecie, że posługuję się tekstami bez pokrycia z dopiskiem pod spodem: „Pójdziem, gdy zagrzmi złoty róg!”, że jest to wezwanie do rewolucji, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie potwierdziło wiadomości o strzałach w Niemenczynie, że żąda udowodnienia wydrukowanej informacji, itd. itd.”. Nie danym mi było dojść prawie do słowa. Uspokoił się pan Surdykowski, gdy Mu powiedziałem, że jutro wyślę faksem artykuły z „Naszej Gazety” i „Tygodnika Wyborczego”, które drukowały tę wiadomość miesiąc wcześniej.
Zawiadomił mnie wówczas Pan Konsul, że wysłał do mnie list i żąda jego wydrukowania.
Następnego dnia, 12.02.92, wysłałem faksem artykuły, o których wspominałem wyżej i których kopie podałem w „Białym Orle”. Natychmiast też tego samego dnia, 12.02.92, odbyła się nasza druga rozmowa. Pan Konsul podziękował za otrzymane kopie, zawiadomił mnie wówczas, że w takim razie proszę nie drukować listu nr 1, tylko ja natychmiast wysyłam list nr 2, gdzie będzie chodziło tylko o „sowieckie ruble” i o przeproszenie zainteresowanych Redakcji. Nie powiem, Pan Konsul był bardzo grzeczny, podziękował mi za współpracę, za to co robię dla sprawy polskiej. Powiedział mi jeszcze, że właśnie za chwilę (przepraszam, nie nagrywałem tej rozmowy i nie mogę podać jej w całości) „idziemy z byłym premierem Bieleckim do chyba „Nowego Dziennika”, to podam to do prasy” (nie pamiętam, czy było: podam do druku). Nie wiem – czy znaleźliście Państwo tę wiadomość w nowojorskich gazetach?
List, nazwijmy go List nr 1 od Konsula Surdykowskiego, adresowany 10 lutego 92, wysłany z Nowego Jorku 12 lutego 92 (wg pieczęci na znaczku pocztowym) otrzymałem 18 lutego 92. (Drodzy Czytelnicy, bardzo proszę śledzić daty i godziny, wszystko jest bardzo ważne!).
W ten sam dzień o godz. 12.41 po południu zadzwoniłem do Konsula Generalnego z prośbą o rozmowę. Zgodnie ze słowami sekretarki „Pan Konsul jest teraz zajęty!” nie otrzymałem posłuchania. Zadzwoniłem ponownie o godz. 2:12 po południu prosząc Panią Sekretarkę o spotkanie z Konsulem na następny dzień, na godz. 9 rano. Poprosiłem także o potwierdzenie przyjęcia do godz. 5 wieczorem, czyli do zamknięcia Konsulatu. Pisałem już o tym wcześniej – nikt do mnie nie zadzwonił, nikt nie potwierdził, że mogę przyjechać na to spotkanie.
Zdecydowałem się więc nie jechać do Nowego Jorku, a jedynie zadzwonić rano do Konsulatu z prośbą o wycofanie lub złagodzenie tego listu, w którym tak bardzo zostałem poniżony.
Dalsze fragmenty „historii” znają Państwo z nr 161. Zadzwoniłem do Konsulatu 19 lutego 92, o godz. 9:08 rano (przepraszam, w nr 161 podałem 9:05, na rachunku telefonicznym jest 9:08). Rozmawialiśmy z Konsulem 2 minuty.
Razem z nr 161 „Białego Orła” przesłałem Konsulowi Generalnemu list następującej treści:

„Szanowny Panie Konsulu
W załączeniu przesyłam 161 numer „Białego Orła” z listem Pana Konsula wysłanym z Nowego Jorku w dniu 12 lutego 92, który otrzymałem 2/18/92. List, także z datą 10 lutego, wysłany z Nowego Jorku 14 lutego 92 doszedł do mnie w dniu 21 lutego, czyli już po oddaniu gazety do druku.
Nie widzę żadnego problemu, aby list „numer 2” wydrukować w następnym wydaniu mojej gazety.
Chciałbym bardzo mocno podkreślić, że nie „krzyczałem” podczas naszej ostatniej rozmowy telefonicznej. Nigdy nie pozwoliłbym sobie na podniesienie głosu na Generalnego Konsula mojej Ojczyzny.
Nigdy też nie dążyłem do najmniejszych kłopotów z konsulatem polskim, raczej przeciwnie, zawsze – bezpłatnie – drukowałem wszystkie nadsyłane mi informacje, czy to o nowych przepisach konsularnych czy celnych, itd., podawałem sprawozdania z okolicznościowych uroczystości w konsulacie, na które już zapewne nie będzie zapraszany „Biały Orzeł”.
I w taki właśnie sposób „odpłacił” Pan za moją służbę polskiemu konsulatowi i sprawie polskiej w Stanach Zjednoczonych. Niniejszym dziękuję!

Z wyrazami szacunku i poważania
Adam K. Urbańczyk”

W dniu 25 lutego 92 Konsul Surdykowski wysłał do mnie List nr 3, który otrzymałem w dniu 2 marca 92.
Razem z gazetą z dnia 8 marca 92 wysłałem do Konsula Surdykowskiego list następującej treści:

„Szanowny Panie Konsulu.
Niniejszym przesyłam następny numer mojej gazety „Biały Orzeł” – „White Eagle”, zawierający listy Czytelników, związane z Pana listem wysłanym do naszej gazety, a wydrukowanym w numerze 7/161.
Ostatni list Pana otrzymałem. Po uzgodnieniu jednak z moimi doradcami i adwokatem postanowiłem go nie drukować w tym numerze.
Przyjmując rękę do zgody proszę o zmianę tego listu, po przeczytaniu odpowiedzi Czytelników i – proszę, na litość Boską, o nieposługiwanie się kłamstwem – o ile wydrukuję ten list, będę zmuszony przerwać go w około 30 miejscach, odpowiadając Panu na zarzuty i kłamstwa (m.in. rozmowa telefoniczny nie podana w pełni, fakt, że rozmawialiśmy po otrzymaniu przeze mnie pierwszego listu, itd.)
Proszę o odpowiedź: czy mam odesłać Panu Jego list, czy też wydrukować w całości, zgodnie z Pana życzeniem?
Z wyrazami szacunku
Adam K. Urbanczyk

Odpowiedzią Pana Konsula na moje już dwa listy było wydrukowanie w „Nowym Dzienniku” w dniu 13 marca „Wyjaśnień konsula „Polska – Litwa i „sowieckie ruble”.” A oto poniżej kopia tego artykułu:
Szanowny Panie Redaktorze,
Ponieważ pan Andrzej Urbańczyk, redaktor i wydawca dwutygodnika Biały Orzeł (Worcester, stan Massachusett) nie opublikował nadesłanego mu wcześniej mojego listu, a jednocześnie podjął działania wprowadzające w błąd opinię publiczną, muszę zwrócić się o opublikowanie tego listu w Nowym Dzienniku. Nie mam bowiem innego sposobu, by bronić się przed dezinformacją i szkalowaniem. Przedtem jednak winien jestem – nie znającym publikacji Białego Orła Czytelnikom – kilka zdań wyjaśnienia.
W numerze Białego Orła z dnia 9 lutego br., na pierwszej stronie znajduje się artykuł o zajściu w Niemenczynie na Litwie, gdzie w wyniku nieporozumień i bijatyki na wiejskiej zabawie doszło do nieuzasadnionej interwencji wojska litewskiego i pastwienia się nad Polakami. Ponieważ informację o tym zajściu – której nie potwierdzała żadna ze znanych mi gazet ani agencji prasowych – usiłowano wcześniej bez podawania źródła opublikować w polskiej prasie nowojorskiej, zareagowałem listem żądającym przedstawienia przez red. Andrzeja Urbańczyka źródła tej wiadomości, mogącej poważnie zaszkodzić stosunkom polsko-litewskim. W tym samym numerze, w innym miejscu, w nie podpisanym tekście omawiającym również sprawy polsko-litewskie, znalazł się zarzut pobierania „sowieckich rubli” przez Tygodnik Powszechny, Gazetę Wyborczą i Życie Warszawy. Z wymienionych tytułów tylko Życie Warszawy było przed zmianami politycznymi w Polsce wydawane przez stanowiącą własność PZPR „spółdzielnię” RSW „Prasa”. Pozostałe dwa zawsze były pismami niezależnymi, nie mającymi nic wspólnego z reżimem komunistycznym, o czym powinien wiedzieć każdy, kto jako tako zna najnowsze dzieje Polski. Ponieważ zarzut pobierania „sowieckich rubli”, stanowi pomówienie o zbrodnię zdrady narodowej, w drugiej części mojego listu – natychmiast wystosowanego do red. Urbańczyka – stanowczo zażądałem przeproszenia zainteresowanych.
Po otrzymaniu listu red. Urbańczyk zatelefonował do mnie i w wyniku naszej rozmowy przefaksował mi tekst na temat wydarzeń w Niemenczynie, opublikowany w jednym z pism polskich wydawanych na Litwie Nasza Gazeta. W związku z tym uznaliśmy wspólnie, że – skoro źródło zostało przedstawione – pierwsza część mojego listu jest bezprzedmiotowa i pozostaje tylko kontrowersja wobec zarzutu o rzekome pobieranie „sowieckich rubli”. Ustaliliśmy też wtedy telefonicznie, że wycofuję swój list i do publikacji w Białym Orle nadsyłam drugi, domagający się jedynie przeproszenia dotkniętych pomówieniem redakcji. Uważałem bowiem, że red. Urbańczyk jest człowiekiem honoru, dotrzymującym podjętych zobowiązań. Tymczasem z niewiadomych mi względów, w parę dni później od tych zobowiązań odstąpił, usiłował rozmawiać ze mną telefonicznie w sposób arogancki, opublikował (numer z 23 lutego) tę wersję mojego listu, którą wspólnie uznaliśmy za niebyłą, a jednocześnie rozpoczął akcję rozsyłania szkalujących mnie listów do czołowych autorytetów polskiego życia publicznego. W najnowszym numerze Białego Orła (z dnia 8 marca) nadesłanego mu listu (tu w załączeniu) nie znajduję, a zamiast tego widzę kolejne materiały oparte na dezinformacji, którą red. Urbańczyk świadomie zastosował ignorując nasze wspólnie przyjęte ustalenia. Nie wiem, dlaczego zależy mu na wywołaniu wśród swoich Czytelników wrażenia, że od początku zajmuję postawę antypolską i prolitewską, a jednocześnie wrogą jemu i redagowanemu przezeń dwutygodnikowi. Nie widzę więc innej drogi, jak przekazanie poprzez Nowy Dziennik wyjaśnienia, które powinno być opublikowane w Białym Orle i odwołanie się do sumienia Czytelników oraz wszystkich osób wplątanych w tę pożałowania godną sprawę.
Łączę wyrazy szacunku,
Jerzy Surdykowski
Konsul Generalny

Zwróćcie Państwo na jedno uwagę – z pierwszych pięciu linijek listu dwie zawierają – jakby to nazwać kłamstwo, lub pomyłkę!
Kiedyś tam, w katedrze Najświętszej Panny Marii w Radomiu, ks. Gołębiowski dokonał Aktu Chrztu Adama, a nie Andrzeja Urbańczyka. Szkoda, że moi Rodzice nie żyją, bo poszlibyśmy do sądu o zwrot kosztów chrztu. Szkoda, że Pan Surdykowski nie potrafi podać prawdziwego imienia, dobrze, że jeszcze i nazwiska nie przekręcono – jaki w tym powód? – widzę tylko jeden, aby nikt, kto nie zna jeszcze „Białego Orła” nie dotarł do tej gazety. Dlatego też została zmieniona miejscowość – zamiast Ware, podano Worcester, Massachusetts.
Nie ma problemu, drodzy Czytelnicy, adres do korespondencji do naszej Redakcji na str. 2 – prosimy podać dalej!
Niniejszym więc drukujemy list Konsula Surdykowskiego, list nr 3, zgodnie jednak z obietnicą będziemy pewne sprawy wyjaśniać w trakcie tego listu, dla czytelności, jasności. List Konsula jest kopią fotograficzną, dlatego też nie odpowiadamy za zawarte tam błędy gramatyczne.

Nowy Jork, 25 lutego
Pan Adam Urbańczyk
Wydawca i Redaktor Naczelny
dwutygodnika „Biały Orzeł”

Szanowny Panie Redaktorze,
nie wiem co Panem kierowało i nie wiem skąd ten nagły przypływ krótkiej pamięci i złej woli, którym dał Pan wyraz w numerze redagowanego przez Pana pisma z dnia 23 lutego (volume 7, #161)?

Szanowny Panie Konsulu! Jestem jeszcze nie tak starym i schorowanym, myślę tu szczególnie o sklerozie, aby już posiadać „krótką pamięć”, jak narazie, nie grozi mi to! Jaką wolę Pan wykazał w rozmowie ze mną, traktując jak smarkacza i przerywając ją rzuceniem słuchawki? Czy była to dobra, czy zła wola! Czego więc może Pan ode mnie wymagać?
Po rozmowie z Panem zadzwoniłem ponownie do Pana Zastępcy, z którym rozmawialiśmy bardzo długo i którego prosiłem o rozmowę z Panem.
W następnym telefonie (wszystko to działo się 19 lutego po południu) Pana Zastępca zaofiarował mi przesłanie faksem Pańskiego Listu Nr 2. Nie mamy jeszcze swojego faksu, nie mogłem więc skorzystać z tej oferty. Dlatego też musiałem wydrukować list nr 1, jedyny list jaki wówczas posiadałem.

Przecież od razu po opublikowaniu w „Białym Orle” artykułu o zajściu w Niemenczynie nawiązałem z Panem kontakt telefoniczny i na moją prośbę przefaksowałem kopię artykułów w „Naszej Gazecie” i „Tygodniku Wyborczym”. List mój był wtedy w drodze. Rozmawialiśmy również – w duchu wzajemnego szacunku i współpracy – po otrzymaniu go przez Pana.

Kłamstwo! Proszę, Szanowny Panie, przeczytać fragment swego listu do „Nowego Dziennika”, akapit 3 zaczynający się od słów: „Po otrzymaniu listu...” i w tym samym czasie proszę przeczytać fragment listu do mnie tutaj drukowanego powyżej.
Czy nie widzi Pan żadnej sprzeczności? Raz ja do Pana zadzwoniłem, raz Pan nawiązał ze mną kontakt telefoniczny, co jest? Czy już naprawdę nie potrafi Pan zapamiętać tak prostych kilku dat, godzin, imion, nazwisk, wydarzeń? Pisałem o tym wcześniej, kto i gdzie do kogo dzwonił, nie będę więc powtarzał.

Ustaliliśmy wtedy, że w świetle przefaksowanych materiałów, jego pierwsza część jest bezprzedmiotowa i w związku z tym wyślę Panu nowy list, w którym domagać będę się tylko przeproszenia wobec – pomówionych o pobieranie „sowieckich rubli” „Tygodnika Powszechnego” i „Gazety Wyborczej”.

Panie Konsulu! Czy nie ma innych słów w Pana języku jak tylko „domagać się, żądać, muszę stwierdzić, nie mają prawa”, itd. Jestem zdania, że nie jest to język dyplomaty, ale...a no właśnie, Pana zignorowanie moich dwóch listów jest tylko moją sprawą, ale Pana zignorowanie 7 stron listów w numerze 161 i przy okazji 2 stron listów w numerze 162 nie jest już tylko moją sprawą, ale dziesiątków tysięcy Czytelników naszej gazety w całym świecie.

List taki (jest to praktycznie druga część listu, która Pan opublikował, zaczynająca się zaraz, zaraz po słowie „po drugie”) wysłałem Panu natychmiast. Był też Pan umówiony ze mną w Konsulacie na godzinę 9.00 dnia 19 lutego, na które to spotkanie Pan nie przybył.

List nr 2 nie zaczynał się „zaraz zaraz po słowie „po drugie””, ale trochę wcześniej. Nie drukuję go już, bo szkoda miejsca w naszej gazecie. Jest to list nr 1 z wyrzuceniem fragmentu „po pierwsze”, reszta to znaczy ton, słowa – absolutnie to samo. O wizycie w Konsulacie pisałem wcześniej.

Zamiast tego zadzwonił Pan do mnie podniesionym głosem udzielając „pouczeń”, tak jakby nie było naszej poprzedniej rozmowy i poprzednich uzgodnień. Ze względu na ten agresywny ton, nie licujący ani z pozycją redagowanego przez Pana pisma, ani z powagą reprezentowanego przeze mnie urzędu – rozmowę tę przerwałem.

No, proszę, tym razem nie ma już tak jak podczas naszej rozmowy: „krzyczałem”, został tylko „agresywny ton”. W liście do „N.D.” nazywa Pan to: „w sposób arogancki”. Panie Konsulu, proszę się wreszcie zdecydować na odpowiednie określenie i tak jak radziłem naszym Czytelnikom: przeczytać kilka razy moje słowa kończące, dzięki Panu, rozmowę i przekona się Pan, że tych słów w języku polskim nie potrafi się powiedzieć flegmatycznym tonem, a kto jak kto, ale Pan Konsul, jako były dziennikarz, powinien znać tę właśnie specyfikę naszego języka.

Muszę też stwierdzić, że zacytowana we wspomnianym numerze Pańskiego pisma ta rozmowa nie w pełni odpowiada prawdzie, została bowiem przez Pana zacytowana tylko w części.

Kłamstwo! Rozmowa z Panem, zacytowana w numerze 161 odpowiada prawdzie w 100 procentach. Wiem, o co tu Panu chodzi. Urbańczyk teraz napisze, że ma rozmowę nagraną, ja mu wtedy powiem, że nie wolno nagrywać rozmowy bez uprzedzenia o tym drugiej strony i „już go mamy”. Nie, Panie Konsulu, nie napiszę więc, że mam rozmowę nagraną. Rozmawialiśmy przez mój telefon konferencyjny i słuchały naszej rozmowy trzy inne osoby, pisząc to wszystko co mówimy. W odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie przedstawię te trzy podpisane „świadectwa” naszej rozmowy. Tym więc razem, jak widać jeszcze się nie „dałem” złapać w pułapkę.

Jeszcze raz stwierdzam: uznaliśmy przecież spór o wydarzenia w Niemenczynie za bezprzedmiotowy, zachowując oczywiście prawo do własnej oceny stosunków polsko-litewskich. Uznaliśmy, że spór nasz dotyczy tylko sprawy „sowieckich rubli”. Dlaczego nagle odstąpił Pan od tych ustaleń i zdecydował się na opublikowanie pierwotnej wersji mojego listu, a tym samym na radykalne poszerzenie nikomu nie potrzebnego konfliktu? Miałem przecież Pana za człowieka szanującego swoje słowo i dotrzymującego porozumień.

Przecież „zażądał” Pan wydrukowania Pana listu, byłem w posiadaniu tylko listu nr 1, jakie więc miałem wyjście? Nie mogłem przecież nie wydrukować Pana pierwszego listu i czekać dwa tygodnie do następnego wydania, bo jestem pewien, że znowu „poszedłby Pan na skargę do „Nowego Dziennika”, czy gdzieś indziej. Ja szanuję swoje słowo i dotrzymuję zobowiązań wobec uczciwych, solidnych, prawych i nie zakłamanych osób.

Na zakończenie kilka zdań o zasadach i wartościach, którymi się kierowałem.
Po pierwsze, nacjonalizm objawiający się nieraz w młodej Republice Litewskiej, która dopiero co odzyskała niepodległość po dziesięcioleciach sowieckiej okupacji, godzi boleśnie w zamieszkałych tam od wieków Polaków. Do przykrych incydentów o tym podłożu trzeba zaliczyć rozwiązanie samorządów lokalnych, gdzie Polacy mieli większość, a także burdę wywołaną przez podchmielonych żołnierzy litewskich na zabawie w Niemenczynie. W sprawie tego incydentu (wyolbrzymionego zresztą przez „Naszą Gazetę”) – jak mi się udało później ustalić – Polska wystosowała protest do władz litewskich.

Dla Pana fakt, że komuś wybito oko, że ktoś dostał wstrząsu mózgu, że strzelano po ścianach i podłodze to zwykła „burda wywołana przez podchmielonych żołnierzy litewskich”, czy jak określa to Pan Konsul w liście do „N.D.”: „bijatyka na wiejskiej zabawie”. Trzeba przyznać, że po przestudiowaniu artykułów dodaje Pan łaskawie w liście do „N.D.”: „pastwienie się nad Polakami”. Jestem wdzięczny władzom Rzeczypospolitej, że, o ile to prawda, co Pan pisze: „Polska wystosowała protest do władz litewskich”. Mam także nadzieję, że po przeczytaniu tego fragmentu Redakcja „Naszej Gazety” z Wilna zareaguje w odpowiedni sposób. Proszę się nie martwić, już na pewno nie na łamach „Białego Orła”. Zgodnie ze stwierdzeniem w ostatniej gazecie po raz ostatni na naszych łamach istnieje sprawa: Surdykowski – „Biały Orzeł”. Proszę o nieprzysyłanie więcej listów na ten temat, o niedzwonienie do Redakcji w związku z tą sprawą. Obecne podsumowanie dyskusji zamyka ten temat.

Podpisana niedawno umowa polsko-litewska daje nareszcie podstawę prawną do oficjalnych wystąpień w obronie zamieszkałych na Litwie Polaków. Ale odpowiadanie nacjonalizmem na nacjonalizm, nienawiścią na nienawiść, szerzenie żądzy odwetu – nie służy ani Litwinom, ani Polakom. Postarajmy się zrozumieć, że Litwini mają do nas także sporo historycznie uzasadnionych pretensji. Nade wszystko zaś oba niepodległe państwa – które łączy wspaniała i wspólna przeszłość – muszą nauczyć się żyć razem w zgodzie i wzajemnym poszanowaniu.

18 marca 92 r. rozmawiałem w Ambasadzie Rzeczypospolitej w Waszyngtonie z ministrem Kozłowskim, po konferencji zorganizowanej przez Biały Dom na temat pomocy finansowej i gospodarczej dla krajów Europy Wschodniej i po wspaniałym przyjęciu zorganizowanym przez Kongres Polonii Amerykańskiej w swojej waszyngtońskiej siedzibie. Minister Kozłowski, dawny redaktor „Tygodnika Powszechnego”, podczas naszej prywatnej rozmowy, przedstawił mi swój punkt widzenia na temat konfliktu Konsul Generalny – „Biały Orzeł”. Ja, ze swej strony, zawiadomiłem Pana Ministra o dalszych krokach, jakie podejmę. Dziękuję Panu Ministrowi za rozmowę. Mówiliśmy także na temat stosunków polsko-litewskich, o których powyżej wspomina Pan Konsul. Chciałbym tu jeszcze raz bardzo mocno podkreślić, że świętym słowem, od dnia powstania naszej gazety, jest dla nas słowo: „POLSKA”. Najważniejszym naszym celem jest służba Ojczyźnie i Polonii Amerykańskiej. Nie wie Pan, panie Konsulu, ile dostaję anonimowych lsitów, pełnych pogróżek, poniżenia, po najmniejszej interwencji na rzecz Polski, Polaków i Polonii. Litwa jest też krajem, gdzie żyją Polacy i to nie na „wycieczce”, ale od setek lat. Może nie rozumiem zakamarków polityki obecnego Rządu względem Polski. Ale dla mnie Polak jest Polakiem wszędzie, nawet w afrykańskim buszu i gdyby działa Mu się tam krzywda, napisałbym o tym w mojej gazecie. Nie jest moim zamiarem wzywanie do wojny polsko-litewskiej. Każda wojna to cierpienie i śmierć. Będę jednak drukował artykuły, w których bronić się będzie praw mniejszości narodowych, gdziekolwiek będzie się im działa krzywda.

Po drugie, ani Pan, ani tym bardziej pan Jan Ciechanowicz nie mają moralnego ani jakiegokolwiek innego prawa (...)

Panie Konsulu! Tak się jakoś złożyło w Stanach Zjednoczonych, że o prawie moralnym czy jakimkolwiek innym mogą tylko mówić upoważnione do tego Instytucje i Osoby. Pańskie „zasady moralne i prawne” nikogo nie interesują, proszę je zatrzymać dla siebie. A wracając do „moralności” – jak Pan nazwie ignorancję wydrukowanych w tych dwóch numerach ponad 20 listów na Pana temat? Jest takie polskie przysłowie:... nie, proszę o tym zapomnieć. Jest Pan Konsul dla mnie przedstawicielem władz Ojczyzny. Nie będę tu bronił dr Jana Ciechanowicza, zrobił to On najlepiej w swoim liście w poprzednim numerze, o którym nie potrafił Pan wspomnieć.

zarzucania zbrodni zdrady narodowej (bo czym innym jest pomówienie o pobieranie „sowieckich rubli”?) tym redakcjom i tym dziennikarzom, którzy nie tylko nie splamili się jakąkolwiek kolaboracją z komunistami, ale w latach panowania komunizmu tworzyli podziwiane przez cały świat enklawy niezależności. A dotyczy to nade wszystko pomówionych niestety w „Białym Orle” – „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”. Można nie zgadzać się z publikowanymi tam tekstami, można z nimi polemizować, ale nie wolno fałszować tak niedawnej przeszłości. Obrzucanie swych przeciwników kalumniami, zarzucanie im zdrady, stosowali w Polsce niestety tylko komuniści i hitlerowcy.

Nie wiem jakie ma Pan Konsul dowody na popełnienie „zdrady narodowej” przez „Życie Warszawy”. Jak było więc z innymi gazetami komunistycznymi, czy one wszystkie brały „sowieckie ruble”? Pan, jako były redaktor „Gazety Krakowskiej” powinien przecież coś o tym wiedzieć. W mojej odpowiedzi na Pana list przeprosiłem wszystkie polskie Redakcje.
Ani słowo „komunista”, ani „hitlerowiec” do mnie naprawdę nie pasuje. Nie pasuje także do dr Ciechanowicza. Dlaczego więc obraża Pan ludzi bez najmniejszych podstaw? Dlaczego używa Pan Konsul tak obelżywych określeń? Panu, pozostawiam odpowiedź!

Wysyłając listy do Papieża, Prezydenta RP itd., itd. uczynił Pan z naszego sporu sprawę wręcz wagi państwowej. Pana prawo, choć nie ja tego chciałem. Może Pan oczywiście uważać, że nie nadaję się na Konsula Generalnego i mobilizować przeciwko mnie tak wspomniane autorytety, jak opinię publiczną. Nie jestem przywiązany do tego stanowiska i chętnie je opuszczę, jeśli uznają to za słuszne właściwe władze Rzeczypospolitej Polskiej. Dopóki jednak je zajmuję, będę bronił tych zasad i wartości, o których tu wspomniałem.

Nie mam żadnego prawa do oceniania Pana pracy, jako Konsula Generalnego RP, od tego są Inni. Pisze Pan Konsul w liście do „N.D.”, że wysyłałem „szkalujące listy” na Pana. Jestem w posiadaniu wszystkich 112 kopii listów, które wysłałem z dwoma ostatnimi gazetami. W żadnym z nich nie znajdzie Pan ani jednego słowa obrażającego Pana, lub jakiegokolwiek złego wyrażenia pod Pana Konsula adresem.

Wciąż jednak uważam, że postawa, jaką Pan – tak niespodziewanie dla mnie – zajął w naszym sporze, jest wynikiem zbiegu okoliczności lub zdenerwowania. Wciąż uważam Pana za człowieka niewątpliwych zasług, a „Białego Orła” za pismo dobrze służące Polonii. Jeśli czuje się Pan obrażony – przepraszam. Wyciągam rękę do zgody i proszę o jej przyjęcie. Ale proszę też o rozważenie w swoim sumieniu konsekwencji tego, co dotąd zaszło. O konkluzje pytać nie będę. Dowodem Pańskich dobrych intencji będzie opublikowanie tego listu w całości.
Łączę wyrazy szacunku.
Jerzy Surdykowski
Konsul Generalny

Przyjąłem rękę do zgody w ostatnim liście do Pana i najmniejszy Pana gest potrafiłby „zakończyć” pozytywnie tą „pożałowania godną sprawę” – jak Pan to nazywa. Ręki mojej Pan nie przyjął. Nie potrafił Pan Konsul odpowiedzieć na mój list, choćby przez swoją sekretarkę. List Pana Konsula drukuję więc w całości, „wkraczając” jedynie 13 razy, choć miało być tego więcej.

Drodzy Czytelnicy! Jeszcze raz bardzo proszę o zakończenie tego tematu w swych listach i telefonach, nawet po przeczytaniu zamieszczonego obok listu.

W dniu 16 marca 92 otrzymałem od Konsula Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej w Nowym Jorku, Pana Jerzego Surdykowskiego, list, którego kopię przedstawiam poniżej:

Nowy Jork 10 marca 1992
Panie Urbańczyk,
po otrzymaniu Pana listu (bez daty) i po zapoznaniu się z numerem „Białego Orła” z dnia 8 marca mogę stwierdzić tylko jedno: jest Pan człowiekiem podłym, który świadomie wprowadza w błąd swych Czytelników. Dalsza wymiana korespondencji z Panem jest bezprzedmiotowa.
J. Surdykowski

Chrystus rzekł: „Lecz powiadam Wam, którzy słuchacie: miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobro czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w jeden policzek, nadstaw mu i drugi”.
Łk. 6,27-29

Adam K. Urbańczyk
Redaktor Naczelny i Wydawca
gazety „Biały Orzeł”

I niedobrze! Jeśli ciągle ludzie przyzwoici będą nadstawiać kanaliom pozbawionym wstydu i sumienia przysłowiowy drugi policzek, to te kanalie nas po prostu zniszczą, dobiją. A redaktorowi Adamowi K. Urbańczykowi spalili redakcję. Ale na razie dramat trwał.

* * *


LISTY
LETTERS

Redakcja nie odpowiada za treść drukowanych listów, które nie zawsze są zgodne z naszymi poglądami.
Szanowny Panie Redaktorze
Po otrzymaniu do ręki ostatniego numeru Pańskiej gazety (nr 161 2-23-92) pragnąłem natychmiast usiąść i pisać na ten tak obraźliwy temat jak próby zakłócania przez Pana stosunków pomiędzy dwoma odradzającymi się państwami Litwy i Polski. Pisanie byłoby stosunkowo proste, ale wg mnie zbyt wczesne, zaś ostro sformułowane zarzuty przez Pana Konsula Generalnego w liście do Pana, oraz rzeczowa Pańska obrona, choć mocno ograniczona przez Pana Konsula w jakimś stopniu ograniczyła chęć zajmowania określonego stanowiska, choć nie wykluczyła możliwości polemiki na temat Waszego na tak wysokim niemalże politycznym poziomie konflikcie.
Uważam jednocześnie na podstawie wydrukowanego telefonogramu, że odkładanie słuchawki i uniemożliwienie kontaktu, a co za tym idzie próby obrony, uważam ze strony Pana Konsula za wysoce nietaktowne i nie licujące reprezentowanej przez Niego godności.
Jestem jednak przekonany, że po przedstawieniu przez Pana materiałów dowodowych, z których Pan korzystał drukując je w swojej gazecie, nie zaistnieje narzucana przez Pana Konsula potrzeba odwoływania faktów i przepraszania istniejących w Polsce redakcji czasopism. Mimo tych wszystkich zarzutów, jak do tej pory nie do końca udowodnionych, jak i nie do końca przez Pana odpartych, mam cichą nadzieję i jednocześnie bardzo pragnę, aby do „przepraszania” nie doszło. Zaś posądzenie Pana o ignorancję w sprawach polskich, prowokatorstwo i oszczerstwa, uważam za wysoce krzywdzące.
Pragnę, aby konflikt ten zakończył się jak najszybciej i aby tak Pan jak i wiarygodność Pańskiej gazety, a także przedstawiciel Rzeczypospolitej Polskiej w osobie Pana Konsula Generalnego wyszli z tej niezamierzonej słowno-redaktorskiej potyczki z twarzą.
U progu siódmej rocznicy istnienia „Białego Orła” życzę tak Panu, całej Redakcji, samej gazecie dalszych sukcesów, powiększenia nakładów oraz wielu wiernych czytelników jakim jestem ja.
Z poważaniem
Józef Kawa
Holyoke, Ma

* * *

Szanowny Panie Redaktorze
Nawiązując do listu Konsula Surdykowskiego do redakcji „Białego Orła” chciałbym wyrazić swoje poparcie dla p. Adama Urbańczyka. Konsul Surdykowski potwierdził swoją opinią o sobie jako bezczelnym i aroganckim polemiście, któremu nie zależy na znalezieniu prawdy czy argumentacji, ale jedynie na obrażaniu inwektywami osoby mającej odmienne od niego opinie. Pamiętam jeden z jego artykułów „polemicznych” z moim znajomym Kazikiem Dadakiem w „Nowym Dzienniku”. Zamiast argumentów p. Surdykowski starał się udowodnić swoje tezy przez osobiste ataki. Niestety tacy ludzie jak Konsul Surdykowski rozbijają Polonię i szkodzą interesom Polski. Jakim sposobem został konsulem RP w Nowym Jorku? Komu zależało na tym, aby wbrew protestom części Polish American Congres taka osoba otrzymała odpowiedzialne stanowisko? Być może doczekamy się kiedyś na ten temat wyjaśnień przy rozwiązaniu kolejnej prominenckiej afery.
Wracając do sprawy prześladowań mniejszości polskiej na Litwie. Jest to bardzo poważna i bolesna sprawa. Moi rodzice jak również wielu znajomych pochodzi z Wileńszczyzny i utrzymuje w dalszym ciągu stały kontakt z ziemią rodzinną. Całkowitą prawdą jest fakt szykanowania i prześladowań Polaków na Litwie przez nacjonalistów litewskich z Sajudisu. Czytałem wiele artykułów na ten temat i osobiście słyszałem opowiadania naocznych świadków tych wydarzeń.
Pan Urbańczyk ma całkowitą rację stwierdzając, że „Gazeta Wyborcza” i „Tygodnik Powszechny” nie chciały i nie chcą tych tematów poruszać albo przedstawiają je tendencyjnie. Pamiętam dobrze artykuł poseł RP i redaktor „Tygodnika Powszechnego” Józefy Hennelowej, która w „stylu” Konsula Surdykowskiego atakowała i wyśmiewała skargi jednego z naszych rodaków na Litwie. Będąc wieloletnim czytelnikiem „TP” po przeczytaniu takiego artykułu zrezygnowałem z subskrypcji tego tygodnika.
W sprawie Polaków na Litwie powinniśmy pisać do Departamentu Stanu oraz naszych kongresmanów i senatorów. Landsbergis i władze litewskie liczą obecnie na pomoc amerykańską i będą musieli wyjaśnić swoją politykę wobec mniejszości narodowych na Litwie. Natomiast w sprawie Konsula Surdykowskiego piszmy listy do Prezydenta RP oraz senatorów i posłów w polskim Sejmie. Może interpelacje poselskie zwrócą uwagę na tą skandaliczną postać.
Z uszanowaniem
Antoni Litwinowicz
Quakertown,

* * *

Szanowny Panie Redaktorze
Proszę przyjąć moje gratulacje z okazji rocznicy „Białego Orła”. Mimo tak licznej Polonii jest to jedyna gazeta polska w Nowej Anglii, już to samo świadczy o tym, że należy się jej nasza pomoc.
Idea sojuszu polsko-litewskiego wzięła się z żywotnego zagrożenia obu krajów przez agresję krzyżacką i zaraz na początku uwieńczona została sukcesem bez precedensu – pod Grunwaldem. Odtąd oba kraje mogły przechodzić długie lata swojego rozwoju, a nawet rozkwitu, podczas gdy Krzyżacy i ich następcy sekularyzowane Prusy przez parę stuleci lizali swoje rany bez rozgłosu. Idea Pawła Włodkowica święciła triumfy, przynajmniej na tym terenie.
Przez ponad pięćset lat narody polski i litewski żyły wyjątkowo zgodnie mogąc stanowić wzór dla całej Europy. Porozumienia i unie polsko-litewskie były zawierane i odnawiane na zasadzie dobrowolności. Inicjatywa zacieśnienia Unii wychodziła zwykle od Litwinów, aż w końcu doszło w Konstytucji 3 Maja do skasowania odrębności państwowej Litwy i powołania na terenach byłej Korony i Wielkiego księstwa jednego państwa polskiego. Te dwa człony zrosły się tak, że stanowiły już jakby oba płuca jednego organizmu.
Za Litwina ale i za Polaka jednocześnie uważał się Adam Mickiewicz nie widząc żadnego konfliktu między obydwoma pojęciami.
Przez całe wieki być Litwinem nie oznaczało wyrzekania się bycia Polakiem.
Zabory, likwidacja Rzeczypospolitej spowodowały rozerwanie sojuszu polsko-litewskiego. To umożliwiło niebywały wzrost znaczenia i potęgi Prus. Ukoronowaniem tego procesu była III Rzesza Adolfa Hitlera, która żywot wraz ze swym władcą zakończyła niezbyt miło. Nomen omen!
Byłem na Litwie w 1975 roku z wycieczką Almaturu. Wszędzie spotykaliśmy się z dowodami sympatii Litwinów. (...)
Dlatego smutkiem napawają wiadomości o obecnych konfliktach, których celem jest zatarcie polskości.
Czy warto poniżać się do tego poziomu? I to w czasach odzyskanej niepodległości. Takie pytanie można by zadać sprawcom i inspiratorom ataków przeciwko mówiącym po polsku Polakom-Litwinom, gdyby tylko pytanie to mogło do nich dotrzeć.
Od dwustu lat naród litewski, ale niekoniecznie ten, a nawet raczej nie ten, w wąskim, etnicznym rozumieniu tego pojęcia, lecz ten wywodzący się ze wspólnoty z Polską, był tępiony. Wspomnieć można o Murawiewach z czasów carskich, gubernatorach „wieszatielach” czy szczególnie złowrogim okresie lat 1939-1954, masowych mordach i wywózkach ludności, hitlerowskich i stalinowskich.
Pamiętać trzeba o zamykaniu szkół, uniwersytetów, tępieniu moralnym i fizycznym inteligencji polsko-litewskiej i rozpędzaniu jej na cztery wiatry.
Dlatego teraz, jeśli znajdują się na Litwie prawdziwi patrioci, Litwini odważnie przyznający się do polskości powinni spotkać się z poparciem nas wszystkich i władz Rzeczypospolitej Polskiej. Jan Ciechanowicz, jak wynika z publikowanych w Białym Orle artykułów, jest takim człowiekiem. Trzeba pamiętać, że działa w trudnych warunkach. Jeśli nawet użył niefortunnych sformułowań, może dlatego, że nie żyje w Polsce, nie zmienia to faktu jego zaangażowania na rzecz Polaków – Litwinów, ma chyba prawo czuć się zniecierpliwionym.
Jeżeli Polska i Litwa mają stać się materialnie i duchowo częścią wspólnoty europejskiej, to najkrótsza droga wiedzie przez czerpanie z tradycji i ducha unii polsko – litewskiej, nie przez jej odrzucanie. Niech Duch Rzeczypospolitej dwojga lub trojga narodów znajdzie swe miejsce w nowej rzeczywistości.
Paweł Oplustil
Salem, Ma.

* * *

Gazeta Polska”, 28 marca 1992:

LIST OTWARTY
Wielce Szanowny Panie Redaktorze!

Jestem do głębi poruszony opublikowanym na łamach „Białego Orła” listem Jego Ekscelencji Konsula Generalnego Rzeczpospolitej Polskiej w Nowym Jorku, pana Jerzego Surdykowskiego, którego dotąd uważałem za wytrawnego dyplomatę i uczciwego człowieka. Doprawdy, wiele gazet na całym świecie, w tym też polsko- i litewskojęzyczne na Litwie („Nasza Gazeta”, „Magazyn Wileński”, „Respublika”, „Lietuvos Aidas” i in.) z oburzeniem pisało o groźnym, pożałowania godnym i budzącym wielkie zaniepokojenie incydencie w Niemenczynie pod Wilnem 29 XII 1991, kiedy to żołnierze litewskich oddziałów narodowych bez dania sobie najmniejszego powodu ciężko pobili kilku młodych Polaków, a za cud Boży uznać należy fakt, iż żadna z wystrzelonych kul nie spowodowała śmierci nikogo spośród bezbronnej, zgromadzonej na dyskotece młodzieży. Pisał o tym także urzędowy „Kurier Wileński” 3 stycznia 1992 roku na stronie 5, który to tekst wysłałem panu wcześniej.
Kto jak kto, ale Konsul Generalny RP musiałby jako jeden z pierwszych nie tylko wiedzieć o tej sprawie (jednej z szeregu podobnych, mówiąc na marginesie), ale i w sposób zgodny z polską racją stanu na nią odreagować. Nastąpiło zaś coś wręcz przeciwnego. Z jego zachowania wynika, że stykamy się nie tylko z zupełnym brakiem wiedzy i rozeznania, ale i z reakcją w duchu antypolskim. Doprawdy, tylko ongisiejsza „czerwona dyplomacja” Warszawy potrafiła zachować się w równie żenujący sposób, broniąc nie prawdy i interesów Narodu Polskiego, lecz tylko „wiecznej i niewzruszonej przyjaźni” i „dobrych” stosunków ze wschodnim sąsiadem, który, widząc naszą słabość, poczynał sobie z nami coraz bezczelniej, a i dziś nie chce się wynieść z polskiej ziemi, chociaż dość potulnie zniknął z oczu Węgrom, Czechom i Słowakom. Nikt nie szanuje tego, kto sam nie potrafi bronić własnej godności... Antypolski akt bandytyzmu soldateski litewskiej miał miejsce – wbrew sugestiom pana Surdykowskiego – i jako taki właśnie oceniony został zarówno przez prasę na Litwie, jak i przez jej władze (winni zostali zdymisjonowani). Konsul Generalny RP w Nowym Jorku popełnia niesłychaną gafę, zachowując się w tej sytuacji tak, jak się właśnie zachował.
Mówiąc o mojej ostrej i – muszę przyznać – niedyplomatycznej ocenie gazet „Życie Warszawy”, „Tygodnik Powszechny” i „Gazeta Wyborcza”, powinienem jednak podkreślić, że użyłem (ja, zwykły publicysta, osoba prywatna) pisząc o nich sformułowań, które są chyba szczytem dobrego tonu w porównaniu z tymi, jakimi się posłużył w swym liście do „Białego Orła” pan Jerzy Surdykowski (bądź co bądź dyplomata i osoba jak najbardziej urzędowa).
Przechodząc do sedna rzeczy: Dlaczego tak twardo, i to nie po raz pierwszy, oceniam linię polityczną wyżej wymienionych pism? Otóż uważam – i mam chyba na to prawo w dokładnie takim stopniu, jak te pisma na ich własny punkt widzenia – że gazety, ukazujące się w Polsce, powinny z natury rzeczy bronić nadrzędnych interesów tego Państwa i dobrego imienia Narodu Polskiego, wszystkich jego odłamów. Pisma te zaś publikują wiele materiałów niezgodnych z prawdą, tym samym szkodzących Polsce i jej interesom. Tak, dla przykładu, każdy czytelnik „G.W.” i „T.P.” bez trudu przypomni sobie liczne sążniste materiały na ich łamach, rozprawiające o tzw. „polskim antysemityzmie”. Oczywiście, można tylko podziwiać spryt warszawskich cwaniaczków, którzy wynaleźli skuteczny sposób wyłudzania dolarków („Polak potrafi”) od amerykańskich Żydów w zamian za bzdurne bajeczki o urojonym „polskim antysemityzmie”, który z pewnością, jeśli i ma miejsce, to jest najbardziej szczątkowym i marginalnym zjawiskiem w porównaniu z dowolnym krajem dzisiejszej Europy, nie mówiąc o przeszłości sprzed około 50 lat. Te fałszywe i niegodziwe pomówienia Narodu Polskiego o antysemityzm (oby ich skutkiem nie stało się zjawienie się polskiego antysemityzmu w rzeczywistości!), przy jednoczesnym natrętnym gloryfikowaniu i kokietowaniu tych, którzy przed kilkudziesięciu laty w zbrodniczy sposób wymordowali 94% „swych” Żydów, nie może we mnie, jako Polaku, budzić niczego prócz wstrętu. Tym bardziej, że podczas wojny moi rodzice przez wiele miesięcy przechowywali w pewnym miasteczku pod Wilnem przed niemieckimi i litewskimi okupantami dwie żydowskie dziewczynki, zanim nie zabrała je do lasu partyzantka AK. Nie byli w tym osamotnieni, wielu Polaków, ryzykując życiem własnych rodzin, ratowało przed faszystowskimi bestiami Żydowskich Braci i dotychczas wspomina o ich losie z ogromną serdecznością, współczuciem, bólem i łzami. l oto im plują w twarz warszawskie łobuzy, rozdmuchując na łamach poszczególnych pism mydlaną bańkę mitu o chimerycznym „polskim antysemityzmie”. Do niedawna takie poniżanie Polaków i dyskredytacja Polski w oczach cywilizowanego świata – jestem tego pewien – inspirowane i opłacane były przez moskiewską bolszewię, która wiele wysiłku wkładała w starania, by oczernić nasz naród, odizolować go od reszty świata, duchowo ubezwłasnowolnić i tym samym na zawsze przywiązać do swego imperialnego rydwanu. Dziś cel podobny przyświeca raczej nie tylko Moskwie, ale – przede wszystkim – innym siłom, równie antypolskim. One też płacą i będą płacić warszawskim pismakom za zohydzanie imienia polskiego. Chyba nie jest sprawą przypadku, że tak przenikliwy polityk, jak Lech Wałęsa, odebrał „Gazecie Wyborczej” szyld „Solidarności”, którego ona nadużywała dążąc do celów zupełnie już innych niż dawne ideały związkowe; na pierwszej stronie tego pisma stoi zresztą czarno na białym, kto je finansuje...
Istnieje jeszcze jedna sprawa, której – jako kresowiak – nie mogę pominąć. Od samego początku sowieckiej pierestrojki, która niewątpliwie zaplanowana i zainicjowana została w najgłębszych eszelonach aparatu komunistycznego, przede wszystkim KGB, jasne było, że los kilku milionów Polaków w byłym ZSRS został przez reżyserów z bezpieki sowieckiej zignorowany. Wymagało to „korekty” z naszej strony – i idąc za przykładem litewskim – podjęliśmy intensywną akcję nacisków i informacji w Moskwie, by skłonić ją w trakcie reform do uwzględnienia także życiowych interesów Polaków, których w ZSRS było chyba parokrotnie więcej niż Litwinów. Po kilkumiesięcznym okresie wahań bezpieka moskiewska piórem swych prasowych agentów, w tym Czepaitisa, właśnie „G.W.”, „T.P.”, i „Ż.W.”, jęły się okrzykiwać nas – wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi, nie mówiąc o polskim patriotyzmie – za „czerwonych”, „agentów Moskwy”, „skomunizowanych” itp. Przy czym robiono to nieraz piórem najwyższej rangi litewskich funkcjonariuszy komunistycznych, jak to np. uczyniła „Gazeta Wyborcza” niedawno, i to po wielokroć, z zachwytem sławiły, jako rzekomego „litewskiego polityka niepodległościowego”, agenta sowieckiego KGB, prowokatora o 24-letniej wysłudze Virgilijusa J. Czepaitisa, zamieszczały wywiady z nim, w których on oblewał błotem „promoskiewski” ruch odrodzenia narodowego Polaków na naszych ziemiach zagrabionych przez ZSRS w 1939 r. W czyim interesie czynił to agent sowieckiej bezpieki, za czyje pieniądze i czy przypadkowo miał tak zmasowane poparcie propagandowe ze strony niektórych pism „polskich”? Ja osobiście nie mam zbytnich wątpliwości co do odpowiedzi na te pytania.
Trudno o większą perfidię ze strony KGB i o większą podłość i głupotę ze strony niektórych organów prasowych w RP, które atakując i poniżając nas, same chcą – nie wiedzieć, jakim prawem – być traktowane jako nietykalne „święte krowy”...
Szczuci i potrącani ze wszystkich dosłownie stron, Polacy kresowi znaleźli moralne poparcie z boku zaledwie kilkunastu (ale za to rzetelnych) pism w kraju i za granicą, takich jak właśnie „Biały Orzeł”, „Panorama” (Chicago), „Horyzonty” (Stevens Point), „Tygodnik Wyborczy” (Warszawa), „Tygodnik Gdański”, „Express” (Toronto), „Reminder” (Rockville), „Chicago Tribune”, „The Advocate” (Stanford), „Common European Home” (Rockville), kilku innych, jak przemalowani komuniści z byłej czerwonej dyplomacji PRL próbują (wbrew prawom człowieka, zagwarantowanym w waszym ustawodawstwie) kneblować usta uczciwym pismom nawet na terenie USA, kraju o ogromnej i pięknej tradycji demokratycznej, wygrażając im pięścią, lżąc i szantażując, grożąc sankcjami... Niewiarygodne!...
Używanie przez Konsula Generalnego RP p. Surdykowskiego grubiańskich i ordynarnych zwrotów w liście urzędowym do „Białego Orła”, podobnie jak jego – obywatela i dyplomaty obcego państwa – próba dyktowania amerykańskiemu pismu, co ono i jak ma pisać i oceniać, jest ewidentnym łamaniem wolności słowa, przenoszeniem barbarzyńskich obyczajów bolszewickich i drapieżnych metod zwalczania niewygodnych ludzi na grunt zachodni i stanowi bezprecedensowy skandal polityczny, o czym nie wątpię.
Pana Redaktora Naczelnego i cały Zespół „Białego Orła” proszę o przyjęcie wyrazów uznania za odwagę w głoszeniu prawdy i dziękuję z całego serca za wzięcie w obronę rodaków na Kresach, za sprawiedliwość i obiektywizm w naświetlaniu naszej drogi przez mękę. Taka postawa pozwoli nam – miejmy nadzieję – w sposób otwarty, uczciwy, konstruktywny i pokojowy rozstrzygnąć nasze problemy w stosunkach z Litwinami i innymi wschodnimi sąsiadami ku obopólnej korzyści z uniknięciem konfrontacji, do której z reguły prowadzi tchórzliwa i krótkowzroczna polityka chowania głowy pod piach w chwilach niebezpieczeństwa.
Zapewniam, że wszystkie moje materiały nadsyłane do Waszej Redakcji zawsze odpowiadają faktom, a całą odpowiedzialność za to, co piszę, biorę tylko i wyłącznie na siebie. Tym bardziej, że jako pismo szanujące się, „Biały Orzeł” – w przeciwieństwie do niektórych innych – drukuje także materiały, które się mogą jego Kierownictwu i Zespołowi z tych czy innych względów nie podobać i nie odpowiadać. Ale przecież m.in. na tym polega dziennikarska przyzwoitość. Przeprosiłbym też „G.W.”, „Ż.W.”, „T.P.”, pod warunkiem wszelako i tylko po tym, jak te pisma odwołają swe antypolskie fałszerstwa i przeproszą Polaków Wileńszczyzny za swe impertynencje.
Łączę najlepsze życzenia
i wyrazy głębokiego uszanowania
dr Jan Ciechanowicz
Wilno, 23 lutego 1992 roku.

* * *

Biały Orzeł”, 22 marca 1992:

Respublika” konstatuje
Niezależna gazeta litewska „Respublika” zawiadamia: „71,1 procent uczniów Kłajpedy nie uczęszcza na lekcje religii”, ci którzy przychodzą, często odchodzą przed czasem. Podobna sytuacja istnieje w całej Republice. I jak tu mówić o „katolickim Narodzie Litewskim”?
W tymże piśmie o Radzie Najwyższej Republiki Litewskiej czytamy: „Parlament płodzi coraz to więcej i więcej ustaw dla historyków i dla innych „wybranych”, nie jest już w stanie wydać sądu o sobie samym, zapomina o tym, po co został obrany”...
Pismo przytacza fragment jednego z posiedzeń tegoż Parlamentu. Oto jeden z deputowanych występuje z zapytaniem do wicepremiera Zigmasa Vaiszvyły, młodego i nie bardzo zorientowanego w niuansach psychologii i polityki „działacza”: „od kogo nauczył się pan tak bezwzględnego postępowania w stosunku do ludzi?” Pada dumna odpowiedz: „Od swego ojca”. Na co pytający replikuje: „Komunista!” W tejże chwili, stojący na mównicy przed posłami i dziennikarzami wicepremier rzewnie się rozpłakuje, uskarżając się na trudne życie... chodzi o to, że jego ojciec rzeczywiście był wieloletnim funkcjonariuszem KPZR, podobnie jak poseł, który zadał pytanie...
O finiszu niedawno odbytego w Wilnie III Zjazdu Sajudisu „Republika” napisała: „Posłowiem podsumowującym J. Tumelisa i wykonaniem hymnu narodowego Zjazd, który bardzo przypominał mecz piłki nożnej czy zbiegowisko faszyzujących politykierów, dobiegł końca”...
„Respublika” też komunikuje, że w ciągli roku 1991 przeciętna płaca na Litwie wzrosła 2-3 razy, w tymże okresie ceny na mięso wzrosły 10-15 razy; na kiełbasy 8-16 razy; na usługi pocztowe 20 razy; na ubranie i obuwie około 10 razy; na transport 5-12 razy itd.
Dodajmy, że obecnie masowo zwalnia się ludzi z pracy, szczególnie Polaków, Białorusinów i Rosjan. Wśród innych plag „Respublika” wymienia wzmożone okradanie korespondencji prywatnej, szczególnie paczek żywnościowych, zarówno przez pracowników poczty, jak i przez funkcjonariuszy nowo powstałej litewskiej bezpieki, która zachowała „najpiękniejsze” tradycje sowieckie... Aż takiej demoralizacji podobno jeszcze nigdy nie było... Niestety, Litwa spośród wszystkich byłych Republik Radzieckich odnotowuje największą umieralność od alkoholizmu i najwyższy poziom zapadania na choroby weneryczne...
Gazeta zawiadamia również o prowadzonych od kilku miesięcy częściowo utajnionych pertraktacjach granicznych między Litwą a Białorusią. Podobno Mińsk zgłasza jakieś pretensje do „słowiańskiej Wileńszczyzny”... Nic w tym dziwnego, Wilno i ziemia wileńska w 1939 roku, tuż po agresji sowieckiej, jako „rdzennie białoruskie tereny” (wg terminologii ówczesnej prasy moskiewskiej) na przeciąg jednego miesiąca oddane zostały Białoruskiej SRR... Zaskakuje jednak fakt, że władze Polski, prawowitej właścicielki tych ziem, ciągle udają, że nic się nie dzieje i nawet nie bronią Polaków na okupowanych kresach przed bestialstwami szowinistów litewskich... Jeśli taka „polityka” będzie kontynuowana, to minister Skubiszewski ma szansę w odpowiednim czasie stanąć przed trybunałem za zdradę stanu. Tak przynajmniej uważa wielu Polaków gnębionych przez wschodnich zaborców.”..

* * *

Prasa litewska o Polsce i Polakach
„Nacjonalizm – to syfilis ludzkości”, pisał znakomity filozof Włodzimierz Solowjow, że miał rację, potwierdzają często gęsto ukazujące się w prasie litewskiej antypolskie elaboraty, w której to niegodziwej akcji prym wiedzie rządowy „Lietuvos Aidas”, a nierzadkie wpadki miewa nawet względnie „europejska” i liberalna „Respublika”.
1. Oficjalny organ rządu litewskiego „Lietuvos Aidas”, specjalizujący się w – nawet jak na tutejsze warunki fenomenalnie tępej – propagandzie antypolskiej, sugeruje piórem zamieszkałych w Warszawie Litwinów dalsze zaostrzenie kursu wobec Polaków: „O wiele więcej niż problemy polityczne, gospodarcze czy bytowe Polski przybyłego tu Litwina absorbuje mnóstwo artykułów, audycji radiowych i telewizyjnych o Litwie... dwie rzeczy rzucają się w oczy szczególnie w polskich artykułach czy reportażach z Litwy, a ukazują się one prawie codziennie: nic się nie pisze ani o życiu gospodarczym, ani kulturalnym, ani o dobrych cechach czy poczynaniach jedynie o tym, jak cierpią u nas Polacy, obywatel polski przyjaźnie usposobiony wobec Litwy często uznawany jest za zdrajcę Polski. I nikt się nie martwi o Polaków Rosji, Ukrainy, Białorusi, którzy do dziś nie mają swych kościołów, szkół, wydań. Niedawno Ukraińcy na granicy Polski z Ukrainą kilkakrotnie poturbowali turystów polskich. Incydenty te podane zostały w taki sposób, jakby nic się nie stało, sami Polacy otwarcie przyznają, że Polska boi się Ukrainy. Stąd tak różny stosunek wobec Litwy i Ukrainy.
Takie sobie historyjki... Jakby nic autorzy nie wiedzieli o litwofilskich a antypolskich artykułach w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Życiu Warszawy”, pismach do niedawna opluwających Polskę za sowieckie ruble, a obecnie pobierających płatę za ten proceder w walucie wymienialnej, jakby nie słyszeli o tym, że na Białorusi liczba polskich kościołów i klas już w ubiegłym roku kilkakrotnie przewyższyła ich liczbę w Litwie i ciągle wzrasta, że od dwóch lat działa w Grodnie Polskie Seminarium Duchowne, że otwiera się polskie placówki kulturalne, kościoły, pisma, klasy na Ukrainie, w Łotwie, w Rosji, Kazachstanie, gdzie ludność i władze w przeciwieństwie do litewskich, raczej wstydzą się antypolskiego ekshibicjonizmu politycznego, chociaż też nie są jego pozbawione. Na razie jednak to tylko w Litwie żołnierze Armii Narodowej tłuką polską młodzież kolbami karabinów, kalecząc ich nieraz na cale życie. (Incydent na granicy polsko-ukraińskiej urządziła bezpieka i soldateska Sowiecka, a nie Ukraińcy)... Niestety, prasa polska zachowuje małoduszne milczenie o bestialstwach antypolskich Litwinów. A szkoda... bo prasa litewska wzajemnością nie odpłaca...
2. Niejaka Brigita Balikiene 7 stycznia 1992 roku opublikowała na łamach pisma „Respublika” następujący tekst: „Anatomia miłości do Ostrej Bramy”
Jan Twardowski
Ostrobramska
To nie to
To wrona
To nie koniec
To wróci
Nie ma nigdy na zawsze

Ostrobramska w serdecznym mieście
Odpukuje nieszczęście

Niedawno w Polsce otrzymałam w prezencie tomik wierszy księdza Jana Twardowskiego, który następnego lata wybiera się wraz z 40 uczniami na pielgrzymkę do Wilna... pociągiem dojadą do Grodna, a stamtąd ruszą piechotą do samej Ostrej Bramy. (...)
W Wilnie otworzyłam książkę i znalazłam w niej wiersz o Ostrej Bramie. Poprosiłam kilku Wilnian o wyrażenie opinii o nim.
Ksiądz z kościoła ostrobramskiego (św. Teresy) Algirdas Gutauskas powiedział: gdyby ten Jan Twardowski zamierzał towarzyszyć grupie pielgrzymów do Wilna, to powiedziałbym, że raczej nie powinien tego czynić... dziwny wiersz. Bardzo chytry, czy głupi? Raczej głupi... o jakim nieszczęściu kracze ta wrona? Czy tu się mówi o zwróceniu Polsce Ostrej Bramy i całego Wilna? Ostra Brama jest droga zarówno Polakom, jak też Litwinom, a Polacy z Polski tu często bywają, przyjeżdżają autokarami, wędrują pieszo, Polacy w ogóle lubią wałęsać się... (...)
Poeta Eugenijus Matuzeviczius: Ostra Brama jest miejscem świętym, nie wolno z niej czynić obiektu skłócenia narodów. Wychodzi, że na Litwie dzieje się coś okropnego, czym Litwini zawinili wobec Ostrej Bramy? Czy zbeszcześcili ją modląc się tam? Tłumaczyłem na język Iitewski Mickiewicza, Słowackiego, zachwycam się polską prozą. Odczuwam szacunek dla ich kultury, ale takiej poezji nie rozumiem. To świętokradztwo. Taki ton jest echem byłej polityki solecznickiej, jakąś biologiczną nienawiścią do Litwy. W różnych okresach historii Polski szowinizm przejawiał się właśnie poprzez kościół, katolicyzm”...
Oczywiście, rozumienie filozoficznej poezji tak wybitnego twórcy, jak ks. Jan Twardowski wymaga pewnego wyrobienia intelektualnego i ogólnokulturalnego, ale z pewnością nie sprzyja skuteczności pracy mentalnej także zbiorowy obłęd paranoiczny o nazwie: polonofobia...

* * *

Żinija”, 1 marca 1992:
Ta gazeta Litewskiej Agencji Informacyjnej podaje kilka korespondencji z Warszawy A. Degutisa. W pierwszej z nich jest mowa o J. Ciechanowiczu:
„W Moskwie – Iwan Tichonowicz, w Warszawie – Jan Ciechanowicz, były deputowany ludowy byłego ZSRR czynił wszystko, aby Litwa nie odzyskała niepodległości i oto znów się „objawił”... w Gdańsku. Jak podaje „Gazeta Gdańska”, ukazująca się w tym portowym mieście, na zaproszenie Towarzystwa Miłośników Wilna i Grodna gość wygłosi prelekcje o sytuacji polityczne] i gospodarczej byłego ZSRR, problemach mniejszości narodowych, losie Polaków w byłym ZSRR i na Litwie, wkładzie Polaków do rozwoju cywilizacji i kultury rosyjskiej.
Przedstawiając Jana Ciechanowicza gazeta pisze, iż podczas pierwszych wolnych wyborów na Litwie został wybrany na deputowanego ludowego ZSRR, broniąc jednak na związkowym forum interesów Polaków ściągnął na siebie gniew Sajudisu. Ostatnio został zwolniony aż z trzech miejsc pracy. „Dziś jest bezrobotnym i – jak sam powiada – Litwini nie zatrudniliby go nawet do porządkowania miasta” – podaje gazeta. Narzucony mu czas wolny Jan Ciechanowicz spędza na studiowaniu archiwów, losów ziem i ludzi oderwanych od ojczyzny-Polski”.
W kolejnej notatce A. Degutis pisze: „Jak się okazuje, Litwinów międzynarodowe prawo i normy nie obowiązują, Litwini uznają tylko własne ustawy. Jest to społeczeństwo zamknięte, stale zwrócone w przeszłość i marzące o swej potędze. W ten sposób Litwę i Litwinów przedstawia znany dziennikarz polski Jerzy Modlinger w tygodniku „Spotkania”. W artykule „Kompleksy Litwinów” pisze, że Litwini obawiają się utraty swej tożsamości narodowej. Naród ten ma własny pogląd na swą historię. Dziennikarz pisze, iż w Litwie panuje przekonanie, że pod Grunwaldem zwycięstwo odniósł Witold. Żeligowski, który przed siedemdziesięciu laty ruszył na Wilno i którego nazwisko przeciętnie wykształconemu Polakowi nic nie mówi, w Litwie kojarzy się z imieniem okupanta i największego wroga Litwy XX wieku. Czci się tu Mendoga, twórcę Litwy, który przyjął chrzest z rąk biskupów ruskich i został wielkim księciem, a po dziesięciu latach wyrzekł się nowej wiary i utopił we krwi misjonarzy, aczkolwiek pozostał „pierwszym synem kościoła”: wszak nie może być nim zdrajca Jagiełło, który skazał Litwę na polonizację... Upraszczając w ten sposób historię, pisze Jerzy Modlinger, chciałem, pokazać, skąd się bierze litewska izolacja.”

* * *

Biały Orzeł”, 22 marca 1992:

„Z Litwy
W polityce tak już bywa, że jak ktoś nie dba o swój interes, korzysta z tego inny. W sytuacji, gdy Rumunia domaga się od byłego ZSRR zwrotu Mołdawii i Besarabii, Finlandia – Karelii, Japonia – Wysp Kurylskich, Chiny – terenów nadamurskich itd., rząd RP manifestacyjnie i teatralnie odżegnał się nawet od upomnienia się o połowę Kraju okupowaną w 1939 roku przez Sowiety i o jego wierną ludność polską. Wydaje się, że skorzysta z tego ktoś inny. W prasie białoruskiej mnożą się ostatnio publikacje, domagające się „zwrotu” dla Białorusi Wilna i Wileńszczyzny (podobnie, jak w prasie litewskiej nieraz się przebąkuje o „zwrocie” dla Litwy Grodna i Suwałk). Charakterystycznym pod tym względem jest obszerny apel, zamieszczony w gazecie „Zwiazda” (Nr 6, 1992), podpisany przez dziewięciu znanych intelektualistów białoruskich pt. „Historia nie cierpi wykoślawień”. Autorzy ci piszą:
„Dwustronne umowy i uzgodnienia zawierane przez sąsiadujące z Białorusią państwa (Pokój w Brześciu 1918 r., umowa pomiędzy Litwą a Rosją od 12 czerwca 1920 r., między ZSRR a Litwą od 10 października 1939 r. i in.) nie uwzględniły interesów Białorusi i kształtowane były z naruszeniem etyki i norm prawa międzynarodowego, bez udziału delegacji białoruskich. Tak w wyniku umowy od 12 czerwca 1920 r. Rosja Sowiecka uznała za Litwą prawo do części terenów zachodniobiałoruskich razem z miastami Wilno i Grodno.
Powszechnie wiadomo, że Kraj Wileński już w ósmym stuleciu zasiedlony był przez słowiańskich Krywiczów, przodków Białorusinów. Jeszcze w XIV wieku Vigont z Marburgu w kronice niemieckiej wspomina o „ruskim” mieście w Wilnie. W końcu XIX w. (według spisu 1897 r.) ludność Wileńszczyzny składała się w 57 proc. z Białorusinów, 8 proc. Polaków, 17 proc. Litwinów, przy czym ostatni zasiedlali przeważnie ziemię przyległą do Litwy etnicznej (Lietuwy). Na większej części kraju i w mieście Wilnie ludność litewska (lietuwiska) nie przekraczała 1 proc.
Stworzone przez wielowiekową pilną pracę i szczodry talent wielu pokoleń naszych przodków miasto Wilno zajmowało znaczące miejsce w dziejach i kulturze świata słowiańskiego. Wchodziło ono do gwiazdozbioru takich skarbnic, jak Praga, Kraków, Warszawa, Sankt Petersburg, Kijów, Moskwa a dla wschodniego Słowiaństwa na przestrzeni wielu wieków służyło jako otwarta brama do cywilizacji europejskiej. Wystarczy wspomnieć imię sławnego syna narodu białoruskiego Franciszka Skoryny i zapoczątkowaną przez niego działalność oświatowo-wydawniczą we Wschodniej Europie, najstarszy na terenie wschodniego Słowiaństwa Uniwersytet Wileński, większość studentów i wykładowców stanowili reprezentanci ziem białoruskich.
W styczniu 1920 roku politykierzy bolszewiccy potwierdzili swój akt zdrady i obrazy interesów ogólnosłowiańskich na posiedzeniu Ligi Narodów w Genewie. Delegacja Białorusi w pracy Ligi Narodów nie uczestniczyła; jej interesów miała bronić delegacja Federacji Rosyjskiej, która faktycznie błogosławiła akt oderwania Wileńszczyzny od Białorusi (...). Jak oświadczyła w swej uchwale Białoruska Narodowo-Patriotyczna Narada (Praga 1921 r.), kwestia wileńska „została rozstrzygnięta bez udziału narodu białoruskiego, a nawet bez formalnego zapoznania się z jego wolą. Narada uważa decyzje Ligi Narodów za czasowe aż do momentu zwołania najwyższego organu prawodawczego Białorusi, do którego wyłącznej gestii należeć będzie prawo określenia północnych granic Białorusi.”
Ryski układ pokojowy (18 marca 1921 r.) został zawarty według wcześniejszego scenariusza bolszewickiego bez udziału delegacji białoruskiej i doprowadził do kolejnego rozczłonkowania białoruskiego terenu etnicznego. W 20-30 latach Wilno było ośrodkiem narodowo-wyzwoleńczego ruchu Zachodniej Białorusi. Tutaj znajdowały się siedziby wszystkich białoruskich partii politycznych łącznie z KPZB i BSR Hramada, instytucje społeczno-kulturalne, redakcje licznych białoruskich gazet i czasopism.
Jeszcze w czasach Franciszka Skoryny mieszkańcy Wileńszczyzny brali czynny udział w białoruskim ruchu politycznym i kulturalnym. (...) Najważniejszym argumentem na korzyść tezy o białoruskości Kraju Wileńskiego jest mowa jego mieszkańców – naturalny dialekt białoruski.
O białoruskich korzeniach etnicznych ludności Wileńszczyzny świadczy też tradycyjny folklor, jaki tu istnieje, pieśni kupalskie, żniwne, weselne. Ni litewskiego, ni polskiego folkloru mieszkańcy siół podwileńskich nie znają”. [Należy w tym miejscu przypomnić, że przodkami Białorusinów są Radymicze, którzy w VII wieku znad Wisły przenieśli się nad Niemen i Soż].
Na początku II wojny światowej kraje nadbałtyckie dały się wciągnąć do niebezpiecznych rozgrywek politycznych, a litewskie kierownictwo, po przyjęciu reguł tej gry, spodziewało się wszelkimi możliwymi środkami zdobyć dla siebie maksymalne zyski. W 1939 roku rząd litewski podpisuje układ „o pomocy wzajemnej” ze stalinowskim kierownictwem ZSRR, na mocy którego Litwie został przekazany Kraj Wileński i miasto Wilno, oderwane od Białorusi, w zamian za zgodę rozlokowania sowieckich baz wojskowych na terytorium litewskim. Ten wiarołomny geszeft dokonany został wbrew woli rdzennej ludności Wileńszczyzny, a Litwa zapłaciła za niego niepodległością państwa.
Aby usprawiedliwić decyzję o przekazaniu Litwie terenów zachodniobiałoruskich, decyzji podjętych w Moskwie i Berlinie, oto już w ciągu pół stulecia realizowana jest na poziomie państwowym konsekwentna polityka dezinformacji i kłamstwa, która przyniosła jakie takie wyniki, doprowadziła do ustalenia się w prasie i wśród ludności zafałszowanych prolitewskich wyobrażeń o historii rosyjsko- i białorusko-litewskich stosunków, w szczególności o „odzyskaniu” Wilna i Kraju Wileńskiego przez Republikę Litewską.
W warunkach totalitarnego systemu jednopartyjnego wszystkie służby ideologiczne i informacyjne były jednostronnie orientowane na usprawiedliwienie ustępstw terytorialnych Litwie za koszt Białorusi (...). Władze oficjalne i środki masowego przekazu kontynuują propagandę uproszczonych schematów politycznych, wygodnych tylko dwóm stronom (Litwie i byłemu ZSRR). Blokuje się obiektywną informację i dokładną naukowo-politologiczną analizę zagadnienia. (...) Obrabowany i zakompleksiony przez stalinizm naród nie ma możliwości potępienia zbrodni dokonanej za jego plecami stulecia temu. Ofiara tej zbrodni pozostaje w sytuacji zupełnej (zewnętrznej i wewnętrznej) blokady informacyjnej. Źródła białoruskiej „samoblokady” w czasach, gdy każdy naród głośno mówi o swych prawach i godności narodowej, tkwią w upośledzonym, bezprawnym, półniewolniczym stanie narodu oto już od dwustu lat pozbawionego własnej państwowości i demokratycznych instytucji władzy, który stracił już wiarę w polityczną obronę swych interesów.
A jednak tysiącletnia historia narodu i jego bogate dziedzictwo nie mogło być pohańbione, wyrzucone na komunistyczny śmietnik, aby na oczyszczonym w ten sposób miejscu budować nową ponadnarodową kulturę. Nie należy zapominać o naszym wspólnym dziedzictwie i naszych etnogenetycznych więzach krwi z wileńskimi Białorusinami-Polakami, „tutejszymi”, którzy nie z własnej woli okazali się w składzie Republiki Litewskiej. Ich przodkowie spodziewali się odrodzenia niepodległej i niepodzielnej Białorusi na całym białoruskim areale etnicznym. Ich potomkowie, sztucznie oderwani od swego jądra etnicznego, stali się nie tylko świadkami, ale i ofiarami polityki imperialnej „dziel i rządź” i jako wynik realnego zagrożenia letuwizacji Białorusinów. W takich okolicznościach walka o samowyzwolenie nieprzypadkowo poszła pod znakiem konfesji polskiej, zachowania w sobie jeśli nie białoruskiej, to w każdym razie słowiańskiej tożsamości.
Oto już przez stulecia Białorusini – „tutejsi” figurują w oficjalnych dokumentach pod nazwą „Polaków”. I stało się to nie na skutek jakiejś metamorfozy ich etnokulturowej istoty. Zjawienie się Białorusinów – „tutejszych” w ich nowej, polskiej postaci – to nie transformacja etnokulturowa, lecz przede wszystkim wybór polityczny. Jednocześnie był to i instynkt samozachowania przed letuwizacją i rusyfikacją, wołanie o pomoc skierowane na zachód do swoich polskich współwyznawców w nadziei na poparcie i obronę. Bo Białoruś pod dyktaturą KPZR-KPB znajdowała się w sytuacji półkolonii, była zbyt sparaliżowana przez lęk, by móc bronić swych rodzonych braci.
A co na to nowa, odradzająca się Białoruś, wyzwalająca się z letargu i pęt totalitaryzmu? (...) Kontynuowane jest przemilczanie niewygodnych faktów, a dla usprawiedliwienia wątpliwych koncepcji znajduje się setki dowodów. Tak nieoczekiwanie się wspomni, że wyjawienie prawdy historycznej o naszej narodowej tragedii jest sprzeczne z układami helsińskimi. Tu postrasza Jugosławia czy Karabachem, tam uspokajająco dowodzą, że sama „zaprzyjaźniona” Litwa szczerze dba o nieliczną diasporę białoruską (jakimś cudem ocalałą po wieloletnim etnocydzie), wreszcie postraszą polską aneksjąa Wileńskiego i Grodzieńskiego regionu.
Nietrudno zrozumieć, że takiego typu dowody i oceny sytuacji, wypracowane w warunkach myślenia imperialnego, nie służą obiektywnej, wszechstronnej analizie i konstruktywnemu rozstrzyganiu istniejących problemów. (...) Jaskrawym przykładem słabości dotychczasowych władz Białorusi była ich „zdolność” chodzenia w korycie obcych doktryn i stereotypów w pytaniu o udziale w stosunkach białorusko-litewskich (w tym też w terytorialnym rozgraniczeniu) tzw. „trzeciej strony”. Wspomnijmy, że bez udziału „trzeciej strony” (bez Białorusi) rozstrzygane były przez dyplomatów Rosji i Litwy zagadnienia o przekazaniu Litwie w 1920 roku Wilna i Grodna, a w 1939 – Wileńszczyzny. Litwa, będąca inicjatorką tej agresywnej akcji, i Rosja z procentami wykorzystali tę formułę w celu osiągnięcia celów imperialnych, nie zwracając przy tym uwagi na „stronę trzecią”, której kosztem zaspokajały swe apetyty. Polityczna gra w „trzeciego liszniego” została zaproponowana przez dyplomatów litewskich i obecnie w stosunku do białorusko-litewskiego rozgraniczenia. Tym razem kierownictwo litewskie, dyktując swe reguły gry, dąży do pogłębienia podziałów między krajami słowiańskimi i niedopuszczania „trzeciego liszniego”, Rosji, do udziału w uregulowaniu stosunków międzyetnicznych, chociaż kwestia ta dotyczy właśnie oceny i rewizji dwustronnych imperialistycznych umów między Litwą a Rosją”. (...).
Autorzy listu do „Zwiazdy” domagają się od władz Republiki Białoruś natychmiastowego zajęcia się kwestią Wileńszczyzny, opracowania koncepcji i planu działań, podjęcia rozmów z Rosją i Litwą w celu „zwrotu” Wileńszczyzny dla słowiańskiej Białorusi i oswobodzenia tamtejszej ludności spod jarzma lietuwiskiego szowinizmu.
Warto zaznaczyć, że wśród autorów apelu są tak znane nazwiska, jak profesora R. Hareckiego, profesora M. Jarmalowicza, pisarzy M. Lużanina, A. Lisa, B. Saczanki, J. Lecki, historyków S. Ciarochina, W. Citowa, W. Siuczyka. Tekst ten nie jest czymś incydentalnym, lecz wyraża pewien nabierający mocy nurt myślenia i ruchu politycznego, który może w najbliższej przyszłości stać się dominującym w politycznym życiu Białorusi. Strona polska nie może i w tej sytuacji okazać się nieprzygotowana i zagubiona, jak to było niedawno w obliczu rozpadu ZSRR i konieczności bronienia swych interesów na Wschodzie.
Nie będziemy tu z braku miejsca podejmować polemiki z częściowo bezpodstawnymi sformułowaniami listu białoruskich intelektualistów, którego poszczególne fragmenty brzmią, jakby żywcem wzięte z elaboratów tępych lietuwiskich polonofobów, bo są tu także jednak myśli słuszne, interesujące i godne uwagi. Niektóre „ważne osoby” w Polsce już zareagowały na powyższy apel Białorusinów. Jak łatwo się domyśleć, uczyniły to w duchu histerycznie antybiałoruskim i serwilistycznie prolitewskim. Podobna „mądrość” niektórych „polskich” pism i polityków nikogo już nie dziwi i nie warto o niej mówić. Wydaje się natomiast celowe podkreślić, że o losach mieszkańców Wileńszczyzny (85 proc. z nich to Polacy) nie powinny decydować ani Mińsk, ani Kaunas, ani Moskwa, ani Warszawa, lecz tylko i wyłącznie ona sama. Jedynym, zgodnym z duchem naszych czasów i normami prawa narodów wyjściem byłoby rozpisanie pod auspicjami ONZ (a jeszcze lepiej USA, jako mocarstwa o ogromnym potencjale i tradycji demokratycznej) referendum na wszystkich terenach polskich okupowanych przez ZSRR w 1939 roku. Niech ludzie sami zadecydują, czy chcą być obywatelami Białorusi, Ukrainy, Litwy czy Polski. Ich wola musi być obowiązująca, a nie arbitralne decyzje wielkich i małych państw imperialistycznych.
Nie ma żadnych poważnych, racjonalnych powodów, by właśnie ta, od 200 lat dręczona przez rozmaitych okupantów ludność była nadal pozbawiona prawa głosu i podstawowych praw człowieka.
Opracował
dr Jan Ciechanowicz,
Wilno”
Ten tekst został także opublikowanz w piśmie „Horyzonty” (Stevens Point) 28 marca 1992.

* * *

Panorama”, Chicago, 17 kwietnia 1992:

Przyjaciele i wrogowie Wileńszczyzny
Jak wiadomo, północna część Wileńszczyzny, wchodząca obecnie razem z Wilnem w skład Republiki Litewskiej, od wielu wieków stanowiła jedną z najmocniejszych ostoi kultury polskiej. Zasiedlona jeszcze w połowie VI wieku przez słowiańskie szczepy lechickie, które tu przywędrowały z dorzecza Wisły, w ciągu stuleci wytworzyła specyficzny odłam narodu polskiego i swoistą odmianę kultury polskiej. Na przestrzeni całych swych dziejów zmuszona była stawiać czoła zarówno imperializmowi niemieckiemu, jak i żmudzko-litewskiemu, które z reguły łączyły swe wysiłki w próbach fizycznej i duchowej eksterminacji rdzennej ludności lechickiej Kraju Wileńskiego, jak. to np. miało miejsce w okresie 1939-1989.
Obecnie ruch polski na Wileńszczyźnie, zajmowanej przez litewską Żmudź, a zasiedlonej w około 80 proc. przez Polaków, wykazuje znaczny dynamizm i, chociaż jest płynny oraz wewnętrznie zróżnicowany, to jednak nie rozbity. Z powszechnego ruchu narodowo-wyzwoleńczego wyłamują się tylko nieliczne grupki częściowo obcych narodowo „działaczy”, niedawnych funkcjonariuszy sowieckich organów represyjnych i partyjno-komunistycznych, za którymi nie stoi żaden odłam tutejszej społeczności polskiej.
Poszczególne nurty polskiego życia politycznego na współczesnej Wileńszczyźnie dałoby się umownie podzielić na następujące orientacje:
1. NURT AUTONOMIZACYJNY, dzielący się z kolei na dwa odłamy: pierwszy, bardziej stanowczy, postuluje utworzenie Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego z własnym statusem w składzie Republiki Litewskiej (czołowi przedstawiciele to Anicet Brodawski, deputowany ludowy byłego ZSRR, przewodniczący samorządu regionu wileńskiego, dziś zawieszony w pełnieniu obowiązków, oraz Stanisław Pieszko, członek Rady Najwyższej Republiki Litewskiej); drugi, bardziej lojalistyczny, prosi tylko o wykonanie decyzji Rady Najwyższej Republiki Litewskiej ze stycznia 1991 roku o utworzeniu w składzie Litwy osobnego polskiego powiatu z ograniczonym samorządem (czołowi reprezentanci to tacy członkowie parlamentu litewskiego, jak Ryszard Maciejkianiec, Edward Tomaszewicz i in.; bardzo zbliżone stanowisko reprezentują Jan Sienkiewicz i Jan Mincewicz czyli były oraz aktualny przewodniczący ZG Związku Polaków na Litwie). Ta linia ma pewną liczbę zwolenników wśród mieszkańców Wilna i okolic.
2. NURT PROSŁOWIAŃSKI, reprezentowany przez Czesława Wysockiego i Adama Monkiewicza (ukrywających się przed władzami Landsberga), obecnie raczej nieliczny, bazował na przeświadczeniu, słusznym skądinąd, że Litwini po odzyskaniu pełnej swobody ruchów pierwsze, co zrobią, to zniszczą Polaków, a więc trzymanie się Rosjan, jako Słowian, miałoby dawać jakąś szansę na przetrwanie. Obecnie ta orientacja przekształca się w probiałoruską, postulującą przyłączenie całej Wileńszczyzny do Białorusi w charakterze autonomicznej polskiej jednostki administracyjnej. Linia ta, chociaż na razie niezbyt znacząca, przybiera na sile na skutek coraz to nowych posunięć antypolskich władz litewskich.
3. NURT NIEPODLEGŁOŚCIOWY, uważający sowiecką aneksję Wschodniej Polski za nieważną od początku z punktu widzenia prawno-politycznego, i domagający się zwrotu zebranych w 1939 roku terenów ich prawowitemu właścicielowi, czyli Rzeczypospolitej. Tym bardziej, że władze byłych republik sowieckich nadal w sposób drastyczny dyskryminują ludność polską i pozbawiają ją podstawowych praw człowieka. Linię tę reprezentowała w okresie 1990-1991 Polska Partia Praw Człowieka z przewodniczącym Janem Ciechanowiczem, obecnie rozwiązana. Ten nurt łączą ściśle więzy ideowe z patriotycznymi i niepodległościowymi ugrupowaniami w Kraju i na Zachodzie, a wśród polskiej ludności Wileńszczyzny ma on największe wsparcie moralne. W obecnej sytuacji politycznej nie ma on jednak możliwości legalnego działania.
4. NURT MERKANTYLNO-SERWILISTYCZNY, reprezentowany zaledwie przez kilkudziesięciu osobników, związanych z funkcjonowaniem rządowych polskojęzycznych mass mediów litewskich, lecz tworzący pozory czegoś znaczącego z powodu tego, iż w ich ręku się właśnie znajdują środki propagandy. Są to bez wyjątku ludzie należący niedawno do grona zaufanych pracowników władz komunistycznych (osobiście więc skompromitowani i dlatego gorliwie wysługujący się nowym mocodawcom), tacy jak Zbigniew Balcewicz czy Romuald Mieczkowski. Głównym ich zadaniem, które wykonują na zlecenie władz landsbergowskich, jest dyskredytacja „radykalnych”, czyli uczciwych, odłamów polskiego ruchu narodowego na Wileńszczyźnie. Grupa ta korzysta z zmasowanego wsparcia finansowo-propagandowego nie tylko ze strony rządu Landsberga, ale i od takich środowisk w Polsce, jak „Gazeta Wyborcza”, „Res Publica”, Unia Demokratyczna, Kongres Liberalno-Demokratyczny. Do tegoż nurtu należą: Czesław Okińczyc, nominalny „właściciel” gazety „Znad Willi”, polskojęzycznego organu Sajudisu, członek Frakcji Polskiej w RN RP; Artur Prokszto, redaktor naczelny „Naszej Gazety”, biuletynu ZG ZPL; Medard Czobot, członek RN RL, Wojniło, Maksymowicz etc.Ten nurt traktuje „kwestię polską” w Litwie przez pryzmat raczej prywatnych celów i interesów. [Szereg z nich swymi donosami w okresie sowieckiej okupacji nieźle zalewało gorącego sadła za skórę patriotycznym Litwinom, łamiąc im kariery i życie].
Wszystkie te nurty zmieniają w zależności od konkretnej sytuacji politycznej te czy inne hasła taktyczne, porzucają jednych i zyskują innych sojuszników. Mają one jednak wyraziście określone kontury na mapie politycznej dzisiejszej Wileńszczyzny. Te nurty ruchu polskiego, które próbują tak czy inaczej bronić ludzkich praw ludności polskiej, są nieprzyjaźnie traktowane przez władze Litwy, jak i przez rozmaite narodowe organizacje litewskie i rosyjskie.
Edmund Rutkowski, Wilno

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza