wtorek, 15 stycznia 2019

Dzieci Żelaznego Wilka cz. 1- Jan Ciechanowicz pozycja której pierwsze wydanie zostało skonfiskowane przez nieznanych "umundurowanych sprawców"


Publikacja za zgodą Pana dr Jana Ciechanowicza. Dziękuję

Jan Ciechanowicz



Dzieci
żelaznego wilka 



Warszawa 2018








Wydanie drugie, zmienione

Nakład pierwszego wydania tej książki został w kwietniu 2005 roku w Rzeszowie nielegalnie skonfiskowany przez umundurowanych „nieznanych sprawców”.

 Redaktor Dorota Wadiak

Copyright by Jan Ciechanowicz
 ISBN 83-88845-49-7




 „Wszyscy ludzie są stworami z gliny,
z prochu został ukształtowany i Adam.
Mądrość Boga uczyniła ich jednak odmiennymi
i różne wytyczył im On drogi”.
Księga Mądrości Syracha 33, 10


























Spisana w roku 1768, „miesionca iuli, 13 dnia” przez mieszczan witebskich Michała Pancernego oraz Stefana Awierkę i ich imieniem nazwana „Kronika” zawiadamia: „Roku 1323. Giedymin xionże zaczoł się fundować, wystawił miasto Wilno, oto przez taki sposób: Bo ten Giedymin poluionc po puszczy na tym miejscu, gdzie Wilno stoy, zabił sztuki wielkiey strasznego zubra i w polowaniu swoym zanocował w puszczy na Łysey górze. Y przez sen widział, że niby wilk nazbyt wielki, stanowszy na samey górze zaczoł wyć, y w nim widział drugich sto wilków wyioncych. Szczego wielkie maionc w tym śnie dziwowisko, ocknoł sie i kazał przyzwać zwyczaynego do wykładania snów wieszczka, któremu imie było Lezdzieyko. Który, gdy stanoł przed Giedyminem xionżenciem, xionże sen mu wypowiedziawszy kazał wyłożyć, który w taki sposób zaczoł wykładać, że na tym mieyscu, gdzie widziany wilk, ma być miasto wielkie od ciebie ufundowane. Y znaczy wycie wilków tych mieszczan tu mieszkaioncych w tym mieście. Y to miasto ma być sławne pierwsze y stolico Litwy beńdzie, y rozszerzy sie sława iego y głos miasta po całym swiecie. Z czego bendonc kontent Xionże wieszczka udarował i nadał mu wielkie ymiona y fortuny, y że radził Wilno wystawić, nazwał go Radziwiłłem...
Roku 1387. Littowski xionże Jagiełło iest okrszczony. Poioł królewne polsko, złonczywszy Litwe z Polsko.”
Istotnie, sprawdziła się przepowiednia Lizdejki-Radziwiłła. Wilno stało się miastem wielkim i sławnym, a to dzięki dzielnym swym dzieciom, synom i córom. Uniwersytecki gród nad Wilią na przeciąg kilku stuleci został najważniejszym bodaj ośrodkiem myśli naukowej i ruchu demokratyczno-postępowego w Europie Środkowej i Wschodniej; szczególnie dobitnie uwydatniła się ta jego rola w wieku XVI-XIX.
Na rozległych terenach Wielkiego Księstwa Litewskiego mieszkało kilka narodowości, wśród których nie brakowało np. Żydów, spośród których pochodził m.in. wielki malarz Isaak Lewitan (1861-1900) czy znakomity kompozytor Maks Küss (1877-1942), autor słynnych walców „Marzenia miłości,Fale amurskie”, „Rozbite życie” i in.
Niepoślednie miejsce w mozaice narodowościowej Wielkiego Księstwa Litewskiego należało też do Polaków. Maria Barbara Topolska w rozprawie „Polacy w Wielkim Księstwie Litewskim w XVI-XVIII w.” odnotowuje: „Wielkie Księstwo Litewskie w XVI w. było atrakcyjnym terenem osiedlania się Polaków ze względu na łatwość uzyskania ziemi, która dostarczała środków do utrzymania się, czyli możliwości podwyższenia stopy życiowej i pozycji stanowej. Podobne motywy kierowały Polakami przybywającymi tu z powodu ostrego deficytu potencjału intelektualnego, który powodował konieczność stałego angażowania ludzi kształconych poza granicami Wielkiego Księstwa Litewskiego. Deficyt ten zaczął się zmniejszać wprawdzie już w pierwszej połowie XVII wieku, lecz był ciągle zauważalny... Wielkie Księstwo Litewskie stało się dla ówczesnej inteligencji terenem wielkich możliwości i zaspokojenia ambicji zawodowych”...
Udawały się więc tu zastępy zdolnych, pełnych energii życiowej Lechitów, by uczynić niebawem te ziemie krajem obfitym i urodzajnym w dzieła myśli, rąk i serc ludzkich. Później zaś Wielkie Księstwo Litewskie promieniowało swą energią twórczą także na inne kraje.
Bohaterowie tej książki pozostawili trwały ślad w bardzo różnych sferach aktywności ludzkiej, w bardzo różnych naukach i sztukach. Ale łączą ich wszystkich trzy wspólne cechy: 1. Wszyscy oni byli ludźmi wybitnie uzdolnionymi i dzięki temu pozostawili trwały ślad w dziejach kultury europejskiej; 2. wszyscy byli Polakami; 3. wszyscy pochodzili z terenów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli z takich ziem jak Wileńszczyzna, Mińszczyzna, Podlasie, Żmudź, Wołyń czy Łatgalia, a więc z terenów należących obecnie do szeregu państw współczesnych: Litwy, Łotwy, Polski, Białorusi, Ukrainy, Rosji. Wydaje się, że to szlachetne i wielkie dziedzictwo nie powinno ulegać zapomnieniu.




ARCIMOWICZ



Była to dawna rodzina rycerska, używająca herbu Śreniawa, a notowana w urzędowych archiwach Wielkiego Księstwa Litewskiego od początku XVI wieku. Nieco później znani też w Rosji i na Ukrainie. Hrabia Miłoradowicz w 6 części swego dzieła „Rodosłownaja kniga Czernihowskogo dworianstwa”, (s. 9) podaje: „Rodzina Arcimowiczów należy do starożytnego rodu szlacheckiego Guberni Mińskiej, powiatu rzeczyckiego, gdzie Arcimowiczowie są wpisani do ksiąg genealogicznych i uznani przez heroldię; Anzelm zaś Kazimirowicz Arcimowicz na skutek posiadania nieruchomości w m. Czernihowie policzony został do pocztu szlachty Guberni Czernihowskiej. Postanowienie heroldii z 15 lipca 1847 r.”
Posiadali wieś Arcimowszczyznę w woj. mińskim oraz Adamówkę na Podolu. „Almanach Szlachecki” (t. 1, s. 116, Warszawa 1939) podaje o nich: „Rodzina występuje w XVII w. w powiecie brasławskim; ma przydomek Pławski. Bazyli i Krzysztof, podpisali pospolite ruszenie 1698. Stanisław, podpisał manifest szlachty litewskiej 1763”. N. Szaposznikow dodaje („Heraldica”, Petersburg 1900, t. 1, s. 187), że Arcimowiczowie mieszkali też w powiecie rzeczyckim na Witebszczyźnie.
Drzewo genealogiczne Arcimowiczów herbu Dołęga zatwierdzone w Mińsku w 1802 roku podaje opis czterech pokoleń tego rodu od Jerzego, poprzez Teodora, Benedykta, Michała do Felicjana, Hilarego i Ksawerego Arcimowiczów (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 29, s. 7). Arcimowiczowie również mieszkali licznie w powiecie dziśnieńskim, gdzie m.in. byli spokrewnieni z Nowickimi i Szostakami. Potwierdzeni w rodowitości przez heroldię wileńską: 1804, 1840, 1842, 1848, 1851 i in. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 7, nr 7, I; f. 391, z. 1, nr 1542, s. 1-139; f. 391, z. 8, nr 131, s. 1). Źródła archiwalne wielokrotnie wzmiankują o reprezentantach tego rodu. Tak Maksym Arcimowicz, osocznik grodzieński, wymieniony jest przez źródła pisane z roku 1536 („Siewierno-Zapadnyj Archiw”, t. 1, s. 24).
W. Nekanda-Trepka w XVII wieku w „Liber generationis plebeanorum” (wyd. Warszawa 1995, s. 64), złośliwie, aczkolwiek niedowodnie, zauważa: „Arcimowicz, chłopski syn skądsi. Służył za masztalerza u Aderkasa, kawalkatora królewskiego w Warszawie circa 1600. Potem pojął był mieszczkę w Warszawie Jarząbkowską nazwaną i kupił dom sobie przeciw stajniom królewskim. Tego anno 1634 wziął był p. Grochowski, podkoniuszy, za podpodkoniuszego, to jest za starszego masztalerza”...
Wśród mieszkańców szlacheckiej wsi Arcimowicze w powiecie brasławskim „Metryka Litewska” w 1690 r. odnotowała Jerzego, Stefana, Stanisława, Bazylego i Kazimierza Arcimowiczów („Metryka Litewska”, Warszawa 1989, t. 2, s. 278).
Jeden z ówczesnych dokumentów, zapis do ksiąg grodzkich nieświeskich, brzmi jak następuje: „Roku tegoż (1694), dnia 21 Nowembra, pan Jan Arcimowicz, ziemianin Jego Xiążęcey Mości z Xięstwa Nieświeskiego, pod przysięgą zeznał, iż córka jego Anna tak ciężką y długą niemocą była udręczona, że już prawie umarłą być zdała się, y gdy ją rodzice opłakawszy, z gorącym jęczeniem y łzami, opiece Przeczystej Panny w tutejszym (świerzneńskim) Obrazie cudami słynącey poruczył, zaraz pożądany nadziei swojey skutek otrzymali, albowiem córka ich w tymże momencie od śmierci, jakby ze snu się obudziła, mówić y widomie do siebie przychodzić poczęła, jakoż y w krótkim czasie zupełnie zdrowa została; które to łaski Boskie pomieniony pan Jan Arcimowicz, córce swey wyświadczone, należytym pokłonem Panu Bogu zawdzięczając, pod sumnieniem wszystko, co się tu napisało, zeznał” (Cyt. wg „A Reprint of the 1754 Nieśwież Edition of Pełnia piękniey jak księżyc, łask promieniami światu przyświecająca”, Ed. by Maciej Siekierski, Berkeley, California 1985, s. 100).
Około roku 1794 na Grodzieńszczyźnie pełnił obowiązki duszpasterskie ksiądz Teodor Arcimowicz. Mikołaj Arcimowicz był w końcu XVIII wieku wykładowcą Szkoły Budownictwa w Grodnie (St. Kościałkowski „Antoni Tyzenhaus”, t. 1, s. 419, Londyn 1970).
„Wywód rodowitości starożytnej szlachetnej familii urodzonych Arcimowiczów herbu Szeniawa” z 12 kwietnia 1804 roku podaje: „Moysiey Arcimowicz, protoplasta dopiero wywodzących się, zaszczycony z przodków używaniem prerogatyw stanowi szlacheckiemu właściwych, dziedziczył kondycyę w okolicy Arcimowiczach w Gubernii Mińskiej leżącey, y syna Jaśki sukcessorem po sobie zostawił (1594)...
Rzeczony Jaśko Arcimowicz, podług dowodu dokumentu ugodowego Teodora Arcimowicza z Sawem Mikołajewiczem, Janem Szabłowskim w roku 1596 Januaryi 4 dnia zawartego (...), syna Teodora na świat wydał, który dziedzicząc kondycyę w okolicy Arcimowiczach po oycu na się spadłą, połowę oney urodzonym Siemienowiczom wyprzedał, a drugą połowę synowi Bazylemu do sukcedowania zostawił (...) Bazyli Fiodorowicz Arcimowicz spłodził synów dwóch Mikołaja y Mateusza, y onym tak majętność oyczystą w Arcimowiczach, jako też y zastawnego nabycia Krasowszczyzna zwaną w powiecie brasławskim leżącą do dziedziczenia przeznaczył. Testament przez niego w roku 1701 oktobra 22 dnia sporządzony o tym dał przekonanie. Z pomienionych synów Bazylego Teodorowicza Arcimowicza Mateusz bezpotomnie zszedł z tego świata, Michał zaś spłodził syna Jana, który dobra ziemskie oyczyste wyprzedawszy (1719) (...) osiadł na possessyi arędowniczey w dobrach Czapulanach oyców dominikanów y spłodził syna Romana, który synów trzech: Andrzeja, bezdzietnie już zmarłego, Jerzego, z synami Maciejem y Jerzym, oraz Macieja z synami Józefem, Antonim y Kazimierzem po sobie zostawił.”
W 1804 roku heroldia wileńska po stwierdzeniu, że urodzeni Arcimowiczowie niniejszy wywód czyniący, jako też ich rodzice pochodzą z przodków rodowitością szlachecką zaszczyconych, prowadzili życie stanowi szlacheckiemu właściwe”, zadecydowała: „Na fundamencie przeto takowych zaprodukowanych dowodów, rodowitość starożytną familii urodzonych Arcimowiczów próbujących, my marszałek guberński i deputaci powiatowi, stosownie do przepisów (...) familią urodzonych Arcimowiczów, wywodzących się, jako to: Jerzego z synami Maciejem y Jerzym, Macieja z synami Józefem, Antonim y Kazimierzem, Romana Arcimowiczów za rodowitą y starożytną szlachtę Polską uznajemy y ogłaszamy y onych do Xięgi Szlachty Gubernii Litewsko – Wileńskiej klassy pierwszej zapisujemy.
Działo się na sessyi Deputacyi wywodowey szlacheckiey w Wilnie.
Podpisy: Michał hrabia Brzostowski, marszałek guberński; Joachim Pomarnacki, deputat szlachty z powiatu wileńskiego; Andrzey Voigt, deputat powiatu oszmiańskiego; Józef Kuczewski, deputat powiatu zawileyskiego; Ignacy Dąmbrowski, deputat wiłkomierski; August Giedroyć, z powiatu brasławskiego deputat; Romuald Kondrat, deputat powiatu rosieńskiego; Kajetan Buywen, deputat z powiatu telszewskiego” (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 34).
5 września 1811 roku Antoni Arcimowicz otrzymał od dziekana oddziału fizyczno-matematycznego Uniwersytetu Wileńskiego ks. Józefa Mickiewicza zaświadczenie o otrzymaniu tytułu doktora filozofii (Dział rękopisów Biblioteki Uniwersytetu Wileńskiego, F. 2, KC. 284, s. 44).
„Nobilis Onuphrius Simonis filius Arcimowicz w maju 1832 roku także otrzymał na Wszechnicy Wileńskiej tytuł kandydata filozofii – na wydziale fizyczno-matematycznym (CPAH Litwy w Wilnie, F. 721, z. 1, nr 839, s. 216).
W 1834 roku heroldia w Wilnie potwierdziła rodowitość Jana Arcimowicza, który z żony Apolonii Niedźwieckiej miał synów Karola (9 lat), Wiktora (7) i Tadeusza (4), dzierżawiących majętność Kluszczany w powiecie święciańskim. W 1851 roku taż heroldia potwierdziła szlacheckość trzech rodzin (w tym wyżej wspomnianej, lecz już w stanie zwiększonym) Arcimowiczów, zamieszkałych w Wilnie: pracującego jako mularz Antoniego Stanisława (żona Marianna ze Stankiewiczów, syn Karol (8 lat), córka Petronela (pół roku)); uprawiającego rzemiosło stolarskie Romualda Jakuba (żona Scholastyka ze Stankiewiczów, synowie Konstanty (4 lata) i Piotr (pół roku)); utrzymującego się z robót ciesielskich trzyimiennego Jana Ignacego Wincentego Arcimowicza z żoną Apolonią z Niedźwieckich i synami Karolem (13 lat), Tadeuszem (8 lat), Julianem (2 lata).
W Rosji do bardziej znanych reprezentantów tej rodziny należeli m. in. Wiktor Arcimowicz, w XIX w. gubernator Kaługi; Adam Arcimowicz (1829-1893), zasłużony dla Rosji organizator systemu oświaty (okręg odeski); gubernator Samary Wiktor Arcimowicz (1820-1893), senator Cesarstwa Rosyjskiego, reformator tamtejszego systemu politycznego, przeszedł na prawosławie, ale czuł się nadal Polakiem.

* * *

Leon (z rosyjska: Lew) Arcimowicz był jednym z najwybitniejszych fizyków nuklearnych XX stulecia w skali światowej, a jednocześnie utalentowanym pedagogiem, organizatorem szkolnictwa wyższego w ZSRR. Niemiecki leksykon „Der grosse Brockhaus“ (Wiesbaden 1997, B. I, s. 371) podaje zwięźle: „Arzimowitsch Lew Andrejewitsch, sowjetischer Physiker, Moskau 25.2.1909, ebenda 1.3.1973, wies die Gültigkeit der Erhaltungsgesätze bei der Paarvernichtung nach, arbeitete über Wechselwirkung schneller Elektronen mit Materie und elektromagnetischer Isotopentrennung und entwickelte die Theorie der chromatischen Aberration elektronenoptischer Systeme”.
Leon Arcimowicz urodził się 12 lutego 1909 roku w Moskwie. Przedtem jego dziadek i ojciec przeżyli w Rosji niejeden dramat, aż udało się sytuację rodzinną nieco ustabilizować. Siostra przyszłego profesora, Katarzyna Arcimowicz, we wspomnieniach pt. „Kartki dzieciństwa” pisała: „Rodzina Arcimowiczów wywodzi się ze starożytnego rodu polskiego. Nasz dziad Michał (syn Józefa) Arcimowicz brał udział w Powstaniu Polskim 1863-1864 r. i razem z innymi jego uczestnikami został zesłany na Syberię. Tam się ożenił z sybiraczką, naszą babką Lolą. Po odbyciu kary dziadek przeniósł się do Smoleńska, następnie do Moskwy.
Ojciec urodził się w Smoleńsku w 1880 roku. Ukończył Uniwersytet Lwowski. Podczas pierwszej wojny światowej został ciężko ranny na froncie i po szpitalu zajął się działalnością pedagogiczną, wykładał w Uniwersytecie Ludowym Szaniawskiego aż do roku 1920.”
Rodzina mieszkała w centrum Moskwy, na Arbacie, gdzie weszła w posiadanie niedużej jednorodzinnej kamienicy po przodkach po kądzieli, panach Levienach. Wszystkie dzieci uczono muzyki, wszystkie regularnie bywały w Wielkim Teatrze na operach i baletach P. Czajkowskiego, M. Glinki, A. Alabjewa, M. Rymskiego-Korsakowa.
W domu była bogata biblioteka, na którą składały się: „Encyklopedia” Brockhausa i Efrona w 86 tomach, pełne zbiory dzieł A. Mickiewicza, W. Szekspira, A. Puszkina, Moliera, J. Słowackiego i in. Pan Andrzej Arcimowicz bardzo chętnie opowiadał dzieciom o przodkach rodu, pokazywał im drzewo genealogiczne, wizerunek herbu szlacheckiego, zachowane dokumenty genealogiczne. Dzieci rosły w dumnym poczuciu swej polskiej rodowitości i szczyciły się przynależnością do tradycji rycerstwa polskiego.
W 1917-1918 na ulicach Moskwy rozgorzały zażarte walki między oddziałami bolszewickimi, monarchistycznymi, eserowskimi, anarchistycznymi i in. Wybuchła przysłowiowa „wojna wszystkich przeciwko wszystkim” – „bellum omnium contra omnes”. Aby ratować swą bądź co bądź szlachecką rodzinę przed zrewoltowanym motłochem, Andrzej Arcimowicz postanowił razem z nią salwować się ucieczką w kierunku zachodnim, który to pomysł udało się uskutecznić na początku 1919 roku, gdy wszyscy przenieśli się do Mohylewa na Białoruś. Po paru miesiącach trzeba było jednak wyjechać stąd do krewnych do Klinców, a potem do Homla. W pewnym okresie rodzice, sześciorgo dzieci zostali rozmiotani i poniewierali się osobno, lecz los chciał, by nikt nie zginął, i w końcu cała rodzina zamieszkała razem w Homlu w jednopokojowym składziku, w głodzie, chłodzie, w warunkach urągających wszelkim zasadom higieny. Cieszono się jednak z tego, że się żyło, gdy dookoła ginęły nie tylko całe rodziny, lecz wsie, miasteczka i dzielnice miast. Jakoś udało się przetrwać okres wojny domowej, okrutnej i krwawej nad wyraz.
Później, od 1923, Andrzej Arcimowicz został skierowany do stolicy Białorusi, Mińska, gdzie został początkowo docentem, następnie zaś profesorem i wreszcie kierownikiem Katedry Statystyki i Geografii Ekonomicznej Uniwersytetu Białoruskiego. Jego żona, Niemka z pochodzenia, była również pedagogiem, doskonale znała język francuski, angielski, niemiecki, rosyjski i polski; doskonale rysowała, śpiewała, grała na fortepianie. Była idealną panią domu, nigdy nie zgłaszała żadnych pretensji do męża, nie podnosiła głosu na dzieci; atmosfera w rodzinie była przesycona nie tylko miłością, lecz też swoistą dyscypliną i porządkiem. Powiedzmy, przy stole, podczas posiłku, nie rozmawiano. Omawianie zaś, czy tym bardziej obmawianie, kogoś w domu było zabronione kategorycznie. Pan domu był człowiekiem nader gruntownym, a nawet pedantycznym; w końcu każdego dnia obliczał na piśmie nie tylko, ile wydał pieniędzy na zakupy, ale też: ile godzin poświęcił pracy, ile czytaniu gazet, zabiegom higienicznym, toalecie, rozmowom lub spacerom z psem w parku. W końcu każdego tygodnia, miesiąca i roku uogólniał tę statystykę, uzyskując dość wymowne dane, które wszystkich zaskakiwały, ale z których i tak nic nie wynikało. Słowem, był to statystyk z prawdziwego zdarzenia, choć przecież człowiek rozgarnięty pod względem umysłowym i mający rozległe zainteresowania poznawcze i kulturalne.
Choć bolszewicy kategorycznie zabronili wierzyć w Boga i chodzić do kościoła, a za te „zbrodnie” nie tylko pozbawiano ludzi pracy, wolności, ale i samego życia, w domu Arcimowiczów zawsze bardzo radośnie obchodzono święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Było to jakąś szczątkową, lecz piękną życiową pozostałością po dawnej tradycji polsko-szlacheckiej. Przy tej okazji przyjmowano gości i mile się bawiono.
Leon Arcimowicz ukończył szkołę średnią w Mińsku, wstąpił na studia i w 1928 roku ukończył Białoruski Uniwersytet Państwowy. W czasie studiów zwracał na siebie uwagę wielkim zaangażowaniem w pracę studenckich kółek naukowych i zupełnym oddaniem swej dziedzinie wiedzy. Widocznie były prawdziwe słowa starożytnego mędrca, który pisał: „Najwyższym dobrem, które jest dostępne dla człowieka dzięki umysłowi czystemu, jest poznanie prawdy i upodobanie w niej. To bowiem, co zostało poznane, zachwyca poznającego, a im bardziej zadziwiające i wspanialsze jest to, co zostało poznane, i zarazem im bystrzejszy jest umysł poznający, tym większa jest rozkosz umysłowa. A ten, kto doświadczył takiej rozkoszy, za nic ma wszelaką rozkosz pośledniejszą, a więc na przykład zmysłową, która w rzeczy samej jest podlejsza i lichsza, a człowiek, który ją wybiera, jest przez to lichszy niż ten, kto wybiera poprzednią” (Boecjusz z Dacji, „O Dobru Najwyższym czyli o życiu filozofa”, Warszawa 1990, s. 2-3).
L. Archimowicz wybrał swój los bez wahań choć oczywiście zdawał sobie sprawę z trudności piętrzących się na drodze życiowej uczonego. W okresie 1930-1944 pracował w Fizyko-Technicznym Instytucie Akademii Nauk ZSRR, prowadząc intensywne badania w zakresie zagadnień fizyki atomowej i jądrowej, szczególnie się skupiając na zagadnieniach szybkich elektronów. Eksperymentalnie dowiódł prawo zachowania impulsu przy anihilacji elektronu i pozytronu.
Pierwsze dwie publikacje naukowe L. Arcimowicza ukazały się w języku niemieckim, a ich współautorem był A. Alichanow. W 1931 roku ukazał się artykuł „Über Teilabsorption von Röntgenquanten“ w „Zeitschrift für Physik“, a drugi „Totalreflexion der Röntgenstrahlen von dünnen Schichten“ (także w „Zeitschrift für Physik“).
Od 1944 Arcimowicz pracował w Instytucie Energii Atomowej Akademii Nauk ZSRR. Na początku lat 1950-tych po raz pierwszy zrealizował fizyczną reakcję termojądrową w stałej kwazistacjonarnej plazmie. Uczony widział w tym czasie swoje zadanie w tym, by rozgrzać dość gęstą plazmę do odpowiedniej temperatury i potem przez jakiś czas utrzymywać ją w tym stanie. Realnie rzecz biorąc czas utrzymania plazmy w takiej kondycji był determinowany właściwościami tejże plazmy, a były one bardzo niestabilne. W ten sposób właśnie zwalczanie tej niestabilności stawało się podstawowym celem fizyków plazmy. Prace biegły w kilku kierunkach. L. Arcimowicz już nie żywił złudzeń co do perspektywiczności dla energetyki termojądrowej badań nad impulsami silnych wyładowań. Reaktor tego typu, jak obliczył uczony, byłby opłacalny w użytku tylko wówczas, gdyby poziom wkładanej do niego energii równał się co najmniej energii wybuchu średniej wielkości konwencjonalnej bomby lotniczej; a więc ten impuls nie tylko zniszczyłby całe urządzenie techniczne, ale i personel je obsługujący. Trzeba więc było szukać także innych rozwiązań, a można je było znaleźć tylko po dokładniejszym poznaniu samych zjawisk fizycznych, zachodzących na tym poziomie materii.
Po przeprowadzeniu szeregu doświadczeń laboratoryjnych Arcimowiczowi udało się istotnie pogłębić pojmowanie fizyki szybkich procesów i skonstruować doskonalszą aparaturę do badań nad właściwościami neutronów. Dalsze badania miały prowadzić m.in. także do wykrycia nowych pierwiastków, które znacznie by poszerzyły tablicę okresowego układu pierwiastków, sporządzoną, jak wiadomo, w 1869 roku przez profesora Dmitrija Mendelejewa, a następnie uzupełnianą w trakcie rozwoju poznania w zakresie chemii i fizyki. Cyferka umieszczana przy pierwiastku na tablicy Mendelejewa, jak wiadomo, oznacza liczbę protonów w jego jądrze. Najlżejszy jest wodór, który okupuje pierwsze miejsce w tablicy i ma tylko jeden proton w swym jądrze. Za wodorem plasują się kolejne, coraz cięższe pierwiastki, których jądra są sklejone z coraz większej liczny nukleonów (protonów i neutronów). Na przykład pierwiastek nr 2, czyli hel, ma już dwa protony i na dokładkę – dwa neutrony. Protony i neutrony ważą mniej więcej tyle samo, a więc hel jest cztery razy cięższy od wodoru (elektrony, które krążą w atomie wokół jądra, można zupełnie pominąć w takim ważeniu pierwiastków, ponieważ są lekkie „jak piórko”).
Ze znanych dziś 112 pierwiastków, w naturze występują tylko pierwsze 94. W tym neptun (nr 93) i pluton (nr 94) – w ilościach śladowych w rudach uranu. Ich odkrywcom wydawało się zresztą, że są to już ostatnie pierwiastki, dlatego ochrzcili je tak samo, jak ostatnie planety w Układzie Słonecznym.
Do połowy lat 40. XX wieku sądzono, że pierwsze pierwiastki powstały w pewnej określonej chwili po Wielkim Wybuchu, początku Wszechświata, jeszcze przed utworzeniem się gwiazd. Teraz jednak wiemy, że na długo przed gwiazdami powstały tylko pierwsze, najlżejsze pierwiastki – wodór i hel. Z nich powstały gwiazdy i galaktyki. Dopiero w gorących tyglach wnętrza gwiazd narodziły się i do dziś rodzą się cięższe pierwiastki. Ale nawet piekło wnętrza gwiazd nie było w stanie wytworzyć pierwiastków, które mają w jądrze więcej niż około 60 protonów.
Jeszcze cięższe pierwiastki, aż do uranu, neptunu i plutonu, mogły powstać tylko w wyniku ekstremalnych warunków i sił towarzyszących eksplozjom gwiazd supernowych. Te katastrofy, największe kosmiczne fajerwerki, którymi kończą życie zbyt ciężkie gwiazdy, rozproszyły pierwiastki po całym Wszechświecie. Trafiły one m.in. do międzygwiezdnych obłoków, z których powstały Słońce i Ziemia.
Z dotychczasowej wiedzy wynika więc, że pierwiastki superciężkie potrafią stworzyć tylko ludzie w laboratoriach. Od roku 1940 w reaktorach jądrowych i akceleratorach cząstek wyprodukowano kolejne pierwiastki, cięższe od 94 – plutonu. Twórcy nowych pierwiastków żeglują jednak po morzach niestabilności. Te najcięższe pierwiastki oraz wszystkie ich izotopy żyją w laboratorium ledwo ułamki sekundy. Okazuje się, że siły, które trzymają jądro w całości, przy pewnej konfiguracji neutronów i protonów okazują się za słabe wobec sił odpychania części składowych jądra.
Ostatni ze sztucznie stworzonych pierwiastków, nr 112, trwa przez zaledwie 280 miliardowych części sekundy. Potem rozpada się na lżejszych sąsiadów. Niezwykle trudno jest nawet dokładnie się mu przyjrzeć i dociec jego chemicznych własności, a cóż dopiero wykorzystać je w praktycznych celach.
Tymczasem teoretycy, używając do obliczeń potężnych superkomputerów, spekulują, że pierwiastek 114 będzie stabilny. Jego jądro będzie swego rodzaju workiem wypełnionym aż 298 nukleonami (114 protonami i 184 neutronami), a pomimo to ma skutecznie opierać się radioaktywnemu rozpadowi. Czas jego życia ma sięgać nawet milionów lat. Taki pierwiastek dałoby się zaprząc do pracy, a jego odkrycie zrewolucjonizowałoby fizykę jądrową i chemię.
Polowanie na pierwiastek 114 zaczęło się już w latach 60 XX wieku. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się sugestia, że może on być trwały. Niektórzy wierzyli, że będzie miał niezwykłe właściwości, doprowadzi do powstania cudownych materiałów, być może nowego paliwa. Niektórzy widzieli w nim tworzywo potencjalnej nowej i potężnej broni masowego rażenia. Były to czasy zimnej wojny.
Szczypta innego, cięższego, ale również hipotetycznego pierwiastka (nr 184) została już raz wykorzystana w powieści science fiction do utrzymania zasilania przez kilka miesięcy całej elektrowni, a także do tworzenia konstrukcji niewielkich, ale superciężkich.
Istniejące, sztuczne superciężkie promieniotwórcze pierwiastki już dziś są wykorzystywane. Na przykład do wytwarzania energii i prądu. Zaledwie kilka miligramów soli kiuru (nr 96) potrafi wprawić we wrzenie litr wody. Jądra kiuru wystrzeliwują z siebie cząstki alfa (zlepek dwóch protonów i dwóch neutronów), które przy przechodzeniu przez materię szybko się wyhamowują i przekazują jej swoją energię. Tabletek, które zawierają kilka gramów tlenku kiuru, nie można brać w ręce, bo żarzą się w temperaturze ponad 1200°C. Tego pierwiastka używa się m.in. jako źródła energii dla sond kosmicznych, świecących boi morskich, automatycznych stacji meteorologicznych, a także do ogrzewania skafandrów nurków i kosmonautów.
Kalifornu (nr 98) używa się w medycynie do napromieniowania złośliwych guzów nowotworowych. Jest on silnym źródłem neutronów (jeden gram emituje tyle neutronów, co średniej mocy reaktor jądrowy). Stosuje się go też do prześwietlania części samolotów i reaktorów w celu wykrycia ich usterek, także do szukania przemycanych narkotyków. Takim punktowym, silnym strumieniem neutronów można też analizować skład substancji i materiałów, wykrywając w nich nawet śladowe ilości pierwiastków.
Pierwiastki cięższe od neptunu i plutonu żyją coraz krócej. Berkel (nr 97) – 1400 lat, ale już nobel (nr 102) – 58 minut, a meitner (108) – tylko 70 milisekund. Ostatni znany pierwiastek 112 trwa – jak zaznaczyliśmy – krócej niż mgnienie oka – 280 mikrosekund. To powinno sugerować, że jeszcze cięższe pierwiastki rozpadają się jeszcze szybciej – im cięższe pierwiastki produkujemy, tym głębiej zanurzamy się w morzu niestabilności.
Ciekawe, że elektrony są umiejscowione w materii bardzo luźnie, jak planety obracające się według swych słońc (jąder). Gdyby umieścić elektrony składające się na ciało ludzkie tak, aby dotykały one siebie nawzajem, ciało to miałoby objętość zaledwie kilku milimetrów sześciennych.
W takim oto tajemniczym i zagadkowym świecie fenomenów fizycznych trudził się wybitny uczony przez kilkadziesiąt lat. Ciekawe, iż historycy nauki zgadzają się w zasadzie co do tego, że Leon Arcimowicz nie może być jednoznacznie zaszeregowany ani jako tylko teoretyk, ani jako tylko praktyk. Zaczynał swój szlak naukowy jako teoretyk, lecz swe najlepsze prace wykonał w latach trzydziestych jako praktyk, jako fizyk-eksperymentator. Ta rzadka cecha, zdolność do syntezy różnych rodzajów wiedzy, pozwalała mu nie tylko błyskawicznie interpretować idee wypowiadane przez innych uczonych, ale też umożliwiała snucie interesujących rozważań o charakterze parafilozoficznym, wyrastających na styku różnych nauk przyrodniczych. Tym bardziej, że jak słusznie twierdził Arthur Schopenhauer: „Fizyka nie może ustać na własnych nogach, lecz wymaga metafizyki, aby się na niej oprzeć, choćby nie wiem jak patrzyła na nią z góry. Objaśnia bowiem zjawiska za pomocą czegoś jeszcze mniej od nich znanego: za pomocą praw natury, opartych na siłach natury, do których należy też siła życiowa. Cały obecny stan wszystkich rzeczy na świecie lub w przyrodzie niewątpliwie muszą tłumaczyć przyczyny czysto fizyczne. Ale jest też równie konieczne, by takie wyjaśnienie – zakładając, że naprawdę posunięto się tak daleko, aby je dać – musiały obarczać dwie wady (niejako dwie plamy lub pięta achillesowa, lub kopyto diabelskie), na skutek których wszystkie takie wyjaśnienia pozostają znów niewyjaśnione. Po pierwsze, mianowicie, ta wada, że początku łańcucha przyczyn i skutków, czyli powiązanych zmian, który miałyby wszystko wyjaśnić, nigdy osiągnąć się nie da, gdyż podobnie jak granice świata w przestrzeni i czasie odsuwa się on w nieskończoność; a po wtóre, że wszelkie działające przyczyny, którymi się wszystko tłumaczy, opierają się zawsze na czymś zupełnie niemożliwym do wyjaśnienia, mianowicie na pierwotnych jakościowych właściwościach rzeczy i na przejawiających się w nich siłach natury, dzięki którym działają w określony sposób, np. na ciężarze, twardości, sile mechanicznej, elastyczności, cieple, elektryczności, siłach chemicznych itd., a które pozostają w każdym wyjaśnieniu jak nieznana nieusuwalna wielkość w skądinąd rozwiązanym równaniu algebraicznym, zaś na skutek tego nie ma potem nawet najmniejszej skorupki glinianej, która nie składałaby się z samych nieznanych jakości (...)
Powiadam więc: fizycznie wyjaśnić daje się wprawdzie wszystko, ale też nic. Podobnie jak w przypadku pchnięcia kuli, tak i w przypadku myślenia, które ma miejsce w mózgu, musi się znaleźć ostatecznie jakaś przyczyna fizyczna, ale pierwszego nie da się pojąć dzięki temu bardziej niż drugiego. (...) Ściśle biorąc można by twierdzić, że w gruncie rzeczy żadna nauka przyrodnicza nie osiąga więcej niż botanika, mianowicie zbiera i klasyfikuje rzeczy jednorodne. (...)
Z drugiej strony jednak trzeba także zauważyć, że możliwie najpełniejsza znajomość przyrody prawidłowo pokazuje problem metafizyki; dlatego niech nikt się nie waży do niej zbliżać, jeśli nie zdobył przedtem wprawdzie ogólnej, ale jednak gruntownej znajomości wszystkich gałęzi przyrodoznawstwa. Problem musi bowiem poprzedzać rozwiązanie. Potem jednak badacz musi skierować wzrok do wewnątrz; albowiem problemy poznawcze i etyczne są w tym samym stopniu ważniejsze od fizycznych, w jakim np. magnetyzm zwierzęcy jest nieporównanie ważniejszym zjawiskiem niż magnetyzm minerałów. Ostateczne i podstawowe tajemnice kraje serce człowieka, ono zaś jest dla niego najbardziej dostępne i dlatego tylko tu może on żywić nadzieję, że znajdzie klucz do zagadki świata i powiąże jedną nicią istotę wszystkich rzeczy”.
Nie trzeba dodawać, że ta synteza, choć wyrastająca z osiągnięć nauk szczegółowych, jest do pomyślenia tylko jako synteza o najwyższym stopniu uogólnienia, a więc mająca charakter raczej metafizyczny, a w dużym stopniu – także etyczny. Co, z kolei, wymaga od badacza nie tylko wysokiego poziomu intelektualnego, ale i wielkiej dzielności moralnej.
Trzeba umieć pytać przyrodę, a gdy jej odpowiedzi wydają się nam niesłuszne, to nie koniecznie myli się przyroda. Uprawianie nauki wymaga więc też istotnych uzdolnień etyczno-moralnych. Wydaje się, że także to miał na myśli Johann Wolfgang Goethe, gdy notował: „Den Unzulänglichen verschmäht sie, und nur dem Zulänglichen, Wahren und Reinen ergibt sie sich und offenbart ihm ihre Geheimnisse”.
Oczywiście, tajemnice natury udaje się odkryć tylko poznając jej „zwyczaje” i stosując się do nich. Jak pisał ongiś Roger Bacon: „Scientia est potentia, natura parendo cincitur” – „Wiedza jest potęgą, przyrodę pokonuje się słuchając ją”.
Leon Arcimowicz dokonał szeregu istotnych ustaleń i odkryć w dziedzinie fizyki atomowej, w związku z czym w 1953 roku został wyróżniony tzw. Nagrodą Stalinowską, w 1958 Nagrodą Leninowską ZSRR, w 1971 – Nagrodą Państwową I stopnia. Prócz tego nagrodzono go siedmiokrotnie najwyższymi orderami ZSRR (w tym pięcioma orderami Lenina) oraz szeregiem medali. Wspólnie z Iwanem Kurczatowem, kierownikiem radzieckiego programu atomowego, badał prawidłowości wchłaniania wolnych neutronów przez jądra poszczególnych pierwiastków; wspólnie z A. Alichanowem i A. Alichanjanem opracował (1936) teorię anihilacji elektronów i pozytronów.
Przez szereg lat Arcimowicz kierował w ZSRR doniosłymi pracami w dziedzinie fizyki gorącej plazmy w związku z zagadnieniami sterowanej reakcji termojądrowej. Był też autorem projektów urządzeń technicznych, wykorzystujących energię plazmy. Uważał, że w przyszłości powstaną silniki plazmowe. W książce „Czwarty stan materii” pisał: „Obszar możliwego zastosowania akceleratorów plazmy odnosi się prawdopodobnie do techniki bardzo dalekich lotów kosmicznych. Aby przyszły statek kosmiczny miał niezbędną zdolność manewrowania i stanowił autonomiczny środek transportowy, a nie obiekt balistyczny wycelowany poprzednio i pozostawiony później siłom bezwładności i ciężkości, konieczne jest wyposażenie tego statku w źródła energii i silniki rakietowe, za pomocą których można byłoby dokonywać złożonych ewolucji w przestrzeni. Jeśli tor lotu wymaga długotrwałego stosowania środków manewrowych, to bardzo istotnym staje się zagadnienie zapasów paliwa dla silnika rakietowego. (...) Możliwość zastosowania iniektorów plazmowych dla sterowania statkami kosmicznymi jest związana z opracowaniem źródeł energii o dużej mocy specjalnie dla lotów kosmicznych. Co się tyczy konstrukcji i charakteru pracy plazmowego silnika rakietowego, to mamy tu bardzo szerokie możliwości dla fantazji technicznej”.
Profesor Arcimowicz zaproponował również projekt własnego pomysłu dotyczący współosiowego iniektora plazmowego, zwanego inaczej „działem plazmowym”, którego funkcjonowanie polegać miało na wyrzucaniu w próżnię oddzielnych plazmoidów lub strumieni plazmy, mających bardzo dużą prędkość. Ten pomysł został później zastosowany w procesie konstruowania aparatów kosmicznych zarówno w Rosji, jak i w Stanach Zjednoczonych.
Jedną z najlepszych książek Leona Arcimowicza była monografia „Uprawlajemyje tiermojadiernyje rieakcii” (pierwsze wydanie 1961, drugie poszerzone – 1963), która była nie tylko kilkakrotnie publikowana w Rosji i na Ukrainie, ale też została przetłumaczona i wydana w Japonii, Niemczech, Francji, USA, Kanadzie, Izraelu. Jest to jedno z najlepszych dzieł w tej dziedzinie wiedzy, mające jednocześnie charakter książki naukowej i podręcznika uniwersyteckiego. W 1963 zrealizowano pierwsze wydanie książki „Elementarnaja fizika płazmy” (s. 192), która następnie była w na nowo opracowanym kształcie publikowana w latach 1966, 1969 i in. W 1964 pod redakcją L. Arcimowicza wydano tom zbiorowy „Mietody izmierenija osnownych wieliczin jadiernoj fizyki” (s. 462).
Ciekawe, że jeszcze za swego życia Leon Arcimowicz, mimo iż należał do grona osób ściśle strzeżonych i chronionych, cieszył się dużym szacunkiem zarówno kierownictwa i elit intelektualnych ZSRR, jak też popularnością wśród dziennikarzy i masowej publiczności czytającej. Oczywiście, stanowiło to źródło głębokiej satysfakcji moralnej dla pracowitego i utalentowanego naukowca. Jest bowiem prawdą, że – jak pisze Francis Fukuyama w książce „Ostatni człowiek”„poczucie własnej wartości musi się opierać na jakichś osiągnięciach, choćby najbardziej znikomych, im trudniejsze zaś osiągnięcie, tym wyższe poczucie własnej wartości”...
Powszechne uznanie stwarza jednak dalszy problem, który streszcza się w pytaniu: Kto uznaje? Bo czy nie jest tak, że satysfakcja, którą czerpiemy z uznania, w dużej mierze zależy od jakości uznającej osoby? Czyż nie jest znacznie bardziej satysfakcjonujące zostać uznanym przez osobę, której osąd cenimy, niż przez ogół ludzi, których pojęcie o życiu jest przeciętne? Czy nie jest tak, że wyższe, a zatem bardziej satysfakcjonujące formy uznania muszą pochodzić od coraz węższego kręgu osób, ponieważ wybitne osiągnięcia potrafią ocenić tylko ludzie równie wybitni? Fizyk teoretyczny byłby przypuszczalnie znacznie bardziej usatysfakcjonowany, gdyby jego pracę uznali najlepsi spośród innych fizyków, a nie jakiś popularny tygodnik.
Osiągnięcia zaś Arcimowicza były uznawane powszechnie na całym świecie zarówno w kręgach „wąskich specjalistów”, jak i przez milionowe rzesze laików. Chodziło m.in. także o to, że profesor był bardzo sympatyczny i ujmujący w obchodzeniu się z ludźmi. Pełen taktu, elegancji, o nader wytwornej i szlachetnej powierzchowności potrafił podbijać nie tylko umysły, ale i serca rozmówców, a ci robili mu publicity.
W 1966 roku znakomitego uczonego obrano na członka Amerykańskiej Akademii Nauki i Sztuki, dając przez to wyraz szacunku dla naprawdę imponujących osiągnięć twórczych L. Arcimowicza. W 1967 pod jego redakcją ukazało się dwutomowe dzieło „Razwitije fiziki w SSSR” (s. 451 i 363). W 1969 roku wydano książkę L. Arcimowicza „Zamknutyje płazmiennyje konfiguracji” (s. 160), przetłumaczoną na język angielski i niemiecki.
W kwietniu 1972 roku L. Arcimowiczowi nadano tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego. Reportaż o przebiegu uroczystości nadano w radiu i telewizji polskiej, pisano też o tym obszernie w prasie. Po jakimś czasie profesor otrzymał list z Radomia, w którym pani Janina Kamieńska-Kijewska dowodziła, że jej pradziad i pradziad Leona Arcimowicza byli rodzonymi braćmi. Wywiązała się więc wymiana listów, a profesor podjął starania, by zaprosić swą kuzynkę na parę tygodni do Moskwy. Władze radzieckie wszelako utrudniały, a w końcu uniemożliwiły tę wizytę, gdyż L. Arcimowicz opracowywał zagadnienia „strategiczne” w nauce, mające styczność z techniką kosmiczną i obronną; takich ludzi w ZSRR w ogóle izolowano od reszty świata. [Do dziś dotarcie do autentycznej dokumentacji dotyczącej szczegółów życia i pracy tego uczonego w Rosji jest wielce utrudnione].
Jak wynika z dostępnych przekazów, dotyczących ostatnich lat życia naukowca, czuł się on wówczas dość dobrze i wciąż pracował – jak przez całe życie – minimum po osiem godzin na dobę. Łatwiej mu było odmówić sobie relaksu, wypoczynku czy rozrywki niż pracy w swym laboratorium plazmy. Widocznie miał rację poeta Novalis, gdy twierdził, że „ein wahrer Forscher wird nie alt, jeder ewige Trieb ist ausser dem Gebiet der Lebenszeit”. Dotyczy to oczywiście w całej rozciągłości także popędu poznawczego. Ale choć sam popęd do wiedzy jest wieczny i niezniszczalny (jako jeden z atrybutów „ducha kosmicznego”) to jednak życie naukowca jest równie krótkie i ulotne („somnium breve”) co i życie każdego śmiertelnika.
Zmarł wybitny uczony 1 marca 1973 roku. Jednak jeszcze w ciągu kilku lat po zgonie L. Arcimowicza ukazywały się w ZSRR książki przez niego pisane lub redagowane (cykl wydawniczy w kraju dławionym przez drakońską wielokrotną cenzurę trwał wyjątkowo długo).
W 1976 „Atomizdat” opublikował jego popularnonaukowy tekst „Czto każdyj fizik dołżen znat’ o płazmie” (s. 112). W 1978 wydawnictwo AN ZSRR „Nauka” wydało wybór tekstów L. Arcimowicza pt. „Izbrannyje trudy” (s. 302). Rok później ukazała się w oficynie „Atomizdat” „Fizika płazmy dla fizikow” (s. 317). Dwukrotnie wydano (w 1981 i 1988 roku w Moskwie) zbiór wspomnień o tym wybitnym uczonym pt. „Wospominanija ob akadiemikie L. A. Arcimowiczie” (s. 253), w którym w sposób nader pochlebny i interesujący pisali o nim tak słynni reprezentanci nauki XX wieku, jak A. Alichanow, A. Aleksandrow, A. Grinberg, Ch. Alven, M. Leontowicz, J. Wielichow, W. Goldanski, B. Weinstein, B. Feld, S. Winter, A. Migdał, S. Kapica, W. Frenkel i szereg innych.
Wraz ze śmiercią znakomitego uczonego nie wygasła uczona „dynastia” tego rodu w Rosji. W XX wieku cieszyli się sławą w tym kraju także Ludmiła Arcimowicz (córka Leona), profesor w Instytucie Energii Atomowej imienia J. W. Kurczatowa w Moskwie, oraz profesor medycyny Nela Arcimowicz, kierownik laboratorium w Instytucie Immunologii Ministerstwa Ochrony Zdrowia Rosji.

Augustynowicz



Tomasz Augustynowicz przyszedł na świat we wsi Kokiszki na Wileńszczyźnie w 1809 roku. Pochodził z drobnoszlacheckiej rodziny, co prawda niezamożnej, ale cieszącej się dobrą sławą wśród obywatelstwa ze względu na prawość i patriotyzm.
Wypada w tym miejscu zaznaczyć, że Augustynowiczowie z Litwy byli zupełnie inną rodziną, niż ród o tymże nazwisku od dawna znany w Małopolsce i na Wołyniu. Ci ostatni używali godła rodowego Odrowąż, a niektórzy historycy twierdzą (choć nie wiadomo, na jakiej podstawie), że mieli pochodzić jakoby od książąt, a nawet od królów ormiańskich. Jak informuje profesor Julian Bartoszewicz, ci Augustynowiczowie mieszkali po największej części we Lwowie i Kamieńcu Podolskim. „Rodzina ta wydała dwóch arcybiskupów lwowskich obrządku ormiańskiego. Pierwszy Jan Tobiasz urodził się z Grzegorza i Anny Jakubowiczówny, we Lwowie 24 listopada 1664 roku: trzymał go do chrztu pierwszy arcybiskup ormiański lwowski Mikołaj Torosowicz. Uczył się w rodzinnym mieście w kolegium papieskim u teatynów. Wyświęcił się na księdza 1688 roku. Został niedługo dziekanem katedralnym i oficjałem, wreszcie w roku 1711 przez duchowieństwo i lud obrany suffraganem lwowskim. W r. 1713 wyświęcony na biskupa himerieńskiego. Został w roku 1714 i koadjutorem arcybiskupa z prawem przyszłego po nim następstwa. Już w r. 1715 objął stolicę metropolitalną po śmierci swojego poprzednika Wartana Hunaniana. Podróżował do Rzymu z hołdem 1719 r. gdzie ze czcią przyjęty otrzymał od papieża lamowy ornat biały i czerwony, biały za wierność kościołowi, czerwony zaś na oznakę, że gotów jest krew rozlać dla jego obrony. Trzy miesiące bawił w Rzymie, a powrócił do Lwowa obciążony dostojnościami, został albowiem hrabią państwa rzymskiego, assystentem tronu i prałatem nadwornym papieża. W 1720 zasiadał na synodzie w Zamościu. Odtąd poświęcił się całkiem swojej owczarni rozproszonej po Rusi, Litwie, Polsce i księstwach naddunajskich. Najpokorniejszy nauczyciel i apostoł gołębiego serca. Wszyscy też oddawali mu cześć głęboką, czego szczególniejszym była dowodem uroczystość 50-letnich jego zasług kapłańskich obchodzona we Lwowie 29 marca 1739 roku, w niedzielę przewodnią, a po rusku w samo Zwiastowanie, na której Michał Rzewuski pisarz pol. kor. honory czynił arcybiskupowi. Na stare lata Augustynowicza dotknęła niemoc jednej ręki i nogi. Więc 31 lipca 1751 spisał testament, a 22 grudnia t.r. umarł w szacie dominikańskiej. Arcybiskup ten pisał żywoty swoich na katedrze poprzedników i krótką wiadomość o początkach kollegium papieskiego we Lwowie. – Drugi Augustynowicz Jakób Stefan, także syn Grzegorza i Anny Minasowiczówny, podobno pierwszego rodzony synowiec, gdy od dzieciństwa miał wielką skłonność do stanu duchownego, wysłali go rodzice około roku 1719 do Rzymu. Obrany pierwszym między innemi kandydatami koadjutorem Jana Tobiasza dnia 27 lutego 1736 roku, prekonizowany dnia 9 kwietnia 1737 roku biskupem egineńskim. Wyświęcał go kanclerz ksiądz Załuski, przyczem towarzyszyli metropolita ruski i suffraganowie łacińscy, lwowski i kijowski. Prawą ręką został starego biskupa, po którym wstąpił na stolicę 1751 roku jako także koadjutor. Pełen gorliwości pasterskiej, wspierał i upiększał kościół metropolitalny. Że ubogim był, przeto konstytucya na sejmie delegacyjnym w r. 1768 postanowiła, że pierwsze opactwo z wakujących w greckim obrządku dostanie na swoje uposażenie. Dotąd albowiem arcybiskupi ormiańscy nie mieli stałego dochodu, ale żyli jeszcze ze składek od parafian, co dla tych parafian naturalnie bardzo uciążliwe było, a pasterzowi nie zapewniało także wcale spokojnego bytu. Wtem kiedy rząd polski wdawał się w tę sprawę, Galicya odpadła od Korony, a pod nowym rządem bytowi udzielnemu katedry ormiańskiej burza zagroziła. Arcybiskup ma tutaj całą zasługę, że uratował stolicę, bo razem przez księżnę Kantakuzen i przez nuncjusza trafił do Marji Teressy, która nakazała utrzymać arcybiskupa i kapitułę przy nim, złożoną z 14 księży, wszystko na koszcie rządu. Po strasznej pożodze w roku 1778, arcybiskup odnowił i powiększył mieszkanie dla swoich następców. Umierając 11 stycznia 1783 raczej pracować niż żyć przestał. Pisał bardzo dużo, jako to: filozofię, logikę, teologię itd. Wszystko to zostaje do dziś dnia w rękopiśmie. Był również assystentem tronu rzymskiego. – Z tejże może rodziny pochodził Benedykt de Augustynowicz (tak się pisał), mianowany szambelanem Stanisława Augusta 29 marca 1792 r.”
Jak podają Roman Marcinek i Krzysztof Ślusarek w pierwszym tomie „Materiałów do genealogii szlachty galicyjskiej” (Kraków 1996, s. 13) Augustynowiczowie w Małopolsce pieczętowali się godłem Odrowąż i własnym i byli m.in. właścicielami dóbr Woszczańce; spokrewnieni m.in. z rodzinami Łosiów, Noelów. Jak podaje „Almanach Szlachecki” (t. 1, s. 132) S. Starykoń-Kasprzyckiego, byli też szlachta tego nazwiska pieczętujący się godłami Baki i Poraj.
Wszelako byli w Wielkim Księstwie Litewskim i Augustynowiczowie nic wspólnego z powyższymi nie mający. Tak np. „Wywód familii urodzonych Augustynowiczów herbu Ogończyk”, zatwierdzony przez heroldię wileńską 16 czerwca 1811 roku podaje, że „przodkowie tey familii dawną rodowitością szlachecką zaszczyceni ziemskie oraz dziedziczne majątki posiadali, a z tych pierwszy Jan Mikołajewicz Augustynowicz possessyą dziedziczną Augustynowszczyzną Chomkowszczyzną zwaną posiadał”… Posiadłość tę, leżącą w Ziemi Oszmiańskiej w części w 1603 roku Augustynowiczowie sprzedali Marcinowi Dawidowskiemu. Jan miał synów Stanisława i Jakuba”. Później posiadali Augustynowiczowie drobne zaścianki w województwie wileńskim. W 1811 roku Wincenty, Józef, Justyn, Paweł, Felicjan, Jan i (drugi) Wincenty Augustynowiczowie uznani zostali przez heroldię wileńską za rodowitą szlachtę polską” (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 876, s. 64-66). Byli też Augustynowiczowie herbu własnego.
Augustynowiczowie z powiatu oszmiańskiego, wywodzący się od protoplasty Jerzego i jego synów Stanisława i Jakuba, Hilary, Kazimierz, Bazyli, Jakub, Jan (2), Wincenty (2), Józef, Justyn, Paweł, Felicjan zostali potwierdzeni w rodowitości szlacheckiej przez heroldię wileńską 16 czerwca 1811 r. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 44).
Spotyka się wzmianki o przedstawicielach tej rodziny także w dawnych źródłach pisanych. Dla przykładu brzeski sąd grodzki jeszcze 9 marca 1577 r. rozpatrywał sprawę o pobicie przez Wojciecha Chmielewskiego pana Lenarta Augustynowicza, w trakcie gdy ów „wiózł piwo z wolki królewskiej z Żabinki do domu swego do Chmielewa”. Jan Augustynowicz, szlachcic wileński, w 1609 r. figuruje w księgach grodzkich tego miasta. Ziemianin hospodarski Ziemi Żmudzkiej pan Augustynowicz wzmiankowany jest w księgach Głównego Trybunału w Wilnie 21 lipca 1615 r. („Lietuvos Vyriausiojo Tribunolo sprendimai”, Vilnius 1988, s. 258).
Generał armii carskiej Oktawiusz Augustynowicz ofiarował 5 tysięcy rubli dla Akademii Umiejętności w Krakowie na prace z historii gospodarczej („Historia nauki polskiej”, Warszawa 1987, t. 4, cz. 1-2, s. 195). 16 stycznia 1840 roku ziemianin podolski A. Augustynowicz pobił kobietę, która wskutek tego urodziła martwe dziecko; za karę był więziony przez trzy miesiące na własny rachunek (Daniel Beauvois, „Polacy na Ukrainie”, Paryż 1987, s. 51). Z tej rodziny pochodził właśnie Tomasz Augustynowicz, znakomity wileński lekarz i botanik, badacz przyrody Ukrainy, Jakucji, Sachalinu.

* * *

Źródła naukowe na Białorusi z reguły określają Tomasza Augustynowicza jako „białoruskiego podróżnika i geobotanika”, akcentując, że „pochodził z biednej rodziny chłopskiej”, co nie koniecznie jest zgodne z prawdą.
Ojciec Tomasza Augustynowicza, Maciej, figurował w zapisach urzędowych jako tzw. „wolnyj kriestjanin Wilenskoj Gubernii”, co mogło znaczyć, że urząd heroldii nie potwierdził oficjalnie jego rodowitości szlacheckiej, co władze carskie nagminnie i notorycznie czyniły w stosunku do zbiedniałej drobnej szlachty Ziemi Wileńskiej. Ale właśnie pojęcie „wolny chłop” (nie zaś „kriepostnoj” czyli chłop pańszczyźniany) daje do zrozumienia, że chodzi tu o siermiężnego szlachcica, któremu odmówiono urzędowego uznania za „dworianina” ze względu na brak znaczniejszej posiadłości ziemskiej.
Nauki gimnazjalne Tomasz Augustynowicz pobierał w Świsłoczy, miasteczku na Grodzieńszczyźnie, z którego nazwą kojarzą się młode lata szeregu wybitnych działaczy kultury polskiej, litewskiej, białoruskiej i rosyjskiej.
Studia rozpoczął młody człowiek w Wilnie, w 1830 r., na wydziale lekarskim tutejszej wszechnicy. W 1832 roku uczelnia została przez władze carskie zamknięta ze względu na to, że kilkaset studentów wzięło udział w antyrosyjskim powstaniu 1830/1831. Jednak studentom wydziału teologicznego i lekarskiego umożliwiono kontynuację nauki. Tomasz Augustynowicz w 1835 roku ukończył z wyróżnieniem (złoty medal) Akademię Medyczno-Chirurgiczną, powstałą z wydziału lekarskiego dawnego Uniwersytetu Wileńskiego w 1832 roku. Jeszcze siedząc w ławce studenckiej młodzian rozmiłował się w badaniach naukowo-historycznych, napisał i wydał po łacinie książkę (1835) pt. Instrumenta chirurgica in discentium commodum 50 tabulis depicta et lapidi incise”.
W czasie studiów zebrał obszerny zielnik ziemi wileńskiej i grodzieńskiej, przekazując go następnie w darze Akademii Medyczno-Chirurgicznej w Wilnie. Już w tym geście można widzieć zapowiedź ukazania się na widnokręgu nauki botanicznej nowej jaskrawej gwiazdy. Ta nauka od dawna bowiem rozwijała się w Polsce i Litwie. „W zakresie botaniki zaczynają się oryginalne badania w Polsce od drugiej połowy XV wieku, a mianowicie od zestawienia przez Jana Stankę flory i fauny krajowej: 523 roślin, a zwierząt 219, ilość przechodzącą, i to niezmiernie, wszelkie inne katalogi średniowieczne. W XVI wieku powstał szereg zielników polskich, oryginalnym jest wśród nich „Zielnik” Marcina z Urzędowa z połowy XVI w. ...
Uniwersytet Jagielloński posiadł jeden z pierwszych katedrę botaniki, z zobowiązaniem profesora do nauczania w polu i ogrodzie (1602). Pierwszym profesorem był Szymon Syreński, którego „Zielnik” liczył przeszło półtora tysiąca stron in folio. Warszawski ogród botaniczny jest najstarszy na północ od Alp (około 1640), a katalog jego ogłoszono w roku 1652. W Wilnie urządzono ogród botaniczny w roku 1781, w Krakowie we dwa lata potem”. (Feliks Koneczny, „Polskie Logos a Ethos”, t. 1, s. 224-225).
A więc Tomasz Augustynowicz zapowiadał się już w młodości jako godny kontynuator tej chlubnej tradycji. Wydawać by się mogło, że tak zdolny, twórczy i pracowity młody człowiek idealnie nadaje się do tego, by pozostawić go na uczelni i umożliwić mu dalszy rozwój naukowy i realizację jego niepospolitych możliwości. A jednak władze zaborcze żywiły obawy przed buntowniczym duchem tutejszej młodzieży, szczególnie właśnie – młodzieży znakomicie uzdolnionej. Posyłano ją z reguły do oddalonych od Wilna o setki i tysiące kilometrów prowincji i tam dopiero pozwalano – choć nie zawsze były po temu warunki – na realizację ich pięknych zadatków w tej czy innej dziedzinie twórczości naukowej, organizacyjnej czy artystycznej. Tenże los spotkał i T. Augustynowicza. Powołano go po studiach do wojska i skierowano na pogranicze rosyjsko-ukraińskie. Po latach służby w charakterze lekarza wojskowego udało mu się wreszcie przejść do rezerwy i w cywilu rozpocząć pracę zarobkową także w tym zawodzie (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Rosji w Petersburgu, f. 1297, z. 79, nr 610, s. 21).
Tomasz Augustynowicz przez wiele lat pracował, od 1845 r., w charakterze lekarza i inspektora sanitarnego na terenie Ukrainy i Rosji (w miejscowości Łubny guberni połtawskiej, oraz w guberniach kurskiej i permskiej). W 1871 roku został powołany do Petersburga, gdzie objął posadę w Ministerstwie Ochrony Zdrowia Cesarstwa Rosyjskiego. W 1871 roku został ze specjalną komisją rządową skierowany na Sachalin w celu zbadania i przedstawienia bezstronnej analizy sytuacji więźniów katorżniczych, odbywających karę na tej wyspie. Pozostawał na Sachalinie prawie przez dwa lata, przy czym nie tylko wywiązał się z zadania rządowego, ale też zrealizował obszerny plan badań botanicznych i etnograficznych na tym terenie. Zaznaczmy na marginesie, że uczony był już wówczas po sześćdziesiątce.
Badania botaniczne prowadził też w Syberii Wschodniej i Zachodniej (m.in. w regionie Irkucka, Zabajkala, Władywostoku, w dorzeczu Obu). Jeśli chodzi o zagadnienia florystyczne, to uczony opublikował na ten temat w języku rosyjskim książkę „O dikorastuszczich wracziebnych rastienijach połtawskoj gubiernii” (Kijów 1853) oraz „Fłora Sachalina” (w periodyku „Trudy Sibirskoj Ekspiedicii Russkogo Gieograficzeskogo Obszczestwa”, nr 2, 1874).
Trudno się dziwić faktowi, że T. Augustynowicz do głębi duszy był zafascynowany światem roślin. Wśród opisanych przez niego gatunków znajdowały się m.in. tak ciekawe reprezentantki flory jak rośliny mięsożerne. Niektóre spośród nich żyją też na terenach Polski graniczących ze Słowacją. Jak wiadomo, jedną z cech charakteryzujących wszystkie organizmy żywe, zarówno roślinne, jak i zwierzęce, jest konieczność pobierania i przyswajania pokarmu. Ze względu na sposób odżywiania się cały świat istot żywych dzieli się na dwie grupy: samożywne – autotrofy i cudzożywne – heterotrofy. Większość roślin na kuli ziemskiej jest autotroficzna, co oznacza, że mają one zdolności syntetyzowania pokarmów organicznych ze związków mineralnych. Zdecydowanie mniejsza część roślin, to rośliny heterotroficzne (np. huby), nie mogące żyć całkiem niezależnie od innych organizmów, lecz skazane na korzystanie z produktów fotosyntezy wytwarzanych przez inne organizmy.
W przyrodzie występuje również mała grupa przedziwnych roślin, które w dość specyficzny sposób przysposobione są do spożywania żywności mieszanej. Są to rośliny „mięsożerne”, a ściślej owadożerne, które mają rozwinięte wszystkie organy, podobnie jak rośliny autotroficzne, ale jeśli mają możliwości uzupełnienia pokarmu potrawą pochodzenia zwierzęcego, odznaczają się wówczas wyższą witalnością i wytwarzają więcej nasion. Ten sposób odżywiania się umożliwia im bytowanie w siedliskach ubogich w sole azotowe i fosforowe oraz wyrównuje niedobór tych składników. Owady schwytane przez rośliny mięsożerne zostają rozpuszczone za pomocą enzymów wydzielanych przez specjalne gruczoły, a następnie wchłaniane. Jest to pewien rodzaj ekologicznego przystosowania jako warunku bytu w środowisku.
Dotychczas znamy około 250 gatunków roślin mięsożernych, większość z nich występuje w tropikach. Często są pozbawione systemu korzeniowego, a niektóre z nich mają zredukowany barwnik asymilacyjny. W Tatrach Słowackich rosną z pewnością 3 gatunki roślin mięsożernych. Jedną z nich jest rosiczka okrągłolistna (Drosera rotundifolia J.). Roślina trwała, 10-20 cm wysoka, z przyziemną różyczką. Pęd kwiatowy prosto wzniesiony, dłuższy od liści, skąpokwiatowy. Kwiaty białe. Liście okrągłe: 6-10 cm, pokryte gruczołami wydzielającymi lepką ciecz. Krople cieczy lśnią na słońcu, przypominając rosę. Nazwa rośliny pochodzi z greckiego słowa drosos – rosa i z kombinacji łacińskich słów rotunds – okrągły i folium – liść. Połyskujące krople zwabiają owada, który siadając na liściu, przylepia się do niego. Ruchy przylepionego owada drażnią okolice gruczołów, które wydzielając enzymy, rozkładają ciało zdobyczy. Produkty rozkładu rozprowadzane są naczyniami do komórek rośliny. Niestrawione zostają jedynie części chitynowe zabierane przez wiatr. Zdolność trawienia pokarmów zwierzęcych mają zazwyczaj tylko młode liście. Rosiczka jest rośliną ściśle chronioną, jej zbiór jest zakazany. Kiedyś służyła jako roślina lecznicza, ze względu na zawartość materiałów czynnych, powodujących obniżenie poziomu cukru we krwi. W związku z jej eksploatacją doszło w Słowacji do zaniku tej godnej uwagi rośliny. W Tatrach znanych jest tylko kilka miejsc jej występowania. W niektórych krajach rosiczka służy jako przyprawa do orzeźwiającego napoju z mleka.
Inna mięsożerna roślina to tłustosz alpejski (Pinguicula alpina L.). Jest to trwała roślina z liśćmi zebranymi w różyczkę. Liście całobrzegie, jajowate, złotozielone o brzegach zwiniętych, z wierzchu drobne gruczoły. Z różyczkami liści wyrasta złotawobiały kwiat. Organem chwytnym jest cały liść, na którym znajdują się dwa rodzaje gruczołów: wysokie – wydzielające lepkawą ciecz i niskie – wydzielające enzymy, które rozkładają ciało owada. Po chwyceniu owada zostają podrażnione rzęski na brzegu liścia, które odbierają i przewodzą bodźce ruchowe. Gruczoły zaczynają wydzielać soki trawienne i liść aktywnym ruchem zaczyna zwijać się wzdłuż nerwu głównego. Po strawieniu owada chitynowy szkielet jest unoszony przez wiatr.
Tłustosz alpejski występuje zwłaszcza w wyższych partiach Tatr, przeważnie na podłożu wapiennym. Jego ziele zawierające kwas cynamonowy stosowano kiedyś w medycynie ludowej jako lek wymiotny. Interesujący jest też tzw. pływacz drobny (Vitricularia minor L.). W literaturze można znaleźć informacje o pojawieniu się tej rośliny na torfowych zboczach Tatr. Mimo niemałego wysiłku, jej występowania nie udało się potwierdzić. Nie znaczy to wcale, że pod Tatrami Słowackimi nie rośnie. Celowe jest przedstawienie tej rośliny, bowiem sposób, w jaki chwyta swoje ofiary, jest specyficzny. Jest to roślina pływająca, bez korzeni. Pędy pływające mają drobne pęcherzyki służące jako pułapki na drobne zwierzęta wodne. Liście pierzastodzielne. Grona kwiatowe: 5-10 kwiatowe, korona bladożółta.
Organem chwytnym jest pęcherzyk z otworem zamkniętym klapką, uchylającą się tylko ku środkowi. Klapka ta działa podobnie, jak uchylające się śluzy, tzn. wpuszcza zdobycz do środka, a potem zamyka się. Wokół otworu pułapki znajduje się wieniec delikatnych szczecinek, które można porównać do czułków zwierzęcych. Szczecinki te podrażnione ruchem drobnych skorupiaków czy owadów wodnych przenoszą impulsy na ściany pęcherzyka, które wydymając się na zewnątrz, powodują zasysanie wody do wnętrza. Wraz z wodą dostają się do wnętrza owe drobne żyjątka wodne. Klapka zamyka od wnętrza otwór pęcherzyków, a wydzielony ferment trawiący rozpuszcza ciało zwierząt. Pęcherzyki pływacza od dawna budziły zainteresowanie przyrodników. Przeprowadzał na nich doświadczenia już Darwin.

* * *

Pierwsze odkrycia dziwnych właściwości roślin poczyniono już w XIX wieku. W roku 1873 uczony niemiecki Alfred v. Herzeele zauważył, że w niektórych roślinach i niektórych ziarnach, rozwijających się w wodzie destylowanej, ilość potasu, fosforu, magnezu, wapnia i siarki zwiększa się ponad zawartość tych pierwiastków w wodzie. Obserwacje te czekały długo na jakieś sensowne wyjaśnienie.
W roku 1959 w piśmie „Science et Vie” prof. Pierre Beranger z Paryża poinformował czytelników, że wielokrotnie powtórzył doświadczenie Herzeelego i doszedł do tych samych wniosków, co uczony niemiecki. Rzeczywiście rośliny posiadają moc przekształcania niektórych pierwiastków, co ma dla uprawy niezwykłe znaczenie. Można bowiem ustalić, jaka roślina może danej ziemi dostarczyć takich elementów, których tej ziemi brak, co pozwoli zrezygnować z pomocy sztucznych nawozów, wynaturzających glebę.
Natomiast inny biolog francuski, Kervran spróbował wyjaśnić to zjawisko. Jego artykuł ukazał się (1973) w pracy zbiorowej noszącej tytuł „Alchemia – marzenie czy rzeczywistość?” Kervran pisze w swoim artykule, że przemiana pierwiastków przez rośliny dokonuje się nie w układzie peryferyjnych elektronów, ale przez zmianę jądra, spowodowaną... działalnością enzymów. Nie musimy dodawać, że podobna teoria musi spowodować zgrzytanie zębami u każdego szanującego się chemika.
Chemia bowiem nie potrafi wyjaśnić tego, co zdaniem Kervrana jest zjawiskiem arcyprostym. Oto mamy sód o 11 protonach i tlen o 8 protonach. Wystarczy dodać protony (!), aby otrzymać potas, który posiada 19 protonów. W podobny sposób można, twierdzi Kervran, utworzyć wapień (20 protonów) z potasu (19 protonów) i wodoru (1 proton), albo z magnezu (12 protonów) i tlenu (8 protonów), względnie z krzemu (14 protonów) i węgla (6 protonów). Według Kervrana, tak właśnie rośliny utrzymują równowagę różnych elementów w glebie uprawnej. Także w XIX wieku jeden z uczonych hinduskich stwierdził, iż rośliny wyposażone są w system nerwowy, na który można wpływać za pomocą różnych bodźców, tak jak na system człowieka. Luther Burbank, bo tak nazywał się wspomniany uczony hinduski, drogą wieloletnich i żmudnych eksperymentów stwierdził też, iż poprzez skoncentrowany proces myślenia, można wywierać na rośliny... określony wpływ!
Badaniami uczonego hinduskiego zainteresowano się jednak dopiero w naszych czasach, kiedy to w roku 1966 Cleve Backster dokonał innego odkrycia, a mianowicie tzw. psychogalwanicznej reakcji roślin. Co to znaczy? W ogromnym skrócie: Amerykanowi udało się stwierdzić, iż rośliny, podobnie jak wszystkie inne organizmy żywe, mogą... być np. zmęczone, ulegać frustracji oraz załamaniom nerwowym. Oto w trakcie badań zdarzył się kiedyś Backsterowi przypadek, który zdążył już wejść do historii nauki. Podłączył on mianowicie do badanej rośliny aparat elektrostatyczny, który miał analizować działanie rośliny w trakcie jej odwadniania. Ponieważ badanie się przedłużało, Backster pomyślał. że dobrze byłoby badany liść nieco osmalić, żeby proces odwodnienia przyspieszyć. W tym samym momencie, spostrzegł zaskoczony mocno, że aparat zarejestrował gwałtowną zmianę natężenia promieniowania! Niesłychane! Roślina zareagowała w taki sposób, jakby wyczuwała „niecne” zamiary uczonego... Ale w jaki sposób? Czy rośliny, a może tylko niektóre ich gatunki mają zdolność kontaktu z człowiekiem...?
Założenie, jakie w dalszej pracy przyjął uczony amerykański, brzmi już prawie jak opowieść fantastyczno-naukowa. Założył on bowiem sobie, iż może to być wpływ za pomocą... telepatii. Idąc wyznaczonym śladem, Backster skonstruował urządzenie, za pomocą którego mógł wyjmować z wody żywe krewetki i wrzucać je do naczynia z wrzącą wodą. Eksperyment ten prowadził w zamkniętym pomieszczeniu, podczas gdy w tym samym czasie, za zamkniętymi drzwiami, inne urządzenia rejestrowały zachowanie się roślin. Rezultat był wprost wstrząsający. Okazało się, że wszystkie rośliny w tym pomieszczeniu reagowały błyskawicznie na każdy moment, w którym krewetka wpadała do ukropu! Na wykresach podłączonych do aparatów uwidocznione to było całą lawiną gwałtownych impulsów. Zupełnie tak, jak gdyby te wszystkie rośliny krzyczały, iż w pokoju obok morduje się jakieś inne organizmy żywe!
Backster stwierdził więc z całą satysfakcją, że widocznie każdy żywy organizm, ginąc wysyła silne sygnały rozchodzące się w najbliższym otoczeniu i mogące być rejestrowane przez inne organizmy żywe, a nawet rośliny. Uczony amerykańskiuważał też, iż pomiędzy roślinami domowymi a hodowcą, wytwarza się coś w rodzaju stałego związku, pewnej nici porozumienia. I coś, w co rzeczywiście trudno uwierzyć: otóż zdaniem Backstera „dobrze wychowane rośliny” reagują na polecenia swego pana... Wystarczy podobno tylko pomyśleć! I to w dodatku nawet na odległość do 20 kilometrów.
Rewelacyjne informacje o niesamowitych właściwościach roślin nadchodzą zresztą z różnych stron świata. Ekipa uczonych z Kazachstanu wyuczyła np. pewne rośliny odruchów warunkowych. Między innymi wyuczyli oni filodendron, by reagował na pewne skały zawierające określony rodzaj rudy. Metoda była taka sama, jaką stosował Pawłow wyuczając swoje psy odruchów warunkowych. Nieszczęsny filodendron poddawano różnym przykrym bodźcom, podsuwając mu jednocześnie ową skałę zawierającą rudę. Później na samo zbliżenie tego kawałka skały roślina reagowała gwałtownie, co uwidoczniało się na galwanometrze. Kiedy natomiast podsuwano jej skałę o takim samym wprawdzie kształcie, ale z inną rudą – roślina nie reagowała. Uczeni sądzą, że będzie można wkrótce dokonywać poszukiwań geologicznych przy pomocy roślin.
Psychologowie moskiewscy Puszkin i Fetisow dokonali innego doświadczenia. Zahipnotyzowali oni młodą dziewczynę, ale elektroencefalograf podłączyli do znajdującej się w tym samym pomieszczeniu rośliny, konkretnie – geranium. Na wszystkie zasugerowane dziewczynie stany uczuciowe reagował gwałtownie elektroencefalograf podłączony do geranium. Roślina potrafiła także wykryć kłamstwo w odpowiedziach dziewczyny, a nawet odgadnąć bezbłędnie wybraną przez nią cyfrę między 1 a 10. Oto jak prof. Puszkin tłumaczy to niezwykle zjawisko: „Jest rzeczą możliwą, że między dwoma systemami informacji – komórkami roślinnymi i komórkami nerwowymi istnieje jakaś łączność. Komórki roślinne i komórki nerwowe mogą odnaleźć wspólny »język«. Dzięki temu te dwa tak różne typy komórek mogą się zrozumieć”.
W Nowosybirskim Instytucie Medycyny Klinicznej i Doświadczalnej prof. Szczurin przeprowadził jeszcze ciekawsze doświadczenie, za które otrzymał zresztą nagrodę państwową. Nagroda została przyznana za odkrycie „konwersacji” między dwiema grupami komórek ludzkich, przy czym każda z nich znajdowała się w hermetycznie zamkniętym pudełku z kwarcu. Kiedy jedna grupa komórek została zainfekowana wirusem, druga wykazywała podobne objawy infekcji. Gdy się jedną grupę komórek zabijało za pomocą jakiejś trucizny lub napromieniowania, ginęła i druga!
Podobne zresztą doświadczenie przeprowadził Anglik, dr Bailey. Umieścił on dwie rośliny w oddalonych od siebie szklarniach i pozbawił je wody. Gdy potem podlał jedną z nich, druga momentalnie wykazywała reakcje widoczne na galwanometrze.
Rośliny mogą też przejawiać zupełnie określone gusty muzyczne. W tej materii doświadczenia są przeprowadzane od dawna. Przekonano się, że rośliny wolą muzykę klasyczną od nowoczesnej. Że wolą skrzypce od perkusji. Bardzo dobrze „reagują” na Bacha czy na ludową muzykę indiańską, która notabene powoduje ich nachylenie w kierunku głośnika o 60 stopni!
Eksperymentatorzy nie byliby eksperymentatorami, gdyby nie próbowali za pomocą muzyki zwiększyć plonów. Niejaki George Smith z Nevady w jednej z dwóch cieplarni z uprawami soi i kukurydzy nadawał „Błękitną rapsodię” Gershwina. Okazało się, że pod wpływem tego znakomitego utworu uprawa soi wzrosła o 20 proc., a uprawa kukurydzy o 35 proc. w porównaniu z uprawą kontrolną.
Praktyczne zastosowanie owych preferencji muzycznych jest proste (o ile są one, rzecz jasna, sprawdzone). Ale czemu służyć mogą owe emocje roślinne, owa czułość i nadwrażliwość? Odpowiedź jest tu na razie niepełna, dlatego chociażby, że nikt nie doszedł jeszcze, jaka jest istota owej łączności międzykomórkowej. Jedno jest pewne. Wszystkie przeprowadzone dotychczas doświadczenia wskazują, że w nawiązaniu owej łączności nic nie jest w stanie przeszkodzić. Wiadomo na pewno, że nie jest to łączność wytworzona przez fale typu elektromagnetycznego czy przez promieniowanie. Czy szybkość, z jaką łączność ta zostaje nawiązana, jest równa szybkości światła? Czy też może jest to łączność natychmiastowa, która stanowi wyraz stałej równowagi, jaka istnieje w przyrodzie?
Trudno dziś na te pytania odpowiedzieć. Aleksander Dorożyński, komentator miesięcznika „Science et Vie”, tak konkluduje: „Jeśliby rzeczywiście to ostatnie przypuszczenie odpowiadało prawdzie, ten kanał łączności mógłby zostać na przykład wykorzystany dla kontaktów ze statkiem kosmicznym znajdującym się w znacznej odległość od Ziemi, albo też w tym celu, by wykryć obecność życia na innych planetach”. Oto jakie perspektywy otwiera możliwość wykorzystania tej niezwykłej siły biotycznej, jaka tkwi w komórkach, o której niewiele dziś jeszcze potrafimy powiedzieć.
Lubo życie emocjonalne roślin stanowi w tych wszystkich zjawiskach rozdział najciekawszy, to przecież nie jedyny. Uczeni doszli tu do wniosków wręcz rewelacyjnych. Okazuje się bowiem, że nie jest wcale wykluczone, iż rośliny – jak pisaliśmy wyżej – posiadają niezwykłą umiejętność przemiany jednego pierwiastka w drugi, umiejętność, którą w sensie zaledwie bardzo ograniczonym posiada współczesna nauka, opanowując kilka reakcji jądrowych.
Na początku XX wieku doświadczenia Klimenta Timiriaziewa (1843-1920) dowiodły, że u roślin występuje specyficzny „system nerwowy”, będący odpowiednikiem systemu nerwowego u zwierząt, a jego funkcję pełni sieć włókien służących do rozpoznawania soków roślinnych. Jaka jest natura tych sygnałów?
Odpowiedzi na to pytanie udzieliły prace przeprowadzone w 1970 roku przez specjalną grupę z Akademii Rolniczej im. Timiriazewa, kierowaną przez młodego biologa, doc. Aleksieja Siniuchina. Umieścił on obok siebie dwie rośliny, połączone jedynie za pośrednictwem specjalnej aparatury elektronicznej, i „podrażniał” jedną dla sprawdzenia, czy u drugiej rośliny, połączonej z pierwszą jedynie „kablem telefonicznym”, nie tylko pojawiła się reakcja na podrażnienie pierwszej, ale była ona równa reakcji pierwszej rośliny. Tak więc między roślinami, fizycznie całkowicie rozdzielonymi, istnieje więź elektromagnetyczna: reakcja jednej rośliny na podrażnienie wywołuje zakłócenia w jej potencjale elektrycznym, odbierane bezbłędnie przez inną roślinę w pobliżu...
Co prawda, T. Augustynowicz nie badał tak głęboko fizjologii roślin, ale jego prace zawierają szereg bardzo dokładnych i interesujących uwag, dotyczących tej dziedziny wiedzy.

* * *

Owocem zaś badań etnograficznych były m.in. publikacje: „Żyzń russkich i inorodcew na ostrowie Sachalin” („Wsiemirnyj Putieszestwiennik”, nr 2, 1874); „Try goda w siewiero-wostocznoj Sibiri za polarnym krugom” („Driewniaja i Nowaja Rossija”, nr 12, 1880). Poszczególne artykuły T. Augustynowicza były też publikowane w pismach „Prawitielstwiennyj Wiestnik” i „Sowriemiennost”.
Uczony zbadał, a następnie opisał w pracach naukowych szczegóły kultury materialnej i duchowej, byt, obyczaje i tradycje takich ludów syberyjskich, jak Ajnowie, Gilakowie i Oroczonowie. Lata 1874-1876 T. Augustynowicz spędził w Jakucji na Kołymie w charakterze członka ekspedycji lekarskiej, która miała na celu zwalczanie chorób zakaźnych i organizowanie medycznej służby profilaktyczno-prewencyjnej na tych bezkresnych terenach. Był bardzo dobrym lekarzem, cieszył się wielką sławą znakomitego specjalisty i setkom ludzi uratował życie. Obok jednak pełnienia bezpośrednich obowiązków służbowych poświęcał wiele czasu swemu „konikowi” naukowemu – badaniom florystycznym i etnograficznym. Zebrał przebogate materiały z zakresu kultury materialnej (np. stroje ludowe) oraz poczynił liczne notatki dotyczące stylu życia Czukczów, Jakutów, Jukagirów, Omoków, Tunguzów. W 1878 roku te zbiory były eksponowane i wywołały duże zainteresowanie na wystawie antropologicznej w Moskwie, podczas inauguracji której T. Augustynowicz wygłosił referat o ludach i plemionach okręgu kołymskiego. Uczony podkreślał, że rzekomo „prymitywni” mieszkańcy terenów syberyjskich w rzeczy samej są nosicielami pełni człowieczeństwa, i to w nie mniejszej mierze niż dumni ze swych osiągnięć cywilizacyjnych Europejczycy. Wyakcentowywał takie m.in. cechy obyczajowości i usposobienia, jak pracowitość Jukagirów, bezwzględną uczciwość Omoków i Czuwanców, samodyscyplinę i karność Ewenków, sterylną nieomal czystość i porządek, panujące w domostwach Ewenów. Nie pomijał też uczony milczeniem okoliczności, że stosunki między rdzenną ludnością Syberii a władzami rosyjskimi są zwykle dość napięte i nacechowane wzajemną nieufnością oraz niechęcią.
W latach 1879-1880 dwukrotnie odbył podróż morską parowcem z Odessy (przez Aden, Port Said, Cejlon, Singapur) do Sachalinu; badał jednak tym razem na zlecenie rządu rosyjskiego głównie warunki klimatyczne regionu oraz przydatność tamtejszej gleby dla rolnictwa. W 1880 roku opublikował część swych obserwacji i wniosków w szóstym numerze czasopisma „Bierieg” w artykule pt. „Kratkije zamietki o poczwie i klimatie ostrowa Sachalin w otnoszienii k chlebopasziestwu
W sumie T. Augustynowicz przemierzył jako podróżnik dziesiątki tysięcy kilometrów, dokonał szeregu ważnych obserwacji i odkryć w zakresie geografii, botaniki, epidemiologii, etnografii, klimatologii, gleboznawstwa, historii kultury, pomologii. Zgromadzona przez niego kolekcja czterdziestu tysięcy okazów flory syberyjskiej (przekazana w darze Instytutowi Botanicznemu Akademii Nauk w Petersburgu) nie miała sobie równych i przez długi czas stanowiła przedmiot badań specjalistów jako po prostu podstawowy materiał służący do poznawania flory Azji Północno-Wschodniej.
Warto, być może, wskazać także na aspekt psychospołeczny losu T. Augustynowicza i innych wysoce utalentowanych osób, pochodzących z terenów W. Ks. Litewskiego a działających w Cesarstwie Rosyjskim. Jednostka, która chce uchodzić za uczonego, musi stworzyć dzieło, zasługujące na pozytywną ocenę z punktu widzenia określonych sprawdzianów poznawczej ważności. Tworząc zaś dzieło i zyskując pozytywną ocenę zarówno czynników nadrzędnych, jak i opinii potocznej, nosiciel tak nierosyjskiego nazwiska jak Augustynowicz uwalniał się w jakimś stopniu nie tylko od ogólnoludzkiego poczucia ograniczoności indywidualnego istnienia i marności poczynań człowieka w potoku przemijalności, ale też od złośliwej dokuczliwości wszechobecnego szowinizmu rosyjskiego, doskwierającego Polakom na każdym kroku nawet w życiu powszednim.
Stając się z pogardzanego „polaczka” „dumą narodu i nauki rosyjskiej” niejeden znakomity Polak zyskiwał za jednym zamachem wspaniałe warunki życiowe, powszechne uszanowanie, majątek i władzę. A jeśli jeszcze przy tej czy innej okazji z mniejszą czy większą szczerością napomknął o swym rzekomo „czysto rosyjskim” pochodzeniu i (zazwyczaj szczerym) oddaniu Rosji – miał sam, jak i jego rodzina, przed sobą otwarte wszystkie drogi. Często w takich przypadkach – w myśl działania psychologicznego prawa „wyrównania postaw” – następowała daleko posunięta samoidentyfikacja takich Polaków z interesami rosyjskimi, z Imperium Rosyjskim, co, swoją koleją, potęgowało uczucie bezpieczeństwa, znaczenia i pozytywnej samooceny poprzez współuczestnictwo w życiu i rozwoju wielkiego mocarstwa. Proces ten realizował się w środowisku patriotycznym rosyjskim, wśród konkretnych żywych ludzi, często osobiście nader sympatycznych, a to tworzyło system wzajemnej lojalności, pewnych uwarunkowań i wartości, których nie powinno się ignorować. Przywiązywało to Polaków jeszcze bardziej do ich rosyjskiego otoczenia. „Osoba jest przedmiotem pozytywnego wartościowania ze strony swego kręgu, ponieważ jego uczestnicy są przekonani, że potrzebują jej współpracy do urzeczywistnienia pewnych dążeń związanych z owymi wartościami. (...) Z drugiej strony jest oczywiste, że jednostka nie może odgrywać roli bez współpracy swego kręgu, chociaż nie musi to być współpraca każdej poszczególnej jednostki należącej do danego kręgu. (...) Jeśli jej krąg społeczny, jej „jaźń” musi w przekonaniu jego członków mieć pewne własności fizyczne i duchowe, nie mieć natomiast innych”. (F. Znaniecki).
Podstawową, bezwzględnie mającą być ostentacyjnie deklarowaną cechą w Rosji carskiej, w jej kręgach elitarnych, musiał być patriotyzm wielkorosyjski, w przypadku osób pochodzenia polskiego – najlepiej o posmaczku antypolskim, z elementami odcinania się od swych korzeni. Niekiedy tylko godzono się na przemilczanie tych spraw, ale pilnie uważano, by nie nastąpiły jakiekolwiek „deklaracje” propolskie, które zresztą pociągnęłyby za sobą natychmiastowe poważne konsekwencje...
Niekiedy Polak taki był już stracony dla polskości. Ale nie dla ludzkości. Gdyż wielka Rosja zapewniała mu przez swój gigantyczny potencjał materialny względnie dobre warunki badań naukowych, wnoszenie godnego wkładu do ogólnoludzkiej skarbnicy wiedzy, technologii, kultury.
Od ponad stu lat Tomasz Augustynowicz uchodzi w nauce rosyjskiej nie tylko za jednego z pierwszych, ale i za jednego z najbardziej wybitnych i zasłużonych badaczy przyrody Jakucji i Sachalinu... Nazwisko Augustynowicza nadano m.in. gatunkowi turzycy (Carex Augustynowiczi Meinh).
Po przejściu na emeryturę wybitny uczony wrócił na ziemię ojczystą, zamieszkał w Święcianach na Wileńszczyźnie. Zmarł tutaj w jesieni 1891 roku.

Birula – Białynicki



Białyniccy – Birulowie lub inaczej Birulowie – Białyniccy to jedna z najstarszych i najsłynniejszych rodzin szlacheckich byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Pieczętowali się herbem własnym, zwanym z reguły „Birula”, ale też „Białynia”. Nazwisko wzięli widocznie od miejscowości Białynicze, położonej w samym sercu Białorusi, zacnego i pracowitego kraju, zwanego przez Benedykta Dybowskiego „Białolechią”, a przez Sokrata Janowicza „Dobrorusią”. (Jest to bodaj jedyny w Europie kraj, który nikogo nigdy nie napadał, nikogo nie chciał podbić ani zniewolić, który nikogo nie nienawidzi i przez nikogo nie jest znienawidzony). Białynicze i dziś leżą na lewym brzegu rzeki Druci (prawego dopływu Dniepru); niegdyś były własnością panów Białynickich, następnie Sapiehów, Ogińskich, Radziwiłłów, Wittgensteinów. Tę miejscowość zwano w dawnych czasach „Białoruską Częstochową” ze względu na słynący cudami obraz Matki Boskiej Białynickiej w tutejszym kościele ojców Karmelitów.
„Polska encyklopedia szlachecka” (Warszawa 1936, t. 4, s. 178) podaje o tej rodzinie krótko: „Białynicki herbu Birula, 1600, Białynicze, województwo mohylewskie”. P. Małachowski także tylko krótko zaznacza, że Birulowie mieszkali w województwie witebskim. Była to jednak rodzina potężna i utalentowana.
W zbiorach Narodowego Archiwum Historycznego Białorusi w Mińsku znajdują się obszerne materiały, dotyczące dziejów rodu Białynickich – Birulów (f. 319, z. 2, nr 152, s. 1-638). Przechowuje się tu m.in. list ugodowy z października 1789 roku, w którym czytamy: „My, Stefan, oyciec, a Jan, syn, Birulowie czyniemy wiadomo tym naszym ugodliwym dokumentem w tem: Iż co ja Jan Birula, będąc skrzywdzonym przez oyca moiego Stefana w nieoddaniu mnie spadku matczynego, rozpocząłem proces. Lecz gdy dziś między nami stanęła ugoda, przeto ja takowy proces umarzam. Ja zaś, Stefan Birula obowiązuję się wypłacić niewdzięcznemu synowi mojemy w przeciągu jednego roku złotych polskich dwa tysiące z tem, że już wspomniony syn mój Jan żadnego ode mnie sukcessu spodziewać się nie powinien, gdyż wydziedziczając go y usuwając od wszelkiego mojego funduszu, zastrzegam, że w żadnym zapisie y dokumencie onego jako niewdzięcznego syna nie wspomnę. I na to stanowiąc ten nasz ugodliwy dokument ony własnoręcznie podpisujemy. Dan w Oszmianie dnia 16 oktobra 1789 roku” (s. 70).
Według heraldyków polskich herb tego rodu, Białynia, pochodzi z 1332 roku. Wówczas to, za czasów Władysława Łokietka, pewien pan mazowiecki wybrał się z wojskiem na Krzyżaków. Jeden z jego rycerzy wymajstrował tymczasem trzy wymyślne strzały, wydrążone wewnątrz, tak iż można w nich było ogień utaić. Wtem posępna noc posłużyła do fortelu. Pod jej przykryciem rycerz ów puścił do namiotów krzyżackich zapalone strzały, które sprawiły pożar. Znienacka Polacy uderzyli na Niemców, a ci przerażeni, w płonących szatach nie potrafili stawić oporu. Wielu wyginęło, reszta poszła w rozsypkę. Działo się to pode wsią Białynią. Kazał więc król nadać owemu młodemu rycerzowi nowy herb, który też od wsi nazwany został. Ponieważ jednak miał bohater własny herb Jastrzębiec (podkowa z krzyżykiem) dodano mu dla wyróżnienia i uwiecznienia czynu strzałę, skierowaną wzwyż.
Semen Birula, rozmistrz kozacki, w 1567 roku walczył pod Hrehorym Chodkiewiczem przeciwko Moskwie („Archiwum Książąt Sanguszków”, t. 7, s. 140, 148, 247, 282). W styczniu roku 1595 jako świadek na sądzie występuje Hawryło Semenowicz Birula, „człowiek dobry, szlachcic”, który uczestniczył w zbadaniu nocnego napadu ziemianina Wasyla Łuskiny na dom mieszczanina witebskiego Ułasa Doroszkiewicza. W tymże roku wspominany jest krewny jego Daniel Birula, woźny województwa witebskiego. Sąsiadami Białynickich byli m.in. magnaci Żylińscy, Kisielowie, Pyszniccy…
Z 1600 roku zachował się zapis poświadczający kupno przez Daniela Birulę, ziemianina województwa witebskiego, placu i domu w Witebsku od byłej sędziny grodzkiej Tomiły Stefanowny Łuskinianki („Istoriko-juridiczeskije materiały”…, t. 31, s. 90). Zachował się dokument z 1601 roku, w którym Gabryel Kokszyński, ziemianin hospodarski województwa witebskiego, „wyznawał i czynił jawno sim moim listem dobrowolnie wyznanym”, że pożyczył 66 kop groszy litewskich od Hanny Birulanki, „poślubionej małżonki mojej w stan święty małżeński” – jak to określa sam („Istoriko-juridiczeskije materiały”…, t. 31, cz. 2, s. 85–87).
To, że mąż zobowiązywał się w ciągu roku zwrócić ten dług żonie, a świadkami w urzędzie byli ludzie obcy (Semen Pysznicki, Jan Bujewski), a i sam nader uniżony ton listu poręczycielskiego, nie świadczą raczej ani o zgodzie tego stadła, ani o równouprawnionej sytuacji męża w nim. Po jakimś czasie zresztą, na mocy tej umowy, majątek Kokszyno przeszedł na własność Hanny Birulanki, której mąż nie potrafił zwrócić długu na czas. W 1623 roku Samuel Birula był właścicielem Zajezierza na Witebszczyźnie. „Proszony oczewisto pieczętarz Jan Birula” 5 kwietnia 1624 roku poświadczył w Witebsku darowiznę mieszczanina Mikołaja Sukowatika na Cerkiew Preczystienską w tymże mieście („Archeograficzeskij Sbornik Dokumientow”, t. 3, s. 95). Od 1630 roku Birulowie posiadali sioło Horbaczewo, które Janowi Białynickiemu przekazał wojewoda Mikołaj Kisiel („Istoriko-juridiczeskije materiały”…, t. 23, s. 484-485). Jan Birula Białynicki został w 1634 roku wojewodą witebskim; wiadomo, że miał syna Jakuba. W 1635 figuruje w księgach grodzkich witebskich Jan Białynicki Birula i żona jego Halka z Bielskich, kupujący majątek Wojlewo od rodziny Wojlewiczów.
Z 1640 roku zachował się testament Maryny Pysznickiej Danielowej Birulinej, w którym wymienia ona jako swych spadkobierców m.in. swe córki Bohdanę Uciechowską i Marynę Kunicką oraz trzy wnuczki: Hannę Pogorzelską oraz Helenę i Bogumiłę Birulanki. Figurują tu też dwaj wnuczkowie płci męskiej Jakub Birula i Sylwester Pogorzelski, dwie siostry umierającej, panie Kosteniewska i Swirszczewska oraz synowie jej Łukasz i Grzegorz („Istoriko-juridiczeskije materiały”…, t. 26, s. 106-112). Siedmiu braci Białynickich po zdobyciu Witebska w 1654 roku przez wojska moskiewskie więzionych było w Kazaniu. Sto lat wcześniej kroniki donosiły zresztą, że Birula z Kozakami witebskimi spalił wiele włości moskiewskich, w tym Uświat i Wieliż.
Rycerze polscy (m.in. Jan Niewiarowski, Bohdan Ratomski, Jan Kirkor, Gabryel Białynicki Birula, Jan Bohomolec), którzy bronili twierdzy Bychów, tak nieco później opisywali szturm tego miasta: „W roku 1659 przez Iliniczową y Szulcową y towarzyszy ich zdradę w tę fortecę Bychów to woysko Cara jegomości wpadszy, ludzi wszystkich w tey osadzie będących wysiekło. Pod czas tego wysieczenia y wzięcia tey fortecy… szlachty niemało żywcem wziowszy, potym okrutnie tirańsko zamordowano… Majętność, cokolwiek jeno było, wszytko pobrano y poszarpano”… Kilkadziesiąt osób, łącznie z powyżej wymienionymi, zapędzono do Moskwy i przez długie lata męczono po więzieniach („Akty izdawajemyje”…, t. 34, s. 308–309).
26 stycznia 1664 roku do ksiąg grodzkich brzeskich wpisano kopię interesującego dokumentu, który przytaczamy tu w obszernych fragmentach: „My urzędnicy, szlachta y obywatele woiewództwa Witebskiego, w więzieniu w ziemi Moskiewskiey będące, czyniemy wiadomo, iż żydzi zamków y miasta Witebskiego z żonami y dziećmi przez Wasila Piotrowicza Szeremieciowa – boiarzyna y woiewodę Moskiewskiego y woysko osudarskie Moskiewskie, w Witebsku do więzienia wzięci, do ziemi Moskiewskiey zesłani, będąc pierwiey w Wielkim Nowogrodzie, w tey Moskiewskiey ziemi, w turmie ciemney za wielką strażą, przez niedziel kilka, w wielkiey nędzy y utrapieniu siedzieli, którym żadnego od osudara karmu, tak iako y nam nie dawano, a takim ciężkim więzieniem trapiono; gdzie ich nie mało tam w Nowogrodzie, tak y w drodze z tey wielkiey nędzy y utrapienia do kilkadziesiąt pomarło y pomarzło. A potem iako na szlachtę iednych ze Pskowa, drugich z Wielkiego Nowogroda, kędyśmy w więzieniu byli, na insze mieysca y horody Moskiewskie prowadzono. Tedy y przerzeczonych żydów Witebskich z żonami y dziećmi ich także po różnych Moskiewskich horodach, z ukazu osudarskiego, wożono y więzieniem trapiono. A zatem do Kazani zaprowadziwszy, w więzieniu czas niemały trzymano y do tego czasu trzymaią, gdzie żaden z tych przerzeczonych żydów, lubo srogie od Moskwy przymuszenia, różną groźbą y musem na krzczenie nawracani y przymuszani bywali. Jednak iako wierni iego królewskiey mości, pana naszego miłościwego, poddani y miłuiący państwo, bo iego królewskiej mości y rzecz-pospolitey naszey zwodzić się nie dali, oczekiwaiąc miłosierdzia Bożego, a z łaski i.k. mości y rzeczy-pospolitey, iż z tego więzienia moskiewskiego wyswobodzeni zostaną. A w Witebsku mieszkaiąc y będąc, wszelakie ciężary tak przed oblężeniem iako y po oblężeniu przez woysko nieprzyiacielskie moskiewskie zamków miasta Witebskiego, w którym niedziel czternaście trwaliśmy y z nami zarówno ponosili y pociągali, to iest, koło kopców zamku Witebskiego niżniego ku muru staremu opadłemu… pierwiey szesnaście sążni ostrogiem obwiedli, a potem w oblężenie, widząc gwałt y potrzebę tego, sążni trzydzieścia quatery izbicami y obłamkami tamże wedle zamku niżniego opadłego y wedle bramy żydowskiey zarobili swym własnym kosztem y drzewem, y bramę, nazwaną żydowską, budynkiem dobrym opatrzyli y obwarowali. Y także swym kosztem oniż żydzi w teyże kwaterze potaiemnik dla brania wody, w ciężkim y wielkim oblężeniu będąc, do rzeki Dźwiny uczynili… Y w samym mieście Witebskim, iako my szlachta podczas tego ciężkiego oblężenia parkan budowali y ziemią osypywali, tak y oni żydzi także budować y ziemią osypywać pomagali…
Przerzeczeni żydzi straż odprawowali ustawicznie, y każdy z nich rynsztunek y strzelbę swoią do obrony, iako też y prochi, nie potrzebuiąc za onych, u siebie mieli y na kwaterze swey, nie żałuiąc zdrowia, przeciwko temu nieprzyiacielowi broniąc się stawali, bronili y te woysko nieprzyiacielskie w szturmach odstrzeliwali… Domów też swoich budownych, które rozbierano y inszego budynku y drzewa podczas oblężenia na potrzebę zamkową y miescką do budowania, powarowania bram, wież y sztakietów y na insze budynki s potrzeby rozbierać pozwalali y dawali y we wszystkim dobrze y przystoynie stawili się y pomocni byli…
Szeremieciow… wszytkie maiętności nasze, co tylko przy nas w Witebsku było, od nas, także y od nich żydów na osudara pobrać kazał, gdzie u nich żydów w gotowych pieniądzach, złocie, śrebrze, kleynotach, perłach, szaciech, cynie, miedzi, ochędostwie, sprzęciech domowych y dostatkach szkolnych (t.j. świątynnych – J.C.)… pobrano y poszarpano więcey niż na sto tysięcy złotych polskich…
A to wszytko zabrawszy y nas samych y ich, żydów, do więzienia pobrawszy do ziemi Moskiewskiey zasłano, gdzieśmy y teraz w tem więzieniu iesteśmy, a iako my sami, tak y ci wszyscy żydzi do wielkiego ubóstwa, nędzy y straty przyszliśmy, będąc w tem więzieniu y utrapieniu moskiewskiem. Które to nasze testimonium, za potrzebowaniem y żądaniem pomienionych żydów z podpisami rąk naszych, im daiemy. Działo się w Kazani, w więzieniu będąc w ziemi Moskiewskiey, roku Pańskiego tysiąc sześćset piędziesiąt piątego”.
Wśród 39 podpisów znakomitych rycerzy, na pierwszym miejscu znajduje się należący do Kazimierza Strawińskiego, podkomorzego starodubowskiego, podwojewody. Następnie „rękę przyłożyli”: Jerzy Krzysztof Możeyko, kapitan jego królewskiej mości; Hrehory Żaba, rotmistrz; Piotr Kazimierz Eysimont („będąc tego wiadom dobrze podpisuię się”); Andryan Hrebnicki, kwatermistrz witebski; Hrehory Birula („ręką swą”); Mikołay Kundzicz Poczobut; Teodor Białynicki; Samuel Czaplic; Bohomolec Dmitr; Marcin Rogowski; Leon Białynicki Birula („Akty izdawajemyje”…, t. 5, s. 173-176).
Podczas ostrego zagrożenia swego bytu Żydzi pilnie współdziałali z władzami polskimi, jak tylko jednak niebezpieczeństwo mijało, natychmiast uchylali się od jakichkolwiek świadczeń na rzecz państwa. Gdy zaś władze lokalne próbowały zmusić ich do udziału w ogólnych pracach, udawali się ze skargami do hetmanów, książąt i królów z prezentami, a ci wydawali odpowiednie dyspozycje, stawiające Żydów w sytuacji uprzywilejowanej. Oto np. list Michała Kazimierza Radziwiłła, podkanclerza Wielkiego Księstwa Litwy z 2 września 1669 roku do oficera, kierującego pracami fortyfikacyjnymi w Brześciu: „Mości panie oberszterleytnancie iego królewskiey mości Stancel! Ponieważ teraźnieysze o tatarach y kozakach zaszłe ustały trwogi, a zatem insza ordynansów iuż być musi dispozicia; tedy odebrawszy od żydów Brzeskich doniesioną kwerymonią y prośbę, żeby nie byli żadnymi aggravovani exactiami, ani pociąganiem do restauratii zamku przeciwko iego kr. mości uniwersałowi y imści pana hetmana starszego, kolegi mego, wyraźnemu ordynansowi depaktowani: mieć chcę y z władzy mey serio upominam w.m. panu, żeby ci żydzi Brzescy we wszelakim zostawali pokoiu, żadnymi onych exactiami nie aggrawuiąc, ani do naprawy wałów, ale we wszystkim ich zachowuiąc…; inaczey by w.m. pan ściśle za to odpowiadać musiał…” („Akty izdawajemyje”…, t. 5, s. 192).
W roku 1662 podczas walk na Białej Rusi wojska moskiewskie wzięły do niewoli pewną liczbę dygnitarzy, urzędników i rycerzy zarówno Korony Polskiej, jak i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Archiwalia wspominają o takich osobach, jak Hieronim Pac, wojewoda trocki, oficerowie Jan Zniewiarowski, Wojciech Kazimierz Świencicki, Dadzibóg Stabrowski, Jakub Stanisław Chlewiński, Piotr Talmunt, Marcin Swirski, Wojciech Swinarski, Stanisław Aleksandrowicz, Aleksander Tur, Stanisław Mogilnicki, Wojciech Kobyliński, Michał Grzybowski, Karol Masalski, Kazimierz Janowski, Jan Suchorski, Bohdan Ratowski, Jan Kazimierz Skirmont, Marcjan Kozubowski, Mikołaj Łoweyko, Jan Kamieński, Mikołaj Żyrkiewicz, Krzysztof Wołowski, Paweł Wereszczaka, Michał Dworecki, Jan Kirkor, Aleksander i Jan Bohomolec, Jan Grabowski, Michał Łuckiewicz, Gabryel Bialinicki Birula, Jakób Pohoski, Hrehory Felicjan Lietecki, Walerian Ciechanowiecki („Istoriko-juridiczeskije materiały”…, t. 17, s. 216).

W roku 1676 Gabryel Birula pełnił funkcję pisarza grodzkiego witebskiego. Lew, Heliasz, Hrehory, Gabryel, Andrzej i Teodor Białyniccy Birulowie, zostali w 1677 roku wciągnięci przez sejm warszawski na listę osób od ponad 20 lat przebywających w niewoli moskiewskiej („Volumina Legum”, t. 5, s. 261).
W uchwale sejmiku witebskiego z roku 1707 wśród 12 sędziów kapturowych wymieniony został także „jegomość pan Michał Birula Białynicki, łowczy witebski” („Istoriko-juridiczeskije materiały”…, t. 13, s. 176).
We wrześniu 1708 roku do ksiąg grodzkich witebskich wniesiona została następująca skarga: „Solenną y żałosną czynili manifestatią jmć pan Michał Antoni Białynicki Birula, łowczy woiewództwa Witebskiego, y jmć pani Anastasia Krzeczetowska, sędzina Witebska, Michałowa Białynicka Birulina, łowczyna Witebska, małżąkowie, o to y w ten sposób: Gdy w roku 1708, nayjaśnieyszy król Szwedzki ciągnoł z woyskiem swym przez Koronę Polską y wielkie xstwo Littewskie, czyniąc nieznośną desolatio obywatelom Korony Polskiey y w-o x-a Litto, nawet nie przebaczaiąc świątyniom Boskim, do państwa Nayjaśnieyszego Cara Jmści Moskiewskiego, gdzie jenerał Szwedzki, Kanifer zwany, wpadszy od Mohilewa do miasta Witebska, różne usiłował contributie na woyska Szwedzkie wybierać y wybierałł; e converso, commenderowany z woyska Cara Jmści Moskiewskiego nieiakiś kapitan Sołowowow y maior Szyszkin, w pięciuset Kozaków, Kałmuków koni, roku tegoż wysz pisanego, msca Septembra dnia 27, z południa, a nazaiutrz rano, d. 28, w wilią Ś-go Michała, Święta Rzymskiego, nie daiąc nikomu frysztu nad godzin dwie do salwowania się z ognia, całe miasto Witebskie z przedmieściami, zamkami Niżnim y Wyżnim, excepto Słobody Zadunawskiey, wypalili, wyrabowali, nietylko splendor wszelki odbieraiąc, lecz do ciała samego obnażaiąc, bez żadnego miłosierdzia ogołocili. Tamże świątynie Boskie Rzymskie, Greckie, klasztory, pałace, dwory pańskie, szlacheckie, mieyskie wyrabowali, popalili. Splendory kościelne, cerkiewne, deposita pańskie, szlacheckie, mieyskie zrabowali; towary różne, pieńki, siemia lniane, konopie, zboża różne, popioły, smelcugi, potasze popalili. Owo zgoła w proch y popiół obrócili całe miasto; lud wszelki y pospólstwo do lasów zaledwo uciekli, bo wiele zmęczonych rozgromili. Pod czas którey conflagraty y rąbaniny, manifestuiącym jchmćm, w spaleniu szpichlerzów na Podwiniu y Uzhoriu z pieńką, ze zbożem, także dworku samego, w zamku Niżnim Witebskim będącego, z spichlerzami, w nich z depositem skrzyń, ochędostwa, zbóż, miodów, victualij różnych, cyny, miedzi, sprzętu różnego,… letko rachuiąc, uczynili szkody na złł. Polskich czterdzieście tysięcy. Nie dość tego; po takowey conflagracie y rąbaninie, powracaiąc z Witebskich popiołów, a różne dwory szlacheckie po woiewództwie rabuiąc y paląc, na dniu 30 msca y roku tegoż, poiechawszy rano do maiętności y dworu tychże ichmcw manifestuiących, nazwanego Zaozierza, w Witebskim w-wie leżącego, tamże iako sam dwór, skarbce, szpichlerze, folwarki, staynie, obory, gumno, ordyny z evescentią wszelką, a naprzód skrzynie roscinawszy, kleynoty, perły, złoto, srebro, ochendostwo, cynę, miedź et idque stado dworne, cugi y chłopskich koni zabrawszy a na własne konie y wozy manifestuiących złożywszy się, sklepy, lodownie odbiiaiąc, trunki różne wypiiaiąc, rozstaczaiąc, nawet pszczoły w ulach leżnich y stoiakach powydzierawszy, porozcinawszy; osobliwie sprawy starożytne wszelkie, przywileie różne, ante unionem od xiążąt ichmcw, potym od nayiaśnieyszych królów nadawane, corroborowane, domowi ichmcw pp. Białynickich Birulów y na różne fortuny ichmcw służące, oraz zapisy recognite, listy dzielcze, obodnicy, inwentarze, intromissie na różne fortuny, w Witebskim w-wie będące, zdawna y na ten czas służące, mianowicie na Ockowo, Wydrece, Zaozierze y Zaczernicze, równie po drogach y na mieyscu rozrzucali, szarpali, częścią na ładunki brali y zabrali, a Bóg wie, jeśli komu, pod czas takowego nieszczęśliwego rabunku y rozrzucania przez tychże woyska Moskiewskiego ludzi, zapalaczów, rabowników, takowych dokumentów nie dostało. Gdzie, po takowym rabunku, jako się namieniło, dwór ze wszystkim funditus wypalili y równie popioły szczególnie zostawiwszy, naostatek w maiętności Zaczerniczu tychże manifestuiących ichmcw wieś, nazwaną Stodoliszcze, wyrabowali y wypalili, zabrawszy konie temuż y w tey wsi poddaństwu… Przez którą to powtórną conflagratę, rabaninę wszelkiego splendoru… manifestantes ponoszą, letko kładąc, szkody na złł. Polskich ośmdziesiąt tysięcy, krom straty dokumentów. Dla czego, aby mianowicie przez stratę dokumentów, spraw starożytnych, dalszey jakowey uymy y szkody w fortunach swych będących, nie ponosili, conformuiąc się do prawa pospolitego, statutu w-o x-a Litto, takową swoią cięszką desolatią, krzywdę y szkodę u xiąg grodu w-a Wittbo, płaczliwie opowiedziawszy, żądali, aby ten manifest, z salvą przypomnienia do melioratij y ingrossatij dalszych ruin a reguirowania przezyskania dokumentów y szkód dalszych był ad akta tegoż grodu w-a Witebskiego wpisany. Co iestt przyięto a zapisano…” („Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 18, s. 191–194).
Była to jedna z wielu podobnych skarg, wpisanych do ksiąg gordzkich Witebska w tym okresie.
W roku 1712 wymienia się w wileńskich zapisach archiwalnych imię Michała Antoniego Biruli, łowczego i pisarza grodzkiego województwa witebskiego, właściciela dóbr Wschowa, Zajezierze, Służba–Starcowska. W odnośnym dokumencie hetman wielki Wielkiego Księstwa Litewskiego Ludwik Pociej nakazuje porucznikowi krakowskiego Pułku Petyhorskiego natychmiastowe wycofanie się z wyżej wymienionych dóbr dziedzicznych oraz zwrócił już ściągnięte podatki, gdyż dobra dziedziczne nie podlegają tego typu „repartitiom” („Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 19, s. 420-421).
Birulowie – Białyniccy spokrewnieni byli z rodzinami bogatymi i wpływowymi na kresach Rzeczypospolitej. Widać to, na przykład, ze słów pewnego testamentu z 1712 roku: „W imię Boga Oyca, y Syna, y Ducha Świętego, w Tróycy jedynego, stań się ku wieczney czci y chwale Jego, nigdy nieskończoney. Amen. Kiedy generalny wyrok Boski każdemu człowiekowi, na ten świat rodzącemu się, nie determinowawszy śmierci y zeyściu iego pewnego czasu, dnia, ani godziny, śmiercią umrzeć decydowałł, przeto y ia, Antoni Krzeczetowski, skarbnik y rotmistrz w-wa Witebskiego, maiąc podledz temuż dekretowi przedwiecznego Boga y będąc na zdrowiu ciała moiego y sił moich osłabionym, na rozumie y umyśle iednak moim będąc dobrze, doskonale zdrowym, nim mnie przyidzie dekret Boski uniwersalną ludzką pełnić śmiercią, takową życia moiego y fortuny, od Majestatu Boskiego mnie do życia moiego powierzoney, czynię formalną dispositią… (…)
A ciało moie grzeszne, iako z ziemi wzięte iest, ziemi oddaię y aby było lokowane w kościele xięży Jesuitów Witebskich, których o przyięcie, a o staranie w lokowaniu Waleriana Palemona Borka, podczaszego Inflanskiego, Michała Antoniego Białynickiego Birulę, łowczego y pisarza grodzkiego w-wa Witebskiego, y ichmościów pań małżonek Heleny Krzeczetowskiey Borkowey, Anastazyi Krzeczetowskiey Biruliney, sióstr moich rodzonych, pokornie upraszam. Na który obrządek pobożny, chrześciański lokowania ciała moiego grzesznego bez żadney pompy świeckiey, ieno, na poratowanie duszy mey grzeszney przed Majestatem Boskim, przy zgromadzeniu kapłanów y celebracji przez ich ofiar świętych, aby było wypłacono z szkatuły mey złotych polskich tysiąc ieden Jesuitom Witebskim…”.
Wśród dziedziców pana Krzeczetowskiego, jego krewnych, a więc i powinowatych Birulów, wymienia się Helenę Garlińską, chorążankę smoleńską, Albrychta Rabieya, podsędka orszańskiego i innych, którzy otrzymali w spadku dziesiątki tysięcy złotych polskich. Tysiące talarów idą na wspomożenie kościołów i klasztorów katolickich. A liczni przyjaciele skarbnika i rotmistrza w-wa witebskiego (wśród których figurują takie nazwiska, jak Jędrzejewski, Stachórski, Cieszyński, Święcicki, Gardecki, Brzeziński itp.) otrzymują bądź to „kontusz karmazynowy y żupan atłasowy”, bądź to „kontusz szkarłatny, żupan biały kartunowy y jubkę podróżną, korsakami podszytą”, aby każdemu sprawiona była jakaś przyjemność „na odchodnym” pana Krzeczetowskiego. Wśród trzech świadków, podpisujących ten dokument znalazł się też Piotr Białynicki Birula, leśniczy witebski („Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 20, s. 195-207).
3 kwietnia 1717 roku Stefan Antoni Białynicki Birula pisał w testamencie, którego odpis przechowywał się w magistracie witebskim: „Ciało zaś moie grzeszne iako z ziemi wzięte, tak ziemi oddane y w cerkwi naszey Wydreyskiey, przy rodzicach y antenatach moich, porządkiem y obrzędem chrześciańskim katolickim, bez żadney świata tego pompy, ieno iak z naywiększym zgromadzeniem kapłanów tak rzymskiey, iako y uniiackiey religiey, z offiarami mszy świętych, bez przewłoki żadney, zaraz po śmierci moiey, przez naymilszą małżąkę moią, jeymość panią Maryannę Rymszankę… pochowane być ma. Na co wszystko, tak na msze święte, iako y na ubogie, 300 złł. pol., a na dzwonienie do kościołów y cerkwi Witebskich 10 talarów bitych naznaczam” (cyt. wydanie, t. 24, s. 477).
I zacytujmy jeszcze jeden dokument archiwalny związany z imieniem tego zacnego rodu: „Roku tegoż 1750, dnia 10 Septembra, panna Helena Birulanka z Zaścianku Rusakowicz, gdy przed zachodem słońca pod czas żniwa z pola powracając do domu, kęsem chleba posilić się chciała, ledwo tylko ów kęs chleba do ust przyniosła, w tym punkcie ciężkim paraliżem ruszona została, tak dalece, że twarz cała skrzywiona, gęba, nos, oczy, usta y uszy daleko na bok wywrócone były, iż się ludzkiemu oku straszliwym widokiem y dziwowiskiem stała. W tym utrapieniu zostając, gdy do poratowania siebie innego sposobu nie widziała, pod protekcyą Matki Boskiey (Świerzneńskiey) w tym Obrazie Cudami słynącey udała się y pożądany swey prośby skutek wnetże odniosła, bo natychmiast twarz cała jako tako się naprawiła, toż dopiero gdy mogła się wyspowiadać, po uczynioney Świętej Spowiedzi y przyjęciu Nayświętszey Komunii, do swojey należytey przyszła perfekcyi. Które łaski Boskie przy tym Cudownym Obrazie dziejące się wraz z tą panną cały pomieniony Zaścianek jako pod przysięgą wyznał, tak ona tego dobrodzieystwa Panny Nayświętszey sobie wyświadczonego o napisanie usilnie upraszała” (Cyt. wg „A Reprint of the 1754 Nieśwież Edition of Pełnia piękniey jak księżyc, łask promieniami światu przyświecająca”, Ed. by Maciej Siekierski, Berkeley, California 1985, s. 106-107).
Jeśli chodzi o wiek XIX, to „Księga Szlachty” klasy drugiej powiatu oszmiańskiego z roku 1844 wymienia między innymi Jerzego Szymona Józefa Birulę i jego żonę Florentynę z Krupskich, właścicieli części majątku Narbutowszczyzny z trzema chłopami poddanymi (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 7, nr 427, s. 5; f. 391, z. 8, nr 86(1), s. 37). „Spis Ziemian Mińskiej Guberni” (Mińsk 1889, s. 5) wskazuje, że Józef Dominik Birula Białynicki był właścicielem majątku Brzozowa Lada powiatu mińskiego.
Z tej rodziny pochodziło kilku znakomitych twórców kultury i nauki w Polsce, Rosji, Białorusi, Ukrainie.



Aleksy Birula – Białynicki



Przyszedł na świat 24 października 1864 roku w miejscowości Bobków powiatu orszańskiego na Białorusi, jako syn Andrzeja Biruli – Białynickiego. Jego matka wywodziła się z utalentowanego rosyjskiego rodu szlacheckiego Polenowów (słynny artysta malarz W. Polenow, wybitny neurochirurg A. Polenow, znany prawoznawca A. Polenow i in.).
Aleksy Birula Białynicki ukończył gimnazjum w mieście Wiaźmie, później zaś wydział przyrodniczy Uniwersytetu Petersburskiego. Jeszcze będąc studentem zafascynował się i poświęcił zbieractwu oraz systematyzowaniu okazów flory i fauny. Od 1893 roku i przez dalsze czterdzieści cztery lata pracował w Muzeum Zoologicznym na Wyspie Wasiljewskiej w Petersburgu. Jedną z najbardziej jaskrawych stron w karierze naukowej Aleksego Biruli – Białynickiego stanowił udział w wyprawie polarnej na statku „Zaria” pod dowództwem barona Edwarda Tolla. Jak wiadomo, ekspedycja rozpoczęła się 8 lipca 1900 roku i zmierzała ku Wyspom Nowosyberyjskim, leżącym na północ od Jakucji.
Potężne zwały lodu zatarasowały jednak w jesieni dalszą drogę i załoga „Zari” była zmuszona zimować w Zalewie Tajmyrskim. Brakowało żywności, szczególnie warzyw i owoców, co spowodowało, że niektórzy członkowie załogi, w tym Birula – Białynicki, zapadli na szkorbut. Przyszło więc za tę wyprawę już na jej początku zapłacić stratą kilku zębów. A jednak uczony nie zasypywał gruszek w popiele, poświęcał cały czas gromadzeniu zbiorów botanicznych, codziennie niemal w trzaskający mróz robiąc wyprawy do tundry i zbierając tu okazy, co prawda skąpej, lecz wówczas nie opisanej jeszcze przez naukę roślinności. Nasz rodak był właśnie pierwszym uczonym, który opisał i usystematyzował florę polarną tej części kontynentu azjatyckiego.
„Zaria” tkwiła w lodach Arktyki przez jedenaście miesięcy, zanim mogła wyruszyć w dalszą drogę. Ale po paru miesiącach statek ponownie utkwił w zatorach. Podczas tego wymuszonego postoju A. Birula – Białynicki przeprowadził 76 badań fauny Oceanu Północnego i odkrył szereg nowych jej gatunków.
Od 11 maja 1902 roku A. Birula – Białynicki badał na lądzie florę i faunę Wysp Nowosyberyjskich, dokonując dużej liczby odkryć nowych gatunków roślin i ptaków (opisał m.in. jako pierwszy w nauce światowej różową czajkę polarną). 26 sierpnia 1902 roku „Zaria” ukazała się na horyzoncie Wysp Nowosybirskich. A Birula – Białynicki rozpaczliwie machał czapką, by dać o sobie znać, załoga jednak go nie zauważyła i parowiec niebawem znikł za linią widnokręgu. Uczony i trzech jego przewodników było zmuszonych budować domek z lodu i zbierać zapasy na długą polarną zimę, m.in. polując na renifery, soląc, susząc i zamrażając ich mięso.
Przetrwać jednak całej zimy w takiej izolacji podróżnicy nie mogli. Na początku grudnia wyruszyli więc w kierunku przylądka Święty Nos, skąd 28 grudnia przybyli do sioła Kazaczje, gdzie się dowiedzieli m.in. o zaginięciu Edwarda Tolla i części jego załogi. Dwie wyprawy ratownicze, zorganizowane przez Petersburską Akademię Nauk, nic nie wskórały. Widocznie Edward Toll i jego towarzysze utonęli, gdy po cienkim lodzie zmierzali ze statku ku lądowi.
A. Birula – Białynicki wrócił do Petersburga na początku 1903 roku i zajął się szczegółowym opracowywaniem zgromadzonych przez siebie przebogatych zbiorów florystycznych i faunistycznych. Wyniki systematyki publikował i został niebawem uznany za jednego z czołowych przyrodników świata. W obliczu zasług nadano mu członkostwo pięciu towarzystw naukowych.
W 1917 roku ukazały się jego książki (ilustrowane osobiście przez autora sugestywnymi rysunkami): „Czlenistobriuchije i paukoobraznyje Kawkazskogo Kraja”, „Skorpiony”, „Falangi”. W tej drugiej publikacji znajdujemy wiele bardzo interesujących informacji naukowych o świecie pajęczaków. Jak wiadomo, skorpiony (Scorpiones) są zwierzętami napawającymi ludzi przerażeniem ze względu na możliwość niebezpiecznego „ukąszenia”. Należą do gromady pajęczaków (Arachnida), bliscy krewni pająków i roztoczy. Dotychczas opisano ok. 1200 gatunków skorpionów, zamieszkujących głównie tropiki i inne cieple regiony. Należą do nich największe pajęczaki, gdyż skorpion cesarski z Gwinei osiąga 180 mm długości, najmniejszy skorpion zaś mierzy tylko 13 mm.
Skorpiony mają cztery pary odnóży krocznych oraz parę nogogłaszczków (pedipalpi) zakończonych dużymi szczypcami z przodu ciała. Nogogłaszczki są wspólne wszystkim pajęczakom, ale zakończenie w postaci szczypców oprócz skorpionów mają jedynie zaleszczotki i spawęki. Skorpion chwyta szczypcami zdobycz. Inną cechą odróżniającą skorpiony w gromadzie jest nożycowata budowa delikatnych szczękoczółków (chelicerae) położonych przed otworem gębowym. Na dolnej stronie ciała znajdują się u nich tzw. grzebienie (pectines). Nie jest do końca wyjaśniona ich rola – czy służą do odbioru drgań podłoża, czy też pełnią jakieś funkcje wspomagające oddychanie. Ubarwienie skorpionów przechodzi od jasnobrązowego do czarnego.
W zasadzie nie powinno się mylić pajęczaków z owadami, nawet w przypadku drobnych stworzeń, mających szkielet zewnętrzny i większą liczbę odnóży. Owady mają trzy pary nóg, pajęczaki zaś cztery pary nóg krocznych. Pajęczaki nie mają również czułków umożliwiających im orientację w otaczającym środowisku.
Skorpiony polują nocą, a w dzień kryją się w szczelinach, pod kamieniami, w ściółce i opuszczonych zabudowaniach. Przystosowały się do nocnego trybu życia, gdyż zwierzęta stanowiące ich główne pożywienie – karaczany i świerszcze są aktywne właśnie nocą. Skorpiony szukając kryjówki mogą zawędrować do pozostawionych przez człowieka butów, torby, podróżnej lub worka ze sprzętem, czym stwarzają zagrożenie, mogą bowiem paskudnie „ukąsić” ich właściciela, gdy nieopatrznie zakłóci im odpoczynek. Ukłucie skorpiona, pustynnego skorpiona włochatego jest wprawdzie bolesne, lecz nie zagraża życiu. Jednak niektóre tropikalne gatunki mogą być niebezpieczne, zwłaszcza dla małych dzieci czy osób starszych. Skorpiony kryją się w ciągu dnia, jednak wypłoszone z kryjówki atakują.
Zaniepokojony lub zagrożony skorpion unosi odwłok ponad grzbiet z ostrzem kolca jadowego skierowanym do przodu. Są dwa zasadnicze rodzaje jadu. Pierwszy – jest w stanie zabić lub sparaliżować bezkręgowca, lecz dla człowieka skutki są podobne do użądlenia osy. Drugi zaś może spowodować śmierć człowieka, gdyż poraża nerwy w sercu i mięśnie klatki piersiowej. Pewna liczba gatunków skorpionów ma właśnie taki jad. Ukłucie może zabić psa w ciągu 7 minut, a człowieka w kilka godzin, przy czym szczególnie narażone są dzieci. Podanie odpowiedniej surowicy zwiększa znacznie szanse przeżycia ofiary.
Chociaż skorpiony występują głównie w klimacie gorącym, znaleziono je niemal na wszystkich lądach, poza Grenlandią, Antarktydą, Nową Zelandią i wieloma małymi wyspami. W Europie sięgają na północy do Niemiec, a występowanie jednego gatunku – skorpiona żółtoodwłokowego (Euscorpius flavicaudus) stwierdzono nawet na Wyspach Brytyjskich. Nie jest on jednak groźny dla człowieka.
Skorpion lokalizuje swoją ofiarę albo dzięki odbieraniu wywoływanych przez nią ruchów powietrza albo drgań podłoża. Gdy zbliży się do niej na odpowiednią odległość, robi w jej kierunku gwałtowny wypad i chwyta ją mocno szczypcami. Zdobycz zwykle usiłuje się wyrwać, więc skorpion zagina swój biczowaty odwłok i kłując kolcem wprowadza jad do jej ciała. Skorpiony maja nieduży otwór gębowy, dlatego zjedzenie zdobyczy rozdrabnianej aparatem gębowym trwa długo. Potem zasysają do żołądka jej tkanki miękkie i płyny ustrojowe. Nie żerują codziennie: nie muszą także dużo pić, gdyż odpowiednie mechanizmy potrafią zatrzymywać wodę zawartą w płynach ofiary. Naukowcy uważają, że przodkowie skorpionów byli prawdopodobnie pierwszymi pajęczakami, które opuściły środowisko wodne i przystosowały się do życia na lądzie. Najstarszym kopalnym pajęczakiem jest właśnie skorpion sprzed 400 milionów lat, niewiele różniący się budową od obecnie żyjących skorpionów. Cechy ich budowy okazały się widocznie na tyle efektywne, że te zwierzęta nie musiały się bardzo zmienić, by zaadoptować się do nowych środowisk.
Zaleszczotki (Pseudoscorpiones) są małymi pajęczakami wyglądającymi jak miniaturowe skorpiony. Opisano 2000 gatunków. Nie maju biczowatego odwłoka zakończonego kolcem, nie zagrażają więc człowiekowi. Swoje ofiary zabijają jadem z nogogłaszczków. Tylko nieliczne osiadają ponad 8 mm długości. Są to stworzenia żyjące głównie w glebie i ściółce. W gruczołach przędnych wytwarzają, podobnie jak pająki, nić jedwabną, z której przędą kokony, do których samice składają jaja.
Gody u pewnych gatunków skorpionów to skomplikowane tańce trwające niekiedy wiele godzin. Samiec trzymając samicę za nogogłaszczki wodzi ją po ziemi do tyłu i do przodu. Składa spermę na podłożu i powoli naprowadza samicę w to miejsce, aby mogła podjąć nasienie otworem genitalnym. Zarówno samiec, jak i samica przystępują do godów kilkakrotnie. Sperma zachowuje żywotność przez pewien czas, a gdy już znajdzie się w ciele samicy, plemniki mogą zapłodnić kilka kolejnych porcji jaj.
Jaja rozwijają się wewnątrz ciała samicy; rozwój może trwać nawet rok, młode rodzą się żywe. Zależnie od gatunku może ich być w miocie od jednego do stu. Gdy na świat przychodzi większa liczba młodych, poród trwa długo, nawet kilka dni, jednak samice większości skorpionów rodzą w dwóch turach, zazwyczaj oddzielonych 24-godzinną przerwą. Poród odbywa się na ogół nocą. Młode spędzają pierwsze swoje dni tłocząc się na grzbiecie matki. Linieją i uzyskują twardy szkielet zewnętrzny, wówczas są już gotowe do rozpoczęcia samodzielnego życia.
* * *

W 1923 roku Aleksy Birula – Białynicki został członkiem korespondencyjnym Rosyjskiej Akademii Nauk, był wówczas autorem 115 prac naukowych. Jego imię nadano górze i jednemu z zalewów przy wybrzeżu Półwyspu Tajmyr.
Znakomity uczony zakończył życie 18 czerwca 1937 roku w Leningradzie. Na uniwersytecie w Petersburgu do dziś żywa jest pamięć o wielkich zasługach A. Białynickiego – Biruli, który jest tu uważany za jedną z najbardziej świetlanych postaci grodu nad Newą.
* * *
Także Wincenty Birula–Białynicki (ur. 1834) był zasłużonym podróżnikiem, uczestnikiem w 1855 roku wyprawy nad Amur. Ku jego czci nazwano w nomenklaturze naukowej jeden z gatunków bobra syberyjsko-mongolskiego.



Witold Białynicki – Birula



Witold Białynicki – Birula urodził się 29 lutego 1872 roku w dobrach rodowych Krynki rejonu białynickiego w obwodzie mohylewskim Białorusi, wśród ludności płowowłosej, prawej i wiernej, niewiedzącej, co to jest zdrada, cios zadany w plecy przyjaciela, niegodziwość i przewrotność. Dzieciństwo spędził na ojczystej Ziemi Witebskiej, wśród jej sielankowych krajobrazów i spokojnych, pracowitych mieszkańców.
O dzieciństwie pozostały mu miłe wspomnienia, związane z podróżą parostatkiem w towarzystwie ojca po Prypeci i Dnieprze, wspólne z nim wyprawy myśliwskie. Matka dbała o estetyczny rozwój syna, nauczyła go czytać, śpiewała mu polskie i rosyjskie pieśni pod fortepian, nauczyła gry na tym instrumencie; a gdy spostrzegła, że sześcioletni synek lubi rysować, podarowała mu komplet kolorowych ołówków, molbert i farby dla akwareli. Tak minęło kilka lat i nadszedł czas opuszczania ojczystego gniazda. Młodzieńca oddano do Korpusu Kadetów im. Św. Włodzimierza w Kijowie, gdzie otrzymał wcale przyzwoite wykształcenie ogólne i wojskowe. Ale nie budziła niczyich wątpliwości także okoliczność, że jednak prawdziwym powołaniem Witolda będzie sztuka, malarstwo. Uciułano więc nieco grosza i umożliwiono (1884) przez pewien czas uczęszczanie do prywatnej szkoły rysunku M. Muraszki w Kijowie.
Minęło znów kilka kolejnych lat, siedemnastoletni Witold Białynicki – Birula w 1889 roku ukończył Korpus Kadetów i wyjechał do starszego brata do Moskwy, miasta wówczas dynamicznie rozwijającego się, pulsującego urozmaiconym życiem kulturalnym, a więc dającego możliwości nauki i rozwoju. Młody przybysz z Białorusi wstąpił do Moskiewskiej Szkoły Malarstwa, Rzeźby i Plastyki, w której uczył się w latach 1889-1896. Wśród jego nauczycieli byli wówczas znani artyści rosyjscy W. Polenow, S. Korowin, M. Niewriew, I. Prianisznikow. Później Witold wspominał: „Kochaliśmy naszych nauczycieli i ufaliśmy im. Byli dla nas autorytetem. Pracowali obok nas, razem z nami, uczyli nas na własnym przykładzie, jak obserwuje się naturę i jak się przekazuje to, co się widzi”...
Niebawem przyszły też pierwsze sukcesy. W 1897 roku słynny koneser i kolekcjoner dzieł malarskich Paweł Tretiakow nabył młodzieńczy, lecz nader udany, obraz Witolda Białynickiego – Biruli „W okolicy Piatigorska”, który zresztą dotychczas jest prezentowany w słynnej Galerii Treriakowskiej w Moskwie. Było to bardzo wymowne wyróżnienia dla młodego malarza, z którego był oczywiście słusznie dumny. W 1899 roku pan Witold uzyskał również pierwszą nagrodę za obraz „Nadchodzi wiosna” na corocznej wystawie malarskiej „pieredwiżników” w Moskwie. W tym okresie duży wpływ na kształtowanie się osobowości i światopoglądu młodego artysty wywarł wybitny rosyjsko-żydowski malarz, autor niepowtarzalnych krajobrazów Izaak Lewitan (1860-1900), klasyk europejskiej kultury artystycznej, urodzony zresztą w litewskich Kibortach. Przez dwa lata W. Białynicki – Birula przyjaźnił się z tym wielkim pejzażystą, bywał u niego w domu, a po przedwczesnej śmierci Lewitana nieraz wspominał go z głębokim szacunkiem i miłością. Nie sposób przeoczyć faktu, że w szeregu utworów W. Białynickiego – Biruli daje się zauważyć wpływ sztuki Lewitana, ów klimat zadumy, smutku i majestatycznej wielkości przyrody, przekazywany w krajobrazach.
Na przełomie wieków XIX – XX pan Witold odbył podróż początkowo do Szwecji, gdzie znalazł się pod ogromnym wrażeniem sztuki skandynawskiej. Nawiasem mówiąc także jego własne malarstwo od początku miało niewątpliwy charakter nordycki, było od początku do końca bardzo klarowne, szczere, pozbawione wymyślności i dziwactw stylu. Podczas pobytu w Niderlandach nie mniejsze wrażenie niż sztuka Skandynawii zrobiło na nim holenderskie malarstwo rodzajowe i pejzażowe, z którego też się wiele nauczył. W. Białynicki – Birula malował przede wszystkim krajobrazy – w stylu delikatnym i lirycznym, a jednocześnie pogłębionym pod względem psychologicznym i filozoficznym. Jego obrazy posiadają doskonałą „klasyczną” kompozycję, są jednak subtelnie i wielowarstwowo wyniuansowane pod względem kolorystyki.
W 1901 roku pan Witold otrzymuje złoty medal za obraz „Wieczne śniegi” na wystawie w Tyflisie. Szereg jego płócien nabywają najsolidniejsze instytucje: Rosyjskie Muzeum, Galeria Trieriakowska, Muzeum Akademii Sztuki, Towarzystwo Kuindżi. Młody twórca staje się artystą uznanym i – co również ważne – zabezpieczonym pod względem materialnym, a więc wolnym jako człowiek i jako malarz. W 1908 ukończył też Akademię Malarstwa, a następnie był czynnym członkiem kilku rosyjskich towarzystw artystycznych, uczestniczył (od 1892) w wielu zbiorowych wystawach zarówno w Rosji, jak też we Francji, Niemczech, Belgii, Danii, Norwegii, Hiszpanii. Do najsłynniejszych dzieł plastycznych W. Białynickiego – Biruli tego okresu z reguły zalicza się następujące: „Nadchodzi wiosna” (1899), „Wieczne śniegi” (1901), „Wiosenny dzień” (1902), „U kresu zimy” (1907), „Jesień” (1908), „Kwietniowy dzień” (1908), „W godzinie ciszy” (1909, złoty medal na wystawie w Monachium), „Zimowy sen” (1911), „Przedwiośnie” (1911, złoty medal w Barcelonie), „Cicha jesień” (1917).
W latach 1917-1920 czyli w okresie początkowym budowy socjalizmu w Rosji, W. Białynicki – Birula pracuje na niwie pedagogicznej, organizuje szkoły w guberni twerskiej i moskiewskiej, wykłada w nich malarstwo dla dzieci biedoty wiejskiej. Po śmierci w 1924 roku W. Lenina maluje cykl obrazów mu poświęconych, ściśle współpracuje z władzami komunistycznymi w dziedzinie kultury i oświaty.
Trzeba jednak przyznać, że tematyka realizmu socjalistycznego, czyli praca w przemyśle i rolnictwie, gloryfikowanie klasy robotniczej i jej przywódców, czy opiewanie walki rewolucyjnej, – nie nadawała się jako przedmiot dla subtelnego i delikatnego pędzla tego twórcy, malującego w niebieskawej, niekontrastowej tonacji i raczej skłaniającego się ku byciu sam na sam z przyrodą, ku lirycznemu smutkowi, ku metafizyce.
Fakt, że obrazy Białynickiego – Biruli są wypełnione nastrojem filozoficznej zadumy, nie jest przypadkowy, artysta bowiem zupełnie świadomie i programowo uważał, że sztuka powinna zawierać określone treści rozumowe, musi zwracać się do człowieka z tym czy innym przesłaniem duchowym i intelektualnym. Pod koniec życia wyznawał, mówiąc o twórcach swego kierunku: „Jesteśmy przeciwni sztuce pozbawionej myśli. Sztuka bezmyślna to marnota. Rzeczą dla nas najważniejszą jest treść ideowo-emocjonalna, prawdziwe przeniknięcie do istoty przyrody”...
Samym tylko krajobrazom wiosennym artysta poświęcił ponad dwieście płócien, a wśród nich prawdziwe arcydzieła z dojrzałego okresu twórczości: „Wiosenne wody”, „Przyciemki młodego maja”, „Maj się zieleni”, „Niebieską wiosną”, „Dni majskich grzmotów”, „Wiosna nadciąga”, „Znów kwitnie wiosna”, „Zielony maj”.
W latach 1930-tych malarz odbył kilka wypraw na północ ZSRR, a ich plonem twórczym zostały liczne obrazy przedstawiające surowe krajobrazy, widoki morza Białego i Barentsa. W 1936 roku zorganizowano w Moskwie pierwszą obszerną wystawę indywidualną W. Białynickiego – Biruli, poświęconą czterdziestoleciu jego pracy twórczej. Następną taką wystawę mieszkańcy stolicy ZSRR mogli obejrzeć w 1947 roku. Witold Białynicki – Birula w końcowym okresie swego życia pisał: „U podstaw talentu malarza pejzażysty zawsze znajduje się szczera miłość do przyrody. Jest jasne, iż wczuć się w przyrodę, usłyszeć jej szept – potrafi dalece nie każdy. Przez całe swe życie wiele pracowałem, uczyłem się, obserwowałem i wsłuchiwałem się zarówno w milczenie, jak i w mowę natury. I teraz, w swej samotni, wciąż przypatruję się jej wiecznie zmieniającemu się życiu. Przyroda budzi w człowieku rozmaite pod względem swego charakteru uczucia i przeżycia. Różne jej stany w niejednakowy sposób odzywają się w duszy. Zawsze z wielkim zniecierpliwieniem oczekuję nadejścia mojej błękitnej wiosny”... I rzeczywiście, Witolda Białynickiego–Birulę nie bez podstaw można byłoby nazwać „malarzem wiosny”, tak często i tak wiele razy – jak zaznaczyliśmy powyżej – ta pora roku została przedstawiona na jego znakomitych płótnach.
Od realiów socjalnych nie można było uciec. W okresie drugiej wojny światowej malarz stworzył serię obrazów poświęconych walce mieszkańców Związku Radzieckiego przeciwko najeźdźcom niemieckim. W 1944 roku nadano artyście tytuł honorowy Malarza Ludowego Białorusi, w 1947 – Malarza Ludowego Rosji. Także w 1947 został zarówno członkiem honorowym Akademii Nauk Białorusi, jak i członkiem rzeczywistym Akademii Nauk ZSRR.
Od 1947 roku twórca mieszkał niedaleko stolicy Białorusi, Mińska i również uwiecznił te piękne mieściny na swych obrazach.
Zmarł 18 czerwca 1957 roku. Nieco później w Białyniczach i Mohylewie otwarto dwa muzea sztuki jego imienia. Od lat w Mohylewie odbywają się też międzynarodowe plenery artystów plastyków, poświęcone pamięci Witolda Białynickiego – Biruli. W Białoruskim Państwowym Muzeum Sztuki w Mińsku znajdują się 444 dzieła tego artysty. Albumy dzieł Witolda Białynickiego–Biruli wydawano w ZSRR w 1953 i 1958 roku. Dotychczas zaś na Białorusi i w Rosji wydano też kilka monografii, poświęconych życiu i dziełu znakomitego malarza, który jest też w tych krajach słusznie uważany za klasyka sztuki plastycznej XX wieku.
* * *
Znaną w Rosji malarką jest zamieszkała w Petersburgu Irena Birula, utalentowana autorka pejzaży, martwych natur, portretów; wielokrotnie i często wystawiana w galeriach obrazów szeregu krajów.


Bohomolec



Była to starożytna szlachta Ziemi Witebskiej, od XVI wieku słynąca z męstwa i czynów rycerskich, używająca godła rodowego Bogorya. A. Boniecki („Herbarz Polski”, t. 1, s. 360-361, Warszawa 1899) notuje: „Bohomolec herbu Bogorya. Seńko, bojar witebski 1530 r. Iwan Semenowicz B. w województwie witebskim 1593 r. Semen Iwanowicz B. sprzedał 1633 r. część swoją Pohostyszcz bratu Grzegorzowi. Aleksander, ich brat. Samuel pisał się z województwem witebskim na elekcję Jana Kazimierza a Dymitry i Jan, pisarz grodzki witebski, na obiór Jana III. Aleksander i Jan wzięci do niewoli po zdobyciu Witebska 1654 r., i Dymitry pozostawali w niewoli w Kazaniu 1655 r. Jan podpisał elekcję Augusta II-go. Paweł Józef, stolnik, pisarz grodzki i poseł witebski, podpisał akt konfederacyi warszawskiej 1733 r. Owdowiawszy został Jezuitą. Synowie jego urodzeni z Franciszki Cedrowskiej: Franciszek, Józef, Piotr, Joachim i Klemens. Synami jego byli także Jan i Ignacy, Jezuici. Franciszek, prokurator Jezuitów prowincyi mazowieckiej, wniósł do grodu czerskiego 1765 r. akt fundacyi kolegium Jezuitów w Warszawie. W 1733 r. otrzymał przywilej na założenie drukarni w Warszawie. Znany z czasów Stanisława Augusta autor licznych komedyi i wielu dzieł, zmarł 1784 r.
Leon, stolnik witebski 1712 r., żonaty z Krystyną Bartoszewiczówną. Józef, koniuszy witebski 1769 r. Piotr Tadeusz, stolnik witebski 1764 r., następnie pisarz ziemski witebski, podpisał elekcyę Stanisława Augusta. Joachim, sędzia grodzki połocki 1785 r. i starosta boblewski. Syn jego Antoni, właściciel Wietrzyna w województwie połockim 1799 r. Piotr, kawaler orderu Św. Stanisława 1789 r. Cypryan, szambelan dworu polskiego, właściciel wsi Zalesie w województwie połockim 1799 r. Jan, Jezuita, a po skasowaniu zakonu proboszcz skaryszewski i pragski 1789 r.
Piotr Tadeusz z Dołż z Eleonory Wyszyńskiej miał synów: Stanisława, marszałka szlachty powiatu witebskiego, i Romualda, marszałka szlachty guberni witebskiej. Stanisław z Doroty Felkerzambówny pozostawił: 1) Juliusza, po którym z Kotłubajówny syn Eugeniusz; 2) Antoniego, właściciela Jannmujży, żonatego z Maryanną z Kaczanowskich, z której synowie: Aleksy i Ksawery, i córka Marya; 3) Stanisława; 4) Teresę za Antonim Chełchowskim; 5) Eugenię za Michałem Nitosławskim i 6) Walentynę za Eugeniuszem Kiełpszem.
Romuald z Teresy z Felkerzambów pozostawił córkę Józefę, zaślubioną 1836 r. Justynianowi Niemirowiczowi – Szczytowi, i syna Michała, który z Adeli Depret ma synów: Romualda, Filipa, Michała, oraz córki: Maryę i Adelę”.
Julian Bartoszewicz z kolei pisał o kilku przedstawicielach tego rodu: „Bohomolcowie. Paweł i Józef Bohomolec starosta dworzycki, był najprzód deputatem na trybunał, potem pisarzem i stolnikiem witebskim, posłem po kilkakrotnie na sejmy z tegoż województwa, na koniec podziękowawszy za podkomorstwo, na które był obrany, został jezuitą i przed skasowaniem tego zakonu umarł kapłanem. Zostawił siedmiu synów, to jest Franciszka, Józefa, Jana Chryzostoma Antoniego, Piotra Tadeusza, Joachima, Klemensa, Ignacego. Z tych: Franciszek, Jan i Ignacy wstępując w ślady ojca byli jezuitami. O Franciszku, autorze sławnych w swoim czasie komedii i redaktorze Wiadomości Warszawskich to jest gazety, której w r. 1773 ustąpił Łuskinie, czytać w Życiorysach K. Wł. Wojcickiego Tom I, umarł ten uczony i dowcipny ex jezuita w Warszawie 24 marca 1784 roku, narodzony 29 stycznia 1720 r. Wstąpił w Wilnie do jezuitów 21 czerwca 1737 r. – O Janie Chryzostomie zaś, sławnym dobroczynnością proboszczu pragskim, czytać w „Kościołach Warszawskich rzymsko-katolickich”: szczegóły znajdują się w kronice kościoła pragskiego.”



Franciszek Bohomolec



Urodził się 19 lub 29 stycznia 1720 roku w posiadłości rodowej pod Witebskiem, zmarł w Warszawie 22 października 1768 roku, w rozkwicie sił twórczych, przeżywszy zaledwie lat 47. Był wybitnym działaczem oświecenia polskiego w dziedzinie szkolnictwa, literatury, teatru. Studia ukończył w Akademii Wileńskiej, następnie jeszcze, już jako członek zakonu jezuitów w Rzymie. Po powrocie z Włoch rozpoczął wykłady w zakresie elokwencji na Akademii Św. Jana w Wilnie. Będąc człowiekiem wybitnie uzdolnionym, wywierał znaczny wpływ na życie umysłowe Wilna, a nawet całej Rzeczypospolitej.
Jeden z późniejszych krytyków pisał o Bohomolcu: „On to pismami swemi zaprawdę najwięcej przed Krasickim wpływał na opinię publiczną, kierował nią i wiódł do szlachetnych celów. Bohomolec wykorzenił wiele szkodliwych przesądów, rozbudził naród ze zgubnego snu letargicznego; jemu winien język tę ogładę i czystość, jakiemi zajaśniał w wieku Stanisława Augusta. Król ten rad go zapraszał na „czwartkowe obiady”.
W „Rozmowie o języku polskim” (1752) Fr. Bohomolec bronił mowy ojczystej przed dominującą łaciną, dawał wyraz przekonaniu, że w polskich szkołach powinno się nauczać po polsku, oraz, wbrew obiegowym opiniom, dowodził, że Polacy wcale nie są przysłowiowym „stadem owiec”, lecz inteligentnym, dzielnym i pracowitym narodem. Dzięki jego staraniom język polski zadomowił się niebawem w szkolnictwie wszystkich poziomów w całej Rzeczypospolitej, a młodzież była wychowywana w duchu roztropności moralnej i szacunku dla swej ojczyzny. Zabawy oratorskie (1759) tego poety i pisarza odbiły się dodatnio na procesie powolnego odradzania się w XVIII wieku poezji i – szerzej – literatury polskiej.
Wiersze F. Bohomolca cechuje elegancja, bezpośredniość, poczucie humoru, ale pobrzmiewa w nich zawsze nutka filozoficzna, jak np. w utworze pt. „O życiu szczęśliwym”:

„Powiedz mi, jaką w życiu rozkosz czujesz?
Miałżeś zupełnie dzień szczęśliwy kiedy?
Jeśli się z sobą dobrze porachujesz,
Wyznasz, że nigdy nie byłeś bez biedy.

Czy w niskim człowiek, czy w wysokim stanie,
Czy już siwizną okryty, czy młody,
Zawsze go troska natrętna dostanie,
Różne na niego zwalając przygody.

W dziecinnym wieku ustawnie płaczemy,
Dorosłych miłość i fortuna dręczy,
Gdy zaś sędziwych lat miary dojdziemy,
Trwoga, troskliwość i sam wiek nas męczy.

Ci, którzy chęciom swoim dogadzają,
W ustawnym sami z sobą żyją boju.
Tym zaś. co cnoty usilnie szukają,
Zazdrość i zdrada nie daje pokoju.

Raz bojaźń jakiejś rzeczy utracenia,
Drugi raz dręczy nas chęć jej szukania:
Błędy, sny, mary, próżne omamienia
Są celem naszej żądzy i starania.


Skoro zaś na tym kresie lat staniemy,
Na którym rozum zwykł się nam otwierać,
Skoro zaś prawdy poznawać zaczniemy,
Wnet kończym życie i musiem umierać”.

Jest to wiersz znajdujący się w potężnym nurcie twórczości poetycko-refleksyjnej, obecnej w wielu kulturach narodowych Europy. W wierszu „Napis na świątyni śmiertelności” poeta niemiecki Andreas Gryphius (1616-1664) np. pisał:

Ihr irrt, indem ihr lebt; die ganz verschränkte Bahn
Lässt keinen richtig gehn. Dies, was ihr wünscht zu finden,
Ist Irrtum; Irrtum ist’s, der euch den Sinn kann binden.
Was euer Herz ansteckt, ist nur ein falscher Wahn.

Schaut, Arme, was ihr sucht! Warum so viel getan?
Um dies, was Fleisch und Schweiss und Blut und Gut und Sünden
Und Fall und Weh nicht hält? Wie plötzlich muss verschwinden,
Was diesen, der es hat, setzt in des Todes Kahn.

Ihr irrt, indem ihr schlaft, ihr irrt, indem ihr wachet,
Ihr irrt, indem ihr traurt, ihr irrt, indem ihr lachet,
Indem ihr dies verhöhnt und das für köstlich acht’,

Indem ihr Freund als Feind und Feind als Freunde setzet,
Indem ihr Lust verwerft und Weh vor Wollust schätzet,
Bis der gefundne Tod euch frei vom Irren macht“.

Ludzie, także – a może przede wszystkim – poeci, często uciekają przed lękiem egzystencjalnym stosując znany środek „psychoterapeutyczny” – wino. Tak się stało, że i Franciszek Bohomolec nieraz zabierał się do tego wdzięcznego tematu. W „Pochwale wesołości”, mającej podtytuł „Do wina”, pisał:

Ten mym zdaniem dobrze żyje,
Ten na długie lata godzi,
Kto pod miarą winko pije
I piosnkami troski słodzi.
Po szklaneczce do piosneczki.
Po piosneczce do szklaneczki.

Ustępuje wnet frasunek,
Znika serca utrapienie,
Skoro usta czują trunek,
A uszy wesołe pienie.
Po szklaneczce do piosneczki.
Po piosneczce do szklaneczki.

Aleksander tak żył Wielki
Skoro umilkła Bellona,
Przynoszono mu butelki,
Przy nich szły śpiewaczek grona.
Po szklaneczce do piosneczki.
Po piosneczce do szklaneczki.

Tak czynił i nasz Batory,
Miłośnik uczonych hojny:
Lubił piosnki i likwory,
Nawet podczas trudów wojny.
Po szklaneczce do piosneczki.
Po piosneczce do szklaneczki.

Precz posępne mędrców czoła,
Naukom zły humor szkodzi;
Milsza jest mądrość wesoła,
Wino dobre myśli rodzi.
Po szklaneczce do piosneczki.
Po piosneczce do szklaneczki.

Pitagor muzyki brzmieniem
Z przywar serce swe wybawił,
A Diogenes beczki cieniem
I siebie i drugich bawił.
Po szklaneczce do piosneczki.
Po piosneczce do szklaneczki.

Powraca nauk wiek złoty,
Pracujących pan posila;
Pan dodaje nam ochoty;
Czwartek dla nas złota chwila.
Po szklaneczce do piosneczki.
Po piosneczce do szklaneczki.

Trudy rozkosz nie przeplata,
Umiejmy czas dobrze trawić,
Bodajbyśmy w setne lata
Tak się mogli jak dziś bawić.
Po szklaneczce do piosneczki.
Po piosneczce do szklaneczki”.

Tenże wątek podjął F. Bohomolec w jednym z najsłynniejszych wierszy bakchicznych w literaturze polskiej zatytułowanym „Kurdesz nad kurdeszami”, który też jest od ponad dwóch wieków wykonywany jako pieśń towarzyska.

„Każ przynieść wina, mój Grzegorzu miły,
Bodaj się troski nigdy nam nie śniły.
Niech i Hanulka zasiądzie tu z nami,
Kurdesz nad kurdeszami.

Skoro się przymknie ręka do butelki,
Znika natychmiast z serca smutek wszelki.
Wołajmy tedy dzwoniąc kieliszkami:
Kurdesz nad kurdeszami.

Niezłe to winko! Do ciebie, mój Grzelu!
Cieszmy się, póki możem, Przyjacielu.
Niech stąd ustąpi nudna myśl z troskami.
Kurdesz nad kurdeszami.

Patrzcie, jak dzielny skutek tego wina!
Już się me serce weselić poczyna.
Pod stół kieliszki, pijmy szklenicami,
Kurdesz nad kurdeszami.

I ty, Hanulko, połowico Grzela,
Bądź uczestniczką naszego wesela.
Nie folguj sobie, a chciej wypić z nami,
Kurdesz nad kurdeszami.

Już po butelce, niech tu stanie flasza.
Wiwat ta cała kompanija nasza!
Wiwat z Maciusiem i przyjaciołami.
Kurdesz nad kurdeszami.

Maciuś jest partacz, pić nie lubi wina,
Milsze jest jemu złoto i dziewczyna.
Dajmyż mu pokój, pijmy sobie sami,
Kurdesz nad kurdeszami.

Odnówmy przodków ślady wiekopomne,
Precz stąd szklenice, naczynie ułomne!
Po staroświecku pijmy pucharami,
Kurdesz nad kurdeszami.

Już też to, Grzelu, przewyższasz nas wiekiem,
A wiesz, że wino jest dla starych mlekiem.
Chłyśnij, a będziesz huczał z młodzikami.
Kurdesz nad kurdeszami”.

Był też ksiądz Franciszek ojcem nowoczesnej publicystyki polskiej, a jego świetne eseje udanie łączyły w sobie klarowność eleganckiego stylu z poważnymi treściami intelektualnymi. Charakterystycznym przykładem twórczości Franciszka Bohomolca jest jego psychologiczno-poetycka miniatura pt. Młodość, którą warto przypomnieć tu w całości... „Niemasz piękniejszej, ale też równie i niebezpieczniejszej rzeczy, jak młodość. Jest to róża wiosny życia ludzkiego co do piękności, ale też łacno pogrążona być może w przepaści występków przez niewiadomość na świecie rzeczy i zbytnią swą żywość. Jest to morze nawałnościami ustawicznie zaburzone, tysiącznych skał pełne, które każdy człowiek przebywać musi wpośród niezliczonych niebezpieczeństw, chcąc dopłynąć pożądanego portu, męskiego wieku. Jeżeli, jako niektórzy utrzymują, szczęście zawisło od imaginacyi go osiągnięcia, tedy w tej porze wieku człowiek jest najszczęśliwszy, lubo podtenczas nieroztropność jego jest wielka, niewiadomość gruba, rozumienie o sobie śmiechu godne, rozsądek słaby, uwagi omylne, upór niezwyciężony, pojętność tępa, namiętności wyuzdane, a przezorność nie bardzo daleko sięgająca.
Młodość rozumie, że wszystko umie, nie chcąc się niczego dać nauczyć, i chce teorię, czyli dochodzenie rzeczy, dowcipem na końcu kłaść praktyki. Bawi się i zaprząta fraszkami i cała głupstwu się oddaje. Nieczułość jest jej wezgłowiem, a rozpusta łożem spoczynku, występki jej asystują, a próżność w towarzystwie z nią chodzi. Przytomne ją tylko rzeczy bawią, do przyszłych starania swego nie rozciąga, które niepewnemi być sądzi. Sama nie wie, czego żąda, ponieważ za wiatrem się ugania. Przedsięwzięcia jej nie są stałe, gdyż nic trwałego sobie nie zakłada. Raz, wszystko co widzi, kocha, bo się na niczym nie zna; drugi raz wszystko nienawidzi, bo nie przywykła uwagi czynić, co dla niej byłoby męką.
Nakoniec, mimo tego wszystkiego, szczęśliwy, kto młodość swoją w uczeniu się mądrości przepędza, w przyłożeniu pilności do nauk, które ona podaje, i ćwiczeniu się w cnocie, gdyż taki nieochybnie zachowa w starości wiele uciech swej młodości. Włosi mówią, że ten kto sobie życzy być starym, trzeba aby wcześnie starzeć się zaczynał; i że rozpustna młodość przywodzi starość chorowitą i niedołężną. Kończę ten artykuł wierszami:

W czasie młodości myśl płocha
W uciechach się tylko kocha;
A zaś w dojrzalszym wieku i starości,
W inne się wprzęga człowiek namiętności.

Tak w sen ze snu idąc, błędu
Niewolnik, bez prawdy względu
Stawa nakoniec u wieczności bramy!
Pono i my się tamże zmykamy.
Łóżmyż, co nam zbywa, złoty
Czas, na poprawę ślepoty!

Lubił Fr. Bohomolca i cenił jego talent król Stanisław August Poniatowski, jak zresztą i szereg innych osobistości tego wieku. Ignacy Krasicki w jednym z listów tak pisze o Bohomolcu: „Nie była dziką cnota jego: użyczał się towarzystwu i wielce miły w posiedzeniu dobranych przyjaciół, umiał łączyć wesołość żywą z przykładnością nienagannego życia. Nie nadęty czczym pozorem mędrzec, ani gardził dobrym imieniem, ani się o jego zbyteczność starał, i choć urodzenie, przymioty i wziętość dawały mu sposobność do wzniesienia się, obrał sobie mierność i w tej trwał do śmierci. Umierając, małość zbioru swojego poświęcił nieszczęśliwym; łzy słodkie wdzięczności uwielbiać będą pamięć jego.”
W pamięci potomnych Franciszek Bohomolec pozostaje przede wszystkim jako autor ciętych i wciąż aktualnych komedii: „Pijacy”, „Małżeństwo z kalendarza”, „Pan dobry”, „Staruszkiewicz”. Były to, co prawda, utwory powstałe pod wpływem francuskiej kultury literackiej, cóż, kiedy wówczas cała Europa znajdowała się pod tym wpływem. Dzięki jednak realiom i imionom polskim cieszyły się te sztuki dużym powodzeniem i wpływały na kształtowanie się światlejszej i rozumniejszej, niż zwykle w Polsce, opinii publicznej.
Ksiądz Wł. Wójcicki pisał: „Bohomolec miał świetne dni sławy i popularności w kraju: późniejsze znakomitości literackie w cień przeszłości usunęły szanowną postać tego męża. Sprawiedliwa potomność, umiejąca oceniać sumiennie zasługi każdego pracownika na polu umysłowym, ze czcią zawsze wspominać będzie imię Bohomolca.” Nie wypada tej przemyślanej opinii obalać, jest ona bowiem sprawiedliwa.
* * *

Do tejże rodziny należał Jan Bohomolec (1724-1795), brat Franciszka. Ukończył studia matematyczno-astronomiczne w Pradze, a następnie parędziesiąt lat profesorował w warszawskim Collegium Nobilium; zasłynął jako autor poczytnych broszur pseudonaukowych pt. „Prognostyk zły czy dobry komety” (1770) oraz „Diabeł w swej postaci” (1772).



Aleksander Bohomolec


Reprezentantem ukraińskiej gałęzi rodu był Aleksander Bohomolec, wybitny patofizjolog, autor szeregu fundamentalnych prac naukowych z zakresu fizjologii i patologii wegetatywnego układu nerwowego, endokrynologii, transfuzji i konserwowania krwi, onkologii, a także poświęconych zagadnieniom reaktywności, diatezy, gerontologii, roli tkanki łącznej w immunitecie itd.; prezydent Akademii Nauk Ukrainy w latach 1930-1946, wiceprezydent Akademii Nauk ZSRR od 1942 do zgonu 19 lipca 1946. Aleksander Bohomolec był też rzeczywistym lub honorowym członkiem m.in. Akademii Nauk Białorusi, Gruzji. Zasłynął w świecie przede wszystkim z dość udanych prób przedłużenia życia ludzkiego za pomocą wynalezionej przez siebie surowicy „ACS” (antyretykularna cytotoksyczna surowica).
Ten wybitny uczony urodził się 12 maja 1881 roku w inteligenckiej rodzinie o szlacheckich korzeniach. Ojciec przyszłego profesora był lekarzem, matka Zofia (też szlacheckiego pochodzenia) za udział w ruchu antycarskim została skazana na dziesięć lat katorgi. Syna urodziła przebywając w więzieniu Łukjanowskim w Kijowie. Zmarła na gruźlicę na syberyjskiej katordze w 1892 roku, tuż przed zakończeniem okresu odbywania kary. Jej syn Olek miał wówczas dziesięć lat.
Nauki gimnazjalne młodzian pobierał w ojczystym mieście, studia natomiast odbył w latach 1901-1906 na wydziale lekarskim Uniwersytetu Noworosyjskiego w Odessie. Podczas studiów i w pierwszych latach pracy naukowej na tymże Uniwersytecie Noworosyjskim młody człowiek miał za nauczycieli wybitnych uczonych, zasłużonych dla nauki polskiej, ukraińskiej i rosyjskiej: W. Podwysockiego, L. Tarasiewicza, M. Uszyńskiego, którzy też bardzo życzliwie traktowali A. Bohomolca, gdy bronił swej rozprawy doktorskiej „Zagadnienie mikroskopicznej budowy i fizjologicznego znaczenia nadnerczy w zdrowym i chorym organizmie”. Po kilku latach praktyki lekarskiej, łączonej z pracą naukową został mianowany w 1911 roku profesorem katedry patologii ogólnej Uniwersytetu Saratowskiego, które to funkcje pełnił przez czternaście lat. W latach 1925-1931 A. Bohomolec zajmował posadę profesora wydziału medycznego 2-go Uniwersytetu Moskiewskiego, a jednocześnie (1928-1931) dyrektora Instytutu Hematologii i Transfuzji Krwi.
Wyrażenie „życiodajna krew” jest nie tylko obiegowe, ale i prawdziwe, gdyż ona rzeczywiście jest substancją podtrzymującą życie. Nieustannie krąży wokół całego organizmu, dostarczając każdej żywej komórce pożywienia potrzebnego do wytworzenia energii, a także budulca do rozrostu i regeneracji tkanek. Krew spełnia także funkcję służb oczyszczających, usuwając z komórek wszystkie odpady, a zwłaszcza dwutlenek węgla będący produktem ubocznym spalania substancji odżywczych w obecności tlenu w celu uzyskania energii. „Życiodajna substancja” spełnia także trzecią funkcję sił obronnych organizmu, niszcząc lub unieszkodliwiając bakterie i inne zarazki z zewnątrz.
Krew to około 1/14 ciężaru ciała. Jej ilość w organizmie zależy od wielkości człowieka. Mężczyźni mają jej średnio 5 litrów, kobiety odrobinę mniej. Około 45% objętości krwi to różnorakie wyspecjalizowane komórki, każda przeznaczona do spełniania innego celu. Najważniejszymi z nich są ciałka czerwone, czyli erytrocyty, i ciałka białe, czyli leukocyty.
Są one zanurzone w substancji zwanej plazmą. Organizm każdego człowieka zawiera tylko niecałe 3 litry tej klejącej, jasnobursztynowej cieczy, składającej się w większości z wody oraz protein, soli i glukozy. Jej głównym zadaniem jest przenoszenie białych i czerwonych krwinek. Większość składników odżywczych z pożywienia przenika do krwi przez ściankę jelita cienkiego; następnie niektóre mogą zostać skierowane bezpośrednio do komórek, inne muszą zostać poddane obróbce chemicznej w wyspecjalizowanych „fabrykach” – wątrobie i innych gruczołach – zanim staną się pożyteczne dla organizmu. W obu przypadkach transport odbywa się przez układ krwionośny.
Krew krąży wokół organizmu w zamkniętym systemie rur, czyli naczyniach krwionośnych, tętnicach, żyłach i naczyniach włosowatych. Tętnice i żyły nie przepuszczają wody. Jednak woda, cukry, kwasy tłuszczowe i inne składniki chemiczne są w stanie przeniknąć do tkanek przez ścianki maleńkich naczyń włosowatych, które pozwalają także krwi przepłynąć z tętnic do żył.
Woda przecieka z powrotem do naczyń włosowatych w takim samym tempie, jak je opuszcza; zatem jej całkowita objętość nie ulega zmianie. Ta powracająca z komórek woda przynosi ze sobą uboczne produkty działalności komórek, przeznaczone do wydalenia. Krew jest nieustannie „filtrowana” przez nerki, które wychwytują z niej niepotrzebne substancje (ostatecznie wydalone wraz z moczem).
Cząsteczki białka w plazmie są zbyt i duże, żeby przecisnęły się przez ścianki naczyń włosowatych. Występują w 3 rodzajach: albumina, globulina i fibrynogen. W największej ilości występuje albumina, której zadanie polega na utrzymaniu ciśnienia osmotycznego krwi. Ciśnienie to – działające w przeciwnym kierunku do ciśnienia wytworzonego przez serce – wciąga do naczyń włosowatych wodę i uboczne produkty przemiany materii przed powrotną podróżą krwi przez żyły do serca.
Przeciwciała, wyspecjalizowane związki chemiczne neutralizujące jak zarazki, skradają się z białek zw. gammaglobulinami. Są produkowane w śledzionie lub naczyniach limfatycznych i nie przestają krążyć we krwi po zlikwidowaniu pierwszej inwazji, dzięki czemu organizm staje się odporny w razie kolejnego ataku. Fibrynogen, który jak albumina powstaje w wątrobie, jest ważnym elementem procesu krzepnięcia krwi.
Kolor czerwonych krwinek pochodzi od pigmentu zw. hemoglobiną. Każda komórka ma około 7,2 mikrona (jedna trzystatysięczna cala) przekroju i jest kształtu okrągłej poduszeczki z wgłębieniem po każdej stronie. Hemoglobina wychwytuje tlen w płucach i przenosi go do każdej komórki organizmu, gdzie zmienia kolor z jaskrawoczerwonego na ciemnoczerwony bądź szkarłatny. Następnie zabiera niepotrzebny dwutlenek węgla i transportuje go do płuc, skąd zostaje usunięty podczas wydechu. Czerwone krwinki są produkowane w szpiku kostnym, ich życie trwa od 3 do 4 miesięcy. Jest ich tak wiele, że co sekundę zostaje rozłożonych pięć milionów erytrocytów. Zostają rozłożone na czynniki pierwsze, z których część przydaje się do budowy nowych komórek.
Zbyt mata ilość krwinek czerwonych w organizmie może prowadzić do wielu chorób, ogólnie określanych jako anemia. Organizm nie jest w stanie wyprodukować nowych erytrocytów bez odpowiedniej ilości żelaza, a chociaż większość ludzi posiada dostateczne zapasy tego pierwiastka, wolny, ale nieprzerwany upływ krwi – na przykład przy wrzodzie żołądka – może wywołać anemię. Kobiety są bardziej skłonne do anemii niż mężczyźni – częściowo z powodu bardzo obfitych krwawień miesiączkowych lub w okresie ciąży, kiedy matka dostarcza żelaza rozwijającemu się w jej łonie dziecku.
Białe krwinki zwane są inaczej leukocytami, a miejscem ich produkcji jest także szpik kostny. Mają kształt kulisty, są nieco większe od czerwonych, a ich funkcja polega na ochronie organizmu przed infekcjami. Istnieją 2 główne rodzaje leukocytów: granulocyty, zwane tak dlatego, ponieważ składają się z wielu małych granulek rozproszonych w ich komórkach, i limfocyty, które również powstają w śledzionie i układzie limfatycznym. Granulocyty atakują napastników takich jak bakterie w ten sposób, że je otaczają i pożerają. Są siłami przeznaczonymi do natychmiastowej obrony, zawsze gotowe do działania i zdolne do szybkiego rozmnażania się w razie infekcji lub uszkodzenia ciała. Limfocyty przypominają bardziej defensywny system rozpoznania – ich reakcja zabiera więcej czasu gdyż muszą przejść proces adaptacji, zanim zaczną obronę. Limfocyty zajmują się produkcja przeciwciał. Białe krwinki wędrują swobodnie przez ścianki naczyń włosowatych – wiele z nich nożna spotkać w tkankach, które swoje zdrowie zawdzięczają właśnie tym komórkom.
W razie choroby lub uszkodzenia organizm produkuje nawet trzy do czterech razy więcej białych krwinek. Badanie krwi bywa pomocne w zostawieniu właściwej diagnozy. Niewielka próbka krwi zostaje zbadana w laboratorium w celu stwierdzenia rodzaju i ilości występujących w niej komórek, na przykład dokuczliwy ból brzucha może zwiastować niestrawność albo zapalenie wyrostka robaczkowego. Jeśli morfologia krwi stwierdzi obecność znacznej ilości białych krwinek, ta druga możliwość staje się bardziej prawdopodobna. Badanie krwi przydaje się też do sprawdzenia poziomu hemoglobiny. Współczesne mikroskopy o dużej mocy są w stanie zbadać, czy komórki nie wykazują pewnych fizycznych nieprawidłowości. Czasami można w ten sposób stwierdzić występowanie ropy. Jest to mieszanina martwych białych krwinek i wchłoniętych przez nie mikroorganizmów. Białe ciałka krwi mogą się także rozpaść i usunąć z organizmu nieożywione ciała obce, nawet tak duże jak kolec czy drzazga. Jeśli powstanie zbyt wicie białych krwinek, efektem bywa choroba nowotworowa zwana białaczką. Szpik kostny jest bardzo wrażliwy na trucizny i promieniowanie, więc każdy z tych czynników upośledza produkcję białych i czerwonych krwinek, doprowadzając do niebezpiecznej, choć rzadkiej choroby, anemii aplastycznej.
Jeśli układ krwionośny zostanie uszkodzony, nastąpi krwotok, wewnętrzny albo zewnętrzny. 15% zmniejszenie objętości krwi nie powoduje poważnych problemów zdrowotnych, większy upływ może zagrozić życiu. Powolna, ale stała utrata krwi prowadzi do anemii. Gwałtowny krwotok wywołuje szok, ponieważ ciśnienie krwi spada tak bardzo, że krew przestaje dopływać do serca.
Organizm jest wyposażony w mechanizm powodujący krzepnięcie. Szpik kostny produkuje maleńkie, wyspecjalizowane komórki, zwane płytkami krwi, mniejsze nawet od czerwonych krwinek. Jeśli jakieś naczynie krwionośne zostanie uszkodzone, płytki gromadzą się w tym miejscu i przyklejają się jedna do drugiej i do brzegów rany. W ten sposób powstaje tama dla dalszego krwotoku.
Przyklejając się do siebie płytki krwi wydzielają substancje, które kontynuują proces krzepnięcia – podobne zadania spełnia sama uszkodzona tkanka. Płytki wydzielają także hormon serotoninę, powodujący zwężanie naczyń krwionośnych, co zmniejsza upływ krwi.
Krzepnięcie zachodzi wtedy, kiedy fibrynogen, jedno z białek zwykle rozpuszczonych w plazmie, zostaje pobudzone przez płytki krwi do przekształcenia się w nitki nierozpuszczalnego białka, fibrynę. Fibryny zazębiają się wokół komórek krwi, tworząc półpłynną masę. Następnie plątanina nitek zaciska się wydzielając przeźroczysty żółty płyn zwany surowicą i tworząc twardy skrzep. Po ustaniu krwawienia, krew powraca do normalnej objętości w ciągu kilku godzin, ale kilka tygodni musi minąć, zanim odnowią się wszystkie komórki krwi.
Najbardziej znanym zaburzeniem krzepliwości krwi jest hemofilia, choroba dziedziczna. Chorują na ni4 wyłącznie mężczyźni, chociaż kobiety mogą być nosicielami i przekazywać ja swoim synom. Wielu ludzi słyszało o hemofilii w związku z rodem królewskim – chorowało na nią dziesięciu książąt potomków królowej Wiktorii – jednak występuje bardzo rzadko; chory bywa jeden chłopiec na dziesięć tysięcy.
Hemofilię wywołuje brak jednego z czynników krzepliwości krwi, białko plazmy zwane globuliną antyhemofiliową albo czynnikiem VIII. Najmniejsze skaleczenie może doprowadzić do trudnego do opanowania krwotoku, a chorzy często mają krwotoki wewnętrzne bez wyraźnej przyczyny. W przeszłości większość hemofilityków umierała w dzieciństwie. Dzisiaj otrzymują transfuzje krwi i zastrzyki brakującego czynnika uzyskanego z plazmy i prowadzą normalne życie. Tragiczny splot wydarzeń sprawił, że zanim rozpoczęto badania oddawanej przez dawców krwi na obecność wirusa HIV, niektórym chorym na hemofilię wstrzyknięto krew lub czynnik VIII zarażone śmiercionośnym wirusem.
Krew każdego człowieka należy do określonej grupy. Podział na grupy odbywa się na podstawie chemicznego składu cienkich ścianek czerwonych krwinek. Chociaż istnieje kilka różnych systemów klasyfikacji, najczęściej używany jest podział wprowadzony w 1900 roku przez Karla Landsteinera. Podział ten wyróżnia cztery grupy: A, B, AB i O.
Ustalenie grupy krwi ma szczególnie istotne znaczenie, jeśli pacjentom potrzebna jest transfuzja krwi. Chociaż niektóre rodzaje krwi można bez skutków negatywnych podawać ludziom, w których żyłach płynie krew innej grupy, w niektórych przypadkach mogą wystąpić niepożądane reakcje. Wtedy własna krew pacjenta uznaje nową za obcą z powodu jej innego składu chemicznego i zaczyna niszczyć czerwone krwinki, jak gdyby były atakującymi bakteriami.
W 1940 r. Landsteiner rozwinął klasyfikację grup krwi odkrywając system Rh. Obejmuje on 6 czynników, z których najważniejszym jest czynnik D. Czerwone krwinki u 85% populacji ludzkiej mają czynnik D (Rh dodatnie). Pozostałe 15% ludzi nie ma czynnika D, stad mają ujemne Rh. Jeśli osoba mająca czynnik Rh- otrzyma na drodze transfuzji krew z czynnikiem dodatnim, jej własna krew rozpozna czynnik D jako substancję „obcą” i zacznie produkować przeciwciała w celu zneutralizowania go. Podczas pierwszej transfuzji przeciwciała powstają zbyt wolno i nie powodują większych kłopotów, ale dana osoba nabywa trwałą odporność na czynnik D. Przy kolejnej transfuzji krew szybko tworzy przeciwciała, by zniszczyć obce komórki.
Szczególnie zagrożone są kobiety z Rh-. Grupy krwi i czynnik Rh jest dziedziczny. Jeśli kobieta z Rh- i mężczyzna z Rh+ poczną dziecko, może ono mieć czynnik dodatni.
Ponieważ komórki krwi są za duże, by przemieścić się z organizmu dziecka do organizmu matki podczas ciąży, komórki z czynnikiem dodatnim płodu nie mają możliwości pobudzenia organizmu kobiety do tworzenia przeciwciał. Dzięki temu zdrowie matki nie jest zagrożone, o ile wcześniej nie miała transfuzji krwi z Rh+. Podczas porodu matka krwawi przez łożysko i część komórek dziecka może przedostać się do żył matki. W takim przypadku jej organizm wytworzy przeciwciała i nabierze ona odporność na czynnik D. Aby temu zapobiec, kobiety z Rh- otrzymują po urodzeniu pierwszego dziecka przeciwciała przeciwko czynnikowi D, co sprawia, że przestają produkować własne przeciwciała.
Opisane dwie metody podziału krwi na grupy zwykle są wystarczające, by stwierdzić, czy można przeprowadzić transfuzję, ale jeśli pozostają jakiekolwiek wątpliwości, próbka krwi pacjenta i krwi dawcy zostają skrzyżowane w laboratorium.
Można było to osiągnąć dzięki badaniom i odkryciom wielu lekarzy i naukowców, w tym profesora A. Bohomolca.

* * *

Od około 1930 roku uczony intensywnie opracowywał – jako jeden z pierwszych uczonych europejskich – również temat stosunku wzajemnego między organizmem a guzem onkologicznym. Wówczas w środowisku lekarskim dominowało przeświadczenie, że jakoby rozrost wszelkiego rodzaju guzów stanowi proces autonomiczny, a więc jest niezależnym od reszty organizmu zjawiskiem patofizjologicznym. Właśnie tą „autonomicznością” usiłowano też wyjaśniać niekontrolowany rozrost komórek złośliwych. W przeciwieństwie do tego punktu widzenia profesor A. Bohomolec interpretował także organizm dotknięty nowotworem jako jedyny złożony układ i uważał, że możliwość powstania i postępowego rozwoju komórek rakowych jest mocno uzależniona od ogólnego stanu organizmu, przede wszystkim zaś od stanu jego systemu immunologicznego. Uczonemu udało się wówczas ustalić, że jeśli w organizmie powstał guz złośliwy, wywołuje to nieomal natychmiast bardzo istotne zmiany w funkcjach najważniejszych organów. Badając pod względem patoanatomicznym ciała zmarłych na raka pacjentów, Bohomolec ustalił, że np. zawsze są w nich zwiększone nadnercza, timus natomiast, czyli gruczoł w dużym stopniu odpowiedzialny za obronne reakcje organizmu, jest zawsze znacznie zmniejszony, a więc albo jego poprzednie osłabienie umożliwiło atak choroby, albo też został on dotkliwie zużyty na skutek wzmożonej walki z komórkami złośliwymi. To trzeba było wyjaśnić. Przeprowadzono więc liczne doświadczenia laboratoryjne na zwierzętach, które pozwoliły ustalić, że każde oddziaływanie na organizm (np. bólem, zimnem, toksynami, agresją werbalną itp.) powoduje obok wyspecjalizowanej reakcji ochronnej (np. uderzenie powoduje odruch pocierania miejsca bolącego, zatrucie – wymioty itp.) także reakcję gruczołów wewnątrz organizmu. Reakcja ta nie jest specyficzna, to jest nie jest zróżnicowana w zależności od charakteru negatywnego oddziaływania zewnętrznego, ale skierowana jest ogólnie przeciwko każdemu uszkodzeniu, a ma na celu przywrócenie ogólnej równowagi organizmu. A. Bohomolec równocześnie z kanadyjskim uczonym Hansem Selye ustalił, że podstawowym gruczołem w tym systemie obronnych reakcji organizmu na stres jest hipofiz, gruczoł mieszczący się u podstaw czaszki. Od niego zależy długi szereg obronnych odruchów organizmu, tylko przednia jego część syntetyzuje sześć ważnych hormonów, od których zależy całokształt wydzielania wewnętrznego i które wywierają regulujący wpływ na funkcjonowanie wielu organów i tkanek.
Gdy w organizmie powstają jakieś istotne naruszenia (np. zjawiają się komórki złośliwe), funkcje przysadki mózgowej zostają zakłócone. A. Bohomolec zadał więc sobie pytanie, czy więc wzmocnienie funkcji tego gruczołu nie spowoduje wyhamowania rozrostu tkanek złośliwych. Okazało się, że tak, że w ten właśnie sposób można również (obok stosowania innych metod) zwalczać rozrost guza onkologicznego. Natomiast ogólne wzmocnienie organizmu i usprawnienie jego funkcji np. dzięki zdrowemu trybowi życia, racjonalnemu odżywianiu, uprawianiu sportów, poniechaniu używania tytoniu i alkoholu – stanowi jeden z kamieni węgielnych zdolności organizmu do przeciwstawienia się nie tylko rozmaitym infekcjom, ale też agresji komórek nowotworowych. Toteż profesor A. Bohomolec wiele uwagi poświęcał w swych tekstach właśnie zagadnieniom zdrowego stylu życia, który prowadzi do jego wydłużenia i ulepszenia pod względem jakości. Profesor uważał, że życie ludzkie powinno naturalnie trwać 125-150 lat, przedwczesna zaś śmierć w wieku dwa razy młodszym następuje wyłącznie ze względu na niekorzystne okoliczności zewnętrzne. Wystarczy stworzyć bardziej dogodne socjalne warunki życia, a ono się samorzutnie znacznie przedłuży, twierdził uczony w książce „Przedłużenie życia” (Kijów 1940).
W 1930 roku rząd ZSRR skierował A. Bohomolca na Ukrainę, gdzie został wybrany na stanowisko prezydenta tamtejszej Akademii Nauk, jak też mianowany dyrektorem dwóch dużych organizacji naukowych: Instytutu Biologii Doświadczalnej i Patologii oraz Instytutu Fizjologii Klinicznej, znajdujących się w składzie AN Ukraińskiej SRR, które, nawiasem mówiąc, noszą dziś jego imię.
Aleksander Bohomolec był wynalazcą szeregu nowych leków (w tym surowic przeciwkozapalnych), postępowych metod leczenia i teorii naukowych, które pozwoliły wdrożyć do praktyki skuteczne sposoby leczenia ran, złamań, ciężkich schorzeń onkologicznych i innych. Do dziś w Rosji, Białorusi, na Ukrainie i Litwie działają liczni uczniowie i kontynuatorzy dzieła A. Bohomolca, jego zaś „szkoła” w dziedzinie patofizjologii należy do najbardziej znanych w skali międzynarodowej.
Dzieła naukowe A. Bohomolca były wielokrotnie wydawane w szeregu krajów. Trzytomowe „Rukowodstwo po patołogiczeskoj fiziołogii” po raz pierwszy opublikowano w Moskwie w latach 1935-1937; w okresie późniejszym było ono wielokrotnie wznawiane. W 1956-1958 wydano w Kijowie „Izbrannyje trudy” („Rozprawy wybrane”) A. Bohomolca w trzech tomach. W Rosji i Ukrainie ukazały się też książki poświęcone życiu i zasługom tego wybitnego uczonego, laureata m.in. Nagrody Stalinowskiej ZSRR (1941), dwóch orderów Lenina i szeregu innych odznaczeń, przyznanych mu przez rząd radziecki za wybitne osiągnięcia w dziedzinie medycyny. Niestety, marzenia naukowca o uczynieniu z krwi i preparatów krwiopochodnych eliksiru młodości, a nawet nieśmiertelności, okazały się niemożliwe do zrealizowania. Dlatego gdy w 1946 roku profesor A. Bohomolec nieoczekiwanie zmarł, generalissimus Józef Stalin cierpko rzucił: „Obmanuł, niegodiaj!” („Oszukał, łajdak!”)…

Chodźko



Byli odwieczną szlachtą Wielkiego Księstwa Litewskiego, pieczętującą się herbem rodowym Kościesza. Uważali się za ziemian hospodarskich polskiego Króla Jego Mości, lecz historycy litewscy mają ich dziś za Litwinów, białoruscy – za Białorusinów, ukraińscy – za Ukraińców. Adam Boniecki („Herbarz polski,” t. 3, s. 37) niezbyt wiele umie o nich powiedzieć: „Chodźkowie herbu Kościesza w W. Ks. Litewskim, w XVIII wieku w powiecie oszmiańskim, pisali się często Borejkami – Chodźkami (…). W ostatnich czasach głośniejsi z tej rodziny: Jan, syn Józefa i Konstancyi Bujnickiej, ożeniony z Klarą Korsakówną, prezes izby cywilnej mińskiej, wizytator szkół guberni wileńskiej i mińskiej, zmarły w Mińsku 1851 r., pochowany w Zasławiu. Syn jego Aleksander, konsul rosyjski w Persji, następnie profesor literatur słowiańskich w Collége de France, znany autor, ożeniony z Heleną Jundziłlówną, córką Wiktora, ma z niej synów: Wiktora, ożenionego z Maryą Baldassari, z której dzieci: Edward, Wiktor, Helena i Aleksander; Adama, inżyniera zamieszkującego San Francisco, i Aleksandra, kapitana marynarki angielskiej.
Stanisław, brat Aleksandra, znakomity chemik. Józef, trzeci brat, generał inżynieryi 1854 r. Ignacy, urodzony 1795 r., znakomity powieściopisarz, autor Obrazów litewskich. Leonard, syn Ludwika, marszałka zawilejskiego i Waleryi z Dederków, urodzony 1800 r., zamieszkały w Paryżu, autor wielu prac historycznych; brat jego Aleksander umarł 1877 r.”
W 1799 r. kilkunastu Chodźków heroldia wileńska wniosła do ksiąg szlachty guberni litewskiej (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 6, nr 11, s. 56).
„Wywód familii urodzonych Boreyków Chodźków herbu Kościesza”, sporządzony w Wilnie w 1799 roku, donosi, iż: „dom Boreyków Chodźków od naydawniejszych czasów w Wielkim Xięstwie Litewskim zasiedlony, tak urzędy obywatelskiemi, cywilnemi, jako też dostojeństwy y rangami woyskowemi ozdobiony oraz ciągłym possydowaniem dóbr ziemskich szczycący się zostawiłby zapewne dowody okazujące decendencyą początkowego swego nastania, lecz długi przeciąg czasu, zwłaszcza woyny domowe y obce, ciągnąc za sobą skutki powszechnego nieszczęścia, domierzyły tym samym y na prywatnych obywatelach swoje srogoście, z woli których y Dom Boreyków Chodźków doświadczył tego nieszczęścia, gdy w roku 1658 oktobra 30 dnia w czasie woyny wówczas w Litwie zdarzoney Urszula z Wołodków primi voti Andrzejowa Boreykowa Chodźkowa, późniey Krzysztofowa Krepsztulowa, wszystkie papiery jedynie domowi Boreyków Chodźków służące po mężu swym pierwszym u siebie mając a powszechnego chroniąc się niebezpieczeństwa w lesie majętności Chodkowszczyzny w powiecie oszmiańskim sytuowaney, należącym zakopała, a ony pośledniey czy przez przechodzące woyska czyli przez kogo innego wyjęte y zabrane zostały. Czego dowodzi oświadczenie przez tęż Urszulę primo voto Boreykową Chodźkową secundo Krepsztulową w roku 1658 Nowembra 9 dnia w Grodzie Oszmiańskim zaniesione”… Przeto późniejsi Chodźkowie „prowadząc swóy wywód od Jana Boreyki Chodźki, w dzisieyszym wywodzie protoplasty, który dziedzicząc oyczysty folwark Chodkowszczyznę w powiecie oszmiańskim położony zostawił ony w dziedziczeniu synom trzem, Pawłowi, Michałowi y Janowi Janowiczom Boreykom Chodźkom. Z nich Michał zszedł bezpotomnie, Paweł zaś Boreyko Chodźko wyprzedawszy część folwarku Chodkowszczyzny Janowi Boreykowi Chodźkowi prawem wieczystym w roku 1633, spłodził synów dwóch Jana y Adama Pawłowiczów Boreyków Chodźków wedle posiadania dokumentu zastawnego na majętność Migule w powiecie oszmiańskim leżącą od Jerzego Zabłockiego (…)”.
W ciągu lat rozgałęzili się Chodźkowie dość licznie, piastowali urzędy wojskowe i cywilne. Np. Andrzej Chodźko „był nayprzód oboźnym, późniey rotmistrzem y woyskowym sędzią grodzkim, lustratorem, posłem, w końcu podstarostą powiatu oszmiańskiego. Pojąwszy zaś w zamęście Helenę Śliźniównę spłodził z nią synów sześciu: xiędza Ignacego, pierwiey w zakonie Societatis Jesu rektora, potym kanonika smoleńskiego, xiędza Benedykta swiackiego oraz Franciszka, posła, bezpotomnego, zeszłych, niemniey Józefa już nieżyjącego, Michała y Kazimierza dopiero wywodzących się. Z których Józef Andrzejewicz Boreyko Chodźko już zeszły był starostą zawistowskim”…
Posiadali także inne majętności: Łosza, Musza, Sierdzie. W 1799 r. Kazimierz, Ludwig, Raymund, Andrzej, Zygmunt, Michał, Antoni (szambelan dworu polskiego), Ignacy Jan, Ignacy, Jan (szambelan dworu polskiego), Władysław, Bolesław, Paweł, Dominik, Leopold i Stanisław Chodźkowie uznani zostali przez deputację wywodową w Wilnie „za rodowitą y starożytną szlachtę polską” (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 2, nr 3413).
Według Marcjana Szymkiewicza Chodźkowie – Borejkowie byli spokrewnieni z Zabłockimi, Mackiewiczami, Jundziłłami, Korsakami, Korybutami – Daszkiewiczami, Komorowskimi, Ciechanowiczami, Sarnackimi i inną dobrą szlachtą kresową (Por. Marcjan Szymkiewicz, „Genealogia szlachty litewskiej”, Dział rękopisów Biblioteki AN Litwy BF. 2214).
Drzewo genealogiczne Chodźków herbu Kościesza, zatwierdzone w Mińsku w 1811 roku, zawiera opis czterech pokoleń tego rodu (29 osób), od Marcina, protoplasty, zaczynając (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 24, s. 19).
Dawne źródła pisane częstokroć wzmiankują o reprezentantach tego potężnie rozmnożonego rodu. Niejaki pan Chodźko wspominany jest w jednej z hramot wielkiego księcia Kazimierza Jagiellończyka w roku 1443 („Russkaja Istoriczeskaja Biblioteka”, t. 15, s. 114). A w 1447 r. tenże książę nadał „panu Chodźku oziero za Niemnom Szeszupoti” (tamże, s. 200). 15 maja 1446 r. wielki książę Swidrygiełło Olgierdowicz nadał panu Chodźce „za jego wiernuju służbu, nikoli nie omieszkanuju” majątek Miłowsze w powiecie łuckim i Zadyby w turowskim (tamże, s. 213-215).
W roku 1652 przed sądem miejskim połockim trwał proces spowodowany „prostestacyą Daniły Konowała, karmnika, na Chodźka, pisarczyka y faktora pana Jana Ciszkowicza. Poszło o pijacką burdę podczas spławiania towarów z Połocka do Rygi rzeką Dźwiną, na skutek której to rozróby Ciszkowicz utracił dóbr na 2 tysiące złotych czerwonych, topiąc swe towary na dźwińskich porohach. Po powrocie próbował jednak całą winę zwalić na „karmnika”, przy czym „faktor” Chodźko wiernie asystujący panu swemu Ciszkowiczowi w popijawach, także w sądzie próbował go ratować przez tendencyjne naświetlanie sprawy…
Andrzej Michał Chodźko był oboźnym, rotmistrzem i podstarościm sądowym powiatu oszmiańskiego w latach około 1720-1747 (Por.: „Akty izdawajemyje”…, t. 11, s. 41; t. 29, s. 417; t. 31, s. 535). Józef Joachim Boreyko Chodźko był starostą zawistowskim i sędzią grodzkim powiatu oszmiańskiego. W dziale rękopisów Biblioteki AN Litwy w Wilnie (f. 273-618), zachował się m. in. podpisany przez niego 15 maja 1750 r. list urzędowy, dotyczący ukarania niejakiego pana Józefa Kanigowskiego, konsylarza króla pruskiego, za naruszenie polskich przepisów skarbowych.
Justynian Chodźko to rotmistrz województwa mścisławskiego w 1759 r. („Akty izdawajemyje”…, t. 24, s. 31). Szymon Borejko Chodźko podpisał w 1764 r. akt konfederacji generalnej warszawskiej („Volumina Legum”, t. 7, s. 61). Józef Chodźko, sędzia ziemski oszmiański, w 1766 roku na mocy uchwały Komisji Skarbowej W. Ks. L. mianowany został pełnomocnikiem do uregulowania długów kahału żydowskiego m. Wilna („Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskoju Komissijeju”, t. 12, s. 129 i in.).
W 1774 roku w drukarni Akademii Wileńskiej ukazała się książka pod tytułem: „Fedra Augusta, cesarza wyzwoleńca, bajek ksiąg pięć, z łacińskiego na polski język, z przydatkiem not potrzebnych przez Ignacego Chodźkę, S. J. doctora, coll. Żodziskiego rektora, przetłumaczone, a nayjaśnieyszey Kommissyi Edukacyi Narodowey dla pożytku uczącey się młodzi ofiarowane” (K. Čepiené, I. Petrauskiené, „Vilniaus Akademijos spaustuvés leidiniai”, Vilnius 1979, s. 371-372).
Niejako na marginesie warto odnotować, że tenże Ignacy Chodźko (1720-1792) był doktorem filozofii, profesorem kolegiów jezuickich w Grodnie, Połocku, Witebsku, Nowogródku, Żodziszkach, Warszawie. Pisywał dość ciekawe wiersze w języku polskim i łacińskim.
14 maja 1778 roku do ksiąg ziemskich województwa wileńskiego wpisano następujące oświadczenie pewnego szlachcica: „Ja, Kazimierz Boreyko Chodźko – oboźny powiatu Oszmiańskiego, zeznawam tym moim dobrowolnym wieczystym zapisem, przez żaden sposób nigdy nieporuszonym, wielebnemu xiędzu Onufremu Korniłowiczowi y następuiącym parochom cerkwie Myskiey danym y służącym na to: iż co ia, wyż wyrażony Chodźko – oboźny Oszmiański, maiąc w dobrach moich dziedzicznych Mysze nazwanych, w powiecie Oszmiańskim sytuowanych, cerkiew parochialną obrządku ruskiego, z kościołem rzymskim ziednoczonego, pod tytułem Niebowzięcia nayświętszey panny Maryi, (…) z pobudek powinney o zbawienie poddanych moich, tudzież włożoney na siebie od święty pokóy wielmożnego iegomości pana Andrzeja Chodźki – podstarosty Oszmiańskiego sądowego, oyca y dobrodzieia moiego,… morgów trzydzieście według wymiaru włok wielkiego xięstwa litewskiego, tudzież poddanego iednego nazwiskiem Janka Bryta, z całem zabudowaniem, domową siemią, to iest bracią, synami, córkami, powinnością y czynszem… wieczyście zapisuię…Wstęp do puszczy – tak na budowle, iako y opał zdawna wolny. Tudzież wolne mliwo bez miarki y kolei w młynach moich, iako też robienie piwa y pędzenie wódki na swoią tylko potrzebę, y w stawie, w Mysie Małey będącym, ryb łowienie; oraz inne wolności waruię y zabezpieczam”… („Akty izdawajemyje”…, t. 9, s. 86-88).
Kazimierz Antoni Boreyko Chodźko był łowczym, komisarzem i lustratorem starostw powiatu oszmiańskiego około 1789 r. („Akty izdawajemyje”…, t. 35, s. 573, 574); Michał Chodźko – nieco później – pisarzem sądowym powiatu zawilejskiego („Akty izdawajemyje”…, t. 24, s. 79); Kazimierz Chodźko – sędzią ziemskim oszmiańskim.
Podkomorzy Jan Chodźko, sędziowie ziemscy Zygmunt, Andrzej i Ludwik Chodźkowie; oboźny Rajmund Chodźko figurują na liście szlachty powiatu oszmiańskiego z 1809 roku. 30 lipca 1840 roku mieszkająca w m. Mołodecznie szlachcianka Eleonora Chodźko zwróciła się do mińskiego gubernatora cywilnego z prośbą urządzić jej starszych synów Wincentego i Józefa do jakiejkolwiek uczelni na koszt państwa. Prośbę swą motywowała wyjątkowo trudną sytuacją finansową rodziny. W tej sytuacji chłopcy mogli otrzymać skierowanie jedynie na wyższe uczelnie o charakterze wojskowym… Ponieważ jednak ród Chodźków miał zbyt wielu członków „nieprawomyślnych”, po tygodniu pani Eleonora otrzymała (bez motywacji) odpowiedź ujemną (CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1840, nr 570).
Adam Chodźko, jego żona Józefina i matka Kazimiera, 9 września 1864 r. znaleźli się pod ściśle tajnym nadzorem policji ze względów politycznych. Mieszkali w majątku Skirno powiatu nowoaleksandrowskiego (CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1868, nr 228, s. 94). Chodźkowie z okolic Dryświat na Brasławszczyźnie brali czynny udział w Powstaniu Styczniowym, za co spadły na nich ciężkie prześladowania ze strony władz rosyjskich (Por. Otton Hedemann, „Historia powiatu brasławskiego”, s. 387, Wilno 1930).
W XIX w. Chodźkowie dość licznie rozgnieżdżeni byli w powiatach wileńskim, trockim, oszmiańskim, święciańskim, zawilejskim, w mieście Wilnie. Nie należeli do zamożnych, przeważnie byli zarządcami cudzych majątków lub dzierżawili nieduże zaścianki, lecz ich rodowitość szlachecka nigdy nie była kwestionowana (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 455). Liczni reprezentanci tego domu byli potwierdzani w rodowitości przez heroldię wileńską m. in. w latach 1799, 1804, 1837, 1844, 1847, 1848 (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 8, nr 131, s. 80).
Zamieszkali na Ukrainie Chodźkowie używali także herbu Kościesza i notowani tam byli już na przełomie XVII-XVIII w. (Por. W. Łukomski i W. Modzalewski, „Małorossijskij Gierbownik”, s. 194-195. Petersburg 1914).

* * *

Rodzina Chodźków chlubnie zapisała się w dziejach kultury na terenie Litwy, Białorusi, Ukrainy, Polski, Gruzji, Rosji, Francji, ponieważ z jej łona wyszła plejada wybitnie uzdolnionych osobistości twórczych, które uwieczniły swe imię w różnych dziedzinach nauki i kultury.
Zjawisko eksplozji talentów w obrębie jakiejś rodziny jest w oczach badacza czymś fascynującym, choć przecież nie tak znowu rzadkim. Całemu światu znana jest genialna rodzina niemieckich muzyków – Johann Sebastian Bach i czterej jego synowie: Wilhelm Friedemann, Johann Christian, Carl Philipp Emanuel oraz Johann Christoph Friedrich. Genetyka jak na razie nie potrafiła wyjaśnić mechanizmów dziedziczenia od czasu do czasu doprowadzających do jednoczesnej „eksplozji geniuszy” w określonej rodzinie. Natura lubi niekiedy zadrwić sobie z marzącej o wszechpotędze ludzkości w ten sposób, iż stawia ją przed budzącymi uczucie bezradności zagadkami...
Bliskim krewnym filozofa Arystotelesa, a jednocześnie towarzyszem wypraw Aleksandra Wielkiego, filozofem i historykiem, był Kallistenes z Olistu (370-327 p.n.e.). Dwaj synowie Arystofanesa również byli komediopisarzami. Aischylos miał syna i wnuka poetów. Swift był siostrzeńcem Drydena, Lukan – siostrzeńcem Seneki Młodszego. Tasso był synem Bernardo; Ariosto miał brata i synów poetów. Talentami literackimi wyróżniały się dzieci lub bratankowie Sofoklesa, Corneille’a, Racina, Coleridge’a.
W czymś podobny do Bachów był ród wybitnych niemieckich badaczy przyrody Gmelinów: Johann Georg G. (1709-1755), botanik, geograf, etnograf, geolog; Samuel Gottlieb G. (1745-1774), geograf, zoolog, botanik; Johann Friedrich G. (1748-1804), chemik, medyk, historyk nauki; Johann G. (1788-1853), profesor chemii uniwersytetu w Heidelbergu; Christian Gottlieb G. (1792-1860), profesor chemii uniwersytetu w Tybindze.
Najtęższe umysły ludzkości usiłowały rozwikłać zagadkę uzdolnień rodzinnych, przy czym wskazywano zarówno na predyspozycje genetyczne, jak i na zjawisko swoistego dziedziczenia socjalnego. „Trzeba zaznaczyć, że istnieją takie zajęcia naukowe, które zakładają wprawdzie znaczne, lecz nie naprawdę rzadkie i nadmierne zdolności wrodzone, zaś głównymi wymogami są tu: uporczywe dążenie, pracowitość, cierpliwość, wczesne i dobre wykształcenie, stałe studiowanie i wielorakie ćwiczenia. Tym, a nie dziedzictwem po ojcu można wyjaśnić, że syn wszędzie chętnie idzie drogą przetartą przez ojca i niemal wszystkie rzemiosła są w pewnych rodzinach dziedziczne, a i w niektórych gałęziach nauki, wymagających przede wszystkim pracowitości i wytrwałości, można wykazać w poszczególnych rodzinach poczet zasłużonych mężów; należą tu rodziny Scaligerów, Bernoullich, Cassinich, Herschelów”. (Arthur Schopenhauer, „Świat jako wola i przedstawienie”, t. 2, s. 745-746). Dodajmy, że istnieją po prostu rodziny, w których żywi się z pokolenia na pokolenie i w różnych odgałęzieniach kult sztuk, wiedzy, kultury, co powoduje, iż młodzi już w dzieciństwie nabywają skłonności do tego rodzaju działalności, a wcześnie i świadomie się specjalizując, osiągają znakomite wyniki. Tak rzeczywiście Julio Cesare Scaliger (1484-1558) był autorem świetnych pism z teorii kultury, a jego syn Joseph Justus (1540-1609) zasłynął w tejże dziedzinie; włoska rodzina Cassinich zasłynęła przede wszystkim z tego, że z jej łona pochodziło kilku z rzędu dyrektorów paryskiego obserwatorium w wieku XVIII-XIX; Friedrich Wilhelm Herschel (1738-1822) był znakomitym astronomem, odkrywcą Urana oraz księżyców Saturna i Urana, zaś jego syn Frederic William (1792-1871) zyskał rozgłos jako badacz gwiazd podwójnych. W rodzinie Mozartów kwitł z pokolenia na pokolenie kult muzyki, ojciec genialnego Wolfganga Amadeusza (1756-1791), Leopold Mozart (1717-1787) był wcale zdolnym kompozytorem („Symfonia dziecięca”, o której zresztą niektórzy twierdzą, że nie była jego dziełem), kapelmistrzem arcybiskupa Salzburga, skrzypkiem; nie tylko jego syn, ale i wnuk, też Wolfgang Amadeusz Mozart junior (1791-1832) był znanym pianistą i interesującym, choć mało znanym, kompozytorem. W sferze malarstwa ojcem genialnego Rafaela Santi’ego (1483-1520) był znakomicie uzdolniony Giovanni Santi (zm. 1494) itd. Do najbardziej zaś utalentowanych rodzin dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego należy od dawna gniazdo zacnych panów Chodźków.



Jan Borejko Chodźko


Seniorem „dynastii” był Jan Borejko Chodźko. Urodził się on we wsi Krzywicze w województwie mińskim (1777). Nauki pobierał w Wilnie, tu też był ponoć później założycielem loży wolnomularskiej. Dom jego w Mińsku był prawdziwym ogniskiem życia umysłowego. Gdy przeniósł się do Wilna, brał udział w pracach Szubrawców (miał przydomek „Wajzgantosa”). Został mianowany honorowym członkiem Uniwersytetu Wileńskiego, był wizytatorem szkół guberni mińskiej i wileńskiej.
W czasie zajmowania terenów Wielkiego Księstwa Litewskiego przez oddziały polsko-francuskie w 1812 roku Jan Chodźko pełnił funkcje prezesa wydziału skarbowego rządu polskiego rezydującego w Mińsku („Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskoju Komissijeju”, t. 37, s. 226 i in.)
16 lipca 1812 roku tymczasowy zarząd prowincji mińskiej (w składzie: generał-gubernator Oppeln Bronikowski, prezydent Michał Puzyna, wiceprezydent Ignacy Moniuszko, członkowie Ludwik Kamieński, Jan Chodźko, Atanazy Prószyński, Antoni Wańkowicz, Xawery Lipski, Wincenty Wołodkowicz) zwrócił się z wezwaniem do ludności: „Woyska Francuskie i sprzymierzone weszły na waszą ziemię, ażeby uwolnić was od Rossyanów, armie ich są liczne, działania ich nagłe, i silnie rządzone Geniuszem Cesarza Wielkiego Napoleona. – Waszym jest obowiązkiem stosować się do nich w tym widoku. Główną zasadą troskliwości waszey być powinna staranność wasza o dostarczenie wszystkiego na potrzebę armii. Za zupełnem woyska opatrzeniem idzie spokoyność i bezpieczeństwo armii i wasze własne. (...)
Polacy! Orły Wielkiego Cesarza Napoleona unoszą się nad prowincyami naszemi, jest to epoka szczęścia i ugruntowania oyczyzny naszey. Przykładaymy się do ubezpieczenia tryumfów tak słuszney sprawy. Potomność będzie winna wdzięczność wybawcom naszym oraz połączonym z niemi naszem usiłowaniem”... („Akty izdawajemyje”..., t. 37, s. 201-202).
Jan Chodźko był czynny także na polu literackim. Pisywał dramaty („Bolesław Krzywousty”, „Krakus”), powieści („Pani kasztelanowa i jej sąsiedztwo”). Szeroki rozgłos zdobyło jego dzieło „Pan Jan ze Swisłoczy, kramarz wędrujący” (Wilno, 1821, litewski przekład, Wilno 1823). Dziełko to przez komitet szkolny Uniwersytetu Wileńskiego zostało uznane za obowiązujące dla szkółek elementarnych. W szatę powieściową, czy wręcz przypowiastkową, przybrał tu autor szereg nauk i przepisów życiowo-moralnych. Są tu rady gospodarskie: o orce i uprawie roli, o hodowaniu i leczeniu koni i bydła, o pszczelarstwie, sadownictwie, aż do drobiazgowych wskazówek bielenia płótna, rozpoznawania grzybów trujących itp. Znajdziemy tu również wskazówki higieniczne, dietetyczne, medyczne (ratunek tonących, zduszenie w tłumie, zatrucie alkoholem). Główny bohater „powieści” kramarz Jan chodzi od wsi do wsi, uczy ciemnych, wykorzenia zabobony (np. wiarę w czarownictwo), łagodzi obyczaje (tłumaczy chłopom m.in., że nie należy bić żon), przestrzega przed znachorami i innymi wydrwigroszami. Nie jest wolne to dziełko i od uprzedzeń swej epoki (Cyganie i Żydzi dla pana Jana to „pijawki”, czyhające tylko na okazję, by wyłudzić od biednego kmiotka ostatni grosz). O starozakonnych w książce „Pan Jan ze Swisłoczy, kramarz wędrujący” (Wilno 1842, s. 158) zaznacza: „Na wierze tych oszustów polegać nigdy nie należy; nienawiść względem chrześcijan, z młodości w nich zaszczepiona, staje się niejako religijną ustawą, dozwalającą oszukiwać bez obrazy sumienia”...
A jednak wyczuwa się w tym utworze gorącą chęć niesienia pod strzechy dobrobytu materialnego i duchowego. Takie oto np. są „nauki” skierowane pod adresem wieśniaczki: „Bądź zawsze obyczajną i skromną, tak ściśle przestrzegając siebie, aby i najjadowitszy język nic złego o tobie powiedzieć nie mógł, to w twoim stanie najpierwsza cnota. Niewiele usiłuj, aby ubrać się wykwintnie i piększyć. To płochych tylko pociąga i niejednego kłopotu staje się przyczyną; ochędożnie i podług stanu ubrana dziewka najlepiej się podoba... Bądź pracowitą, wszystkie roboty umiej dobrze i wypełniaj je ochoczo, unikaj swarów i plotek, nie mów źle o nikim, aby o tobie we trójnasób nie odgadali. A z tymi przymiotami, choćbyś i posagu nie miała, zaręczam, że najlepiej zamąż pójdziesz...” W innym znów miejscu Jan Chodźko opowiada o żonie, której „świegotliwość”, ciągłe dogryzanie mężowie stało się powodem, że ten coraz to częściej uciekał się do kieliszka... Koloryt miejsca i czasu jest oczywisty, ale odmawiać „wędrownemu Janowi” rozsądku chyba i dziś nie warto.
13 listopada 1821 roku Jan Chodźko zwrócił się do deputacji szlacheckiej Województwa Wileńskiego z prośbą o przyłączenie do ich rodu i do potwierdzenia szlacheckości syna swego brata Ignacego Zachariasza, urodzonego w 1803 roku. Co też zostało uczynione (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1011, s. 73).
Po procesie filomatów trafił J. Chodźko do Twierdzy Pietropawłowskiej nad Newą. Do stron ojczystych wrócił dopiero po kilku latach. Od 23 kwietnia 1829 roku znajdował się pod tajnym nadzorem policji „za przynależność do tajnych zrzeszeń”. Za udział w powstaniu listopadowym został ponownie zesłany w głąb Rosji. Wrócił po kolejnych kilku latach. Jak odnotowano w zapisie z 1840 roku we własnym majątku Krzywicze (powiat wilejski) zajmował się literaturą, miał żonę, trzech synów i córkę, był „dobrego zachowania się i prawomyślnego stylu myślenia”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1840, nr 174, s. 14). Później osiadł w Mińsku, gdzie aż do zgonu (1851) był gorliwym organizatorem życia umysłowego. Dzieła jego pt. „Pisma rozmaite” wydano w Wilnie w dwunastu tomach w latach 1837-1842.



Ignacy Chodźko


Ignacy Chodźko, bratanek Jana, urodził się 29 września 1794. w Zabłoczyźnie w powiecie wilejskim. Dziecinne lata i prawie cały wiek dojrzały przepędził w Ziemi Oszmiańskiej, w rodzinnym majątku Dziewiętniach. Wzrastał w spokojnych, czystych, staroświeckich stosunkach rodzinnych, w atmosferze szacunku dla dawnych obyczajów, „złotej wolności”, ziemi rodzimej. Od dziadka swego Michała nasłuchał się mały Ignaś mnóstwa konceptów i gadek z przeszłości. Dzięki ojcu, będącemu sędzią grodzkim powiatu zawilejskiego, na żywo obserwował chłopak, jak pod wpływem nowych warunków polityczno-gospodarczych bezpowrotnie przekształca się i zanika staroświecka kultura. Mimo świadomości, że zmiany te są nieuniknione, z żalem żegnał ten przemijający, lecz piękny w swej szlachetnej niepowtarzalności świat. Sentymentowi swemu dał wyraz w wielu późniejszych literackich gawędach i obrazkach. Po ukończeniu szkoły bazyliańskiej przy kościele w pobliskich Borunach udał się na studia do Uniwersytetu Wileńskiego. W roku 1812 został nawet w jakimś sensie „uczestnikiem” wydarzeń historycznych: pełnił urząd tłumacza między kuchmistrzami Napoleona a miejscowymi dostawcami wiktuałów. Ucząc się u Golańskiego, E. Słowackiego, E. Groddecka nabył gustu literackiego i wyczucia językowego. Był członkiem Towarzystwa Szubrawców („Wirszajtos”). W roku 1814 ukończył Ignacy Chodźko uniwersytet ze stopniem kandydata filozofii. Odnośny dyplom brzmi jak następuje: „Auspiciis augustissimi et potentissimi Imperatoris Nicolai I., Russorum Autocratoris etc. etc. etc. (...) Singulis, quorum interest, notum testatumque facimus. Cum nobilis Ignatius Antonii filius Chodźko, studiorum curriculo in Gymnasio Vilnensi emenso, in Civium hujus Caesareae Litterarum Universitatis Vilnensis numerum adscriptus, in Ordine Professorum scientiarum Physico-mathematicarum Physicae, Chemiae, Zoologiae, Botanicae, Mineralogiae et Architecturae, per biennium multam et assiduam operam dederit, atque in examinibus semestribus diligentiam suam et processus Praeceptoribus suis adeo probaverit, ut ad leges Academicas die V. Aprilis Anni MDCCCXI Professorum Ordinis scientiarum Physico-mathematicarum suffragiis Candidati Philosophiae gradum et honorem meruisse judicaretur. Nos proinde, ea, qua pollemus, auctoritate, eumdem ornatissimum Ignatium Chodźko Candidatum in Ordine Physico-mathematico renuntiamus ac declaramus, atque XII-ae Civium Classi adscriptum, cunctis juribus atque commodis huic loco et ordini propriis, eumdem gaudere testamur. In cujus rei fidem Litteras has Patentes, Caesareae Litterarum Universitatis Vilnensis sigillo munitas, subscripsimus. PP. Vilnae in Aedibus Academicis Anni MDCCCXXXII. die XXV. mensis Maii. N. 1290”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 839, s. 121).
Po krótkiej podróży do Warszawy wraz ze stryjem Janem osiadł pan Ignacy na stałe w Dziewiętniach. Gospodarował początkowo niechętnie marząc o laurach literackich. Ale dopiero po 40-tym roku życia zajął się poważnie pracą piśmienniczą. Wzorując się na swym stryju zaczął tworzyć cały szereg drobnych powieści zjednoczonych w cyklu pt. „Obrazy litewskie”. Był to kalejdoskopowy ciąg obrazków z życia szlachty oszmiańskiej. Gawędziarsko-liryczne, nie pozbawione jednak i głębszych dygresji refleksyjnych dziełka te wzruszają i dziś, należą jednak do wielkiej rzadkości i są poszukiwane przez bibliofilów (nie tylko wileńskich). Później wydał jeszcze Ignacy Chodźko cztery serie Podań litewskich (m.in. „Kamień w Olgienianach”, „Pustelnik w Proniunach”), w których ukazał poszczególne chwile z dziejów Oszmiańszczyzny. Cel swego pisarstwa określał: „serca poruszać tkliwym wspomnieniem, miłością ludzi je poić”. I przyznać trzeba, że koloryt lokalnych obyczajów, wyrazistość portretów, plastyczność ukazywania życia domowego i towarzyskiego szlachty polsko-litewskiej są zaletą tego pisarza.
Bardzo wiele w tekstach Ignacego Chodźki można znaleźć barwnych idiomów, porzekadeł, przysłów, aforyzmów, oryginalnych stylistycznych zwrotów czy po prostu obserwacji obyczajowych, jak np.:
– „Nastało milczenie, jakby anioł przeleciał.
– Dobry sługa powinien zgadywać myśl pańską.
– Ten pokarm jest wart gęby.
– Nie dla proporcji nosił głowę.
– Bez gospodarza chata płacze.
– liczykrupa (sknera).
– Hospes non invivatus, recedit saepe ingratus. – Kogo nie proszą, tego za drzwi wynoszą.
– Pieniędzy jak gwiazd na niebie.
– Jaka zasługa, taka i nagroda.
– Jak to u nas nigdy w sercach zawziętości nie ma!.
– W ogólności u naszej poczciwej szlachty i u panów chrześcijańskich więcej wrzasku niż złości”...
– Nie koniecznie, bo oto o próbie „pławienia” domniemanego czarownika ironicznie zauważa: „Jeżeli utonie, to i wyciągać nie trzeba, bo heretyk! A jeżeli pływać będzie po wierzchu, to czarownik”... Tak zresztą było w tym – pożal się Boże! – „państwie bez stosów”…
–„ Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.
– Niewiele mądrości mają, którzy się w strojach kochają.
– Poznać zaraz z mowy, jakiej kto jest głowy. (Linqua est indicium animi).
– Kto nie chce pracy znieść, ten nie ma czego jeść.
– Kiedy trwoga, to do Boga!
– Dictum, factum.
– Z jakim kto przystaje, taki się sam staje. (Cum bono, bonus eris, cum perversis, perverteris).
– Często nasze radości są przyczyną żałości”.
– O kobiecie zaś Ignacy Chodźko powiada: „Mała jak palec, a zła jak padalec”; (o pewnym panu, który wziął z dwóch sióstr mniejszą, kierując się maksymą, że z dwojga zła trzeba wybierać mniejsze).
I. Chodźko był pisarzem na wskroś chrześcijańskim i w Wilnie, ówczesnej stolicy kultury polskiej, jego twórczość była notowana bardzo wysoko. Był też szczerym polskim patriotą, lecz jednocześnie bezstronnym świadkiem swoich czasów. Oto jak opisywał w „Pamiętnikach kwestarza” np. okoliczności przemarszu przez Litwę wojsk Napoleona I w 1812 roku: „W Miednikach pustki. Dwór, wieś, karczma, plebania bez okien. Kościół stoi otworem i spustoszony. Sklepy nawet otwarte i trumny powywracane. Ani żywego ducha nigdzie, prócz kilkunastu kamratów, gospodarujących po tej ruinie. Kilka psów wyło na śmietnikach i kilka kogutów, przelatując ze strzechy na strzechę, piało, jakby urągając rabusiom.
Niedługi jednak był ich triumf. Cel, pal i kogut na ziemi. Pobili wszystkich. Prosię jakieś wybrnęło na ulicę, i temu w łeb. Garnków po chatach się znalazło, a zatem postanowiono gotować obiad.”
Ludwika Pruszyńska zanotowała w 1854 roku w swym notesie „Zdanie o kobietach Ignacego Chodźki” (dział rękopisów Centralnej Biblioteki AN Litwy w Wilnie, F9-2360): „Błogosławieństwo matki!... Czyli go dziewica przyjęła u stóp ołtarza, gdyś wdziękiem, młodością i swobodą kwitnąca, stateczną wiarę oblubieńcowi swemu ślubowała? Czyliś ją przyjął, młodzieńcze, gdyś także w obliczu Boga szczęście dla swej ulubionej i los błogi zaprzysiągał?... Czy gdyś z rodzicielskiego domu na świat szeroki się puszczał, a matka cię krzyżem świętym przeżegnawszy, łzawą źrenicą za wrota przeprowadziła... Czyście około śmiertelnego jej łoża skupieni, biedne sieroty, z wpółumarłych ust jej polecające was opiece boskiej usłyszeli modły, i na kolanach przyjmowali ostatnie, a dla was jeszcze poświęcone jej tchnienie...
Wszędzie i zawsze, w pomyślności czy w złej doli, wspomnienie chwili tej wzruszy najczulsze nerwy twego serca, rozbudzi w niem miłość dziecięcą, którą czas może uśpił, żałość, którą czas ukoił..., w westchnieniach nawet i łzach, któremi się oblejesz, uczujesz obecność niewidomego wpływu jej na dnie twoje i nadzieję szczęścia za jej orędownictwem (...).”
Przerywając na chwilę ten piękny tekst, dodajmy, że taki serdeczny kult matki pozostał żywy w literaturze polskiej także w XXI wieku, kiedy m.in. poeta Józef Baran w wierszu „Śni mi się mama” napisał:

„śni mi się moja mama
na tle Nieskończoności
z nieśmiałym uśmiechem
zagubiona i sama

ludzka kruszyna
na ścieżce
już prawie wyplątana
z tego obcego jej świata
z którym nie znajduje wspólnego języka
bo w snach ją wciąż przyzywają
wszyscy jej bliscy zmarli

mama jeszcze się waha
jakby czegoś zapomniała i obraca w palcach pęk kluczy
chcąc mi dać przestrogę
lecz sama już nie wie jaką

widzę w jej oczach lęk
i samotność nie do wypełnienia
więc milczę bezradnie
odchodząc w stronę wrót
a może to mama
oddala się ścieżką
– coraz cieńszy cień
na tle Nieskończoności –
w stronę przełęczy
za którą rozciągają się
same niewiadome.”

W dalszym ciągu cytowanego tekstu archiwalnego Ignacy Chodźko miał mówić: „Oto błogosławieństwo matki! Czyliż mniej ważnem jest błogosławieństwo ojca? Nie, zaiste! Lecz we wrażeniach i wyobrażeniach rodziców względem dzieci ojciec jest rozum, matka jest serce... Szczęśliwy, nad czyją głową jedno i drugie razem się łącząc, wspólnym ją miłości rodzicielskiej, a zatem i łaski Bożej, obdarzyły wieńcem. – A bieda dziecku, które we swych wspomnieniach tej błogiej nie doszuka się chwili lub czyja dusza zimną tylko po niej przemknie myślą”...
Pełniąc odpowiedzialne funkcje w systemie szkolnictwa na terenie Wileńskiego Okręgu Naukowego Ignacy Chodźko zawsze dbał o rozwój tutaj oświaty narodowej. 9 września 1832 roku jako kurator szkół powiatu zawilejskiego, wystosował docesarza list następującej treści:
„Najjaśniejszy Najpotężniejszy Wielki Monarcho Imperatorze Nikołaju Pawłowiczu! Samowładnący całą Rossyą!
Panie Najmiłościwszy!
Przynosi prośbę szlachcic Ignacy syn Antoniego Chodźko, o czem takowa prośba, poniżej –
W roku tysiącznym siedemsetnym dziewięćdziesiątym dziewiątym, miesiąca marca 21 dnia zapadł wyrok w Deputacyi Wywodowej Wileńskiej, uznający familię Chodźków za starożytną rodowitą szlachtę polską: gdy potrzebnym jest dla mnie, jako pomieszczonego w tymże dekrecie, urzędowy extrakt onego, przeto najpoddaniej proszę:
Aby najwyższym Waszej Imperatorskiej Mości ukazem zalecono było tę moją prośbę w Deputacyi Wywodowej Szlacheckiej Wileńskiej przyjąć i dekret wyż wymieniony familii Chodźków w urzędowym extrakcie proszącemu wydać.
Najmiłościwszy Monarcho! Proszę Waszej Imperatorskiej Mości o tej mojej prośbie postanowić wyrok (...) Pisał i układał sam proszący –
  Ignacy Chodźko, były podkomorzy i kurator szkół powiatu zawilejskiego.”
(CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 9, nr 2726, s. 5).

Na dwa lata przed zgonem (1859) został Ignacy Chodźko członkiem korespondentem Towarzystwa Naukowego Krakowskiego. L. Kondratowicz powiedział o jego dziełach: „główną ich wadą jest to, że zbyt ponętnie malując zachód słońca, odwracają naszą uwagę, która na młodej jutrzni skupić się powinna”. Chyba w pewnym stopniu zastosować można słowa te do wierszy Ignacego Chodźki, w których silne były nutki krytycyzmu społecznego oraz zadumy filozoficznej nad głębszym sensem istnienia świata i życia ludzkiego...

Na zakończenie tego szkicu warto przypomnieć barwne i wciąż dające się nie bez przyjemności czytać urywki z „Pamiętników kwestarza”.

* * *

„Przespaliśmy się w stodole.
Wieczór nadszedł, poszliśmy z gospodarzem na łąkę, gdzie już trzeci stóg siana wyrastał, a na nim harcował mój Marcin, mając przy sobie flaszkę z naszego podróżnego puzderka. Poznałem, że zapasy nasze będą zawsze pod jego opieką.
Zasiedliśmy do chłodniku i kurcząt, a po wieczerzy każdy poszedł na swoje miejsce na odpoczynek.
Moja kwatera w świronku, do którego wprowadzając mnie pan Bilewicz rzekł:
– Jegomość dobrodziej jutro po śniadaniu ruszysz w drogę. Już to moja Anulka częstować będzie, bo ja z synami przede dniem wybiorę się na zajączki w dalsze knieje od domu. Dziś więc żegnam jegomości dobrodzieja. Dziękuję najpokorniej za odwiedziny i proszę nadal nie mijać ubogiego mojego domku. Baran mój już przy prowodyrach.
– Nie, nie! – odezwał się, słysząc to, Marcin. – Spać długo nie dam mojemu jegomości. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. I my przede dniem razem ruszymy!
Znowu poznałem, że nie tylko moje puzderko, ale i ja jestem pod opieką pana Marcina.
Jeszcze się niebo czerwieniło tylko na wschodzie, kiedy, wypiwszy po kufelku grzanego mleka, wyruszyliśmy za wrota. Ja z Marcinem na naszych kałamaszkach, a pan Bilewicz przy nas piechotą z dwoma gończymi i wyżłem.
Postępowaliśmy cicho, bo każdy modlitwy poranne odmawiał, pieski tylko odzywały się niekiedy i po rannej rosie znaczyły swoje ślady obok drogi.
Na koniec i słonko się pokazało. Pan Bilewicz, skończywszy paciorki:
– No, synki! Na dobry humor i na szczęśliwe polowanie, „zająca”! – zawołał.
Więc huknęli synkowie, a z nimi ojciec basem:
„Siedzi sobie zając pod miedzą, pod miedzą,
A myśliwi o nim nie wiedzą, nie wiedzą;
Siedzi sobie, lamentuje,
Testament życia spisuje.
Śmiertelny! śmiertelny!”
Aż echo rozległo się po kniejach! Ja zwróciłem się na lewo ku gościńcowi, a myśliwcy zapuścili się dróżką w las. Długo jeszcze słyszeliśmy ich pieśń wesołą. Na koniec odezwała się trąbka i potem ho! ho! był tu kot!!! kot! kot! tu! tu! tu! Aż nam w uszach zadzwoniło! Pieski zagrały, a na sercu tak mi grało, tak było wesoło, że aż miło!”

* * *

– „Czy wiesz, jegomość, jakie to na prawo nieznajome miasteczko?
– To Mir, zdaje mi się.
– A tak. Mir. A wiesz jegomość, jaki tam jest dzwon?
– Nie wiem.
– Otóż ja jegomości powiem. O tym dzwonie jest taka dykteryjka: Nasz książę Panie Kochanku jeździł dawniej po cudzych krajach i wojował z poganami. Tak mu raz przyszło kuso i niebezpiecznie, że różne czynił vota pobożne, aby cudem boskim ujść pewnej zguby. Otóż ślubował wtenczas kościołowi mirskiemu taki dzwon, aby, gdy w Mirze na rezurekcję zadzwonią, w Nieświeżu słychać było. A to cztery mile, mój jegomość!
Więc jak tylko powrócił do Nieświeża, kazał zaraz lać dzwon w Mirze. Wyleli jeden. Dzwonią na próbę – nie słychać w Nieświeżu! Panie Kochanku dodaje złota i srebra do materiału, każe wylewać drugi większy. Znowu leją i znowu dzwonią cały dzień! – nie słychać! A trzeba koniecznie wypełnić votum co do joty! Leją więc dzwon trzeci...
Tymczasem jednego wieczora Panie Kochanku, w dobrym będąc humorze, baraszkował sobie między swoimi i łgał, na czym świat stoi. Bo to już jego zwyczaj... Kiedy jednak przebrał miarkę, nie wytrzymał pan Michał Chodźko i powiedział:
– Mości książę! Dzwon mirski słychać!
Wszyscy nastawili uszy, ale nikt nie słyszał. Książę tylko potakiwał panu Chodźkowi i mówił:
– A widzicie, jaki głośny mój dzwon! Dopełniłem votum!
– A jakże nie ma być głośnym – pochwycił Chodźko – kiedy książę pan cały dzień kłamiesz, zapewne na jego głos i pamiątkę? Bo jegomość musisz wiedzieć, że kiedy gdzie dzwony leją, trzeba łgać różne nowiny. Gdyby daleko się rozchodziły, to i głos od dzwonów tak rozchodzić się będzie.
Książę nie rozgniewał się. Ale już dzwona nie przelewał. Owszem, ochrzcili go Karolem, zawiesili na dzwonnicy i książę zawsze powiada: – Słychać Karola w Nieświeżu!”

* * *

– „A gdyby kaptur? Wstąp do zakonu!
– A to dlaczego?
– Dla zbawienia duszy, dla pokuty za grzechy i dla spokojnego kąta na starość.
– Ha! gdybym to był pewien, że będę przeorem głębockim!
– Nie święci garnki lepią. Młody wprawdzie jesteś człowiek, ależ w tym wieku większe jeszcze do grzechu pokusy, a na świecie trudno się ustrzec... Ot, tylko namyśl się dobrze, a jak poczujesz w sobie powołanie... tymczasem do waszmości!
Wypiliśmy po lampeczce jednej i drugiej.
– No, wybieraj się teraz – rzekł przeor, ocierając usta – a to takim sposobem (otworzył skrzynię w kącie stojącą). Weź stąd stary zakonny habit. Za obszerny być może dla ciebie. Temu łatwo poradzić. Znajdziesz tu pościel. Poduszka uzupełni cyrkumferencję twoją, po bernardyńsku zaokrągli twoją figurę. Potem zda ci się ona pod głowę, nim ja twoje manatki od wojewody wydobędę i tobie odeszlę. Nic mu nie zawiniłeś, więc grabić cię nie może. Ogol wąsy! Przyniosłem ci brzytwę w kieszeni.
– Jak to? Mam ogolić wąsy?
– A naturalnie! Żaden przecie zakonnik z wąsami nie chodzi!
– Ależ ja nie mam jeszcze wokacji! Jeszczem się nie zdecydował!
– Nie o to idzie, mój bracie! w habicie z wąsami gdy kto cię postrzeże... Toć i odrosną potem, niech ich tam kaci wezmą! Ja innego środka nie mam, a w klasztorze trzymać cię nie mogę.
Nie było co odpowiedzieć. On wyszedł, a ja wziąłem się do brzytwy.
Trudno opowiedzieć, z jakim to żalem przyszło mi się rozstać z wąsami! Ale to były wąsy, które prym trzymały na dworze pana wojewody, a nawet i niedawno na sejmiku! Przed rudominowskimi tylko ustąpić musiały! A jakże ja je pielęgnowałem! Jak układałem i gumowałem! Jak nimi wszystkie afekta oblicza wyrazić umiałem!
Ale cóż robić! Wypiłem duszkiem szklankę wina i... ogoliłem wąsy. Aż się przeląkłem, gdym obaczył siebie w lusterku! Goluteńki jak baba! Nos mój wyrósł we dwoje! Warga długa, jak u starego Niemca! Słowem, straszydło weneckie! Łzy mi w oczach stanęły i właśnie na fantazję chciałem pokręcić wąsa...
Reszta przyborów nie zabrała wiele czasu. Habitem we dwoje okręcić się mogłem, ale podłożywszy poduszkę, zacisnąwszy się rzemiennym pasem i zawiesiwszy pod nim koronkę byłem podobniejszy do wypukłej beczki, niż do stworzenia Bożego. Na koniec księżą czapeczką pokryłem głowę. Jeszcze raz spojrzałem w zwierciadło i pewny byłem, że nie tylko inni, ale i ja sam niełatwo bym siebie poznał.
Spojrzałem na moją Elżutkę w kącie stojącą, rozpamiętywałem i rejestrowałem w myśli moją chudobę szlachecką, w kuferku zostawianą, gdy wszedł ksiądz przeor.”



Józef Chodźko


Brat Aleksandra, Józef Chodźko (ur. 1800 w Krzywiczach, zm. 1881 w Tyflisie) należy do grona najzasłużeńszych w Rosji geografów. Jego matką była Klara z domu Korsak. Na Uniwersytecie Wileńskim studiował geodezję, matematykę i astronomię.
W 1817 roku Józef Chodźko otrzymał w następujący sposób brzmiący dyplom kandydata filozofii: „Auspiciis Augustissimi et Potentissimi Imperatoris Alexandri I, Russorum Autocratoris etc. Simon Malewski, collegiorum a consiliis, philosophiae et juris doctor, Caesareae Universitatis Litterarum Vilnensis professor emeritus et rector magnificus una cum senato academico.
Singulis, quorum interest, notum, testatumque facimus. Cum Nobilis Josephus Chodźko in numerum civium huius Caesareae Universitatis Litterarum Vilnensis Anno Millesimo Octingentissimo decimo sexto adscriptus, praelectionibus publicis, physices, chemiae, et algebrae spatio unius anni diligentam operam narasset, ac in examinibus ad leges Academicas institutis ea specimina profestus sui dedisset, ut Juclyti ordinis professorum scientiarum physico-mathematicarum die vigesima nona Junii, Anni Millesimi octingentesimi decimi septimi lata sententia gradu Candidate Philosophiae dignus censeretur. Nos proinde ea, qua pollemus, auctoritate, eundem Josephum Chodźko Candidatum Philosophiae renuntiamus ac declaramus, concedendo eidem jura omnia et privilegia huic gradui academico competentia. In quorum fidem diploma hoc publicum manu nostra subscriptum, sigilloque Universitatis munitum eidem dedimus; Vilnae in aedibus academicis Anno 1817, die 10 Julii.
Simon Malewski, Zacharias Niemczewski, Norbertus Jurgiewicz (...)”. (Dział rękopisów Biblioteki Uniwersytetu Wileńskiego, F-2, KC-114c, s. 17).
Po studiach młody człowiek wstąpił do wojska rosyjskiego i prowadził prace triangulacyjne – m.in. na Litwie. Jego kontakty z szykującą się do powstania listopadowego młodzieżą akademicką zostały ujawnione. Powędrował więc w głąb imperium, aby w roku 1840 znaleźć się na Kaukazie. 25 lat czynnego życia poświęca triangulacyjnym pomiarom tego regionu. Właściwie cała nowoczesna kartografia Kaukazu oparła się na pracach Józefa Chodźki. Ciekawe, że ziomek nasz jako jeden z pierwszych dokonał wspinaczki na szczyt Araratu i kilku innych gór Kaukazu, za co został odznaczony godnością honorowego członka Francuskiego Klubu Alpinistów.
Stało się to w 1850 roku, gdy Józef Chodźko dokonał wejścia na słynną górę, na której szczycie wykopał zagłębienie w śniegu, w którym postawił namiot i spędził tam sześć dni dokonując licznych obserwacji geodezyjnych i meteorologicznych.
Badania Kaukazu trwały do roku 1860 i stały się „jednym z największych wydarzeń” w naukowym badaniu tych terenów. (Por.: N. A. Gwozdeckij, W. N. Fiedczina, A. A. Azarjan, Z. N. Doncowa: „Russkije geograficzeskije issledowanija Kawkaza i Sredniej Azii,” Moskwa 1964).
Cele badań Kaukazu sprowadzały się w zasadzie z jednej strony do dostarczania map potrzebnych do operacji wojennych, z drugiej zaś – do zbadania zasobów naturalnych nowych obszarów, które zostały włączone do imperium rosyjskiego (a do osiągnięcia tego celu również potrzebne były mapy). Prace kartograficzne wymagały podstawy geodezyjnej. Pierwsze dokładne pomiary geodezyjne na północnym Kaukazie zostały wykonane w 1815 r. W wyniku tych pomiarów ustalono współrzędne geograficzne Stawropola, Mozdoka, Piatigorska i Elbrusu.
W roku 1832 przy korpusie kaukaskim utworzono kompanię topografów złożoną z 48 osób. Od tej daty rozpoczęto systematyczne zdjęcia topograficzne terenów Kaukazu. Prace topografów w okresie działań wojennych miały charakter wywiadowczy. W urzędowym języku nazywano je podówczas „tajnymi przeglądami miejscowości”. Od ich wykonawców obok profesjonalnego przygotowania topograficznego wymagano odwagi, sprawności i umiejętności wspinaczki wysokogórskiej. Marszruty topografów były to długie i skomplikowane podróże związane z dużym ryzykiem. Na przykład topograf Biełkin pracujący w 1836 r. w górach zachodniej części Wschodniego Kaukazu zginął z rąk tamtejszych górali.
W roku 1837 ekspedycja specjalna Rosyjskiej Akademii Nauk (Fus, Sawicz i Sabler) określiła poziom Morza Kaspijskiego oraz zmierzyła wysokość Kazbeku, Elbrusu, Besztau i innych szczytów górskich Kaukazu.
W roku 1847 przystąpiono do wydawania mapy Kaukazu 10-wiorstowej (1 diujm = 10 wiorst, tj. skala 1:420 000), a potem 5-wiorstowej (1:210 000). Tę ostatnią ukończono w 1868 roku. Zmienione mapy, jak i będące ich podstawą topograficzne zdjęcia z lat 1830-40, odznaczały się dużo większą dokładnością i wiarygodnością niż materiały kartograficzne pochodzące z XVIII wieku, ale mimo to nie były one dość dokładne. Przełom nastąpił tu dopiero za sprawą naszego rodaka.
W monografii „Historia poznania radzieckiej Azji” (Warszawa 1979, s. 60-63) znajdujemy bardzo pozytywną ocenę działalności naukowej Józefa Chodźki: „Pierwsza próba triangulacji Zakaukazia została wykonana przez I. I. Chodźkę w rejonie Tbilisi w 1840 r. Na równinie nad rzeką Kurą w pobliżu miejscowości Szamchora odmierzono w 1847 r. bazę długości 9 wiorst. Stąd w następnych latach systemem trójkątów zostało pomierzone całe Zakaukazie. Baza sprawdzająca znajdowała się na brzegu Morza Kaspijskiego w pobliżu Baku (baza sukkaicka). Prace terenowe przeprowadzano bez przerwy od 1847 do jesieni 1853 r. W czasie triangulacji określono poziom Morza Kaspijskiego i wysokość Araratu, na który Chodźko wraz z całą ekspedycją odbył wspinaczkę. Na szczycie góry przebywano 6 dni wykonując tam obserwacje geodezyjne i meteorologiczne. Namiot wkopany w śnieg służył mu jako schronienie na szczycie Araratu. By uchronić członków ekspedycji przed chorobą wysokogórską, podzielił zespół na dwie grupy, które zmieniały się co drugi dzień. Sam zaś, z jednym z kozaków, przebywał nieustannie na szczycie obserwując symptomy tej choroby.
Ciężkie warunki pracy panowały również w wysokogórskiej części Wielkiego Kaukazu, gdzie geodeci pod kierownictwem I. I. Chodźki pracowali w 1852 r. Śnieg leżący na zboczach gór pod skalistymi turniami tajał w słońcu tworząc potoki. Wody te, ściekając po płatach śniegowych wypełniających górne części dolin i szczelin, rzeźbiły w śniegu i lodzie głębokie wąwozy. Ludzie obarczeni ciężkimi bagażami zmuszeni byli do poruszania się po śliskiej i niebezpiecznej drodze z nadzwyczajną ostrożnością. Niekiedy na przeszkodzie stawały szczeliny. Przerzucano przez nie kładki z żerdzi i drzewek. W lodzie wyrąbywano stopnie. W najbardziej niedostępnych miejscach geodeci pracowali ponad dwa miesiące.
W roku 1853 terenowe prace triangulacyjne na Zakaukaziu zostały zakończone, a triangulacja całego Kaukazu przerwana z powodu wybuchu wojny z Turcją. W czasie pomiarów oznaczono współrzędne geograficzne 1386 punktów. Wtedy też został założony Kaukaski Oddział Wojskowo-Topograficzny, który w następnych latach przeprowadzał na Kaukazie wszystkie podstawowe prace geodezyjne, topograficzne i kartograficzne.
Rosyjscy uczeni i specjaliści prowadzili na Kaukazie także innego rodzaju badania geograficzne. Badania te prowadzone były z mniejszymi trudnościami na terenach, które w tym czasie należały do Rosji. Była to większa część Przedkaukazia wchodzącego w skład guberni kaukaskiej i astrachańskiej, a chroniona od południa, od strony gór Wielkiego Kaukazu – azowsko-mozdokską linią obronną.
Opis tego obszernego terytorium wraz z mapą znajduje się w pracy dyrektora astrachańskiej szkoły ludowej I. W. Rowińskiego pt. „Chozjajstwiennoje opisanije Astrachanskoj i Kawkazkoj gubernii po grażdanskomu i jestiestwiennomu ich sostojaniju, w otnoszenii k ziemledieliju, promyszlennosti i domowodstwu” (Sankt-Petersburg, 1809). Książka ta, obejmująca 527 stron, wydawana była kilkakrotnie w postaci dodatku do pracy Wolnego Towarzystwa Ekonomicznego pt. Połnaja sistiema sielskogo domowodstwa. Opis ma charakter kompleksowy, zawiera charakterystykę warunków przyrodniczych terytorium i jego zasobów naturalnych, historię kraju, ludności i osiedli, gospodarki, a w szczególności gospodarki rolnej. Jest to pełny opis geograficzny prawie całego Przedkaukazia, nie wyłączając rejonów zachodnich i niektórych południowych.
Na południe od obszaru opisanego przez Rowińskiego wznoszą się góry Wielkiego Kaukazu, które w pierwszej połowie XIX w. były na znacznej połaci teatrem działań wojennych. Przez góry te, wzdłuż Gruzińskiej Drogi Wojennej, przebiegał szlak kołowy do Gruzji, która należała już wtedy do imperium rosyjskiego. Tam, na Zakaukaziu, warunki do badań geograficznych były już w pewnym stopniu sprzyjające. Obok opisanych prac z zakresu triangulacji, na Zakaukaziu od początku XIX w. prowadzono również inne badania specjalne. (...)
W toku badań Kaukazu w latach 1800-1860 osiągnięto poważne rezultaty w zakresie pomiarów geodezyjnych i utworzenia podstawowej sieci geodezyjnej dla prac zdjęciowych i kartowania Zakaukazia. Opracowano mapy znacznie szczegółowsze i wiarygodniejsze, niż mapy z XVIII w. Sporządzono pełny opis geograficzny dla prawie całego Przedkaukazia (I. W. Rowiński), poznano Kazbek, Elbrus, Ararat i dokonano wejść na te szczyty. Zorganizowano ekspedycje badawcze mające na celu zbadanie bogactw mineralnych Zakaukazia, prowadzono badania nad budową geologiczną i rzeźbą różnych rejonów (zwłaszcza przez H. W. Abicha), kontynuowano biogeograficzne, a zwłaszcza botaniczne badania Kaukazu.
W latach sześćdziesiątych XIX w. operacje wojenne w górach Wielkiego Kaukazu były zakończone i prawie cały obszar Kaukazu został przyłączony do Rosji. W związku z tym powstały bardziej dogodne warunki do przeprowadzenia różnych badań naukowych. Na całym obszarze Wielkiego Kaukazu można było przystąpić do prac geodezyjnych i do wielkoskalowych zdjęć topograficznych, których nie wykonywano już metodą rozpoznania wojennego.
W roku 1860 Kaukaski Oddział Wojskowo-Topograficzny rozpoczął pracę nad triangulacją północnego Kaukazu. Pracami kierował Józef Chodźko, a jego pomocnikiem był kapitan Sztabu Generalnego I.I. Stebnicki. Józef Chodźko został mianowany kierownikiem robót w początku 1860 r. Na wiosnę tego roku rozpoczęto intensywne prace nad przedłużeniem sieci triangulacyjnej na północ od Głównego Pasma Wielkiego Kaukazu. Pomiary geodezyjne rozpoczęto w Dagestanie w pobliżu Derbentu, następnie przeniesiono je do środkowego Kaukazu (na południe od Władykaukazu, obecnie Ordżonikidze). Józef Chodźko prowadził pomiary w najtrudniejszych miejscach górskiego Dagestanu.
W roku 1864, zaraz po zakończeniu działań wojennych, Józef Chodźko przeprowadził wstępne prace w północno-zachodniej części Kaukazu. Określenia punktów geodezyjnych na największych wysokościach i na równinie obwodu kubańskiego dokonano poprzez połączenie sieci geodezyjnej Kaukazu z południoworosyjską siecią triangulacyjną. Triangulacja północnego Kaukazu została zakończona w 1865 r. Ale dopiero w czasach władzy radzieckiej, w 1936 r., udało się połączyć w jedną całość triangulację północnego Kaukazu i Zakaukazia. W tym celu założono stacje obserwacyjne na Elbrusie. Prace obliczeniowe nad sprowadzeniem wszystkich triangulacji na Kaukazie do wspólnego dla całego państwa punktu astronomicznego, w Pułkowie koło Leningradu, zakończono w latach 1942-1943.
Józef Chodźko jest autorem drugiej po H. W. Abichu pracy na temat orografii Kaukazu („Obszczij wzglad na orografiju Kawkaza”). Została ona opublikowana w 1864 r. Zasługi Chodźki w badaniach Kaukazu są wyjątkowo duże. W roku 1868 przyznano mu najwyższe odznaczenie Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego – Wielki Złoty Medal, a w 1871 r., w związku z pięćdziesięcioleciem jego działalności geodezyjnej, został honorowym członkiem tego towarzystwa. Kaukaski Oddział Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego ustanowił nagrodę jego imienia za najlepszy opis Kraju Kaukaskiego. Józef Chodźko został wybrany członkiem-korespondentem Paryskiego Towarzystwa Geograficznego i honorowym członkiem Francuskiego Klubu Alpejskiego. Zmarł w 1881 r. w wieku 81 lat.
W wyniku przeprowadzonej triangulacji na Kaukazie przystąpiono w 1862 r. do sporządzenia nowej, bardziej dokładnej (w skali 1:420000) mapy Kaukazu, a w 1866 r. zaczęto wydawać mapę w skali 1:42000 i dla niektórych rejonów w skali 1:21000.” Tyle obcy historycy nauki o naszych rodakach.

* * *

W 1868 roku Józef Chodźko otrzymał wielki złoty medal Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego; w 1871 został obrany na tegoż towarzystwa członka honorowego. Oddział Kaukaski zaś RTG ustanowił nagrodę jego imienia, regularnie nadawaną najzasłużeńszym badaczom tego regionu. Kontynuatorami dzieła wybitnego uczonego byli liczni dalsi badacze, wśród których nie zabrakło i zasłużonych Polaków, autorów książek poświęconych przyrodzie Kaukazu, takich jak K. Rugiewicz, P. Chełmicki, W. Michajłowski, M. Sałacki, W. Lisowski, A. Jędrzejewski, M. Raszewski, A. Duchowski, Z. Kozubski, A. Podjezierski, M. Abramowicz, L. Wolarowicz, K. Kalicki, S. Doktorowicz-Hrebnicki, P. Piątnicki, S. Czarnocki, W. Dubiański, J. Figurowski, O. Stachowski.
Profesor W. Wajnberg pisała: „W ciągu rekordowo krótkiego, liczącego zaledwie 14 lat, okresu cała ogromna przestrzeń 440 472 km2 Kraju Kaukaskiego została pokryta triangulacją, która pod względem precyzji odpowiadała nie tylko wszystkim wymaganiom gospodarki i wojska, ale też i wysokim wymaganiom nauki ówczesnej.
Ignacy Chodźko po raz pierwszy przeprowadził rozległe i dokładne badania nad działaniem prawa grawitacji na wysokości od 80 do 3800 metrów; w tym celu dokonał w sierpniu 1850 wspinaczki na Wielki Ararat wznoszący się na wysokość 5156 metrów nad poziomem morza i przeprowadził z niego 136 pomiarów najważniejszych punktów Zakaukaskiej Triangulacji.” Prace te miały duże znaczenie dla nauki, o czym świadczył list dyrektora Obserwatorium Pułkowskiego W. Struwego do generała-kwatermistrza F. Berga, datowany 1850 r.: „Nie mogę nie zwrócić życzliwej uwagi Waszej Ekscelencji na wyjątkowe zalety prac pułkownika Chodźki. Nie będę przed Panem ukrywał mego szczerego podziwu dla siły charakteru i energii, z jakimi ten przedsiębiorczy geodeta przeprowadził swe obserwacje na punktach, wznoszących się na wysokość 13 tys. stóp nad powierzchnią morza (...) Nauka będzie także wdzięczna temu obserwatorowi za znaczne wzbogacenie zapasów danych dotyczących praw ziemskiej refrakcji, ponieważ nikomu z jego poprzedników nie udało się przeprowadzić tak licznych i tak dokładnych badań na tak znacznych wysokościach nad poziomem morza”. Profesor Struwe sugerował także jak najbardziej rychłe opublikowanie wyników tych badań, będących istotnym wkładem do rozwoju ówczesnej nauki.
Później, opierając się na dane uzyskane przez Chodźkę, inny znakomity uczony polskiego pochodzenia generał Hieronim Stebnicki dokonał dalszych odkryć, uzyskując ważne dla nauki rezultaty.
Feliks Koneczny („Polskie Logos a Ethos”, t. 1, s. 216.239) konstatował: „Również kwitnie ciągle pośród nas astronomia i związana z nią geodezja. Józef Chodźko (zm. 1881) był szefem triangulacji w Kurlandii, na Kaukazie, w Armenii; wykonał przeszło półtora tysiąca oznaczeń hypsometrycznych na Kaukazie, wykonał pomiar natężenia siły ciężkości na szczycie Wielkiego Araratu i on pierwszy zwrócił uwagę na tzw. odchylenia pionu... Józef Chodźko określił geodetycznie przeszło 3000 punktów w Armenii, Dagestanie, Persji i na Kaukazie; nawiązał sieć triangulacyjną na szczycie Araratu (przeszło 5.100 metrów).”
Być może wartałoby w tym miejscu uczynić pewną dygresję na temat „ludzkiego wymiaru” owych prac triangulacyjnych, gdyż same suche liczby są tylko statystyką i nie ukazują dramatu osobistego, czy wymiaru subiektywno-moralnego tego rodzaju wyczynów, a jest on przecież tutaj najważniejszy, gdyż po prostu z niego wyrasta to co obiektywne, wiedza i dorobek cywilizacyjny narodów. Ogromna pracowitość, wytrwałość, moc ducha, upór i nieustępliwość Józefa Chodźki, jak też oczywiście niepospolita inteligencja, stanowiły podstawę jego podziwu godnych osiągnięć naukowych.
Do rezerwy przeszedł J. Chodźko w randze generał-lejtnanta. Lecz nie był to stan spoczynku w dosłownym tego słowa znaczeniu. Znakomity intelektualista był nadal niezwykle czynny w organizacjach społeczno-naukowych, których członkostwo posiadał. W roku 1875 Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne obrało go na swego delegata na Międzynarodowy Kongres Geograficzny w Paryżu. Lecz był to ostatni wyjazd uczonego za granicę. Następne kilka lat spędził już w Tyflisie. Wytężona praca umysłowa, którą uprawiał przez wiele dziesięcioleci, z biegiem czasu powodowała wzmożoną sklerotyzację naczyń krwionośnych mózgu. Jak głosił werdykt medyka dywizyjnego Domańskiego, „generał-lejtnant Osip Iwanowicz Chodźko na skutek udaru, wylewu krwi do mózgu i powstałego na skutek tego paraliżu zmarł 21 lutego niniejszego 1881 roku w 81 roku życia. Za przyczynę tego zdarzenia można uważać zajęcia umysłowe generał-lejtnanta Chodźki, ponieważ do ostatniej minuty swego życia stale był zajęty doprowadzaniem do systematycznego porządku swych obserwacji.”
Zmarł jeden z najwybitniejszych rosyjskich geodetów. Pogrzeb Józefa Chodźki na katolickim Cmentarzu św. Piotra i Pawła w Tyflisie odbył się uroczyście w obecności kilkutysięcznego zgromadzenia oficerów Armii Kaukaskiej i inteligencji ze stolicy Gruzji.
Podstawowe prace Chodźki to: „Wspomnienia o wspinaczce na szczyt Wielkiego Araratu w 1850 r”.; „O dokładności wyprowadzania różnych wysokości, uzyskanych z obserwacji za pomocą sprężynowych aneroidów”; „Zbiór obserwacji, przeprowadzonych w różnych miejscowościach Kraju Kaukaskiego i Kraju Zakaukaskiego nad zaćmieniem słońca 16/28 lipca 1851 r”.; „Ogólny rzut oka na orografię Kaukazu”.
W 1872 roku Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne ufundowało specjalną premię imienia J. Chodźki za prace naukowe poświęcone opisowi Kaukazu. Późniejsi naukowcy z wielkim uznaniem odnotowywali istotne zasługi Józefa Chodźki na Kaukazie. Bolesław Hryniewiecki pisał: „Józef Chodźko (1800-1881) pochodził z rodziny bardzo zasłużonej dla spraw polskiej kultury. Najstarszy z trzech synów wybitnego prawnika, działacza społecznego i pamiętnikarza Jana Chodźki, używającego czasem pseudonimu Jan ze Świsłoczy, i Klary z Korsaków, był bratem Aleksandra (1804-1891), orientalisty, dyplomaty w służbie rosyjskiej, poety w młodości, emigranta we Francji, następcy Adama Mickiewicza na katedrze historii literatur słowiańskich w College de France, oraz Michała (1808-1879), poety, kapitana 12 pułku ułanów, uczestnika powstania listopadowego, a w 1833 r. i wyprawy Zaliwskiego, radykalnego działacza emigracji i głównego pomocnika Adama Mickiewicza w legionie włoskim.
Wychowaniec wileńskiego uniwersytetu, gdzie studiował głównie geodezję i astronomię, współpracował z T. Zanem nad założeniem „promienistych”, należał do filomatów. Wstąpiwszy do służby wojskowej w 1821 r. pracował nad triangulacją Litwy i był upatrzony na dowódcę powstania w Wilnie, lecz wskutek denuncjacji dostał się pod dozór policji i został wysłany na Mołdawię, Wołoszczyznę i nad Bosfor w celu dokonania pomiarów triangulacyjnych. Następnie większą część życia spędził na Kaukazie, opracowując niezmiernie trudną kartografię Kaukazu. Postępując kolejno po szczeblach hierarchii wojskowej, w 1862 r. został mianowany generał-porucznikiem (gen. dywizji). Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne przyznało mu za jego badania wielki medal w 1868 r., a w 1871 r. nadało mu godność członka honorowego. W uzasadnieniu jego zasług podkreślono, że jego triangulacja Kaukazu, przeprowadzona wzorowo w tak trudnym terenie, może być porównana, a nawet przewyższa triangulację Indii, za którą zyskał sobie sławę angielski inż. Everest.
Od czasu Chodźki wyprawy na szczyt Araratu powtarzały się dość często. Rekord pod względem sportowym pobił angielski podróżnik-geolog James Bryce w 1876 r. Wyszedł on w nocy z Sardabułaku, po drodze zostawił w tyle przewodników i tragarzy, którzy nie mogli za nim nadążyć, doszedł do szczytu i w 24 godziny od wyjścia był znowu z powrotem”...



Leonard Borejko Chodźko


Leonard Borejko Chodźko przyszedł na świat 8 listopada 1800 roku w miejscowości Oborek Ziemi Oszmiańskiej, zmarł 12 marca 1871 w Poitiers. Jego ojciec Ludwik posłował na sejm grodzieński, matka Waleria pochodziła z kresowego rodu szlacheckiego Dederków herbu własnego.
Młodzian kształcił się początkowo w Borunach, następnie w Mołodecznie i wreszcie na wydziale prawa Uniwersytetu Wileńskiego, gdzie się przyjaźnił m.in. z Adamem Mickiewiczem. Od 1819 roku jednak zaciągnął się na służbę w charakterze sekretarza u księcia Michała Ogińskiego i z nim wyjechał z W. Ks. Litewskiego, początkowo do Kijowa, potem do Petersburga. Jak się zresztą okazało, na zawsze w ten sposób pożegnał się z ziemią ojczystą. Bawił w późniejszych latach razem z księciem we Włoszech, w Niemczech, w Wielkiej Brytanii, Holandii i Belgii, aż wreszcie się „ustatkował” i od 1826 roku osiadł w Paryżu, gdzie objął urząd pomocnika bibliotekarza w Bibliotece św. Genowefy, a następnie bibliotekarza w tamtejszym ministerium oświecenia publicznego. Nie zadowolił się wszelako tą ex definitione szarą i nietwórczą działalnością, zabójczą dla każdego twórczego umysłu (choć przecież i Stefan Żeromski, choć geniusz literacki, w Polsce mógł być tylko bibliotekarzem).
Znakomita erudycja, której podwaliny założone zostały jeszcze w czasie studiów na Uniwersytecie Wileńskim, a rozbudowana na drodze dynamicznego samokształcenia, przysposabiała go przecież do wyjścia na szerszą arenę kulturalną. Zaczął pan Leonard od inicjatyw wydawniczych, opublikował w czterech tomach pamiętniki M. K. Ogińskiego (sumptem autora, oczywiście, a nie redaktora i wydawcy). Obrawszy sobie za cel „odświeżać przeszłość a bronić teraźniejszość polską przed światem”, niestrudzenie wydawał w okresie późniejszym mnóstwo (w sumie prawie trzydzieści) prac z rękopisów, a wszystkie tak czy inaczej poświęcone problematyce polskiej. Tytaniczna pracowitość, fenomenalna pamięć, skrupulatność – umożliwiały prowadzenie tej działalności na nader wysokim poziomie. Jednym z aspektów jego działalności redaktorsko-wydawniczej było publikowanie map Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego w ich granicach historycznych, co było wyrazem swoistego „rewizjonizmu” w okresie nieistnienia politycznego Polski i Litwy, a powodowało nieraz ostrą reakcję ambasady rosyjskiej w Paryżu.
Inną dziedzinę działalności Leonarda Chodźki stanowiło kolekcjonerstwo, był on bowiem zapalonym zbieraczem wszelkich druków, szczególnie dotyczących spraw polskich, tak iż jego zbiory stanowiły dla późniejszych badaczy źródło bezcennych informacji przede wszystkim dotyczących życia i aktywności diaspory polskiej we Francji. Nie dość na tym, miał też temperament działacza społecznego i politycznego. Jego zaangażowanie w organizację antyrosyjskich demonstracji we Francji było tak skuteczne, że w końcu rząd petersburski wymusił na Paryżu półtoraroczne wydalenie pana Leonarda z tego kraju. Wszelako „unieszkodliwić” zacnego patriotę udało się dopiero stosując metodę „uduszania Polaków polskimi rękami”. Za obce pieniądze opublikowano w prasie polskiej we Francji szereg artykułów szkalujących Leonarda Chodźkę jako „niezrównoważonego ekstremistę”, co starczyło, by „stado baranów” od niego się odwróciło i by znakomity intelektualista znalazł się w prawie zupełnej izolacji.
A przecież był on przedtem członkiem szeregu francuskich towarzystw naukowych, autorem „Popularnej historii Polski” (14 wydań w nakładzie 112 tysięcy egzemplarzy), biografii Tadeusza Kościuszki, dwutomowej monografii o Polakach we Włoszech, „Politycznej historii Litwy”, innych wcale poważnych, choć pisanych w przystępny sposób, dzieł. Mimo nagonki, było wielu Polaków, którzy wysoko cenili jego prace, choć przecież regułą wśród ludzi jest co innego: „Im wyżej się wznosisz, tym mniejszym zdajesz się być reporterom i rodakom, którzy gapią się w górę” (Adolf Nowaczyński). I tym serdeczniej bywasz nielubiany.
Leonard Chodźko pisał 1 stycznia 1859 roku z Paryża (Rue de Tournon 5) do Adama Henryka Kirkora w Wilnie: „Szanowny Ziomku. Serdeczne dzięki składam Ci za uprzejmą dobroć z jaką przyjąłeś list mój z 12 września (...) Wszystko mija, pomyślność lub nieszczęście przechodzą, ale nigdy nie powinny ustawać obowiązki i powinności względem Boga i Ojczyzny; w tych pracować i trwać trzeba usque ad finem! Ponieważ Wy, kochani ziomkowie Litwini, raczycie pobłażliwie potakiwać mojej 46-letniej wytrwałości (gdyż od roku 1812, myślę, przygotowywałem się i pracować zacząłem, jak myślę i pracuję dzisiaj), a więc jest to wielką dla mnie nagrodą i zachętą na przyszłość.
Miłoby mi było skreślić wspomnienia lat upłynionych. Najściślejsza przyjaźń łączyła mię z Tomaszem Zanem, 1812, 1813 i 1814, w szkołach Mołodeczańskich, a potem w Wilnie, aż do roku wyjazdu za granicę, r. 1822. W Mołodecznie się przygotowywało, co się rozwinęło później w Wilnie i w reszcie okręgu Uniwersyteckiego (obejmującego wówczas 9 gubernii). Ależ skreślenie tych wspomnień, tak by było ciągle ojczyste, iż cenzura nie przepuściłaby...” Zachęcając Kirkora do gromadzenia zbiorów archeograficznych i muzealnych, do wydawania tekstów historycznych, podkreślał Chodźko doniosłe znaczenie narodowe tych prac i wyrażał nadzieję, że przyczynią się one do odrodzenia ojczyzny.
„W niechybnej przyszłości odżyją denominacje dawniejsze, musi się odrodzić to co jest nieśmiertelne, co jest i być musi swojskie, niechże potomność wie, co było dobrego, a co złego, aby na nowo nie wpaść w to ostatnie...” (Dział rękopisów Centralnej Biblioteki Akademii Nauk Litwy w Wilnie, F 273-666).
Wielki wysiłek i ogromne zasługi w obronie sprawy polskiej nie przyniosły Leonardowi Chodźce nic prócz nędzy i szykan. Był opluwany szczególnie zawzięcie właśnie przez Polaków. Żył w skrajnej biedzie, często głodował, przez dwadzieścia lat nie miał grosza, by kupić nowy płaszcz. A jednak nadal pracował. Pisał, gromadził zbiory archiwalne. Gdy wreszcie bardzo ciężko zachorował, nie miał nawet kilku franków na leki, podczas gdy „zacni rodacy” w tymże czasie przegrywali miliony w karty i wydawali krocie na paryskie panie lekkich obyczajów, urządzając im kąpiele w wannach wypełnionych drogim szampanem... Zmarł wielki patriota i uczony 12 marca 1871 roku. Ten „boski szaleniec” – wbrew wszelkiej logice i zdrowemu rozsądkowi – do końca pozostawał wierny niewiernym...
Jego zasługi jednak nie zostały przez następne pokolenia zapomniane. Wybitni badacze dziejów Polonii francuskiej Alicja i Zbigniew Judyccy notują w swym słowniku Polaków we Francji: „Chodźko Leonard, historien, éditeur, bibliothécaire (8.11.1800, Oborek – 12.03.1871, Poitiers). Études de droit á l’université de Wilno. En France á partir de 1826, oú il est un des principaux informateurs de la presse française sur tout ce qui concerne la question polonaise. Il collabore á des éditions biographiques, encyclopédiques et á des journaux, anglais et français, tels que La nouvelle biographie générale, le Grand dictionnaire universel (dans lequel il publie la biographie de plus de 300 Polonais célébres), la Revue encyclopédique, Le Courrier français, Le Constitutionnel, le Journal des débats. Sousbibliothécaire á la bibliothéque Sainte-Geneviéve puis bibliothécaire au ministére de l'Éducation (1845-1848). En 1848, pour des raisons politiques, ii perd son travail, se retrouve dégradé de trois niveaux et nommé simple employé a la bibliothéque de la Sorbonne. Aide de camp du général La Fayette (au grade de capitaine de la Gardę nationale) pendant la révolution de Juillet. Auteur de nombreux travaux historiques, géographiques ou statistiques tels que Histoire des légions polonaises en Italie (1829), Histoire populaire de la Pologne (14 éditions de 112 000 exemplaires, 1863), Tableau de la Pologne ancienne et moderne sous le rapport géographique, statistique, géologique, etc. (1830), Biographie du général Kościuszko (1837). Collaborateur d'une quinzaine de sociétés scientifiques dont la Société royale des sciences de Nancy, la Société de géographie et de statistique universelle, la Société philotechnique, la Société des gens de lettres, le National Institution for the Promotion of Science de Washington.”



Aleksander Borejko Chodźko


Jednym z najwybitniejszych Chodźków był bodaj Aleksander (ur. 1804 w Krzywiczach, zm. 1891 w Jouwisy pod Paryżem), syn Jana a brat Michała. Był on nie tylko zdolnym poetą, publicystą i politykiem, ale też wybitnym uczonym – orientalistą i slawistą. W latach 1820-1823 studiował na Uniwersytecie w Wilnie. Był jednym z przywódców Towarzystwa Filaretów, blisko zaprzyjaźnionym z A. Mickiewiczem, który pozostawił nawet jedną ze swych słynnych „improwizacji” pod tytułem „Do Aleksandra Chodźki”, napisaną w 1824 roku podczas pobytu w areszcie w wileńskim kościele ojców Bazylianów:

Olesiu, czemże tobie zapłacę,
Za twoje rymy odwdzięczę?
Ja duch mój wieszczy w obłędzie tracę:
Jakim cię kwiatem uwieńczę?

Ty, jako sokół nad piękną błonią,
Ujrzałeś orła w polocie:
Smutny cień skrzydła samotne ronią,
Lecz w oczach jego gwiazd krocie.

Tyle jest w ustach twoich łoskotu,
Tyle w twych oczach bystrości –
Tyś pojął tajnie orlego lotu,
Sam orzeł tobie zazdrości.

Orzeł z łabędziem raz już ostatni
Może swe pienia wywodzi;
Jeszcze go orszak otacza bratni:
Lecz straszna chwila nadchodzi...

Precz żal niemęski, precz żal niewieści!
Zmienność ja nucę żałosną...
Bracia, słuchajcie dzikiej powieści!
Zdarzenia same urosną.

Raz poszły w zakład powietrzne ptaki,
Który z nich, w lotnym przegonie
Gdy się spróbują – obaczą, jaki
Ma usiąść na ptaszym tronie?

Orzeł wyleciał: któż go doścignie,
Kto żagle takie ma z pierza?
Kto kiedy orła w wiatrach wyścignie?
Gdzie orzeł znajdzie szermierza?

Lecz był kolibryk: on się rozczulił,
On królem ptaków chciał zostać;
On się pod orła skrzydło utulił,
Bo orła w locie nie dostać.

Orzeł wyleciał, lecz się zmordował
I spadł ku ziemi i zginął;
Kolibryk w jego skrzydle się schował,
Skąd się ku niebu wywinął.

Orzeł upada – ty latać będziesz;
Adam gdy ginie – ty żyjesz;
Na jego tronie ty kiedyś siędziesz,
Jego się blaskiem okryjesz.

Tyś go zrozumiał, ty go wysławisz,
Ty piosnkę świętą zadzwonisz,
I duszę jego światu objawisz,
I łezkę nad nim uronisz.

Tak, godną łezkę nad nim uronić
Tobie zostało, mój bracie –
Tobie i piosnkę świętą zadzwonić
Po przyjaciela utracie.

Aleksander Chodźko, choć również aresztowany, już w roku 1824 został zwolniony i postanowił na własną rękę udać się do Petersburga, gdzie zamierzał studiować języki i literatury wschodnie w Instytucie Orientalnym. Zanim to nastąpiło, młody człowiek odwiedził jeszcze przyjaciół, zaprzyjaźnione rodziny, złożył wielu osobom wizyty pożegnalne. W lipcu 1825 roku wpisał w Wilnie do „imionnika” Ludwiki Pągowskiej następujący wiersz:

Któż to wlał we mnie natchnienie wieszcze?
Gruba zasłona spadła zprzed oka,
Widzę co było, co będzie jeszcze,
Ludwiko! słuchaj proroka,
Losy Twe przyszłe obwieszczę!

Pogodnie minie lat Twoich ranek,
W nim zorza dalszych powodzeń wstanie,
Spotka cię szczęście wyższe nad ziemskie
Bo któż nad ciebie zasłużył na nie

Jeszcze nie wszystko, słuchaj przestrogi.
Kiedy w połowie będziesz życia drogi
Sama niebieska z rajskim kochankiem...
Lecz już mię woła trąbka pocztowa,
Gotowy powóz stanął przed gankiem,
Spieszę – Ludwiko, bądź zdrowa.
            (Dział rękopisów Centralnej Biblioteki AN Litwy w Wilnie, F.151-1113).

15 kwietnia 1825 roku zarząd Uniwersytetu Wileńskiego wydał Aleksandrowi Chodźce „patent na stopień kandydata wydziału literackiego.” (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 832, s. 10). To zaświadczenie miało ułatwić młodemu człowiekowi kontynuację studiów w stolicy Cesarstwa Rosyjskiego.
19 lipca 1825 roku Aleksander Chodźko napisze w wierszu:

Jakże odmiennie los rządzi nami!
Kiedym się dawniej z tych stron oddalał,
Kiedym się żegnał z przyjaciółami,

Nigdym łzą gorzką oczu nie zalał,
Nigdym nie płakał, jako dziś płaczę.
Bo nieświadomy losów kolei
Pełen najsłodszej byłem nadziei,
Że się znów z nimi zobaczę!

Dziś, gdy odjeżdżam, tych dawno nie ma,
Którym zwierzałem myśli i chęci,
Próżno smutnemi szukam oczyma,
Obraz ich tylko został w pamięci

Obraz się został, słodycz się starła
Jaką tam wlały szczęścia napoje
Wesołość moja, uciechy moje
Nadzieja moja umarła

Lecz wdzięczność moja żyć będzie ze mną,
Że w Waszym domu po mojej stracie
Spędziwszy nieraz chwilkę przyjemną
Ujrzałem przyszłość w zieleńszej szacie.

Setne wam dzięki! Zawsze i wszędzie
Pod jakąkolwiek zamieszkam strefą,
Pamięć o tobie, piękna Józefo,
Najprzyjemniejszą mi będzie.
                    (Dział rękopisów Centralnej Biblioteki AN Litwy w Wilnie, F.151-1113).

Lato 1825 dobiegło jednak końca i pan Aleksander odjechał z Wilna. Na zawsze. Na razie do Petersburga, gdzie błyskotliwie ukończył studia orientalistyczne w Instytucie Wschodnim przy Departamencie Azjatyckim Ministerstwa Spraw Zagranicznych Cesarstwa Rosyjskiego. W roku 1829 ogłosił tu swe „Poezje”, ballady i pieśni osnute na motywach ludowych. W ciągu kilkunastu lat służył w rosyjskiej dyplomacji w Azji (Teheran, Reszt). Po przybyciu do Paryża w roku 1841 odnowił przyjacielskie stosunki z Mickiewiczem i emigracją narodowo-demokratyczną. Zgłosił dymisję w ambasadzie rosyjskiej nie chcąc widocznie dalej służyć interesom Rosji, a może właśnie po to, by im skuteczniej służyć. Zaangażował się natychmiast do pracy we francuskim ministerstwie spraw zagranicznych jako rzeczoznawca zagadnień wschodnich. W roku 1857 na okres dwudziestosiedmioletni powołany został na profesora College de France. Wykładał tu kurs literatur słowiańskich, pisał i ogłaszał w języku francuskim dzieła z zakresu filologii i literatury perskiej i słowiańskich. Wydawał też je w języku angielskim, rosyjskim, polskim. Był również utalentowanym tłumaczem pieśni nowogreckich na język polski i francuski. Czynnie uczestniczył w działalności patriotycznej emigracji polskiej w Paryżu. Znany był i szanowany w całej ówczesnej Europie, przede wszystkim ze względu na to, że był najbardziej renomowanym specjalistą w dziedzinie arabistyki, kurdystyki, iranistyki.
Umarł wybitny uczony 19 grudnia 1891 roku; jego grób znajduje się na cmentarzu w Montmorency.

* * *

W słowniku A. i Z. Judyckich czytamy (s. 40): „Chodźko Aleksander Borejko, poéte, orientaliste, slaviste (30.08.1804 Krzywicze – 19.12.1891, Noisy-le-Sec). Études de philosophie á l’université de Wilno (1820-1823), de langues á l’École des langues orientales de Saint-Pétersbourg (1824-1828). De 1830 á 1840, il travaille dans la diplomatie russe en Perse (consul á Tebris puis á Téhéran et á Recht). En France á partir de 1842. Expert des affaires orientales au ministére français des Affaires étrangéres (1852-1855); professeur de langues et de littératures slaves au Collége de France (1857-1883). En 1857, le shah de Perse lui confie la tutelle et la direction des étudiants perses en France. Auteur de: Spécimens of the popular poetry of Persia (1842), Grammaire persienne (1852), Le Drogman turc (manuel de turc pour les soldats, 1855), Grammaire paléslave (1869); Traducteur de la littérature slave: Légendes slaves du Moyen Áge (1858), Études bulgares (1875), Les chants historiques de l’Ukraine et les chansons des Latyches (1879).”



INNI REPREZENTANCI RODU


Powyżej przypomnianymi sylwetkami wcale się nie wyczerpuje lista znakomitych w tej czy innej dziedzinie reprezentantów rodu Chodźków. Wielu członków tej rodziny kształciło się na dawnej Wszechnicy Wileńskiej, a następnie pracowało w charakterze nauczycieli, lekarzy, inżynierów – w ten skromny, aczkolwiek „organiczny” sposób, przyczyniając się do rozwoju kultury na ich ziemi ojczystej. Jednym z nich był Feliks Chodźko. 30 czerwca 1825 roku w kancelarii Uniwersytetu Wileńskiego wypisano następujące:
Świadectwo.
Rząd Cesarskiego Uniwersytetu Wileńskiego na podaną prośbę ucznia tegoż Uniwersytetu Felixa Chodźki o poświadczenie postępku jego w naukach niniejszym zaświadcza, że tenże Chodźko przy dobrem prowadzeniu się słuchając przez cały rok szkolny 1824 na 1825 kursów fizyki, algebry, rachunku różniczkowego, geometryi analitycznej, rachunku całkowego, geodezyi i nauki chrześcijańskiej, na examinach półrocznych z tych przedmiotów okazał postępek w nauce chrześcijańskiej dość dobry, fizyce dobry, w geodezyi mierny, w algebrze, rachunku różniczkowym i geometryi analitycznej dobry, w rachunku całkowym nadmierny, jak się okazuje z księgi zdań professorów i dających pomienione kursa. Gdy zaś nie ukończył trzechletniego kursu nauk, przeto mu prawa i przywileje studentowi Uniwersytetu nadane nie służą. – Na wiarę czego niniejsze świadectwo za należytym podpisem i przyłożeniem Uniwersyteckiej pieczęci jemu się wydaje”... (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 832, s. 43).
Nie udało nam się ustalić dalszych losów tego młodego człowieka, ale chyba nie stanowiły one dysonansu na ogólnym tle dziejów tego rodu.

* * *

Nieco więcej wiadomo o życiu i działalności Dominika Chodźki (1800-1863), autora szeregu artykułów prasowych o dawnym Uniwersytecie Wileńskim, redaktora edycji tekstów Zoriana Dołęgi Chodakowskiego, Kazimierza Brodzińskiego i in. Obfitą informację o życiu kulturalnym stolicy litewskiej, a szczególnie jej Wszechnicy, zawierają cztery teki jego „Materiałów do dziejów Uniwersytetu Wileńskiego”, przechowywane w Dziale Rękopisów Centralnej Biblioteki AN Litwy w Wilnie (F.9-1047-1048-1049-1050).

* * *

Michał Borejko Chodźko urodził się w rodzinnych Krzywiczach w powiecie święciańskim w 1808 roku. Uczył się w gimnazjum w Mińsku, następnie studiował na Uniwersytecie Wileńskim filozofię i inne dyscypliny naukowe.
29 czerwca 1825 roku wydano Michałowi Chodźce świadectwo, że „przy dobrem prowadzeniu się, słuchając przez cały rok szkolny 1824 na 1825 kursów fizyki, algebry, geometryi analitycznej, rachunku wyższego, geodezyi i nauki chrześcijańskiej, na examinach półrocznych z tych przedmiotów okazał postępek w fizyce i geodezyi mierny, w algebrze i geometryi analitycznej w pierwszem półroczu dobry, w drugiem mierny, w rachunku wyższym mierny, w nauce chrześcijańskiej w pierwszem półroczu dość dobry, w drugiem dobry”... (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 832, s. 41).
Mimo iż angażował się do „wywrotowych” ruchów młodzieży wileńskiej, udało mu się pomyślnie studia ukończyć. W 1828 roku senat i rektor Wszechnicy Wileńskiej wydali dyplom Michałowi Chodźce, w którym czytamy: „Auspiciis augustissimi et potentissimi Imperatoris Nicolai I, Russorum Autocratoris etc. etc. etc. (...) Cum nobilis Michaël Joannis filius Chodźko studiorum curriculo in Schola publica Molodecensi emenso, die X Septembris Anno MDCCCXXIV in Civium huius Caesareae Litterarum Universitatis Vilnensis numerum adscriptus, in Ordine Professorum scientiarum Physico-mathematicarum Physicae, Algebrae et Mathesi sublimiori spatio unius anni, ac in Ordine Professorum scientiarum Ethico-politicarum Juri tum Romano, tum Criminali veterum et recentiorum gentium, tum Patrio, tum Ecclesiastico, Oeconomiae publicae, Historia universali et Statisticae, nec non Statisticae et Diplomatiae Rossici Imperii per biennium multam et assiduam operam dederit, atque in examinibus diligentiam suam et processus praeceptoribus suis adeo probaverit, (...) Nos proinde, ea, qua pollemus, auctoritate, eumdem ornatissimum Michaelem Chodźko Studiosum actualem in Facultate juridica renuntiamus ac declaramus, atque XII-ae Civium Classi adscriptum, cunctis juribus atque commodis huic loco et ordini propriis eumdem gaudere testamur. In cujus rei fidem Litteras has Patentes Caesareae Litterarum Universitatis Vilnensis sigillo munitas subscripsimus”... (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 835, s. 67).
W następnym okresie Michał Chodźko gospodarował na roli, zanim w 1830 roku nie wstąpił do oddziału powstańczego, który m.in. w kwietniu 1831 zdobył szturmem miasto Wilejkę, wybijając z niej batalion wojsk rosyjskich. Później walczył przeciwko zaborcom na Żmudzi, a w końcu razem z innymi przedostał się do Prus, gdzie został internowany. Miał rangę kapitana powstańczych wojsk polskich. We Francji brał udział w działalności polsko-litewskich organizacji patriotycznych, współorganizował kolejne powstanie (pod przywództwem Zaliwskiego), był wydelegowywany do Krakowa, Wrocławia, Poznania, Lwowa w celu prowadzenia przygotowań do insurekcji ogólnopolskiej.
Lista członków Towarzystwa Demokratycznego Polskiego z lat 1832-1851 podaje m.in. informacje o dwóch członkach tego zrzeszenia, z interesującej nas rodziny: „– Podczas akcji Zaliwskiego formował, w 1848 roku legion polski w Rzymie – poeta i autor wielu pism Chodźko Michał, z Litwy. Dziedzic dóbr z okolic Wilna. Kapitan w powstaniu. Uczestnik wyprawy... Ociemniony”. („Materiały do bibliografii, genealogii i heraldyki polskiej”, t. I, s. 65, 76, Buenos-Aires – Paryż, 1963).
Michał Chodźko wydał w Paryżu kilka książek o powstańcach 1830/31; pisywał też utwory poetyckie, jak też tłumaczył na język polski utwory G. G. Byrona. Zmarł w Paryżu 2 maja 1879 roku.
Alicja i Zbigniew Judyccy w słowniku biograficznym „Les Polonais en France” (s. 40) w następujący sposób streszczają życiorys tego powstańca i pisarza: „Chodźko Michał Borejko, poéte, écrivain (1808, Krzywicze en Lithuanie – 2.05.1879, Paris). Études de philosophie á l’université de Wilno. Capitaine dans l’insurrection de Novembre, il émigre en France aprés la défaite. Membre de la loge maçonnique internationale „Les Trinités indivisibles”.Corédacteur de Polak (1838-1839). Coorganisateur puis officier de la légion de Mickiewicz en Italie (1848). Auteur de nombreux poémes et de livres édités á Paris: Siedem listów o legionie polskim we Włoszech (Sept lettres sur la légion polonaise en Italie, 1857), Legenda o Madeju (La légende de Madej, 1876), Żywot Rajmunda Rembielińskiego (La vie de Rajmund Rembieliński, 1862), Il traduit de l’anglais en polonais Mazepa et Manfred de Byron.“

* * *

W Powstaniu Listopadowym brali też udział inni Chodźkowie. O jednym z nich donosi cytowane powyżej źródło genealogiczne: „Chodźko Benedykt, urodzony Dory, wieś w guberni wileńskiej, 1795. Podczas Rewolucji 1830 r. trudnił się gospodarstwem. Miał udział w powstaniu litewskim. Do Francji przybył z Prus 1832 r., był na wyprawie do Szwajcarii. 1863 był w wyprawie morskiej z Łapińskim...”
Wydaje się, iż same te fakty są tak wymowne, że nie wymagają dalszego komentarza...

* * *

Stanisław Chodźko w XIX wieku pełnił obowiązki profesora chemii na uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim.




Ciechanowicz



Ciechanowiczowie herbu Mogiła, Mogiła odm. i Nałęcz byli dawnym i w swoim czasie wpływowym rodem szlacheckim, w niektórych gałęziach arystokratycznym. Wzmianki pisane o jego reprezentantach sięgają XIV wieku. Na przykład Nicolaus Ciechanowic de Gościno figuruje w aktach grodzkich łęczyckich z roku 1389. (Por.: „Słownik staropolskich nazw osobowych”, W. Taszyckiego, t. 1, s. 362, Wrocław 1965/67). Na Białej Rusi nazwisko „Ciechanowicz” było często używane w wersji zrutynizowanej „Cichonowicz”, Ciechanowicz, a nawet „Tichonowicz”.
Używanie przez tę rodzinę herbu Mogiła wskazywałoby na to, że jedną z ich posiadłości rzeczywiście mogła być miejscowość o tej nazwie, przy czym kształt graficzny godła może sugerować istnienie w tej miejscowości jakiejś starej świątyni lub klasztoru. Profesor Antoni Małecki pisze w swych subtelnych „Studyach heraldycznych” (t. 1, s. 95, Lwów 1890): „Mogiła... – U Długosza w Clenodyach nie ma Mogiły; głucho o nich i w zapiskach sądowych. – Wsi Mogiła, Mogiły, Mogilno, Mogilnica, Mogilany mamy w znacznej ilości w każdym dziale kraju naszego. Ale Paprocki widzi w Mogile herb trzech rodzin litewskich”.
Żaden poważny heraldyk polski nie pomija milczeniem dziejów tego domu. Profesor Wojciech Wijuk Kojałowicz SJ w dziele „Herbarz rycerstwa W.X. Litewskiego” tak zwanym „Compendium czyli o klejnotach albo herbiech”, (Kraków 1897), odnotowuje: „Ciechanowicz. Mogiły z jednym krzyżem używa. Dom Ciechanówiczów w Smoleńskim i Mścisławskim województwie, w powiecie słonimskim i indziej.
Bohdan Ciechanowicz 1452 od Władysława Jagiełłowicza, króla Polskiego i Węgierskiego, wziął daniną wiecznością w województwie Mścisławskim. Siemion Ciechanowicz, podkomorzy orszański, 1473 xięgi orszańskie mianują go. (...) Jerzy Ciechanowicz służąc z Philonem Kmitą, starostą orszańskim, zabity w potrzebie z Moskwą. (...) Timoteusz Ciechanowicz został Bernardinem, pojmany od Moskwy, tyraństwo ich dla wiary świętej ostatecznie wytrzymał. (...) Marcjan Alexander Ciechanowicz, podczaszy smoleński, sędzia grodzki słonimski, lat piętnaście w kwarcianym wojsku służył z Chmielnickim. Pod Smoleńskiem za Władysława rotmistrzem był chorągwi usarskiej. Umarł 1663 będąc Trinitaristą w Wilnie. Syn jego Mikołaj Aleksander Ciechanowicz, sekretarz Jego Królewskiej Mości (...).”
K. Czamiecki w pierwszym tomie „Herbarza Polskiego” (Gniezno 1881) podaje: „Ciechanowicz herbu Mogiła, w księstwie litewskim. Bohdan w 1442 od Władysława Jagiellończyka wziął daninę wiecznością w mścisławskim województwie. Siemion podkomorzy orszański 1473. Hawryło, podkomorzy słonimski, po dwakroć od Aleksandra, króla, w poselstwie do Francji jeździł. Paweł, rotmistrz królewski, w pułku kniazia Boratyńskiego. Jerzy, zabity pod Moskwą. Frąc Suk, sławny żołnierz, pułkownik królewski za Hrehora i Jana Chodkiewiczów, Stefanowi, królowi, pułk woluntariuszów stawił, i nie mało z niemi sprawiwszy przeciw Moskwie, umarł z gorączki pod Pskowem. Ostafiej, chorąży mścisławski. Dymitr, rotmistrz królewski, pisarz połocki, posłował do cara. Heronim, rodzony synowiec jego, sędzia smoleński, dwadzieścia pięć razy był posłem na sejm, odprawował poselstwo do Moskwy 1648, nie przyjął witebskiej i nowogródzkiej kasztelanii od Władysława IV sobie ofiarowanej, umarł 1651, zostawił synów z Wołodkiewiczówny, Heronima i Stanisława.
Aleksander, brat Heronima, łowczy słonimski, synowie jego: Tymoteusz w zakonie Św. Franciszka observantium, pojmany od Moskwy, wiele cierpień dla wiary świętej statecznie wytrzymał. Wojciech, kanonik chełmski, człowiek uczony ur. 1657. Paweł, żołnierz w wojsku kwarcianym. Samuel był gońcem do Moskwy. Aleksander, podczaszy smoleński, sędzia slonimski, za Władysława króla pod Smoleńskiem był rotmistrzem chorągwi kozackiej, zm. 1663; syn jego Mikołaj. Aleksander, sekretarz królewski, i Mikołaj, miecznik mścisławski. N. była za Heronimem Puzyną, podsędkiem upickim, druga za Władysławem Puzyną, pisarzem ziemskim upickim; były to obydwie rodzone siostry”.
Zgodnie z tradycją, ale niezgodnie z prawdą, także Carniecki opisuje dalej Ciechanowiczów herbu Nałęcz jako rzekomo inny ród, podczas gdy chodzi o ten sam, co w wywodzie poprzednim. Pisze tedy nasz autor: „Ciechanowicz herbu Nałęcz zawiązany w księstwie litewskim. Anastazy i Heronim w Akademii Wileńskiej w roku 1605. Aleksander, podstarości słonimski. Marcin, podczaszy smoleński, w nowogródzkiem stawali na elekcję Jana Kazimierza. Heronim, poseł na sejm w r. 1628, a potem sędzia ziemski smoleński w r. 1638. Aleksander, horodniczy smoleński. Heronim, horodniczy w r. 1670; w roku 1674 pisarz ziemski smoleński. Stanisław, chorąży piński, komisarz do hiberny z sejmu r. 1678. Mikołaj, podczaszy słonimski w r. 1674. Ciechanowiczówna (...) była za Puzyną Władysławem, pisarzem ziemskim upickim... Heronim na Pokornowie Ciechanowicz, pisarz ziemski smoleński, starosta dorohobuski. Kazimierz, cześnik inflandzki z województwa sandomierskiego. Jan Konstanty, łowczy smoleński z województwa nowogródzkiego. Kazimierz, cześnik smoleński z województwa mińskiego, ci wszyscy na walnym zjeździe obywateli W. Ks. Litewskiego w roku 1700 pod Olkienikami pisali się”.
Widocznie pierwotnym herbem rodu była Mogiła odm. z jednym krzyżem, brana niekiedy dla niewyrazistości starodawnych odręcznie rysowanych wizerunków za Nałęcz Wiązany. Widocznie ma rację Seweryn Uruski, gdy pisze w dziele „Rodzina. Herbarz szlachty polskiej” (t. 2, s. 292-293): „Widziałem na dawnych pieczęciach tej rodziny herb jej własny – nieforemny kwadrat, bardzo zbliżony do owala z krzyżem na wierzchu; z tego herbu Kojałowicz zrobił Mogiłę, a Niesiecki Nałęcz, a nawet sami Ciechanowiczowie, zwłaszcza w XVIII wieku, jedni swój herb nazywali i kształtowali Mogiłą, inni Nałęczem, w samej jednak rzeczy jest to jedna i ta sama rodzina, rozdzielona tylko źle określonym herbem”...
Pieczęć z herbem Mogiła Ciechanowiczów widnieje w czterech miejscach na oryginale tekstu odnowionej unii Polski i Litwy z roku 1569.
Janusz hr. Ostrowski tak opisuje herb Mogiła odm., przysługujący rodzinie Ciechanowiczów: „W polu czarnym na srebrnej mogile utkwiony krzyż złoty. Nad herbem w koronie pięć piór strusich. Początek odmiany niewiadomy” („Księga herbowa rodów polskich”, Warszawa 1897, t. II, s. 45).
Hipolit Stupnicki („Herbarz polski i imionospis w Polsce zasłużonych ludzi”, t. I, s. 93, Lwów 1855) podaje nieco innych szczegółów, ale i on dzieli tę jedną rodzinę na dwie: „Ciechanowicz, herbu Mogiła, w Księstwie Litewskim. Hawryło, podkomorzy słonimski, posłował od Aleksandra króla podwakroć do Francji. Jerzy, żołnierz z chorągwi Kmity, starosty orszańskiego, poległ w bitwie z Moskwą. Franciszek Suk, sławny pułkownik królewski, w wojnie Stefana Batorego z Moskwą stawił pułk woluntariuszy, na których czele cuda waleczności dokazywał. Dymitr, rotmistrz królewski, pisarz ziemski połocki, odprawił z niemałym zaszczytem poselstwo do cara; potem, jako przywódca lewego skrzydła, przyczynił się niemało do zwycięstwa Jędrzeja Sapiehy, który tylko w 4000 żołnierza 24000 nieprzyjaciela pokonał. Heronim, sędzia ziemski smoleński, odznaczywszy się w młodym wieku na wojnach, 25 razy był wybrany na posła sejmowego; toż samo odprawił r. 1648 poselstwo do Moskwy; za co gdy mu ofiarowano kasztelanie witebskie i nowogródzkie, wymówił się od ich przyjęcia; umarł w roku 1651.
Ciechanowicz, herbu Nałęcz. Niemały poczet mężów z tego domu piastował urzęda w Ziemi Smoleńskiej, skąd też Marcin, podczaszy, podpisał elekcję Jana Kazimierza. Ciechanowicz, władyka piński w 1710 roku, umarł w sławie wielkiego miłosierdzia”.
Obszernie i pochlebnie pisze o tym rodzie także ks. Kaspar Niesiecki zarówno w „Herbarzu Polskim”, jak i w „Koronie Polskiej” oraz Adam Boniecki w „Herbarzu Polskim”, jak też inni heraldycy. Z tym, że i oni mylnie dzielą Ciechanowiczów na dwie różne rodziny. Tak K. Niesiecki („Korona Polska”, t. I, s. 306) podaje: „Ciechanowicz herbu Nałęcz zawiązany w Xięstwie Litewskim. O tych ani Paprocki ani Okolski nie pisał. Anastazy y Heronim w Akademii Wileńskiey w roku 1605. Aleksander, podstarości słonimski, Marcin, podczaszy smoleński z Nowogródzkim (województwem) stawali na elekcyą Jana Kazimierza. Heronim, podsędek smoleński, poseł na seym w roku 1628, a potym sędzia ziemski smoleński w roku 1638... Alexander, horodniczy smoleński (...) Ciechanowiczówna była za Puzyną Władysławem, pisarzem ziemskim upitskim”... Ciechanowiczowie posiadali dobra w powiecie wiłkomierskim, kowieńskim (CPAH Litwy w Wilnie, f. 708, z. 2, nr 649, 677, 726, 962, 2157).

* * *

Hieronim Ciechanowicz, podsędek smoleński, w 1623 i 1626 roku mianowany został komisarzem do poboru podatków z tegoż województwa przez sejm walny generalny warszawski („Volumina Legum”, t. 3, s. 219, 250). W 1624 roku onże, ale już jako sędzia ziemski smoleński, był członkiem komisji poselskiej do rozmów z Państwem Moskiewskim („Volumina Legum”, t. 4, s. 28). Natomiast pod aktem elekcyjnym króla polskiego Jana Kazimierza z 1648 roku widzimy podpisy zarówno tegoż Hieronima Ciechanowicza, sekretarza Jego Królewskiej Mości, jak też Aleksandra Ciechanowicza, także sekretarza J.K.M., drugiego Aleksandra Ciechanowicza, podstarościego słonimskiego, Marcina Ciechanowicza, podczaszego smoleńskiego („Volumina Legum”, t. 4, s. 106-107).
W roku 1649, 3 maja, „bojarzyn jego carskiej mości Iwan Tichonowicz z chrześcijany (chłopy) swemi najechał na majętność pana Pastorskiego, Jadiewoje Bielanowoje niewinnie w Mrusowie, zabrali majętności różne” – brzmiała oficjalna skarga szlachty polskiej do cara z lipca 1649 r. („Akty otnosiaszczijesia k istorii Jużnoj i Zapadnoj Rossii”, t. 3, suplement, s. 93, Petersburg 1862-1889). Widocznie chodzi w tym przypadku o konflikt kresowego szlachcica Jana Ciechanowicza, który pozostał na terenach zagarniętych przez Rosję, figurował więc w dokumentach oficjalnych jako „Iwan Tichonowicz”, no i – rzecz banalna i powszechna – nie mógł pogodzić się z sąsiadami.
Wiele interesujących informacji o tej rodzinie można znaleźć w dawnych, a rzadkich, źródłach drukowanych, jak np. książce ks. Samuela Narkiewicza pt. „Dekret Wieczney pamięci na sędziego ziemskiego smoleńskiego Jego Mości pana Heronyma Ciechanowicza, sekretarza Jego Królewskiey Mości i na assessora Jego Mości przy żałobie pogrzebowey ferowany” (Wilno 1651).
Po kwiecistych, w duchu epoki barokowej utrzymanych słowach wstępnych podaje ks. Narkiewicz skrótowe dzieje rodu Ciechanowiczów zaczynając od Bogdana, który po spędzeniu dłuższego czasu w Moskwie (prawdopodobnie należał do grona kilkuset rycerzy polskich, którzy wspierali Dymitra Dońskiego z Tatarami w sławetnej bitwie na Polu Kulikowym, 1380) wreszcie – cytujemy – „Za Władysława Polskiego y Węgierskiego, będąc życzliwym wolnościom Państwa naszego, a nie chcąc mieć w zawarciu cnoty swojey, y potomków swoich, z Monarchiey Moskiewskiey przeniósł się in gremium wolney Rzeczypospolitey naszey. Temu dla znacznych przysług rycerskich y wiary wielą razy doświadczoney, przy wolnościach stanu rycerskiego zwykłych, w Województwie Mścisławskim daninę konferowano, od tegoż Króla Władysława za Kancelarstwa Jana z Koniecpola Koniecpolskiego w roku 1452... Okazuje (wywód dalej) w roku 1473, za Kazimierza Króla, Symona Ciechanowicza, podkomorzego orszańskiego, który do sędziwego włosa przyszedszy ledwie się od wojenney zabawy uwolnił, człowieka wielce poważnego y mężnego. Okazuje roku 1503 Gabryela Ciechanowicza, który wprzódy był podsędkiem, potym także podkomorzym słonimskim, człowiek godny y umiejętny. Ten od Króla Alexandra do Francyey był dwakroć posłany, także y za Zygmunta I roku 1516 różne komissye szczęśliwie odprawował. Okazuje za Zygmunta Augusta w roku 1599 Pawła Ciechanowicza, który w pułku Jana Boratyńskiego, dwie chorągwie mając pod Połockiem siedm tysięcy Moskwy we dwu tysięcy na głowę porazili. Okazuje Jerzego Ciechanowicza, który z Philonem Kmitą, wojewodą smoleńskim, zawsze szczęśliwie przeciwko Moskwie wojując, na koniec za Stephana Króla, z tymże wojewodą smoleńskim w tysiącu y siedmiuset na dziewięć tysięcy Moskwy, którzy na czaty do Litwy wysłani byli, uderzywszy w siódmym razie potyczki zdrowie y żywot Oyczyźnie ofiarował. Okazuje, za tegoż Króla Stephana, Franciszka Ciechanowicza od Sęka Sukiem z ruska zwanego, który cały wiek swóy z Grzegorzem y Janem Chodkiewiczami, z wielką woyska pochwałą służąc na ostatek zebrawszy za consensem hetmańskim na Białej Rusi kilkadziesiąt kozackich chorągwi woluntariuszy, wprzódy bez utraty swoich, Krasno, wielce obronną fortecę ubiegł. Toż uczynił z Koszynem, gdzie dostatek żywności otrzymawszy, hetmanowi koronnemu Janów Zamoyskiemu y woysku znędznionemu pod Pskowem obficie dodał, y siebie samego, od gorączki ujść nie mogąc, tamże zostawił. Okazuje Ostafieja Ciechanowicza w tymże czasie pierwiey podwojewodzego, a potym chorążego mścisławskiego, który miał w tamtym województwie wielką u braci (szlachty) powagę y miłość, według toru przodków swoich. Okazuje na koniec Dymitra Ciechanowicza, pisarza ziemskiego połockiego, stryja rodzonego swego, człowieka wielce roztropnego, wymownego, rycerskiego, u wszystkich wziętego. Ten służył z Andrzejem Sapiehą, wojewodą połockim, który na ten czas miał sobie woysko poruczone (od W.X.L. hetmana Mikołaja Radziwiłła przeciw Moskwie w Inflanciech) prawe skrzydło poleciwszy Maciejowi Dębińskiemu, lewe Dmitrowi Ciechanowiczowi we czterech tysięcy znieśli Moskwy nad Wendą rzeką dwadzieścia cztery tysiące, y dwu wojewodów więźniów z wielką liczbą chorągwi nieprzyjacielskich temuż Stephanowi Królowi w Grodnie szczęśliwie prezentowali. Tenże Dmitr z odwagą swego zdrowia był posłem do Iwana, tyranna Moskiewskiego, u którego, nad nadzieję wszystkich, sprawił, co należało, ad integritatem Patriae”...
Chlubnie zapisali się Ciechanowiczowie do dziejów Polski w 1654 roku, podczas obrony Smoleńska przed najazdem moskiewskim, kiedy to wielu reprezentantów tego rodu osobiście walczyło dzielnie z najeźdźcą, jak i ofiarowało znaczne sumy na obronność kraju. Marcin Ciechanowicz, podczaszy smoleński, uzbroił i postawił z majętności Pokornowa, Wietki, Hniewkowa i Katynia 13-osobowy oddział szlachecki, w którego skład prócz kilku Ciechanowiczów wchodzili Jan Kotwicz, Łukasz Dzierożyński, Jan Porzętowski, Michał Zerwigroch, Gabriel Wasilewski, Jakub Rodziewicz, Tomasz Sadowski.
Pan Samuel Ciechanowicz z Dubrowki i Morzejkowa samotrzeć” stawał do obrony Smoleńska („Archeograficzieskij Sbornik Dokumientow”, t. 14, s. 32). W rejestrze obrońców Smoleńska czytamy też: „Od jeymości pani Bazyliney Ciechanowiczowey z Lichaczewa i Derżowa Jan Szymonowicz y Andrzej Sokołowski samowtór”. Wśród tych, którzy nie złożyli przysięgi carowi, utracili wszystkie majątki, lecz zostali zwolnieni roku 1655 do Polski byli wielmożni panowie Madaliński, Orlik, Ciechanowicz, Tołłpyha, Kamiński, Korsak, Pasek, Reutt, Łyko, Moczulski, Kołątaj, Wyrwicz, Korzeniewski, Rowicki, Zabłocki, Rakowski, Ogiński, kilkunastu dalszych.
Stanisław Ciechanowicz, wojski powiatu pińskiego, w 1668 r. podpisał uchwałę konfederacji generalnej warszawskiej („Volumina Legum”, t. 4,s. 500). Widocznie jego imiennik, inny Stanisław Ciechanowicz zm. 1700, był od 1665 łowczym smoleńskim, od 1668 łowczym, od 1673 chorążym, od 1688 podkomorzym pińskim. W 1672 przejął Poczobutów Odlanickich dobra Gaj w powiecie pińskim, był znajomym Jana Władysława Poczobuta Odlanickiego, autora wspomnień (patrz tegoż „Pamiętniki”, s. 76, 266. Warszawa 1987).
Stanisław Ciechanowicz, chorąży piński, w 1678 r. został mianowany przez sejm obradujący w Grodnie członkiem Rady Królewskiej przy Janie III Sobieskim. Od 1690 był deputatem Trybunału Skarbowego Wielkiego Księstwa Litewskiego („Volumina Legum”, t. 5, s. 270, 394). Tenże Stanisław Ciechanowicz, chorąży powiatu pińskiego, w lipcu 1679 roku zaskarżył Żydów wileńskich Szmojła Jakubowicza, Josia i Chaima Mojżeszowiczów, Szlomę Ickwicza, Morduchaja Józefowicza o niepłacenie należnych podatków.
Od połowy XVII w. Ciechanowiczowie gnieżdżą się gęsto na Pińszczyźnie, o czym świadczy m.in. następujący zapis archiwalny: „Ja, Andrzej Piotrowski, jenerał jego królewskiey mości powiatu Pińskiego, zeznawam tym moim relacyjm kwitem, iż roku teraźnieyszego 1679 July 5 dnia (...) do miasteczka Dorohiczyna, majętności ichmościów pana Stanisława Ciechanowicza, chorążego powiatu pińskiego, pana Kąstantego y Władysława Połubińskich dla odebrania podatku skarbowego z żydów arędażów y wszystkich karczmarzów w tym miasteczku zostających zjeżdżałem kilka razy... Tedy to żydzi będąc zufałemi, a zwierzchności jego królewskiey mości Rzeczy pospolitey sprzeciwiając się (...), niechcąc czynić dość powinności swey, (poborcę) zelżyli y udespektowali, zbili, suknie na nim podarli y z jego sukolektorstwa zegnali, należnego podatku do skarbu nie oddali... Jakoż ten wyżey mianowany sukolektor oświadczył przede mną jenerałem, że go żydzi Szmoyła Jakubowicz, Josia Moyszewicz, Chaim Moyszewicz, Szloma Ickowicz, Morduchaj Józefowicz po twarzy, po głowie y po bokach bili y ledwo żywego zostawili... Andrzej Piotrowski, jenerał jego królewskiey mości powiatu pińskiego" („Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskoju Komissijeju dla Razbora Driewnich Aktów”, t. 29, s. 63-65. Wilno 1865-1915).
„Aktykacyja weryfikacyej kamienic wielkich i małych, domów i folwarków, w mieście JKM stołecznym Wileńskim pod jurysdyką majdebyrską będących” z roku 1690, opisując Końską ulicę podaje: „Mała kamienica Ciechanowicza pusta, jedna” (cyt. wg: Metryka Litewska, red. T. Wasilewski, Warszawa 1989, t. 2, s. 27).
Hieronim Felicjan Ciechanowicz (zm. 1712) ok. 1690 r. posiadał w parafii szyrwinckiej dobra Poszyrwincie, Soboliszki, Łukiany, Szwejkowszczyznę, Suderwę, Pedargony; miał też dworek w wileńskiej Puszkarni i część dóbr Świrny w powiecie wiłkomierskim („Metryka Litewska”, t. 2, s. 74, 95, 261).
Zachował się list Krzysztofa Zawiszy z 4 września 1694 do bliżej nie zidentyfikowanej osoby duchownej, w którym jeden z Ciechanowiczów figuruje wśród „ludzi zawziętych na Świątobliwość Wpana Dobrodzieja”. Ten to – jak pisze Zawisza – „Jwpan Ciechanowicz wymyślnym spraw zgorzeniem chcąc wnieść sprawę, na postpozycyą snadź moją (jakobym nie wiedział o swoim y nie mógłbym się upomnieć o własność) wdarł się in alienam messem”... Widocznie chodziło o jedno z kolejnych (charakterystycznych!) niefortunnych posunięć gospodarczo-finansowych tego rodu, o najazd sąsiedzki i zabór majątku, do których to spraw Ciechanowiczowie stanowczo nie mieli dobrej ręki. (Dział Rękopisów Centralnej Biblioteki Akademii Nauk Litwy, F. 273-2711).
Michał Stanisław Ciechanowicz, starosta drużyłowski, podpisał w 1697 roku w imieniu województwa brzeskiego akt elekcji króla Augusta II („Volumina Legum”, t. 5, s. 456).13 września 1698 r. przed urzędem grodzkim pińskim „przypadła ku sądzeniu sprawa jegomości pana Arystotela Tura Zubackiego z wielmożnym jegomością panem Stanisławem Ciechanowiczem, podkomorzym powiatu pińskiego, za pozwem wniesionym o to, iż obżałowany jegomość pan podkomorzy nic nie respektując na stan szlachecki, prawo pospolite postponując y lekce sobie ważąc, gdy żałujący od lat kilkunastu oderwawszy się z domu condycyi swej nazwanej Pierkowicze w powiecie pińskim leżącey, w sprawach przyjacielskich na różnych sądach ustawicznie zatrudnionym zostawając, a rzadko kiedy którego roku ku domowi swemu na czas jakiś przybyć może, w niebytności tedy żałującego przez te lata, różnych miesięcy y dni targowych, w miasteczku Dorohiczynie, w powiecie pińskim leżącym, żydom swoim, obywatelom tegoż miasteczka, arędarzom, faktorom swoim, rozmaite krzywdy czynić, gwałtem zabierać, rabować, dizhonorem stan szlachecki oprimowac obżałowany jegomość rozkazuje y pozwala. Gdyż targu jednego żyd Mowsza Polak, faktor obżałowanego, (...) z czeladzią dworną chłopa niewinnego Pawluka Matfiejewicza ze wsi Horłowicz do condycyi pierkowickiej należącej, utłukszy, uszarpawszy, klacz mu z wozem sposobem gwałtownym wziowszy, do dworu obżałowanego zaprowadzono.
Znowu, targu drugiego, małżąka żałującego posyłała na targ córką swą panną Hanną Turówną, dla kupienia sobie różnych potrzeb domowych. Gdy tedy córka żałującego, żyda Polaka obaczywszy na targu, pocznie mu mówić: „panie Polak, co waszmości poddany rodzica mego winien, żeście go waszmość, dziś tydzień, uszarpawszy, ubiwszy, gwałtemście mu klacz z wozem wzięli y nie oddajecie? Wiecie waszmość, że chłop ma pana; jeżeli co winien, to skarżyć na niego, a na targu gwałty komu czynić to nie słuszna”.
Na te słowa żyd odpowie: „Nie doczekają się tego wasze hołysze szlachtury, pastusi przeciwko pana mego, żeby nasz jegomość miał się kiedy skarżyć, albo to sprawiedliwość u was błaznów żądać. Nie tylko chłop wasz, ale y sama ty maszkaro, świnia taka owaka, możesz kiedy oto tu w turmie tey, którą widzisz przed sobą, zgnić u pana mego”. Od których słów córka żałującego, zalawszy się łzami, odeszła co prędzey do gospody, a żyd jako sam chciał takiemi słowami uszczypliwemi brzydkiemi córkę żałującego przed wielą ludzi stanu szlacheckiego y gminu ludu prostego brzydko sromocił i lżył, jeszcze nie dosyć na tym, że znowu w miasteczku, także też na targu drugiego poddanego żałującego na imię Chwedora Matfiejewicza... odbiwszy temu klacz gwałtownym sposobem niewinnie wzięto y do dworu zaprowadzono, a przez niedziel kilka tą klaczą jeżdżono, robiono, a zrobioną, wynędzoną ledwo żywą wypędzono”.
Co gorsza, prawdopodobnie na rozkaz pana Stanisława Ciechanowicza, Żydzi drohiczyńscy pewnego razu napadli na tęż samą pannę Annę Turównę, gdy przybyła ona na targ do Drohiczyna, by kupić zboża na chleb: „Wypadłszy hurmem wszyscy (...) nic z kolasy wziąć nie dopuścili, samego córkę żałującego słowami brzydkiemi karczemnemi... na stanie szlacheckim panieńskim sromotnie zelżywszy, zbesztawszy, klacze dwie (...) gwałtownie z kolasy wyprzęgli, pieniądze, atłas w sposób łupu zabrali i zrabowali, y kolasę wytrzęśli, z niey kitaykę z fartuchem z sianem na ziemię w błoto wyrzucili y z tym wszystkim co zabrali na tychże klaczach do dworu pana swego, podkomorzego, odjechali. ...”
Wyliczane są w skardze i inne „wyczyny” zarówno samego Stanisława Ciechanowicza jak i jego poddanych, skierowane przeciwko Arystotelowi Turowi Zubackiemu. Zawzięta i zadawniona musiała to być waśń sąsiedzka, skoro tak ostrych nabrała kształtów i po sądach wałkowana była przez cztery lata („Akty izdawajemyje”..., t. 29, s. 216-218). W tymże czasie źródła pisane donoszą o Janie Konstantym, łowczym smoleńskim.

* * *

W XVIII wieku często trafiali Ciechanowiczowie do różnych ksiąg grodzkich i ziemskich. Około 1700 roku wymienia się często imię Michała Ciechanowicza, starosty drużyłowskiego. W tymże czasie Samuel Ciechanowicz cześnik smoleński, posiadał liczne dobra w powiecie wiłkomierskim.
Franciszek Strawiński, wojski starodubowski; Michał Ciechanowicz, występujący tym razem w roli podkomorzego powiatu pińskiego; Michał Orzeszko, podstoli i podstarości powiatu pińskiego; Jakub Stanisław Jaspers, miecznik wileński; Jan Horbaczewski, Ludwik Antoni Orda, Jan Tokarzewski, Michał Korybut książę Wiśniowiecki i inni na sejmiku gromnicznym 1701 r. w Pińsku podpisali uchwałę potępiającą samowolę magnacką Sapiehów. Uchwała szlachty powiatu pińskiego podjęta na sejmiku gromnicznym 10 lutego 1701 r. głosiła m.in.: „A gdy aeraria publica dla erigowanego woyska zagęściły się, dla których podatków sądy fiskalne ex praescripto legis być powinne, ichmościów panów urzędników grodzkich imcpana Parysowicza, horodniczego Pińskiego, y imć pana Heronima Ciechanowicza, podkomorzyca Pińskiego, za sędziów fiskalnych na cały rok aż do przyszłego da Bóg sejmiku deklarujemy, którzy ichmościowie sądy fiskalne, nie odjeżdżając z Pińska, aby odprawowali, pierwsze wołanie w dniu jutrzeyszym, to jest, octava Februari przez jenerala jego królewskiey mości uczyniwszy”. („Akty izdawajemyje”..., t. 13, s. 135).
Tenże Ciechanowicz, podkomorzyc piński, w imieniu województwa smoleńskiego podpisał w roku 1707 w Lublinie uchwałę konfederacji szlacheckiej („Akta ziemskie i grodzkie z czasów Rzeczypospolitej Polskiej”, t. 1, s. 135, Lwów 1868).
9 sierpnia 1709 r. w Głównym Trybunale Wielkiego Księstwa Litewskiego „ku sądzeniu przypadła sprawa jegomości pana Gaspra Ciechanowicza, cześnika smoleńskiego, z niewiernymi żydami starszemi kahału wileńskiego Nachimem Moyżeszowiczem, Moyżeszem Pinkowiczem, Zełkinem Boruchowiczem, Łazarzem Lewkowiczem, Boruchem Dawidowiczem, Hirszą Berkowiczem, Michałem Gordonowiczem” (...) o to, „iż pomienieni żydzi, pożyczywszy talarów siedmset jeszcze roku 1695” nie chcieli długu oddawać. Nie wiadomo, czy też oddali, chociaż wyrok nakazywał im to uczynić, a jednocześnie skazywał ich na infamię i karę śmierci (nikt wówczas poważnie tych wyroków nie brał, gdyż prawa nie były egzekwowane, a państwo istniało już tylko „teoretycznie”; „Akty izdawajemyje”..., t. 29, s. 343-347).
Z zapisu jednak w aktach Trybunału Litewskiego dowiadujemy się, że był Gaspar Ciechanowicz synem Michała i miał rodzeństwo: Jana Konstantego, łowczego smoleńskiego, Aleksandra, Władysława i Kaspra – braci; Zofię – siostrę. Wynika też z tekstu notatki sądowej, że spokrewnieni byli Ciechanowiczowie m.in. ze szlacheckimi rodzinami Zaleskich, Kuleszów, Menków, Kulikowskich, Makowskich, Olechnowiczów, Wyszomirskich, Kruglickich, Usakowskich, Sidorowiczów, Samotyjów, Mitkiewiczów, Iwanowskich, Rodkiewiczów, Husarzewskich, Giedrojciów, Piaseckich, Skirmuntów, Puzynów.
Akta archiwalne obok tej, dalej na wschód wysuniętej gałęzi domu Ciechanowiczów stale wspominają o innej, ciągle obecnej w Wilnie i okolicach (Por. CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 1787, 2100). Tak na przykład, Paweł Ciechanowicz, adwokat, wzmiankowany jest w księgach magistratu wileńskiego w kwietniu 1709 r. („Akty izdawajemyje”…, t. 10, s. 440, 457, 458).
Słynnym z ofiarności na rzecz szkół, kościołów i klasztorów był w swoim czasie Jan Józefat Ciechanowicz (w zakonie Joachim, biskup), co poświadczają liczne zapisy archiwalne.
W roku 1730 Teodor Ciechanowicz nabył majątek Janowo w powiecie oszmiańskim (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 2, nr 3461). Ciechanowiczowie posiadali także dobra Rafałowo w powiecie mirskim; Ruda – w słonimskim; mieszkali w zaścianku Zbycinie Księstwa Nieświeskiego panów Radziwiłłów; byli właścicielami Mokrzejowa w województwie smoleńskim, Zadoroża w Mińskiem, Ostaszkowa w powiecie wilejskim, Księdzowszczyzny w nowogródzkim.
Widymus z Ksiąg Grodzkich powiatu nowogródzkiego zawiera tekst przywileju „Najjaśniejszego Króla Jego Mości Polskiego Augusta Drugiego wielmożnemu panu Janowi Ciechanowiczowi na dwór Rayszyszki za zasługi nadanego”, który brzmi jak następuje: „August Drugi, z Bożej łaski król polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, żmudzki, siewierski, czernihowski, mazowiecki, inflancki, wołyński, podolski, podlaski, smoleński, kijowski, dziedziczny xiążę saski i elektor, oznajmujemy tym listem – przywilejem naszym, komu teraz i na potem będącego wieku ludziom wiedzieć potrzeba będzie, a mianowicie jaśnie oświeconym, jaśnie wielmożnym senatorom, dygnitarzom, urzędnikom ziemskim, grodzkim, panom szlachcie tak Korony Polskiej jak Wielkiego Xięstwa Litewskiego, iż przez Panów Rad naszych przy boku naszym będących prosił nas, Króla, abyśmy z łaski naszej królewskiej, pomnąc na usługi Jana Ciechanowicza nam żołniersko w randze pułkowniczej we wszelkich okazyach wojennych pełnione przeciw nieprzyjaciela naszego i Rzeczy pospolitej dali i konferowali dwór nasz Rayszyszki zwany w powiecie smoleńskim leżący w parafii zatoborskiej z poddanymi jemu i jego potomkom do miecza jego konferowali, z których nic nie płacąc, tylko razu pospolitego ruszenia z pocztem na koń ku obronie ojczyzny sam stawać przyporęczamy przy dostąpieniu dalszych prerogatyw szlacheckich dozwalamy i upewniamy; i na to dając ten nasz list przy wiszącej pieczęci Wielkiego Xięstwa Litewskiego potwierdzamy dla łaski naszej. Pisan w Warszawie dnia 19 marca roku pańskiego bieżącego 1740... Augustus Rex”... (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 391, z. 2, nr 3595, s. 5-6).
Józef i Michał Ciechanowiczowie podpisali w 1764 r. od województwa nowogródzkiego elekcję króla Stanisława Augusta Poniatowskiego („Volumina Legum”, t. 7, s. 122).
Jak inni bracia-szlachta Rzeczypospolitej żyli Ciechanowiczowie tymiż kłopotami i sprawami, bronili ojczyzny, pracowali na roli, cierpieli od intryg „przyjaciół”, wiedli żywot i umierali jak wszyscy inni ludzie. Świadczy o tym jeden z zachowanych dokumentów z końca XVIII stulecia: „Memoryał to jest wyrażenie sprawy Wielmożnego Jegomości Pana Michała Józefa Ciechanowicza, rotmistrza smoleńskiego, towarzysza Brygady Ussarskiej jazdy narodowey woysk Wielkiego Xięstwa Litewskiego do nayjaśnieyszego Departamentu Woyskowego w znacznych pokrzywdzeniach płaczliwie żądając sprawiedliwości świętey, podaje się w punktach poniżej następujących ręką moją podpisany Roku 1781 miesiąca Februaryi dnia (...)
1. Nayiaśnieyszy Departamencie, zostawałem czas niemały w chorągwi ussarskiej znaku zeszłego JWKsięcia Jegomości Michała Czartoryskiego, kanclerza W. X. Litt., która miała konsystencyą za poruczeństwa JW Pana Thadeusza Puzyny, starosty filipowskiego, teraźnieyszego brygadyera.
2. Dostając się pod ten znak równie z każdym kollego a innemi, y przewyższający wszystkim, jak należało do towarzystwa ussarskiego, miałem znaczny porządek i summę.
3. W czasie przyjęcia służby mojey za Nayiaśnieyszego Króła Jegomości Augusta III a poruczęstwa teraźnieyszego W. brygadyera miałem kredyt y zachowanie, a zatym odbierałem żołd mi należący zupełnie aż do roku 1771, którey we wszystkim łatwości y dowodów Jmć Pana Brygadyera rzecz okazuje korespondencya.
4. Zakroczyła śmierć Nayiaśnieyszego Augusta III, a za oną nastąpiło interregnum, przy doczekaniu szczęśliwie panującego Nayiaśnieyszego Pana, w czasie tym powstała burza w Oyczyźnie, y sam W. Brygadyer był w oney regimentarzem.
5. List wielmożnego Staniewicza, bywszego namiestnika tey chorągwi za gospodarstwa W. Brygadyera eo tempore porucznika, na oczu (?) dochodzie własnych zasług moich.
6. W. Puzyna podwodzi mnie korespondencyami do expensów, oświadcza promocyą y determinuje rezydencyą u JW Hetmana, a zatym gwałt przymusiwszy mnie namiot y zbroyę biorąc oblig ode mnie na złotych polskich 1400 do tego przyrzeka dać funkcję deputacką.
7. Omija to wszystko y mnie od roku 1771 aż do roku 1773 naymnieyszego nie dano szelągu; (...)”.
Punkty od 8 do 10 przedstawiają sobą wyliczanie strat i wydatków, które poniósł niemający talentu do rachunków pieniężnych rotmistrz Ciechanowicz na skutek chytrych zabiegów swych przełożonych. I dalej oryginał dokumentu:
„11. A gdym się o to wszystko dopominał, uraziła się na mnie komenda y zawsze mi na oczy oblig wyrzucano (...), y za te w brygadyer odbierał moje przez lat kilka zasługi, a ja niepłatny byłem.
12. Uwodził mnie listami na rezydencyą do Warszawy, przez co do znacznego przyszedłem expensu.
13. Ubliżył mnie według deklaracyi swoich, subfide honore et conścienna funkcyi deputackiey.
14. Poniżył mnie zasłużonego w randze namiestnikowskiey, a nowo zaciężnym oddał, zarzutem niezdolności, ale bardziey z nienawiści, zemsty zawsze szukającey.
15. W domaganiu się o zaspokojenie we wszystkim trzymającego w okowach krygzrechtem kazał, y pięćset kilkadziesiąt złotych polskich jakoby za supra wyrażonym obligiem płacić dekretem udysponował, którego dekretu żadną mi miarą niewydając sądzili takową sprawę wp. Narbut y Hromyka, porucznicy, wp. Czechowicz, bywszy chorąży, praesens porucznik.
16. Na dyspozycyę JW Xięcia Generała nie despektuje, żołdu należącego (...) do tych czas nie daje.
17. Pokrzywdzenia wielkie dzieją się dla mnie, tylko niech będzie pozwolono, doniesienie rozważy Sąd Nayiaśnieyszy”...
W końcu domagał się proszący odszkodowania w sumie 4500 złotych polskich i wieńczył swój „memoriał” zdaniem: „ Takowe pokrzywdzenia oddając do rozwagi Nayiaśnieyszego Departamentu, składam głowę moją u nóg Sprawiedliwości jako zasłużony Rzeczypospolitey towarzysz – Józef Michał Ciechanowicz”... (Dział Rękopisów Biblioteki AN Litwy, F. 12-3746).
W liście tym przejrzyście uwidacznia się jedna z dziedzicznych cech tego rodu, wciąż obecna – obok odwagi, ofiarności, wierności – zupełny brak wyrachowania i merkantylizmu; któż by, prócz Ciechanowicza, przez dwa lata ani razu nie upomniał się o należną wypłatę...
Wincenty Ciechanowicz obok Mikołaja Chmielewskiego, Piotra Kaznowskiego i Aleksandra Chomińskiego znajduje się wśród „namiestników” tj. zastępców dowódcy Brygady Drugiej tzw. ukraińskiej (a szóstej w numeracji ogólnej) Kawalerii Narodowej Wojska Koronnego, w 1790 roku stacjonującej w Tulczynie. Służył w l chorągwi jaśniewielmożnego Seweryna Rzewuskiego, hetmana polnego koronnego („Materiały do bibliografii genealogii i heraldyki polskiej”, t. 1, s. 15, Buenos Aires-Paryż, 1963).
W 1795 roku jedno z odgałęzień rodu Ciechanowiczów jest zarejestrowane w Księdze Szlachty powiatu mozyrskiego. Stało się to za sprawą Jana Barnaby Michała Ciechanowicza, który przeniósł się był tam świeżo z Guberni Wileńskiej. Był synem Michała i Anny z domu Czarneckiej. Pieczętowali się wówczas ci Ciechanowiczowie z Nowogródzkiego herbem Nałęcz, chociaż wywodzili się z Mogiły.
W spisie szlachty powiatu nieswieskiego i postawskiego z roku 1796 figurują Józef syn Stanisława Ciechanowicz, właściciel zaścianku Poźniakowszczyzna, żonaty z Marią, córką Marcina Wołodźki, mający synów Piotra i Jana; oraz 29-letnia wdowa po Symonie Ciechanowiczu Teresa z domu Rogalewiczówna, mieszkająca w zaścianku Dubejkach z synami Mikołajem i Gabryelem oraz córkami Wiktorią, Krystyną, Franciszką, Agatą (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 6, s. 12).

* * *

Kilka gniazd tego rodu istniało też, jak zaznaczyliśmy, na Żmudzi, były to jednak odgałęzienia pochodzące z Wileńszczyzny. Michał Piotr Ciechanowicz ochrzczony został 16 sierpnia 1808 r. w kowieńskim kościele parafialnym. Ojciec miał na imię Michał, dziadek – Jan. Rodzina mieszkała jednak na stałe w Wilnie, gdzie miała własną kamienicę.
Interesujące dane o tym rodzie podają także źródła oficjalne dawnej heroldii wileńskiej. Tak „Wywód familii urodzonych Ciechanowiczów herbu Nałęcz”, sporządzony i zatwierdzony przez heroldię wileńską 21 maja 1800 roku, donosi: „Przed nami, Gasprem Czyżem, marszałkiem guberńskim, Orderu Św. Stanisława kawalerem, Św. Anny drugiej klassy komandorem, prezydującym, oraz deputatami ze wszystkich powiatów Guberni Litewsko-Wileńskiej do przyjmowania i roztrząsania wywodów szlacheckich obranemi, złożony został wywód rodowitości szlacheckiej familii urodzonych Ciechanowiczów (herbu Nałęcz), przez który gdy dowiedzionym zostało, że familia urodzonych Ciechanowiczów w województwie Smoleńskim, Wileńskim, Mińskim była dostojnością szlachecką zaszczycona oraz posiadała ziemskie dziedziczne majątki, o tem upewnia extrakt testamentu Heronima Ciechanowicza, sędziego ziemskiego smoleńskiego (tej) familii służący pod datą 1650 miesiąca Octobra 25 dnia datowany, a 1790 oktobra 6 w Grodzie Słonimskim aktykowany.
Aleksander Ciechanowicz, łowczy smoleński i podstarości słonimski, brat rodzony Heronima, za protoplastę w mniejszym wywodzie wzięty, był opiekunem i sukcesorem dóbr, jak świadczy intromissya pod datą 1650 oktobra 24 uczyniona, do majątków po possesyą dziedziczną w Województwie Smoleńskim Mokście zwaną w dowód 1652 oktobra dnia 15 czyniony, a 1662 septembra do Ksiąg Głównych Trybunalskich Województwa Nowogródzkiego wpisany, list ugodliwy o majętności Mokściach pod datą 1655 apryla l; ekstrakt protestacyi z Ksiąg Grodzkich Słonimskich przekonywa, że Marcin Ciechanowicz miał synów trzech Heronima, Jana i Mikołaja, którzy, że mieli possesye dziedziczne, w dowodzie 1670 septembra 28 nastałe, a 1674 marca 6 w Grodzie Słonimskim zeznane prawo zrzeczne Hieronima Mikołajowi, czesznikowi słonimskiemu, bratu rodzonemu, służące; 1714 marca datowany, 1800 nowembra 2 z Ksiąg Grodzkich Nowogródzkich wyjęty extrakt przywileju od Najjaśniejszego Króla Jegomości Polskiego Augusta 2-ego Janowi Ciechanowiczowi i potomstwu jego dwór Rayszyszki w Województwie Smoleńskim położony za zasługi nadany 1686 septembra 3; remisja JW Pana Jana Ciechanowicza oraz dalsze konkwicye i dowody pochodzenia Heronima, Jana i Mikołaja przez rewolucyą pogorzałemi zostały 1769 februaryi w sądzie ziemskim oszmiańskim aktywowana lista familii szlacheckiej Jakuba Marcinowicza z synami Antonim i Jakubem 1797 februaryi 20; lista familii szlacheckiej Józefa Ludwikowicza z synami Antonim Józefem i Wawrzyńcem Franciszkiem, że był synem Ludwika, o tem świadectwo o pogorzałych metrykach Józefa Ludwikowicza oraz braciom wydane pod datą 1797 oktobra 23 dnia; ... 1796 februaryi 20 lista familii szlacheckiej Ludwika Józefowicza z synem Ludwikiem, tegoż roku Rafała, brata, z synami Szymonem, Walentym, Józefem, Stanisławem i Michałem; lista familii Szymona z synami Stanisławem i Jerzym i brata rodzonego Antoniego z synami Jerzym, Gasprem i Kazimierzem; tegoż roku lista familii szlacheckiej Szymona Franciszkowicza z synem Felicjanem, 1796 extrakt przyjęty na wierność Monarchii urodzonego Antoniego Józefowicza, gdzie o wolność prerogatyw szlachectwa i possesyi wzmienia się; że wywodzący się Ciechanowiczowie, mający possessye własne w Guberni Mińskiej i znani będąc za rodowitą szlachtę, wolne znajdowanie się i wotowanie na seymikach zawsze mieli, w dowód 1801 Januaryi 15 świadectwo od marszałka i wielu urzędników i marszałka Guberni Mińskiej zapewnia i przekonywa.
Jakub Marcinowicz miał synów dwóch, Antoniego i Jakuba; dowodem lista familii szlacheckiej; Franciszek Ludwikowicz miał syna Szymona, dowodem skazka szlachecka złożona zapewniła; Józef Ludwikowicz miał syna Ludwika, którego metryka pod datą 1796 oktobra 16 złożona przekonywa; Rafał, brat rodzony Ludwika, miał synów pięciu: Szymona, Walentego, Józefa, Stanisława i Michała, których metryki z ksiąg kościelnych parafialnych wyjęte pod różnymi datami złożone upewniły; Antoni, brat rodzony Szymona, miał synów czterech: Jerzego, Gaspra, Kazimierza i Woyciecha, złożonych świadectwo metryk dla Jerzego, Gaspra i Kazimierza; pod datą 1797 apryla 25 metryka Woyciecha z Antoniego; Jakub Jakubowicz miał syna Piotra, tego metryka pod rokiem 1795 Julii 3; Symon miał syna Felicyana, 1778 oktobra 23, metryka tegoż Felicyana; Antoni miał synów dwóch Michała, Antoniego; Karol miał syna Nikodema, tych metryki pod datą 1795 maja 3 i 1781 augusta 15 złożone, czynią przekonanie. Przy tym świadectwo xiędza Piusa Woyny, kanonika smoleńskiego, iż przodków metryki popalone zostały... Józef, brat rodzony Antoniego, że był ojcem Onufrego, w dowód 1807 junii 14 metryka Onufrego z Józefa. Te wszystkie wyż wymienione dowody niewątpliwą pewność o starożytności rodowitej szlacheckiej urodzonych Ciechanowiczów przyniosły i stwierdziły.
Na fundamencie przeto takowych zaprodukowanych dowodów, rodowitość starożytną szlachecką familii urodzonych Ciechanowiczów próbujących, my, marszałek gubernski i deputaci z powiatów, stosownie do przepisów na dyplomacie pod rokiem 1785 najłaskawiej szlachcie nadanym, wyrażonych, niemniej pilnując się też prawideł w ukazach z Rządzącego Senatu rządowi guberńskiemu (...) przesłanych, Familią Urodzonych Ciechanowiczów, wywodzących się, jako to: Szymona syna Józefa, Józefa syna Ludwika, Antoniego Józefowicza z synami Michałem i Antonim (...) Józefowicza z synem Onufrym, Wawrzyńca syna Józefa, Karola Mikołajewicza z synem Nikodemem, Jana syna Mikołaja, Ludwika syna Ludwika, Szymona, Walentego Józefa, Stanisława i Michała Rafałowiczów, Stanisława Jerzewicza i Szymona, Jerzego, Gaspra, Kazimierza, Woyciecha Antoniewicza; Piotra Jakubowicza, Felicjana Szymonowicza Ciechanowiczów za rodowitą i starożytną szlachtę polską uznajemy i onych do Xięgi Szlachty Guberni Littewsko-Wileńskiej klassy I-szej zapisujemy.
Działo się na sessyi Deputacyi Generalnej Wywodowej Szlacheckiej Gubernii Litewsko-Wileńskiej w Wilnie. Jakowy zapis pod pieczęcią urzędową stronie żądającej wydany roku 1820, miesiąca februaryi 22 dnia. Podpisy u tej dyplomy oraz pieczęć następne: Radca stanu Litewsko-Wileński, marszałek, kawaler Michał Romer. Wincenty Ancyporowicz, deputat powiatu wiłkomierskiego. Andrzej Samson Podbereski, szlachcic wywodowy z powiatu brasławskiego. Deputat Alojzy Sławiński. Deputat wywodowy z powiatu oszmiańskiego Marcin Dłuszczewski. Deputat wywodowy szlachecki rosieńskiego powiatu Rafał Francuzowicz. Deputat powiatu szawelskiego... S. S. Zgodno, a także sekretarz Strumiłło”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 8, nr 2596, s. 106-109).
Przeobfite materiały, dotyczące dziejów „nałęczowskiej” gałęzi rodu znajdują się m.in. także w zbiorach Narodowego Archiwum Historycznego Białorusi w Mińsku. W ciągu XIX stulecia ród Ciechanowiczów ciągle odnotowywany jest w różnych powiatach zaboru rosyjskiego, a reprezentanci jego potwierdzani byli w rodowitości przez heroldię wileńską w latach: 1800, 1804, 1808, 1828, 1832, 1833, 1837, 1839, 1844, 1845, 1846, 1847, 1848, 1849, 1851 (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 8, nr 1236; f. 391, z. 8, nr 131; f. 391, z. 7, nr 2855; f. 391, z. 9, nr 15, 72, 2690).
Zacznijmy przegląd dokumentów z tego okresu od podania, skierowanego do cesarza Wszechrosji przez jednego z członków tej rodziny: „Najjaśniejszy Najpotężniejszy Wielki Monarcho Imperatorze Mikołaju Pawłowiczu, Samowładnący Całą Rossyą Panie Najmiłościwszy!
Przynosi prośbę szlachcic Kazimierz syn Marcina Ciechanowicz w imieniu własnym i swego potomstwa.
Familia Ciechanowiczów w roku 1800 decembra 10 dnia złożywszy dowody w Deputacyj Wywodowej Szlacheckiej Wileńskiej i na fundamencie onych otrzymała Dekret Wywodowy, przez który uznana ta familia została za szlachtę i w Xięgę Szlachty zapisana; w tymże Dekrecie Wywodowym i w Xiędze pomieszczony jest proszący, który zawarłszy związek małżeński z Franciszką Ussakowską spłodził czterech synów, jako to: Alexandra Józefa, Adama Józefa, Szymona Franciszka i Stanisława Kazimierza, po nastałym Dekrecie, jak o tym będą następne dowody. Naprzód, że Kazimierz, syn Marcina, jest umieszczony w Dekrecie składa proszący Dekret nastały w roku 1800 decembra 10 dnia, i że miał rzeczywiście czterech synów, poświadczają metryki wydane z Kościoła Żejmeńskiego w roku 1832 października 4 dnia, potwierdzone przez dziekana i Konsystorz (…). Dopiero rzeczony Kazimierz syn Marcina i synowie jego Alexander, Adam, Szymon, Stanisław, iż nie są okładem podusznym zajęci, w dowód tego składa proszący świadectwo marszałka powiatu kowieńskiego, wydane w roku 1832 septembra 28 dnia za Nr. 1655, które dowodzi razem, że familia Ciechanowiczów przez Dekret Wywodowy roku 1800 decembra 10 dnia nastały, w dostojności szlacheckiej jest uznana (…).
Przeto ma zamiar proszący uzyskać w Deputacyi synów dołączenie do Dekretu wyż wspomnionego. Na mocy więc wyszczególnionych dowodów najpoddaniej proszę, aby Najwyższym Waszej Imperatorskiej Mości ukazem zalecono było tę moją prośbę w Deputacyj Wywodowej Wileńskiej Szlacheckiej przyjąć, a po przejrzeniu onej na fundamencie składających się dowodów dołączyć do Dekretu synów moich (…). Mającą zaś nastać rezolucyą dołączenia do Dekretu wyż wspomnionego wespół z dowodami składającymi się wydać proszącemu dla familijnych interesów.
Najmiłościwszy Monarcho, proszę Waszej Imperatorskiej Mości w takiej mojej prośbie dać łaskawy wyrok. (…) Podpisał sam proszący Kazimierz Ciechanowicz”. Prośbie zadośćuczyniono (Por. CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 9, nr 2726, s. 15).

* * *

Duże gniazdo rodu od wieków istniało w Ziemi Oszmiańskiej. Za protoplastę brano tu Stanisława, syna Jana, Ciechanowicza, figurującego w przywileju króla polskiego Władysława IV z 1640 r., na którego mocy otrzymywał on prawo do sprzedaży Ligęzom dziesięciu włok swej ziemi w województwie Smoleńskim. Z tegoż przywileju wynika, że był również właścicielem Poszyrwincia, Suderwy, Mokściów, Bobrykowszczyzny i Lewonowszczyzny (Koźliszek vel Brynkliszek) z poddanymi w województwie wileńskim. Posiadłości te przed śmiercią w 1714 roku odpisał swemu synowi Krzysztofowi. Ten zaś na mocy przywileju króla Augusta II, został w 1724 r. mianowany posłannikiem na sześciotygodniowy sejm, a w 1764 r. podpisał akt konfederacji. Jego syn Marcin otrzymał od Augusta III w 1735 r. we władanie dożywotnie majątek Braków z poddanymi w powiecie słonimskim. Pozostawił synów: Jerzego, Macieja, Jakuba, Tadeusza i Szymona, którzy również spłodzili liczne potomstwo płci męskiej. Jerzy miał m. in. syna Aleksandra (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 7, nr 1952, 1953, 1954, 1955, 1957).
W Centralnym Państwowym Archiwum Historycznym Litwy w Wilnie (CPHL) przechowuje się licząca sto kart teka poświęconą tej gałęzi rodziny Ciechanowiczów, z której pochodzi autor niniejszego tekstu (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 486, s. 1-100). Dokumenty tu zebrane pochodzą z lat 1820-1862. Zbiór zawiera pismo urzędowe, wysłane przez wileńskiego gubernatora cywilnego do dowódcy Kijowskiego Okręgu Wojskowego w 1842 r. potwierdzające szlacheckie pochodzenie Karola Marcina oraz Józefa Ciechanowiczów, jak wynika z tekstu, młodych mężczyzn, skazanych za polityczne przestępstwa na służbę w Kijowskim Batalionie Kantonistów Wojennych. Jako szlachcicom należały im się określone ułatwienia w surowej regule żołnierskiej, lecz cesarz Rosji Mikołaj I osobistym rozkazem cofnął te przewidziane przez prawo przywileje. Widocznie „zbrodnie” patriotyczne Józefa i Karola Marcina Ciechanowiczów były uważane za zbyt niebezpieczne, by oszczędzić im katorżniczej pokuty.
„Księga Szlachty” powiatu oszmiańskiego z roku 1844 wymienia między innymi Ksawerego Ciechanowicza, radcę tytularnego, oraz jego brata Hieronima, registratora kolegialnego, który miał żonę Barbarę ze Strzyżewskich, a z nią synów Franciszka Ksawerego i Juliana Pawła oraz córki Pelagię, Domicelę, Zofię i Judytę. Ksawery Ciechanowicz był właścicielem folwarku Pomerecz z 60 poddanymi. Razem z nim mieszkali jeszcze trzej bracia: Józef i Aleksander, obaj porucznicy Białowieskiego Pułku Piechoty, oraz Bogusław z żoną Rozalią z Grzybowskich i synami Ksawerym oraz Julianem Józefem (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 7, nr 427, s. 4).
W roku 1851 heroldia wileńska wydała świadectwa rodowitości szlacheckiej 26 rodzinom Ciechanowiczów, wywodzącym się z tego samego pnia, a posiadającym zaścianki, wsie i okolice Skrodszczyzna, Bielica, Żwirbliszki, Chodźkuny, Bardzobohaciszki, Prachowszczyzna, Grodzie, Batuki, Narbutowszczyzna, Słobódka, Wańkowszczyzna, Wojsznaryszki, Żukowszczyzna, Proporty, Czerniszki, Ożobiele. W powiecie wileńskim Szymon Ciechanowicz dzierżawił od hrabiego Tyszkiewicza majątek Szwajcaria; w powiecie nowogródzkim Ksawery Ciechanowicz zarządzał majątkiem Kajszówka ziemianina Niezabitowskiego, mieszkając w okolicy Wołcach; a w powiecie mińskim Józef Ciechanowicz z synem Rafałem dzierżawił od Rdułtowskich folwark Cycykowszczyzna.

* * *

Szymon Ciechanowicz w 1816 roku skazany został na 12 lat więzienia za przestępstwa polityczne. W trakcie odbywania karnej służby wojskowej w 8 Wołyńskim Pułku Jegierskim był sanitariuszem. Jak powiedział na śledztwie, pochodził z zaścianka Bielica, wówczas własności książąt Radziwiłłów (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 8, nr 2545, s. 28).
W grudniu 1819 r. heroldia wileńska potwierdziła rodowitość Adama Jakubowicza Ciechanowicza z synami Szymonem, Stanisławem i Bazylim z powiatu trockiego (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1006, s. 12). W roku 1826 Feliks Ciechanowicz pełnił obowiązki wileńskiego guberńskiego marszałka szlachty, a jego podpis uwierzytelnia zbiór wywodów genealogicznych szlachty, zatwierdzonych w tym roku przez herolgię w Wilnie (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1775a).
W 1832 i 1836 roku Grodzieński Zarząd Cywilny potwierdził rodowitość szlachecką radcy tytularnego Feliksa Ciechanowicza i jego dzieci Edwarda Ignacego, Daniela Apolinarego i Kaliksta Jana Antoniego. Jak wynika z tegoż dokumentu, Daniel Apolinary obrał karierę w wojsku carskim (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 2, nr 3455). W 1837 roku heroldia wileńska potwierdziła rodowitość szlachecką sekretarza guberńskiego Waleriana Ciechanowicza, właściciela dóbr Ostaszków w powiecie wilejskim (około 150 „dusz”), jego żony Heleny (z Łukowiczów) oraz dzieci: Anastazego, Zenona, Weroniki, Benigny, Stefanii, Barbary i Marii.
Szeregowiec Apszerońskiego Pułku Piechoty „iz polskich urożencew” Józef Ciechanowicz (w pisowni rosyjskiej: Tichonowicz), powołany na rekruta w guberni mińskiej, zwrócił się 22 maja 1840 roku, stacjonując w Tyflisie, z pisemną prośbą do grodzieńsko-białostocko-mińskiego gubernatora generał-lejtnanta Mirkowicza, aby ów pomógł mu ściągnąć dług (10 rubli srebrem) od szlachcica ze wsi Szwedy mińskiej guberni Jana (Iwana) Pawłowicza. Rzecz znamienna: do sprawy tej wmieszało się kilku generałów i specjalnym kurierem dług został zwrócony i dostarczony na Kaukaz 19-letniemu młodzieńcowi. Któżby dziś śmiał marzyć o takim poziomie porządności… władz… (CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1840, nr 322).
3 lipca 1848 roku heroldia wileńska wydała zaświadczenie o rodowitości szlacheckiej Józefowi Ciechanowiczowi, zamieszkałemu w Mińsku oraz jego synom, oficerom, Karolowi Marcinowi, służącemu w Estlandzkim Pułku Jegrów oraz Józefowi, służącemu w Sofijskim Pułku Morskim (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 182, s. 283-284).
Michał Ciechanowicz z żoną Marianną z Czajewskich i córką Wiktorią przed 1851 r. dzierżawili majątek Pikieliszki ziemianki Gorskiej (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 8, nr 2548, s. 21-22). W Kościele Kojdanowskim w 1854 r. wpisano do metryk imię nowo urodzonej dziewczynki – Katarzyny Janiny, córki Bogusława i Róży z Grzybowskich Ciechanowiczów. Do chrztu trzymali dziewczynkę Kazimierz Korkuć i Janina Dowacewicz (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 3, s. 561).
W powstańczym roku 1862, gdy władze carskie nagminnie montowały sfabrykowane prewencyjne procesy sądowe przeciwko kresowej szlachcie polskiej podejrzewanej o rewolucyjne nastroje, pod sąd wojskowy trafił też Franciszek Ciechanowicz, syn Justyna Jerzego, zamieszkały w powiecie oszmiańskim. Ksawery Ciechanowicz w 1863 r. był podoficerem Wileńskiego Batalionu Straży Wewnętrznej (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 9, nr 694). 17 stycznia 1863 roku generał-adiutant Nazimow mianował młodszego sztabs-oficera 1-go batalionu strzelców Pawłogrodskiego Pułku Piechoty majora Ciechanowicza, wojskowym naczelnikiem powiatu trockiego. (Por. „Archiwnyje matieriały Murawiewskogo Musieja”, t. 2, s. 15, 82, 426, Wilno 1915).
Szef 4 Korpusu Żandarmów otrzymał 13 stycznia 1864 roku z jednej ze stacjonujących w Wilnie jednostek wojskowych meldunek następującej treści: „Szeregowy Wileńskiego Batalionu Straży Wewnętrznej Jakub Ciechanowicz za dezercję, znajdowanie się w szajce buntowników i udział w działaniach z bronią w ręku przeciwko wojskom rosyjskim niniejszego dnia o 10 godzinie rano został na mocy wyroku sądu wojskowo-kryminalnego w mieście Wilnie poddany karze śmierci przez rozstrzelanie. O czym mam zaszczyt zawiadomić Waszą Wysokość. Sztabs-kapitan…” Podpis nieczytelny (CPAH Litwy w Wilnie, f. 419, z. 2, nr 186-187, mf.)
W 1864 roku chłop Benedykt Mazur, będący najemnym robotnikiem u 50-letniego szlachcica Macieja, syna Ignacego, Ciechanowicza, zamieszkałego w miasteczku Derewno, znalazł schowaną u tegoż w łóżku lufę karabinową, o czym natychmiast doniósł policji rosyjskiej. Przybyli do mieszkania Ciechanowicza żandarmii przeszukali go gruntownie, lecz nic więcej nie znaleźli. Śledztwo i przesłuchania trwały ponad rok, aż do grudnia 1865 roku, kiedy to, w obliczu faktu, że lufa karabinu znajdowała się w stanie wskazującym na zupełną niemożebność jej wykorzystania w „zbrodniczych celach”, komisja śledcza ograniczyła się do skazania M. Ciechanowicza „tylko” na grzywnę pieniężną, nie zaś na zesłanie do Syberii (CPAH Litwy w Wilnie, f. 1248, z. 1, nr 708).
23-letni Joachim Ciechanowicz, szlachcic powiatu wilejskiego, mieszkający w Kownie, za bezpośredni udział w walkach „polskich buntowników” przeciwko oddziałom rosyjskim (z bojami w ciągu dwóch miesięcy przeszedł od Wilna do okolic Warszawy, skąd wracając został na jednej ze stacji kolejowych aresztowany) skazany w 1864 r. został na wygnanie syberyjskie do guberni tobolskiej. Tym razem z donosem do władz rosyjskich na „podejrzanie” wyglądającego młodego człowieka pospieszyli chłopi Juzajtis, Łuzorajtis i Gustajtis. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 1248, z. 1, nr 274).
Walerian Rafał Ciechanowicz zamieszkały w majątku Słobódka Horbaczewska powiatu rohaczewskiego Guberni Mohylewskiej w 1867 r. miał trudności z potwierdzeniem swej rodowitości przez władze carskie (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 9, nr 780). Felicjan Ciechanowicz z zaścianka Żukowszczyzna (Szukowszczyzna) powiatu oszmiańskiego w 1868 r. zwracał się do Aleksandra Domejki, marszałka szlachty Guberni Wileńskiej, o wydanie świadectwa dotyczącego rodowitości szlacheckiej i uzyskał je (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 8, nr 842, s. 340).
W 1890 roku urzędy rosyjskie odmówiły uznania rodowitości szlacheckiej Antoniego Aleksandrowicza Ciechanowicza z powodu braku koniecznych papierów. Tak starożytny ród szlachecki, podobnie jak setki innych, spychany był do klasy jednodworców czyli chłopów, pozbawionych wielu praw publicznych. Jeszcze w 1820 roku postąpiono w podobny sposób z jego ojcem Aleksandrem Jerzewiczem Ciechanowiczem. Carat jak ognia bał się szlachty polskiej, dążył więc do jej ubezwłasnowolnienia poprzez dyskryminację prawną (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 9, nr 1437). Nie można jednak było w ten sposób zlikwidować całej tej patriotycznej warstwy społecznej, jaką była kresowa szlachta polska.
Jak podaje „Spis ziemian Mińskiej Gubernii” (Mińsk 1899, s. 60, 228 i 327 in.) Wincenty, Leon i Aleksander Ciechanowiczowie posiadali folwark Skrobowo; Zachariasz – dobra Masiukowszczyzna w powiecie mińskim; Włodzimierz, Michał i Czesław – Zarzecze w ihumeńskim, Aleksander – Wilcze Błoto w nowogródzkim, Gabryel – Księdzowszczyznę w nowogródzkim…
Józef, syn Ignacego, Ciechanowicz był około roku 1898 tajnym radcą tytularnym, urzędnikiem do szczególnych poruczeń w Ministerstwie Komunikacji Pocztowej w Petersburgu (N. Szaposznikow, „Heraldica”, t. 1, s. 229, Petersburg 1900).

* * *

Z rodu Ciechanowiczów pochodził cały szereg znakomitych działaczy kultury i nauki na terenie Polski, Litwy, Białorusi, Rosji. Tom 5 „Encyklopedii Powszechnej” S. Orgelbranda (Warszawa 1861, s. 600) np. podaje, że Wojciech Ciechanowicz wydał był panegiryk ślubny pod tytułem: „Simphonia nuptialis ex harmonica anno 1636 ad sacros hymaenaeos Francisci de Żurow Daniłowicz Czerwonogrodensis Capitanei et Elisabethae Catharinae Friderici Sapiecha Succamerarii Włodimiriensis filiae”, (Lublin 1636) in 4-to wierszem łacińskim oraz „Harmonija upominków siedmiu od siedmiu Bogin niebieskich J.P. Elżbiecie Katarzynie Sapieżance, podkomorzance włodzimierskiej” (Lublin 1636).
Ladislaus Ciechanowicz, retor Zakonu Ojców Jezuitów był autorem „Oratio pro renovatione votorum. In circumstantia primo illo anno concessarum a Clemente XI, Pontifice Maximo societati horarum canonicarum et missa de Sanctissimo Nomine Jesu, cuius festivitas tunc pridie Renovationis inciderat”. Tekst ten znajduje się w rękopiśmiennym zbiorze mów retorskich z Grodna, Nieświeża i Nowogródka w roku 1702 (Dział Rękopisów Biblioteki Uniwersytetu Wileńskiego, F. 3-69, s. 5-7). Był tenże retor Władysław Ciechanowicz autorem okolicznościowych elegii w języku łacińskim (tamże, s. 15-17; 21-24; 39-47).

* * *

Na przełomie XIX-XX wieku cieszyła się wielką sławą utalentowana śpiewaczka operowa Maria z domu Ciechanowicz Salvini. W Dziale Rękopisów Centralnej Biblioteki Akademii Nauk Litwy (F. 151-152) znajdują się materiały przygotowane przez Lucjana Uzięmbłę, o tej właśnie artystce. Czytamy m.in. w tym przekazie archiwalnym: „Marya Ciechanowiczówna-Salvini, sopranistka dramatyczna, urodzona w Wilnie z ojca Michała i matki Anny z Mikulskich. Jedna z całej tej muzykalnej rodziny otrzymała poważne wykształcenie artystyczne: ojciec był uczniem Moniuszki i nie miał sobie na Litwie równego w grze organowej wśród starego pokolenia. Z rodzeństwa zaś siostra panna Helena obdarzona była pięknym głosem altowym; brat zaś Józef biegłym jest w grze fortepianowej, a Kazimierz skrzypcowej.
Talent objawił się wcześnie, a w roku 1885 panna Marya Ciechanowicz pojechała do Medyolanu, gdzie studiowała przez półtrzecia (2,5) roku u Francesco Lampertiego, przez trzy miesiące u Gnadeniniego. Pierwsze występy odbyły się w Mortara, gdzie przez półtora roku mieszkała, w r. 1888, a gazeta „La Giované Lomellino” pisała, iżartystka występowała na naszej scenie w roli Pierotta z opery Linda, tudzież jako Casilda z Ruy-Blas, z pierwszych chwil mając sobie zjednaną publiczność sympatycznym i dźwięcznym głosem, podobnie jak i miłą powierzchownością i pewnością wykonania w wokalnej oraz dramatycznej części swych ról. Publiczność zaś nie szczędziła oklasków i owacji, wywołując kilkakrotnie po każdym akcie. (Pomijając koniec opery)”.
Jak świadczy drukowany wówczas na cześć artystki sonet (Mortara, 3 Maggio 1888, Tipografia Botto), występowała Ciechanowiczówna jako „primadonna contralto” (…). W tymże roku 1888 panna Ciechanowiczówna występowała w Brescia, w Teatrze Guillaume, 3-go listopada wespół z artystami Segalinim, Simonim, Jorionim, Vennemem, Marmentinim i artystkami: Rastelli-Parodi i Bernini. W roli Pierotta zdobyła prawdziwy sukces. Dyrektorem orkiestry operowej był wtedy w Brescia bardzo zdolny muzyk i kompozytor Gellio Coronaro, brat znanego chlubnie we Włoszech kompozytora Gaetano Coronare.
Panna Ciechanowiczówna dużo korzystała ze wskazówek praktycznych u pomienionego dyrektora orkiestry.
O następnych sukcesach pisze „Gazetta Bresciana” w te słowa: „Nasze giornale czynią wielkie pochwały pannie Maryi Ciechanowicz, wywiązującej się z takim temperamentem w trudnej roli Leonory (Faworyta); szczególnie w trzecim akcie śpiewaczka ma pole do wykazania swego ładnego głosu, jak również akcentu dramatycznego – chwile szczęściwe, w aryi zaś – „pieto al puo d’uno Nume” czyni silne wrażenie na słuchaczach”… I dalej Uziębło kontynuuje: „Na swój benefis panna Ciechanowicz stawiła scenę i duet z opery Romeo e Giuletta; wykonawszy partię Romea z wdziękiem i siłą uczucia, w aryi „Ah! se tu donni” odbierała silne oklaski i owacje, podnoszono kwiaty, girlandy, sonety i kosztowne podarki; na żądanie „bis” powtórzyła arię; w duecie była dobrą sekundowaną przez pierwszą siuitę Illari. Po skończonej operze artystka silnie wzruszona dziękowała towarzyszom sceny, którzy na kompletne uczczenie koleżanki wykonali serenadę.
O powodzeniu utalentowanej śpiewaczki w Mediolanie świadczy „Il Secolo e Lombardia di Milano”. W partyi Laura z opery Gioconda w naszym Dal Verme panna Marya Ciechanowicz, już jako Salvini, wykazała, iż partya ta zupełnie nadaje się do jej dramatycznego mezzo-sopranowego głosu. W ogóle panna Ciechanowicz okazała talent niepospolity i można przewidzieć przyszłe jej honory na polu artystycznym”.
Nadto panna Ciechanowicz przyjmowała udział w koncertach, jakowe się odbyły oprócz miast pomienionych (Mediolan, Brescia, Mortara), występowała w teatrze w Loddi, jeszcze w Cannes, Nizzy i innych miejscach. Okoliczności rodzinne zniewoliły przybyć do Wilna w r. 1889 na kilka miesięcy, poczem po zabawieniu znów w 1889 – 91 r. w Mediolanie opuścić go i wskutek długiej ciężkiej choroby matki, a następnie jej zgonu (w styczniu r. 1896), dotąd pozostawać w rodzinnym Wilnie, z postanowieniem atoli rychłego wyjechania za granicę dla ukończenia scenicznej kariery.
W Wilnie pani Salvini bardzo mało zajmowała się lekcjami, lecz dała doskonałe pożytki kilku uczniom i uczennicom, prywatnie oraz w miejscowej szkole muzycznej. Nadto artystka wystąpiła z powodzeniem w kilku koncertach: w Wilnie, Grodnie, Witebsku i Druskienikach. W roku 1892 wystąpiła na scenie warszawskiej w „Faworycie”, w tymże roku koncertowała w petersburskiej „Lutni” i „Solanym Gorodku” (na cel dobroczynny), wspomagając tym innych artystów.
W Grodnie dwa z rzędu koncerty cieszyły się rzetelnym sukcesem, jak również w Witebsku. W Wilnie pani Salvini koncertowała dwa razy, ostatnio w dniu 22 stycznia roku 1895 ze współudziałem siostry w duecie.
Silny metaliczny sopran primadonny włoskiej, brzmiący szlachetnie a pełen uczucia i artystycznego temperamentu, wielce się podobał licznie zgromadzonej publiczności. Sympatycznie podejmowaną była i siostra artystki panna Helena Ciechanowicz (…)”. W repertuarze sióstr dominowały utwory Verdiego, Donizettiego, Gounoda.
W Druskienikach występowała razem z wiolonczelistą J. Gorskim, „gdzie dystyngowana polska przeważnie publiczność serdecznie podejmowała utalentowanych artystów. Pani Salvini otrzymała ładny bukiet”…

* * *

Znani i szanowani byli Ciechanowiczowie w Rosji, dokąd zresztą trafiali nie tylko jako zesłańcy, lecz i w charakterze oficerów, urzędników, naukowców czy literatów.
Od 1835 roku w księgach szlachty Guberni Twerskiej figuruje podpułkownik Antoni syn Józefa Ciechanowicz i jego żona Eulalia córka Leona (Jewłampija Lwowna), z jakiego domu, źródła nie podają. Wiadomo tylko, że w 1844 r. mieli małżonkowie trzy córki: Julię (ur. 1825), Iraidę (ur. 1828), Katarzynę (ur. 1832) (Por. M. Czerniawskij, „Gienieałogija gospod dworian Twerskoj Gubernii”, s. 203, nr 1314, rękopis w Centralnej Państwowej Bibliotece im. W. Lenina w Moskwie).
Spośród całego szeregu zasłużonych reprezentantów tego rodu w Rosji wymieńmy Aleksandra Nikołajewicza Ciechanowicza (1863-1896), autora poczytnych powieści; Antoniego Zacharowicza Ciechanowicza (1864-?), znakomitego chirurga, autora kilku cenionych książek z zakresu medycyny; Wiktora Władysławowicza Ciechanowicza, znakomitego inżyniera okrętnictwa („Riecznoje sudostrojenije”, t. 1-2, Niżnij Nowgorod 1908); jego brata Jurija, pisarza dziecięcego („Maleńkije rybki”, „Nasz akwarium” etc.); profesora A.W. Tichonowicza (tak nieraz modyfikowano to nazwisko w Rosji, zgodnie z charakterem języka rosyjskiego), drugiego znakomitego chirurga; A.P. Tichonowicza, cenionego poety i prozaika; N.N. Tichonowicza, wybitnego geologa; Josifa Tichonowicza, doktora medycyny, autora dzieła „Kosmołogia ili opisanije mirozdanija” (Moskwa 1861); Wasilija Pietrowicza Ciechanowicza, beletrysty, autora powieści „Grom nad śniegami”, „Towarzysze oficerowie” i szeregu dalszych.
Dla rozwoju technologii związków gumy w ZSRR był zasłużony M. Ciechanowicz, pracownik naukowy Konstruktorsko-Technologicznego Instytutu Techniki Tlenku Węgla w jednym z miast syberyjskich.

* * *

W kulturze białoruskiej XX wieku zasłynął cały szereg znakomitości, pochodzących z tego rodu. Tak Walenty syn Mikołaja Ciechanowicz (pisany z białoruska jako „Walancin Cichanowicz”) urodził się w Wilnie 28 sierpnia 1909 roku, zmarł w Mińsku 25 sierpnia 1978. Studiował w Leningradzie i Witebsku. Został wybitnym karykaturzystą, wnikliwym obserwatorem ludzkich charakterów i postępków oraz artystycznym analitykiem zjawisk i procesów społeczno-politycznych. Był również nieprześcignionym mistrzem w przedstawianiu wizerunków zwierząt, znakomitym autorem ilustracji do dzieł literackich, zilustrował m.in. „Alonkiny skazki” D. Mamina-Sibiraka, „Zimowje zwierej” Aleksego Tołstoja, „Zwier burunduk” Michaiła Pryszwina, „Gołubaja czaszka” Arkadija Gajdara, zbiór baśni białoruskich „Moroz – sinij nos”. Uchodzi za pioniera grafiki animalistycznej Białorusi i za jednego z najlepszych autorów ekslibrysów oraz medali pamiątkowych.

* * *

Konstanty Ci(e)chanowicz (ur. 1929) to znany autor dzieł malarskich, ilustracji literackich, medali pamiątkowych.

* * *

Powszechnie znane na Białorusi i w całym byłym ZSRR było także imię Eugeniusza (Jauhiena) syna Mikołaja Ci(e))chanowicza (1911 – 2005), który przyszedł na świat 25 listopada 1911 roku w miejscowości Dżusały w Kazachstanie. Do 1932 roku zaocznie studiował w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Witebsku. Reprezentował nurt realistyczny w malarstwie: „Prazdnik urożaja” (1938), „Ugon w rabstwo” (1944), „Partizany w zasadie” (1958); portrety klasyków kultury białoruskiej Aloizy Paszkiewicz (Ciotki, 1946), Franciszka Skoryny (1977), Franciszka Bohuszewicza (1977), Jana Łucewicza (Janki Kupały, 1978), Konstantego Mickiewicza (Jakuba Kołasa, 1978), Uładimira Hałubka, swego dziadka po kądzieli, białoruskiego aktora (krewniaka polskiego aktora Gustawa Holoubka); ponad 400 ekslibrysów, w tym Eduardasa Gudavičiusa, Waltera Ulbrichta, Herberta Otto i innych znanych osobistości polityki, kultury i nauki. Jauhien Ci(e)chanowicz zilustrował książkę E. Ahniacwieta „U pionierskogo kostra”, D. Furmanowa „Czapajew”, Jakuba Kołasa „Ranica życcia”.

* * *

Jego synem był Henryk Ciechanowicz (1937 – 2000), urodzony 28 maja 1937 roku w Mińsku, także wybitny artysta malarz. Studia w zakresie plastyki ukończył w Akademii Sztuk Pięknych w Leningradzie. Był bardzo wysoko ceniony przez oficjalne władze ZSRR, w latach 1971 – 1973 pełnił np. (jak poprzednio przez wiele lat jego ojciec) obowiązki kierownika artystycznego stałej Wystawy Osiągnięć Gospodarki Narodowej w Moskwie, i także przyczynił się, (też podobnie jak jego ojciec i stryj) do tego, by naród białoruski, mimo utraty niepodległości, zachował i dalej rozwijał swą oryginalną tradycję artystyczną.
A nie było to zadanie łatwe. W 1937 roku NKWD odstrzeliło 90% składu osobowego Białoruskiej Akademii Nauk w Mińsku, jak też większość pisarzy, rzeźbiarzy, architektów, wykładowców, nauczycieli, malarzy tej republiki. Spowodowało to straszliwe obniżenie ogólnego poziomu kultury, a tym jej twórcom, którym udało się jakimś cudem uniknąć bolszewickiej rzezi, wtłoczono na twarz psi kaganiec. Dalece nie wszyscy oficerowie NKWD byli tylko tępymi rzeźnikami, ślepo wykonującymi każde polecenie politycznych schizofreników. Było wśród nich mnóstwo osób bardzo inteligentnych i doskonale wykształconych, znających się na genealogii i heraldyce, psychologii i religii, filozofii i malarstwie, historii i politologii, muzyce i wojskowości. Potrafili oni m.in. natychmiast wyczuć i odczytać ducha religijnego w zdawałoby się zupełnie świeckich dziełach malarskich, na których nie było ani wizerunków świętych, aniołów, krzyży czy jakichkolwiek innych symboli tego rodzaju. Jeśli gdziekolwiek jednak, nawet w mieszkaniu prywatnym (!), zjawiał się taki „nieprawomyślny” utwór, już po kilku godzinach pojawiał się tutaj też „ktoś” po cywilnemu ubrany, niewpadający w oko „anioł stróż” z bezpieki, który uprzejmie informował organizatora wystawy, że taki to a taki obraz powinien natychmiast być usunięty. I zostawał usunięty. A jeśli nie, to już niebawem zarówno organizator wystawy, jak i autor obrazu, tracili pracę, wolność, a nieraz i życie.
Na skutek takiego spustoszenia do kultury i języka białoruskiego, podobnie jak do kultury i języka ukraińskiego, reżym sowiecki umiejętnie kreował ujemny, sarkastyczny i swoiście „pobłażliwy” stosunek jako do czegoś niższego, chłopskiego, „kołchozowego”, gorszego niż kultura i język rosyjski. Było to w interesie szowinizmu wielkorosyjskiego. Ale też tym zapędom imperializmu przeciwstawił się szereg działaczy kultury Białorusi, takich, jak mianowicie Ciechanowiczowie, Sawiccy i in.
Henryk Ciechanowicz od 1992 roku został w niepodległym Państwie Białoruskim wykładowcą malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Mińsku. Jego zaś twórczość artystyczną należy ulokować umownie na pograniczu realizmu i symbolizmu: „Aposzniaja ataka” (1967), „Mietrabudaucy Mińska” (1983), „Abliczcza wajny” (1988), „Bitwa pad Orszaj” (1996). Przedwczesna i nieoczekiwana śmierć uniemożliwiła jednak pełne zrealizowanie ogromnych możliwości twórczych tego wybitnego intelektualisty i malarza.

* * *

Jeśli chodzi o Polskę, to tutaj cała plejada panów Ciechanowiczów w XX wieku owocnie pracowała w zakresie szkolnictwa wyższego, szczególnie medycznego, ale też artystycznego, czy przemysłowego.



Hryniewiecki



Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (t. 4, s. 758) podaje o tym znakomitym uczonym dość obszerne informacje: „Hryniewiecki Bolesław, ur. 20.II.1875, zm. 13.II.1963 w Brwinowie koło Warszawy, botanik; studiował na uniwersytecie w Warszawie; 1894 za udział w patriotycznej manifestacji usunięty z uczelni, uwięziony i wywieziony do Rosji; 1900 ukończył studia na uniwersytecie w Dorpacie; 1914-1919 profesor botaniki na uniwersytecie w Odessie oraz dyrektor ogrodu botanicznego tamże; odbył szereg podróży naukowo-badawczych na Ural, Kaukaz i do Armenii; 1919 wrócił do Polski, został profesorem systematyki i geografii roślin na uniwersytecie w Warszawie oraz dyrektorem ogrodu botanicznego; od 1922 członek PAU, od 1951 członek PAN. Był jednym z założycieli i długoletnim prezesem Polskiego Towarzystwa Botanicznego, członkiem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Opublikował ponad 150 prac z systematyki i geografii roślin, ochrony przyrody, historii botaniki (głównie w Polsce), z anatomii i fizjologii roślin. Wybitny pedagog, znany był także z działalności społecznej, publicystycznej i na polu ochrony przyrody. Ważniejsze prace: Tentamen florae Lithuaniae. Zarys flory Litwy (1933); Zarys dziejów botaniki (1949); Owoce i nasiona (1952).”

Hryniewieccy, jako starożytna rodzina szlachecka, pieczętowali się herbami Ostoja, Przegonia i Waga. Niektórzy używali przydomku Mieleszko i herbu własnego.
Gnieździli się od wieków m.in. w okolicy Hryniewicze powiatu bielskiego na Grodzieńszczyźnie. (CPAH Białorusi w Grodnie, f. 332, z. 4, nr 1, s. 51).
Kajetan Hryniewiecki, podczaszy latyczewski, 23 czerwca 1764 roku obrany został na konsylarza konfederacji generalnej koronnej (Dział rękopisów Publicznej Biblioteki Miejskiej i Wojewódzkiej w Rzeszowie, Rk-3, s. 171).
Wywód familii urodzonych Hryniewieckich herbu Waga z 30 maja 1802 uznawał „za rodowitą i starożytną szlachtę polską” kilku reprezentantów tego rodu, wnosząc ich imiona do pierwszej części Ksiąg Szlachty Guberni Mińskiej (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 32a, s. 184).
O Hryniewieckich vel Hryniewickich herbu Przegonia S. Uruski (Rodzina, t. 5, s. 215) podaje: „Wzięli nazwisko od wsi Hryniewice na Podlasiu, którą już w XV stuleciu posiadali, a licznie rozrodzeni, brali przydomki: Hołodczuk, Okulicz, Rakoczy i inne...”. Dodaje też, iż w Guberni Wileńskiej byli Hryniewieccy używający herbu Ostoja.
W 1827 i 1902 roku heroldia wileńska potwierdzała rodowitość szlachecką tej rodziny. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1013, s. 39; f. 391, z. 7, nr 1783).
Z jednego z odgałęzień tego rodu pochodził Leon Hryniewiecki (zm. 1891) urodzony w Kijowie Polak, po studiach tamże służył przez wiele lat w charakterze lekarza wojskowego na Syberii. Przedsięwziął szereg wypraw na nieznane tereny polarne, jako pierwszy Europejczyk w 1882 roku przeszedł wszerz archipelag Nowa Ziemia. Podał dokładny geograficzny opis tejże wyspy. Następnie służył na Kamczatce i Wyspach Komandorskich. Przez kilka lat był naczelnikiem Okręgu Anadyrskiego. Pozostawił cenne teksty naukowe w języku rosyjskim z zakresu botaniki.

* * *

A więc Bolesław Leon Hryniewiecki urodził się w Międzyrzeczu Podlaskim. Jego ojciec, też Bolesław, pełnił funkcje administratora majątków ziemskich należących do hrabiów Potockich. Matka Emilia pochodziła z drobnoszlacheckiej rodziny Ptaszkowskich. W 1893 roku młody człowiek ukończył gimnazjum w Lublinie oraz rozpoczął studia na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, zapowiadał się jako bardzo zdolny i rokujący duże nadzieje młodzian. Dał się jednak wciągnąć w sprawy polityczne, wziął udział w rozruchach ulicznych i po aresztowaniu został sądzony i zesłany w głąb Rosji (do guberni tulskiej) na dwa lata.
Rząd rosyjski puścił jednak niebawem w niepamięć (przy okazji kolejnej amnestii) „grzechy młodości” uzdolnionego Polaka, który też nie omieszkał z tego gestu skorzystać, wstąpił na studia i w 1900 roku ukończył wydział matematyczno-przyrodniczy Uniwersytetu Jurjewskiego w estońskim Dorpacie, specjalizując się w zakresie botaniki i chemii. Co więcej, został tu po studiach pozostawiony w celu przygotowania się do pracy naukowej i dydaktycznej na tejże uczelni. (Władze dyskretnie „przeoczyły” okoliczność, że Hryniewiecki był współzałożycielem patriotycznego Koła Młodzieży Polskiej).
W 1903 roku ukazała się w m. Jurjew w języku rosyjskim książka B. Hryniewieckiego Rezultaty dwuch botaniczeskich putieszestwij na Kawkaz w 1900 i 1901 gg. Książka składała się z trzech części: I. Wojenno-gruzinskaja doroga; II. Kachetia; III. Czernomorskoje pobierieżje; – w sumie 134 strony. Ściśle naukowe dzieło zostało napisane językiem przejrzystym i komunikatywnym, a nawet artystycznym w tych miejscach, gdzie autor nie uprawia systematyki botanicznej.
„W roku 1900, kiedy kończyłem studia uniwersyteckie w Dorpacie, zaskoczyła mnie propozycja profesora M. Kuzniecowa, abym został jego asystentem przy katedrze botaniki i odbył w najbliższe lato podróż badawczą na Kaukaz. Byłem zaskoczony, gdyż nie myślałem o karierze naukowej w Rosji, zwłaszcza że w swoim czasie jako student Uniwersytetu Warszawskiego byłem aresztowany w Warszawie za manifestację polityczną (1.IV.1894 r.) i po dwumiesięcznym więzieniu zesłany administracyjnie w głąb Rosji. W ten sposób znalazłem się na liście osób, którym na zawsze została wzbroniona działalność pedagogiczna. Z drugiej strony, pomimo zamiłowania do botaniki od wczesnych lat mojej młodości, z zapałem studiowałem również i chemię, licząc, że ona mi może dać stanowisko życiowe, botanika zaś, zwłaszcza wycieczki na łono przyrody, pozostaną moją pasją życiową, jak dla innych np. muzyka lub malarstwo.
Musiałem się ostatecznie zdecydować, czy mam zostać chemikiem czy botanikiem. Do chemii teoretycznej czułem wielki pociąg i kończyłem wówczas swe studia; konkretne jednak stanowisko, jakie mi wtedy proponowano – posada chemika w cukrowni – nie pociągało mnie zbytnio. Asystentura przy katedrze botaniki i nęcąca propozycja wyjazdu na Kaukaz zdecydowały o moim losie. Zamiast więc wyciskania dywidendy z buraków dla nieznanych akcjonariuszy postanowiłem trzymać się botaniki.
Celem mojej pierwszej podróży było zbadanie i przywiezienie zbiorów zielnikowych z dwóch dość odległych, słabo jeszcze zbadanych punktów na Kaukazie, mianowicie Kachetii i wybrzeża Morza Czarnego w okolicach Soczi, gdzie miałem zapewnione odpowiednie bazy w dwóch majątkach Szeremietiewa.
W ten sposób już w tej pierwszej podróży poznałem wspaniały Kaukaz z różnych stron.
Dla mnie, mieszkańca równin, który gór jeszcze nigdy nie widział, było to potężne wrażenie, gdy po dłuższej męczącej podróży koleją, za Piatigorskiem, w piękny, słoneczny poranek, przy głośnej muzyce cykad na stepie, ujrzałem wspaniały, okryty śniegiem łańcuch gór Kaukazu, w którym od razu wyróżniały się dwa znane ze słyszenia szczyty – Kazbek i Elbrus wraz z szeregiem innych olbrzymów.
Stojąc w oknie wagonu dłuższy czas nie odrywałem oczu od tego widoku, a w uszach mych na równi ze śpiewem cykad dźwięczały nieśmiertelne słowa Adama Mickiewicza, skierowane do Czatyrdahu, które tam były stylizowaną orientalną przesadą, tu zaś pasowały doskonale do zjawiska, jakie obserwowałem.

Tam! czy Allach postawił ścianą morze lodu?
Czy aniołom tron odlał z zamrożonej chmury?
Czy Diwy z ćwierci lądu dźwignęły te mury,
By gwiazd karawanę nie puszczać ze wschodu?
A. Mickiewicz, Sonety krymskie.

Wyłaniający się w środku stożkowaty szczyt Kazbeku, błyszczący w słońcu jak „kryształ diamentu”, przypominał mi wiersze Lermontowa, którego czytałem z przyjemnością i którego nie zdołali mi obrzydzić moi gimnazjalni wychowawcy.
Stanąłem wreszcie u progu gór, w Władykaukazie, gdzie uzupełniłem swój ekwipunek kupując między innymi włochatą burkę kabardyńską, w jakiej widzimy na portrecie Mickiewicza stojącego na Judahu-skale (wygodne siodło niezbędne do wyprawy miałem ze sobą).
Przejazd pocztowymi końmi górską drogą (Wojennogruzińską) do Tyfiisu był pasmem silnych wrażeń, jakich doznałem w tym pierwszym zetknięciu się z górską przyrodą. Jednym z pierwszych przeżyć był urok potęgi i grozy sławnego Wąwozu Darialskiego. Droga wykuta jest tam nad przepaścią, w której głębi uwięziony i torujący sobie drogę Terek huczy potężnie, bryzga pianą i ze straszliwą szybkością toczy swe wody. Pomimo że śpieszyłem się do właściwego celu podróży, nie omieszkałem jednak zatrzymać się na jednej ze stacji w pobliżu Kazbeku, aby dojść do spływającego zeń Lodowca Dewdorackiego i zawrzeć pierwszą znajomość z czysto górską roślinnością.
Objuczony bogatym plonem pierwszych przedstawicieli nowej dla mnie górskiej flory, zwłaszcza kwitnącymi bukietami wspaniałych kaukaskich różaneczników (Rhododendron caucasicum), syt wrażeń wróciłem na nocleg do stacji. Szybko przemknęły potem inne widoki, jak pierwsze płaty śniegu na przełęczy, jak kwitnące o silnym zapachu kwiaty żółtego różanecznika (Rhododendron flavum = Azalea pontica), interesującego reliktowego składnika i wołyńskiej flory, wspaniały widok z przełęczy na dolinę Aragwy, dokąd zjeżdża się bajecznymi serpentynami, stara stolica Gruzji Mecheta, aż wreszcie stanąłem w Tyfiisie (po gruzińsku Tbilisi).
Aby dotrzeć do właściwego celu mej podróży, do majątku Kardanach w Kachetii (w okolicach miasta Signachi), musiałem przejechać końmi przeszło 100 km przeważnie spalonym od słońca Zakaukaskim stepem. Znalazłem się w miejscowości z lekka górzystej, gęsto zaludnionej, z winnicami na zboczach, produkującymi słynne wina kachetyńskie, nad szeroką doliną rzeki Ałazani (dopływ Kury).
Po parotygodniowej włóczędze pieszej czy konnej w bliższych i dalszych okolicach mojej bazy i stwierdzeniu przeważnie suchorostowego, stepowego charakteru flory Kachetii, a nawet połowicznej pustyni nad brzegami rzeki Jory, z utęsknieniem spoglądałem ze wzgórz Kardanachi na widniejący na północy z drugiej strony Ałazani mur głównego łańcucha gór Kaukazu, odzianego płaszczem zieleni gęstych lasów, z nagimi szczytami z rozrzuconymi tu i ówdzie płatami śniegów. Mur ten zamykał wejście do górzystej krainy Dagestanu”...
Od 1901 roku B. Hryniewiecki posiadał tytuł kandydata nauk przyrodniczych uzyskany na uniwersytecie w Dorpacie.
W przedmowie do dzieła Wyniki dwóch podróży botanicznych na Kaukaz w 1900 i 1901 roku uczony w grudniu 1903 roku pisał: „Niniejsza praca jest sprawozdaniem z dwóch podróży botanicznych na Kaukaz, które odbyłem w 1900 i 1901 roku na wniosek i za środki hrabiny Katarzyny Szeremietiewy w celu zbadania flory w posiadłościach hrabiego S. Szeremietiewa, z których jedna, Kardanach, leży w Kachetii w odległości 12 wiorst od miasta Signacha, druga zaś, Kuczuk-Dere, na brzegu Morza Czarnego 30 wiorst na północny zachód od m. Soczi. Po drodze został przeze mnie zgromadzony zbiór roślin z okolic Szlaku Wojskowo-Gruzińskiego podczas przejazdu z Władykaukazu do Tyflisu. Później nie ograniczałem się tylko miedzami posiadłości, lecz przedsiębrałem stamtąd, na ile było to możliwe, i bardziej dalekie wycieczki, szczególnie w roku 1901 podczas mego pobytu w Guberni Czarnomorskiej... Wynikiem tych wędrówek jest duży zbiór roślin, liczący około 5000 egzemplarzy. Główne herbarium przekazane zostało do Muzeum Historii Naturalnej hrabiny J. Szeremietiewy w siole Michajłowskoje Guberni Moskiewskiej; dublety są przechowywane w Gabinecie Botanicznym Cesarskiego Uniwersytetu w Jurjewie.”
Licząca 134 strony, wydana bardzo starannie przez drukarnię K. Mattissena, książka Hryniewieckiego stanowi jedno z klasycznych dzieł botaniki rosyjskiej i europejskiej początku XX stulecia.
Z tekstu wspomnień widać, że Bolesław Hryniewiecki miał duży talent literacki, jego opisy przyrody i refleksje są sugestywne i precyzyjne jednocześnie; pod naukowym zaś względem są to teksty dające świadectwo rozległej erudycji autora oraz jego zdolności zarówno do rozważań analitycznych, jak i do syntez intelektualnych. Dotyczy to w całej rozciągłości rozdziału Wycieczka naukowa na górę Ararat ze wspomnień uczonego, w którym to rozdziale czytelnik znajduje m.in. mnóstwo obserwacji nad ówczesnymi stosunkami społecznymi w tej części Europy. B. Hryniewiecki pisał: „Wycieczka na górę Ararat była jednym z epizodów mojej trzeciej z kolei, a ostatniej podróży na Kaukaz, przedsięwziętej w roku 1903 w celach fitogeograficznych, z ramienia Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
Pierwsza moja wyprawa na Kaukaz odbyła się w roku 1900. Przejechałem wówczas drogę Wojenno-Gruzińską i badałem florę Kachetii, obrawszy za ośrodek majątek Szeremietiewych Kardanachi, następnie Łagodechy, u podnóża głównego łańcucha. Stąd chodziłem w góry (Choczałjdag) w stronę Dagestanu. W tym samym roku odwiedziłem również wybrzeże czarnomorskie w okolicach Soczi, maj. Kuczuk-Dere. Druga wyprawa objęła już większą połać wybrzeża czarnomorskiego od Noworosyjska do Suchumu i w głąb gór – Fiszt i Oszten, Krasnaja Polana, góra Acziszcho, źródliska Mzymty, jez. Karadywacz, przełęcz Pseaszcho. Zadaniem mojej trzeciej wyprawy było zbadanie charakteru roślinności w górach Karabachu na pograniczu z Armenią. Droga moja prowadziła z Erywania, stąd wyjechałem pocztowymi końmi wzdłuż doliny Araksu zatrzymując się w miejscach ciekawszych z botanicznego punktu widzenia, do Nachiczewania przez Dżulfę do Ordubadu. Stąd wyruszyłem już konno, prowadząc 2 konie objuczone bagażem podróżnym i zbiorami. Specjalną uwagę poświęciłem roślinności góry Kapudżych, najwyższego szczytu w górach Karabachu, a dalej idąc wciąż górami w kierunku północnym dotarłem do wschodniego brzegu jeziora Gokczy.
Okrążyłem je od północy i przez Jelenownę i Nowe Achty dotarłem do podgórskiej miejscowości Baraczyczag, dokąd co rok latem przenoszą się, chroniąc się od upałów i moskitów, wszystkie urzędy z Erywania; zwiedziłem pobliską górę Alibek, a następnie przez Erywań wróciłem do Tyflisu.
Przez cały czas mojej podróży byłem, pod urokiem Araratu. Sylwetka jego składająca się z dwóch stożkowatych gór – Wielkiego i Małego Araratu rysowała się przede mną wspaniale na tle błękitnego nieba z Erywania, nie opuszczała mnie przez czas podróży wzdłuż Araksu, widoczna była z góry Kapudżych i wyłoniła się znowu w całym majestacie z gór nad jeziorem Gokczą i w drodze powrotnej do Erywania. Żałowałem bardzo, że ani cel podróży, ani czas, ani środki nie pozwalały mi zboczyć, by zapoznać się z tą legendarną górą. Tymczasem szczęśliwy zbieg okoliczności uczynił niebawem zadość moim pragnieniom.
Gdy znalazłem się w Tyflisie, pospieszyłem do Instytutu Fizycznego z moimi aneroidami, by sprawdzić ich działanie i wprowadzić poprawki, jak to czyniłem przed wyruszeniem w podróż. Dyrektorem był wówczas Stefan Hłasek, późniejszy dyrektor Państwowego Instytutu Meteorologicznego w wolnej Polsce. Z ust jego dowiedziałem się, że za kilka dni gotuje się wyprawa na Ararat, w której bierze udział wraz z asystentem Niemcem, by ustawić w tak zwanym Sardarbułaku, tuż pod przełęczą między Wielkim i Małym Araratem, stację meteorologiczną 1 rzędu, którą obsługiwać będzie znajdujący się tam garnizon straży pogranicznej. Z imprezą jego wiąże się wycieczka Tyfliskiego Klubu Wysokogórskiego pod wodzą Ewangułowa, pragnąca wejść na szczyt Araratu, aby zdobyć dane dotyczące maximum i minimum termometrów zostawionych w małej budce, którą poprzedniego roku (1902) wyprawa pod wodzą Sokołowa i Ewangułowa ustawiła na szczycie. Propozycję przyłączenia się do tej wyprawy przyjąłem z entuzjazmem. Zostało mi trochę pieniędzy, miałem w kieszeni darmowy bilet 1 klasy do Petersburga; namyślałem się właśnie, czy nie kupić sobie na pamiątkę jakiego dywanika perskiego; dobrze, że nie zdążyłem tego wykonać. W ten sposób, otrzymawszy jeszcze telegraficzną zgodę od mego profesora na opóźnienie przyjazdu do Dorpatu, w ciągu kilku dni zająłem się przygotowaniem do wyprawy, zamawiając podkute buty i przygotowując śpiwór z grubego wojłoku.
Wielkie szczyty gór najczęściej występują wśród większego łańcucha; wśród szeregu gór niższych na przedgórzu i w otoczeniu zastępu nieco niższych szczytów, przez to nie wywierają takiego wrażenia potęgi jak Ararat, który nie ma obok siebie rywali. Z równiny gładkiej jak stół, jaką jest dolina Araksu (dno dawnego jeziora) wyniesiona na 800 m nad poziomem morza, wznosi się pokryty czapą wiecznego śniegu potężny, stożkowaty kolos (wys. 5 205 m), a więc bezpośrednio o 4 400 m ponad podstawą. Jest on o 400 m wyższy od Mont Blanc; z gór głównego łańcucha Kaukazu ustępuje Elbrusowi (5 629 m) i znacznie przewyższa Kazbek (5 043 m). Jego dość łagodne stoki przypominają nieco Etnę (3 279 m). Naprzeciw niego na północ wznosi się w odległości 100 km inny stożek wulkaniczny Ałaghöz, lecz znacznie niższy (4 095 m). Związany z wielkim Araratem siodłem górskim (2 705 m) stożek Małego Araratu wznosi się do 3 914 m. Razem ze swą podstawą pokrywa on przestrzeń 960 km kwadratowych.
Kiedy odwiedziłem Ararat, był on jakby słupem granicznym między Rosją i Turcją, a tuż za Małym Araratem rozpoczynała się granica z Persją; dziś, gdy po pierwszej wojnie światowej granica przeszła wzdłuż Araksu, jest on największą górą Turcji Azjatyckiej. Nic dziwnego, że ta potężna góra, owiana urokiem legendy biblijnej, która tu umieściła arkę Noego po potopie i kazała wierzyć, że stąd się rozeszły po świecie ocalone zwierzęta i rozsiały się rośliny, poczytywana jest u Ormian za górę świętą, której szczyt jest niedostępny dla człowieka. Ma ona za sobą tradycję na pozór starszą niż Olimp Hellenów. Tymczasem związanie tej właśnie góry z legendą biblijną jest wytworem średniowiecza. Nazwa Ararat jest aramejskiego pochodzenia i jest synonimem wielkości. W języku Ormian nosi ona nazwę Masis, w języku Turków nazywa się Agri-dag (trudna góra) lub Daghir-dag (góra gór).
Rzecz charakterystyczna, że stary kronikarz ormiański Mojżesz Choreński z pierwszych wieków chrześcijaństwa, opisując Armenię, wspomina o największej górze Masis, ani słówkiem nie wiąże tej góry z legendą biblijną o Araracie, a był przecie pisarzem chrześcijańskim obeznanym z biblią. Dopiero podróżnik wenecki Marco Polo w wieku XIII, wracając z Chin, gdy ujrzał tę wspaniałą górę, wznoszącą się niedaleko źródliska dwóch rzek Tygrysu i Eufratu żywiących krainę Mezopotamię, zdecydował, że to właśnie jest góra Ararat wspomniana w biblii. Świadectwo to przemówiło do patriotyzmu Ormian i odtąd już nazwa biblijna Araratu nie schodzi z kart opisów Armenii, jak również legenda o niedostępności tej góry od czasów Noego. Pod urokiem tej legendy był i podróżnik francuski Jean Chardin, który w drugiej połowie XVII w. odwiedził Persję i przebywał w niej czas dłuższy. W sprawozdaniu ze swej podróży umieścił rysunek z sylwetką Araratu, na którego szczycie stoi arka Noego. Legendzie tej hołdował i znakomity francuski botanik J. P. de Tournefort, który w listach swych pisanych z podróży po Kraju Zakaukaskim, oczarowany bogactwem tamtejszej flory, obiecywał sobie, że ujrzy jeszcze bogatszą florę u stóp Araratu, skąd miały się rozsiać wszystkie rośliny z nasion, jakie Noe w arce zgromadził.
Wiara w niedostępność tej góry dla człowieka utkwiła głęboko w umysłach Ormian, jak świadczy następująca legenda. Niejaki Jakub, biskup Nizybijski, postanowił odszukać ślad arki Noego na Araracie, starał się wspiąć jak najwyżej, zmęczony jednak odpoczął i zasnął; we śnie zjawił się anioł i zniósł go z powrotem, świątobliwy człowiek nie dał za wygraną i spróbował wchodzić na górę po raz wtóry, z tym samym wynikiem: anioł znów przeniósł go we śnie do podnóża. Gdy ta próba powtórzyła się po raz trzeci, anioł zjawił się przed nim i rzekł: „Pan Bóg wysłuchał twoich modłów i daje ci jako pamiątkę kawałek drzewa z arki Noego, nie próbuj jednak więcej wchodzenia na szczyt tej góry.” Ten kawałek skamieniałego drzewa przechowuje się podobno jako relikwia w Eczmiadzinie.
Kiedy profesor dorpacki Fryderyk Parrot po dwóch nieudanych próbach pierwszy w 1829 r. wszedł na szczyt Araratu i zajęty był opracowywaniem wyników swej wyprawy, w gazetach zjawiły się artykuły podające w wątpliwość fakt zdobycia przez wymienionego profesora szczytu legendarnej góry. Echa tych artykułów dotarły i do stolicy. Wobec tego Parrot, chcąc odeprzeć uwłaczające mu zarzuty, zwrócił się do władz z prośbą o przesłuchanie wszystkich świadków, którzy byli z nim razem na szczycie. Wyniki tego przesłuchania były niezupełnie po myśli profesora. Wszyscy Kozacy, którzy z nim byli, przyznali, że rzeczywiście byli na samym szczycie, natomiast Ormianie twierdzili, że byli wprawdzie bardzo wysoko, lecz to nie był szczyt, bo od czasów Noego noga ludzka tam nie postała i szczyt jest niedostępny. Pomimo to, zwłaszcza po ogłoszeniu w 1834 r. dzieła Parrota z jego opisami, rysunkami i pomiarami, nikt ze świata naukowego nie wątpił, że profesor dorpacki był rzeczywiście na szczycie Araratu. Walka z przesądami jest jak napełnianie beczki Danaid: można tam wrzucić furę argumentów logicznych, beczka pozostanie pusta.
Ararat jest wystygłym wulkanem. W poprzedniej epoce geologicznej ział ogniem i wyrzucał potoki lawy, zastygły one w spękane trachity pokrywające zbocza góry. Spotykają się również andezyty, a czasem i szkło wulkaniczne, tzw. obsydian.
W strukturze stożkowatej Araratu widzimy od strony północnej wielką wyrwę, tworzącą tzw. dolinę św. Jakuba, zakończoną wielkim cyrkiem o pionowych ścianach, analogicznym z kraterem valle del Bove na zboczach Etny. W 1840 r. dolina ta przeżywała wielką tragedię, której ofiarą padła znajdująca się u wylotu doliny wioska Achuri (Arguri), rozsiadła dokoła jedynego źródła, posiadająca liczne sady i winnice. Według ormiańskich tradycji założył ją sam Noe. Spokojna do tego czasu góra, jak opowiadają świadkowie katastrofy, raptem zatrzęsła się w posadach wyrzucając obłoki pary, kamieni i duszących gazów siarkowych. Domy waliły się od podziemnych wstrząsów. Niewielu tylko ludzi ocalało, uciekając w dolinę Araksu aż do Arałychu.
To trzęsienie ziemi odbiło się również na sąsiednich miastach – w Erywaniu, Nachiczewaniu i Bajazecie, w 4 dni po pierwszej katastrofie przyszło nowe trzęsienie ziemi i całe potoki wody z mułem runęły z Araratu w nieszczęsną dolinę, niszcząc i zatapiając wszystko, tak że z wioski, klasztoru i winnic nie zostało nic. Zginęło około 200 ludzi. Do zbadania przyczyn tej katastrofy wydelegowany został geolog W. H. Abich, który przez szereg lat prowadził studia na Kaukazie i dał cenne dzieła dotyczące struktury geologicznej Armenii; był on drugim człowiekiem, który – podobnie jak Parrot po dwukrotnej nieudanej próbie – stanął na szczycie Araratu w 1844 r. Szedł on inną drogą, nie od doliny św. Jakuba zachodnią granicą, lecz od Sardabułaku – granicą wschodnią. Droga ta okazała się najlepszą dla wszystkich następnych wypraw ku szczytowi.
Najgłośniejszą i najbogatszą w zdobycze nauki była wyprawa Józefa Chodźki, pułkownika i naczelnika korpusu topografów na Kaukazie w 1850 r. Na razie pogoda mu nie sprzyjała, lecz doszedłszy do śniegów nie cofnął się wobec wichury i śnieżycy i przeczekał parę dni niepogody w namiocie. Mając do rozporządzenia kompanię żołnierzy, którzy podtrzymywali łączność, i doczekawszy się pięknej pogody przebył na szczycie przeszło 4 doby, przeprowadzając stamtąd pomiary triangulacyjne, mając na południo-wschodzie widoczny szczyt Sawelanu w Persji (odległy o 340 km), na północo-zachodzie Elbrus (440 km); jednocześnie z prowizorycznego obserwatorium na grzbiecie Ak-dag na poludnie od jeziora Gokczy przesyłano mu sygnały świetlne.
W sylwetce Araratu uderza olbrzymia czapa śniegowa pokrywająca szczyt; zmniejsza się ona pod koniec lata, wobec tego najdogodniejszą porą wejścia jest koniec sierpnia, gdyż wtedy jest najmniej śniegu, a nowe śniegi jeszcze nie przybywają. Wobec palących promieni słońca na wyżynie Armenii, linia wiecznych śniegów na Araracie leży na wysokości 4 370 m, o 1,5 km wyżej od linii wiecznych śniegów, np. na Pirenejach, leżących około tego samego równoleżnika geograficznego. W różnych kotlinkach znacznie niżej mamy pola firnowe, a w paru wąwozach wytworzyły się małe lodowce. Dawniej lodowce miały szersze rozprzestrzenienie, zostawiły swe ślady na wypolerowanych skałach trachitowych; czasem są one tak mocno wypolerowane, że z daleka błyszczą jak metal.
Każdego, kto wchodził na Ararat, uderza brak wody na jego zboczach. Olbrzymia góra z taką ogromną ilością śniegów na szczycie, zdawałoby się, powinna żywić mnóstwo potoków spływających w dół. Tymczasem wody wypływające ze śniegu giną gdzieś w głębi. Gdy się idzie po spękanych skałach trachitowych, gdzieś pod nogami z głębi szczelin słyszy się nieustanny szum wody, niedostępnej jednak dla podróżnika. Oprócz paru źródeł, jak Sardarbułak pod przełęczą lub w dolinie św. Jakuba, żadna rzeczka nie spływa z podnóża. Zarówno równina Araku, pokryta czarnym piaskiem ze zwietrzałych trachitów, jak i zbocza góry noszą charakter pustynny o suchorostowej roślinności, która styka się bezpośrednio z alpejską roślinnością w krainie bliskiej śniegom.
Utrwaliło się w geografii roślin mniemanie, jakoby Tournefort był pierwszy, który na przykładzie Araratu stwierdził istnienie zmienności szaty roślinnej krain górskich w miarę wznoszenia się nad poziom morza. Pisał o tym Linneusz, powtórzył to i Komarow, drukując życiorys szwedzkiego botanika, powtarza to i A. Engler w zarysie historii geografii roślin. Kto czytał podróż Tourneforta i był na Araracie, ten musi tę legendę odrzucić. Przede wszystkim Tournefort, jak wspomniałem wyżej, znajdował się pod wpływem legendy biblijnej i oczekiwał niezwykle bogatej flory na tej górze legendarnej, skąd miały zacząć rozsiedlać się rośliny po katastrofie potopu. Nie tai on swego głębokiego rozczarowania, gdy ujrzał pustynny charakter zboczy Araratu. Zdobył wprawdzie nieco nowości do swego zielnika, odrysowując i opisując niektóre nieznane sobie gatunki, lecz o stwierdzeniu kolejności krain roślinnych nie ma tam mowy, gdyż ze wszystkich wysokich gór Ararat najmniej się do tego nadawał. Wchodził on na Ararat ze strony doliny św. Jakuba, gdzie jeszcze był niewielki klasztor i nieszczęsna wioska Arguri z winnicą, którą miał Noe posadzić: w 140 lat później uległa ona strasznej katastrofie. Tournefort postanowił wejść chociażby do śniegów. Widać było że ani on, ani jego towarzysze nie mieli żadnej wprawy w wycieczkach górskich. Dowiedziawszy się, że źródło w dolinie św. Jakuba jest jedynym i że później już wody wcale nie będzie, postanowili napić się na zapas, nic więc dziwnego, że idąc pod górę prędko się spocili; nie pomogła wzięta na drogę metalowa flaszka z wodą, która prędko została opróżniona, z trudem posuwali się w górę i radzi byli, gdy dopadli pierwszych śniegów w jakiejś kotlinie i wieczorem, zmęczeni drogą, głodem i pragnieniem wrócili do wioski, nazywając siebie męczennikami w imię botaniki. Nie ma tam mowy o jakiejś zmianie roślinności. Legenda więc powstała stąd, że gdy to zostało już stwierdzone w górach Skandynawii, Alpach, Pirenejach i Karpatach, przypomniano sobie, iż wśród botaników-podróżników Tournefort już na początku XVIII w. był na jednej z większych gór świata. Jemu więc przypisywano pierwszeństwo stwierdzenia zmiany roślinności w górach. Tymczasem na zjawisko to zwrócono uwagę dopiero na przełomie XVIII i XIX w., najpierw w Szwajcarii (Haller, Saussure), następnie w innych górach Europy i Ameryki Południowej (A. Humboldt). Szczegółowe badania nad zmianą roślinności przeprowadził szwedzki uczony G. Wahienberg w Alpach (w 1813 r.) i w Tatrach (w 1814 r.).
Roślinność Araratu jest dość uboga. Dolina Araksu u podnóża góry przypomina zakaspijską pustynię, gdyż na tej czarnej piaszczystej glebie dominującą rośliną jest tzw. dżuzgun (Calligonum polygonoides), niewielki krzew o zielonych pędach, pozbawiony liści. Na zboczach widzimy porozrzucane kolące skupiny traganków (Astragalus). Z 21 gatunków tego rodzaju znalezionych przeze mnie w Armenii i Karabachu dla Araratu zanotowałem 5: A. lagurus Wilid., A. macrocephahis Wilid., A. spchaerocalyx Ledb., A. xerophilus Ledb. i A. incertus Ledb. Bardzo charakterystyczne są również rozrzucone poduszki Acantholimon glumaceum Boiss., upstrzone rzucającymi się w oczy różowymi kwiatkami. Roślinność drzewiasta prawie nie istnieje. Jedynym wyjątkiem jest niewielki gaik brzozowy ze zwykłą brzozą Betula verrucosa u podnóża Małego Araratu niedaleko Sardarbułaku. Z krzewów trafiał się tam tuż koło przełęczy wawrzynek oliwkowy (Daphne eleoides Scherb). Flora suchorostowa Armenii na Araracie styka się bezpośrednio z florą alpejską, mającą dużo gatunków wspólnych z Alpami, lecz znacznie biedniejszą. Martonne porównywa szczyt Faulhornu z Araratem, podając dla pierwszego 49 gatunków alpejskich, dla Araratu zaś – 31. Wśród flory spotykamy i niektóre endemizmy, rośliny występujące tylko na Araracie, jak wskazują ich nazwy: rogownica araracka (Cerastium araraticum Rupr.), gnidosz araracki (Pedicularis araratica Bge), pewna odmiana wyki – Vicia ecirrhosa Rupr., var. araratica Lipsky. Do tej kategorii endemitów był zaliczony pewien gatunek traganka, Astragalus sphaerocalyx Ledb., lecz ja go spotkałem również na Kapudżychu.
Osobliwością Araratu jest istnienie tzw. flory supraniwalnej. Gdy pod koniec lata oglądamy z daleka Ararat, widzimy w dolnej części stożka śniegowego czarne rysy; są to obnażone pod wpływem południowego słońca po stopieniu śniegu czarne trachitowe skały, powstałe ze spękanych potoków lawy wygasłego wulkanu; im bliżej końca lata, tym więcej tych czarnych smug na niepokalanej bieli czapki olbrzyma. Do podnóża tych silnie nagrzewających się skał tuli się roślinność alpejska powyżej linii wiecznych śniegów. Idąc w górę już w krainie wiecznych śniegów, spotykałem wszędzie, gdzie spod śniegu wynurzały się czarne trachity, kwitnące alpejskie roślinki, a nawet na drugim noclegu na wysokości około 4 500 m odgrzebałem spod warstwy śniegu świeżo wyglądający kwitnący pięciornik alpejski (Potentilla alpestris Hall).
Położony blisko terytorium prastarych kultur, Ararat widział niejedno. Widział rojowisko ludzkie u swych stóp, wędrówki ludów, ciągłe wojny, wzrost, potęgę i upadek różnych państw i kultur. Pomijając przeszłość odległą kultur sumeryjsko-akadzkich, o których mówi prehistoria wygrzebując w piaskach pustyni coraz to nowe świadectwa ich zmienności, widział Ararat powstanie nad brzegami Tygrysu i Eufratu potężnych państw, jak Asyria i Chaldeja. Ślady walk Asyrii z położonym na północ od Araratu państwem Urartu widać z klinowych napisów umieszczonych ku wiecznej pamiątce na skałach nad jeziorem Gokczą. Widział on upadek Niniwy i Babilonu, powstanie państwa Cyrusa, które rozszerzając na zachód swe dzierżawy zagrażało wolności Grecji. Widział znów i upadek tego państwa, gdy wojska genialnego wodza Aleksandra Macedońskiego odbywały swój zwycięski pochód na wschód aż do Indii. Widział rozpadnięcie się tej potężnej monarchii. Widział, jak daleki Rzym sięgnął i tutaj po swe panowanie, jak szły tędy legiony Lukullusa, wielkiego wodza i polityka, który przed Cezarem rozpoczął politykę imperialistyczną Rzymu, lecz w bogactwach, jakie przywiózł w triumfie do wiecznego miasta, największą zdobyczą cywilizacyjną był nie złoty posąg Mitrydata ani tarcza nabita kameami, lecz wiśnia, którą on pierwszy sprowadził do Europy i ta zdobycz się ostała.
Widział później Ararat nad Tygrysem w Bagdadzie, na ruinach dawnych cywilizacji Asyrii i Chaldei, których stolice Niniwę i Babilon dawno zasypał piasek pustyni, rozkwit kultury arabskiej pod panowaniem Sassanidów i Omajadów. Widział i najście Turków z głębi Turanu i hordy Tamerlana, jak zniszczyły stolicę wolnej Armenii, miasto Ani, które rozkwitało pod panowaniem Bagratydów, a dzisiaj jeszcze ruinami swoimi budzi zainteresowanie archeologów. Widział wreszcie zbliżanie się północnego państwa, Rosji carskiej, która po ujarzmieniu ludów kaukaskich tu na przełęczach Araratu wbiła swe najdalej wysunięte na południe słupy graniczne. Widział również i rzezie nieszczęsnych Ormian, dokonywane od czasu do czasu rękami Kurdów, wobec czego dyplomacja zachodnioeuropejska umywała ręce podobnie, jak to widzieliśmy, gdy pod znakiem swastyki hordy o ideologii Czingiz-chana czy Tamerlana, uzbrojone w broń nowoczesną, runęły na nas z zachodu, by tępić narody stojące na drodze ich panowania.
A on, nad gwar i gorączkę życia ludzkiego przed milionami lat siłami górotwórczymi wywyższony, urąga temu wszystkiemu, co się dzieje w dole. Jemu zaś urągają żywioły. Urąga mu woda w śnieg zamieniona, ciężkim, srebrnym turbanem wieńcząc tę głowę, co niegdyś płonęła ogniem, a topniejąc od dołu, huczy wśród szczelin spękanej lawy i, krusząc trachity, znosi czarny piasek w dół i układa go u stóp olbrzyma. Urąga mu mróz, co powoduje spękanie i kruszenie się odłamów dawnej lawy, krystalizuje śnieg w małych lodowcach, które wciąż żłobią jego boki i znoszą w dół kamienie. Urąga mu wicher, co wygryza w nim zęby skalne i wyorane żleby. Lecz olbrzym pozostał olbrzymem, choć miliony lat głębokimi bruzdami rozorały jego oblicze.
Wyprawa nasza wyruszyła 27/28 sierpnia z Tyflisu koleją do Erywania, następnie (29. VIII) pocztowymi końmi do stacji Kamarlu, stąd do wioski Arałych, gdzie czekała już gromada miejscowych mieszkańców z wielbłądami, żeby zabrać niezbędne bagaże, dla członków zaś wyprawy były przygotowane wierzchowce, żeby konno odbyć następną część podróży. Było nas szesnastu członków wyprawy; jeżeli doliczyć do tego tragarzy, poganiaczy wielbłądów, zastęp konnych milicjantów kaukaskich, to otrzymamy wielką karawanę, noszącą dość egzotyczny charakter.
Skład naszej wyprawy był niezwykle różnorodny. Było nas trzech Polaków, gdyż oprócz mnie i dyrektora Hłaska, przyłączył się po drodze lekarz Witkowski, pełniący swe obowiązki w stacjonującym w pobliżu pułku wojska, jeden Niemiec asystent Hłaska, jeden Gruzin, jeden Żyd-syjonista, dwóch Ormian, dwoje Tatarów i kilku Rosjan, rekrutujących się przeważnie z grona inżynierów i kolejarzy z Tyflisu; spotkałem tam i swego kolegę chemika, z którym stykałem się w pracowni chemicznej w Dorpacie. Słowem, skład naszej grupy narodowościowo wcale dobrze ilustrował carską Rosję, była to dość pstra kompania. Ja, Hłasek i jego asystent, mieliśmy cele naukowe, reszta kompanii, rekrutująca się z klubu wysokogórskiego, była nastrojona sportowo.
Wielkie ułatwienie, jakie mieliśmy w tej wyprawie ze strony władz miejscowych, zawdzięczaliśmy obecności nie lada osoby, której z wieku, urzędu i pochodzenia okazywano wszędzie wielki respekt. Był to naczelnik kancelarii kaukaskiego generał-gubernatora Sułtan-Krym-Girej, potomek krymskich Girejów. Przypominał mi się z Mickiewiczowskiego opisu Petersburga: „Achmet chan Kirgizów, rządzący polskich spraw departamentem.” Wraz z nim była jego siostrzenica, młoda lekarka, pani Egiz-Krym, która świeżo ukończyła medycynę w Genewie.
Przy pięknej, choć trochę upalnej pogodzie cała kawalkada jeźdźców ruszyła naprzód, lecz niebawem musieliśmy rozwinąć się w długi sznur, by w znanym miejscu, tuż za konnym milicjantem-przewodnikiem, przeprawić się w bród przez rzekę. Pod wieczór byliśmy w Sardarbułaku, co znaczy „źródło Sardara”, pod przełęczą jedyne obfite źródło. Tutaj, gdy Persowie panowali w Erywaniu, namiestnik szacha, tzw. „Sardar”, chronił się od upałów i moskitów. Ujrzeliśmy tam koszary straży pogranicznej i wielki namiot specjalnie dla nas ustawiony. Opodal stały czarne namioty Kurdów, których tu sprowadzono do pomocy wyprawie. Przyzwyczaiłem się w górach Karabachu jeździć od koczowiska do koczowiska pasterskiego, lecz tam namioty zbudowane z wygiętych prętów i białego wojłoku miały kształt półkolisty, podczas gdy u Kurdów namioty są to zawieszone na drążkach czarne wojłoki. Pewną osobliwością u Kurdów jest to, że kobiety nie zakrywają twarzy czarczafem, jak to jest w zwyczaju u mahometanek, lecz wraz z mężczyznami z odkrytą twarzą witają gości.
Następny dzień (30.VIII) był dniem odpoczynku i przygotowań do wejścia na górę. Dla mnie był to dzień wytężonej pracy, gdyż starałem się zebrać w najbliższej okolicy jak najwięcej roślin. Urozmaiceniem był czas posiłku, gdy po środku naszego koła, siedzących przeważnie po turecku, w namiocie postawiono olbrzymią tacę, na której wznosił się wysoki, jakby imitujący górę Ararat, biały stożek smacznie przyrządzonego ryżu wraz z kawałkami baraniny, tzw. pilaf. Przyjemny był po obiedzie i deser, gdy z dołu przyjechał konny strażnik i wysypał przed namiotem worek kawonów. Nazajutrz (31 VIII), wbrew przewidywaniom dość późno, wyruszyliśmy tłumnie na zdobycie Araratu, gdyż oprócz członków wyprawy szli przewodnicy i tragarze. Na czele przewodników kroczył sympatyczny wódz pewnego plemienia Kurdów, o bardzo długim nazwisku, którego nie zachowałem w pamięci; był on specjalnie przez władze upatrzony na tym pograniczu trzech państw, gdzie o napady nietrudno, a cieszył się on podobno dużym mirem wśród rodaków zarówno po perskiej, jak i tureckiej stronie.
Pierwsza część drogi od strony przełęczy między Małym i Wielkim Araratem, gdy szło się po trawiastym zboczu, była łatwa; uciążliwszą stała się droga, gdy szliśmy potem granicą po rumowiskach spękanej lawy, gdzie trzeba było wciąż skakać z kamienia na kamień; byliśmy jednak do tego przygotowani, gdyż wszyscy zaopatrzyliśmy się w długie kije, pomagające utrzymać równowagę w tej ekwilibrystyce. Pod wieczór doszliśmy do pierwszego pola lodowego, gdzie na małej łączce rozstawiono nam namiot, lecz już niezbyt obszerny, gdzie mogliśmy spać, ale stłoczeni obok siebie jak sardynki w pudełku. Dla sportowców ta pierwsza część podróży była bardzo łatwa, dla mnie jako botanika była bardziej męcząca niż dni późniejsze, gdyż mając przed sobą nowy świat roślin, musiałem często zatrzymywać się, schylać się po rośliny, odbiegać w bok, później doganiać kompanię, żeby zebrać jak największy plon do zielnika. Gdy przyszliśmy na miejsce noclegu, podczas gdy moi towarzysze rozsiedli się jak na wesołym pikniku, by spożywać zapasy, ja musiałem aż do nocy układać zebrane rośliny w praski, żeby ten bagaż odesłać w dół i nie obciążać się zielnikiem.
W nocy mieliśmy niemiłą niespodziankę: nad ranem (1.IX) poczuliśmy chłód, a gdy uchyliliśmy płótna namiotu, zobaczyliśmy, że jesteśmy zasypani śniegiem. Szczyt Araratu zniknął nam wśród groźnych, czarnych chmur, śnieg wciąż jeszcze z lekka prószył. W takich warunkach trudno było puszczać się w dalszą drogę. Zziębnięci, niewyspani debatowaliśmy, co dalej czynić. Kilka osób starszych i słabszych, jak Hłasek, Sułtan, jedyna kobieta i jeszcze parę osób zdecydowało od razu, że mają już dosyć i wziąwszy z obozu przewodnika i paru tragarzy, zeszli na dół. Reszta postanowiła czekać na wyjaśnienie pogody. Po kilku godzinach raptownie, jak to często bywa w górach, sceneria uległa zmianie; groźne chmury rozsunęły się i gdzieś znikły, a przed nami znów się wyłonił skąpany w promieniach słońca srebrzysty szczyt Araratu. Wyruszyliśmy więc w drogę, choć straciliśmy kilka cennych rannych godzin, podczas których mogliśmy posunąć się wysoko naprzód. Droga ku szczytowi była już jasno nakreślona; każdy indywidualnie wybierał sobie sposób posuwania się naprzód, gdyż nie było tam żadnej ścieżki – jedni woleli się trzymać skał, czy rumowisk lawy, inni kroczyli po śniegu. Niebawem towarzystwo się rozprzęgło, część zrażona trudnościami zaczęła odpadać, niektórzy zrezygnowali i wrócili, zostało wreszcie nas ośmiu.
Idąc w tym tempie sądziłem, że jeszcze przed wieczorem można będzie osiągnąć szczyt, tymczasem niespodziewana okoliczność wstrzymała nasz pochód: tragarze-Kurdowie złożyli bagaże-śpiwory i plecaki i oświadczyli, że dalej nie pójdą i prosili nas, żebyśmy ich puścili. Rzeczywiście, byli oni nieodpowiednio ubrani i marzli. Pasąc swoje barany na zboczach góry, nigdy nie interesowali się wyższymi jej krainami, chyba że ktoś, jak nasz przewodnik główny, był myśliwym i uganiał się za kozłami skalnymi. Nie było rady, musieliśmy ich puścić i po dłuższej naradzie, chociaż to było jeszcze dość wcześnie – jakaś 4 godz. po południu – postanowiliśmy założyć obóz, przenocować w nim i o świcie, już bez bagażów, wyruszyć na zdobycie szczytu. Nie było zbyt łatwo znaleźć odpowiednie miejsce na dość stromym zboczu. Napracowaliśmy się niemało, by splantować odpowiednio równą płaszczyznę, nagromadzić sporo kamieni i spoić je śniegiem, by od strony wiatru wydźwignąć dość wysoki mur, półkolem otaczający nasze legowisko. Było to na wysokości 4500-4600 m. Mieliśmy ze sobą maszynkę do gotowania, pokrzepieni więc gorącą herbatą i zapasami żywności, skoro tylko zaczęło się ściemniać ułożyliśmy się w naszych wojłokowych śpiworach i próbowaliśmy zasnąć. W nocy termometr wskazywał -10° C. Co się tyczy mnie, to ze zmęczenia długo nie mogłem zasnąć wpatrując się w pięknie wygwieżdżone niebo.
Na drugi dzień (2.IX) rano, tak jak planowaliśmy, zostawiwszy nasze plecaki i jednego z towarzyszy w obozowisku, wyruszyliśmy naprzód. Na pogodę nie mogliśmy narzekać, gdyż była piękna, słoneczna; zerwał się jednak bardzo silny wiatr, który nie wróżył nic dobrego, zwłaszcza że widzieliśmy przed sobą szczyt otoczony kurniawą pyłków śnieżnych. Musieliśmy się trzymać tu i ówdzie wystających skał, bo tam było gdzie przycupnąć i za co się chwycić.
Niebawem trzech towarzyszy wycofało się, zostało nas 4 najmłodszych z grona. Minęliśmy pola z nieprzyjemnym zapachem gazów siarczanych i ubezpieczywszy się liną zaczęliśmy posuwać się naprzód żółwim krokiem. Wicher był tak silny, że zerwał mi z głowy odwijaną czapeczkę filcową, którą naciągnąłem na uszy. Szczęściem miałem jeszcze przy sobie baszłyk, którym mogłem zabezpieczyć twarz i uszy przed odmrożeniem. Wiatr był porywisty i ciął mocno w twarz igiełkami lodu; posuwaliśmy się w ten sposób, że przy każdym silniejszym porywie przypadaliśmy do ziemi, by znów zrobić parę kroków, tak że nie tyle szliśmy, co pełzali.
Prędko zaczęliśmy opadać z sił, zwłaszcza że na tej wysokości (około 5 100 m) człowiek czuje się niezmiernie osłabiony, każdy krok kosztuje dużo wysiłku, a cóż dopiero walka z wichurą. Jednemu z towarzyszy krew rzuciła się nosem. Po bezskutecznej walce rozsądek nakazał nam, choć z wielkim żalem, wycofać się spod samego szczytu. Gdy wróciliśmy do naszego ostatniego obozowiska, trzej pozostali towarzysze postanowili jeszcze jedną noc tam spędzić i spróbować wejść na szczyt następnego dnia, licząc, że wiatr się uspokoi. Zostawiliśmy więc im nasze prowianty i niektóre ciepłe rzeczy i wraz z dwoma Kurdami, którzy tutaj dotarli, pomaszerowaliśmy w dół.
Dla mnie była to droga ogromnie męcząca. Obuwie w jakie zaopatrzyła się w Tyflisie wyprawa, było zupełnie niepraktyczne: w pogoni za lekkością sporządzono je z płótna, a jakiś domorosły szewc nie mający pojęcia, jak powinien wyglądać górski trzewik, ponabijał w prymitywny sposób w podeszwę gwoździ. Płótno i podeszwa rozmokły i jakiś gwóźdź zaczął mnie uwierać. Tam, wśród śniegów nie sposób było coś poradzić, zacząłem kuleć, każdy krok był bolesny, a jakiś ostatni kilometr pod Sardarbułakiem musiałem już szukać oparcia u przewodnika. Gdy zdjąłem później obuwie, okazało się, że mam głęboko poranioną gwoździem piętę.
Nazajutrz rano 3.IX była piękna, cicha pogoda. Koło południa doszły nas echa wystrzałów ze szczytu – znak, że nasi towarzysze tam się znaleźli: byli to technolog N. A. Dawidowski, dr Streicher i Michitarjanc, współpracownik gazety ormiańskiej Mszak. Mogli mieć słuszne zadowolenie sportowców, lecz naukowy plon wyprawy okazał się mizerny. Budka meteorologiczna została zasypana śniegiem, odczytanie wskazówek termometrów nie wiele dało, wiadomości były tak mętne, że jak mówił dyr. Hłasek, nie mógł on z tego nic pozytywnego wywnioskować.
Wracaliśmy z Araratu nieco inną drogą, trawersując jego zbocze od Sardarbułaku do doliny św. Jakuba 4.IX. Następnie jadąc pociągiem z Erywania do Tyflisu, 6.IX zatrzymaliśmy się na stacji Ani, żeby zwiedzić położone nad brzegiem rzeki Arpa-czaj olbrzymie ruiny niegdyś kwitnącego miasta, dawnej stolicy wolnej Armenii. Dla sztuki i kultury ormiańskiej ruiny Ani odgrywają podobną rolę jak ruiny Pompei dla sztuki rzymskiej. 9.IX 1903 r. byliśmy z powrotem w Tyflisie. W wycieczce tej moja botanika skończyła się już na drugim obozowisku. Dalej pędziła mnie naprzód już tylko żyłka sportowa. Tu poniosłem porażkę. Lecz nie była ona dla mnie bardzo bolesna. Choć bywałem na niejednym szczycie (na Kaukazie, w Alpach, Tatrach i Skandynawii), lecz nigdy nie uważałem, aby z wytrzymałości moich nóg, rąk i serca rościć sobie jakiś tytuł chwały. Poza obfitym plonem botanicznym miałem jednak to zadowolenie, że byłem na takiej wysokości, na której bywać nie każdemu się zdarza, mogłem więc powtórzyć słowa Adama Mickiewicza:

Tam? – Byłem: Zima siedzi, tam dzioby potoków
I gardła rzek widziałem, pijące z jej gniazda.
Tchnąłem – z ust mych śnieg leciał; pomykałem kroków,
Gdzie orły dróg nie wiedzą, kończy się chmur jazda
Minąłem grom, drzemiący w kolebce z obłoków,
Aż tam, gdzie nad mój turban była tylko gwiazda.

Wyniki rzeczowe mojej ostatniej podróży kaukaskiej w r. 1903 zawarłem w dwóch pracach rosyjskich, ogłoszonych w wydawnictwie Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego i Ogrodu Botanicznego w Dorpacie. O Araracie jest tam tylko krótka wzmianka.
W lecie 1904 r., studiując w Jenie, na zaproszenie młodzieży polskiej z Lipska wygłosiłem tam dla kolonii polskiej odczyt z ostatniej podróży kaukaskiej, zwłaszcza o wycieczce na Ararat. Na wiosnę 1906 r. w sali Muzeum Rolnictwa i Przemysłu w Warszawie wygłosiłem dwa odczyty o Araracie, ilustrowane licznymi przezroczami z moich własnych i cudzych fotografii. Odczyt ten powtórzyłem później w skrócie w Lublinie. Na razie nie znalazłem na to nakładcy. Miałem zamiar włączyć to do większego polskiego dzieła o moich podróżach kaukaskich, lecz niestety, w perypetiach pierwszej wojny światowej rękopis ten, liczne notatki i olbrzymi zbiór moich i cudzych fotografii i przezroczy Kaukazu przepadł w Odessie. Dziś mogłem sięgnąć tylko do wspomnień. (...)
Ogólny plan mojej kaukaskiej podróży 1903 r. wyraził się w kolekcji około 4 000 okazów zielnikowych, w kolekcji fotografii – około setki, w kolekcji owadów – chrząszczy dostarczonych A. P. Siemionowowi-Tianszańskiemu, w kolekcji skamielin z epoki węglowej dostarczonej prof. Czernyszewowi, w pomiarach wysokości czynionych w drodze. Niektóre gatunki okazów zielnikowych zebrane w większej ilości poszły na wymianę do zielników europejskich, jak i zbiór rzadszych nasion (35 gat.) dołączony do katalogu nasion Ogrodu Botanicznego w Dorpacie. Prócz zdobyczy florystycznych ogłosiłem szereg spostrzeżeń o szacie roślinnej zwiedzonych okolic.”

W latach 1904-1912 pan Bolesław odbył studia uzupełniające u obcych specjalistów w niemieckiej Jenie i Lipsku, a następnie w austriackim Grazu, szwajcarskiej Genewie i we włoskim Palermo. Rok 1908 spędził jednak w Dorpacie, prowadząc tu na uniwersytecie wykłady zlecone z genetyki, anatomii, fizjologii i geografii roślin, jak też z botaniki ogólnej.
W 1912 roku ukazała się jego praca pt. Nowy typ szparek oddechowych w rodzinie Saxifragaceae. W 1913 roku doktoryzował się na macierzystej uczelni na podstawie rozprawy Anatomiczeskije issledowanija nad ustjcami. To dzieło stanowiło wynik wieloletniego żmudnego wysiłku, polegającego na starannym i wnikliwym zbadaniu 395 gatunków roślin z różnych zon geograficznych. W opublikowanej w 1913 roku pracy znalazła się znaczna liczba świetnie wykonanych rysunków.
W pierwszej i drugiej z siedmiu części autor streszcza dzieje badań nad danym tematem, w dalszych czterech szczegółowo przedstawia własne obserwacje, a w ostatniej uogólnia wnioski wynikające ze wszystkich poprzednich rozdziałów. Według oceny współczesnych badaczy, ustalenia Hryniewieckiego dotyczące tej odmiany roślin miały fundamentalne znaczenie dla ustalenia prawidłowości rządzących w świecie botaniki. (Por.: A. Szczerbatowa, N. Bazylewska, K. Kałmykow, Istorija botaniki w Rossii, Nowosybirsk 1983, s. 113-114).
W latach 1914-1919 B. Hryniewiecki pełnił funkcje profesora morfologii i systematyki roślin na Uniwersytecie Noworosyjskim w Odessie, jak też dyrektora tamtejszego ogrodu botanicznego. W 1916 roku opublikował monograficzny tekst pt. Dioscoreaceae florae Caucasi Tauriaeque, poświęcony światowi roślinnemu Kaukazu i Krymu. Do dziś jego prace w tym zakresie są uważane za klasyczne i są pomocą naukową dla studentów i młodych uczonych w Rosji. (Por.: A. Szczerbatowa, N. Bazylewska, K. Kałmykow, Istorija botaniki w Rossii, Nowosybirsk 1983, s. 113-114).
W Odessie pan profesor brał udział w pracy różnych polskich organizacji i stowarzyszeń, przeważnie o charakterze kulturalnym i dobroczynnym.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości B. Hryniewiecki wrócił do kraju i przez wiele lat pracował na Uniwersytecie Warszawskim, pełniąc m.in. funkcje rektora w latach 1926/1927. Położył duże zasługi dla rozwoju w Polsce nie tylko botaniki, ale też ruchu ochrony przyrody. Przyczynił się m.in. do założenia Świętokrzyskiego i Tatrzańskiego Parków Narodowych.
W roku 1933 ukazały się dwie fundamentalne prace florystyczne Bolesława Hryniewieckiego: Tentamen florae Lithuaniae. Zarys flory Litwy oraz Precis de l’histoire de la botanique en Pologne.
Po drugiej wojnie światowej wydano fundamentalne dzieła B. Hryniewieckiego Zarys dziejów botaniki (1949) oraz Owoce i nasiona (1952), które były kilkakrotnie wznawiane w okresie późniejszym.
Wybitny uczony zmarł 13 lutego 1963 roku w Brwinowie koło Warszawy; został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powiązkowskim.

* * *

Na marginesie zaznaczmy, że zabójca cesarza Aleksandra II Romanowa 1 marca 1881 roku Ignacy syn Joachima Hryniewiecki (1856 – 1881) nie należał do tej rodziny polskiej; jego prawdziwym żydowskim nazwiskiem rodowym było: Appelbaum vel Apfelbaum, czyli „Jabłonowski” vel „Jabłoński”. 

Januszkiewicz



Jest to starożytny, wysoce uzdolniony, ród szlachecki używający herbu Lubicz (Por.: M. Paszkiewicz, J. Kulczycki, „Polish coats of arms”, London 1990, s. 424). Gałąź witebska pieczętowała się godłem Wężyk (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 6, nr 609).
Jeśli chodzi o źródła archiwalne, wymieniają one to nazwisko (pochodzące od starolechickiego imienia Januszko vel Januszek) już na przełomie XV-XVI wieku. „Illustrissimus Theodorus Januszkiewicz, Mareschallus Serenissimus regis Poloniae et magni ducatus Lithuaniae” mieszkał w Wilnie około roku 1506 („Akty izdawajemyje”..., t. 16, s. 417). 12 marca 1535 roku w Świrze Stanisław Januszkiewicz i jego żona Zofia Janowna sprzedali Franciszkowi Wojtkowiczowi ziemię pustą Dziedkowszczyznę („Archiwum Sanguszków”, t. 4, s. 2). Bartłomiej Januszkiewicz, szlachcic powiatu upickiego, zaskarżył 25 sierpnia 1586 roku w sądzie ziemianina Druwego o zamordowanie ojca („Akty izdawajemyje”..., t. 26, s. 397). Jur Januszkiewicz, ziemianin powiatu wiłkomierskiego, (1596) i jego żona Barbara Janowna z domu Perwerbus władali majątkiem Powirynty, otrzymanym w spadku po Hrehorym Januszkiewiczu, ojcu Jura („Akty izdawajemyje”..., t. 32, s. 380-382).
W jednym z dokumentów XVII-wiecznych czytamy: „Roku tegoż 1693, dnia 26 Augusta, ja Mikołaj Januszkiewicz, wespół z żoną moją pod przysięgą wyznawamy, iż mając syna naszego ciężko zchorzałego, prawie już konającego, gdy go ratować żadnej już nam rady nie było, skorośmy go pod obronę Matki Nayświętszey w Obrazie Świerznieńskim Cudami słynącey oddali, y Yey Opiece ofiarowali, zaraz prętka, a nam pocieszna odmiana nastąpiła, bo wnetże należycie zdrowym został”. (Cyt. wg „Pełnia piękney jak księżyc, łask promieniami światu przyświecająca”. A reprint of the 1754 Nieśwież Edition. Ed. by Maciej Siekierski, Berkeley, California 1985, s. 87-77). Maciej Januszkiewicz podpisał w 1697 roku jedną z uchwał sejmiku szlacheckiego w Brześciu. Prawdopodobnie tenże Maciej Kazimierz Merło Januszkiewicz złożył podpis pod uchwałą sejmiku szlacheckiego brzeskiego 15 lutego 1718 roku („Akty izdawajemyje”..., t. 4, s. 428).
W 1749 roku do ksiąg miejskich kobryńskich wniesiono następujący zapis: „Ja Apolinar Merło Januszkiewicz, skarbnikowycz województwa Brzeskiego, ... samego siebie y dobra moje litere ac sponte poddając, jawno czynię y wyznawam, że sam dwór Korsuński, z budynkami mieszkalnemi, gumiennemi y wszelkym budowaniem, w tym dworze będącym, z gruntamy, ogrodamy, sianożęciamy, z poddanemy, do tey majętności należącemi, ich domami, dziećmi, gruntami, robociznami, czynszami y wszelką powinnością, w ynwentarzu opisaną, z borami, zaroślami, sadzawkami, z wolnym ryb łowieniem y w lasach zwierza y ptactwa biciem... w moc, w dzierżanie y spokoyne używanie na rok jeden do świętego Jana Krzciciela w realną possessyą przewielebnemu imć xiędzu Ignacemu Ulyńskiemu y wszestkim wielebnym bazylianom klasztoru Antopolskiego podałem y intromitowałem”... Chodziło o spłacenie długu 10 tys. złotych („Akty izdawajemyje”..., t. 6, s. 544-546). Bartłomiej, Antoni i Marcin Januszkiewiczowie 19 lutego 1764 roku podpisali instrukcję szlachty województwa wileńskiego posłom obranym na sejm konwokacyjny w Warszawie („Akty izdawajemyje.”.., t. 13, s. 235).
Ksiądz Józef Januszkiewicz („szlachcic, kapłan w Zakonie Bernardynów, ma lat 27”) około roku 1800 był profesorem matematyki i języka francuskiego w szkole powiatowej traszkuńskiej; przy tym wykazywał pilność wielką, a konduitę dobrą. (Dział rękopisów Biblioteki Uniwersytetu Wileńskiego, F. 2, DC-73, s. 63-64): Drzewo genealogiczne rodu Januszkiewiczów, zatwierdzone w Mińsku w 1822 roku podaje opis czterech pokoleń jednej z gałęzi (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 114, s. 27).
W archiwach miasta Wilna przechowywane są liczne dokumenty z XIX wieku, świadczące o tym, że reprezentanci rodu Januszkiewiczów nader często pobierali nauki wyższe na tutejszym uniwersytecie, byli inteligentni i pilni w pozyskiwaniu wiedzy. I tak np. pewne urzędowe „Świadectwo” brzmi: „Rząd Cesarskiego Uniwersytetu Wileńskiego zaświadcza, jako WPan Romuald Januszkiewicz po ukończeniu kursów w oddziale nauk moralnych i politycznych i po zdaniu przepisanych egzaminów, dnia 27 czerwca r. 1827 ma pozyskany sobie stopień Aktualnego Studenta Fakultetu Prawniczego z przywiązanemi doń przywilejami, na co i patent otrzymał tego roku... Wilno, dnia 29 czerwca r. 1830 (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 837, s. 69).
Niejako wyprzedzając tok naszych informacji zaznaczmy, że Romuald Januszkiewicz (1808-1865) był rodzonym bratem Eustachego i Adolfa (o których będzie mowa dalej); także studiował na Wszechnicy Wileńskiej i walczył w powstaniu listopadowym. Na emigracji w Paryżu przebywał od 1841 roku, był najbliższym przyjacielem i współpracownikiem Towiańskiego, któremu towarzyszył po jego wydaleniu z Francji do Szwajcarii od 1842 do 1843 roku. Działał w polskich organizacjach patriotycznych na Zachodzie.

* * *

Inny znowóż dokument, tym razem w języku łacińskim, podaje: „Auspiciis augustissimi et potentissimi Imperatoris Nicolai I, Russorum Autocratoris etc. etc. etc. (...) Cum nobilis Joannes Ludovici filius Januszkiewicz, studiorum curriculo in Gymnasio Vilnensi emenso, in Civium hujus Caesareae Litterarum Universitatis Vilnensis numerum adscriptus, in Ordine Professorum scientiarum Physico-mathematicarum Psysicae, Chemiae, Zoologiae, Botanicae, Mineralogiae, Mathesi sublimiori purae et applicate, Astronomiae, Architecturae et Logicae trium annorum spatio multam et assiduam operam dederit, atque in examinibus diligentiam suam et processus Praeceptoribus suis adeo probaverit, ut ad formulam legis § 22 de conferendorum honorum academicorum ratione modoque die XXVII Junii Anni MDCCCXXXII. Professorum Ordinis scientiarum Physico-mathematicarum suffragiis Studiosi actualis gradum et honorem meruisse judicaretus; Nos proinde, ea, qua, pollemus, auctoritate, eumdem Joannem Januszkiewicz Studiosum actualem in Ordine Physico-mathematico renuntiamus ac declaramus, atque XII-ae Civium Classi adscriptum, cunctis juribus atque commodis huic loco et ordini propriis, Eundem gandere testamur. In cuius rei fidem Litteras has Patentes, Caesareae Litterarum Universitatis Vilnensis sigillo munitas, subscripsimus. PP Vilnae in Aedibus Academicis Anno MDCCCXXXII, die 24 mensis Aprilis. N. 868”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 839, s. 59).
W zbiorach dawnej heroldii wileńskiej znajdują się liczne wywody genealogiczne poświęcone dziejom różnych gałęzi tego domu. Tak na przykład „Wywód familii urodzonych Januszkiewiczów herbu Lubicz” z 28 sierpnia 1820 roku donosi, iż „familia ta starożytna (...) od dawna używała herbu Lubicz (...) i od najdawniejszych czasów w zaszczytach urodzenia szlacheckiego zostając i prerogatywy temu stanowi przyzwoite piastując do dziś dnia trwa”... Deputacja wywodowa wileńska uznała też wówczas ponownie liczną grupę Januszkiewiczów gnieżdżących się na Mińszczyźnie, Wileńszczyźnie, Grodzieńszczyźnie, Kowieńszczyźnie i Wiłkomierszczyźnie „za rodowitą i starożytną szlachtę polską”, wpisując ich imiona do ksiąg szlacheckich klasy pierwszej (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 914, s. 279-280).
Inny „Wywód familii urodzonych Januszkiewiczów herbu Lubicz” (Wilno, 19 listopada 1837 roku) podaje, że „familia Januszkiewiczów od niepamiętnych czasów dostojnością dworzańską szczycąc się, używa herbu Lubicz, a (...) przodkowie tej familii prawami i prerogatywami dworzańskiemi uprzywilejowani, posiadali dobra ziemskie dworzańskie z poddaństwem dziedziczne i skarbowe, oraz pełnili urzęda cywilne jedynie temu stanowi odpowiednie (...). Protoplasta niniejszego wywodu Maciej Bartłomiejowicz Januszkiewicz, będąc dziedzicem dwóch folwarków antecessorskich z poddanemi Zejmy Januszkiewszczyzna i Jurkiszki w powiecie wileńskim, spłodził synów dwóch: Jana i Stanisława”... W 1682 r. zostawił im w spadku te posiadłości. Jan Januszkiewicz miał syna Jerzego, skarbnika wołkowyskiego, a Stanisław – dwóimiennego Jakuba Konstantego, strażnika smoleńskiego. Na przełomie XVIII-XIX wieku w heroldii wileńskiej zarejestrowano licznych członków tego rodu; Antoniego Jana, Stanisława, Józefata, Justyna, Jakuba, Tadeusza, Jakuba Piotra, Adama, Michała, Józefa i in. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1058, s. 52-57).
Był to dom wielce zasłużony zarówno dla kultury polskiej, jak też rosyjskiej, litewskiej, białoruskiej. Od Januszkiewiczów odgałęził się m.in. znakomity ród panów na Dobuży Dobużyńskich, którzy początkowo pisali się Januszkiewiczowie-Dobużyńscy; z nich pochodził znakomity malarz Mścisław Dobużyński (1875-1957).

* * *

Adam Michał Walerian Julian Januszkiewicz urodził się w 1803 roku w Nieświeżu jako syn Michała Merły Januszkiewicza, szlachcica średniej fortuny, właściciela Dziahylna na Mińszczyźnie, oraz Tekli z Sokołowskich. Uczył się u ojców dominikanów w Nieświeżu i Winnicy; jako kilkunastoletni chłopiec pisywał sentymentalne wiersze, lecz niebawem poświęcił się sprawom bardziej męskim i poważnym czyli naukowym.
Zmarł w majątku Dziahylnia pod Mińskiem 6 czerwca 1857 roku, zmożony ciężką nieuleczalną chorobą, której nabawił się na zesłaniu.

* * *

Eustachy Januszkiewicz urodził się 26 listopada 1805 roku w miejscowości Prusy w powiecie słuckim na Mińszczyźnie, ponieważ wówczas jego ojciec dzierżawił te dobra od książąt Radziwiłłów. Uczył się u dominikanów w Nieświeżu, a następnie kończył studia prawnicze w Wilnie, gdzie słuchał m.in. wykładów Joachima Lelewela, a przyjaźnił się z Ignacym Domeyką i Tomaszem Zanem.
5 lutego 1826 roku Eustachy Januszkiewicz otrzymał patent kandydata prawa na Uniwersytecie Wileńskim (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 833, s. 13).
Po ukończeniu studiów uprawiał praktykę adwokacką i czynnie udzielał się na niwie działalności kulturalnej, organizując i wspierając na rozmaite sposoby życie teatralne, dziennikarskie, naukowe.
Należał do grona ideowych działaczy patriotycznych i po wybuchu powstania listopadowego działał na jego korzyść na terenie Litwy, Wołynia, Podola, Królestwa Polskiego. Był adiutantem generała S. Różyckiego.
Od 1832 E. Januszkiewicz na okres kilku dziesięcioleci został jednym z najczynniejszych polskich intelektualistów, polityków, wydawców, publicystów i działaczy oświatowych we Francji. Wspierał materialnie zarówno Adama Mickiewicza, jak i Juliusza Słowackiego, którzy na wygnaniu klepali biedę. Działał w Towarzystwie Ziem Litewskich i Ruskich, w Towarzystwie Słowiańskim, w Towarzystwie Historyczno-Literackim Biblioteki Polskiej w Paryżu i innych organizacjach o charakterze patriotycznym. Pisywał niekiedy w prasie polskiej we Francji. Był pilnie śledzony przez wywiad rosyjski, który uważał go za człowieka nader niebezpiecznego dla Cesarstwa i w pewnych okolicznościach nadawałby się na charyzmatycznego przywódcę powstania na Litwie.
Generał-lejtnant Mirkowicz, wileński, grodzieński, miński i białostocki wojskowy gubernator w końcu listopada 1840 roku otrzymał poufny list od szefa 4-go okręgu Korpusu Żandarmów, w którym m.in. zawarta była informacja: „W powiecie ihumeńskim Guberni Mińskiej arenduje majątek u księcia Wittgensteina ziemianka Januszkiewicz i mieszka w majątku Siemienowicze. Jeden z jej synów zesłany został za udział w buncie, dwaj inni mieszkają w Paryżu, skąd prowadzą korespondencję z matką i siostrą, panią Piasecką, mieszkającą w miasteczku Szyrwinty powiatu Wiłkomirskiego. Korespondencja ta idzie przez ręce byłego sekretarza komisji radziwiłłowskiej Czerniachowskiego, zamieszkałego w Wilnie. Niedawno ludzie ci wprawieni zostali w wielki ruch, i nawet się przypuszcza, że Eustachy Januszkiewicz przybył tu zza granicy, lecz niewiadomo gdzie się znajduje.”
Mirkowicz polecił kornetowi do specjalnych poruczeń Waszkiewiczowi zorganizować ściśle tajny nadzór policyjny m.in. nad adwokatem Kazimierzem Piaseckim, kilkunastoma innymi krewnymi i przyjaciółmi Januszkiewicza. Cała akcja nic nie dała, gdyż „zbrodniarz” naprawdę tutaj się nie znajdował (CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1840, nr 151). Istotnie, „nie znajdował się”, gdyż działał we Francji.
Eustachy Januszkiewicz zmarł w Paryżu 27 sierpnia 1874 roku po pracowitym i owocnym życiu.

* * *

Albin Kazimierz Januszkiewicz (1806-1876) jako student Uniwersytetu Wileńskiego brał udział w powstaniu 1831 roku w randze porucznika, a po jego klęsce przez wiele lat był czynnym działaczem polskiej emigracji we Francji. Zasłynął m.in. z tego, że cały swój majątek przekazał w spadku dobroczynnej Instytucji Czci i Chleba w Avignon.

* * *

Roman Januszkiewicz (1873-1924) był znanym inżynierem elektrykiem, działającym we Lwowie i bardzo dla rozwoju tego miasta zasłużonym. Przez kilka lat zresztą pracował także w zakładach elektrotechnicznych swego miasta ojczystego, Warszawy.

* * *

A. Łukomski (Wospominanija, t. 1, s. 54, Berlin 1922) wspominał: „Nominacja szefem sztabu Dowódcy Naczelnego generała Januszkiewicza przez koła wojskowe przyjęta została raczej negatywnie.
Generał Januszkiewicz znany był jako wytrawny profesor administracji, jako bezwzględnie przyzwoity i porządny człowiek. Lecz nie miał on stażu ani polowej, ani sztabowej służby na odpowiedzialnych stanowiskach. Był człowiekiem o zbyt miękkim i ustępliwym charakterze, uchodził też za pozbawionego silnej woli.”

* * *

W umyśle Adolfa Januszkiewiczauczucie patriotyzmu od dzieciństwa poczęło być środkowym i górującym punktem wszystkich szlachetnych popędów”. Urodzony w Dziahylnie koło Nieświeża na Białej Rusi (9.VI.1803), gimnazjum ukończył w Winnicy, a studiował na wydziale literatury i sztuk wyzwolonych Uniwersytetu Wileńskiego. Miał zaszczyt (i pożytek) uczęszczać na wykłady L. Borowskiego, E. G. Groddcka, J. Lelewela, J. Daniłowicza. Zaprzyjaźnił się z A. Mickiewiczem, nawiązał bliskie kontakty z młodzieżą filomacką. Ale już po dwóch latach studiów musi opuścić gród nadwilijski, aby udać się do Kamieńca na Podolu, a później do Karlsbadu (obecnie Karlovy Vary). Przebywał też we Włoszech. Latem 1830 roku wracając na Litwę zahacza A. Januszkiewicz o Warszawę, gdzie z ust Lelewela dowiaduje się o przygotowywanej rebelii. Zatrzymuje się tu i wkrótce jako podporucznik walczy pod biało-czerwonym sztandarem przeciwko zaborcom. W marcu 1831 roku podczas walki wręcz z większym oddziałem Kozaków otrzymuje siedem ran i wzięty zostaje do niewoli. Los jego był oczywiście przesądzony – szubienica albo Sybir. Niewiadomo, co było lepsze, ale w udziale mu przypadł ten drugi. W latach 1831-1853 przebywa kolejno w Tobolsku, Iszymie, Omsku. Stąd odbywa trzy wyprawy (1843, 1845, 1846) na bezkresne stepy Kazachstanu. Wrażenia swe opisał w trzytomowych „Listach ze stepu Kirgiskiego pisanych do rodziny i przyjaciół w 1846 r”. (Warszawa 1859). Ponadto prowadził na tułaczce dziennik, z którego wielce interesujące wyjątki wydane zostały dwukrotnie w latach 1861 i 1875 pod tytułem „Żywot Adolfa Januszkiewicza i jego listy ze stepów kirgiskich”. Wspomnienia jego mają istotną wartość zarówno artystyczną jak i naukową. Łączą harmonijnie bowiem barwność impresji ze staranną precyzją szczegółowego opisu. Znać w nim umysł wileńskiego romantyka, przesiąknięty ciekawością świata i ludzi, niespożytą energią i życzliwością do wszystkiego co żyje. Na kartach dziennika znajdujemy nie tylko wartościowe opisy o charakterze geograficzno-historyczno-etnograficznym, lecz śledzimy też wartką, pełną niezwykłych (a przecież wziętych wprost z życia) akcji i zdarzeń. Niektóre dane dotyczące ówczesnego bytu Kazachów są nieraz jedynym źródłem naukowym dla współczesnych badaczy. Tak np. Januszkiewicz pozostawił jedyny autentyczny i dokładny opis przyjęcia Wielkiej Hordy Kirgiskiej pod berło cara rosyjskiego. Znał też blisko nasz krajan Kunanbaja, ojca największego poety kazachskiego Abaja. Wielka wartość zapisków A. Januszkiewicza spowodowała, że przetłumaczono je współcześnie w całości na język rosyjski (dotąd duża ich część zalegała w archiwach Ałma-Aty). Stały się przez to powszechnie dla badaczy dostępnym źródłem informacji o XIX-wiecznych Kazachach.
Oto jak opisuje A. Januszkiewicz w liście do matki swą podróż w 1843 roku po Stepie Iszymskim. „Jakkolwiek krótka była moja podróż, jeśli mi jednak Bóg pozwoli ujrzeć kiedy rodzinne progi, będę miał dużo do gadania o niej i może gawędka moja większą zbudzi ciekawość, niż opowiadanie z krajów każdemu znanych i po tysiąc razy opisanych. Dziś zdrożony, zmęczony i zajęty nie jedną robotą, w krótkości tylko powiem: że po niezmierzonych obszarach stepów leciałem jak strzała; ... że wpław przejeżdżałem bezmostne rzeki, nikomu w Europie nie znane, a nad brzegami ich, pierwszy raz po dwunastu latach, słyszałem miły śpiew słowika; że widziałem kirgiskie plemiona, koczujące razem w liczbie tysiąca i więcej jurt, na przestrzeni jakich dwudziestu pięciu lub trzydziestu wiorst, zasianych krociami koni, wielbłądów, baranów i bydła cudnej piękności; że napotykałem karawany kupieckie idące z Taszkientu i Kokandu, stada sajg, dzikich koni, zwanych kułanami; że nareszcie musiałem wąską drogą stepową lecieć w pośród płomieni palącego się na okół stepu... Czyż to wszystko nie ciekawe? Czy nie ciekawsze jest niż widok pól niemieckich zasadzonych kartoflami, albo neapolitańskich lazaronów zajadających makaron? Tu ja nigdzie źdźbła zboża nie widziałem; nigdzie płotu, wszędzie przestrzeń bez końca. Oddychałem pełno, szeroko, jak Arab na pustyni. Upał tylko i kurz nieznośny dokuczały mi niemało. Pomimo tych nieprzyjemności, wielce rad jestem z mojej wyprawy i nie obejrzałem się, jak też parę tygodni przeleciało. Teraz ciągle mi się marzą jurty, wielbłądy, pożary stepu, sajgi, kułany, a podróż taki miała wpływ na moje zdrowie, że jem za trzech, a śpię za sześciu; ale to też trzeba wiedzieć, że przez cały czas nie zjadłem kawałeczka wołowego mięsa i ani razu nie spałem dłużej nad dwie godziny”. A oto wyjątek z dziennika dotyczący bytu Kazachów (których Januszkiewicz nazywa Kirgizami). „O swatach... Gdy ci mają przybyć, przy progu jurty kopie się dół zakryty trawą. Jak tylko swaty przez próg przestąpią, dziewki i wszystka młodzież w jurcie ciskają na nich kwieciem, jak kamieniami. Ci tymczasem wpadają w dół: śmiech, hałas. Wyrządzają im różne figle: dziewczęta ich rozsuwają, targając i łaskocząc; sadzają na krowę lub byka, czasem nawet z nagą dziewką, i związawszy razem puszczają w step, ale pilnują wszakże, aby nie było przypadku. Bachanalia te odbywają się w nocy. Nazajutrz ich ugaszczają, biorą i dają podarunki. Przez ten czas, panna młoda, często sześć lub siedem lat mająca, siedzi w drugiej jurcie”.
Warto było przytoczyć te nieco przydługie fragmenty, bowiem doskonale przekazują one atmosferę i treść życia naszego ziomka podczas 25-letniej tułaczki. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że Adolf Januszkiewicz był również zdolnym poetą. Poezje jego jednak tylko częściowo dotychczas zostały opublikowane.
Spuścizna naukowo-literacka Adolfa Januszkiewicza uchodzi do dziś w Kazachstanie za ważne źródło dotyczące historii tego kraju. W 1966 roku wydano w Ałma-Acie w języku rosyjskim jego „Dniewniki i piśma iz putieszestwija po kazachskim stiepiam”. W 1979 roku wydano też tę książkę w języku kazachskim pod tytułem „Kundelikter men chattar nemese Kazak dałasyna żasałgan sajachat turały żazbałar”.
Życie A. Januszkiewicza, choć względnie nie długie, było bardzo ruchliwe i czynne. Podróżując po Azji Środkowej przemierzył dziesiątki tysięcy kilometrów, dokonał wielu obserwacji naukowych, znakomicie wywiązywał się ze swych obowiązków służbowych, napisał kilka znakomitych książek.
Z pewnością podzielał zdanie Augusta Cieszkowskiego co do tego, że: „Czyn jest ostatecznym kamieniem probierczym wszystkiego, co istnieje, co żyje – Czyn jest panującym we Wszechświecie. Czyn jest też właściwym zbawcą ludzkości, on dopiero dokonywa wszelkich jej wymagań, on dopiero spełnia wszelkie jej niedostatki, on dopiero rozwiązuje założenia i rozwija żywioły całego jej żywota”...
Dopiero w roku 1856 wrócił Adolf Januszkiewicz do pieleszy rodzinnych. Ale powrócił tylko po to, aby po sześciu miesiącach umrzeć na ojczystej ziemi.

* * *

Aleksander Januszkiewicz urodził się 17 lutego 1872 roku w miejscowości Zarydyńce koło Bracławia na Wołyniu. Jego ojciec Marian był ziemianinem, matka, Walentyna z Regulskich, także pochodziła ze szlachty.
Nauki gimnazjalne młodzian pobierał w Niemirowie, wyższe zaś w Kijowie, na tamtejszym uniwersytecie. W 1899 roku ukończył z wyróżnieniem wydział lekarski. W tymże roku rozpoczął pracę jako ponadetatowy ordynator, czyli wolontariusz, na katedrze patologii szczegółowej i terapii chorób wewnętrznych tej uczelni, w latach 1904-1912 był zatrudniony na katedrze terapii wydziałowej (CPAH Litwy w Wilnie, f. 175, z. 1, nr 729, s. 41). W latach 1906, 1908, i 1912 był trzykrotnie skierowywany na delegacje naukowe do klinik Austrii, Belgii i Niemiec.
Pierwszą większą publikacją naukową Aleksandra Januszkiewicza była rozprawa doktorska w języku rosyjskim pt. „Ob ałkogolnom diurezie” (96 stron), wydana w Kijowie w 1910 roku. Był to tekst oparty na badaniach eksperymentalnych w laboratorium patologii ogólnej Uniwersytetu Kijowskiego. Swe prace publikował po polsku, po rosyjsku i po niemiecku: „Ein Fall von akuter Leukämie” (1903); „O wpływie alkoholu na funkcje nerek” (1909); „Ob ałkogolnom diurezie” (1910); „Narząd pokarmowy a gruźlica” (1927); „Nadciśnienie tętnicze” (1929).
Przez dłuższy czas lekarz-naukowiec badał wpływ alkoholu na funkcje nerek i na proces oddawania moczu. Było to zagadnienie w równym stopniu ważne i doniosłe, co mało zbadane. Autor rozprawy doszedł m.in. do wniosku, że alkohol wywiera wyjątkowo szkodliwy wpływ na nerki, przy czym wyniki analizy moczu mogą świadczyć, że rzekomo organizm jest zdrowy, podczas gdy faktycznie w nerkach zachodzą już poważne zmiany patologiczne, a ich morfologia i funkcje zostają gwałtownie zakłócone. Często nawet proces porażenia onkologicznego nie daje się wykryć przez dłuższy czas, gdy zaś zostaje wykryty, bywa już za późno na skuteczną kurację. A. Januszkiewicz dowiódł, że alkohol – choć odgrywa też pewną rolę terapeutyczną w organizmie jako swoisty środek odkażający – przeważnie jednak wywiera bardzo ujemny wpływ na całokształt procesu wymiany materii. Recenzenci tej rozprawy wskazywali, że ustalenia doktora A. Januszkiewicza mają niebagatelne znaczenie także jeśli idzie o społeczne środki organizacyjne, mające zapobiec krzewieniu alkoholizmu wśród mas ludności. (CPAH Ukrainy w Kijowie, f. 708, z. 349, nr 107, s. 4).

* * *

Rzecz w tym, że Rosja, podobnie jak inne kraje tego obszernego regionu eurazyjskiego (od Londynu do Władywostoku), znajduje się w strefie wzmożonego spożycia alkoholu, a kulturę tego lądu można bez wahań nazwać „alkoholiczną”, tak bowiem doniosłą rolę odgrywa tu spożycie tego środka odurzającego oraz związane z nim stereotypy zachowań, mentalność, obyczaje i rytuały społeczne, a nawet wytwory kultury duchowej.
Jak podaje Athenaios z Naukratis, Ajschylos miał napisać jedną ze swych wielkich tragedii w stanie zamroczenia alkoholicznego. (Por.: Athenaios von Naukratis, „Das Gelehrtenmahl“, Leipzig 1985, s. 18). Notorycznym pijakiem był Juliusz Cezar, choć przecież nawet będąc w stanie nietrzeźwym potrafił rozstrzygać wielkie bitwy na swoją korzyść, a potem należycie fetował kolejne zwycięstwo. Kto wie, może właśnie perspektywa dobrego wypicia stymulowała jego umysł do genialnych posunięć taktycznych i strategicznych. Alkohol potrafi „zagrzewać” zarówno „po” jak i „przed” spożyciem – także zagrzewać do wielkiej twórczości... Skończonym pijakiem był np. Wolfgang Amadeusz Mozart (1756-1791), zmarły od alkoholizmu w wieku niespełna 36 lat, który pijał tak mocno, że wciąż się zataczał i padał zarówno na ulicy, jak i w domu; tym bardziej, że pieniędzy na przekąskę z reguły już mu nie starczało, tak biedny pod względem materialnym był ten geniusz.
Także Franciszek Liszt (1811-1886) prawie nigdy nie bywał trzeźwy, ale udało mu się przeżyć dość długie życie, ponieważ pracował nie tak intensywnie jak W. A. Mozart, był bardziej zapobiegliwy i pijąc nie zapominał o jedzeniu.
Pisarz, malarz i muzyk Ernst Theodor Amadeus Hoffmann (1776-1822) był nałogowym alkoholikiem, a jego słynne baśnie są w dużym stopniu skutkiem pijackiego delirium, podobnie jak profetyczna poezja Friedricha Hölderlina (1770-1843).
Michał Łomonosow (1711-1765), wielki rosyjski uczony XVIII wieku, gdy w młodości studiował w Niemczech, stawał w szranki z tamtejszymi kolegami i potrafił wypić więcej niż pięciu niemieckich „burszów” razem, czym zyskał sobie ogromny wśród nich szacunek, a po pijanemu pisywał ody poetyckie na cześć ojczyzny i carów.
Nadużywali napojów wyskokowych wszyscy rewolucjoniści, stąd też ich „wyskoki” w dziedzinie politycznej. Giuseppe Garibaldi (1807-1882), dla przykładu, sam robił w domu duże ilości dość podłego wina, którym nie tylko się sam zalewał, ale i częstował gości; bywał ponoć bardzo zmartwiony, gdy ktoś robił kwaśną minę do jego kwaśnego trunku, który uważał za doskonały i jak dziecko cieszył się, gdy ktoś jego mistrzostwo w tym względzie pochwalił...
Tęgimi pijakami od młodości do starości byli Fryderyk Engels (1820-1895) i Karol Marks (1818-1883). Pierwszy z nich na pytanie ankiety: „Pana wyobrażenie o szczęściu?” odpowiedział: „Chateau-Margo 1848” (gatunek wina francuskiego), a drugi kilka razy był aresztowany przez policję za zakłócanie po pijanemu spokoju w miejscach publicznych. W archiwach policji francuskiej znajduje się o nim notatka: „W życiu osobistym jest skrajnie niechlujny i cyniczny, marny gospodarz, prowadzi cyganeryjny tryb życia. Toaleta, fryzura, zmiana bielizny – to dla niego rzadkie rzeczy. Lubi wypić”. W późnym wieku autor Kapitału lubił pijać mleko na przemian z rumem i koniakiem, a dwom swoim pieskom dał imiona „Whisky” i „Paddy” (to ostatnie, jak wiadomo, to „Old Irish Whisky”). Podzielał też pogląd swego lekarza Lafargue’a, że alkohol jest najlepszym lekiem na wszystkie choroby i gorliwie to specjum stosował, najczęściej po dwa tygodnie z rzędu, po czym bywał w stanach głębokiej zapaści intelektualnej i pisywał emocjonalne artykuły o dziejowych zadaniach proletariatu, o walce klasowej i o religii jako „opium dla ludu”... Aż znów zaczynał pięknie pić...
Fryderyk Engels, wcale zresztą interesujący jako filozof, pił prawie codziennie, a w dniu siedemdziesiątej rocznicy swych urodzin wypróżnił w towarzystwie przyjaciół dwie butelki szampana, uroczystość zaś jubileuszowa skończyła się o czwartej nad ranem, gdy już nikt nie miał siły utrzymać kieliszka w ręku. Być może namaszczony, „proroczy” styl twórców teorii materializmu historycznego wynikał po części ze stanu ciągłego pobudzenia alkoholicznego, w którym obaj brodacze przebywali przez długie dziesięciolecia... Kontynuator ich dzieła Włodzimierz Lenin pijał tylko piwo, lecz jego rodzony brat Dmitrij był skończonym alkoholikiem...
Ale przecież wpadali w ten nałóg nie tylko rewolucjoniści, ale i monarchowie. Alkoholiczkami były cesarzowe rosyjskie Katarzyna I i Katarzyna II Wielka. Cesarz Aleksander III, którego żona pilnie uważała, by mąż nie sięgnął, broń Boże, po kieliszek, kazał sobie uszyć specjalne buty z cholewami i odłogami, do których chował 700-gramową płaską butelkę z wódką. Często żona monarchy spostrzegała, że jest niedobrze, dopiero po niewczasie, gdy pijany w czarnoziem monarcha – zgodnie ze swym zwyczajem – rozciągał się jak długi wpośród salonu i zaczynał chichocząc czołgać się jak dziecko i łapać wszystkich przechodzących za nogi. Car Mikołaj II także był wielkim amatorem koniaku, który przekąsywał plasterkiem cytryny posypanym pudrem cukrowym oraz mocnego wina. Widocznie pijaństwo i idąca za nim demoralizacja dworu carskiego stanowiły jedną z przyczyn upadku monarchii rosyjskiej.
Po rewolucji socjalistycznej 1917 roku niewiele się pod tym względem zmieniło. Czołowy poeta rewolucyjny Włodzimierz Majakowski stale miał w tylnej kieszeni spodni nieduży flakonik koniaku. Na wszelki wypadek. Pił bardzo dużo, ale też na swój sposób: mieszał koniak z mocną gorącą herbatą. W końcu odebrał sobie życie, ale przedtem napisał wcale mądry i sugestywny wiersz pt. „Ulubieniec towarzystwa”:

Stulecie za stuleciem mija,
lecz ta legenda przeżyje setny wiek –
że człowiek pijący, tak zwany pijak,
to przemiły, czarujący człek.

Przez pryzmat wódki
wszystkie są milutkie.
Każda ohyda urocza się wyda.

W maszynie społecznej rozkręciły się śrubki –
ludzie bardziej niż przed wojną żłopią
Zbliżyć się z człowiekiem po prostu bez wódki
Wielu to się wydaje utopią.


Jeśli żonę mąż wali na odlew –
bo mu rodzina obrzydła,
to rzecz jasna, urżnął się podle
ten przemiły, czarujący bydlak.

Jeśli autem, jak wicher, mknie błazen,
po drodze sprawiając krwawą stypę,
to już wiadomo, że mocno pod gazem
jest ten miły, czarujący typek.

Jeśli ktoś łapę zanurza w kasie,
sam pomyślawszy o swojej nagrodzie,
to znaczy, że nie tylko wodą i kwasem
spija się ten miły, czarujący złodziej.

Wszystkich rodzajów zbrodnie
chrypkę chuligana i plamy bytu –
zmierzysz – wiedząc ile w tygodniu
piwa i wódki wokół wypito.

O pijakach słyszy się wiele różnego,
ale jedna w tym prawda ukryta:
jak od furiata, jak od zarażonego,
uciekaj, towarzyszu, od alkoholika.

Od siebie jednak nie da się uciec, i kto przez nieostrożność uległ temu nałogowi, może się od niego wyzwolić tylko ogromnym wysiłkiem woli, a i tak przeważnie na krótko, jak np. uczynił to William Faulkner w 1949 roku, by na trzeźwo otrzymać nagrodę Nobla, a potem znów powrócił w stan nieważkości i owocnej twórczości.
Jeśli chodzi o laureatów nagrody Nobla, to także Albert Camus (1913-1960), podobnie jak Winston Churchill, był tęgim pijakiem, opróżniającym dziennie nie mniej niż jedną butelkę dobrego alkoholu (w przypadku premiera Wielkiej Brytanii był to ormiański koniak: 400 butelek zamawianych rocznie w ZSRR)...
Być może z alkoholizmem tego wybitnego polityka wiąże się w jakiś sposób jego cynizm polityczny (m.in. w stosunku do Polski i krajów bałtyckich, które w Jałcie oddał bez sprzeciwu pod dominację ZSRR).
Wszystkie przytoczone powyżej fakty są bardziej niż wymowne. Dowodzą one tego, jak zgubny jest pod każdym względem wpływ alkoholizmu, który degraduje i spycha w dół pod każdym względem zarówno całe narody i poszczególne jednostki ludzkie do stanu barbarzyństwa moralnego i umysłowego. Nieprawe zaś życie i przebywanie w barbarzyńskim otoczeniu – jak głosi tradycja tybetańska – zniekształca duszę, czyni ją ślepą na dobro i zło, powoduje długotrwałą patologię w zachowaniach społecznych milionów osób. „Długowieczne są zakorzenione złe skłonności i nawyki” – powiada tybetańskie „Pouczenie o Samowyzwoleniu się”. Co z kolei czyni życie mniej znośnym, a bardziej wypełnionym bólem i cierpieniem moralnym.
Ludzkość zresztą rozumiała to od bardzo dawna. Bułgarski uczony L. Babinow przytacza w swej książce „Medycyna Starożytnego Egiptu” (Sofia 1976) tekst sprzed ponad czterech tysięcy lat (do dziś aktualny, niestety), który brzmi jak następuje: „Nie niszcz siebie, gdy zasiadasz w piwiarni, nie trać rozumu i nie zapominaj o twych przysięgach. Gdy upadniesz i chwycisz za skraj ubrania tego, kto siedzi obok ciebie, nikt ci nie poda pomocnej dłoni. Nawet przyjaciele się odwrócą od ciebie, mówiąc w oburzeniu: „Precz z tym pijakiem!”...
Mimo tego rodzaju apeli alkoholizm przez wiele stuleci pozostawał i chyba będzie nadal pozostawał plagą dużej części ludzkości. Tym większe jest znaczenie działalności osób, które w ten czy inny sposób przyczyniają się, jeśli nie do zniesienia, to przynajmniej do złagodzenia i ograniczenia tego zła. Jednym z nich był Aleksander Januszkiewicz, wybitny lekarz, który naukowo dowiódł ogromnej szkodliwości alkoholu z medycznego punktu widzenia i w swych publikacjach, jak też działalności lektorskiej wiele czynił, by pladze pijaństwa w miarę możności zapobiegać.
Wypada, być może, przypomnieć w tym miejscu szczegół, że rozprawa o alkoholizmie Aleksandra Januszkiewicza została opublikowana również w Polsce i przyniosła mu nagrodę im. Koczarowskiego. Prócz tego spod jego pióra wyszło wiele popularnych publikacji, chętnie drukowanych przez czasopisma polskie w Krakowie, Warszawie i innych miastach.

* * *

Na Kijowskim Uniwersytecie A. Januszkiewicz pracował w klinice i pod kierunkiem profesora W. Obrazcowa (na marginesie dodajmy, że ta szlachecka rodzina rosyjska także pochodziła z ongisiejszych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego), a ścisłe więzi współpracy łączyły go z wybitnym patologiem W. Wysokowiczem. Trzeba powiedzieć, że było to jakby wyrazem ogólniejszej tendencji: Polacy w Rosji chętnie ze sobą współpracowali i nawzajem się wspierali.
W 1908 roku A. Januszkiewicz opublikował dość obszerny, bo liczący ponad dwadzieścia stron artykuł naukowy pt. „Słuczaj ostroj leukemii” („Uniwiersitietskije Izwiestija”, nr 7), poświęcony zagadnieniom krwiotwórstwa i z zainteresowaniem przyjęty przez społeczność naukową Rosji. W tymże okresie uczony bada zjawisko nadciśnienia arterialnego w związku ze stanem naczyń krwionośnych w nerkach oraz pod wpływem rozmaitych substancji zawartych w żywieniu. Także wyniki tych badań były publikowane i przyniosły autorowi wzrost jego autorytetu jako znakomitego morfologa i fizjologa. Był jednym z pionierów w tej dziedzinie zarówno w Rosji i na Ukrainie, jak też w Polsce, podobnie zresztą torował drogę leczeniu nadciśnienia za pomocą wód mineralnych w Druskienikach, poświęcając temu tematowi szereg ściśle naukowych, jak też popularyzatorskich, publikacji. Na marginesie mówiąc, A. Januszkiewicz uważał, że nadciśnienie w naczyniach krwionośnych powstaje w dużym stopniu na skutek rozstroju regulacji nerwowej organizmu; wskazywał też na synchroniczność nadciśnienia, chorób nefrologicznych i neurologicznych.
A. Januszkiewicz opublikował również szereg prac o patologii organów trawienia. Jeśli zaś chodzi o metodologię badań klinicznych, podkreślał fundamentalne w tej mierze znaczenie obiektywnej obserwacji lekarskiej.
W latach pierwszej wojny światowej Aleksander Januszkiewicz służył w armii rosyjskiej jako lekarz wojskowy. Od 1921 roku wrócił do Polski i został obrany na profesora zwyczajnego katedry diagnostyki i terapii ogólnej Uniwersytetu Wileńskiego; po roku zaś mianowano go na profesora zwyczajnego patologii szczegółowej i terapii, jak też na kierownika II kliniki chorób wewnętrznych. Były to niewątpliwe oznaki uznania dla wybitnego internisty i patomorfologa.
A. Januszkiewicz opisał w swych tekstach wpływ alkoholu nie tylko na czynność nerek, na co wskazaliśmy powyżej, ale też serca i naczyń krwionośnych. W okresie późniejszym, gdy już pracował w Polsce, opisał charakterystyczne zmiany patologiczne zachodzące w przewodzie pokarmowym na skutek gruźlicy: nacieki, owrzodzenia, zbliznowacenia, stłuszczenia i skrobiawicę w wątrobie i prosówkę, jak też wielorakie zaburzenia czynnościowe w żołądku i jelitach. Jeśli chodzi o badania układu krwionośnego, to uczony zbadał m.in. wpływ alkoholu, nitrogliceryny i azotynu sodu na ciśnienie tętnicze krwi, dowiódł, że ich wpływ hipotensyjny występuje szybciej u chorych na nadciśnienie, i że najsilniejsze działanie ma w tym zakresie nitrogliceryna. A. Januszkiewicz podał też etiopatologiczny podział nadciśnienia tętniczego oraz wprowadził do obiegu termin „choroba nadciśnieniowa” w zakresie kliniki chorób wewnętrznych.
Co prawda w okresie późniejszym uczony nie grzeszył zbytnią płodnością i prawie nie publikował nawet pomniejszych tekstów naukowych, ale przecież nadal przekazywał swą wiedzę kolejnym pokoleniom adeptów sztuki lekarskiej w trakcie wykładów uniwersyteckich i podczas zajęć laboratoryjnych.
Późniejsze zresztą losy uczonego były dramatyczne, zbieżne z losem całego narodu polskiego w tym okresie. Na początku jesieni 1945 roku został zmuszony do ekspatriacji z Wilna, zamieszkał jako przesiedleniec w Kaliszu. W tym prowincjonalnym mieście jego wielka wiedza i talent były wykorzystywane zaledwie w jakimś drobnym odsetku, gdyż A. Januszkiewicz pełnił tu funkcje konsultanta ubezpieczalni społecznej i jednego ze szpitali. Cóż, obcy agenci w UB i SB spychali wówczas na margines zarówno najbardziej utalentowanych i patriotycznych Polaków, jak też całą Polskę. Zmarł Aleksander Januszkiewicz w wigilię Bożego Narodzenia 1955 roku w Kaliszu.

KraczkowsKI



Była to średnia szlachta pochodząca pierwotnie – prawdopodobnie – z Małopolski Wschodniej, gdzie pod Rzeszowem znajduje się miejscowość o nazwie Kraczkowa, lecz później rozrodzona i zasłużona także na dalej na wschód wysuniętych terenach byłej Rzeczypospolitej. Gałąź Kraczkowskich, o których mowa, pieczętowała się herbem Zaremba i się była rozgnieździła w Ziemi Borysowskiej na terenie prawdziwej Białej Rusi. Zacni ci panowie szlachta siedzieli na dobrach Zańkowszczyzna i Zajkowszczyzna, a za protoplastę brali niejakiego, ale nie byle jakiego, pana Józefa Kraczkowskiego, prawdziwego szlachcica polskiego. 21 lipca i 25 sierpnia 1795 roku ziemstwo orszańskie potwierdziło starożytną rodowitość szlachecką Floriana, Teodora, Konrada i Ksawerego Kraczkowskich herbu Zaremba.


Julian Kraczkowski


Ojciec Juliana, a dziadek Ignacego Kraczkowskich, Tomasz, był drobnym szlachcicem urodzonym w miejscowości Słowatycze powiatu bielskiego województwa siedleckiego. Miał trzy córki i syna Juliana; będąc już w dojrzałym wieku został przyjęty na posadę organisty w majętności Oziaty pana hrabiego de Paulignaca w powiecie kobryńskim województwa grodzieńskiego. Tutaj też przeniosła się cała rodzina Tomasza Kraczkowskiego, który, na marginesie zaznaczając, był człowiekiem uzdolnionym pod względem artystycznym, nie tylko doskonale grał na organach, ale też pięknie śpiewał. Pod względem etycznym był człowiekiem prawym, sprawiedliwym, życzliwym, pracowitym, obowiązkowym. Cieszył się szacunkiem mieszkańców Oziat.
Julian Kraczkowski, najmłodsze dziecko pana Tomasza, był chowany w surowej staropolskiej obyczajowości. Każdy dzień rozpoczynał się i kończył modlitwą i nie było dnia, w którym by chłopczyk nie klęczał długo w kościele. Został też wcześnie przyłamany do pracy na roli, choć bowiem rodzina Kraczkowskich była dość zamożna, miała do swej dyspozycji dwie osoby służby (męską i żeńską), parę wołów, konia, kilka krów, świnie, owce, kury, kaczki, gęsi i indyki, to przecież zasobne gospodarstwo wymagało codziennej nieustającej troski. Samego tylko siana na zimę musiano przygotować kilkadziesiąt wozów, nie mówiąc o innych zapasach żywności zarówno dla ludzi, jak i zwierząt domowych. Wszyscy więc bez wyjątku członkowie rodziny orali ziemię, siali hreczkę i żyto, żęli, kosili i potrafili wykonać każdą inną czynność przy gospodarstwie. Z tej pracy były też przysłowiowe „kołacze”. Rodzina żyła w dostatku i bezpieczeństwie, nie brakło tu nigdy ani chleba, ani mięsa, ani mleka, ani ryb z własnego stawu, ani masła, ani jarzyn i owoców. Zdrowa i obfita żywność, ruch i praca na świeżym powietrzu sprawiały, że dzieci były zdrowe, pełne energii i werwy, rozgarnięte pod względem umysłowym.
Sytuacja zaczęła się jednak gwałtownie zmieniać na gorsze, gdy Tomasz Kraczkowski zapadł na ciężki reumatyzm, który, jak wiadomo, „liże stawy i gryzie serce”, a w końcu powoduje kalectwo i zgon. Tak się stało i tym razem. Pan Tomasz zmarł, gdy Julian miał zaledwie osiem lat. I chociaż chłopczyk już w miarę swych wątłych sił pomagał przy pracy w domu, to przecież i tak nie mógł w pełni zastąpić zmarłego ojca. Bieda zaczęła coraz częściej pukać do drzwi osieroconej rodzinki. Ksiądz Bazyli Grygorowicz pomógł jednak wdowie urządzić jedynaka początkowo do szkoły w Torokonach, a potem w Żyrowicach, gdzie też rozpoczęła się jego edukacja. Nie była to jednak edukacja zbyt budująca. Już w dniu, gdy matka przywiozła syna do Żyrowic i zatrzymała się na nocleg w jednej z chat, stała się świadkiem tego, jak wprost ze szkoły przybiegło do tejże chaty na przerwie między lekcjami dwóch małolatów, mających po około 9-10 lat, kupiło sobie na dwóch ćwiartkę wódki, wypiło ją, a młodszy po wypiciu zuchowato ucałował dno kieliszka – na znak, że nie ostatni raz po niego sięga. Potem obaj mołojcy wesoło pobiegli na lekcje do szkoły. Matka Juliana była przerażona tym zdarzeniem, gdyż dawało ono smutne świadectwo obyczajom, panującym w Szkole Żyrowickiej po jej „odkatoliczeniu” przez władze rosyjskie i po rozpędzeniu dawnego grona wspaniałych wychowawców i nauczycieli przygotowanych w Akademii Wileńskiej. Na razie jednak nie było innego wyjścia i zrozpaczona, pełna najgorszych obaw matka zostawiła dziewięcioletniego synka w Żyrowicach, sama zaś powróciła do Oziat. Na szczęście chłopiec nie zdążył się wykoleić, ponieważ po kilku miesiącach został zabrany do Wilna i ulokowany w szkole niedaleko Ostrej Bramy. Chodziło o to, że Julek Kraczkowski miał absolutny słuch i wyjątkowo piękny głos (sopran), został więc zaangażowany do chóru metropolitalnego w Wilnie. Śpiewał też w chórze kościoła Św. Ducha i w Katedrze. Poza tym uczył się w szkole, gdzie było brudno i chłodno, nauczyciele nagminnie stosowali rękoczyny, żywienie było nędzne, a dyscyplina surowa do okrucieństwa. Była to nie tyle nauka, mająca rozwinąć zadatki twórcze w młodych ludziach, ile bezduszny dryl intelektualny gaszący wszelki żywy odruch serca i umysłu. Tego rodzaju „oświata” występuje we wszystkich krajach i na wszystkich poziomach kształcenia.
O takiej mechanicznej oświacie pisał socjolog francuski Hipolite Taine: „Faktem jest, że wielu ludzi po upływie miesiąca po egzaminie nie potrafiłoby zdać go po raz drugi. Złamano bowiem dzielność umysłu i wyczerpano soki życiowe. Człowiek uzyskujący dyplom to człowiek skończony, zdolny jedynie do zdobycia stanowiska, ożenienia się i nic ponadto. A taki plon nie tylko nie przynosi dochodu, nie równoważy też poczynionych nakładów zasklepienia się w ramach swego urzędu. Staje się wzorowym urzędnikiem, ale nic”.
Gdyby nie opieka jednego z nauczycieli, Juliana Pszczółki, nad Julianem Kraczkowskim, chłopiec z Oziat mógłby tej „próby szkołą” nie wytrzymać. Ale nauczyciel sprawił, że młodzieniec zasmakował w czytaniu, w nauce, w teatrze, wiele pracował nad sobą i tak przetrwał trudne lata. Żył w nędzy, matka niczym mu nie mogła pomóc, bo sama klepała biedę. Trzeba jednak było żyć tak, jak się musiało. Benjamin Franklin ongiś napisał: „Ubóstwo pozbawia człowieka godności osobistej. Nie jest możliwe, aby pusty worek stał prosto”. Jest to prawda o ograniczonym zasięgu, stosowalna do ludzi zwykłych, pospolitych, do „worków”. Ale są też ludzie, których pisać trzeba przez duże „C”. Oni nie są „workami”, potrafią – jeśli nie ma uczciwego z tej sytuacji wyjścia – przez wiele lat żyć w ubóstwie, cierpieć głód i chłód, lecz godności własnej, człowieczeństwa swego nie uronić. Ich zasadą: „Lepiej być nieszczęśliwym mędrcem, niż szczęśliwą świnią”. W życiu naprawdę są rzeczy o wiele większe i ważniejsze niż tzw. „szczęście” w pospolitym tego słowa znaczeniu.
Julek Kraczkowski wyniósł tę wiedzę z domu rodzicielskiego i z otoczenia, w którym przeżył swe pierwsze lata. Oczywiście, chłopczyk z głębokiej prowincji, z zabitej dechami wioski czuł się jakby nieco gorszy od rówieśników spod samego Wilna, starego „miasta czterdziestu kościołów”, ale nie rozpaczał z powodu uszczypliwych docinków. Na szczęście zarówno poczucie własnej niższości, jak i poczucie własnej wyższości, mogą motywować młodego człowieka do podejmowania działań twórczych, do lepszej nauki, do samopotwierdzania się na drodze samopoznania i samodoskonalenia. Tak też postąpił Julek Kraczkowski, który niebawem został jednym z najlepszych uczniów szkoły. A nauka i wiedza stały się później skuteczną bronią w samotnych zmaganiach z przeciwnościami losu. Przy czym wiedzę i rozum młody człowiek traktował instrumentalnie, jako drogę wiodącą do zacnego życia, które powinno się skończyć dobrą śmiercią. Czuć było w tym stanie duszy przemożny wpływ filozofii Św. Augustyna, jednego z najbardziej ukochanych autorów Juliana Kraczkowskiego, młodzieńca o głęboko chrześcijańskiej postawie duchowej.
W dziele „O porządku” Św. Augustyn podawał, jak wiadomo, swe przemyślenia na temat, w jaki sposób powinni się kształcić i żyć żądni wiedzy młodzi ludzie.
„Otóż aby osiągnąć wiedzę, musimy się opierać na dwóch czynnikach: autorytecie i rozumie. Chronologicznie autorytet wyprzedza rozum; logicznie zaś – rozum jest na pierwszym miejscu. Co innego znaczy bowiem, jeśli mamy coś wykonać na pierwszym miejscu w trakcie jakiejś czynności, a co innego, jeżeli jakiejś rzeczy przypisujemy większą wagę w naszych dążeniachI tak, chociaż wydaje się, że dla ludzi prostych skuteczniejszy jest autorytet ludzi stojących na wyższym poziomie, rozum zaś bardziej odpowiada ludziom przybytków wiedzy tym, którzy chcą poznać jej wielkie i niezbadane skarby, otwiera tylko autorytet.
Ktokolwiek bramę wiedzy przekroczy, przestrzega bez najmniejszego wahania zasady doskonałego życia; dzięki nim, gdy stanie się pojętny, uświadamia sobie wreszcie, na jak silnych podstawach rozumowych opierało się to wszystko, czym kierował się, zanim zaczął używać rozumu; pojmuje również, czym jest rozum, za którym dąży i dzięki któremu pojmuje, wyszedłszy silny i sprawny z powijaków autorytetu; pojmuje wreszcie, czym jest myśl, w której wszystko się mieści, lub raczej która jest wszystkim i która – poza wszystkim – jest zasadą wszystkiego.
Niewielu jest takich, którzy w tym życiu doszli do poznania tego, a nawet i po tym życiu nikt poza to poznanie wyjść nie może. Jeśli zaś idzie o tych, którzy zadowalają się samym autorytetem i starają się tylko stale o dobre obyczaje i prawe myśli, czy to lekceważąc sztuki wyzwolone, czy też niezdolni kształcić się w nich, to nie wiem, jak mógłbym nazwać ich szczęśliwymi podczas ich życia wśród ludzi; wierzę jednak niezłomnie, że kiedy wkrótce będą musieli rozstać się z tym ciałem, to wyzwolą się tym łatwiej lub tym trudniej, im bardziej lub mniej poprawny był ich sposób życia”...
Istotnie, życie i śmierć Juliana Kraczkowskiego wydają się potwierdzać te słowa Augustyna Aureliusza, życie jego było godziwe, a śmierć godna, co od najdawniejszych czasów uchodzi za rzecz najważniejszą...
Ale na razie przed młodym człowiekiem rozpościerała się długa i, jak się później wydało, niełatwa droga życiowa.
Wówczas w Wilnie realizowana była przez rząd rosyjski polityka wzmożonej rutenizacji zarówno wszystkich sfer życia społecznego, jak i ludności. Julian Kraczkowski także został przymusowo przeniesiony z łona kościoła katolickiego w obręb prawosławia i tak już zostało do końca. Kraczkowscy stali się jedną z wielu tysięcy polskich rodzin prawosławnych, a nawet pod wieloma względami „rosyjskich”. Był to naturalny skutek erozji duchowej narodu polskiego.
Kres lub ciężka długotrwała choroba narodu przychodzi powoli, gdy zaczyna przygasać potężny ogień miłości ojczyzny, gorejący we wszystkich duszach obywateli, gdy miejsce poświęcenia dla wspólnej sprawy zajmować zaczyna egoizm osobniczy, gdy prywata bierze górę nad dobrem ogólnym – słowem, gdy ta część naszej duszy, która stanowi część wielkiej duszy narodu, zanika na rzecz rozrostu wyłącznie duszy indywidualnej, osobniczej.
Wprawdzie takie zanikanie duszy zbiorowej w poszczególnych jednostkach jest zjawiskiem powszednim, nawet wśród najzdrowszych narodów, ale, bądź co bądź, jest to zjawisko chorobliwe, z którym ogromna większość zdrowego narodu walczy nieustannie i nieustannie je pokonywa. Gdy rozstrój chorobliwy rozpowszechniła się zanadto, to wynikiem jest osłabienie i zastój w rozwoju; gdy zaś trwa dłużej i obejmuje coraz szersze koła – nadejść musi ciężka choroba, wyrażająca się zazwyczaj podpadnięciem pod wpływy lub pod panowanie obcego narodu. A dopiero gdy to zjawisko rozrasta się w takich rozmiarach, że przez zdrowe części narodu opanowane być nie może, zaczyna się jego upadek, osłabienie duszy zbiorowej, osłabienie samoobrony od sąsiednich lub panujących już nad nim narodów – i przychodzi uwiąd woli, uwiąd siły, co prowadzi do powolnego rozpływania się wśród otoczenia.
Każdy naród w tym stanie swojej słabości uważać należy za przeżyty, przeżarty chorobą, za starczy lub zgangrenowany – zdatny jedynie na mierzwę dla innych narodów. Jego gmach powoli rozsypuje się w gruzy, a ludzie – cegiełki, z których się składał, idą przez wynarodowienie na budowę innego gmachu, potężniejszego duchem narodu – i to jest powolna, jak i narodziny, pozostająca bez daty, ale pewna i nieunikniona śmierć narodu.
Co prawda historia zna także przypadki inwersji tego procesu chorobowego, lecz nawet jeśli on osłabnie lub zaniknie, schorzały naród i tak ponosi duże straty biologiczne...
Władze rosyjskie umiejętnie podsycały proces depolonizacji W. Ks. L. przez propagandę, mającą na celu sianie wśród Polaków defetyzmu, poczucia rozczarowania, bezsiły, beznadziejności. Jedną z form kłamstwa była statystyka.
Według rosyjskiego spisu ludności z 1897 roku na Wileńszczyźnie 57% ludności stanowili Białorusini, (których Moskwa perfidnie i bezzasadnie określała jako część narodu rosyjskiego), 17% – Litwini i tylko 8% – Polacy, resztę – Żydzi i tym podobni „inorodcy”. Gdyby istotnie były to statystyki prawdziwe, świadczyłyby one nie o rosyjskości tego kraju (udowodnienie tego było intencją moskiewskich fałszerzy), lecz o skali i okrucieństwie ludobójstwa, w ciągu ponad stu lat wówczas uprawianego przez Rosję na wschodnim odłamie narodu polskiego, o masowości morderstw i zsyłek, które mogły istotnie zmienić strukturę demograficzną tego kraju, o którego polskości niezbicie świadczą źródła pisane z XV-XVIII wieków. Po części też tak było, lecz tylko po części.
Profesor Tadeusz Piszkowski (Pokój ryski i granica ryska, Londyn 1970) wskazuje na fakt fałszowania statystyk rosyjskich w jaskrawo antypolskim duchu. Przed nim zresztą dobitnie zdemaskowali te polakożercze zabiegi Rosjan profesorowie Eugeniusz Romer i Jan Czekanowski. S. Romer jeszcze w czasie I wojny światowej zakwestionował wiarygodność urzędowej statystyki rosyjskiej, odkrywając sposoby, jakimi posługiwała się ona przy spisach ludności z lat 1899 i 1909, aby zmniejszyć na papierze liczebność ludności polskiej na obszarze tzw. Kraju Zachodniego. Na tej podstawie doszedł on w swych obliczeniach do cyfry 5.666 tys. Polaków na Litwie i Rusi. Posuwając dalej te dochodzenia prof. Jan Czekanowski w pracy z 1918 roku znalazł na tych ziemiach około 6.540 tys. Polaków (26% ogółu ludności, przy czym na Wileńszczyźnie i Grodzieńszczyźnie Polacy stanowili ponad 51% tamtejszych mieszkańców), obok 1.313 tys. Rosjan nieprawosławnych i 1.073 tys. Litwinów. Zdaniem Czekanowskiego władze rosyjskie celowo podwyższały cyfry rozmaitych grup ludności, byle tylko wykazać znacznie, rzekomo, niższy odsetek Polaków. Metodę tę przez dziesięciolecia doskonalił reżim sowiecki, za którego Polaków w ZSRR w ciągu okresu po 1945 roku co dziesięć lat ubywało na około 1 mln osób.

* * *

Po ukończeniu szkoły Julian Kraczkowski ukończył też Wileńskie Seminarium Duchowne i został skierowany na studia do Petersburskiej Akademii Duchownej. Tutaj również uczył się bardzo pilnie, szczególnie gorliwie zgłębiając tajemnice myśli filozoficznej. Duży wpływ wywarł na niego w tym czasie profesor M. Kojałowicz, także pochodzący z terenów Wielkiego Księstwa Litewskiego i także, jak np. metropolita Józefat Siemaszko, prawosławny oraz bardzo prorosyjski, co nie mogło się nie odbić także na postawie politycznej Juliana Kraczkowskiego, który też z kolei manifestował przekonania prorosyjskie.
Od 1865 roku został pracownikiem dopiero co otwartego w Mołodecznie rosyjskiego seminarium nauczycielskiego, w którym pełnił funkcje nauczyciela śpiewu. Obok pracy pedagogicznej zajmował się też zbieraniem folkloru, badaniem poszczególnych aspektów historii Białorusi.
W 1869 roku ukazała się pierwsza publikacja naukowa Juliana Kraczkowskiego pt. Oczerki byta zapadnorusskogo sielanina, poświęcone obrzędom ludowym (przeważnie weselnym), która jest uważana za pierwszą solidną pracę źródłową w dziedzinie białorusoznawstwa. W 1874 roku ukazała się druga rozprawa tegoż autora na tenże temat pt. Byt zapadno-russkogo sielanina. Od 1869 Kraczkowski pełnił funkcje inspektora szkół tulskiej guberni na Uralu, ale czuł się w Rosji zupełnie obco, i gdy nadarzyła się okazja, ponownie przeniósł się bliżej ziemi rodzinnej, obejmując w 1872 roku posadę dyrektora seminarium nauczycielskiego w Połocku. Po otwarciu zaś w Wilnie Instytutu Nauczycielskiego w 1875 roku został pierwszym jego zwierzchnikiem.
J. Kraczkowski był też autorem szeregu opublikowanych metodyk wychowania pedagogicznego w szkołach różnego poziomu.
Zarówno studentów, jak i wykładowców pan dyrektor traktował nad wyraz życzliwie i taktownie, lecz jednocześnie wymagał zarówno sumiennego i uczciwego stosunku do pełnienia obowiązków, pracowitości i punktualności, jak też bezwzględnej przyzwoitości moralnej i obyczajowej. Uważał, że zawód nauczyciela jest absolutnie nie do pogodzenia z jakąkolwiek formą upodlenia, chciał wychować młodzież na ludzi rozumnych, szlachetnych i naprawdę kulturalnych. Nigdy nie był małostkowy czy przyczepski, nastrojowy czy niezrównoważony, lecz każde poważniejsze uchybienie natury etycznej powodowało natychmiastowy i nieodwołalny werdykt: wydalenie z murów uczelni. Niezależnie od tego, czy nieprzyzwoicie zachował się student czy pracownik Instytutu Pedagogicznego. Wszyscy wiedzieli, że tak jest, i wszyscy starali się zawsze pozostawać na przyzwoitym poziomie zarówno intelektualnym, jak i moralnym. Wymagania, obowiązki i prawa były klarowne. Ich egzekwowanie automatyczne. A wszyscy, co jest najdziwniejsze, odbierali ten stan rzeczy jako naturalny.
Są bowiem ludzie, którzy znają normy moralne społeczeństwa, uważają je za słuszne, – ale tylko dla innych, nie dla siebie. Oni nigdy nie przeżywają wyrzutów sumienia oceniając własne niewłaściwe postępki. Są to ludzie pozbawieni sumienia. Coś wiedzieć i rozumieć nie znaczy jeszcze zgodnie ze swą wiedzą i rozumieniem postępować. Wielki filozof antyczny Sokrates już na początku świadomego życia postanowił: „przestanę badać przyrodę, a spróbuję zrozumieć, dlaczego tak wychodzi: człowiek wie, co jest dobre, a robi, co jest złe”... Później też Owidiusz dziwił się samemu sobie, że widzi i pochwala to, co dobre, a czyni to, co złe : „Video meliora proboque, deteriora sequor”...
Ten psychologiczny paradoks przez wiele setek lat nie dawał spokoju psychologom, pisarzom, filozofom, moralistom. Ustalono wreszcie, że takie rozdwojenie (myśli i słowa sobie, a czyny sobie) staje się możliwe tam, gdzie wiedza nie stanowi mocnego stopu z emocjami, uczuciami człowieka, w szczególności z uczuciem wstydu. (Umiejętność ta nabywana jest tylko na drodze przejmowania nawyków, brania przykładu z otoczenia we wczesnym wieku). Marks pisał, że „wstyd – to swego rodzaju gniew, skierowany wewnątrz”.
Człowiek etycznie wychowany takie stany emocjonalne jak uczucie poniżenia godności własnej, męczący niepokój, niezadowolenie z siebie, ubolewanie nad dokonanym czynem i jego potępienie (wszystko to składa się na wyrzuty sumienia) przeżywa i wówczas, gdy nie ma postronnych świadków jego złego postępku. Człowiek mniej wyrobiony kulturalnie wstydzi się wówczas, gdy mu niewłaściwe zachowanie się wytyka ktoś inny. Do najniższej kategorii należą zaś osobnicy (często o cechach psychopatologicznych), którzy są absolutnie pozbawieni uczciwości wewnętrznej, nie wstydzą się brzydkiego postępowania, a nawet widzą w nim powód do zadowolenia z siebie. (Jeden z najpewniejszych sposobów rozpoznawania łotra – on się zawsze sobą szczyci i uważa się za będącego szczególnie „w porządku”).
Jednym z kierunków kształtowania sumienia jest świadome oddziaływanie na człowieka: omówienie niewłaściwego postępku ze strony krewnych, przyjaciół, zespołu pracy. Lecz najważniejszy, fundamentalny niejako sposób głębokiego zaszczepiania norm moralnych, to nieświadome, automatyczne narzucanie ich przez daną społeczność. Podobnie jak podstawowe reguły gramatyczne języka ojczystego przyswaja dziecko nieświadomie na długo jeszcze przedtem, jak pójdzie do szkół, tak też na drodze imitacji, moralnego naśladowania tego, co się dzieje w rodzinie, uczy się ono określonych norm i nawyków etycznych. Podświadome stereotypy, przyswojone, jak się rzecze, „z mlekiem matki” wyróżniają się kolosalną stałością, tak że robią wrażenie wrodzonych instynktów i skłonności, chociaż w większości takowymi nie są.
Przychodząc na świat, trafia dziecko do określonego środowiska i niezależnie od swej woli zaczyna być przez to środowisko kształtowane. Filozof antyczny Platon mówił: „o tragedii i komedii życia”, w którym ludzie odgrywają role przygotowane dla nich przez bogów i los. Wiadomo jednak, że w pewnym stopniu są ludzie nie tylko aktorami widowiska, toczącego się na widowni życia, lecz też i jego współautorami. I chociaż każdy ich czyn ma gdzieś, w czymś swą głębszą przyczynę, jakąś ukrytą sprężynę i jakiś obiektywny mechanizm, to przecież nie sposób negować, że jednak człowiek może świadomie przyjąć za zasadę, że postępować będzie tylko w zgodzie z tym, co nakazuje prawe sumienie i sprawiedliwy rozum.
Na początku XX wieku socjolog amerykański Ch. Colley sformułował teorię „odbitego ja”, zgodnie z którą wyobrażenia człowieka o sobie samym tzw. „idea ja” kształtuje się pod wpływem mniemań (sądów, zdań) otoczenia i włącza trzy komponenty: a) wyobrażenie o tym, jakim ja się wydaję innej osobie; b) wyobrażenie, jak ten inny mnie ocenia; c) związana z powyższym samoocena, poczucie dumy lub poniżenia.
Socjolog radziecki J. Kon wykazał, że „obraz ja” kształtuje się już we wczesnym dzieciństwie, w procesie rozwijania się stosunków wzajemnych dziecka z innymi ludźmi; przy czym zasadnicze znaczenie mają tzw. grupy pierwotne (rodzina, klasa, rówieśnicy). Samoocena ucznia zależy od tego, jak go oceniają nauczyciele i koledzy.
Samoocena to nie tylko poznanie siebie, ale i pewien emocjonalny stosunek do siebie, do swych właściwości, możliwości, sił, zdolności. Ona jest ważną osobistą, psychiczną podstawą dla określenia poziomu aspiracji, perspektyw, zadań, które młody człowiek będzie stawiał przed swym życiem i do realizacji których będzie uważać się powołany.
Zdolność „popatrzenia na siebie oczyma innych ludzi” pozwala człowiekowi kontrolować własne zachowanie się w rozmaitych sytuacjach życiowych, unikać zła a optować za dobrem. Obok rodziny szkoły wszystkich poziomów powinny pomagać młodszemu pokoleniu w nabywaniu tej umiejętności.
Doskonale rozumiał ten mechanizm psychologiczny Julian Kraczkowski zarówno jako nauczyciel cudzych dzieci, jak i jako ojciec własnych. I to zasługuje na przychylną ocenę, choć przecież nie na przesadnie przychylną, gdyż jednak skutki zabiegów wychowawczych są zawsze ograniczone, geny są tu nieraz ważniejsze niż pochwały czy nagany.
„Oświata ani nie umoralnia ludzi, ani ich nie uszczęśliwia, ani wcale nie zmienia ich odziedziczonych po przodkach instynktów i namiętności – a nawet, gdy jest źle pokierowana, może stać się szkodliwa i często zgubna... Podnoszeniu się poziomu oświaty, przynajmniej pewnego jej typu, towarzyszy wzrost przestępczości, ... najwięksi burzyciele porządku społecznego, anarchiści – pochodzą często spośród najzdolniejszych uczniów... Przestępczość szerzy się przede wszystkim wśród młodzieży, której bezpłatna i obowiązkowa szkoła zastąpiła praktykę i naukę w handlu i rzemiośle...
Nie wolno jednak twierdzić, że oświata dobrze zorganizowana i dostosowana do potrzeb społeczeństwa nie przynosi pożytku. Dobra oświata jest największą potęgą, na jaką może zdobyć się naród; zła oświata to dobrowolna trucizna wsączana w łono własnego narodu”. (Le Bon, Psychologia tłumu)...
Za dyrektorstwa Juliana Kraczkowskiego Wileński Instytut Pedagogiczny funkcjonował rytmicznie i sprawnie, jak mechanizm zegarowy. Jednak po pewnym czasie władze uznały, że pan dyrektor za mało dba o rosyjsko-patriotyczne wychowanie młodzieży, jakby odsuwając się od tego urzędowego obowiązku. „Zaproponowano” więc dyrektorowi instytutu objęcie posady dyrektora nowo tworzonego seminarium nauczycielskiego w środkowoazjatyckim Taszkiencie i w 1884 roku znalazł się wśród piasków Karakum. Organizował tam od podstaw system szkolnictwa świeckiego, od 1886 roku był inspektorem naczelnym Kraju Turkiestańskiego. Dopiero w 1888 udało mu się ponownie wrócić do Wilna.
Na mocy decyzji ministra oświaty ludowej oraz kuratora wileńskiego okręgu naukowego z dnia 19 czerwca 1888 roku dyrektor Turkiestańskiego Seminarium Nauczycielskiego, rzeczywisty radca stanu Julian Kraczkowski mianowany został przewodniczącym Wileńskiej Komisji dla Razbora i Izuczenija Driewnich Aktow, instytucji o wybitnych zasługach dla nauki historycznej i archiwistyki Litwy. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 596, z. 1, nr 217, s. 8, 14). Wynagrodzenie przysługujące pełniącemu ten urząd wynosiło 2000 rubli w skali rocznej. W 1895 roku Kraczkowskiemu zwiększono pobory o jedną piątą w związku z wysługą 30 lat pracy na stanowiskach rządowych (Tamże, s. 36, 38).
Pod jego bezpośrednim kierownictwem wydano tu w okresie 1888-1901 czternaście dużych tomów, zawierających cenne materiały archiwalne ze zbiorów wileńskich, pomnikowy cykl wydawniczy, z które do dziś korzystają historycy. Prócz tego Julian Kraczkowski opublikował szereg własnych tekstów naukowych, opartych na źródłach archiwalnych, że wymienimy tu niektóre z nich: Prawosławnyje swiatyni g. Wilny w XIV-XVII st.; K istorii staroj Wilny; Russko-polskije otnoszenija; Istoriczeskij obzor diejatielnosti Wilenskogo uczebnogo okruga za pierwyj period jego suszczestwowanija; Istoriczeskij obzor diejatielnosti uprawlenija Wilenskogo uczebnogo okruga, 1803-1903; Oczerki iz russkoj istorii; Oczerki uniatskoj cerkwi; Staraja Wilna do konca XVII stoletija. Wszystkie te teksty były względnie nieduże objętościowo i ukazały się w Wilnie na przełomie XIX-XX wieku.
Wiosną 1902 roku stan zdrowia J. Kraczkowskiego tak się pogorszył (dziedziczny reumatyzm niszczył stawy i serce), że nie mógł pełnić wymagających dużego nakładu sił, energii i czasu obowiązków przewodniczącego Wileńskiej Komisji Archeograficznej i podał się do dymisji. Od dnia 8 maja tegoż roku zastąpił go na tym stanowisku F. Dobriańskij (T. Dobrzański) wykładowca Wileńskiego Instytutu Pedagogicznego, radca stanu. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 596, z. 1, nr 291, s. 1-2).
Jako naukowiec był Julian Kraczkowski badaczem spokojnym i raczej obiektywnym, unikał zbyt daleko idącego zaangażowania politycznego czy ideologicznego. Uważał, że nauka i jej owoc – prawda – stanowią wartość samoistną, która nie może być służebna w stosunku do czegokolwiek i kogokolwiek. Szacunek do wiedzy, mądrości, kultury intelektualnej zaszczepił też swemu synowi Ignacemu. Nauczył go też rozumienia prawdy, że osiągnięcia naukowe mogą być wynikiem tylko długotrwałej, ofiarnej, systematycznej pracy. Życiu rodzinnemu zresztą, wychowaniu dzieci Julian Kraczkowski poświęcał cały swój czas wolny od zajęć naukowych. Był domatorem, dobrze czuł się tylko wśród bliskich, unikał licznego i hałaśliwego towarzystwa, choć z drugiej strony potrafił być człowiekiem gościnnym, rozmówcą bardzo interesującym, a biesiadnikiem wesołym i dowcipnym. Dzieci wychowywał tak, jak sam został wychowany, surowo, po spartańsku, ale też rozumnie i opiekuńczo. Na pierwszym miejscu stawiał w procesie wychowania potomstwa wartości etyczne, nie zaś materialne, a nawet nie intelektualne. Za sedno człowieczeństwa uważał przyzwoitość moralną. Jako wielki miłośnik filozofii niemieckiej w zupełności podzielał myśl o tym, że: „etyczność związana z naturalnym płodzeniem dzieci, założona początkowo w zawieraniu małżeństwa jako pierwotna, realizuje się następnie w drugich narodzinach dzieci, w ich narodzinach duchowych – w wychowywaniu ich na samoistne osoby. (G. W. F. Hegel, Encyklopedia nauk filozoficznych).
Przysłowiowe „postawienie dzieci na nogi” przez nauczenie ich sumienności, roztropności, sprawiedliwości, odpowiedzialności, pracowitości uważał Julian Kraczkowski za święty obowiązek rodziców. Był zresztą i sam pod każdym względem „człowiekiem obowiązku”, tak bardzo charakterystycznym dla Ziemi Wileńskiej. Inną właściwością charakterologiczną J. Kraczkowskiego było dobrotliwe poczucie humoru i autoironii, zdolność pośmiania się z samego siebie – cecha u ludzi nieczęsto spotykana.
„Stań na rynku – pisał ongiś znany satyryk warszawski August Wilkoński – i powiedz: cymbał! – a od razu dwudziestu się obróci i zapyta, czemu im ubliżasz!” Pierwsza cecha, po której poznać głupiego, to obraźliwość – czujna, podejrzliwa, śmieszna. Głupiec stale wielbi siebie, a jednocześnie, gdzieś w zakamarkach duszy, podświadomie jakby wiedział, że jednak na nic to udawanie, że brak rozumu, jak szydło z worka, wyłazi. I istotnie, wyłazi, bo czego głupcowi brak, to właśnie filozoficznego dystansu do samego siebie, autoironii, samokrytycyzmu. Stąd ta jego nadęta pycha, napuszona złość, tania, bezmyślna pogarda dla innych ludzi. Człowiek mądry nie bywa obraźliwy, lecz oczywiście poczucie honoru posiada, z tym, że nie ma ono nic wspólnego z napuszonością głupca.
Julian Kraczkowski cieszył się dużym autorytetem w Wilnie ze względu na swą nieprzekupną prawość, jak też ze względu na wielką erudycję i kulturę osobistą. Jego niespodziewany zgon 25 lipca 1903 roku stanowił dla wszystkich bolesne zaskoczenie. Zmarł znienacka, bez długich cierpień, o trzeciej godzinie w nocy na paraliż serca. Przedtem zdążył wyrazić życzenie, które zostało wykonane, by pogrzeb był skromny i cichy, bez wieńców i przemówień. Tak odchodzą ludzie naprawdę wielcy. Mógł jeszcze żyć i pracować, bo 62 lata nie uchodziły za wiek starczy nawet na początku XX stulecia. Ale los chciał inaczej. Człowiek przecież nie zna dnia ani godziny, w której będzie mu kazano zostawić wszystko, co miał na ziemi, i przenieść się do wieczności. Odwołań zaś od wyroków Opatrzności nie ma.



ignacy Kraczkowski


Był jednym z najwybitniejszych orientalistów europejskich XX wieku, członkiem rzeczywistym Akademii Nauk ZSRR, Polski, Syrii, Wielkiej Brytanii, Iranu, Flandrii, licznych towarzystw naukowych na całym świecie. Urodził się 16 marca 1883 roku w Wilnie. Tamże ukończył gimnazjum.
Zainteresowania orientalistyką obudziły się w Ignacym, gdy był jeszcze uczniem gimnazjum w Wilnie. Jego bliskim przyjacielem był wówczas Michał Steinberg (później kompozytor i profesor konserwatorium w Leningradzie), ojcowie zaś chłopców przyjaźnili się ze sobą i często nawzajem odwiedzali. W bibliotece domowej państwa Steinbergów było trochę książek także w języku hebrajskim i Ignacy, przy okazji wizyt u swego rówieśnika, nauczył się alfabetu hebrajskiego, a w pewnym stopniu także tego wzniosłego języka. Natomiast pierwsze zetknięcie się z pierwiastkami kultury arabskiej nastąpiło jeszcze wcześniej, wówczas gdy kilkoletni Ignaś przebywał wraz z ojcem i rodziną w Taszkiencie, a jego opiekunką była Uzbeczka, która nauczyła go przy okazji uzbeckich i arabskich pieśni, modlitw, bajek oraz alfabetu arabskiego, obowiązującego też na tamtych terenach. Później, już w gimnazjum wileńskim, chłopiec usiłował, aczkolwiek na razie bez skutku, opanować dwutomową gramatykę języka arabskiego, ułożoną przez arabistę francuskiego Silvestre’a de Sacy’ego (1758-1838).
Młody człowiek dalece nie od razu zaryzykował wybranie swego zawodu. Początkowo marzył o karierze morskiego oficera, śniły mu się bezbrzeżne oceany i dalekie lądy, egzotyczne kraje i obce porty. Lecz minęło kilka lat, decyzja nie zapadła i było już za późno, bo trzynasty rok życia minął. Potem – ponieważ chłopak bardzo kochał zwierzęta domowe, i to nie tylko koty – pomyśliwano o zawodzie weterynarza. Ta idea kiełkowała w siódmej klasie gimnazjum, lecz też uschła, zanim wykiełkowała. Przyszła po niej młodzieńcza fascynacja literaturą, w tym też obcą, wschodnią. I jakoś niepostrzeżenie wyrosły z tego poważne zainteresowania poznawcze, które też zaprowadziły go wkrótce na wydział orientalistyki Uniwersytetu Petersburskiego.
Ignacy Kraczkowski od pierwszego roku studiów marzył o karierze uniwersyteckiej, i marzeniu jego było sądzone „stać się ciałem”. Po ukończeniu w 1905 roku uniwersytetu pozostawiono go tutaj w celu przygotowania do pełnienia funkcji profesora, z czego był niesłychanie dumny. Lata 1908-1910 spędził na wyprawie naukowej w Syrii i Egipcie, gdzie doprowadził do perfekcji m.in. swą wiedzę języka i kultury arabskiej. Jego umysł został zresztą na zawsze podbity przez ogromną urodę kultury arabskiej, jej mądrość i bogactwo intelektualno-filozoficzne, powstałe zresztą na długo jeszcze przed napisaniem przez Mahometa Koranu. Szczególnie wzniosłe, szlachetne i mądre są pouczenia moralne z owego okresu, świadczące o tym, że Arabowie już wówczas byli przenikliwymi znawcami ludzkiej duszy. Wiedzieli np., że trzeba unikać zbyt wielu pouczeń w stosunku do dzieci. Poeta arabski z V wieku Adi ibn Zajd przemawia ustami młodego człowieka:

Nie patrz z wyrzutem.
Beztroska płynie z młodzieńczej radości,
a mądrość przeznaczenia
mieszka wśród dojrzałych mężów.
Nie patrz z wyrzutem.
Młodość potrafi czasem
spotkać się z rozsądkiem.
Potrafi też go minąć,
gdy pobiegnie niewłaściwą drogą.
Nie patrz z wyrzutem.
Skąd możesz to wiedzieć,
Czy moje dni się skończą dziś,
czy jutro rano.
Wystarczy już pouczeń.
Przestań, zamilcz, proszę,
bo strawię życie
na słuchaniu ponurych przykazań.

Miał też bodaj rację Muslim ibn Al-Walid, gdy pisał: „Często na naganę bardziej zasługuje ten, kto przychodzi z naganą i żalem”...

* * *

Myśl arabska miała doskonałe wyczucie metafizycznej istoty świata, marności rzeczy tego świata, ich przemijalności i swoistego piękna. Jak bowiem zauważał Ibn Mukbil:

Tym samym jest młodość i starość,
Bo obie nam dają szczęście i cierpienie”...

* * *

Mimo wszystko nadzieję mieć trzeba, gdyż daje ona siły i męstwo do trwania w świecie. Dobre życie powinno też mieć dobre zakończenie, chwila śmierci bowiem to przecież nic innego, jak „chwila największej nadziei”, nie tylko rozpaczy.
Kto nie ma czystego sumienia, nie może czuć się szczęśliwym. Słusznie tedy powiada poeta arabski Asz-Szanfara:

Czy mogę się spodziewać radości od życia,
jeśli po nocach myślę o swoich występkach?

Ciekawe, że fragmenty tego poety i filozofa przekładał na język polski także Adam Mickiewicz, a jeden z nich brzmi jak następuje:

Choć miękko wychowany i z przodków bogaty,
Alem syn Cierpliwości, włożyłem jej szaty
Na pierś, w której hyjeny przemieszkiwa Śmiałość,
Za obuwie na nogi włożyłem Wytrwałość.
Na stepach bez namiotu, w skwary bez pokrycia,
Jam wesół i bogaty, bo nie szczędzę życia.
W dniach szczęścia dostatkami nie byłem odęty,
Głupie lenistwo dla mnie nie miało ponęty.
Czylim z nadstawnym uchem za plotkami latał?
Czylim na cudzą sławę potwarze wymiatał?...

Poeta Ta Abbata Szarran, także z okresu przedkoraniczengo, pisał: „Każdego człowieka spotka jego przeznaczenie, lecz najlepiej umierać panując nad sobą”.
O prawdziwie szlachetnych ludziach myśliciel arabski Labid (VI w.) powiadał: „Nie mają złych zamiarów, zawsze są szlachetni, zachcianki nigdy nie kierują nimi. Zawiść nie zdoła nigdy ich powstrzymać, plotka przed nikim nie zdoła oczernić”... A jego współczesny Antara powiada: „Niewdzięczność jest ciężarem dla szlachetnej duszy”...
Pełniejsze wyobrażenie o mądrości arabskiej dają liczne zachowane fragmenty poety i myśliciela Abu Al-Atahiji:

– „Jeśli rozgniewasz Boga, by cieszyć ludzi,
poniesiesz słuszną, zasłużoną karę”.

– „Gdy jesteś rozpustnikiem, nie poprawisz ludzi.
Jakże przedziwne są twoje starania.”

– „We wszystkim znajdujesz mądrość i naukę,
która ci przypomina, żebyś był rozsądny.
Świat nam ofiarowano na króciutką chwilę.
Człowiek przychodzi tutaj po to, aby odejść.”

– „Człowiek jest jak księżyc, tak dobrze ci znany.
Najpierw słaby i wątły, z wolna sił nabiera,
rośnie i staje w pełni, a potem – mój Boże –
kurczy się, słabnie i znika w ciemności.”

– „Wyrzeczenie się świata to ratunek przed nim,
to jest negacja największa ze wszystkich.”

– „Jak tu cieszyć się życiem,
                              skoro czas na ziemi
z każdą chwilą przybliża
                              nieuchronną śmierć?”...

– „Gdy człowiek bezlitosny wyrządzi ci krzywdę,
przyjmij to. Nie odrzucaj miłości do brata.”

– „Kto z plotkarza uczyni źródło swojej wiedzy,
zginie jak człowiek, który źle sobie życzy.”

– „Gdy dobro maleje, wtedy rośnie zło.
Dobro nie jest stworzone po to, by mieć synów.
Rodzą się jemu tylko córki zła”.

– „Kto marzy o wielkości, ten może ją zdobyć,
bo wielkość człowieka jest w bojaźni Bożej.
Lecz pamiętaj, Bóg nie chce wspierać takich ludzi,
którzy nie myślą o Nim z nadzieją i bojaźnią wielką”.

Po zanurzeniu się do tej rzeki mądrości Ignacy Kraczkowski poświęcił całą resztę swego życia, kilkadziesiąt lat, jej zgłębianiu, badaniu i przyswajaniu kulturze europejskiej poprzez język rosyjski.
Od 1910 podjął wykłady na Uniwersytecie Petersburskim w charakterze docenta prywatnego, a w 1918 został profesorem nominowanym tejże uczelni, zwanej jednak już Uniwersytetem Piotrogrodzkim, zaś od 1924 Leningradzkim.
W 1928 roku Kraczkowski wydał rosyjskie tłumaczenie (z komentarzem) arabskiej Księgi o winie Abu-l-Abbasa Ibn al’ Mutaza, którego imię jest też znane jako Abdallah ibn ul Mutazz. To interesujące dzieło powstało przed 908 rokiem (autor był kalifem Arabii tylko przez jeden dzień) i stanowi gloryfikację wina i wolnej miłości. Jest to swego rodzaju antologia myśli i aforyzmów o winie jako o „kluczu do radości”, a jednocześnie podręcznik dotyczący tego, jak się wyrabia dobre wina i jak się je pije, aby sprawiały największą przyjemność. Znajdziemy tu masę informacji o narodowych preferencjach w piciu, o pojemnikach na różne wina, o kielichach. Jeden z rozdziałów poświęcony jest fizjologii pijaństwa, środkom dobrym na kaca, recepturze win leczniczych itp. Przy tym autor zarówno cytuje, jak i powołuje się zarówno na tak znane greckie autorytety medyczne jak Galen i Hipokrates, oraz na szereg wybitnych lekarzy arabskich. Księga o winie zawiera nie tylko interesującą pod względem poznawczym warstwę informacyjną, ale stanowi też znakomite dzieło literackie o pięknym języku i szlachetnym stylu. Trzeba przyznać, że kultura arabska, tak jak chrześcijańskie kultury narodów Europy, miała rambiwalentny stosunek do kwestii picia. Z jednej strony wskazywała na niebezpieczeństwa tego procederu, z drugiej – opiewała jego uroki, czyniąc to m.in. piórem poety Ibn Al-Mutazza:

Dziewicze wino czerwone uleczy twoje zmartwienia,
więc zmieszaj światło wody z żywym płomieniem wina.
W głębokim mroku dzbana dojrzewasz cierpliwie,
stroisz się w ciemne barwy na tę jedną chwilę.
Czas dodaje ci blasku, więc im dłużej czekasz,
stajesz się bardziej delikatne, ciemne i świetliste.
A kiedy wreszcie postawią przede mną dzban wypełniony po brzegi,
nie znajdę żadnej skazy,
będzie tam tylko najjaśniejszy blask.
Od jego płomieni noc rozbłyśnie bielą,
rozkwitnie w ciemności jak gwiazda na niebie.
Jak roztopione złoto spłynie wąską strużką,
spadnie jak żmija w rozpalony żar...

Wino ma w moim sercu tyle samo miejsca
jak miłość i spotkanie z moją ukochaną:
Niechaj mi wina nigdy nie zabraknie,
żebym mógł pić do woli i pławić się w grzechu...”

Alkohol otwiera człowieka. To co udawało się wcześniej ukryć, teraz wychodzi na jaw. Właśnie to mają na myśli Arabowie, gdy mówią: „alkohol uwypukla człowieka w człowieku”.
Ignacy Kraczkowski był autorem licznych dzieł naukowych poświęconych przede wszystkim średniowiecznej literaturze i kulturze arabskiej. Uchodzi za założyciela w skali światowej arabistyki systematycznej, a jego prace były publikowane także w języku niemieckim, francuskim, polskim, angielskim, hiszpańskim, portugalskim, arabskim, japońskim, chińskim i innych. Większość jego tekstów powstała na podstawie oryginalnych źródeł archiwalnych i arabistyka światowa zawdzięcza mu przyswojenie nowoczesnej kulturze szeregu wybitnych dzieł literatury arabskiej. W latach 1955-60 Akademia Nauk ZSRR zrealizowała edycję sześciu tomów dzieł wybranych J. Kraczkowskiego (Izbrannyje soczinienija, t. 1-6), ale jego spuścizna naukowa jest znacznie obszerniejsza.
Do najbardziej znanych dzieł naukowych jego autorstwa należą: Die arabische Poetik im IX. Jahrhundert (1929), Kultura arabska w Hiszpanii (1937), Nad arabskimi rękopisami (1946), Zarys historii arabistyki rosyjskiej (1950), Wprowadzenie do filologii etiopskiej (1955).
J. Kraczkowski jest autorem zarówno najdokładniejszego tłumaczenia na język rosyjski Koranu, jak też szczegółowego, erudycyjnego komentarza do niego. Dotychczas w Rosji ukazało się kilkanaście wydań tego wielkiego dzieła. Święta księga islamu od dawna przyciągała ku sobie uwagę Europejczyków, którzy, nawiasem mówiąc, nie zawsze potrafili być bezstronni w jej ocenie. Tak jeden z najwybitniejszych filozofów niemieckich zjadliwie zauważał: „Wystarczy spojrzeć na „Koran”: ta marna książka wystarczyła do stworzenia religii światowej, do zaspokojenia od 1200 lat metafizycznej potrzeby niezliczonych milionów ludzi, stała się podstawą ich moralności i znacznej pogardy wobec śmierci, a także potrafiła zagrzać ich do krwawych wojen i dalekosiężnych podbojów. Tutaj odnajdujemy najsmutniejszą i najuboższą postać teizmu. Być może wiele zagubiło się przez przekład, ale nie udało mi się znaleźć w „Koranie” ani jednej wartościowej myśli. Świadczy to, że w parze z metafizyczną potrzebą nie idą metafizyczne zdolności”. (Arthur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, t. 2, s. 229). Powyższe zdanie świadczy jedynie o tym, że filozof niemiecki nie potrafił zgłębić ogromnej, lecz nieco specyficznie wyrażanej mądrości Wschodu, tkwiącej w Koranie, mądrości zbieżnej z mądrością Biblii czy buddyzmu. Bóg odkrywał prawdę mędrcom i prorokom różnych epok i narodów, by nieśli jej światło milionowym rzeszom ludzkim. Niewątpliwie, jedną z takich natchnionych przez Niewidzialnego ksiąg duchowych stanowi Koran. Każdy myślący człowiek zaakceptuje i uzna za wyjątkowo mądre np. takie myśli w nim zawarte:
„Bądźcie bogobojni i dążcie do zgody. Bądźcie posłuszni Bogu i Jego wysłannikowi, jeśli jesteście ludźmi wierzącymi (...)

Bóg chce, by zadość się stało prawdzie, by kłamstwo wyszło na jaw, choćby się to nie miało spodobać ludziom występnym. A jeśli poprosicie Pana o pomoc, wspomoże was tysiącem aniołów jadących jeden za drugim.

O wy, którzy uwierzyliście! Jeśli napotkacie tych, którzy nie wierzą, nie rzucajcie się do ucieczki.
Kto w ten dzień rzuci się do ucieczki – jeśli nie ma zamiaru walczyć ani przyłączać się do innych – ten sprowadzi na siebie gniew Boga, a schronieniem stanie się dla niego piekło. Straszny będzie jego los.

To nie wy ich zabiliście, lecz zabił ich Bóg. Gdy strzelałeś z łuku, to nie ty strzelałeś, lecz Bóg strzelał. To On pragnął wystawić wiernych na próbę, próbę jakże piękną! Zaiste Bóg wszystko słyszy i o wszystkim wie.

Unikajcie pokusy, która przyjdzie nie tylko do tych, którzy są niesprawiedliwi. Wiedzcie, że kara Boga jest wielka.

Ci, którzy nie wierzą, trwonią swój majątek po to, by innych nie dopuścić do ścieżki Boga. Niechaj go trwonią, ale kiedyś będą żałowali, albowiem zostaną zwyciężeni. Wszyscy niewierzący znajdą się w piekle.
Bóg oddzieli dobro od zła. Zło ułoży jedno na drugim i strąci w ogień piekielny. To oni są zgubieni!
Tym, którzy nie wierzą, powiedz, by odrzucili niewiarę, a wybaczone im zostanie wszystko, co przedtem uczynili”. (Koran, Sura 8, O łupach wojennych).
Koran, święta księga muzułmanów, nakazuje ludziom lękać się kary ostatecznej, której towarzyszyć będą wstrząsające przejawy potęgi boskiej w godzinie „strasznego ciosu”, gdy „ludzie rozproszeni będą jak szarańcza po powietrzu, a góry podobne do bujającej pajęczyny”...
W chwili „kiedy niebo przerwie się na części, gwiazdy zostaną rozproszone; wszystkie wody w oceanach zleją się i zmieszają; groby zostaną rozrzucone; – wtenczas każda dusza ujrzy obraz całego swego żywota; dowie się na co zasłużyła, a na co zasłużyć mogła”...
W czasie sądu ostatecznego każdy będzie sądzony według swoich czynów: „Kto uczynił dobro na wagę pyłku, zobaczy to. I kto popełnił złe na wagę pyłku, także zobaczy.” Dla dobrych „nagrodą od Boga będą ogrody Edenu, gdzie jest przybytek odwiecznej szczęśliwości. Bóg ucieszony będzie z nich, bo On w nich położył Swe rozkosze, a oni w Nim swą ufność”... Co zaś do złych, będą oni posłani do piekła, w „wielki żar” (al-hutana).
Wiele niezgłębionych treści znajdziemy w Surze 16 o nazwie Pszczoły:
„Bóg już postanowił, więc nie próbujcie go ponaglać. Chwała mu! On jest ponad wszystko, co Mu chcecie przypisać!
To on przysyła aniołów z objawieniem dla swoich sług, których sam wybierze: „Ostrzegajcie, albowiem nie ma bóstwa innego oprócz mnie. Bądźcie bogobojni!”
Zaprawdę Bóg stworzył niebo i ziemię. Jest ponad wszystko, co mu chcecie przypisać.
Stworzył człowieka z kropli nasienia, ale człowiek się nie chciał poddać Jego woli.
Bóg stworzył dla was bydło, by dawało wam ciepło i pokarm, by przynosiło wam korzyści.
Od Boga pochodzi piękno, jakie dostrzegacie w zwierzętach pędzonych na spoczynek lub wypasanych na łąkach.
Te zwierzęta dźwigają wasze ciężary tam, gdzie zdani na własne siły, z trudem moglibyście dotrzeć. Pan wasz jest dobry i litościwy.
Stworzył konie, muły i osły, byście mogli ich dosiadać i cieszyć się nimi. Stworzył też wiele innych rzeczy, o których nic nie wiecie.
To Bóg wskazuje drogę, choć są tacy, którzy z niej zbaczają. Gdyby Bóg zechciał, mógłby wszystkich prowadzić słuszną drogą.
To on zesłał wodę z nieba, abyście mogli ją pić, by dzięki niej rosła zieleń, na której będzie się pasło wasze bydło. Dzięki niej rośnie zboże, oliwki, palmy daktylowe, winna latorośl i wszelkie rodzaje owoców. W tym są znaki dla ludzi, którzy potrafią myśleć.
We wszystkich barwach na ziemi są znaki dla ludzi, którzy pojmują ostrzeżenia.
On sprawił, że ludzie mogą czerpać ze skarbów morza, że znajdują tam świeże mięso i wydobywają z niego ozdoby. Czy widzisz statki, które pływają po morzu? Dlatego powinniście pragnąć łaski Boga. Obyście mu byli wdzięczni! Na ziemi wzniósł nieporuszone góry, by się pod wami nie zachwiały; umieścił rzeki i drogi. Obyście nimi kroczyli! Umieścił na ziemi drogowskazy, a i gwiazdy wskazują drogę.
Czyż Stwórca może być podobny do kogoś, kto nie jest Stwórcą? Czyż można nie wysłuchać jego napomnień?
Gdybyście chcieli zliczyć łaski Boga, okazałoby się, że nikt tego nie zdoła uczynić. Bóg jest litościwy, wybaczający.
Bóg zna to, co skrywacie, i to, co jawnie pokazujecie. Ci, którzy modlą się do Boga, niczego nie tworzą, lecz sami są tworzeni. Martwi są, a nie żywi. Nie mają pojęcia, kiedy zmartwychwstaną.
Wasz Bóg jest Bogiem jedynym. Ci, którzy nie wierzą w tamten świat, mają serce uparte i wywyższają się. Nie ma wątpliwości, że Bóg zna to, co skrywają, i to, co jawnie pokazują. Bóg nie lubi ludzi wyniosłych. A gdy ich spytać: „Co objawił wasz Pan?”, odpowiedzą: „Opowieści dawnych przodków”.
Wspaniała jest Sura 24 Światło:
„Bóg jest światłem nieba i ziemi. Jego światło można porównać do niszy, w której stoi lampa pod szkłem. Szkło przypomina świetlistą gwiazdę zapaloną od błogosławionego drzewa oliwnego, które nie rosło ani na wschodzie, ani na zachodzie. Jego oliwa zapala się sama, jeśli nawet nie dotknie jej ogień. Światło nad światłami. Bóg tworzy dla ludzi przypowieści. Bóg wie o wszystkim.
Te lampy są w domach, w których Bóg przyzwolił je umieścić, by Jego imię było wymieniane.
Rano i wieczorem sławią go tam ludzie, których uwagi nie odwróci od wspominania Boga i płacenia jałmużny ani handel, ani sprzedaż. Boją się dnia, kiedy ich serca i oczy odwrócą się od Niego. Oby Bóg wynagrodził ich jak najlepiej za to, co czynili i oby zwiększył dla nich Swą łaskę. Bóg obdarowuje bezmiernie, kogo zechce.
Natomiast uczynki tych, którzy nie wierzą, są jak fatamorgana na pustyni. Spragnionemu wydaje się, że to woda, ale gdy do niej dojdzie, niczego nie znajdzie. Będzie tam tylko Bóg i trzeba będzie Bogu w pełni spłacić rachunek. Bóg jest szybki w rachunkach. Te uczynki mogą być jak ciemności na głębokim morzu. Pokrywa je fala za falą, w górze są chmury, a ciemności pokrywają ciemności. Kto wyciągnie rękę, nie zobaczy jej. A komu Bóg nie da światła, ten nie będzie miał światła.
Czy nie widzisz, że chwałę Boga głoszą ci, którzy są w niebie i na ziemi oraz ptaki z rozpostartymi skrzydłami? Wszyscy wiedzą, jak się do Niego modlić i jak głosić Jego chwałę. Bóg wie, co oni czynią.
Do Boga należy królestwo nieba i ziemi. Do Niego wiedzie ostateczna droga. Czy nie widzisz, że Bóg przesuwa chmury, gromadzi je i układa jedne na drugich. I oto widzisz, jak ulewa wychodzi spomiędzy nich. Bóg opuszcza z nieba góry chmur, w których jest grad, by nim doświadczyć tego, kogo doświadczyć zapragnie, i odwrócić grad od tego, od kogo zapragnie go odwrócić. Blask jego błyskawic omal nie odbiera wzroku.
Bóg sprawia, że noc i dzień następują po sobie. W tym jest pouczenie dla tych, którzy są spostrzegawczy.
Bóg stworzył z wody wszelkie zwierzęta. Są wśród nich takie, które pełzają na brzuchu, takie, które chodzą na dwóch nogach, oraz takie, które chodzą na czterech. Bóg tworzy to, co stworzyć zapragnie. Bóg wszystko potrafi.”
W Surze 53 Gwiazda czytamy:
„Do Boga należy, co jest w niebie, i to, co jest na ziemi. Bóg ukarze tych, którzy postępowali źle, a wynagrodzi dobrem tych, którzy postępowali dobrze.
Wybaczenia niech spodziewają się ci, którzy unikali wielkich grzechów i wielkich występków, oraz ci, którzy zgrzeszyli w drobnych sprawach. Twój Pan wiele wybacza. On was zna najlepiej, ponieważ stworzył was z ziemi, gdy byliście jeszcze zarodkiem w łonie matek. Nie myślcie, że wasze dusze są czyste. On wie najlepiej, kto jest mu posłuszny.
I co sądzisz o tym, co się odwraca od Boga? O tym, kto dawał mało i był skąpcem? Czy zdobył wiedzę o tym, co jest widoczne? Czy rozumie? – (...) że każdy człowiek otrzyma tylko to, do czego dąży?”
W Koranie znajduje się również szereg pięknych idei moralnych, zdolnych do ugruntowania życia społecznego na klarownych i sprawiedliwych zasadach. W Surze 55 Miłosierny Bóg Mahomet zaleca: „Nie fałszujcie wagi, niech będzie sprawiedliwa. Niech będzie potępione oszustwo na wadze”...
„Przeminie każdy, kto przyszedł na świat, i tylko twarz twojego Pana trwać będzie w sławie i chwale”...
„Czy dobro można nagrodzić czym innym niż dobrem?”...
Ważne miejsce w naukach koranicznych należy do przekonania o tym, że w końcu dobro zostanie przez Boga nagrodzone, a zło potępione i ukarane. Jest to zresztą „złota idea” wszystkich bez wyjątku wielkich systemów filozoficzno-teologicznych.
W języku islamu Sąd Ostateczny nazywa się „Wielkim Wydarzeniem”, a jego sugestywnemu opisowi poświęcono specjalną Surę 56.
„W imię Boga miłosiernego i litościwego!
Kiedy nastąpi Wielkie Wydarzenie – a nikt nie zaprzeczy temu, że nastąpi – jedni zostaną poniżeni, inni wywyższeni.
Wtedy zadrży ziemia,
góry rozpadną się w pył
rozproszony po ziemi,
wy zaś będziecie podzieleni na trzy grupy.
Jedni staną po prawicy. Co się z nimi stanie?
Drudzy staną po lewicy. Co się z nimi stanie?
Ci, co byli pierwsi, będą pierwszymi.
To ludzie bliscy Bogu.
W ogrodach szczęścia
będzie wielu spośród pierwszych
i nieliczni spośród innych.
Będą spoczywali na wyszywanych złotem łożach spoglądając na siebie.
Między nimi krążyć będą wiecznie młodzi chłopcy z kielichami, dzbanami i czaszą wody źródlanej.
Wino ich nie odurzy, głowy nie będą ciążyły.
Krążyć będą z owocami, jakich zapragną, z mięsem ptaków, jakże smakowitym.
Będą tam dziewczyny o pięknych oczach podobne do ukrytych pereł. – Nagroda za to, co czynili.
Nie usłyszą pustej gadaniny ani grzesznych słów, a tylko: Pokój! Pokój!
Kim są ci, którzy staną po prawicy?
Będą przebywali wśród głożyn bez kolców
i zielonych, rozłożystych akacji,
w cieniu szerokim,
wśród wody płynącej
i licznych owoców,
nie zerwanych i nie zakazanych,
na wyniosłych łożach (...)

Będą też ci, co stoją po lewicy.
Co się z nimi stanie?
Znajdą się w gorącym wietrze i we wrzącej wodzie, w cieniu czarnego dymu,
który nie jest ani chłodny, ani przyjemny.
Przedtem żyli w dostatku
i trwali w strasznym występku.
Powiadali: Czy wtedy, gdy już umrzemy i staniemy się pyłem oraz kośćmi, będziemy mogli zmartwychwstać?
My i nasi ojcowie?
Mów: Zarówno pierwsi jak i ostatni zostaną zgromadzeni w wyznaczonym dniu.
A potem wy, którzy błądzicie, mówiąc, że to kłamstwo,
będziecie jeść z drzewa Zakkum.
Napełniać swoje brzuchy
i popijać wrzącą wodą,
jak spragnione wielbłądy.
Oto co otrzymacie w Dniu Sądu.”
                                (Przełożył Janusz Danecki).

Fundamentem teologii islamu jest teza o istnieniu jedynego i wiecznego Boga, stwórcy nieba i ziemi. W Surze 112 pt. Oddanie czytamy:
„W imię Boga miłosiernego i litościwego!
Mów: Bóg jest jeden. Bóg jest odwieczny, nie rodził ani nie urodził się i nikt nie jest Mu równy”...
Oczywiście, mądre i piękne nauki nie zawsze gwarantują ich adekwatne stosowanie w życiu codziennym ludzi. Jak wynika z faktów, w X wieku np. moralność publiczna zarówno na chrześcijańskim, jak i na muzułmańskim Wschodzie – mimo fanatyzmu religijnego – wcale nie wyróżniała się wzniosłym charakterem.
Znany historyk z Fryburgu Adam Mez pisze w swym Renesansie islamu: „Prostytucja nie jest, jak sądzą nasi racjonaliści od spraw społecznych, środkiem zastępczym dla nieżonatych, lecz z zasady irracjonalną instytucją religijną, niczym nie różniącą się od eunuchów. Stąd też prostytucja kwitła w islamie, choć wielożeństwo i obyczaje przyczyniały się do tego, że nieżonaci mężczyźni czy niezamężne dziewczęta byli czymś wyjątkowym. Prostytucja kwitła, mimo że prawo, w teorii przynajmniej, karało cudzołóstwo kamienowaniem...
Około roku 900 pewien muzułmański podróżnik opisuje reglamentowany system chińskiej prostytucji, dysponujący własnym urzędem i podatkami, komentując: „Chwalmy Boga, że oszczędził nam takich pokus”. Ale już pół wieku później Adud ad Deula, władca Arabów, był na tyle niemuzułmański, że opodatkował w Farsie tancerki i prostytutki, a podatki oddał w dzierżawę. W jego ślady poszli w Egipcie Fatymidzi. Według legendy, wspomniany już wyżej władca zmusił księżniczkę Dżamilę, która nie chciała zostać jego żoną, by udała się do dzielnicy prostytutek. Nieszczęsna utopiła się w Tygrysie.
Do osobliwości Laodycei należało to, że każdego dnia zarządca bazaru urządzał dla cudzoziemców przetarg na prostytutki. Na znak dobicia targu klient otrzymywał pierścień, zwany „pierścieniem biskupim”. Jeśli nocą spotkano go z kobietą, a nie miał przy sobie pierścienia, podlegał karze. Lecz o instytucji tej mówi się w czasach, gdy miasto znowu było bizantyńskie, a więc chrześcijańskie... Ale islam nie był powściągliwszy, w Suzie, stolicy Chuzistanu, domy publiczne stały nieraz w pobliżu bram meczetów...
Ówcześni muzułmańscy radykałowie – dziś widocznie nazwalibyśmy ich fundamentalistami – protestowali przeciwko takiemu rozpasaniu. Włamywali się do domów wielkich osobistości, wylewali wino z beczek, chłostali śpiewaczki, atakowali mężczyzn, którzy zjawiali się na ulicy w towarzystwie kobiet, niezależnie od tego, czy były to ich żony, czy tzw. „przyjaciółki”.
Pobożny obyczaj nieprzychylnym okiem patrzył na kobiety opuszczające dom. Jeden z pobożnych kalifów zakazał wychodzenia z domów wszystkim kobietom, a szewcom zabronił szyć buty dla płci pięknej. Akuszerki i kobiety obmywające zmarłych musiały mieć specjalne pozwolenie na piśmie.
Zmianom ulegały też formy towarzyskie. „Na trzykrotną chłostę zasługuje ten, kto będąc zaproszonym gościem, mówi do gospodarza: – „Poproś swoją żonę, by zjadła razem z nami!” – mówiono w X wieku. Podobnie jak u starożytnych Greków, miejsce gospodyń domu zajęły przy stole hetery, będące umiejętnymi w swym fachu mistrzyniami, a przy tym zawsze urodziwe i wyrobione.
Lecz ten „wentyl bezpieczeństwa” nie dał oczekiwanego skutku. Zdrady małżeńskie były na porządku dziennym. Wówczas to zrodziło się znane arabskie przysłowie: „Jeśli kobieta chce oddać się mężczyźnie, odda mu się nawet przez dziurkę od klucza”. Zatrzaskanie drzwi za „matronami” i „swoboda” seksualna dla mężczyzn nie dały się pogodzić. Moralność nie może być w jednym i tym samym społeczeństwie podwójna; zazwyczaj ustala się ona na poziomie najniższym. Jeśli jednym coś „wolno”, to tak czy owak praktycznie to samo „wolno” i wszystkim. Żadne religijne zaklęcia, czy paragrafy prawa nic w tym zmienić nie potrafią.

* * *

Dr Francis Robinson w książce „Świat islamu” pisze: „Od samego początku stosunek Europy do islamu był zasadniczo wrogi. Europejczycy wczesnych wieków, odcięci od najważniejszych centrów cywilizacji muzułmańskiej, stworzyli sobie mglisty i fantastyczny obraz islamu… Jawił się on im jako herezja zaczerpnięta z nauk chrześcijańskich, które przekazał Muhammadowi mnich Bahira. Koran został zesłany ludziom na rogach białego byka, a Prorok był czarownikiem, który przyciągał wiernych zezwalając im na rozwiązłość seksualną”. Nawet same rzekome „tłumaczenia” „Koranu” na języki europejskie, w tym na polski, przy bliższym przyjrzeniu się okazują być płytkimi, niedbałymi trawestacjami, absolutnie nie przekazującymi w adekwatny sposób przesłań, zawartych w tym wielkim dziele kultury ogólnoludzkiej. Ma się nieodparte wrażenie, że owe „tłumaczenia” robiono na zamówienie wydawców (a wiadomo, w czyich rękach znajdują się wszystkie wydawnictwa Europy!), mając na celu radykalną dyskredytację, poniżenie i ośmieszenie tradycji mahometańskiej.
Warto jednak przypomnieć, że w kulturze polskiej zawsze było żywe zainteresowanie islamem jako wielkim systemem duchowym, a fragmenty „Koranu” na język polski tłumaczyli nie tylko polscy naukowcy i „naukowcy”,” ale też najświetniejsi poeci. Oto np. jak w tłumaczeniu Adama Mickiewicza brzmi sura druga pt. „Krowa”:

Zaprawdę, tym, którzy nie wierzą,
jest wszystko jedno,
czy ty ich ostrzegasz,
czy nie ostrzegasz,
oni i tak nie uwierzą.
Bóg nałożył pieczęć na ich serca
i na ich słuch,
a na ich oczach położył zasłonę.
Dla nich kara będzie straszna.

Okoliczność, że Ignacy Kraczkowski przetłumaczył na język rosyjski Koran, stawia go w szeregu najznakomitszych twórców kultury tego wielkiego kraju, zamieszkałego przez dziesiątki różnych narodowości, których inteligencja uzyskała dzięki temu dostęp do jednego z największych dzieł kultury ogólnoludzkiej. Po rosyjsku czytali tę księgę Rosjanie i Ukraińcy, Białorusini i Litwini, Gruzini i Ormianie, Czuwasze i Mordwini, Łotysze i Estończycy, a tłumaczenie J. Kraczkowskiego w kilku przypadkach posłużyło podstawą przekładania Koranu na inne, pomniejsze języki narodowe w obrębie byłego Cesarstwa Rosyjskiego i wielonarodowego Związku Radzieckiego. Wyczyn kulturotwórczy naszego rodaka tym bardziej godny jest przypomnienia, że został dokonany w kraju wojującego wówczas ateizmu, gdy za wiarę prześladowano i wtrącano do więzień. Nie przypadkiem po pierwszym wydaniu Koranu po rosyjsku do organów bezpieczeństwa państwowego ZSRR i komitetów partii komunistycznej wpłynęły liczne donosy przeciwko J. Kraczkowskiemu jako „krzewicielowi przesądów religijnych”, co zmusiło wybitnego uczonego do usprawiedliwiania się na łamach prasy, argumentując, że przecież Koran jest nie tylko księgą świętą, ale i pięknym dziełem literackim, które warto poznać także wyznawcom ateizmu... [Niejako na marginesie naszych rozważań przypomnijmy, że autorem wierszowanego przekładu Koranu na język rosyjski był inny Polak, T. A. Szumowski, wybitny arabista działający w okresie około 1920-1950 na terenie Leningradu, wieloletni więzień obozów stalinowskich, wytrawny myśliciel i stylista; w 2001 roku petersburska oficyna wydawnicza „Dila Publishing” opublikowało po raz trzeci to tłumaczenie w całości (640 stron) w nakładzie 3.000 egz.].
Najtrudniejsze lata drugiej wojny światowej, 1941-1942, Ignacy Kraczkowski spędził w zablokowanym przez hitlerowców Leningradzie. Podczas gdy większość naukowców została ewakuowana, on pozostał na posterunku, pełnił jednoosobowo funkcje dyrektora Instytutu Orientalistyki Leningradzkiego Oddziału Akademii Nauk ZSRR, wiceprezydenta Towarzystwa Geograficznego przy AN ZSRR, kierownika Gabinetu Arabistyki oraz członka rady Archiwum AN ZSRR. Sam jeden potrafił z nielicznymi podwładnymi, wśród których było niemało Polaków, nadal utrzymywać rytm pracy naukowej na swym odcinku, a to w warunkach wojny, głodu, chłodu i siejącej spustoszenie śmierci. Jednocześnie intensywnie pracował nad realizacją własnych badań naukowych, kończąc m.in. fundamentalną, unikatową w skali światowej monografię, poświęconą arabskiej literaturze geograficznej od początku, czyli od wczesnego średniowiecza, aż do wieku XX włącznie, (wydaną w czterech tomach w 1957 roku). Tylko człowiek o tytanicznej sile woli i mocy trwania mógł żyć i postępować w ten sposób. Gdy praca ponad wszelką miarę nadwerężyła siły witalne profesora, zapadł na groźną odmianę dyzenterii, która pociągnęła za sobą anemię, distrofię. Dopiero wówczas, już po zniesieniu blokady Leningradu, uczony zgodził się na ewakuację z rodziną do Kazachstanu, gdzie musiał kilka miesięcy spędzić w uzdrowisku Sosnowy Bór.
Ci, którzy znali osobiście profesora Ignacego Kraczkowskiego, podkreślali taką cechę jego osobowości, jak stawianie wyjątkowo wysokich wymagań w stosunku do samego siebie i swej pracy naukowej, której warsztat ciągle, aż do końca życia, doskonalił. Inne dwie cechy charakteru to twórcze usposobienie (uciekanie od szablonowych myśli i rozstrzygnięć) oraz fanatyczna, zapamiętała pracowitość, obca jakiejkolwiek odmianie nieróbstwa i próżnowania. Dzięki wysiłkowi Ignacego Kraczkowskiego kultura narodów ZSRR wzbogaciła się w znajomość wspaniałych pomników literatury i filozofii arabskiej. Przypomnijmy w tym miejscu najpiękniejsze miejsca z twórczości kilku poetów arabskich, by uzmysłowić sobie wzniosłą, niepowtarzalną atmosferę tej wielkiej kultury.
Poeta Zuhajr ibn Abi Sulma (VI wiek):

– „Kto szlachetnością nie chroni sam siebie,
ten cześć swoją naraża;
kto się nie boi przekleństwa,
ten będzie przeklęty”...

– „Kto jedzie w obce strony
i z wrogiem paktuje,
kto nie szanuje siebie,
nie wart jest szacunku”...

– „Koryto z wodą zniszczę
tym, co go nie bronią,
kto nie napada innych,
sam będzie ofiarą”...

– „Kto innym pozwala na wszystko,
będzie gorzko żałował
i nie uwolni się od poniżenia”...

– „Kto ma wszystkiego dużo,
ale ludziom skąpi,
ten będzie potępiony,
ludzie odejdą od niego”...

– „Odważny. Kiedy go atakują,
odpowie szybkim atakiem,
lub rzuci się pierwszy,
zanim go dopadną”...
* * *

Być może tkwi też w tym wielka mądrość, gdy poeta arabski Amr ibn Kulsum powiada:
„Jesteśmy sprawiedliwi, kiedy nas słuchają,
nieubłagani, gdy wybucha bunt”.
Państwa nie da się utrzymać apelami o spokój. Bywa, że miecz jest najwyrazistszym słowem.

* * *

A oto „złote myśli” Abida ibn Al-Abrasa:
– „Póki jesteś na ziemi, spiesz ludziom z pomocą,
nie udawaj i nie mów: „Jestem tutaj obcy”.
Bo obcy ludzie mogą stać się bliscy,
a wspólnicy i krewni mogą być dalecy”...

– „Wszystko, co dobre, będzie odebrane,
nasze nadzieje okażą się kłamstwem”.

– „Kto będzie prosił ludzi, ten nic nie dostanie,
kto się zwróci do Boga, ten się nie zawiedzie”.
* * *

„Kto żył na świecie, ten jest naznaczony.
Kiedy poprzez cierpienia patrzymy na świat,
wszystko staje się dla nas –
                      dźwiękiem bez znaczenia”.
                                (Al-Buhturi, IX w.).

* * *

„Zawsze się znajdą tacy,
                      którzy krzyczą głośno,
że potrafią prowadzić.
To jest krzyk tyranów”.

Tak pisał w X wieku poeta arabski Abu Al-Ala Al-Maarri, do którego należą także następujące wypowiedzi:
– „Wiedza jest niczym zamek. Jeśli chcesz go zdobyć,
pracuj nad nim tak długo, aż otworzy bramy.
Możesz się jednak zawieść, nie spełnić nadziei
jak pełne wiadro wpadające w studnię”...

– „Rozpustnym życiem możemy zasłużyć
jedynie na nagrodę, jaką jest jałmużna –

Na głowy dzieci spadną złe uczynki ojców,
choćby władzę zdobyły i wielkie zaszczyty”...

– „Jeżeli ktoś wyciągnie ostre miecze słów,
odpowiedź cierpliwością, miecz stanie się tępy”...

– „Jeśli w nieszczęściu miałeś przyjaciela,
nie zapominaj o nim, gdy los się odmieni.
Kiedy tobie jest dobrze, a on cierpi biedę,
znaczy to, że zgubiłeś po drodze sumienie”...

* * *

„Gorszy zawsze powinien ulegać lepszemu”, zauważał średniowieczny poeta arabski Hassan ibn Sabit. Wypada bodaj w tym miejscu podkreślić, że Arabów w okresie ich potęgi dziejotwórczej cechowało wysoko rozwinięte poczucie odrębności i higieny rasowej. Poeta Al-Mutanabbi w X wieku pisał o Murzynach:
„To czarnuch. Jego serce jest ciasne i skąpe,
a jego brzuch jest wielki i rozdęty.

On nie ma przodków, rozumu szczodrości,
życie u jego boku jakże przykre jest”...

Tenże poeta był jednak autorem także następujących wypowiedzi:
– „Niesprawiedliwość ludzka rozdziela plemiona,
chociaż wyszliśmy wszyscy z jednej matki łona”...

– „Nie skarż się, bo źli ludzie z twojej skargi dźwięku
Cieszą się jako sępy z konających lęku”...

* * *

I na zakończenie przypomnijmy piękny wiersz Kajs ibn Al-Chatima, zawierający trafne obserwacje nad losem ludzkim.
– „Kto jest beztroski, dotychczas nieszczęścia nie spotkał,
tego przeznaczenie ugnie pewnego dnia.
Doświadczą go ciosy losu, a potem
zniszczą jak pęknięte naczynie.
Nieszczęście dopada każdego, kto żyje (...)
Bogobojnemu powiedz: przypadłości losu
wystrzegaj się, bo obrona już niewiele daje.
Rozrasta się majątek temu, co bogaty;
kto pragnie, obfitości nigdy nie dostaje”...

* * *

Znaczne miejsce w piśmiennictwie J. Kraczkowskiego zajmują studia z nowożytnej literatury arabskiej (XIX-XX w.) i niejako na poboczu zainteresowań podstawowych powstało kilka niedużych, lecz interesujących, tekstów o słowiańskim języku kancelaryjnym Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Wybitny uczony i tłumacz zakończył życie 24 stycznia 1951 roku w Leningradzie. Pośmiertnie został laureatem nadanej mu za wybitne osiągnięcia naukowe Nagrody Państwowej ZSRR. W latach 1955 – 1960 ukazały się dzieła wybrane Ignacego Kraczkowskiego: „Izbrannyje soczinienija”, t. I – VI, Moskwa – Leningrad, Wydawnictwo Akademii Nauk ZSRR).

Malinowski



Polska Encyklopedia Szlachecka (t. 8, s. 132, Warszawa 1937) przynosi dane o Malinowskich herbu Abdank, Ciołek, Ogończyk, Pobóg i Ślepowron, rozgnieżdżonych po całej dawnej Rzeczypospolitej. O Malinowskich herbu Pobóg i Ślepowron obszernie donosi Spis szlachty Królestwa Polskiego (Warszawa 1851, s. 144-145). W. Wittyg (Nieznana szlachta polska i jej herby, Kraków 1908, s. 193) pisze również o Malinowskich herbu Abdank (1756), Śiepowron (1581) z Podlasia.
Od najdawniej znani i najszerzej rozgałęzieni Malinowscy używający godła Pobóg pochodzili z Podlasia, ale już w XVI stuleciu posiadali silne odgałęzienia zarówno na wschód, jak i na zachód od gniazdowisk pierwotnych.
W dawnych dokumentach nagminnie się spotyka wzmianki o członkach tego rodu.
Jan, Stanisław i Leonard Malinowscy z Malinowa w powiecie drohiczyńskim herbu Ślepowron figurują w zapisie do ksiąg ziemskich tegoż powiatu z 7 lutego 1547 roku (W. Semkowicz, Wywody szlachectwa, nr 331).
Marcus Malinowski w 1575 roku pełnił funkcje dowódcy gwardii miejskiej Krakowa. Piotr Malinowski, drobny szlachcic będący na służbie u pana Krzysztofa Możniewskiegoo, sprawcy myt pogranicznych i karczem mohylewskich, figuruje w księgach grodzkich Mohylewa w roku 1578 (Istoriko-juridiczeskije matieriały izwleczionnyje iż aktowych knig gubernij Witebskoj i Mogilewskoj, t. 32, cz. 2, s. 57, 107, Witebsk 1906).
W Liście – Przywileju z Pieczęcią Koronną W. X. Litewskiego. Datt w Warszawie Roku Pańskiego 1596 Panowania Królestwa Naszego Polskiego y Szweckiego Roku Trzeciego, czytamy: „Zygmunt Trzeci, Król Polski, Wielki Xiąże Litewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Zmuydzki, Inflandzki, Dziedziczny Szwedzki, Godski, Wandalski Król. –
Oznaymuiemy tym Listem Przywilejem wszem wobec y każdemu zosobna, komuby o tym wiedzieć należało: Iż niektórzy z Jpanów Rad y Konssyljarzów naszych uczynili y wnieśli do nas instancję Abyśmy Urodzonego Jana Malinowskiego Żołnierza Starego przy possessyi tych czterech pustoszy nazwanych Stradaniszki, Sklutniszki, Surmaniszki i Smikowszczyzna, które przedtym otrzymał od Strarost tych mieysc Deneborskich konserwować y zostawić raczyli. Jakoż My skłoniwszy się do Instancyi Panów Rad y Konsyljarzów Naszych mając słuszną racyę wzgląd i respekt na zasługi woyskowe Urodzonego pomienionego Jana Malinowskiego... wespół z Urodzoną Teodorą Malinowską Małżonką jego własną... tymże pomienionym Małżonkom mieć, trzymać y według najlepszego upodobania swego tych dóbr zażywać pozwalamy y moc dajemy aż do żywota onych. ...
Zygmunt Król”.
Jan Michał Malinowski, deputat z Kolna, podpisał w 1632 roku elekcję króla Władysława IV (Volumina Legum, t. 3, s. 366, Petersburg 1856). W archiwach magistratu połockiego z 1671 roku figuruje „wielebny xiądz Dominik Jacek Malinowski, świętego pisma doktor”. (Istoriko-juridiczeskije matieriały..., t. 26, s. 227). W 1676 roku na sejmie koronacyjnym w Warszawie został za zasługi wojenne nobilitowany urodzony Stanisław Franciszek Malinowski (Volumina Legum, t. 5, s. 200). Jan Tadeusz Malinowski, starosta hołowiecki, sędzia miasta Rzeczyca na Białej Rusi, około r. 1716 wielokrotnie jest odnotowywany w ówczesnych księgach grodzkich Mohylewa i Witebska. „Wielmożny jegomość pan Antoni Tadeusz Malinowski, regent grodzki powiatu rzeczyckiego, starosta sianorzęcki”, występuje na kartkach dawnych rękopisów około roku 1753. Józef i Jan Malinowscy, ziemianie powiatu grodzieńskiego, 17 kwietnia 1764 r. podpisali laudum sejmiku lokalnego; zaś „jegomość pan Wojciech Malinowski na koniu gniadym, z szablą”, „jegomość pan Franciszek Malinowski na koniu karym, z szablą y karabinem”, a „pan Józef Malinowski na koniu gniadym, z szablą y pistoletem” stawili się 5 października 1765 roku do popisu szlachty powiatu grodzieńskiego na pospolite ruszenie (Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskoju Komissijeju, t. 7, s. 395 i in., Wilno 1865-1915). W roku 1764 Filip Malinowski z województwa poznańskiego, Jan Malinowski od województwa sandomierskiego, Piotr i Józef Malinowscy w imieniu powiatu grodzieńskiego podpisali w Warszawie sufragię ostatniego króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego (Volumina Legum, t. 7, s. 108, i in.).
Antoni Malinowski 23 czerwca 1764 r. podpisał uchwałę konfederacji generalnej koronnej w Warszawie (Publiczna Biblioteka Miejska i Wojewódzka w Rzeszowie, dział rękopisów; Rk-3, k. 178).
Jedno ze swych pradawnych siedlisk mieli Malinowscy w powiecie wołkowyskim, od wieków też zaznaczali swą obecność w powiecie wileńskim, wilejskim, zawilejskim, wiłkomierskim, kowieńskim, lidzkim, oszmiańskim, bobrujskim, mińskim i innych. Zawsze i wszędzie uznawani byli za niewątpliwie „pochodzących z starożytnej w Polsce familii”. Ich rodowitość wielokrotnie potwierdzały heroldie Grodna, Wilna, Mińska, Lwowa, Witebska i innych sławnych miast Rzeczypospolitej. Przez małżeństwa spokrewnieni byli m.in. z takimi domami szlacheckimi, jak Dobrowolscy, Czyżewscy, Nowiccy, Lanżerowie, Ciechanowiczowie, Skwarkowscy, Pieślakowie, Łabuciowie, Szostakowie, Romankiewiczowie, Jacewiczowie, Kiersnowscy.
Z reguły charakteryzowała ich duża dynamika życiowa, energia twórcza, wysoki poziom etyczny i intelektualny, być może, uwarunkowane genetycznie. Często nawet córki tego rodu wykazywały odwagę i siłę ducha, o czym świadczyć może np. fakt, iż szlachcianki powiatu lepelskiego Grasylda, Kamilla i Zofia Malinowskie przez długie lata w okresie 1863/68 znajdowały się pod tajnym rosyjskim nadzorem policyjnym ze względu na swój pod względem politycznym „szkodliwy skład myśli”. (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 378, z. 6, nr 64, s. 291).
Zbiory heroldii wileńskiej zawierają liczne materiały do dziejów kilku gałęzi tego wielkiego roku. Wywód familii urodzonych Malinowskich herbu Pobóg z roku 1805 za przodka podaje Hrehorego Malinowskiego, właściciela folwarku Olechnowszczyzna w województwie mińskim, który spłodził synów Franciszka i Samuela. Widymus z ksiąg ziemskich powiatu oszmiańskiego z roku 1748 ukazuje tę rodzinę jako dość szeroko rozgałęzioną (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 203, s. 1-183).
Inny Wywód familii urodzonych Malinowskich tegoż herbu, zatwierdzony w heroldii wileńskiej 8 czerwca 1812 roku donosi: „Ta familia jest dawna i starożytna, prerogatywami szlacheckimi i znakomitością urodzenia zaszczycona w Królestwie Polskim... (W podlaskim województwie i sandomierskim piszą się z Kulnicy. Aleksander Malinowski, namiestnik podstarostwa łuckiego, 1625 roku; Jan, Michał, Seweryn, Adam – 1632 roku w Podlaskiem... Stanisław na Kulnicy i Kazimierz w Sandomierskiem 1674 r.) ... oraz liczne ziemskich osiadłości majątki posiadała i dobrze w Kraju zasłużona, z której Jan Malinowski z Podlasia przeniósł się do Litwy na mieszkanie...” Jeden z jego potomków, Samuel, miał syna Michała, a ten z kolei Jerzego i Szymona, od których poszły dwie duże osobne gałęzie... W 1812 roku heroldia w Wilnie uznała Jerzego, Gabryela Wincentego, Tadeusza, Klemensa i Antoniego Malinowskich „za rodowitą i starożytną szlachtę polską”, wpisując ich do pierwszej części Ksiąg Szlachty Guberni Litewsko – Wileńskiej (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 1795).
Drzewo genealogiczne rodu Malinowskich herbu Pobóg z 1829 roku bierze za protoplastę linii Jana Malinowskiego, który miał synów Michała i Stefana; wnuka Daniela; prawnuków Pawła, Stanisława, Józefa, Marcina; praprawnuków Michała, Teofila, Ignacego, Karola, Franciszka. Wykres przedstawia osiem pokoleń (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1775a, s. 144). Jak wynika z innego dokumentu, wymieniony powyżej Jan Malinowski miał otrzymać jeszcze od króla Zygmunta III pustosze Stadaniszki, Kluczyszki, Surmaniszki i Smiechowszczyznę; jego syn Stefan był w służbie kozackiej, a wnuk Daniel posiadał majątek Kołbowszczyzna w województwie połockim (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1835, s. 31-32).
Liczną grupę Malinowskich, siedzących m.in. w powiecie drohickim na dobrach Kłopoty Bujne, Korzeniówka Wielka, Wiercień Wielki i Mały, Zaremby, Malinowo, Brzeziny Janowięta, potwierdziła w 1835 w szlachectwie heroldia grodzieńska (CPAH Białorusi w Grodnie, f. 332, z. 4, nr 1, s. 119-122).
Leopold von Ledebur (Adelslexicon der Preussischen Monarchie, t. 2, S. 71) pisze: „Malinowski (Wappen Pobog). Diesem Geschlechte gehoert Franz von Malinowski an, Hauptmann im 3. ArtiIIerie – Regiment und Vorsteher der ArtiIIerie – Werkstaette zu Berlin; ein Sohn des im Jahre 1824 verstorbenen ehemaligen Platzmajors von Magdeburg Leopold Ignatz von Malinowski, dessen Vater am 25 August 1778 als Leutnant bei den Bosniaken starb“.
l wreszcie jeszcze jeden Wywód Malinowskich, tym razem z roku 1837, dotyczący kolejnej linii rodu, podaje, że „familia Malinowskich używająca herbu Pobóg, wedle świadectwa wielu dziejopisarzów polskich, jest dawna i starożytna w Królestwie Polskim, a mianowicie w województwie podlaskim i sandomierskim (...), a z nich rozmnożone w czas późniejszy po różnych Królestwa Polskiego prowincyach porozsiedlali się i powiatach, zawsze z zaszczytem prerogatyw szlacheckich, znakomitością swej starożytności, mianowicie zaś w Księstwie Litewskim w powiecie wiłkomierskim (...) używali...”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1059, 12-16). Za protoplastę tej gałęzi wzięty został Andrzej Malinowski, właściciel dóbr Kurkle w powiecie wiłkomierskim. Miał on syna Adama oraz wnuków Kazimierza, Franciszka i Bartłomieja, z których wyrosły z kolei potężne odgałęzienia na całe Wielkie Księstwo.
O najbardziej na wschód wysuniętej linii domu Malinowskich, która osiadła także w Rosji, przynosi wiadomość Herbarz Orszański z 1775 roku: „Malinowscy herbu Pobóg (podkowa z krzyżem w polu błękitnym, nad hełmem chart z korony wyskakujący do połowy, w obroży z smyczą). Familia na dwa dzieli się domy; jedni herbu Ślepowron z województwa lubelskiego przenieśli się w powiat rzeczycki; drudzy herbu Pobóg piszą się z Kalnicy y Malinowa Malinowscy, osiadłość swoją w województwie podlaskim (...) i sandomierskim mający; z której przodek wywodzących się Stefan Malinowski, sędzia radomski, jako też synowie, stolnik podlaski i krajczy drohicki i dalsi dla zaginięcia dokumentów podczas wielkiej konflagraty miasta Petersburga w roku 1760, przy teraz wywodzących się będący, nie są próbowani. Atoli w dowód trzeciego pokolenia, jako to Jana Malinowskiego, porucznika wojsk litewskich i innych, possessye swoje w powiatach pińskim i wiłkomierskim mających, poświadczają: regestr spraw w attencyą do trybunału oddanych 1726; proces w Grodzie Mińskim na Jejmość Szteynowę; proceder z Ichmościami Szylingami 1728; prawo zastawne na majętność Gierniki od Xiążąt Radziwiłłów 1733; prawo arendowne majętności Nowosiołek w słonimskim 1745... W czwartym stopniu bracia stryjeczni próbują się possessyą w Ziemi Drohickiej oraz assekuracyą między bracią 1741; procederem o dworek w Warszawie 1773; approbatą Króla Jegomości Polskiego Augusta III i possessyą tegoż dworku, z którego pokolenia Jegomość pan Antoni Malinowski, premier-major wojsk koronnych regimentu elbląskiego, abszytowawszy się od tegoż regimentu, dostał się do dworu petersburskiego, gdzie dawszy nienagannych swych usług dowody, zaszczycony został ekonomiczną starostwa uswiatskiego dyspozycyą,... ekonomiczną starostwa Uświatskiego dyspozycią, który z synami y synowcami swoiemi do 5-go wywodząc się pokolenia, o nienaganney rodowitości ślacheckiey dal świadectwo. Na tym fundamencie sąd ziemski niedysputowaną w urodzeniu ślacheckim familią, w tymże stanie ślacheckich prerogatyw zachował.”
W XIX wieku wielu z tego rodu znajdowało się w służbie rosyjskiej.
12 maja 1830 roku świadek wydarzeń notował: „Śliczna pogoda. Co się dzieje w naszych stronach? – zebranie powstańców trockich, połączonych z wiłkomierskimi. Poszli na Żmudź. W Kiejdanach spotkał ich generał rosyjski Malinowski w kilka tysięcy ludzi; bili się w mieście około godzin sześciu i powstańcy w liczbie pono tylko strzelców 70, a pikinierów małej liczby, dowodzeni byli przez pana Matuszewicza (który Troki pierwiej zabrał) i Wincenta Seńkowskiego, – obu naszych sąsiadów”...
Wypada podkreślić, że ród Malinowskich w ciągu stuleci wykazał na ziemiach Rzeczypospoltej i poza jej granicami niepospolitą żywotność i dynamikę, popisał się wielkimi osiągnięciami swych utalentowanych synów. Dał on Polsce licznych znakomitych artystów (malarzy, kompozytorów, rzeźbiarzy), uczonych, nauczycieli akademickich, lekarzy, działaczy politycznych, powstańców, duchownych (w tym biskupów), pisarzy, inżynierów, oficerów, publicystów. Bardzo istotny jest ich wkład do skarbnic kultur narodowych Rosji (Malinowskij), Ukrainy (Malinovskyj), Białorusi (Malinouski) i Litwy (Malinauskas).
Z dokumentów genealogicznych, przechowywanych w zbiorach Archiwum Historycznego Obwodu Kijowskiego (f. 782, z. 2, nr 446, s. 351-352) wynika, że Kijowskie Zgromadzenie Deputatów Szlacheckich 27 listopada 1902 roku zatwierdziło (a Departament Heroldii Senatu Rządzącego w Petersburgu 28 kwietnia 1903 roku potwierdził) rodowitość szlachecką Leona Mateusza, Leonarda i Bronisława Malinowskich. Przedtem toż zgromadzenie potwierdziło szlacheckość Aleksandra, Jana, dwóch Józefów, Izaaka, Paulina oraz Józefa Walentego Malinowskich.
Na początku XX w. w Mińsku działał „najzacniejszy pod słońcem doktor Malinowski”. Jak pisał we wspomnieniach Józef Godlewski (Na przełomie epok, Londyn 1978), „ten ofiarny lekarz – społecznik leczył biedotę za darmo i z własnych pieniędzy kupował leki...”

* * *

Z tej rodziny wywodziła się kohorta ludzi wysoce utalentowanych i zasłużonych dla kultury i nauki kilku krajów. O jednym z nich np. piszą Andrzej i Alicja Judyccy w tomie Les Polonais en France, s. 118:
„Malinowski Jakub, professeur de langues éćtrangéres, écrivain (1.09.1808, Varsovie – 29.09.1897, Cahors). Formation en génie civil á l’universite de Varsovie et á l’École polytechnique de Varsovie (1827). Dans les années 1834-1843, il étudie á la Sorbonne, au Collége de France et á l’École des beaux-arts de Paris, ainsi qu’á l’université de Dijon (bachelier és lettres, bachelier és sciences et licence en arts libéraux). Ingénieur des routes á Dijon (1837-1843); professeur d'anglais, d’allemand, de mathématiques, de métrologie, de dessin et de physique au collége de Semur (1844-1852); professeur d’anglais et d’allemand au lycée impérial de Dijon (1852-1865) puis de Mâcon et d'Alés (1865-1867). Fondateur de la Société scientifique polonaise de Dijon (1845); de la Société des sciences naturelles et historiques de Semur (1850); de la Société scientifique d'Alés (1868); de la Société des études scientifiques, littéraires et artistiques de Cahors (1872). II publie plus de cent travaux en français et en polonais. Auteur de romans, de poémes et de comédies dont: Casimir Ier, Roi de Pologne, moine de Cluny au XIe siécle (1885), Jean XXII et la Pologne (1874), Tableau géologique du département de la Côte d'Or (1853), Histoire de la province du Quercy (1879). Membre de l’Académie de Nimes, de la Société scientifique de Lyon, de l’Académie d' Aix-en-Provence. Décorations: palmes académiques et médaille d’argent de l’Académie de Toulouse.

* * *

W historii Polski zapisało się na stałe także wiele innych osób tego nazwiska. Nie sposób wymienić wszystkich, czy chociażby większości z nich, poprzestańmy więc na zwięzłym przypomnieniu tylko niektórych, poświęcając następnie kilku nieco więcej uwagi.

Bazyli Malinowski (zm. 1764), reformat, był znanym w swoim czasie pisarzem historycznym. Działał przede wszystkim na terenie Wielkopolski. Pisywał w języku łacińskim. W 1759 wydał poetyckie dzieje reformatów Stylus ligatus venerabilibus Servis Dei Alexandro Patavino, Benedicto Bulacovskio et Cypriano Gozdecio primis introductovibus strictioris observantiae instituti S.P. Francisci in Poloniam obligatus litatusquae.

* * *

Karol Malinowski (1741 – ok. 1800), ksiądz jezuita, redaktor, pisarz polityczny, wydawca, nauczyciel, był ściśle związany z Ziemią Grodzieńską. Uczył się w Wilnie, Nowogródku, Grodnie, Słucku. Następnie w tychże miastach profesorował w charakterze nauczyciela retoryki, poetyki, geografii, języka francuskiego. Od 1762 roku wydawał nieduże okazjonalne zbiory wierszy okolicznościowych, jak np. w 1771 roku poemat pt. Wiersz po odebranej wiadomości o zupełnym ozdrowieniu Najjaśniejszego Stanisława Augusta, króla... Za Komisji Edukacji Narodowej sprawował funkcje wizytatora szkół parafialnych. Przez szereg lat wydawał co roku interesujący Kalendarz Grodzieński. Od 1792 działał w Warszawie, gdzie wydawał m.in. Korespondenta Warszawskiego i Zagranicznego, w 1794 drukowanego pod tytułem Korespondenta Narodowego i Zagranicznego, w którym sam pisywał patriotyczne wiersze i artykuły. Denuncjowany wciąż przez rodaków był szykanowany przez władze rosyjskie. Wkrótce też po rozbiorach znikł z widowni szerszej, tak iż nie znana jest nawet dokładna data jego śmierci.

* * *

Antonin Malinowski herbu Pobóg (1742-1816) pochodził z drobnej szlachty podlaskiej osiadłej na Litwie, urodził się na Grodzieńszczyźnie. Mając 12 lat przystąpił do ojców dominikanów w Grodnie, następnie przez szereg lat studiował teologię. Przez długie lata był kaznodzieją w kościołach Wilna, Grodna, Warszawy; wydał kilka okolicznościowych druków. Był uwikłany w różne układy polityczne i towarzyskie, toteż zachowały się o nim sprzeczne ze sobą przekazy wspomnieniowe współczesnych.

* * *

Znanym uczonym, pisarzem, historykiem, tłumaczem był absolwent Uniwersytetu Moskiewskiego Aleksy Malinowski (1762-1840). Założył i przez wiele lat przewodził Moskiewskiemu Towarzystwu Historii. Jego podstawowe prace to: O Krymie, O driewnich otnoszenijach Rossii s giercogstwom Holsztynskim, Opisanije Orużejnoj pałaty, Opisanije Moskwy, Żizń sanownikow, uprawlajuszczich posolskim prikazom, Biograficzeskije swiedienija o kniazie D. Pożarskom, Swiedienija ob uwiezionnoj w 1612 godu Polakami iz Moskwy carskoj koronie. A. Malinowski był członkiem honorowym Uniwersytetu Moskiewskiego i senatorem Imperium Rosyjskiego.

* * *

Tomasz Malinowski (1802-1880) urodzony w Żabiej Woli na Lubelszczyźnie, studia prawnicze kończył w Warszawie. Uczestniczył w słynnym szturmie na Arsenał 29 listopada 1830 roku, niedługo zaś potem zaciągnął się do powstańczego 6 Pułku Ułanów, w którego składzie jako oficer brał udział w bitwach pod Dębem Wielkim, Iganiami, Ostrołęką. Po klęsce powstania walczył w partyzantce antyrosyjskiej na terenie województwa augustowskiego. Następnie przedostał się do Francji, gdzie został członkiem i działaczem Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. W 1842 roku napisał Kilka uwag ku oswobodzeniu Polski. Sceptycznie oceniał stan ducha ówczesnych Polaków, twierdził słusznie, iż do ewentualnych powstań przyłączać się będą tylko nieliczni rodacy, ogromna zaś większość zachowa się biernie, a rzuci się do podziału zaszczytów i urzędów dopiero, gdy kto inny kupi swą krwią niepodległość. Mimo tego sceptycyzmu był Tomasz Malinowski bardzo aktywnym działaczem emigracji, tak iż rząd rosyjski przystawił nawet do niego osobistego szpiega, niejakiego Kumpikiewicza o pseudonimie Zapolski. Ostatnie lata żył w niedostatku w Bagnolet.

* * *

Franciszek Ksawery Malinowski (1808-1881), powstaniec, ksiądz, językoznawca należał w swoim czasie do znanych uczonych. Był twórcą tzw. alfabetu ogólnosłowiańskiego, opartego na alfabecie łacińskim, tworząc dla każdego dźwięku osobną literę. W publikacjach swych występował nie tylko jako gorący patriota polski, ale też jako rzecznik jedności słowiańskiej, bronił prawa Ukraińców do bytu samodzielnego, ale też nie okazywał niechęci wobec narodu rosyjskiego. F. K. Malinowski był współorganizatorem Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu i aktywnym jego działaczem. Najważniejszym, spośród kilku wydanych, dziełem F. K. Malinowskiego była Krytyczno-porównawcza gramatyka języka polskiego z dzisiejszego stanowiska lingwistyki porównawczej (Poznań 1869-1870).

* * *

Jakub Malinowski (1808-1897), urodzony w Warszawie, zmarły w Cahors we Francji, był autorem ponad stu publikacji (w tym kilkudziesięciu książek) z dziedziny psychologii, biologii, chemii, geologii, historii, językoznawstwa, przeważnie w języku francuskim. Gorący polski patriota, powstaniec 1831 roku, na emigracji we Francji wiele uczynił zarówno dla rozwoju nauki, jak i dla sprawy polskiej w oczach opinii publicznej w Europie.

* * *

Stanisław Malinowski (1812-1890), pochodzący z Kielc, studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Wcześnie włączył się do ruchu niepodległościowego, należał do różnych patriotycznych organizacji politycznych. Reprezentował nurt radykalny, bezkompromisowy, a nawet antykościelny, gdyż zbyt wielu księży było – jego zdaniem – lojalistycznie usposobionymi w stosunku do zaborców. S. Malinowski organizował chłopców do walki o Polskę od Bałtyku do Morza Czarnego, działając na terenie Małopolski; od 1838 znalazł się, uciekając przed policją, we Francji. Przez szereg lat pełnił funkcje wychowawcy w Szkole Polskiej w Batignolles. W tym czasie już pojął, że Polacy są zbyt słabi, zbyt mało dynamiczni duchowo, by pójść za jego radykalnymi hasłami, toteż porzucił hasła wielkie i skrajne, zwrócił się ponownie do umiarkowania i katolicyzmu.
Jako pedagog był osobą wielce utalentowaną, dbającą należycie o poziom moralny, patriotyzm, głęboką wiedzę i umiejętność twórczego myślenia wychowanków. Żył skromnie, cieszył się sympatią i szacunkiem władz francuskich, które doceniały jego piękną postawę obywatelską.

* * *

Wiktor Adam Malinowski (1831-1892), urodzony w Lublinie, zmarły w Warszawie był znanym malarzem i dekoratorem teatrów w Wiedniu, Krakowie, Warszawie. Najbardziej znane jego obrazy to: Okolica leśna po deszczu (1861), Widok na Podzamcze z ruinami (1864), Chata za wsią (1869), Krajobraz z wodą (1870), Na sarny (1885), Z pod Bohotnicy (1890).

* * *

Lucjan Feliks Malinowski (1839-1898) zasłynął w swoim czasie jako znakomity profesor filologii słowiańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Urodzony w Jaroszewicach na Lubelszczyźnie, uczył się w Szczebrzeszynie i Lublinie, a studiował na wydziale filozoficzno-historycznym Szkoły Głównej Warszawskiej, po czym też kontynuował naukę w Pradze, Jenie, Berlinie, Lipsku, Krakowie. Doktoryzował się z filozofii w Lipsku, w języku niemieckim opublikował też swe pierwsze rozprawy naukowe, poświęcone zresztą dialektologii i fonetyce języka polskiego.
Od 1876 roku był L. F. Malinowski profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, na którym wykładał m.in. języki staro-cerkiewno-słowiański, rosyjski, czeski, a nawet, jako jeden z niewielu w Polsce, litewski. Wszelako najchętniej oddawał się studiom nad językiem staropolskim, opracowywał i wydawał wspaniałe pomniki dawnego piśmiennictwa polskiego oraz własne teksty z dziedziny dialektologii historycznej i historii literatury, walnie się przyczyniając do rozwoju tych gałęzi wiedzy w Polsce. Jak pisze Witold Taszycki: „Charakteryzująca Malinowskiego pracowitość na wszystkich polach, na których przyszło mu działać, przyczyniła się zbyt wcześnie do osłabienia organizmu i choroby serca. Uległ jej w stosunkowo młodym wieku”. Pochowany został na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

* * *

Aleksander Malinowski (1869-1922), był znakomitym inżynierem w dziedzinie budownictwa żelbetowego, zaprojektował i wzniósł kilka gmachów tego typu w Jaworznie, Przemyślu, Krośnie, Krakowie. Zasłynął jednak przede wszystkim jako działacz niepodległościowy i socjalistyczny, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, autor licznych publikacji, poświęconych zagadnieniom społeczno-politycznym.

* * *

Feliks Władysław Malinowski (1872-1947) urodził się w Zawadach pod Garwolinem z ojca Michała i matki Teresy z Dolińskich. Gimnazjum ukończył w Warszawie, studia także rozpoczął i kończył w tym mieście, choć zrobił przerwę i przez parę lat studiował też w estońskim Dorpacie. W 1898 roku otrzymał dyplom lekarski, specjalizował się w dziedzinie dermatologii na klinikach uniwersyteckich w Berlinie, Paryżu i Wiedniu. Doktoryzował się i habilitował w dziedzinie dermatologii, przez wiele lat był ordynatorem i lekarzem naczelnym szpitala wenerycznego w Warszawie, prowadził wykłady na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1929-1935 pełnił funkcje profesora dermatologii Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Ogłosił drukiem około 100 tekstów naukowych, w tym monografie: Tryper ostry i chroniczny u mężczyzn (1906), Choroby weneryczne (t. 1-2, 1908-1916).
Od 1935 mieszkał w Warszawie, pisywał do czasopism naukowych. Zmarł w rodzinnych Zawadach, pochowany został w Garwolinie.

* * *

Jan Marian Malinowski (1876-1948), zasłynął jako działacz polityczny i publicysta obozu piłsudczykowskiego. Działał w PPS, POW, w 1918 roku objął w lubelskim Tymczasowym Rządzie Ludowym Republiki Polskiej Ignacego Daszyńskiego tekę minsitra robót publicznych. W późniejszych latach nieraz posłował do Sejmu RP, przy czym, będąc przekonanym, że głównym zagrożeniem dla Polski są komunistyczni agenci Moskwy, posuwał się nieraz do tego, że na widowni sejmowej chwytał posłów komunistycznych za kołnierz, lał ich po gębach i wyrzucał za drzwi, korzystając z atutu rzadko spotykanej krewkości.
W prasie i wydawanych przez siebie broszurach zwalczał bezpardonowo „czerwoną zarazę”, szczególnie dążąc do uniemożliwienia przenikania komunistów do ruchu związkowego. Został przez rząd polski nagrodzony Krzyżem Niepodległości z Mieczami (1931) oraz Krzyżem Virtuti Militari (1933). Zmarł w Radomiu, dokąd powrócił mimo panowania w Polsce reżimu komunistycznego.

* * *

Stefan Malinowski (1887-1944) ukończył Konserwatorium Warszawskie, a później też Królewską Akademię Medyczną w Berlinie. W 1920 roku brał udział jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, a następnie poświęcił się bez reszty udziałowi w życiu kulturalnym odrodzonej Polski, współpracując m.in. z Polskim Radiem. Zasłynął jako utalentowany kompozytor, autor kwartetów smyczkowych, tria fortepianowego, operetki Kwiat paproci, sonaty na wiolonczelę i fortepian oraz licznych miniatur fortepianowych (Wiosna, Wezwanie, Widziałem go we śnie, Gdy idę poprzez wieś i in.). Był laureatem polskich i międzynarodowych konkursów kompozytorskich.

* * *

Adolf Malinowski (1891-1962) był znanym lekarzem, pułkownikiem służby medycznej Wojska Polskiego, współtwórcą polskiej psychiatrii wojskowej. Prócz fundamentalnego dzieła Podstawowe zagadnienia w orzecznictwie sądowo-psychiatrycznym (1959, 1961) wydał 33 prace poświęcone przeważnie statystyce chorób psychicznych w wojsku, alkoholizmu w Polsce, niedorozwoju umysłowego, jak też reakcjom psychogennym w chorobach somatycznych.

* * *

Władysław Pobóg-Malinowski (1899-1962) urodził się w Archangielsku z ojca Romualda i matki Jadwigi z Jakubowskich. W tymże mieście uczył się w gimnazjum filologicznym, z którego został wydalony z powodu patriotycznych polskich wypowiedzi. W 1917 roku uczył się w piotrogrodzkiej Szkole Wojskowej im. Św. Włodzimierza, po której służył w 1 polskiej kompanii w Piotrogrodzie; następnie służył w sztabie I Korpusu w Mińsku. 7 lipca 1918 aresztowany przez bolszewików w Piotrogrodzie, został zwolniony pod warunkiem, iż wstąpi do Armii Czerwonej. Przedostał się jednak do Wilna, następnie do Warszawy, gdzie 1 maja 1919 roku został w stopniu porucznika przyjęty do Wojska Polskiego, do 29 pułku artylerii polowej. Po niespełna miesiącu objął funkcje komendanta obozu jeńców bolszewickich w Strzałkowie. Gdy jeńcy wykazali brak subordynacji, „użył środków energiczniejszych”, został aresztowany, sądzony i prawie na rok trafił do więzienia. W lipcu 1920 zwolniono go warunkowo i wysłano na front jako dowódcę kompanii karabinów maszynowych. Został pod Stanisławowem ranny i trafił do szpitala polowego.
Po rehabilitacji pełnił służbę w Wojsku Polskim, a od około 1927 roku zajął się też pisarstwem historycznym, opublikował szkice o Stefanie Żeromskim, Józefie Piłsudskim, w końcu został zatrudniony w charakterze sekretarza Komitetu Wydawniczego Instytutu Badania Najnowszej Historii Polski, przygotowującego do druku zbiór dzieł Marszałka.
W 1933 ukazały się drukiem dwie książki: Akcja bojowa pod Bezdanami oraz mająca charakter oszczerczy Narodowa Demokracja 1887-1918, w której po prostu krzewił kult marszałka Piłsudskiego, ocenianego jak wiadomo nader krytycznie przez narodowców za jego powiązania z masonerią.
W okresie przed 1939 Władysław Malinowski opublikował wiele różnej wartości artykułów w prasie polskiej. Lata wojny spędził na emigracji w Grenoble, udzielał się politycznie jako publicysta, zwalczając m.in. generała Sikorskiego.
Dziełem życia tego zaangażowanego historyka jest wielokrotnie wznawiana dwutomowa Najnowsza historia polityczna Polski. 1864-1945, książka napisana z wielkim talentem, ale często zbyt stronnicza.
Zmarł znakomity uczony 21 listopada 1962 roku w Genewie, pozostawiając z pierwszego małżeństwa córkę Hannę, z drugiego syna Krzysztofa.

* * *

W ZSRR znani byli Mikołaj i Michał Malinowscy, profesorowie medycyny w Moskwie; Wincenty Malinowski profesor elektrochemii w Kijowie; Włodzimierz Malinowski, profesor matematyki w Mińsku; Tadeusz Malinowski, profesor krystałografii w Kiszyniowie; Kostas Malinauskas, profesor filozofii w Wilnie.


Mikołaj Malinowski


Mikołaj Malinowski, znany i ceniony historyk Litwy i Polski, był jednym z najbliższych przyjaciół Adama Mickiewicza w okresie filomacko-filareckim. Później losy umożliwiły mu zaprzyjaźnienie się z innym wielkim poetą, tym razem rosyjskim, ale polskiego pochodzenia, Aleksandrem Gribojedowem, na którego Malinowski wywarł istotny wpływ ideowy.
Droga życiowa naszego znakomitego ziomka była raczej typowa dla młodzieży owych czasów. Urodził się on we wsi Machnówka guberni kijowskiej w roku 1799. Nauki początkowe pobierał w Niemirowie i Barze, gimnazjalne – w Winnicy, a wyższe – na sławnej Wszechnicy Wileńskiej. Studiował tu języki i literatury, był pupilkiem profesora i uczonego europejskiej miary Ernesta Groddecka. W latach 1820/23 uczył się na wydziale literatury i sztuk pięknych. Za dobrą naukę został premiowany 100 rublami srebrem. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 839, s. 243).
Już jako student współpracował ściśle z najwybitniejszym później polskim historykiem demokratycznym i rewolucjonistą Joachimem Lelewelem oraz z poetą Edwardem Odyńcem. Obok pracy literackiej nie stronił będąc studentem od społecznej, a nie mógł się obejść i bez zarobkowej. Zajmował więc stanowisko sekretarza Izby Pożyczkowej i sekretarza komitetu egzaminacyjnego przy Towarzystwie dla Wspierania Ubogich Uczniów Uniwersytetu. Udzielał też lekcji jako nauczyciel prywatny.
W kółku Filaretów Malinowski przewodniczył (po Czeczocie i Kowalewskim) grupie Błękitnych, to jest uprawiających ćwiczenia literackie studentów. Jesienią 1823 roku zaczęło się prześladowanie członków studenckich organizacji demokratycznych w Wilnie. Pierwsze fale aresztów ominęły Malinowskiego. Później... Lecz posłuchajmy, jak sam opowiada o tych zajściach. (Swą Księgę wspomnień dyktował pod koniec życia (1864), gdy był już ociemniałym i schorowanym starcem). Mówi o sobie w trzeciej osobie.
„Nadszedł dzień 1 listopada. Wieczorem, około godziny 10, największą liczbę studentów pochwytano po domach. Wówczas i Malinowski był wzięty i odprowadzony do klasztoru Bernardynów. Cela była nadzwyczaj mała, ćwierć jej zajmował jeszcze ogromny piec ceglany, widać, że dawno nie była zamieszkaną, gdyż była nadzwyczaj brudną. Wydała się Malinowskiemu okropną. Podczas aresztowania trudno było pomyśleć o wzięciu z sobą jakiej książki. Co więzienie okropnem czyniło, to to, że z początku każdemu więźniowi dodawany był żołnierz, który z nim razem w tej celi musiał się mieścić. W kilka dni jednak to się zmieniło i już żołnierze na korytarzu straż odbywali. Że zaś każdy po pięć cel miał pod dozorem, stanowiło to pęk kluczów, któremi ciągle po korytarzu jak kajdanami brzękali”.
Później pozwolono nawet czytać książki, które uwięzionym dostarczał księgarz Józef Zawadzki. Ale ponieważ wszystko przechodziło przez ręce policmajstra Szłykowa – odbywało się zazwyczaj bardzo powoli. I oto... „Jednego wieczoru w początkach grudnia (1823) Malinowski zgasił świecę i roztopił się w myślach. Wtem coś z lekka poczęło uderzać w szybę tak, jakby zziębnięta ptaszyna dziobkiem dopominała się o danie sobie przytułku. Malinowski otworzył połowę okna. Długa żerdź wsunęła się do celi: ująwszy ją po ciemku, więzień poczuł, że koniec obwinięty był papierem. Skoro go zdjął, żerdź cofnęła się nazad. Rozniecił ogień i znalazł kilka słów, napisanych ołówkiem przez Aleksandra Borowskiego, młodszego brata profesora Leona, z którym Malinowski ściśle był zaprzyjaźniony... W papierze, którym żerdź była okręcona, znalazł się mały kawałeczek ołówka i przestroga, że jeśli przyjdzie co odpisać, należy w okno zapukać, a żerdź odpowiedź przyjmie”. Donosił też Borowski, że mieszka na wolności tuż obok... „Od tej pory korespondencja szła najregularniej. Tą drogą dostały się wszystkie żądane książki, listy, zapas papieru i drobniejsze sprzęciki. Koledzy Malinowskiego, może pozbawieni tego środka, mogącego im skrócić czas i osłodzić samotność więzienia, nie zważając na zimno, otwierali okna i leżąc na nich rozmawiali z sobą. Komendant miasta, obchodząc straże, postrzegł to, doniósł, kazano popieczętować okna. Kilka dni przerwała się wszelka komunikacja. Szłykow, z obowiązku odwiedzając więźniów, wszedł do celi Malinowskiego, który żalił mu się, że powietrze było nieznośne w tak ciasnym zamknięciu, którego przez odemknięcie okna odświeżyć było niepodobna. Szłykow z uśmiechem odpowiedział, że na to jest sposób – wybić niby przypadkiem szybę, a nim nowe szkło wstawią, można celę przewietrzyć, aby zaś nie było zimno, zatkać otwór poduszką. Malinowski, zapytując: „Czy tak?” uderzył w szybę, która wyleciała z brzękiem. Ledwie na trzeci dzień zastąpiono szkło rozbite nowem, a tymczasem żerdź znowu ukazała się przed otworem i Malinowski mógł napisać, żeby mu przysłano kawałek laku i strunę fortepianową. Odtąd co wieczór, kiedy miał skomunikować się z poczciwym Aleksandrem, nagrzewał strunę nad świecą, potem podciągał ją pod pieczęć policyjną, która odstawała od drzewa, bez najmniejszego naruszenia. Za danym znakiem żerdź zjawiała się i korespondencja szła regularnie na nowo. Malinowski nie doznawał już niedostatku w książkach. Przywykł do swego położenia, nawet to ciągłe odosobnienie poczynało nabierać jakiegoś smutnego powabu. Dla ruchu zażądał od żołnierza, aby za dane mu pieniądze kupił szczotkę i codzień najczyściej wymiatał swoją celę. Sprowadzonemi w worku ścierkami pył ścierał i cela nabrała nawet pewnego rodzaju elegancji...”
Przeczytał w więzieniu wszystkie dzieła Cycerona i Ksenofonta, Historię literatury włoskiej pióra Ginguene, dzieła Sismondi’ego, kilkanaście powieści Waltera Scotta. Dni upływały... Mijały miesiące. Aż wreszcie w kwietniu 1824 roku został uwolniony wobec braku dowodów winy. (Przypuszczalnie krewnym udało się zdobyć nieznanego bliżej protektora wśród władz).
W roku 1827 udał się Malinowski do Petersburga, kuszony z jednej strony widokami zostania nauczycielem cesarzewicza, a z drugiej – możnością studiowania źródeł do historii litewskiej i polskiej w przewiezionej nad Newę Bibliotece Załuskich. Spotkał się z A. Mickiewiczem, ponownie bywał z nim na przyjęciach w najlepszych rosyjskich domach. Szczera przyjaźń połączyła tu M. Malinowskiego z wybitnym rosyjskim poetą i intelektualistą Aleksandrem Gribojedowem, (który pochodził z rodu Grzybowskich). Obaj niechętni byli wobec despotyzmu carskiego. Uważali, że na ziemi nie istnieje żadna władza, która byłaby tak godna szacunku lub posiadała tak uświęcone prawa, by człowiek mógł się zgodzić na jej niczym nie ograniczone panowanie. Toteż zarówno Gribojedow, jak i historyk wileński nie cieszyli się zaufaniem czynników oficjalnych... Podczas jednego ze spotkań w meiszkaniu rosyjskiego poety przydarzyło się Malinowskiemu wypowiedzieć o demoralizującym wpływie nieograniczonej władzy państwowej na ogół obywateli. Gdy – mówił – cała inicjatywa i kierownictwo skupione są w rządzie, a jednostki postawione są w położenie niedorozwiniętych dzieci, które się stale poucza, opiekuje i grozi, wówczas zanika obywatelski duch wolności i pracy, a powszechnie rośnie apetyt na marny blask władzy i pieniędzy, wszyscy współzawodniczą o nędzne nagrody i przywileje. Słowa te wypowiedziane zostały w szerszym gronie, w którym musiał się widocznie znajdować konfident policji. Wkrótce bowiem zaczął Malinowski zauważać, że ma coraz to bardziej utrudnione życie w stolicy Rosji. Coraz częściej przeżywał nieprzyjemności i Gribojedow... Malinowski musiał wyjechać do miasta nad Wilią.
„Dominacja ze strony jednego tylko segmentu struktury społecznej – Państwa – pociąga za sobą podstawowy wymóg: lojalność wobec niego. Tak jak i wobec pozostałych członków społeczeństwa, również od naukowców wymaga się odrzucenia wszelkich norm, które w opinii władzy politycznej kolidują z normami państwa”. (Robert K. Merton, Teoria socjologiczna i struktura społeczna, Warszawa 1982, s. 569). Do tych „norm” policzyć można także określone stereotypy sądzenia o tych czy innych zjawiskach występujących w rzeczywistości socjalnej.
Po powrocie do Wilna obok pracy zarobkowej oddał się młody naukowiec dziejoznawstwu i szperaniom archiwalnym. Przygotował do druku, zaopatrzył w komentarz i wydał wiele fundamentalnych dzieł historiograficznych, m.in. Wapowskiego Dzieje Korony Polskiej i W. Ks. Litewskiego, Stryjkowskiego Kronikę itd. Tym poważnie się przyczynił do zachowania kultury narodowej. Prace te, wielce konieczne w dobie rozbiorów, prowadził przez ostatnie 20 lat swego życia. Na zewnątrz musiał niekiedy okazywać swą rzekomą ugodowość wobec zaborców carskich (czym zasłużył na gromy ze strony Ujejskiego i Klaczki). Czynił to jednak chyba dla świętego spokoju, aby móc kontynuować trud utrzymania narodowości na polu nauki historycznej. Chodzi o to, że każdy człowiek poddany tyranii ucieka się do metod takiego czy innego obchodzenia stawianych mu nakazów. Ucisk polityczny zmusza nieraz ludzi zupełnie rzetelnych i uczciwych do świadomej dwulicowości, do prowadzenia „podwójnego życia”. Oczywiście, taka postawa obniża z biegiem lat ogólne poczucie prawdy, stępia zmysł moralny, może też prowadzić do „samonienawiści” i do prób samozniszczenia (alkoholizm itp.). Lecz w konkretnej sytuacji społecznej zdarzają się sytuacje, gdy „tertium non datur” – albo wybierasz małoduszną ucieczkę i zaniechasz walki ze złem, albo oddając „cesarzowi co cesarskie” (tj. miedziaki fałszywej glorii) w miarę możności, w ukryciu krzewisz to, „co jest Dobre, Mądre, Wieczne”, co jest niezniszczalne. Ale mimo to, w warunkach ucisku politycznego zanika w zasadzie wszelka myśl śmiała i oryginalna. Pisarz, np. aby ogrodzić siebie od możliwych sankcji karno-policyjnych, tak się obuduje wszelkimi zastrzeżeniami, przypisami, tyle odbije ukłonów na wszystkie strony, że w ten sposób wydukana myśl ukazuje się światu wymęczona, wymięta i bezkształtna, jakby ją nie wiadomo skąd wyciągano. A głównej treści wypowiedzi doszukiwać się nieraz trzeba „między wierszami”. Czasy takie pewien znakomity myśliciel rosyjski określił jako „przeklętą porę mów ezopowych”.
Pod koniec życia M. Malinowski ociemniał, przedtem jednak zdążył napisać Historię Jagiellonów na Węgrzech, Księgę wspomnień oraz Dziennik łaciński, które zostały wydane o wiele później, długo po jego śmierci. Udało mu się jednak jeszcze za życia opracować (wspólnie z innymi dziejopisarzami) i wydać fundamentalne materiały historiograficzne, jak np. Źródła do dziejów Polski (2 tomy, Wilno 1844-1846); Pamiętniki wileńskiej archeologicznej komisji (Wilno 1858). Zasłużył się też jako redaktor, tłumacz i wydawca dzieł Wapowskiego, Commendoni’ego, Bużeńskiego, Łaskiego.


Bazyli Demut-Malinowski


Filozof niemiecki Friedrich W. J. Schelling w dziele Filozofia sztuki (Warszawa 1983, s. 318, 322-323) pisał: „Sztuka rzeźbiarska przedstawia najwyższe spotkanie życia ze śmiercią. Bowiem to, co nieskończone, jest zasadą wszelkiego życia i czymś samo przez się żywym; ale to, co skończone czyli forma, jest martwe. Ponieważ w dziełach rzeźbiarskich obydwie te zasady wchodzą w stan najwyższej jedności, tutaj spotykają się życie i śmierć jakby na szczycie połączenia. Uniwersum, jaki człowiek, jest pomieszaniem tego, co nieśmiertelne, i tego, co śmiertelne, życia i śmierci. Ale w wiecznej idei to, co się tam jawi jako śmiertelne, doprowadzone jest do absolutnej tożsamości z nieśmiertelnością, stanowiąc tylko formę tego, co samo w sobie nieskończone.
(...) Można więc powiedzieć, że każde wybitniejsze dzieło rzeźbiarskie jest samo w sobie bóstwem, nawet gdyby nie istniało jeszcze dla niego imię, i że rzeźbiarstwo, jeśli je tylko zostawić samemu sobie, przedstawiałoby jako rzeczywistość wszystkie możliwości, które są objęte ową najwyższą i absolutną indyferencją, a tym samym musiałoby samo przez się wypełnić cały krąg boskich tworów i musiałoby wynaleźć bogów, gdyby ich nie było. (...) Dzieła sztuki rzeźbiarskiej noszą na sobie dobitne znamiona idej w ich absolutności”.
Nie przypadkowo toteż potężni władcy często uważali „propagandę monumentalną” za wspaniały środek utwierdzania potęgi i chwały państwa. I choć nieraz intelektualiści i dziennikarze obruszali się na tę „estetykę policyjną”, i tak spełniała ona swą psychologiczną, społeczno-integrującą funkcję. Szereg tego rodzaju rzeźb i gmachów o wyglądzie potężnym i monumentalnym można znaleźć w Petersburgu, jednym z najpiękniejszych miast Europy.
Wydaje się, że nie miał racji Aleksander Dumas (ojciec), gdy pisał: „wielkim nieszczęściem Sankt-Petersburga jest imitacja. Jego gmachy są imitacją gmachów Berlina, jego parki – imitacją Versailles, Fontainebleau i Rambouillet, jego Newa – bardziej lodonośną imitacją Tamizy”... Jest inaczej: i Berlin, i Versailles, i Rambouillet, i Sankt-Petersburg, i Paryż, i Londyn – to wszystko są imitacje starogreckich i rzymskich miast, świątyń, pałaców, forów, nekropolii itd.
Wśród twórców oblicza estetycznego dawnej stolicy Imperium Rosyjskiego było wielu Polaków, spośród których najsłynniejsi to Michał Kozłowski i Bazyli Demut-Malinowski. Ten ostatni był synem snycerza Jana, urodził się w Petersburgu 2 marca 1779 roku. Od najmłodszego wieku przyglądał się uważnie, jak ojciec wyczarowuje ze zwykłych kawałków drewna rozmaite cacka, służące za ozdoby mieszkań i gmachów użyteczności publicznej. Widocznie dziecko się tą sztuką poważnie przejęło, tak iż samo zaczęło niebawem miękkimi paluszkami wylepiać z gliny takie figurki, że wprawiały one w zdumienie rodzinę, która też malca podziwiała i przepowiadała mu wielką przyszłość, co znowuż zagrzewało go do jeszcze większej pilności. „Wszyscy przecież jesteśmy ukształtowani przez sposób, w jaki inni nas traktują i wszyscy skłonni jesteśmy wierzyć w to, co inni w nas widzą. Często spostrzegamy siebie tak, jak spostrzegają nas inni i przejmujemy cechy takie, jakie starano się w nas wytworzyć.” (Helen Palmer).
Chociaż ojciec zmarł niebawem, widocznie zdążył jednak pewien wpływ wychowawczy na małego synka wywrzeć. Bazyli Demut-Malinowski stanowił przykład bardzo wczesnego ujawnienia się wrodzonych talentów. Dla porównania przypomnijmy, że Mozart skomponował swój pierwszy koncert w wieku 4 lat, a sonatę w wieku lat sześciu. John Stuart Mill mając 6 lat dobrze znał łacinę i grekę, czytał poważne książki. Twórca cybernetyki, Austriak Norbert Wiener w wieku 4 lat przestudiował dzieła Darwina, a w 14 – uzyskał tytuł magistra na uniwersytecie. Koreańczyk Kim Ung Jong w wieku 2 lat biegle czytał, pisał i wykazywał duże zdolności matematyczne, a mając lat 4 znał prócz ojczystego, także języki chiński, angielski i niemiecki, dobrze grał w szachy, ułożył i wydał pierwszy zbiorek własnych poezji. 3-letni Carl Friedrich Gaus rozwiązywał samodzielnie skomplikowane zadania matematyczne, mimo że nikt go tego nie uczył. 9-letni Dante Alighieri napisał słynny sonet do Beatrycze. W tym wieku spotkał ją bowiem po raz pierwszy. 12-letni Blaise Pascal opublikował poważną pracę naukową poświęconą akustyce. 11-letni Niccolo Paganini odbywał tournee koncertowe najpierw po Włoszech, a potem po całej Europie. 11-letnia Anja Sylia rozpoczęła występy w jednej z oper Wagnera jako solistka. 9-letni Polak, Edward Wolanin miał już za sobą kilka kompozycji muzycznych i prowadził orkiestrę. 11-letni W. James został studentem Uniwersytetu w Harvard. Zakres wiadomości obejmujący program całej szkoły podstawowej opanował w ciągu kilku miesięcy... 11-letni Jean Francais Champolion mówił już i pisał po łacinie, grecku, hebrajsku i syryjsku.

* * *

W wieku sześciu lat Bazyli Demut-Malinowski został przyjęty na wieloletnie wychowanie i kształcenie do Cesarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu. Czynił znakomite postępy, doskonale opanował technikę rzeźby i lepienia, tak iż, mając kolejno 17 i 18 lat uzyskał od Akademii na znak uznania dwa srebrne medale (1798 i 1799), a jeszcze po roku nagrodzono go małym medalem złotym za pięknie wykonany barelief Anioł wyprowadza Piotra z ciemnicy... Niebawem z dwoma innymi wychowankami został odznaczony także dużym złotym medalem za projekt pomnika cesarzowi Piotrowi I, który też stanął w stolicy imperium przed Zamkiem Michajłowskim. Nie bez znaczenia dla zrozumienia tych osiągnięć może być okoliczność, że w ostatnich latach nauki Bazylego Demut-Malinowskiego w Akademii Sztuk Pięknych był (wzmiankowany powyżej) inny Polak, Michał Kozłowski, osobowość twórcza, wybitna pod każdym względem. (Por. o nim: Jan Ciechanowicz, Twórcy cudzego światła, Wilno-Toronto 1996, s. 365-380). Był on nauczycielem Bazylego.
W 1802 roku profesor M. Kozłowski przedwcześnie umiera. Akademia rozpisuje konkurs na pomnik nad jego grobem, a pierwsze miejsce zajmuje projekt B. Demut-Malinowskiego. W 1803 roku pomnik stanął na Cmentarzu Wołkowym; później został przeniesiony razem z prochami Kozłowskiego do nekropolii Ławry Aleksandro-Newskiej. Interesującym szczegółem tego pomnika jest medalion z portretem zmarłego profesora. Tu po raz pierwszy Demut-Malinowski dał się poznać jako utalentowany rzeźbiarz-portrecista, który potrafi harmonijnie połączyć w swych dziełach bardzo dokładne podobieństwo modelu do oryginału oraz, z drugiej strony, przekazać w tym obrazie także treści wyidealizowane, symboliczne. Później ta umiejętność wielokrotnie znajdowała odbicie w rzeźbach artysty, szczególnie w kilkudziesięciu cmentarnych pomnikach, w których rzeźbieniu był niezrównanym mistrzem, jednym z najwybitniejszych w dziejach sztuki rosyjskiej i europejskiej. Zaznaczmy, że przecież rzeźby cmentarne i pomniki stanowią obecnie, a zresztą i zawsze stanowiły, szczególny i specyficzny rodzaj sztuki.
Robert Musil w paradoksalny i przekorny sposób pisał: „Jeśli chodzi o pomniki, rzeczą najbardziej rzucającą się w oczy jest to, że się ich nie zauważa. Nie ma takiej rzeczy na świecie, która byłaby równie niewidoczna jak pomniki. Niewątpliwie stawia się je po to, żeby je widziano, żeby wręcz zwracały na siebie uwagę; jednocześnie jednak są przeciwko zwracaniu uwagi czymś zaimpregnowane, dlatego też spływa ona po nich grzecznie jak woda po kaczce, nie zatrzymując się nawet na mgnienie oka. Można miesiącami chodzić jakąś ulicą, znać numer każdego domu, każdą wystawę, każdego napotkanego po drodze policjanta, i nie ujdzie naszej uwagi nawet dziesięć fenigów leżących na chodniku; ale za każdym razem jesteśmy z pewnością bardzo zaskoczeni, jeśli zerkając pewnego dnia na pierwsze piętro ku jakiejś ładnej pokojówce odkrywamy metalową, wcale niemałą tablicę, która swoimi nieścieralnymi literami oznajmia, że w tym domu od tysiąc osiemset któregoś do tysiąc osiemset któregoś roku żył i tworzył niezapomniany Ten czy Inny.
Wielu ludziom zdarza się to nawet w przypadku pomników nadnaturalnej wielkości. Trzeba je codziennie omijać albo można wykorzystać ich cokoły jako wysepki bezpieczeństwa; używamy ich jako kompasu albo dalekomierza, zmierzając w kierunku ich dobrze nam znanych stanowisk, są w naszym odczuciu, podobnie jak drzewa, częścią oprawy ulicy, i stanęlibyśmy natychmiast jak wryci, gdyby któregoś ranka okazało się, że ich nie ma. Ale nigdy się ich nie ogląda i zazwyczaj nie mamy najmniejszego pojęcia, kogo przedstawiają. Jedyne, co być może wiemy, to czy jest to mężczyzna, czy kobieta.
Byłoby błędem dać się zbić z tropu kilkoma wyjątkami. Na przykład tymi kilkoma statuami, na których poszukiwanie człowiek wybiera się z baedekerem w ręku, jak posąg Gattamelaty albo Corleoniego, co jest właśnie bardzo szczególnym zachowaniem; albo wieżami pamiątkowymi zasłaniającymi całą okolicę; albo pomnikami stowarzyszonymi w pewien związek, jak rozsypane po całych Niemczech pomniki Bismarcka.
Takie energiczne pomniki oczywiście istnieją; a poza tym istnieją jeszcze pomniki będące wyrazem żywej myśli i żywego uczucia. Ale powołaniem większości zwykłych pomników jest budzić pamięć albo przykuwać uwagę i nadawać myślom zbożny kierunek, zakłada się bowiem, że jest to poniekąd potrzebne; i z tym właśnie głównym powołaniem pomniki mijają się zawsze”... –
Nie koniecznie, mogą się nie mijać, jeśli stworzył je rzeźbiarz utalentowany, potrafiący przemówić do serca i wyobraźni przechodnia.
Niewątpliwie, w dziełach B. Demuta-Malinowskiego daje się wyczuć polsko-szlacheckie archetypy czucia i myślenia, które zostały widocznie po prostu odziedziczone po przodkach; istnieje przecież coś takiego, jak narodowe archetypy mentalne i emocjonalne, tak jak istnieją narodowe stereotypy zachowań praktycznych, życiowych, politycznych itp. Andrzej Wierciński w Antropologicznym szkicu o Antypersonie pisze: „Obecność wrodzonych wyobrażeń smakowych węchowych, słuchowych, wizualnych itd. u człowieka i wyższych zwierząt nie ulega wątpliwości w świetle rozmaitych badań nad zachowaniem się małych dzieci, czy młodocianych zwierząt. Tłumaczą one mnogość celowych zachowań przystosowawczych u tych ostatnich w stosunku do pierwszy raz doznawanych, zróżnicowanych sytuacji życiowych.
Mówiąc krótko i węzłowato, koncepcje psychiki ludzkiej jako „tabula rasa”, którą dopiero po urodzeniu zapisuje otoczenie, należy odłożyć raz na zawsze do lamusa rupieci mieszczańskiego światopoglądu. Jedyną dotychczas możliwość naukowego wyjaśnienia występowania odziedziczonych skojarzeń archetypowo-emocyjnych w skali gatunkowej u człowieka może dostarczyć tylko teoria ewolucji. Powinny one wówczas posiadać wartość przystosowawczą ze względu na sekwencje odruchowe, w których sterowaniu uczestniczą, co prowadziłoby konsekwentnie do ich faworyzowania poprzez selekcję naturalną. Przyjmując takie założenia można z góry określić szereg upostaciowań archetypowych Tak więc, byłyby to przede wszystkim standardowe reprezentacje wyobrażeniowe odwiecznych, zwierzęcych wrogów gatunkowych człowieka takich jak wielkie kotowate, jadowite gady i insekty etc., logicznie skojarzone z napędami strachu, lub agresji, które uruchamiają kompleksy odruchowe ucieczki, albo ataku. Następnie można oczekiwać występowania upostaciowań antropomorficznych, odzwierciedlających charakterystyczne rysy morfologiczno-czynnościowe ludzi w stereotypowych rolach Matki, Ojca, Partnera Seksualnego i Wroga, bogato powiązanych z odpowiednimi i także stereotypowymi rozkładami gry ośrodków napędowych i antynapędowych, włączających całe grupy zachowań przystosowawczych, uczestniczących w gatunkowo ustalonych więziach czynnościowych, łączących ludzi między sobą w różnych fazach ontogenezy, tj. rozwoju osobniczego. Wydaje się rzeczą oczywistą, ze osobnicy zaopatrzeni w takie wrodzone normy, adekwatne do ważnych życiowo i uniwersalnie powtarzających się sytuacji bodźcowych, byli selekcyjnie promowani w stosunku do osobników ich pozbawionych względnie o normach nieadekwatnie ukształtowanych Oto np. wyposażenie w archetyp gada o pokroju węża, już przy podprogowym dostrzeżeniu jego sylwetki, włącza lawinowo gotowość do ucieczki, lub ataku. Albo też, niemowlę zaopatrzone w archetyp Matki będzie zdolne od razu do wykonywania różnorodnych odruchów, umożliwiających celowe wykorzystywanie protekcyjnych zachowań swej głównej żywicielki i opiekunki.
Rzecz jasna, nie chodzi tu o izolowane od siebie reprezentacje archetypowe. Należy z góry przypuścić, że będą to całe kompleksy wyobrażeniowe, w odpowiedni sposób pokojarzone z sobą i obrastające w ciągu życia osobnika w korespondujące z nimi treści psychiczne, które zostały zepchnięte z pola świadomości w toku jego socjalizacji. Ponadto, w polu świadomości, pod wpływem nastawień archetypowych, będą się formować adekwatne do nich układy wyobrażeniowo-werbalno-intuicyjne. W efekcie, trzeba tu mówić raczej o całych ciągach ideo-archetypowych, u których podstawy znajdują się dane ośrodki napędowe, a następnie skojarzone z nimi bezpośrednio reprezentacje sygnałów receptorowych z podsystemu emocyjnego (najprawdopodobniej nigdy niedostępne dla świadomości), które z kolei kojarzą się z odpowiednimi reprezentacjami archetypowymi z podsystemu gnostycznego i wreszcie, te ostatnie dopiero będą się wiązać z nabytymi wyobrażeniami i myślami...”

* * *

Przez dwa lata Bazyli Demut-Malinowski, już po ukończeniu Akademii Sztuk Pięknych, doskonalił swe umiejętności, a przy okazji za projekt modelu pomnika profesora Kozłowskiego otrzymał jeszcze jeden złoty medal. Był to więc ogromny, rzadko spotykany talent.
Od 1803 roku Demut-Malinowski przebywał we Włoszech, gdzie doskonalił się w sztuce rzeźby w marmurze pod kierownictwem samego niezrównanego Antonia Canovy. Niebawem też został młody przybysz z Północy także wybitnym mistrzem rzeźby klasycystycznej, w sposób szczególny lubującej się w przedstawianiu piękna, tkwiącego w nagim ciele kobiet i mężczyzn.
„Ponieważ piękno jest obok wdzięku głównym przedmiotem rzeźby, lubi ona nagość i toleruje ubiór o tyle tylko, o ile nie zakrywa kształtów. Draperią posługuje się nie jako osłoną, lecz jako pośrednim przedstawieniem kształtu, a taki sposób ukazania absorbuje mocno intelekt, gdy do oglądu przyczyny, mianowicie kształtu ciała, dochodzi on tylko przez dane mu bezpośrednio oddziaływanie, udrapowanie fałd. Draperia jest zatem w rzeźbie do pewnego stopnia tym, czym w malarstwie skrót. Jedno i drugie jest aluzją, nie symboliczną jednak, lecz taką, która jeśli jest udana, zmusza bezpośrednio intelekt do oglądania tego, co jest przedmiotem aluzji, tak właśnie, jakby było to naprawdę dane.” (Arthur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, t. 1).
Jak powiadał Tomasz Mann, „plastyka jest obiektywną, utrzymującą jedność z naturą, twórczą kontemplacją (...); a usposobienie plastyczne jest właściwe dzieciom natury i bóstwa”. Dzieciom, dodajmy, obdarzonym łaską i przekleństwem geniuszu...
W Rzymie spod dłoni B. Demuta-Malinowskiego wyszły wspaniałe arcydzieła Herkules i Omfala, Narcyz patrzący się do wody, kilka popiersi i klasycznych „głów”. Niestety, większość z nich została rozkradziona w trakcie podróży z Rzymu do Petersburga (co zresztą również stanowi swoiste potwierdzenie ich wartości artystycznej: rzeźby złodziejom się podobały, a w każdym bądź razie byli oni pewni, że to wszystko da się dobrze sprzedać).
W 1807 roku mistrz został wezwany do Petersburga, gdzie mu powierzono m.in. wykonanie szeregu stiuków i modeli dla powstającego Soboru Kazańskiego, Giełdy i Admiralicji.
Od 1808 podjął wykłady w macierzystej Akademii, pokonując następnie co parę lat kolejne stopnie kariery: w 1808 roku był adiunkt-profesorem, w 1813 – profesorem zwyczajnym, w 1833 – profesorem zasłużonym, a w 1836 roku został rektorem Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu.
Główne dzieła Bazylego Demut-Malinowskiego to kolosalne modele proroka Eliasza i apostoła Andrzeja w Soborze Kazańskim; pomniki feldmarszałka Barclay’a de Tolly i feldmarszałka P. A. Rumiancewa, popiersia szeregu wybitnych poetów, dowódców wojskowych i cesarzy. Jego rzeźby zdobiły m.in. Instytut Górniczy, który kończyło przecież tak wielu Polaków. Dotychczas ten zespół architektoniczno-rzeźbiarski jest uważany za jedną z najpiękniejszych pereł sztuki rosyjskiej.
Jednak za największe dzieło B. Demut-Malinowskiego uchodzi ogromny zespół rzeźb zdobiących gmachy Sztabu Generalnego i ministerstw Cesarstwa Rosyjskiego w Petersburgu. Architektem tego ensemble’a był Rossi, rzeźbiarzem Demut-Malinowski. Wszystkie modele wykonano później z miedzi i zdobią one dotychczas miasto nad Newą, dodając mu swoistego uroku, tym bardziej, że szereg rzeźb tego artysty znajduje się też w zespole architektonicznym Senatu i Synodu, jak też jest rozrzuconych po całym tym wielkim mieście. Także Łuk Tryumfalny w Narwie jest jego utworem. Dzieła B. Demut-Malinowskiego są nacechowane duchem szlachetnej prostoty, uroczystą rytmiką, klarownością kompozycji, mężną energią i siłą. Wszystkie one należą do klasycyzmu i zostały bezpośrednio zainspirowane przez antyczną rzeźbę Grecji i Rzymu. Zresztą do najpiękniejszych rzeźb tego mistrza należą m.in. wizerunki Demostenesa, Hipokratesa, Euklidesa. Potrafił doskonale wczuć się w świat ideałów antycznych i doskonale je ucieleśnić w marmurze i piaskowcu. Było to też kwestią jakiejś kongenialności artysty z duchem Hellady.
„Wiadomo już od dawna, że w sztuce nie wszystko osiąga się świadomie, że ze świadomą czynnością musi łączyć się nieświadoma moc i że doskonała jedność i wzajemne przenikanie się obydwu tworzy to, co w sztuce najwyższe. Dzieła, którym brakuje tego znamienia nieświadomej wiedzy, można rozpoznać po braku własnego niezależnego od sprawcy życia, i, odwrotnie, tam, gdzie ona się przejawia, sztuka udziela swemu dziełu obok najwyższej jasności intelektu ową niezmierzoną realność, dzięki której staje się ono podobne do dzieła przyrody.” (F.W. J. Schelling, Filozofia sztuki, Warszawa 1983, s. 483). Bardzo trafne spostrzeżenie!
Jest rzeczą znaną, iż B. Demut-Malinowski tworzył wyłącznie w konwencji klasycystycznej, która po prostu była obowiązująca w ówczesnej Rosji, w jej elitach rządzących. Nie sposób więc było się wyłamać z tych narzuconych tendencji i wyobrażeń. „Badając różne rodzaje grup społecznych, socjologowie odkrywają, że wiele z nich wymaga od swych członków podzielania i uznania za prawdziwe pewnych poglądów, które uważają one za szczególnie ważne dla swego funkcjonowania jako grup. Tak więc od członków grupy religijnej wymaga się uczestnictwa w określonej wiedzy teologicznej, a od członków grupy przemysłowej uczestnictwa w określonej wiedzy pragmatycznej. Wiele długotrwałych grup żąda od swych członków jedynie wiedzy o tym, co w nich dobre, natomiast inne grupy wymagają również, by ich członkowie wiedzieli, co jest złe w grupach wrogich.” (F. Znaniecki, Społeczne role uczonych, Warszawa 1984, s. 484). A więc i w przypadku poglądów estetycznych artyści często nie mają żadnego wyboru – i to nawet w krajach tradycyjnie uchodzących za tolerancyjne, do których, jak wiadomo, Rosja raczej zaliczana nie jest. Astolphe markiz de Custine w 1839 roku pisał w słynnych Listach z Rosji: „Trudno sobie wyrobić właściwe pojęcie o głębokiej nietolerancji Rosjan. Ludzie obdarzeni kulturą duchową i mający do czynienia z Zachodem Europy usiłują misternie ukryć swą myśl przewodnią, którą jest tryumf prawosławia greckiego, będący dla nich synonimem rosyjskiej polityki. Bez tej myśli nic się nie tłumaczy ani z rosyjskich obyczajów, ani z rosyjskiej polityki. Nie można myśleć, że prześladowanie Polski jest rezultatem osobistej niechęci cesarza: nie, jest rezultatem zimnego i głębokiego wyrachowania. Te akty okrucieństwa są chwalebne w oczach ludzi naprawdę wierzących. To Duch Święty oświecając władcę wznosi jego duszę ponad wszelkie ludzkie uczucia i Bóg błogosławi wykonawcę Jego wzniosłych zamiarów. Z tego punktu widzenia sędziowie i oprawcy tym bardziej są święci, im bardziej barbarzyńscy...
Rzym i wszystko związane z rzymskim Kościołem nie ma drugiego tak groźnego wroga jak autokrata moskiewski, głowa swego kościoła”.
Jeśli zresztą spojrzeć na sprawę w szerszym kontekście, to się okaże, że w dziedzinie kultury europejskiej na początku XIX wieku zaczęły dominować tendencje „poważne”. „Wiek dziewiętnasty wydaje się pozostawiać niewiele miejsca dla funkcji ludycznej w procesie kultury. Coraz bardziej przeważać tu zaczynały tendencje, które zdają się tę funkcję wykluczać. Już w wieku osiemnastym trzeźwe i prozaiczne pojęcie użyteczności – dla idei baroku zabójcze – oraz mieszczański ideał dobrobytu owładnęły duchowym życiem społecznym. Z końcem tego stulecia przewrót przemysłowy wraz ze stale wzmagającymi się skutkami techniki jął owe tendencje wzmacniać. Praca i produkcja stały się ideałem, a niebawem nawet bożyszczem. Europa przebrała się w strój roboczy. Zmysł społeczny, dążenie do wykształcenia i sądy naukowe stały się dominantami tego procesu kulturowego. Im dalej postępuje gwałtowny rozwój techniczny i przemysłowy, od maszyny parowej aż po elektryczność, tym bardziej stwarza on złudzenie, że na tym właśnie rozwoju polega postęp kultury. Jako skutek tego poglądu powstać mógł i rozpowszechnić się zawstydzający błąd, że siły ekonomiczne i interesy gospodarcze decydują o losach świata. Przecenianie czynnika ekonomicznego w społeczeństwie i umyśle ludzkim było w pewnym sensie naturalnym skutkiem racjonalizmu i utylitaryzmu, które zniweczyły misterium, człowieka zaś uwolniły od winy i kary. Zapomniano jednak uwolnić go jednocześnie od głupoty i krótkowzroczności i wydawało się, że jest przeznaczony i sposobny, aby zbawić świat na wzór własnej banalności.
Tak oto przedstawia się wiek dziewiętnasty widziany od najgorszej swojej strony. Wielkie jego prądy umysłowe przebiegały niemal wszystkie w sprzeczności z ludycznym czynnikiem życia społecznego. Liberalizm ani socjalizm nie był mu pożywką. Nauki eksperymentalne i analityczne, filozofia, polityczny utylitaryzm i reformizm, mentalność manchesteryzmu, wszystko to było działalnością na wskroś poważną. Z chwilą zaś gdy w sztuce i literaturze wyczerpał się już romantyczny entuzjazm, wraz z pojawieniem się realizmu i naturalizmu, przede wszystkim jednak impresjonizmu, zdają się również i tu uzyskiwać przewagę formy wyrazu, którym idea ludyzmu jest bardziej obca niż wszystko, co dotychczas rozkwitnąć zdołało na polu kultury. I jeśli którekolwiek stulecie traktowało samo siebie i całe życie z całkowitą powagą, to właśnie wiek dziewiętnasty.
Wydaje się, iż trudno zaprzeczyć ogólnemu spoważnieniu, jako zjawisku typowemu dla wieku dziewiętnastego. Kultura ta w znacznie mniejszym stopniu jest „grana” niż w okresach poprzedzających. Zewnętrzne formy społeczne nie ujawniają już wyższego ideału życiowego, jak to czyniły niegdyś przy pomocy bufiastych spodni, peruki lub szpady. Trudno przytoczyć bardziej wymowny dowód rezygnacji z ludyzmu niż zanikanie fantazji w stroju męskim. Rewolucja dokonuje tu takiej przemiany, jaką rzadko tylko zaobserwować można w dziejach kultury. Długie spodnie, które przedtem w niektórych krajach były ubiorem chłopów, rybaków lub marynarzy – stąd też odnajdujemy je w postaciach komedii dell arte – stają się nagle modą męską, wraz z dziko rozwichrzoną fryzurą, która wyraża rewolucyjny patos. Nawet w modzie kobiecej panowały fryzury „potargane”, por. rzeźbę królowej Luizy Schadowa.” (Johan Huizinga, Homo ludens, s. 270-271).
Sztuki plastyczne zresztą są w ogóle bardziej „poważne” niż sztuki muzyczne, w których element ludyczny uobecnia się w sposób bardziej dobitny. Johan Huizinga powiada (Homo ludens, s. 235-238): „Głębokiej różnicy pomiędzy sferą Muz i sztuk plastycznych z grubsza zaledwie odpowiada pozorny brak elementu ludycznego w sztukach plastycznych, w przeciwieństwie do wyraźnie dostrzegalnych jakości ludycznych sztuk, którym patronowały Muzy. Nie potrzebujemy zresztą szukać jakiejś szczególnej i głównej przyczyny tego przeciwieństwa. W sztukach pozostających pod opieką Muz istotny czynnik estetyczny polega na tym, że dane dzieło artystyczne jest wykonywane. Zostało ono wprawdzie wcześniej ułożone, wyćwiczone lub napisane, ale nabiera życia dopiero przez wykonanie, wystawienie, przekazanie słuchaczom, przedstawienie – przez productio w tym dosłownym znaczeniu, jakie słowo to zachowało jeszcze w języku angielskim. Sztuka Muz jest akcją i jako wykonywana akcja sprawia przyjemność za każdym razem na nowo, ilekroć powtarza się wykonanie. Kłam temu twierdzeniu zdaje się zadawać fakt, że wśród dziewięciu Muz znajdują się także patronki astronomii, epiki i historii. Należy jednak pamiętać, że ów podział pracy pomiędzy Muzami pochodzi z późniejszej epoki i że przynajmniej pieśń bohaterska i historia (dziedziny pozostające pod opieką Klio i Kalliope) należały pierwotnie z całą pewnością do powołania vates, który wygłaszał je w uroczystym układzie melodycznym i stroficznym. Charakter tej czynności nie ulega zresztą zasadniczej zmianie wskutek tego, iż rozkoszowanie się poezją przesunęło się obecnie z dziedziny głośnej deklamacji w sferę czytania cichego. Samą czynność ożywiania sztuki, pozostającej pod opieką Muz, nazwać należy zabawą.
Całkiem inaczej przedstawia się sprawa ze sztukami plastycznymi. Już dzięki związkom z materiałem i ograniczonymi przez materiał możliwościami form, sztuki te nie mogą grać tak swobodnie, jak unosząca się w eterycznych obszarach muzyka i poezja. Taniec należy tu do dziedziny granicznej. Jest on jednocześnie sztuką Muz i sztuką plastyczną, sztuką Muz, ponieważ ruch i rytm stanowią główne jego elementy, Jest on jednak stale związany z materią. Wykonywany jest przez ciało człowieka, o ograniczonej różnorodności póz i ruchów, a piękno jego jest pięknem samego ludzkiego ciała w ruchu. Taniec kształtuje, podobnie jak rzeźba, lecz tylko na chwilę. Żyje zaś głównie z powtórzeń, tak jak towarzysząca mu i panująca nad nim muzyka.
Całkowicie inaczej niż w dziedzinie Muz przedstawia się również kwestia oddziaływania sztuk plastycznych. Budowniczy, rzeźbiarz, malarz czy rysownik, garncarz i w ogólności artysta dekorujący utrwala swój impuls estetyczny wśród pilnej i żmudnej pracy w materii. Twórczość jego jest trwała i stale widoczna. Oddziaływanie tej twórczości nie jest, jak w muzyce, uzależnione od szczególnego, z danym dziełem związanego przedstawienia lub wykonania przez autora lub innego artystę. Raz wykończonej dzieło sztuki plastycznej, nieporuszone i nieme, oddziałuje dopóty, dopóki istnieją ludzie, których oczy nim się napawają. Wskutek braku jakiejś widocznie dziejącej się akcji, podczas której dzieło sztuki ożywa i wywołuje rozkosz, wydawać się może, iż w dziedzinie sztuk plastycznych brak właściwie miejsca na czynnik ludyczny. Artysta, choćby najsilniej opanowany żądzą twórczą, pracuje jak rzemieślnik, w powadze i napięciu, nieustannie sprawdzając i korygując samego siebie. Zachwyt jego, swobodny i gwałtowny w koncepcji, podczas wykonywania zawsze poddany zostaje sprawności kształtującej ręki. Skoro więc przy wykonywaniu dzieła plastycznego element ludyczny pozornie nie istnieje, nie pojawia się on w ogóle podczas oglądania i rozkoszowania się nim. Nie ma tu żadnej widocznej akcji.
Jeśli czynnikowi ludycznemu w sztukach plastycznych stoi na przeszkodzie już sam charakter twórczej pracy, żmudnego rzemiosła i zawodu, to wzmocnione to zostaje przez to jeszcze, iż istota dzieła sztuki w dużej części określana jest przeważnie względami praktycznymi i że przeznaczenie jego nie jest umotywowane estetycznie. Zadanie człowieka, który ma coś sporządzić, jest poważne i odpowiedzialne: wszelka ludyczność jest mu obca. Powinien stworzyć budynek, odpowiedni i godny dla kultu, zebrań lub mieszkania, sporządzić naczynie lub odzież, bądź też obraz, który czy to jako symbol, czy jako naśladownictwo odpowiadać ma idei, jaką pragnie oddać.
Produkcja sztuk plastycznych przebiega więc całkowicie poza sferą ludyczną, a również i jej efekty odbiera się jedynie wtórnie w formie uroczystości, rozrywek czy okazji towarzyskich. Odsłonięcie pomnika, położenie kamienia węgielnego, wystawy nie są same przez się częścią składową procesu twórczego i należą na ogół do zjawisk czasów nowszych. Dzieło sztuki pod patronatem Muz żyje i rozwija się w atmosferze społecznej radości, sztuki plastyczne – nie.”
Dopiero na tle tych spostrzeżeń da się właściwie zrozumieć poważną, wzniosłą i uroczystą atmosferę roztaczaną wokół siebie przez dzieła Bazylego Demut-Malinowskiego, w których ciężki monumentalizm symbolizuje twardość i siłę ducha, ład i uporządkowanie rzeczywistości socjalnej. Ten ład form nie przypadkiem napawa obserwatora spokojem i pewnością, odbijał się w niej bowiem cyklopiczny oddech gigantycznego Imperium, nad którym tylko na krótko zachodziło słońce, a które ogarniało jedną szóstą część wszystkich lądów kuli ziemskiej. Ład i uporządkowanie polityczne musiały się odbijać w ładzie i porządku estetycznym, choć przecież, z drugiej strony, uładzenie artystyczne jest wartością samoistną, mającą własne korzenie i swą autonomię.
Jak powiada bowiem Filon Aleksandryjski, „nic pięknego nie ma w nieładzie, a porządek jest kolejnością i połączeniem rzeczy poprzedzających oraz następujących po sobie i nawet jeżeli nie zawsze w działaniu, to przynajmniej w umyśle działających”... (Pisma, t. 1, Warszawa 1986, s. 39).
W rosyjskiej tradycji rzeźbiarskiej Demut-Malinowski zajmuje miejsce honorowe, jest jednym z największych jej klasyków. Jego dzieła do dziś zdobią nie tylko Petersburg, ale też Moskwę, Kostromę, Tartu.
Rzeźbiarstwo nie było jedynym zajęciem tego znakomitego artysty, uprawiał on jeszcze m.in. muzykę, kierował kwartetem instrumentalnym; ponad czterdzieści zaś lat pracy na niwie pedagogicznej – to cała epoka w dziejach Petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Bazyli Demut-Malinowski zakończył życie w Petersburgu 16 lipca 1846 roku w wieku 67 lat.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz