sobota, 2 lutego 2019

SCORPIONOMACHIA cz. 5 - Polemiki o „kwestii polskiej” w Wilnie, 1978-2015 [MATERIAŁY PRASOWE]


* * *

Biały Orzeł”, 19 kwietnia 1992:

„Z LITWY
Fides Lithuaniae czyli Endloesung der Polenfrage
Jan Ciechanowicz

W niedawno podpisanej wspólnej Deklaracji polsko-litewskiej mowa jest m.in. o tym, że obydwie wysokie strony nie będą podejmować działań, zmierzających do zmiany struktury etnicznej na terenach, zamieszkałych przez ludność litewską w Polsce, a polską – w Litwie. Strona polska słowa dotrzymuje.
Tymczasem władze landsbergowskie na Litwie zwielokrotniły ostatnio wysiłki, zmierzające ku temu, by uczynić z ludności polskiej na okupowanej od 1939 r. Wileńszczyźnie nie większość, jak było dotychczas, lecz mniejszość. Przy tym działa się dokładnie według schematów już sprawdzonych w nieodległej przeszłości komunistycznej. Litewscy komuniści zamykali przymusowo polskie szkoły, otwierając w ich miejsce rosyjskie. Obecni litewscy „demokraci” sprawujący nieograniczoną władzę dyktatorską na polskich terenach w myśl zasad tzw. „komisarycznego zarządzania”, a wywodzący się w 99 proc. z nomenklatury sowieckiej, na wszelkie możliwe sposoby sabotują proces prawdziwej reprywatyzacji i z reguły nie zwracają ziemi Polakom nawet posiadającym dokumenty, poświadczające ich prawo do tych czy innych gruntów, podczas gdy z Litwy etnicznej masowo sprowadza się na polską Wileńszczyznę osadników, nadaje się im natychmiast ziemię odebraną Polakom, teren pod zabudowę i działki, wspomaga finansowo, transportem, materiałami budowlanymi.
Na Żmudzi drastycznie spadły ceny na mieszkania, gdyż wielu Litwinów pozostawiło własne domostwa i runęło na kolonizację Wileńszczyzny, traktowanej jako „doniosłe zadanie narodowe”.
Władze litewskie ściągają na tereny podwileńskie także obcoplemiennych osadników z Petersburga i innych miast rosyjskich, nadają w trybie przyspieszonym ziemię przyjezdnym Rosjanom, Tatarom, Kazachom, Cyganom, byle tylko nie zwrócić jej Polakom. To drastyczne łamanie nie tylko ustaleń dwustronnej umowy międzypaństwowej, mającej przecież wiążącą moc prawną dla obu stron, ale i postanowień helsińskich, strona litewska realizuje otwarcie i cynicznie, nie zważając ani na protesty miejscowej ludności, ani na społeczność międzynarodową, ani na władze RP, które zachowują się tak, jakby wody w usta nabrały, znów udając, że „wszystko w porządku”, a kto śmie temu przeczyć – to „prowokator”...
Oczywiście, władze Litwy, w celu zamydlenia oczu opinii międzynarodowej, mają pod ręką zawsze paru „szabesgojów” niby to polskiego pochodzenia, którzy każdego będą zapewniać, że Polakom na Litwie wiedzie się wyśmienicie, a nawet niekiedy zwracają też ziemię Polakom, by móc zaraz wskazać palcem – patrzcie, oto Polak, nieprawda, że my preferujemy Litwinów. Lecz ta prymitywna perfidia tylko podkreśla dobrze znaną Polakom Kresowym prawdę, że zarówno Rosjanie, jak i ich uczniowie Litwini, podpisują wszelkie deklaracje tylko i wyłącznie po to, by ich nie wykonywać, by za ich pomocą paraliżować naiwnego partnera, sami zaś w tym czasie na całego załatwiają własny interes, ignorując prawo, normy dobrego tonu i zasady moralności, do których nie przywiązują – jako należący do cywilizacji bizantyjskiej – żadnej wagi.
Za ilustrację niech posłuży wystosowany w końcu marca 1992 roku list mieszkańców jednej z wsi podwileńskich do Prezydenta RP Lecha Wałęsy i do Przewodniczącego Rady Najwyższej RL V. Landsberga. Sytuacja, jaka się wytworzyła w tej wsi, jest typowa dla całej Wileńszczyzny, na której masowo jest realizowany proces pełzającego ludobójstwa na części Narodu Polskiego.
Jesteśmy Polakami, rdzennymi mieszkańcami podwileńskiej wsi Skojdziszki, odległej o 12 km od Wilna. Zwracamy się do Pana i uprzejmie prosimy o pomoc, która jest tak ważna i potrzebna dla nas w chwili obecnej. Od momentu ogłoszenia prywatyzacji ziemi na Litwie upłynęło wiele czasu, jednak w naszej gminie i okolicach ziemia praktycznie nie jest zwracana jej byłym właścicielom, lub zwraca się ją z wyjątkowo dużym trudem.
Bez władzy rejonowej na byłej naszej ziemi pełnomocnik rządu masowo przydziela działki przyzagrodowe oraz działki pod budownictwo nie rdzennym, lecz przybyłym ludziom. Nasi mieszkańcy, których ziemie oddano dla „wielkiego Wilna”, nie otrzymują w zamian nic. Wszystko to się robi w rychłym tempie i nawet władze zachęcają litewskich przybyszów do brania ziemi. Życie staje się bardzo trudne i z ziemią, która od wieków była naszą żywicielką, wiążemy i obecnie swój los, bo jest to dla nas jedyne źródło utrzymania.
Jesteśmy przekonani, że władze litewskie prowadzą świadomą politykę w tym kierunku, by Polaków pozbawić własnej ziemi, by Polacy byli zależni, biedni, rozproszeni i nie mieli własnego zdania. Ta idea urzeczywistnia się w oparciu o plany zbudowania „wielkiego Wilna”. Prywatyzacja ziemi na Wileńszczyźnie w jej obecnym wydaniu – to jedynie pozorne hasło, celem zaś faktycznym jest likwidacja polskości.
Prosimy o pomoc!”
Następuje 119 podpisów.

Tenże tekst ukazał się w nowojorskim tygodniku „Polski Przewodnik” 8 maja 1992 roku.

* * *

„Jan Ciechanowicz invites
by Yale Law School

Yale Law School's Allard K. Lowenstein International Human Rights Law project invited Prof. Ciechanowicz, formnerly a member of the Supreme Soviet from Vilnius area before that body was dissolved, and also President of the Polish Human Rights Party, was invited by the Yale Law School to address a symposium on „Evolving Boundaries of Self-Determination” was heid Saturday, April 11,1992.
Ciechanowicz was invited to be on the panel addressing the question of „Third Party Intervention,” in recognition of several efforts to bring the plight of the Poles in Lithuania to world attention, and to enlist the intervention of different international bodies such as the Council of Europe and the United Nations in the Polish community's struggle for cultural survival, political, economic and human rights at the hands of the Lithuanian majority.
Dr. Ciechanowicz was invited to explain the situation of the Polish minority in Lithuania, describe measures attempted to protect them and preserve Polish culture, and to explore the role of govemmental and non-govemmental bodies in the world community in the Poles' struggie for survival.
By posing the questions, Yale Law School does a lot to recognize the seriousness and potential for violence posed by Lithuanian pressure on the Poles”.

* * *

Głos” (Nowy Jork), kwiecień 1992:

Smutne relacje z Litwy
Podczas trzydniowego pobytu w Wilnie 2/16-2/19, 1992 wstąpiłem pod adres ulica Wielka Nr 40 (Didzoji). Brązowa, niepokaźnych rozmiarów tabliczka informowała, że mieści się tam Związek Polaków na Litwie. Obskórne wejście i klatka schodowa nie napawały optymizmem. Wewnątrz przywitała nas kierownik ds. kultury, pani Skakowska. Ta bardzo dzielna kobieta, dowiedziawszy się skąd przybywamy, zapytała: „Panie, czy nie ma już Boga i ludzi na ziemi?” Pokrótce przedstawiła sprawę ludności polskiej po rozwiązaniu Rad Wileńskiej i Solecznikowej.
W czasie, gdy świat zrzucił jarzmo totalitaryzmu i zwrócił twarz ku demokracji, szowinistyczny terror litewski funkcjonuje w najlepsze i ma się bardzo dobrze. Posypały się fakty masowych prześladowań na tle narodowościowym – użycie broni przez wojsko litewskie (formacje „Żelazny Wilk”) przeciw cywilnej ludności polskiej. W niedzielę 29 grudnia 1991 roku w Niemenczynie bezprawne zagrabienie kościołów i zakaz odprawiania mszy świętej w języku ojczystym. Z informacji, które uzyskałem, wynika, że do dyspozycji Polaków oddano jeden kościół, zaś w Ostrej Bramie drugi. Pozwolono na jednogodzinne nabożeństwo dziennie. Na próżno Związek czyni starania o zwrot budynku Teatru Polskiego, wybudowanego przez Polaków za polskie pieniądze, a bezprawnie przywłaszczonego przez Litwinów. Masowe zwolnienia z pracy, przymusowa zmiana obywatelstwa oraz nazwisk prowadzą prosto do zatarcia wszelkich śladów Polaków i tylko temu celowi służą.
Jestem naocznym świadkiem zmiany nazwiska mego znajomego, pana Czesława Szutowicza na Sutavicus. Przy alternatywie zmiany nazwiska na litewskie lub utraty pracy w razie sprzeciwów (znajomy jest zastępcą kierownika w jednym z wileńskich zakładów pracy), wybrał pierwsze, gdyż ma rodzinę i pozostałby bez środków do życia w wypadku utraty pracy. Nie można ludzi za to winić, że są bezradni i nie mają możliwości skutecznego bronienia się.
Mnożą się represje w stosunku do Polaków aktywnie domagających się swych słusznych praw (wszczynanie nieuzasadnionych śledztw, inwigilacja, przesłuchania prokuratorskie oraz częste pobicia).
Masowo pozbawia się inteligencję sprawowania kierowniczych stanowisk, by tym łatwiej infamować Związek Polaków na Litwie i skierować bezwolną masę ludzką w akty jawnej wrogości i szykanowania naszej społeczności. Narasta to lawinowo i niedługo trudno będzie poruszać się ulicami, gdyż w przypadku rozpoznania grozić to będzie represjami ze strony ludności litewskiej. Wszystko to dzieje się dlatego, że ludzie ci są Polakami, są z tego dumni i za wszelką cenę chcą tę przynależność utrzymać.
Po spotkaniu z p. Janem Ciechanowiczem – byłym senatorem i wielkim patriotą polskim, obecnie bez pracy; p. Arturem Ploksztą – redaktorem pisma Związku Polaków „Nasza Gazeta”; po rozmowie telefonicznej z p. Janem Mincewiczem – przewodniczącym Związku Polaków na Litwie oraz z p. Ryszardem Maciejkianiecem – przewodniczącym Frakcji Polskiej przy Parlamencie Litewskim, poznałem ogrom nieszczęść i prześladowań, jakich na co dzień doznają Polacy w nagrodę za pomoc okazaną Litwie w odzyskaniu niepodległości. Obraz ten dopełniły rozmowy z kilkoma przypadkowo poznanymi Polakami, których wypowiedzi jednoznacznie określiły rasistowski charakter polityki litewskiej.
Pytanie pani Skakowskiej jest jak najbardziej uzasadnione. Polska społeczność na Litwie pozostawiona jest na pastwę losu. Możliwości w walce o swoje słuszne prawa już wyczerpała. Potrzebna jej jest szeroko zakrojona pomoc ze strony Polonii Amerykańskiej oraz instytucji międzynarodowych, walczących o przestrzeganie praw człowieka i obywatela. Z upadkiem komunizmu trysnęły nastroje wyrażające tożsamość polską. Trysnęły żywiołowo, lecz w miarę upływu czasu zanikają i przybierają tendencję wsteczną. Bezbronni ludzie – stanowiący mniejszość etniczną, nie mogą oprzeć się fali prześladowań.
Należy zdać sobie sprawę z negatywnych konsekwencji wynikłych z bierności demokratycznego świata.
Prześladowania mniejszości etnicznych i pozbawianie ich praw do życia oraz samookreślenia ma swoją nazwę i musi być zakończone w sposób bezwzględny. Przez wyżej wymienionych liderów Związku Polaków na Litwie zostałem poproszony o zwrócenie się do instytucji polskich i międzynarodowych oraz prasy o pomoc w doprowadzeniu do zaprzestania represji przeciwko ludności polskiej. W imieniu Związku Polaków na Litwie i wszystkich Polaków mieszkających tam zwracam się z gorącym apelem do całej prasy polskojęzycznej, a przez nią do Międzynarodowego Kongresu Polonii Amerykańskiej, rządów USA i RP oraz instytucji międzynarodowych strzegących praw człowieka i obywatela o wywarcie silnej presji na władze litewskie w celu zaprzestania barbarzyńskich praktyk.
Pozwólmy tym ludziom żyć i kultywować własne wartości, których nikt nikogo pozbawić nie może. Dołóżmy wszelkich starań, by miniony okres szybko stał się historią i w życiu Polonii zapanowała normalność.
Pamiętajmy – nie chodzi tu o przesunięcie granic czy wzniecanie nacjonalizmu, lecz tylko zapewnienie podstawowych praw człowieka, które to prawa przysługują każdemu i muszą być respektowane.
Andrzej Makarewicz

* * *

The Guard – Straż” (Scranton), 9 kwietnia 1992:

Poles Seek Human Rights
by Jan Ciechanowicz
As a Christian I have always believed in communication and human rights. I had my children blessed in a church when the communists persecuted us and badgered those seeking freedom. lt is only natural that I share news of human right’s violations and in a Christian spirit, aspire to have human rights.
As I compose this sharing, Polish members of the Lithuanian Parliament have went on strike. The Sajudis government continues to fire ethnic Polish workers. The only free Polish newspaper is continuously harassed. Efforts to have Polish religious rights are curtailed. Colonization of territory, that has been Polish, since at least the 1300s, oes unabated.
The one wish of our nearly half million group souls, and in step with times, is to have the rights of man, under the auspices of the United Nations (and even better, with USA approval, as a super power with a democratic tradition). We need a referendum concerning the Poles and our land taken. We have lived here since at least recorded documents of the area (1300s). Ouf situation is a result of the Hitler-Stalin Treaty and the last partition of Poland (that included invasion). Let us native Poles here in Vilnoland decide, ourselves, if we want to be part of Belarus, Ukraine, Lithuania, Poland, or have self rule.
Let us, here, in Vilnoland, have the right of every small and large country. After all, this is a time when Christianity is being more and more respected in our Eastern Europe. There is no rational reasoning why, for 200 years, with a small 20 year break, we have been ruled by alien different occupants. Today we still have no rights to decide our own future and to have human rights. We continue to be colonized.

* * *

Wydawane przez bezpiekę litewską pisma „Vilnia”,Kurier Wileński”, kilkadziesiąt innych periodyków na Litwie opublikowało w styczniu-kwietniu 1992 zorganizowany przez bezpiekę „List otwarty” „grupy osób” (nie znających się zresztą nawzajem):

„7 kwietnia 1992 r.
Polecamy uwadze Czytelników przekazany naszej redakcji w ubiegły piątek przez agencję ELTA list otwarty do Prezydenta RP Lecha Wałęsy, podpisany przez 39 mieszkańców Wileńszczyzny.

List otwarty
DO PANA PREZYDENTA
RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
LECHA WAŁĘSY

Wielce Szanowny Panie Prezydencie,
niedawno na łamach niektórych gazet litewskich z wielkim zainteresowaniem i ogromnym zdziwieniem przeczytaliśmy Pański list do przewodniczącego Rady Najwyższej Republiki Litewskiej p. W. Landsbergisa. Niestety, musimy zaznaczyć, że nie przysłużyło się to wzajemnemu zrozumieniu i nawiązaniu szczerego dialogu między Polską a Litwą.
W Pańskim liście, Panie Prezydencie, ocena sytuacji politycznej mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie nie odpowiada rzeczywistości. Taką opinię władz państwowych Polski można ocenić jako cios wymierzony przeciwko narodowi i kierownictwu Litwy. Obecnie władze litewskie z szacunkiem traktują nie tylko zamieszkałych na terenie Litwy Polaków, ale też wszystkie inne narodowości. Polacy, Rosjanie, Białorusini, Żydzi i wszyscy inni korzystają z wszystkich praw obywatelskich przewidzianych w Konstytucji, jak i sami Litwini. Tym bardziej nikt nie krzywdzi Polaków i nikt nie prześladuje. Bardzo więc żałujemy, że p. Prezydent nie zasięgnął tej obiektywnej informacji, a skorzystał z danych pochodzących z kół prokomunistycznych i wrogich odrodzeniu państwowości Litwy.
Polacy deputowani z ramienia Wileńszczyzny z początku swojej nieudanej akcji politycznej byli zawsze z siłami konserwatywnymi Kremla, przeciwko dążeniom niepodległościowym narodu litewskiego. Szczególnie wyróżnili się swoją wrogą działalnością deputowani ZSRR J. Ciechanowicz i A. Brodawski. Czynny udział w organizacji przewrotu sierpniowego brali prawie wszyscy deputowani frakcji polskiej Rady Najwyższej Litwy, po swojej sierpniowej klęsce nie tylko oni, lecz i większość promoskiewskich komunistów przeszła do szeregów Związku Polaków na Litwie i szkodzą interesom naszego państwa, przeciwstawiając się polityce rolnej na wsi. Oto dlaczego decyzją parlamentu zostały rozwiązane samorządy prokomunistyczne rejonów solecznickiego i wileńskiego oraz miasta Snieczkus, Rady gminne w Prienai i Wiewisie. Powzięta uchwała bynajmniej nie była wymierzona przeciwko mieszkańcom tych terenów, lecz aby położyć kres wrogiej działalności szkodzącej interesom państwa i miejscowej ludności. I my, Polacy, tę akcję kierownictwa republiki aprobujemy z całą stanowczością. Bo mamy dosyć panowania znienawidzonego ustroju radzieckiego. Dziwi nas rozpętana w Polsce przez niektóre ugrupowania polityczne kampania antylitewska. Obecne żądanie władz polskich w sprawie odwołania tych decyzji jest nie do wykonania. Nowe wybory samorządów rejonowych mogą być przeprowadzone dopiero po normalizacji sytuacji w tych rejonach i przeprowadzeniu desowietyzacji, dekagebizacji. I to jest najważniejsze w życiu naszej republiki. Bo chociaż Związek Radziecki już nie istnieje, to agitacja wywrotowa KGB, jak i partyjno-komunistyczna, działa w podziemiu. Udaremnienie wszystkich wrogich sił jest w interesach nie tylko narodu litewskiego, lecz i nas Polaków.
Szanowny Panie Prezydencie, zwracamy się z prośbą o zrozumienie wyżej wymienionych naszych realiów politycznych i kierować się nie kłamliwą informacją tak zwanych polskich działaczy z Wileńszczyzny, lecz zdaniem większości wszystkich mieszkańców. Jednocześnie zachęcamy do dobrej inicjatywy w sprawie uregulowania stosunków między Polską a Litwą.
Podpisali: Jan WOJTULEWICZ – rolnik, Józef GŁUCHOWSKI – przedstawiciel Samorządu Wileńskiego, Tadeusz GÓRSKI – pracownik handlu z Wilna, Wika CZERNIAWSKA – mieszkanka Solecznik, Józef TRYPUCKI – dyrektor szkoły, Stanisław BABICZ – członek spółki akcyjnej, Alfreda CIECHANOWICZ – nauczycielka oraz inni – ogółem 39 podpisów.
Wilno, 27 stycznia 1992 r.

Jak się udało ustalić, sygnatariuszki tego listu, jak np. A. Ciechanowicz i Wika Czerniawska nie były Polkami (pierwsza – Litwinka, druga – Rosjanka). a cała reszta znana w swych środowiskach jako donosiciele sowieckiego KGB przez ponad 10 ostatnich lat.

* * *

Najjaśniejszej Rzeczypospolitej”, 25 kwietnia 1992:

„Ponowna wizyta.
Prof. Jan Ciechanowicz w Ameryce.
Jan Ciechanowicz jest jedną z najbardziej popularnych postaci z Polaków na wschód od rzeki Bug. Dzięki jego działalności dla wielu ludzi jest legendą.
Ten sławny człowiek jako dziecko chodził do szkoły, w której około 90% dzieci było pochodzenia polskiego i zabroniono im używać języka polskiego. Jako młody człowiek wiedział, że Polski rejon był pod butem kolonistów i cel ich był wynarodowić Polaków, którzy stanowili większość na tych terenach. Jako dziecko słyszał często, że diabeł wywodzi się z narodu polskiego, że to jest naród imperialistów. Słyszał tylko negatywne opinie o swoim narodzie. Nawet nie mógł używać swojego Polskiego imienia.
Kiedy Ciechanowicz zaczął pracować na uniwersytecie, uczył studentów prawdy i powiedział studentom, że nie powinni wstydzić się swojego pochodzenia i bronić praw człowieka dla każdego. Powiedział też, jeżeli cały świat nie uznał paktu Ribbentrop-Mołotow (Hitlera-Stalina) nie powinien też uznać decyzji paktu o przyłączeniu ziem Polskich do ZSRR – tzn. Wileńszczyzny i zachodnich terenów Białorusi... Ten człowiek był bity psychicznie i fizycznie.
W czasie kampanii wyborczej cała prasa litewska atakowała go bez przebierania w środkach (TV i w gazetach). Jednak Ciechanowicz wygrał wybory i był członkiem parlamentu ZSRR. W Moskwie w parlamencie w oficjalny sposób bronił Polaków. Przez to Litwini wyrzucili go z pracy i ma trudności ze znalezieniem pracy. Żeby zarobić na utrzymanie swojej rodziny Jan musi pisać książki i występować jako mówca zagranicą w świecie Polonijnym.
W 10/91 Jan Ciechanowicz będzie w Washingtonie, Chicago, Detroit i wielu innych stanach. Jego książka „Na Wschód od Bugu” może być zakupiona w kilku miejscach i na adres CEH, Post Office Box 148, Rockville Ct. 06066 (Koszt $ 9.99 i koszty wysyłki $ 3.00).
Dr Benjamin Chapiński
redaktor naczelny
„Common European Home”

* * *

3 maja 1992 roku tygodnik polsko-amerykański „White Eagle – Biały Orzeł” (Ware, USA) zamieścił artykuł Jana Ciechanowicza pt.

Ksiądz Prałat Józef Obrembski. (Wspomnienie osobiste)”:
„Od 200 lat na wschodnich połaciach byłej Rzeczypospolitej zabranych przez Rosję kultura polska stawia czoło anihilującej ekspansji obcej i wrogiej duchowi świata grecko-rzymskiego, chrześcijańskiego. Niewiele środków mając do wyboru w obliczu barbarzyńskiego zaborcy, cywilizacja łacińska, uosabiana tu przez ludność polską, przeciwstawiła katowskim powrozom, szubienicom, krwawym pożogom, szatańskiej perfidii i azjatyckiemu okrucieństwu czystość chrześcijańskich serc, poczucie honoru i godności, uczciwość i prawdomówność, cichą pracę rąk i umysłów, a także – gdy zachodziła tego nieunikniona konieczność – bezgraniczną ofiarność i krew swych najlepszych synów. Nikt dziś bodaj nie byłby w stanie obliczyć, ile milionów Polaków oraz ich białoruskich, ukraińskich, żmudzkich pobratymców pochłonęło potworne imperium carów i bolszewików w ciągu ostatnich dwu stuleci. Miliony i miliony – to jest pewne. Były chwile, gdy się wydawało, że wielogłowa hydra zniszczyła już wszystko, nie pozostawiając ani korzonka, ani nasionka z pięknej cywilizacji, która kwitła tu w XV-XVII stuleciu, w okresie tzw. „polonizacji”, kiedy to bratnie narody, zjednoczone unią polityczną i świadomością wspólnego losu, tworzyły gigantyczny Commonwealth, zapowiadający zupełnie inne dzieje Europy, niż się to stało w wieku XVIII-XX. Zjednoczone wysiłki wrogów zewnętrznych i wewnętrznych doprowadziły do rozkładu i upadku najbardziej kulturalnego i demokratycznego państwa Europy Środkowej.
Szczególnie okrutny los spotkał ludność tych ziem w okresie panoszenia się tu bolszewizmu marksistowsko-rosyjskiego, który zgromadził pod swymi sztandarami obok garstki rozmaitych idealistów, śniących o świetlanej przyszłości (otoczenie Stalina postarało się, by nieomal wszyscy oni już przed 1938 rokiem spoczęli wiecznym snem w tajgach Sybiru), całe hordy zawistnego, ciemnego, zbuntowanego motłochu, przepojonego zwierzęcą nienawiścią do wszystkiego, co wyższe, co inne niż ta barbarzyńska masa. Sterowane przez sprytnych komisarzy otumanione masy, sztucznie trzymane w ciemnocie moralnej i umysłowej, od pewnego momentu zaczęły w ogóle zatracać oblicze ludzkie. Wydawało się, że z tego „holocaustu” nie ujdzie żywo żaden przyzwoity człowiek...
Lecz wyroki Opatrzności są niezbadane. Pamiętam, w roku 1978, gdy Karola Wojtyłę obrano na urząd papieski, powiedziałem do swego przyjaciela, znakomitego poety wileńskiego, Henryka Mażula, że w ciągu 15 lat ten człowiek zmieni świat nie do poznania... Pomyliłem się o jeden rok. Imperium „socjalistycznych” krętactw runęło pod własnym ciężarem. Ale tylko dlatego, że Polski Papież i Polski Kościół przecięli – głosząc wszem i wobec prawdę – pasy napędowe kłamstwa i lęku, łączące przez 73 lata zbójecką elitę bolszewizmu z wielomilionowymi rzeszami zniewolonych mas. Aż do „burzenia komuny” pobiegli nawet ci – by pozostać przy żłobie – co to ją jeszcze wczoraj buńczucznie „budowali”. Manipulacyjne kłamstwa marksizmu-leninizmu w konfrontacji bezpośredniej z wiecznymi prawdami chrześcijaństwa zaczęły początkowo tracić na blasku i sugestywności, potem wyblakły, następnie powtarzano je tylko pod przymusem i tonem coraz to bardziej ironicznym, aż wreszcie zaczęły budzić tylko szyderczy śmiech. Który zabija. A to już znaczyło definitywny kres tej nie tylko intelektualnej zbrodni... Nastąpiła „pierestrojka”...
Uznać wszelako wypada, że prawda nigdy nie zwycięża sama przez się, lecz dopiero poprzez działalność ludzi, którzy ją znają, wyznają, głoszą i bronią. I – jeśli trzeba – oddają za nią życie, także w ten sposób, że przez dziesięciolecia służą jej żmudną pracą, szczególnie w okresach, gdy się wydaje, że mrok jest zupełny, a na posępnym widnokręgu nie widać żadnego płomyka nadziei. Do takich ludzi na naszych Kresach Wschodnich należeli w pierwszej kolejności polscy kapłani katoliccy, którzy wiernie trwali przy Bogu i Ojczyźnie, a wokół nich się skupiał, powodowany niezawodnym instynktem, lud Boży, na który raz po raz spadały ciosy czerwonego młota i rosyjskiej nahajki. Język polski i europejski styl myślenia przetrwały na tych terenach tylko dzięki wysiłkom księży i tylko tam, gdzie oni byli. Poziom moralny i kulturalny miejscowości, w których zezwolono na działalność kościoła i kapłana, był zupełnie inny niż tam, gdzie kapłana zamordowano lub wywieziono, a świątynię zamknięto lub przekształcono w składowisko cementu albo w salę taneczną. Widać tę różnicę nie tylko w zachowaniu, lecz nawet w mimice i oczach mieszkańców odnośnych miejscowości.
Ten wielki trud Kapłana Polskiego domaga się, by o nim wiedziano, pamiętano, by go doceniano i by było się za niego wdzięcznym tym, dzięki którym człowieczeństwo zostało ocalone w piekle „budownictwa komunistycznego”...

* * *

Józef Obrembski przyszedł na świat 19 marca 1906 roku w miejscowości Skaszyn Nowy, Parafii Rossochackiej, Diecezji Łomżyńskiej z ojca Justyna Wincentego i matki Anny z domu Kołaczkowskiej. Ojciec był zagrodowym szlachcicem, hreczkosiejem, pamiętającym o honorze, do którego zobowiązuje herb Cholewa i wiara katolicka, a honor ten polegał m.in. na tym, by wychowywać dzieci na porządnych ludzi i dać im w miarę możliwości staranne wykształcenie. Kołaczkowscy zresztą też posiadali herb własny i też swój honor mieli. Co do spraw wychowawczych tedy w rodzinie panowała zupełna zgoda.
Najstarszym spośród pięciorga rodzeństwa był własnie Józef. Drugi brat, Antoni, ukończył szkołę rolniczą, był podoficerem w Wojsku Polskim, bił się na froncie w kampanii wrześniowej i został zamordowany przez Niemców w 1940 roku. Trzeci z braci Obrembskich, Wacław, bronił Lwowa w 1939 roku, został aresztowany przez sowietów, przeszedł gehennę wywózki i łagru, dziś mieszka w Polsce.
Józef po ukończeniu gimnazjum w Ostrowi Mazowieckiej znalazł się w 1926 roku w Wilnie, jednym z najbardziej polskich i światłych miast byłej Rzeczypospolitej pod względem ducha, tradycji, kultury, architektury, mentalności mieszkańców. Tutaj podjął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego (jednej z najstarszych i najzasłużeńszych wszechnic polskich, czynnej od 1578 roku). Dziekanem tego wydziału, obsadzonego przeważnie przez znakomitych fachowców przybyłych do Wilna z Petersburga po likwidacji tamtejszej Akademii Teologicznej, był ksiądz profesor Ignacy Swirski, zmarły po wojnie w Siedlcach na urzędzie biskupim. Dziś z ogromnym szacunkiem wspomina ks. Obrembski swych nauczycieli akademickich Falkowskiego, Żongołłowicza, Uszyłłę, Sopoćkę, Wójcickiego i innych.
Po studiach i przyjęciu święceń kapłańskich młody człowiek, pełen wielkich marzeń, nadziei i projektów, zostaje skierowany do miasteczka Turgiele, położonego kilkadziesiąt kilometrów od Wilna. Były tu, jak mówi dziś, „duże możliwości pracy”, obszerne pole do popisu, gdyż spustoszenia dokonane na tych terenach przez carat, ubóstwo ludności, jej analfabetyzm, demoralizacja wymagały bodaj dziesięcioleci, by je wykorzenić. Wypadało tedy zacząć od podstaw i iść drogą pracy organicznej wzwyż. Pod kierunkiem ambitnego, pełnego energii i dobrych chęci księdza parafianie w krótkim czasie zorganizowali w Turgielach zlewnię mleka, dział spożywczy, manufakturę rzemieślniczą. Zaczęły działać, przy wydatnej pomocy inteligencji ziemiańskiej, rozmaite kółka i kursy dla niewiast – gospodarstwa domowego, kroju i szycia (ponad 220 uczestniczek), Z zachęty generała Lucjana Żeligowskiego, a znowuż pod bezpośrednim kierownictwem ks. J. Obrembskiego, zaczęto uprawiać poletka lnu, by ziemia mogła nie tylko żywić, ale i przyodziewać pracowitego rolnika.
Zaczęło też w podupadłych do niedawna Turgielach funkcjonować kółko teatralne i znakomity niebawem chór kościelny. Ziemia Wileńska nigdy nie była uboga w talenty, mało kto jednak dbał o ich wydobycie, raczej rozmaici obcy „panowie” krzątali się koło tego, by je zgnębić, zdusić, zniszczyć w zarodku. Krótki okres międzywojennej niepodległości był na tym ponurym tle jedynym radosnym wyjątkiem. Przedstawienia teatralne z cyklu „Naród sobie” w Turgielach, połączone ze śpiewem, tańcem, recytacją i przejrzystym „morałem”, stały się wnet słynne daleko poza granicami parafii. Nawet wybredna inteligencja z Wilna często tu zaglądała, a nie było przypadku, by ktoś odjechał zrażony poziomem artystycznym czy publicystycznym tych żywych a ciętych przedstawień.
Za jedną z bardziej pilnych spraw do załatwienia uważał ksiądz Józef doprowadzenie do tego, by parafianie mieli godziwe warunki mieszkaniowe. Ale i w tej materii można było polegać tylko i wyłącznie na własnych siłach. Dzięki jego staraniom już wkrótce pracowało w Turgielach 18 instruktorów budowlanych, potrafiących z miejscowego taniego budulca wznosić wcale przyzwoite domy. Zbudowano też w czynie społecznym ogromną glinobitną chatę (16 na 36 metrów) z salą na 400 osób, pokojem dla gości i innymi tego typu pomieszczeniami. Dodajmy, że budowla ta służy ludziom do dziś.
W parafii turgielskiej funkcjonowały za cara trzy małe szkółki, zatrudniające po jednym nauczycielu. Po odzyskaniu niepodległości, dzięki staraniom światłego patrioty, ks. biskupa Jałbrzykowskiego powstała na Wileńszczyźnie gęsta sieć szkół powszechnych. W Turgielach gorliwie dbał o rozwój szkolnictwa ksiądz dziekan Paweł Szepecki, który m.in. zabierał z przytułku w Wilnie bezdomne dzieci, uczył je na plebanii przy wybudowanym jego staraniem kościele, a zdolniejszych lokował na własny koszt na wyższych uczelniach. Asystował mu w tych szlachetnych wysiłkach ks. Mirski, zamordowany później przez bolszewików, i oczywiście nasz ksiądz Józef.
Dzięki energii kapłanów ludność miejscowa już wkrótce miała do dyspozycji 15 szkół z około 50 nauczycielami. Uruchomiła też w okolicy produkcję cegły, wapna; rozwijała rzemiosło artystyczne i uprawę nowych dla tych terenów odmian roślin, jak też pszczelarstwo; ruch medyczno-higieniczny (ks. Obrembski był prezesem miejscowego towarzystwa przeciwgruźliczego, a lekarz medycyny – zastępcą!), łączności z Polonią itd. Był to ruch bardzo podobny do organizowanego przez księdza Blizińskiego na Poznańszczyźnie, wychodzący z założenia, że jak się z ludźmi będzie pracowało, to można dokonać wiele dobrego, bez pracy natomiast naprawdę „nie ma kołaczy”. .. Choć kapłan polski musiał wówczas być dosłownie „od wszystkiego”, to jednak aktywność społeczna nie spychała na dalszy plan wysiłku sensu stricte duszpasterskiego. Utalentowany mówca, głęboki myśliciel, znakomity organizator – ks. Józef Obrembski skutecznie kierował kółkami żywego różańca, starał się, by ludzie łączyli się we wspólnej modlitwie, a przy okazji uczyli się poprawnego posługiwania się mową ojczystą. Gmina turgielska w oczach przeobrażała się nie do poznania.
Niestety, wszystko to musiało ulecieć z wiatrem, z dymem pozarów. Nastał dzień 1 września 1939 roku. Niemieckie samoloty w polskim niebie. Powszechna rozpacz i popłoch. Ludzie mówili młodemu kapłanowi, który się nie krył z polskim patriotyzmem „Uciekaj!”. Nie uciekł. Nie w jego charakterze – otwartym, sprawiedliwym i męskim – byłoby takie postępowanie. Uważał, iż powinien pozostać ze swoim ludem, a i nie musiał się czegoś bać. W okresie poprzednim starał się być sprawiedliwym dla wszystkich. W kazaniach nieraz chwalił Żydów, że umieją trzymać się solidarnie, nie rozpijają się, skutecznie pilnują swego interesu. Polacy mogliby od nich wiele dobrego się nauczyć. [Gdyby nie byli Polakami]. Potępiał ksiądz z ambony lekkomyślne postępowanie endeckiej młodzieży, bijącej szyby w żydowskich sklepach i skłonnej do innych wcale bezużytecznych, a szkodliwych dla samych Polaków wybryków. Zabronił też bojówkarzom prowadzenia agitacji w nowo wybudowanej sali... Żydzi doceniali dalekowzroczność i sprawiedliwość młodego kapłana katolickiego. W czasie pierwszej okupacji sowieckiej (1939, 1940) mieszkaniec Turgiel Singer, mający dobre stosunki z nową władzą, często uprzedzał księdza Józefa o tym, kiedy ma się zjawić kolejna sowiecka komisja, a kiedy do kościoła przyjdą po kryjomu na kazanie agenci, tropiący „antyradziecką propagandę”...
Z reguły mówiąc o tamtych groźnych czasach ksiądz prałat Obrembski podkreśla to, co ludzi łączy, a nie dzieli. Chwali sobie np. zdecydowaną postawę policji litewskiej podczas zarówno sowieckiej, jak i niemieckiej okupacji, gdyż nieraz obroniła kościół przed bandami kryminalistów z Wilna i okolic. Chociaż sytuacja była, jaka była. Litwini chcieli raptem nawrócić wszystkich miejscowych mieszkańców na litewskość, ale właśnie przez to niebawem postawili wszystkich przeciw sobie. I nawet członkowie rodzin mieszanych czy niezdecydowanych, jakie zawsze się spotyka na pograniczu etnicznym, obierali często narodowość polską, nie chcąc się identyfikować z nieprzyzwoitym postępowaniem szowinistów żmudzkich.
11 czerwca 1942 roku ks. Józef został aresztowany przez Litwinów na rozkaz władz niemieckich. Gdy wiadomość obiegła okolice, zebrało się w Turgielach około trzech tysięcy ludzi. Z Wilna nadjechał oficer niemiecki, hauptman (kapitan) Eiberg, Austriak z Tyrolu, ludzie padali mu do nóg, chwytali za kolana, błagając o zwolnienie umiłowanego kapłana. Eiberg poczuł się zaskoczony nietypowością sytuacji i dał słowo oficera, że nazajutrz odwiezie księdza do Turgiel po przebadaniu go w wileńskim komisariacie. Na policji zarzucono ks. Józefowi sianie wrogości w stosunku do narodu niemieckiego. Kazano też zaraz podpisać deklarację, że „więcej” nie będzie się wypowiadał przeciwko Niemcom. Nie podpisał tej perfidnej deklaracji, ponieważ jej podpisanie byłoby pośrednim przyznaniem się do winy... Rzeczywiście, po dwóch dniach kapitan Eiberg odwiózł księdza do domu, a ksiądz postanowił na zasadzie wzajemności i na znak uznania dla zacności oficera odprawić mszę w intencji, by Eiberg wrócił szczęśliwie do swego domu ojczystego. I rzeczywiście, odprawił w obecności szlachetnego, obdarzonego prawdziwą inteligencją Tyrolczyka tę, jakby nieco dwuznaczną, mszę. „Nie wiem, powiada ksiądz Józef, czy próśb naszych Bóg wysłuchał, i czy Eiberg wrócił do matki, którą bardzo kochał”... (Ksiądz Obrembski i dziś wyśmienicie mówi po niemiecku, nie miał toteż trudności w komunikowaniu się z sympatyzującym Polakom Austriakiem). Niestety, takich jak szlachetny Tyrolczyk, niewielu było oficerów niemieckich, nie mówiąc o szaulisach litewskich, zupełnie nieraz pozbawiających się rozumu przez szaleńczy antypolonizm.
W 1943 roku wypędzono aresztami całą młodzież do lasu. Nie było w okolicy rodziny polskiej czy białoruskiej, która by nie ucierpiała od okupantów i która by nie miała kogoś swego w Armii Krajowej. A ksiasz Józef przez wiele miesięcy ukrywał w znanym sobie tylko miejscu coraz to kolejnych uciekinierów, raz chowających się przed sowietami, raz przed Niemcami, raz przed Litwinami. Gdy hitlerowców wyparto, a sowieci ciągnęli już na Berlin, przynieśli też ze sobą „nową”, turańsko-socjalistyczną moralność. Zachęcali np. tutejszą ludność do rąbania pańskich lasów, a potem tych, którzy się nakradli najwięcej, jako pierwszych powieziono na Sybir... Albo nadano ludziom ziemię razem z legitymacjami z portretem Stalina i zapisem, że temu a temu nadaje się „na wieczne czasy” tyle a tyle hektarów roli. Niebawem jednak ci sowieccy „bojownicy o szczęście ludu” jęli się tenże lud przekonywać, iż lepiej „dobrowolnie” oddać do kołchozu te „wieczyste” nadania, a gdy ktoś okazywał się zbyt „tępy”, by pojąć i zaakceptować argumenty moskiewskich komisarzy, zaraz był pozbawiany całego dobytku i jechał daleko na wschód, gdzie miał z reguły co najmniej 10 lat do namysłu nad „jedynie słuszną polityką partii komunistycznej”... Ten typ argumentacji był, oczywiście, „nieodparty” dla ludności już zdziesiątkowanej przez wojnę i deportacje...
Kościół katolicki stanowił wówczas jedyną instytucję społeczną, zachowującą ludzkie oblicze i ludzi, ile mocy, broniącą. Ks. Obrembski cieszył się autorytetem nie tylko wśród wiernych swej parafii. Gdy bolszewicy w lutym 1950 roku wyrzucali go z Turgiel, głównym motywem było: „księdza wszyscy słuchają, nic nie potrafimy zrobić”... Chodziło o to, że nikt tu nie szedł do kołchozu. I za to obarczano całą winą Obrembskiego, który dziś uważa, że było to pewną przesadą.
Od 1950 roku i aż do chwili obecnej ks. Józef tkwi na posterunku w podwileńskiej miejscowości Mejszagoła, gdzie w okresie 1970-75 pracował w charakterze nauczyciela języka niemieckiego także autor niniejszego tekstu i gdzie połączyły go z bohaterem tego opracowania więzy serdecznej wieloletniej przyjaźni.

* * *

Można dziś chyba już bez obaw wspomnieć o pewnym kuriozalnym przypadku. Wiosną 1973 roku przybyła do szkoły średniej w Mejszagole urzędowa komisja złożona z wysoko postawionych funkcjonariuszy Wileńskiego Rejonowego Kuratorium Oświaty oraz Ministerstwa Oświaty Litewskiej SRR. Przez cały tydzień miotano błyskawice i grzmoty z powodu tego, że w miejscowości, w której „prowadzi klerykalną propagandę ta-aki ksiądz!”, agitacja ateistyczna stoi na bardzo niskim poziomie. Po dokładnym rozważeniu sprawy postanowiono „zaktywizować wychowanie ateistyczne” zarówno w szkole, jak i wśród miejscowej ludności, mianując do pełnienia tego „szczytnego obowiązku społecznego” – że użyjemy urzędowego słownictwa ówczesnego – „osobę wszechstronnie wykształconą i przygotowaną pod względem filozoficznym”. Traf chciał, że nie wiedzieć dlaczego, za taką właśnie osobę uznano młodego specjalistę Jana Ciechanowicza, bo to i dyplom magistra ma świeży, i zaocznie w doktoranturze filozoficznej Akademii Nauk studiuje... Członkowie ważnej komisji nie wiedzieli tylko jednego, tego mianowicie, że Jan Ciechanowicz prawie co drugi wieczór, gdy zapadnie mrok, udaje się na plebanię, gdzie w najlepszej komitywie z księdzem prałatem Józefem Obrembskim i księdzem doktorem Sylwestrem Małachowskim spędza czas na grze w szachy i na „wrednych” dyskusjach filozoficzno-politycznych. I takiemu oto „antysowietczykowi”
kazano raptem zostać „naukowym ateistą” z urzędu, choć oczywiście „na zasadach społecznych”, jak to wówczas określano. Mimo apodyktycznego nacisku nie wyraziłem zgody, odparłem, że się zastanowię i odpowiem po kilku dniach. Tegoż wieczoru, gdy na dobre ściemniało, udałem się do księdza Józefa, by mu całą sprawę zreferować, a ten spokojnie wysłuchawszy mojej dośc dramatycznej tyrady, przerwał tonem raczej pogodnym: „Nie ma tragedii. Władze i tak zmuszą kogoś do wykonywania tej pozbawionej sensu funkcji, ale będzie mniej szkody, jeśli obejmie ją swój człowiek. Odrzucenie zaś rozkazu komisji rządowej z pewnością narazi rodzinę na przykrości. Wypadałoby więc, być może, przyjąć narzucone obowiązki, ale działać z umiarem i roztropnie, kierując się zasadą „primum non nocere”, oddając cesarzowi, co cesarskie, pozostawiając jednak Bogu, co boże”... Tak oto zostałem na pewien czas „wojującym ateistą” z mianowania. Odtąd księdza prałata potajemnie zawczasu informowałem, jeśli czegoś się dowiadywałem o jakichś kolejnych idiotycznych akcjach antykościelnych rejonowego lub centralnego komitetu Litewskiej Partii Komunistycznej. Korzystając zresztą z okazji, a stosując zasadę „propagandy pod pozorem krytyki”, w ciągu kilkunastu lat opublikowałem bodaj około 10 artykułów w prasie litewskiej o prawosławiu, judaizmie, buddyzmie, polityce wschodniej Watykanu. Ludzie byli wówczas inteligentni i potrafili czytać „między wierszami”.
[Sytuacja bliźniaczo się powtórzyła w roku 1983, kiedy to pracowałem już w redakcji „Czerwonego Sztandaru”, a wpadł do mnie dobry kolega, zacny człowiek i młody filozof litewski Vaidas Matonis i zaczął mnie przekonywać, że powinienem teraz, po pomyślnej obronie rozprawy doktorskiej na temat „Człowiek i kultura w filozofii Theodora Adorno”, zmienić pracę. Moskwa bowiem planuje założyć w stolicy Litwy Międzyrepublikańską Filię Akademii Nauk Społecznych w składzie jednego, tzw. Instytutu Ateizmu Naukowego, w celu bezpośredniego badania tego, jak kościelne instytucje katolickie i protestanckie realizują swą politykę na terenie Litwy, Łotwy, Białorusi i Estonii. Wyszliśmy na ulicę i rzekł wówczas, że Rosjanie chcą przysłać do Wilna swą ekipę, ale władze Litwy temu się sprzeciwiają i zamierzają sformować własny zespół badawczy, podległy nie Moskwie, lecz władzom republikańskim, trwa więc gorączkowe poszukiwanie „swoich”, tutejszych ludzi, którzy – wiadomo – zachowają się inaczej niż nasłani z Moskwy rusyfikatorzy. Nie wyraziłem zgody, ale pan Matonis wciąż przychodził, powiadając, że przekonuje mnie nie tylko we własnym imieniu... Pojechałem tedy głębokim wieczorem znów do księdza Obrembskiego i zreferowałem mu sytuację bliźniaczo podobną do tej sprzed 10 lat, a rada księdza prałata była identyczna: lepiej, jeśli w tej sprawie będzie „swój człowiek” trzymać rękę na pulsie. Tak miało być.
Warto w tym miejscu poczynić pewną uwagę o charakterze ogólniejszym. Podczas gdy Łotysze od samego początku okupacji sowieckiej, tj. od roku 1940, a następnie od 1945, zasadniczo bojkotowali poczynania władz moskiewskich i nie włączali się do narzucanych krajowi struktur organizacyjnych, Litwini udawali, że chętnie podejmują współpracę z okupantem. Wynik był taki, że do Łotwy napchano z Rosji chmary przesiedleńców, którymi obsadzono wszystkie niemal urzęda i drastycznie zmieniono proporcje narodowościowe, tak iż dziś prawie połowa ludności tej republiki bałtyckiej to Rosjanie, „bezpaństwowcy”, z którymi niewiadomo, co począć, a na Litwie dominują ilościowo i jakościowo Litwini (często wyszkoleni w Leningradzie i Moskwie, jak np. prezentująca znakomite walory polityczne pani prezydent Dalia Grybauskaite), i świetnie znający się na mechanizmach polityki rosyjskiej. Co więcej, nawet w okresie sowieckim Litwini nie tylko nie ulegli najmniejszej nawet rusyfikacji, ale i zlitwinizowali mnóstwo swych Polaków i reprezentantów innych mniejszości narodowych. Udając współpracę z okupantem sabotowali wszelkie jego szkodliwe poczynania w republice tylko z nazwy „radzieckiej”. To jest bardzo dzielny naród, zupełnie bezkompromisowy i nieserwilistyczny. Nawiasem mówiąc, w okresie pracy w Akademii Nauk Społecznych przyszło mi poznać szereg wybitnych działaczy litewskich, w tym m.in. młodą wówczas nauczycielkę akademicką, oczarowującą każdego rozmówcę bezpośredniością, błyskotliwą inteligencją, erudycją, subtelnym poczuciem humoru i nie w ostatniej kolejności pięknym, czysto nordyckim typem urody, czyli obecną panią prezydent Republiki Litewskiej Dalię Grybauskaite. Imponujące wrażenie wywierał w wymianie zdań także inny znakomity polityk i intelektualista, doktor habilitowany nauk ekonomicznych, wówczas pierwszy sekretarz KC KPL, a potem pierwszy prezydent niepodległej już Litwy Algirdas Brazauskas, komunista-narodowiec, wnikliwy i mądry polityk. Wszyscy zresztą tzw. komuniści litewscy, zmuszeni być „komunistami” przez drastyczne geopolityczne uwarunkowania globalne, byli przede wszystkim patriotami swego kraju, Litwinami, „państwowcami”, i bardzo umiejętnie (po ukończeniu wyższych szkół partyjnych w Leningradzie i Moskwie!) i skutecznie bronili narodu przed przemożnym wpływem imperialnego sąsiada. Rosyjska szkoła dyplomacji, obok brytyjskiej i chińskiej, należy do najbardziej wytrawnych w skali światowej, nic tedy dziwnego, że np. prawie wszyscy spośród deputowanych Rady Najwyższej ZSRR od Litwy (48 osób, w tym ubóstwiany przez warszawskie małpy Landsbergis) po demontażu odgórnym Związku Radzieckiego przez ekipę Gorbaczowa zajęli w już niepodległej Litwie posady ministrów, dyrektorów departamentów itp., i żadna prasowa szczekaczka nie poważyła się im wytykać, że byli „sowieckimi deputowanymi”. Litwini są inteligentni i wytrawni w zakresie polityki, cenią kompetencje i wiedzę swej elity, a nie puste gadanie i kłamliwe udawanie „wielkich katolików” przez kapusiów noszących w klapie znaczek z wizerunkiem Bogarodzicy. Znakomicie też kierują państwem. Nigdy by nie obrali na prezydenta swego kraju ciemnego nieuka, sprzedawczyka czy chama szermującego frazeologią religijną, aby przykryć nią swe egoistyczne machinacje polityczne. To uwaga na marginesie.
Tak więc zostałem przez najwyższe władze Litwy mianowany w 1983 roku na stanowisko kierownika „Sekcji do Badań nad Wschodnią Polityką Watykanu, Klerykalnym Antykomunizmem i Zagadnieniami Kontrpropagandy” w Międzyrepublikańskiej Filii Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR, jak to pompatycznie nazywano. Mimo groźnie brzmiącej nazwy była to instytucja nader skromna, zatrudniająca raptem aż osiem osób: 4 Litwinów, dwie Żydówki i dwóch Polaków, w tym autora tych słów. Jedynym moim podwładnym był pewien były ksiądz, Litwin, zacny człowiek, któremu prowokacja KGB zrujnowała karierę kapłańską i który wcale nic w pracy nie robił, prócz inkasowania wynagrodzenia, a moim obowiązkiem było referowanie dla „najwyższych władz republiki” publikacji politycznych zamieszczonych na łamach „Osservatore Romano” oraz katolickiej prasy polskiej i niemieckiej. Zajęcie to było bardzo interesujące i o charakterze czysto politologicznym. Nawiasem mówiąc, bawiąc kilkakrotnie w moskiewskiej centrali ANS, miałem sposobność poznać i rozmawiać z tak wybitnymi uczonymi o sławie światowej, jak profesorowie Sergiusz Awierincew czy Józef Grygulewicz, i ku swemu ogromnemu zaskoczeniu spostrzegłem, że wierchuszka ideologiczna ZSRR, przeważnie żydowska, jest usposobiona jednoznacznie antyrosyjsko. Zapewne to tacy ludzie doradzili w końcu Gorbaczowowi i pomogli, aby Związek Radziecki „zdemokratyzować” i zlikwidować. Kto stworzył, ten zniszczył..
W ciągu nieco ponad dwu lat docentury w Akademii Nauk Społecznych opublikowałem kilka artykułów prasowych w języku litewskim i rosyjskim oraz dwie 20-stronicowe broszurki: o podróżach zagranicznych Jana Pawła II i o „teologii wyzwolenia” (w nakładzie stu egzemplarzy każda, pod rubryką „Ku pomocy lektorowi Towarzystwa „Wiedza”). Opracowanie pt. „Katolicyzm współczesny a walka o pokój” długo poniewierał się w urzędzie cenzury (Gławlit) w Mińsku, został drastycznie pocięty, a na miejsce wyrzuconych akapitów wstawiono puste frazesy partyjne, tak iż trudno mi było nawety przyznawać się do autorstwa tego żenującego kikutu. Natomiast opracowanie w języku litewskim pt. „Watykan uwalnia się od „teologii wyzwolenia” mniej ucierpiał i nawet dziś brzmiałby aktualnie po skreśleniu wprowadzonych przez cenzurę kilku marksistowskich zdań.
W tamtych czasach i w takim miejscu należało umieć napisać to i tak, aby czujni stróże ideologiczni połapali się na rzeczy dopiero po opublikowaniu tekstu. Gdy np. przygotowałem artykuł o wizycie Jana Pawła II dla dziennika „Komjaunimo Tiesa” czy tygodnika „Laikas Ir Ivykiai”, zaznaczyłem, że choć papieża witał w stolicy Holandii stutysięczny tłum wiernych, to prostytutki holenderskie i homoseksualiści zorganizowali marsz protestu przeciwko tej wizycie. Z kontekstu wynikało, że tylko kurwy i pederaści nie lubią Ojca Świętego. W tym duchu udało się opublikować na łamach prasy litewskiej garść artykułów i wygłosić kilkanaście pogadanek w szkołach i zakładach pracy Wilna, Podbrodzia, Taurogów, Okmiany czy Szawel. Cenzura, co prawda, niemiłosiernie „korygowała” te teksty, ale i tak coś „między wierszami” zostawało. Nie mogło to jednak trwać długo. Gdy w 1986 roku skierowano mnie i profesora Piotra Jarockiego z Kijowa na trzydniową delegację naukową do Warszawy, pierwsze, co tam uczyniliśmy, to złożyliśmy kwiaty na grobie śp. księdza Jerzego Popiełuszki, o czym SB PRL natychmiast telefonicznie poinformowała wileńską centralę KGB z zapytaniem: „Kogo wy do nas przysyłacie, towarzysze, my tu ze swoimi takimi typkami zaledwie dajemy radę!?”...To zdarzenie ostatecznie przypieczętowało mój los jako analityka od polityki Watykanu. Niebawem przywołał mnie do swego gabinetu „na dywanik” dyrektor Serapinas Kraujelis i poinformował, iż dłużej nie zamierza znosić moich „bezeceństw” i dostawać batów w siedzibie KC KPL za moją „zamaskowaną polską propagandę”, o której „informują obywatele” w swych pisemnych donosach, kierowanych do kierownictwa partii i organów bezpieczeństwa państwowego po każdym moim wystąpieniu w prasie czy przed audytorium słuchaczy, a w Polsce to w ogóle „narobiłem wstydu” całej Akademii Nauk Społecznych swymi antyradzieckimi wypowiedziami, o czym informują towarzysze zarówno z Warszawy, jak i z Moskwy. Zaproponował napisanie podania z prośbą o natychmiastowe zwolnienie z zajmowanej posady „na własne życzenie”, z której to propozycji skwapliwie skorzystałem. I tyle było mego „ateizmu”, przewrotnie zarzucanego mi do dziś przez byłych polskich kapusiów i oficerów wileńskiej centrali KGB, przez michnikowskich łgarzy i przez głupie dyplomowane gojskie świnie, na niczym się nie znające, lecz z tym większą pewnością siebie zabierające publicznie głos we wszystkich sprawach. Nawiasem mówiąc, przypominam temu ciemnogrodowi, że według słów Jezusa Chrystusa ci, co to mówią do bliźniego „bezbożniku!” („ateisto!”), „godni są ognia piekielnego”.
[Na marginesie warto zaznaczyć, że kierownictwo ZSRR miało dobry węch polityczny i zdawało sobie sprawę, skąd grozi niebezpieczeństwo: założyło filie ANS nie tylko w Wilnie (na kierunku katolicyzmu i protestantyzmu), ale też w Kijowie (na kierunku ukraińskiego prawosławia i grekokatolicyzmu), oraz w stolicy jednej z republik środkowoazjatyckich (aby obserwować poczynania islamskich radykałów). Późniejszy rozwój wydarzeń politycznych wykazał, że te obawy były nie tylko słuszne, ale i spóźnione].
Myślę zresztą, że moje regularne tajne wizyty u księdza Józefa w Mejszagole od pewnego czasu, a może nawet od samego początku, nie były tajemnicą dla litewskich oficerów (wśród których, prawdopodobnie, nie brakło ludzi przyzwoitych i patriotycznych) ze służb specjalnych, którzy nie bez ironii obserwowali nasze „tajne” spotkania. Ale i oni sami byli, jak wiadomo, infiltrowani i obserwowani przez Moskwę i nie mogli bez końca tolerować mojej „dwulicowości”. Tym bardziej, że wpływało na mnie do bezpieki mnóstwo donosów „od obywateli”, potępiających mój antysowietyzm i polski nacjonalizm. – Nawet obecnie, w 2015 roku, wbrew wszelkim przepisom prawa, władze Litwy nie pozwalają mi wejrzeć do mojej „teczki” z archiwum KGB w Wilnie, choć inni obywatele z tego prawa bez ograniczeń korzystają].
Tyle komentarza po latach. W artykule z 1992 roku pisałem: „Nie wiem, czy kogoś na ateizm nawróciłem, ale faktem jest, że raz po raz zarzucano mi w siedzibie KC KPL, potrząsając pod nosem grubym plikiem tzw. „sygnałów od obywateli”, że moje publiczne prelekcje i publikacje prasowe mają charakter raczej religijny niż ateistyczny, że „pod szyldem krytyki” wychwalam papieża i popularyzuję „doświadczenie polskiego kościoła katolickiego” ... Muszę dziś przyznać, iż nie były to zarzuty bez pokrycia. Na szczęście był już rok 1986, „pierestrojka” galopowała na całego i po niespełna 3 latach pełnienia owych „zaszczytnych funkcji” kazano mi tylko napisać podanie o zwolnieniu „na własne życzenie”, a nie oddano pod sąd. Udało się więc uniknąć o wiele gorszych konsekwencji niż tylko zakaz publikowania i publicznych wystąpień, choć przecie jeden z ówczesnych dygnitarzy partyjnych (dziś zresztą piastujący wysokie stanowisko we władzach „demokratycznych”) syczał do mnie z pianą na ustach: „Was sudit” nado!”...
[Jakoś się obeszło. Ale w latach późniejszych polsko-wileńscy donosiciele KGB, autorzy ongisiejszych „sygnałów od obywateli”, zaczęli nagminnie mi wyrzucać, że byłem „ideologiem ateizmu naukowego” i „promoskiewskim komunistą”. Cóż zresztą mówić o tym planktonie, o różnych koniunkturalnych, sprzedajnych gnidach, jeśli sam jedynowładca i samodzierżca Polski Adam Michnik na łamach „Gazety Wyborczej” piorunował na „ateizm” Ciechanowicza (ciekawe, jaką religię wyznaje ta mszyca), a to samo czynił sekretarz generalny Sajudisu i tajny współpracownik KGB V. Čepaitis (którego nikt nigdy w żadnym kościele nie widział, ale za to często w siedzibie sowieckiej bezpieki w Wilnie), speaker parlamentu Litwy V. Landsbergis (niewiedzący, którą ręką należy się żegnać i nigdy zresztą tego nie czyniący) czy ambasador RP na Litwie J. Widacki (przedtem jednocześnie członek PZPR i agenturalny profesor KUL-u!). Ależ mnie jednak się bali! Jak czart krzyża. I wiedzieli, jak w oczach Polaków zdyskredytować kłamstwami...
Ongiś profesor Józef Kossecki, mój dobry, mądry w dawnych czasach przyjaciel, trafnie w wydanej w 1983 roku książce pt. „Korzenie polityki” wskazywał, iż każdy, kto się przeciwstawiał manipulacjom wrogów Narodu Polskiego, stawał się natychmiast – niezależnie od tego, czy mieszkał w Kraju, czy poza jego granicami – „obiektem brutalnych mafijnych ataków z różnych stron”. Jeszcze zresztą w 1981 roku polskie pismo opozycyjne „Demokracja Związkowa”, niezależne od rzekomo „podziemnych” organizacji działających na szkodę Polski, demaskowało podłe i perfidne metody tzw. „opozycji demokratycznej”, nie będącej faktycznie ani opozycją, ani demokratyczną, lecz działającą, jak dziś się definitywnie wyjaśniło, z obcej inspiracji przeciwko żywotnym interesom narodu w nie mniejszym stopniu niż komuniści. „Metody KSS-KOR: każdy niewygodny to agent SB... Agentami SB mianowano wszystkich aktywnych działaczy piłsudczykowskiego Ruchu Obrony i innych niezależnych od PZPR i KOR ugrupowań. Właściwie każdemu prozi pomówienie o współpracę z SB, kto nie pdda się woli KOR”... [Swe sutenerskie metody zwalczania niewygodnych ludzi, którzy ważą się mieć i wyrażać własne zdanie, polityczne alfonsy z Warszawy przenieśli także na teren Wilna. Niezależnie od tego, kto ma rację pod względem merytorycznym, i kto kim faktycznie jest, mafijna prasa michnikowska, finansowana ze źródeł zagranicznych lub ze środków zagrabianych Narodowi Polskiemu, zwalcza każdego, kto się waży nie poddawać jej podłym manipulacjom. Na terenie Wilna w tych celach była wykorzystywana założona wiosną 1989 roku jakoby „prywatna” gazeta KGB-SB „Znad Wilii”. Na redaktora naczelnego służby mianowały prasowego skunksa, skarbnika POP KPZR w redakcji „Czerwonego Sztandaru”, komisarza Wileńskiego Miejskiego Komitetu KPZR do śledzenia litewskich i polskich środowisk twórczych, moralnego mięczaka Romualda Mieczkowskiego; a na rzekomego „właściciela” – Czesława Okińczyca, mszycę, funkcjonariusza sowieckiego aparatu przemocy, a później posła do sejmu Litwy z ramienia polonofobicznego Sajudisu; przydzielono im też wspaniałe apartamenty w centrum Wilna, a mafia kierująca „Solidarnością” dodatkowo opłacała ich rozbijacką, antypolską aktywność].

* * *

„Wracając do naszej rozmowy z zacnym księdzem prałatem Józefem Obrembskim, musimy stwierdzić, że w Mejszagole mógł prowadzić (pod czujnym okiem KGB) niby tylko pracę czysto kościelną. A więc chrzty, śluby, pogrzeby, kolędowanie. Wszelako niektórzy są przekonani, że tylko dzięki niemu tak mocno tutaj trzyma się polskość. Sam kapłan wywodzi w zamyśleniu: „Ksiądz spotyka człowieka w akcie chrztu, gdy ów przychodzi na świat i odprowadza go do wieczności, udzielając ostatnich sakramentów. Rola kapłana jest niezastąpiona... Dzięki Bogu, obeszło się w tym okresie bez większych przykrości osobistych”... Ale przypomnieć należy, że ksiądz przechowywał i tutaj wielu „przestępców politycznych”, w tym co najmniej pięciu Litwinów, którym groziła wywózka, oraz kilkunastu kapłanów różnej narodowości, nie tylko zresztą katolickich. Jako prawdziwy chrześcijanin, Obrembski nigdy nie dzielił ludzi według kryterium narodowości czy przekonań na lepszych i gorszych. Zawsze był ze słabszymi, cierpiącymi, potrzebującymi. I im przede wszystkim niósł pociechę i pomoc...
Pamiętam, jak w trzaskającą siarczystym mrozem noc styczniową roku 1975 potajemnie, kryjąc się przed ludźmi, a raczej przed szpiegami, nieśliśmy po uprzednim uzgodnieniu z żoną Haliną naszą córeczkę Renatę do chrztu do księdza Józefa. Gdyby władze sowieckie o tym dowiedziały się, młode małżeństwo nauczycieli germanistów nie tylko by straciło pracę, ale i dyplomy uniwersyteckie i z „wilczymi biletami” nie miałoby żadnych szans na znalezienie pracy w „najbardziej wolnościowym” państwie świata, a o wyjeździe z ZSRR nikogo prócz Żydów nie mogło przecie być mowy. Z pewnością niemałe kłopoty spotkałyby też kapłana za dokonanie „nielegalnego” chrztu, jak i równie „nielegalnych” rodziców chrzestnych, obywateli Mejszagoły, zacnych państwa Stanisławostwo Śnieżków. Solidarnie więc kryliśmy się z tą tajemnicą przez 17 lat, aż niebezpieczeństwo minęło razem z socjalizmem bez ludzkiej twarzy. Drugą córkę Krysię i syna Artura też ochrzciliśmy potajemnie, ale 9-letni syn w 1991 roku przystąpił do pierwszej komunii świętej u księdza Józefa w Mejszagole już bez konspiracji i strachu.
Pytam mądrego kapłana, co sądzi o czasach niniejszych. „Dziś – powiada – jest mniej w ludziach poświęcenia i bezpośredniości. Nawet młodzież jest nieraz zamknięta w sobie, ma mało romantyzmu i idealizmu, za to zbywa jej na chytrości, cwaniactwie, merkantylizmie, jakimś przyziemnym wyrachowaniu. Zmaterializowanie łatwiej bodaj zabija duszę niż nawet filozoficzny ateizm, który był jedną z okrężnych dróg tak czy inaczej prowadzących do Boga, podczas gdy tkwienie w bagnie prymitywnego kultu używania, pogoni za pieniądzem jest czymś zgoła beznadziejnym, szczególnie dla serc i umysłów o mniejszej pojemności... Gdy się rozglądam dookoła po parafii, serce zaczyna krwawić. Robi wrażenie cmentarzyska. Poznikały całe wsie, zaścianki, folwarki. Wszędzie panuje szarość, opuszczenie, samotnośc. Któż i kiedy to naprawi”...
Ksiądz Józef nadal kieruje się jednak maksymą Adama Mickiewicza „miej serce i patrzaj w serce”. „Pod grubą sukmaną chłopa – mówi – bije z reguły dobre i uczciwe serce. Ludzie chcą być wzniośli i szlachetni, instynktownie przeczuwają, że przecież są stworzeni dla jakichś wyższych przeznaczeń. Często nie jest ich winą, że życie ich ułożyło się tak, a nie inaczej. Nie wolno zrażać się ludzkimi błędami. Bo któż nie błądzi? Trzeba z poświęceniem pracować. I dużo. Dziś zjawia się nadzieja, że nasz świat da się jednak jeszcze naprawić. Przecie wszystko jest w ręku Boga”.
[Od pewnego czasu los zacnego kapłana jakoś się zaczął uspokajać, gdyż poprzednio został odsunięty od pełnienia obowiązków i zakazano mu odprawiania mszy w świątyni mejszagolskiej, co gorsza, nawet niektóre agenturalne parafianki skłoniono do szemranego oczerniania tego wielkiego człowieka! Fatalnie zaważyła tu okoliczność, że gdy księdzu prałatowi zbrzydło wysłuchiwać „informacji”, że ktoś tam mówi źle o autorze tych słów, kapłan z właściwą sobie szczerością po męsku rąbnął prosto z ambony: „A kto źle mówi o Ciechanowiczu, niech im psy gęby liżą!”].
Tyle tygodnik „Biały Orzeł” 3 maja 1992 roku. Przed wysłaniem powyżej przytoczonego materiału do redakcji ks. Józef przejrzał go i krytycznie zauważył, iż „jakoś zbyt dobrze w nim wypadłem”. Roześmieliśmy się, a po ukazaniu się pisma dostarczyłem Bohaterowi publikacji kilka egzemplarzy „Białego Orła”. Gdy wiosną 1993 roku wizytę na Litwie składał Ojciec Święty Jan Paweł II, pierwszym tutaj rozmówcą Dostojnego Pielgrzyma był ksiądz prałat Józef Obrembski. Odtąd wyciszono skierowane na niego perfidne szykany, a na plebanię w Mejszagole runęła istna plaga „pielgrzymek”, w których składzie znalazło się mnóstwo byłych kapusiów, usiłujących zrobić zdjęcie z sędziwym księdzem (od pewnego czasu już powoli zatracającym kontakt z rzeczywistością), aby w ten sposób „udokumentować” swą nie istniejącą przyzwoitość.

* * *

Biały Orzeł”, 17 maja 1992:

Na łamach prasy postkomunistycznej
Kapitalizm po sowiecku
W jednym z kwietniowych numerów dziennik moskiewski „Izwiestia” przyniósł zaskakującą wiadomość: Estonia i Litwa wyszły ostatnio na 4-5 miejsce w świecie pod względem eksportu metali kolorowych. Dwie małe byłe republiki sowieckie (1,5 mln oraz 3,5 mln ludności) stały się gigantami eksportowymi tego i kilku innych surowców strategicznych, chociaż na ich terenie jedynymi kopalinami naturalnymi są glina, torf i żwir. Dla nich jednak nadal, jak i w czasach sowieckich, niewyczerpanym źródłem bogacenia się pozostaje Rosja, okradana wspólnie przez moskiewską biurokrację i sprytnych „komersantów” z Litwy, Estonii, Armenii, Gruzji, paru innych republik byłego ZSRR. Miliardowe rzeki nadal płyną w ich kierunku ze zniszczonej i zdewastowanej przez komunizm Rosji. Jelcynowskie służby celne, jak i dawne sowieckie, łatwo się dają przekupić i każą wywracać kieszenie tylko biednym studentom czy nieszczęśnikom, jadącym przez nowo powstały kordon w odwiedziny do krewnych lub na pogrzeb. Ze złodziejami z prawdziwego zdarzenia celnicy rosyjscy i litewscy dogadują się dosłownie „od ręki”, w myśl rosyjskiego przysłowia „swojak swojaka widzi z daleka”. Nic dziwnego, tu wszyscy wiedzą, że policja, celnicy, przemytnicy i świat przestępczy dawno stanowią jeden wspólny syndykat.
Nie ma też żadnych trudności z powodu tego, że od dwu lat Litwa uprawia blokadę ekonomiczną Białorusi i Rosji, zezwalając na import z nich wszystkiego, co się da, i nie zezwalając na wywóz do nich faktycznie niczego. Wydaje się, że ta pobłażliwość kremlowskich politykierów w stosunku do swej małej, lecz jakże dokuczliwej, sąsiadki wynika stąd, że Moskwa – nie bez podstaw – uważa, iż Litwini nadal pozostaną w jej ręku jednym z najszkodliwszych narzędzi antypolskich, i dopóki tak będzie, dopóty matuszka Rosja będzie Litwę dokarmiać nie zważając na nic. Mimo to sytuacja ekonomiczna Republiki Litewskiej stale się pogarsza. Produkcja spada w tempie zawrotnym, inflacja szaleje. Jak przyznaje dziś nawet prasa urzędowa (niezależna od dawna przed tym przestrzegała), niepowstrzymany wzrost kosztów utrzymania może mieć ciężkie skutki społeczne...
Raz po raz następują dłuższe przerwy w zaopatrzeniu w te czy inne produkty pierwszej potrzeby. Wyroby mięsne zdrożały w ciągu ubiegłych paru lat przeciętnie 25-krotnie, mleczne 33-krotnie, wyroby tytoniowe 28-krotnie, zapałki 80-krotnie, konfekcja 10-50-krotnie, bilety kolejowe i lotnicze komunikacji zagranicznej 150-krotnie, energia elektryczna 20-krotnie, materiały budowlane 55-krotnie, benzyna 48-krotnie, usługi pocztowe 60-krotnie, zeszyty szkolne 75-krotnie, chleb 23-krotnie, komorne 16-krotnie, obiady uczniowskie ponad 30-krotnie itd. Wbrew przewidywaniom jednego z czeskich pisarzy, który twierdził, że rząd, który pozbawi obywateli wódki, nie ma szans utrzymywania się dłużej niż 48 godzin, alkohole zdrożały na Litwie w ciągu dwu lat prawie 20-krotnie i dla wielu ten ulubiony napój obywateli sowieckich stał się naprawdę niedostępny, chociaż przy ladach z alkoholem zawsze widzi się grupki spragnionych ludzi pracy. Ci zaś, których na to nie stać, wcale nie wdają się w niebezpieczne politykierstwo, lecz przejawiają smykałkę i piją zamiast wódki samogon, wodę kolońską (też deficyt), rozmaite płyny techniczne itp. ...
A lud ciągle – i z racją – mówi o dalszych podwyżkach cen. W tymże okresie płace nominalne wzrosły około 3 do 15 razy, ale zjawiła się też gigantyczna armia bezrobotnych, przekraczająca 20 proc. ogółu dorosłej ludności. Dawniej podobne zdzierstwa popełniano pod sztandarami budownictwa komunizmu, obecnie – gospodarki wolnorynkowej.
Ulice miast byłego „mocarstwa socjalistycznego” obsiedli żebracy, 95 proc. pomocy zagranicznej trafia do kieszeni cwaniaków z niedawnej sowieckiej nomenklatury itp. czyniących z niej dla siebie lukratywną „złotą żyłę”... W tym szybkim spadaniu do przepaści kilkakrotnie stracił na wartości nawet dolar USA, którego kurs w stosunku do rubla wzrósł, ale zdolność nabywcza w ciągu ostatniego okresu obniżyła się co najmniej czterokrotnie...
Nędza zagląda do oczu coraz to nowych rodzin, szczególnie inteligenckich, które wydają na żywność ostatnie oszczędności, wysprzedają biblioteczki domowe, byle jakoś przetrwać... Ludzie nie wierzą już nikomu, a najmniej politykom. Dominującymi uczuciami w przekroju psychospołecznym stały się zniechęcenie, nienawiść, lęk przed jutrzejszym dniem. Niesłychanego poziomu sięgnęła przestępczość, grabieże i kradzieże, morderstwa i gwałty stały się czymś powszednim i „normalnym”, tym bardziej, że jak wspomnieliśmy, przedstawiciele organów władzy świecą przykładem tego, jak się ma odzierać ze skóry bezbronnego obywatela, ignorując otwarcie wszelkie przepisy prawa i zasady moralności. Masowa stała się prostytucja, którą zmuszone są uprawiać bezrobotne samotne matki, poważne matrony i 10-12-letnie dziewczynki.
Bezprecedensowa dewaluacja rubla spowodowała, że zupełnie straciły na wartości skromne z reguły, a gromadzone nieraz przez całe życie oszczędności ludzi starych i niedołężnych. Wielu z nich – jak donosi tutejsza prasa – nie stać nawet na zakup trumny, tak iż grzebani są we względnie tanich workach celofanowych. Taki to finał ma trwające kilka dziesięcioleci paranoiczne „budownictwo komunizmu” i „pierestrojka”, przyjmowane początkowo tak entuzjastycznie przez rozagitowane masy.
Są jednak warstwy społeczne, którym się w tym zamęcie zwanym przez prasę nie wiadomo dlaczego „wolnym rynkiem”, wiedzie się wcale dobrze. To przede wszystkim niedawna nomenklatura partyjno-sowiecko-wojskowa, która „sprywatyzowała” do własnej kieszeni gros funduszów społecznych, oraz przeplatającym się z nią ściśle strukturom zawodowo-przestępczym i policyjno-państwowym. Obecnie te, w normalnych społeczeństwach przeciwstawne sobie, grupy stanowią nierozerwalną jedność, sprawującą niepodzielnie władze na terenie byłego ZSRR. Produkcja przemysłowa nadal w 95 proc. stanowi własność państwa, ale wytwarzane dobra nie są sprzedawane po względnie umiarkowanych cenach urzędowych, lecz trafiają wprost z fabryk lub przez tylne drzwi sklepów państwowych do rąk mafii handlowej, z którą ściśle współpracuje policja, i są następnie po drakońskich cenach sprzedawane przez spekulantów dla ludności, która nadal utrzymuje wypłaty „socjalistyczne”, ale ceny musi płacić kapitalistyczne. Prawdopodobnie dziś żadna z najpośledniejszych „republik bananowych” Ameryki Łacińskiej nie uprawia tak bezwzględnej polityki państwowego rozboju, jak władze w republikach niedawnego ZSRR.
Rażący kontrast na tle postępującej pauperyzacji ogółu ludności stanowią bez pracy nabyte mercedesy oraz okazałe, kosztujące miliony wille wznoszone ostentacyjnie nawet na terenach rekreacyjnych przez nowo upieczonych „demokratycznych” kacyków, w ogromnej większości pochodzących ze złodziejskich środowisk partyjno-sowieckich oraz przez nuworyszów – przekupniów, zwanych tu, jak dla drwiny, „biznesmenami”. Dobrze powodzi się też pracownikom organów ścigania w warunkach kwitnącej pysznym kwieciem przestępczości, kiedy to naruszyciele prawa sami niosą dary, a winni są „wszyscy”. A i formalnie początkujący policjant otrzymuje wynagrodzenie ponad 2-krotnie wyższe niż nauczyciel o 20 latach wysługi. Toteż do szeregów rozmaitych służb specjalnych garną się osobnicy o zupełnie jednoznacznym autoramencie, a dowodzą nimi i ich szkolą wspólnie wczorajsi oficerowie sowieckiej milicji oraz weterani z byłych oddziałów hitlerowskich, cieszący się dziś wielkim poszanowaniem i wysokimi emeryturami, jako bojownicy „ruchu oporu”...
Wcale nieźle powodzi się w „nowej” rzeczywistości byłej czerwonej biurokracji, która faktycznie w całości zachowała wszystkie fotele i feudalne przywileje, a czuje się co najmniej równie pewnie, jak za Breżniewa, jak wówczas misję swą widząc w przeszkadzaniu ludziom normalnie żyć i pracować. Gdy ostatnio premier Litwy Vagnorius spróbował publicznie snuć plany redukcji nieskutecznego aparatu zarządzania o 30-50 proc., spotkał się z taką ripostą aparatu, że musiał sam rozważyć ewentualność własnego odejścia z zajmowanej posady... Nihil novi sub sole...
Świetny interes robią też sowieccy generałowie, na lewo i na prawo wysprzedający za pół ceny nowoczesną broń z arsenałów wojskowych wszystkim, kto tego życzy, najchętniej i najwięcej zaś – zwalczającym się nawzajem ugrupowaniom nacjonalistycznym: Azerom i Ormianom, Uzbekom i Tadżykom, Mołdawianom i Ukraińcom etc., etc.
Wszystkie te nieprawości w byłym ZSRR odbywają się nagminnie, na oczach przerażonej ludności, która nadal milczy i wszystko znosi potulnie, nawet nie próbując protestować, podczas gdy w dowolnym innym kraju takich jak tu władców dawno by wyrzucono na śmietnik historii. Być może właśnie ta bezgraniczna pokora i cierpliwość milionów ludzi, grabionych i duszonych wśród białego dnia przez swych „panów” w ciągu wielu lat, jest czymś najbardziej zadziwiającym, wręcz surrealistycznym w obecnych społecznościach postkomunistycznych, w których niezadowolenie społeczne bywa skutecznie kanalizowane w kierunku wszystkiego „winnych” mniejszości: np. w Litwie – Polakom, w Estonii – Rosjanom itd. Komuna niby odchodzi, lecz to z czego ona wyrosła, czyli zacofanie intelektualne, ciemnota, niechlujstwo moralne, prymitywizm, chamstwo, nietolerancja, cwane prostactwo – pozostają. Należy wątpić, że z takich właściwości psycho-moralnych zrodzi się kiedyś ustrój naprawdę demokratyczny i ucywilizowany... East is East...
Jan Ciechanowicz
Wilno – Lwów

* * *

Nasza Gazeta”, 31 maja 1992:

Młodzież Wszechpolska? – Po prostu polska
W dniach 30-31 maja 1992 roku w Poznaniu odbył się światowy zjazd organizacji patriotycznej Młodzież Wszechpolska istniejącej od 1922 roku. Organizacja ta, jako rzekomo „antypaństwowa”, prześladowana była w okresie sanacji, a w latach okupacji hitlerowskiej, sowieckiej i „ludowej” jej członkowie, podobnie jak inne ruchy narodowe, zostali prawie doszczętnie wystrzelani. Zachowały się tylko resztki na emigracji oraz w podziemiu. Obecnie Młodzież Wszechpolska aktywizuje swą działalność, z nią szukają zbliżenia inne organizacje akademickie i gimnazjalne. Ponieważ jest to ruch oparty na wartościach katolickich i narodowych, cieszy się on poparciem Kościoła. Na zjeździe w Poznaniu licznie reprezentowani byli członkowie Sejmu RP, naukowcy z Kraju, a także z Londynu, Wilna, Paryża itd.
Zostały wygłoszone m.in. referaty „Rola świeckich w jednym świętym, powszechnym kościele” (prof. dr hab. Maciej Giertych); „Troska o Rodzinę – troską o Naród” (ks. Karol Meissner); „Obowiązki Polaka w dobie obecnej” (prof. dr hab. Stanisław Borkacki); „Cele polityki polskiej” (doc. Andrzej Horodecki); „Polskość na Wschodzie” (dr Jan Ciechanowicz); „Sytuacja Polonii na świecie” (dr Aleksandra Podhorodecka) i in.
Dla szarego zjadacza chleba obałwanionego przez propagandę komunistycznego ciemnogrodu już sama nazwa „wszechpolski” kojarzy się z sylwetką barczystego typka z wypisanym na kwadratowym czole hasłem „Bij Żyda!” Na tym właśnie polega przewrotność tzw. propagandy nienawiści, że ukazuje ona rzeczywistość przewróconą z nóg na głowę, w krzywym, fałszywym zwierciadle. W ciągu dwóch dni obrad w Poznaniu słowo „Żydzi” padło dokładnie dwa razy i zawsze przy wspomnieniu o jednym z przedwojennych działaczy obozu narodowego, który zginął w Oświęcimiu z ręki Niemców, jako jeden z polskich patriotów, ratujących Żydów przed hitlerowskimi zbirami. Młodzież Wszechpolska broni i utwierdza cztery najwyższe wartości: wiarę w Boga, miłość Ojczyzny, siłę Rodziny, honor (godność) Polaka.
Jan Ciechanowicz

* * *

Biały Orzeł”, 26 lipca 1992:

Z LITWY
Rewolucja i demoralizacja
Jak wiadomo, każdy proces rewolucyjnych, czyli głębokich i radykalnych, przemian społecznych przebywa z reguły dwa podstawowe etapy psycho-moralne. Na początku dominuje entuzjazm: ludzie z zapałem i gorącą wiarą w słuszność podejmowanych działań dokonują wzniosłych i bohaterskich – jak się im wydaje – czynów, nie zważając nieraz na osobiste dobro i ponoszone ofiary.
Z czasem, gdy się okazuje, że mimo tylu wysiłków, rozdźwięk między ideałem a rzeczywistością nie tylko nie zanikł, lecz wręcz się pogłębił, romantyczny zapał zaczyna zanikać. Lwy są wypierane przez hieny, bohaterowie – przez kanalie. Miejsce entuzjazmu zajmuje rozczarowanie, marazm, demoralizacja. Zaczyna dominować „filozofia borsucza”, nakazująca każdemu, od nocnego stróża po ministra, kierowanie się tylko i wyłącznie „instynktem chapania”, zgrzebywania pod własny brzuch wszystkiego, co się da i rozkoszowania się świadomością tego, że się jest lepszym od innych, bo się więcej niż oni uszczknęło od wspólnego pieroga. Takie zaś wartości, jak ludzka godność czy przyzwoitość, w ogóle przestają funkcjonować jako wartości pozytywne, uchodzą w oczach ogółu za przejaw niedorozwoju umysłowego, ciemnoty i zacofania, a kto o nich odważy się napomknąć, ujdzie w najlepszym razie za cwaniaka, próbującego przyoblekać w piękne słówka swe niecne zamiary. Następuje przerażający upadek moralności społecznej, dobro uchodzi za zło, zło – za dobro. Jest to fundamentalny skutek niedawnych maksymalistycznych uniesień – kac postrewolucyjny.
Widać to dziś dokładnie na przykładzie społeczności posowieckich w byłych republikach związkowych.

ROSJA
Prasa rosyjska donosi o sprawach, które graniczą z pomylonym fantazjowaniem, ale są przecież „samym życiem”. Tak np. pisze się o tym, że na Zachodzie, przede wszystkim w USA i Wielkiej Brytanii, są przez osoby prywatne wysprzedawane pochodzące ze zbiorów muzealnych Moskwy i Sankt Petersburga arcydzieła rosyjskiego medalierstwa, numizmatyki, małej rzeźby, malarstwa itd. Bezczelność mafii jest tak wielka, że rozkrada się wśród białego dnia złoty fundusz kultury narodowej, przerzuca go przez rosyjskie komory celne na Zachód i wysprzedaje, a cały zysk z tego procederu osiada w kieszeni nie państwa, lecz trudnych bliżej do określenia „osób prywatnych” czyli wczorajszych sowieckich urzędników, którzy przywdzieli na rozkaz KGB maski „demokratów”.
Jak podaje agencja ITAR-TASS, na cieszącym się światową sławą kosmodromie „Bajkonur” na terenie Kazachstanu rozkrada się unikalny kompleks kosmiczny „Energia-Buran”. Na rozkaz bonzów moskiewskich demontowane, wywożone w nieznanym kierunku, a następnie sprzedawane na rynkach międzynarodowych są bezcenne urządzenia nawigacyjne i inne o najwyższym standardzie światowym. Odbywa się to na oczach personelu naukowego i obsługi technicznej kosmodromu, które mogą jedynie się poskarżyć na łamach niektórych pism na styl pracy swego potężnego kierownictwa.
Tylko w czerwcu 1992 roku w siedzibie byłego KGB na Łubiance w Moskwie zwolniono z pracy 69 generałów i pułkowników, którzy – jak głosi odnośny rozkaz szefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Rosji Wiktora Barannikowa – „nadużywali pełnomocnictw służbowych” i władzy, nabywali dla siebie i swych bliskich za darmo mieszkania, samochody, meble, itp. KGB było jednym z najbardziej złodziejskich urzędów w ZSRR, same tylko „dochody”, składające się z rzeczy skonfiskowanych pasażerom przekraczającym granice sowieckie liczyły miliardy rubli rocznie. Większa część tych bogactw trafiała do kieszeni skorumpowanych generałów KGB, stojących na straży swych „zdobyczy socjalizmu”, którzy wreszcie zainicjowali „pierestrojkę” i „gospodarkę wolnorynkową” w ZSRR, by odmyć wreszcie swe skarby i móc legalnie korzystać z nagrabionych w ciągu dziesięcioleci dóbr. Przy tym zbrodnicza klika – gryząca się między sobą nadal za zamkniętymi drzwiami – zachowuje i dziś dla siebie pełnię faktycznej władzy politycznej i gospodarczej.
Jak podaje gazeta „Izwiestija” (nr 122, 1992), tylko 4 (cztery!) procenty dzieci rosyjskich można uważać za zdrowe. Pozostałe 96 procent mają mniej lub bardziej poważne wady organiczne, wymagające starannej i trwałej kuracji, która w ogromnej większości przypadków jest niemożliwa ze względu na brak lekarstw i na ich monstrualne ceny, które ostatnio po raz kolejny się podwoiły. Tylko od banalnego dyfterytu za pierwsze półrocze 1992 zmarło w Rosji ponad tysiąc dzieci.
Jednocześnie zmasowana pomoc Zachodu nie trafia do właściwego adresata: 95 procent zachodnich leków wpada w ręce postkomunistycznej mafii i jest następnie po horrendalnych cenach realizowana na moskiewskich i petersburskich, a nawet warszawskich bazarach.
Ukazująca się w Moskwie gazeta rosyjskich nacjonalistów „Puls Tuszyna” (jedna z 36 o podobnym autoramencie) zamieszcza artykuł o tym, że wszystkie biedy Rosji są – a jakże! – skutkiem knowań Żydów. Nawet cerkiew prawosławna jest przez nich bez reszty opanowana. Patriarcha Moskiewski i Wszechrosji Aleksy II – to przecież Żyd o nazwisku Ruediger, a 80 proc. innych rosyjskich hierarchów prawosławnych wywodzi się z plemienia izraelskiego, i wszyscy oni jeszcze niedawno współpracowali ściśle z KGB, będąc w wielu przypadkach oficerami a nawet generałami służby bezpieczeństwa ZSRR. Jeszcze gorsza pod tym względem sytuacja – zdaniem pisma – wytworzyła się w prasie, radiu, telewizji, gdzie Żydzi, ukryci pod rosyjskimi nazwiskami, usilnie pracują nad przedwczesnym pogrzebaniem Matuszki Rosji. Do najłagodniejszych haseł wielodniowej demonstracji antyżydowskiej pod centrum telewizyjnym „Ostankino” w Moskwie należały te w rodzaju: „Żydowskie teleprostytutki! Zapłacicie krwią za wasze kłamstwa!”... „Nowe wróciło!...”

LITWA
Prasa na Litwie przynosi ostatnio wiadomości o wstrząsającej demoralizacji urzędników państwowych, resortu policji nie wyłączając. Przed miesiącem jeden z ministrów kazał wypłacić swym podwładnym premie pieniężne od kilku do kilkudziesięciu tysięcy marek niemieckich (mimo ogłoszenia niepodległości przed ponad dwoma laty, Litwa nie ma własnych pieniędzy, a za środki płatnicze służą rosyjskie ruble, niemieckie marki i amerykańskie dolary) rzekomo „za dobrą pracę”.
Pikanterii dodaje temu wydarzeniu nie tylko fakt, że panowie biurokraci nagrodzili sami siebie ogromnymi, jak na tutejsze warunki, fortunami, ale też, że stało się to w jednym z najgorzej funkcjonujących ministerstw.
Tak, wymiana herbów na fasadach gmachów publicznych z sowieckich na narodowo-litewskie poszła łatwo. Trudniej jest ze zmianą postaw psychicznych. Szyldy zmieniono – złodziejskie nawyki zostały.
Dziennik „Vakarines Naujenos” (nr 97, 1992) donosi o aktach rozboju i bandytyzmu w wykonaniu policjantów litewskich, rekrutujących się, jak wiadomo, w niemałej mierze spośród osobników z kryminalną przeszłością. Bez dania najmniejszego powodu w pogodny wieczór obok swego domu został ciężko zbity przez policjanów I. Lisickasa i P. Lekisa i zmarł przed progiem mieszkania wilnianin
Roscisław Ragunowicz, Białorusin z pochodzenia.
Inny wilnianin, Antoni Baranowski, został schwytany na ulicy przez pięcioosobowy patrol policyjny, składający się wyłącznie z Litwinów, dwóch oficerów i trzech szeregowych. Aresztowanego Polaka, jedyną winą którego było, być może to, że się odezwał do „stróżów porządku” w języku ojczystym, odwieziono na posterunek policji, gdzie po bestialskim skatowaniu pozbawiono go życia. Rodzina ofiary nie została nawet poinformowana o szczegółach zajścia, nie mówiąc o zadośćuczynieniu moralnym czy materialnym. Trzech spośród morderców zwolniło się ze służby w policji, gdy wiadomość o ich wyczynie przedostała się do prasy, dwóch nadal pełni swe „szczytne obowiązki”.
W Wilnie coraz głośniej się mówi o maltretowaniu, jakiemu jest poddawany w trwającym już ponad siedem miesięcy areszcie „tymczasowym” w Szawlach były przywódca robotniczej organizacji słowiańskiej „Jedinstwo” Walery Iwanow. Zarzuca mu się – ale nie może udowodnić, że działał jakoby na szkodę niepodległości Państwa Litewskiego, chociaż sam Iwanow nieraz stwierdzał publicznie, iż uznaje niezbywalne prawo Litwy do samodzielności, a sprzeciwia się jedynie dyskryminacji Rosjan, Białorusinów i Polaków przez szowinistów z Sajudisu.
Z niektórych publikacji w prasie litewskiej (m.in. w pismach „Respublika” i „Pozicija”) domyśleć się można, iż przebywający w areszcie W. Iwanow uskarża się na to, że jest poddawany biciu i znęcaniu się zarówno fizycznemu, jak też psychicznemu przez personel więzienny. Czy to jest prawdą, okaże się, gdy skończy „tymczasowy” areszt i odbędzie proces sądowy. O ile władze sajudisowskie do tego dopuszczą. Z niedawnej bowiem rzeczywistości sowieckiej wiemy, że ludzie niewygodni dla władz mają to do siebie, iż często nie wychodzą z więzień żywymi. Mówi się o nich potem, że „popełnili samobójstwo”, nawet wówczas, gdy przed uwięzieniem zdążą pozostawić – jak to uczynił W. Iwanow – list do matki, w którym podkreślają, że są zdrowi i nie zamierzają odbierać sobie życia...
A swoją koleją, ci co to sprawują dziś władzę w niepodległej i „demokratycznej” Litwie, powinni pamiętać, że wszystko, co czynią, czynią obecnie już na własny rachunek, żadnego bezeceństwa nie da się w tej sytuacji zrzucić na przysłowiową „Moskwę”. I czyż nie warto naprawdę być we własnym wolnym państwie nieco bardziej cywilizowanymi, wspaniałomyślnymi i ludzkimi, a mniej barbarzyńskimi, okrutnymi i mściwymi niż była w stosunku do swych oponentów tyrańska Moskwa?...
Na Litwie wprowadzono z początkiem lipca kolejną drastyczną podwyżkę cen na artykuły użytku powszechnego, stawiając ludność w sytuacji wręcz rozpaczliwej, mimo iż np. już w końcu 1991 roku dochód narodowy na jednego mieszkańca w Japonii był 63 razy wyższy niż w byłych republikach ZSRR. Różnica poziomu umysłowego i cywilizacyjnego między krajami Zachodu a niedawnym ZSRR przejawia się m.in. w reakcji na tzw. deficyt. Jeśli np. w USA zabraknie raptem jakiegoś wyrobu, znajduje się natychmiast obrotny producent, który błyskawicznie zwiększa produkcję (a tym samym i własne zyski), aż zadośćuczyni zapotrzebowaniu społecznemu i – po drodze – ubije kapitał. Na rosyjskim Wschodzie, łącznie z Litwą i Polską, reaguje się inaczej: drastycznymi podwyżkami cen i dalszym ograniczeniem produkcji, by minimalizując wysiłek, zmaksymalizować zysk – typowa mentalność stepowego barbarzyńcy, prowincjonalnego głupca, niezdolnego do myślenia w kategoriach dobra publicznego...
Podobnie dzieje się z przedsiębiorczością. W zasadzie busines jest takim samym powołaniem, jak nauka, sztuka, kapłaństwo, polityka. Uważać, że businesman działa tylko po to, by się wzbogacić, to jest to samo, co sądzić, że malarz tworzy obrazy, a kompozytor dzieła muzyczne jedynie w celu napchania kiesy. Wszystkim im przyświeca – o ile mamy do czynienia z prawdziwymi artystami, businesmenami i ludźmi – swego rodzaju cel idealny: stworzyć dzieło. Myśleć inaczej – to znaczy nie znać się na życiu i człowieku. Dziełem tym w przypadku przedsiębiorcy może być np. „imperium” samochodowe, galanteryjne, perfumeryjne czy jakiekolwiek inne (Mc Donalds etc!).
Nasi zaś „businesmeni” – niezależnie, prywatni czy państwowi – na razie podobni są nie do wielkich zachodnich mistrzów w swej branży, lecz do pospolitych złodziejaszków, zawsze gotowych do „skoku”, do, najczęściej nieuczciwego, chapnięcia i zatajenia się na przysłowiowym dnie z urwaną forsą. Zupełny brak konceptualnego myślenia i perspektywicznego działania. Ta żałosna, politowania godna „psychologia nędzy” jest zaprzeczeniem ducha autentycznej przedsiębiorczości w wykonaniu, dajmy na to, niemieckim czy anglosaskim. Prowadzi też nie do dobrobytu, lecz do wynędzniania mas, co aż nadto dobrze widać dziś na przykładzie społeczeństw kaleczonych przez długie lata przez idiotyczny sowiecki komunizm, a teraz okradanych przez „wolnych złodziei”.
Nie przypadkiem „businesmenami” są u nas najczęściej niedawne szuje z bolszewickiej nomenklatury, od sekretarzy partyjnych zaczynając, a na oficerach KGB kończąc. Przy tym nie ma żadnej różnicy między nimi pod względem narodowościowym, są to „businesmeni radzieccy”, należący do wielkiego „narodu światowego” – głupców.
Dramat polega na tym, że w trakcie „pierestrojki” obsiedli oni kluczowe stanowiska w całokształcie życia społecznego oraz na tym, że ogólnie rzecz biorąc, intelektualna pauperyzacja całej ludności stanowi jeden z najstraszliwszych skutków systemu komunistycznego. Toteż kapitalizm, według wszelkiego prawdopodobieństwa, będzie tu dokładnie taki, jaki był socjalizm: prymitywny, niegodziwy i nędzny.
Wydaje się, że Litwa przechodzi do drugiej rundy rozgrywek, dotyczących powiązań z KGB wysokiej rangi przedstawicieli obecnego establishmentu litewskiego. Po definitywnym zdemaskowaniu – dzięki wścibstwu prasy niezależnej – jako stałych współpracowników bezpieki moskiewskiej Kazimiery Prunskiene (pierwszej pani premier niepodległej Litwy w 1990 roku, pseudonim „Szatrija”), Juozasa Czepaitisa (pierwszego sekretarza generalnego Sajudisu, pseudonim „Juozas”), profesora filozofii Jozasa Minkeviciusa, jednego z założycieli Sajudisu, ongiś pułkownika bezpieki sowieckiej, przyszła kolej na innych.
Prasa (m.in. dziennik „Tiesa”) donosi, że agentami KGB byli liczni członkowie obecnego parlamentu litewskiego, jak np. W. Bieriozow, były wysokiej rangi dygnitarz KC KPL, E. Bickauskas, kierownik Stałego Przedstawicielstwa Republiki Litewskiej w Moskwie w ostatnich trzech latach, A. Sakalas, znany z superpatriotycznych przemówień na posiedzeniach Rady Najwyższej RL V. Landsbergis i inni.
Gazeta „Lietuvos Aidas” donosiła 30 czerwca 1992 roku, że ostatnio z Moskwy powróciło do Wilna aż 31 tys. 241 tek z materiałami wileńskiej centrali KGB (która była odpowiedzialna także za Polskę i nie bez udziału której prawdopodobnie został zgładzony ks. Jerzy Popiełuszko). Tak więc na jaw wyjdzie prawda jeszcze chyba nie o jednym „Bolku i Lolku”.
Ciekawe, że wszystkich litewskich kapusiów KGB, przy wielu dzielących ich różnicach, cechował niezmienny zawzięty antypolonizm. To właśnie oni, jako pierwsi okrzyknęli patriotycznie usposobionych Polaków Wileńszczyzny za „skomunizowanych”, za „czerwonych” i „agentów Moskwy”. Przy czym trybuną dla nich, jak też dla popierających ich (na rozkaz z Moskwy lub przez własną głupotę) prowokatorskich pismaków z Polski w rodzaju niejakiego Ryszarda Kijaka, była przede wszystkim warszawska „Gazeta Wyborcza”, krakowski „Tygodnik Powszechny”, wileńska „Znad Wilii” czy nowojorski „Nowy Dziennik”. Ręce prowokatorów moskiewskich sięgnęły też niektórych w zasadzie przyzwoitych pism polskich w Kraju i na Zachodzie.
Fakty te dają do myślenia, zarówno jeśli chodzi o cele polityki moskiewskiej, jak i o środki, których się ona ima, do ich realizacji dążąc.
Dr Jan Ciechanowicz
Wilno

* * *

Horyzonty”, Stevens Point, nr 19/92:

„Na łamach prasy rosyjskiej
Pokłosie „internacjonalizmu”
Nabiera siły ideologiczny konflikt rosyjsko-żydowski na terenie Federacji Rosyjskiej.
25 lipca 1918 roku Rada Komisarzy Ludowych Rosji Sowieckiej podjęła uchwałę o walce z antysemityzmem, w której zobowiązywała organa władzy wykonawczej „do podjęcia zdecydowanych kroków w celu zduszenia w zarodku ruchu antysemickiego”. Podejrzanych o antysemityzm zalecano „stawiać poza prawem”, tj. natychmiast likwidować fizycznie. Tak też przez długi czas było. Obecnie, gdy cały system władzy w Rosji znajduje się w stanie nieomal kompletnego rozkładu, dochodzą do głosu tendencje przedtem skutecznie neutralizowane.
W niektórych środkach masowego przekazu zarzuca się Żydom zarówno zdominowanie prasy, radia, telewizji, handlu i systemu władzy obecnie, jak też urządzenie w Rosji w 1917 roku rewolucji socjalistycznej, eksperymentów kolektywizacji, budownictwa komunizmu, a również i pierestrojki. Posądza się ich również o mordowanie dziś rosyjskich „naukowców-patriotów” oraz rosyjskich działaczy narodowych takich jak: Isakow, Ostaszwili i in. Miesięcznik „Nasz Sowriemiennik” (Nr 11,1991) doszedł nawet do wniosku, że termin Czeka to wcale nie skrót rosyjski nazwy „Czerezwyczajnaja Komissija”, lecz hebrajski wyraz oznaczający „szlachtowanie zwierząt”... Za wszystkie zbrodnie bolszewizmu prasa rusofilska skłonna jest obarczać tylko i wyłącznie tzw. „światowe żydostwo”, przeprowadzające jakoby eksperymenty na żywych ludziach i całych narodach. Według ukazującej się w Moskwie gazety „Borba” (Nr 4. 1992) hitlerowcy zadali ZSRR straty na poziomie 2,6 mld rubli, „syjonokratyczna” administracja Breżniewa – 7 mld rubli, a „bilderbergowskie” kierownictwo Gorbaczowa – 20 mld rubli.
Pisma rosyjskich nacjonalistów uwypuklają żydowskie pochodzenie Jelcyna, Jakowlewów, Burbulisa, Popowa, Szewardnadze, Trawkina, Starowojtowej, Gajdara, Jawlińskiego, Arbatowa, Bunicza, Abałkina, Koroticza, Adamowicza, Jewtuszenki, Zasławskich, Kozyrewa, częściwo nawet Gorbaczowa – krótko mówiąc, prawie całej ekipy „demokratów” rosyjskich, którzy kierują procesem reform w byłym ZSRR, jak też antyrosyjskich liderów na krańcach imperium – Landsbergisa z Litwy, Gorbunowa z Łotwy itp.
W Moskwie odbywają się raz po raz pikiety i manifestacje pod hasłami: „Precz z syjonofaszyzmem!”, „Nie – żydowskiej okupacji!”, „Jelcynie, twoje miejsce w Knessecie, nie w Radzie Najwyższej”, „Żydzi, hajda z Rosji!” itp., a manifestanci niosą plakaty z wizerunkiem gwiazdy Syjonu ze swastyką oraz bolszewicką czerwoną gwiazdą w środku... Tygodnik „Literaturnaja Rossija” obwinia nawet tzw. „syjonistów” o kilkakrotne rozkopanie mogił i profanację zwłok zarówno skrytobójczo powieszonego w swym służbowym gabinecie na Kremlu marszałka Achromiejewa, jak i, również znanego z rosyjskiego patriotyzmu, słynnego piosenkarza Igora Talkowa, zastrzelonego w czasie własnego koncertu.
„Russkij Wiestnik” (Nr 3-4, 1992) publikuje artykuł niejakiego K. Gromowa pt. „Terror chanukalny”, w którym czytamy: „W ciągu całej pierestrojki zmonopolizowane przez neobolszewików środki masowego przekazu, uzależnione w zasadzie tylko od interesów Małego Narodu, nadzwyczaj aktywnie wbijały do umysłów ludzkich absolutnie zniekształcony obraz świata zewnętrznego i wewnętrznego. Na skutek tego zdanie całego narodu, wyrażone przezeń na wyborach, nie odbija prawdziwych jego interesów, ponieważ ukształtowane zostało na podstawie fałszywej informacji. Dlatego naród milczy, gdy kierownik Rady Najwyższej proponuje przystąpić do podziału funduszów głównej biblioteki kraju, byle tylko zadośćuczynić szczególnym celom żydowskiego kapitału. Naród milczy, gdy egoistyczni, antyhumanistyczni, fanatyczni chasydzi dwukrotnie w ciągu krótkiego odcinka czasu pokrywają swymi ekstrementami gabinety i hole Muzeum Rumiancewów.
Dwukrotnie dokonanemu spoliczkowaniu naszego narodu nie sposób znaleźć analogii w dziejach innych państw. Ani Ameryka, ani Izrael nie dopuściłyby nawet do najmniejszej próby profanacji moralności publicznej i szargania świętości narodowo-historycznych, niezależnie od tego, kim byłby ewentualny sprawca. Za taką, szczególnie perwersyjną, obrazę etyki społecznej Rosjanin otrzymałby do trzech lat więzienia. Lecz to, czego nie wolno Rosjanom, wolno chasydom.
Bezkarność odbywania obrzędów religijnych, obrażających godność narodową i tradycje religijne Rosjan, nie pozostała niezauważona przez Żydów – chasydów i przez piątą kolumnę w Rosji. I oto, proszę – zbiegowisko nacjonalistyczne przed tzw. „białym domem” (siedzibą rządu Rosji w Moskwie) oraz świąteczna uroczystość w sercu Rosji – na Kremlu, poświęcona żydowskiemu świętu narodowemu „chanuka”. W okresie pomonarchicznym Rosjanom zabroniono urządzać własne święta narodowe nie tylko w Pałacu Zjazdów Kremla, ale nawet w jakimś podrzędnym klubie. Dotychczas jest to kwalifikowane nie inaczej, jak tylko „rosyjski faszyzm”. Nie sposób sobie wyobrazić, żeby rosyjskie organizacje patriotyczne otrzymały zezwolenie na wykorzystanie sali izraelskiego knessetu dla koncertu świątecznego tylko dla Rosjan, z rosyjską narodową obrzędowością i w celu przedyskutowania zagadnień rosyjskiej świadomości narodowej.
Nadzwyczaj poglądowo zademonstrowała swój szczególny stosunek do chasydów telewizja. „Wyczyny” fanatyków-Żydów w Bibliotece Rumiancewów i milczące poparcie naszej milicji dla ich chuligaństwa pokazała telewizja całego świata, lecz okazały się niedostępne telewidzom Rosji i republik. Natomiast areszty rosyjskich patriotów, pikietujących i skandujących zupełnie słuszne hasła w obronie niepodległości Rosjan, przedstawiono na ekranach bardzo wyraziście, lecz bez dźwięku. Zarówno dźwięk, jak i obraz okazało się możliwe przedstawić tylko ze zbiegowiska żydowskiego. Takie oto mamy u nas swoiste równouprawnienie narodów.
Z pamięci czwartego pokolenia Rosjan, obojętnie przyglądających się z chodników demonstracjom patriotów, dawno starte zostały ostatnie fakty o własnej historii. Ani nawet się domyślają, że na podstawie leninowskiej ustawy o antysemityzmie, która zezwoliła w Rosji reprezentantom jednego narodu wyniszczać inny naród, okupujący nasz kraj Blankowie, Bronsztejnowie i im podobni likwidowali bez sądu i śledztwa miliony Rosjan, nie chcących być niewolnikami. Dziś neobolszewicy ponownie prą do nieograniczonej władzy, mając na celu pełne zniszczenie dążeń wolnościowych... Przywódcy kraju zaś zajęci są znoszeniem ostatnich barier na drodze ku podbojowi wyniszczonego państwa przez obcy kapitał...” Tyle K. Gromow w piśmie „Russkij Wiestnik”.
W związku z przeprowadzeniem na Kremlu judajskiego święta Chanuki to samo pismo w innym numerze zamieściło liczne listy od czytelników, w których znalazły się m.in. następujące sformułowania: „Przeprowadzenie żydowskiego święta religijnego Chanuki w murach Moskiewskiego Kremla jest profanacją rosyjskiego prawosławia... Po co to zostało zrobione można się tylko domyślać. Dążenie ku temu aby jeszcze raz poniżyć Rosjan, aby w przypadku pogromów mieć powód do rozpoczęcia masowego wyniszczania rdzennej ludności... Trzeba pokropić Kreml święconą wodą, jako dom, w którym przebywała nieczysta siła”... W drugim liście za sześciu podpisami czytamy: „Protestujemy. Dołączamy swój głos do tych, którzy protestują przeciwko urządzeniu judajskiego święta na terenie Kremla i kwalifikujemy to jako prowokację, jako jeszcze jeden akt nienawiści w stosunku do Rosjan, do ich świętości. Jeśli nadal będziemy milcząco znosić całe to nad nami znęcanie się, to nasz kres jest bliski”...
Jako receptę na kryzysową sytuację proponuje się konsolidację narodu rosyjskiego wokół idei narodowo-państwowej i rosyjskiej cerkwi prawosławnej. Gazeta „Russkij Wiestnik” (Nr 5, 1992) pisze: „Rosjanie winni są tego, że dopuścili do sprawowania władz osobników narodowości nierosyjskiej. Na rdzennie rosyjskich terenach z reguły na stanowiska kierownicze obiera się nie-Rosjan. Najczęściej są to Żydzi... Wszystko co dobre pogubiliśmy, gdy do władzy dorwała się KPZR, której hersztami byli przeważnie Żydzi... Rosjanie powinni się zjednoczyć i zorganizować sami kierownictwo społeczeństwem”...
Przestraszone nasilającym się nurtem antyżydowskim w społeczności rosyjskiej posowieckie środki masowego przekazu nadają ostatnio ogromnego rozgłosu kaczce dziennikarskiej Carla Bernsteina, puszczonej na łamach pisma „Time”, o rzekomym „antyrosyjskim” sprzysiężeniu Papieża Jana Pawła II i prezydenta Ronalda Reagana. Nie wykluczone, że ta „chytra” sprawa zaaranżowana została właśnie na użytek Żydów w Rosji. W każdym bądź razie posowieckie media wyraźnie próbują wykorzystać tę kaczkę w celu skanalizowania negatywnych nastrojów rosyjskiego społeczeństwa z kierunku antyżydowskiego w – antypolski i antyamerykański. Nie bardzo to jednak wychodzi, gdyż codzienne życiowe doświadczenia i obserwacje Rosjan mówią o czymś innym...
Wszystko wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości może dojść w Rosji do groźnych wydarzeń, mogących mieć nieprzewidywalne wręcz skutki dla całej ludzkości.
Jan Ciechanowicz

* * *

Kurier Wileński”, 6 sierpnia 1992 (przedruk z pisma „Lietuvos Aidas”):

Gazeta państwowa – przeciwko państwu
31 grudnia 1991 r. „Kurier Wileński” zamieścił artykuł redaktora Z. Balcewicza „Rok zmarnowanych szans”. Redaktor krytycznie ocenia rady rejonów solecznickiego i wileńskiego, które zostały wciągnięte do machinacji politycznych KPZR. Rada Koordynacyjna na zjeździe w Mościszkach uchwaliła prowokacyjny statut Wileńskiego Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego. Redaktor wspomniał również działaczy KPZR i popierające ich gazety. Ale zapomniał, że jednym z aktywnych pomocników w realizowaniu zamierzeń KPZR – KGB była też redagowana przez niego gazeta „Kurier Wileński”. Przypomina to Prokuratura Generalna w swym piśmie do Rady Najwyższej i rządu.
„Kurier Wileński” jest gazetą państwową. Jego przynależność do Rady Najwyższej i Rady Ministrów ustalono jeszcze w 1990 roku przed wyborami do parlamentu. Z. Balcewicz został mianowany redaktorem uchwałą biura KC KPL w 1981 r. Gazeta wtedy nazywała się „Czerwony Sztandar”. Po proklamowaniu niepodległości Litwy zmieniła się tylko nazwa gazety. Założyciele nigdy nie omawiali ani kolegium redakcyjnego ani koncepcji pisma. Wszystko pozostawało w rękach redaktora. W 1991 r. założyciele przyznali pismu dotację w wysokości 852 tys. rubli bez żadnych zarzutów, że gazeta dopomaga siłom antypaństwowym, dążącym do destabilizacji w Litwie Południowo-Wschodniej (Antanawiczius w sprawie dotacji smagał tylko „Lietuvos aidas”).
Czytającą po polsku część społeczeństwa Litwy w ciągu dwóch lat niepodległości najspokojniej karmiono komunistycznymi zamiarami oderwania Ziemi Wileńskie] od Litwy i wrogością wobec państwa.
17 października 1990 r. Z. Balcewicz opublikował swój artykuł „Czego chcą Polacy?”. Właśnie rozpoczyna on kampanię głoszącą, ultymatywnie: Litwa trafi do Europy tylko w tym przypadku, jeżeli spełni postulaty wysuwane w imieniu Polaków. Polskie organizacje antykomunistyczne nie powstały, więc też w imieniu Polaków przemawiały struktury KPZR, usadowione w samorządach rejonów wileńskiego i solecznickieigo. „Kurier Wileński” maksymalnie popierał ideę plenów KPZR: Polacy na Litwie będą mogli rozwijać się wyłącznie posiadając autonomię terytorialną.
Gazeta unika analizowania działalności komunistów. Wręcz odwrotnie, za przyczynę zacofania gospodarczego tych dwóch rejonów Litwy podaje się nie politykę partii komunistycznej w ciągu 50 lat, a ciągle wytyka się palcem – to winni Litwini.
W sposób zniekształcony podaje się historię regionu, najczęściej opierając się na P. Łossowskiego, twierdzi się, że akcja Żeligowskiego nie była okupacją i aneksją, a wyrazem nadziei polskich mieszkańców Wilna. Czytelnikom wyjaśnia się, że Wileńszczyzna nie jest ziemią etniczną Litwy (P. Łossowski „O charakterze przynależności Wilna do Polski w latach 1919-1939” – 8 marca 1991 r.; „Polak, Litwin – dwa...” – 28 marca 1991 r. i in.).
Gazeta państwowa metodologicznie przygotowywała czytelników do proklamowania zainicjowanej przez KPZR – KGB autonomii. Artykuł J. Garniewicza „Dlaczego Litwinom potrzebny jest polski uniwersytet w Wilnie” (23 marca 1991 r.) kończy się pogróżką: społeczeństwo Litwy może doczekać się takiego czasu, że drzwi Katedry Wileńskiej otworzą przed Polakami Burokewiczius lub sierżant OMON-u. (W rzeczywistości J. Garniewicz w postscriptum pisze: „Próbując zrozumieć motywy postępowania i poglądy Jego Eminencji arcybiskupa Steponawicziusa, chciałbym Go z całym szacunkiem zapytać: jak Jego Eminencja sądzi w głębi swej chrześcijańskiej duszy – czy dla sprawy niepodległości Litwy naprawdę lepiej będzie, jeśli drzwi Katedry otworzy dla miejscowych polskich braci w Chrystusie, Burokewiczius, lub jakiś sierżant OMON-u? Czy Bóg i Litwa będą się z tego cieszyć?”).
Pisząc o gospodarce, największą uwagę poświęca się stowarzyszeniu kołchozów „Wileńszczyzna”, które stara się orientować na rynek polski i pod względem ekonomicznym oddzielić od Litwy rejony wileński i solecznicki. (D. Danowska „Państewko w państwie”?) („Państewko w państwie? Raczej próba wyjścia z impasu!” – uw. K. W.” – 7 grudnia 1990 r.). Przemilcza się ustawę o obywatelstwie i tryb wstępnej prywatyzacji majątku państwowego.
Wiele uwagi poświęca się nie zarejestrowanemu klubowi Armii Krajowej, nostalgicznie przypomina się historyczną działalność Armii Krajowej (na ten temat są dwie rubryki: „Klub Armii Krajowej zaprasza” i „Kronika pamięci”). Organizacje litewskie, które działały w latach wojny, traktuje się jako kolaboracyjne. Zachęca się do slawizacji bałtyckich nazw miejscowości, zarzuca się państwu z powodu trudności tworzenia polskiej szkoły narodowej.
Za adminsitracyjno-terytorialnym tworem Wileńszczyzny o własnym statusie na łamach „Kuriera Wileńskiego” wypowiedzieli się zarówno zwolennik „środkowej drogi” redaktor Z. Balcewicz („Nie szkodzić sobie nawzajem”, 29 grudnia 1990 r., „Jaka ma być Wileńszczyzna”, 29 marca 1991 r.) i skrajni autonomiści. Deputowany do RN S. Pieszko, były zastępca przewodniczącego Rady Koordynacyjnej tworzonego przez komunistów Wileńskiego Polskiego Kraju Administracyjno-Terytorialnego udziela wywiadu w przededniu zjazdu („Są to nasze propozycje”, 21 maja 1991 r. w rubryce „Rozmowa o projekcie statutu Ziemi Wileńskiej „– uw. „K.W.”).
O tym, jakimi sposobami realizować autonomię terytorialną wypowiedzieli się również były deputowany do RN ZSRR A. Brodawski i deputowani do RN Litwy L. Jankielewicz, E. Tomaszewicz, R. Maciejkianiec.
Już od jesieni 1990 r. „Kurier Wileński” stale publikuje informacje o posiedzeniach, przemówieniach i uchwałach Rady Koordynacyjnej autonomistów. Zrelacjonowany obok zjazd lojalnych obywateli Litwy Wschodniej, który odbył się 24 listopada 1990 r., traktuje się jako antypolski.
Gdy RN rozwiązała rady rejonów wileńskiego i solecznickiego, „Kurier Wileński” zaczął publikować najzacieklejsze oświadczenia i opinie o „rozprawieniu się z Polakami”, „łamaniu praw człowieka”. Zmyślano, że Polaków zwalnia się z pracy z przyczyny narodowości, nie pozwala się im korzystać z ustaw o prywatyzacji. I znów ani słowa o przestępczej działalności samorządów: realizowaniu dążeń KPZR – KGB do oderwania tego regionu od Litwy.
Ideę odrębności regionu redakcja lansuje pisząc nawet o prenumeracie: cieszy się z wypowiedzi czytelników z Wilna, Wileńszczyzny, Litwy, Łotwy...
Deputowany do RN Cz. Okińczyc powiadomił Prokuraturę Generalną, że zast. redaktora „Kuriera Wileńskiego” Krystyna Adamowicz 19 sierpnia 1991 r. wzywała do popierania organizatorów puczu. Gdy oskarżenia się nie potwierdziły, zaniechano ścigania karnego K. Adamowicz.
Jednakże prokurator generalny A. Paulauskas 20 stycznia 1992 r. zwrócił się do parlamentu i rządu, przypominając, że redaktor i kolegium redakcyjne „Kuriera Wileńskiego” świadomie nie przestrzegają wymagań artykułów 3 i 6 ustawy Republiki Litewskiej o prasie i innych środkach masowego przekazu.
Co dziwne, że założyciele nie wyrażają żadnych pretensji do swojej gazety nawet po otrzymaniu wniosków prokuratury. Jak powiedział doradca rządu do spraw oświaty, sztuki i kultury J. Jucys, nie wiedzą oni, jakie środki podejmować.
Słysząc, jak polscy rolnicy przeklinają byłe komunistyczne samorządy rejonowe mamy nadzieję, że społeczeństwo polskie na Litwie samo zażąda innej gazety.
Lina Peczeliuniene
(„Lietuvos aidas” z 24 lipca)”
W ten sposób publicyści litewscy policzkują nawet swych polskich lokajów. Litwini, choć korzystają z usług i serwilizmu nikczemnych polaczków, podobnie jak Żydzi i Niemcy brzydzą się nimi i wzdragają się nawet podać im rękę do pocałowania, nie mówiąc o sedesie.

* * *

Do Cz. Okińczyca
deputowanego do Rady Najwyższej
Republiki Litewskiej
Do A. Stomy,
redaktora naczelnego gazety
„Lietuvos aidas”
Do Z. Balcewicza,
redaktora naczelnego gazety
„Kurier Wileński”

W artykule „Gazeta państwowa – przeciwko państwu”, opublikowanym w dzienniku „Lietuvos aidas” z 24 lipca 1992 r. został zamieszczony tekst o następującej treści: „Deputowany do RN Cz. Okińczyc powiadomił Prokuraturę Generalną, że zast. redaktora „Kuriera Wileńskiego” K. Adamowicz 19 sierpnia 1991 r. wzywała do popierania puczu. Gdy oskarżenia się nie potwierdziły, zaniechano karnego ścigania K. Adamowicz”.
W sprawie karnej nr 09-2-054-91 dotyczącej publicznych wezwań do naruszenia suwerenności Republiki Litewskiej nie zanotowano i nie otrzymano powiadomienia deputowanego do Rady Najwyższej Cz. Okińczyca dla Prokuratury Generalnej w sprawie zast. redaktora gazety „Kurier Wileński” K. Adamowicz z 19 sierpnia 1991 r.
Naczelny prokurator Departamentu Badania Przestępstw
przy Prokuraturze Generalnej Republiki Litewskiej
J. Gaudutis
4 sierpnia 1992 r.”

P.S. Cz. Okińczyc wycofał swój donos, gdy K. Adamowicz zagroziła zdemaskowaniem jego wieloletniej współpracy z KGB ZSRR.

* * *

Biały Orzeł”, 9 sierpnia 1992:

Z LITWY
Mówi „Ojciec polskiej autonomii”
Pan Stanisław Pieszko (na zdjęciu) jest posłem do Rady Najwyższej Republiki Litewskiej, jednym z najbardziej czynnych członków Frakcji Polskiej. Ma 50 lat, pochodzi z podwileńskiej miejscowości Notalino. W skrócie jego kariera wygląda prosto: ukończył Technikum Politechniczne w Wilnie, następnie Instytut Mechanizacji i Elektryfikacji Rolnictwa w Mińsku na Białorusi; przeszedł na Wileńszczyźnie drogę, jak to się mówi, od prostego robotnika, poprzez majstra do inżyniera naczelnego i dyrektora Przedsiębiorstwa Obsługi Technicznej rejonu solecznickiego. Żonaty, ma dwóch synów.
– Od marca 1990 roku jest Pan członkiem parlamentu litewskiego z ramienia polskich wyborców rejonu wileńskiego. Na pierwszym, uchodzącym dziś za historyczne, posiedzeniu ówczesnej Rady Najwyższej Litewskiej SRR, w dniu 11 marca 1990 r., został uchwalony akt o restytucji „niepodległego i demokratycznego” Państwa Litewskiego. Był Pan jednym z niewielu, którzy w tej kwestii nie głosowali ani „za”, ani „przeciw”, powstrzymując się od głosowania. Czy gdyby dziś przyszło Panu stanąć przed podobnym dylematem, zachowałby się Pan inaczej?
– Nie, postąpiłbym dokładnie tak, jak wówczas. W marcu 1990 było jasne, że Litwa niepodległość niewątpliwie odzyska i będzie państwem suwerennym, bo taka była polityka Kremla. Natomiast było dla mnie również jasne, że nie będzie to państwo ani demokratyczne, ani życzliwe w stosunku do Polaków. Stąd kilku posłów polskich wstrzymało się po prostu od wypowiedzenia się w tej kwestii, co się spotkało z aprobatą większości wyborców, których dwie inne części, zdecydowanie mniejszościowe, domagały się albo głosowania „za”, albo „przeciw”.
– Ostatnio jest Pan systematycznie w sposób bardzo nieelegancki atakowany i oczerniany zarówno w parlamencie litewskim, jak na forum publicznym przez środki masowego przekazu. Wzywano też Pana nie jeden raz na kilkugodzinne przesłuchania do Prokuratury Republiki Litewskiej. Czy można to kojarzyć z faktem, że był Pan w 1988 roku autorem idei „autonomii polskiej” na Litwie, które to hasło zrobiło nie lada karierę i ma dziś wielu rzeczników, chociaż wówczas wydawało się szalenie odważne?
– Moja wcześniejsza i obecna działalność w obronie praw obywatelskich ludności polskiej jest niewątpliwie głównym powodem szykan, jakim jestem poddawany w Litwie mimo mego immunitetu poselskiego. Tutejsi polakożercy mają zbyt niski poziom kultury ogólnej i politycznej, by zrozumieć, lub chociażby wyczuć, niestosowność takiego ich postępowania. Z Polaków chce się tu zrobić wywłaszczoną, nędzną klasę parobków, tak jak to było w Litwie Sowieckiej. Stąd niezwracanie ziemi na Wileńszczyźnie prawowitym polskim właścicielom, rozpędzenie Bogu ducha winnych samorządów lokalnych, wzdraganie się przed rozpisaniem w tym regionie wolnych wyborów, rozmaite szykany względem rdzennych mieszkańców. Litewscy szowiniści chcą dokonać to przed przeprowadzeniem radykalnych zmian strukturalnych, by tym samym uniemożliwić Polakom jakąkolwiek formę samoobrony. V. Landsbergis i jego ekipa zezwolą na przeprowadzenie wyborów dopiero po nowym administracyjnym podziale terenu Litwy, który pomyślany jest tak – jak to oświadcza w oficjalnym piśmie wicepremier i prezes tzw. Komisji Regionalnej Romualdas Ozolas – by w żadnym powiecie Polacy nie stanowili większości... Te posunięcia ja widzę wszelako w szerszym kontekście natarcia rządu sajudisowskiego na zdobycze demokracji, wzięcia kursu na totalną dyktaturę według najgorszych wzorców niedawnego reżimu komunistycznego.
– Wśród ludności polskiej wywołuje oburzenie fakt, iż władze obecne podjęły ostatnio i przystąpiły do natychmiastowej realizacji uchwały o nadawaniu w pierwszej kolejności gruntów w okolicach podwileńskich tak zwanym „osobom represjonowanym”, tj. przyjezdnym Litwinom, w ogromnej większości składającym się z członków hitlerowskich oddziałów ochotniczych, splamionych wymordowaniem 94 proc. Żydów litewskich, współdziałaniem w holocauście na terenie Białorusi i Polski, jak też tysiącami krwawych zbrodni na Polakach, Białorusinach i Rosjanach. To jest coś wołającego o pomstę do nieba: jak w czasach okupacji hitlerowskiej, odbiera się ojcowską ziemię Polakom i przekazuje się ją w ręce litewskich przesiedleńców i kolonizatorów...
– Smutne, że to, jak i wiele innych przejawów drastycznego łamania praw człowieka na Litwie, odbywa się przy żenującym milczeniu, a może nawet cichym wsparciu, gremiów międzynarodowych, buńczucznie samoreklamujących się jako mające rzekomo celem swej działalności obronę praw człowieka na świecie...
– Tak, sytuacja sprawia wrażenie, że te organizacje, wzorcem neobolszewii litewskiej, w ogóle nie uważają Polaków Kresowych za ludzi...
W jednym z ostatnich numerów rządowego pisma „Lietuvos Aidas” Nr 137, 1992, ukazał się artykuł niejakiego Povilasa Varanauskasa pt. „Organizacja litewskich Polaków a KGB”, jeden z kilku na ten temat w prasie Litwy. Rzuca się w oczy perfidna tendencyjność tych elaboratów i zupełny brak w nich konkretów, a przecież wiadomo, że i środowisko polskie na Litwie było penetrowane przez KGB, które miało w nim swych kapusiów, wykorzystywanych do rozbijania i demoralizowania tego środowiska, jak też do inwigilacji społeczności litewskiej, co Litwini – i słusznie – nieraz Polakom zarzucali, chociaż ich rodacy niewspółmiernie częściej oddawali się na usługi sowieckiej bezpieki. Dlaczego dziś ani prasa, ani prokuratura, ani politycy litewscy nie wymieniają publicznie nazwisk polskich agentów KGB z Wilna, przecież z pewnością ich znają?
– Chyba dla tej prostej przyczyn, że litewska bezpieka i prasa tak naprawdę zwalczają nie byłych agentów KGB, lecz polskich aktywistów i patriotów. Natomiast polscy agenci byłej sowieckiej bezpieki zostali „żywcem” przejęci przez bezpiekę litewską, czyli Saugumę, i służą jej dokładnie tak samo i do tychże celów, jak do niedawna służyli sowietom. Przecież około dwóch trzecich obecnych oficerów UB Litwy stanowią wczorajsi funkcjonariusze KGB, do niedawna poniewierający ludzi za „antysowietyzm”, którzy nadal „prowadzą” swych dawnych, w tym polskich, „pupilków”, a że czynią to skutecznie, świadczyć może fakt, że osobnicy znani wśród Polonii litewskiej od lat jako „osoby zaufane” sowiecko-litewskiej bezpieki, zasiadają obecnie w kierownictwie tutejszych polskich placówek, a nawet trafiają niekiedy na Zachód, w tym do USA, jako rzekomi „oficjalni” wysłannicy społeczności. Poznać tych „lwów” po ich pazurach: sugerują, że Polacy „muszą siedzieć cicho”, nie powinni „domagać się zbyt wiele” itp., czyli działają zgodnie z planami KGB, zgodnie z którymi nie przewidziano i się nie przewiduje w procesie tzw. „pierestrojki” żadnej poprawy losu milionów Polaków na terenach okupowanych przez ZSRR w 1939 r. Doprawdy, jest to widowisko zabawne, kiedy to np. taki generał KGB i I sekretarz KC Komunistycznej Partii Gruzji, jak E. Szewardnadze, jest przez prasę światową postrzegany jako „demokrata” i „antykomunista”, natomiast gnębieni przez ponad półwiecze Polacy byłego ZSRR – jako „czerwoni” i „skomunizowani”. Nie mniej zabawne jest kompletne milczenie tejże prasy o „bohaterach” teczek agenturalnych ujawnionych w Polsce. Odnosi się wrażenie, że dziennikarze poczuwają się do swego rodzaju solidarności z szefami i agentami KGB, urzędującymi w Polsce i Litwie, a nienawidzą ich ofiary. Wydaje mi się, że nie wypada oczekiwać prawdy o polskich kapusiach w Wilnie od obecnych władz Litwy, dawno przecież one wszystko wiedzą, jak już stwierdziłem, według wszelkiego prawdopodobieństwa, korzystają z ich usług. Gdyby zaś ktoś z bardziej patriotycznych działaczy polskich był w to zamieszany, dawno by go już zniszczono moralnie, politycznie, a może i fizycznie, bo pretekst do rozprawy byłby doskonały. Nie można zresztą w tej sferze wykluczyć ewentualnych prowokacji i manipulacji. Proszę sobie przypomnieć, jeszcze w latach 1988-89, czyli w apogeum „pierestrojki”, sowieckie KGB czerniło nas nie jako polskich aktywistów, lecz jako rzekomych „komuchów”...
– Znam to z doświadczeń osobistych, które opisałem zresztą jeszcze w pierwszym numerze pisma wydawanego od 1989 roku w Warszawie przez Towarzystwo Przyjaciół Litwy „Lithuania”...
– Tak, czytałem ten tekst, wszyscy zresztą byliśmy świadkami tego, jak KGB rękami Sajudisu zwolniło Pana z pracy i rozpętało szaloną nagonkę w prasie przeciwko „polskiemu faszyście” Ciechanowiczowi...
– Obecnie taki sam los spotyka Pana...
– Nie przejmuję się tym. Nie chcę nikomu szkodzić, a tylko bronię swych rodaków. To dodaje mi sił duchowych do dalszej służby narodowi. Lecz chciałbym w tym miejscu zwrócić uwagę na pewien zagadkowy szczegół: o ile sowiecka bezpieka surowo szykanowała w latach 1988/91 wszelki przejaw polskiego odrodzenia narodowego, o tyle żaden z działaczy Sajudisu nie został nawet wezwany na przesłuchanie do KGB czy prokuratury. A czyż nie mają swej wymowy fakty, że pierwszym sekretarzem generalnym Sajudisu, jak też pierwszym premierem niepodległej Litwy zostali agenci bezpieki sowieckiej – Czepaitis i Prunskiene? Te i liczne podobne tym fakty dają do myślenia, o ile się potrafi myśleć...
– Prokuratorem Generalnym Republiki Litewskiej do dziś jest osobnik, który pracował w aparacie KC Komunistycznej Partii Litwy i był odpowiedzialny właśnie za kontakty między kierownictwem kompartii i KGB. Jest on inicjatorem niejednego antypolskiego posunięcia, a jednocześnie wykazuje daleko posuniętą bezradność w walce z potworną korupcją i panoszeniem się mafii; wciąż na nowo inicjuje pod szyldem rzekomej „dekomunizacji” rozmaite akcje antypolskie, ogłaszając m.in. kłamliwie, że dążenie do polskiej autonomii w ramach konstytucji i terytorium państwowego Litwy jest jakoby pomysłem aparatu komunistycznego. Fakty zaś mówią o tym, że ruch polskiego odrodzenia narodowego w byłym ZSRR był nieraz w sposób po prostu ordynarny potępiany przez ówczesne kierownictwo KPZR, w Moskwie, na Kremlu miałem kilka bezpardonowych o tym publicznych polemik z Walentinem Falinem, kierownikiem Działu Międzynarodowego KC KPZR; wiadomo też, że obydwie litewskie partie komunistyczne – ta „na platformie KPZR” i ta „niezawisła” w okresie 1989/91 w swych oficjalnych programach, rozmaitych uchwałach i rezolucjach, nie mówiąc o polityce realnej, nie tylko zwalczały urojony przez nie „polski imperializm”, ale i kategorycznie występowały przeciwko jakiejkolwiek formie autonomii polskiej na Litwie. Antypolonizm był więc i pozostaje tym, co łączyło i łączy rozmaitej maści neobolszewię i neofaszyzm na Litwie między sobą i z ich mocodawcami. Na kogo więc i na co są obliczone podle slogany wczorajszych żmudzkich aparatczyków komunistycznych o „skomunizowanych” Polakach na Wileńszczyźnie?
– Odpowiem: na prostaczków z krótką pamięcią i ignorantów z „socjalistycznymi” dyplomami, którzy nie mają zielonego pojęcia o konkretnym życiu politycznym na Litwie w ostatnich latach, którym się jednak strasznie chce uchodzić za „wybitnych znawców” tego problemu. Sądzę, że jest to właśnie taktyka walki KGB z Polakami wileńskimi, iż właśnie swe najnieszczęśliwsze ofiary ta krwawa oprycznina reżimu komunistycznego okrzykuje za „agentów KGB”, „czerwonych”, „agentów Moskwy” itp. w celu obielenia siebie kosztem Polaków. Wiadomo przecież, jaki wstręt budzi w Polakach w Kraju i za granicą samo słowo „komuna”. Wiedzą o tym psycholodzy z KGB w Moskwie, na Litwie i w Polsce i dlatego okrzykują nas za komunistów, bolszewików i zacofańców czyli przypisują swe właściwości nam. Że fakty ich insynuacjom przeczą? – Tym gorzej dla faktów. Aby było jeszcze śmieszniej, przypomnę, że na miejsce zwolnionych pod pretekstem „dekomunizacji” w większości bezpartyjnych Polaków w samorządach wileńskim i solecznickim ekipa Landsbergisa lokuje ongisiejszych partyjno-nomenklaturowych łobuzów, tyle że narodowości litewskiej...
– Aby zamknąć temat współpracy Polaków wileńskich z KGB proszę powiedzieć, czy Pan jest za ujawnianiem ich nazwisk.
– Oczywiście, nazwiska te powinny być ogłoszone, a to zarówno ze względów politycznych, jak i moralnych. Nie byłbym jednakże zwolennikiem sądowego ścigania tych ludzi czy ograniczania ich praw obywatelskich. Chodzi o to, że wielu KGB tylko formalnie wciągało na listy swych agentów, nie mając z nich żadnego pożytku, lecz chcąc ich po prostu na wszelki wypadek „mieć w łapach”, wielu innych zostało zmuszonych za pomocą szantażu, zastraszania, szykan w miejscu pracy, intryg, gróźb itd. do zostania rzeczywistymi współpracownikami bezpieki sowieckiej – totalitaryzm w ZSRR był tysiąckrotnie podlejszy i bezwzględniejszy niż w PRL, złamał on miliony losów ludzkich. Ofiary jego – nawet tak specyficzne – budzić powinny raczej politowanie niż wrogość. Nie mówię tu, oczywiście, o kanaliach, które z własnej inicjatywy pisały za pieniądze donosy na bliźnich, kolegów, sąsiadów, a dziś nie wstydzą się w niby „prywatnych” szmatławcach nadal zwalczać tych, na kogo wczoraj pisali donosy do KGB, nie powściągując się przed tak prymitywnymi i świadczącymi o moralnym znikczemnieniu zarzutami, jak posiadanie przez ich oponentów nie chcących się pogodzić z dyskryminacją i niesprawiedliwością, jakichś „najniższych stopni naukowych”... [chodzi o redaktora R. Mieczkowskiego, agenta KGB, a potem UOP-u – przyp. J.C.]. Ci nie mogą budzić nic prócz obrzydzenia. I jest fatalne, iż te skunksy nadal mają nieograniczone możliwości psucia wydzielinami swych rozwodnionych móżdżków atmosfery społecznej... Zupełnie inna sprawa, to ostrożność w stosunku do publikacji w litewskiej prasie postkomunistycznej na temat „Polacy a KGB”, nie można bowiem wykluczyć ewentualnego fabrykowania fałszywych „teczek” w celu moralnego dyskredytowania ludzi nawet nieskazitelnych, lecz znanych ze swego polskiego patriotyzmu.
– Obawy Pana wydają się być uzasadnione, tym bardziej, że Litwa jest dziś bodaj jedynym krajem Europy, w którym prokuratura czynnie się zajmuje poglądami politycznymi obywateli lub nawet ich narodowością.
Uprawianie uczciwej polityki przez Polaka na Litwie jest dziś potencjalnie i realnie niebezpieczne. Czy będzie więc Pan kandydował do sejmu Republiki Litewskiej na wyborach, które mają się odbyć w październiku bieżącego roku?
– Sytuacja pokaże, czy będę musiał to zrobić. Dwuletnia praca moja w parlamencie litewskim wykazuje jednak, że przy takiej jak tu i teraz „demokracji”, kiedy to dominuje bolszewicka mentalność, zakładająca, że „większość zawsze ma rację” i rzekomo zawsze wie, co jest dobre dla mniejszości, niewiele da się zrobić dla swych wyborców. Wypada więc albo machnąć na wszystko ręką i ukryć się (jeśli panowie prokuratorzy pozwolą) w sferze prywatności, albo nadal walczyć i iść do przodu na całego. Mimo niewielu szans na powodzenie.
– Życzę więc Panu mocy ducha i podjęcia właściwej decyzji. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Jan Ciechanowicz

* * *

Kurier Wileński”, 14 sierpnia 1992:

Czy Polak zawsze mądry po szkodzie?
Maraton wyborczy ruszył na całego. Powołano Główną Komisje Wyborczą, która utworzyła 71 jednomandatowych okręgów wyborczych. Kształtuje się skład osobowy komisji okręgowych. Partie polityczne oraz ruchy społeczno-polityczne oddelegowały swoich przedstawicieli zarówno do głównej, jak i do okręgowych komisji wyborczych, zaś obecnie intensywnie pracują nad typowaniem kandydatów na posłów. Przygotowywane są listy kandydatów na posłów od partii oraz ruchów społeczno-politycznych, którzy będą wybierani w 70 wlelomandatowych okręgach wyborczych. Określa się, kogo z kandydatów wytypować do jednomandatowych okręgów wyborczych. Do kandydowania w okręgach jednomandatowych przygotowują się również niektórzy politycy indywidualnie poprzez zbieranie w tym okręgu jednego tysiąca podpisów wyborców popierających kandydata na posła.
Wydaje się, że nieudanie rozpoczął kampanię wyborczą Związek Polaków na Litwie. Otóż, mimo że III Zjazd ZPL odbył się jeszcze w połowie grudnia 1991 roku, to jednak etatowi pracownicy ZG ZPL nie zatroszczyli się o zarejestrowanie w ustalonym trybie zmian w Statucie Związku, jakich dokonał ostatni zjazd. Zgodnie z Ordynacją Wyborczą do Sejmu termin skorygowania Statutu Związku i odpowiednio jego zarejestrowania upływa za dwa miesiące przed wvborami, czyli już 25 sierpnia. Oby zdążyć!
Niestety, z powodu nieuporządkowanej rejestracji zmian w Statucie ZPL nie został włączony przedstawiciel Związku do Głównej Komisji Wyborczej. Wygląda na to, że nie będzie przedstawicieli ZPL również w okręgowych komisjach wyborczych, do których należało zgłosić kandydatów do 9 sierpnia, br. Tymczasem Główna Komisja Wyborcza ukształtowała okręgi wyborcze tak, że wyborców Wileńszczyzny (rejonów wileńskiego, solecznickiego, trockiego, święciańskiego) przyłączono do innych rejonów. W wyniku tych na pierwszy rzut oka niewinnych manipulacji geograficznych może się okazać, że od wyborców tych rejonów niewiele będzie zależeć, kto ich będzie reprezentował w Sejmie RL. Mam tu na względzie, oczywiście, posłów wybieranych w okręgach jednomandatowych. Zrozumiałe, że obecność przedstawiciela ZPL w Głównej Komisji Wyborczej nie mogłaby zaważyć na wynikach głosowania przy ustalaniu granic okręgów wyborczych, ale przedstawiciel Wileńszczyzny w Komisji mógłby zaprotestować przeciw takiemu sposobowi tworzenia okręgów.
Jak już zaznaczyłem, do okręgowych komisji wyborczych przedstawiciele ZPL również widocznie nie trafią, bo jeszcze wczoraj zmiany w statucie ZPL nie były zarejestrowane w Ministerstwie Sprawiedliwości Litwy. Bez udziału przedstawiciela Związku w pracy komisji okręgowych, jeżeli wynikną jakieś nieporozumienia, trudno będzie udowodnić swoje racje, bo, niestety, nieobecni nie mają racji.
Nie chciałbym być złym prorokiem, ale wiele wskazuje na to, że pod naciskiem pewnych sił politycznych, które na swój sposób widzą dalszy rozwój polskich spraw na Litwie, będą czynione próby wyeliminowania ZPL z udziału w wyborach. Świadczy o tym wiele rzeczy, m. in. zarzut Prokuratury Generalnej RL pod adresem ZPL, że narusza on ustawy państwa, zawarty w komunikacie o przebiegu śledztwa w sprawie karnej o publicznym nawoływaniu do naruszenia suwerenności RL, gra na zwłokę Ministerstwa Sprawiedliwości RL przy rejestracji poprawek do Statutu Związku itd.
Na pewno nie obejdzie się bez działań skierowanych na wyeliminowanie z gry wyborczej również niektórych obecnych deputowanych z Frakcji Polskiej. Prokuratura Generalna RL zarzuca im, że „są członkami antykonstytucyjnego „zjazdu deputowanych wszystkich szczebli Wileńszczyzny”, jego „rady koordynacyjnej” i „prezydium”, aktywnymi twórcami tej nierozwiązanej struktury organizacyjnej”. Przypuszczam, że nie po to, by obronić od zarzutów Prokuratury Generalnej Republiki Litewskiej dobre imię deputowanych Frakcji Polskiej z takim uporem na ostatnim posiedzeniu Rady Najwyższej była tworzona specjalna komisja parlamentarna do zbadania działalności poszczególnych deputowanych.
A więc może się okazać, że będą wyeliminowani z kampanii wyborczej kandydaci na posłów ZPL nie tylko w wielomandatowych (jeżeli nie dopuści się ZPL do udziału w wyborach), ale też w jednomandatowych okręgach wyborczych, jeżeli komisja parlamentarna uzna za słuszne zarzuty Prokuratury Generalnej pod adresem niektórych deputowanych Frakcji Polskiej, którzy będą ponownie wysunięci na kandydatów na postów do Sejmu RL w okręgach jednomandatowych.
Stąd bardzo wielka odpowiedzialność kół, oddziałów rejonowych, miejskich oraz ZG ZPL za działanie w obecnym okresie. Od ZPL wymaga się obecnie podejmowania dobrze wyważonych decyzji na wszystkich szczeblach. l co najważniejsze – to pilne wyciągniecie wniosków z popełnionych dotąd błędów. Wydaje się, że kardynalnym błędem, który popełnił III Zjazd ZPL, jest to, iż do ZG ZPL oraz do innych jego struktur przyszli niektórzy działacze rozwiązanej rady rejonu wileńskiego oraz to, że jeszcze na tym zjeździe pewne siły polityczne podjęły próbę wciągnięcia ZPL do rozgrywek politycznych usiłując przekazać Związkowi zadanie tworzenia na Wileńszczyźnie Polskiego Kraju Narodowościowo-Terytorialnego z bardzo daleko posuniętą autonomią. Dopiero teraz jasnym się staje, dlaczego dotychczas Prokuratura Generalna w toku śledztwa w sprawie karnej o publicznym nawoływaniu do naruszania suwerenności RL nie podjęła żadnych kroków w stosunku do byłego przewodniczącego rozwiązanej Wileńskiej Rady Rejonowej Aniceta Brodawskiego. Przecież jego kolega z Solecznickiej Rady Rejonowej Czesław Wysocki, przeciwko któremu wytoczono sprawę karną, zmuszony jest ukrywać się od śledztwa będąc bodajże na wymuszonej emigracji, zaś A. Brodawski, wydaje się, że nie myśli wycofywać się z polityki. Na początku sądziłem, że takie postępowanie Prokuratury Generalnej w stosunku do niego jest płacą mu za to, że znacznie przyczynił się do rozwiązania rady rejonowej oraz wprowadzenia rządów komisarycznych w rejonie wileńskim. Teraz widzę, że wyznaczono mu widocznie jeszcze jedną rolę. We wspomnianym komunikacie Prokuratury Generalnej m.in. podkreśla się, że ZPL „narusza ustawy państwa. Po III Zjeździe Związku 14 grudnia 1991 roku, kierunek jego działalności zaczęli kształtować twórcy „autonomii” A. Brodawski i S. Świetlikowski, którzy weszli do jego władz”. A więc nazwiska te zostaną wykorzystane w odpowiedniej chwili aby oskarżyć ZPL. Na pewno również karta Jana Ciechanowicza zostanie wyłożona na stół, bo jeżeli oskarża się o publiczne nawoływanie do naruszenia suwerenności RL organizacje i osoby, które proponowały utworzyć na Wileńszczyźnie autonomiczną jednostkę terytorialną w składzie Litwy, to przecież były lider Polskiej Partii Praw Człowieka (PPPCz) Jan Ciechanowicz otwarcie głosił chęć oderwania części terytorium Litwy i Białorusi w celu utworzenia Wschodnio-Polskiej Republiki Radzieckiej w składzie ZSRR. Wydaje się, że głoszenie takich idei jak najbardziej pasowałoby do określenia jako publiczne nawoływanie do naruszenia suwerenności RL. Tymczasem, o ile mi wiadomo, obecnie J. Ciechanowicz z niejakim Beniaminem Chapińskim „broni naszych interesów” za oceanem.
Pewne siły polityczne i organa oczekują obecnie na posunięcia ZPL, które pozwoliłyby skompromitować Związek w oczach opinii publicznej Litwy oraz świata, ba, zastosować nawet pewne restrykcje prawne wobec niego. Takie samobójcze błędy ZPL ma okazję popełnić, przede wszystkim wysuwając kandydatów na posłów do Sejmu RL. Czy Związek Polaków na Litwie wysunie na kandydatów do Sejmu RL polityków poniekąd „spalonych” w oczach opinii publicznej, czyli tzw. „chłopców do bicia”, których później będzie musiał całym w możliwościach coś realnie zrobić dla wyborców, również będzie świadczyć o politykach.
Zbliżające się wybory będą również sprawdzianem dla wszystkich obywateli na dojrzałość polityczną. Nie wiem, jak kogo, ale mnie osobiście dziś bardzo niepokoi bierność znacznej części społeczeństwa, które zajęło pozycję obserwatora z ubocza na wszystko, co się dzieje. I wyczekuje, czym to się skończy. Niestety, podobną postawę zajmuje również wielu naszych Czytelników. Świadczy o tym również słabe angażowanie się do odpowiedzi na naszą Ankietę Wyborczą, którą zamieściliśmy Związkiem, a może i wzywając na pomoc Wileńszczyznę bronić, czy też zaproponuje polityków, którzy będą bronić interesów mieszkańców Wileńszczyzny w najwyższych władzach Litwy – pokaże najbliższy czas. To jest poważny kolejny sprawdzian dla ZPL. Będzie to również poważny sprawdzian dla każdego z polityków. Bowiem, zdolność realnej oceny własnych szans zarówno w wyborach, jak też szczególnie w gazecie dwukrotnie. Czy i tym razem nie będzie Polak mądry po szkodzie?
Zbigniew Balcewicz
(redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego”,
koordynator (były) wileńskiego KGB
z ramienia KPZR).

* * *

Panorama”, Chicago, sierpień 1992:

Polsko-litewskie bagno

1. Wyszło szydło...
Ogłoszenie nazwisk części agentów SB i UB (faktycznie KGB) zasiadających dziś na najwyższych stołkach we władzach Rzeczypospolitej pozwoliło Polakom Kresowym na zrozumienie wielu spraw, które dotąd jawiły się im jako raczej zagadkowe. Dlaczego np. p. Jagiełło, Kłopotowski, Kuroń, Geremek, Michnik, kilku innych ćwierćinteligenckich pozerów z Unii Demokratycznej, tak często odwiedzających Litwę w latach 1989-1991, ciągle ściskali się i całowali przed kamerami telewizyjnymi z V. Czepaitisem (również prowokatorem KGB) i zgodnie razem z nim oblewali pomyjami jakoby „skomunizowanych” Polaków Wileńszczyzny, desperacko broniących swego prawa do życia. Za to zwalczanie sprawy polskiej, za oczernianie rodaków z Wileńszczyzny, na łamach „Gazety Wyborczej” i w telewizji warszawskiej dwaj z tych panów zostali nawet – jako jedyni cudzoziemcy – odznaczeni przez Landsberga Orderem Pogoni (Vitis). Mimo iż order jest litewski, to prawdopodobnie decyzja o jego nadaniu tym właśnie indywiduom zapaść mogła w metropolii położonej 800 km na wschód od Wilna.
Zrozumiano też w Wilnie, dlaczego jeszcze w 1989 roku „Bolek” udzielił Telewizji Litewskiej wywiadu, w którym potępiał „wygórowane” ambicje Polaków na Wileńszczyźnie i dobitnie akcentował, że Polacy muszą czuć się wdzięczni z powodu tego, iż Litwini pozwalają im używać w domu i w kościele języka ojczystego...
Stało się też jasne, dlaczego minister K. Skubiszewski nazywał „prowokatorami” tych Polaków z Wilna, którzy godnie bronili zasad równouprawnienia i swego prawa do istnienia, a wspierał i wspiera kolaborantów, dawniej będących na usługach KGB, a dziś z uprawomocnienia Saugumy kontrolujących gros polskojęzycznych środków masowego przekazu na Litwie.
Cóż się dziwić, skoro dziś wiemy, że wszyscy oni są realizatorami opracowanej na Łubiance w Moskwie koncepcji „rewolucji sterowanej”, czyli „pierestrojki”, w myśl której sytuacja milionów Polaków na wschód od Bugu miała pozostać dokładnie tak niewolnicza, jaką była w ZSRR, a Rzeczpospolita Polska miałaby nadal być „równą wśród równych” w gronie satelitów „demokratycznej” Rosji...

2. Popis niekompetencji
W dniach 20-23 czerwca br. wa Grzegorzewie (Grigiskes) odbyła się II Konferencja Polaków Europy, na którą przybyli reprezentanci, jak to sami określili, „niezależnych” środowisk z 11 krajów Europy i z Azerbejdżanu. Niewątpliwie takie spotkania mogą i powinny być pożyteczne dla dalszych losów Polonii, ponieważ w ich trakcie następuje wymiana zdań i, być może, Polacy na świecie ujrzą wreszcie sytuację swych rodaków w republikach byłego ZSRR we właściwym świetle.
Nie sposób jednak nie zauważyć, że powyższa impreza przebiegała – inaczej chyba być tu nie mogło – pod ścisłą, aczkolwiek, oczywiście, dyskretną obserwacją pracowników eks-KGB Litwy i Rosji, jak się wydaje, zacieśniających ostatnio i bez tego ścisłą współpracę ze sobą na niwie antypolonizmu. Po pierwsze, uczestników konferencji zakwaterowano nie w Wilnie, lecz w prowincjonalnym Grzegorzewie, leżącym na granicy polskiego obszaru etnicznego w obecnej Litwie, aby ograniczyć ewentualne kontakty gości z ludnością. Po drugie, postarano się, jak w niedawnych czasach krętactw komunistycznych, by do niektórych z punktu widzenia UB „politycznie niepewnych” osób mających wystąpić na tym forum, zaproszenie od Związku Polaków Litwy dotarło z parodniowym opóźnieniem, gdy było już po imprezie. l po trzecie, wystąpienia niektórych gości, szczególnie tych, z Wielkiej Brytanii i z USA, świadczyły o tym, że padli oni ofiarą manipulatywnych zabiegów antypolskich sił byłego ZSRR, albo są agentami KGB.
Bo czymże jeszcze można wytłumaczyć niedopuszczalny, wręcz oburzający ton wypowiedzi np. takiego prof. z Texasu, jak Zbigniew Antoni Kruszewski, który nie miał na Wileńszczyźnie nic innego do powiedzenia, jak tylko pouczać tutejszych Polaków, że muszą być „lojalni” do władz litewskich i oburzać się, jak to można tak długo mieszkać na Litwie i nie znać języka litewskiego!... Oburzeni reprezentanci Wileńszczyzny musieli niezbyt kompetentnemu i nie grzeszącemu nadmiarem dobrego tonu gościowi z USA długo wyjaśniać, że – wbrew jego insynuacjom, mającym posmaczek publicznych donosów – są jednak lojalni w stosunku do Litwy, że „skomunizowany” jest kto inny, a nie Polacy, że wreszcie dawno nauczyli się języka litewskich kolonizatorów, co zresztą w niczym nie zmiękczyło ich nienawistnego stosunku do rdzennej polskiej ludności Wileńszczyzny...
Żadne argumenty nie wpłynęły jednak na zmianę postawy p. Kruszewskiego, podobnie jak p. Czesława Zychowicza z Londynu, który w wystąpieniu na antenie Radia Litewskiego umiał tylko trzykrotnie podkreślić, że czuje się niezmiernie szczęśliwy i zaszczycony, iż raczyła go i innych uczestników konferencji przyjąć na krótkiej audiencji grzecznościowej, znana zresztą z nieprzejednanej polonofobii, pani H. Kobeckaite, Żydówka, dyrektor generalny tzw. Departamentu Narodowości RL, i że Polacy wileńscy muszą szanować władze Litwy.
Wszystko to było niemiłym i żenującym zaskoczeniem dla Polaków Kresowych, którzy oczekiwali ze strony rodaków z Zachodu nie głupkowatych sklerotycznych pouczeń, świadczących o złej woli i ignorancji niektórych gości, lecz moralnego wsparcia i wyrazów solidarności dla prowadzonej tu przez nich walki o godność ludzką i prawa człowieka. Czyżby naprawdę wśród wielu milionów Polaków w W. Brytanii i USA nie można znaleźć do udziału w tak odpowiedzialnych spotkaniach kilku osób na odpowiednim poziomie etycznym i intelektualnym, choć trochę „zależnych” od rozumu i sumienia?

3. Perfidia
W październiku br. mają się odbyć na Litwie wybory do pierwszego sejmu niepodległej republiki. Już dziś władze bezpieczeństwa i szowinistyczne środki masowego przekazu wydają się „przygotowywać” do tego niewątpliwie ważnego wydarzenia, ponieważ ludzie, których się wybierze do organu ustawodawczego Litwy, będą nią sterować w ciągu kolejnych czterech lat.
Widocznie w ramach tych przygotowań Telewizja Litewska 6 lipca nadała obszerny program, poświęcony Stanisławowi Pieszce, polskiemu członkowi Rady Najwyższej Republiki Litewskiej. Audycja była utrzymana w tradycyjnym duchu polonofobskim, nienawiścią ziało każde słowo spikera, nawet barwa jego głosu emanowała to uczucie, a słowa grzęzły w dławionej spazmami agresji krtani. To było niezapomniane widowisko. Słownictwo zaś i duch komentarza były jakby żywcem wzięte z epoki stalinowskiej, kiedy to propaganda nienawiści do „wrogów ludu” poprzedzała ich skazanie i likwidację... Czegoś takiego nie spotka się dziś chyba nigdzie na świecie, nawet na Kubie czy w Chinach. Gdyby buszmenom Afryki Południowej podarowano niepodległe państwo, z pewnością potrafiliby zachować się bardziej przyzwoicie i nie zniżyliby się do tak podłych i zapamiętałych ataków publicznych na posła własnego parlamentu, jak to uczyni przedstawiciele litewskiej telewizji i prokuratury...
Co więcej „akcja przedwyborcza” bezpieki sowiecko-litewskiej jest – jak się zdaje – przenoszona poza granice RL, bo przecież i w Polsce, i na Zachodzie trzeba wpierw zniesławić patriotycznie usposobionych Polaków z Wileńszczyzny, by później, w razie rozprawienia się z nimi, nikt nie wzniósł głosu w ich obronie. Jak głosi fama wileńska, obecnie polscy agenci Saugumy (których ona z całym kramem przejęła od KGB), wysyłani są raz po raz do Warszawy i innych miast polskich, gdzie szukają kontaktu (nieraz jako rzekomo „prześladowani przez Litwinów”), ale już nie z Unią Demokratyczną, którą już dość zdyskredytowali, lecz ze środowiskami raczej patriotycznymi, jak Konfederacji Polski Niepodległej czy ZChN. Cóż to będzie za frajda na Łubiance, gdy w polskiej prasie narodowo-patriotycznej (podobnie jak do niedawna w UD-eckiej) zaczną ukazywać się artykuły potępiające jako „czerwonych” patriotów polskich z zabranych Kresów, a gloryfikujące jako „działaczy niepodległościowych” wieloletnich kapusiów KGB i współpracowników milicji sowieckiej! A jeśli pan Moczulski, naśladując pana Geremka, przyjedzie do Wilna, by się całować z panem Landsbergiem, sielanka będzie całkowita. A że tak się może stać przy polskiej naiwności i detektywizacji polskich elit politycznych, wątpić raczej trudno. Pierwsze „jaskółki” już się zresztą zjawiły...
Tak bardzo skądinąd rzetelne pismo krakowskie „Myśl Państwowa” w numerze z kwietnia – maja 1992 r. już było bliskie tego, by za „męczennika sprawy polskiej” ogłosić redaktora naczelnego sajudisowskiego tygodnika polskojęzycznego „Znad Wilii”, ongisiejszego supersłuczalczego w stosunku do sowietów zast. sekretarza organizacji partyjnej „Czerwonego Sztandaru”, a później przez kilkanaście lat absolutnie dyspozycyjnego kierownika redakcji polskiej komunistycznego radia w Wilnie i telewizji sowiecko-litewskiej, który się rychło na rozkaz swych mocodawców w 1989 przemalował i dziś gorliwie wysługuje się Sajudisowi, pełniąc te same wysokie i dobrze płatne funkcje. A że Mieczkowski jest, mimo serwilizmu, trochę dla pozoru podziobywany przez litewskich szowinistów z „Vilnii”, reklamuje się więc jako rzekomy obrońca polskości Wileńszczyzny. l znajduje jaki taki posłuch wśród zdezorientowanych naiwniaczków w RP, podobnie jak rzekomy „właściciel” „Znad Wilii”, gazety żyjącej z subsydiów rządu Landsberga i posowieckiego UOP-u, Okińczyc, niedawny pupilek UD, który ongiś uściskał się z czepaitisami, jagiełłami (tymi, od ministrów), michnikami, a dziś dobiera się z politycznymi czułostkami do samego Leszka Moczulskiego...
Na tejże bodaj grzędzie wyrósł obszerny pod względem objętości, lecz kuriozalny pod względem treści, wywiad niejakiego Kijaka (nie wiemy, kto się kryje pod tym operacyjnym pseudonimem) z profesorem Adamem Dobrońskim z filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku, zamieszczony w majowo-czerwcowych numerach czasopisma „Relax” w Chicago. Na wołowej skórze by nie spisać bzdur (tym szkodliwszych, że zaprawionych kilkoma trafnymi spostrzeżeniami), uzbieranych w tym tekście przez, pożal się Boże, „wybitnego znawcę” stosunków polsko-litewskich, który gloryfikuje tych Polaków z Wilna, którzy przez dziesiątki lat byli etatowymi pracownikami KC Kompartii Litwy, KGB i milicji sowieckiej (ci mieliby rzekomo „wyrzucić z siebie” komunizm), a z błotem miesza za pomocą bezczelnych kłamstw tych, którzy nigdy się nie splamili żadnymi funkcjami w sowieckim aparacie partyjnym czy terrorystyczno-inwigilacyjjnym.
Pan Dobroński widocznie uważa, że komunizm z siebie wyrzuca się równie łatwo, jak schorowaną żonę z domu, a zamiast nich wprowadza się nowe ideały, jak zamiast żony kochanicę. Ale tak, niestety, nie jest, bo komunizm to nie po prostu światopogląd, to system cech charakterologicznych, na który składają się m.in. zdolność do pisania podłych donosów (w tym prasowych), zmieniania masek politycznych na rozkaz moskiewskich mocodawców, ogłaszanie czarnego za białe lub białego za czerwone, wybujała megalomania i patologiczna zawiść, zupełny brak poczucia przyzwoitości moralnej i kompletna pogarda dla prawdy i godności człowieka. Dobroński, jako wieloletni funkcjonariusz PZPR, wykazał większość z tych cech w swym politowania godnym elaboracie.
Jan Ciechanowicz

* * *

Nasza Gazeta”, 25 sierpnia 1992:

Co z reprezentacją komsomołu w przyszłym Sejmie?!
W obecnej Radzie Najwyższej nieliczna, jednoosobowa, ale jest. Deputowany, wysunięty z ramienia komsomołu, wielce szanowny Pan Zbigniew Balcewicz w niedawno opublikowanych na łamach Kuriera Wileńskiego „Dziełach prawie wszystkich” (wydanie drugie) co prawda zapomniał o tym napisać. Gwoli prawdy należy przypomnieć, że decyzję komsomołu poparł i kolektyw szpitala psychiatrycznego w Wilejce. Ale wiadomo, jak to bywa, kiedy się obieca, że będzie basen i nawet z wodą, jeżeli pacjenci będą grzeczni. Moja troska o tę młodzieżową organizację i jej nienajmłodszego reprezentanta wynika z tego, że coś mi się zdaje, że wytypowała jakby słabszego swego przedstawiciela do Rady Najwyższej, ani takiego odważnego, ani zahartowanego jak stal. Bo kiedy się czyta w kolejnym utworze „Czy Polak zawsze mądry po szkodzie” (14.08.92 wydanie pierwsze), że w zasadzie dobrze by było, aby tych wrednych Polaków, co upominają się o swoje prawa, wsadzono do kryminału, bo rzekomo są na dodatek i „puczystami”, dziw bierze, że jednak ci wredni w dni tzw. puczu byli w Radzie Najwyższej Litwy, a nasz wielce szanowny reprezentant komsomołu po pierwszym komunikacie z Moskwy sromotnie zwiał z rodziną do Polski i stamtąd telefonicznie ubolewał nad nieznaną przyszłością swoich wyborców i ukochanej Litwy. Wyraźnie stchórzył i zdradził. Dziś natomiast jest jednym z największych patriotów Litwy, jeżeli oczywiście sądzić po utworach, a nie po czynach. A propos „Dzieł niemal wszystkich”. Proponowałbym autorowi, póki ma nieograniczone możliwości, opublikować i materiały poufnej narady z pierwszymi sekretarzami rajkomów partii strefy wileńskiej, zwołanej w „Czerwonym Sztandarze” z inicjatywy Pana Z. Balcewicza w celu zaktywizowania działalności partii na ograniczenie społecznego wpływu Związku Polaków na Litwie. Albo też artykuły nawołujące do przystąpienia do Komunistycznej Partii Litwy a fetujące jakoby mądrość Redaktora, który jako jedyny w ciągu ostatnich 50 lat stał się członkiem Biura KC. Warto też byłoby opublikować powtórne oświadczenie Wielce Szanownego oraz Czesława Okińczyca z 28 stycznia br., ukierunkowane na likwidację frakcji polskiej w RN Litwy i opisać poklask i poparcie, jakie ono uzyskało w koalicji Sajudisu. Dziś komsomoł jakby już i nie istnieje, Sajudis powoli odchodzi do historii. Martwi mnie, gdzie Panowie będą zbierać poklask?
Warto by też było, aby „Dzieła”, ale już wszystkie, wydać w postaci podręcznika „mądrości ludzkiej”, najlepiej w twardej okładce, aby mniej się niszczyło przy czytaniu tego bestsellera. Bo te polskie społeczeństwo „zajęło pozycję obserwatora”, jest bierne, może z tych dzieł czegoś się nauczy. Źle, że te społeczeństwo nie reaguje na ankietę opublikowaną w Kurierze Wileńskim, co gorzej, w żaden sposób nie chce napisać, że najlepszym reprezentantem Polaków był, jest i zawsze będzie właśnie pan Balcewicz. Rodacy! Oj, nieładnie, nieładnie.
Piszę nie tylko z troską o reprezentację komsomołu w przyszłym Sejmie. Pragnę też natchnąć autora do pisania nowych dzieł, być może poetyckich. Ponieważ na łamy „Kuriera”, nawet deputowanym, dotrzeć staje się niemal niemożliwe, a jeżeli coś się i opublikuje, to Redaktor, jak dobry chirurg, wycina główne i brzmi to wtedy eunuchowato i zmienionym tonem, więc mam nadzieję, że moje nazwisko, chociaż w negatywnym świetle, będzie stale obecne w nieśmiertelnych dziełach wielce szanownego Pana Balcewicza. Tym bardziej, że nie od dziś i w najbliższym czasie w prasie, radiu i telewizji będą kolejno się zmieniali dwaj nierozłączni koledzy, będą wymieniane dwa nazwiska, będziemy słyszeli dwa po ojcowsku zatroskane o własny prywatny interes głosy.
Ryszard Maciejkianiec”

* * *

O patologicznym cynizmie byłych donosicieli KGB spośród Polaków wileńskich, którzy następnie zostali podwójnymi (co najmniej) agentami litewskiej bezpieki i warszawskiego MSZ-u, świadczy artykuł R. Mieczkowskiego pt. „Napluć do studni”, opublikowany w tygodniku „Znad Wilii”, wydawanym za pieniądze „polskiej” bezpieki, (nr z 5 września 1992 r.). Redaktor tak, jakby stał przed lustrem i doń się patrzał, pisał językiem zjadliwym, pełnym nienawiści (ale o miłości), niepoprawnym (ale pretensjonalnym i „poetyckim”) jak na urodzonego łajdaka i prowokatora przystało. Widocznie owcze gęby z geremkowskiego MSZ-u wciąż uważały, że muszą kontynuować w Wilnie swą brudną robotę ręcami najpodlejszego z polskich donosicieli KGB.

* * *

Biały Orzeł”, 20 września 1992:

Nasze wywiady
Skazani na siebie
Profesor Aleksander Dawidowicz, znany intelektualista i literat, jest wiceprzewodniczącym Rady Naczelnej Federacji Organizacji Kresowych w Polsce, prezesem Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna, wiceprzewodniczącym Ogólnopolskiego Komitetu Obrony Polaków Wileńszczyzny (OKOP) oraz działaczem kilku dalszych organizacji, wspierających Polaków na Wschodzie. Dziś odpowiada on na pytania naszego korespondenta.
– Jak Pan, Panie Profesorze, będąc rodowitym, aczkolwiek zamieszkałym obecnie w Warszawie, wilnianinem, widzi sytuację właśnie wilnian na ich ziemi ojczystej?
– W bardzo ciemnej tonacji. Wilnianie, niestety, mogą liczyć tylko na własne siły. Warszawska „mafia europejska” złoży Polaków kresowych w ofierze, byle tylko utrzymać dobre stosunki z establishmentem litewskim, białoruskim i ukraińskim. Ale i tak przez tę zdradę nic nie osiągnie, bo tylko rozzuchwali ustępliwością wschodnich sąsiadów. Nie zmienia to faktu, że ani rząd obecny w Polsce, ani Watykan, ani prymas Polski, ani tym bardziej organizacje międzynarodowe, nie wspierają i nie wesprą Polaków mieszkających na ziemiach zabranych na wschód od Bugu. Na oczach całego świata siły te przystają, dla przykładu, na realizację polityki litewskiej, polegającej na dążeniu do rozproszenia i zniszczenia zabużańskiej ludności polskiej jako całości. Rząd warszawski idzie na to i tylko cynicznie igrając losami setek tysięcy ludzi, w celach kamuflażu, dla pozoru robi niekiedy gesty charytatywne, by zamaskować postawę zdrady i zaprzaństwa.
– Stawia Pan bardzo źle rokującą diagnozę, aż korci po niej poprosić o przykłady na poparcie takiego wyroku.
– Najwyraźniej to widać na przykładzie Uniwersytetu Polskiego w Wilnie. Rząd polski nie robi w tej sprawie nic, a ambasador Jan Widacki unika nawet używania samego terminu „uniwersytet”. Oczywiście, Widacki wykonuje zlecenia Skubiszewskiego, a ten – międzynarodowej „mafii europejskiej”. Mimo obowiązku czynienia tego, Polska nie udziela żadnej ochrony prawnej, politycznej czy chociażby moralnej, Polakom zamieszkałym od 1939 roku na okupowanych terenach polskich i pod tym względem wygląda bardzo marnie na tle działań Rumunii, Niemiec, Izraela i innych państw, mających patriotyczne rządy. Ci ludzie działają w najwyższym stopniu niemoralnie, nie broniąc wielotysięcznej rzeszy byłych obywateli polskich poddawanych do dziś terrorowi i dyskryminacji. Nie wątpię, że staną kiedyś pod pręgierzem w opinii naszego narodu.
– Panie Profesorze, Polacy na Litwie mają swe szkoły podstawowe i średnie, towarzystwa społeczno-kulturalne, prasę, radio, telewizję. Litwa jest jedynym krajem, który retransmituje audycje z Polski. Sytuacja wydaje się być nieporównywalnie lepsza, niż była za czasów okupacji sowieckiej. Czy wypada więc w ogóle mówić o dyskryminacji ludności polskiej na Litwie?
– Nie tylko wypada, ale jest to konieczne. Tak, Polakom przysługują na Litwie pewne fragmentaryczne prawa obywatelskie, ale są one ciągle po cichu redukowane przez rządy sajudisowskie. Widzę obecnie sześć podstawowych rodzajów dyskryminacji. 1. W sferze gospodarczej jest to niezwracanie ziemi i budynków Polakom tu po zaborze sowieckim pozostałym, i tym, którzy wyjechali. W ten sposób Litwa idąc w ślady ZSRR, ponownie Polaków wywłaszcza na zajętych przez siebie bezprawnie polskich terenach przedwojennych. 2. W sferze oświaty stykamy się z zamykaniem polskich przedszkoli i tworzeniem w ich miejsce litewskich oraz tworzeniem na siłę litewskich szkół w miejscowościach zamieszkałych wyłącznie przez Polaków. Torpedowanie Uniwersytetu Polskiego, działającego od dwóch lat, lecz mimo to nie zarejestrowanego. Gdy Kongres Polonii Amerykańskiej zaoferował się kupić gmachy dla Polskiego Uniwersytetu w Wilnie, Vytautas Landsbergis odrzucił tę ewentualność. Nie odwołano zakazu używania podręczników polskich w polskich szkołach na Wileńszczyźnie, dla pozoru nieco zmiękczając wcześniejsze drakońskie zarządzenia. 3. W sferze religii widzimy niedopuszczanie księży polskich z RP do katechizacji dzieci i młodzieży polskiej na Wileńszczyźnie. Księża litewscy bardzo źle znają język polski, w większości są wyjątkowo wrogo nastawieni do ludności polskiej, nie mogą więc przekazać młodzieży ducha chrześcijańskiej miłości i uniwersalizmu. Litewska hierarchia kościelna połączyła swe wysiłki z antypolskim aparatem państwowym Litwy i polakożerczymi organizacjami społecznymi, nie wyłączając posowieckich i kryptokomunistycznych. Także watykańska Ostpolitik w jej obecnym wydaniu godzi w żywotne interesy Polaków na Wschodzie, a na dalszą metę – także w interesy katolicyzmu jako takiego. Papież wzdraga się przed mianowaniem polskiego biskupa i założeniem polskiego seminarium duchownego w Wilnie, robi jednocześnie wszystko po myśli szowinistycznego kleru litewskiego. Sytuacja Polaków – katolików wygląda jeszcze tragiczniej na Litwie etnicznej, gdzie nie ma nic, gdzie codziennie są oni szarpani i poniżani przez polonofobów w sutannach. 4. W sferze kultury zaciera się wszelkie ślady odwiecznej polskiej obecności na tej ziemi. Wyłuskuje się z murów kościołów i innych budowli dawne polskie tablice i napisy; zmienia polskie nazwy miejscowości na sztucznie i niedorzecznie tu brzmiące litewskie, dewastuje się polskie cmentarze etc. 5. Na podstawie statystyk twierdzę, że w sferze ochrony zdrowia Ziemia Wileńska przeżywa w okresie powojennym ciche ludobójstwo. Tutaj jest najkrótsze w całej Litwie życie ludzi, najwyższy wskaźnik umieralności, najwyższa śmiertelność noworodków, najwięcej inwalidów pracy – bo ludzie, prawie wyłącznie Polacy, żyją i pracują w straszliwych, a celowo tworzonych przez administrację litewską warunkach. Mamy tu najmniejszą ilość łóżek szpitalnych, lekarzy, pielęgniarek, nadal najgorsze zaopatrzenie w leki itd. Nierzadkie jest i ordynarne, nieludzkie zachowanie się poszczególnych lekarzy Litwinów do swych polskich pacjentów. To jest stan na granicy katastrofy biologicznej. Uważam, że sprawa wymaga natychmiastowego umiędzynarodowienia. Wszystko to bowiem jest skutkiem świadomej dyskryminacji i celowych zaniedbań. I wreszcie na 6 miejscu umieściłbym edytorstwo. Nie ma na Wileńszczyźnie książek, nie ma wydawnictw w języku polskim. W kioskach nie uświadczy się zasadniczo prasy polskiej, chociaż może się nabyć pseudopolskie szmatławce w rodzaju „Znad Wilii” czy „Szalczy”... Księgarnie wileńskie są zawalone tutejszą produkcją w języku litewskim, rosyjskim i żydowskim, ale nic się tu nie znajdzie w języku tych, którzy stanowią ok. 10 proc. ludności Republiki i wytwarzają 18 proc. jej dochodu narodowego. Ma miejsce odcinanie Polaków od Macierzy, od korzeni kultury ojczystej i blokowanie działalności kulturotwórczej. Czyż jest to w ogóle do pomyślenia, by w normalnych warunkach 400 tysięcy Polaków na Litwie nie dorobiło się własnego silnego ruchu literackiego, artystycznego, naukowego, edytorskiego? Nic z tego faktycznie nie ma, bo nie ma normalnych warunków życia i pracy tych zapomnianych przez Boga i ludzi nieszczęśników. To kulturowe, a częściowo i fizyczne, uśmiercanie setek tysięcy Polaków, odbywające się przy aplauzie warszawskiej „Gazety Wyborczej”, wręcz ziejącej nienawiścią do Polaków kresowych, ma miejsce, mimo odwrotnych zapewnień kilku płatnych szabesgojów, donosicieli i półkryminalistów, mianowanych przez neobolszewicki Sajudis na stanowiska „dobrych Polaków”...
– Czy sytuację innych mniejszości narodowych w Litwie widzi się Panu równie tragicznie, co polskiej?
– W żadnym razie! To tylko Polakom nie zwraca się zagrabionego mienia, natomiast na siłę poszukuje się po całym świecie przedwojennych Niemców z Wilna i wręcz zmusza się ich do przyjęcia odszkodowań, gmachów i mieszkań. To samo dotyczy Żydów, którzy cudem przeżyli niemiecko-litewski holocaust. Nawet z Rosjanami znajduje się wspólny język i tylko Polaków się tępi, jak dziką zwierzynę.
– Pana wypowiedzi napawają już nawet nie pesymizmem, ale po prostu rozpaczą. Czyżby naprawdę nie widział Pan dla Polaków kresowych żadnych szans?
– Odwrotnie. Najgłębszy jest mrok przed świtem. To pewna, nikt nikomu nie przyniesie wolności na tacy. Kresowiacy mogą liczyć tylko na siebie, ale powinni też pamiętać, że po stu porażkach sto pierwsze będzie jednak zwycięstwo, ich zwycięstwo. Powinno się jednak mieć więcej zwartości, zdecydowania, odwagi. Litwini są twardzi i liczą się tylko z tymi, którzy są jeszcze twardsi...
– Dziękujemy za rozmowę i życzymy Panu sukcesów w działalności w organizacjach broniących praw człowieka na byłych terenach polskich.
Rozmawiał
Jan Ciechanowicz
* * *

Nasza Gazeta”, 22 września 1992:

Z punktu widzenia socjologa
Kryzys władzy
Prof. dr hab. Mieczysław Trzeciak jest człowiekiem znanym zarówno ze względu na swe publikacje naukowe jak i aktywność społeczną. Mieszka w Warszawie, pochodzi z dawnej rodziny kresowej, słynącej z patriotycznej postawy już w wieku XVI, bawił ostatnio przez parę tygodni na Wileńszczyźnie. Proponujemy uwadze czytelników rozmowę z nim o pewnych doniosłych aspektach współczesności.
– Panie Profesorze, czy socjolog ma jakąś receptę na dolegliwości współczesnego społeczeństwa?
– Recepta może by się znalazła, ale trudno zakładać, że całe społeczeństwo jest chore i w dodatku chce się leczyć...
– Chce czy nie chce, ale skoro musi...
– Skomplikowany syndrom zjawisk nie daje szans na powodzenie najbardziej nawet wymyślnej recepty. Socjologia stawia sobie więc za cel rozpoznanie struktur społecznych i ukazanie tendencji rozwojowych. Z tego wynika wiele innych ważnych funkcji socjologii objętych jej definicją.
– Właśnie chciałbym uniknąć akademickich rozważań nad klasyczną czy też współczesną definicją socjologii. Chodziło mi raczej o uzyskanie szczerej odpowiedzi na pytanie, jakie problemy lub raczej jaki problem dręczy Pana osobiście najbardziej i do którego rozwiązania chciałby się Pan osobiście przyczynić...
– Za taki problem uznaję obecnie narastający rozdźwięk między władzą a społeczeństwem. Jawi się on, co prawda z różnym nasileniem w rożnych krajach, ale wszędzie powoduje groźne konflikty, napięcia społeczne, a nawet wojny już wcale nie lokalne, bo angażujące siły międzynarodowe, co stwarza niebezpieczeństwo naruszenia pokoju światowego. Na dobrą sprawę każdy z nas bez trudu może podać liczne przykłady takich sytuacji. Odnajdujemy je w protestach i strajkach mających coraz bardziej wyraźne podłoże polityczne, w konfliktach społecznych i narodowościowych, a także w wojnach angażujących najwyżej zaawansowaną technikę, myśl strategiczną i autorytety.
– A więc światowy kryzys władzy?
– Władzy sprawowanej przez wyobcowane elity, na domiar złego często nieudolne, choć zadufane w sobie, nieprzygotowane do tak trudnych zadań i realizujące swoje własne odrębne interesy kosztem tych, których rzekomo reprezentują. Narasta więc bieda i bogactwo, ale na różnych krańcach społeczeństwa, powstaje konflikt miedzy władzą a szeregowym obywatelem. W wielu krajach, a nawet całych regionach świata, w których z głodu umierają miliony ludzi, elity rządzące gromadzą ogromne, sprytnie ukrywane i zabezpieczone fortuny.
– Doprawdy, nie widzę w tym żadnych znamion nowoczesności, wszak tak było zawsze...
– Nowoczesna jest strategia i technika, a także formy kapitału i sfery jego wpływu na społeczeństwo. Technika jak nigdy przedtem umożliwia elitom kształtowanie postaw społecznych, przekonań, opinii publicznej, manipulowanie informacją i dezinformacją, a więc kontrolowanie wszystkich tych elementów, które tworzą stosunki nadrzędności i podporządkowania, umacniając pozycję elity rządzącej... Mając do dyspozycji odpowiednią technikę, nie trudno upowszechnić i narzucić zarówno piosenkę, pogląd polityczny czy modę na taki lub inny strój.
– Przy tym zrobić to tak zręcznie, że manipulowana osoba jest pewna, że jest zupełnie swobodna w wyborze i kieruje się wyłącznie własnym rozumem, upodobaniem i gustem. Znany niemiecki myśliciel Theodor Adorno, mówiąc o tych mechanizmach, podkreślał, że im mniej wybór zależy od sumienia i wolnej woli ludzi, tym bezczelniej im propaganda wmawia, że są wolni i podejmują autonomiczne decyzje.
– Stykamy się z tym na każdym kroku. Podobnie jak ze stosowaniem innego chwytu socjotechnicznego, polegającego na ciągłym i nudnym oskarżaniu elit poprzednich o wywołanie obecnego kryzysu, podczas gdy faktycznie winę za niego ponoszą już „ludzie nowi”.
– Celowała w tym m.in. świętej pamięci propaganda komunistyczna, bez przerwy ględząca o pozostałościach kapitalizmu, o tym, że eksperyment bolszewicki nie ma analogów w dziejach i dlatego przebiega tak boleśnie... Słuchając dzisiejszych pseudodemokratów człowiek nieraz zachodzi w głowę, jak uderzająco podobna jest ich demagogia do komunistycznej, zresztą identyczne są zarówno frazesy jak i zupełna głupota w urzeczywistnianiu eksperymentów na żywych ludziach, eksperymentów, o które przecież nikt nie prosił, a za które domagają się od „ludu” wdzięczności.
– Przy tym we wcale wymiernych wielkościach majątkowych oraz w pożądanych przez elitę zachowaniach i postawach społecznych, pozwalających na konserwowanie i zachowanie władzy i związanych z jej posiadaniem przywilejów przez ludzi niewłaściwych i niekompetentnych.
– Czyli twierdzi Pan, że współczesność daje zbyt wiele możliwości w ręce elity i jej poszczególnych reprezentantów?
– Dosłownie tak. Śmiem twierdzić, że przez naciśnięcie guzika pojedynczy człowiek, który ma dostęp do arsenałów broni masowej zagłady, jak w przypadku broni np. jądrowej, może wywołać tragedię o niebywałych dla ludzkości konsekwencjach. Na szczęście do tej pory sytuacje takie zwykliśmy oglądać tylko w filmach „science fiction”, ale bądźmy ostrożni, bo w życiu fikcja często przeplata się z rzeczywistością.
– Dlaczego jednak technika stała się dziś tak jednostronna i oddaje usługi prawie wyłącznie elitom rządzącym?
– Współczesna technika wymaga ogromnych funduszy, a te nie są przecież w ręku ubogich ani też przez nich dzielone. Przeciwnie, stwierdzenie, że kto ma pieniądze, ten ma władzę, można odwrócić i powiedzieć, że kto ma władzę, ten ma pieniądze.
– Czy można powiedzieć, że jest to zjawisko powszechne we współczesnym świecie?
– Niewątpliwie! Świat współczesny wyraźnie tworzy siły, których coraz bardziej nie potrafi opanować. W dalszej jednak perspektywie z tym groźnym zjawiskiem musi sobie jakoś poradzić.
– Jeżeli to sprawa elitarna, to jaki wpływ na jej rozwiązanie może mieć przeciętny obywatel?
– Rzecz w tym, że tych przeciętnych obywateli jest tak dużo, że niewielki nawet wysiłek z ich strony może znaczyć wiele i przyczynić się do rozwiązania problemu. Rzecz jasna, że niezbędna jest tu tylko świadomość całej sprawy i działanie w odpowiednim kierunku.
– Nadzieja zatem w dobrze i właściwie rozumianej demokracji?
– To właśnie miałem na myśli wyciągając wnioski z najnowszych wydarzeń. Demokracja to przecież koniec m.in. przywożenia na stanowiska ludzi w teczkach, tak popularnego jeszcze do niedawna w krajach komunistycznych, koniec kastowości, tajemniczości, ukrytych knowań...
– Szczególnie na stanowiskach wyższych...
– Nic lekceważmy także tych niższych. Przez ich pryzmat oceniać można całą jakość systemu. Tym bardziej, że mieszkańcy społeczności lokalnej sami najlepiej wiedzą, który z nich jest najodpowiedniejszy na sołtysa czy wojewodę. Co więcej, trzeba tu dodać, że bez tej demokracji na dole bzdurą jest mówić o demokracji na górze. Jest to niewątpliwie pewne uproszczenie, ale tylko teoretyczne, ponieważ w rzeczywistości bez odpowiednio wybranych sołtysów, naczelników gmin i miast wyborca traci zaufanie do dalszej procedury wyborczej i słusznie dopatruje się braku demokratycznego systemu wyborczego wskutek manipulowania przez „górę” tym systemem.
– Czyżby więc miał istnieć priorytet samorządu lokalnego we współczesnej demokracji?
– Nie w nazwie problem. Mi osobiście odpowiada bardziej pojęcie samorządu terytorialnego, bowiem demokracja to nie slogan i dotyczy zawsze określonego terenu, którym wyobcowana elita rządzi czy zawłaszcza. Protesty, strajki, konflikty stąd wypływające nie mogą być traktowane tylko jako lokalne, bowiem zawsze mają też i szersze, powiedzmy, zewnętrzne aspekty dotyczące całej elity rządowej, jej struktur i agend. To szersze podejście wyraźnie ukazuje działanie elity sprzeczne z interesem społecznym jak też podłoże konfliktu na ile ograniczania demokracji i wolności.
– Ale pojecie terenu łączy się z granicą, a obecne konflikty społeczne nie mają w praktyce granic...
– Tak jest tylko pozornie. W rzeczywistości wszelkie konflikty a nawet wojny rozgrywają się zawsze na określonym terenie i w ścisłe zakreślonych granicach. Oczywiście, wojna to krańcowa posiać konfliktu zaniedbanego w swoim czasie przez rządzącą elitę lub celowo podsycanego. Coraz mniej wierzę w przypadkowość tak ważnych sytuacji. Przeciwnie, wiążę je z globalną polityką sterowania i manipulowania współczesnym społeczeństwem.
– A wojny narodowościowe, jak w wypadku Jugosławii?
– Nie ma żadnego wyjątku. Z uporem twierdzę, że wyalienowane obecnie elity są funkcją międzynarodowego, a raczej ponadnarodowego kapitału, ograniczającego procesy wolnościowe. Stąd tak wielką nadzieję wiązać musimy z prawdziwa demokracją, której mechanizmy w wypadku Jugosławii nie zostały na czas uruchomione. Wniosek z tej tragedii wyciągnąć musi nie tylko społeczność światowa, lecz każde państwo dbające o swoją przyszłość, w tym np. Polska i Litwa.
– Do jakiej więc konkluzji dochodzimy?
– Zdrowe państwo może się rozwijać tylko na zasadach demokratycznych. Wszelkie próby ograniczenia wolności, szczególnie z powodów religijnych czy narodowych, jak to widać nie tylko w Jugosławii, są nieszczęściem dla kraju i jego obywateli. Przynieść też mogą jak najgorsze rezultaty, tym bardziej, że w każdej chwili mogą być umiędzynarodowione i zagrażać pokojowi powszechnemu. Nic zatem dziwnego, że na te problemy opinia światowa jest szczególnie wyczulona. Demokracja jest bowiem niepodzielna. Albo ona jest, albo jej nie ma.
– Ale przecież wbrew powiedzeniu Antoniego Czechowa, że nie można być „trochę ciężarnym”, spotykamy dziś ustroje, w których dużo jest demokracji na papierze i naprawdę tylko „trochę” w rzeczywistości.
– To jest najgorszy typ demokracji chimerycznej, który jest faktycznie odmianą totalitaryzmu. Ale jest to ustrój niezdolny do życia i skazany na zagładę.
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Jan Ciechanowicz

* * *

Biały Orzeł”, 4 października 1992:

Z LITWY
Nasze wywiady
Trzymajmy się!
Ostatnio po raz trzeci w ciągu niedługiego okresu czasu bawił w Wilnie i na Wileńszczyźnie pan Andrzej Makarewicz, eseista, wydawca i działacz niepodległościowy polski z Nowego Jorku. Zmuszony przez moskiewskie marionetki do opuszczenia Polski w roku 1981, zyskał następnie autorytet w USA, jako aktywista patriotyczny i współorganizator wielu polskich akcji antykomunistycznych na Zachodzie.
– Panie Andrzeju, ponieważ jest Pan w jakimś sensie – po ponad dziesięciu latach pobytu w USA – już „amerykańskim Polakiem”, może zaczniemy od Pana wizji Polonii w Stanach Zjednoczonych. Jaka ona jest, ta Polonia, jakie ma zalety i jakie wady?
– Uważam, że nie ma Polaków „amerykańskich”, ani też „litewskich”. Jeśli Polak jest Polakiem, to jest „polskim Polakiem” i basta!... Jest nas w USA według przybliżonych obliczeń około 15 milionów. Sytuacja ekonomiczna zbiorowości polskiej w przekroju statystycznym jest wyśmienita. Nie prowadziłem w tej materii własnych badań, ale czytałem przed paroma laty w jednym z naszych pism, że tylko społeczność irlandzka w USA, mająca tu nieco głębsze korzenie historyczne, nieco nas pod tym względem wyprzedza. Natomiast Polacy wyprzedzają pod względem bogactwa przypadającego na głowę ludności Niemców, Żydów, Rosjan i wszystkie inne nacje. Jako całość Polonia Amerykańska ma się pod względem ekonomicznym bardzo dobrze. Polacy są i mają opinię w szerokim świecie ludzi nad wyraz pracowitych, inteligentnych, z inwencją i sumiennie wykonujących obowiązki służbowe. (Zauważę na marginesie, że ta dyskryminacja, z którą Polacy się stykają na Litwie z powodu swego pochodzenia, jest niespotykanym ewenementem na skalę światową i świadczy tylko o głupocie tych, którzy w zaiste szaleńczy sposób szkodzą własnemu krajowi, nie wykorzystując ogromnego potencjału twórczego tkwiącego w ludności polskiej)... Na Zachodzie, w tym też w USA, Polacy są szanowani i bardzo wysoko cenieni. Mają więc dobre zarobki, mieszkają w strefach i dzielnicach elitarnych, przeznaczonych dla ludzi zamożnych... Z reguły mają też silne osobiste związki uczuciowe z Polską... Ale co zastanawia, to fakt, że nasza potęga statystyczno-ekonomiczna nie idzie w parze z siłą organizacyjną i energetyczno-narodową. Mamy masę polskich milionerów, chyba nie mniej niż Żydzi, a jednocześnie jako zbiorowość narodowo zorganizowana prawie się nie liczymy. Jesteśmy rozbici, podzieleni, skłóceni i słabi jako grupa etniczna. Nawet rozmaici Latynosi wyprzedzają nas, mają wszędzie swoje lobby, nie mówiąc już o Żydach czy Ukraińcach, którzy w przeciwieństwie do nas, są solidni, zwarci, nigdy nie dają się użyć jako narzędzie obcym interesom, nie zwracają uwagi na podziały światopoglądowe we własnym gronie, stawiają ponad wszystko solidaryzm narodowy... Rozmawiając z naszymi bogaczami, jest się częstokroć przerażonym, z jakim prymitywizmem, ciemnotą, brakiem duchowości i patriotyzmu się styka. Z takimi ludźmi wiele osiągnąć się nie da. Brak im często nawet instynktu narodowego, dlatego łatwiej dają się wmanewrować w jakieś kosmopolityczne rozgrywki niż w akcję polską.
Zamożność wbrew dominującym obecnie stereotypom – wcale nie zawsze jest miernikiem ani jednostkowej wartości człowieka, ani zbiorowości ludzkiej.
– W każdym razie nie może być miernikiem jedynym. Życie zadaje kłam pokutującemu także u nas na Wschodzie banalnemu sloganowi, że „dobry Polak, to bogaty Polak”. Zdarza się nagminnie, że bogaty Polak jest zerem pod względem patriotycznym, etycznym i umysłowym oraz odwrotnie, bardzo często nieco biedniejsze warstwy społeczności polskiej są w najwyższym stopniu świadome i ofiarne...
– Właśnie tak jest najczęściej także u nas...
– A teraz o innej sprawie, też zresztą o naturze psychologicznej. Wie Pan, zawsze mnie uderzało w sposób pozytywny, że gdy Żyd, na przykład profesor jakiejś tam wyższej szkoły partyjnej w Moskwie, Leningradzie czy Wilnie, wyjeżdżał do Izraela lub USA, tamtejsi Żydzi nigdy mu nie wypominali, że był „czerwonym”, komunistą itp. Dla tych mądrych i zwartych narodowo ludzi ważne jest, że oto mają obok siebie jednego rodaka więcej, i pomagają mu urządzić się według zdolności także na nowym miejscu. Dla nich nie jest ważne, a raczej jest zrozumiałe samo przez się, że żyjąc w określonym systemie społeczno-politycznym każdy jest przez ten system pod wieloma względami determinowany i nie ma na to rady. Przecież naprawdę, „żyć w społeczeństwie i być od niego wolnym nie sposób”. Jakimże uderzającym kontrastem w porównaniu z tą mądrą żydowską postawą życiową jest nie kończące się polskie wzajemne wybrzydzanie się i wygryzanie, tak nas osłabiające, a to zarówno w Kraju, jak też na Zachodzie i Wschodzie. Chciałbym jednak zapytać, czy w łonie Polonii w USA nie widać jednak dążeń zjednoczeniowych, integracyjnych i odchodzenia od postaw, w których dominuje zawiść, głupota i prywata?
– Otóż to – tendencje te są dziś bardzo silne, co łączę ze wzrostem poziomu oświeceniowego i kulturalnego naszej społeczności. Widzi się coraz więcej chęci znalezienia konsensusu, zintegrowania się w obliczu zarówno doniosłych wspólnych zadań i celów, jak też wielkich zagrożeń, których dziś nie zauważają już chyba tylko matołki.
– No więc... A tak, dla porównania... Jako współredaktor nowojorskiego „Polskiego Przewodnika”, pisma na wskroś patriotycznego i cieszącego się znacznym autorytetem, zna Pan dobrze tamte polskie środowisko. Na Wileńszczyźnie zaś też Pan bawi nie po raz pierwszy i z pewnością w jakimś stopniu poznał mentalność tutejszej ludności. Wiem, że nie można porównywać Polaków Kresowych, niedawny antysocjalistyczny „naród zakazany” w ZSRR, z Polonią amerykańską pod względem ekonomicznym, ale chyba można – w aspekcie postaw moralnych, patriotycznych. Jakby Pan widział nas w porównaniu z krajem swego zamieszkania?
– Proszę się nie dziwić, ale jestem pełen podziwu dla postawy Polaków na Wileńszczyźnie, którzy są niewątpliwie bohaterami narodu polskiego doby obecnej, stanowią wspaniały bastion polskości, który nie tylko przetrwał piekło sowieckiego bolszewizmu, ale i dziś daje sobie radę z perfidnym i nieokrzesanym antypolonizmem władz sajudisowskich. Polacy wileńscy są nadal gnębieni, tym razem już nie pod sztandarem budownictwa komunistycznego, lecz „wspólnego domu europejskiego” i z użyciem wielce kłamliwych środków propagandowych i manipulacyjnych. A jednak nie dają się zdemoralizować i dzielnie się bronią. To jest godne szacunku i najwyższej pochwały. Przy tym chciałbym podkreślić, że mówię tu nie o waszych, wykreowanych nieraz przez władze okupacyjne, „przywódcach” i „deputatach”, którzy od lat tak pilnie szukają wspólnego języka z polakożercami, że nieomal zapomnieli o własnym. Mam na myśli masę szeregowych Polaków, tzw. „prostych ludzi” z Wileńszczyzny, dla których Polska jest czymś świętym – co mnie zawsze uderzało w rozmowie z nimi. Niestety, nieco inne nastroje, bardziej merkantylne i wyrachowane, zauważyłem wśród tzw. inteligencji czyli u ludzi, którzy poddani zostali 5-letniej obróbce i indoktrynacji ideologicznej na wyższych uczelniach sowieckich, a dziś są mocno uzależnieni od układów służbowych i innych ze Żmudzinami. Stąd chyba ich konformizm, nadmierna „układność” i ugodowość, bardzo zresztą niebezpieczne i absolutnie nieprzydatne w sytuacji, gdy linią generalną wewnętrznej polityki państwa litewskiego jest kurs na doszczętną likwidację polskości Wileńszczyzny. Zatrważa mnie m.in. duży dystans między usposobieniem konformistycznego przywództwa ZPL, umiejętnie wymanewrowanego na pozycje ugodowe przez pozorowane naciski Litewskiej Prokuratury i Sajudisu, a męską i twardą postawą masy szeregowych Polaków Wileńszczyzny. Ten dystans wasi wrogowie zręcznie pogłębiają wykorzystując jako swe narzędzie osobników nikczemnych i sprzedajnych, którzy pod hasłem pozornego „umiarkowania” i „dialogu” faktycznie współdziałają z międzynarodowym frontem antypolskim w dziele zagłady polskości Kraju Wileńskiego. Sytuację pogarsza fakt, że mają oni do swej dyspozycji państwowe, nieraz maskowane jako „prywatne”, środki masowej dezinformacji. Ileż musicie mieć w sobie siły ducha i mądrości politycznej, by nie dać się nabrać i wytrwać w tej niesłychanie trudnej sytuacji!
– A jak Pan traktuje szerzony przez naszych przeciwników mit o tym, że niepodległościowe dążenia Polaków Kresowych były lub są rzekomo inspirowane i popierane przez rosyjski KGB?
– Wydaje mi się, iż mój stopień rozeznania w tych sprawach pozwala mi stwierdzić, że Moskwa i KGB zawsze były za „jedyną i niepodzielną” Litwą, analogicznie do „jedynej i niepodzielnej” Rosji. Precedens „separatyzmu” polskiego byłby dla nich zbyt niebezpieczny jako zachęta także dla innych. Przecież Sajudis został zorganizowany przez KGB, nawet jego pierwszym szefem był doświadczony agent sowieckiej bezpieki V. Czepaitis. Polskie zagrożenie było i pozostaje „idee fixe” dla bezpieki rosyjskiej, która nawet w trakcie całej długiej komedii „pierestrojki” w okresie jeszcze sowieckim przez swe agendy prasowe zarzucała nudnie i uporczywie Polakom wileńskim „separatyzm”, podczas gdy żaden z pismaków KGB ani w Moskwie, ani na Litwie nie nazwał „separatystą” żadnego litewsko-żmudzkiego szowinisty, nawet dążącego do oderwania się od ZSRR. Także polscy konfidenci KGB na Wileńszczyźnie od samego początku „walczyli” wyłącznie o „niepodległą” Litwę i zohydzali tych z Polaków, którzy próbowali uczciwie stawiać także „kwestię polską”...
– Powiedzmy otwarcie, Moskwa uważa za stracone w tym miejscu Europy tylko to, co trafia pod skrzydło Białego Orła, natomiast takie np. państewka, jak bałtyckie, uważa po prostu za kieszonkowe, znajdujące się tak czy inaczej w sferze wpływów Kremla. Gdyby Wileńszczyzna powróciła do Polski, byłaby dla Moskwy definitywnie stracona, póki zaś jest w składzie Litwy, należy też do Rosji. Oto dlaczego na rozkaz z Moskwy agenci Moskwy okrzykują polskich niepodległościowców z Wileńszczyzny za... „agentów Moskwy”...
– Właśnie tak jest. I chciałbym w związku z tym zapewnić was, że mimo podłej na was nagonki – także ze strony niektórych antynarodowych i niewyrobionych środowisk w Polsce – nie musicie tracić wiary we własne siły i dać sobie wmówić, że już się nic nie da zrobić. To nieprawda. Macie wielu przyjaciół na całym świecie, którzy są coraz bardziej zdeterminowani, by zdecydowanie i do końca bronić waszej słusznej sprawy. Nie daliśmy się potwornym potęgom Rosji i Niemiec, gdy współdziałały one w antypolskim ludobójstwie, bzdurą więc byłoby żywić dziś obawy, iż damy się pokonać jakiemuś złośliwemu karzełkowi, nawet jeśli jest wyjątkowo dokuczliwy. Polacy Kresowi to tak wspaniali ludzie, ze niepodobieństwem jest, by ich ktokolwiek pokonał, a tym bardziej, by mogli dłużej zostawać niewolnikami elementu, który pod żadnym względem ani się umywa do ich poziomu i właściwości, i nie jest też zdolny po ludzku traktować swych polskich poddanych. Są oni niepodzielną i jedną z najlepszych części 60-milionowej światowej wspólnoty Polaków.
– Dziękuję Panu za rozmowę i życzę pomyślności w sprawie obrony polskości na szerokim świecie.
Rozmawiał
Jan Ciechanowicz

* * *

Biały Orzeł”, 18 października 1992:

Z LITWY
Bestializm przedwyborczy
Stało się! Władze Republiki Litewskiej zdobyły się wreszcie na odwagę i podjęły decyzję w sprawie przeprowadzenia wyborów do władz lokalnych na Wileńszczyźnie czyli w regionie zwartego zamieszkania ludności polskiej. Odbyć się one mogą (ale nie muszą) 22 listopada bieżącego roku, prawdopodobnie po wejściu w życie przepisów o nowym administracyjnym podziale terytorium Republiki, po którego przeprowadzeniu w żadnym z okręgów Polacy nie będą stanowili większości, a więc nie zachowają najmniejszych szans na obranie tych, którzy by bronili ich żywotnych interesów i praw obywatelskich. Czegoś innego trudno się zresztą było po władzach sajudisowskich spodziewać...
Podjęto też decyzję o przeprowadzeniu wyborów do Sejmu Republiki Litewskiej. Ta impreza odbędzie się 25 października 1992 roku i będzie kresem panowania, dzierżącej dotychczas ster władzy, sowieckiej Rady Najwyższej RL z czerwonym profesorem Vytautasem Landsbergiem na czele. I w tym przypadku postarano się tak ukształtować poszczególne okręgi wyborcze, by w żadnym z nich Polak nie został obrany do władz najwyższych Republiki. Z pewnością Sajudis (który zajął miejsce Kompartii, jako „rozum, honor i sumienie” narodu litewskiego) zadba o wytypowanie i ulokowanie w przyszłym parlamencie, w celu zamydlenia oczu opinii publicznej, paru szabesgojów, „Polaków z zawodu”, którzy będą za pieniądze gorliwie współpracować w gnębieniu rodaków, głosząc wszem i wobec, iż są oni „wolni wśród wolnych”, „równi wśród równych”...
Natomiast już dziś wkłada się niemało wysiłku w to, by co bardziej porządni polscy politycy znad Wilii, nie przekształcający polityki w sposób wypełniania prywatnej kiesy, nie zostali nawet dopuszczeni do udziału w kampanii wyborczej. Do akcji przystąpiły nawet organa karne. Pod zarzutem rzekomego manipulowania Związkiem Polaków na Litwie ze strony domniemanych agentów KGB i nie bez brania pod uwagę prasowych donosów wieloletniego sowieckiego funkcjonariusza Z. Balcewicza, dąży się do rozpędzenia tej organizacji. (Dziwne, że jednocześnie nie rozpędza się Sajudisu, którego pierwszym sekretarzem generalnym był agent sowieckiej bezpieki J. V. Czepaitis, i nie oddaje się pod sąd całej niepodległej Republiki Litewskiej, której pierwszym premierem została była K. Prunskiene, dużego formatu agent radzieckiego KGB)...
Tak więc na skutek perfidnych posunięć władz sajudisowskich Polacy na Litwie mają nikłe szanse na to, że w nowych władzach poziomu republikańskiego i lokalnego będzie zasiadał ktoś, kogo naprawdę obchodzi los rodaków...
Sytuację drastycznie pogarsza niewłaściwe zachowanie się niektórych – pożal się Boże – „liderów” samej społeczności polskiej. I tak w sytuacji, kiedy w imię nadrzędnych interesów narodowych trzeba zapomnieć o wszystkich podziałach ideowych i politycznych, a tym bardziej o brudnych ambicyjkach osobistych, dwaj z nich rozpętali na łamach „Naszej Gazety” i „Kuriera Wileńskiego” bezpardonową „dyskusję wewnątrzpartyjną” w najgorszym stylu bolszewickim. Chodzi o prezesa Frakcji Polskiej w obecnej Radzie Najwyższej RL Ryszarda Maciejkiańca, w ciągu ostatnich kilkunastu lat etatowego instruktora Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy, oraz o członka tejże Frakcji i tejże RN z ramienia Komsomołu Zbigniewa Balcewicza, niedawnego członka Biura Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy. Obaj ci panowie nie pozbyli się odruchów partyjnego intryganctwa i wielce szkodzą przez swe działania sprawie polskiej. Włos się jeży na widok dwóch partyjnych funkcjonariuszy, częstujących się publicznie przysłowiowymi figami i obrzucających się nawzajem zarzutami „skomunizowania”!... Czyżby żądza władzy i chęć utrzymania się na stołkach naprawdę muszą do szczętu zagłuszać w ludziach glos rozumu, sumienia i wstydu? – zadają ludzie sobie retoryczne pytanie...
Smrodek, zawsze unoszący się nad skłóconym, zawistnym, cierpiącym na wodogłowie polityczne środowiskiem polskiej półinteligencji w Wilnie, przekształca się ostatnio w odrażający odór, wręcz w zaduch. Nie można bez politowania i odrazy patrzeć na to, jak coraz to kolejny „lider” wypływa w prasie z przymilnymi zapewnieniami o miłości i szacunku do narodu litewskiego i z uroczystymi przysięgami, że nic, ale to naprawdę nic, nie łączy go z niedobrymi „ekstremistami” i „puczystami” wśród rodaków. Ci żałosni „działacze” jakoś ciągle nie mogą zrozumieć, że ich małoduszność rzutuje na „image” całej społeczności polskiej w oczach Litwinów, którzy bądź co bądź są twardymi chłopami i tylko takich szanują. Brzydzą się natomiast słodkawymi umizgami polskich mięczaków, których zachowanie się skłania Litwinów do kroków coraz to bezwzględniejszych. Okazywana słabość zawsze prowokuje do agresji.
Wspomniany powyżej redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego” (do 1990 – „Czerwonego Sztandaru”) Z. Balcewicz (serdeczny przyjaciel A. Michnika – bardzo doń podobny z postawy moralnej i poziomu umysłowego) posunął się do tego, że, przekonując łzawie władze landsbergowskie o swej względem nich lojalności, domaga się w swych donosach prasowych od Prokuratury RL oddania pod sąd za „wywrotową działalność” i „separatyzm” Aniceta Brodawskiego i Jana Ciechanowicza, różniących się od niego swą postawą. Do takiego upodlenia nie każdy jest zdolny... Postronni zaś obserwatorzy jeszcze się raz przekonują, „jacy oto ci Polacy są”...
Można się pocieszać tym, że Litwini też się nawzajem zwalczają; że niedawno w gmachu parlamentu jeden z posłów nazwał drugiego „faszystą”, a ten natychmiast rąbnął go za to kułakiem w twarz; że niektórzy „czerwoni”, czyli nie podobający się Landsbergowi deputowani, jak np. prof. Antanavicius, przed wejściem na salę obrad zostali opluci przez demonstrantów... przeżutą trawą, co stanowi bodaj najbardziej oryginalny litewski wkład do europejskiej kultury politycznej, zalecającej w takich przypadkach raczej używanie pomidorów i jaj...
Przy okazji wzajemnych oskarżeń dochodzi nieraz do ujawnienia żenujących tajemnic służbowych i skandalicznych szczegółów o postępkach naszych pseudodziałaczy. Tak „Kurier Wileński” 6 sierpnia 1992 roku podał za pismem rządowym „Lietuvos Aidas” (które pisało, o tym w sensie pozytywnym): Deputowany do RN Czesław Okińczyc powiadomił Prokuraturę Generalną, że zastępca redaktora „Kuriera Wileńskiego” Krystyna Adamowicz 19 sierpnia 1991 roku wzywała do popierania organizatorów puczu. Gdy oskarżenia się nie potwierdziły, zaniechano ścigania karnego Krystyny Adamowicz”...
Oto „mores” naszych „liderów”! Inaczej jak kryminalnymi nazwać je nie sposób... Aktualny członek Rady Najwyższej RL, co prawda z ramienia Sajudisu, ale przecież – w roli dobrowolnego kapusia, donoszącego na kobietę, rodaczkę, matkę, dobrą Polkę zresztą... Tego już nawet jak na polskie bagienko jest za wiele. I jak tu mówić o przysłowiowym ongiś polskim honorze... Oczywiście, natychmiastowe, ale raczej enigmatyczne, dementi tego skandalicznego przecieku informacji ze strony Prokuratury („w sprawie karnej nr 09-2-054-91 nie zanotowano powiadomienia deputowanego do Rady najwyższej Cz. Okińczyca”) tylko utwierdziło obserwatorów w przekonaniu, że jednak ten donos, niech nawet w formie ustnej, ale miał miejsce. Co przecież dobitnie świadczy o poziomie moralnym naszego środowiska. I nic tu nie pomogą żałosne wymówki, że przecież „nie wszyscy donoszą”... Jeśli w określonej społeczności znajduje się jedna taka kanalia, hańba spada na wszystkich jej członków.
Tak więc polskie „elitarne” bagienko w Wilnie cuchnie coraz to mocniej. Polakożercy się cieszą. Zmaltretowany zaś polski lud podwileński, liczący bądź co bądź około 400 tys. ludzi i wytwarzający do 18 proc. dochodu narodowego Litwy, rozpaczliwie się rozgląda za liderami, którzyby byli przynajmniej porządnymi ludźmi. Takowych jednak, jak na razie na widnokręgu politycznym – mówiąc delikatnie – nie jest za wiele. W tej sytuacji niektórzy się zastanawiają: czy warto w ogóle brać udział w wyborach, w których nie ma wyboru. I tylko po to, by usadowić na poselskich stołkach ludzi niezbyt dbałych o higienę moralną, nie mówiąc już o innych sprawach...
Dr Jan Ciechanowicz

* * *

Biały Orzeł”, 1 listopada 1992:

Z LITWY
Nasze wywiady
Naród „antysocjalistyczny”
Od kilkunastu miesięcy głośno w Europie (dzięki sztucznemu nagłaśnianiu) o rzekomo „skomunizowanych” Polakach Kresowych. Przy czym najwięcej o „czerwonych Polakach” wrzeszczą synaczkowie kryminalistów z sowieckiego NKWD, niedawni teoretycy „wybranej” klasy, którym strasznie zależy na zrzuceniu winy za własne zbrodnie na kogokolwiek. Ci mordercy i ich pogrobowcy, nadal ściśle współpracujący z moskiewską centralą (podobnie dziś KGB posiada około 24 tys. agentów w Polsce, przeważnie na kluczowych stanowiskach), bliscy są ogłoszenia za „czerwonych Polaków” Marksa, Trockiego (Bronsztein), Swierdłowa (Nahamkes), Luxemburg, Warskiego (Warszauer) oraz innych zbrodniarzy i psychopatów, byle tylko zmyć ze swych włochatych łap ślady krwi milionów niewinnych ofiar, wymordowanych przez międzynarodową mafię pod sztandarami komunizmu, w imię nigdy nie osiągalnego panowania nad światem. Ich „wyborcze” łgarstwa wszelako nie mogą ukryć faktu: właśnie Polacy, jako jedyni, ogłoszeni byli w ZSRR za „naród antysocjalistyczny” i, jako tacy, skazani zostali na absolutną zagładę fizyczną.
Jednym z pierwszych o polskim holocauście w sowieckim imperium zła zaczął pisać profesor Mikołaj Iwanow z Wrocławia, utalentowany historyk i wyśmienity znawca przedmiotu, obcy jakiejkolwiek stronniczości, autor licznych na ten temat publikacji zarówno w prasie polskiej, jak i światowej. Ostatnio bawił on w Wilnie. Korzystając z okazji, nasz wileński korespondent przeprowadził rozmowę z profesorem Mikołajem Iwanowem, którą proponujemy uwadze Czytelników.
– Panie Profesorze, urodził się Pan w Brześciu, według wszelkiego prawdopodobieństwa w żyłach Pana płynie trochę i polskiej krwi, w każdym bądź razie styl Pana pisarstwa jest nieomylnie polski, czy właśnie to uwarunkowało Pana zainteresowanie się martyrologią Polaków w Związku Sowieckim?
– Nie wiem, czy w moim przypadku zainteresowania naukowe wynikają akurat z uwarunkowań genetycznych. Wolałbym akcentować tu raczej czynniki innego rodzaju. Losy paromilionowej polskiej mniejszości narodowej w byłym ZSRR stanowiły do niedawna tabu dla badaczy. Przez lata dążono do zamazywania pamięci o ludobójczej polityce pierwszego państwa socjalistycznego w stosunku do Polaków. Każdy historyk chciałby badać te czy inne „białe plamy” w dziejopisarstwie. Ja nie stanowię pod tym względem wyjątku, chociaż nie chciałbym wykluczać także innych uwarunkowań mych zainteresowań naukowych.
– W ubiegłym roku Agencja Omnipress z Warszawy opublikowała już dziś niezmiernie poczytna książkę „Pierwszy naród ukarany”, w której Pan – moim zdaniem, bardzo obiektywnie – opisuje straszliwe losy Polaków w Rosji Sowieckiej. W Pana książce ujmuje filozoficzny, spokojny ton narracji, mimo iż na każdym kroku wyczuwa się głęboko propolskie zaangażowanie uczuciowe Autora. Według moich obliczeń sowieci wymordowali około 2 milionów i deportowali drugie tyle Polaków na Syberię. Pan operuje danymi nieco niższego, ale również „imponującego rzędu”. Czy Pan się ze mną zgodzi, gdy stwierdzę, że ta szczególnie zapamiętała nienawiść bolszewii do Polaków wynikała z bezwzględnego charakterologicznego przeciwieństwa między Polakami z jednej strony, ich patriotyzmem oraz katolickim uniwersalizmem, łagodnością usposobienia, indywidualizmem i umiłowaniem wolności, a z drugiej strony – pogańskim okrucieństwem, moralnym zbydlęceniem, duchem stada tych, co to próbowali na trupach ludzkich budować „świetlaną przyszłość komunizmu”. Przecież nawet ci z Polaków, którzy z pobudek romantyczno-idealistycznych ulegli ideologii socjalizmu i szczerze wierzyli w możliwość wykreowania czegoś w rodzaju sprawiedliwego „państwa bożego” na ziemi, zostali niemal co do jednego wymordowani przez swych rosyjskich i żydowskich współbojowników, podobnie nawet Dzierżyński postał skrytobójczo zabity na rozkaz osobisty Stalina.
– Nie sposób negować sprzeczności między psychologią komunizmu a polskim charakterem narodowym. Podobno przecież sam Stalin w rozmowie z Churchilem powiedział, że socjalizm pasuje do Polski, jak siodło krowie. Nie od razu jednak bonzowie bolszewiccy doszli do takiego wniosku. W 20-30 latach na terenie Białorusi i Ukrainy dość długo istniały polskie obwody autonomiczne Dzierżyńszczyzna i Marchlewszczyzna z dobrze rozwiniętym szkolnictwem, edytorstwem, życiem kulturalnym polskim. Dopiero po latach, gdy naprawdę przekonano się o niezwykłej odporności Polaków zarówno na asymilatorsko-rusyfikacyjne, jak i doktrynersko-komunistyczne wpływy, zostali, jako cały naród, z tego właśnie względu skazani na zagładę. Antypolska psychoza władz wytworzyła atmosferę nietolerancji i wrogości wobec Polaków w społeczeństwie radzieckim. Zresztą polityka taka miała utrwalone, przedrewolucyjne tradycje. Partyjne środki masowego przekazu natrętnie dążyły do zakorzenienia w świadomości przeciętnego obywatela stereotypu „Polaka – wroga władzy ludowej”, „Polaka – sabotażysty”, „szkodnika” i „szpiega faszystowskiego”. Stwierdzenie, że w drugiej połowie lat trzydziestych być Polakiem radzieckim oznaczało czuć się człowiekiem drugiej kategorii, odzwierciedla tylko małą część ówczesnej sytuacji. Położenie było o wiele bardziej tragiczne. Cała ludność polska została zaliczona do kategorii tzw. „elementu niepewnego”, podlegającego represjom prewencyjnym w obliczu „zbliżającego się nieuniknionego starcia z połączonymi siłami imperializmu światowego”. Lata 1937-1938 przyniosły niewymowne, nawet w kontekście ówczesnych represji stalinowskich, prześladowania Polonii radzieckiej i zacieranie wszystkich śladów eksperymentu polonijnego. Doprowadziło to do ogromnych ubytków ludności. Sądzę, że ogólne straty żywiołu polskiego w latach trzydziestych sięgały około 30 proc. jego stanu z końca lat dwudziestych. Był to największy odsetek spośród wszystkich narodów i narodowości ZSRR. Wielu, by przeżyć, zrzekało się swej narodowości...
Z pewnością wiele przyczyn doprowadziło do tak tragicznego losu polskiej mniejszości narodowej w Związku Radzieckim. Główna, jak się wydaje, polegała na tym, że zawiodła zewnętrznopolityczna koniunktura, leżąca u podstaw „polskiej polityki” ZSRR. Poddana sowietyzacji Polonia radziecka nie chciała stać się widomym czynnikiem destabilizującym życie polityczne w Polsce. Opór Polaków wobec kolektywizacji i towarzyszących jej posunięć społeczno-politycznych wykazał wątpliwą wartość eksperymentu polonijnego i tym samym skazał tamtejszych Polaków na zagładę.
– Jako były poseł do parlamentu radzieckiego z ramienia polskiej ludności Wileńszczyzny, a więc człowiek mający jakie takie rozeznanie w sytuacji, twierdzę, że KGB, planując swą osławioną już dziś pierestrojkę, absolutnie zignorowało nawet sam fakt istnienia dziś na terenie byłego ZSRR kilkumilionowej rzeszy Polaków, nie przewidując w trakcie przeprowadzanych reform żadnej zmiany ich losu na lepsze. Jest to zaiste „godna” kontynuacja polityki caratu i stalinizmu. Ale co ciekawe, to fakt, że gdy na Łubiance zauważono, iż Polacy Kresowi odważają się na jakieś tam, skromne zresztą, posunięcia samoobronne, postanowiono w zarodku unicestwić te nieśmiałe odruchy, stosując chwyty równie perfidne, co podłe, a mianowicie, ogłaszając na łamach kontrolowanej przez siebie „wolnej” prasy tych, co ważyli się upomnieć o „polaczków”, za... „agentów Moskwy”. Zabawne, że prym w tej nikczemnej akcji wiodły pisma kontrolowane przez bezpiekę litewską i... wydawane w Warszawie. Jak Pan ocenia tę perfidną grę Moskwy i przemalowanej Międzynarodówki komunistycznej oraz współudział w moralnym niszczeniu Polaków Kresowych prasy tzw. polskiej?
– Jako historyk, a więc człowiek zajmujący się raczej przeszłością, nie bardzo bym chciał wydawać sądy o bieżących rozgrywkach politycznych, mimo iż ich podłoże jest często aż nadto ewidentne.
Natomiast jeśli idzie o ocenę roli i poziomu prasy krajowej, to wydaje mi się, że się Pan nieco myli, demonizując naszą prasę krajową. Nie tyle w niej siedzi agentów KGB, ile pospolitych głupców i draniów, nie mających zielonego pojęcia o naszych sprawach wschodnich.
– Panie Profesorze, dziękuję serdecznie za udzielenie wywiadu dla naszego pisma i życzę Panu dalszych pięknych osiągnięć naukowych.
Rozmawiał:
dr Jan Ciechanowicz

* * *

Biały Orzeł” 1 listopada 1992:

Konferencja prasowa czy „bełkot polityczny”?
Zgodnie z zapowiedzią drukujemy dzisiaj dla Państwa obszerne fragmenty konferencji prasowej z ministrem spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej, Krzysztofem Skubiszewskim, jaka miała miejsce w Misji Polskiej przy ONZ w Nowym Jorku kilka tygodni temu. Zmuszeni do tego zostaliśmy faktem, że w pewnych polonijnych gazetach błędnie interpretowano jak padające tam pytania, tak i odpowiedzi.
Niniejszy tekst jest zapisem taśmy magnetofonowej, przepraszamy więc za ewentualne nieścisłości, jakie mogą powstać w tym druku.
Minister Skubiszewski w bardzo niekulturalny sposób zażądał, aby nie przerywano Mu podczas Jego wypowiedzi. W związku jednak z tym, że „Biały Orzeł” ukazuje się w wolnym kraju i że pan minister nie ma nic do naszej gazety i do drukowanych w niej tekstów, będziemy Mu przerywali czasami Jego „wspaniałe” wypowiedzi.
Ocenę tej „konferencji” pozostawiamy naszym Czytelnikom i zapraszamy do dyskusji.

(Tekst Konferencji)
(fragmenty)
Pytanie zadaje Zygmunt Czerwiński, red. „Polskiego Przewodnika”:
– Panie Ministrze, Polska jest jednym z najbardziej katolickich krajów. Dlaczego służby dyplomatyczne są obsadzane raczej przez ateistów lub innych wyznań i następnie katolicy są potem dyskryminowani przez agencje Rzeczypospolitej. Bardzo byliśmy zbulwersowani przed przybyciem do Stanów Zjednoczonych Prezydenta Rzeczypospolitej Lecha Wałęsy, gdy został mianowany konsulem w Los Angeles nie tylko, że nie katolik, ale były agent służb specjalnych PRL-u, komunistów i nie został wpuszczony przez Stany Zjednoczone. Czuliśmy się dużo lepiej, znaczy Polski Przewodnik, nasze pismo, gdy konsulem w Nowym Jorku był Waldemar Lipka-Chudzik, wtedy nie byliśmy dyskryminowani... Teraz po przybyciu konsula Surdykowskiego wszystko się zmieniło na gorsze...
Minister Skubiszewski: Otóż, placówki polskie, tak jak Pan powiedział, nie są obsadzane przez ateistów, to jest kwestia tego czy prawdziwie wyznaje tę czy inną religię – to nie jest moment, który biorę pod uwagę, bo on nie jest brany w służbie państwowej i mogę Panu jasno stwierdzić, że żadnych ateistów na placówki celowo nie kieruję, tak jak Pan to wydaje się zupełnie błędnie zakładać...
(Innymi słowami, o ile dobrze zrozumiałem ministra, nikomu w ministerstwie spraw zagranicznych nie zależy, aby przedstawiciel Rzeczypospolitej, obok wartości specjalistycznych, posiadał choć odrobinę jakiejkolwiek moralności, jakiekolwiek zasady współżycia między ludźmi. Wystarczy widocznie, że jesteś szwagrem ciotecznym brata stryjecznego jakiegoś tam „u żłobu” i już możesz startować na stanowisko konsula, czy ambasadora! Drodzy Rodacy, jeszcze kilka stanowisk ma być podobno zmienionych, nie ma więc co czekać – szukać szwagra! AU)
...Co się tyczy pańskiego poglądu, że lepszy był konsul poprzedni niż obecny, to jest kwestia oceny tej czy innej osoby, do której każdy ma prawo. Ale jeśli idzie o resort spraw zagranicznych, to mamy pełne zaufanie do Pana Konsula Generalnego Surdykowskiego, a odwołanie pana Chudzika-Lipki dokonało się właśnie na tej zasadzie, którą Pan podnosi, żeby się personel wymieniał i żeby przychodzili ludzie nie mający obciążeń, na które Pan zwraca uwagę. Więc to co Pan powiedział jest niespójne...
(Zdaję sobie sprawę, że polski minister spraw zagranicznych jest już w podeszłym wieku. Nie słyszałem jednak, żeby miał on kłopoty już ze słyszeniem i widzeniem. W jaki to sposób nie dotarły do niego sprzeciwy przed przyjazdem konsula Surdykowskiego do Nowego Jorku? W jaki sposób nie potrafił przeczytać przesłanych mu gazet z opiniami ludzi na temat nowojorskiego konsula? Czas chyba naprawdę „zadbać” o siebie, panie ministrze! Pan Lipka-Chudzik miał jedną wyjątkową zasadę, której wielu brakuje: wspaniałą kulturę! AU)
...Ja odrzucam zasadę PRL-u „nie matura, lecz chęć szczera...”, chociaż niektórzy chcieliby ją znowu przywracać. Dopóki ja kieruję służbą zagraniczną ta zasada nie będzie miała żadnego wpływu na nominacje. To, że w służbie zagranicznej są urzędnicy z poprzedniego okresu, jest dla każdego myślącego rzeczą nieuniknioną, ponieważ my nie dysponujemy alternatywną służbą cywilną, nie było jakiejś służby cywilnej zastępczej... Tą nową służbę tworzy się stopniowo i to po latach. Ci, którzy tak bardzo krytykują obecność w tej służbie różnych osób zapominają o jednym, że w Polsce nie ma podstaw prawnych do zwalniania urzędników poza przyczynami dyscyplinarnymi, czy wynikającymi z postępowania karnego...
(Po okupacji niemieckiej dzięki tej wspomnianej przez ministra zasadzie zbudowało polskie wojsko kadrę oficerską, tak właśnie było, że najpierw chęci, a dopiero potem matura. I w tych warunkach było to rzeczą całkowicie zrozumiałą. Że minister odrzuca dzisiaj tę zasadę – bardzo dobrze, nie powinna ona mieć miejsca. Mamy niezliczoną ilość wykształconych dzisiaj ludzi – czy jednak dla pana ministra nie liczą się żadne inne studia, jak tylko dziennikarstwo? Bo większość zagranicznych posad obsadzono właśnie byłymi dziennikarzami. Rozumiem, że premier Mazowiecki, jako były dziennikarz, miał i na to wpływ, ale czy ta zasada musi dalej panować? Czy nie ma naprawdę bardziej zdolnych ludzi?)
Pytanie od dziennikarza: Panie ministrze, mam dwa pytania, to co nas Polaków bardzo jakby dotyczy, trochę boli – chodzi o groby w Rosji tych, którzy tam zginęli. ...Czy jest możliwość odzyskania dóbr kulturalnych, które jeszcze za czasów carskich, po I, II, III rozbiorze, zostały wywiezione. Traktat ryski wiele z tych spraw załatwił... czy jest możliwość ich odzyskania?
Minister Skubiszewski: Co się tyczy grobów, to fakt ten nie jest mi odległy, jest w centrum uwagi MSZ i do naszych traktatów z Ukrainą, Białorusią i Rosją włączyliśmy odpowiednie postanowienia, co się tyczy opieki nad grobami... To dotyczy także bardzo licznych miejsc, gdzie są groby polskie, polskich żołnierzy z I wojny światowej, z lat 1918-20. O te rzeczy zabiegamy, stopniowo cmentarze te są porządkowane, ratowane. Nie wszystko już się da uratować, dlatego, że wiele zniszczono. Pewne akcje podjęliśmy także na Litwie, w Wilnie zwłaszcza, cmentarz na Rossie, która ja sam odwiedzałem, tam są groby żołnierzy Armii Krajowej, o których my wiemy, że są w ziemi, ale w wielu wypadkach nie ma nagrobków, czy innych śladów. Tak więc te rzeczy mamy na uwadze. Teraz kwestia polskich pamiątek historycznych, archiwaliów, dzieł sztuki. Otóż te sprawy też podnosiłem od początku mojego funkcjonowania w MSZ. Na pierwszej szczegółowej rozmowie z ministrem Szewardnadze. Rzecz skomplikowała się z chwilą pojawienia się nowych państw. Teraz musimy prowadzić rozmowy nie tylko z Moskwą, ale także z Mińskiem i Kijowem. Rząd wyznaczył już jakiś czas temu osobnego komisarza właśnie do spraw rewindykacyjnych, nie tylko na Wschodzie, również w Niemczech, w innych państwach... Otóż to jest zadanie bardzo trudne. Ja sam wypowiadałem się kilkakrotnie, również w Sejmie. Czyli to było publiczne, na szerokim polu, że powinna być restytuowana w całości Biblioteka Ossolińskich ze Lwowa. To jest bardzo trudno przeprowadzić i nie wiem czy wiele wskóramy...
(Odczuć w tym wszystkim można kilka spraw: żal, że nie ma już ZSRR, bo z nimi można się było dogadać. Dalej jakiś ogromny strach ministra przed Litwą! Przy poruszaniu tych tematów jest tak delikatny, jak prawdziwa „dziewica”: nie dotykaj mnie! Dobrze, że był Pan na Rossie, nie dobrze, że nic do tej pory nie potrafił Pan załatwić, że dalej cmentarz jest niszczony przez litewskich wandali nienawidzących wszystkiego co polskie, a szczególnie wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z Armią Krajową, tym jedynie prawdziwie polskim wojskiem podczas drugiej wojny światowej. Czy nie wie Pan, że na tych miejscach, gdzie pochowano tych bohaterów dziś buduje się nowe groby litewskim „panom”? Trochę odwagi, panie ministrze, choć odrobinę takiej, jaką mieli Ci, którzy na Rossie spoczywają. Pan minister „martwi się” o polskie skarby. Moment, jakie ma Pan prawo do zabrania czegokolwiek Polakom tam żyjącym, czy Oni nie potrafią ich ustrzec, czy to właśnie nie Oni powinni przejąć nad nimi swoją pieczę? Pan się martwi o skarby, a nie o żyjących tam ludzi. Chce Pan coś zabrać, to razem z nimi, albo jeszcze lepiej – razem z naszą, polską ziemią. W jednym z listów od pana Stanisława Paszula z Jersey City czytam: „...dużo zapłaciłem za tą ukochaną ziemię zroszoną łzami i krwią, bo jak przestanę się upominać o swoich Rodaków tam żyjących, to byłbym zdrajcą...” Pozostawiam ten tekst listu do przemyśleń pana ministra. AU)
Redaktor „Białego Orła” Adam Urbanczyk: Panie ministrze, czy obecne władze Rzeczypospolitej uznają układy jałtańskie za aktualne do dzisiaj? O ile tak, to na co...
Minister Skubiszewski: Nie, nie uznają, nie musi Pan z tego założenia wychodzić.
Adam Urbanczyk: O ile nie uznają...
(No tak, panu ministrowi nie wolno przeszkadzać, gdy On coś mówi, bo to przecież musi być coś bardzo ważnego i nie będzie sobie języka strzępił dla byle kogo. Rozumiem jednak Jego zdenerwowanie – uderzyłem w czuły punkt, jak widać. AU)
Minister Skubiszewski: Ja mogę zaraz Panu powiedzieć, że ta rzecz jest wciąż powtarzana. Nie kto inny, jak właśnie ja, i tu, w Nowym Jorku, na forum Zgromadzenia Ogólnego, przed z górą trzema laty, złożyłem w tej sprawie urzędowe oświadczenie, którego do wiadomości nie chcą przyjmować rozmaici ludzie, zwłaszcza w Polsce. Im powinno właśnie zależeć na tym, aby ogłaszać układy jałtańskie, także teherańskie za nieważne od początku, że one naruszyły nie tylko traktaty, które wówczas obowiązywały zainteresowane państwa; znaczy te które te układy zawierały. To dotyczy przede wszystkim traktatów Ribbentrop-Mołotow, bo do tego trzeba sięgnąć. Właśnie o tym ja mówiłem przed trzema laty... i tam właśnie postawiłem tę przyczynę nieważności, która polega na tym, że jedne państwa nie mogą decydować o losie drugich.
Adam Urbanczyk: Czyli dalszy ciąg pytania. Jak więc zrozumieć, że władze polskie zrzekają się jakichkolwiek roszczeń do jakichkolwiek granic na Wschodzie, z Pana podpisem.
Minister Skubiszewski: Proszę pana, my się nie zrzekamy roszczeń, ale i my nie mamy żadnych roszczeń. Wytworzył się w Europie pewien porządek terytorialny, którego dzisiaj nie da się zmienić, chyba przy pomocy wojny, a wojnę odrzucamy. Po to, żeby zmienić granice na Wschodzie trzeba by prowadzić wojnę ze wszystkimi państwami na Wschodzie, a nasi wschodni sąsiedzi uważają te granice za trwałe. To takie jest stanowisko Państwa Polskiego dzisiaj. To jest stanowisko, że pewne zmiany dokonały się bez nas, my to podkreślamy, ale to wywarło swoje skutki i dzisiaj nie wchodzą w rachubę żadne zmiany granic. To nie jest żadna ocena, ale to jest liczenie się ze stanem faktycznym o takim charakterze. I Pan sam dobrze wie i każdy wie, że tego nie można zmienić.
(Czy nie miałem racji pisząc w tytule relacji o „bełkocie politycznym”? Czy minister nie ma tej cechy dyplomatów, że może mówić przez godzinę i nic nie powiedzieć? Nie rozumiem tylko jednej rzeczy z wypowiedzi ministra: jak można uważać układy jałtańskie za nieważne od początku i przy tym samym nie mieć żadnych roszczeń do nikogo? W momencie unieważnienia tego układu, wie Pan chyba, panie ministrze, gdzie wrócimy? I co wtedy? „Nie, my tego nie chcemy, weźcie sobie jak chcecie!” Nie wzywam do wojny, bo każda wojna jest nieszczęściem ludzkim, pytałem jedynie o sens podpisywania wszystkiego, co po smacznym obiedzie podsuną na biurko, a często na dodatek dostanie się jeszcze długopis partnera. Czemu inni nie są bardzo bardzo skorzy do podpisywania czegokolwiek? A kiedy upomną się o „swoje ziemie”, które są teraz w rękach Polaków, to co Pan zrobi? Też podpisze? A nikt z nas dzisiaj nie może przewidzieć żadnej sytuacji na przyszłość. Po co więc miliony Polaków rozsianych po całym świecie, przez blisko 50 lat walczyło o unieważnienie Jałty, a tym samym – ja tak to rozumiem – powrotu do terenów sprzed tego układu. No bo przecież o ile układ już nieważny, to co z tym wszystkim teraz zrobić? Zdaję sobie sprawę, że Pan nie potrafi rozwiązać tego problemu za swego życia – może następne pokolenia doczekają takiego rozwiązania, o którym dzisiaj nawet nie myślimy. Jedna tylko prośba. Panie ministrze, proszę na przyszłość dać choć trochę treści w swych wypowiedziach, nie bać się – na litość Boską, bo to dzięki temu strachowi władz Polski prześladowani są Polacy na Litwie! Podczas odsłonięcia pomnika Katyń-Sybir w New Jersey padły m.in. słowa: „Teraz, po upadku Imperium Sowieckiego, Republiki odzyskały niepodległość. My, Polacy, tę niepodległość popieramy. Ale skoro pakt Ribbentrop-Mołotow został unieważniony, to dlaczego nie został uwzględniony traktat ryski z 1921 roku. Ta sprawa powinna być rozpatrzona w ramach ONZ, a nie mówić, że my nie mamy roszczeń granicznych. Fakt, że my Jałty nie zmienimy. Ale, my, Polacy, którzy żyjemy tam, powinniśmy mieć prawo do kultury i bytu narodowego, mieć własne autonomie, bo nasze korzenie są głęboko wrośnięte w tę ziemię.” Tak, wielu z nas, Polaków, wyrwano przemocą z tej ukochanej naszej ziemi; Nowogródka, Wileńszczyzny, spod naszych kresowych strzech. Jakże to jest dla nas bolesne, dla nas Polaków z tej kresowej ziemi zroszonej łzami i krwią bohaterskiego ludu...” I to jest, panie ministrze, głos Polaka – nie tylko dyplomaty. AU)
Pozwólcie, drodzy Czytelnicy, że skończę na tym relację z tej „niecodziennej” konferencji prasowej. Wyszedłem z sali pierwszy, choć wypadało przecież jeszcze chwilę poczekać.
Nie znoszę jednego – obłudy!
Podczas tej konferencji w pewnym momencie, odpowiadając na pytanie, minister Skubiszewski powiedział dosłownie: „ja odpowiadam na wszystkie listy!” Chodziło tu o listy nowojorskiego Kongresu Polonii Amerykańskiej zawierające sprzeciw przeciwko nominacji konsula Skubiszewskiego, a których to listów minister nigdy nie otrzymał. Kłamie Pan, Panie Ministrze, od 6 miesięcy czekam na odpowiedź na list, który nie tylko wysłałem do Pana, ale który doręczono personalnie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jako dowód doręczenia mam pieczątkę i podpis Sekretariatu MSZ. I do tej pory nie potrafił Pan na ten list odpowiedzieć! Czy nie odpowiada Pan na żadne listy dotyczące pana Surdykowskiego, bo ten ode mnie też dotyczył tej właśnie osoby? O ile Pan sobie życzy, przesyłam razem z tą gazetą jego kopię. Jestem jednak pewien, że i ten list do Pana „nie dojdzie”!
Miałem nigdy więcej nie poruszać sprawy zatargu „Białego Orła” z konsulem Surdykowskim – niestety, przepraszam, musiałem to niniejszym zrobić. Nie jestem mściwym człowiekiem, domagam się jedynie sprawiedliwości i tak jak napisałem do Prezydenta Wałęsy, o ile nie będę usatysfakcjonowany odpowiedzią Ministerstwa Spraw Zagranicznych, będę musiał zastosować, razem ze swym adwokatem, środki prawne, tak za próbę złamania tego najważniejszego prawa w USA: wolności słowa, a przestępstwo to miało miejsce – jak i będę musiał „upomnieć się”, jako osoba prywatna, za uczynioną mi zniewagę w ostatnim liście konsula Surdykowskiego. Chciałem także zaznaczyć, panie ministrze, że również od sześciu miesięcy nie odpowiedział Pan na list mojego adwokata, księcia Teodora Jakubowskiego, z Houston Teksas. Też widocznie ten list do Pana „nie doszedł”.
Miała to więc być relacja z Konferencji, a stała się Listem Otwartym do Ministra Skubiszewskiego.
Będziemy oczekiwali na Państwa listy. Prosimy tylko o jedno – nie wracamy już do wymienionego zatargu. Tej sprawie i tak poświęciliśmy za dużo miejsca w naszej gazecie.
Adam K. Urbanczyk

* * *

Respublika”, 17 listopada 1992:

„Bójka
W nocy z 7 na 8 listopada podczas dyskoteki w Domu Kultury w Jaszunach (rejon solecznicki) doszło do bójki między miejscową młodzieżą a żołnierzami batalionu „Geleżinis vilkas” brygady wojsk polowych Litwy, stacjonującego w Rudnikach. Obrażeń doznało ponad dziesięć osób: miejscowy mieszkaniec J. Baranowski ma złamaną rękę, policjant T. Wencłowicz doznał złamania nosa, dowódca batalionu P. Kasteckas z ciężkim urazem głowy znalazł się w szpitalu... Niestety, jest to jedyny fakt, który uznają wszystkie strony. Dalej wersje ich różnią się jak dzień od nocy. Tym razem wstrzymaliśmy się od dokonywania oceny incydentu. Przytaczając wersje, pozostawiamy Czytelnikowi wyrobienie opinii, kto ma rację, a kto jest winny.
Oficjalny komunikat komisariatu policji w Solecznikach: Około godziny pierwszej w nocy 8 listopada do jaszuńskiego Domu Kultury, gdzie odbywała się dyskoteka i znajdowało się około 50 osób, wtargnęło 15-20 litewskich wojskowych w kuloodpornych kamizelkach, kaskach i wyposażonych w krótkie pałki. Wojskowi zaczęli bić miejscowych pięściami, pałkami, kopali nogami. Dowodziło nimi kilku ubranych po cywilnemu ludzi. Wojskowi ci są z batalionu „Geleżinis vilkas”, stacjonującego w pobliżu Rudnik. W wyniku bójki ucierpiało 11 osób”.
Kobieta, która poinformowała „Respublikę” o tym incydencie: „Dłużej takie życie jest niemożliwe. Żołnierze z „Geleżinis vilkas” srożą się w okolicy. Biją miejscową młodzież na dyskotekach. Właśnie w ten wieczór spowodowali bójki aż na trzech dyskotekach: w Białej Wace, Rudnikach, Jaszunach. Prócz tego 10 listopada koło ich jednostki znaleziono zwłoki dziewczyny, która się powiesiła, albo została powieszona...”.
Pracowniczka rudnickiego Domu Kultury: „7 listopada około godziny 23 na odbywającą się dyskotekę przyjechało czterech cywilów. Przedstawili się jako oficerowie batalionu „Geleżinis vilkas” i chcieli wejść do środka bez biletu. Bo sprawdzali, czy nie ma zbiegłych żołnierzy. Na sali biegali po scenie, zaczepiali tańczących. Poprosiłam, żeby miejscowi chłopcy uspokoili wojskowych, ale ci tylko machnęli ręką. Po rozpędzeniu całej dyskoteki wojskowi odjechali w kierunku Jaszun”.
Policjanci posterunku policji w Jaszunach: „Na trwającą dyskotekę przyjechało pięciu pijanych oficerów w cywilu. Wtargnęli na salę i próbowali sprowokować bójkę. Popadł się im siedzący z dziewczyną podpity chłopiec. Wojskowi go zbili. Potem wyszli na podwórze. Podszedł do nich jeden z naszych i po okazaniu legitymacji poprosił, aby odjechali. Wojskowi tylko machnęli ręką. Cierpliwość miejscowych wyczerpała się, gdy na podwórzu został pobity jeszcze jeden chłopiec. Zaczęła się grupowa bójka. Wojskowi zostali pobici i oddalili się, by wezwać posiłki. Po jakichś 20 minutach nadjechała ciężarówka z 20 żołnierzami. Żołnierze otoczyli Dom Kultury. Na rozkaz oficerów wtargnęli na salę i zaczęli bić, kopać nogami wszystkich po kolei. Dostało się i kobiecie w ciąży, i policjantowi, który pokazał legitymację. Żołnierzami kierował dowódca batalionu p. Kasteckas. Rozebrany do pasa, z obandażowaną głową, stał na środku sali i wydawał rozkazy. Rozprawa trwała około 5 minut. Potem żołnierze wsiedli do samochodów i odjeżdżając pogrozili: jeszcze wrócimy.
Szef sztabu batalionu „Geleżinis vilkas” A. Norkus: „Dowódca batalionu P. Kasteckas, ja i jeszcze trzej oficerowie sprawdzaliśmy w ten wieczór, czy w okolicznych domach kultury nie ma żołnierzy, którzy samowolnie opuścili jednostkę. Najpierw udaliśmy się do Rudnik. Panował tu spokój, tańczyło kilku naszych żołnierzy. Nie było tu żadnych incydentów, więc pojechaliśmy do Jaszun. Na salę nas nie wpuszczono, dlatego staliśmy w pobliżu i rozmawialiśmy. Obok nas dziewczynę zaczepiał pijany młody człowiek (później okazało się, że to policjant), więc dowódca oddziału powiedział, żeby przestał. Zdawałoby się, że tylko tego było potrzeba. Policjant skoczył do przodu, a stojący obok podpici chłopcy zaatakowali dowódcę kompanii i dowódcę batalionu. Ktoś z tłumu uderzył P. Kasteckasa butelką po głowie i ten prawie nieprzytomny osunął się na ziemię. Rozpoczęła się bójka. Poleciłem, żeby dowódcy kompanii wezwali grupę operacyjną na pomoc. Zanim szukali oni telefonu, mnie i P. Kasteckasa zaatakowało chyba 16 ludzi. Szczególnie trudno było P. Kasteckasowi, jego głowa mocno krwawiła. Jakoś wytrzymaliśmy do przybycia żołnierzy (nic dziwnego, bowiem obaj mężczyźni – to byli desantowcy). Podczas bójki najaktywniejszy był ubrany po cywilnemu miejscowy policjant. Dobrze zapamiętałem jego twarz i zidentyfikuję podczas konfrontacji. Na widok nadjeżdżających żołnierzy miejscowi weszli do sali. Kazałem żołnierzom wejść do środka, gdyż podejrzewaliśmy, że może tam być więcej naszych. Kazałem też ruszać tylko tych, którzy będą stawiali opór Żołnierze na sali byli około dwóch minut. I byłoby więcej niż śmieszne mówić o ich brutalnym postępowaniu. Nie mieliśmy żadnych pałek, w jednostce w ogóle ich nie ma. Żołnierze nie ruszyli policjanta, który okazał legitymację. Dziwiłem się tylko bardzo, dlaczego dyżurujący w ten wieczór policjant nie był w mundurze. Jestem przekonany, że postąpiliśmy słusznie”.
Żołnierz, który uczestniczył w „akcji”: „Dziewcząt nie ruszaliśmy. I dołożyliśmy tylko trochę tym, którzy rzucali się do bójki. Nikogo nie kopaliśmy nogami. „Najdzielniejsi” byli tak pijani, że ledwie popchnięci padali na ziemię...”.
Audrius Lingys

* * *

Biały Orzeł”, 29 listopada 1992:

Nie tędy droga
Naszym rozmówcą jest dziś pan Jan B. Deręgowski, profesor psychologii na University of Aberdeen w Szkocji, autor kilku wydanych w Wielkiej Brytanii i Polsce książek oraz licznych artykułów naukowych. Znakomity uczony pochodzi z kresowego Pińska i od czasu do czasu składa wizyty na terenach zabranych. Tym razem brał udział w międzynarodowej konferencji naukowej w Wilnie i wygłosił cykl wykładów dla młodzieży studiującej na półlegalnym Uniwersytecie Polskim w tym mieście.
– Panie Profesorze, jakie to drogi zaprowadziły reprezentanta słynnego polskiego rodu kresowego aż do Szkocji?
– Polskie drogi. W 1940 roku, jako mały chłopiec, zostałem razem z rodziną wywieziony przez bolszewików na wieczne osiedlenie do obwodu archangielskiego w Rosji Północnej. Na szczęście sowiecka „wieczność” trwała w tym przypadku względnie krótko. Wyszliśmy z tej przeklętej ziemi razem z armią Andersa, co prawda, nie wszyscy, część moich bliskich już na zawsze pozostała w Rosji.
Ja zaś w 1947 roku znalazłem się w Wielkiej Brytanii. Ukończyłem Uniwersytet Londyński, wykładałem na Wszechnicy w stolicy Zambii Lusace, a od 24 lat prowadzę zajęcia z psychologii właśnie na Uniwersytecie Aberdeen w Szkocji.
– Jakie Pan odniósł pierwsze wrażenie, gdy wylądował w Wilnie i zaczął przemierzać krokiem ulice tego miasta?
– Uderzyła niesamowicie duża ilość policji i wojska. Na każdym dosłownie kroku widzi się mundury wojskowe. Tak dziwnego widoku nie spotkałem w żadnym z kilkudziesięciu krajów, w których przebywałem. Odnosi się wrażenie, że Litwa albo kogoś się panicznie boi, albo chce kogoś zaatakować. Jeśli chodzi o to drugie, to nie ma bodaj najmniejszych szans z żadnym ze swoich sąsiadów, chyba że z Łotwą, ale, o ile wiem, właśnie z tym państwem Litwa ma najlepsze stosunki. Nie mogę po prostu pojąć, po co młode nieduże państewko wyrzuca na wiatr miliardy, utrzymując tak liczne wojsko, korzystające przy tym z względnie wysokiego poziomu konsumpcji, wyższego niż może sobie pozwolić statystyczny obywatel Litwy. Czy po to Litwa ciągle prosi świat o wsparcie materialne, by otrzymane (w tym od Polski) zasoby marnować na zakup broni i tym podobne nieproduktywne wydatki?
– Cóż, i obywateli Republiki Litewskiej zastanawia fakt, że szeregowy litewski policjant otrzymuje pensję dwukrotnie wyższą niż nauczyciel, a liczba urzędników w porównaniu z niedawnym okresem sowieckim, kiedy to wszyscy się słusznie uskarżali na potworny przerost biurokracji, wzrosła 5-6-krotnie. Mamy więc do czynienia z typowym państwem policyjno-biurokratycznym, taką sobie europejską „republiką bananową”, rządzoną przez połączone siły policji i mafii. Także my, Polacy wileńscy, wręcz zżymamy się na widok tego, w jaki bezczelny sposób Litwa jest okradana i gnębiona, a jej zasoby, w tym ludzkie, są marnotrawione przez łobuzów mających pełne gęby patriotycznych frazesów o Litwie... Ale wracając do naszego pytania: co jeszcze rzuciło się Panu w oczy po przybyciu na Litwę?
– Już na lotnisku uderzają przejawy językowego szowinizmu. Wszędzie tablice, napisy i ogłoszenia tylko w języku litewskim. Informacje w języku rosyjskim, będącym przecież jednym z oficjalnych języków ONZ i w sposób naturalny odgrywającym do niedawna na tym terenie rolę języka międzynarodowościowego obcowania, niechlujnie pozamazywano farbą. Napisów po angielsku, francusku, polsku wcale nigdzie nie widać. Odnosi się wrażenie, że Litwini robią wszystko, by ich kraj był odwiedzany tylko przez ich rodaków, a utrudniają pobyt tu wszystkim obcoplemieńcom.
– Najwięcej jest w Wilnie przyjezdnych z Polski, oni też są źródłem znacznych dochodów dla skarbu państwa litewskiego, mimo to nawet na widokówkach z wizerunkami kościołów wileńskich, wzniesionych przecież bez wyjątku przez mistrzów polskich, nikt nigdy nie znalazł podpisu w języku polskim...
– Być może wydawcy litewscy wychodzą z założenia, że Polakom w Wilnie i tak nic nie trzeba wyjaśniać, stąd tylko podpisy litewskie, niemieckie, rosyjskie... Ale idźmy dalej. Co jeszcze dziwi, to okoliczność, iż przy temperaturze na ulicy grubo poniżej zera stopni Celsjusza wileńskie mieszkania nie są ogrzewane, a do kuchenek nie jest podawana gorąca woda. Przecież taka „oszczędność” prowadzi do zaziębień, nawrotów chronicznych schorzeń, stałego nadwyrężania zdrowia ludzi, do absencji w pracy, szkole itd.
– Przy tym w Litwie nagromadzono obfite, jak nigdy, zapasy rozmaitych paliw, których podobno starczyłoby na 3-4 lata. Ale rząd nie chce znaleźć środków na ich zakup, woląc rozbudowywać wojsko, tajne służby policyjne itp. Chodzi też chyba o to, by przez stosowanie tak banalnych chwytów wywołać u zagranicy współczucie dla „biednej małej Litwy”. Jakoś jednak ani Rosja, ani Zachód nie kwapią się do wzięcia udziału w tym kolejnym seansie zbiorowej głupoty. Można jednak być prawie pewnym, że niewydarzeni „Europejczycy” z Warszawy, nie pytając o zdanie polskiego podatnika i kosztem tegoż podatnika, będą się narzucali z „bezinteresowną pomocą bratniej Litwie”, a Kuroń otrzyma od Landsberga jeszcze jeden litewski medal za kolejny akt frymarczenia polskim interesem narodowym i skromnymi polskimi zasobami. W prasie zaś litewskiej i tym razem zjawią się nie wyrazy podzięki, lecz drwiny z „przewrotnej” Polski, której i tak się nie uda wkupić w sympatię „dumnej” Litwy. Gros pomocy i tak zresztą osiądzie w sejfach urzędniczo-policyjnej mafii, złożonej z wczorajszych komunistów i KGB-istów. Może się zresztą mylę i chodzi tu wyłącznie – wzorcem radzieckim – o bezsensowne i „bezinteresowne” targanie, szarpanie, musztrowanie obywateli, którzy i tak – również wzorcem radzieckim – z potulnym spokojem inkasują wszystkie kopniaki półgłupich politykierów. A jakie wrażenie zrobiło na Panu samo Wilno?
– Widać, że było to kiedyś piękne miasto. Dziś architektura jest zaniedbana, nowa duchowo zupełnie nie harmonizuje ze starą; wszędzie widać w murach wnęki po powydzieranych polskich tablicach pamiątkowych. Brak jest lokali, gdzie by człowiek mógł spokojnie wejść, odpocząć, przekąsić. Kolejki, bród, smród, drożyzna – to marna zachęta do odwiedzenia kraju. Przy czym wydało mi się, że jakoś nie bardzo twarze nowych mieszkańców miasta pasują do starej polskiej architektury...
– Podobne wrażenie dysonansu między fizjognomiką dzisiejszych mieszkańców a dawną architekturą miasta odniosłem parę lat temu zwiedzając Lwów... A co Pan sądzi o resztkach społeczności polskiej, które się ostały na Wileńszczyźnie po kilku dziesięcioleciach jej powolnego konania pod jarzmem podwójnej okupacji?
– Ogólne wrażenie jest w wysokim stopniu przygnębiające. Już sam fakt, że nauczycielom języka i literatury litewskiej, zatrudnionym w tym polskim regionie wokół Wilna płaci się – rzekomo z funduszu prywatnego, a faktycznie z puli państwowej, w tym też z części spłaconej przez Polaków – w dolarach poważny dodatek, stanowiący faktycznie drugą pensję, przy jednoczesnym szykanowaniu polonistów, wywołuje oburzenie. To szczyt cynizmu – polscy obywatele Litwy opłacają własną półprzymusową litwinizację! Nauczyciele – litwinizatorzy korzystają z tychże przywilejów na dzisiejszej Wileńszczyźnie, z jakich korzystali w XIX-wiecznej Kongresówce carscy rusyfikatorzy, a na Poznańszczyźnie germanizatorzy-hakatyści.
Doprawdy, Litwini są pod względem polonofobii „godnymi” naśladowcami Rosjan i Niemców. Presja etniczna jest ewidentna; to jest próba powolnego, ale stanowczego uśmiercania żywiołu polskiego i jego odwiecznej wspaniałej kultury na tym terenie. Oczywiście, nie ma w tej chwili owego bandytyzmu, jaki uprawiali Niemcy i Litwini w stosunku do Polaków i Żydów podczas II wojny światowej, ale cele są podobne.
– I jak się mamy w tej sytuacji zachować? Czy nadal w swej małoduszności błagalnie wyciągać dłoń do „braci”, którzy tym zuchwałej pomiatają „polaczkami”, im bardziej się ci do nich przymilają?
– Należy wołać i krzyczeć, apelować do Polski, do mocarstw światowych, do organizacji międzynarodowych. Polacy są na Litwie mniejszością narodową i powinny im przysługiwać takie same prawa, jakie przysługują innym mniejszościom w cywilizowanych krajach Europy. Litwini, jak każda nacja mająca mniejszość, muszą wreszcie zrozumieć, że droga „wymuszania miłości”, presji, manipulacji, kłamstwa prowadzi do nikąd. Musieliby być raczej tak atrakcyjni pod względem kulturalnym, etycznym i intelektualnym, by ludzie innych narodowości do nich się garnęli, a nie w przerażeniu się cofali. Strachem niczego się nie osiągnie. Oczywiście, można stosować metody hitlerowskie i stalinowskie, ale to doprowadzi tylko do dyskredytacji, a może i krachu samej Litwy.
– Odnosi się wrażenie, że rządy obecne, jak i komunistyczne na Litwie po prostu gwiżdżą na opinię społeczności międzynarodowej. Jak im ktoś coś zarzuci, mówią, że to nieprawda i łżą w żywe oczy, a jak się zarzut powtórzy, natychmiast podnoszą jęki, że oto ktoś próbuje ingerować w sprawy wewnętrzne Litwy z pozycji siły. Ojcowie tych ludzi nie tak znów dawno wymordowali 94 proc. własnej populacji żydowskiej, mordowali Żydów w Polsce, Białorusi, Rosji; wystrzelali dziesiątki tysięcy Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Rosjan, Cyganów, lecz po dziś dzień nawet się nie pokajali jako zbiorowość etniczna, nie mówiąc o pokucie czy karze. Za swe zbrodnie u boku Niemców zostali przez Moskwę nagrodzeni polską Wileńszczyzną. Trudno więc się dziwić, że czują się dziś zupełnie bezkarni w prześladowaniu Polaków, którzy zajęli miejsce Żydów w kolejce do holocaustu. Wygląda na to, że istnieją jakieś niezwykle potężne siły, gotowe wybaczyć Litwinom nawet zbrodnie ludobójstwa, pod warunkiem, że nadal pozostaną tępym narzędziem przydatnym do niszczenia polskości.
– I co na to Polska?
– Zaatakowała Polaków Kresowych, broniących swych praw, jako – używając słownictwa ministra Skubiszewskiego – „prowokatorów”. Ujadanie krakowsko-warszawskich szmatławców, w rodzaju „Gazety Wyborczej”, przemawiających przecież zawsze w imieniu całej Polski, pod adresem rzekomo „skomunizowanych” Polaków Kresowych jest czymś w rodzaju zrzeczenia się przez matkę swych dzieci z powodu tego, iż mają jakoby inne poglądy polityczne niż ona. Jest to postawa świadcząca nie tylko o niesłychanej głupocie, ale i o wielkiej podłości tych ludzi. Ja, dla przykładu, jestem ojcem trojga dzieci, i niezależnie od tego, jakie one będą miały poglądy polityczne gdy dorosną, będą zawsze miłe memu sercu, a miłość i wspieranie ich do końca pozostaną mym nieodwołalnym obowiązkiem moralnym. Bo to są moje dzieci i nie ma znaczenia, czy wybrały poglądy podobne do moich czy też inne. Podobnie zresztą trudno mi zrozumieć tych młodych Polaków, którzy porzucają Polskę naszą wspólną Matkę, teraz, kiedy najbardziej ona potrzebuje mocnych dłoni i opieki swych synów, i jadą „za chlebem” za granicę. To też jest czymś w moim odczuciu głęboko nieprzyzwoitym.
– Absolutnie się zgadzam. Proszę jednak pamiętać, że „Gazeta Wyborcza” i jej prasowi landsknechci to jeszcze nie cala Polska, co więcej, to w ogóle nie Polska. Miliony Polaków zarówno w Kraju, jak i na Zachodzie, coraz lepiej poznają waszą rzeczywistą sytuację, mimo szeroko zakrojonej i z ogromnym nakładem środków prowadzonej akcji zniesławienia waszego dobrego polskiego imienia. Wydaje mi się, że bardzo bliski jest czas, gdy nie będziecie się czuli tak osamotnieni jak obecnie. W Polsce i wśród Polonii dochodzi do znacznych zmian na lepsze; ludzie przyzwoici, a nie przemalowani bolszewicy, mają coraz więcej tu do powiedzenia.
– Inne mniejszości, w tym rosyjska, także nie mają łatwego życia w młodych państwach bałtyckich, co Pan o tym sądzi?
– Rozmawiając z Litwinami słyszy się bardzo często z ich ust deklaracje antyrosyjskie, ale podobno, gdy mówią z Rosjanami, składają im identyczne deklaracje antypolskie. Uważam w każdym razie, że Rosjanom dzieje się wielka niesprawiedliwość, gdy są pomijani i dyskryminowani. Zasada zbiorowej odpowiedzialności za zbrodnie reżimu bolszewickiego nie powinna dotyczyć ani narodu rosyjskiego, ani żydowskiego czy dowolnego innego. Byłem na zesłaniu, wymordowano mi większość rodziny, mógłbym więc mieć poważne powody do serdecznego nielubienia Rosji, nie czuję jednak nienawiści do tego narodu, który sam padł ofiarą szaleńczej ideologii i barbarzyńskiego systemu politycznego. Nie wolno się godzić na poniżanie ludzi pod jakimkolwiek pretekstem. Kto zresztą poniża innego człowieka, poniża przede wszystkim samego siebie, pozbawiając się ludzkiej godności i przyzwoitości. Antypolonizm i, nieco mniejsza co prawda, antyrosyjskość sajudisowskiej Litwy są zjawiskiem na poziomie początku XIX wieku, kiedy to w Europie budziły się po raz pierwszy półdzikie, prymitywne, zatęchłe nacjonalizmy.
– Jak więc Pan widzi hipotetyczną przyszłość Litwy i całego tego regionu w świetle faktów i ewentualnych możliwości?
– Kraje bałtyckie są biedne, nie mają, praktycznie rzecz biorąc, żadnych bogactw naturalnych, nie są też żadnym rynkiem, partnerem czy pośrednikiem między Wschodem a Zachodem, Europą a Rosją. Kraje zachodnie nie uznawały inkorporacji tych państewek do ZSRR nie ze względu na nie same per se, lecz ze względu na konieczność sprzeciwu wobec żarłoczności imperium sowieckiego. Rolnictwo litewskie nie ma żadnych szans na Zachodzie, który posiada ogromny nadmiar własnej produkcji rolniczej, i to wyśmienitej jakości. Przemysł również jest bez widoków na powodzenie, aby go bowiem rozwijać, potrzebne są nośniki energii, metale, surowce, których Litwa nie ma. To, co produkuje Litwa, mogą kupić tylko Rosjanie, bardzo rzadko – Polacy, nigdy – Brytyjczycy, Niemcy czy Francuzi. Wydaje mi się, że w wysokim stopniu niedyplomatyczne zachowanie się Landsbergisa i innych liderów litewskich na forach międzynarodowych w stosunku do Rosji, a także i Polski, jest niedźwiedzią przysługą wyświadczoną narodowi litewskiemu. Te złośliwe docinki nikogo już nie bawią i nie śmieszą, a najmniej chyba samą ludność litewską, coraz dotkliwiej cierpiącą na skutek nieprzemyślanych ksenofobicznych deklaracji swych przywódców. Nie tędy droga. Celem polityki litewskiej – gdyby miała to być polityka rozsądna i odpowiedzialna – powinno być utrzymanie „przepuszczalnych” granic, ułożenie dobrych stosunków z sąsiadami. Dziś litewscy celnicy zachowują się na granicy najczęściej tak, jak zachowywali się Sowieci, przetrząsają bagaże podróżnych, odbierają turystom rzeczy i pieniądze, wymuszają łapówki, zachowują się arogancko i niekulturalnie. Tak, jakby chcieli zrobić z Litwy ostatni skansen sowietyzmu w Europie. Doprawdy, nie tędy droga...
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał
Jan Ciechanowicz

* * *

Biały Orzeł”, 27 grudnia 1992:

Serce Polski, Serce Europy
Naszym rozmówcą jest pan dr Jacek Purchla, profesor, dyrektor Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie. Mimo młodego, jak na naukowca i polityka, wieku (ur. 1954) jest on uznanym autorytetem w dziedzinie historii kultury, autorem licznych publikacji, w tym kilku książek (m.in. „Jak powstał nowoczesny Kraków”, 1979 i 1990; „Wien und Krakau im 19. Jahrhundert” 1985; „Jan Zawiejski – architekt przełomu XIX i XX wieku”, 1986; „Pozaekonomiczne czynniki rozwoju Krakowa w okresie autonomii galicyjskiej”, 1990 i in.). W latach 1990-91 był wiceprezydentem miasta Krakowa, obecnie pełni odpowiedzialne funkcje w kilku organizacjach społeczno-kulturalnych.
– Panie Profesorze, tych, którzy się zapoznają z Pana twórczością naukową i publicystyczną, uderza niezmiennie fakt, że tak powiemy, „krakowocentryczności” Pana publikacji. Skąd się to bierze?
– Myśląc o fenomenie Krakowa często przywołujemy pojęcie „genius loci” – wyjątkowość tego miejsca na mapie Europy Środkowej. Kraków położony jest w odległości 300-400 km pomiędzy Pragą, Wiedniem, Bratysławą, Budapesztem, Lwowem i Warszawą. Gdyby krąg ten poszerzyć, Kraków znalazłby się w samym środku koła wyznaczonego przez Zagrzeb, Triest, Monachium, Berlin, Królewiec, Wilno, Mińsk i Kijów. Jest więc to miasto pod względem geograficznym sercem nie tylko Polski, ale i całej Europy. Lecz nie tylko położenie geograficzne złożyło się na wyjątkowość tego miejsca, ale przede wszystkim wieki historii. Kraków jest często nazywany najbardziej polskim ze wszystkich polskich miast. Równocześnie jednak w swej warstwie materialnej i społecznej jest wśród nich najbardziej europejski. Ta pozorna sprzeczność pomiędzy uniwersalnością i europejskością a polskością i lokalnością decyduje o niepowtarzalnym pięknie i specyficznej atmosferze miasta nad Wisłą... Królewska katedra na Wawelu pełniąca od wieków nie tylko rolę miejsca koronacyjnego i narodowej nekropolii, ale i „ołtarza Ojczyzny”, jest żywą księgą tysiącletniej historii Polski i Polaków. Równocześnie jednak ten najbardziej polski z kościołów, jak żaden inny wypełniony jest arcydziełami sztuki europejskiej... Ujmując rzecz szerzej, różnorodność wpływów i kultur towarzyszyła Krakowowi od początku jego istnienia. Już na początku X wieku, za czasów Państwa Wielkomorawskiego, znalazł się w granicach chrześcijańskiej Europy. Fenomen Krakowa, czytelny i dostrzegalny do dziś w kamienicach i murach tego królewskiego grodu, polegał na wyjątkowej roli, jaką miasto odgrywało w różnych epokach. Stąd też moja – jako naukowca – fascynacja mym ojczystym Krakowem, jego dalszymi i bliższymi dziejami...
– Wydaje się, że krzyżowanie się rozmaitych kultur i wpływów nie tyle wyróżnia, ile łączy Kraków – oczywiście, przy zachowaniu ewidentnych odrębności – z innymi sławnymi ośrodkami kultury europejskiej, takimi np. jak Paryż, Lipsk, Wilno, Lwów, Praga czy Budapeszt...
– O to właśnie chodzi! Już średniowiecze stworzyło Kraków jako liczące się miasto europejskie. Zadecydowała o tym nie tylko stołeczna rola Krakowa, ale również niemiecka kolonizacja, będąca ważnym etapem w jego rozwoju. Założony ponownie w 1257 roku, jako z rozmachem pomyślane miasto kolonialne, szybko przekształcił się w jedno z największych emporiów późnośredniowiecznej Europy. Nadany wówczas Krakowowi charakterystyczny i doskonale czytelny do dzisiaj urbanistyczny kształt był pierwszym rozdziałem europejskiego rozwoju miasta. W wieku XV Kraków należał do największych metropolii Europy Środkowej. Był nie tylko stolicą europejskiego mocarstwa, ale i bogatym centrum międzynarodowego handlu, posiadającym liczne przywileje członkiem hanzy.
– Czy nie wydaje się Panu, że takie przesadne uwydatnianie rzekomo niemieckiego charakteru miasta w tym okresie niezupełnie byłoby zgodne ani z prawdą historyczną, ponieważ bądź co bądź w okresie przed XIII-wieczną kolonizacją niemiecką, a i po niej Kraków był miastem wybitnie polskim, ani się godzi z polskim interesem narodowym w dobie obecnej?
– W żadnym wypadku. Powiedzenie prawdy o „niemieckim epizodzie” w dziejach najbardziej polskiego z polskich miast jest jak najbardziej zgodne z jednym i drugim. Nie musimy się wstydzić kontaktów i więzów, które łączyły nas ongiś z różnymi narodami europejskimi, bo to i dziś powinno nam pomagać w poszukiwaniu tego, co łączy narody europejskie w tworzeniu nowej Europy jako przysłowiowego „wspólnego domu”... Spójrzmy oto na przełom wieku XV i XVI. W epoce Jagiellońskiej Kraków stał się nie tylko centrum politycznym i gospodarczym o europejskim znaczeniu, ale i ważnym ośrodkiem kultury i sztuki. Działał tutaj największy rzeźbiarz ówczesnej Europy Wit Stwosz, a obok niego wybitni artyści włoscy, którzy zaproszeni do przebudowy królewskiej rezydencji przynieśli do gotyckiego Krakowa florencki renesans. Sale Zamku Królewskiego na Wawelu ozdobiły wówczas m.in. wspaniałe flamandzkie arrasy, do dziś uznawane za jedną z najlepszych tego typu kolekcji w świecie. Wielki rozkwit przeżył wtedy Uniwersytet, którego uczniem był m.in. Mikołaj Kopernik. Kraków był na przełomie XV i XVI wieku wielonarodowościową metropolią. Obok Polaków mieszkali tutaj liczni Włosi, Niemcy, Żydzi, Rusini, a nawet Szkoci. Jako stolica rozległego imperium Kraków z południowo-zachodniego narożnika Rzeczypospolitej promieniował na obszary Litwy i Rusi.
– Szeroko rozpowszechniony jest pogląd o wyjątkowej wręcz roli Krakowa w życiu narodu polskiego w epoce rozbiorów. Jak Pan się zapatruje na to zagadnienie?
– Pomimo prowincjonalizacji i dotkliwej ruiny na skutek rozbiorów Kraków w tym okresie stanowił przedmiot rywalizacji wszystkich trzech mocarstw zaborczych. Dla Austrii, Prus i Rosji był bowiem podwójnym symbolem: suwerenności Polski i europejskiej tradycji... W tej wyjątkowo trudnej sytuacji szansą dla Krakowa stało się nagromadzone przez stulecia duchowe i materialne dziedzictwo przeszłości. Epoka romantyzmu i romantyczne pojmowanie dziejów pozwoliły na nowo odczytać mit Krakowa – dawnej stolicy Polski – jako symbolu wielkiej przeszłości historycznej narodu pozbawionego niepodległości. Ta symboliczna rola Krakowa, tak mocno i wieloznacznie pojmowana już na początku XIX wieku, nabrała nowego znaczenia w obliczu wydarzeń politycznych lat sześćdziesiątych tegoż stulecia. Były nimi, z jednej strony, tragedia brutalnie stłumionego przez Rosję powstania styczniowego, a z drugiej, zwrot ku liberalizmowi i głębokie przeobrażenia wewnętrzne monarchii habsburskiej. Ich skutkiem było nadanie Galicji (austriackiej części ziem polskich) daleko idącej autonomii.
– Dla milionów Polaków Kraków stał się wówczas swego rodzaju stolicą duchową...
– Tak, miasto od razu zrozumiało wyjątkowość swego położenia w porównaniu z ogarniętymi popowstaniowymi represjami i żałobą ziemiami polskimi zaboru rosyjskiego i gnębionym postępującą germanizacją obszarem zaboru pruskiego. I rzeczywiście przyjęło na siebie rolę duchowej stolicy narodu. Ponowny rozkwit przeżył Uniwersytet, a obok niego inne instytucje naukowe, w tym założona w 1873 roku Akademia Umiejętności. Wokół Akademii Sztuk Pięknych skupiło się grono wybitnych artystów... Szybko unowocześniające się, piękne i wygodne do życia miasto przyciągało bogatą arystokrację... Już wówczas wytworzył się tutaj specyficzny kult dla przeszłości i nagromadzonego pod Wawelem dziedzictwa kulturowego...
– Jak Pan uważa, czy można mówić o jakimś specyficznym typie charakterologicznym „krakowianina”, jak np. Niemcy mówią o psychicznym typie „berlińczyka”?
– Wielowątkowy charakter miasta sprzyjał wytworzeniu się tego typu różniącego się od mieszkańców innych miast polskich. Stanisław Estreicher, reprezentant jednego z najsłynniejszych rodów krakowskich, tak o tym pisał: „Przeciętny krakowianin nie ma w sobie energii, ruchliwości, wesołości i żywotności warszawskiej. Nie ma w sobie temperamentu i rozczochrania właściwego ludności lwowskiej. Nie ma powagi i surowości poznańskiej. Odznacza go kultura intelektualna, polegająca na krytycznej powściągliwości, na braku skłonności do wybuchów i do emocji. Krakowianin wzięty zarówno w odosobnieniu, jak i w tłumie, ma daleko większą skłonność do krytycyzmu i sceptycyzmu, aniżeli go się spotka w reszcie Polski. Jest chłodny i rzadko oklaskujący to co widzi w teatrze, lub to, co słyszy na wiecu. Swoi i obcy ganią w nim wskutek tego chłód, wybredność czy żółciowość – ale podnoszą i dodatnie strony tej wady. Przedsięwzięcia artystyczne czy naukowe wyższej miary nieraz znajdowały w Krakowie swą publiczność, jakiej nie znalazły po innych miastach”... Nie mogę do tej charakterystyki nic dodać...
– A jak się Panu widzi Kraków w wieku XX, w Polsce niepodległej?
– W wielkim skrócie wyglądałoby to tak: W przededniu II wojny światowej Kraków liczy 250 tysięcy mieszkańców. Jest miastem, w którym urbanizacja wyprzedza znacznie industrializację. O obliczu jego decyduje kultura, nauka, zabytkowy charakter miasta. Dobrze rozwija się powiązana z karpackimi uzdrowiskami turystyka. Ostatnie „ludowe” pół wieku zmienić jednak miało zasadniczo sytuację miasta i model jego rozwoju. Kraków skazano na izolację i sprowincjonalizowanie zarówno poprzez degradację roli europejskich korzeni, jak też poprzez barbarzyńskie zniszczenie otaczającego go środowiska naturalnego.
– Ale przecież na dzień dzisiejszy sytuacja zaczyna się poprawiać...
– Jestem dobrej myśli. Nowa polityczna rzeczywistość Europy Środkowej otwiera zupełnie inną perspektywę rozwoju Krakowa. W tworzącej się właśnie w naszym obszarze nowej sieci europejskich metropolii nie powinno zabraknąć dawnej stolicy Polski, która raz jeszcze może wypełnić swą tradycyjną rolę pomostu między różnymi narodami i kulturami Europy Środkowej. Skutkiem nowego myślenia i dostrzegania misji Krakowa jest m.in. decyzja rządu polskiego o utworzeniu w Krakowie Międzynarodowego Centrum Kultury – ośrodka studiów i refleksji nad naszym wspólnym dziedzictwem.
– Proszę na zakończenie powiedzieć naszym czytelnikom kilka słów o idei MCK i jego celach.
– Idea Międzynarodowego Centrum Kultury nawiązuje nie tylko do uniwersalnych wartości cywilizacji europejskiej, ale i do lokalnej tradycji Krakowa. Jest to ośrodek badań nad szeroko pojętym dziedzictwem kulturowym; w szczególności skupia swe wysiłki na dwóch problemach o kapitalnym znaczeniu: a) fenomenie dużych miast historycznych oraz nowych strategiach ich ochrony i funkcjonowania; b) fenomenie i ochronie dziedzictwa mniejszości narodowych i kultur pogranicza. Oba te główne kierunki działania wiążą się nierozerwalnie z istotą Krakowa i jego położeniem w Europie. We współpracy z Uniwersytetem Jagiellońskim zainaugurowaliśmy działalność College for New Europe, który już stał się miejscem kształcenia i spotkań młodzieży różnych kultur i narodowości. Ważnym krokiem w kierunku prezentacji i konfrontacji sztuki różnych części kontynentu stał się niedawno zakończony Europejski Miesiąc Kultury... Wreszcie wspomnieć należy, iż MCK zostało hojnie uposażone przez władze miasta wspaniałym domem (Rynek Główny, 25), który już zyskał sobie u krakowian zaszczytne miano „Domu Europy”.
– Cóż, wyrażamy życzenie, aby wysiłki, zmierzające ku umocnieniu wzajemnego zrozumienia i integracji kultur europejskich okazały się skuteczne i owocne. Byłoby to szczególnie doniosłe w obliczu budzących się tu i ówdzie zasklepionych w sobie, zatęchłych a agresywnych prowincjonalnych szowinizmów. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał
Jan Ciechanowicz


1993



Biały Orzeł – White Eagle”, 10 stycznia 1993:

Z LITWY
Minął rok...

Żmija kąsa siebie za ogon

W naszym pierwszym tegorocznym reportażu z niepodległej Litwy podajemy kilka charakterystycznych szczegółów...
Agonizujące już władze Landsberga w ostatnich miesiącach swego istnienia wydały kilka zarządzeń, dających właściwe świadectwo swemu poziomowi. Z dnia na dzień np. zarządzono, że do wyjazdu za granicę, w tym do krewnych we wschodniej części Wileńszczyzny znajdującej się w składzie Białorusi, ważne są tylko litewskie paszporty, stare zaś radzieckie są unieważnione. Nakaz ten byłby racjonalny – jako środek dyskretnego nacisku – w sytuacji, gdyby cała lub chociażby większość ludności miała już nowe litewskie paszporty, a część mieszkańców, dajmy na to, z jakichś względów powściągała się przed otrzymaniem papierów młodej Republiki Litewskiej. Realna sytuacja zaś jest akurat odwrotna. Nowe dowody osobiste otrzymało tylko 10 proc. upoważnionych do tego obywateli. W odnośnych urzędach tłuką się dzień po dniu tysiące i tysiące zmordowanych ludzi niemogących uzyskać wymarzonego dokumentu, pozwalającego przynajmniej odwiedzić krewnych w niedalekim sąsiedztwie. Zachowany w całości i jeszcze rozbudowany sowiecki aparat administracyjny funkcjonuje opieszale, nadal utrudniając życie prostym ludziom. Karę jednak za tę ociężałość aparatu tenże aparat wymierzył nie sobie, lecz swoim ofiarom... Bo i naprawdę, jak mogą w nieskończoność znosić takie niesłychane nad sobą znęcanie się. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że w tym szaleństwie nie ma rozumu. Wariackie na pozór zarządzenia litewskiego rządu skierowują do kieszeni jego funkcjonariuszy wszystkich szczebli milionowe strumyki tzw. „talonów” czyli przejściowej waluty litewskiej, ofiarowywanych w postaci łapówek przez szarych obywateli nie znających innego sposobu na samowolę i arogancję „nowej” władzy.

Papuasi chcą do Europy
Ostatnio tysiące obywateli Republiki Litewskiej zostało zaskoczonych odnajdując rano w swych skrzyniach pocztowych swe własne listy wysłane za granicę przed kilkoma dniami z drukowanym napisem: „Graźintas. Siuntejo adresas użrašytas ne vietoje” – „Zwrot. Adres nadawcy nie na właściwym miejscu”... Indagowany w tej sprawie minister łączności odparł bez zmrużenia oka, że zmierza w ten sposób do Europy, w której ponoć adres odbiorcy pisze się tylko na dole, a adres nadawcy w górnej części koperty. Kto zaś czyni inaczej...jest Papuasem... i musi za to płacić...

 

Bomby KGB eksplodują

W kilku ostatnich numerach rządowego pisma litewskiego „Lietuvos Aidas”, podającego się ostatnio za „niezależne”, zamieszczono kilka niesamowitych wieści sensacyjnych. Okazało się bowiem, że przez okres około trzydziestu lat konfidentem tajnej politycznej policji sowieckiej był Jonas Kubilius, wieloletni rektor Uniwersytetu Wileńskiego, znany matematyk, duma współczesnej nauki litewskiej i – nie od rzeczy będzie przypomnieć – jeden z honorowych założycieli i przywódców Sajudisu...
Druga bomba zrobiła bodaj jeszcze większe wrażenie, jak się bowiem okazało kapusiem KGB w ciągu ponad 20 lat był także znakomity – ale to naprawdę znakomity! – pisarz żydowski, tworzący w języku rosyjskim, Grigorij Kanowicz. Informacja ta nabiera specjalnego posmaku zważywszy fakt, iż Kanowicz był ostatnio pasowany na... dysydenta antysowieckiego, bohatera, nieomal męczennika. W jednym z ubiegłorocznych numerów wrocławskiej „Odry” kreował m.in. sam siebie na rzekomą ofiarę cenzury radzieckiej, której ponoć nie podobało się jego nierosyjskie nazwisko... Ta samokreacja Kanowicza budziła zdziwienie w wilnianach, którzy na ladach wystawowych od lat 50-tych, aż do 90-tych włącznie do znudzenia natykali się na nieprzerwane – ongiś bardzo bolszewickie zresztą – „dzieła” właśnie Kanowicza. Po co więc ta zgrywa? Przecież cenzorami w większości wypadków przez długie dziesięciolecia, zanim nie wyjechali do Izraela i USA byli właśnie rodacy pana Kanowicza. Może więc brali jego nazwisko za polskie? Chyba nie, bo Polaków w Litwie Sowieckiej nie wydawano wcale, a pana Kanowicza stale. I dobrze, bo pisarz z niego od lat około 15 świetny, wręcz zasługujący na literackiego Nobla. Ale po co to gombrowiczowskie „robienie gęby”?... Żydzi litewscy zareagowali na udokumentowane rewelacje prasy z olimpijskim spokojem. Kanowicz nie tylko pozostał na stołku przewodniczącego Rady Wspólnot Żydowskich Litwy, ale i uhonorowany został paroma prestiżowymi tytułami i nagrodami.
O polskich konfidentach prasa litewska milczy. Bo służą nowym panom do starych celów. A jeden z nich, Romuald Mieczkowski, mimo iż na początku roku 1992 najadł się strachu (bo zawzięci Litwini chcieli opublikować jego „teczki”, wykalkulowali jednak, że na razie nie warto, gdyż jest za „niepodległą” Litwą) w końcu otrzymał nawet polsko-kanadyjską premię za swe wiersze. I dobrze mu tak! Jest przecież prawdziwym Polakiem, dążącym do nowego ZSSR czyli „Europy bez granic”...
Dr Jan Ciechanowicz

* * *

Biały Orzeł” (Ware, USA) 10 stycznia 1993:

Hrabia się (na razie) uśmiecha...
Opracował
dr Jan Ciechanowicz

Przed kilkoma miesiącami zamieszkał w Mińsku, stolicy Białorusi – jak twierdzi „na stałe” – pan Alexander Pruszyński, znany ze swej publicystki politycznej wieloletni wydawca i redaktor „Ekspresu Polskiego” w Toronto (Kanada). Uważa się za polskiego patriotę Białorusi i wrócił tu naprawdę na ojcowiznę, na Grodzieńszczyźnie bowiem znajduje się dziedziczne ongiś gniazdo Pruszyńskich – majątek Rohoźnica, którego mieszkańcy do dziś z rozrzewnieniem wspominają, jak to byli „uciskani” w przedwojennych „czasach hrabiowskich”...
Warszawska „Gazeta Wyborcza” powitała akt powrotu Pruszyńskiego ironicznym artykułem pt. „Pruszyński jak Tymiński” czyniąc tym samym „delikatną”, za przeproszeniem, aluzję, iż nie wyklucza, że „Pruszyński jak Tymiński” może być jeszcze jednym „kanadyjskim komandosem”, atakującym fotel prezydencki w kraju postkomunistycznym...
Nie będziemy przed czasem podejmowali tego wątku, ale stwierdzimy tylko, iż pan Alexander zmienił miejsce pobytu, lecz nie porzucił dawnych, głęboko jak widać zakorzenionych, nałogów. Założył mianowicie w Mińsku i jak dotychczas utrzymuje „Pryzmat – Pismo Polskie Nie Tylko Dla Polaków” – i wydał już pięć jego numerów.
W piśmie tym sam edytor popisuje się nieraz naprawdę niekonwencjonalnym i błyskotliwym ujęciem rozmaitych tematów i problemów oraz niespotykaną na tych terenach od dawna odwagą polityczną i intelektualną. Trzeba bowiem przyznać, iż dziesięciolecia panowania na tej ziemi caratu i bolszewizmu niesłychanie ją wyjałowiły pod względem umysłowym i moralnym, zaprowadzając wszędzie przerażającą szarugę i nudę. Aby to wszystko zmienić i jakoś rozruszać, potrzebni są właśnie tacy „oryginałowie”, jak hrabia Pruszyński. Jego „Pryzmat” jest bardzo chętnie czytany także w Wilnie, a to głównie dzięki ciętej publicystyce A. Pruszyńskiego także na tematy wilńskie. Oto próbka tej publicystyki, fragmenty szkicu pod tytułem „Kto kogo ma przepraszać?”
„Litwini stale krzyczą, że mamy ich przepraszać, to za Żeligowskiego, to za II Rzeczpospolitą, to za AK. Co najgorsze, że wielu Polaków łapie się na te brednie i już gotowe pędzić na kolanach do Wilna.
Po prostu większości społeczeństwa polskiego trudno zrozumieć, by ktoś tak nachalnie kłamał, jak to czynią dziś, i nie tylko dziś, Litwini.
Z drugiej strony, przez pół wieku sączono nam sfałszowaną historię Polski, i mało kto wie, jak ta historia naprawdę wyglądała, zwłaszcza w sprawach polsko-litewskich.
Mało kto wie, że Polacy odebrali sowietom okupowane przez nich Wilno na Wielkanoc 1919. Potem w lipcu 1920 roku odebrali je nam znów Sowieci i przekazali je nieco później Litwinom.
Z polecenia Marszałka Piłsudskiego generał Żeligowski na czele swej Litewsko-Białoruskiej Dywizji zajął Wileńszczyznę jesienią 1920 roku i proklamował tam suwerenne państwo o nazwie Litwa Środkowa, z Aleksanderem Meysztowiczem jako prezydentem. Oczywiście, muszę tu przyznać, że był to stryj mej matki i na dodatek częściowo po nim noszę imię Alexander.
Zachowanie Litwinów w ciągu kilku miesięcy posiadania Wilna względem Polaków już wówczas było tak haniebne, że ludność Wileńszczyzny nie chciała ulec sugestiom Piłsudskiego, by stworzyć Litwę dwukanytonową: Kanton Kowieński z językiem urzędowym litewskim i Kanton Wileński z językiem urzędowym polskim.
Wyłoniony w wolnych wyborach Sejm Litwy Środkowej podjął uchwałę proszącą Sejm Polski o włączenie tego państwa w skład Rzeczypospolitej jako normalnego województwa. I tak skończyło swój żywot państwo Litwa Środkowa, znane nadal na całym świecie ze swych... znaczków pocztowych...
Litwini nie uznawali tego faktu i do 1938 roku nie mieli z Polską żadnych oficjalnych stosunków. Nie było stosunków dyplomatycznych, nie było połączeń kolejowych, telefonicznych i nawet listy nie dochodziły tam z Polski. Ćwierćmilionowa zaś tamtejsza Polonia została w ciągu kilkunastu lat zdziesiątkowana, a jej żałosne resztki zepchnięto do rangi nietykalnych pariasów...
(...) Po zajęciu w 1939 r. Wschodniej Polski Stalin zaproponował Litwinom oddanie im Wileńszczyzny za kilka strategicznie usytuowanych baz, z których po ośmiu miesiącach zajął cały kraj.
Jak się Litwini zachowali podczas zajęcia Wileńszczyzny, można wyczytać w książce pt. „Biała Księga w obronie Armii Krajowej na Wileńszczyźnie” pióra Romana Korab-Żebryka (Wydawnictwo Lubelskie 1991): Litwini po wkroczeniu do Wilna zastosowali ostry kurs wynarodawiający. Zlekceważyli przy tym możliwości pozyskania przychylności mieszkańców Wileńszczyzny. Przeciwnie, zachowali się brutalnie. Przede wszystkim zlekceważyli społeczeństwo wileńskie złożone z Polaków, Żydów i innych narodowości nie znających języka litewskiego. Wprowadzili go jako obowiązujący język urzędowy, bez żadnej alternatywy, a używanie języka polskiego zostało nawet zabronione.
Następnie odebrano Polakom prawo egzystencji, uzależniając przyznanie prawa do pracy od posiadania obywatelstwa litewskiego... Kto nie spełniał wielu nadumanych celowo rygorystycznych warunków, stawał się obcokrajowcem, człowiekiem pozbawionym wszelkich praw. Musiał się ubiegać o prawo do pracy, nie wolno mu było wykonywać licznych zawodów. Wielu mieszkańców Wileńszczyzny, mieszkających tam od pokoleń stało się z dnia na dzień „obcokrajowcami”. Według obliczeń litewskich w Wilnie zamieszkiwało wówczas 150 tys. „obcokrajowców” wobec 220 tys. ogółu mieszkańców, nie licząc w tym uchodźców wojennych. Zaczęły się masowe zwolnienia z pracy Polaków... Nie wolno im było należeć do organizacji politycznych, uczestniczyć w zebraniach czy pochodach, ani posiadać maszyn do pisania.
Tendencyjny charakter ustawy o obywatelstwie polegał także na tym, że dla osób narodowości litewskiej przewidywał wiele ułatwień, a dla Polaków szczególne rygory... Te przywileje związane z posiadaniem obywatelstwa rząd litewski postanowił wykorzystać dla akcji litwinizacji.
Zdarzały się liczne przypadki, zwłaszcza na wsi, wywierania presji na petentów, żeby wyrazili zgodę na zapisanie w paszporcie zlitewszczonego nazwiska. Ku swemu zdziwieniu natrafili Litwini na zacięty opór polskich mieszkańców Wileńszczyzny”.
Tyle A. Pruszyński. Obeznany z realiami dnia dzisiejszego na Litwie czytelnik zawoła: „Od 1939 roku nic się nie zmieniło!”. I będzie miał rację. Ale nie zupełnie, ponieważ dziś Żmudzini realizują swe pełzające ludobójstwo na Polakach w sposób bardziej perfidny i wyrafinowany, z użyciem kłamliwej pseudohumanistycznej retoryki i pod aplauz prasowych kryminalistów z warszawskiej „Gazety Wyborczej”, radośnie przyklaskujących wszystkiemu, co szkodzi Narodowi Polskiemu. A. Pruszyński w swej publicystyce uwypukla znany fakt, że Żmudzini, bezprawnie nazywający dziś siebie Litwinami, paktowali z każdym, kto niszczył Polskę: od rosyjskich carów, poprzez Stalina do Hitlera i Breżniewa. I niszczyli Polaków wszędzie i zawsze, na ile tylko starczało im sił i odwagi.
Kto mówi prawdę, ryzykuje wiele. Pruszyński nie jest wyjątkiem. Ale na razie nie daje się złamać okolicznościom i nie zamierza uciekać na „zgniły” Zachód. Jest pełen werwy i pięknych planów. Oby tak dalej.

* * *

„Biały Orzeł – White Eagle” (Ware, USA) 7 lutego 1993:

Z Ziem Zabranych
Odrodzenie
„Miasteczko Worniany (obecnie rejon ostrowiecki obwodu grodzieńskiego Republiki Białoruś, przed 1945 – powiat wileńsko-trocki województwa wileńskiego) po raz pierwszy wymienione zostało przez dawne kroniki w roku 1462, w związku z ofiarowaniem przez ich właścicielkę Mariannę Songajłową pewnej kwoty pieniężnej na budowę tutaj kościoła i plebanii.
Od tego czasu Worniany raz po raz wypływały na szerszą widownię, dzięki działalności znakomitych jednostek związanych z tą miejscowością. W wieku XVI urodził się tu i mieszkał znany polski pisarz i działacz oświatowy, Jan Abramowicz, autor licznych prac wydawanych w języku polskim i łacińskim. Był to wybitny działacz i teoretyk reformacji, człowiek światły i wszechstronnie wykształcony (studia pobierał we Włoszech, w Padwie). On też założył w Wornianach szkołę, szpital i zbór kalwiński.
W latach 1767-1769 Marianna i Jerzy Abramowiczowie wybudowali na nowo w miasteczku przepiękną świątynię, w stylu barokowym. Wówczas też powstały tu piętrowe domki plebanii oraz murowane centrum miasteczka, w kształcie okalającej plac rynkowy zabudowy przed kościołem – rozwiązanie pod względem architektonicznym naprawdę nader udane, nadające miasteczku akcent przytulności i ustabilizowania. W tych „typowych” domkach mieszkali początkowo chłopi pańszczyźniani. Zwraca na siebie uwagę wysoki gust estetyczny i poczucie perspektywy twórców tego zespołu architektonicznego, który wraz z wzniesioną na początku XIX stulecia (kosztem panów Abramowiczów) czerwoną, okrągłą wieżą na wysepce wśród stawu zwanego tu Młyńskim, tworzy niezwykle harmonijną, przepiękną całość.
Muzeum Narodowe w Warszawie posiada kilka dawnych sztychów nieznanego autorstwa, na których widnieje (prócz wspomnianych budowli) także pałac, który spłonął w przededniu I wojny światowej.
Trzy kilometry na zachód od Wornian znajdują się Dubniki, ongiś posiadłość zacnych panów Minejków. W znajdującym się tu pałacyku (dziś Dom Starców) w latach 80-tych ubiegłego wieku przez dłuższy czas gościł u swych krewnych wielki pisarz narodowy Henryk Sienkiewicz. Tu też powstało niemało stron jego nieśmiertelnej „Trylogii”.
Powracając do Wornian (miejsca urodzenia i chrztu autora tych słów) warto jeszcze stwierdzić, że na cmentarzu miejscowym, utrzymywanym ostatnio w idealnym niemal porządku, spoczywają prochy wielu przedstawicieli zacnych rodów Śniadeckich i Minejków... Ale nie tylko... Płyty pomnikowe i zmurszałe drewniane krzyże na miejscowym cmentarzu mówią nam o dziesiątkach innych rodów polskich... Nie ma tu, oczywiście, śladów po pierwszych pochówkach sprzed siedmiuset laty, lecz ziemia cała jest przekopana, miękka wszędzie jak ów przysłowiowy „proch”, z którego powstaje i w który się obraca każdy człowiek...
Wszystkie napisy na pomnikach są polskie, za wyjątkiem nagrobka poległego w 1914 roku niemieckiego oficera (Muschketier Karl Otto Bremer) oraz kilku z ostatnich lat, proszących o modlitwę w języku rosyjskim. W północno-wschodniej części cmentarza spoczywają ci, którzy nie zaznali spokoju za życia – samobójcy. Nieopodal – mogiły żołnierzy: leżące, równoramienne, bezimienne krzyże z niemieckiego betonu z czasów I wojny światowej, oraz kilka rzędów pomników przeważnie nieznanych żołnierzy armii polskiej z roku 1920. Tam, gdzie są imiona i liczby odczytujemy, że „żył lat 18”, „lat 20”, „lat 19”... Jakże tragiczne były dzieje tej umęczonej ziemi i jej dzieci, przez ile uniesień, marzeń, złudzeń, cierpień, musieli przejść, zanim śmierć pogodziła wszystkich ze wszystkimi, a wiekowe świerki pochyliły się nad mogiłami, intonując swą żałobną, wszechprzebaczalną pieśń modlitewną ...
Minęły wieki... Wiele się na tej umęczonej ziemi zmieniło. Obecnie w Wornianach mieszka około 2000 osób. W znacznej większości są to Polacy, ale są też Białorusini oraz garstka drobna Litwinów i Rosjan.
W parę lat po wojnie worniański kościół św. Jerzego został przez władze bolszewickie zamknięty. Była to jedna z głównych metod niszczenia lokalnej ludności polskiej na ziemiach zabranych, polegająca na likwidacji świątyń katolickich, stanowiących w sumie najważniejszą, jeśli nie jedyną, instytucję społeczną, służącą zachowaniu w ludzkich sercach duchowości i człowieczeństwa. Nawet nie ateizacja, bo ateizm to też swego rodzaju forma duchowości i intelektualizmu, prowadząca zresztą często do Boga, lecz po prostu zwierzęce odduchowienie i bydlęce zmaterializowanie ludzi, pozbawione najmniejszych pierwiastków idealizmu – oto co było celem władców bolszewickich. Bo przecież wiadomo, gdzie nie ma Boga, tam nie ma człowieka: a ciemna masa, której odebrano wiarę i rozum, podobna się staje do stada baranów, potulnie dającego się pędzić tam, gdzie tego życzą sobie „pasterze”...
Rozumieli to doskonale i wykorzystywali w swych niecnych celach władcy kremlowscy. Toteż zamykanie kościołów uzupełnili innym chwytem socjotechnicznym: masowym rozpijaniem ludności całego gigantycznego kraju. Jeszcze poeta rosyjski Niekrasow miał powiedzieć, że pijany chłop nie jest groźny dla cara. I słusznie poniekąd, lecz tylko do pewnego momentu. Śladem bowiem pijaństwa idzie degradacja i dezorganizacja społeczna, zwyrodnienie fizyczne, umysłowe i moralne ludności, zanik na masową skalę wyższych potrzeb i uzdolnień, rozkład rodziny, zaniedbanie procesu wychowawczego młodego pokolenia i temu podobne negatywne zjawiska. Nikt już dziś nie zliczy tych milionów przedwcześnie zmarłych ludzi, zdegradowanych rodziców, zdegenerowanych, samotnych i nieszczęśliwych dzieci, które padły ofiarami perfidnej polityki nieludzkiego systemu sowieckiego.
Faktem jest, że wszędzie tam, gdzie przez długie dziesięciolecia kościół nie działał, a kapłan był wypędzony, degradacja moralna i społeczno-kulturalna ludności posunięta została szczególnie daleko. W końcu lat 40-tych świątynię worniańską rozgrabiono, ołtarz zdemolowano, organy wywieziono do jednej z sal koncertowych aż do Moskwy (a co będzie, jeśli niepodległa Republika Białoruś upomni się dziś o zwrot wszystkich zagrabionych dóbr kultury?), z porozbijanych grobowców, znajdujących się w podziemiach kościoła, powywlekano zmumifikowane szczątki pochowanych tu ongiś licznych kapłanów i dygnitarzy, pozdzierano ze zwłok pierścienie, medaliony, krzyżyki, obrączki, a same wyschnięte kościotrupy wystawiono w szeregu przy murze kościelnym. Stało się tak za sprawą wychowawców i wychowanków urządzonego tu sowieckiego domu dziecka.
5 – 14-sto letnich chłopców, pochodzących przeważnie z miejscowych polskich rodzin z obwodów grodzieńskiego i witebskiego, którym NKWD pomordowało rodziców, przyjezdni rosyjscy nauczyciele wychowali na „prawdziwych obywateli radzieckich” w duchu szaleńczej nienawiści do wszystkiego, co polskie. Młodzież ta, nie wiedząc co czyni, wykonująca bezkrytycznie wszystkie polecenia moskiewskich „pedagogów”, zdemolowała kościół, kilkakrotnie rujnowała groby Śniadeckich i Minejków, jak też inne na miejscowym cmentarzu, czyniła napady na domostwa tutejszych „przeków”, jak pogardliwie moskiewscy koczownicy nazywali Polaków: regularne zaś starcia między wychowankami „dietdomu” a chłopcami z Wornian, prowadzone częstokroć z niemałą krwią, odbywały się aż do początku lat 70-tych.
Czymś równie przerażającym, jak bestialstwo skomunizowanej i zrusyfikowanej młodzieży, były obojętność i strach miejscowych mieszkańców. Co prawda, po wywózkach na Sybir ponad połowa zabudowań miasteczka Worniany świeciła pustką. Żydów wymordowali faszyści litewscy; Polaków – hitlerowcy i sowieci. Ci zaś, którzy zostali przy życiu, trwali w ciągłym oczekiwaniu na swą kolej do tundry. Mimo zrozumienia tych psychologicznych realiów, nie można ich jednak niczym usprawiedliwić. Bo są przecież pewne wartości nadające życiu ludzkiemu sens i wyższą wartość, bez których staje się ono nikczemną roślinną egzystencją. Wartości tych trzeba nieraz bronić nawet kosztem własnego życia. Należą do nich nasza wiara, nasze świątynie, nasi kapłani, nasza narodowa i ludzka godność, przyszłość naszych dzieci.
W roku 1989 autor tych słów dwukrotnie udawał się do Moskwy, aby w Państwowym Komitecie do Spraw Religii i Kultów przy Radzie Ministrów ZSRR domagać się w imieniu miejscowej ludności zezwolenia na ponowne przekazanie świątyni worniańskiej jej prawowitym gospodarzom, czyli wiernym. Była to dla mnie sprawa honoru, ponieważ w 1946 r. właśnie w tym kościele zostałem ochrzczony przez śp. księdza Żurowskiego. Inni parafianie trzymali w ciągłym oblężeniu urzędy władzy sowieckiej w Mińsku, Grodnie, Ostrowcu. Przez cały rok jedyną odpowiedzią władz lokalnych było: „U nas niet Polaków, wsie Polaki ujechali w Polszu”. A skoro „niet Polaków”, to „niet” potrzeby otwierania kościoła, który w międzyczasie przerobiono na dyskotekę. Nic dziwnego, odpowiedzi takiej udzielali nam ludzie tu obcy, nie znający i nie rozumiejący potrzeb miejscowej ludności... Jednak po wielu staraniach sprawę pomyślnie doprowadziliśmy do końca i wygraliśmy. Kościół zwrócono...
W 1990 roku, po wielu perypetiach i przy głośnych protestach zdemoralizowanej przez bolszewizm młodzieży, kościół worniański zwrócono wiernym. 24 marca tegoż roku zwierzchnictwo nad świątynią i rząd dusz objął w miasteczku Ojciec Salezjanin, ksiądz Zdzisław Pikuła, którego przysłano tu z Polski ku pomocy i ratowaniu ludzi.
Urodzony w miejscowości Dutrów na Zamojszczyźnie, będący w apogeum sił, kapłan przeszedł dotychczas nie łatwą drogę życiową. Ma za sobą studia teologiczne, kilkuletnią pracę wśród Indian Boliwii i Ekwadoru, wśród Polaków i Litwinów na Suwalszczyźnie, itd. Aż wreszcie władze kościelne skierowały go do rodaków na terenie Republiki Białoruś, za pozwoleniem odpowiednich organów białoruskich.
Rozmowę z kapłanem odbywamy w skromnym, ciasnawym pokoiku, w którym się kwateruje u jednego z parafian. Ksiądz Zdzisław sprawia wrażenie silnego, wysportowanego mężczyzny. Okazuje się, że przez trzy pory roku jedynym środkiem lokomocji, z którego korzysta, jest rower. „Nie mogę, powiada, jeździć mercedesami, gdy moi parafianie chodzą pieszo”. Kapłan wydaje się być niewzruszony i zachowuje przysłowiowy „spokój olimpijski”, nawet gdy mówi o sprawach dość drastycznych i bolesnych. Gdyby zresztą nie posiadł sztuki samoorganizacji i samoopanowania, dawno by chyba „wysiadł” psychicznie i fizycznie w warunkach, w których pełni swą wzniosłą misję już od trzech lat. Pracuje w dwóch parafiach, worniańskiej i bystrzyckiej, jednej z najstarszych w byłym Wielkim Księstwie Litewskim. W tej pierwszej parafii ma w pieczy około 3 tysięcy wiernych, z których mniej więcej dwie trzecie utrzymują z kościołem stałą więź. Jedna trzecia, a jest to bądź co bądź około tysiąca ludzi, na razie niezbyt się do wiary garnie. Jest to skutek poprzedniego, niezbyt, jak to ksiądz określa, sprzyjającego kulturze duchowej okresu. Wielu ludzi uległo wówczas pijaństwu, wzięło rozbrat z Bogiem i chrześcijańskimi normami moralnymi. A dziś, na skutek tego, niekiedy wciąż „nie mają czasu”, by powrócić na łono kościoła, jakby się czegoś obawiali, z trudem przełamują wewnętrzne opory, chociaż w sercach ich nadal się tli tęsknota za Prawdą.
Na wszystko jednak musi przyjść właściwa chwila. Nie wolno procesu powrotu ludzi do normalności zbytnio ponaglać. Każdy owoc ma swój czas. Każdy człowiek ma prawo samodzielnie znajdować swą drogę powrotu do Boga, a kapłan ma obowiązek dyskretnie go w tych dramatycznych poszukiwaniach wspomagać. Jest to ogrom pracy. Lecz zrażanie się trudnościami nie należy do cech „żołnierza Chrystusowego”...
Ks. Zdzisław Pikuła, wspierany przez grono oddanych wiernych, takich, dla przykładu, jak Regina Aleksandrowicz, Jadwiga Wołejko, Anna Zimnicka, Mieczysław Prałucki, Robert Stankiewicz, Czesław Kusojć, Franciszek Miklis (wszystkich nie sposób wymienić) odbudowuje świątynię (sprawił dopiero co nowy wspaniały ołtarz), niestrudzenie krzewi wiarę i moralne nauki chrześcijańskie wśród ludzi. Istnieją ogromne trudności finansowe, gdyż ludność miejscowa potwornie w ostatnim okresie wynędzniała i nie zawsze ma grosza nawet na odpowiednie wyżywienie i ubiór dla dzieci. Lecz kapłan musi dawać sobie radę i w takich warunkach.
Pełni zresztą nie tylko funkcje duszpasterskie. Ludzie zwracają się doń nieraz i z kłopotami życiowymi, zdrowotnymi, rodzinnymi. A nikomu nie można odmówić przynajmniej dobrej rady czy odprawić z kwitkiem...
W Wornianach działa najsilniejsze w całym rejonie ostrowieckim, liczące kilkaset osób, koło Związku Polaków Białorusi. A jednocześnie w szkole wciąż nie ma klas polskich. Brak tu polskiej prasy, polskich książek. Mówiono o tym na ostatnio (17.I.1993) odbytej konferencji ZPB. Lecz nie ma powodu, ani czasu, by się zamartwiać. Ksiądz Zdzisław jest bardzo zadowolony z tutejszej młodzieży, zdolnej, żywej, starannej i pracowitej, mającej otwarte serca na Dobro i Piękno. Liczne gromadki dzieci uczęszczają tłumnie na naukę katechizmu, biorą udział w modlitwie, kolędowaniu, szopkach.
Przyszłość miasteczka Worniany nie jawi się obecnie, jak do niedawna, w barwach ciemnych, chociaż naprzeciw kościoła katolickiego wciąż jeszcze „straszy” duży granitowy posąg mongoloida, trzymającego w ręku lornetkę – Czapajew. Dziś jednak już się go nikt nie boi, bo wiadomo, że ten przybłęda nie ma tu nic więcej do pilnowania”.
P.S. z roku 2015. Tuż obok Wornian buduje się obecnie olbrzymią Ostrowiecką Siłownię Atomową



* * *

Biały Orzeł – White Eagle” (Ware, USA) 21 lutego 1993:

Z LITWY
Rozpacz i Nadzieja
W końcu stycznia br. pełniący obowiązki prezydenta Republiki Litewskiej Algirdas Mykolas Brazauskas wystąpił na sesji parlamentu z referatem o stanie państwa pt. „Litwa przeżywa bardzo ciężkie czasy” W raporcie tym – szczerym i uczciwym – znalazły się następujące sformułowania, które podajemy z urzędowego dokumentu, będącego w dyspozycji naszego korespondenta:
„Szanowni Posłowie na Sejm!
Dziś spełniając powinność konstytucyjną, przedkładam Wam roczne sprawozdanie o stanie Litwy. Naturalnie, że aktualny sejm i rząd, które rozpoczęły swą działalność dopiero u schyłku 1992, nie mogły jeszcze na te procesy wpłynąć...
W roku ubiegłym rada Najwyższa Republiki Litewskiej przyjęła 61 ustaw i 159 uchwał. Większość z nich była nieodzowna dla odradzającego się państwa i reform gospodarczych. Jednakże trzeba przyznać, że część decyzji i działań Rady Najwyższej nie przyczyniła się ani do postępu socjalnego, ani do zgody na Litwie... Politykom brakowało nieraz poczucia odpowiedzialności, kierowano się nie wspólnymi, dotyczącymi całego społeczeństwa, lecz wąskimi partyjnymi interesami politycznymi. Usiłowano umacniać władzę z pomocą hałaśliwych akcji politycznych.
Nic więc dziwnego, że w roku ubiegłym bardzo podupadł w oczach ludzi autorytet władzy. Według badań socjologicznych zaufanie do Rady Najwyższej spadło z 66 do 29 proc., a w stosunku do rządu z 68 do 38 proc.
Największą frakcję w sejmie tworzą przedstawiciele DPPL. Ważna jest rola również innych frakcji – socjaldemokratycznej, chadeckiej, Karty Obywatelskiej, Sajudisu, Partii Wolności, Partii Demokratycznej, Polaków. Oczekuję, że w działalności frakcji będą dominowały nie koniunkturalne rozgrywki wewnątrz parlamentarne, lecz zostaną odzwierciedlone rzeczywiste orientacje polityczne istniejące w społeczeństwie. Konfrontując ze sobą odmienne poglądy, należy pracować zgodnie i owocnie.

Poziom życia
Krytyczna sytuacja wielu rodzin odbija się w strukturze wydatków. W końcu roku ubiegłego rodziny musiały przeznaczać na żywność aż dwie trzecie swych wydatków, podczas gdy przed trzema laty – tylko jedną trzecią część. Dlatego coraz to mniejsza część wydatków przypada na zaspokajanie potrzeb bytowych, kulturalnych i innych. Porównując dane z lat 1992 i 1989, ceny na te usługi wzrosły 35 razy, a na mieszkaniowo-komunalne aż 75 razy. Duża część mieszkańców coraz częściej stoi przed dylematem: czy normalnie zjeść, czy zapłacić za mieszkanie?
Szczególnie trudna stała się sytuacja bezrobotnych. Wraz ze zmianą struktury zatrudnienia na Litwie stale wzrasta ich liczba. W 1992 roku do giełd pracy zwróciło się około 125 tysięcy osób nie mających pracy. Zatrudniono natomiast zaledwie piątą część z nich. Ponad połowę bezrobotnych stanowią urzędnicy, 60 proc. – kobiety, prawie trzecią część wilnianie... Skryte bezrobocie obejmuje dodatkowo co najmniej 200 tys. osób.
Polityka ekonomiczna
W 1992 roku zmieniły się trzy rządy... Najdobitniej w tym roku występującą tendencją w gospodarce Litwy stanowił pogłębiający się kryzys ekonomiczny, który cechuje obniżenie poziomu powszechnego produktu narodowego...W 1992 roku w porównaniu z 1989, wytworzony produkt narodowy na Litwie obniżał się prędzej niż w Estonii i na Łotwie. W Estonii zmniejszył się on o 39,7 proc., na Łotwie o 42,5 proc., natomiast na Litwie o 47,6 proc.
Równolegle do powszechnego upadku produkcji przebiegał proces pogłębiania się inflacji. W roku ubiegłym wyniosła ona 1163 proc., w ciągu ostatnich trzech lat 6550 proc., tj. siła nabywcza jednostki monetarnej obniżyła się ponad 65 razy... W 1992 roku artykuły spożywcze realnie zdrożały około 14-krotnie, a w porównaniu z grudniem 1989 roku prawie 72 razy, usługi zaś – 80 razy... Nakładanie się procesu upadku produkcji na spiralę inflacji dowodzi, że stan gospodarki Litwy jest krytyczny...
Jednym z podstawowych kierunków reformy jest prywatyzacja, z którą są związani wszyscy mieszkańcy Litwy. Rzeczywisty przebieg prywatyzacji ilustrują następujące dane: w ciągu całego okresu prywatyzacji sprywatyzowano zaledwie 15,2 proc. kapitału zakładowego przedsiębiorstw, czyli 32 proc. całego kapitału przewidzianego do prywatyzacji... Obecnie w przemyśle Republiki dominuje kapitał państwowy, stanowiący 72 proc...
W 1992 roku wytworzono i dostarczono konsumentom o połowę produkcji mniej niż w 1991 roku i jak już wspomnieliśmy o 55 proc. mniej niż w roku 1989 (na Łotwie o 35 proc., w Estonii o 43 proc., na Białorusi o 11 proc.) Ceny towarów produkowanych w przedsiębiorstwach Republiki wzrosły w okresie ostatnich trzech lat 110 razy.
Rok ubiegły był szczególnie trudny dla rolnictwa... Do 1 stycznia 1993 roku, w porównaniu z rokiem 1990, we wszystkich gospodarstwach rolnych pozostało 57 proc. świń, 64 proc. drobiu, 75 proc. rogacizny. Produkcja wszystkich bez wyjątku siedmiu podstawowych artykułów rolnych (zbóż, ziemniaków, warzyw, owoców, mięsa, mleka i jaj) obniżyła się drastycznie w ciągu ostatnich trzech lat w przeliczeniu na statystycznego mieszkańca. Poprzednio nasze rolnictwo mogło wyżywić prawie 7 mln ludzi, teraz zbliżamy się do sytuacji, gdy nasza produkcja w najlepszym razie zaspokoi wyłącznie nasze potrzeby wewnętrzne”... (Przypominamy, że ludność Republiki Litewskiej liczy około 3,8 mln mieszkańców – J.C.).
Do najboleśniejszych dla ludzi problemów należy zmniejszenie się budownictwa domków mieszkalnych. W 1992 roku, licząc na 10 tys. mieszkańców, zbudowano zaledwie 32 mieszkania, czyli trzykrotnie mniej niż w roku 1989...

Kościół
Bardzo cenimy rolę kościoła w społeczeństwie, gdyż utrzymuje on spokój, moralność społeczną, rozwija wartości narodowe. Przyczyni się do tego również spodziewana wizyta papieża Jana Pawła II, do której powinniśmy się odpowiednio przygotować...
To dobrze, że niebawem zostanie zwrócony pałac biskupi w Wilnie, w Kownie niedawno zwrócono kościołowi siedzibę arcybiskupią; przygotowuje się do zwrotu Dom Perkunasa; zwraca się budynki należące do luterańskiej wspólnoty wyznaniowej.

Stosunki narodowościowe
Do najważniejszych kryteriów demokratyczności państwa należą prawa mniejszości narodowych.
Na Litwie problemy stosunków między narodowościami są rozstrzygane dość skutecznie...
Poważniejsze problemy zaistniały tylko w Litwie Wschodniej, gdzie obu zainteresowanym stronom (tj. Polakom i Litwinom – przyp. J.C.) niekiedy brakowało życzliwości i tolerancji. Zwłoka z ogłoszeniem prawnych wyborów do samorządów rejonu wileńskiego i solecznickiego niepotrzebnie rozpalała namiętności.
Czas i wspólne kłopoty rozwiązują takie problemy lepiej niż kategoryczne żądania lub narzucanie jednostronnych rozstrzygnięć”...

Tyle prezydent Brazauskas. Nie sposób odmówić mu trzeźwości i realizmu. Mówiąc o zagadnieniach praworządności, wskazał on m.in. na fakt, że przestępczość na Litwie wzrosła w ciągu paru ubiegłych lat o 80 proc. Są to przeważnie kradzieże mienia – 26 tys. przypadków w skali rocznej!
Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, to wśród ważnych dokonań w tej sferze mówca odnotował m.in. podpisanie deklaracji o przyjaźni i współpracy Litwy z Polską i z Francją.
Całość referatu świadczy raczej o tym, że w osobie Algirdasa M. Brazauskasa naród litewski zyskał przywódcę nie pozbawionego odwagi i kompetencji, będącego zupełnym zaprzeczeniem swego niewydarzonego poprzednika. Ten ostatni jednak, czyli Vytautas Landsbergis, w ciągu paroletniego okresu swego urzędowania dokonał w Republice Litewskiej takich makabrycznych spustoszeń i szkód – i to dosłownie we wszystkich sferach życia społecznego – tak potrafił wszystkich ze wszystkimi skłócić i zantagonizować, że nawet polityk takiego formatu, jak Brazauskas, wątpliwe czy zdoła sytuację poprawić. Przynajmniej w krótkim czasie.
Dziś, kiedy – jak się wydaje – zaczynają słabnąć prześladowania Polaków na Litwie prasa michnikowska wynosi pod niebiosa niszczycielski „geniusz” Landsbergisa. Dla czyjego dobra?
Opracował:
Dr Jan Ciechanowicz

* * *

Magazyn Wileński”, nr 9, 1993 marzec:

Symptom czy wybryk?
Od początku organizowania się środowiska polskiego na Litwie (1998) widzieliśmy potrzebę istnienia placówki dyplomatycznej Rzeczypospolitej Polskiej w Wilnie. Z jednej strony sprzyjałaby ona normalizacji stosunków między dwoma narodami, z drugiej zaś – poniekąd pomagałaby w rozwiązywaniu problemów polskiej mniejszości narodowej. Odpowiedzią na nasz postulat były protesty, pikiety aktywistów „Sajudisu”, nieżyczliwe wypowiedzi w prasie litewskiej, które po prostu przeczyły zdrowemu rozsądkowi. Przecież istnienie przedstawicielstwa innego państwa podnosiło rangę wybijającej się na niepodległość Litwy.
Dziś mamy jedno i drugie – niepodległą Litwę i ambasadę RP w Wilnie.
Tylko my, kresowi naiwniacy, nie nasiąknięci tzw. „europejskością”, mówiący tak jak myślimy, czyniący tak jak rozważamy, mamy zdaje się dziś za swoje. Jak się okazało, od pierwszych niemal dni pobytu na Litwie ambasadora Jana Widackiego i jego otoczenia, są oni delikatnie mówiąc, nieżyczliwie ustosunkowani do zorganizowanego już środowiska polskiego, do wszystkich niemal jego postulatów, które wcale nie są wygórowane i mieszczą się w ramach doświadczeń i dokumentów międzynarodowych. Ba, więcej, popychanie poniektórych do zakładania kontrorganizacji, zbieranie niby kompromitujących danych o działaczach środowiskowych, kompromitowanie czy stawianie pod wątpliwość wszelkich, wcale nie politycznych inicjatyw, jeżeli uprzednio łaskawie nie uzyskają aprobaty w ambasadzie.
W listach, kierowanych do osób oficjalnych, czy prywatnych, a firmowanych Orłem w Koronie, aż pstrzy od hochsztaplerów, złodziei, naciągaczy – gromadnie określając tutejszych Polaków. Kłamstwa, oszczerstwa stały się normą określania przedstawicieli Państwa Litewskiego, Polaków, którzy to zdołali samodzielnie się zorganizować, mając dziś swoich przedstawicieli we wszystkich organach obieranej władzy – od lokalnej do sejmu włącznie.
Widząc te zagrożenia, siedem polskich organizacji na Litwie 17 stycznia br. skierowało do pani premier Hanny Suchockiej list, w którym między innym i czytamy: „Pewne warstwy osób sprawujących władzę w Polsce i ich przedstawiciele za granicą często utożsamiają Polaków na Litwie z Polonią emigracyjną w innych krajach. Polska mniejszość narodowa na Litwie nie może być traktowana skansenowo, dba ona o warunki swego samorządnego rozwoju. Powinny być uszanowane specyfika, samoistność i potrzeby tego środowiska. Nie należy narzucać różnych koncepcji bez porozumienia się z tym społeczeństwem... Pełnomocni przedstawiciele Rządu RP, gdzie w krajach zwarcie mieszka ludność polska, powinni wnikliwie i życzliwie poznać problemy tego środowiska, nie wnosić niepotrzebnych podziałów, nie podejmować prób kompromitowania tej narodowej zbiorowości, jej części lub przedstawicieli...”
W liście ambasadora Jana Widackiego opublikowanym w „Magazynie Wileńskim” czytamy, że Polacy nie chcą nawet zaprosić Ojca Świętego. A przecież już we wrześniu ub. r. Konferencja ZPL z udziałem przedstawicieli innych organizacji polskich taki list wystosowała. Na konferencji był obecny również ambasador.
Nieodzowne i zrozumiałe jest, że przedstawicielstwo RP winno mieć jak najlepsze stosunki z państwem, w którym rezyduje. Tylko na pewno nie kosztem rozbijania środowiska polskiego, chociaż takie działania znajdują poklask w niektórych nieżyczliwie nastawionych, niedalekowzrocznych kręgach społecznych. Mądrzy politycy na pewno rozumieją, że jest to manipulowanie obywatelami Litwy, na co inne państwo nie ma najmniejszego prawa, w dodatku niezorganizowane środowisko jest mniej odpowiedzialne, z nim o wiele trudniej współżyć i zachęcić do wspólnego działania dla dobra tegoż państwa.
Zobaczmy na ten problem z innej strony. Czy znajdziemy na świecie jeszcze takie państwo i naród, którzy by swym działaniem ograniczali własny zasięg kulturowy. Czy Niemcom zależy, aby niemieckości było mniej? A Anglikom, Francuzom, Litwinom, Żydom itp.? Tylko czyny i słowa takich przedstawicieli Polski, jak Jan Widacki stwarzają wrażenia, że Polsce zależy na tym, aby mniej polskości było na świecie, a tym samym kulturowy jej zasięg, w szerokim tego słowa znaczeniu, był słabszy?
Co to jest? Wybryk pojedynczego przedstawiciela Państwa Polskiego, czy symptom świadczący o zmianie polityki względem swoich rodaków na byłych Kresach Wschodnich?
Niedawno w prasie polskiej prawie w tym samym czasie wyjątkowo krytyczne uwagi o działalności ambasadorów na Litwie i na Białorusi zgłosili Prezesi Związków Polaków Jan Mincewicz i Tadeusz Gawin. Znaczy to, że dzieje się podobnie nie tylko w Wilnie, że nie można tego spisać jedynie na chęci wygodnictwa i życia bez problemów (obecność mniejszości narodowej takich problemów oczywiście dostarcza), czy też złych nawyków ambasadora z okresu pracy w organach represyjnych.
Ale kiedy to się dzieje nie tylko na Litwie i Białorusi, ale i poniektórych innych krajach, to ewidentnie niedobrze się dzieje w Państwie Polskim. Widocznie komuś zależy na jego osłabianiu i kompromitowaniu nawet w oczach swych rodaków, dla których Polska była przez wiele lat okresu żelaznej kurtyny czymś świętym i najdroższym.
Będąc posłem na Sejm Republiki Litewskiej raczej nie mam prawa oceniać działalności przedstawicieli RP za granicą. Ale ponieważ chodzi tutaj w znacznej mierze o Polaków, moich rodaków i wyborców, o ich losy i przyszłość, która powinna być ułożona z władzami Litwy przy bezpośrednim udziale Polski, a działania jak powyżej taki dialog utrudniają, nie mam po prostu prawa te szkodliwe zjawiska przemilczeć.
Ryszard Maciejkianiec

* * *

Kurier Wileński”, 4 marca 1993 (wypowiedź z okazji piątej rocznicy powstania Związku Polaków na Litwie) – Jan Ciechanowicz:

Wydaje się, iż było to tak dawno, że już nawet nie wiadomo, czy w ogóle było. A przecież minęły od tego dnia zaledwie cztery lata. 5 maja 1988 roku w „wywalczonej” przez siebie auli Wileńskiego Państwowego Instytutu Pedagogicznego, jako prodziekan Wydziału Języków Obcych do spraw polonistyki tejże uczelni, zainaugurowałem i przeprowadziłem nasze pierwsze, założycielskie spotkanie, podczas którego zapadła oficjalna uchwała o powstaniu Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Litwie.
To był początek naszej polskiej „rewolucji”, zarówno w Litwie, jak i w całym ówczesnym ZSRR. Byliśmy przecież pierwszą polską organizacją nie inspirowaną i nie manipulowaną z zewnątrz w dziejach imperium sowieckiego. Właściwie to owe majowe spotkanie wieńczyło kilkumiesięczny „okres inkubacyjny”, podczas którego wąskie trzyosobowe grono inicjatywne (Henryk Mażul, Jan Sienkiewicz i autor tych słów) roztrząsało w trakcie kilkunastu bodaj „nocnych rodaków rozmów” szczegóły tych czy innych posunięć, mających doprowadzić (w warunkach totalitaryzmu sowieckiego) do zaistnienia samorządnej organizacji polskiej, do jej zarejestrowania i rozwoju. Nie wolno przecież zapominać, iż zaczynaliśmy w sytuacji, gdy KGB i KPZR niepodzielnie jeszcze panowały w kraju, a strach tkwił głęboko w kościach naszej ludności.
Jednak się stało. Na 5 maja 1988 r. sprosiliśmy do sali WPIP kilkunastu polskich inteligentów (niektórzy z zaproszeń nie skorzystali) oraz szersze grono młodzieży akademickiej i... odrodzenie się zaczęło.
...Od samego początku widziałem SSKPL (ZPL) jako organizację jednoczącą wszystkich Polaków w aspiracjach politycznych i kulturotwórczych, broniącą praw ludzkich i obywatelskich. W pierwszych paru latach tak też było. Powstał cały szereg naszych ogniw, które zadbały o założenie polskich zespołów artystycznych, przedszkoli, szkół itd. Nastąpiła wspaniała erupcja polskości. Trzeba było tę dynamikę utrzymać. Niestety coraz więcej zaczęło się widywać w strukturach naszej organizacji osobników o charakterystycznym „smutnym” wyrazie twarzy. Nie wiadomo, kto i jak ich tu „wkręcił”. Nasza aktywność uległa niepostrzeżenie wyhamowaniu, a dziś tak na dobrą sprawę w ogóle idzie w jakimś niedorzecznym kierunku.
Zdaje się, że to Alfred Nobel powiedział, że każda rewolucja bywa przygotowywana przez myślicieli, przeprowadzana przez bohaterów, a jej owoce konsumowane – przez łajdaków. Obawiam się, że coś takiego może spotkać w niedalekiej przyszłości i nasz ruch. Z niepokojem obserwuję, jak pogłębia się przepaść między wielotysięczną masą szeregowych członków ZPL, a coraz bardziej kostniejącymi i upodabniającymi się do partyjno-sowieckich strukturami kierowniczymi. Miejsce realnej pracy zajmuje coraz częściej jej pozorowanie, a nawet jawna błazenada. Ten i ów „lider” poczyna sobie odgrywać rolę „męczennika”, bo mu władza radziecka zamiast upragnionej „Wołgi” przydzieliła tylko „Moskiwcza” lub jawnie traktuje swoje funkcje w organizacji nie jako zaszczytną możliwość i obowiązek służenia ludziom, lecz jako wygodną drabinkę do wspinania się ku lśniącym szczytom kariery, osobistych zysków i próżnych zaszczytów. Nieraz dorabiając do tego draństwa politowania godną życiową filozofijkę, z którą się dumnie publicznie obnosi. To demoralizuje ludzi. I zatrważa tych, komu leży na sercu sprawa polska.
Niestety w obecnych strukturach władzy ZPL dominują wczorajsi etatowi sekretarze i instruktorzy organizacji partyjnych i komsomolskich, radzieccy biurokraci, a nawet funkcjonariusze sowieckich służb represyjnych. Są to bez wyjątku merkantylne miernoty intelektualne, ale za to mistrzowie gabinetowej intrygi. Nic ich nigdy nie obchodziła żadna polskość, dla której nic nie robili, a o której nagle wspominają dopiero w przededniu kolejnych wyborów, kiedy potrzebują głosów polskiego elektoratu. Jest to element absolutnie bezwartościowy, nietwórczy, leniwy, bezwzględnie prący tylko do osobistej władzy i prywatnych korzyści. Mają nadmiernie rozwinięty odruch chapania, zawiści, a przez to uniemożliwiają pracę ludziom ideowym, sprowadzając na manowce organizację jako całość. Czy ktoś zauważył, że dziś w organach kierowniczych ZPL nie pozostało bodaj ani jednej ideowej osoby z grona założycieli SSKPL sprzed czterech lat? Wszyscy zostali po cichu odizolowani i wyeliminowani przez bezideowych funkcjonariuszy Kompartii i Komsomołu, którzy w okresie 1991-1992 sprytnie przesiedli się z foteli partyjnych do ZPL-owskich.
I jako skutek: nasz ruch słabnie duchowo i fizycznie, pogłębia się wzajemne od siebie wyobcowanie mas i struktur kierowniczych, ludzie wartościowi są nadal wypychani poza obręb organizacji i odchodzą. Miejsce postaw żołnierskich zajmują tendencje kolaboranckie. Ludność w terenie pozostaje absolutnie bezbronna w swych stosunkach z antypolskimi władzami RL. Jeśli ten proces degeneracji i kostnienia nie zostanie przerwany, trudno patrzeć z optymizmem na przyszłość ZPL.

* * *

Biały Orzeł – White Eagle” (Ware, USA), 7 marca 1993:

Z LITWY
Snikersy z... gryki
Wszystko w posowieckim bagnie na wschód od Bugu ma jakiś wymiar surrealistyczny. I wolność, i demokracja, i sprawiedliwość, i suwerenność, i kultura, i snickersy są tu jakby na niby. Niby są i niby ich nie ma...
Ostatnio prywatni „biznesmeni” w Kownie i Wilnie przystąpili do produkcji na dużą skalę snickersów, w których zamiast orzeszków umieszczają w specjalny sposób spreparowaną...kaszę gryczaną, a całość pokrywają zabarwionym topionym cukrem. Wyrób nazywa się „Snickers”, kosztuje pół dolara, jest równie kolorowo opakowany co amerykański, i podobnie, nawet nieźle smakuje. Szczególnie tym, którzy nigdy nie próbowali prawdziwego snickersa. Gryka pozostaje jednak zawsze gryką i nigdy nie stanie się orzeszkiem... Symbolicznie...

Czystka etniczna po bałtycku
Na Łotwie i w Estonii, w których ludność słowiańska stanowi około połowy mieszkańców, została ona prawie w całości pozbawiona tak podstawowych praw człowieka, jak prawo do obywatelstwa, do wzięcia udziału w wyborach, do posiadania prywatnego mienia, do posługiwania się publicznie językiem ojczystymi in.
Na tym tle Lietuva (Litwa) robi na pozór odmienne, bardziej korzystne, wrażenie: prawie wszyscy mieszkańcy otrzymali tu obywatelstwo młodej republiki, są polskie i rosyjskie szkoły, prasa w tych językach, ciągle jeszcze korzystająca z jakiej takiej swobody wypowiedzi (ostatki gorbaczowowskiej liberalizacji), chociaż obsadzona przeważnie przez niedawnych konfidentów KGB...
Wydaje się, że różnica między Lietuvą z jednej strony, a Estonią i Łotwą z drugiej polega nie na różnicy celów i filozofii politycznej, lecz raczej na różnicy taktyki. O ile Estończycy i Łotysze obrali otwarcie drogę nieskrępowanego i niczym nie maskowanego wypierania Słowian ze swego terytorium, to Lietuva, tworząc ze względów koniunkturalnych pozory praworządności, wybrała taktykę bardziej zręczną. Formalnie zapewnia się tu równe prawa wszystkim obywatelom niezależnie od narodowości, dokładnie jak to było w komunistycznym ZSRR. Jednocześnie zaś – nieprzerwanie i konsekwentnie działają tu mechanizmy dyskryminujące, mające na celu drastyczne ograniczenie praw mniejszości narodowych, ich wyzysk.
Akcja ta jest prowadzona z godną zastanowienia przebiegłością, uporem, konsekwencją i nieliczeniem się ze stratami materialnymi. Tak w Wilnie powoli się redukuje zatrudnienie i zamyka wcale nieźle funkcjonujące zakłady przemysłowe, jeszcze do niedawna wyposażone przez Moskwę w najnowszy sprzęt zachodni otrzymywany przez ZSSR za pośrednictwem Polski. To cóż, że produkcja spada, a widmo głodu krąży po republice? Za to dziesiątki tysięcy Polaków, Białorusinów, Rosjan, Ukraińców okazują się na bruku, często bez żadnej zapomogi i bez najmniejszych szans znalezienia ponownego zatrudnienia. Tę perfidną politykę przedstawia się, oczywiście, jako rzekomą konsekwencję obiektywnych trudności gospodarczych.
Albo też inny przykład.
W roku 1993 cała „obcoplemienna” inteligencja i kadra kierownicza w Lietuvie, od buhaltera, kierownika magazynu i prostego nauczyciela zaczynając, i wzwyż poddana zostanie tzw. egzaminowi na wiedzę języka państwowego czyli litewskiego. Niby nic w tym zdrożnego, trzeba znać język większości ludności. I to jest prawda. Ale abstrakcyjna. A więc wymagająca sprawdzianu w konkretnej sytuacji. I tak np. setki tysięcy Polaków na Wileńszczyźnie, autochtoni, zamieszkujący te ziemie od półtora tysiąca lat, nie tylko zostali na mocy decyzji Stalina poddani obcemu panowaniu i pozbawieni naturalnego prawa przynależenia do swego narodu i państwa, lecz ich się jeszcze zmusza do nauczenia się języka okupantów i do wyrzeczenia się własnego! To przecież Litwini (faktycznie Lietuvisi czy Żmudzini) są w Wilnie przybyszami i stanowią napływową mniejszość narodową. Dlaczego więc oni nie uczą się języka rdzennej ludności Ziemi Wileńskiej, a zmuszają mieszkańców tych terenów do uczenia się absolutnie im obcego i niesłychanie trudnego języka kolonizatorów? Przecież jest to sprzeczne z odnośnymi dokumentami ONZ, zabraniającymi narzucania rdzennej ludności języka obcych przybyszów. I czy byłoby bardziej ludzkie danie spokoju tym znękanym ludziom, od dziesięcioleci pracującym za marny grosz na obcych panów?
Druga sprawa, to fakt, że testy egzaminacyjne z języka litewskiego spreparowane zostały w ten sposób, że nawet gdyby do egzaminu stanęli rodowici Litwini, większość z nich haniebnie by ten sprawdzian przegrała, tak trudne są pytania. Wyznają to sami Litwini. Cóż dopiero mówić o Słowianach? A swoją koleją, czyżby dobra wiedza języka państwowego miała być prerogatywą tylko Polaków i Białorusinów, nie zaś i samych Litwinów? Dlaczego więc oni nie stają do egzaminu państwowego?
Bo wcale nie o wiedzę języka tu chodzi, tylko o pretekst do prześladowań i wygryzania obcoplemieńców, o wyeliminowanie ich ze struktur kierowniczych, inteligenckich, opiniotwórczych i względnie dobrze płatnych, o zepchnięcie Polaków, Rosjan i Białorusinów wszelkimi dostępnymi sposobami do kasty pariasów.
Perfidia i konsekwencja Lietuvisów i Łotyszów mogą nawet w kimś budzić uznanie: to ci morowe chłopy! Lecz pozostaje retoryczne pytanie: Czy rzeczywiście celem państwa narodowego konieczne muszą być czystki etniczne, prześladowanie inaczej mówiących i inaczej myślących, tworzenie monoetnicznych księstewek zbudowanych na autorytaryzmie i nacjonalistycznym zadufaniu?
Wiemy, że w strukturach przywódczych państw bałtyckich dominuje takie właśnie zdanie, lecz powiedzmy otwarcie – nie pochlebne to daje świadectwo ich poziomowi intelektualnemu i etycznemu. Potwierdza raczej znaną diagnozę jednego z przywódców II Rzeszy Reinharda Heydricha: „Bałtowie, to najbardziej tępa i prymitywna rasa Europy...” Nie zdolna nawet do zrozumienia samego pojęcia europejskości i uniwersalnego charakteru praw człowieka...

Ktoś wybiera
Prasa litewska raz po raz przypomina, że komisja parlamentarna do badania działalności KGB na terenie Litwy rozporządza bardzo długimi listami byłych konfidentów. A publikowane są z tej listy tylko pojedyncze nazwiska. Litewscy dziennikarze zadają sobie pytanie: kto i według jakiego kryterium podejmuje decyzje o publikowaniu tych danych. Może w ten sposób karze się tych, którzy obecnie współpracy odmawiają, a chroni się tych, którzy nadal wykonują polecenia zbrodniczej organizacji, która zmieniła nazwę, lecz nie swą istotę? Podobnie zresztą wśród 7-osobowej komisji kilku – to byli konfidenci tegoż urzędu.

Ziemia nieobiecana
Według danych służby migracyjnej RL obecnie w kolejce na zezwolenie na wyjazd z Lietuvy czeka ponad 120 tysięcy spośród nieco ponad 3,7mln ludności republiki. Przy czym około połowy chętnych do ucieczki ze zrujnowanego w ciągu paru lat kraju stanowią osoby pochodzenia litewskiego. Przyczyną tego exodusu jest niesłychanie trudne życie codzienne, nędza i beznadziejność. A przecież jeszcze nie tak dawno Lietuva uchodziła za „radziecką Amerykę” i wszyscy chcieli w niej zamieszkać. Dziś Litwini uciekają do Rosji i Białorusi. Żyć na własny koszt niełatwo, a wyłudzić coś znaczącego od suwerennych sąsiadów niepodobna.

Litewska specjalność?
Gazeta „Respublika” pisze: „28 grudnia ub. roku o godz. 7 min. 25 czasu miejscowego w kazachskim mieście Timertau zastrzelony został dyrektor generalny huty w Karagandzie Aleksander Świerczyński. W chwili gdy szef tego kombinatu zbliżał się do głównego wejścia gmach zarządu, z bliskiej odległości morderca strzelił mu w głowę...”
Jeden z najbardziej znanych Polaków Kazachstanu został zamordowany przez trzech najemnych morderców z Lietuvy. Motywy zbrodni nie są na razie znane. Mordercy zostali ujęci przez policję litewską w Kownie. Śledztwo trwa. Prasa donosi, że Litwini stanowią niewspółmiernie wysoki odsetek wśród zawodowych morderców na terenie całego byłego ZSSR.

„Swój człowiek” u Clintona
Gazeta „Lietuvos Rytas” z całą powagą pisze o „swoim człowieku” Litwinów w Waszyngtonie, który niebawem ma zapewnić Lietuvie ekonomiczną i wszelką inna pomoc z USA. Jest to niejaki „Roger Altman, wiceprezydent jednej z nowojorskich firm inwestycyjnych, który w rządzie Billa Clintona zajmuje stanowisko wiceministra finansów...” Koniec cytatu...
Niby dlaczego miałby pan Altman to wszystko dla Lietuvy załatwiać? Ano dlatego, motywuje „Lietuvos Rytas”, że jego żoną jest Jurate Kazickaite, Litwinka... Daj Boże! Litwini to nie Polacy, którzy wysokie stanowiska wykorzystują by nabijać własną prywatną kieszeń oraz szkodzić sobie nawzajem i Polsce...
Jan Ciechanowicz

* * *

Biały Orzeł – White Eagle” (Ware,USA) 21 marca 1993:

Z LITWY
„Ten kraj” można okradać”
Prasa krajowa doniosła w swoim czasie, że podczas fali mrozów, która się przewaliła przez Polskę na przełomie 1992/93 roku, zamarzło tylko w niektórych miastach kilkadziesiąt bezdomnych Polaków. Dokładne statystyki są skrzętnie przez różowy reżim UD-cji ukrywane, gdyż świadczyłyby one dobitnie o antynarodowym charakterze tych rządów; równie dobitnie, jak transfer miliardów dolarów do Izraela przez rozmaitych bagsików i ich protektorów z peerelowskiego UOP.
W sytuacji, gdy setki tysięcy Polaków są bez dachu nad głową, wydawać by się mogło, że główną troską placówek i osób urzędowych naszego Kraju musi być wprowadzenie surowego reżimu oszczędności, przykładne ściganie i karanie złodziei, troskliwy stosunek do mienia państwowego.
Tymczasem zaś widzimy, jak przestępcy po okradzeniu Polski spokojnie mieszkają sobie w Niemczech, Izraelu, USA, a rząd „polski” zachowuje się tak, jakby nic się nie stało. Cóż dziwnego, że z Polakami w świecie przestają się liczyć nawet państwa małe, nie mówiąc o wielkich.
Ostatnio polakożercza „Gazeta Wyborcza” zachłysnęła się wiadomością, że oto pani premier Suchocka podarowała Litwie 2 tys. ton paliw płynnych. Gdyby pani premier uczyniła ten dar na poziomie około 300 tys. dolarów z własnej kieszeni i w stosunku do kraju przyjaznego wobec Polski, sprawę można byłoby jeszcze w jakiś sposób zrozumieć, chociaż nie usprawiedliwić. Polska jest bowiem krajem słabym gospodarczo i uginającym się pod ciężarem wielomiliardowych długów. Wolno nam jednak przypuszczać, że dar pani premier dla państwa, które od wielu dziesięcioleci ostentacyjnie wręcz okazuje swą nieprzejednaną wrogość w stosunku do narodu polskiego, pochodzi z własności tegoż, polskiego, narodu!!! Szkoda, że nadal ofiarodawcy hojnie frymaczący polskim majątkiem narodowym nie mogą zrozumieć, że przecież nieuchronnie przyjdzie dzień, w którym „ten kraj” postawi przed trybunałem stanu wszystkich, którzy go w ten czy inny sposób okradali.

112-kilogramowy Prezydent
Podczas kampanii wyborczej Algirdas Brazauskas, aby kandydować na prezydenta, musiał odpowiadać podczas spotkań z wyborcami na liczne „eleganckie” pytania zwolenników Sajudisu.
Z odpowiedzi jego można było się dowiedzieć, że waży 112 kilo, że nie spędzał nocy w łóżku z byłą premier panią Prunskiene, że jego żona nie leczy się od alkoholizmu, że w byłej Komunistycznej Partii Litwy (części składowej KPZR), której pierwszym sekretarzem przez lata był właśnie sam pan (towarzysz?) Brazauskas, tylko 3 proc. członków było ludźmi ideowymi... Doprawdy, materiał wart zastanowienia się.

Post Scriptum:
Dotyk Michnika

Przed paroma miesiącami trzęsący Polską dzierżymorda Adam Michnik wydał rozkaz swoim zausznikom, wykonując który donosili oni swoim słuchaczom, że autor niniejszego zestawu informacji i innych im podobnych „siedzi w Ameryce”. W Sejmie Rzeczypospolitej ogłosiła to posłanka Hennelowa. To samo uczynił na łamach „Kuriera Wileńskiego” jej redaktor naczelny a niedawny członek Centralnego Komitetu Kompartii Litwy Zbignevas Balcevicius; na łamach zaś gadzinówki „Znad Wilii” – jej „właściciel”, były sędzia śledczy sowiecko-litewskiego MSW i poseł do Rady Najwyższej Litewskiej SRR z ramienia antypolskiego Sajudisu Czesław Okińczyc oraz Romuald Mieczkowski, obecnie redaktor naczelny tego pisma, do niedawna sekretarz organizacji partyjnej „Czerwonego Sztandaru”, szef polskojęzycznej redakcji litewsko-sowieckiej telewizji i radia, jak też komisarz z ramienia KGB do śledzenia litewskich i polskich środowisk patriotycznych – wszyscy utrzymywani z żołdu Michnika.
Otóż obalając insynuację tych kłamców informuję moich Czytelników, że w USA przebywałem przez kilkanaście dni w 1990 i 1991 roku. Reportaże swe dosyłam do Redakcji bezpośrednio z Wilna, jeśli więc i przyjdzie mi kiedyś „siedzieć”, to z pewnością nie w Ameryce... A tak na marginesie: dotyk Midasa przekształcał wszystko w złoto, dotyk Michnika – w gówno.
Dr Jan Ciechanowicz
Wilno, Litwa

* * *

W marcu 1993 papież Jan Paweł II odwiedził Litwę. Spotkał się podczas tej wizyty także z tzw. „reprezentantami Polonii litewskiej”, do której to reprezentacji bezpieka dobrała wyłącznie swych konfidentów, co wyraźnie widać na zdjęciu zbiorowym z Ojcem Świętym, który na pożegnanie rzekł do „litewskich Polaków”, będących na usługach litewskiej bezpieki: „Zostawcie Ciechanowicza w spokoju, nie ruszajcie go!”... Prawdopodobnie w ten sposób uratował życie komuś, kogo kagebowskie popłuczyny w Warszawie i Wilnie uznały były za osobę „kontrowersyjną” i zgoła „szkodliwą” dla ich manipulacji i kombinacji...

* * *

Biały Orzeł – White Eagle” (Ware, USA), 2 maja 1993:

Z LITWY
Sowieckie ostatki
Konfidenci wszystkich krajów łączcie się!
Zacznijmy od zacytowania kilku publikacji z litewskiej prasy polskojęzycznej. „Nasza Gazeta”, oficjalne pismo Związku Polaków na Litwie, w artykule pt. „Kameleon” z dnia 30 marca br. Pisała: „Prezes ZG ZPL J. Mincewicz otrzymał list od prezesa Towarzystwa Obrony Wilna z Kępna, p. Brunona Zawieyskiego, urywki, którego chcemy czytelnikom przedstawić: „Panie Prezesie! Zwracamy się do Pana z zapytaniem, który ze Związku Polaków na Litwie jest Związkiem prawdziwie polskim, czy reprezentowany przez Pana, czy też przez panią Teresę Brużewicz, która ostatnio bardzo często przyjeżdża do Polski szukać pomocy materialnej i finansowej? Ponieważ zebraliśmy trochę darów dla polskich dzieci w Wilnie w związku ze zbliżającym się Świętem Wielkanocy, nie wiemy teraz, komu mamy je przesłać. Który Związek jest prawdziwie polski?... Pani Teresa Brużewicz występuje jako prezes Związku Polaków na Litwie Patronki Świętej Zyty...”
Od Redakcji „Naszej Gazety”: „Jak zaznaczył Jan Mincewicz, nie jest to pierwszy przypadek, gdy rodacy z Macierzy zwracają się z zapytaniem, kogo reprezentuje pani Teresa Brużewicz. Otóż musimy stwierdzić, że zarówno Towarzystwo św. Zyty jak i sama p. Teresa Brużewicz, ze Związkiem Polaków na Litwie nic wspólnego nie mają i nigdy nie miały. Często natomiast ta organizacja była firmowana przez Sajudis, czy też powołaną przez „Vilnię”, polakożerczą Wspólnotę Litwy Wschodniej...
Polak potrafi? Prostytuować się. – Ano potrafi... Ale to jeszcze nie wszystko. „Kurier Wileński”, oficjalny dziennik Sejmu i Rządu Republiki Litewskiej, 19 marca 1993 roku donosi o powstaniu kolejnego „towarzystwa św. Zyty”, mającego na celu zapewnienie swym członkom (kosztem RP) ponadprzeciętnej prosperity, tym razem zwanego Fundacją Wspierania Budowy Szkoły Polskiej w Wilnie. Odnośny fragment tego tekstu brzmi jak następuje: „Z powodu kryzysu ekonomicznego budownictwo w mieście utknęło w martwym punkcie. (Nieprawda, buduje się w Wilnie wiele, ale władze „nie mają pieniędzy” właśnie na ukończenie polskiej szkoły – J.C.) Na zakończenie prac budowlanych i wyposażenie naszej szkoły brakuje 285 mln talonów. Szkoła jednak musi być oddana do użytku przed 1 września... W tym właśnie celu powstała Fundacja Wspierania Budowy Szkoły Polskiej w Wilnie, która ma osobowość prawną i jest niezależną, samodzielną organizacją społeczną. Głównym jej celem (a więc jest jeszcze i jakiś „niegłówny”, łatwo się domyśleć – jaki. – uw. J.C.) jest gromadzenie środków finansowych na dokończenie budowy szkoły i jej nowoczesne wyposażenie.”
Dalej przytacza się nazwiska zarządu nowo upieczonej „fundacji”, numer jej konta oraz słowa zachęty do wpłacania pieniędzy na rzekome potrzeby polskiej szkoły. Aby było jeszcze „solidniej”, zaznacza się: „O solidnym wsparciu finansowym zapewnił prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” prof. A. Stelmachowski podczas swego pobytu w Wilnie.”
Czyli, że mamy do czynienia z kolejną próbą „wydojenia” Polski przez zręcznych cwaniaczków z Wilna. Próbę, która z całą pewnością zakończy się powodzeniem, gdyż akcję zapoczątkowali osobnicy mający w tej materii naprawdę „solidne” doświadczenia i już z podobnej działalności posiadający mercedesy, itp. dobra ruchome i nieruchome. „Kurier Wileński” w dniu 30 marca zamieścił na pierwszej stronie następujący komunikat jakoby należący do PAP:Problem budowy polskiej szkoły w nowej dzielnicy Wilna był głównym tematem piątkowego spotkania ministra – szefa Urzędu Rady Ministrów Jana Marii Rokity z Czesławem Okińczycem – poinformowało Biuro Prasowe Rządu... Podczas spotkania ustalono, że Rząd Polski poprze każdą inicjatywę środowiska „Znad Wilii”, która będzie służyła zarówno interesom Polaków na Litwie, jak i pojednaniu polsko-litewskiemu. Według ministra Rokity rząd wesprze wysiłki Okińczyca w miarę swoich ograniczonych możliwości finansowych. Minister Rokita obiecał również podjęcie zabiegów politycznych i dyplomatycznych, aby umożliwić realizację omawianych inicjatyw. Rząd Polski ceni sobie działalność Czesława Okińczyca ze względu na to, że umie on współpracować z władzami litewskimi i dąży do porozumienia, a nie do eskalacji konfliktów – powiedział dziennikarzom po spotkaniu minister Rokita”. (PAP)”. Jakby nie potrafił współpracować z władzami tychże władz wieloletni i sprawdzony konfident?
Na pierwszy rzut oka cała sprawa wygląda niby nawet sympatycznie. Po tylu latach pogardy serwilistycznych „polskich” rządów komunistycznych do rodaków na Wschodzie, wreszcie Warszawa zdobywa się na pomoc dla tego odłamu narodu polskiego, który się znalazł na mocy decyzji aliantów po niemieckiej okupacji pod sowiecką. A jednak sprawa zaczyna bardzo mocno cuchnąć, gdy się spróbuje jej przypatrzeć z bliska.
Zacznijmy może od końcowego akcentu w wypowiedzi ministra Rokity. Z tego faktu, iż aktualny rząd Polski „ceni” sobie postawę polityczną tej czy innej prywatnej osoby, jaką jest dziś p. Czesław Okińczyc, do niedawna członek Rady Najwyższej Litewskiej SRR i RL z ramienia antypolskiego Sajudisu, wcale nie musi wynikać konieczność finansowania inicjatyw tejże prywatnej osoby, zamieszkałej przy tym na terenie obcego państwa, z kieszeni Narodu Polskiego. Miliony Polaków w Kraju, nie mają mieszkań, pracy, opieki społecznej, setki tysięcy dzieci polskich w wielu prowincjach RP głoduje, mając zaledwie jeden posiłek dziennie, rozpada się w perzynę rolnictwo i cała gospodarka Polski. Czy więc Rząd Polski nie ma gdzie lokować „swych skromnych możliwości finansowych”, jak tylko poza granicami Kraju, i to w rękach osób o nader dwuznacznej reputacji?
Skoro pan minister Rokita twierdzi, że Okińczyc umie współpracować z władzami litewskimi, co jest bezwarunkowo słuszne, gdyż właśnie tym władzom przysłużył się Okińczyc pięknie na niwie aktywności antypolskiej, to czy nie wynika z tego twierdzenia logiczny wniosek, że właśnie z nimi, to jest z władzami litewskimi, a nie polskimi musi się on układać w sprawie dokończenia finansowania budowy szkoły polskiej w wileńskiej dzielnicy Justyniszki? Władze Litwy musiałyby za to płacić, a nie naród Polski. I to z kilku poważnych względów. Po pierwsze, rodzice dzieci, które pójdą do tej wileńskiej szkoły, pracowali i pracują nie na Polskę, tylko na Litwę, płacą podatki nie dla Polski, lecz dla Litwy. Litwa więc powinna finansowanie sfinalizować, a nie i bez tego okradana i obdzierana żywcem ze skóry nasza nieszczęśliwa Ojczyzna Polska. Po drugie, szansa na takie właśnie rozwiązanie musi mieć większe widoki na powodzenie, bo wśród założycieli „fundacji” są ludzie naprawdę dla władz litewskich zasłużeni. Bo to i sam Okińczyc, chociaż nie został na ostatnich wyborach obrany do Sejmu Litwy, mimo, iż był nadal faworyzowany przez Sajudis (Litwini, choć czasami korzystają z usług tego typu ludzi, to jednak nimi pogardzają i do parlamentu Litwy nie chcieli już wprowadzać kogoś aż takiego) to jest człowiekiem tu znanym i posiadającym niemało specjalnych umiejętności. Był oficerem sowiecko-litewskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, doświadczonym radzieckim adwokatem, później nawet (1989) trafił w skład Zarządu Głównego Związku Polaków na Litwie, z którego, co prawda, został po kilku miesiącach wydalony ze względu na notorycznie powtarzające się przypadki przywłaszczania przekazywanych na konto Związku kwot pieniężnych, oraz równie notorycznego zdradzania władzom litewskim poufnych informacji o działalności ZPL, połączonego z kłamliwymi i pokrętnymi sugestiami, dotyczącymi interpretowania tej działalności. Mniejsza o to, ważne, że okazał Litwinom w ten sposób naprawdę niemało usług, oczywista, czynił to nie z miłości do nich, lecz do własnej kieszeni.
Jeszcze 24 lipca na łamach pisma „Lietuvos Aidas” i 6 sierpnia 1992 roku w „Kurierze Wileńskim” litewska dziennikarka znana z antypolskiego zacięcia Lina Peczeliuniene chwaliła Okińczyca w iście litewski sposób za to, że, zacytujmy: „Deputowany do Rady Najwyższej Cz. Okińczyc powiadomił Prokuraturę Generalną, że zastępca redaktora „Kuriera Wileńskiego” Krystyna Adamowicz 19 sierpnia 1991 roku wzywała do popierania organizatorów puczu...”
Proszę pomyśleć, ktoś jest chwalony za donos!!! Przy tym za donos potworny i absurdalny, jakoby kobieta, matka dwojga dzieci, dobra Polka i przyzwoity człowiek zamieszkały w Wilnie ma coś wspólnego z podłą farsą, rozgrywaną tysiąc kilometrów od Wilna w obcym i równie jak Litwa niepodległym Państwie Rosyjskim. Ale czego nie zrobią okińczycowie, by zasłużyć na pochwałę mocodawców...
Co prawda, Lietuvisi szybko się połapali, że to co w ich oczach uchodzić może za cnotę, w Polakach wywołać może obrzydzenie, i prokuratura RP zamieściła komunikat w prasie, głoszący, iż 19 sierpnia Okińczyc donosu nie składał. A 18 czy 20? Cuchnąca sprawa w wykonaniu cuchnącego typka...
Są to jednak niewątpliwe zasługi „dobrego Polaka” dla „braci” Lietuvisów. Niechby więc ratowali teraz tego politycznego i moralnego trupa, finansując jedną ze szkół wileńskich i nazywając ją imieniem Czesława Okińczyca. Z pewnością na to zasłużył swymi donosami, kłamstwami, oczernianiem narodowo myślących Polaków z Kresów na łamach „Życia Warszawy, „Gazety Wyborczej”, w Telewizji Polskiej, itd. Lecz niestety, wszystkie manewry zmierzają ku temu, by za całe to chamstwo znów płaciła Polska.
Jaki Rokita jest, każdy widzi. Ale szkoda, że do pokrycia tych brudnych rozgrywek próbuje się użyć imienia także człowieka pod każdym względem nieposzlakowanego, dobrego Polaka i męża stanu z prawdziwego zdarzenia, p. prof. Andrzeja Stelmachowskiego. Nic prócz wstrętu nie może wywołać ta próba kolejnego okradzenia Polski i kolejnego użycia imienia wybitnego Polaka w celu nader nieczystym.
Nie dziwmy się, najłatwiej niszczyć Polskę z imieniem św. Zyty na ustach, w towarzystwach pod „wezwaniem” prezydenta Raczyńskiego czy Wałęsy... Nikt się w Wilnie nie zdziwi, jeśli zaraz, w przededniu wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II do Litwy, ogłosi fakt swego istnienia kolejne złodziejskie towarzystwo, tym razem firmowane imieniem Karola Wojtyły...
Hańba!...

* * *

Także inne „osobistości” wchodzące w skład wymienionej Fundacji mogłyby łatwo znaleźć wspólny język z czerwonymi feudałami, sprawującymi dziś na Lietuvie władzę, ale już na mocy nie uzurpacji, lecz przeprowadzonych wyborów. Należy do nich np. pan Henryk Malewski, do niedawna kadrowy oficer KGB. Ściśle z tą grupą współpracuje p. Zbigniew Balcewicz, przez całe życie zajmujący eksponowane stanowiska we władzach aparatu komsomolskiego, sowieckiego i partyjnego (jeszcze w 1991 roku był członkiem Biura Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy), który jest niezmiennym redaktorem naczelnym przy wszystkich kolejno zmieniających się ekipach rządzących w Lietuvie, człowiek, który każdą patriotyczną inicjatywę Polaków wileńskich na rozkaz swych panów obrzuca błotem, raz w swym piśmie, raz w „Gazecie Wyborczej”, „Życiu Warszawy”, „Głosie Olsztyńskim”, TVP, oraz na łamach „Lietuvos Rytas” i innych pism o podobnym autoramencie.
Aby scharakteryzować poziom publicznych donosów tego okazu, zacytujmy apel do prokuratury Generalnej Republiki Litewskiej, zamieszczony na pierwszej stronie „Kuriera Wileńskiego” 14 sierpnia 1992 r.: „Były lider Polskiej Partii Praw Człowieka (PPPCz) Jan Ciechanowicz otwarcie głosił chęć oderwania części terytorium Litwy i Białorusi w celu utworzenia Wschodnio-Polskiej Republiki radzieckiej w składzie ZSRR. Wydaje się, że głoszenie takich idei jak najbardziej pasowałoby do określenia jako publiczne nawoływanie do naruszenia suwerenności RL”. Pozostawiając sam fakt donosu, jednego z bardzo wielu w tym wykonaniu, bez komentarza, dodajmy tylko, że i tym razem Balcewicz nie potrafił nie skłamać. Chociażby częściowo. Bo jednak od 1990 roku PPPCz głosiła tezę o utworzeniu z terenów polskich okupowanych przez ZSRR w 1993 r. Suwerennej Republiki Wschodniej Polski, a nie „Radzieckiej w składzie ZSRR”. Podobne fałszerstwa wielokrotnie lansowała zresztą (także ustami Balcewicza) i najpodlejsza bodaj ukazująca się w Kraju „Gazeta Wyborcza”.
Lecz wróćmy do właściwego tematu. Asystuje nowej fundacji i p. Romuald Mieczkowski, redaktor naczelny gazety „Znad Wilii”. Ongiś czytelnicy „Czerwonego Sztandaru” z zainteresowaniem czytali na łamach tego organu KC KPL wcale sympatycznie napisane reportaże p. Mieczkowskiego z jego częstych podróży zagranicznych, na które udawał się po kilka razy rocznie w najpaskudniejszych czasach breźniewizmu w charakterze „komisarza” jadących na tournee zagraniczne słynnych na cały świat zespołów litewskich, takich jak „Lietuva”, „Trimitas” i szereg innych. Był to przełom lat 70/80. Nawet na pogrzeb rodzonego brata nie puszczało wówczas KGB Polaka z Wilna do Polski, cóż dopiero mówić o wizytach gościnnych... Jakimże nieograniczonym zaufaniem partii i KGB musiał się cieszyć Polak wileński, by powierzano mu tak „doniosłe i odpowiedzialne” misje, jak śledzenie wyjeżdżających za granicę litewskich śpiewaków, aktorów, architektów, malarzy!... Nie znamy treści sprawozdań, które musiał po takich wojażach spisywać dla bezpieki pan komisarz, wiemy, że musiały jednak być konkretne i dawać wyraz partyjnej czujności autora. Z pewnością jednak zadowalały mocodawców Mieczkowskiego, skoro raz po raz „przymocowywano” go do coraz to kolejnych „wycieczek”. Może zna ich treść pan Okińczyc, jako jeden z byłych członków Komisji rady Najwyższej RL do badań działalności KGB na Litwie. To za jego kadencji przecież prasa litewska (Respublika, Lietuvos Aidas i inne) oburzała się, że z okazałego gmachu KGB przy Alei Giedymina niektórzy posłowie „workami” wynosili tajne dokumenty, ratując w ten sposób przed dyskredytacją siebie i swych przyjaciół.
Kariera zawodowa R. Mieczkowskiego świadczy niezbicie o tym, że był darzony, jak żaden inny Polak z Wilna, bezgranicznym zaufaniem reżimu sowieckiego. Karierę zawodową rozpoczął jako zwykły dziennikarz w „Czerwonym Sztandarze”, lecz po roku awansował na coraz to wyższe stopnie w systemie komunistycznej propagandy, mimo, iż wcale go nie cechowały jakieś szczególne uzdolnienia intelektualne. Awansował więc kolejno na szefa działu „Czerwonego Sztandaru”, na zastępcę sekretarza organizacji partyjnej tegoż pisma, na kierownika sekcji polskiej Radia sowiecko-litewskiego, następnie zaś na szefa tejże TV. Na każdym z tych stanowisk dobrze się sprawdził, jako organizator komunistycznej, w tym ateistycznej, propagandy w środowisku polskim na Wileńszczyźnie, jako skuteczny i oddany partii towarzysz. Gdy KGB przystąpił do demontowania ZSRR, jeszcze w 1989 roku, gdy żaden przepis prawny na to nie pozwalał, założono „pierwszą prywatną gazetę radziecką „Znad Wilii”,” ogłaszając za jej „właściciela” Cz. Okińczyca, a na redaktora naczelnego mianując R. Mieczkowskiego... Intencje zaś założenia tego pisma stały się jasne już z treści pierwszych jego numerów, w których patriotyczne poczynania Polaków Wileńszczyzny określane były jako „awanturnicze”, „nie mające szans na powodzenie” (w planach KGB, widocznie), „prowokacyjne”, itp. Ukazanie się tej gazety „Życie Warszawy” ogłosiło nawet za wybitne osiągnięcie młodej demokracji sowieckiej, niemal za wyraz troski KPZR o Polakach tu zamieszkałych...
O moralnym poziomie pana właściciela i pana redaktora „Znad Wilii” („środowisko” tak miłe panu Rokicie!) świadczy chociażby fakt, że do dyskredytacji i rozbijania jedności Polaków w byłym ZSRR, a następnie w Litwie, do podważania ich wolnościowych dążeń wykorzystywali nieraz, jak na politycznych sutenerów przystało, nawet nieświadome niewiasty. A to „zorganizują” na łamach swego szmatławca wystąpienie naiwnej działaczki polskiej z innej republiki, która w dobrej wierze, nie orientując się w arkanach polityki, atakuje tych właśnie, którzy próbują zerwać sowiecką obrożę z polskich gardeł; a to, jak na rzetelnych alfonsów przystało jadą w towarzystwie młodziutkiej polskiej Miss Urody z Litwy do USA, gdzie afiszują się nieomal jako założyciele Związku Polaków na Litwie i jego działacze, i zbierają datki rzekomo na tenże Związek, chociaż nie są nawet jego członkami. ZPL nic z uzbieranych jakoby dlań funduszy nie otrzymuje, za to w polsko-amerykańskiej prasie prawdziwie pracujący dla sprawy polskiej aktywiści ZPL wystawieni zostali przez „Polaków z Wilna” jako „czerwoni” i „agenci Moskwy”.
Nikt nie twierdzi, że bohaterowie niniejszego szkicu, mimo iż wszyscy się wywodzą z partyjno-sowieckiej nomenklatury, są tzw. ideowymi komunistami. Należeli po prostu do bezideowej i beznarodowej większości przywództwa KPZR. Byli komunistami ze względów merkantylnych, bo było to wygodne. Dziś opłaci się (w dosłownym znaczeniu tego słowa) być antykomunistami – więc są antykomunistami. Jak się opłaci, będą katolikami, ateistami, buddystami, judaistami, pederastami... Wszystkim i niczym. Zawsze będą głosować „za”, gloryfikować lub potępiać na rozkaz z góry kogo się każe... Są to ludzie tej samej klasy i tego samego stylu, co polska UD-ecja.
Czy wypada się więc dziwić, że tajniacy KGB w parlamencie RP, którzy tak panicznie boją się opublikowania „teczek” bezpieki (kto jest bez winy, nie będzie się tego bał ani się temu sprzeciwiał) zrobili i nadal robią Okińczycowi, Balcewiczowi, Mieczkowskiemu i całemu temu środowisku tak szumną i absurdalną reklamę. Ręka rękę myje. Nie dziw też, iż pan Michnik, czołowy herold antyideologizmu, utożsamiający polski (i tylko polski) patriotyzm z łajdactwem i otrzymujący za swój antypolonizm litewskie ordery, bardzo obficie lansuje „Znad Wilii” z funduszu AGORY i zapewnia razem z Rokitą i jemu podobnymi rozmaitym okińczycom i balcewiczom stałą obecność na łamach prasy, w Radio i TV Polski. Tak się realizuje w praktyce ponadpaństwowy internacjonalizm przebierańców z komunofaszystowskiej bandy, która jest nadal niekwestionowanym panem sytuacji w krajach postkomunistycznych.
To przede wszystkim ludzie z tego środowiska wyspecjalizowali się w zakładaniu na terenie byłego ZSRR rozmaitych maruderskich fundacji, funduszy, towarzystw, mających na celu permanentne okradanie Polski pod pozorem udzielania pomocy „rodakom na wschodzie”...
Polskie ZOO na naszych oczach uzupełnia się jeszcze jednym okazem: odkarmionym szakalem kresowym jadącym mercedesem na żebry do Polski. Mamy ich tu bardzo wielu i to tak zręcznych, że, jak wiemy, stają się nawet „partnerami” Państwa Polskiego w transakcjach finansowych, chociaż to Państwo – gdyby miało poważnych przywódców – musiałoby nie napychać kieszenie kresowych bagsików, lecz podobne umowy zawierać, jak na poważny kraj przystało, z innymi państwami, jednocześnie zresztą wywierając nacisk, by nie dyskryminowały pod byle pozorami swych mówiących po polsku obywateli. To zaś, że nasi „patrioci” z Kresów są aż tak cyniczni i wulgarni w swym merkantylizmie, wcale nie świadczy o jakimś ich demonizmie. Są to zupełnie zwykli, pospolici ludzie, którzy nawet nie wiedzą, że postępują niewłaściwie, że można myśleć i żyć inaczej., Widząc, jak złodzieje krajowi tną i kiereszują „sukno Rzeczypospolitej”, uważają, że im się coś z tego należy.
Tym bardziej, że Polska nigdy nikomu nie skąpiła niczego i z każdym chętnie się łamała chlebem, kulturą, wolnością, wszystkim co miała. Zazwyczaj z tego korzystali ludzie niezbyt tego warci i płacący za serce czarną niewdzięcznością, wręcz Polsce szkodzący. Najwyższy czas, by z tym skończyć. Tylko kanalie mogą dziś prosić Polskę o pomoc materialną, prawdziwi Polacy sami powinni wspomagać swą Ojczyznę, gdyż jest ona w wielkiej dzisiaj potrzebie.
Oczywiście, jednym z rzucających się w oczy przejawów kryzysu duchowego byłych społeczeństw sowieckich jest budząca wstręt i odrazę materializacja stosunków międzyludzkich. Na zmianę czerwonemu feudalizmowi z psią paszczą przyszedł „kapitalizm” ze świńskim ryjem. Codzienna kiełbaska na talerzu, koniaczek, złote pierścionki, zegarki, limuzyny – oto co olśniewa bohaterów posocjalistycznej rzeczywistości, które to stereotypy wartościowań przeniesione zostały żywcem na szerszy ogół ludności z gabinetów i dacz nomenklatury. Dominuje w duszach tych istot – jak to dobitnie określił Melchior Wańkowicz – „zwierzęca żądza spokojnego żarcia aż do napełnienia, aż do przepełnienia kałdunu”; chcą oni tylko „żreć, pośpiesznie żreć gramofony, lodówki, automatyczne pralki, samochody...”
Niestety, to nie tylko w Polsce, ale i na zabranych Kresach – mówiąc słowami Stanisława Podemowskiego (Polityka, 6 czerwca 1992): „zaroiło się od karierowiczów bez wiedzy, doświadczenia i talentów, którzy wezmą każde stanowisko i poprą każdy pogląd, jutro swobodnie się go wypierając, byle tylko wziąć udział w szarpaniu szaty Rzeczypospolitej, czego jesteśmy zgorszonymi świadkami...” Ci ludzie szukają też za wschodnią miedzą Kraju sobie podobnych, ale jeszcze głupszych, by tworzyć z nimi towarzystwa wzajemnej adoracji i okradania Polski...
Dr Jan Ciechanowicz
Wilno

* * *

Polski Przewodnik” (Nowy Jork) 7 maja 1993:

Dr Jan Ciechanowicz
Z LITWY
Niedokładny ambasador

4 marca nowojorski „Nowy Dziennik” zamieścił obszerne sprawozdanie o spotkaniu odbytym w paryskim Centre du Dialogue z ambasadorem Republiki Litewskiej we Francji Osvaldasem Balakauskasem. Było to już czwarte spotkanie publiczności paryskiej z ludźmi (Czesław Miłosz, Tadeusz Konwicki, Jarosław Rymkiewicz i właśnie pan ambasador), którzy nieraz dawali wyraz swemu głębokiemu przywiązaniu do Litwy i litewskości, a jednocześnie mającymi nader chłodny stosunek do narodu polskiego. Nie może to, oczywiście nie rzutować na treść ich wypowiedzi, bardzo dalekich od obiektywizmu i prawdy.
Podobnie, jak jego poprzednicy w Centre du Dialogue, pan ambasador O. Balakauskas pozwolił sobie na słowa daleko odbiegające od prawdy. Czujemy się zmuszeni do wskazania chociażby kilku z ich dość długiego szeregu.
1.                 Tak więc, pan Balakauskas mówi, że „pierwsza okupacja sowiecka kosztowała Litwę ok. 30 tys. zabitych i deportowanych. Druga okupacja ... około 250 tys. zabitych, uwięzionych i deportowanych... Okupacja niemiecka zabrała ok. 300 tys., w większości Żydów. Razem więc wyniosły blisko jedną trzecią mieszkańców”. – Wszystko to prawda. Ale nie cała. Pan ambasador powinien był jeszcze dodać (lecz nie uczynił tego), że większość ofiar reżimu sowieckiego na Litwie stanowili Polacy zamieszkali na Wileńszczyźnie i że Litwini ochoczo współpracowali z NKWD w niszczeniu elementu polskiego. Trzeba też było powiedzieć, że także w trakcie okupacji niemieckiej to nikt inny jak tylko sami Litwini, na ochotnika służący w formacjach hitlerowskich, wymordowali kolejne dziesiątki tysięcy Polaków i 300 tys. Żydów. To prawda, wymordowali własnymi rękoma jedną trzecią własnej ludności tylko za to, że mówiła ona w jidisz i po polsku.
2.                 Pierwotna nazwa Sajudisu brzmiała nie „Ruch na rzecz pieriestrojki na Litwie”, lecz „Ruch na rzecz socjalistycznej pierestrojki w Litwie”...
3.                 Ambasador mówi, iż „jest nieporozumieniem, kiedy Sajudis określa się jako ruch nacjonalistyczny”... To też półprawda. I owszem, wśród założycieli Sajudisu i jego przywódców było bardzo wielu nie-Litwinów: Ozolas, Landsbergis, Genzelis i in., a pierwszym sekretarzem generalnym był etatowy konfident KGB i nieodłączny przyjaciel Landsbergisa Juozas Virgilijus Czepaitis. Sajudis też był od początku mocno proniemiecki i prożydowski, ale też rażąco antypolski i antyrosyjski. Już na pierwszym swym zjeździe podjął polonofobskie uchwały sprzeciwiające się rozwojowi szkolnictwa polskiego na Wileńszczyźnie, retransmisji Telewizji Polskiej na Litwie, wyjazdom polskiej młodzieży z Wilna na studia do Polski, wydawaniu niezależnej prasy polskiej itd. Tak więc mało powiedzieć, że „Sajudis nie był nacjonalistycznym”, trzeba jeszcze dodać, że był i pozostaje patologicznie antypolski.
4.                 Warto też dodać, że i owszem w 1939/40 roku „Litwa internowała wielu polskich żołnierzy i oficerów, dając im możność przedostania się na Zachód” – jak mówi pan Balakauskas – ale też przekazała dużą ich część w ręce NKWD, który wszystkich ich wymordował w Katyniu i innych miejscach kaźni. Natomiast w latach okupacji hitlerowskiej oddziały litewskie, służące u boku Hitlera, przejawiały tak chorobliwą nienawiść i okrucieństwo w stosunku do ludności (w tym żołnierzy Września i AK) polskiej, że w obronie tej ostatniej często musiały występować same... władze niemieckie.
Taka to jest prawda. I różni się ona dość istotnie od półprawd litewskiego dyplomaty.
Dr Jan Ciechanowicz

* * *

„Biały Orzeł – White Eagle” (Ware, USA) 30 maja i 13 czerwca 1993:

Z LITWY
Sowieckie ostatki
Drugi etap rewolucji bolszewickiej
Zaledwie się skończyła druga wojna światowa, a Rosja, nosząca razem z przyległymi koloniami miano ZSRR, podjęła natychmiastowe szeroko zakrojone przygotowania do trzeciej wielkiej wojny, której skutkiem miało być rozciągnięcie dominacji sowieckiej nad całym światem. Ideologiczną szatą, maskującą w tym okresie dążenia imperializmu sowieckiego, była doktryna o światowej rewolucji socjalistycznej i o nieuchronności zwycięstwa komunizmu w skali światowej. Był to mit manipulatywny wbijany do milionów głów na całym świecie z wykorzystaniem ogromnych środków finansowych, technicznych i ludzkich.
Lecz broń ideologii nie może zastąpić ideologii broni. Jeszcze w czasach Stalina zaczęto przestawiać całą gigantyczną gospodarkę sowiecką na tory wojskowe, lecz, wbrew pozorom, najwyższy stopień militaryzacji ekonomika ta osiągnęła nie za czasów „ojca wszystkich narodów”, lecz w okresie zasiadania na Kremlu laureata Pokojowej Nagrody Nobla Michaiła Grobaczowa, kiedy to na potrzeby wojskowe pracowało już aż 80 procent gospodarki radzieckiej. Częściowo stało się tak na mocy ruchu inercji, pozostałego po epoce Breżniewa, częściowo zaś dlatego, że mania wielkości zupełnie pozbawiła rozumu generalicję sowiecką, która miała opracowane plany okupowania przez ZSRR, Chin i USA, jak też dlatego, że prezydentowi Ronaldowi Reaganowi udało się za pomocą straszenia planem realizacji programu „gwiezdnych wojen” wmanewrować przywódców radzieckich do wzięcia udziału w takim wyścigu zbrojeń, który nie mógł dla tego kraju nie skończyć się totalnym załamaniem gospodarki. Tak się też stało w latach 1985-90.
Materialne i ludzkie zasoby Rosji, republik związkowych i kolonialnych krajów Europy Środkowej (Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Bułgaria) na skutek drapieżczego i szaleńczego gospodarowania doprowadzono do kompletnej ruiny. (Prawdopodobnie, gdyby 80 proc. dochodu narodowego w tzw. obozie socjalistycznym nie marnotrawiono na megalomańsko-militarystyczne plany Moskwy, poziom życia w tych krajach mało odbiegałby od tegoż w zachodniej części Europy.)
Jak się wydaje, już około roku 1975 eksperci pracujący w najwyższych eszelonach władzy sowieckiej (specjalne wydziały KC KPZR, GRU i KGB) opracowali perspektywiczną prognozę rozwoju ZSRR na najbliższy okres, z której niezbicie wynikało, że najpóźniej w końcu lat osiemdziesiątych nastąpi drastyczne załamanie się wykoślawionej gospodarki, a więc i systemu politycznego tego mocarstwa „socjalistycznego”, a faktycznie zaś komuno-faszystowskiego. Że prawa rozwoju sfery produkcji materialnej w dużym stopniu określają całokształt życia społecznego, twierdzenie to należy do abecadła nie tylko marksizmu. A że prawa te w ich realnym przebiegu da się zawsze dość precyzyjnie przewidzieć i obliczyć za pomocą ścisłych metod matematycznych, jest również truizmem.
Tak więc podczas gdy zwykłych śmiertelników w ZSRR i poza jego granicami karmiono bzdurnymi bajkami o fryumfalnym pochodzie socjalizmu, kroczącego od zwycięstwa do zwycięstwa, sami władcy Kremla doskonale zdawali sobie sprawę z tego, do jakiej przepaści zmierza ich imperium i co je czeka w najbliższej przyszłości. Chaos narastał. Zaczęli więc rozkradać i lokować w zachodnich bankach wszystko, co się da, doprowadzając przede wszystkim naród rosyjski do skrajnej nędzy i do granic katastrofy biologicznej. Jednocześnie określone skrzydło KGB,GRU, wierchuszki KPZR głowiło się nad tym, jak wyjść z nieuchronnej katastrofy z możliwie najmniejszymi ofiarami i stratami.
W elitarnych kołach wywiadu wojskowego, służby bezpieczeństwa i elity partyjnej zaczęto przebąkiwać, że próba zbudowania socjalizmu była „błędem historycznym”, który trzeba jakoś naprawić. Nie ulegało wątpliwości, że jeśli się nie podejmie natychmiastowej i zdecydowanej próby wprowadzenia głębokich zmian w systemie społeczno-politycznym, a nadal się go będzie konserwować, w końcu lat 80-tych nastąpi w obozie socjalistycznym powszechna rewolucja antykomunistyczna i antyrosyjska, a cała hierarchia sowiecko-partyjna zostanie w najbanalniejszy sposób wywieszana na słupach telegraficznych za jej zbrodnicze eksperymenty na ciele i duszy żywych narodów.
Rzecz jasna, że na Kremlu nie mogli się z taką „świetlaną” perspektywą dla siebie pogodzić. Tak zrodził się słynny plan „pierestrojki”, czyli swego rodzaju „ciosu uprzedzającego”, lub socjotechnicznego uniku, mającego na celu nie tylko wymiganie się od dziejowej odpowiedzialności komunistycznych zbrodniarzy, ale i zachowanie nadal w ich rękach władzy i majątku narodowego. Właściwie nie był to żaden szczegółowy plan, lecz tylko ogólny pomysł pchnięcia gigantycznego kraju w kierunku regulowanego zamętu. Ogłoszono więc z wysokich trybun wszem i wobec, że oto Kraj Rad przejawia szczerą i niekłamaną wolę prawdziwej demokratyzacji, że otworzył się raptem na wartości ogólnoludzkie, że odrzuca dogmaty marksizmu. To ostatnie szczególnie ucieszyło milionerów w USA, którym dotychczas spędzała sen z powiek przerażająca wizja powszechnej ekspropriacji i światowej rewolucji socjalistycznej. Wydaje się też, iż plan pierestrojki został uzgodniony z tymi siłami międzynarodowymi, które już nieco wcześniej zrezygnowały z wykorzystania ZSRR jako narzędzia do osiągnięcia panowania nad światem.
Generałowie KGB E. Szewardnadze (niedawny pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Gruzji i członek Biura Politycznego KC KPZR, a obecnie samozwańczy prezydent tego kraju), A. Jakowlew, W. Bakatin, A. Kaługin i cały szereg innych zawodowych bandytów raptem stali się „demokratami”, bez przerwy wojażowali po Zachodzie, próbowali się po ludzku uśmiechać i mówić, co nie zawsze im wychodziło, uściskali się z Bushem, Beckerem, Genscherem, Mitterandem, całowali rączki pani Thatcher, poklepywali po ramieniu „dziennikarzy” z „New York Times”, itd... Świat osłupiał z wrażenia. I dał się nabrać... Pozwolił się przekonać, że słoń może wejść do budki telefonicznej, i zagwarantował, że nie tylko nie skorzysta z okazji kryzysowego „okresu przejściowego”, by zdruzgotać upadające imperium zła, lecz nawet zaofiarował pomoc w dokonywaniu przekształceń.
Image osobiste Gorbaczowa, jako uosobienia „nowego myślenia” i „nowego kursu”, również odniosło pożądany skutek. Zewnętrzne niebezpieczeństwo ze strony Zachodu zostało zażegnane środkami dyplomatycznymi. Można więc było przystąpić do nie cierpiącego zwłoki przeprowadzenia „sterowanej eksplozji” wewnątrz ZSRR, który trząsł się i trzeszczał w posadzkach pod nieznośnym ciężarem ciągle jeszcze pracującego na trzecią wojnę światową przemysłu zbrojeniowego.
Ale wszystkim już było jasne: Rosja przegrała tę wojnę, zanim zdążyła ją rozpocząć. Runęła pod własnym ciężarem w latach 1990-1992. Skutkiem tej klęski musiały się stać – i to nieuchronnie – odrzucenie (przynajmniej czasowe) dotychczasowej ideologii i filozofii politycznej, oraz – co ważniejsze – demontaż zdruzgotanego własnym upadkiem sowieckiego systemu państwowo-politycznego. I tu trzeba przyznać, że przywódcy kremlowscy stanęli tym razem na wysokości zadania: nie tylko nie próbowali sztucznie podpierać upadającego imperium, lecz ostrożnie jeszcze popychali je w tym kierunku, robiąc wszystko, by nieunikniony upadek był względnie miękki, odbył się bez większych ekscesów. Udało im się uniknąć niszczącego wybuchu, a cały proces samodestrukcji imperium przeprowadzony został jako względnie łagodny i powolny demontaż.
Lecz nie był to zabieg łatwy do przeprowadzenia. Gdy wyniki referendum z 1990 roku zawiodły, ponieważ aż 57 proc. ogółu mieszkańców ZSRR opowiedziało się za utrzymaniem integralności tego zniszczonego wewnętrznie państwa, nadal po cichu demontowano ogólnozwiązkowe struktury władzy, obniżając w ten sposób ciśnienie wewnątrz systemu, a KGB umiejętnie zorganizowało oddolne ruchy separatystyczne i nacjonalistyczne, stawiając na ich czele swych zaufanych agentów (przykładowo: Sajudis i Czepaitis) jak też stworzyło sieć „demokratycznych”, „niezależnych”, „prywatnych” gazet, coraz to bardziej oddziaływujących na nastroje mas w pożądanym kierunku. Główne, czego się bała ta ekipa, to to, że wielomilionowe rzesze ludności, będące pod wpływem imperialnej i sowieckiej ideologii, a pojęcia nie mające o grozie położenia, „rzucą się zapamiętale do ratowania imperium” – jak pisało moskiewskie czasopismo „Ogoniok” w jednym ze swych numerów z roku 1990... Trzeba więc było upozorować istnienie niebezpiecznych ruchów prosowieckich i konserwatywnych, przeciwnych „reformom”, zwalczyć je, tworząc tym samym mit bohaterów wolności, którzy ryzykują życie walcząc z ciemnogrodem o postęp i demokrację, tak jak do niedawna budowali komunizm...
O szczególnej podłości i perfidii herosów KGB świadczy fakt, że na odegranie roli rzekomych „obrońców” reżimu sowieckiego wyznaczono grupy i warstwy ludności szczególnie okrutnie dyskryminowane, wyzyskiwane i prześladowane w ZSRR, jak np. małe narodowości, nie mające w składzie Związku Radzieckiego własnych form samorządu (Gagauzi w Mołdawii, Niemcy w Rosji, Polacy na Litwie, Osetyńcy i Abchazowie w Gruzji, Ormianie w Azerbejdżanie, itd.) Wykorzystując zarówno fakt istnienia marginalnej warstwy „twardogłowych” w aparacie partyjnym, którzy nie mogli czy nie chcieli zrozumieć, jakie profity da im pieriestrojka, i występowali nadal uparcie w obronie „socjalizmu”; jak też fakt zupełnie innego rzędu, a mianowicie, że w tym czasie w obronie własnych słusznych praw wystąpiły „małe narody” ZSRR, KGB w swej agenturalnej „demokratycznej” prasie zaczęło identyfikować te absolutnie nic wspólnego ze sobą nie mające zjawiska. W ten sposób narzucono opinii publicznej w Polsce i na Zachodzie m. in. mit o „skomunizowanych Polakach w ZSRR”, usilnie rozpowszechniany przez antypolskie pisma w Kraju za pośrednictwem prasowych agentów KGB i GRU w Polsce. Czyż to nie szczyt cynizmu: ogłaszać za „komunistów” tych, których przez ponad półwiecze komuniści nieludzko maltretowali, tych, którzy świadomie w ogromnej swej większości obrali los wewnętrznych wygnańców na okupowanej ziemi ojców, byle tylko nie mieć nic wspólnego z podłym importowanym ustrojem? Jednocześnie ogłaszając za szermierzy demokracji i postępu zbrodniczą rasę bolszewickich bandytów i złodziei, kontrolujących niepodzielnie prasę, władzę polityczną i gospodarczą, całokształt życia społecznego zarzynanych żywcem narodów Polski, Rosji, Litwy, itd.
Do tegoż arsenału środków należy zaszeregować żałosną farsę w Moskwie z sierpnia 1991 roku, zwaną pompatycznie „puczem”, czy nikczemne zaszlachtowanie w tymże 1991 r. kilku celników litewskich na granicy litewsko-białoruskiej, szereg innych brudnych czynów KGB...
W sumie na dzień dzisiejszy sytuacja się staje bardziej przejrzysta i pozwala na wyciągnięcie właściwych wniosków. Imperium sowieckie zostało uratowane w swej tkance biologicznej, materialno-technicznej i duchowej. Co prawda nie ma na razie, po niedawnym zlikwidowaniu nieskutecznej formy „socjalistycznej”, pretekstu do ekspansji, ale to tylko kwestia czasu. Cała kadra KPZR, KGB, MSW, GRU itd. itp., system orientacji aksjologicznych, psychologia, metody myślenia i działania – wszystko to zostało zachowane. Co więcej, ideologicznie przemalowani funkcjonariusze tych budzących jeszcze wczoraj zgrozę organizacji, szczególnie ich grup przywódczych, chodzą w glorii „bojowników o wolność i demokrację”, mają pełnię władzy, wszelkie bogactwa, nieograniczoną kontrolę nad środkami masowego przekazu... Anihilacja imperium zła się nie odbyła... Jego dziedziczne warstwy rządzące są stawiane w prasie światowej za wzorzec demokracji i są bliskie tego, że Zachód im nie tylko sprzeda, lecz – powiedzmy, parafrazując Lenina – podaruje stryczek, na którym one tenże Zachód powieszą...
Nowe wraca... Nikt w byłym ZSRR nie uświadczy dziś bezrobotnego funkcjonariusza bezpieki czy kompartii. Natomiast bardzo nierzadko – i coraz częściej – poniewierani, jak za czasów komunistycznych, są właśnie ci, kogo wówczas szykanowano i szczuto za domniemany czy rzeczywisty antysowietyzm, brak prawomyślności politycznej, nonkonformizm ideowy. W społecznościach niby to posowieckich razi skądinąd aż nadto dobrze znany zaduch kłamstwa, politycznego szachrajstwa, schematyzmu myślowego, pełny brak sumienia i przyzwoitości w życiu publicznym, dominacja perfidii i cynizmu w radiu, prasie, telewizji.
Nic w tym bodaj dziwnego, to przecież ci sami bolszewiccy uzurpatorzy stali się z dnia na dzień z klasy (bardzo źle) kierującej środkami produkcji klasą je posiadającą. Czy był to naprawdę aż tak radykalny i pozytywny przewrót społeczny, by jego przywódcy nadać Pokojową Nagrodę Nobla? Retoryczne pytanie... Demontaż komuny okazał się w zasadzie li tylko przysłowiowym „przemeblowaniem w piekle”. Górą są nadal wczorajsi czerwoni feudałowie. Na Litwie wrócili do władzy nawet w majestacie prawa, na mocy wyników wolnych wyborów. Nigdy zresztą tak naprawdę oni tej władzy nie tracili, a dla co przenikliwszego obserwatora gabinetowe rozgrywki między komunistycznym profesorem estetyki marksistowskiej Landsbergiem, a komunistycznym doktorem ekonomii Brazauskasem nigdy nie były czym innym, niż w istocie swej były – walką między lewą a prawą ręką. Cóż za niepowtarzalnej farsy jest się widzem!
Członkowie komitetów centralnych kompartii publicznie rzucają klątwy na „reakcyjną partokrację”, oficerowie i konfidenci bezpieki „demaskują” swe wczorajsze ofiary, donosiciele redagują „niezależne” pisma, itd.
Oczywiście, byłoby wyrazem zarozumialstwa intelektualnego próbować sprowadzać do jakiegoś jednego czynnika tak gigantyczny kataklizm społeczny, jak samodestrukcja ogromnego supermocarstwa. Proces ten zdeterminowały, rozpoczęły i nadal napędzają siły i czynniki bardzo różne, jawne i ukryte. Jest to proces skomplikowany, którego przyczyny, a tym bardziej skutki, są na razie trudne do precyzyjnego określenia. Faktem jest jednak, że destrukcja szła z góry, że na dole społecznym nie było żadnego ruchu, żadnej liczącej się siły, która by istnieniu imperium sowieckiego zagrażała.
Elita komunistyczna przez kilka dziesięcioleci obłędnie ględziła o ofiarności w służbie narodu, o wzniosłych ideałach humanistycznych i moralnych, a jednocześnie bezwstydnie okradała ludzi pracy, zakładała prywatne konta bankowe w Szwajcarii, w odgrodzonych od „ludu” nomenklaturowych willach prowadziła daleką od ascetyzmu „dolce vita”. Aż wreszcie znudziły się jej własne kłamstwa, w które już nikt nie wierzył, i poczuła się tak mocna, że uznała, iż nie musi kogokolwiek się bać i wstydzić...
Postanowiła zalegalizować to co nakradła w ciągu dziesięcioleci. Tak zrodziła się pieriestrojka, w którą zresztą, podobnie jak wcześniej w ideały socjalistycznej „sprawiedliwości społecznej” uwierzyło naiwnie niemało uczciwych ludzi. Lecz na zmianę jednemu oszustwu przyszło kolejne.
Ciekawe, iż w okresie początkowym pieriestrojki jako pierwsi przemalowali się z komunistów na „demokratów” nie względnie ideowe doły partyjne, lecz najbardziej zdemoralizowani złodzieje z wysokich komitetów partyjnych i konfidenci KGB, którym dość wcześnie Kreml dał do zrozumienia, jak zmiana sztandarów została zaplanowana. Te też partyjne męty „sprywatyzowały” do własnej kieszeni ogromny majątek po rozmaitych organizacjach, instytucjach, urzędach, itd. Zostawiając „z nosem” tych, którzy okradali przez poprzednie dziesięciolecia. Dziś zaś, po okresie ostrożnej mimikry, ta mafia poczyna sobie coraz bezczelniej także w życiu publicznym.
Algirdas Endriukaitis, publicysta litewski znany ze swych nonkonformistycznych artykułów, pisze w jednym z numerów gazety „Lietuvos Aidas” z 1993: „Bezpieka sowiecka działa w sposób wyrafinowany... zadbała nie tylko o to, by żaden z jej funkcjonariuszy nie został ukarany za bezeceństwa tej organizacji, lecz także o to, by wszyscy oni, razem z funkcjonariuszami partii i konfidentami, stali się pionierami prywatyzacji, stanęli na czele nowo powstałych organizacji, fundacji, redakcji, firm. By nadal czuli się panami sytuacji i właścicielami kraju.”
Oburzenie moralne wywołał na Litwie m.in. fakt, że podczas jednego z procesów sądowych oficer bezpieki Saugumy (spadkobierczyni KGB), niejaki A. Baumilas, publicznie przed kamerami telewizyjnymi zarzucał znanej działaczce opozycyjno-patriotycznej, dysydentce i obrończyni praw człowieka w Litwie komunistycznej, więźniarce sowieckich obozów koncentracyjnych Nijole Sadunaite, że „pracowała na KGB” i jako „dowód” przytaczał protokoły z przymusowych przesłuchań tej pani, gdy była prześladowana przez reżim sowiecki. Oto metody odżywającej po chwilowym zasłabnięciu hydry komunofaszyzmu!...
A. Endriukaitis też odnotowuje: „To kpina z praworządności, jeśli sąd nie widzi, że ofiara jest zmuszana do usprawiedliwiania się przed oprawcą. Ten pracownik bezpieki przesłuchiwał nieletnich, szantażował, groził, zastraszał... Któż słyszał, by w takich np. Niemczech jakiś gestapowiec ciągał swą ofiarę po sądach?” Słusznie! Mamy i my na swoim polsko-wileńskim poletku kilka przykładów, gdy wczorajsi i to nader zaufani, konfidenci sowieckiej bezpieki i etatowi pracownicy Komitetu Centralnego Kompartii Litwy paradują w szatach „obrońców polskości”, „liderów ludności polskiej”, „demokratów”. Ludzie ci z właściwym sobie bezwstydem i aplombem także dziś donoszą na swych co bardziej uczciwych i odważnych rodaków (zarówno w poufnych rozmowach w rozmaitych warszawskich i wileńskich gabinetach, jak i na łamach różowych pism); o ile jednak wczoraj zarzucali „antysowietyzm” i „antykomunizm”, to dziś – „ekstremizm”, „antylitewskość”, „skomunizowanie”. Czynią to brutalnie, nie oglądając się na fakty, cwanie i bezwzględnie, licząc na niedoinformowanie i konformizm moralny swych słuchaczy. Mają wielu sojuszników także w Polsce, szczególnie w środowiskach od dawna powiązanych z bezpieką sowiecką i międzynarodową mafią internacjonalistycznych beznarodowców. Korzystają też ze zmasowanego wsparcia propagandowego prasowych skunksów z „Gazety Wyborczej” i innych pism antypolskich.
Całe to środowisko „ponadnarodowe”, złożone z synalków katów z NKWD, zżerane jest przez moralną wszawicę, zachłystuje się własnymi kłamstwami i rozkradaniem bogactw narodów Europy Środkowej i Wschodniej, szamocących się w pokomunistycznej matni.
Tylko ludzie krótkowzroczni politycznie nie zauważają, jak ogromne potencjalne niebezpieczeństwo dla zdrowych politycznych stosunków międzynarodowych i dla pokoju światowego stanowi ta formacja duchowo-organizacyjna.
Dr Jan Ciechanowicz
Wilno, Litwa

* * *

Kurier Wileński” donosi z Litwy
Dziennik społeczno-polityczny Sejmu i Rządu Republiki Litewskiej „Kurier Wileński” w marcu 1993 informował:

Podarowane samoloty przyleciały
2 marca o godz. 17 na Lotnisku Wileńskim wylądowały dwa samoloty transportowe L-410, będące darem Ministerstwa Obrony Niemiec dla Ministerstwa Obrony Kraju Litwy. Jak widać, Niemcy nie rzucają słów na wiatr, gdyż o tym darze mówiono podczas niedawnej wizyty wojskowej delegacji znad Renu nad Niemnem.

Dary z Niemiec...
Niemcy przekazały w darze Litwie 200 wojskowych samochodów terenowych, wojskową odzież zimową, dwa lekkie samoloty transportowe i 4 kutry straży granicznej. Sekretarz stanu parlamentu RFN Bernd Wiltz stwierdził, że Niemcy również nadal zamierzają współpracować z krajami bałtyckimi w dziedzinie wojskowości. Oficerom i podoficerom litewskim proponuje się naukę w niemieckich szkołach wojskowych różnego szczebla.

Kosztowni ambasadorowie
Nie jest tajemnicą, że utrzymanie ambasad Litwy za granicą kosztuje. A potwierdzeniem tego – zatwierdzone ostatnio normatywy typowych wydatków na rok 1993. Zgodnie z nimi każdy z ambasadorów otrzyma miesięcznie (o, la-la!) 1900 dolarów amerykańskich, a stróż 520 dolarów. Zatwierdzono też minimum utrzymania, różnicując je według kraju, gdzie te placówki się mieszczą.

Gdzie „kałasznikowy”?
Dokonana ostatnio rewizja w arsenale Ministerstwa Ochrony Kraju wykazała, że brakuje tam 6 pistoletów maszynowych typu Kałasznikowa. Prokuratura Generalna RL wszczęła w tej sprawie postępowanie karne.

Zakończone śledztwo
Przed rokiem w Bujwidziszkach w rejonie wileńskim znaleziono zwłoki W. Kasperowicza pozbawione głowy. Po kilku dniach w Wilnie w pobliżu szkoły średniej nr 13 znaleziono zastrzelonego E. Azaronka. O dokonanie tych zabójstw oskarżony jest G. Butkus. W sprawie tej w stan oskarżenia postawiono jeszcze cztery osoby, które nie zawiadomiły o przestępstwie i ukrywały go. Tę sprawę przekazano do rozpatrzenia Sądowi Najwyższemu RL.

* * *

Pismo młodzieży katolickiej i patriotycznej „Bastion” (Białystok) nr 3 (czerwiec–sierpień) 1993:

Z Wilna
Dary z Niemiec...
Niemcy przekazały w darze Litwie 200 wojskowych samochodów terenowych, wojskową odzież zimową, dwa lekkie samoloty transportowe i 4 kutry straży granicznej. Sekretarz stanu parlamentu RFN Bernd Wiltz stwierdził, że Niemcy również nadal zamierzają współpracować z krajami bałtyckimi w dziedzinie wojskowości. Oficerom i podoficerom litewskim proponuje się naukę w niemieckich szkołach wojskowych różnego szczebla.

Gdzie kałasznikowy?
Dokonana ostatnio rewizja w arsenale ministerstwa Ochrony Kraju wykazała, że brakuje tam 6 pistoletów maszynowych typu Kałasznikowa. Prokuratura Generalna RL wszczęła w tej sprawie postępowanie karne.

W sprawie W. Baranowskiego
8 marca w Sądzie Najwyższym Litwy rozpoczęła się sprawa członków policji kryminalnej MSW Litwy oskarżonych o zamordowanie mieszkańca Landwarowa W. Baranowskiego. W swoim czasie prasa donosiła o tym zamordowaniu Polaka przez policjantów litewskich, podobnie jak o innych tego rodzaju wypadkach. W paru przypadkach sąd, jak widzimy, nad mordercami się odbędzie. Inna rzecz, czy zostanie wymierzona odpowiednia kara, o czym napiszemy później. Czekamy wszelako na wiadomości o śledztwie w sprawie powieszenia 19-letniej Polki Lusi Dobrodziej przez żołnierzy batalionu Żelazny Wilk w jednej ze wsi podwileńskich. Jak na razie władze Litwy próbują ową zbrodnię zatuszować. Opinia międzynarodowa jednak uważnie śledzi tę sprawę.

Gdy brak instrukcji
Lekarki z Szyrwint przepisały siedmiu kobietom w ciąży nadesłane dla „Caritasu” leki „Flukiwer”, które nie miały żadnej instrukcji. Okazało się, że były to leki dla bydła. Na szczęście tylko cztery kobiety zażyły leku. Lekarzom wytoczono sprawę karną...

Ambasada USA na Litwie
wykupuje za 1.1 mln dolarów gmach przy ul. Akmenu 6, gdzie do niedawna mieściło się Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy. Przed wojną zbudowano ten gmach ze składek społecznych jako składnicę Drużyny Harcerstwa Wileńskiego. Polskie organizacje w Wilnie wyraziły zdecydowany protest przeciwko tej nieprawnej transakcji, domagając się zwrócenia gmachu społeczności polskiej. Dobrze by się stało, gdyby rząd USA, który się nie sprzeciwił w swoim czasie okupacji Polski Wschodniej, po wykupieniu harcerskiej składnicy przekazał ją następnie wileńskim Polakom.

Przecięli sobie żyły
W głównym komisariacie policji Kowna 22 (z 25) więźniów przecięło sobie żyły na znak protestu z powodu okropnych warunków, w jakich ich trzymano. Jeden z więźniów wyznał, iż rzeczywistą przyczyną był strach przed odwiezieniem ich na dalsze badania do Wilna.

* * *

Nasza Gazeta”, 2 listopada 1993:

„Czy żołnierze litewscy staną przed sądem?
Wszyscy pamiętają o pogromie młodzieży w Jaszunach przez żołnierzy wojska litewskiego. Według słów prokuratora naczelnego rejonu solecznickiego W. Wojciechowskiego sprawa ta została zakończona i przekazana do Sądu Najwyższego. Od tamtych wydarzeń minął już prawie rok, sprawa się przeciąga...
Aż tu przed prokuraturą w Solecznikach stanęła nowa, jak powiedział prokurator, „delikatna sprawa”. Dowódcy oddziałów wojskowych, stacjonujących w Rudnikach, zgwałcili dziewczynę. Czyn karygodny i niegodny munduru. Jak się okazało później, nie jest to wypadek pojedynczy, z naszych rozmów z ludźmi zaczął się wyłaniać ogólny obraz braku dyscypliny i rozpasania żołnierzy z jednostek wojskowych w Rudnikach.
Ale wszystko po kolei. Artykuł niniejszy opieram na autentycznych wypowiedziach moich rozmówców.
Poszkodowana J.M. 18 lat, sierota, wychowywała się u najstarszej siostry. W rodzinie ogółem było sześcioro rodzeństwa. Pracuje w tartaku. Ciąga kłody.

Jak to było?
Z relacji J.M.: Poszła w sobotę 16 października na dyskotekę. Tańczyła. Około godziny 0.50 wyszła z koleżanką za Dom Kultury. Zauważyły, że z jednej strony idą dwaj chłopcy, z drugiej stało dużo nieznajomych ludzi. Bały się. Postanowiły pójść w inną stronę. Jeden z tych dwóch nagle podbiegł, chwycił głowę J.M. pod bok i pociągnął za sobą. Drugi podszedł do koleżanki, tamta odepchnęła go, wyrwała się i uciekła. Drugi napastnik dołączył do pierwszego, pociągnęli dziewczynę razem. Byli pijani. Trzymali dłoń na twarzy zamykając jej usta. Zdążyła krzyknąć do koleżanki, żeby tamta zawołała swoich chłopców. Jeden z nich zaciskał usta i powtarzał po rosyjsku: „Nie wrzeszcz, nie wrzeszcz”. Minęli pole i doszli do cmentarza. Zapytała, dokąd ją prowadzą. Odpowiedzieli, że zakopać na cmentarzu. Przeraziła się. Próbowała uciec się do podstępu, ale ci nie odpuszczali ją ani na krok. Grozili, że zabiją, jeżeli spróbuje uciekać. Przyszli do koszar, kazali żołnierzowi zamknąć wrota. Weszli do pokoju. Dyżurnemu rozkazali przynieść radio. Nastawili na cały głos. Jeden z nich zażądał, aby go całowała, a drugi gwałcił. Zmieniali się cztery razy. Wybłagała jednego, ażeby zezwolił wyjść na podwórko. Ten się zgodził i powiedział po litewsku do kolegi: „Biorę ją do siebie, ty zaś przyjdziesz do mnie później”. Wyszli z pokoju. Zabrał ją do innych koszar obok. Znów w pokoju pojawiło się radio, chciał ją zmusić do palenia. Odmówiła. Powiedział, że idzie do ubikacji. Nie uwierzyła. Bała się, że sprowadzi kolegów i znów zaczną znęcać się. Odparł, że nie było to wcale znęcanie się, gdyby zaczęli znęcać się, to dopiero byłoby źle. Naprawdę poszedł do kibla. Przeszła powoli po korytarzu i biegiem przez las do domu.
Szukano już je. Koleżanka B.Z., z którą była poszła szukać ją z inną dziewczyną. Tamta dopiero zawiadomiła dyrektorkę klubu, że żołnierze uprowadzili J.M. i ta dotychczas nie wróciła. Dyrektorka odnalazła koleżankę, która wszystko opowiedziała. Później podczas przesłuchania zmieniła zeznania.
Dyrektorka około 1.00 zadzwoniła do policji w Solecznikach. Kazano czekać. Czekała do 2.30. Znów zatelefonowała. Powiedziano jej, że już późno i nie mają czym jechać.
Dziewczyna sama się odnalazła. Drżąca, na czerwonej twarzy białe odciski palców. Nie mogła wykrztusić ani słowa.
Dyrektorka DK przyszła do niej rano. Dziewczyna płakała, bała się cokolwiek mówić, wreszcie zaczęła opowiadać, jak to było strasznie. „Naprawdę było strasznie. Sama płakałam razem z nią” – mówiła dyrektorka. Dziewczyna pokazała jej posieczone kolana – bito ją jakąś anteną czy drutem, czymś takim ostrym po nogach, żeby szła z nimi i nie opierała się. W koszarach jeszcze grożono, że jeżeli będzie krzyczeć i opierać się, to sprowadzą jeszcze 125 osób i wszyscy przejdą przez nią.
Rano zadzwonili z policji, zapytano, co z dziewczyną. „Mówią, że znalazła się, ale zgwałcono ją”. – „A to dobrze, wysyłamy policję” – usłyszała w odpowiedzi dyrektorka. Przyjechał dzielnicowy, spisał protokół.
W niedzielę 17 października wieczorem do domu J.M. przyjechali trzej koledzy gwałcicieli. Według słów siostry zgwałconej dziewczyny G.M.: „Mówili, zabierzcie podanie i pisali na ziemi: jeden, pięć i dwa zera i jeszcze jakąś liczbę, procent, czy co... Do domu ich nie wpuścili, na ulicy rozmawiali, nie zrozumiesz, czego przyszli. Prosili, zabierzcie podanie, a wszystko pozostałe załatwimy sami”.
Według słów poszkodowanej J.M.: „Przychodzili ci koledzy, prosili: „Jadwiga prosti, żałko Dariusa, on pierwyj raz oszibsia” – ja mówię, niech za błąd odpowie, bo przecież wiedział, co robi. Potem oni wymyślili, że mnie pieniądze były potrzebne. Proponowali te pieniądze, mówili, że to będzie niemała suma, żeby wzięła od każdego. Powiedziałam, że nie są mi potrzebne i nie sprzedaję się”.
Siostra G.M. „Zaczęli walić na nią, że potrzebowała pieniędzy”. Po co nam te pieniądze? Całe życie biedne, jakoś przeżyjemy, byle spokojnie i szczęśliwie”...
Dyrektorka Domu Kultury: „Że ona biedna to biedna, rodziców nie ma, ubiera się jak może, stara się, zarabia, drugi raz na chleb może nie ma tej kopiejki, pojedzie na rynek ubierze się jak może. A teraz jeszcze powiedzieli, że ona nago spacerowała po kazarmie. Co chcą, to mówią i czemuś to im wierzą”.
Dziwnym się może wydać przekazanie tej delikatnej sprawy w ręce młodej, niedoświadczonej Ł. Niemczenko. Jeszcze dziwniejszym wydaje się nagła zmiana toku śledztwa, podczas którego nagle zaczęto oskarżać nie gwałcicieli, a samą ofiarę. Chodzą słuchy po ludziach, że pani śledczej proponowano łapówkę w wysokości 3 tys. dolarów. Zapytałam ją o to wprost, ale ta odmówiła mi udzielenia w ogóle informacji, powołując się na instrukcje z Prokuratury Generalnej. Zresztą sprawę przekazano już w ręce młodego prawnika M. Gierasimowicza. Miejmy nadzieję, że przeprowadzone zostanie obiektywne dochodzenie i winni zostaną wreszcie ukarani.

Strach
W Rudnikach ludzi ogarnęła psychoza strachu. Krąży tu jeszcze widmo powieszonej rok temu w lesie na żołnierskim pasie dziewczyny. Wracała od koleżanki z urodzin. W tym roku Lusia Dobrodziej ukończyłaby 21 lat. Ludzie mówią, że zdjęto ją z drzewa i pasek żołnierski zmieniono na zwyczajny, jej własny. W ekspertyzie zaś napisano, że miała w tym dniu menstruację, a dziewczyny w tym okresie miewają odchylenia psychiczne. Absurd. Sprawę w ten sposób zatuszowano.
Ludzie się boją panicznie. Boi się siostra zgwałconej dziewczyny, „strasznie żyć teraz, może trzeba było zostawić to wszystko”, boi się sama J.M., która odmówiła wziąć pieniądze i której zagrożono „pieniaj na siebia, żiwiom zakopajem”, boi się dyrektorka Domu Kultury, która zaalarmowała policję i bez której „wsio byłoby normalnie”. Dyrektorka zdaje sobie sprawę, że bez niej J.M. nigdy by się do gwałtu nie przyznała. Boi się koleżanka J.M., która w toku śledztwa zmieniła zeznania. Boją się ludzie we wsi: „Idą, rozmawiają ze sobą po litewsku i patrzą jak zwierze. Boją się, wszyscy się boją”. Mają powody. Opowiada dyrektorka Domu Kultury: „Przychodzą w piątki i soboty na dyskoteki. Biorą 5 biletów na 30 osób. Przekazują bilety innym i pokazują te same. To jeszcze nic. Jeden z nich rzucił „wzrywpakiet” na środek sali. Dziewczynka opaliła nogi, spaliły się rajstopy. Przyjeżdżają autobusem, piją i dopiero wtedy wchodzą do klubu. Wciągają dziewczęta do autobusu. Dobrze jeśli w pobliżu znajdą się dorośli, raz przegrodzono drogę samochodem i sama wyciągnęłam z autobusu własną krewniaczkę. Innym razem chcieli wciągnąć nawet mnie, ale ktoś zawyrokował, że za stara. W klubie krzyczą, gwiżdżą, obrażają. Boimy się. Jedną dziewczynkę wyciągnęli z domu przez okno. Dziewczynkom dawali jakieś pigułki, zastrzyki, po których te niczego nie pamiętały”.
Ludzie mówią, że nigdy czegoś takiego nie widzieli. Jak stacjonowały wojska rosyjskie, to było zupełnie inaczej. Była dyscyplina. Nie było takiego rozpasania.
W końcu naszej wyprawy wpadamy z panią Czesią do jeszcze jednego domu. Mieszka tu dziewczyna L.P., o której wiemy tyle, że zaciągnięto ją z domu do autobusu podczas nocnych eskapad żołnierzy. Zupełne dziecko. Matka opowiedziała, że podczas jej nieobecności żołnierze podjechali autobusem. Wdarli się przez okna. W domu były tylko dziewczyny. 12-letniej poszczęściło się, 15-letniej nie oszczędzili. Duszono ją i straszono. Podanie o zgwałceniu zostało napisane i skierowane do prokuratury.

Horror
Rozpacz ogarnia słuchając opowieści o dzikich wyczynach bydlaków w mundurach i widząc bezsilność ludzi żyjących w zgrozie i strachu, które są potęgowane przez świadomość tego, że wyczyny żołnierzy uchodzą im bezkarnie. Że nie wspomnę jeszcze o takich wstydliwych faktach jak skandal w autobusie relacji Wilno – Rudniki, w którym 25 października jechali dwaj pijani żołnierze, z których jeden w miejscu obsiusiał się i, przepraszam, obrzygał. Drugi próbował wszczynać awanturę z kierowcą; że nie wspomnę, iż wieczorem kobiety boją się same chodzić, bo nie wiadomo gdzie wilk, przepraszam żołnierz czyha. W porównaniu z powyższym żołnierz siedzący w autobusie na krześle dla dzieci i inwalidów wydaje się błahostką. Może siedział tam z racji swego inwalidztwa moralnego.
Zwróciłam się do posła Z. Siemienowicza z prośbą o skomentowanie zaistniałej sytuacji:
– W swoim czasie podczas programu w Jaszunach jeden z żołnierzy powiedział, że są to kwiatuszki, owoce jeszcze będą. Nikt z władz nie reaguje na bezprawne działania żołnierzy, a nawet dowódców. Nasuwają się myśli ponure: czy ktoś mi udowodni, że nie dzieje się to za aprobatą władz. Wiele antypolsko nastrojonych organizacji twierdzi o rzekomym prześladowaniu Litwinów, ale nie widzi drastycznych przypadków prześladowania Polaków. Chciałoby się, żeby wreszcie władze udowodniły, że potrafią utrzymać porządek i sprawiedliwość. Czekamy na to już ponad rok, jak na razie bez skutków. Były minister ochrony kraju A.Butkewićius był wielokrotnie proszony o pojechanie do jednostek wojskowych i miejsca wypadków. Nie raczył przybyć mimo wielokrotnych obietnic. Czy nie są to przypadkiem prowokacyjne działania mogące spowodować, że ludność nie wytrzyma i w obronie gwałconej córki czy bitego syna stanie z bronią w ręku. Wojsko potrzebne jest by bronić od wroga. Niestety żołnierze z naszego wojska są raczej podobni do zdziczałych zbójów z hordy Czyngis-chana.
Anna Wasiukiewicz

* * *

W październiku 1993 roku założyłem przy Fundacji Kultury Polskiej na Litwie „gruby” periodyk „W Kręgu Kultury”, w pierwszym numerze którego pisałem w słowie wstępnym:
Szanowny Czytelniku! Składamy na Twe ręce pierwszy – i mamy nadzieję, że nie ostatni – numer nowego pisma polskiego w Wilnie pt. „W kręgu kultury”. Wydawcą tego kwartalnika jest Fundacja Kultury Polskiej na Litwie im. Józefa Montwiłła.
W słowie wstępnym zazwyczaj redakcja nowo powstającego wydania wskazuje na tradycje, których kontynuatorką zamierza zostać, i próbuje usprawiedliwić sam fakt swego zaistnienia. Nie będziemy czynić ani pierwszego, ani drugiego. Z jednej bowiem strony nie pretendujemy do miana kontynuatorów tych czy innych tradycji wileńskich, żyjemy bowiem w zupełnie innych czasach i okolicznościach niż te, w których one kształtowały się i funkcjonowały, a to wymaga nieszablonowych rozwiązań, nietradycyjnych podejść, nowych perspektyw widzenia teraźniejszości i przyszłości. Inna rzecz, że i tak, niezależnie od naszych intencji, nigdzie chyba nie uciekniemy od wielkiej kulturowej tradycji Wilna, której nie potrafiły zniszczyć dziesięciolecia obcego panowania, która wciąż pozostaje żywa.
Zamiarem naszym jest – z drugiej strony – wydawanie „grubego” pisma, poświęconego fundamentalnym zagadnieniom kulturologii, historii nauki, oświaty, filozofii, literatury, stale przybliżającego swym czytelnikom szczytowe osiągnięcia współczesnej humanistyki polskiej i światowej, jak również umożliwiającego publikację tekstów pisanych dziś i tu przez młodych i nie bardzo, naukowców i literatów. Chcemy w ten sposób wypełnić dotkliwą lukę w naszym edytorstwie, ograniczonym dotychczas do kilku pism o treści raczej „lekkiej”, które z istoty swej nie mogą publikować tekstów objętościowo większych, zawartości naukowej, artystycznej lub filozoficznej. Nie jesteśmy i nie chcemy być pismem masowym, naszym adresatem jest wyłącznie czytelnik o wyrobionym poziomie zainteresowań intelektualnych. Do współpracy zapraszamy nie tylko autorów z Litwy, ale też z Polski i innych krajów.
Będziemy zamieszczać teksty pisane w języku polskim, jak też po litewsku, białorusku, angielsku, niemiecku i rosyjsku. Redakcja przyjmuje do wglądu wyłącznie maszynopisy dobrej jakości; rękopisy nie zamówione zwracane drogą pocztową nie będą.
Redakcja”.

W sumie wydaliśmy dziesięć tomików naszego pisma, nie otrzymując z Polski czy z Litwy ani grosza dotacji.



1994



15 lipca 1994 roku ZG ZPL wystosował list otwarty do władz Republiki Litewskiej:

Prezydent Republiki Litewskiej
Pan Algirdas Brazauskas
Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
Pan Lech Wałęsa
Premier Republiki Litewskiej
Pan Adolfas Šleževičius
Premier Rzeczypospolitej Polskiej
Pan Waldemar Pawlak

26 kwietnia br. prezydenci Litwy i Polski złożyli swe podpisy pod długo oczekiwanym Traktatem o Przyjaźni i Dobrosąsiedzkiej Współpracy, który nie tylko uregulował stosunki międzypaństwowe, lecz również zagwarantował pewne prawa dla mniejszości narodowych.
Jednakże podpisanie Traktatu w żadnym stopniu nie wpłynęło na polepszenie sytuacji polskiej mniejszości narodowej na Litwie, a odwrotnie jest ona ustawicznie nękana niekorzystnymi i niekonsultowanymi decyzjami, natomiast wystąpienia w obronie należnych praw są bezpodstawnie przedstawiane opinii publicznej jako chęć zaognienia stosunków litewsko-polskich.
Zarząd Główny Związku Polaków na Litwie z żalem stwierdza, że w ostatnim tygodniu przedwakacyjnej pracy Sejmu w przyśpieszonym trybie są przyjmowane dwie Ustawy, które są sprzeczne z założeniami Traktatu, a które w decydującej mierze będą stanowić o przyszłości Polaków na Litwie.
1. Komisja powołana przez Prezydenta pod przewodnictwem wicemarszałka Sejmu Pana J. Bernatonisa 11 lipca wystąpiła z wnioskiem popartym przez Sejm o przyłączeniu rejonu wileńskiego wbrew woli mieszkańców do Wilna. Co:
a) zmieni skład narodowościowy tego rejonu (m. Wilno – 600 tys. mieszkańców, w tym Litwini – 51 proc., czyli 306 tys., Polacy – 18 proc., czyli 110 tys., rejon wileński – 100 tys. mieszkańców, w tym Litwini – 20 proc., czyli 20 tys., Polacy – 64 proc. mieszkańców, czyli 64 tys.
b) mieszkańcy utracą prawo do odzyskania własności na ziemię.
2. 14 lipca rządząca partia DPPL ponownie wystąpiła z wnioskiem o wyeliminowanie z wyborów samorządowych organizacji społecznych, w tym – mniejszości narodowych.
Obie te propozycje, mające w najbliższym czasie przyjąć postać Ustaw, przygotowane były w tajemnicy przed tymi, o czyich losach mają decydować, są wyraźnie wymierzone w środowisko polskie, ponieważ zakładają likwidację jego samorządności i służą rozproszeniu.
W związku z powyższym Zarząd Główny Związku Polaków na Litwie nalega na natychmiastowych konsultacjach, w celu zaprzestania systematycznego trzymania w napięciu środowiska polskiego na Litwie i nieprzyjmowania Ustaw, sprzecznych z literą i duchem Traktatu litewsko-polskiego.
Zarząd Główny Związku Polaków na Litwie
15 lipca 1994 r.

* * *

19 lipca 1994 roku „Kurier Wileński” opublikował:

List ZPL do prezydentów i premierów RL i RP
Związek Polaków na Litwie wystosował list do prezydentów i premierów Litwy i Polski, w którym domaga się „natychmiastowych konsultacji w celu zaprzestania systematycznego trzymania w napięciu środowiska polskiego na Litwie i nieprzyjmowania ustaw, sprzecznych z literą i duchem traktatu litewsko-polskiego”.
W liście mówi się, że podpisanie traktatu nie wpłynęło na poprawę sytuacji mniejszości polskiej na Litwie, wręcz przeciwnie – „jest ona ustawicznie nękana niekorzystnymi i nie konsultowanymi decyzjami, wystąpienia zaś w obronie należnych jej praw są bezpodstawnie przedstawiane opinii publicznej jako chęć zaognienia stosunków litewsko-polskich”.
ZPL pisze, że w ostatnim tygodniu przedwakacyjnej pracy Sejm litewski zamierza w przyspieszonym trybie przyjąć ustawy „sprzeczne z założeniami traktatu, które w decydującej mierze będą stanowić o przyszłości Polaków na Litwie”.
Chodzi przede wszystkim o ustawę dotyczącą przyłączenia rejonu wileńskiego do miasta Wilna, „co zmieni skład narodowościowy rejonu” oraz pozbawi mieszkańców prawa do odzyskania ziemi. W liczącym 600 tys. mieszkańców Wilnie mieszka bowiem 51 proc. Litwinów (306 tys.) i 18 proc. Polaków (110 tys.), zaś w liczącym 100 tys. rejonie wileńskim Litwini stanowią 20 proc. (20 tys.), natomiast Polacy 64 proc. (64 tys.).
Ponadto już po przyjęciu przez Sejm prezydenckich poprawek do ordynacji wyborczej do samorządów, dzięki którym prawo udziału w wyborach uzyskały także organizacje społeczne (a więc i ZPL), rządząca Litewska Demokratyczna Partia Pracy ponownie wystąpiła z wnioskiem o wyeliminowanie z wyborów samorządowych organizacji społecznych.
Zdaniem Zarządu Głównego ZPL, oba te wnioski są wyraźnie wymierzone w środowisko polskie, ponieważ zakładają likwidację jego samorządności i służą rozproszeniu.”

* * *

Nasza Gazeta” w numerze 29 (19-25 lipca 1994 r.) zamieściła dwa wymowne materiały o sytuacji Polaków na Litwie:

O czym szumi Czarny Bór?
Historia ze szkołą w Czarnym Borze jest wszystkim naszym Czytelnikom doskonale znana. Z jednej strony – awaryjny stan starego budynku szkoły nr 2, gdzie uczniowie prawdopodobnie nie będą mogli się uczyć od 1 września. Z drugiej – nie wykorzystane zabudowania (byłe koszary wojskowe) w znajdujących się obok Wołczunach, które po opuszczeniu przez wojska rosyjskie stoją nie użytkowane od września ub. roku (a więc już prawie rok). Sprawa nagli, gdyż do rozpoczęcia roku szkolnego zostały liczone tygodnie. Niedawno miało miejsce zebranie rodzicielskie w szkole nr 2, dokąd zaproszono oświatowe i samorządowe władze rejonu. 5 lipca odbyła się natomiast narada w samorządzie rejonu wileńskiego, na której byli obecni niżej podpisany jako przedstawiciel Komitetu Oświaty Sejmu RL, pracownicy ministerstwa oświaty Tuleikis i Kuodyte, pracownik Departamentu Problemów Regionalnych Cz. Mickiewicz, wiceprzewodniczący zarządu rejonowego M. Borusewicz, zarządzający J. Sinicki, kierownik wydziału oświaty D. Sabiene oraz dyrektorzy zainteresowanych szkół. Gremium, jak widzimy, bardzo autorytatywne.
Rozpatrywano dwa ściśle powiązane ze sobą pytania. Pierwsze: która ze szkół ma przenieść się do Wołczun. Drugie: kwestia remontu i dostosowania do potrzeb szkoły gmachów w Wołczunach. Co do pierwszego pytania (i to jest istotne) wszyscy byli jednomyślni (z wyjątkiem dyrektora rosyjskiej szkoły P. Kułagina) – do Wołczun powinna przenieść się rosyjska szkoła. Za tym przemawia elementarna logika: w rosyjskiej szkole (dane na 1.09.93) uczy się tylko 95 miejscowych uczniów 5-12 klas i 116 dojeżdżających z Wołczun! Tak samo z klas 1-4: w Czarnym Borze uczy się 51, zaś w Wołczunach (gdzie obecnie istnieje szkoła początkowa) – 93! Całkiem odwrotna sytuacja jest w polskiej szkole: w klasach 5-12 uczy się miejscowych uczniów (łącznie z dojeżdżającymi z Wojdat i Kalwiszek) – 52, zaś z Wołczun dojeżdża tylko 15. W klasach początkowych podobnie: w Czarnym Borze – 74, zaś w Wołczunach – 52. Tę oczywistą logikę popiera jeszcze bardziej list rodziców klas rosyjskich z Wołczun, którzy absolutnie nie chcą, by ich dzieci przeniesiono do Czarnego Boru. Można zrozumieć sentyment niektórych z nich do gmachu w Wołczunach, gdzie jako wojskowi spędzili część swego życia. I to chyba dobrze. Czyli każda inna decyzja niż przeniesienie właśnie rosyjskiej szkoły do Wołczun byłaby pozbawiona wszelkiej logiki. Dobrze, że zrozumieli to wszyscy obecni na naradzie. Zaś upór dyrektora szkoły rosyjskiej wbrew elementarnej logice nie musi tu mieć większego znaczenia. Co innego, że dla dogodności maluchów można by zostawić część klas początkowych według miejsca zamieszkania. Ale już raczej jako filię szkoły z odpowiednim językiem nauczania.
Problem znacznie istotniejszy jest z drugim pytaniem. Pierwej niż przejść do gmachu w Wołczunach, musi tam być przeprowadzony znaczny remont. Specjaliści określają jego koszt na ponad milion litów. W budżecie samorządu przewidziane jest w roku bieżącym 220 tysięcy. Pieniędzy tych wystarczyłoby na razie, aby do tego gmachu można byłoby wejść. Ale tu właśnie zaczyna się istotny problem. Budżet, rejonowy ma niedobór z ministerstwa finansów republiki około 3 milionów należących mu się zgodnie z zatwierdzonym budżetem. Zjawisko zresztą powszechne w całej Litwie. Sejmowy komitet oświaty zwrócił się w tej sprawie do premiera A. Šleževičiusa, który sprawę skierował do ministerstwa finansów. A tam, jak wiadomo, pustka. Czyli kółko się zamknęło! Jedyna nadzieja w samorządzie rejonu wileńskiego, gdzie zarządzający J. Sinicki obiecał postarać się wyszukać środki na tę palącą potrzebę. Szkoda, że nie zrobiono tego dotychczas (pół roku, rok temu), bo szkoła w Czarnym Borze się wali. Natomiast w pustych gmachach w Wołczunach już próbowano cos urządzać: kto sklep, kto nawet garaż. Przyroda, jak wiemy, nie lubi pustki.
Należy też ubolewać, że nie znajdują na ten cel środków organy republikańskie. A tymczasem – dla przykładu – taki dziwoląg, jak gazeta „Vilnia" był finansowany z budżetu ministerstwa kultury i oświaty. Nie wiem, czy czasownik „był” jest tu właściwy, gdyż ostatnio redakcja „Vilnii” zwróciła się do Sejmu o przydzielenie jej 150 tys. litów na dalszą działalność. A ponieważ nigdy jej nie odmawiano, można sądzić, że pieniądze się znajdą. Ale to już odrębny temat.
Jan Mincewicz,
poseł na Sejm

* * *

Jesteśmy bardzo zaniepokojeni

Redaktorowi „Kuriera Wileńskiego”
Redaktorowi „Naszej Gazety”
Redaktorowi „Magazynu Wileńskiego”
My, Zarząd koła Związku Polaków w Suderwi, które liczy 455 członków, jesteśmy bardzo zaniepokojeni w związku z publikacją w prasie polskojęzycznej tendencyjnych oszczerczych artykułów p. Balcewicza i p. Okińczyca.
Zawsze działaliśmy dla dobra mieszkańców swojej gminy. Jeśli jeszcze do niedawna szczyciliśmy się tym, że właśnie z gminy suderwskiej pochodzą tacy Polacy jak Zbigniew Balcewicz, Jan Sienkiewicz, Romuald Brazis i to dodawało nam otuchy, to dzisiaj wstydzimy się, że właśnie z Suderwy wywodzi się Zbigniew Balcewicz. On chyba już zapomniał o tym, ze jest Polakiem. Oblewając brudem w prasie kierownictwo ZPL, Balcewicz oblewa brudem nas wszystkich – członków Związku. Bo właśnie my wszyscy, przedstawiciele kół ZPL, na Zjeździe wybraliśmy sobie kierownictwo, któremu ufamy. Sami też ocenimy jego pracę. Właśnie tylko kierownictwo ZPL bywa w terenie, pomaga kołom rozstrzygać bieżące problemy, podczas gdy redaktor nie raczy spotkać się ze swymi czytelnikami (...)
Wyjmując co dzień ze skrzynki pocztowej „Kurier”, z niepokojem śpiesznie go przeglądamy z jedną tylko myślą: oby tylko nie było tych oszczerczych artykułów. Jednak i tak nie zrezygnujemy z prenumeraty kochanego od dawna „Kuriera”. Przecież pracują w nim tacy wspaniali korespondenci jak: Szostakowski, Drozd, Danowska, Brzozowska, Adamowicz. Apelujemy więc do wszystkich kół ZPL, aby omówiły oczerniające Związek artykuły na posiedzeniach swych Zarządów, a swoją opinię wyraziły w prasie.
Sprzeciwmy się wszyscy razem przekształceniu gazety „Kurier Wileński” w śmietnisko. Zwracamy się także do redaktorów „Magazynu Wileńskiego”, „Naszej Gazety”, aby nie zamieszczali artykułów szkodzących Polakom. Zwracamy się do Jana Sienkiewicza, Ryszarda Maciejkiańca, aby nie publikowali odpowiedzi na oszczerstwa. Bądźcie cierpliwi. Już od lat służycie jako wzór wszystkim Polakom. Niech teraz was zahartują te publikacje. Przecież Pan Jezus też chciał dobra dla wszystkich ludzi. I wybaczał tym, którzy byli Mu przeciwni, twierdząc: „Oni nie wiedzą, co czynią”. Cieszymy się, ze na razie jest tylko dwóch takich „Polaków”. Będziemy się modlili, aby polskość wróciła do tych ludzi, aby tylko nie było za późno...
Niniejszy artykuł został napisany i przyjęty jednogłośnie na Zarządzie koła Związku Polaków w Suderwi 10 czerwca 1994 r.
Z poszanowaniem: prezes koła ZPL Z. Tylingo, zastępcy: A. Subotowicz, J. Ingielewicz, sekretarz J. Askierko, skarbnik Wł. Zapolska, członkowie: Cz. Brazis, T. Lipniewicz, L. Lipniewicz, R. Subatowicz, H. Kowalewska, M. Sawicka, T. Tomaszewicz, J. Dąbrowska, I. Monkiewicz.

* * *

Nasza Gazeta” nr 41 (11-17 października) 1994 r. opublikowała polemiczny artykuł Ryszarda Maciejkiańca

„Słowo Wileńskie” się rzekło”:
„Niedawno zatelefonował do Sejmu redaktor „Rzeczypospolitej” Jan Paciorkowski, przedstawiając się jako mój stary druh (widziałem go dwa razy w życiu) i prosząc wraz z Jerzym Haszczyńskim, który jest mężem Mai Narbutt, o spotkanie w Sejmie w dniu 22 września br. Przystałem na nie, aczkolwiek umawiając się z krążącymi po Litwie tłumami dziennikarzy z Polski, którzy to w wielu wypadkach u siebie w kraju nie mogą się niczym wykazać, zawsze staję przed dylematem: odmówisz spotkania – napiszą, żeś arogancki i chamski, spotkasz się – to wszystko, co powiesz, odwrócą jak kota ogonem, przy tym poplączą, co się tylko da, bo – wiadomo – śpieszą na kolejne spotkanie czy drinka, mniemając, że w ciągu kilku dni zgłębili już wszystkie problemy Polaków i Litwy, stąd mają prawo, łażąc niby słonie w magazynach porcelany, rozdawać na prawo i lewo własne sądy i recepty.
Zanosiło się jednak, że to spotkanie będzie inne. Redaktor namawiał do życzliwej współpracy z pismem, które ma się lada dzień ukazać. Twierdził, że rzekomo będzie to pismo życzliwe dla wszystkich Polaków, nie próbujące skłócać czy wnosić podziały. Zapewnił, że nie jest prawdą, jakoby poprzez A. Płoksztę, jako członka komisji budżetowej, będą starali się zamknąć „Kurier Wileński”, realizując wstrzymanie dotacji i że naprawdę z tym nie ma nic wspólnego fakt nierozpowszechniania „KW” w Polsce. Powiedział też, że pieniądze pochodzą od pewnego Francuza z Paryża, który chociaż „r” nie wymawia, w „SW” „r” pisane będzie. Po bratersku poinformował ponadto, że pan z Paryża i „Rzeczypospolita” wstępnie wydadzą tylko na uruchomienie pisma około 200 tys. USD, przekazując w tym 31 proc. akcji tej spółki dla Cz. Okińczyca i 20 proc. dla St. Widtmanna. I – co najważniejsze – tak bajońskie sumy wydadzą wcale nie z myślą o urabianiu Polaków kresowych, a tylko dlatego, że nas mocno kochają. Cieszyć się, żyć i nie umierać. Nawet chciało się w to uwierzyć.
Ale złudzenia trwały niedługo, bo już po paru dniach został wydany reklamowy numer, wylewający na widocznym miejscu łamów kubeł półprawd, plotek i nieżyczliwych insynuacji przede wszystkim na mnie, a w rzeczy samej – na Związek. Czyli cel, ukierunkowanie gazety jest od razu jasne. Lubię jasne sytuacje. I to mnie cieszy. Cieszy, że jesteśmy znaczącą organizacją. Tym, co to nic nie znaczą, nie udziela się aż tyle uwagi. Smuci natomiast zjawisko, które może nie wszyscy jeszcze dostrzegają, acz jest ono ewidentne i nabiera rumieńców. Poprzez działaczy różnych maści z Polski chcą nas tutaj urabiać, narzucać swoje zdanie, za nas o wszystkim decydować. Dni prasy polskiej, ale bez tutejszej prasy polskiej, wytypować najlepszą polonistkę, skierować na kursy czy studia – obowiązkowo o nas bez nas. Będzie się robiło wiele, abyśmy nie stali się samorządni, sami nie mogli decydować o sobie. Trzeba rozumieć, że nie robi tego przeciwko nam Naród Polski, bo brat w stosunku do brata, wiadomo, tak nie postępuje. Czynią to pewne nieżyczliwe nam siły w porozumieniu z pewnymi działaczami i siłami na Litwie. Nam natomiast jeszcze, niestety, puchną dłonie od oklasków przy witaniu przedstawicieli z Polski. Najwyższy czas przestać i rozejrzeć się, co się dokoła dzieje.
Muszę też ustosunkować się co do niektórych zarzutów w zerowym numerze „SW”. Od paru lat powielana jest teza o mojej jakoby kolaboracji z DPPL, biorąc za podstawę list, w którym obecny Prezydent wyraził dla mnie poparcie w czasie wyborów. Prosiłem A. Płoksztę, aby publicznie powiedział prawdę, a że tego nie uczynił, muszę zrobić to sam. A zatem: nie prosiłem nigdy Pana Brazauskasa czegoś osobiście dla siebie i nie chodziłem szukać poparcia w czasie wyborów sejmowych, bo ono mnie nie było potrzebne. Kiedy ukazał się list, już byłem wybrany na posła z listy ZPL. Takim posłom jest znacznie lżej pracować, bo nie mają konkretnego okręgu i konkretnych wyborców. Chodził prosić o list i sam go opublikował A. Płokszto, bo moja wygrana w okręgu dawała jemu miejsce z listy w Sejmie. Jeszcze o DPPL. Rzeczywistość jest taka, że byłem dla jej członków zbyt niewygodnym partnerem, dlatego przewrót we frakcji był dokonany z ich udziałem, podbudowany obietnicami co niektórym posłom od ZPL-u wszelkiego poparcia. Właśnie, posłom od ZPL-u, choć w toku omawianego posiedzenia frakcji oraz w Solecznikach przy spotkaniu z radnymi młodzi posłowie twierdzili, że Związku oni już nie reprezentują, tylko samych siebie. A to już trąci sobiepaństwem.
„SW", jak będzie się twierdzić, jest kolejnym darem dla biednych rodaków na Litwie. Była już jedna gazeta, radiostacja, jest jeszcze jedna gazeta, a lada dzień tych samych kilka osób otrzyma pieniądze na uruchamianie telewizji. Czyli wrzawa o demokrację sobie, a środki masowego przekazu, przez które się rządzi duszami i umysłami ludzi, muszą być w jednych rękach – u swoich, sprawdzonych, dla których polskość, litewskość itp. są pojęciami przedpotopowymi. Muszą to być ludzie, których kręgosłup stanowi gruby zwój zielonych, a moralność, odpowiedzialność, chęć bezinteresownego niesienia pomocy innym – to ledwie temat do gadania, figowy listek do przykrycia bezwstydnej nagości.
Kilka lat temu w pierwszych numerach gazeta „Znad Wilii” pisała o niesmacznych sałatkach, potępiając – już nie pamiętam, za co – Jana Ciechanowicza i innych tutejszych niesfornych nieeuropejskich rodaków. I tak się zatruła tymi sałatkami, że zeszła ostatnio do około stu egzemplarzy prenumeraty na koszt ambasady RP. Czy aby takiego losu nie doczeka się i „SW”, choć przy tak odczuwalnych dolarowych zastrzykach, na pewno wytrwa, będąc szczególnie popularną na wsi – bo to papieru dużo i do zawijania śledzi i na inne ludzkie potrzeby. A więc niech się trudzą...”
W tej publikacji p. Ryszard Maciejkianiec jeszcze raz dowiódł, że jest człowiekiem honoru w przeciwieństwie do politycznych prostytutek z Warszawy i Wilna.

* * *

W sierpniu 1994 roku „Biały Orzeł” opublikował w trzech odcinkach cykl artykułów Tadeusza Dąbrowskiego w rubryce „Z najnowszej historii” pod tytułem „Kwestia polska” w ostatnich latach istnienia ZSRR. Ta publikacja została następnie przedrukowana przez pismo „W Kręgu Kultury” w Wilnie oraz przez „Przegląd Wschodni” w Rzeszowie i „Polski Przewodnik” w Nowym Jorku.

Magister Tadeusz Dąbrowski jest aktywistą Związku Polaków na Białorusi i młodym naukowcem. Przedstawiony powyżej tekst powstał na marginesie jego przedstawianej obecnie do przewodu doktoranckiego rozprawy doktorskiej.

Tematem na razie nie poddanym rozpoznaniu naukowemu jest dość zaskakujące wyłonienie się „kwestii polskiej” w Związku Radzieckim w latach 1989-1991 na widowni politycznej reformowanego imperium, i to w samym jego sercu, w Moskwie, na Kremlu. Rzecz w tym, że do pierwszego demokratycznie wybranego (i dlatego, być może, ostatniego w jego dziejach) parlamentu Związku Sowieckiego wybranych zostało ośmiu Polaków i Polek: jeden z Łotwy, po dwóch z Litwy i Ukrainy, trzech z Białorusi.
Istotne przy tym, że reprezentanci polskiej ludności Wileńszczyzny Anicet Brodawski i Jan Ciechanowicz musieli w trakcie wyborów stoczyć ciężki bój o miejsce w parlamencie zarówno z potężną machiną propagandową Komunistycznej Partii Litwy, jak i młodego faszyzującego wówczas Sajudisu. Obaj Polacy byli bezwzględnie zwalczani w środkach masowego przekazu, prasie, radiu, telewizji, miejscu swej pracy i zamieszkania (szantaż, pogróżki, próby włamań, degradacja, a w końcu wyrzucenie z pracy etc.), jako rzekomi „polscy faszyści” czy „komuniści”, „agenci Warszawy” czy „ludzie Moskwy”, „neoimperialiści”, „separatyści”, „autonomiści” itp. Całą akcją zniesławiania dyrygował poza wszelką wątpliwością KGB, włączając w odpowiednim momencie do nagonki na Polaków wileńskich także swą zamaskowaną agenturę w prasie ukazującej się w Polsce. Przy tym koronnym zarzutem przeciwko Brodawskiemu i Ciechanowiczowi ze strony propagandy litewskiej w latach 1989-1990 była teza, że dążą oni „do oderwania od ZSRR i przyłączenia do Polski zachodniej części Związku Sowieckiego”, zaś od drugiej połowy roku 1990 do 1992 „że chcą naruszyć integralność terytorialną niepodległej Litwy”.
Nie bez znaczenia jest również fakt, że podczas wyborów do Rady Najwyższej ZSRR dr Jan Ciechanowicz stanął w szranki z nie lada przeciwnikiem i pokonał w dwóch turach głosowania takich np. „rekinów” jak profesor Juras Pożela, prezydent Akademii Nauk Litewskiej SRR, czy Virgilijus Juozas Czepaitis, sekretarz generalny Sajudisu, jak się później okazało – informator KGB o 24-letnim stażu, inwigilujący m.in. środowiska opozycyjne nie tylko w Wilnie, ale też w Moskwie i Warszawie. Znamienne, że właśnie tego agenta sowieckiej bezpieki notorycznie popularyzowała zarówno warszawska „Gazeta Wyborcza”, jak i wileńska „Znad Wilii”, jednocześnie dosłownie mieszając z błotem A. Brodawskiego i J. Ciechanowicza. Ten drugi, doktor filozofii, pełniący wówczas funkcję docenta Wileńskiego Państwowego Instytutu Pedagogicznego, jeden z organizatorów Związku Polaków na Litwie, zwyciężył dopiero, jak zaznaczyliśmy, w drugiej turze wyborów, odnosząc zwycięstwo w największym okręgu Litwy dzięki głosom oddanym na niego w kwietniu 1989 roku przez polską, białoruską, żydowską i rosyjską mniejszości narodowe tej republiki. Przypłacił zresztą to zwycięstwo po jakimś czasie utratą pracy na okres około trzydziestu miesięcy i bezprecedensową pod względem zaciekłości nagonką w środkach masowego przekazu Litwy, Białorusi, częściowo Rosji i Polski. On też jednak przejawiał największą ruchliwość, upór i konsekwencję w bronieniu praw Polaków w ZSRR, wystąpił z publikacjami na ten temat korzystając z prerogatyw poselskich, w wysokonakładowych pismach ogólnozwiązkowych, takich jak „Izwiestia”, „Dialog”, „Komsomolskaja Prawda”, w Telewizji Moskiewskiej, Radiu „Majak”, podjął ten temat w osobistych rozmowach z prezydentami M. Gorbaczowem i B. Jelcynem, z profesorem A. Sacharowem, takimi prominentami ZSRR, określającymi ówczesną politykę tego supermocarstwa, jak A. Jakowlew, A. Ruckoj, S. Achromiejew, N. Ryżkow i inni.
Osobny rozdział w działalności politycznej J. Ciechanowicza stanowiło podjęcie polskiego tematu w czasie jego wizyt do USA w 1990 i 1991 roku w trakcie pertraktacji w Kongresie Stanów Zjednoczonych, z gubernatorem stanu Massachusetts M. Dukakisem, z senatorami polskiego pochodzenia Konjorskim, Dingellem i innymi, w rozmaitych polonijnych organizacjach, redakcjach, towarzystwach, zachęcając tamtejszych Polonusów do moralnego i politycznego wsparcia rodaków na Wschodzie. Miały swą wagę niewątpliwie wywiady J. Ciechanowicza dla telewizji i prasy amerykańskiej (NBC, CNN) i szwajcarskiej, jak też jego sugestie wypowiedziane w siedzibie ONZ w Nowym Jorku oraz w tamtejszym Instytucie Józefa Piłsudskiego. Działając faktycznie w pojedynkę ten senator (członek stałego Komitetu do Spraw Nauki i Technologii Rady Najwyższej ZSRR) zdołał dopiąć tego, że problem Polaków w Związku Sowieckim zaczął się stawać jednym z tematów polityki i publicystyki międzynarodowej.
Już na I Zjeździe Deputowanych Ludowych ZSRR nowej kadencji, odbytym w dniach 25 maja – 9 czerwca 1989 roku na Kremlu, dr Jan Ciechanowicz usiłował zabrać głos w celu omówienia kwestii Polaków w ZSRR, jednak przedstawiający Litwę w prezydium Zjazdu pierwszy sekretarz KC Komunistycznej Partii Litwy (obecny prezydent) Algirdas Brazauskas, korzystając z prawa veta, zablokował i uniemożliwił ten zamiar. Przygotowany jednak tekst wystąpienia Ciechanowicza został złożony do protokołu i opublikowany po krótkim czasie w zbiorze oficjalnych dokumentów tego forum.
W ten sposób po raz pierwszy w ciągu ponad 70 lat istnienia ZSRR i jego parlamentu rozbrzmiał głos Polaka broniący milionów rodaków zamieszkałych ten ogromny kraj. W tekście tym, wydanym bądź co bądź w nakładzie 50 tys. egzemplarzy, a nie mogącym być zignorowanym przez radzieckie gremia decydenckie (opublikowanym zresztą w nakładzie około 50 tys. egz. przez wileński „Czerwony Sztandar”, co prawda z wyciętymi przez redaktora naczelnego Z. Balcewicza bardziej stanowczymi żądaniami, 4.08.89), po raz pierwszy w dziejach ZSRR otwarcie postawiona została jako problem polityczny „kwestia polska” w Związku Sowieckiem. Odnośny ustęp z tego tekstu brzmi jak następuje: „Wysoka Izbo! (...) Nikt i nigdy nie zbudował jeszcze dla siebie prawdziwego szczęścia na nieszczęściu innych; nikt i nigdy nie będzie wolny, jeśli zniewala sobie podobnych.
Jeśli los mniejszości narodowych w republikach związkowych nie zostanie realnie oddany pod opiekę prawa, jeszcze się zetkniemy z nie jednym Karabachem...
Kontynuując dany temat, chciałbym poruszyć pewne konkretne zagadnienie, mianowicie kwestię radzieckich Polaków. Według statystyki oficjalnej mieszka u nas około półtora miliona osób tej narodowości, przeważnie na terenach oderwanych od Polski przez Stalina w 1939 roku, ale nie tylko. Faktycznie jest ich o wiele więcej, ponieważ w niektórych regionach kraju (m.in. w obwodzie grodzieńskim Białoruskiej SRR) w dowodach osobistych Polaków – wbrew ich woli – władze wpisują nierzadko inną narodowość. Do mnie, jako do posła, dotychczas zwróciły się setki ludzi ze skargami na tę samowolę władzy.
W sumie położenie Polaków w ZSRR jest krytyczne. Faktycznie nie ma w tym języku prasy, edytorstwa, język zapędzono tylko do kościołów (tam gdzie one w ogóle się zachowały). Zniszczono i nadal się niszczy tysiące polskich świątyń i cmentarzy. Szkoły z polskim językiem wykładowym działają praktycznie rzecz biorąc tylko na Litwie, ale i tam władze prowadzą politykę ich zwijania...
Wśród Polaków jest na tysiąc ludności proporcjonalnie mniej osób z wyższym wykształceniem, studentów, ludzi na kierowniczych stanowiskach, itp. niż wśród ich współobywateli innych narodowości. Polacy w wielu przypadkach są poważnie ograniczani w niektórych prawach obywatelskich i socjalnych (szczególnie w sferze języka, kultury, edukacji), są poddawani wzmożonej, systematycznej asymilacji i dyskryminacji, naciskom ze strony narodowej biurokracji republik związkowych. Faktycznie są oni powoli spychani do szeregu obywateli trzeciej kategorii.
Dlatego zwracamy się o pomoc do Moskwy. Apelujemy do Rady Najwyższej ZSRR o anulowanie wszystkich stalinowskich aktów prawnych, na mocy których Polacy w ZSRR poddani zostali masowym represjom i fizycznej likwidacji w latach 30-50-tych. Apelujemy o oficjalne zrehabilitowanie naszego narodu i o pozwolenie tym jego reprezentantom, którzy przetrwali, a znajdują się dziś w miejscach zesłania, na powrót tam, skąd ich w swoim czasie bezprawnie deportowano; prosimy także o pozwolenie na tworzenie naszych obwodów autonomicznych w składzie ZSRR.
Dojrzał też czas, by powiedzieć wreszcie narodom prawdę o masowym bestialskim mordzie popełnionym przez wojska NKWD na 15 tysiącach jeńców wojennych, polskich oficerach w lasach pod Smoleńskiem wiosną 1940 roku. Lepsza jest gorzka prawda, niż słodkie kłamstwo, któremu i tak nikt już nie wierzy...
Politowania godna sytuacja Polaków w ZSRR to jeden z ostatnich reliktów stalinizmu. Dlatego proszę Szanowny Parlament o sprzyjanie temu, by relikt ten znikł jak najszybciej, tym bardziej, że miliardów dla rozstrzygnięcia tego problemu nie trzeba, wystarczy tylko dobra wola, trochę męstwa i szlachetności...”
Był to jednak dopiero początek. 22 grudnia 1989 roku kwestia polska w ZSRR omówiona została w „obecności” około miliarda widzów z całego świata, tyle bowiem osób – według obliczeń międzynarodowych ekspertów – oglądało bezpośrednie transmisje telewizyjne z obrad zjazdów deputowanych ludowych ZSRR. W tym dniu, bezpośrednio z trybuny kremIowskiej, po raz pierwszy w dziejach Związku Sowieckiego mówił krytycznie o codziennych sprawach ludności polskiej tego kraju reprezentant tejże ludności. Wykorzystując jako pretekst dyskusję nad szczegółami ustanowienia Komitetu Nadzoru Konstytucyjnego, dr Jan Ciechanowicz poświęcił obszerny fragment swego około 20-minutowego przemówienia problematyce polskiej; poddał m.in. ostrej krytyce antypolską propagandę w prasie sowieckiej, notorycznie zarzucającej Polsce tzw. „antyradzieckość” i nie zauważającą takiejże „antyradzieckości”, jak też patologicznej polonofobii, wewnątrz samego ZSRR. „Powiedzmy – mówił poseł – w prasie litewskiej propaganda antypolska ma charakter zmasowany i systematyczny, nie mający precedensu we współczesnej prasie światowej, przy czym prym wiodą w tym brudnym procederze zarówno „organy” niby opozycyjne, jak i oficjalne. A przecież Polacy stanowią około 80 proc. ludności Wileńszczyzny; Polska zaś jest najważniejszym politycznym i wojskowym sojusznikiem ZSRR. W Warszawie, oczywiście, wiedzą o antypolskiej propagandzie w niektórych naszych republikach związkowych, wiedzą o niszczeniu setek polskich cmentarzy i świątyń, o dramatycznej sytuacji Polaków radzieckich w sferze kultury i oświaty. O tym, że powiedzmy, w tejże Radzieckiej Litwie polskim autorom nawet na własny koszt pod rozmaitymi zmyślonymi pretekstami nie pozwala się wydawać książek w języku ojczystym. W innych republikach sytuacja nie jest lepsza.
Niektórych słusznie oburzają antyradzieckie ekscesy w Polsce, lecz zastanówmy się, czy w samym ZSRR robi się wszystko, aby z naszego życia politycznego znikła polonofobia. Oto na przykład nasza prasa z oburzeniem pisze o tym, że w Krakowie zamierza się przenieść w inne miejsce pomnik Lenina. Ale dlaczego ta sama prasa milczy, gdy w Wilnie, stolicy Litwy Radzieckiej, centralna Aleja Lenina została przemianowana i tam także poważnie się mówi o przeniesieniu pomnika wodza rewolucji za opłotki?...
Dziś w ZSRR – jeśli wierzyć oficjalnej statystyce – mieszka co najmniej 2 mln Polaków. Ale my żyjemy tak, jakby nas w ogóle nie było. Tak też wielu ludzi myśli, ponieważ nasz naród jeszcze się boi wyprostować, cicho i pokornie stoi przy obrabiarkach, pracuje na polach, na farmach i w kopalniach. Nawet w urzędowych statystykach nas się pomija milczeniem, a niekiedy zdarzają się próby zacierania samych śladów naszej tradycji kulturowej. W mieście Wilno, na przykład, rozpanoszona biurokracja doszła do tego, że kazała zniszczyć tablice pamiątkowe w języku polskim, wmurowane przed wieloma laty w ściany dawnego uniwersytetu, kościołów, domów mieszkalnych, a na ich miejsce wmontowano tablice z napisami w innym języku.
Przemianowano na nową modłę nazwy setek wsi. Doszło do tego, że mają miejsce przypadki niszczenia starych nagrobków poświęconych działaczom kultury polskiej, na których miejscu ustawia się niekiedy nowe, z napisami w innych językach, ze zniekształconymi imionami i nazwiskami tych ludzi. Jednocześnie ukazują się pseudonaukowe publikacje, mające na celu usprawiedliwienie tego uzurpatorstwa i wandalizmu. Wątpię, czy gdziekolwiek w Europie można się dziś zetknąć z podobnymi zjawiskami, zrodzonymi w dużym stopniu przez autorytarno-nakazowy system zarządzania. Lecz nie tylko przez niego...
Powiada się, że kultura narodu najdobitniej się odbija w jego stosunku do kobiet, starców i dzieci. Dodałbym, że obecność kultury, lub jej brak, równie wyraziście się przejawiają także w stosunku danego narodu do innych narodowości...”
Powyższe wystąpienie zostało pozytywnie ocenione w wielu środowiskach polonijnych na Zachodzie, szczególnie w USA, gdzie liczne pisma polskie przedrukowały za dziennikiem „Izwiestia” (9,3 mln egz. jednorazowego nakładu) obszerne fragmenty tego przemówienia. Wystąpienie senatora Jana Ciechanowicza stanowiło kontrast nawet w stosunku do przemówienia w Moskwie do Polonii radzieckiej ówczesnego premiera RP Tadeusza Mazowieckiego, który potrafił tylko „przywołać do porządku” rodaków słowami „Bądźcie lojalnymi obywatelami Związku Radzieckiego”. Nie wspominając już o „wschodniej polityce” polskich ekip komunistycznych czy Skubiszewskiego i Geremka...
Prasa litewska bez różnicy koloru zareagowała w sposób gwałtowny i perfidny, sugerując, że oto w Moskwie Ciechanowicz „broni pomników Lenina”. Bezpieka zaś litewska postarała się przez swych polskojęzycznych informatorów z Wilna o to, by ta prymitywna i pokrętna interpretacja została narzucona także mass mediom i ludności w Polsce... Zresztą prasa ukazująca się w Kraju, jak też tamtejsze czynniki oficjalne, w ciągu ponad dwóch lat nie raczyły nawet zauważyć trwających w samym sercu imperium sowieckiego zmagań o sprawy polskie... Natomiast ludność Wileńszczyzny witała na lotnisku wileńskim kwiatami swego powracającego z Moskwy posła...
Na szczególną jednak uwagę spośród wszystkich wystąpień dra Jana Ciechanowicza w Moskwie zasługuje – naszym zdaniem – opublikowany w sprawozdaniu stenograficznym z II Zjazdu Deputowanych jego tekst poświęcony paktowi Ribbentropa-Mołotowa. Dokument ten zawiera tak doniosłe i nadal w jakimś sensie aktualne wątki, że pominięcie go w trakcie badań nad dziejami Polaków w ostatnich latach istnienia ZSRR byłoby niedopuszczalnym przeoczeniem. Oto jego treść: „Zakończyła pracę i przygotowała odnośny dokument nasza parlamentarna Komisja do spraw politycznej i prawnej oceny sowiecko-niemieckiego paktu o nieagresji z roku 1939. Tekst przygotowany przez Komisję wydaje mi się wielce niezadowalającym i nie do przyjęcia, biorąc pod uwagę jego tendencyjność i stronniczość.
Dlaczego w dokumencie sumującym wyniki działalności komisja ani słowem nie napomyka o losie radzieckich Polaków? Tym bardziej, że pakt ten dotyczył przede wszystkim podziału Polski między Niemcami a Związkiem Sowieckim. Bezpośrednim skutkiem tego zbrodniczego sprzysiężenia było to, że 1 września 1939 roku licząca półtora miliona żołnierzy armia niemieckiego Wehrmachtu, w którego składzie znajdowało się 3 tysiące czołgów i 2,5 tys. samolotów, uderzyła na Polskę, która mogła przeciwstawić agresorowi półtora razy mniejszą armię, miała sześciokrotnie mniej samolotów i trzydziestokrotnie mniej czołgów...
Wówczas gdy żołnierze polscy bohatersko się bili z niemieckimi hordami, 17 września 1939 r., na mocy „mądrej” decyzji Stalina, łamiąc Traktat Ryski (1921) i Umowę o nieagresji między ZSRR a Polską z roku 1934, w plecy Wojsku Polskiemu zadała zdradziecki cios Armia Czerwona w składzie 37 dywizji piechoty, 16 dywizji kawalerii, 2 korpusów i 9 brygad pancernych, o ogólnej liczebności około 700 tys. żołnierzy. Dowództwo polskie wydało rozkaz nie strzelania do czerwonoarmistów, mimo to jednak doszło do walk.
W ciągu 35 dni opór armii polskiej został złamany – jak to określił Mołotow – „wspólnymi wysiłkami Armii Czerwonej i niemieckiego Wehrmachtu”. W Brześciu nad Bugiem zaś odbyła się wspólna defilada „zwycięzców”. Po półroczu 12 tysięcy internowanych w ZSRR oficerów polskich zostało zlikwidowanych przez oddziały NKWD.
Jednak żołnierze polscy kontynuowali walkę z hitleryzmem na wszystkich frontach II Wojny Światowej. 640 tysięcy spośród nich zginęło „za wolność naszą i waszą”, unieszkodliwiając ze swej strony ponad milion faszystów. Polacy byli jedynym w okupowanej Europie narodem, który nie dał Niemcom hitlerowskim ani jednego oddziału zbrojnego. Nie bacząc na to Stalin prowadził w stosunku do Polaków politykę wrogą, NKWD i Gestapo podpisały i skrupulatnie wypełniały tajną umowę o wspólnej walce przeciwko polskiej konspiracji antyfaszystowskiej.
W okresie od 1939 do 1956 roku Stalin i jego siepacze zniszczyli co najmniej 1,5 miliona, a deportowali do rejonu Workuty, Karagandy, Norylska z okupowanych terenów polskich ponad 2 mln Polaków. Do rzeczy mówiąc Polacy stanowili 39,9 proc. ludności na terenach przyłączonych w 1939 roku do ZSRR i w jego składzie pozostawionych. Niestety, w ciągu wielu dziesięcioleci pozbawiano nas fundamentalnych praw człowieka, m.in. półprzymusowo wpisując wielu z nas do paszportów inną narodowość.
Uważam za konieczne wprowadzenie do tekstu przygotowanego przez Komisję do oceny paktu Ribbentropa-Mołotowa rozdziału poświęconego Polakom w ZSRR. Apeluję do Komitetu Nadzoru Konstytucyjnego ZSRR, do Rządu Radzieckiego o podjęcie oficjalnej uchwały o rehabilitacji naszego narodu. Trzeci zjazd deputowanych ludowych powinien utworzyć komisję do zbadania położenia Polaków w ZSRR. Apeluję także o pozwolenie na tworzenie polskich autonomicznych rejonów i okręgów w miejscach zwartego zamieszkania radzieckich Polaków, wszędzie tam, gdzie stanowią oni większość ludności.
Polaków w ZSRR jest więcej niż Estończyków czy Łotyszów, dlaczego więc nasze zdanie jest w ogóle ignorowane? Myślę, że konkluzje Komisji na skutek ich stronniczości w ogóle nie muszą być dyskutowane na obecnym forum. Trzeba je po prostu skierować na dopracowanie.”
(2)
Już na wiosnę 1990 roku, a więc w okresie Trzeciego Ekstraordynaryjnego Zjazdu Deputowanych Ludowych ZSRR (12-15 maja 1990), w łonie parlamentu sowieckiego ukształtował się znaczący nurt polityczny, jednoczący około stu posłów reprezentujących grupy etniczne nie mające własnych form samorządu państwowego w składzie ZSRR i dlatego poddanych szczególnie dotkliwemu, podwójnemu uciskowi i dyskryminacji etnicznej.
Na razie nie ma poważnej analizy ani tego fenomenu, ani w ogóle tego okresu. Pojawiające się w prasie polskiej próby interpretacji tego zjawiska jako rzekomo inspirowanej przez Moskwę prowokacji, mającej na celu podzielenie i skłócenie narodowości i wzajemne ich unieszkodliwienie, cechuje prymitywizm metodologiczny, schematyzm myślowy, niezdolność wyjścia poza płaskie i powierzchowne interpretacje świadczące o braku głębszego rozeznania w sytuacji historyczno-psychologicznej i o niezrozumieniu całej złożoności realiów politycznych u schyłku imperium sowieckiego. Proces odrodzenia „trzeciorzędnych”, najbardziej uciśnionych narodowości w ZSRR był procesem głębszym, spontanicznym, obiektywnie uwarunkowanym przez samą okropną sytuację tych etnosów, bezwzględnie zwalczanych zarówno przez moskiewską centralę, jak i przez republikańskie, „narodowe” oddziały KGB. Sprowadzenie tego zjawiska do poziomu „moskiewskiej manipulacji” samo wygląda właśnie na moskiewską (lub prowincjonalną) manipulację sowieckiej i posowieckiej bezpieki. Byłoby to jawnym zakłamywaniem rzeczywistych procesów politycznych, bowiem to nie małe narody były wykorzystywane do zwalczania „średnich”, lecz dokładnie odwrotnie: władze moskiewskie przez długie dziesięciolecia pozwalały Gruzinom gnębić Abchazów i Osetyńców, Litwinom – poniewierać Polaków, itd.
Nic więc dziwnego, że w odpowiedniej chwili te najbardziej dyskryminowane etnosy (a było ich około 70!) także zaczęły się domagać wolności, a ich protest skierowany był zarówno przeciwko imperializmowi wielkorosyjskiemu, jak i przeciwko karłowatym i złośliwym szowinizmom odnośnych republik sowieckich. Ten drugi szowinizm zresztą był nieraz tak dziki i dokuczliwy, że część republikańskich mniejszości (np. Gagauzowie w Mołdawii, Abchazowie w Gruzji) szukając ratunku, zwracała swój wzrok m.in. w kierunku Rosji, nie czując się w stanie samodzielnie bronić swych praw obywatelskich i narodowych. Nie znaczy to przecież, iż narodowości te działały na komendę z Kremla, który zawsze je traktował – jak i wszystkich innych zresztą – jako pionki w swej własnej grze. Małe narodowości były tego świadome, ale często nie miały żadnego wyjścia. Rzeczywistość była więc o wiele bardziej dramatyczna i złożona niż stereotypowe schematy myślowe.
Znamienna pod tym względem była „sprawa polska”. Warto pamiętać, że w kuluarach III Zjazdu doszło do ostrej wymiany zdań między reprezentującym polski punkt widzenia Janem Ciechanowiczem, a przedstawicielem struktur partyjno-komunistycznych, zresztą oficjalnym posłem z ramienia KPZR, kierownikiem Działu Międzynarodowego KC KPZR Walentinem Falinem. Chodzi o to, że po kolejnym wystąpieniu Polaka na forum parlamentarnym dygnitarz partyjny pozwolił sobie na rażąco antypolską replikę utrzymaną w pogardliwym mentorskim tonie: „Co się tyczy uwagi towarzysza Ciechanowicza o tym, że w 1939 roku Związek Sowiecki przyłączył Wschodnią Polskę, to, muszę wam powiedzieć, że jest to uwaga nie fair pod względem prawnym i politycznym; dlatego że granica Polski na mocy Traktatu Wersalskiego ustalona została na linii Curzona, to jest w przybliżeniu tam, gdzie ostatecznie stanęła linia demarkacyjna, określająca zachodnią granicę Związku Sowieckiego na moment napaści Niemiec hitlerowskich. Polska jako pierwsza naruszyła Układ Wersalski, zmieniając ustalone przez ten układ granice w części Związku Sowieckiego i w części Litwy. W 1920 roku Polska zagarnęła te tereny – Zachodnią Ukrainę i Zachodnią Białoruś, Wilno i Kraj Wileński. Dlatego trzeba być tu fair w stosunku do historii...”
Gdy Ciechanowiczowi odmówiono ponownego zabrania głosu w celu odpowiedzi na niesłychanie cyniczne antypolskie oświadczenie jednego z ówczesnych przywódców KPZR, omal nie doszło w kuluarach zjazdu do rękoczynów między tymi dwoma posłami, czemu przeszkodziła tylko interwencja ochrony osobistej Walentina Falina...
Incydent ten był prawdopodobnie ostatnim wydarzeniem, które dobitnie i jednoznacznie unaoczniło polskim posłom fakt, iż Moskwa nigdy, w żadnej sytuacji i przy żadnych okolicznościach nie pójdzie nie tylko na ustępstwa względem Polaków, ale i nie zdobędzie się w stosunku do nich na jakiś, chociażby symboliczny, gest szczerości i przyjaźni. Nawet w okresie demokratyzacji, czy demontażu imperium.
Nie skłoniło to Jana Ciechanowicza do bezczynności, lecz ton jego kolejnych wypowiedzi publicznych w interesującej nas materii wyraźnie się zmienił i zaostrzył. Co prawda, nie udzielono mu więcej głosu na zjazdach deputowanych ludowych ZSRR, lecz nie potrafiono uniemożliwić publikowania składanych do protokołu tekstów wystąpień, jak też udzielania wywiadów prasie polskiej i amerykańskiej.
17-18 grudnia 1990 roku, staraniem deputowanych ludowych Brodawskiego i Ciechanowicza z Litwy, rozpowszechniono na IV Zjeździe Parlamentu sowieckiego (w nakładzie 3 tys. egz.), jako oficjalny dokument tego forum tzw. apel do IV Zjazdu pt. „Kwestia polska w Litwie”, przy czym stało się to możliwe dzięki wsparciu posłów – Polaków z Ukrainy. W opracowaniu tym czytamy: „Proces demokratyzacji w ZSRR pogłębia się. Coraz zdecydowaniej w obronie swych słusznych praw występują narody i narodowości, nie mające dotychczas własnych jednostek administracyjno-terytorialnych w składzie Związku lub republik związkowych, i poddawanych na skutek tego szczególnie silnej dyskryminacji ze strony totalitarnego aparatu państwa. Demokratyzacja nie mogła nie doprowadzić także do ich przebudzenia, które jednak następuje z pewnym opóźnieniem ze względu na wyjątkowo ciężkie konsekwencje tego ucisku, któremu one były poddawane w mijającym okresie. Dziś pełnym głosem – i zupełnie słusznie – upominają się o swe prawa sowieccy Niemcy, Grecy, Gagauzowie, Koreańczycy, Tatarzy Krymscy, Polacy. Nam się wydaje, że te, a także i inne narody, powinny otrzymać prawo do samodzielnego, suwerennego rozwoju; trzeba im dać prawo – jeśli tylko będą tego chciały – do zostania pełnoprawnymi podmiotami ewentualnej Umowy Związkowej. Protesty przeciwko temu ze strony przedstawicieli republik związkowych, jak też dwulicowa polityka Centrum, próbującego wykorzystać narodowo-wyzwoleńcze ruchy emancypujących się „trzeciogatunkowych” narodowości tylko jako instrument szantażu w stosunku do podstawowej ludności republik, są w równym stopniu bezpodstawne, co i świadczące o krótkowzroczności politycznej”.
Znamienne, że już w tym wstępnym akapicie podkreśla się prawo do suwerennego bytu politycznego zarówno republik składających się na ZSRR, jak i narodowości dźwigających brzemię podwójnego ucisku, jak np. tureckich Gagauzów w Mołdawii, poddawanych zarówno rusyfikacji, jak i mołdawizacji; Abchazów w Gruzji, jednocześnie wynaradawianych przez szowinistów rosyjskich i gruzińskich. W podobnej sytuacji znajdowali się Niemcy i Koreańczycy w Kazachstanie, Ormianie w Azerbejdżanie, Polacy w Litwie, Białorusi i Ukrainie, Turkowie-Meschetyńcy w Tadżykistanie, etc.
Cytowany powyżej dokument został w całości zredagowany przez posła J. Ciechanowicza, zawierał na siedmiu stronach druku skrótowe dzieje Polaków w ZSRR, uchwałę II zjazdu reprezentantów samorządów Wileńszczyzny z 8.10.1990 roku „O utworzeniu Polskiego Kraju narodowo-terytorialnego w składzie Litwy” i kończył się apelem do władz ZSRR i Litwy o poszanowanie ludzkiej i narodowej godności Polaków wileńskich i o uznanie prawomocności ich demokratycznych dążeń do autonomii.
Apel ten, jak i wszystkie inne działania polskich posłów w parlamencie ZSRR, został przez oficjalną Moskwę zignorowany, a przez KGB, z wykorzystaniem prawdopodobnie kanałów polskiego UOP-u i żółtej prasy warszawskiej, ośmieszony i potępiony, jako ... „inicjatywa komunistyczna”. Akt ten jednak miał sam w sobie pewną wartość moralną jako jeszcze jeden wyraz niezgody Polaków ZSRR na swą upośledzoną sytuację w sowieckim imperium i został w ten właśnie sposób – jako protest – odczytany w niezależnych środowiskach w USA, wolnych od infiltracji moskiewskiej bezpieki i jej warszawskiej filii...
(3)
Na IV Zjeździe parlamentu ZSRR udało się zabrać głos na trybunie kremlowskiej drugiemu z polskich postów Wileńszczyzny – Anicetowi Brodawskiemu. Jego konkretne i rzeczowe przemówienie pozwala wiele pojąć w ówczesnej sytuacji, a więc i w rozumowaniu Polaków wileńskich. Podajemy tekst wystąpienia A. Brodawskiego z dnia 28 grudnia 1990 r.
Wielce szanowny zjeździe! Na wstępie, by był zrozumiały cel mego przemówienia, oficjalnie oświadczam, że nie jestem upoważniony mówić w imieniu całej Litwy lub jakiejś jej delegacji, lecz tylko od określonej części ludności danego terytorium. Na równi z omawianiem globalnych programów ekonomicznych musimy mówić o bolesnych, skomplikowanych kwestiach stosunków międzynarodowościowych. Bowiem zanim w tak polietnicznym, unikalnym kraju nie rozstrzygniemy kwestii ustroju narodowościowo-państwowego, jego form i treści, to żaden program ekonomiczny, niezależnie od tego, przez kogo będzie opracowany, nie zadziała. Może się tak złożyć, że wykonywać go po prostu nie będzie komu. W ten sposób mój głos rozbrzmiewa z jeszcze jednego punktu Związku, który jak wiemy ze smutnego doświadczenia innych regionów, może przekształcić się w kolejny punkt „gorący”.
W południowo-wschodniej części Litwy jest taki Kraj Wileński, gdzie zwarcie zamieszkuje ponad ćwierć miliona Polaków w poszczególnych rejonach Polacy stanowią do 80 proc. mieszkańców i tylko ok. 10 proc. – Litwini. Z moim kolegą – deputowanym Ciechanowiczem mamy pełnomocnictwa od tej ludności, by uczestniczyć w obradach zjazdu.
U wielu może powstać pytanie: co to za taki problem? Jest to długa historia, swe początki bierze z dawnych czasów, z czasów wspólnego państwa polsko-litewskiego. Jednocześnie jest to bezprecedensowy przykład, gdy o losie niedużej części narodu polskiego w ciągu wielu wieków decydowano bez jego udziału.
Po rewolucji październikowej, w latach 20, Kraj Wileński należał do odrodzonego Państwa Polskiego, co zostało uznane zarówno przez Rosję Radziecką, jak też Ligę Narodów. Po przeżyciu niecałych 20 lat w Polsce, mieszkańcy kraju za jednym pociągnięciem pióra znaleźli się już nagle na Litwie, też zresztą burżuazyjnej. Podpisując tajny dodatkowy protokół znanego paktu Ribbentrop-Mołotow, 10 października 1939 roku Stalin przekazał Litwie województwo wileńskie wraz z Wilnem. Prezent niemały, że tak powiem, w ramach obustronnej zgody. A to pół miliona ludności, w tym 320 tys. Polaków etnicznych. A później, w 1940 roku znaleźliśmy się już w ZSRR.
Może komuś się wyda dość dziwny fakt, że gdzie się znajdujemy, w czyjej sferze wpływu w dzisiejszej sytuacji – również nie wiemy. Z jednej strony, niby oficjalnie jesteśmy w składzie ZSRR: na naszym terytorium działa Konstytucja ZSRR, tu przechodzi granica itp. Z innej strony, 11 marca bieżącego roku znaleźliśmy się już w niezależnym Państwie Litewskim. A propos, znowu o zdanie ludności nikt nie pytał. Wygląda więc, że Konstytucja ZSRR – to już konstytucja sąsiedniego obcego państwa. A nasz udział, deputowanych ludowych ZSRR, w obradach IV zjazdu – to działanie wyrządzające szkodę obywatelom Państwa Litewskiego.
Dziś na terenie republiki działają dwie niezależne od siebie prokuratury – ZSRR i Litwy, dwa niezależne organy poboru do wojska. Jeden rekrutuje, drugi – odwołuje, dwie granice itd.
Tak i żyjemy już 9 miesięcy w „krótkim spięciu”. Nastrojów i sytuacji ludzi przekazać się nie da, to trzeba zobaczyć i odczuć samym.
Znowu może nasunąć się pytanie, czym zaniepokojeni są Polacy w tej. sytuacji, czego mają się bać mieszkając w niepodległej Litwie? A boją się tego, czego i tak zwana ludność rosyjskojęzyczna. Uczestnicy zjazdu na ten temat wiedzą wiele. Mieszkańcy kraju, nauczeni gorzkim doświadczeniem historii, po przyjęciu aktu z 11 marca o niezależnym Państwie Litewskim, tym razem chcieliby wiedzieć, co czeka ich w tym państwie. Nie zamierzają oni być prowadzeni dokądś z zawiązanymi oczyma. Przy tym należy dodać, że na stosunkach między Litwinami i Polakami ciąży jeszcze wieloletni bagaż historii. A obecnie, na fali odrodzenia zjawiła się rzadko spotykana szansa historyczna – na tym postawić kropkę, kierując się dobrze sprawdzoną metodą: jest naród – są problemy, nie ma narodu – nie ma problemów. Przykładów można przytoczyć dostatecznie, lecz by nie zaogniać i bez tego napiętej atmosfery zjazdu, nie rozdmuchiwać namiętności międzynarodowościowych, powstrzymam się.
Podkreślę jednak, że w centrum tej kampanii – polityka forsownej lituanizacji. W tym celu się stosuje wszystkie środki, aż po podział regionów, w których zwarcie zamieszkuje polska ludność, przygotowanie do wprowadzenia rządów administracyjnych w tym regionie, „zbadanie obcojęzycznych na lojalność” z następnym zwalnianiem z pracy nielojalnych itd. Główne niebezpieczeństwo jednak polega na tym, że czyni się to przez wąskie koło kierowniczych osób republiki, wspólnie z liderami określonych politycznych sił i ugrupowań, osłaniających się między innymi, imieniem narodu litewskiego.
Nim na szczeblu związkowym trwa wojna ustaw, wyjaśnia się stosunki między politykami, prowadzi się dyskusje o strukturze państwowej, przy całym tym rozgardiaszu i braku władzy sprawa zostanie wykonana. Jesteśmy za prawem narodów do samookreślenia. Lecz z reguły w niektórych republikach prawo to łączy się z utworzeniem niezależnego państwa, co nastąpiło u nas 11 marca 1990 roku na Litwie. Jednak niezależność państwa – to jeszcze nie wolność obywateli. Przecież wolność państwa powinna się stać gwarancją wolności każdej jednostki, każdego obywatela. Toteż jesteśmy solidarni z deputowanym Bykowem, który gorąco mówił o tym wczoraj.
Lecz, niestety, nie wszyscy nauczyli się takie prawo praktycznie wcielać w życie. Widocznie, jeszcze długo będziemy się tego uczyć. My, żeby tak powiedzieć, od razu dążymy do tańca, nie umiejąc jeszcze chodzić. Jedną dyktaturę zastępujemy inną, przy której znajduje miejsce nawet takie prawo, gdy jeden naród staje się własnością innego. Znaczy, należy opracować dokładny mechanizm ochrony żywotnie ważnych interesów mniejszości narodowych, małych liczebnie narodów, by wola większości łączyła się z interesami mniejszości.
Mieszkańcy naszego kraju za jedną z realnych form takiego mechanizmu uważają utworzenie jednostek autonomicznych. Swą wolę wyrazili 6 października 1990 roku na zjeździe deputowanych terenowych Rad samorządów kraju z utworzeniem na terenie Wileńszczyzny Polskiego Kraju Narodowościowo-Terytorialnego z własnym statusem. Niestety, ze strony wyżej wspomnianych sił politycznych, ugrupowań, poszczególnych liderów kierownictwa republiki po tym fakcie kampania antyautonomiczna jeszcze bardziej się nasiliła.
Szanowni deputowani! Nasz twór terytorialny to nie kolejna jednostka w „defiladzie suwerenitetów”. Z tą sprawą wystąpiliśmy od pierwszych dni swej działalności deputowanych, od Pierwszego Zjazdu Deputowanych Ludowych ZSRR poczynając i we wszystkich kolejnych. Zwracaliśmy się z interpelacją do prezydiów zjazdów, do Rady Najwyższej ZSRR, do przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Niestety, z konsekwentnością godną pozazdroszczenia, wszystko to mijając nas, trafiało z powrotem do centrum republikańskiego, w te same „rodzime objęcia”, których siła, po takim poruszeniu kwestii, wzrastała w postępie geometrycznym.
Wielce szanowny Prezydencie! Dzięki swej aktywnej polityce zagranicznej przyczynił się Pan do rozwoju tych ostatnich przeobrażeń rewolucyjnych w całej Europie Wschodniej. Urzeczywistniono jeszcze zupełnie niedawno całkiem nie do pomyślenia zjednoczenie dwóch państw niemieckich. Zachodni politycy nazywają Pana budowniczym Europy. Zwracamy się do Pana jako pierwszego prezydenta ZSRR, nadzielonego wielkimi prawami i pełnomocnictwami. Zwracamy się do wysokiego zjazdu deputowanych ludowych ZSRR. Czyżby mieszkańcy Kraju Wileńskiego, jak i w poprzednich dziesięcioleciach, nadal będą się znajdować w atmosferze ciągłego strachu o swe istnienie, obawy o przyszłość swych dzieci? Czyżby będąc przez całe życie czyimiś zakładnikami i nadal pozostaną w tej samej sytuacji?
A może, skoro znajdujemy się w centrum Europy – a geolodzy Litwy określili, że centrum Europy jest właśnie w naszym kraju – nasz problem też rozwiąże się po europejsku? Niech mieszkańcy kraju w formie swego referendum, powtarzam swego, a nie referendum całej Litwy, którego, a propos, w tej kwestii przy obecnym kierownictwie Litwy nigdy się nie doczekamy, sami zadecydują, jak mają żyć dalej. Ma się na myśli nie zmianę powojennych granic między państwami, lecz ugruntowanie odrębnego statusu i terytorialnego samorządu mieszkańców tego kraju. Mają oni prawo do takiego statusu, ponieważ sami nigdy nie przestąpili granicy swego państwa. To granica sama niejednokrotnie ich „przekraczała” wbrew ich woli pozbawiając ich swego obywatelstwa.
Znaczy ten, kto przesuwał granice dawniej, ten i obecnie sam musi przywrócić sprawiedliwość. Wierzymy, że z waszą pomocą, z pomocą Rady Najwyższej ZSRR zostanie utworzona specjalna komisja deputowanych i ta paradoksalna historyczna niesprawiedliwość zostanie naprawiona. Dzięki temu zostanie zapewnione spokojne życie ludzi w tym regionie i normalne międzyludzkie stosunki w naszym wspólnym domu.”
Także i to wystąpienie posła polskiego zostało przyjęte z lodowatym chłodem w Moskwie i z wściekłością przez kręgi kierownicze litewskie w Wilnie.
...Ostatnim polskim akcentem w historii zjazdów deputowanych ludowych ZSRR było wystąpienie dra Jana Ciechanowicza na V Forum parlamentu 5. IX.1991 r. Tekst ten został wydrukowany zarówno w Moskwie w języku rosyjskim (na mocy obowiązującego prawa wszystkie wystąpienia członków parlamentu miały być drukowane obligatoryjnie i bez zmian, niezależnie od tego, jaka była ich treść), jak i przez kilka wpływowych pism polskich w USA. Powiedział on m.in.: „Na naszych oczach, dzięki konsekwentnym wysiłkom obecnych władców Kremla, prezydenta Gorbaczowa i jego zwolenników, przestaje istnieć Związek Radziecki jako państwo imperialne, unitaryjne, totalitarne. Historia po raz pierwszy staje się świadkiem tego, jak potężne struktury państwowe likwidują same siebie.
Zbliża się dzień, gdy swą niezawisłość ogłoszą wszystkie republiki, składające się ongiś na gigantyczne supermocarstwo światowe. Ważne jednak, by w tym procesie swobodę od komunistycznego imperializmu uzyskało nie tylko piętnaście narodów dających nazwy odnośnym republikom, lecz też wszystkie bez wyjątku narodowości rozpadającego się imperium.
W związku z tym, witając w sposób szczególny ogłoszenie niepodległości przez republiki nadbałtyckie, Białoruś i Ukrainę, chciałbym upomnieć się o losy narodu, który faktycznie znajdował się pod jarzmem bolszewickiego kolonialnego zniewolenia od roku 1939. Są to Polacy w ZSRR, miliony ludzi, zamieszkałych na terenach oderwanych przez Stalina od Polski na podstawie (anulowanego dziś przez wszystkie zainteresowane strony) paktu Mołotowa-Ribbentropa.
W imieniu setek tysięcy moich wyborców – Polaków, zwracam się do Pana, szanowny prezydencie Gorbaczow, i do Was, szanowni członkowie Parlamentu Radzieckiego, z apelem o natychmiastowe przystąpienie do negocjacji w celu sprawiedliwego rozstrzygnięcia danej kwestii. Jeśli ten problem, o którym przypominaliśmy także na poprzednich zjazdach, zostanie zignorowany i tym razem, będziemy uważali, że obecne kierownictwo Związku Radzieckiego i Rosji Radzieckiej kontynuuje ukształtowaną przez wieki antypolską politykę caratu rosyjskiego i stalinizmu, które zawsze dążyły do siania niezgody między Polakami, Ukraińcami, Białorusinami i Litwinami.
Skutki agresji sowieckiej z 1939 roku przeciwko narodowi polskiemu muszą być naprawione przez same władze radzieckie i rosyjskie, nie powinny być przekładane na barki młodych suwerennych republik, nie powinny stać się zarzewiem niebezpiecznych konfliktów na obrzeżach byłego Związku Radzieckiego. Pamięć o czterech milionach wymordowanych i deportowanych na Sybir przez system czerwonego terroru Polaków, o gorzkim losie milionów innych Polaków zamieszkałych w ZSRR w warunkach okrutnej dyskryminacji, gdy ludziom się zabrania nie tylko używania własnego języka, ale i odmawia prawa do rozpatrzenia tej kwestii i jej sprawiedliwego rozstrzygnięcia.
Skoro Pan, Prezydencie Gorbaczow i Pan, Prezydencie Jelcyn, rzeczywiście i szczerze chcecie być demokratami, ludźmi darującymi narodom odebrane im prawa i wolność, musicie znaleźć w sobie dość męstwa, by pójść na to i uczynić zadość sprawiedliwości w stosunku do ludności Polski Wschodniej, okupowanej i podzielonej w roku 1939”.
Także i ten apel pozostał bez pozytywnego echa, a kwestia polska w ZSRR stała się niebawem kwestią polską w kilku suwerennych republikach: Białorusi, Ukrainy, Litwy, Łotwy i Kazachstanu. Dzięki ignorancji i arogancji oficjalnej Warszawy dziejowa szansa na uratowanie rodaków na Wschodzie została bezpowrotnie zaprzepaszczona. I nie widać dzisiaj perspektywy jakiegoś poważniejszego rozstrzygnięcia tej kwestii w warunkach zoologicznego antypolonizmu panoszącego się w tych krajach.
Trudno byłoby dziś wyrokować o jakichś wymiernych skutkach politycznych przedstawionej powyżej ofiarnej i konsekwentnej działalności kilku posłów w ostatnim parlamencie sowieckim. Nie mając żadnego politycznego wsparcia od Kraju nie zdążyli oni po prostu osiągnąć tego, ku czemu zmierzali; imperium sowieckie zostało zdemontowane, automatycznie rozwiązując tym samym wiele ostrych problemów, wśród których jednak polski problem się nie znalazł.
Powstaje jednak pytanie o charakterze zasadniczym: czy w ogóle ta aktywność posłów polskich miała jakiś sens i czy nie była z góry skazana na niepowodzenie, a to zarówno w obliczu antypolskiej pozycji Kremla, jak też Kijowa, Wilna i Mińska, czy przed faktem nadciągającego krachu samego Związku Sowieckiego? Odpowiedź na to pytanie wydaje się tylko na pierwszy rzut oka prosta i łatwa: Nie, to wszystko nie miało sensu, nikt nie myśli ó różach, gdy płoną lasy; kwestia polska była tylko drobnym szczegółem na tle gigantycznych globalnych przemian, szczegółem bez znaczenia.
A przecież: z takich właśnie na pozór błahych szczegółów składa się każdy, nawet najdrobniejszy złożony proces dziejowy.
1. Nawet w sytuacji beznadziejnej i bez perspektywy na powodzenie dawanie świadectwa prawdzie i walka o sprawiedliwość mają wysoką wartość moralną, jak i – potencjalnie, w perspektywie – polityczną.
2. Cała aktywność posłów polskich w okresie 1989-1991 została udaremniona i zmarnowana przez ówczesne rządy Rzeczypospolitej Polskiej, które, prawdopodobnie na skutek nikłego rozeznania UOP-u w aktualnej sytuacji w ZSRR lub na skutek świadomie fałszywych ekspertyz, dostarczanych rządowi przez ten urząd, nie tylko nie podjęły żadnych działań w obronie Polaków na Wschodzie, lecz wręcz odwrotnie – także w osobie prezydenta – czyniły wszystko, by zdyskredytować usiłowania rodaków walczących o prawa ludzkie. Znaczny „hałas”, jakiego narobili ci posłowie wokół „sprawy polskiej w ZSRR” zarówno w Moskwie, jak i na Zachodzie, szczególnie w USA, mógł i powinien był być wykorzystany przez Państwo Polskie jako pretekst do stawiania ostrożnych, lecz stanowczych żądań w stosunku do wielkiego, lecz już osłabionego, wschodniego sąsiada; żądań, mających na celu radykalne polepszenie i zabezpieczenie losu ludności polskiej na terenach należących przed 1939 rokiem do Rzeczypospolitej, i nie tylko na nich. Aktywność młodych polityków polsko-radzieckich, wsparta dyskretnie przez dyplomację RP mogłaby wówczas realnie zaowocować zarówno powstaniem polskich okręgów autonomicznych w kilku graniczących z Polską państwach, jak też znacznymi koncesjami na rzecz mniejszości polskiej w sferze oświaty (polskie uniwersytety, instytuty naukowe) i kultury (polskie kina, teatry, oficyny wydawniczej itp.). Okres 1989-1991 wyróżniał się tym, że powstało w nim na terenie byłego ZSRR około 50 nowych republik autonomicznych lub suwerennych, w tym Czeczeńska, Abchaska, Żydowska, Górno-Karabachska i in. Jedynie sprawa polska została z kretesem przegrana, a niezłe szanse na zawsze bodaj zaprzepaszczone. I stało się tak, jak już zaznaczyliśmy, na skutek skandalicznie niskich kompetencji i żenującego wręcz morale osób odpowiadających w tym okresie za resort polskiej polityki zagranicznej...
...Niepodległościowe wysiłki patriotów polskich z Wileńszczyzny wywołały zaciekłą nagonkę na posłów A. Brodawskiego i J. Ciechanowicza w prasie litewskiej, w tym na łamach polskojęzycznego „Kuriera Wileńskiego”, oficjalnego organu do niedawna KC KPL, a obecnie Rządu Litewskiego, którego to pisma redaktor naczelny Zbigniew Balcewicz nieraz apelował na pierwszej stronie tego dziennika m.in. o oddanie pod sąd Jana Ciechanowicza za nawoływanie do naruszenia integralności terytorialnej Republiki Litewskiej (artykuł 72 Kodeksu Karnego RL – kara śmierci).
Także postkomunistyczna prasa w Polsce dyskredytowała tych działaczy i w ogóle wszystkich Polaków Wileńszczyzny jako rzekomych „komunistów”, co niewątpliwie nie tylko było na rękę Moskwie, ale i odbywało się z jej inspiracji.
Także wykiełkowująca się w latach 1988-1992 z sowieckiego KGB bezpieka litewska, korzystając z usług swych polskich informatorów zarówno znad Wisły, jak i znad Wilii, zastosowała dokładnie ten sam równie prymitywny co podstępny chwyt, jakiego użyła jeszcze w czasie okupacji hitlerowskiej. Akcja potoczyła się tym raźniej, że całą siecią agentów sowieckiego wywiadu w Polsce Ludowej kierowała do niedawna centrala znajdująca się w Wilnie i pracowało w niej wielu wysokiej rangi oficerów – Litwinów. Nie miał więc wywiad litewski i rosyjski trudności z wylansowaniem zarówno w środowisku „Gazety Wyborczej”, jak i tygodnika „Znad Wilii” „dobrych polaków”, którzy zawodowo niejako zajęli się tępieniem niepodległościowców polskich z Wilna. Wystarczy przejrzeć prasę polską z odpowiedniego okresu pod tym kątem widzenia, aby stwierdzić, że akcja dyskredytacji przebiegała w sposób sprawny i skoordynowany. Takich „ekstremistów” jak Brodawski i Ciechanowicz, ukazano w zwierciadle propagandy jako „zaplutych karłów reakcji”, wyrzucono z pracy, poddano i nadal poddaje się szykanom prokuratorsko-policyjnym, a prawa ludności polskiej na Wileńszczyźnie, których ci dwaj działacze tak ofiarnie bronili, są drastycznie łamane, co jest dziś dobrze znane wszystkim.
Prawdopodobnie władze litewskie nie zastosowały na razie w stosunku do polskich liderów terroru fizycznego tylko dlatego, że utrzymują oni kontakty i ściśle współpracują z grupą polskich kongresmenów i prasą polską w USA.
W celu porównania położenia obecnego z tym sprzed ponad 50 lat zacytujmy fragment książki Marii Wardzyńskiej „Sytuacja ludności polskiej w Generalnym Komisariacie Litwy, czerwiec 1941 – lipiec 1944”: „Getto dla Polaków stało się rzeczywistością. Wyrugowano Polaków ze wszystkich instytucji samorządowych, społecznych i państwowych. Zredukowanym urzędnikom polskim kazano się zebrać w gmachu kina, po czym oskarżono ich przed Niemcami, że urządzili zebranie komunistyczne. Policja litewska i niemiecka aresztowała wówczas 500 osób, z których część została rozstrzelana, a część wywieziona do Niemiec. Dnia 27.IX.1941 z więzienia łukiskiego wywieziono 320 Polaków, których rozstrzelano.”
W 1991 roku postąpiono w równie perfidny sposób – na razie tylko moralnie – z kolejnym pokoleniem wiernej Polsce ludności Wileńszczyzny. Czy następnym krokiem będzie die Endlosung?”


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza