poniedziałek, 14 stycznia 2019

W KRÓLESTWIE URANII cz. 2 (Wybitni astronomowie i podróżnicy pochodzący z Litwy historycznej i Polski) dr Jan Ciechanowicz

II. GEOGRAFIA

WSTĘP


Dzieje podróży morskich i lądowych są dawne i chlubne, choć początkowo miały charakter wyłącznie handlowy, później także zwiadowczo-wojskowy, a dopiero w końcu przybrały również aspekt poznawczo-naukowy. Około 1500 roku przed Chrystusem handlowe statki egipskie docierały do ziem dzisiejszej Italii i Somalii, czyli pokonywały odległości rzędu dwu tysięcy kilometrów. Także Filistyni, pierwotni rdzenni mieszkańcy Palestyny, byli znakomitymi żeglarzami, a ich statki jeszcze przed 1000 rokiem p.n.e. docierały ze Śródziemnomorza do Anglii, Irlandii, Skandynawii. Być może, że to po nich pozostała tam sztuka budowy dużych łodzi, ale dopiero w IX wieku nowej ery Wikingowie nieraz przepływali Atlantyk, odwiedzali na swych knerach Islandię, Grenlandię, Północną Amerykę. Ich statki miewały do 28 metrów długości i z każdego boku mieściły od 15 do 35 wioślarzy. Spośród Słowian w tymże czasie wypłynęły na szerokie wody Oceanu Światowego długie łodzie Wendów znad Morza Bałtyckiego oraz Rusów.

***

Geografia jako nauka badająca powierzchnię Ziemi osiągnęła dość wysoki poziom rozwoju już w starożytnej Grecji, a samą jej nazwę wprowadził do obiegu Eratostenes w III wieku przed narodzeniem Chrystusa. Z biegiem stuleci gromadziło się coraz to więcej danych o lądach i morzach, a rozległa wiedza zaczęła się niejako samorzutnie rozwarstwiać początkowo na geografię ogólną i szczegółową (regionalną), a potem też na liczne tzw. nauki geograficzne. Od samego początku ta gałąź wiedzy rozwijała się w najściślejszej więzi z astronomią, a wzrost tych nauk dokonywał się niejako drogą symbiozy. Z reguły znakomici geografowie byli tez wybitnymi astronomami, i odwrotnie, astronomowie dostrzegali możliwość praktycznego stosowania posiadanej przez siebie wiedzy przede wszystkim w dziedzinie, że tak powiemy, „geografii stosowanej”, czyli podczas rozmaitych podróży i wypraw , zarówno handlowych, wojskowych, jak i naukowych. W dobie obecnej do nauk geograficznych zalicza się m.in. geomorfologię, hydrografię, limnologię, potamologię, krenologię, oceanografię, glacjologię, klimatologię, fenologię, biogeografię, antropogeografię, socjogeografię, demogeografię, kartometrię, geografię fizyczną i polityczną i in.
Doniosła dziedzinę geografii stanowi kartografia. Najdoskonalszą dla starożytności mapę sporządził w II wieku Klaudiusz Ptolemeusz (100–180), jak wiadomo, również znakomity astronom. Na jego mapie świata podano współrzędne geograficzne ponad ośmiu tysięcy miejscowości. Dużego wkładu do tej gałęzi wiedzy dokonali także antyczni mędrcy Hekatajos z Miletu, Herodot, Arystoteles, Eratostenes z Cyreny, Strabon. W 1929 roku w stambulskim muzeum Topkapi odkryto mapę z połowy XVI wieku, która poza dość wiernym przedstawieniem wybrzeży Morza Śródziemnego zawierała również prawie dokładny zarys linii brzegowej Ameryki Północnej i Południowej, czyli że obszary, które po raz pierwszy były penetrowane przez badaczy europejskich dopiero 200 lat później. Co więcej, ustalono, że owa turecka mapa nie była dokumentem oryginalnym, lecz jedynie dokładną kopią greckiej mapy bez porównania starszej, pochodzącej ze zbiorów słynnej Biblioteki Aleksandryjskiej, sporządzonej w IV wieku p.n.e., za czsów Aleksandra Wielkiego.
Sensacyjną pod wieloma względami jest też mapa O. Finausa z 1532 roku, przedstawiająca linię brzegową Antarktydy, którą zaczęto badać dopiero w XIX wieku! Co więcej, na tej mapie naniesiono linie fiordów i rzek, które tam istniały w dawnych czasach, lecz od 6 000 lat znajdują się pod wielometrową warstwą lodu, a mogą być ustalone jedynie na podstawie badań z kosmosu z zastosowaniem wysoce precyzyjnej techniki pomiarowej. A więc mapa O. Finausa musiała być kopią innej, sporządzonej przed 4 000 rokiem p.n.e.! Takich tajemnic historia geografii zna więcej.
W średniowieczu znakomicie przyczynili się do wzbogacenia wiedzy geograficznej podróżnicy arabscy, a po nich, już w epoce Odrodzenia (szczególnie w XV wieku) Vasco da Gama, Krzysztof Kolumb, Amerigo Vespucci, Fernao Magellan, jak też inni odważni Portugalczycy, Hiszpanie, Włosi; nieco później Brytyjczycy i Francuzi, wreszcie Rosjanie i Niemcy.
Nauki geograficzne są ściśle powiązane z rozwojem innych gałęzi wiedzy, w tym historii, antropologii itd., a na ich styku niemało kryje się jeszcze zagadek i tajemnic. Niektórzy badacze twierdzą np., że na miejscu dzisiejszego Oceanu Atlantyckiego kilkanaście lat temu istniała legendarna Atlantyda. Historia jej zatopienia i zniszczenia wspaniałej cywilizacji wedle tego, jak ją opowiedzieli Solonowi (przodkowi Platona) egipscy kapłani, jest zawarta w platońskich dialogach „Timajos” i „Kritias”. Ponoć w roku 9564 przed narodzeniem Chrystusa potężne wstrząsy i wybuchy zniweczyły pozostała po Atlantydzie wyspę – Posejdonios – która również pogrążyła się w tonie oceanu tak szybko, iż utworzone przez kataklizm olbrzymie bałwany straszliwego przypływu zalały olbrzymie połacie ziemi, pozostawiając w pamięci ludzi wspomnienie potwornego, niszczącego wszystko potopu. Gdy Atlantyda pogrążyła się w toniach morskich, inne części lądu, jak np. obecna pustynia Gobi, przybrały kształt, jaki mają po dziś dzień… Współczesny historiozof indyjski Czandra Jinarajadasa pisze: „Ale na długo przed zatopieniem Atlantydy nowa rasa ludzka rozwinęła się wokół południowych brzegów Morza Środkowo – Atlantyckiego. Byli to Aryjczycy, czyli rasa kaukaska… Emigrowali oni ku południowi i zachodowi jako Hindusi, Arabowie, Persowie, Grecy, Rzymianie, Celtowie, Słowianie i Teutonowie (Germanowie). Tak więc rasy, których potomkowie zamieszkują dziś naszą ziemię powstały w Lemurii, Atlantydzie i AzjiCzy zgodzimy się z tym punktem widzenia, czy nie, faktem jest, iż zagadnienie pochodzenia, migracji i rozmieszczenia ras ludzkich stanowi fascynujący temat badawczy dla etnogeografii i geografii historycznej.
Według niektórych naukowców kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy lat temu istniał ogromny kontynent, zajmujący większość terenu, nad którym dziś faluje Ocean Spokojny. Nazwano go Lemurią, którą to nazwę ukuł przyrodnik Sclater, który twierdził, że ów ląd musiał koniecznie istnieć, ponieważ dziś na rozległych terenach, przylegających ongiś do olbrzymiego Lemurii (wybrzeża Azji, Afryki, Ameryki) niezwykle rozpowszechniony jest jeden i ten sam gatunek małp – lemury. Gdy na skutek niszczącego kataklizmu środkowa część legendarnego kontynentu stała się dnem oceanu, na jego niezatopionych obrzeżach (rozdzielonych po katastrofie dziesiątkami tysięcy kilometrów przestrzeni wodnej) pozostali ci sami mieszkańcy, czyli małpy lemury. Okoliczność ta ma stanowić pośredni dowód tego, że w zamierzchłej przeszłości istniał jeden gigantyczny kontynent, na którym, jak twierdzą liczni specjaliści, żyli także ludzie, prawdopodobnie reprezentanci rasy negroidalnej oraz innych „wełnistowłosych” ludów. Część z nich, zamieszkała na peryferiach Lemurii, zachowała się do dziś i rozmnożyła po Afryce w postaci Murzynów, oraz w Australii w postaci tamtejszych aborygenów, jak też Maorysów Nowej Zelandii.

***

Michel de Montaigne ongiś zauważył: „Żądza podróżowania świadczy o wewnętrznym niepokoju i braku zdecydowania. To prawda, wewnętrzny niepokój pędzi prawdziwych mężczyzn  w nieznane i niebezpieczne dale, ale żeby te podróże odbywać, potrzeba wiele odwagi, męstwa, pewności siebie, niepohamowanej żądzy odkrywania nieznanych lądów i poznawania nowych ludów. [A także i pieniędzy, z którymi z reguły bywało nader kruch: w 1498 roku np. król Anglii wydał Johnowi Cabotowi  (aż!?) 10 funtów szterlingów za odkrycie Kanady]. Żądza wiedzy stanowi niewątpliwie jedną z potężnych dźwigni ważenia się na dalekie i niebezpieczne wyprawy naukowe. Wydaje się, że do wędrowania po świecie skłaniał Europejczyków także uniwersalistyczny, kosmopolityczny i kosmologiczny światopogląd chrześcijański, umieszczający człowieka niejako na tle całego wszechświata, a nie tylko na łonie lokalnego krajobrazu. Stąd owe nie kończące się wyprawy narodów europejskich. Choć przecież nie sposób przeoczyć okoliczności, iż na długo przed powstaniem chrystianizmu Grecy, Egipcjanie, Filistyni, Chińczycy, a i inne narody też, byli rozmiłowani w podróżach i odkrywaniu nieznanych lądów. Niekiedy siłą napędową owych bohaterskich wyczynów mogła być banalna chęć łatwego i szybkiego wzbogacenia się na drodze grabieży i rabunku.
Powszechnie znane jest powiedzenie, iż „podróże kształcą”. Choć przecież ani wiedza, ani mądrość człowieka nie zależą bezpośrednio od liczby kilometrów, które w swym życiu przebył, lecz raczej od tego, na ile wnikliwie obserwował ów mały świat, który go bezpośrednio otacza. Jak to wyraził poeta Józef Baran w wierszu „Światy”:

można być
w kropli wody
światów odkrywcą

można
wędrując dookoła świata
przeoczyć wszystko.

A jednak wyprawy badawcze poszerzają zarówno horyzonty nauki, jak i widnokrąg intelektualny samych podróżników, których pamięć ludzka nie przypadkiem zachowuje, o ile np. zostali odkrywcami nieznanych dotąd lądów i mórz. Wiadomo, że jeśli człowiek uczyni coś, na co przed nim nikt się nie poważył, spadnie na niego więcej zaszczytów niż gdyby uczynił nawet jakąś rzecz o wiele trudniejszą, ale nie byłby w tym pierwszy. Ważniejsze bowiem niż wszelkie trudności zewnętrzne bywa przełamanie pewnych barier psychologicznych i tradycyjnych wyobrażeń o tym, co jest możliwe, a co nie.
Wokół życia podróżników powstają często rozmaite legendy, anegdoty, podania, dodające tym postaciom i ich czynom dodatkowej barwności, romantyki i tajemniczości. Opowiada się np., że podczas podróży po Ameryce Łacińskiej Aleksander Humboldt (1769–1859) spotkał pewnego starca, który w następujący sposób wyłuszczył niemieckiemu uczonemu swą teorię czterech typów ludzi:
1.   Ci, którzy co nieco wiedzą, i wiedzą o tym, że trochę wiedzą. To są ludzie wykształceni.
2.   Ci, którzy co nieco wiedzą, ale nie wiedzą o tym, że wiedzą. Tacy śpią i trzeba ich przebudzić.
3.   Ci, którzy niczego nie wiedzą, ale wiedzą o tym, że niczego nie wiedzą. Takim trzeba pomóc.
4.   Ci, którzy nic nie wiedza, i przy tym nie wiedzą o tym, że nic nie wiedzą. To są głupcy i im nie można pomóc.

Podróże poszerzają naszą wiedzę i wyobraźnię, pozwalają się porównać z innymi ludźmi, niejako z dystansu spojrzeć na własna kulturę i obyczajowość. Bywa to niezmiernie pouczające. Filozof Rene Descartes (1596–1650) pisał: „Wskazana jest pewna znajomość obyczajów różnych ludów, iżbyśmy dzięki niej zdrowiej sądzili o własnych i byśmy nie mniemali, jak to zazwyczaj czynią ci, którzy nic nie widzieli, że wszystko, co niezgodne z naszymi obyczajami, jest śmieszne i sprzeczne z rozumem. (…) Jednakowoż, jeśli zbyt wiele czasu poświęcamy podróżom, stajemy się obcy we własnym kraju, a jeśli jesteśmy zbyt ciekawi zdarzeń wieków minionych, pozostajemy zwykle nieświadomi tych, które rozgrywają się współcześnie
Malarz Rembrandt Harmensz van Rijn (1606–1669) był przeciwnikiem wszelkich – jak uważał – bezcelowych podróży. „Zostań w domu, – pisał do młodego artysty, który chciał ruszyć w szeroki świat – zostań w domu! Życia nie starczy na poznanie cudów, jakie się tam znajdująPoeta Johann Wolfgang von Goethe (1749–1832) też mawiał, iż prawdziwym twórcom znajomość świata jest niejako wrodzona i nie potrzebują zbierać doświadczenia w podróżach, by tworzyć znaczące dzieła. Podobnego zdania byli również Immanuel Kant oraz Arthur Schopenhauer, lecz mimo to prawdą psychologiczną pozostaje, że ludzie z natury lubią podróżować, zaś ludzie nauki – w sposób szczególny.

***

W XIX i XX wieku do powstania i rozwoju szeregu nauk dobitnie przyczynili się geografowie i podróżnicy o polskim rodowodzie, działający w obcych krajach, że wspomnimy tu tak słynne imiona, jak Mikołaj Przewalski (1839–1888) czy Erich von Drygalski (1865–1949). Szczególne zasługi dla rozwoju nauki powszechnej położyli Polacy pracujący w Cesarstwie Rosyjskim i Związku Radzieckim. Jest nieprawdą, że byli tam tylko prześladowani, mieli częstokroć znakomite warunki do samorealizacji, podczas gdy w Polsce musieliby całe życie bronić się przed atakami zawistnych kolegów i głupich przełożonych.
 Na mapie świata uwieczniono wiele nazwisk polskich ze względu na zasługi naszych rodaków w zakresie odkryć geograficznych. I tak np. na cześc W. L. Bianki’ego, jednego z organizatorów rosyjskich wypraw polarnych do Arktyki, nazwano w 1903 roku jeden z obiektów w składzie wysp Littke’go. Ku czci porucznika L. F. Dobrotworskiego, kierownika wyprawy do ujścia Jeniseju w 1893 roku, nazwano jeden z przylądków na północnym wybrzeżu Rosji. Tamże inny przylądek nosi imię Dubińskiego, dyrektora Obserwatorium Geofizycznego. Na cześć hydrologa i oceanografa F. Jarcińskiego nazwano cypel w cieśninie Siemionowa na północy Rosji. Duży zalew na Nowej Ziemi, cieśninę koło półwyspu Tajmyr, przylądek na Wyspie Św. Rudolfa, podwodne pasmo górskie w regionie Arktyki otrzymały swe nazwy na cześć wybitnego zoologa Mikołaja Knipowicza. [Patrz o nim: Jan Ciechanowicz, W bezkresach Eurazji, s. 158–157, Rzeszów 1997). Ku czci znakomitego geologa Aleksandra Karpińskiego, pierwszego prezydenta Akademii Nauk ZSRR, nadano jego imię jednemu z zalewów oraz przylądkowi na północy Rosji. Wyspa Kowalewskiego, słynnego paleontologa, znajduje się w składzie archipelagu Nordenskjolda. Na cześć historyka, autora książki „Wostoczno-Sibirskije polarnyje morechody XVII wieka” N. N. Ogłoblińskiego nazwano cypel w północno-zachodniej części Wyspy De-Colongra. Z kolei ku czci astronoma G. W. Lewickiego, dyrektora obserwatorium astronomicznego w mieście Juriew (Dorpat) w latach 1898–1908, nazwano jedną z bucht rosyjskiej północy. Na Morzu Żółtym istnieje grupa wysp zwana archipelagiem Jana Potockiego, znakomitego podróżnika, orientalisty. Wyspa Sikora, nazwana tak została od nazwiska J. Sikory, który dokonał pierwszych obserwacji fotograficznych nad zorzą polarną w latach 1899–1901, znajduje się w składzie wysp Littke’go; tamże leży Wyspa Szukiewicza oraz Wyspa Szyłejki, ku czci astronoma E. Szyłejko, uczestnika wyprawy E. Tolla w 1893 roku na Wyspy Nowosybirskie. Przylądek Słuczewskiego na północy Wyspy Rastorgujewa otrzymał swa nazwę od poety rosyjskiego K. Słuczewskiego, redaktora naczelnego gazety „Prawitielstwiennyj Wiestnik” w okresie 1891–1902. Wyspa Unkowskiego została tak nazwana, aby uwiecznić imię dowódcy fregaty „Pallada”, kapitana I. S. Unkowskiego. Na cześć W. Zieleńskiego, dyrektora Sewastopolskiego Laboratorium Zoologicznego Rosyjskiej Akademii Nauk, nadano jego imię jednemu z przylądków na północy Rosji.
Tę listę można byłoby kontynuować, lecz byłoby to dla czytelnika tej ksiązki zbyt nużące. Poniżej natomiast przypominamy bieg życia, prace i zasługi kilkunastu spośród wielkiej plejady wybitnych podróżników, mających polskie korzenie i ogromne zasługi dla nauki geograficznej.

***





JAN KOZYREWSKI


Był to niewątpliwie jeden z najpierwszych szlachciców polskiego króla jegomości, a dokładniej – wnuk takiego szlachcica, który się walnie przyczynił do rzetelnego badania naukowego terenów syberyjskich. [Uważa się, że pierwszym w ogóle Polakiem, który podróżował po Syberii w latach 1245–1246, był ojciec bernardyn Benedictus Polonus, zwany też Benedykt Polak].
 Jan Ignacy Kozyrewski, zwany z rosyjska Iwan Pietrowicz Kozyrewskij, urodził się w 1680 roku w Jakucku. Był wnukiem Teodora o tymże nazwisku, zesłanego około 167 na Sybir razem z innymi Polakami, zagarniętymi przez cara Aleksego Michajłowicza podczas wojny z Litwą. Gdy młodzieniec miał 19 lat, jego ojciec Piotr został z grupą innych zesłańców obarczony przez wojewodę Traurnicha zadaniem założenia na Kamczatce pierwszego rosyjskiego osiedla. Udał się tam, zabierając ze sobą trzech synów: Michała, Piotra i Jana. Osiedle – wbrew oporowi ludności tubylczej – udało się założyć, ale już w 1703 roku miejscowi Koriakowie zamordowali Piotra Kozyrewskiego seniora. Na jego cześć nazwano później jeden z lewych dopływów rzeki Kamczatki „Kozyrewką”.
W 1711 roku Jan Kozyrewski uczestniczył w buncie przesiedleńców przeciwko władzom carskim, ale po porażce udało mu się uniknąć kary śmierci, ponieważ wszyscy świadkowie negowali jego udział w morderstwach popełnionych przez powstańców na urzędnikach i dygnitarzach. Za karę jednak został skierowany na wyprawę kozacką na Wyspy Kurylskie, która miała niesłychanie krwawy przebieg i nie zdołała nawet dotrzeć na miejsce przeznaczenia, już bowiem w lutym 1712 roku dwudziestu pięciu uczestników ekspedycji zostało żywcem spalonych przez Kamczadałów. J. Kozyrewskiemu udało się jednak jakimś cudem tego losu uniknąć, gdyż zwęszywszy zagrożenie nie omieszkał natychmiast wziąć nogi za pas.
Po kilku miesiącach kolejna wyprawa dotarła jednak na Kuryły, w następnym roku – jeszcze jedna. Wówczas też Jan Kozyrewski nakreślił mapę wybrzeży kontynentalnych tego regionu, na której po raz pierwszy w nauce światowej umieścił zarys Wysp Kurylskich od przylądku Łopatka do Hokkaido. On też jako pierwszy ogłosił rozpostarcie berła cesarza Rosji nad tymi do dziś spornymi terenami, które w przeszłości znajdowały się we władaniu Imperium Japońskiego. (Por. „Russkije ziemleprochodcy i morechody”, s. 58, Moskwa 1982).
W latach 1712, 1713, 1714 Kozyrewski wziął udział w kolejnych podbojach, zostając niebawem rządcą całej Kamczatki (teren większy niż całej obecnej Polski). Sporządził w tym czasie liczne wykresy, mapy i opisy geograficzne tych ziem, a z jego dokumentacji korzystali w okresie późniejszym liczni badacze Kamczatki. Prócz tego założył i wzniósł słynny w czasach późniejszych monaster Uspienskaja Pustyń, w którym zresztą został przymusowo zamknięty w roku 1716, otrzymując imię zakonne Ignacy, gdyż jego zachowanie się na wolności pod wpływem wódki nie tylko urągało podstawowym wymaganiom moralnym, ale wręcz stało się niebezpieczne dla otoczenia. Sytuację komplikował jego brat Piotr, który (powodowany widocznie zawiścią) rozpowiadał o Janie niestworzone rzeczy, czyniąc z niego mordercę, grabieżcę i zbrodniarza noszącego się z planami królobójstwa. Nienawiść między krewniakami bywa nieraz większa niż między obcymi.
Po pewnym czasie pana Jana z monastera wypuszczono. Ale w okresie 1720–1724 kilkakrotnie go ponownie aresztowano, zakuwano w kajdany i łańcuchy, zamykano w więzieniach, z których znów i znów uciekał i stawiał się osobiście u władz, prosząc o łaskę i o możliwość dalszych wypraw naukowych i wojskowych. W 1725 roku opowiedział Behringowi o swych odkryciach, a ten uprosił Kozyrewskiego o wzięcie udziału w kilku ekspedycjach, podczas których Polak dokonał licznych geograficznych i geologicznych odkryć, które tez opisał w częściowo do dziś zachowanych tekstach. W 1730 udał się do Moskwy, gdzie przedstawił cesarzowej Annie (nawiasem mówiąc polskiego pochodzenia) imponujący plan podboju i chrystianizacji Kamczatki, proponując siebie jako potencjalnego kierownika realizacji tych olbrzymich zamierzeń. Został początkowo życzliwie wysłuchany, a nawet awansowany. Lecz niebawem wrogowie z Jakucka podjęli w Moskwie swymi kanałami wpływu wysiłki zmierzające do dyskredytacji Kozyrewskiego. Łaska carska się odmieniła i pan Jan został ponownie wpakowany do ciupy, tym razem moskiewskiej. To jest los wszystkich wybitnych ludzi – nienawidzi ich się i wymyśla wszelkie preteksty, by ich co najmniej odizolować, zneutralizować, zmarginalizować, a nieraz po prostu zniszczyć.
Gdy w 1734 roku z Tobolska i Jakucka nadeszły wreszcie do Moskwy materiały urzędowe świadczące nie tylko o niewinności, ale i o niemałych zasługach Kozyrewskiego, biedak już nie żył. Znakomity podróżnik, odkrywca, kartograf, administrator, żołnierz zginął za kratami jak byle opryszek. Część jego tekstów naukowych profesor K. Ciechański opracowała i zamieściła w wydanym przez siebie zbiorze dokumentów „Kołumby Ziemli Russkoj” (Chabarowsk 1989, s. 255–269).

***

Osoby pochodzące z Polski i Litwy odegrały także w okresie późniejszym jak najbardziej istotną rolę w badaniu i oswajaniu terenów dalekowschodnich. Było ich tu bardzo wielu, choć rzadko ktoś spośród nich trafił na Syberię czy na Sachalin z własnej niewymuszonej woli. Początkowo byli to jeńcy wojenni, następnie, gdy w drugiej połowie XVIII wieku Rosja zajęła część Rzeczypospolitej, – zesłańcy polityczni. Wśród Polaków, którzy znaleźli się na Kamczatce, byli też wybitni erudyci i uczeni. To dzięki nim dzieje półwyspu zostały zachowane w cennych źródłach historycznych i etnograficznych. Niektóre z tych materiałów opublikowano w Polsce, Rosji, na Białorusi, Ukrainie i Litwie.
O rdzennych mieszkańcach Kamczatki Polacy, a wraz z nimi Europa, po raz pierwszy dowiedzieli się z książki Ludwika Siennickiego (1677 – po 1754) „Dokument szczególnego miłosierdzia Bożego”, opublikowanej nawet wcześniej niż dzieło S. Kraszeninnikowa „Opis Ziemi Kamczatki”, bo już w roku 1754.
Autor ksiązki uczył się w szkołach ewangelickich w Wilnie; w młodym wieku brał udział w walkach szlachty białoruskiej przeciwko Sapiehom. W owym czasie Rzeczpospolita jawiła sobą obraz kompletnego chaosu i głupoty politycznej; jej obywatele walczyli ze sobą jak zawzięci wrogowie, wykrwawiali swój naród, a gdy brakło im własnych sił, by wzajemnie się gnębić, zabiegali u obcych o przysłanie wojsk na terytorium jeszcze nominalnie niepodległego państwa. Takie państwo długo istnieć nie mogło i nie powinno było. W latach 1700–1721 Ludwik Siennicki ściśle współpracował ze swym stryjecznym bratem, generałem Krzysztofem Kazimierzem (1671–1711), miecznikiem WKL. Zasłynął z męstwa i talentu podczas wojen z Rosją i Szwecją. Miał szarżę wojskową pułkownika, dowodził Dywizją Białoruską. Po kapitulacji aresztowany i razem z bratem zesłany do Moskwy, a następnie do Tobolska na Uralu i dalej do Jakucka. Nie dotarł sam co prawda do Kamczatki, lecz przebywając w Jakucku widział przywożone z półwyspu towary, jak też wziętych do niewoli Koriaków i Itelmenów, rozmawiał z nimi, a potem swą wiedzę wyłuszczył w pamiętniku.
Do Jakucka, zaznaczmy, pułkownik poszedł nie przez okrucieństwo Rosjan, lecz przez podłość Polaków, a to z powodu donosu na niego jednego z rodaków. Zygmunt Librowicz w opracowaniu „Polacy w Syberii” podaje: „Gregory Aleksiejewicz Kałamin, wojewoda Jamu Samorowskiego, wziął ich na porękę i dał obu braciom syna swojego, żeby uczyli go po łacinie. Ledwie pół roku minęło, przyszedł do Tobolska ukaz, żeby generała Siennickiego razem z bratem zesłano dalej do Jakucka, a to na prośbę pełnomocnego posła polskiego, działającego z upoważnienia króla Augusta, który mścił się w ten sposób na jednym ze swoich główniejszych nieprzyjaciół. Bez zwłoki wyprawiono tedy braci na miejsce nowego przeznaczenia. Ale w tej podróży generał Siennicki umarł nad rzeką Obią z trudów i niewczasu; wytrzymalszy Ludwik dostał się do Jakucka”… Nie jest to informacja prawdziwa, pułkownik Siennicki bowiem przeżył, a nawet wrócił później do kraju i w Wilnie przeszedł na katolicyzm. Natomiast jego stryjeczny brat, generał Krzysztof Kazimierz dokonał żywota na Syberii.

***

Dziś niemało tez wiemy (m.in. dzięki publikacjom profesora Antoniego Kuczyńskiego) o innym badaczu Dalekiego Wschodu, jakim był generał Józef Kopeć (1762–1827). [Czytelnik znajdzie o nim niemal wyczerpujące informacje w edycji: Jan Ciechanowicz, Rody rycerskie Wielkiego Księstwa Litewskiego, t. 3, s. 331–356 oraz t. 6, s. 203–204, (Rzeszów–Wilno 2001–2006), gdzie zamieszczono m.in. opis dziejów tego rodu opracowany przez profesora Bohdana Kopcia]. W roku 1794, gdy w zdradzonej przez samych Polaków, rozdartej i ujarzmionej Polsce wybuchło powstanie, Józef Kopeć walczył przeciwko zaborcom w randze generała pod bezpośrednim dowództwem Tadeusza Kościuszki. Wzięty do niewoli, został początkowo zesłany da Jakucka, a następnie na Kamczatkę. Przebywając na zesłaniu przez długi czas, spisywał swe wrażenia, które po wielu latach, bo aż w roku 1832, wydano w Paryżu ze wstępem Adama Mickiewicza, potem zaś niejednokrotnie wznawiano pod rozwlekłym tytułem „Dziennik podróży Józefa Kopcia poprzez całą Azję do portu Ochock, przez Ocean poprzez Wyspy Kurylskie do południowej Kamczatki i stąd z powrotem do tegoż portu na psach i jeleniach.
O tej książce Józefa Kopcia słusznie twierdził Wiesław Iwanicki („Na wschód od Uralu”, s. 84), iż: :Jest to dzieło etnograficzne wysokiej rangi, a jego autor okazał się bacznym obserwatorem – był niewątpliwie obdarzony wrodzonym instynktem rasowego badacza. Praca Józefa Kopcia jest jedną z najbardziej znanych i cenionych w literaturze poświęconej dawnym dziejom Syberii.

***




TOMASZ Augustynowicz


  Przyszedł na świat we wsi Kokiszki na Wileńszczyźnie w 1809 roku. Pochodził z drobnoszlacheckiej rodziny, co prawda niezamożnej, ale cieszącej się dobrą sławą wśród obywatelstwa ze względu na prawość i patriotyzm.
Wypada w tym miejscu zaznaczyć, że Augustynowiczowie z Litwy byli zupełnie inną rodziną, niż ród o tymże nazwisku od dawna znany w Małopolsce i na Wołyniu. Ci ostatni używali godła rodowego Odrowąż, a niektórzy historycy twierdzą (choć nie wiadomo, na jakiej podstawie), że mieli pochodzić jakoby od książąt, a nawet od królów ormiańskich. Jak informuje profesor Julian Bartoszewicz, ci Augustynowiczowie mieszkali po największej części we Lwowie i Kamieńcu Podolskim. „Rodzina ta wydała dwóch arcybiskupów lwowskich obrządku ormiańskiego. Pierwszy Jan Tobiasz urodził się z Grzegorza i Anny Jakubowiczówny, we Lwowie 24 listopada 1664 roku: trzymał go do chrztu pierwszy arcybiskup ormiański lwowski Mikołaj Torosowicz. Uczył się w rodzinnym mieście w kolegium papieskim u teatynów. Wyświęcił się na księdza 1688 roku. Został niedługo dziekanem katedralnym i oficjałem, wreszcie w roku 1711 przez duchowieństwo i lud obrany suffraganem lwowskim. W r. 1713 wyświęcony na biskupa himerieńskiego. Został w roku 1714 i koadjutorem arcybiskupa z prawem przyszłego po nim następstwa. Już w r. 1715 objął stolicę metropolitalną po śmierci swojego poprzednika Wartana Hunaniana. Podróżował do Rzymu z hołdem 1719 r. gdzie ze czcią przyjęty otrzymał od papieża lamowy ornat biały i czerwony, biały za wierność kościołowi, czerwony zaś na oznakę, że gotów jest krew rozlać dla jego obrony. Trzy miesiące bawił w Rzymie, a powrócił do Lwowa obciążony dostojnościami, został albowiem hrabią państwa rzymskiego, assystentem tronu i prałatem nadwornym papieża. W 1720 zasiadał na synodzie w Zamościu. Odtąd poświęcił się całkiem swojej owczarni rozproszonej po Rusi, Litwie, Polsce i księstwach naddunajskich. Najpokorniejszy nauczyciel i apostoł gołębiego serca. Wszyscy też oddawali mu cześć głęboką, czego szczególniejszym była dowodem uroczystość 50-letnich jego zasług kapłańskich obchodzona we Lwowie 29 marca 1739 roku, w niedzielę przewodnią, a po rusku w samo Zwiastowanie, na której Michał Rzewuski pisarz pol. kor. honory czynił arcybiskupowi. Na stare lata Augustynowicza dotknęła niemoc jednej ręki i nogi. Więc 31 lipca 1751 spisał testament, a 22 grudnia t.r. umarł w szacie dominikańskiej. Arcybiskup ten pisał żywoty swoich na katedrze poprzedników i krótką wiadomość o początkach kollegium papieskiego we Lwowie. – Drugi Augustynowicz Jakób Stefan, także syn Grzegorza i Anny Minasowiczówny, podobno pierwszego rodzony synowiec, gdy od dzieciństwa miał wielką skłonność do stanu duchownego, wysłali go rodzice około roku 1719 do Rzymu. Obrany pierwszym między innemi kandydatami koadjutorem Jana Tobiasza dnia 27 lutego 1736 roku, prekonizowany dnia 9 kwietnia 1737 roku biskupem egineńskim. Wyświęcał go kanclerz ksiądz Załuski, przyczem towarzyszyli metropolita ruski i suffraganowie łacińscy, lwowski i kijowski. Prawą ręką został starego biskupa, po którym wstąpił na stolicę 1751 roku jako także koadjutor. Pełen gorliwości pasterskiej, wspierał i upiększał kościół metropolitalny. Że ubogim był, przeto konstytucya na sejmie delegacyjnym w r. 1768 postanowiła, że pierwsze opactwo z wakujących w greckim obrządku dostanie na swoje uposażenie. Dotąd albowiem arcybiskupi ormiańscy nie mieli stałego dochodu, ale żyli jeszcze ze składek od parafian, co dla tych parafian naturalnie bardzo uciążliwe było, a pasterzowi nie zapewniało także wcale spokojnego bytu. Wtem kiedy rząd polski wdawał się w tę sprawę, Galicya odpadła od Korony, a pod nowym rządem bytowi udzielnemu katedry ormiańskiej burza zagroziła. Arcybiskup ma tutaj całą zasługę, że uratował stolicę, bo razem przez księżnę Kantakuzen i przez nuncjusza trafił do Marji Teressy, która nakazała utrzymać arcybiskupa i kapitułę przy nim, złożoną z 14 księży, wszystko na koszcie rządu. Po strasznej pożodze w roku 1778, arcybiskup odnowił i powiększył mieszkanie dla swoich następców. Umierając 11 stycznia 1783 raczej pracować niż żyć przestał. Pisał bardzo dużo, jako to: filozofię, logikę, teologię itd. Wszystko to zostaje do dziś dnia w rękopiśmie. Był również assystentem tronu rzymskiego. – Z tejże może rodziny pochodził Benedykt de Augustynowicz (tak się pisał), mianowany szambelanem Stanisława Augusta 29 marca 1792 r.
Jak podają Roman Marcinek i Krzysztof Ślusarek w pierwszym tomie Materiałów do genealogii szlachty galicyjskiej (Kraków 1996, s. 13) Augustynowiczowie w Małopolsce pieczętowali się godłem Odrowąż i własnym i byli m.in. właścicielami dóbr Woszczańce; spokrewnieni z rodzinami Łosiów, Noelów.
Tyle o małopolskim rodzie Augustynowiczów. Jak podaje Almanach Szlachecki (t. 1, s. 132) S. Starykoń-Kasprzyckiego, byli też szlachta tego nazwiska pieczętujący się godłami Baki i Poraj.
Wszelako byli w Wielkim Księstwie Litewskim i Augustynowiczowie nic wspólnego z powyższymi nie mający.
Tak np. Wywód familii urodzonych Augustynowiczów herbu Ogończyk, zatwierdzony przez heroldię wileńską 16 czerwca 1811 roku podaje, że „przodkowie tey familii dawną rodowitością szlachecką zaszczyceni ziemskie oraz dziedziczne majątki posiadali, a z tych pierwszy Jan Mikołajewicz Augustynowicz possessyą dziedziczną Augustynowszczyzną Chomkowszczyzną zwaną posiadał Posiadłość tę, leżącą w Ziemi Oszmiańskiej w części w 1603 roku Augustynowiczowie sprzedali Marcinowi Dawidowskiemu. Jan miał synów Stanisława i Jakuba. Później posiadali Augustynowiczowie drobne zaścianki w województwie wileńskim.
W 1811 roku Wincenty, Józef, Justyn, Paweł, Felicjan, Jan i (drugi) Wincenty Augustynowiczowie uznani zostali przez heroldię wileńską za rodowitą szlachtę polską” (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 876, s. 64–66).
Byli też Augustynowiczowie herbu Augustynowicz.
Augustynowiczowie z powiatu oszmiańskiego, wywodzący się od protoplasty Jerzego i jego synów Stanisława i Jakuba, Hilary, Kazimierz, Bazyli, Jakub, Jan (2), Wincenty (2), Józef, Justyn, Paweł, Felicjan zostali potwierdzeni w rodowitości szlacheckiej przez heroldię wileńską 16 czerwca 1811 r. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 44).
Spotyka się wzmianki o przedstawicielach tej rodziny także w dawnych źródłach pisanych. Dla przykładu brzeski sąd grodzki jeszcze 9 marca 1577 r. rozpatrywał sprawę o pobicie przez Wojciecha Chmielewskiego pana Lenarta Augustynowicza, w trakcie gdy ów „wiózł piwo z wolki królewskiej z Żabinki do domu swego do Chmielewa”.
Jan Augustynowicz, szlachcic wileński, w 1609 r. figuruje w księgach grodzkich tego miasta.
Ziemianin hospodarski Ziemi Żmudzkiej pan Augustynowicz wzmiankowany jest w księgach Głównego Trybunału w Wilnie 21 lipca 1615 r. (Lietuvos Vyriausiojo Tribunolo sprendimai, Vilnius 1988, s. 258).
Generał armii carskiej Oktawiusz Augustynowicz ofiarował 5 tysięcy rubli dla Akademii Umiejętności w Krakowie na prace z historii gospodarczej (Historia nauki polskiej, Warszawa 1987, t. 4, cz. 1-2, s. 195).
16 stycznia 1840 roku ziemianin podolski A. Augustynowicz pobił kobietę, która wskutek tego urodziła martwe dziecko; za karę był więziony przez trzy miesiące na własny rachunek (Daniel Beauvois, Polacy na Ukrainie, Paryż 1987, s. 51).
Z tej rodziny pochodził właśnie Tomasz Augustynowicz, znakomity wileński lekarz i botanik, badacz przyrody Ukrainy, Jakucji, Sachalinu.
Źródła naukowe na Białorusi z reguły określają Tomasza Augustynowicza jako „białoruskiego podróżnika i geobotanika”, akcentując, że „pochodził z biednej rodziny chłopskiej”, co nie koniecznie jest zgodne z prawdą.
Ojciec Tomasza Augustynowicza, Maciej, figurował w zapisach urzędowych jako tzw. „wolnyj kriestjanin Wilenskoj Gubernii”, co mogło znaczyć, że urząd heroldii nie potwierdził oficjalnie jego rodowitości szlacheckiej, co władze carskie nagminnie i notorycznie czyniły w stosunku do zbiedniałej drobnej szlachty Ziemi Wileńskiej. Ale właśnie pojęcie „wolny chłop” (nie zaś „kriepostnoj” czyli chłop pańszczyźniany) daje do zrozumienia, że chodzi tu o siermiężnego szlachcica, któremu odmówiono urzędowego uznania za „dworianina” ze względu na brak znaczniejszej posiadłości ziemskiej.
Nauki gimnazjalne Tomasz Augustynowicz pobierał w Świsłoczy, miasteczku na Grodzieńszczyźnie, z którego nazwą kojarzą się młode lata szeregu wybitnych działaczy kultury polskiej, litewskiej, białoruskiej i rosyjskiej.
Studia rozpoczął młody człowiek w Wilnie, w 1830 r., na wydziale lekarskim tutejszej wszechnicy. W 1832 roku uczelnia została przez władze carskie zamknięta ze względu na to, że kilkaset studentów wzięło udział w antyrosyjskim powstaniu 1830/1831. Jednak studentom wydziału teologicznego i lekarskiego umożliwiono kontynuację nauki. Tomasz Augustynowicz w 1835 roku ukończył z wyróżnieniem (złoty medal) Akademię Medyczno-Chirurgiczną, powstałą z wydziału lekarskiego dawnego Uniwersytetu Wileńskiego w 1832 roku. Jeszcze siedząc w ławce studenckiej młodzian rozmiłował się w badaniach naukowo-historycznych, napisał i wydał po łacinie książkę (1835) pt. Instrumenta chirurgica in discentium commodum 50 tabulis depicta et lapidi incisa.
W czasie studiów zebrał obszerny zielnik ziemi wileńskiej i grodzieńskiej, przekazując go następnie w darze Akademii Medyczno-Chirurgicznej w Wilnie. Już w tym geście można widzieć zapowiedź ukazania się na widnokręgu nauki botanicznej nowej jaskrawej gwiazdy. Ta nauka od dawna bowiem rozwijała się w Polsce i Litwie. „W zakresie botaniki zaczynają się oryginalne badania w Polsce od drugiej połowy XV wieku, a mianowicie od zestawienia przez Jana Stankę flory i fauny krajowej: 523 roślin, a zwierząt 219, ilość przechodzącą, i to niezmiernie, wszelkie inne katalogi średniowieczne. W XVI wieku powstał szereg zielników polskich, oryginalnym jest wśród nich „Zielnik” Marcina z Urzędowa z połowy XVI w. ...
Uniwersytet Jagielloński posiadł jeden z pierwszych katedrę botaniki, z zobowiązaniem profesora do nauczania w polu i ogrodzie (1602). Pierwszym profesorem był Szymon Syreński, którego „Zielnik” liczył przeszło półtora tysiąca stron in folio. Warszawski ogród botaniczny jest najstarszy na północ od Alp (około 1640), a katalog jego ogłoszono w roku 1652. W Wilnie urządzono ogród botaniczny w roku 1781, w Krakowie we dwa lata potem” (Feliks Koneczny, Polskie Logos a Ethos, t. 1, s. 224-225).
A więc Tomasz Augustynowicz zapowiadał się już w młodości jako godny kontynuator tej chlubnej tradycji. Wydawać by się mogło, że tak zdolny, twórczy i pracowity młody człowiek idealnie nadaje się do tego, by pozostawić go na uczelni i umożliwić mu dalszy rozwój naukowy i realizację jego niepospolitych możliwości. A jednak władze zaborcze żywiły obawy przed buntowniczym duchem tutejszej młodzieży, szczególnie właśnie – młodzieży znakomicie uzdolnionej. Posyłano ją z reguły do oddalonych od Wilna o setki i tysiące kilometrów prowincji i tam dopiero pozwalano – choć nie zawsze były po temu warunki – na realizację ich pięknych zadatków w tej czy innej dziedzinie twórczości naukowej, organizacyjnej czy artystycznej. Tenże los spotkał i T. Augustynowicza. Powołano go po studiach do wojska i skierowano na pogranicze rosyjsko-ukraińskie. Po latach służby w charakterze lekarza wojskowego udało mu się wreszcie przejść do rezerwy i w cywilu rozpocząć pracę zarobkową także w tym zawodzie. (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Rosji w Petersburgu, f. 1297, z. 79, nr 610, s. 21).
Tomasz Augustynowicz przez wiele lat pracował, od 1845 r., w charakterze lekarza i inspektora sanitarnego na terenie Ukrainy i Rosji (w miejscowości Łubny guberni połtawskiej, oraz w guberniach kurskiej i permskiej). W 1871 roku został powołany do Petersburga, gdzie objął posadę w Ministerstwie Ochrony Zdrowia Cesarstwa Rosyjskiego.
W 1871 roku został ze specjalną komisją rządową skierowany na Sachalin w celu zbadania i przedstawienia bezstronnej analizy sytuacji więźniów katorżniczych, odbywających karę na tej wyspie. Pozostawał na Sachalinie prawie przez dwa lata, przy czym nie tylko wywiązał się z zadania rządowego, ale też zrealizował obszerny plan badań botanicznych i etnograficznych na tym terenie. Zaznaczmy na marginesie, że uczony był już wówczas po sześćdziesiątce.
Badania botaniczne prowadził też w Syberii Wschodniej i Zachodniej (m.in. w rejonie Irkucka, Zabajkala, Władywostoku, w dorzeczu Obu). Jeśli chodzi o zagadnienia florystyczne, to uczony opublikował na ten temat w języku rosyjskim książkę O dikorastuszczich wracziebnych rastienijach połtawskoj gubiernii (Kijów 1853) oraz Fłora Sachalina (w periodyku Trudy Sibirskoj Ekspiedicii Russkogo Gieograficzeskogo Obszczestwa, nr 2, 1874).
Trudno się dziwić faktowi, że T. Augustynowicz do głębi duszy był zafascynowany światem roślin. Wśród opisanych przez niego gatunków znajdowały się m.in. tak ciekawe reprezentantki flory jak rośliny mięsożerne. Niektóre spośród nich żyją też na terenach Polski graniczących ze Słowacją. Jak wiadomo, jedną z cech charakteryzujących wszystkie organizmy żywe, zarówno roślinne, jak i zwierzęce, jest konieczność pobierania i przyswajania pokarmu. Ze względu na sposób odżywiania się cały świat istot żywych dzieli się na dwie grupy: samożywne – autotrofy i cudzożywne – heterotrofy.
Większość roślin na kuli ziemskiej jest autotroficzna, co oznacza, że mają one zdolności syntetyzowania pokarmów organicznych ze związków mineralnych. Zdecydowanie mniejsza część roślin, to rośliny heterotroficzne (np. huby), nie mogące żyć całkiem niezależnie od innych organizmów, lecz skazane na korzystanie z produktów fotosyntezy wytwarzanych przez inne organizmy.
W przyrodzie występuje również mała grupa przedziwnych roślin, które w dość specyficzny sposób przysposobione są do spożywania żywności mieszanej. Są to rośliny „mięsożerne”, a ściślej owadożerne, które mają rozwinięte wszystkie organy, podobnie jak rośliny autotroficzne, ale jeśli mają możliwości uzupełnienia pokarmu potrawą pochodzenia zwierzęcego, odznaczają się wówczas wyższą witalnością i wytwarzają więcej nasion. Ten sposób odżywiania się umożliwia im bytowanie w siedliskach ubogich w sole azotowe i fosforowe oraz wyrównuje niedobór tych składników. Owady schwytane przez rośliny mięsożerne zostają rozpuszczone za pomocą enzymów wydzielanych przez specjalne gruczoły, a następnie wchłaniane. Jest to pewien rodzaj ekologicznego przystosowania jako warunku bytu w środowisku.
Dotychczas znamy około 250 gatunków roślin mięsożernych, większość z nich występuje w tropikach. Często są pozbawione systemu korzeniowego, a niektóre z nich mają zredukowany barwnik asymilacyjny. W Tatrach Słowackich rosną z pewnością 3 gatunki roślin mięsożernych. Jedną z nich jest rosiczka okrągłolistna (Drosera rotundifolia J.). Roślina trwała, 10-20 cm wysoka, z przyziemną różyczką. Pęd kwiatowy prosto wzniesiony, dłuższy od liści, skąpokwiatowy. Kwiaty białe. Liście okrągłe: 6-10 cm, pokryte gruczołami wydzielającymi lepką ciecz. Krople cieczy lśnią na słońcu, przypominając rosę. Nazwa rośliny pochodzi z greckiego słowa drosos – rosa i z kombinacji łacińskich słów rotunds – okrągły i folium – liść. Połyskujące krople zwabiają owada, który siadając na liściu, przylepia się do niego. Ruchy przylepionego owada drażnią okolice gruczołów, które wydzielając enzymy, rozkładają ciało zdobyczy. Produkty rozkładu rozprowadzane są naczyniami do komórek rośliny. Niestrawione zostają jedynie części chitynowe zabierane przez wiatr. Zdolność trawienia pokarmów zwierzęcych mają zazwyczaj tylko młode liście. Rosiczka jest rośliną ściśle chronioną, jej zbiór jest zakazany. Kiedyś służyła jako roślina lecznicza, ze względu na zawartość materiałów czynnych, powodujących obniżenie poziomu cukru we krwi. W związku z jej eksploatacją doszło w Słowacji do zaniku tej godnej uwagi rośliny. W Tatrach znanych jest tylko kilka miejsc jej występowania.
W niektórych krajach rosiczka służy jako przyprawa do orzeźwiającego napoju z mleka.
Inna mięsożerna roślina to tłustosz alpejski (Pinguicula alpina L.). Jest to trwała roślina z liśćmi zebranymi w różyczkę. Liście całobrzegie, jajowate, złotozielone o brzegach zwiniętych, z wierzchu drobne gruczoły. Z różyczkami liści wyrasta złotawobiały kwiat. Organem chwytnym jest cały liść, na którym znajdują się dwa rodzaje gruczołów: wysokie – wydzielające lepkawą ciecz i niskie – wydzielające enzymy, które rozkładają ciało owada. Po chwyceniu owada zostają podrażnione rzęski na brzegu liścia, które odbierają i przewodzą bodźce ruchowe. Gruczoły zaczynają wydzielać soki trawienne i liść aktywnym ruchem zaczyna zwijać się wzdłuż nerwu głównego. Po strawieniu owada chitynowy szkielet jest unoszony przez wiatr.
Tłustosz alpejski występuje zwłaszcza w wyższych partiach Tatr, przeważnie na podłożu wapiennym. Jego ziele zawierające kwas cynamonowy stosowano go kiedyś w medycynie ludowej jako lek wymiotny.
Interesujący jest też tzw. pływacz drobny (Vitricularia minor L.). W literaturze można znaleźć informacje o pojawieniu się tej rośliny na torfowych zboczach Tatr. Mimo niemałego wysiłku, jej występowania nie udało się potwierdzić. Nie znaczy to wcale, że pod Tatrami Słowackimi nie rośnie. Celowe jest przedstawienie tej rośliny, bowiem sposób, w jaki chwyta swoje ofiary, jest specyficzny. Jest to roślina pływająca, bez korzeni. Pędy pływające mają drobne pęcherzyki służące jako pułapki na drobne zwierzęta wodne. Liście pierzastodzielne. Grona kwiatowe: 5-10 kwiatowe, korona bladożółta.
Organem chwytnym jest pęcherzyk z otworem zamkniętym klapką, uchylającą się tylko ku środkowi. Klapka ta działa podobnie, jak uchylające się śluzy, tzn. wpuszcza zdobycz do środka, a potem zamyka się. Wokół otworu pułapki znajduje się wieniec delikatnych szczecinek, które można porównać do czułków zwierzęcych. Szczecinki te podrażnione ruchem drobnych skorupiaków czy owadów wodnych przenoszą impulsy na ściany pęcherzyka, które wydymając się na zewnątrz, powodują zasysanie wody do wnętrza. Wraz z wodą dostają się do wnętrza owe drobne żyjątka wodne. Klapka zamyka od wnętrza otwór pęcherzyków, a wydzielony ferment trawiący rozpuszcza ciało zwierząt. Pęcherzyki pływacza od dawna budziły zainteresowanie przyrodników. Przeprowadzał na nich doświadczenia już Darwin.
***

Pierwsze odkrycia dziwnych właściwości roślin poczyniono już w XIX wieku.
W roku 1873 uczony niemiecki Alfred v. Herzeele zauważył, że w niektórych roślinach i niektórych ziarnach, rozwijających się w wodzie destylowanej, ilość potasu, fosforu, magnezu, wapnia i siarki zwiększa się ponad zawartość tych pierwiastków w wodzie. Obserwacje te czekały długo na jakieś sensowne wyjaśnienie.
W roku 1959 w piśmie „Science et Vie” prof. Pierre Beranger z Paryża poinformował czytelników, że wielokrotnie powtórzył doświadczenie Herzeelego i doszedł do tych samych wniosków, co uczony niemiecki. Rzeczywiście rośliny posiadają moc przekształcania niektórych pierwiastków, co ma dla uprawy niezwykłe znaczenie. Można bowiem ustalić, jaka roślina może danej ziemi dostarczyć takich elementów, których tej ziemi brak, co pozwoli zrezygnować z pomocy sztucznych nawozów, wynaturzających glebę.
Natomiast inny biolog francuski, Kervran spróbował wyjaśnić to zjawisko. Jego artykuł ukazał się (1973) w pracy zbiorowej noszącej tytuł „Alchemia – marzenie czy rzeczywistość?” Kervran pisze w swoim artykule, że przemiana pierwiastków przez rośliny dokonuje się nie w układzie peryferyjnych elektronów, ale przez zmianę jądra, spowodowaną... działalnością enzymów. Nie musimy dodawać, że podobna teoria musi spowodować zgrzytanie zębami u każdego szanującego się chemika.
Bowiem chemia nie potrafi wyjaśnić tego, co zdaniem Kervrana jest zjawiskiem arcyprostym. Oto mamy sód o 11 protonach i tlen o 8 protonach. Wystarczy dodać protony (!), aby otrzymać potas, który posiada 19 protonów. W podobny sposób można, twierdzi Kervran, utworzyć wapień (20 protonów) z potasu (19 protonów) i wodoru (1 proton), albo z magnezu (12 protonów) i tlenu (8 protonów), względnie z krzemu (14 protonów) i węgla (6 protonów). Według Kervrana, tak właśnie rośliny utrzymują równowagę różnych elementów w glebie uprawnej.
Także w XIX wieku jeden z uczonych hinduskich stwierdził, iż rośliny wyposażone są w system nerwowy, na który można wpływać za pomocą różnych bodźców, tak jak na system człowieka. Luther Burbank, bo tak nazywał się wspomniany uczony hinduski, drogą wieloletnich i żmudnych eksperymentów stwierdził też, iż poprzez skoncentrowany proces myślenia, można wywierać na rośliny... określony wpływ!
Badaniami uczonego hinduskiego zainteresowano się jednak dopiero w naszych czasach, kiedy to w roku 1966 Cleve Backster dokonał innego odkrycia, a mianowicie tzw. psychogalwanicznej reakcji roślin. Co to znaczy? W ogromnym skrócie: Amerykanowi udało się stwierdzić, iż rośliny, podobnie jak wszystkie inne organizmy żywe, mogą... być np. zmęczone, ulegać frustracji oraz załamaniom nerwowym. Oto w trakcie badań zdarzył się kiedyś Backsterowi przypadek, który zdążył już wejść do historii nauki. Podłączył on mianowicie do badanej rośliny aparat elektrostatyczny, który miał analizować działanie rośliny w trakcie jej odwadniania. Ponieważ badanie się przedłużało, Backster pomyślał. że dobrze byłoby badany liść nieco osmalić, żeby proces odwodnienia przyspieszyć. W tym samym momencie, spostrzegł zaskoczony mocno, że aparat zarejestrował gwałtowną zmianę natężenia promieniowania! Niesłychane! Roślina zareagowała w taki sposób, jakby wyczuwała „niecne” zamiary uczonego... Ale w jaki sposób? Czy rośliny, a może tylko niektóre ich gatunki mają zdolność kontaktu z człowiekiem...?
Założenie, jakie w dalszej pracy przyjął uczony amerykański, brzmi już prawie jak opowieść fantastyczno-naukowa. Założył on bowiem sobie, iż może to być wpływ za pomocą... telepatii. Idąc wyznaczonym śladem, Backster skonstruował urządzenie, za pomocą którego mógł wyjmować z wody żywe krewetki i wrzucać je do naczynia z wrzącą wodą. Eksperyment ten prowadził w zamkniętym pomieszczeniu, podczas gdy w tym samym czasie, za zamkniętymi drzwiami, inne urządzenia rejestrowały zachowanie się roślin. Rezultat był wprost wstrząsający. Okazało się, że wszystkie rośliny w tym pomieszczeniu reagowały błyskawicznie na każdy moment, w którym krewetka wpadała do ukropu! Na wykresach podłączonych do aparatów uwidocznione to było całą lawiną gwałtownych impulsów. Zupełnie tak, jak gdyby te wszystkie rośliny krzyczały, iż w pokoju obok morduje się jakieś inne organizmy żywe!
Backster stwierdził więc z całą satysfakcją, że widocznie każdy żywy organizm, ginąc wysyła silne sygnały rozchodzące się w najbliższym otoczeniu i mogące być rejestrowane przez inne organizmy żywe, a nawet rośliny.
Uczony amerykański twierdził też, iż pomiędzy roślinami domowymi a hodowcą, wytwarza się coś w rodzaju stałego związku, pewnej nici porozumienia. I coś, w co rzeczywiście trudno uwierzyć: otóż zdaniem Backstera „dobrze wychowane rośliny” reagują na polecenia swego pana... Wystarczy podobno tylko pomyśleć! I to w dodatku nawet na odległość do 20 kilometrów.
Rewelacyjne informacje o niesamowitych właściwościach roślin nadchodzą zresztą z różnych stron świata.
Ekipa uczonych z Kazachstanu wyuczyła np. pewne rośliny odruchów warunkowych. Między innymi wyuczyli oni filodendron, by reagował na pewne skały zawierające określony rodzaj rudy. Metoda była taka sama, jaką stosował Pawłow wyuczając swoje psy odruchów warunkowych. Nieszczęsny filodendron poddawano różnym przykrym bodźcom, podsuwając mu jednocześnie ową skałę zawierającą rudę. Później na samo zbliżenie tego kawałka skały roślina reagowała gwałtownie, co uwidoczniało się na galwanometrze. Kiedy natomiast podsuwano jej skałę o takim samym wprawdzie kształcie, ale z inną rudą – roślina nie reagowała. Uczeni sądzą, że będzie można wkrótce dokonywać poszukiwań geologicznych przy pomocy roślin.
Psychologowie moskiewscy Puszkin i Fetisow dokonali innego doświadczenia. Zahipnotyzowali oni młodą dziewczynę, ale elektroencefalograf podłączyli do znajdującej się w tym samym pomieszczeniu rośliny, konkretnie – geranium. Na wszystkie zasugerowane dziewczynie stany uczuciowe reagował gwałtownie elektroencefalograf podłączony do geranium. Roślina potrafiła także wykryć kłamstwo w odpowiedziach dziewczyny, a nawet odgadnąć bezbłędnie wybraną przez nią cyfrę między 1 a 10.
Oto jak prof. Puszkin tłumaczy to niezwykle zjawisko: „Jest  rzeczą możliwą, że między dwoma systemami informacji – komórkami roślinnymi i komórkami nerwowymi istnieje jakaś łączność. Komórki roślinne i komórki nerwowe mogą odnaleźć wspólny »język«. Dzięki temu te dwa tak różne typy komórek mogą się zrozumieć”.
W Nowosybirskim Instytucie Medycyny Klinicznej i Doświadczalnej prof. Szczurin przeprowadził jeszcze ciekawsze doświadczenie, za które otrzymał zresztą nagrodę państwową. Nagroda została przyznana za odkrycie „konwersacji” między dwiema grupami komórek ludzkich, przy czym każda z nich znajdowała się w hermetycznie zamkniętym pudełku z kwarcu. Kiedy jedna grupa komórek została zainfekowana wirusem, druga wykazywała podobne objawy infekcji. Gdy się jedną grupę komórek zabijało za pomocą jakiejś trucizny lub napromieniowania, ginęła i druga!
Podobne zresztą doświadczenie przeprowadził Anglik, dr Bailey. Umieścił on dwie rośliny w oddalonych od siebie szklarniach i pozbawił je wody. Gdy potem podlał jedną z nich, druga momentalnie wykazywała reakcje widoczne na galwanometrze.
Rośliny mogą też przejawiać zupełnie określone gusty muzyczne. W tej materii doświadczenia są przeprowadzane od dawna. Przekonano się, że rośliny wolą muzykę klasyczną od nowoczesnej. Że wolą skrzypce od perkusji. Bardzo dobrze „reagują” na Bacha czy na ludową muzykę indiańską, która notabene powoduje ich nachylenie w kierunku głośnika o 60 stopni!
Eksperymentatorzy nie byliby eksperymentatorami, gdyby nie próbowali za pomocą muzyki zwiększyć plonów. Niejaki George Smith z Nevady w jednej z dwóch cieplarni z uprawami soi i kukurydzy nadawał „Błękitną rapsodię” Gershwina. Okazało się, że pod wpływem tego znakomitego utworu uprawa soi wzrosła o 20 proc., a uprawa kukurydzy o 35 proc. w porównaniu z uprawą kontrolną.
Praktyczne zastosowanie owych preferencji muzycznych jest proste (o ile są one, rzecz jasna, sprawdzone). Ale czemu służyć mogą owe emocje roślinne, owa czułość i nadwrażliwość? Odpowiedź jest tu na razie niepełna, dlatego chociażby, że nikt nie doszedł jeszcze, jaka jest istota owej łączności międzykomórkowej. Jedno jest pewne. Wszystkie przeprowadzone dotychczas doświadczenia wskazują, że w nawiązaniu owej łączności nic nie jest w stanie przeszkodzić. Wiadomo na pewno, że nie jest to łączność wytworzona przez fale typu elektromagnetycznego czy przez promieniowanie. Czy szybkość, z jaką łączność ta zostaje nawiązana, jest równa szybkości światła? Czy też może jest to łączność natychmiastowa, która stanowi wyraz stałej równowagi, jaka istnieje w przyrodzie?
Trudno dziś na te pytania odpowiedzieć. Aleksander Dorożyński, komentator miesięcznika „Science et Vie”, tak konkluduje: „Jeśliby rzeczywiście to ostatnie przypuszczenie odpowiadało prawdzie, ten kanał łączności mógłby zostać na przykład wykorzystany dla kontaktów ze statkiem kosmicznym znajdującym się w znacznej odległość od Ziemi, albo też w tym celu, by wykryć obecność życia na innych planetach”.
Oto jakie perspektywy otwiera możliwość wykorzystania tej niezwykłej siły biotycznej, jaka tkwi w komórkach, o której niewiele dziś jeszcze potrafimy powiedzieć.
Lubo życie emocjonalne roślin stanowi w tych wszystkich zjawiskach rozdział najciekawszy, to przecież nie jedyny. Uczeni doszli tu do wniosków wręcz rewelacyjnych. Okazuje się bowiem, że nie jest wcale wykluczone, iż rośliny – jak pisaliśmy wyżej – posiadają niezwykłą umiejętność przemiany jednego pierwiastka w drugi, umiejętność, która w sensie bardzo ograniczonym posiadła współczesna nauka, opanowując kilka reakcji jądrowych.
Na początku XX wieku doświadczenia Klimenta Timiriaziewa (1843–1920) dowiodły, że u roślin występuje specyficzny „system nerwowy”, będący odpowiednikiem systemu nerwowego u zwierząt, a jego funkcję pełni sieć włókien służących do rozpoznawania soków roślinnych. Jaka jest natura tych sygnałów?
Odpowiedzi na to pytanie udzieliły prace przeprowadzone w 1970 roku przez specjalną grupę z Akademii Rolniczej im. Timiriazewa, kierowaną przez młodego biologa, doc. Aleksieja Siniuchina. Umieścił on obok siebie dwie rośliny, połączone jedynie za pośrednictwem specjalnej aparatury elektronicznej, i „podrażniał” jedną dla sprawdzenia, czy u drugiej rośliny, połączonej z pierwszą jedynie „kablem telefonicznym”, nie tylko pojawiła się reakcja na podrażnienie pierwszej, ale była ona równa reakcji pierwszej rośliny. Tak więc między roślinami, fizycznie całkowicie rozdzielonymi, istnieje więź elektromagnetyczna: reakcja jednej rośliny na podrażnienie wywołuje zakłócenia w jej potencjale elektrycznym, odbierane bezbłędnie przez inną roślinę w pobliżu...
Co prawda, T. Augustynowicz nie badał tak głęboko fizjologii roślin, ale jego prace zawierają szereg bardzo dokładnych i interesujących uwag, dotyczących tej dziedziny wiedzy.

***

Owocem zaś badań etnograficznych były m.in. publikacje: Żyzń russkich i inorodcew na ostrowie Sachalin („Wsiemirnyj Putieszestwiennik”, nr 2, 1874); Tri goda w siewiero-wostocznoj Sibiri za polarnym krugom („Driewniaja i Nowaja Rossija”, nr 12, 1880). Poszczególne artykuły T. Augustynowicza były też publikowane w pismach „Prawitielstwiennyj Wiestnik” i „Sowriemiennost”.
Uczony zbadał, a następnie opisał w pracach naukowych szczegóły kultury materialnej i duchowej, byt, obyczaje i tradycje takich ludów syberyjskich, jak Ajnowie, Gilakowie i Oroczonowie.
Lata 1874–1876 T. Augustynowicz spędził w Jakucji na Kołymie w charakterze członka ekspedycji lekarskiej, która miała na celu zwalczanie chorób zakaźnych i organizowanie medycznej służby profilaktyczno-prewencyjnej na tych bezkresnych terenach. Był bardzo dobrym lekarzem, cieszył się wielką sławą znakomitego specjalisty i setkom ludzi uratował życie. Obok jednak pełnienia bezpośrednich obowiązków służbowych poświęcał wiele czasu swemu „konikowi” naukowemu – badaniom florystycznym i etnograficznym. Zebrał przebogate materiały z zakresu kultury materialnej (np. stroje ludowe) oraz poczynił liczne notatki dotyczące stylu życia Czukczów, Jakutów, Jukagirów, Omoków, Tunguzów. W 1878 roku te zbiory były eksponowane i wywołały duże zainteresowanie na wystawie antropologicznej w Moskwie, podczas inauguracji której T. Augustynowicz wygłosił referat o ludach i plemionach okręgu kołymskiego. Uczony podkreślał, że rzekomo „prymitywni” mieszkańcy terenów syberyjskich w rzeczy samej są nosicielami pełni człowieczeństwa, i to w nie mniejszej mierze niż dumni ze swych osiągnięć cywilizacyjnych Europejczycy. Wyakcentowywał takie m.in. cechy obyczajowości i usposobienia, jak pracowitość Jukagirów, bezwzględną uczciwość Omoków i Czuwanców, samodyscyplinę i karność Ewenków, sterylną nieomal czystość i porządek, panujące w domostwach Ewenów. Nie pomijał też uczony milczeniem okoliczności, że stosunki między rdzenną ludnością Syberii a władzami rosyjskimi są zwykle dość napięte i nacechowane wzajemną nieufnością oraz niechęcią.
W latach 1879–1880 dwukrotnie odbył podróż morską parowcem z Odessy (przez Aden, Port Said, Cejlon, Singapur) do Sachalinu; badał jednak tym razem na zlecenie rządu rosyjskiego głównie warunki klimatyczne regionu oraz przydatność tamtejszej gleby dla rolnictwa. W 1880 roku opublikował część swych obserwacji i wniosków w szóstym numerze czasopisma „Bierieg” w artykule pt. Kratkije zamietki o poczwie i klimatie ostrowa Sachalin w otnoszienii k chlebopasziestwu.
W sumie T. Augustynowicz przemierzył jako podróżnik dziesiątki tysięcy kilometrów, dokonał szeregu ważnych obserwacji i odkryć w zakresie geografii, botaniki, epidemiologii, etnografii, klimatologii, gleboznawstwa, historii kultury, pomologii. Zgromadzona przez niego kolekcja czterdziestu tysięcy okazów flory syberyjskiej (przekazana w darze Instytutowi Botanicznemu Akademii Nauk w Petersburgu) nie miała sobie równych i przez długi czas stanowiła przedmiot badań specjalistów jako po prostu podstawowy materiał służący do poznawania flory Azji Północno-Wschodniej.
Warto, być może, wskazać także na aspekt psychospołeczny losu T. Augustynowicza i innych wysoce utalentowanych osób, pochodzących z terenów W. Ks. Litewskiego a działających w Cesarstwie Rosyjskim.
Jednostka, która chce uchodzić za uczonego, musi stworzyć dzieło, zasługujące na pozytywną ocenę z punktu widzenia określonych sprawdzianów poznawczej ważności. Tworząc zaś dzieło i zyskując pozytywną ocenę zarówno czynników nadrzędnych, jak i opinii potocznej, nosiciel tak nierosyjskiego nazwiska jak Augustynowicz uwalniał się w jakimś stopniu nie tylko od ogólnoludzkiego poczucia ograniczoności indywidualnego istnienia i marności poczynań człowieka w potoku przemijalności, ale też od złośliwej dokuczliwości wszechobecnego szowinizmu rosyjskiego, doskwierającego Polakom na każdym kroku nawet w życiu powszednim.
Stając się z pogardzanego „polaczka” „dumą narodu i nauki rosyjskiej” niejeden znakomity Polak zyskiwał za jednym zamachem wspaniałe warunki życiowe, powszechne uszanowanie, majątek i władzę. A jeśli jeszcze przy tej czy innej okazji z mniejszą czy większą szczerością napomknął o swym rzekomo „czysto rosyjskim” pochodzeniu, (zazwyczaj prawdziwym) oddaniu Rosji – miał sam , jak i jego rodzina, przed sobą otwarte wszystkie drogi. Często w takich przypadkach – w myśl działania psychologicznego prawa „wyrównania postaw” – następowała daleko posunięta samoidentyfikacja takich Polaków z interesami rosyjskimi, z Imperium Rosyjskim, co, swoją koleją, potęgowało uczucie bezpieczeństwa, znaczenia i pozytywnej samooceny poprzez współuczestnictwo w życiu i rozwoju wielkiego mocarstwa. Proces ten realizował się w środowisku patriotycznym rosyjskim, wśród konkretnych żywych ludzi, często osobiście nader sympatycznych, a to tworzyło system wzajemnej lojalności, pewnych uwarunkowań i wartości, których nie powinno się ignorować. Przywiązywało to Polaków jeszcze bardziej do ich rosyjskiego otoczenia. „Osoba jest przedmiotem pozytywnego wartościowania ze strony swego kręgu, ponieważ jego uczestnicy są przekonani, że potrzebują jej współpracy do urzeczywistnienia pewnych dążeń związanych z owymi wartościami. (...) Z drugiej strony jest oczywiste, że jednostka nie może odgrywać roli bez współpracy swego kręgu, chociaż nie musi to być współpraca każdej poszczególnej jednostki należącej do danego kręgu. (...) Jeśli jej krąg społeczny, jej „jaźń” musi w przekonaniu jego członków mieć pewne własności fizyczne i duchowe, nie mieć natomiast innych”. (F. Znaniecki).
Podstawową, bezwzględnie mającą być deklarowaną cechą w Rosji carskiej, w jej kręgach elitarnych, musiał być patriotyzm wielkorosyjski, w przypadku osób pochodzenia polskiego – najlepiej o posmaczku antypolskim, z elementami odcinania się od swych korzeni. Niekiedy tylko godzono się na przemilczanie tych spraw, ale pilnie uważano, by nie nastąpiły jakiekolwiek „deklaracje” propolskie, które zresztą pociągnęłyby za sobą natychmiastowe poważne konsekwencje...
Najczęściej Polak taki był już stracony dla polskości. Ale nie dla ludzkości. Gdyż wielka Rosja zapewniała mu przez swój gigantyczny potencjał materialny względnie dobre warunki badań naukowych, wnoszenie godnego wkładu do ogólnoludzkiej skarbnicy wiedzy, technologii, kultury.
Od ponad stu lat Tomasz Augustynowicz uchodzi w nauce rosyjskiej nie tylko za jednego z pierwszych, ale i za jednego z najbardziej wybitnych i zasłużonych badaczy przyrody Jakucji i Sachalinu...
Nazwisko Augustynowicza nadano m.in. gatunkowi turzycy (Carex Augustynowiczi Meinh).
Po przejściu na emeryturę wybitny uczony wrócił na ziemię ojczystą, zamieszkał w Święcianach na Wileńszczyźnie. Zmarł tutaj w jesieni 1891 roku.

***




MIKOŁAJ PRZEWALSKI


Mikołaj Przewalski przyszedł na świat 31 marca 1839 roku w miejscowości Kimborowo na Smoleńszczyźnie w niezbyt zamożnej rodzinie ziemiańskiej. Na tych terenach wśród morza ruskiej ludności rolniczej, gęsto rozsiane ongiś były mniejsze i większe zagrody, dworki i dwory szlacheckie, należące do najlepszego starożytnego rycerstwa polskiego, osadzanego tu, na dawnym polsko-moskiewskim pograniczu, w XVI–XVII wieku przez monarchów polskich w celu umocnienia rubieży Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Czasy się odmieniły, tereny te na stałe weszły w skład Cesarstwa Rosyjskiego; niektóre rody polskie pozostały przy wierze ojców, większość jednak przeszła na prawosławie i zasiliła naród rosyjski elementem w najwyższym stopniu wartościowym, dzielnym, inteligentnym, odważnym i dynamicznym. Obok Glinków, Czajkowskich, Ciołkowskich, Bernackich, Połońskich, Żongołłowiczów, Narbutów, Ciechanowiczów, Łobaczewskich, Nowickich znaleźli się w tym gronie i panowie Przewalscy.
Ten znakomity podróżnik i autor wielu doniosłych ustaleń naukowych dotychczas uchodzi za rdzennie rosyjskiego reprezentanta nauki geograficznej. Tymczasem jest inaczej. Jeszcze jego dziadek, zamieszkały w majętności Skuratowo na Witebszczyźnie, miał na imię Kazimierz i był czystej krwi szlachcicem polskim. Z nie ustalonych bliżej powodów (wydaje się, że chodziło o jakiś dramatyczny zatarg między krewnymi i sąsiadami) pan Kazimierz w końcu XVIII wieku musiał uciekać do Rosji, gdzie przeszedł na prawosławie i otrzymał nowe, z ruska brzmiące imię – Kuźma. W zbiorach Historycznego Archiwum Narodowego Białorusi w Mińsku (f. 2512, z. 1, nr 99, str. 108–114), w księdze genealogicznej szlachty guberni witebskiej znajduje się Wywód familii urodzonych Przewalskich herbu Łuk, w którym czytamy: „Karniło Anisymowicz Przewalski, czując się z daru natury zdolnym do okazania zasług Ojczyźnie, y duchem męstwa będąc zagrzany, jeszcze za króla Stefana (Batorego) do wojennej zaciągnął się służby, gdzie szczególną pracą y gorliwością dowodząc męstwa swego, dosłużył się rangi rotmistrza wojsk kozackich, y w tym już stopniu, gdy na wyprawie wojennej pod Połockiem y Wielkiemi Łukami licznemi siebie zasługami oznaczył; wówczas wspomniony Król Polski Stefan, powodowany sprawiedliwym przeświadczeniem się o dzielności tego Rycerza, przywilejem swoim w dacie 1581 roku Nowembra 28 dnia nadanym, udarował onego tytułem szlachectwa polskiego i herbem, Łuk zowiącym się, którego kształt y rysunek na autentycznym przywileju jest taki: „Ma być w polu czerwonym Łuk napięty z strzałą do góry obróconą, w hełmie trzy pióra strusie”.
Jakową otrzymawszy godność, tenże Karniło Przewalski y przedłużając przed się wziętą służbę, coraz większe dawał dowody swey gorliwości, y tym do chwały wiodącym postępując krokiem w późniejszym czasie, to jest: w roku 1589 miał sobie nadano od witebskiego wojewody, starosty wieliżskiego y surażskiego Mikołaja Sapiehy pięć służb ludzi, to jest: w Województwie Witebskim trzy, Szyszczynkę, Juduniewską y Ostrowską, a we włości wieliżskiej dwie, Pusłowską Bobrową Łukę y w Syczowie ze wszystkim, co tylko do tych służeb należało (...).
Ten zatem przodek familii ichmościów Panów Przewalskich zasługami y męstwem nabywszy przyzwoitey rangi a oraz tytułu y prawa obywatelstwa, odtąd owoców prac swoich umyślił zażywać, y udaliwszy się od służby wiódł żywot obywatelski, w ciągu którego wydał na świat dwóch synów, Gabryela y Bohdana”...
Na podstawie innych źródeł archiwalnych można ustalić, że najstarszym gniazdem tego rodu była miejscowość Przewały na Chełmszczyźnie, a pierwotna wersja nazwiska miała formę „de Przewały”. Według wszelkiego podobieństwa król Stefan w 1581 roku, nadając herb Łuk Kornelowi Przewalskiemu, nie tyle go nobilitował, ile potwierdzał dawne szlachectwo, z faktu bowiem, że rycerz ten miał rangę rotmistrza niechybnie wynika, że musiał być już przed tym szlachcicem, szarże bowiem oficerskie w dawnej Rzeczypospolitej przysługiwały wyłącznie reprezentantom stanu szlacheckiego. Inna rzecz, że Kornel Przewalski, jak to człowiek wojskowy, nie miał papierów na formalne potwierdzenie swego rodowodu, a król Stefan, by tę lukę wypełnić, nadał mu nowy przywilej i herb. Nie wiemy, czy pierwotnym godłem tego rodu też był Łuk, czy też jakiś inny wizerunek.
Wracając do potomstwa Kornela Przewalskiego, możemy stwierdzić, że syn Gabryela Hrehory wziął w posagu od panny Krystyny z domu Hościłowicz połowę majętności Skuratowo w powiecie witebskim, która na kilka stuleci stała się odtąd głównym siedliskiem rodu Przewalskich. Synowie Hrehorego (Leon, Jan i Wawrzyniec) dali początek dalszej potężnej fali tego domu. Kolejne męskie pokolenie liczyło już długi zastęp rycerzy: Jan, Michał, Samuel, Piotr, Franciszek (synowie Jana); Jakub, Józef, Jan, Samuel, Tomasz (synowie Leona); Marcin, Dymitr, Antoni (synowie Wawrzyńca). Była to druga połowa XVII wieku. Odtąd ród Przewalskich, mężnych rycerzy polskich, kwitł i mnożył się szeroko po całych rozległych Kresach Wschodnich – od Wilna po Smoleńsk. Do jednej z części tego domu należał też wielki podróżnik.
Koleje losu tego, jak i innych rodów polskich na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, były zmienne i dramatyczne. Część Przewalskich zmuszona została przejść na prawosławie, inna część trwała przy katolicyzmie i polskości. Była też z tego powodu szykanowana przez carat w XIX wieku. Policyjna Lista zamieszkałych w Guberni Witebskiej urzędników wyznania rzymsko-katolickiego, zwolnionych ze służby po 1863 roku (znajdująca się w Centralnym Państwowym Archiwum Historycznym Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1866, nr 181) donosi m. in. o tym, że prześladowaniu zostali poddani: radca tytularny Jan (Iwan) Przewalski, który zajmuje się służbą prywatną, jak też „były pomocnik akcyzowego nadzorcy powiatu dyneburskiego, koleżski asessor Grzegorz (Grigorij) Przewalski, który trudni się na gospodarstwie”...
Tak więc, jak wspomnieliśmy, Mikołaj Przewalski urodził się na Smoleńszczyźnie. Tamże ukończył gimnazjum i wstąpił następnie do Akademii Wojskowej w Petersburgu. Po jej ukończeniu skierowany został do Warszawy w charakterze wykładowcy historii i geografii w szkole podoficerskiej. (Władze rosyjskie bardzo chętnie posługiwały się na terenie okupowanej Polski zruszczonymi Polakami w celu przeprowadzania polityki imperialnej, bowiem biologiczni Polacy z wielką łatwością wczuwali się w świat wewnętrzny rodaków i nieraz dawali się użyć jako nadzwyczaj skuteczni rusyfikatorzy; świadomie lub nie). Wydaje się jednak, że M. Przewalski pod tym względem się nie sprawdził, w 1867 roku bowiem skierowany został na przeciwległy kraniec gigantycznego cesarstwa, aż do Irkucka, gdzie mu powierzono kierownictwo pracami naukowo-badawczymi nad przyrodą Zabajkala. Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne poleciło mu dodatkowo prowadzenie badań geograficznych, florystycznych, faunistycznych, klimatologicznych, geologicznych w unikalnym pod wieloma względami Kraju Ussuryjskim. Dwa lata spędził Przewalski nad granicą z Mandżurią, a obserwacje w tym okresie poczynione wyłuszczył na stronach swej pierwszej książki, w której wiele wnikliwych akapitów poświęcił m. in. opisowi egzotycznego tygrysa ussuryjskiego, jedynego gigantycznego kota, żyjącego w tak surowych warunkach przyrodniczych.
W roku 1870 odbył uczony z grupą towarzyszy swą kolejną, również liczącą tysiące kilometrów, wyprawę; tym razem z Kiachty przez Mongolię do Pekinu i stamtąd do górnego biegu rzeki Jangcy poprzez pustynię Gobi i znów do Irkucka.
W czasie tych, przebiegających w wyjątkowo trudnych warunkach, wypraw z wielką wyrazistością przejawił się nad wyraz twardy, władczy, bezwzględny i nieustępliwy charakter tego oficera. Nie znał on, co to jest słabość, łagodność czy zwykła ludzka wyrozumiałość. Wystarczyła chwila chwiejności czy cień niesubordynacji ze strony któregoś z członków wyprawy, a zostawał natychmiast i nieodwołalnie wydalony z zespołu, złożonego z mężczyzn o żelaznych nerwach i mięśniach, zdolnych do pokonywania wszelkich przeszkód, burz, pustyń, mrozów, głodu, pragnienia, wreszcie tęsknoty i jakichkolwiek „miękkich” uczuć. Wśród każdego narodu takie bohaterskie, budzące zgrozę swą stanowczością typy osobowości stanowią wielką rzadkość. Są one wręcz „niemożliwe” we współżyciu z „normalnymi” ludźmi, lecz są też niezastąpione wówczas, gdy trzeba dokonać czynów ewidentnie przekraczających możliwości zwykłego zjadacza chleba. Takim był Mikołaj Przewalski, był zaprzeczeniem – świadomym i programowym – tego, co się pospolicie zwie „człowiekiem dobrym”. A nie jest to sprawa tak prosta do oceny z etycznego i psychologicznego punktu widzenia, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka.
Oto Fryderyk Nietzsche, znakomity filozof i psycholog, w dziele Wola mocy próbuje rozwikłać dialektykę takiego usposobienia.
Wzrost wzwyż i w złość idzie społem... „Dobroć” jako najsubtelniejsza mądrość niewolników, dla wszystkiego posiadająca względy, a przeto względów doświadczająca.
Fizjologia dobrych. - Dobroć występuje w rodzinach, w narodach jednocześnie z występowaniem neurozy.
Typ stanowiący przeciwieństwo: prawdziwa dobroć, dostojność, wielkość duszy płynąca z bogactwa,... – która nie obdarowuje żeby odejmować, która nie chce przez to się wynosić, iż jest dobrotliwa, – rozrzutność jako typ prawdziwej dobroci, bogactwo osobowości jako warunek uprzedni...
Instynkt dekadencji w człowieku dobrym:
1) Inercja; nie chce on się już zmieniać, nie chce się uczyć dalej, jako „dusza piękna” zamyka się w sobie samym;
2) Niezdolność do oporu; np. we współczuciu, – ustępuje (pobłażliwy, „tolerancyjny”, rozumie wszystko...);
3) Kieruje w nim wszystko, co jest cierpiące i wydziedziczone – instynktownie spiskuje przeciw silnym;
4) Potrzebuje wielkich narkotyków, – jak „ideał”, „człowiek wielki”, „bohater”, – marzy...
5) Słabość, objawiająca się w bojaźni przed afektami, silną wolą, przed „tak” i „nie”: jest miły, żeby nie być zmuszonym do wrogości, żeby nie być zmuszonym do zajęcia stanowiska;
6) Słabość, wyrażająca się w umyślnej ślepocie wszędzie, gdzie, być może, potrzebny byłby opór („humanitarność”);
7) Daje się uwodzić wszystkim wielkim decadens: „Krzyżowi”, „miłości”, „świątyni”, „czystości” – w gruncie rzeczy samym tylko niebezpiecznym pojęciom i osobom;
8) Występność intelektualna: – Nienawiść prawdy, ponieważ nie przynosi ona z sobą „uczuć pięknych”, nienawiść prawdziwości.
Człowiek dobry jest „dobry” tylko w cudzysłowie; jest dla wyższej kultury i dla wyższej organizacji społeczeństwa niebezpieczny. Składa on sobie samemu w ofierze przyszłość ludzkości, wrogi jest wszelkim perspektywom, poszukiwaniom nowego i lepszego, przygodom, twórczemu niezadowoleniu z siebie. Neguje cele, zadania, w których nie odgrywa roli głównej. Jest bezczelny i nieskromny jako typ „najwyższy” i do wszystkiego nie tylko chce swój głos wtrącać, lecz sądzić...
Człowiek dobry jako pasożyt. Żyje on kosztem życia; za pomocą kłamstwa neguje realność jako przeciwnik wielkich popędów instynktownych życia, jako epikurejczyk w małym szczęściu, odtrącający wielką formę szczęścia jako niemoralną. Jest to typ człowieka nieudany i właśnie on narzuca moralność silniejszym od niego, by w ten sposób zachować siebie unieszkodliwiając ich, lepszych.
Trudno precyzyjnie określić, jaka część surowego i twardego usposobienia Mikołaja Przewalskiego wynikała z predyspozycji wrodzonych, jaka była wynikiem zbiegu okoliczności zewnętrznych, a jaka skutkiem świadomego samowychowania i samokreowania. Z pewnością jednak wszystkie te czynniki odegrały swą rolę – choć nie jednakową – w tym, że osobowość tego wielkiego człowieka była taka a nie inna. Przecież w psychice człowieka nie ma rozwoju liniowego, istnieje tylko krążenie wokół jaźni. I celem jest możliwie precyzyjne i uczciwe samopoznanie w celu dalszego osiągnięcia wewnętrznej harmonii. Carl Gustaw Jung pisze: „Aby doszło do tej przemiany, konieczne jest wyłączne ześrodkowanie się na centrum. Człowiek musi się przy tym wystawić na zwierzęce impulsy nieświadomości, nie utożsamiając się z nimi i nie uciekając od nich. Musimy trwać na stanowisku, co, naturalnie, oznacza często napięcie prawie nie do zniesienia... Im bardziej jesteśmy świadomi siebie dzięki samopoznaniu i odpowiedniemu do tego postępowaniu, tym cieńsza staje się warstwa indywidualnej nieświadomości, nakładająca się na nieświadomość zbiorową. W ten sposób powstaje świadomość, która nie jest już uwięziona w drobiazgowym, przewrażliwionym osobistym świecie „ja”, ale uczestniczy w obszerniejszym świecie obiektywnym... Co na niższym szczeblu było okazją do najdzikszych konfliktów i panicznych afektów, teraz, obserwowane z wyższego poziomu osobowości, wydaje się jak burza w dolinie, na którą patrzymy ze szczytu wysokiej góry. Nie znaczy to, że burza utraciła swoją realność, ale człowiek znajduje się już nie w niej, lecz ponad nią. Lektura pism i listów Mikołaja Przewalskiego niezbicie dowodzi, że ma się w tym przypadku do czynienia z osobowością dojrzałą i potężną, która świadomie obrała najtrudniejszą drogę życiową, niedostępną ludziom pospolitym i w obiegowym tego słowa znaczeniu „dobrym”. Ten nadludzki hart pozwolił mu też na dokonanie czynów, które zmusiły cały świat do wstrzymania oddechu ze zdumienia.
Warto może w tym miejscu zaznaczyć, że surowy i nieugięty charakter Przewalski przejawiał jeszcze w dzieciństwie i w okresie gimnazjalnym. Z biegiem lat te cechy dopiero się wyraziściej rysowały i krystalizowały. Nic w tym dziwnego – Człowiek się nie zmienia, lecz życie jego i koleje, tj. jego charakter empiryczny, są tylko rozwinięciem charakteru intelligibilnego, rozwojem zdecydowanych, widocznych już u dziecka, zadatków, jego koleje są więc niejako wyraźnie określone już przy jego urodzeniu i aż do końca pozostają w istocie te same... – Czego człowiek właściwie i w ogóle chce – dążenie jego najgłębszej istoty i cel, do jakiego zgodnie z nim zmierza – tego nie zdołamy nigdy zmienić za pomocą zewnętrznego wpływu na niego, pouczenia; inaczej moglibyśmy go przetworzyć” – słusznie zauważał Arthur Schopenhauer...
Kolejna, trzecia, ekspedycja pod dowództwem pułkownika M. Przewalskiego wyruszyła w 1879 roku w kierunku Tybetu poprzez pustynię Takla-Makan, góry Nańszań i dalej. Śnieżne burze, niedojadanie, choroby, prawdziwe bitwy z bandami górskich rozbójników stanowiły kanwę tej wyprawy. W odległości około 200 kilometrów od Lhasy, stolicy niepodległego wówczas Tybetu, wyprawa Przewalskiego została powstrzymana i zawrócona przez regularne oddziały wojska tybetańskiego, z którym kilkunastoosobowy oddział, nawet złożony z najtwardszych chłopów, bądź co bądź zmierzyć się nie mógł. Chociaż w zapiskach z tej wyprawy M. Przewalskiego wciąż na nowo pobrzmiewają notki nader wojownicze – stara polska krew rycerska niełatwo dawała się nakłonić do kompromisów. Lecz władze Tybetu, jak i ludność tamtejsza, stanowczo nie życzyły sobie widzieć Rosjan na swym terytorium. Dlatego garstka uzbrojonych i mężnych podróżników musiała się jednak cofnąć. W drodze powrotnej Przewalski, jako pierwszy Europejczyk, zbadał dokładnie Kukunor i wytoki rzeki Huang Ho.
Nie ma tu miejsca na szczegółowy opis zdarzeń i przygód, które się w czasie tej wyprawy przydarzyły, choć opowiadanie o nich mogłoby być naprawdę interesujące. Możemy jedynie powiedzieć za Plutarchem z Cheronei, który w Żywotach sławnych mężów usprawiedliwiał oszczędność swego opisu zdarzeń: „Proszę czytelników o wyrozumiałość, jeżeli nie opowiadam szczegółowo wszystkich zdarzeń ani nawet żadnego z najgłośniejszych, lecz przeważną ich część szybko przebiegam. Ani bowiem nie piszę historii, ani cnota i przewrotność nie objawiają się bynajmniej w najsławniejszych czynach, lecz nieraz postępek, jedno słowo i jakiś żart lepiej dają poznać charakter niż bitwy z dziesiątkami trupów, największe szyki bojowe i oblężenie miast. Jak więc malarze starają się odtworzyć podobieństwo twarzy i rysów z oka, w którym się objawia charakter, a o resztę części portretowanego niewiele się troszczą, tak mnie należy pozwolić na to, bym bardziej wgłębiał się w szczegóły odbijające duszę i za pomocą nich tworzył obraz każdego żywota, a innym pozostawił wielkości i walki.
Jedną z charakterystycznych i zaskakujących cech usposobienia Przewalskiego była jego ostro zarysowana niechęć do płci pięknej. Cecha ta powodowała nieraz, że znakomity ten mąż trafiał w sytuacje dość kłopotliwe. O jednym z takich wypadków opowiada profesor Benedykt Dybowski w swych wspomnieniach. Otóż po przyjeździe do syberyjskiej miejscowości Chabarowka Mikołaj Przewalski otrzymał przydział na czasowe zamieszkanie w domu akuszerki Porozowej, niewiasty wykształconej, oczytanej, a przy tym energicznej i dzielnej. Pan Mikołaj, który – jak pisze Dybowski, „antypatycznie nie lubił kobiet” – po zostawieniu tam rzeczy udał się był do Dybowskiego i innych kolegów – uczonych, z którymi spędził cały dzień. Gdy miał wracać „na kwaterę”, stał się jednak uczestnikiem pewnego zabawnego zajścia. Lecz oddajmy głos profesorowi Dybowskiemu, który w swym Pamiętniku poświęca wiele ciepłych słów panu Mikołajowi, a między innymi opowiada i o tym zdarzeniu: „Pomiędzy panią Porozową a Przewalskim zaszła mała scysja, którą muszę tutaj opisać, bo ona daje poznać jedną z oryginalnych stron tego znakomitego podróżnika, a mianowicie jego dziwaczną nienawiść do kobiet. Przewalskiego, jako lokatora, przyjęła pani Porozowa bardzo uprzejmie, wskazała mu dwa pokoje do jego rozporządzania, zapytała, czy nie potrzebuje pościeli itd. Na tę uprzejmość damy Przewalski odpowiedział szorstko, że nie potrzebuje, kazał swojemu nowemu dienszczykowi wyrzucić łóżko z pierwszego pokoju i wnieść do niego wszystkie rzeczy, a sam opuścił mieszkanie. Akuszerka widząc, że spać na łóżku nie chce, lecz będzie spał na ziemi, kazała swojej służącej wymyć podłogę i zapalić w piecu dla przesuszenia mieszkania. Gdy wrócił Przewalski i spostrzegł, że wymyto podłogę, zawołał gniewnie na służącego, kto ci kazał moczyć podłogę; ten się uniewinniał mówiąc, że to „barynia” kazała swojej służącej myć podłogę. Na to z pasją zawołał Przewalski: „powiedz baryni”... i tu dodał parę epitetów niecenzuralnych, „cztoby ona nie sowała nosa nie w swoi dieła”, trzasnął drzwiami i wyszedł. Tego dnia po wieczerzy, przy której byliśmy obecni wszyscy, gremialnie idąc do swoich kwater, odprowadziliśmy po drodze Przewalskiego i zatrzymaliśmy się przed domem, w którym miał nocować. Puka tedy do drzwi raz i drugi, ale drzwi się nie otwierają; zaczyna kołatać silniej, lecz i to nie pomaga. Bębni na koniec kułakami, złości się, łaje, zwymyśla. Wszystko na próżno. Śmieją się wszyscy obecni towarzysze. Baranow mówi, „a widzisz, trzeba być grzecznym z niewiastami. chwaliłeś się, żeś złajał zupełnie niesłusznie damę, która chciała ci zrobić usługę, każąc myć podłogę, masz teraz za swoje”. Żartowano, lecz trzeba było się obejrzeć za środkiem umożliwiającym dostanie się Przewalskiemu do mieszkania. Spostrzeżono puste beczki, stojące u jednego z pobliskich domów, przytoczono jedną z tych beczek, postawiono na sztorc, a na niej stanął Przewalski i zdołał otworzyć okno, przez które dostał się do mieszkania. Nazajutrz cała ta historia dała temat do licznych żartów i dowcipów. Przytoczyłem przy tej okoliczności wiersz niemieckiego poety:
Gehe den Weibern zart entgegen,
So gewinnst sie auf ein Wort.
Tyle Benedykt Dybowski...

Trasa następnej, czwartej, wyprawy pod kierunkiem sławnego już na cały świat badacza rozpoczęła się w roku 1884 i wiodła z Kiachty przez Urgę (Ułan Bator) do Kukunoru, Chin, następnie do dorzecza rzeki Tarymu i do jeziora Issyk-kul. Także ta podróż trwała kilka lat, a przerwana została nieoczekiwanym i przedwczesnym zgonem Przewalskiego w roku 1888, w czasie pobytu w mieście Karakol (obecnie Przewalsk) na południowych krańcach Imperium Rosyjskiego.
W trakcie swych długotrwałych, a przebiegających w ekstremalnych warunkach wypraw badawczych Mikołaj Przewalski i jego współpracownicy (wśród których, zaznaczmy, zawsze znajdowali się Polacy) dokonali mnóstwa odkryć w zakresie geografii, florystyki, nauki o faunie, etnografii, meteorologii, klimatologii, mineralogii, jak też w innych dziedzinach wiedzy. M. Przewalski uchodził – i rzeczywiście był – za bliskiego przyjaciela cesarza Rosji, został awansowany do rangi generała i odznaczony szeregiem najbardziej zaszczytnych orderów i medali tego państwa. Nie zwracał jednak uwagi ani na marny blask sławy, ani na pogardzane przezeń bogactwo, całą swą ogromną energię i błyskotliwy umysł oddając w służbę rozwojowi nauki. Jego transgresyjna i perfekcjonistyczna natura nastawiona była od początku na wielkie i niezwykłe czyny. Z biegiem lat też ich dokonała, był bowiem Mikołaj Przewalski niewątpliwie jednym z najwybitniejszych i najsławniejszych badaczy przyrody w dziejach nauki światowej...
Podsumowując wszystko, cośmy na ten temat powiedzieli powyżej, można stwierdzić, że główną zasługę Przewalskiego stanowi zbadanie Azji Środkowej. Kilka razy przeciął Mongolię, bawił w Chinach Północnych, w pustyniach Gobi, Ała-szanu i Ordosu, w górach Niańszanu, Kueń-łunu i Tybetu. W Chinach Północnych zbadał Cajdam, pustynię Takla-Makan i pozbawione wytoków jezioro wędrujące Lobnor, Dżungarię i góry wschodniego Tienszanu. Długość tras wędrówek Przewalskiego sięgnęła 33 268 km, z których 31 551 km przebiegało Chiny i Mongolię. Podróże zajęły jedenaście lat życia,  obfitowały w doniosłe odkrycia i dały różnorodne wyniki naukowe. Wszystkie swe marszruty Przewalski przeniósł na mapę, przy czym wykresy topograficzne opierał na 231 punkcie hipsometrycznym i na 63 astronomicznych. Podał charakterystykę warunków przyrodniczych obszernych fizyko-geograficznych regionów Azji Środkowej według następujących wskaźników: ukształtowanie terenu, klimat, rzeki i jeziora, świat roślinny i zwierzęcy.       
Jemu się udało opisać przyrodę zwiedzanych terenów w ścisłym powiązaniu wzajemnym wszystkich jej ogniw.  Przewalski udowodnił, że pustynia Gobi nie jest wzniesieniem; w stosunku do najwyższych otaczających ją gór stanowi ona raczej gigantyczną czaszę z nierównym dnem. Ustalił, że północna granica gór Tybetu w rzeczywistości leży o 300 km dalej na północ, niż mniemano przed nim; że kierunek centralnoazjatyckich pasm górskich biegnie przeważnie wzdłuż szerokości geograficznej; stwierdził, że geograf niemiecki Aleksander Humboldt był w błędzie, gdy teoretycznie zakładał możliwość istnienia tu siatki wzajemnie przecinających się pasm górskich. Przewalski jako pierwszy zwiedził i opisał pasma systemu Kueńłuniu, ustalił, że Nańszan nie jest jednym łańcuchem górskim, lecz stanowi cały ich system. Odkrył i jako pierwszy opisał najwyższe pasma gór, takie jaki Burchan-Budda, Humboldta, Rittera, Akatag (Przewalskiego), Cajdam i in. Dotarł do górnego biegu wielkich rzek Chin Jancy-czian, Huang Ho. Na podstawie przeprowadzonych regularnych obserwacji meteorologicznych Przewalski podał pierwszą charakterystykę klimatologiczną Azji Środkowej, ustalił m.in. ostro kontynentalny charakter klimatu Gobi. Zdecydowanie uwypuklał znaczenie wiatru jako ważnego czynnika kształtującego rzeźbę terenu w pustyniach Azji Środkowej. Przewalski zgromadził unikatowe zbiory flory i fauny Azji Środkowej, zestawił herbarium z około 16 tysięcy roślin, przedstawiających 1700 gatunków, na którego podstawie botanicy opisali 218 nowych gatunków i 7 rodzajów. Zebrał ogromną kolekcje okazów fauny, liczącą 702 ssaków, 5010 ptaków, 1200 płazów i gadów, 643 ryby; także w tym zbiorze znalazły się dziesiątki nowych gatunków. Odkrył na terenie Azji Środkowej i opisał dzikiego wielbłąda i dzikiego konia.
Przewalski zebrał także mnóstwo danych dotyczących biologii i ekologii świata roślinnego oraz zwierzęcego Azji Środkowej. Jego podróże przykuwały do siebie uwagę szerokich kół naukowych; wykonane przezeń obserwacje astronomiczne i meteorologiczne, jak też kolekcje zoologiczne i botaniczne opracowywane były później przez wielu uczonych rosyjskich. Dzieła tego podróżnika, napisane z wielkim talentem literackim, w ciągu krótkiego okresu czasu zyskały mu sławę światową i zostały wydane w kilkunastu językach. Badania Przewalskiego otworzyły nowy okres słynnych rosyjskich wypraw naukowych do Azji Środkowej, na czele których stanęli M. Piewcow, G. Potanin, W. Roborowski, G. Grum-Grzymajło, P. Kozłow, W. Obruczew i inni.
Prace Przewalskiego zyskały światowe uznanie: został nagrodzony medalami wielu rosyjskich i zagranicznych towarzystw naukowych, wybrany na członka honorowego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego (1880) oraz wielu innych   tego typu organizacji... W 1946 roku ustanowiony został złoty medal imienia Przewalskiego, nadawany przez Towarzystwo Geograficzne ZSRR. Imieniem Przewalskiego nazwano: miasto, w którym on zmarł (b. Karakol), odkryty przezeń łańcuch górski w systemie Kueń-Łuń, lodowiec na Ałtaju, cypel wyspy Iturup (wyspy Kurylskie), przylądek jeziora Bennetta (Alaska) oraz szereg gatunków zwierząt i roślin, odkrytych przezeń w trakcie podróży po Azji Środkowej.

***






MICHAŁ BUTOWT-ANDRZEJKOWICZ


Pierwszym dziełem, w którym podano obszerny i dokładny opis warunków przyrodniczych Kaukazu, jego flory i fauny, była wydana w 1809 roku w Petersburgu ksiązka I. W. Rowińskiego, dyrektora Astrachańskiej Szkoły Ludowej, pt. „Choziajstwiennoje opisanije Astrachanskoj i Kawkazskoj gubernij po grażdanskomu i jestiestwiennomu ich sostojaniju, w otnoszenii k ziemledieliju, promyszlennosti i domowodstwu”. Nawet obecnie, ponad dwieście lat po swym ukazaniu się to dzieło polskiego szlachcica herbu Boża Wola, którego przodkowie przez wieki gnieździli się w Ziemi Nowogródzkiej, dzieło obszerne, szczegółowe i sumiennie opracowane, stanowi wartościowe źródło wiedzy o Kaukazie; i to nie tylko w aspekcie historyczno-geograficznym, lecz i przyrodniczym, geopolitycznym i in.
Jednym z godnych kontynuatorów prac I. Rowińskiego był Polak kresowy Michał Butowt-Andrzejkowicz, wywodzący się ze szlachty grodzieńskiej, zamieszkałej zresztą także na Żmudzi, a pieczętującej się herbem Pielesz oraz Gryf.

***

Kaukaz nigdy nie był krainą spokojną, miodem i mlekiem płynącą. Zasiedlony przez ponad pół tysiąca drobnych, różniących się pod względem rasowo-genetycznym i językowym, wojowniczych, przeważnie niezbyt wysoko ucywilizowanych ludów i szczepów góralskich, toczących ze sobą nieustanne wojny, ten region zawsze był i jest dziś wstrząsany krwawymi konfliktami, rzeziami i wzajemnymi najazdami. Nie inaczej było w połowie XIX wieku, gdy trafił tam „w sołdaty” Michał Butowt-Andrzejkowicz, młody człowiek, do niedawna student Kijowskiego Uniwersytetu Św. Włodzimierza. Nawet potęzna i doświadczona w wojnach armia rosyjska nie bardzo wiedziała, jak sobie poradzić z półdzikimi, rozmiłowanymi w rozbojach i anarchii, góralami Kaukazu.
Cóż sprowadziło na te zdradzieckie tereny uzdolnionego młodego szlachcica z Grodzieńszczyzny? Można powiedzieć, że – zbieg okoliczności. Życie ludzkie układa się bowiem nie według naszego życzenia, lecz pod naciskiem zmiennych i od naszej woli prawie zupełnie niezależnych okoliczności, często przypadkowych i nieprzewidywalnych. A więc i Michał Butowt-Andrzejkowicz urodził się w 1815 roku w rodzinie ubogiego szlachcica i, jak się wydawało, cały swój żywot, tak jak niezliczone pokolenia jego przodków, spędzi w skromnych domowych pieleszach, służąc takim wielkim panom jak Radziwiłłowie czy Sapiehowie, orząc role, siejąc hreczkę, kosząc siano i oddając się innym tego rodzaju sielankowym zajęciom. Fortuna jednak ukartowała dla niego inny los. Jak pisał w późniejszej autobiografii, „ani ja, ani rodzice żadnych nieruchomości nie posiadaliśmy. Istotnie, wówczas Butowtowie-Andrzejkowiczowie już byli spadli do poziomu szlachty siermiężnej, bezrolnej, nieraz biedniejszej od co zamożniejszych chłopów. W tej sytuacji jedyną drogą do podźwignięcia się wzwyż pozostawało kształcenie i awans społeczny w sferze zajęć inteligenckich. Tak więc i Michaś, chłopak zdolny i pracowity, ukończył zarówno szkołę podstawową, jak i słynne Liceum Krzemienieckie, w którym się ucząc znajdował na utrzymaniu rządowym, przysługującym często w Rosji carskiej uzdolnionym synom zbiedniałej szlachty. Zresztą o los syna, jego zachowanie i naukę troszczył się niezmiernie gorliwie jego ojciec; który, choć dalece nie zamożny szlachcic, zawsze znajdował czas i trochę grosza, by syna odwiedzić i udzielić mu surowych, aczkolwiek z zatroskania płynących i zbawiennych, nauk rodzicielskich. Syn zaś nie miał ojcu za złe szorstkich słów i choć miał kwaśna minę, ojca słuchał.
Nie gniewaj ojca! Przecież wiesz, kto kocha najwięcej,
Zwykł się o najmniejsze złościć

Tak się zwracał do młodzieńca poeta grecki z IV wieku p.n.e. Menander, i dodawał:
Zawsze nieprawdą groźba,
Którą ojciec synowi rzuca…
Choć najsurowszy w naukach dla syna,
W słowach jest cierpki,
W czynach zawsze ojcem
Nikt przecież tak nie kocha i nikt nikomu tak serdecznie nie życzy tego, co najlepsze, niż rodzice dzieciom. Gdy więc młodzi starszych słuchają, dobrze na tym wychodzą.
Po liceum chciał Michał Butowt-Andrzejkowicz wstąpić na studia do Uniwersytetu Kijowskiego, lecz stypendium rządowego pozyskać się nie udało. Aby się jakoś utrzymać na powierzchni życia, musiał podjąć się jakiejś pracy, ale jej znalezienie okazało się wręcz niemożliwe. Przyjął więc młodzieniec zaproszenie swego wuja G. Płotnickiego i wyjechał do jego dóbr Worocewicze w powiecie Kobrzyńskim, gdzie się zajął, za skromnym wynagrodzeniem, kształceniem jego dzieci. Po pewnym czasie zapoznał się z Ludwikiem Ordą, członkiem tajnego Towarzystwa Demokratycznego, kierowanego w Wilnie przez Szymona Konarskiego, i dał się wciągnąć do działalności antyrosyjskiej. W grudniu 1837 pan Michał przeniósł się do Kijowa, gdzie też podjął studia akademickie, których jednak nie zdążył ukończyć, ponieważ policja wpadła na trop Towarzystwa Demokratycznego, a któryś z „sypiących” jego członków zdradził władzom informację o powiązaniu, dość luźnym zresztą, Butowta-Andrzejkowicza z tą organizacją. Został więc niedoszły buntownik schwytany przez policję i osadzony w więzieniu śledczym Cytadeli Kijowskiej. Jak głosi protokół, przechowywany w Kijowskim Archiwum Obwodowym, „podczas przeszukania w mieszkaniu Andrzejkowicza znaleziono różne notatki dające świadectwo jego nieprawomyślnym zamiarom
Po krótkiej, jak zwykle w takich sytuacjach, rozprawie został wiec pan student zesłany do „ciepłego Sybiru”, jak zwano wówczas Kaukaz. Przez dwa lata służył w charakterze szeregowca w Tyflisie, następnie przez Azerbejdżan został przerzucony do Dagestanu, czyli do „Dachu Świata”, jak ten mikroskopijny region (zamieszkały przez ponad 40 narodowości) sam siebie dumnie nazywa. Jak zauważa profesor Maria Filina w książce „Gruzińsko-polskie więzi literackie XIX–XX wieków” (Tbilisi 1991, s. 19): „Nie wolno zapominać, że w pierwszych latach zesłania na Kaukaz warunki istnienia były wyjątkowo ciężkie, a Polacy ginęli w górach setkami. W dalszym ciągu wielu zesłańców, ze względu na zasługi wojenne, otrzymywało zwrot godności i prawa szlacheckich oraz awansowało do rangi oficerskiej, co umożliwiało prowadzenie względnie znośnego trybu życia, jak również poświęcenie się działalności literackiej lub naukowej. Wymieniona powyżej gruzińska badaczka zaznacza: „Uderza wszechstronność naukowych zainteresowań Polaków, tworzących na Kaukazie – poezja, proza, tłumaczenia, językoznawstwo, etnografia, muzyka, geografia, biologia. Ten fakt nie koniecznie jednak musi zaskakiwać, o ile się pamięta, iż w ruchu narodowym polskim brali bez wyjątku najlepsi spośród młodzieży kresowej, należący do naturalnej elity społeczeństwa, czyli do szlachty, warstwy stanowiącej około sześć procent ogółu populacji. Miernota i prostactwo do ruchu patriotycznego nie przystępowały z tego banalnego powodu, że nawet nie dorastały do pojęcia Ojczyzny, do ideałów patriotycznych, które im się wydawały mniej lub bardziej szkodliwym dziwactwem, a i nie miały w sobie owej wewnętrznej mocy ducha, popychającej „ludzi wyższych” do aktywności bezinteresownej i idealistycznej. Najlepsi w Litwie i Polsce stawali się więc w naturalny sposób najlepszymi także na Kaukazie i w całej Rosji. Drugą stronę tego „medalu” stanowiła okoliczność, iż moskiewskie elitobójstwo popełniane na narodach zniszczonej Rzeczypospolitej w ciągu pięciu pokoleń z konieczności spowodowało zarówno wzrost potencjału intelektualnego ludu rosyjskiego, w łonie którego zasymilowały się znakomite geny zsyłanych powstańców, jak i kretynizację pseudoelit narodu polskiego, z łatwością postrzeganą także obecnie w kraju, w którym nawet Żydzi stają się durniami. Nie wykluczone, że te katastrofalne zmiany w funduszu genetycznym, spowodowane także późniejszymi zbrodniami bolszewików i hitlerowców, są już dziś nieodwracalne i nie do poprawienia.
Powracając do Michała Butowta-Andrzejkowicza wypada stwierdzić, że nasz rodak przebywając na zesłaniu czasu nie zabijał, prowadził wnikliwe obserwacje etnograficzne nad bytem i życiem codziennym etosów kaukaskich, nad ich obyczajami, tradycjami, stereotypami behawioralnymi. Wiele ze swych ustaleń zamieścił w książce „Szkice Kaukazu”, wydanej w 1859 roku, a przedtem opublikowanej częściowo na łamach wileńskiego „Atheneum” w drugim tomie za rok 1842.

***

Kilka publikacji naukowych w języku rosyjskim poświęcił nasz rodak tak fascynującym reprezentantom fauny entomologicznej, jakimi są motyle. Przed ponad 130 milionami lat na Ziemi pojawiły się rośliny kwitnące, a już niebawem zaczęły nad nimi uwijać się rozmaite owady, w tym takie, które swym wyglądem przypominały właśnie kwiaty, czyli motyle. Na podstawie samego tylko zabarwienia i rysunku na skrzydłach tych latających robaczków nauka rozróżnia około stu tysięcy ich rozmaitych gatunków. Przy czym ten sam gatunek może posiadać wiele dziesiątków odmian kolorystycznych, w zależności od charakteru konkretnego środowiska. Spotyka się też samce i samice tego samego gatunku wyglądające tak, jakby należeli do różnych gatunków. Dotychczas nie ma i chyba nigdy nie będzie odpowiedzi na pytanie dotyczące przyczyny tak niezwykłego piękna ubarwienia tych istot, wyjaśnić bowiem je zwracając się do zjawiska mimikry do końca się nie da. Amerykańskie motyle „monarchy” mają np. wspaniałe skrzydła z pomarańczowo-żółto-czarnym wzorem, przyciągającym uwagę wszystkiego, co żyje, a jednak prawie nikt nie próbuje ich pożerać. Może dlatego, że są trujące, a jaskrawy „ubiór” o tym ostrzega.
Skrzydło motyla jest przeźroczyste, lecz na jego powierzchni są ułożone jedna przy drugiej, zachodzące na siebie łuski długie na około 100 mikrometrów (tysięcznych części milimetra) i o szerokości 50 mikrometrów, wyglądające na drobny pył. Na milimetrze kwadratowym znajduje się od 200 do 600 takich łusek. Ich kolor jest wynikiem albo działania organicznych barwników, albo specyficznej struktury przełamującej w taki czy inny sposób promienie światła słonecznego. Kolor czarny, szary, większość odcieni brązu, czerwieni i żółci są skutkiem wypełnienia łuski różnymi stężeniami melaniny. Za kolor pomarańczowy, część odcieni różowych, czerwonoognistych, żółtych odpowiadają pteryny. Biel widzimy wówczas, gdy łuski są wypełnione bąbelkami powietrza. Rzadziej spotyka się w skrzydłach motyli karotenoidy, ommochromy, flawonoidy i in. Nawet przeźroczysta łuska nabiera lśnienia niebieskiego, zielonego czy fioletowego, gdy jej struktura załamuje światło w ten lub inny sposób.
Lepidopterologia, czyli dział entomologii zajmujący się badaniem motyli, opisuje interesujące zjawisko jakby zamierzonego(?) upodobniania się „jadalnych” gatunków motyli do trujących, aby się w ten sposób bronić przed napastnikami. I tak np. „Limenitis archippus” jest motylem, który żyje na tym samym obszarze co „Monarchus”, od którego jest trochę mniejszy, ale też jadalny. Otóż stosuje(?) on taktykę upodobniania się do swego trującego sąsiada i wygląda zupełnie jak on, co go ratuje od natychmiastowego pożarcia przez ptactwo. Entomolodzy znają mnóstwo przykładów upodobniania się owadów jadalnych i smacznych do niejadalnych i trujących, ale sam mechanizm tego zjawiska jest nie do pojęcia. Czyżby motyle i inne insekty mogły podejmować grupowe lub indywidualne świadome i przemyślane decyzje co do zmiany swego zabarwienia zależnie od środowiska, w którym aktualnie przebywają? To by była rzecz zadziwiająca! Skrzydełka służą motylom także jako część baterii słonecznych, pochłaniających lub odbijających (zależnie od aktualnych potrzeb) promienie słoneczne. Stąd też ich misterna struktura i cudne ubarwienie.
Nauka antyczna tylko sporadycznie interesowała się tą piękną częścią przyrody ożywionej. Starożytni Grecy uważali, że motyle są symbolami ludzkiej duszy, wyzwalającej się z więzów cielesnych, aby następnie prowadzić swobodny żywot w niezmierzonych przestworzach wszechświata. Dopiero epoka Odrodzenia stanowiła w tej materii przełom i odtąd w wielu krajach ukazały się liczne publikacje książkowe poświęcone motylom. Naukowcy badali cykl życia tych owadów, obserwowali, jak w ukryciu składają jaja, z których w odpowiednim momencie wychodzą gąsienice, po długim okresie niepohamowanego obżarstwa przekształcające się w nieruchome, bezbronne poczwarki, z których następnie wychodzą skrzydlate cudeńka natury, żyjące z reguły kilka tygodni, a nigdy dłużej niż rok. Te owady stanowią dla ptactwa oraz dla drobnych ssaków czy ryb obfite źródło białka i tłuszczów, lecz niektóre z nich są niestrawne, a inne nawet śmiertelnie trujące.
Motyle mieszkają na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy. Spośród nich 15% to motyle dzienne, a 85% – nocne. Jedne gatunki żyją w górach, inne w lasach, kolejne na wybrzeżach mórz, jeszcze inne na w polach czy stepach. Niektóre całe życie spędzają na jednej polanie, inne, jak np. rusałka osetnik, bielinek kapustnik czy rusałka admirał, odbywają wędrówki na setki, a nawet tysiące kilometrów. Mają doskonały wzrok na kolory i bezbłędnie się rozpoznają zarówno jeśli chodzi o gatunki, jak i o płeć. Samiczki z europejskiego rodzaju „Colias”, czyli szlaczkoń, i z rodzaju „Gonepteryx”, zamieszkującego Wyspy Kanaryjskie, bardzo uważnie przyglądają się samcom ubiegającym się o ich względy, a do kopulacji ze sobą dopuszczają tylko partnerów o intensywnym ultrafioletowym zabarwieniu, czyli młodych, najprawdopodobniej jeszcze nie zaznawszych rozkoszy miłosnych z innymi samiczkami, a więc mającymi najwięcej spermy, która to substancja służy samiczkom także za środek odżywczy. Zresztą preferowane są samce o dużych gabarytach, nawet jeśli są starsze, żyjące już od kilku tygodni, produkują bowiem więcej nasienia niż mający małe rozmiary. Liczy się też sprawność fizyczna, o której samiczki wnioskują na podstawie obserwacji dynamiki lotu samców.
Fascynujący przedmiot badań dla nauki stanowi sam lot motyli, podczas którego są stosowane zadziwiająco wymyślne techniki latania, błyskawicznie przystosowywane do zmieniających się warunków zewnętrznych, takich jak siła i kierunek porywów wiatru i in. To tak, jakby samolot raz poruszał się techniką ślizgową, za chwilę trzepotał w miejscu, a potem znów inteligentnie i błyskawicznie wykorzystywał powietrzne wiry i prądy. Działają tysiące razy sprawniej niż najbardziej zaawansowana technika wojskowa, wyposażona w supernowoczesne komputery. Dlatego od wielu lat w naukowych instytutach wojskowych szeregu krajów są prowadzone badania nad technikami lotu owadów, które zamierza się wykorzystywać w konstruowaniu „mikrosamolotów”, mierzących do 15–20 cm, które planuje się wykorzystywać dla celów zwiadowczych, dla penetracji nawet pomieszczeń sztabowych wroga, wnętrz rozmaitych pomieszczeń i tuneli itd. Aby mogły te zadania wykonywać, potrzebna im jest jednak umiejętność powolnego i szybkiego lotu, zawisania nieruchomo, błyskawicznego zmieniania kierunku lotu – jak motyle.
W 2008 roku amerykańscy entomolodzy z Georgetown University opublikowali wyniki wieloletnich badań, z których wynika, że motyle i ćmy pamiętają doświadczenia i wiedzę, które zdobyły podczas przebywania w stadium larwalnym. Jest to tym bardziej zdumiewające, mogące mieć daleko idące implikacje światopoglądowe i filozoficzne. Chodzi bowiem o to, że wszystkie narządy wewnętrzne larwy, w tym układ nerwowy, ulegają całkowitemu rozpadowi w procesie metamorfozy. Ciało owada tworzy się „z niczego” zupełnie od nowa. A jednak pamięć skojarzeniowa pokonuje nawet tak drastyczną przemianę. Z tego wynika, być może, że jej nosicielami są geny; z czego z kolei wynikałoby, że osobiste doświadczenie uzbierane przez żyjącego osobnika dowolnego gatunku (w tym człowieka) w procesie życia, może być magazynowane w genach i przekazywane następnym pokoleniom. Dotychczas nauka to negowała. Ale przecież wiele z tego, co nauka kiedyś i jakoś negowała, potem musiała zaakceptować.

***

Na Kaukazie żyje kilkaset rodzajów motyli i niektóre z nich zostały po raz pierwszy w nauce światowej opisane przez M. Butowta-Andrzejkowicza, który nie tylko w artykułach rosyjskojęzycznych, ale również na łamach „Szkiców Kaukazu” opisał florę, faunę, warunki meteorologiczne i geologiczne tego regionu. Te publikacje spotkały się swego czasu z żywym zainteresowaniem świata nauki.
M. Butowt-Andrzejkowicz po latach służby uzyskał rangę oficera. W 1859 roku podjął starania o potwierdzenie swej starożytnej rodowitości szlacheckiej, co się wiązało z możliwością dalszego awansu służbowego i uzyskaniem bardziej godziwych możliwości finansowych. Odnośne dokumenty, zawierające korespondencję w tej kwestii, znajdują się w archiwach Wilna i Petersburga. Wymiana listów została jednak nieoczekiwanie przerwana w lutym 1860 roku, jako że „kapitan sztabowy w stanie spoczynku Michał, syn Romualda, Andrzejkowicz zmarł nie pozostawiając potomstwa.

***




GRZEGORZ SZCZUROWSKI


Ten znakomity geograf, zoolog i geolog urodził się w Moskwie 11 lutego 1803 roku w rodzinie szlacheckiej zbiedniałej do takiego stopnia, że rodzice nie posiadali środków nawet na utrzymanie syna i pozostawili go niebawem po przyjściu na świat w domu dziecka, w którym chłopiec przebywał aż do osiągnięcia pełnoletniości, czyli lat osiemnastu. Tutaj zresztą na koszt rządu otrzymał wykształcenie podstawowe i średnie. Po ojcu pozostało mu tylko szlacheckie nazwisko. A przecież Szczurowscy nie wyskoczyli raptem sroce spod ogona, byli znakomitą rodziną szlachecką z terenu dawnego Mazowsza, z Ziemi Liwskiej; inni siedzieli na Szczurowej w Galicji, a dość wcześnie rozgałęzili się po województwach: podlaskim, wileńskim, kijowskim, jak i na Wołyniu; a pieczętowali się w różnych odnogach rodu herbami rodowymi Jelita i Korab. Wspomina o nich m.in. Bolesław Starzyński w swym niewydajnym herbarzu, przechowywanym w Krakowie. (Dział Rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie, 7015–III).
Szczurowscy z powiatu dzisieńskiego na Wileńszczyźnie nieraz byli potwierdzani w rodowitości szlacheckiej przez tutejsze zgromadzenie deputatów szlacheckich, jak i przez departament heroldii Senatu Rządzącego Imperium Rosyjskiego w Petersburgu. (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 6, nr 1131, 1578; f. 391, z. 7, nr 4117).
Leszek Zalewski w książce „Szlachta ziemi liwskiej” (Warszawa 2005) podaje: „Szczurowski. Jedyny znany nam przydomek: Goś (odczytywano również Goi, zapewne wskutek niewyraźnego pisma). Herb nieustalony, ale w księgach parafialnych zaznaczano szlacheckie pochodzenie Szczurowskich. Nazwisko pochodzi od nazwy wsi Szczurów, położonej między Czerwonką i Pniewnikiem. Byli tez Szczurowscy w powiecie Płońsk, gdzie w zapiskach z roku 1420 wspomniano Jana ze Szczurowa, stolnika zakroczymskiego, też z nieustalonym herbem.
W roku 1476 (Konrad III) podano synów właściciela Szczurowa; Ścibora, Zbrosława i Piotra. W 1512 wymieniono w zapiskach Jana Szczurowskiego. W 1676 Franciszek i Wojciech Szczurowscy byli właścicielami części Szczurowa. W 1711 wyznaczono do zbierania podatków Piotra Szczurowskiego. W 1667 Łukasz Szczurowski Goć (?) podpisał akces do konfederacji ziemi liwskiej. W r. 1788 Wincenty Szczurowki był subdelegatem sandomierskim. W aktach parafii Pniewnik Szczurowscy występowali kilkadziesiąt razy, począwszy od roku 1720”…
Pochlebne uwagi o reprezentantach tej rodziny znajdziemy w dziele Tomasza Święckiego „Historyczne pamiątki znamienitych rodzin i osób dawnej Polski (t. 2, s. 472–473). W zbiorach Państwowego Archiwum Historycznego Obwodu Kijowskiego (f. 782, z. 2, nr 331, s. 454–456) można znaleźć mnóstwo informacji o panach Szczurowskich herbu jelita, zamieszkałych we wsi Skibiny, jak też o innych – herbu Korab, rozproszonych po guberni kijowskiej. Nie wiemy, z której gałęzi tej dobrej szlachty polskiej ktoś się zapuścił w ziemie moskiewskie i się tu zakorzenił.

***

W każdym bądź razie Grzegorz Szczurowski został w 1822 roku przyjęty na fakultet medycyny Uniwersytetu Moskiewskiego, gdzie był słuchaczem m.in. wybitnego profesora botaniki M. Maksymowicza. W 1826 roku studia zostały pomyślnie zakończone i młody człowiek musiał szukać sobie przysłowiowej niszy życiowej, a więc jakiegoś zatrudnienia i dachu nad głową. O jedno i o drugie w Moskwie nie było nigdy trudno, szczególnie gdy się miało tęgą głowę i wenę twórczą. Oczywiście, początkowo mieszkało się na poddaszu domku drewnianego na przedmieściu, a na chleb zarabiano – jak tysiące geniuszy w całej Europie – udzielając prywatnych korepetycji bogatym głuptasom. I nie tylko. Wśród uczniów Szczurowskiego znalazł się był kilkunastoletni wówczas Iwan Turgieniew, przyszły wielki pisarz rosyjski. Nieco później młodzieniec został przyjęty na etat nauczyciela fizyki i przyrodoznawstwa do domu dziecka, w którym spędził przedtem całe swe dzieciństwo.
W sumie sytuacja przez pewien czas rysowała się jako dość smutna, a nawet beznadziejna. Od pewnej jednak chwili pan Grzegorz uświadomił sobie, ze jedyną szansę i nadzieję na wybicie się, na wyrwanie się z dość prymitywnego środowiska szkoły podstawowej stanowi dla niego dalsze samokształcenie , nauka, nabycie solidnej wiedzy, która stanie się jego bronią w walce o lepsze miejsce pod słońcem. Istotnej pomocy udzielił młodemu człowiekowi profesor M. Maksymowicz, który pomagał zdobywać potrzebne ksiązki oraz mądrze ukierunkowywał proces samodoskonalenia studenta. Po paru latach konsekwentnego i systematycznego wysiłku rozprawa doktorska z zakresu medycyny była gotowa, a jej pomyślna obrona odbyła się w roku 1829. Jednak i ten dyplom okazał się za „słaby”, by utorować zdolnemu młodzianowi drogę do kariery akademickiej, o której marzył. Brak znajomości i szerszych stosunków w sferach decydenckich także w jego przypadku okazał się silniejszy niż talent, gorliwość i praca. Dopiero w 1832 roku G. Szczurowski został zatrudniony na etacie lektora historii naturalnej na wydziale medycyny Uniwersytetu Moskiewskiego. Wykładał, jako swego rodzaju intelektualny „pan Totumfacki”, mineralogię, botanikę i zoologię, czyli dyscypliny naukowe dosyć od siebie odległe. Lecz nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Choć tak szeroki wachlarz wykładów raczej utrudniał specjalizację, to przecież zmuszał jednocześnie do nieustannego poszerzania swych horyzontów myślowych w procesie przygotowywania coraz to nowych tematów dla studentów. Powoli jednak zainteresowania naukowe krystalizowały się, zmierzając w kierunku zoologii i anatomii porównawczej zwierząt. Młody wykładowca opracował rozległy materiał bibliograficzny w tych dziedzinach, gruntownie go przestudiował i przemyślał, połączył z własnymi obserwacjami i ideami, a skutkiem tego trudu stała się pierwsza książka G. Szczurowskiego pt. „Organologia zwierząt”, wydana w Moskwie w roku 1834. W tym też czasie początkujący naukowiec opublikował kilka artykułów na tematy przyrodoznawcze w poważnym periodyku „Uczonyje Zapiski Moskowskogo Uniwesitieta” i został awansowany na etat adiunkta. Do podstawowych idei, które reprezentował w swych tekstach, należało przekonanie o jedności organicznej konstytucji zwierząt oraz wyobrażenie o zmienności organów i całych organizmów w procesie ich przystosowywania się do zmieniających się warunków zewnętrznych. Mówiąc o jedności organizacji anatomiczno-fizjologicznej naukowiec wskazywał, że chociaż organy bywają nieskończenie zróżnicowane, u ich podstaw – mimo wielorakości funkcji – leżą te same elementy morfologiczne. Ręka człowieka, łapa drapieżnika, skrzydło nietoperza czy ptaka – są połączone swoistą „więzią pokrewieństwa”, czyli związkiem homologicznym. A to z kolei mogłoby wskazywać na wspólne pochodzenie tych stworzeń od jednego przodka.
Organa różnicowały się w ciągu milionów lat pod wpływem urozmaiconego środowiska naturalnego. „Ogólny i szczegółowy rozwój organów stanowi nieprzerwany szereg zmian, ciągły ruch ku doskonałości. G. Szczurowski więc uważał, iż organy i organizmy nie są czymś stałym i niezmiennym, lecz przeciwnie, że się zmieniają, rozwijają, ewoluują. Jedyne, co w tym procesie jest stałe, to właśnie brak stałości. Zarówno każdy organizm (gatunek), jak i każdy organ, mają swą własną historię rozwoju. Człowiek wcale nie stanowi wyjątku w tym globalnym procesie powszechnego doskonalenia się wszystkiego, co żyje. „Człowiek – pisał uczony – stanowi najwyższy wykwit królestwa istot ożywionych, ostatni stopień istnienia tego wielkiego organizmu, jakim jest przyroda.
Były to poglądy na ów czas niebezpieczne dla ich wyznawców; we Francji np. zwolenników ewolucjonizmu pozbawiano pracy i możliwości drukowania swych opracowań naukowych. W Rosji zaś intelektualiści skupieni wokół cerkwi prawosławnej zareagowali na publikacje Szczurowskiego pomrukiem chłodnej rezerwy i z trudem ukrywanego niezadowolenia. Obawiając się o swój los autor „Organologii żywotnych wycofał ze wszystkich księgarni swą książkę, wywiózł wszystkie 200 egzemplarzy poza miasto i je spalił. [Powtórzył więc to, co ongiś uczynił ze swymi książkami i rękopisami wybitny brytyjski astronom John Flemstead]. Jednocześnie złożył rezygnację z etatu wykładowcy biologii i w pospiechu przeniósł się na dopiero powstającą na uczelni katedrę geologii i mineralogii, uzyskując na niej posadę profesora nadzwyczajnego tychże dyscyplin. W ten sposób udało się zażegnać burzę, która miała tuż tuż wybuchnąć pod naciskiem fanatycznych wyznawców prawosławia, negujących wówczas kategorycznie zjawisko ewolucji, a hipotezę o niej uważających za przejaw zbrodniczego bezbożnictwa, które należałoby przykładnie ukarać.
Wykłady z geologii i mineralogii było jednak niesłychanie trudno przygotowywać, ponieważ nie było jeszcze nawet podręczników tych nauk w języku rosyjskim. Szczurowskiemu pomogła jednak wiedza języków obcych, umożliwiająca korzystanie z pomocy naukowych wydanych we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Młody uczony zresztą nie ograniczał się do źródeł teoretycznych, postarał się po pewnym czasie (1838) o dłuższą delegację naukową na Ural, gdzie bezpośrednio w terenie prowadził badania i gromadził zbiór minerałów. Po pół roku wrócił, został mianowany kierownikiem katedry geologii i mineralogii Uniwersytetu Moskiewskiego, a owocem tej wyprawy górskiej stała się pionierska monografia pt. „Uralskij chrebiet w fizyko-geograficzeskom, geognosticzeskom i minerałogiczeskom otnoszenijach”, wydana w 1841 roku. Recenzje tego dzieła w fachowych periodykach rosyjskich uwypuklały okoliczność, że było to opracowanie zarówno głębokie pod względem treści, jak i spisane klarownym, wręcz pięknym, językiem.
W 1844 roku Szczurowski zaplanował i doprowadził do skutku kolejną wyprawę geograficzną, tym razem na Syberię, do gór Ałtaju. Podróż trwała osiem miesięcy i wiązała się z wieloma niedogodnościami, skończyła się jednak zgromadzeniem ogromnego materiału empirycznego i powstaniem kolejnej monografii z pogranicza geologii i geografii: „Geołogiczeskije putieszestija na Ałtaj, wydanej w roku 1846. Ta książka do chwili obecnej jest wysoko ceniona przez specjalistów i stanowi klasyczne dzieło nauki rosyjskiej.
W zbiorze „Historia poznania radzieckiej Azji (Warszawa 1979, s. 412–413) czytamy: „Należy podkreślić prace badawcze prowadzone na Ałtaju w 1844 r. przez profesora uniwersytetu moskiewskiego G. E. Szczurowskiego. Mimo krótkiego pobytu w terenie (8 miesięcy), potrafił on wyłożyć istotę swoich obserwacji w obszernej monografii wydanej w 1846 r. w Moskwie pt. Geołogiczeskoje putieszestwije po Ałtaju. Szczurowski wielokrotnie przeszedł cały Kraj Ałtajski, co pozwoliło mu na sformułowanie ogólnej charakterystyki Ałtaju, przedstawienie własnych obserwacji, a nawet na uogólnienie poglądów wszystkich swoich poprzedników o pochodzeniu Ałtaju. Ograniczył on wbrew zdaniu A. Humboldta obszar Ałtaju do terytorium położonego między Irtyszem a źródłami Abakanu wisząc je jako starą sfałdowaną krainę górską powstałą w początkach paleozoiku i ostatecznie uformowaną w końcu okresu permskiego. W następnych okresach geologicznych Ałtaj został rozczłonkowany na oddzielne bryły, z których każda wydźwigana była niezależnie od sąsiednich. Szczurowski jako geograf posiadał niebywały dar opisywania rzek… Udowodnił przy tym, że w górnych biegach rzek, gdzie osie tych biegów, zorientowane na północo-zachód i na północ, przecinają się, schemat sieci hydrograficznej odznacza się niebywałym zagmatwaniem. Szczurowski jako geograf posiadał również rzadko spotykany dar opisywania miejscowości i umiejętność przekazywania czytelnikowi obrazu rozmieszczenia górskich grzbietów, dolin i obniżeń.
W tekstach znakomitego uczonego znajduje się niemało spostrzeżeń o charakterze ogólniejszym, dotyczących generalnego opisu gór jako obiektu badań geograficznych, a szereg jego myśli zupełnie się zgadza z poglądami nowoczesnej nauki XXI wieku. Dotyczy to m.in. jego obserwacji nad lodowcami i ich rolą w procesach górotwórczych. Jak wiadomo, setki milionów lat temu powierzchnia ziemi była okresami pokrywana grubą warstwą lodu, która powoli poruszała się od biegunów ku równikowi, a nad tą lodową pustynią, pokrytą wiecznym śniegiem, szalały śnieżyce i trzeszczały przysłowiowe „syberyjskie” mrozy. Szacuje się, że w sumie nasza planeta przeszła przez siedem epok lodowcowych. Pierwsza z nich miała miejsce w prekambrze, około 2,3 miliarda lat temu; ostatnie nawiedziło Ziemie w okresie od około 1,7 mln do 10 000 lat temu, czyli w plejstocenie. Okres też jest zwany epoką lodowcową. Wówczas pokrywa lodowa z wolna rozprzestrzeniała się od bieguna północnego i stopniowo objęła cała Europę oraz połowę Ameryki Północnej. Jednocześnie rozległe obszary ochroniły się przed dominacją niskich temperatur, zachowały się na nich tropikalna dżungla, a nawet gorące pustynie, co umożliwiło przetrwanie wielu gatunkom roślin, owadów, gadów, ryb i ssaków. Lodowce wiele razy przesuwały się na południe i z powrotem, zanim wycofały się całkowicie, a okresy panowania wysokich temperatur pomiędzy kolejnymi nawrotami mrozu (tzw. interglacjały) trwały nieraz po kilkaset tysięcy lat. Wraz z ochłodzeniem lód wracał na południe, dławiąc i dewastując podłoże, po którym się przesuwał. Kroczące lodowce kształtowały powierzchnię ziemi poprzez osady (porwane przez lodowce, a następnie porzucone elementy podłoża) i erozję (masy skalne wleczone przez lodowce żłobiły głębokie rynny w twardej powierzchni lądu, które później stawały się dolinami i korytami rzek). Topniejący lód uwalniał i pozostawiał za sobą wielkie głazy, żwir i glinę, bezładnie rozrzucone na terenie Europy i Ameryki Północnej, będące do dziś świadkami owych cyklonicznych procesów geotwórczych.
Przyczyny okresowych zlodowaceń, jak i drastycznych tektonicznych katastrof mogą być różne, zarówno zależne od zmian nachylenia osi naszej planety, jak tez od zbliżania się i oddalania od Słońca, od ruchów Księżyca, od zderzeń z dużymi asteroidami, od innych, być może, nie znanych na razie nauce, czynników.

***

Innym konkretnym przedmiotem badań profesora G. Szczurowskiego był region moskiewski, w szczególności tereny należące do dorzecza rzeki Moskwy. Wynikiem tych prac był obszerny tekst pt. „Istorija geologii Moskowskogo bassiejna”, opublikowana w dwóch tomach w latach 1866–1867.
Obok tych ściśle naukowych zajęć znakomity uczony poświęcał wiele uwagi rozmaitym sprawom organizacyjnym, jak np. tworzeniu i doskonaleniu wyposażenia na macierzystym uniwersytecie pracowni mineralogii oraz geologii; przy czym kierownik katedry własnoręcznie montował okazy w gablotach i naklejał etykietki. Temu ulubionemu zajęciu poświęcał ponoć co najmniej pięć godzin dziennie, a zważywszy, że w sumie G. Szczurowski kierował katedrą geologii i mineralogii Uniwersytetu Moskiewskiego prawie 45 lat, łatwo wyobrazić, ile dziesiątków tysięcy eksponatów przygotował, nawet jeśli się odejmie kilka lat spędzonych przez niego na badaniach terenowych.
Ze wspomnień studentów profesora wynika, iż był on wielce utalentowanym prelegentem. Potrafił wyrażać swe myśli zwięźle i przejrzyście, na dowód poprawności wywodów oderwanych przytaczał liczne wymowne przykłady, operował pomocami poglądowymi, a często też przedsiębrał ze studentami wyprawy w teren, do guberni moskiewskiej i innych. Do wykładów zawsze był przygotowany starannie i niesłychanie skrupulatnie, nie lubił przesadnych improwizacji, uważał, że nauki ścisłe wymagają , tak jak wszystkie inne, precyzyjnego przedstawiania materiału i takiejże dokładnej jego interpretacji. Jeden ze studentów Szczurowskiego wspominał: „Nigdy nie było przypadku, by sędziwy profesor zjawił się na prelekcji bez starannego przygotowania, bez przestudiowania najnowszej literatury dotyczącej danego zagadnieniaSłuchacze odnotowywali oczywiście zarówno sumienność wykładowcy, jak i jego dogłębną wiedzę, nie przeoczyli też jego lekkiej tremy na początku każdego zajęcia (pośrednio wskazującej na emocjonalne zaangażowanie, wysokie poczucie odpowiedzialności zawodowej i moralną nieobojętność nauczyciela). Szanowali więc go szczerze, lubili i gremialnie brali udział w prowadzonych przezeń zajęciach.
Podczas sesji egzaminacyjnych profesora cechowała życzliwość połączona jednak ze sprawiedliwością. Za rzetelną pracę i wiedzę otrzymywało się u niego dobre stopnie, za przysłowiowe zaś „ładne oczy”, czyli za jakieś względy pozanaukowe – nigdy. To również podobało się młodzieży akademickiej; rzetelność i sprawiedliwość zresztą zawsze są u ludzi wysoko cenione. Nasz, dla przykładu, mistrz słowa Mikołaj Rej w „Żywocie człowieka poczciwego” przytacza wiele opowiastek i legend o ludziach szczególnie obarczonych władzą, sprawiedliwych a zacnych, że przypomnimy tu na marginesie, niejako jako dygresję, niektóre spośród nich. Tak więc: „Trajan, cesarz, gdy syn jego, biegając na koniu po rynku, syna koniem ubogiej niewieście rozraził, przyszła niebożątko płaczliwa z onym rozrażonym dziecięciem swoim do cesarza. Wnet cesarz kazał synowi z konia zsieść, i wydał go za gardło onej niewieście, powiedając: Iż ci inszej sprawiedliwości uczynić nie mogę, ale otoć wydawam syna za syna, czyńże z nim, co chcesz. Potym panowie oną niewiastę udarowali, uprosili, że wypuściła dobrowolnie syna cesarskiego. (…)
Zeleuchus, lakoński król, iż był prawo ustawił, ktoby komu gwałt jaki w domu uczynił, aby mu były oczy wyjęte. Syn jego tejże nocy wybiwszy drzwi, wziął gwałtem żonę mężowi. Wnet go kazał król pojmać i przywiązaw2szy do stołka, kazał mu oczy wyjąć. Panowie zbiegli się także i pospolity człowiek, ledwo go uprosili, iż był jedynak, i ów mąż mu już wszystko był odpuścił. Przedsię i król powiedział: iż musi być sprawiedliwość. I wnet kazał sobie jedno oko wyjąć, a synowi drugie. Patrzże, jaka to była sprawiedliwość u człowieka pogańskiego. (…)
 Antygon, on wielki król, gdy w mieście sądził poddanych swoich, przyszedł do niego jeden człowiek, skarżąc się na brata jego rodzonego, na Marsyasza. Przyszedłszy Marsyasz do króla, prosił, aby tę kauzę odłożył do domu, aby jej tu jawnie nie sądził przed ludźmi. Król mu powiedział: jeśliżeś nic nie winien, tedy to lepiej tu ludziom okazać… I sądził wnet wedle prawa, tak, jako przystało. Uogólnia zaś mistrz z Nagłowic swe rozważania mądrą konkluzją: „A iż między wszystkiemi cnotami bezpiecznie to każdy rzec musi, iż to jest najprzedniejsza cnota sprawiedliwość, a już się do tej wszytkie inne cnoty ściągać muszą, jako rzeki do morza. Bo gdzie zastąpi sprawiedliwość, już ustać musi łakomstwo, już gniew, już zazdrość. Bo kto będzie pomniał na sprawiedliwość, wszystko to w nim upaść a ustać musi”… Widocznie ów wielowiekowy dorobek kultury europejskiej tkwił gdzieś głęboko zaszyfrowany w genach profesora Szczurowskiego, a manifestował się raz po raz w zacnym a rzetelnym traktowaniu przezeń swych wychowanków, jak i w subtelnych, wyrafinowanych wywodach naukowych, obcych jakiemukolwiek prostactwu, schematyzmowi czy dogmatyzmowi.

***

Sam świat minerałów uczony traktował nie jako bezkształtne nagromadzenie chłodnej, martwej i surowej materii, lecz jako żywe królestwo form, znajdujących się w procesie nieustannych zmian i przekształceń. „Nie dawajcie wiary – zwracał się do studentów – tym zimnym przyrodnikom, którzy odgórnie skazali ten piękny świat na wieczną martwotę. Nie, życie kryje się głęboko w minerałach, lecz jest jakby przytłoczone ich ciężką, majestatyczną masą. Ono nie obumarło, nie skamieniało w niezmiennych kształtach. Wszystkie części świata organicznego żyją dopóty, dopóki stanowią jedność ze światem nieorganicznym; oderwane od niego – umierają. Podobnie też minerały oderwane od swej całości wydają się nam masami materii bez życia, bez ruchu, często bez własnego oblicza. Lecz te same minerały w ich naturalnym całokształcie manifestują raz po raz, że stanowią całość żywą i rozwijającą się. Życie ogromnego wszechświata przemawia do nas także przez milczące istnienie minerału. Wytwór wiecznego życia nie może być martwy”…
Jednym z najbardziej utalentowanych uczniów G. Szczurowskiego na Uniwersytecie Moskiewskim był Aleksy Pawłow, który zastąpił swego nauczyciela na katedrze geologii i mineralogii oraz kierował nią, dokładnie jak jego poprzednik, przez kolejnych 45 lat, stając się założycielem wpływowej szkoły w geologii rosyjskiej, mającej także przed nauka powszechną niepodważalne zasługi. W fundamencie tej szkoły leżał wszelako wieloletni dorobek pracy profesora Grzegorza Szczurowskiego, wybitnego badacza, znakomitego organizatora i popularyzatora nauki.
Skoro napomknęliśmy o roli tego uczonego jako popularyzatora wiedzy naukowej, warto nadmienić, że był on autorem wielu popularnonaukowych publikacji prasowych m.in. o wyspach bursztynowych Bałtyku, o studniach artezyjskich, o pochodzeniu węgla kamiennego, o geografii i mineralogii Kaukazu, Ałtaju, Uralu, ale też, że opracował metodologiczne podstawy racjonalnej działalności w tym zakresie. Dawał wyraz przekonaniu, że upowszechnianie wiedzy naukowej i kultury intelektualnej w masach ludności danego kraju jest nie mniej ważne niż samo dokonywanie odkryć, ponieważ stanowi niesłychanie doniosły czynnik postępu cywilizacyjnego narodu, zachęca liczne szeregi zapalonej młodzieży do uprawiania nauki, tworzy w społeczeństwie kult wiedzy i mądrości, bez którego pozostaje ono tępą amorficzną masą, mającą zamiast mózgu zupełnie inną substancję. Słusznie też twierdził profesor Szczurowski, iż odczyty i teksty popularnonaukowe powinny uwzględniać psychikę określonego narodu, jego doświadczenie dziejowe, poglądy metafizyczne, jak też wpływ otoczenia przyrodniczego, w którym żyje; w przeciwnym razie nawet najmądrzejsze wywody i najsłuszniejsze myśli nie znajdą odzewu w odbiorcach. W ogóle zaś był zdania, że powszechny dostęp do wiedzy wszystkich warstw społecznych i wszystkich obywateli stanowi nieodzowny warunek rozwoju każdego kraju.
Uczony przez szereg lat pełnił funkcje prezydenta powstałego nie bez jego udziału w 1863 roku Towarzystwa Miłośników Przyrodoznawstwa. Piastując to stanowisko zorganizował szereg wystaw naukowych w Moskwie, m.in. etnograficzną (1867), politechniczną (1872), antropologiczną (1879) i inne, przyczyniając się walnie do wzrostu poziomu kultury intelektualnej Cesarstwa Rosyjskiego. W roku 1872 był współorganizatorem Muzeum Politechnicznego w Moskwie. W 1878 roku, kiedy wybitny przyrodnik podał się do dymisji, ukazało się drukiem ostatnie jego fundamentalne dzieło: „Kolebatielnyje dwiżenija Jewropiejskogo matierika w istoriczeskoje i bliskoje k istoriczeskomu wiremia. G. Szczurowski zakończył życie 1 kwietnia 1884 roku, pogrążając w żałobie Uniwersytet Moskiewski. W okresie późniejszym na jego cześć nazwano jeden z gigantycznych lodowców Pamiru Lodowcem G. Szczurowskiego.

***

Biografowie tego niestrudzonego pracownika nauki często uwypuklają okoliczność, iż nie miał on łatwego życia, rzucano mu nieraz kłody pod nogi, gdy inicjował nowatorskie badania, czy podejmował liczne i owocne inicjatywy organizacyjne, przeszkadzano, obmawiano, wyśmiewano, otaczano złośliwymi intrygami. Ale przecież i tak, jak zauważał poeta polski Antoni Górecki, „próżno zawiść powstaje przeciw rzeczom nowymZ reguły torują one sobie drogę do urzeczywistnienia, lecz staje się tak dzięki ofiarności i pracy wybitnych, jak też szeregowych działaczy nauki i kultury, którzy płacą za postęp własnym życiem. Wielkość bowiem zawsze jest idealistyczna i bezinteresowna, a więc kompletnie niezrozumiała dla motłochu, dla ciemnej masy agresywnych miernot, które – przy każdej okazji – dają wyraz swej nienawiści, mściwości, złości w stosunku do tego, co ich pod każdym względem przewyższa.

***





AUGUST CYWOLKA


Do niedawna spierano się co do pochodzenia tego znakomitego podróżnika: czy był Polakiem, czy Czechem. Badania archiwalne jednak Profesora A. Aleksiejewa postawiły pod tym względem przysłowiową kropkę nad „i”. Stwierdza on bowiem jednoznacznie: „Wszystkie urzędowe dokumenty znajdujące się w zbiorach Petersburga (w tym wykaz przebiegu służby) świadczą o tym, że Cywolka był narodowości polskiej. Urodził się w Warszawie w rodzinie – jak podają zapisy urzędowe – „mechanika teatralnego narodowości polskiej. Dlatego też rosyjski „Biograficzeskij słowar jestiestwoznanija i techniki (Moskwa 1959, s. 344–345) podaje: „Cywolko (Cywolka) August Karłowicz (1810 – 16 marca 1839) rosyjski żeglarz. Z narodowości Polak. W latach 1834–35 brał udział w wyprawie P. K. Pachtusowa do Nowej Ziemi. W roku 1837 dowodził szkuną Krotow w ekspedycji K. M. Baera na Nową Ziemię, w trakcie której dokonał opisu Matoczkina Szara oraz przeprowadził badania magnetyczne za rzeką Niechwatową. W roku 1838 został mianowany kierownikiem wyprawy hydrograficznej, mającej na celu dokonanie opisu północnych i północno-wschodnich wybrzeży Nowej Ziemi. Zmarł na szkorbut w trakcie wyprawy. Imieniem Cywolki nazwano zalew w morzu Karskim oraz inne obiekty geograficzne.
 Pośrednio o polskim jego pochodzeniu świadczy też fakt, iż np. geograf czeski Jan Kunsky pomija Cywolkę w swym fundamentalnym dwutomowym dziele „Czeske czestovatele (Praga 1961), a we własnoręcznym wykazie A. Cywolki, dotyczącym języków, którymi władał, znajdujemy w następującej kolejności: rosyjski, niemiecki, polski, francuski, włoski, szwedzki, holenderski. Czeskiego nie ma.

***

A więc był August Cywolka latoroślą rdzennie polskiej rodziny warszawskiej, a jego rodzice początkowo planowali artystyczną karierę swego ukochanego syna. Stało się jednak – jak to najczęściej bywa – inaczej. Syn bowiem, nie wiadomo, czym powodowany, od wczesnych lat marzył o dalekich podróżach morskich i zamierzał zostać oficerem marynarki wojennej. Ten pociąg do falujących przestworzy oceanicznych był po prostu nie do pokonania i rodzice w końcu musieli własnoręcznie napisać podanie do namiestnika cesarza w królestwie Polskim, by ich syna, jako dziedzicznego szlachcica, raczono przyjąć do oficerskiej szkoły morskiej w Kronsztacie. Tak się też stało. Od 21 sierpnia 1830 roku wybitnie uzdolniony, znający języki, kochający muzykę, malarstwo młodzieniec został wciągnięty na listę uczniów tamtejszego Korpusu Kadetów.
Po paru latach nauki świeżo upieczony wilczek morski już pływał po Bałtyku w charakterze sternika, co jednak wcale nie odpowiadało jego dalekosiężnym ambicjom. Widział siebie raczej jako samodzielnego podróżnika, odkrywcę i badacza nieznanych lądów. Cóż, chcieć znaczy móc. Gdy w 1834 roku zaproponowano mu wzięcie udziału w wyprawie naukowej P. Pachtusowa na Nową Ziemię, z radością na to przystał i jako dowódca barkasu „Kazakow” (szkunerem „Krotow” dowodził sam Pachtusow) w końcu lipca tegoż roku wypłynął w kierunku północnym. Na przełomie sierpnia a września ekspedycja natknęła się na olbrzymie zatory lodowe, tak iż poruszanie się w zaplanowanym kierunku stało się niepodobieństwem. Podróżni więc zawrócili do ujścia rzeki Czyrakina i tutaj się zatrzymali na zimowisko. To była ciężka dla wszystkich przeprawa, dwie osoby zmarły, cztery zachorowały na szkorbut i straciły uzębienie. Jednak członkowie zespołu nie próżnowali, codziennie prowadzili obserwacje i badania geograficzne, geologiczne, meteorologiczne, ichtiologiczne. W ten sposób powstawała szczegółowa dokumentacja tego regionu, mało ówcześnie poznanego.
W kwietniu 1835 podzielono się na dwa oddziały, z których jeden musiał, według opracowanego planu, podążać lodem wybrzeża do wschodnich krańców Nowej Ziemi, na północ od cieśniny Matoczkin Szar, i to tak daleko, jak na to pozwoli stan lodu. Po drodze miano dokonywać rozmaitych obserwacji, pomiarów i badań. Następnie miano tąż trasą wrócić do obozowiska. Druga grupa wyruszyła w innym kierunku. August Cywolka stanął na czele grupy pierwszej, złożonej z sześciu osób. Ze sobą zabrano zapas żywności na dwa tygodnie. Lód miejscami już się odrywał od brzegu i przeciąganie ciężko naładowanych sani przez te rozpadliny było niesłychanie trudne. Po drodze podróżni odkryli i przenieśli na mapę nieznaną dotąd cieśninę, którą nazwano „Nieznakomką” (Nieznajomą). Następnie opisano zalew Miedwieżyj (nazwany tak, ponieważ Cywolka stoczył tu nad brzegiem zwycięski bój z olbrzymim, mierzącym 2,5 metra niedźwiedziem) oraz Przylądek Pięciu Palców (podobny do ludzkiej dłoni). Z trudem sięgnięto jeszcze do Półwyspu von Flotta, ale ponieważ lód tu był zupełnie kruchy i nie nadawał się do poruszania się po nim – zawrócono. Następnie bazując w dawnym zimowisku prowadzono wypadowe badania w terenie, aż wreszcie pod koniec lata wyruszono szlakiem wodnym w kierunku Archangelska. Stanięto w tym porcie 23 listopada, przebywając morze na łodziach przygodnie spotkanych myśliwych i rybaków. W Archangielsku Cywolka się dowiedział, że został awansowany do szarży oficerskiej i podążył dalej do Petersburga; złożył tam obszerne sprawozdanie na piśmie, referując całą listę doniosłych odkryć geograficznych. Następnie przez pewien czas pływał na Bałtyku pod kierunkiem hydrografa M. Reinecke’go. Cieszył się już zresztą autorytetem wytrawnego i sławnego żeglarza; gazety rosyjskie pisały w superlatywach o jego odwadze, pomysłowości i kwalifikacjach zawodowych.
W 1837 roku A. Cywolka wziął udział w północnej wyprawie pod kierunkiem profesora Karola Baera, przy czym wyróżnił się przez dokonanie bardzo istotnych obserwacji w zakresie magnetyzmu, hydrologii i meteorologii. Jego ustalenia pozwoliły na wysunięcie hipotezy o tym, że ciepły nurt Golfstreamu (Prądu Zatokowego) dociera nie tylko do Morza Barentsa, ale i do wybrzeży Nowej Ziemi.
Nastał jednak wreszcie czas na samodzielną wyprawę młodego oficera morskiego na wody Północy. Stało się to w roku 1838. Wyprawa pod dowództwem A. Cywolki wyruszyła z Petersburga 15 czerwca na szkunerach „Nowaja Ziemla” i „Spitzbergen”, mając do dyspozycji także przemysłową łódź pomocniczą. Warunki pogodowe okazały się tym razem nad wyraz niekorzystne. Dopiero w sierpniu udało się doprowadzić statki do miejsca przeznaczenia. Jednak po drodze zbadano i opisano szereg obiektów geograficznych, jak np. zatoki: Miełkij, Krestowyj, Sulmieniewa, Maszygina, Kostin Szar. Cywolka dokonał też wielu pomiarów astronomicznych, meteorologicznych , magnetycznych i dotyczących dna morskiego. W sumie był to doniosły wkład do rozwoju ówczesnej nauki.
Eksplorację dna morskiego prowadzono wówczas stosując dość prymitywne metody, spuszczając np. na sznurku kawałek ołowiu, aby ustalić w ten sposób głębokość w danym miejscu. Powoli jednak zarówno metody jak i cele badań zmieniały się i komplikowały, warunkując szereg ważnych odkryć. Odkrycie np. faktu, że podwodna góra Mauna Kea na Hawajach, znajdująca się na dnie oceanu, ma od podstaw do szczytu 11 148 metrów to tylko jedna z wielu rewelacji, jakich dostarczyły dopiero pomiary z kosmosu w XX wieku, obaliło odwieczne przekonanie, iż najwyższym szczytem na Ziemi jest Mount Everest, mierzący 8 848 m. W czasach Cywolki zaawansowane metody dnia dzisiejszego były, rzecz jasna, nieznane, z czego wszelako nie wynika, iż prowadzone wówczas badania nie miały sensu. Wręcz przeciwnie, dopiero na ich podstawie stał się możliwy zawrotny rozwój nauki w XX i XXI w. W jednym ze swych tekstów nasz rodak m.in. wysunął hipotezę, dopiero dziś potwierdzoną w całej rozległości, że góry podwodne tworzą się w tak zwanych „ciepłych miejscach” na Ziemi, czyli na terenie podwodnej działalności wulkanicznej. Większość wysp na Oceanie Światowym to wystające ponad powierzchnię wody szczyty stożków wulkanicznych. Część z nich to dawno wygasłe wulkany, niektóre, jak np. Wyspy Kanaryjskie i Tristan da Cunha na Atlantyku czy Filipiny na Pacyfiku – to wulkany przejściowo uśpione lub zgoła czynne.
Odkrycie tych i wielu innych faktów, dokonane w ciągu ostatnich dwu stuleci przez nauki geograficzne ma dla ludzkości doniosłe znaczenie praktyczne, pozwala prognozować nadejście tych czy innych klęsk żywiołowych, planować zapobieganie im lub przygotowywać się do akcji ratowniczych.
***

Zima przełomu lat 1838/39 była surowa. Zimujący w obozie na Nowej Ziemi członkowie wyprawy zaczęli od pewnego momentu zapadać na szkorbut i po jakimś czasie umierać. 16 marca 1839 roku wydał ostatnie tchnienie także August Cywolka, utalentowany i mężny badacz terenów północnych, który przeciez był zaledwie rozpoczął karierę samodzielnego pracownika nauki. Jeśli początek był tak imponujący, jakże wspaniałe mogłoby być apogeum tego twórczego, pełnego poświęcenia życia! Niestety, stało się inaczej – i to w pewnym sensie za sprawa samego bohatera Północy, który nie oszczędzał się w pracy, był ofiarny, obowiązkowy i pracowity do granic możliwości, w dosłownym znaczeniu poświęcał swe życie ideałowi nauki, jej duchowi. O sobie zaś i swym życiu nie pamiętał. O kolegów i podwładnych dbał, o siebie – nie. To jest typowa cecha idealistów wszelkiego rodzaju. Nie przypadkiem Carl Gustaw Jung ostrzegał przed taką postawą na łamach swego dzieła „Rebis czyli kamień filozofów” : „Podobnie jak istnieje namiętność, która pcha nas do ślepego, pozbawionego granic życia, tak też istnieje namiętność, która chciałaby duchowi – właśnie ze względu na jego twórczą wyższość – złożyć całe życie w ofierze. Namiętność ta czyni z ducha złośliwy nowotwór, który bezsensownie niszczy ludzkie zycie.
Życie jest probierzem prawdy ducha. Duch, który wynosi człowieka ponad wszelka możliwość życia i szuka spełnienia tylko w sobie, jest duchem fałszywym – nie bez winy człowieka, od którego przecież zależy, czy mu się odda czy nie. Życie i duch to dwie moce i konieczności, między którymi postawiono człowieka. Duch nadaje jego życiu sens i możliwość najwyższego rozwoju. Życie wszakże jest duchowi nieodzowne, prawda bowiem jest niczym, jeśli nie może żyćDotyczy to także prawdy naukowej, lecz mężowie fanatycznie oddani swej idei puszczają ten fakt w zapomnienie i często składają własne życie na ołtarzu służenia ludzkości poprzez odkrywanie dla niej nowych horyzontów.
W późniejszym okresie pisarze, historycy i geografowie rosyjscy zawsze podkreślali niepospolite zalety charakteru i umysłu Augusta Cywolki. Członek rzeczywisty Cesarskiej Akademii Nauk K. Baer m.in. wyznawał: „Najbardziej charakterystyczną cecha jego usposobienia była twardość i umiejętność dotrzymywania raz danego słowa niezależnie od okoliczności. Jeśli Cywolka coś komuś obiecał, nic nie mogło go powstrzymać przed dotrzymaniem przyrzeczenia. Niekiedy z ewidentnym żalem odmawiał sobie wszelkich przyjemności życia, byle tylko nie złamać danego słowa… Często opowiadał wesołe i wyrafinowane kawały, choć przeważnie miał wygląd posępny i zamyślonyMoże przeczuwał swój trudny los i przedwczesne odejście do wieczności.
Rosyjscy naukowcy nazwali później imieniem Cywolki jedną z zatok południowo-wschodniego wybrzeża wyspy Nowa Ziemia, uwieczniając w ten sposób pamięć naszego rodaka w annałach nauki światowej. Jego nazwisko nosi również wyspa w składzie Wysp Pachtusowa, zatoka na Morzu Karskim, grupa dziesięciu wysp w Archipelagu Nordenskioelda oraz najwyższy szczyt na Nowej Ziemi, wysoki na 1836 metrów.

***



PAWEŁ EDMUND STRZELECKI


Ta szlachecka rodzina zamieszkiwała różne prowincje Rzeczypospolitej, brała nazwisko od podobnie brzmiących miejscowości, a pieczętowała się herbami: Grzymała, Jastrzębiec, Oksza, Ostoja, Prus Primo. [Patrz o nich: Jan Ciechanowicz, Rody rycerskie Wielkiego Księstwa Litewskiego, t. V, s. 179–180. Rzeszów 2001). Paweł Edmund Strzelecki herbu Jastrzębiec przyszedł na świat 20 lipca 1797 roku w miejscowości Głuszyn pod Poznaniem. Biografowie piszą, że szkoły gimnazjalne kończył w Warszawie, co oczywiście nie mogło się nie odbić niekorzystnie na jego rozwoju umysłowym i moralnym. Dalej sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła, gdyż młodzieniec trafił do Krakowa. Jednak po pokonaniu tego zabójczego prowincjonalizmu, po długotrwałej szamotaninie w tym beznadziejnym bagnie w 1831 roku udało się Strzeleckiemu, już, jak uważał, starzejącemu się, wyjechać tam, gdzie wszystkie horyzonty były szersze. Co prawda trzy lata upłynęły w Londynie na emigranckiej poniewierce, na życiu w nędzy i poniewierce, na rozważaniu i poszukiwaniu tych czy innych alternatyw losowych.
W końcu pan Paweł przyłączył się do wyprawy geologicznej przez Anglię, Szkocję, góry Westmorelandu, Chevoit i Grampion. A gdy się udało w ten sposób nie tylko zarobić nieco grosza, ale i zgromadzić imponująca wiedzę i kwalifikacje praktyczne, budzące uznanie kolegów, można było zastanowić nad tym, czy nie warto czasem poświęcić się poważnej pracy naukowej. A gdy taka decyzja zapadła, już latem 1834 roku Strzelecki udał się na statku „Virginian” z Liverpoolu na swą pierwszą ekspedycję naukową dookoła świata, której początkowym etapem miała być Ameryka Północna. Tutaj, na terytorium Stanów Zjednoczonych i Kanady, w regionie między Zatoką Św. Wawrzyńca, Nowym Brunszwikiem, Wielkimi Jeziorami a Florydą i Zatoką meksykańską pod jego kierownictwem w ciągu półtora roku prowadzono rozległe badania geograficzne, geologiczne, gleboznawcze, florystyczne i etnograficzne. Przez pewien czas uczony przebywał wśród Huronów, systematycznie wyniszczanych przez rasę anglosaską, następnie odwiedził Kubę, Antyle i Meksyk. W Kanadzie, w pobliżu jeziora Ontario odkrył olbrzymie złoża rud miedzi, eksploatowane do chwili obecnej.
W pierwszych dniach 1836 roku Strzelecki wyruszył statkiem w kierunku Ameryki południowej i po kilku tygodniach stanął w porcie Rio de Janeiro. Tutaj przez kolejne prawie trzy lata prowadził badania geologiczne, meteorologiczne, botaniczne, agronomiczne, etnograficzne na terenach należących do Argentyny, Brazylii, Salwadoru, Meksyku i Chile. Płynąc rzekami La Plata, Parana, Rio Grande (ponad pięć tysięcy kilometrów) zbadał trudno dostępne, dziewicze regiony, dokonując i dokumentując tysięcy rozmaitych pomiarów, obserwacji, odkryć. Jako jeden z pierwszych Europejczyków podjął badania ludoznawcze nad kulturą i bytem Azteków, Majów i innych starożytnych narodów kontynentu amerykańskiego, już wówczas zdziesiątkowanych przez jakoby „wyższych kulturalnie” najeźdźców z „chrześcijańskiej Europy”.
Latem 1838 roku na pokładzie statku „Fly” P. E. Strzelecki wypłynął z portu Valparaiso w kierunku Oceanii, a miejscami jego kolejnych postojów i badań naukowych były wyspy Markizy, Hawaje, Tahiti, Tonga i wreszcie Nowa Zelandia. W tym okresie nasz rodak prowadził przeważnie badania w zakresie oceanografii, ichtiologii, hydrografii, wulkanologii i etnografii. Informacje o wynikach swych badań publikował w periodykach ukazujących się w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Nowej Zelandii i Australii.
I wreszcie wiosną 1939 przybił do wybrzeży Australii, kontynentu, którego systematycznemu badaniu poświęcił ponad cztery lata swego życia. Początkowo zbadał pod względem geologicznym agronomicznym, meteorologicznym i geograficznym rozległe tereny południowe Australii na odcinku Wielkich Gór Wododziałowych. Dokonał odkrycia dużych pokładów złota m.in. w dolinie rzeki Clwyd w paśmie Blue Mountains (Gór Błękitnych). Ciekawe, że na prośbę gubernatora Nowej Południowej Walii informacja o tym została utajniona i była utrzymywana w sekrecie przez kilkanaście lat, australijska zaś „gorączka złota” wybuchła dopiero później, gdy odkrycie Strzeleckiego ujawniono, powodując zresztą ogromne zamieszanie.
W trakcie drugiej ekspedycji w teren P. E. Strzelecki odkrył, zbadał i opisał najwyższe pasmo Wielkich Gór Wododziałowych, które nazwał Górami Śnieżnymi, a ich najwyższy szczyt (na który wspiął się jako pierwszy z ludzi 12 marca 1840 roku) – Górą Kościuszki (Mount Kościuszko, najwyższy szczyt Australii – 2230 m). W dalszym ciągu wyprawy uczony zbadał obszerne tereny, które nazwał Ziemią Gippsa (Gippsland) na cześć ówczesnego gubernatora Nowej Południowej Walii Georga Gippsa, bardzo życzliwie traktującego działalność Strzeleckiego i hojną ręką ją sponsorującego. Plonem tych badań było opublikowanie szeregu tekstów naukowych i map oraz zmasowany rozwój osadnictwa białego człowieka na tym terenie. Lata 1840/42 uczony spędził na Wyspie Tasmana, przeprowadził tu liczne pomiary m.in. głębokości jezior i rzek, jak też wysokości gór. Dokonał licznych odkryć w dziedzinie geografii, botaniki, zoologii. Jego zalecenia, dotyczące rozwoju rolnictwa i przemysłu na Tasmanii zostały później wcielone w życie przez władze Imperium Brytyjskiego.
Na przełomie lat 1842/43 P. E. Strzelecki zrealizował jeszcze jedną wyprawę australijską, której jednym z wyników było opracowanie i wydanie dużej szczegółowej mapy geologicznej (7,5 na 1,5 m.) zbadanych terenów. Poraża także w tym przypadku nieprawdopodobna pracowitość i wydajność twórcza Strzeleckiego – cecha charakterystyczna ludzi genialnych.
***

Ówczesne świadectwa donoszą, że nasz rodak miał niezwykle humanitarne, jak na owe czasy, usposobienie, że była mu obca postawa rasistowska, tak charakterystyczna dla XIX–wiecznej elity anglosaskiej, że m.in. z należnym szacunkiem traktował aborygenów australijskich i ich swoistą, oryginalną kulturę. Społeczeństwa europejskie od wielu stuleci stawiają nie na zachowanie tradycji i tego, co już osiągnięto, lecz na to, by wszystko nieustannie zmieniać, negując poprzednie stopnie rozwoju. Stymulatorem zaś tych zmian są zawsze ludzie intelektu, czyli myśliciele: pisarze, filozofowie, pedagodzy, lekarze, naukowcy, wynalazcy, artyści. Tutaj od stuleci się też uważa, że jeśli dzieci nie uniezależnią się od swych rodziców, jeśli ich w sensie mentalnym nie „porzucą”, od nich się nie oddzielą i nie pójdą własną drogą dalej niż doszli przodkowie – postępu nie będzie, świat nie będzie stawał się lepszy.
Zupełnie inną była i jest do dziś mentalność rdzennych mieszkańców Australii. Jak twierdzą niektórzy antropologowie, najstarszą spośród istniejących obecnie cywilizacji jest właśnie cywilizacja australijskich aborygenów, posiadająca nigdzie indziej nie spotykane cechy, jak się wydaje, rasowo zdeterminowane. Rodowici Australijczycy są całkowicie obojętni na złoto, srebro i pieniądze. Posiadają najbardziej złożony system pokrewieństwa i odpowiednia w tym zakresie nomenklatura. W szczepie liczącym np. około 150 członków wszyscy są krewnymi, a dla każdego stopnia pokrewieństwa istnieje nazwa i dokładna definicja. Każdy członek plemienia zna swą genealogię na pamięć do kilkudziesięciu pokoleń wstecz. Sztuka stosowana Australijczyków nie jest podobna do jakiejkolwiek innej. Rdzenni aborygeni nie mogą oglądać zwykłego kina, gdyż ich reakcje wzrokowe są tak błyskawiczne, że dostrzegają na ekranie nie ruch, lecz osobne kadry – obrazki (16 na sekundę!).
Australijczycy, jak słusznie zauważa Arnold Gehlen w „Antropologii filozoficznej”, skoncentrowali swój wysiłek kulturotwórczy na sprawach z europejskiego punktu widzenia dość marginalnych, lecz dla nich najważniejszych: „Specjalizują się w stosunkach pokrewieństwa, regułach zawierania małżeństwa i w strukturach plemiennych. W tym zakresie dochodzą do zdumiewających, dla nas często niedostępnych rozróżnień o nieprawdopodobnym skomplikowaniu. Co można powiedzieć na to, że ma nastąpić wynikające z powinności małżeństwo z córką córki brata matki matki? Powstają wtedy tak ekscentryczne, po części rotacyjne struktury, że w nowoczesnych badaniach, aby wyjaśnić te nieskończenie powikłane realne i fikcyjne relacje, trzeba posługiwać się rozlicznymi diagramami, a nawet formułami matematycznymiTak też czynił m.in. wybitny antropolog Claude Levi-Strauss, aby dojść do zrozumienia tamtejszego systemu pokrewieństwa, lecz sami Australijczycy dokonują tego rodzaju analiz nawet nie uciekając się do pisma, ustnie. Paweł Edmund Strzelecki był również zafascynowany tą oryginalną kulturą, jej różnymi zresztą aspektami i tajemniczym urokiem. Oficjalnie protestował przeciwko szykanom białych przybyszów w stosunku do ludności tubylczej; bez skutku zresztą. Jeszcze bowiem w latach 1950/60 białe władze Australii odbierały aborygenom ich dzieci, aby wychowywać je na „Europejczyków”, a rodziców, sprzeciwiających się temu kulturowemu ludobójstwu albo wtrącano na wiele lat do więzień, albo likwidowano fizycznie. Prawdziwy Polak nie mógł się nie oburzać na te niecne praktyki i nie protestować przeciwko nim.
***

Wiosną 1843 roku, już mocno sfatygowany pod względem zdrowotnym, opuścił Strzelecki na żaglowcu oceanicznym „Anna Robertson” kontynent australijski, udając się w kierunku Europy. Podróż jednak trwała ponad pół roku, gdyż uczony po drodze przeprowadził jeszcze szereg epizodycznych badań na terenie wybrzeży Chin, Indii, Egiptu, wysp Oceanu Indyjskiego. Dopiero późną jesienią tegoż roku zakończyła się w Londynie ta gigantyczna, trwająca dziewięć lat odyseja, której jednym z wielu wspaniałych owoców stała się wydana w 1845 roku w stolicy Imperium Brytyjskiego fundamentalna monografia „Physical Description of the New South Wales and Van Diemen’s Land”, za którą rok później autor został nagrodzony złotym medalem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Było to jedno z najdonioślejszych dzieł nauki brytyjskiej w XIX wieku, które później wznawiano w USA i Australii, a w Polsce wydano w 1958 roku. Ta publikacja spowodowała, że Paweł Edmund Strzelecki został wybrany na członka honorowego Royal Society i szeregu innych organizacji naukowych zarówno Wielkiej Brytanii, jak i innych krajów. Faktycznie jego pionierskie dzieło na okres ponad stu lat stało się teoretyczną podstawą wiedzy geologicznej, hydrograficznej, ekologicznej, etnograficznej o kontynencie australijskim oraz na skutek tego ważnym czynnikiem rozwoju gospodarczego tego rozległego kraju. Przebywając w Anglii Polak opracował projekty nawodnienia terenów rolniczych Nowej Południowej Walii, jak też plany zagospodarowania Tasmanii i innych terenów. W 1860 roku Uniwersytet Oksfordzki nadał mu tytuł doktora honoris causa, a w 1869 królowa Wiktoria odznaczyła orderami Św. Jerzego i Św. Michała.
Na skutek wyczerpania układu nerwowego głównie przez tytaniczny wysiłek pracowniczy doznał ten wielki mąż nauki pod koniec życia głębokiego rozstroju umysłowego. Swą role odegrał również zaawansowany wiek oraz od pewnego czasu nadużywanie whisky. W testamencie polecił spalenie wszystkich swych papierów i notatek osobistych, jak też dzieł naukowych, przygotowanych już zresztą do druku. Tak się też stało – z wielką szkodą dla nauki światowej. Nieprzeliczone zbiory mineralogiczne, geologiczne, paleontologiczne, entomologiczne, ornitologiczne, botaniczne, etnologiczne uległy rozproszeniu po licznych muzeach i uniwersytetach. Tak wielkie dzieło wielkiego człowieka zostało przez los pomniejszone.
Zmarł Paweł Edmund Strzelecki w Londynie 6 października 1973 roku. Pamięć po nim została wszelako uwieczniona m.in. w nazewnictwie zoologicznym, jak np. skorupiaka Pleurotomaria strzeleckiana, trylobita Brachymetopus strzeleckii. Jego nazwisko nadano również najwyższemu wzniesieniu na Wyspie Flindersa – Strzelecki Peak, górze na północ od Alice Springs – Mount Strzelecki, rzece płynącej na wschód od jeziora Eyre – Strzelecki Creek oraz szeregowi odmian roślin, ryb, owadów.
***

 

Być może warto w tym miejscu nadmienić, iż oficjalne międzynarodowe nazewnictwo gatunków świata flory i fauny zostało wprowadzone w 1758 roku i trwa do dziś. Włącza ono w siebie co najmniej dwie części: łacińską lub grecką nazwę gatunku oraz konkretyzację podgatunku w postaci często nazwiska odkrywcy lub innej osoby, ku czci której wybrano tę właśnie nazwę. W ciągu XVIII–XXI w. tego rodzaju nazwy otrzymało około 1,85 milionów gatunków roślin i zwierząt. Oczywiście, dalsze liczne gatunki i podgatunku czekają jeszcze na swe odkrycie, opis naukowy i „ochrzczenie”. Nieraz nazwy nomenklaturowe uwieczniają w annałach nauki nie imiona odkrywców, lecz ich znajomych, kolegów, przyjaciół, członków rodziny, sponsorów finansujących badania, albo po prostu osób w danym okresie sławnych – polityków, sportowców, artystów i innych osób nie mających nic wspólnego z nauką. Ale odkrywca nowego gatunku ma prawo do wyboru nazwy i z tego prawa często robi użytek. Tak np. jeden z podgatunków dinozaurów nazywa się Diplodocus carnegiei na cześć miliardera i filantropa amerykańskiego Andrew Carnegie’ego. Pewna roślina wodna została ku czci królowej Wielkiej Brytanii nazwana Victoria cruciana. Jest też żuk o nazwie Anophtalmus hitleri, honorujący dyktatora Adolfa Hitlera; ślimak morski Bufoneria borisbeckeri na cześć sławnego tenisisty niemieckiego Borisa Beckera, jak też żabka drzewna Hyla stingi, nazwana tak, aby uczcić wykonawcę piosenek.

Znane są przypadki, gdy biologowie nadawali imiona swych szczególnie nielubianych kolegów rozmaitym robakom i pasożytom przewodu pokarmowego. Tak „salmonella” zaistniała z powodu amerykańskiego bakteriologa i patologa D. E. Salmona (1850–1914). Niekiedy nadawano okazom flory i fauny nazwy wręcz żartobliwe, jak np. Abra cadabra, Chaos chaos, Colon rectum (Dupa), a nawet „Hoppla”, „Tralala” czy „Eiapopeia”. Gdy zaś austriackim badaczom zabrakło w 1982 roku konceptu, nazwali odkryte przez siebie odmiany owadów: „Adryte”, „Aphyrte” i „Aphynfte” czyli z niemiecka dialektologicznie „a dritte, a vierte, a fünfte” – „trzecia, czwarta, piąta”… Jasne, że tego rodzaju lekkomyślny brak powagi jest czymś niedopuszczalnym w zakresie naukowej nomenklatury. Są bowiem rzeczy i sprawy, które mogą być lekceważone i wyśmiewane wyłącznie przez indywidua pozbawione rozumu. Obecnie wszelako w internecie niemieckim można znaleźć ogłoszenia, iż naukowcy tego czy innego instytutu badawczego za np. 5 000 euro mogą nadać imię ofiarodawcy, jego żony lub „przyjaciółki, odkrytym przez siebie nowym okazom fauny. Tak szuka się sponsorów. W XIX i XX wieku wszelako tego rodzaju gorszące praktyki miejsca nie miały, a imiona ludzkie nadawano roślinom, owadom i rybom z reguły za naprawdę istotne zasługi uczonych dla kultury światowej.

***

 




JERZY LISAŃSKI


W dziejach nauki ten podróżnik jest znany jako wybitny uczony rosyjski Jurij Fiedorowicz Lisianskij. Urodził się jednak 2 sierpnia 1773 roku w mieście Nieżynie na ziemiach ukraińskich jako potomek dawnego rodu szlacheckiego, znanego od dawna za ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony Polskiej. Lisańscy vel Lisiańscy bowiem to dobra szlachta, pieczętująca się godłem rodowym Lis czyli Mzura. Adam Boniecki, genealog polski, wywodzi ich z Ziemi Halickiej, spode Lwowa. W przedziale lat około 1720–70 źródła archiwalne WKL wielokrotnie wspominają imię Herakliusza Lisańskiego, „zakonu św. Bazylego Wielkiego prowincji litewskiey proto-konsultora y superiora, następnie arcybiskupa smoleńskiego i siewierskiego, doktora świętej teologii, człowieka porywczego, nie stroniącego od najazdów na zaścianki szlacheckie, autora wydanej przez Akademię Wileńską książki „Signum magnum in parvo licet fortunatissimo tamen (1730). Około lat 1822–25 Alfons Lisański pełnił obowiązki nauczyciela matematyki i fizyki w szkole powiatowej chołopienickiej na Białej Rusi. (Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 26, s. 17). Heraldyk rosyjski A. Lakier w drugim tomie swego dzieła pt. „Russkaja gieraldika” (s. 442) także zaznacza, iż panowie Lisańscy używali herbu rodowego Lis czyli Mzura.
Jerzy Lisański po ukończeniu w 1786 roku Korpusu Kadetów Morskich w Kronsztadzie odbył dwuletni staż pływając na okręcie rosyjskiej marynarki wojennej w charakterze gardemaryna. Gdy wybuchła wojna morska Rosji ze Szwecją i Turcją, początkowo szesnastoletni chłopak przez prawie trzy lata służył na fregacie „Podrażysław”, wchodzącym w skład eskadry admirała Grage’a i brał bezpośredni udział w licznych bataliach, m.in. pod Hochlandem, Elandem i Rewlem, manifestując mimo młodego wieku odwagę, męstwo, wytrwałość i smykałkę prawdziwego żołnierza. Nieco zabiegając do przodu zaznaczmy, że także późniejsze wspomnienia o Lisańskim osób, które z nim współuczestniczyły w ekspedycji na Alaskę i dookoła świata, zwracały uwagę nie tylko na wybitną inteligencję tego człowieka, ale też na jego cnoty rycerskie i zupełny brak małoduszności czy tchórzostwa. Jest to bardzo rzadkie usposobienie, gdyż strach, lęk i tchórzostwo są nagminnymi przeżyciami i cechami człowieka, od dawna zresztą opisywanymi przez literaturę i naukę powszechną.
***

Jeden z ciekawych fragmentów o tym znajdujemy w dziele pt. „Charaktery” Teofrasta z Lesbos (372–287 p.n.e.), znakomitego filozofa: „Tchórzostwo to niewątpliwie poddawanie się duszy pod wpływ strachu. A tchórz to ktoś taki, w czyich oczach podczas żeglugi przylądki zmieniają się w rozbójnicze statki. Gdy fala wzbierze, pyta, czy wśród podróżnych nie ma przypadkiem nie ma kogoś nie wierzącego. Z głową zadartą do nieba pyta sternika, czy dawno żegluje po pełnym morzu i co sądzi o pogodzie. A sąsiadowi opowiada, że lęka się, gdyż miał sen, który coś niedobrego wróży. Zdjąwszy chiton oddaje go niewolnikowi, wreszcie prosi, aby go wysadzono na ląd. Podczas wyprawy wojennej w chwili, kiedy piechota ma ruszyć do ataku, woła do siebie towarzyszy i prosi, aby stanęli przy nim i dobrze się naprzód rozglądali dokoła: niełatwa to bowiem sprawa upewnić się, czy to nieprzyjaciel. A słysząc zgiełk bitewny i widząc, że ludzie padają: W pospiechu – powiada do stojących obok – zapomniałem wziąć miecz i pędzi do namiotu. A pozbywszy się niewolnika, któremu każe iść patrzeć, gdzie jest nieprzyjaciel, chowa miecz pod poduszkę, a sam długo udaje, że go szuka po całym namiocie. Widząc zaś, że niosą rannego któregoś z przyjaciół, podbiega, dodaje mu otuchy i pomaga go nieść, otacza go opieką, przemywa mu rany i siadłszy przy nim opędza go od much. Wszystko woli raczej niż bić się z wrogami. A gdy trąbka gra do ataku, on siedząc spokojnie w namiocie: A niechże cię – powiada – z tym wiecznym trąbieniem, nie daje zasnąć człowiekowi. Osmarowany krwią z cudzych ran wychodzi naprzeciw wracających z walki i opowiada, że z narażeniem życia ocalił przyjaciela. I przywołując do leżącego ludzi ze swego domu i ze swej ulicy, opowiada przy sposobności, że to on własnymi rękami przydźwigał rannego do namiotuIstotnie, tchórze najczęściej przechwalają się swą rzekomą odwagą, podczas gdy ludzie odważni swej w ogóle nie dostrzegają, tak jak się nie dostrzega się powietrza, którym się oddycha. We wspomnieniowych tekstach Jerzego Lisańskiego nie sposób znaleźć żadnej aluzji do swego własnego męstwa, choć nieraz podkreśla moc ducha i zdeterminowanie swych podwładnych, a jego koledzy w swych wspomnieniach często i niezmiennie opisywali przypadki bezprzykładnej odwagi i hartu moralnego swego kapitana.
Nawet pod względem fizycznym ten oficer morski stanowił zupełne zaprzeczenie „typu tchórza”, plastycznie, i chyba trafnie, opisanego w „Fizjognomice” Arystotelesa (384 – 322 p.n.e.): „Oznaki lękliwego są następujące: miękki włos, ciało przygarbione, ociężałe; łydki w górnej części szczupłe, twarz przybladła; oczy osłabione i mrugające, a kończyny ciała wątłe, nogi drobne, ręce cienkie i długie; biodra szczupłe i wątłe; postawa w czasie ruchu naprężona; pozbawiony pewności siebie, opieszały i zastraszony; wyraz twarzy bardzo zmienny i znękanyJerzy Lisański był barczystym, mocno zbudowanym mężczyzną; włos miał falujący, twardy; z ruchów jego emanowała siła i pewność siebie, a wyraz twarzy zdradzał „wilka morskiego” z prawdziwego zdarzenia – był energiczny, twardy i bezwzględny… Już zresztą mędrcy, którzy około IX wieku p.n.e. układali starotestamentową „Księgę Kapłańską”, zwracali uwagę na pewne zsynchronizowanie istniejące między kształtem ciała a właściwościami psychicznymi; np. nie wszyscy bywali dopuszczani do pełnienia funkcji kapłańskich: „Nie może ich spełniać mąż ślepy, chromy, płaskonosy, nieproporcjonalnie zbudowany, mający złamaną rękę albo nogę, garbaty, wątły, z bielmem na oku, okryty krostami, liszajami czy też eunuch (kastrat). Osobowość bowiem człowieka to jedność psychofizyczna, między której poszczególnymi częściami istnieją konieczne i istotne powiązania i wzajemne uwarunkowania.
Zawsze jednak chodzi nie tylko o uwarunkowania genetyczno-biologiczne, lecz także o kontekst socjalny, warunki społeczne, oddziaływania pedagogiczne. Jedne z nich dynamizują osobowość, popychają ją do przodu, drugie – wyhamowują i obniżają poziom jej dążeń. W czasach ekspansywnego rozwoju społecznego często wyłaniają się i samorealizują charaktery silne, ambitne, energiczne, wolowe, ruchliwe, nieujarzmione i niezmordowane. Francis Fukuyama ma rację, gdy pisze w dziele „Koniec historii”, że „pragnienie uznania leży także u źródeł powstania tyranii, imperializmu i chęci dominowania. (…) Ale zarazem tworzy ono podatny grunt psychologiczny dla cnót politycznych, takich jak odwaga, duch obywatelski i sprawiedliwość. Wszystkie społeczeństwa korzystają z jego potęgi, ale równocześnie zmuszone są do bronienia się przed niszczycielskimi konsekwencjami pewnych jego wcieleń.
W latach 1790–93 Jerzy Lisański służył w randze porucznika we Flocie Bałtyckiej Cesarstwa Rosyjskiego, następnie został wytypowany przez dowództwo, obok piętnastu innych najlepszych młodych oficerów morskich, do odbycia wieloletniej praktyki na okrętach brytyjskiej floty oceanicznej, realizującej w skali globalnej ambitne plany światowego imperium. Młodzi oficerowie rosyjscy mieli się od swych starszych i bardziej doświadczonych partnerów angielskich uczyć tego, jak się panuje nad światem. A się uczyli biorąc bezpośredni udział w podbojach i krwawych pacyfikacjach buntów antykolonialnych na terenie Ameryki Północnej i Południowej, Afryki, Indii, Półwyspu Indochińskiego. Nauczyli się w ten sposób prowadzenia bezwzględnej, pozbawionej skrupułów, przebiegłej, perfidnej, energicznej i skutecznej polityki imperialnej. Rosja już wówczas była przez tradycyjnie z nią zaprzyjaźnioną Anglię uważana za „partnera strategicznego”, za kogoś w rodzaju „młodszego brata”. Z reguły obydwie strony uzgadniały ze sobą kolejne kroki zmierzające do tajnego podziału świata na sfery wpływu, na zewnątrz zaś pozorowały niby to daleko posunięta wzajemna rezerwę. Co prawda, niekiedy dochodziło do zatargów, a nawet krótkotrwałych konfliktów zbrojnych między dwoma tymi drapieżnikami, gdy ich „żywotne interesy” gdzieś się ze sobą zderzały, w sumie jednak było to dość przyjazne partnerstwo dwu godnych siebie potęg, złączonych zresztą więzami dynastycznymi. Inna rzecz, że przyjazna polityka Wielkiej Brytanii w stosunku do Rosji zachęcała tę drugą do mieszania się w sprawy Europy. Jak słusznie jednak pisał później William Graham Sumner w „Folkways”: „Wszelka ingerencja Rosji w politykę europejską jest szkodliwa, groźna i nieuzasadniona. Rosja nie jest z charakteru europejską potęgą i nie wnosi ona wkładu do cywilizacji europejskiej, wręcz przeciwnie… Ekspansja terytorialna, której dokonała w ostatnich dwóch stuleciach, odbyła się kosztem wewnętrznej siły. Ta ostatnia nie odpowiadała nigdy sile ekspansji… Ludność kraju, nastawiona pokojowo i pracowita, dzięki swoim tradycyjnym obyczajom doszłaby w swoim czasie do ogromnej potęgi twórczej i stworzyłaby potężną prawdziwie rodzimą cywilizację, gdyby wolno jej było dysponować własną siłą na swój własny sposób dla zaspokojenia swoich potrzeb wynikających z warunków życia, którym ludność ta musi sprostaćAle niektóre kraje europejskie wręcz przez stulecia hołubiły tę wielką „przyjaciółkę”, która potem nieraz usiłowała je pogrążyć.
Jerzy Lisański przez siedem lat pływał pod brytyjską banderą; początkowo na fregacie „Luscious”, potem na okrętach bojowych „Resonable” i „Captor”. Podczas pobytu w USA został osobiście przyjęty przez prezydenta George’a Washingtona, obejrzał amerykańskie stocznie, warsztaty remontowe, a swe obserwacje i uwagi zreferował na piśmie rządowi w Petersburgu. Przebywając w Afryce Południowej i Indiach gromadził zbiory florystyczne i entomologiczne, które przekazał następnie do muzeów Cesarskiej Akademii Nauk i Uniwersytetu Petersburskiego. Jego zaś notatki geograficzne, zawierające m.in. hipotezę o wulkanicznym pochodzeniu Wyspy Św. Heleny, były wykorzystywane przez innych, tym razem wyspecjalizowanych, badaczy przyrody.
***

W przechowywanych w zbiorach archiwalnych Petersburga rękopisach Lisańskiego znajduje się mnóstwo interesujących informacji o tajemniczych okazach fauny oceanicznej, które przyszło mu spotkać. Jedną z najstarszych ryb świata jest tzw. latimeria, należąca do gatunku trzonopłetwych. Ten gatunek żył jeszcze przed 50 milionami lat, a niektórzy ichtiolodzy przypuszczają, iż ryby trzonopłetwe były przodkami kręgowców w procesie filogenezy. Wszystkie złapane dotychczas latimerie pochodzą z Kanału Mozambickiego.
Wbrew powiedzeniu, że ktoś „jest niemy jak ryba”, naukowcy stwierdzili, że nie są one wcale nieme, lecz dysponują imponującą skalą sygnałów dźwiękowych, służących do wyrażania stanów emocjonalnych oraz do komunikacji, czyli do przekazywania informacji. Makrela np. pochrząkuje jak prosię; ryba o greckiej nazwie kirys (Doradidae) wyje jak wilk; zębacz syczy jak rozgniewany kot; śródziemnomorski zaś kulbin (Sciaenidae) w zależności od nastroju i sytuacji może bzyczeć, mruczeć, parskać czy wreszcie gwizdać; a jego „rodacy” doskonale tę mowę rozumieją i adekwatnie na nią reagują.
Jeśli „podsłuchiwać” za pośrednictwem dobrej techniki elektronicznej mowę ryb, to się z łatwością dostrzeże, iż nie tylko każdy gatunek ma swój język „narodowy”, ale i każdy okaz posiada swój własny głos; co więcej, poszczególne gatunki potrafią właściwie rozumieć także język innych gatunków i reagować na informacje przez nie przekazywane. Ryby nieraz rozpoznają się według głosów, gdy drażni je zbyt chłodna lub zanieczyszczona woda, kichają, chrypią, kaszlą; i przeciwnie, z zadowoleniem postękują i błogo cmokają, gdy są z sytuacji zadowolone. A taka ryba jak Cyglossus wydobywa z siebie bogaty zestaw dźwięków przypominający basowy soiew, dźwięki harfy, organów, dzwonów. Inne znów popiskują, miauczą, szczekają, ryczą – to znaczy, że ich mowa jest podobna do językowych zachowań ssaków, ptaków, a nawet ludzi.
Zadziwiającą znakowość i symbolikę mają zachowania godowe niektórych ryb. Np. samica gębaczy zamieszkałych w Ameryce Południowej poczyna sobie z partnerem bez przesadnych ceregieli; gdy nastaje okres składania ikry, pozostawia ją byle gdzie w wodzie, licząc, że samczyk to odnajdzie i jajeczka zapłodni. Istotnie, niebawem zjawia się pan małżonek i swego obowiązku dokonuje ; następnie zbiera wszystkie zapłodnione jajeczka do swej paszczy i przechowuje tam (z nadętą i zaciśniętą gębą) do trzech tygodni, póki nie wyklują się maleństwa. Po takim poście ojciec jest wyczerpany, ale jeszcze przez pewien czas pilnuje swe śmigające w wodzie potomstwo, aby nie zostało przypadkiem przez kogoś pożarte. Matka zaś tymczasem beztrosko pływa nie zawracając sobie głowy losem dzieci – zupełnie jak niektóre ludzkie samiczki.
W rzekach Ameryki Południowej żyje gatunek ryb, którego samiczki podczas tarła wyskakują w powietrze, w locie składają ikrę na liściach roślin, następnie samce w tenże sposób dokonują zapłodnienia. Żadne wodne drapieżniki nie mogą tak zabezpieczonej ikry zjeść, a gdy wykluwają się z niej i spadają po okresie inkubacji do wody maluśkie rybki, szybko chowają się w toni wodnej i kontynuują rozwój w swym naturalnym środowisku.
Krótko mówiąc, w świecie ryb uważny obserwator odkryje dla siebie mnóstwo zachowań tajemniczych i zupełnie niewytłumaczalnych z punktu widzenia logiki ludzkiej. (Do tego tematu powrócimy jeszcze na chwilę w szkicu o Mikołaju Rudanowskim).
***

Po powrocie do Rosji w 1800 roku już doświadczony oficer brał najczynniejszy udział w przygotowaniu i organizowaniu pierwszej rosyjskiej wyprawy morskiej dokoła świata, która została urzeczywistniona pod dowództwem Johanna Krusensterna (1770–1846) w latach 1803–06 na dwóch okrętach cesarskiej marynarki wojennej. Dowódcą slupu „Nadieżda” był admirał Krusenstern, dowódcą slupu „Newa” kapitan Lisański. Załogi obu okrętów otrzymały od dowództwa różne zadania. „Newa” miała dostarczyć do faktorii w Rosyjskiej Ameryce żywność. (Alaska i liczne otaczające ją wyspy, w sumie terytoria o powierzchni około 1 600 000 kilometrów kwadratowych w okresie 1741–1867 należała do Cesarstwa Rosyjskiego, zanim została za bezcen sprzedana Stanom Zjednoczonym na 99 lat. Nawiasem mówiąc USA zrobiły wówczas kolosalny interes na rosyjskiej głupocie, gdyż same tylko wydobycie złota na Alasce uczyniło z tego kraju gospodarcze supermocarstwo. Ale w 1803 roku była to jeszcze, tak jak Kalifornia, ziemia rosyjska, a Jerzy Lisański jednym z pierwszych uczonych, którzy ja badali przy okazji wykonywania zadań o charakterze ekonomicznym, wojskowym i politycznym. Jednym zresztą z oficjalnych zadań załogi „Newy” było zbadanie kolonii rosyjsko-amerykańskich pod względem geograficznym i przyrodniczym. I wreszcie zadanie handlowe polegało na dostarczeniu z Alaski do kantonu materiałów futrzanych, zgromadzonych przez rosyjskich kupców na tym półwyspie. 26 lipca obydwa okręty wypłynęły wspólnie z portu w Kronsztadzie w kierunku Islandii i Wysp brytyjskich, a stamtąd ruszyły Atlantykiem do Wysp Hawajskich. Po pokonaniu kilku tysięcy kilometrów „Nadieżda” dokonała zwrotu i ruszyła w kierunku Kamczatki, „Nadieżda” zaś podążyła w na Alaskę, cumując w różnych miejscach jej wybrzeża w ciągu całego roku. J. Lisański i jego podkomendni wielokrotnie udawali się na ląd w celu przeprowadzania badań naukowych i gromadzenia materiałów, dotyczących zarówno fauny, flory, jak też etnografii tych terenów. W ten sposób zebrano ogromny materiał, który później, po dostarczeniu go do dyspozycji cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu, był przedmiotem kilkoletnich badań, opisu i systematyzacji przez grono uczonych, reprezentantów różnych dziedzin wiedzy. Podróż trzema oceanami najeżona była mnóstwem niebezpieczeństw i trudności. Pewnego razu „Newa” osiadła nawet na mieliźnie, lecz i z tej perypetii udało się wyjść obronną ręką – przede wszystkim dzięki pomysłowości, zdecydowaniu i sile woli charyzmatycznego i mądrego dowódcy.
***

Po dokonaniu zaplanowanych obserwacji hydrograficznych, astronomicznych, geologicznych, meteorologicznych, oceanograficznych, załoga „Newy” odbiła od brzegu Alaski i ruszyła w kierunku chińskiego Kantonu, gdzie już czekała na nią „Nadieżda”. Po drodze odkryto dwie nieznane przedtem nauce europejskiej wyspy, z których jedną nazwano Wyspą Lisańskiego. Dalszą część ekspedycji dokoła świata realizowano wspólnie, przemierzając szlak do wybrzeży Afryki Południowej. Po drodze uzbierano ogrom nowego materiału przyrodniczego i etnograficznego, dotyczącego najrozmaitszych wysp oceanicznych, należących po części do Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii, Portugalii, Hiszpanii, jako przodujących mocarstw morskich tamtej epoki. W żadnym wszelako miejscu slupy cesarskie nie zatrzymywały się na postój, przerwy w podróży trwały zaledwie po parę godzin i miały na celu wyłącznie gromadzenie zbiorów naukowych.
W porcie Capetown okręty znów się rozeszły i skierowały na Rosję, ale dwoma różnymi szlakami, dokonując po drodze obserwacji nad temperaturą wód i powietrza, siłą i ukierunkowaniem wiatru i prądów morskich, gromadząc i tym razem najrozmaitsze zbiory naukowe, sporządzając mapy i wykresy ku późniejszemu użytkowaniu ich przez uczonych, polityków, wojskowych. Załoga „Newy” odkryła podczas wyprawy kilka wysp, dotąd nauce nieznanych, jak np. Cziczagowa Kruza, a jednej z nich w grupie zachodniej Hawajów nadano nazwę Wyspy Lisańskiego.
W tym czasie w prasie rosyjskiej bardzo często pisano o Krusensternie i Lisańskim jako o bohaterach narodu rosyjskiego, z których młode pokolenia powinny brać przykład. Istotnie, to, czego dokonywali ci dwaj wilcy morscy, było olśniewające, a tłum, jak pisał Astolphe de Custine w „Listach z Rosji”, lubi wysiłki, które go zadziwiają, rośnie w dumę widząc trud podejmowany dla jego olśnienia… „Newa”, nie przerywając nigdzie podróży, dotarła z Chin Południowych do Anglii. W Portsmouth, jak wspominał później Lisański, „Anglicy bardzo się interesowali okrętem rosyjskim, który jako pierwszy w dziejach żeglugi dokonał tak ważnej podróżyWypada przyznać, że Anglicy – naród nad wyraz mężny, waleczny, zaborczy, twardy i energiczny – cenią najbardziej te właśnie cechy, a przy tym są bardzo nieskorzy do pochwalania kogokolwiek prócz samych siebie. Tym cenniejszy jest ich podziw dla Lisańskiego i jego drużyny.
Jak zaznaczyliśmy powyżej, Jerzy Lisański był pod względem charakterologicznym właśnie typowym oficerem morskim XIX wieku: odważnym, mężnym żołnierzem, nie cofającym się przed nikim i przed niczym, a jednocześnie człowiekiem nie pozbawionym ani poważnych zainteresowań intelektualnych, ani dobrego wychowania i wytwornych manier. To imponowało nie tylko Anglikom, ale też – i to w pierwszej kolejności – wyrobionym kulturalnie Rosjanom. Co prawda, najzłośliwszy i najpodlejszy wróg Rosji Astolphe de Custine odnotowywał: „Jeśli duch wojskowy panujący w Rosji nie stworzył nic podobnego do naszej religii honoru, nie wynika stąd, że naród ma mniej siły, ponieważ jego żołnierze są mniej świetni niż nasi: honor jest bóstwem ludzkim, ale w życiu praktycznym obowiązek jest wart tyle co honor: to coś mniej wspaniałego, ale trwalszego, bardziej pozytywnego – mocniejszego… Moim zdaniem władza nad światem przypadnie teraz nie ludziom hałaśliwym, lecz ludziom cierpliwym. Europa może się już podporządkować tylko sile realnej; otóż siłą realną narodów jest posłuszeństwo wobec rządzącej nimi władzy, podobnie jak siłą realną wojska jest dyscyplinaOczywiście, bzdurą jest sugerowanie, że rosyjska wojskowość nie wytworzyła subkultury honoru, podobnie jak twierdzenie, że we Francji czy Anglii istniała „religia honoru” – wielokrotne bestialskie ludobójstwa popełnione przez armie tych kolonialnych mocarstw na licznych narodach Afryki, Oceanii i obu Ameryk nie mają analogii w dziejach imperializmu rosyjskiego, też rozbójniczego, ale przecież nie w takim stopniu jak zbrodnie „zachodnich demokracji”. Czyli wytykał kocioł garnkowi, a sam zakopcony… Prawdą natomiast jest, że imperia bywają dziełem wyłącznie narodów z charakterem. Charakter zaś, jak powiada Fryderyk Wilhelm Foerster, „jest jednością-skupieniem-świadomością celu. A dla Rosji i jej poddanych w XIX wieku tym celem było zbiorowe samoutwierdzenie się w skali globalnej jako jednego z supermocarstw i superetnosów, co się też w całej rozciągłości powiodło – także poprzez wybitny wkład do rozwoju nauki i kultury powszechnej. Alternatywą zresztą byłoby rozczłonkowanie państwa i zagłada tego narodu, do czego dążyły potęgi europejskie i azjatyckie, a z czego doskonale zdawała sobie sprawę elita rosyjska. I trzeba przyznać, iż dla procesu utwierdzania Rosji jako potęgi globalnej ogromne usługi wyświadczył pierwiastek polski, czy się to komuś podoba czy nie.
***

W 1806 roku wyprawa dokoła świata zakończona została ponownym przycumowaniem „Newy” i „Nadieżdy” w porcie Kronsztadu. Jej uczestników powitano z honorami; dowódcy okrętów zostali przyjęci na długiej audiencji przez cesarza i sowicie wynagrodzeni. Jerzy Lisański otrzymał m.in. order Św. Stanisława, przeznaczony dla osób polskiego pochodzenia szczególnie zasłużonych dla Imperium. Przez parę dalszych lat znakomity oficer i naukowiec odbywał służbę na okrętach Cesarskiej Floty Bałtyckiej, zanim w 1809 roku podał się do dymisji, motywując swój krok względami zdrowotnymi. Faktycznie poświęcił się w tym okresie pracy naukowej, porządkując i systematyzując liczne notatki, które poczynił był w trakcie trwania podróży dokoła świata. W 1812 roku ukazało się w Petersburgu jego dwutomowe dzieło naukowe pt. „Putieszestwije wokrug swieta w 1803, 1804, 1805 i 1806 godach na korable Newa pod naczałom J. Lisianskogo, które autor opublikował własnym sumptem i sam później przetłumaczył na język angielski (1814), a które ponownie wydano w 1947 roku.
Liczne materiały rękopiśmienne tego znakomitego podróżnika i oficera morskiego dotyczące obu Ameryk, Afryki, Indii, Chin, Cejlonu nie zostały jednak opublikowane (choć były wykorzystywane przez innych naukowców) i są do dziś przechowywane w Centralnym Archiwum Rosyjskiej Akademii Nauk w Petersburgu (f. XVIII w., d. 5196). Kontradmirał Jerzy Lisański zmarł 22 lutego 1837 roku w Petersburgu. Jeden ze skalistych półwyspów na wybrzeżu Morza Ochockiego w Kraju Chabarowskim (625 km kw.) nazywa się Półwyspem Lisańskiego. Jest to teren złożony przeważnie z granitów, pokryty miejscami łupkiem cedrowym i florą tundry górzystej. Imię Lisańskiego ma też jedna z gór Sachalinu, jak też wspomniana powyżej wyspa w składzie Hawajów.

***




WŁODZIMIERZ LIPSKI


Kresowi panowie Lipscy herbu Dębno siedzieli w powiecie oszmiańskim na Wileńszczyźnie, a herbu Grabie posiadali Zaścianek Antokrewski w powiecie Wiłkomirskim. Samuel Lipski z Lipy znajdował się w 1611/12 roku wśród rycerstwa litewskiego zajmującego Moskwę. Jan Lipski, referendarz koronny, w 1633 r. podpisał konfirmację generalną króla Władysława IV. Jedna z gałęzi panów Lipskich herbu Łada posiadała tytuł hrabiów Cesarstwa Rzymskiego.
Należący do tego rozbudowanego domu szlacheckiego Włodzimierz Lipski przyszedł na świat 11 marca 1863 roku w miejscowości Samostrzelniki (Samostriły) koło miasta Równe. W 1886 r. ukończył Uniwersytet Kijowski i od 1887 był na nim zatrudniony. Podejmując liczne wyprawy badawcze, W. Lipski dokonał systematycznej regionalizacji roślinności Kaukazu oraz opublikował szereg szczegółowych, kapitalnych dzieł dotyczących botaniki, dendrologii i pomologii tego regionu: „Issledowanije Siewiernogo Kawkaza w 1889–1890 g. (1891); „Niekotoryje osobiennosti rastitielnosti Noworossijsko-Czernomorskogo okruga (1891); „Ot Kaspija k Pontu (1892); „Oczerk rastitielnosti Predkawkazja (1892); „Fłora Kawkaza (1899) i in. Uczony odkrył, zbadał i opisał mnóstwo nowych, nieznanych przed nim nauce, gatunków roślin, często nadając im nomenklaturowe nazwy na cześć wybitnych polskich i rosyjskich naukowców. Wypada bodaj podkreślić, że dzieło „Fłora Kawkaza” i uzupełnienia do niego, opublikowane w 1902 roku, stanowią do dziś podstawowe w tym zakresie źródło wiedzy. Podany tu opis 4430 gatunków świata roślinnego z komentarzem dotyczącym ich ekologii, sozologii, socjologii, geografii stanowi wzór naukowej ścisłości i kompetencji.
W latach 1890–1900 W. Lipski stał na czele kilku wypraw naukowych do gór Azji Środkowej, odkrywając szereg nieznanych dotąd nauce lodowców, lecz przede wszystkim gromadząc olbrzymie zbiory botaniczne. Wyniki tych eksploracji uczony przedstawił w kapitalnym dwutomowym dziele pt. „Gornaja Buchara”, wydanym w Petersburgu w latach 1902–1905. W zbiorowej edycji „Historia poznania radzieckiej Azji” (Warszawa 1979, s. 209) czytamy: „W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku W. I. Lipski zorganizował kilka dużych ekspedycji w górskie rejony Azji Środkowej (Hissar, Karategin, Darwaz). Badacz ten odkrył i opisał nowe formy lodowcowe, zebrał bogaty zielnik. Podstawowe prace Lipskiego są poświęcone zagadnieniom florystyki, systematyki oraz geografii roślin, szczególnie zajmujących areały Kaukazu, Azji Środkowej, Ukrainy i Mołdawii. Odkrył i opisał cztery nowe przebogate rodziny oraz 220 gatunków roślin, w tym licznych wodorostów Morza Czarnego oraz roślin mięsożernych różnych kontynentów.
Te ostatnie rośliny należą do nad wyraz intrygujących zjawisk przyrody; żyjąc przeważnie w środowiskach ubogich w składniki mineralne rozwinęły one w sobie zadziwiającą cechę – umiejętność zwabiania, chwytania i pożerania drobnych zwierząt. Dotychczas zbadano nieco ponad 450 gatunków tych roślin, zgrupowanych w sześciu rodzinach i występujących w różnych środowiskach na różnych kontynentach. Ustalono, iż posługują się one pięcioma instrumentami łowieckimi: pułapkami zatrzaskowymi, dzbankami i rurkami łownymi, chwytnymi lepami, pułapkami ssącymi oraz „rybackimi” koszami łownymi. Funkcjonuje to w następujący sposób: owad np. zwabiony kubkowatą formą przekształconych liści dzbanecznika, siada na brzegu, ale natychmiast ześlizguje się i wpada do dzbanka lub kubka. Topi się niebawem w cieczy z trawiącymi enzymami, znajdującej się na dnie pułapki. Stopniowo substancje pokarmowe, uwolnione z jego ciała, są przyswajane przez powierzchnię liścia. U kapturnic (Sarracenia) wieczko rurki łownej jest dodatkowo pokryte długimi włoskami skierowanymi do dołu, aby uniemożliwić wydostanie się i ucieczkę ofiary. Niektóre owady jednak, jak np. pająk Misumenops nepenthicola czy niektóre widliszki, bez trudu wchodzą i wychodzą do rurek kapturnicy, a nawet wykorzystują je we własnych celach. Wabienie owadów odbywa się za pomocą jaskrawych barw, nęcących zapachów, ponętnych form.
Dobrze znaną rośliną, posługującą się pułapką zatrzaskową jest tzw. muchołówka amerykańska (Dionaea muscipula), u której nerw środkowy blaszki liściowej stanowi jakby zawias, a odchodzące od niego w bok płaty blaszki są zakończone zębami. Trzy duże, zaopatrzone w stawową podstawę włosy czuciowe na każdym płacie uruchamiają mechanizm zatrzaskowy. Owad, dotykając jednego z włosków, pobudza mechanizm zatrzaskowy i gdy impuls elektryczny po powtórnym podrażnieniu włoska trafia do ośrodka decyzyjnego, następuje komenda i oba płaty blaszki błyskawicznie (0,2 sekundy) się zamykają nad głową ofiary. Proces trawienia może potrwać od kilku godzin do kilku tygodni, w zależności od gatunku rośliny oraz gatunku i rozmiaru zdobyczy.
Jeden z enzymów produkowanych przez dzbanecznika nazywa się nepentazą i powoduje rozpad białek na aminokwasy, stanowiące dla tej rośliny dodatkowe źródło azotu, którego często brakuje w wilgotnych środowiskach tropikalnych. Szkielet zewnętrzny owadów jest dodatkowym źródłem zdobywania azotu, ale ulega rozkładowi bardzo powoli ze względu na trwałą, prawie nierozkładalną chitynę, z której jest zbudowany.
Rurki chwytne niektórych kapturnic osiągają jeden metr wysokości, a dzbanki łowne jednego z gatunków dzbanecznika są tak duże, że często topią się w nich małe ptaki, myszy, a nawet szczury, co znamionuje wspaniałą ucztę dla mięsożernej rośliny. Pływacze (Urticularia) oraz Polypompbolyx są roślinami wód stojących, mogą być wolnopływające jak też ukorzenione, mają na nitkowatych płatkach liści gruszkowate pęcherzyki szczelnie zamknięte elastyczną klapką. Wyspecjalizowane gruczoły wypompowują większość wody z wnętrza pęcherzyka, tak, że klapka utrzymuje się w ciągłym napięciu dzięki ciśnieniu otaczającej wody. Wydzielane substancje nie tylko cementują umocowanie klapki zamykającej, ale i wabią potencjalne ofiary. Gęste szczeciny podprowadzają owada lub robaka pod klapkę, która otwiera się po potrąceniu choćby jednego włoska czuciowego: zdobycz zostaje z woda wessana do wnętrza; po czym woda jest wypompowywana, a ofiara żywcem trawiona.
Rosiczki (Drosera), drozofile (Drosophyllum) oraz tłustosze (Pinguicula) i Bylbis w celu pochwycenia owada wydzielają lepkie substancje aromatyczne. Gdy zwabiony owad ląduje na roślinie, przykleja się do czułków i dalej się trzepocząc całkowicie unieruchamia sam siebie w lepkich włoskach. Przemyślność natury jest niewyobrażalna i wprawia w zdumienie uważnego obserwatora jej cudów.
Włodzimierz Lipski był prawdziwym „world-traveller’em”, zwiedził wszystkie kontynenty, przemierzył dziesiątki krajów. Podczas tych podróży zapoznawał się m.in. ze zbiorami botanicznymi rożnych uniwersytetów oraz z ich ogrodami przyrodniczymi. Plonem tych wypraw stały się ksiązki: „Gławniejszije gierbarii i botaniczeskije uczrieżdienija Zapadnoj Jewropy (Petersburg 1901); „Botaniczeskije uczrieżdienija i sady w Jużnoj Jewropie i Siewiernoj Afrikie (Petersburg 1906); „Cejlon i jego botaniczeskije sady (Petersburg 1911); „Siewiernaja Amierika i jejo botaniczeskije sady. New-Jorkskij botaniczeskij sad (Petrograd 1915). Te publikacje także odegrały istotną rolę w procesie rozwoju w Rosji teorii i metodyki organizowania i prowadzenia ogrodów botanicznych.
Ku czci profesora Lipskiego nazwano kilkadziesiąt gatunków flory. Jedną z ciekawych roślin nazwanych „Dioscorea caucasica Lipskii, rozpowszechniona na czarnomorskim wybrzeżu Kaukazu. Należy ona do najstarszych roślin Eurazji, jest gatunkiem wijącym się, osiągającym wysokość do pięciu metrów. Część nadziemna obumiera każdego roku, a całość odnawia się z korzenia na każdą wiosnę. Pędy dioskorei zawierają hormony steroidów (cortison), które są pozyskiwane i stosowane w leczeniu schorzeń naczyń krwionośnych mózgu, nadciśnienia, arteriosklerozy, kardiosklerozy i in. Wyciąg z tej rośliny reguluje zawartość cholesterolu we krwi, łagodzi bóle i zawroty głowy, zmniejsza drażliwość, niweluje zmęczenie, pogłębia i uspokaja sen, polepsza pamięć i zdolność do pracy. W wielu krajach od dziesięcioleci cieszy się popularnością lek zw3any diosponiną, produkowany na podstawie dioskorei kaukaskiej Lipskiego, który tę roślinę i jej właściwości jako pierwszy w nauce światowej opisał, a następnie spopularyzował.
***

Okres 1894–1917 to dla profesora Lipskiego czas owocnej pracy w zakresie systematyki roślin w Petersburskim Ogrodzie Botanicznym. Publikacjami niejako podsumowującymi badania W. Lipskiego nad florą Azji Środkowej stały się kapitalne dzieła: „Gornaja Buchara” (3 tomy, 1902–05) oraz „Po gornym obłastiam Russkogo Turkiestana” (1905), zawierające nieprzebrane mnóstwo informacji o rozmieszczeniu różnych gatunków roślin na odnośnych terenach, o ich ekologii, geografii, socjologii i historii. W 1908 roku wybitny i cieszący się wówczas sławą międzynarodową uczony wydał w mieście Jurjew pełny katalog suchych roślin przechowywanych w zbiorach petersburskiego Ogrodu Botanicznego. W latach 1913–1915 ukazał się w stolicy Imperium Rosyjskiego jego obszerny słownik bio-bibliograficzny „Sankt-Pietierburgskij botaniczeskij sad za 200 let jego suszczestwowanija, dziś stanowiący rarytas księgarski bardzo wysoko ceniony przez naukowców. W 1919 roku W. Lipski został wybrany na członka Akademii Nauk Ukrainy, w 1921/22 pełnił obowiązki jej wiceprezydenta, a w okresie 1922–28 prezydenta. W 1928 obrany na członka korespondencyjnego Akademii Nauk ZSRR oraz mianowany dyrektorem ogrodu botanicznego w Odessie. Wybitny mąż nauki odszedł do wieczności w Odessie 24 lutego 1937 roku. Jego imieniem badacze różnych krajów „ochrzcili” ponad pięćdziesiąt gatunków flory.

***





KAROL MAKSYMOWICZ


Ten wybitny uczony wywodził się z rodu Maksymowiczów herbu Radwan, którzy od wieków siedzieli w województwie witebskim i połockim na Białej Rusi. (Por. Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 6, nr 609, 667). Jednak przyszedł na świat w słynnym z zakładów zbrojeniowych uralskim mieście Tuła, gdzie był zatrudniony jego ojciec, 11 listopada 1827 roku. Wykształcenie gimnazjalne zdobył w petersburskiej niemieckiej, uchodzącej za elitarną, Annenschule, studia zaś w okresie 1845–1850 kończył na Uniwersytecie Dorpackim pod kierunkiem m.in. profesora A. Bunge’go, znanego botanika i badacza Chin, Iranu, Ałtaju. W latach 1850–52 Karol Maksymowicz pełnił obowiązki dyrektora dorpackiego ogrodu botanicznego, którą to posadę objął właśnie dzięki protekcji swego nauczyciela, którego był jedynym z najzdolniejszych, najsumienniejszych, i dlatego najukochańszych, wychowanków.
W roku 1852 został zatrudniony w petersburskim ogrodzie botanicznym, gdzie m.in. prowadził rozległe badania naukowe nad roślinami egzotycznymi. Te zainteresowania doznały dodatkowego impulsu dzięki odbyciu w latach 1853–57 podróży dookoła świata na fregacie „Diana”: Kronsztad – Rio de Janeiro – Valparaiso – Honolulu – Zatoka de Castry – Kronsztad. Po powrocie K. Maksymowicz opublikował w języku niemieckim i rosyjskim kilka tekstów poświęconych egzotycznym roślinom Ameryki Południowej i wysp Pacyfiku. Prócz własnych obszernych zbiorów uczony poddał opracowaniu naukowemu i systematyzacji także przebogate kolekcje botaniczne zgromadzone przez słynnych podróżników M. Przewalskiego, M. Piercowa, G. Potanina i in. Podstawowe jego publikacje były poświęcone systematyce roślin kwiatowych, takich jak np. klon, mytnik i in. W okresie 1859–64 Maksymowicz odbył wyprawę naukową na rosyjski Daleki Wschód i do Japonii, czego skutkiem stał się długi szereg interesujących odkryć w zakresie botaniki oraz fundamentalne dzieło teoretyczne w języku niemieckim „Primitiae florae amurensis. Versuch einer Flora des Amurlandes” (1859), w którym jako pierwszy zapoznał świat nauki z roślinami dorzecza Amuru, zupełnie przedtem nieznanymi nauce europejskiej (987 gatunków), podając też mapy rozpowszechnienia takich spośród nich jak Quercus mongolica, Mackia amurensis, Iuglans mandshurica, Pyrus ussuriensis i in. Teksty naukowe tego autora są klarowne i precyzyjne, nacechowane wszelako swoistą dynamiką i obrazowością. Oto jak np. Karol Maksymowicz opisuje krajobraz dorzecza Ussuri: „Znajdujemy tutaj połączenie prawie wszystkich drzew charakterystycznych tylko dla Kraju Amurskiego: oba gatunki lipy i wiązu pospolitego, jesionu, orzechowca, Acer Mono, smukłe Acer tegmentosum o delikatnych, szerokich liściach, Rhamnus, Salix carpea, Mackia, Phellodendron i in. Zieleń jest tak gęsta, że słońce zaledwie przenika przez ten las nawet w południe. Cień i wilgoć są wzmagane dodatkowo przez podlasek, który na skraju zarośli jest gęsto przewijany rozmaitymi roślinami pełzającymi. Ten podlasek się składa z Prunus Padus, Sambucus, Syrynga, Ribes, Corylus mandshurica, Lonicera chrysantha, ciernistego Eleutherococcus; obwija go winorośl, Maximowiczia, Dioscorea i gigantyczne Rubia; im dalej, tym bardziej wnętrze lasu jest opanowywane przez rozczapierzone leszczyny, na których z reguły rozkłada swe długie plecie Actinidia Kolomikta
W 1859 roku K. Maksymowicz został obrany adiunktem Petersburskiej Akademii Nauk i ponownie udał się na ekspedycję naukową, tym razem przez Syberię do Irkucka, Zabajkala i Kraju Ussuryjskiego, a następnie do Japonii. W Kraju Kwitnącej Wiśni bawił ponad pięć lat, aż do pierwszych miesięcy 1864 roku, gromadząc tam przede wszystkim materiał florystyczny. Trasa podróży przebiegała z grubsza według linii: Irkuck – rzeka Szyłka – Amur (do Błagowieszczeńska) – ujście rzeki Sungari – rzeka Ussuri (1859); Nikołajewsk – Chabarowsk – rzeka Ussuri – góry Sichote Aliń – zatoka św. Olgi – wybrzeże Pacyfiku – Hakodate (1860). Cały rok 1861 Maksymowicz poświęcił badaniu wyspy Hakodate i jej otoczenia; lata zaś 1862 i 1863 spędził na wyspie Honsiu (w okolicach Jokohamy) oraz Kiusiu (okolice Nagasaki). Praca naukowa była silnie utrudniana przez przepisy prawa japońskiego, zakazującego Europejczykom wstępu do większości prowincji tego imperium.
Droga powrotna do Petersburga (1864) prowadziła koło wybrzeży Afryki Południowej (przylądek Dobrej Nadziei), przez wyspy Atlantyku do Londynu i dalej do Bałtyku. Po drodze uczony zgromadził dodatkowo przebogate zbiory botaniczne (w tym żywe rośliny), pięć dużych skrzyń z nasionami, około 800 gatunków roślin (przeważnie po kilka egzemplarzy każdego gatunku). Szczególnie imponujące były jednak zbiory japońskie. Te kilka lat pozwoliły Maksymowiczowi zostać najbardziej kompetentnym specjalistą w zakresie florystyki Wysp Japońskich, któremu to działowi botaniki poświęcił szereg pionierskich tekstów. Odtąd przez ponad ćwierć wieku uchodził za najwybitniejszego na świecie znawcę tego tematu. W latach 1866–76 ukazało się w dwudziestu częściach wielkie dzieło K. Maksymowicza „Diagnoses breves plantarum novarum Japoniae et Mandshuriae; a w latach 1977–88 „Diagnoses plantarum novarum asiaticarum. W roku 1883 ogłosił „Oczerk rastitielnosti wostocznoj Azji, zaś w 1889 – „Flora tangutica, sive Enumeratio plantarum regionis Tangu (Amdo) provinciae Kansu, nec non Tibetiae praesertim orientali – borealis atque Tsaidam.
Jeśli chodzi o florę Japonii, to Maksymowicz był w tej mierze autorem co najmniej dwu ważnych koncepcji. Dowiódł mianowicie, że flora tego wyspiarskiego kraju wcale nie różni się tak zasadniczo, jak dotąd uważano, od roślinności kontynentu azjatyckiego, w tym przede wszystkim Chin, oraz po drugie, że flora Japonii i Syberii jest w wielu przypadkach tożsama. Uczony dokonał m.in. systematyzacji gatunku orchidei, bardzo popularnej na Dalekim Wschodzie rośliny. [Nazwa łacińska orchidei „Orchidaceae” znaczy dosłownie „jądra męskie” (z greckiego „orchis” – jądro) ze względu na węzły korzeniowe przypominające swym wyglądem właśnie tę część ciała; w starożytności wierzono, iż rośliny te są potężnym afrodyzjakiem].
Zaznaczmy, że w Kraju Kwitnącej Wiśni publikacje naukowe Karola Maksymowicza są wysoko cenione dotychczas, a ich autor jest uważany za klasyka florystyki japońskiej. Jako ostatnie za życia uczonego opublikowano jego „pieśń łabędzią”: „Enumeratio plantarum hucusque in Mongolia nec non adjacente parte Turkestaniae Sinensis lectarum oraz „Piereczeń rastienij Mongolii i prilegajuszczej czasti Kitajskogo Turkiestana. Wiadomo, że badacz nosił się z zamiarem przygotowania wielkiego dzieła syntetycznego o florze Azji i gromadził do niego materiały przygotowawcze; nie zdążył jednak tego pomysłu uskutecznić.
W 1870 roku Karol Maksymowicz został mianowany, jak się okazało, na wiele lat, dyrektorem Muzeum Botanicznego Cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu. Publikował w tym czasie teksty naukowe w języku rosyjskim, angielskim, łacińskim, francuskim, niemieckim. Cieszył się sławą światową jako najwybitniejszy florysta tego okresu; na jego cześć nazwano szereg roślin Dalekiego Wschodu i Syberii, jak np. „Cerasus Maximowiczii”, jedną ze słynnych w Japonii, Chinach i Rosji odmian wiśni, lub czeremchę „Prunus Maximowiczii” czy syberyjską roślinę wijącą się „Maximowiczia chinensis”.
Profesor Karol Maksymowicz zakończył swe pracowite życie 4 lutego 1891 roku w Petersburgu. Jego przyjaciel, także wielki uczony, akademik P. Siemionow-Tian-Szanskij we wspomnieniach o swym koledze napisał: „Maksymowicz nie był tylko uczonym gabinetowym, posiadającym ogromną erudycję, ale też wiele i owocnie pracował we wspaniałej świątyni przyrody; był człowiekiem wszechstronnie wykształconym, znakomitym podróżnikiem obdarzonym szerokim, jasnym poglądem na świat, niezmordowanym pracownikiem, dokładnym i skrupulatnym… Jakakolwiek domieszka małostkowej miłości własnej była mu zupełnie obca. Zawsze zrównoważony, opanowany, spokojny i łagodny w obcowaniu, spolegliwy opiekun dla początkujących naukowców – pozostawił w sercach tych wszystkich, którzy go znali, wspomnienie niezatarte
***

W tekstach naukowych i w zachowanej korespondencji tego wnikliwego badacza znajdujemy szereg rozważań z dziedziny filozofii przyrody, nie mówiąc o bardzo ciekawych informacjach dotyczących  różnych reprezentantów świata roślinnego. Trudno się temu dziwić, nawet bowiem dzisiaj, gdy wielu się wydaje, że wszystko o roślinach już zostało poznane i powiedziane, nauka odkrywa w ich ekosystemie wciąż nowe fascynujące zjawiska. Przypomnijmy, że w tradycji jogińskich nauk Indii od dawna wiedziano – jak pisze Ramacharaka w dziele „Filozofia jogi” – że  „pewne wyższe rodzaje roślin zdają się nawet posiadać swego rodzaju zarodkową świadomość”…
Pod koniec XVIII wieku Luigi Galvani (1737–1798) ustalił, iż żywe komórki reagują na oddziaływanie na nich prądem elektrycznym. To odkrycie pozwalało też przypuszczać, że tkanki organiczne potrafią nie tylko przewodzić prąd, ale też go wytwarzać. Późniejsze badania potwierdziły, że istotnie tak jest, że komórki układu nerwowego są minigeneratorami elektryczności i mogą produkować rozmaite prądy np. reagując na podrażnienie mechaniczne, chemiczne, świetlne, zapachowe i in. Powstała nowa dziedzina wiedzy, zwana elektrofizjologią, a badająca procesy elektryczne i szerzej energetyczne, zachodzące w żywych organizmach. Nowoczesna aparatura badawcza pozwala dokładnie mierzyć pola elektryczne i magnetyczne zwierząt, ludzi, roślin, jak też poszczególnych ich części i organów. Wzmacniacz sondujący pozwala usłyszeć energetyczny „chór” lasu, boru oraz osobnych drzew i krzewów. Ustalono, że każdy gatunek flory oraz każdy jej okaz jest otoczony jak aurą własnym specyficznym polem elektromagnetycznym, z którego można wiele o jego gospodarzu się dowiedzieć. Okazuje się, iż zielone organizmy potrafią nie tylko „mówić”, ale wręcz „krzyczeć”, np. w sytuacji zagrożenia pożarem. Latorośl żyta, jeśli jej korzeń zanurzyć na chwilę w gorącej wodzie, dosłownie „jęczy” z bólu, a te „jęki” – choć na zewnątrz roślinka wciąż wygląda spokojnie i normalnie – bez trudu odnotowuje oscylograf elektroniczny, rejestrujący zmiany pola elektromagnetycznego rośliny. Kaleczona lub zabijana roślina natychmiast reaguje „płaczem” elektroenergetycznym na swe cierpienie; natomiast jej wygląd dopiero później zaczyna się zmieniać (następuje uwiąd i wyschnięcie), gdyż proces przemiany materii jeszcze nieco trwa na mocy siły bezwładu.
Starożytni filozofowie i uczeni często wyznawali hilozoizm, czyli naukę, której rdzeń stanowiło przekonanie, iż wszystko, co istnieje, jest ożywione i posiada duszę; lecz poziomy rozwoju tej duszy miały być różne: najniższy miały minerały i kamienie, nieco wyższy – rośliny, jeszcze wyższy – zwierzęta, a wcale wysoki – ludzie, najwyższy zaś – bogowie. Wszystko więc – jak mniemano – co istnieje i żyje na ziemi, czuje, myśli, spostrzega, rozumuje, cierpi, raduje się lub martwi, w zależności od okoliczności. Dotyczyć to miało w sposób oczywisty także roślin. Późniejsza nauka odrzuciła te wyobrażenia jako wytwór rzekomo prymitywnej świadomości i traktowała przyrodę po prostu jako nieuduchowiony przedmiot. Jednak w 1965 roku uczony amerykański K. Bakster przeprowadził szereg wymyślnych badań laboratoryjnych, które dały zastanawiające wyniki. W jego pracowni ustawiono kilkadziesiąt doniczek z rozmaitymi roślinami, do których podłączono czułą aparaturę, odnotowującą pola i prądy elektromagnetyczne w liściach, korzeniach, łodygach roślin. W eksperymencie brali udział dwaj mężczyźni, z których jeden odgrywał rolę „kata”, przypalał, kłuł, łamał gałązki, odrywał liście roślin; drugi przeciwnie – polewał je, leczył rany, życzliwie z nimi rozmawiał i gładził. Mężczyźni po kolei wielokrotnie wchodzili do pokoju, a każdy robił to, co do niego należało na mocy planu doświadczenia. Po zaledwie kilkakrotnym (z przerwami) powtórzeniu eksperymentu rośliny już umiały rozpoznawać tych ludzi: gdy do pomieszczenia wchodził „kat”, kilkanaście czujników rejestrowało istną burzę elektromagnetyczną w roślinach – tak, jakby wpadały one w stan szoku; gdy zaś zbliżał się do nich „spolegliwy opiekun”, uspokajały się, a ich aktywność energetyczna spadała i wyrównywała się.
W dalszym ciągu doświadczenia K. Bakster kazał zarówno „dręczycielowi”, jak i „opiekunowi” po prostu zbliżać się (do innych już roślin) i w napięciu myśleć i wyobrażać, że jeden z nich kruszy i łamie rośliny, inny zaś je pieści, gładzi i pielęgnuje. Okazało się, że rośliny potrafiły odczytywać same intencje i zamiary człowieka! Uczony tedy odnotował w dzienniku eksperymentu: „Rośliny są zdolne do rejestrowania specyficznych drgań elektromagnetycznych, a nawet do odcyfrowywania myśli i intencji człowieka!Zważywszy, że procesy myślowe są procesami przepływu energii, nie powinno to zaskakiwać. Przecież także zwierzęta i ludzie są zdolni do instynktownego (intuicyjnego) rozumienia siebie nawzajem.
W okresie późniejszym naukowcy japońscy, francuscy, czescy, rosyjscy, indyjscy przeprowadzili z pomocą techniki komputerowej szereg dalszych wymyślnych a subtelnych doświadczeń z roślinami (krzewami, drzewami, grzybami i in.) oraz niezbicie ustalili, iż rośliny są niezwykle złożonymi organizmami, posiadającymi mięśnie, układ nerwowy, inteligencję, pamięć, a nawet preferencje muzyczne; że mogą zapadać na schorzenia przeziębieniowe, układu trawienia, czy onkologiczne i cierpiącymi z tego powodu. Amerykanin E. Davies ustalił, iż rośliny potrafią posługiwać się na dość dużą odległość jonowymi przekazami informacji, choć mechanizm tego procesu dotychczas wyjaśniony nie został. Jak tylko np. złośliwa gąsienica zaczyna gryźć jeden z listków pędu pomidora, inne liście – jak też inne krzaki – zaczynają natychmiast produkować proteinazę, która utrudnia, a nawet uniemożliwia drapieżnikowi proces trawienia. Przypuszcza się, że jednocześnie zaatakowane rośliny wysyłają w przestrzeń elektryczne i chemiczne sygnały z prośbą o pomoc, które ściągają w to zagrożone miejsce określone gatunki ptaków i owadów, chętnie żywiących się danymi gąsienicami.
Rosyjscy badacze I. Gunar i N. Seczenow ustalili, że najważniejszą rolę – serca i mózgu jednocześnie – odgrywa u roślin szyjka korzenia, która jest zdolna pulsować, zmieniać swa objętość i to ona właśnie wysyła informacje o swym stanie do innych roślin tegoż gatunku w kierunku prostopadłym do łodygi i szyjki korzenia swych współbraci. W świecie roślin, tak jak w ludzkim, trwa nieustający proces wytwarzania i wymiany informacji, tak iż poetycka metafora o tym, że las szepce, mówi, śpiewa, płacze, zawodzi – okazuje się być po prostu pozytywnym opisem rzeczywistości materialnej.
Rośliny oczywiście nie posiadają takich wyspecjalizowanych zmysłów, jak ludzie, czy identycznego ze zwierzęcym układu nerwowego, tym nie mniej zdolne są do odczuwania i do adekwatnego reagowania na zmiany zachodzące w środowisku zewnętrznym. Są też bardzo uważnymi obserwatorami tego, co się wokół nich dzieje. Co więcej, są bardzo wrażliwe i delikatne. Naukowcy w USA wielokrotnie powtórzyli następujące doświadczenie. Obok doniczki z filodendronem, na którego liściach umocowano czujniki, ustawiono nieduży pojemnik z wrzątkiem, do którego wrzucano od czasu do czasu żywą krewetkę, która w męczarniach umierała w gorącej wodzie. Odnośna aparatura rejestrowała bez przerwy pole elektryczne filodendronu i kreśliła jego częstotliwość na taśmie. Okazało się, że w chwili, gdy krewetka wpadała do wrzątku i agonizowała, roślina reagowała na jej śmierć gwałtownym wybuchem negatywnych „emocji”, prawdopodobnie „do głębi serca” przejmując się tym, co się działo obok niej. To było zadziwiające: jak jedna z form życia odczuwa empatię i współczucie z zupełnie inną jego formą! Ale skoro nie dziwimy się, że dziecko płacze z powodu zgonu ukochanego kotka lub pieska, dlaczego mamy się dziwić, że filodendron martwi się i emanuje spotęgowaną negatywną energię z powodu śmierci krewetki?
Inne badania niejednokrotnie wykazały, że rośliny potrafią odczytywać myśli i zamiary ludzi, że przeżywają głębokie uczucie lęku (świadczy o tym gwałtowny wzrost napięcia ich pola elektromagnetycznego) w chwili, kiedy ktoś się zbliża do nich z zamiarem ich ścięcia czy złamania. Rośliny doniczkowe reagują także na chorobę lub zły nastrój pani domu, współprzeżywają z nią odnośne stany psychiczne. Jak twierdzi członek Rosyjskiej i Nowojorskiej Akademii Nauk profesor Aleksander Dubrow, wybitny specjalista w zakresie tzw. „biokomunikacji komórkowej”, rośliny potrafią komunikować się między sobą i często usiłują także nawiązać kontakt informacyjny z ludźmi. W każdym bądź razie adekwatnie reagują na stany emocjonalne, na zamiary, uczucia, myśli, intencje i postępki zarówno ludzi, jak też zwierząt i innych roślin.
Profesor botaniki z Niemiec Rudolf Steiner w swej monografii (1989) o agronomii biodynamicznej twierdzi, że rośliny doskonale wyczuwają nastroje ludzi i zawsze płacą dobrem za dobro. Rozmawiając czule z roślinami ten uczony potrafił, jak sam wyznaje, wyhodować okazy kapusty ważące do 43 kilogramów, oraz czterokilogramowe główki cebuli. Jak wiadomo zresztą, dawni Aztekowie i Majowie stosowali skutecznie rozmaite zabiegi rytualne (zaklęcia, tańce itp.), jakoby zrozumiałe dla roślin, aby zwiększyć ich urodzajność. Grupie uczonych amerykańskich udało się ostatnio za pomocą sugestii i innych oddziaływań psychodelicznych wyhodować szereg mutantów: przeźroczyste wiśnie, gigantyczne śliwki, mocno pachnące lilie. Prawie wszystkie amerykańskie podręczniki z zakresu sadownictwa i ogrodnictwa zalecają swym czytelnikom, aby pielęgnowali swe rośliny ze szczerą miłością, delikatnie z nimi rozmawiali, chwalili je, a nawet mówili im komplementy. Ma to ponoć wywierać korzystny wpływ na rozwój ich „podopiecznych”. Naukowcom z USA udało się ustalić z użyciem psychogalwanometrów i emocjonometrów, że rośliny mają pamięć, że są wrażliwe na muzykę (podobnie jak zwierzęta lubią klasyczną i łagodną, preferując poszczególne utwory A. Vivaldi’ego, J. S. Bacha, J. Ph. Rameau, P. Czakowskiego, M. Ravela), a doznają przykrości i rozstroju fizjologicznego na skutek słuchania „ciężkiego metalu” czy innej głośnej, spazmatycznej, atonalnej i nieharmonijnej muzyki „nowoczesnej”. Bardzo indywidualnie odbierają miłość i nienawiść, bezbłędnie rozróżniają uczucia szczere i udawane. Astryd Esser i Thomas Enter w 1995 roku opublikowali wyniki swych badań, w których twierdzą, że nasi „zieleni bracia” potrafią rozpoznawać nastrój swego gospodarza i jego stany psychiczne na odległości nawet do 200 km. Późniejsze badania wspomnianego powyżej profesora A. Dubrowa wykazały, iż praktycznie rzecz biorąc komunikacja biokomórkowa między roślinami a ludźmi odbywa się automatycznie i na dowolną odległość, jakby na zasadzie porozumiewania się za pośrednictwem telepatii czy telefonu komórkowego.
Także pamięć i swego rodzaju zdolność do „rozumowania” nie są roślinom obce, ich pole elektromagnetyczne zmienia się adekwatnie do zmian zachodzących w otoczeniu. Drzewa w sadzie natychmiast reagują radośnie na fakt pojawienia się koło nich troskliwego gospodarza i poeci wcale się nie mylą, gdy przypisują np. lipom czy jabłoniom te czy inne cechy antropomorficzne. Badania laboratoryjne wykazały, iż u roślin można wyrobić swoiste odruchy warunkowe; zresztą w warunkach naturalnych tzw. mięsożerne rośliny w sposób celowy i racjonalny reagują na sytuację, gdy kolejna ofiara przykleja się do ich liścia czy kwiatu. Liczne rośliny też otwierają swe kwiaty na promienie słoneczne, a zamykają, gdy nadciąga deszcz lub zapada zmrok, aby się chronić przed ewentualnym uszkodzeniem. Inne czynią odwrotnie, zależnie od swego programu życiowego. Wiele roślin reaguje na dotyk natychmiastową zmianą potencjałów elektrycznych na powierzchni swej „skóry”, dokładnie tak, jak to czyni np. skóra dłoni człowieka. Impulsy elektryczne w roślinach są uderzająco podobne do impulsów nerwowych w organizmach zwierzęcych i ludzkich, a ich stosunki z otoczeniem są – wbrew pozorom – nader skomplikowane i wypełnione ogromem najrozmaitszych przeżyć i odczuć. Rośliny mają rozwinięte zmysły, potrafią informację odbierać, gromadzić, przechowywać, przekształcać i przekazywać. Jak już zaznaczyliśmy powyżej, korzenie są podobne pod względem funkcjonalnym do roli mięśnia sercowego, potrafią się ściskać i rozszerzać. Stanowią jakby ośrodek napędowy całego organizmu; są bardzo wrażliwe na uszkodzenia, po ich silnym zranieniu lub zniszczeniu ulega zagładzie cała reszta organizmu.
***

Wszystko, cośmy wyłuszczyli powyżej, wykazuje, jak fascynujący jest świat flory, jak niezwykłe kryje w sobie tajemnice i jak interesujące jest ich poznanie, rozpoczęte w epoce Teofrasta, kontynuowane w czasach średniowiecza, a szczególnie intensywne od XIX wieku, kiedy to tacy fanatycy nauki jak Karol Maksymowicz dokonali ogromnej pracy w zakresie systematyki roślin. Wypada jeszcze raz zaznaczyć, że nasz rodak jest w Krainie Wschodzącego Słońca zupełnie oficjalnie uważany za klasyka nauki japońskiej, wydano tam zbiór jego dzieł, nazwano jego imieniem szereg ulic, szkół, zakładów naukowych, – dokładnie tak, jak na rosyjskim Dalekim Wschodzie.

***





JERZY WYSOCKI


Pochodził z czernihowskiej gałęzi słynnego rodu staropolskiego panów Wysockich herbu Kolumna. Urodził się w miejscowości Nikitówka powiatu głuchowskiego 7 lutego 1865 roku. Nauki średnie rozpoczął w Głuchowie, a kończył w szkole realnej w Moskwie, dokąd przenieśli się jego rodzice. Tutaj też w 1886 roku wstąpił na studia do Piotrowskiej Akademii Rolniczej, wykazując duże zainteresowanie dla zagadnień botaniki, leśnictwa i gleboznawstwa.
***

Najbardziej wszelako fascynowała młodego człowieka dendrologia, stanowiąca do dziś frapujący przedmiot badań naukowych. Na kuli ziemskiej wegetuje około 30 tysięcy gatunków drzew. Arystoteles (384–322 p.n.e.), jeden z pierwszych w Europie badaczy flory, w dziele „O roślinach” pisał: „Drzewo ma w sobie trzy siły, z których jedna pochodzi od pierwiastka ziemi, druga od pierwiastka wody, trzecia od pierwiastka ognia. Opisowi działania tych sił, jak też innych aspektów dendrologii, genialny Grek poświęcił szereg interesujących rozważań. Przez następne 2,5 tysiące lat wielu innych uczonych mężów dokładało swe własne cegiełki do gmachu nauki i badało coraz to nowe aspekty świata roślin. Jednym z nich był właśnie Jerzy Wysocki. Od wczesnych lat życia fascynował się cudownym światem roślin, postrzegając go trafnie jako jeden z najwspanialszych „cudów natury”. Mógłby napisać o lesie jak poeta Józef Baran:
jakby wesele zastygło
w korowodzie szalonym
tanecznicy zbici ciasno
współobjęci wierzchołkami

raptowna cisza ale po muzyce
jeszcze wyciekającej strumykiem
niczym z przewróconego naczynia
z zaklętych rąk muzykantów

(a może to rozpuszczone włosy panny młodej
strumienią się pierwszym uniesieniem ślubnym
w tym uniesieniu zielonym las trwa)
na wszystko zarzucona pajęczyna tajemnicy

Profesorami J. Wysockiego podczas studiów lasoznawczych byli m.in. znakomici naukowcy o rozgłosie europejskim M. Turski i K. Timiriaziew. Jak to często się zdarza w przypadku uzdolnionych młodzieńców, także i on miał rozległe, wszechstronne zainteresowania w dziedzinach, które nie należały bezpośrednio do jego specjalności; chętnie czytywał literaturę piękną, dzieła z zakresu historii, filozofii, psychologii. Studia zresztą rychło dobiegły końca i młody specjalista rozpoczął swą pierwszą pracę w charakterze taksatora lasów w miasteczku Berdiansk, gdzie się znajdował zarząd tamtejszego leśnictwa. Miejscem pracy stał się duży masyw sztucznego lasu zasadzonego na terenie 1 800 hektarów.
Były tu duże możliwości prowadzenia obserwacji przyrody i naukowych nad nią badań. W ciągu kilku kolejnych lat J. Wysocki kierował także zalesianiem obszernych pasów terenu nad rzeką Suchą Wolnowachą. Zainteresowania zaś naukowe młodego badacza okazały się wszechstronne: las, ugory stepowe, pola, klimat, gleba, mikroklimat w poszczególnych partiach lasu, drzewa i krzewy, trawy, zwierzęta ziemne, dżdżownice, zjawisko dziczenia lasu, wpływ stepu na las – wszystkie te rozmaite przedmioty i zjawiska trafiły więc pod przysłowiowe „szkiełko” pana Jerzego. Szczęśliwy zaś zbieg okoliczności sprawił, iż w tym ważnym okresie swej działalności początkujący naukowiec mógł współpracować ze znakomitymi i doświadczonymi uczonymi, jak W. Dokuczajew, G. Tanfiliewa, G. Morozowa. W okresie 1899 – 1904 Wysocki pełnił obowiązki dyrektora Maryupolskiego Leśnictwa Doświadczalnego, co tworzyło możliwość prowadzenia badań naukowych w zakresie fenologii, gleboznawstwa, geografii flory.
Pierwszymi jego publikacjami były artykuły naukowe: „Rastirielnost’ Wieliko – Anadolskogo uczastka (1898); „Biołogiczeskije, poczwiennyje i fenołogiczeskije nabludienija i issledowanija w Wieliko-Anadole 1892–1893 g. (1901); „Lesnyje kultury w Maryupolskom Opytnom Lesniczestwie, 1886–1900 (1901); „O naucznych issledowanijach, kasajuszczichsia stiepnogo lesorazwiedienija (1901); „Stiepnoj illuwij i struktura stiepnych poczw (1901). Już w tym wczesnym okresie swej twórczości naukowej młody uczony sformułował doniosłą ideę o dodatnim wpływie ochronnych pasów leśnych na wilgotność, a więc i na urodzajność gleby. Doszedł też do wniosku, że, jak pisał: „Badanie lasu, jego struktury, jego życia w oderwaniu od jednoczesnego badania środowiska otaczającego byłoby czymś jałowym i bezcelowym; byłoby to badanie czegoś nierealnego, albo już nieżyjącegoW okresie lat 1904–13 Jerzy Wysocki był pracownikiem Departamentu Lasów w Petersburgu i należał do ścisłego grona osób, kierujących tą dziedziną gospodarki w Cesarstwie Rosyjskim; nadal jednak wiele czasu poświęcał badaniom naukowym, wiele podróżował, regularnie pisywał do czasopism „Lesnoj Żurnał”, „Poczwowiedienije, Mir Bożyj i in. Niejednokrotnie udawał się na ekspedycje naukowe nad Wołgę, do guberni samarskiej i tulskiej, na tereny nadkaspijskie. Opracowywał przede wszystkim zagadnienia związane z cyrkulacją wilgoci w glebie, lasach i stepach; sformułował teorię o transgresyjnym wpływie lasów na klimat, o impulweryzacji soli z atmosfery do gleby, o wypasowej degresji roślinności, o ruchach soli w glebach.
W tym okresie opublikowano szereg jego nowatorskich tekstów naukowych, jak np.: „Mikoryza dubowych i sosnowych siejancew (1902); „O stimułach, priepiatstwijach i problemach razwiedienija lesa w stiepiach Rossii (1902); „O wzaimnych otnoszenijach mieżdu lesnoj rastitielnostju i włagoju, preimuszczestwienno w juzno-russkich stiepiach (1904); „O kartie tipow miestoproizrastanija (1904); „K woprosu o wlijanii lesa na nadziemnuju włażnost’ w Rossii (1905); „Glej (1905); „Poczwienno-botaniczeskije issledowanija w jużnych Tulskich Zasiekach (1906); „Ob oroklimaticzeskich osnowach kłassifikacji poczw (1906); „Ob usłowijach lesoproizrastanija i lesorazwiedienija w stiepiach Jewropiejskoj Rossii (1907); „O lesorastitielnych usłowijach rajona Samarskogo Udielnogo Okruga (1908); „Buzułukskij bor i jego okrestnosti (1909); „Poczwoobrazowatielnyje processy w pieskach (1911); „Lesnyje kultury stiepnych opytnych lesniczestw (1912); „O dubrawach w Jewropiejskoj Rossii (1913). Jerzy Wysocki był również autorem szeregu tekstów popularnonaukowych, w których opisywał społeczne znaczenie lasów jako miejsc rekreacji ludności, podkreślał korzystny wpływ mikroklimatu leśnego i samych drzew na zdrowie i samopoczucie ludzi.
***

Co prawda, już starożytni Grecy i Celtowie posiadali dość szczegółową wiedzę o tym, iż w drzewach tkwią potężne zasoby energii życiodajnej, której moc jest taka, że potrafi nawet uleczyć niektóre schodzenia, ale prawdziwa sylwioterapia (czyli drzewolecznictwo) jako nauka ukształtowała się dopiero w XX wieku. Swą zaś rolę w tym procesie odegrali oczywiście tacy botanicy, gleboznawcy i dendrolodzy jak Jerzy Wysocki. Obecnie wiadomo niemal każdemu, że soki krążące w pniach i konarach stanowią krwiobieg rośliny, niosący ze sobą życie i energię. Każde drzewo oddziałuje inaczej, jedno łagodzi dolegliwości reumatyczne, inne bóle głowy czy bezsenność. Aby otrzymać jak najwięcej sylwioterapeuci radzą oprzeć się o pień plecami i próbować objąć go w ten niezręczny sposób; inni piszą, że można po prostu objąć drzewo w tradycyjny sposób i przytulić do niego ciało i głowę. Teksty z tej gałęzi lecznictwa podają często konkretne informacje, dotyczące właściwości energetycznych tych czy innych gatunków roślin.
Tak np. brzozę cechuje potężna siła witalna; jest ona w stanie rozbudzić w człowieku intuicję, dodać pozytywnej energii i takiegoż nastroju. Czerpiąc moc z tego drzewa, stojąc pod nim znacznie łatwiej rozstrzygniemy swe problemy, znajdziemy wyjście z trudnej sytuacji, odkryjemy nowe możliwości działania, nauczymy się odróżniać wrogów od przyjaciół, usprawnimy funkcje nerek.
Z kolei buk ma pomagać przy stresie i złym krążeniu krwi. Jest to również bardzo silne pod względem energetyki drzewo, emanujące swą moc nawet na odległość do 15 metrów od pnia. Spacer po lesie bukowym wypłukuje z mózgu złe wspomnienia, podnosi umiejętność koncentracji, dodaje odporności na stresy, powoduje pozytywne zmiany w układzie krążenia, harmonizuje biorytmy organizmu, łagodzi bóle głowy.
Czarny bez – jeśli wierzyć sylwioterapeutom – wzmacnia system immunologiczny i odświeża, dodaje odwagi do stawiania czoła przeciwnościom losu i przeciwnikom, odmładza wygląd zewnętrzny. Napar z liści czarnego bzu jest dobry na grypę.
Dąb, ze względu na swą niezwykłą moc i długowieczność, uchodzi za drzewo królewskie. W dawnych czasach czczono go jako najpotężniejszą emanację boskich sił i symbol wieczności. To drzewo ma uaktywniać układ limfatyczny i krwionośny, wzmacniać energię i wiarę w siebie, regenerować siły po jakimś długotrwałym wysiłku czy wyniszczającej chorobie, sprzyjać doskonałej koncentracji i skupieniu procesów mentalnych. 10 minut spaceru dziennie pośród tych drzew doskonale poprawia zdrowie i samopoczucie. Wywar z kory dęby działa przeciwbiegunkowo, odkażająco, analgetycznie, jak też wzmacnia włosy.
Jarzębina znowuż dodaje woli życia i działania, oczyszcza psychikę i organizm z niepotrzebnego i toksycznego balastu. Herbatka z owoców jarzębiny jest bogata w witaminy i mikroelementy, działa odkażająco i bakteriobójczo, czyści wątrobę, nerki i śledzionę.
Jodła, tak jak dąb, od niepamiętnych czasów była symbolem mocy i siły życia. Z jej pnia, igieł i żywicy już w czasach najdawniejszych produkowano leki, skuteczne na przeziębienia, zapalenia , ropnie, bóle reumatyczne. Kontakt z jodłą usuwa zazdrość i pesymizm, czyni troski i niepokoje mniej dolegliwymi, a przyszłość pozwala spostrzegać w bardziej optymistycznej perspektywie.
Kasztan ma w szczególnie skuteczny sposób koić wzburzenie wewnętrzne. Z jego gałązek, kory i owoców produkuje się szereg leków antyciśnieniowych, przeciwhemoroidalnych, łagodzących kaszel, pomagających przy zaparciach.
Lipa jest drzewem niezwykle przyjaznym dla człowieka, co odnotowali nawet poeci, uśmierza stany niepokoju i pesymizmu, dodaje pewności siebie w miłości, harmonizuje uczucia i myśli. Napar z jej liści i kwiatów zmniejsza ataki kaszlu, katar, bronchit.
Olcha, jeśli wierzyć pradawnym przekazom kultury ludów germańskich i bałtyckich, ma właściwości mistyczne, rozwija myślenie metafizyczne i potęguje poziom uduchowienia. Kontakt z nią jest jednak korzystny wyłącznie dla osób o silnym intelekcie, usposobieniu filozoficznym i skłonnościach do mistycyzmu. Inspiruje ona głębokie rozmyślania, rozwija umiejętności jasnowidzenia i przewidywania. Przebywanie jednak w jej sąsiedztwie osób „prostych”, zwykłych, praktycznych, przyziemnych może być dla nich nie tylko przykre, lecz nawet niebezpieczne.
Sosna łagodzi wewnętrzne napięcie, ataki gniewu i złość, dlatego przechadzka po sosnowym lesie jest szczególnie kojąca, a także kurująca choroby przeziębieniowe. Energia sosen działa na odległość do pięciu metrów; mikrocząsteczki ich żywic poprawiają krążenie krwi, uspokajają nerwy, przywracają dobre samopoczucie.
Wierzba pogłębia aktualny nastrój człowieka, dlatego najlepiej nie zbliżać się do niej w stanie depresji, lecz tylko w dobrym humorze, który zostanie w ten sposób wzmocniony. Jak twierdzą terapeuci, wierzba wpływa mobilizująco na dzieci, przejaśnia umysł; herbata z jej kory lub liści jest dobra przy różnych stanach neurologicznych.
Wiśnia jako drzewo ma być swego rodzaju afrodyzjakiem, wypromieniowuje bowiem energię potęgującą erotyzm i impulsy miłosne. W okresie kwitnienia wiśni dobrze jest znaleźć się razem ze swą ukochaną w pobliżu tego drzewka i pobyć tam przez choćby kilka minut. Ponoć po powrocie do domu igraszki miłosne nie będą miały końca. Wiśnia ma też pomagać przy różnego rodzaju blokadach seksualnych; wystarczy kilkominutowy codzienny kontakt z nią w ciągu tygodnia, aby wszystko się uporządkowało.
Sylwioterapia mówi też o wielce korzystnym oddziaływaniu na fizjologię i psychikę człowieka takich drzew jak jabłoń czy klon, ostrzega natomiast przed osiną, a dalsze badania w tej dziedzinie z wykorzystaniem techniki komputerowej i nowoczesnych metod naukowych trwają w wielu krajach świata.
***

Nawet jeśli niekiedy można mieć wątpliwości co do konkretnych cech „charakterologicznych”, skrótowo powyżej przedstawionych, a w takiej właśnie postaci opisywanych we współczesnej literaturze sylwioterapeutycznej, to przecież przekonać się o tym, iż przechadzka po lesie czy parku doskonale wpływa na nasze samopoczucie, jest bardzo łatwo. Dlatego też Jerzy Wysocki był orędownikiem najczęstszego kontaktu między światem drzew a człowiekiem i czynił wszystko, co w jego mocy, by chronić las przed ludźmi ograniczonymi i chciwymi, traktującymi lasy jako źródło zysków finansowych. Jest to obecnie, jak wiadomo, problem globalny.
Z listów uczonego wyłania się też jego jakby zabarwiony mistycyzmem stosunek do tych tajemniczych istot, jakimi są drzewa, o których subtelnie pisał m.in. cytowany już powyżej poeta Józef Baran w wierszu „Filozofia drzewa”:
to nieprawda
że jestem uwięzione
świadomie wyrzekam się
miliona zbędnych gestów
niegodnych filozofa

po cóż rozpraszać na darmo energię
skoro zna się swoje miejsce
na ziemi
w nim twardniejąc trwam
jestem całe niebopiennym
aktem strzelistym woli
dążę prosto do
wytyczonego celu
skupiając się
wokół idei
pnia

oto napinam muskuły
słojów biorąc z ziemi soki:
i dojrzewają we mnie owoce
wypuszczam oddech:
odpadają od gałęzi

jestem mistrzem cierpliwości
wiem że do wolności
dojrzewa się powoli powoli
a kiedy się ją osiągnie
jest się wolnym od
wszelkiej dowolności
zdanym tylko na siebie

a pode mną
nade mną
dookoła mnie
przemykają z miejsca
na miejsce
targane niepokojem
ptaki obłoki ludzie
bo wciąż nie wiedzą
na czym stoją

Łagodne trwanie i trwała łagodność – takie by było sedno filozofii życia drzew, gdyby taka filozofia istniała. Któż zresztą dowiedzie, że nie istnieje?
***

Jerzy Wysocki uważał, i nieraz dawał publicznie wyraz temu przekonaniu, że lasy powinny stanowić wyłącznie własność ogólnonarodową, państwową, nigdy zaś prywatną. Posiadają one bowiem tak olbrzymia wartość społeczną i gospodarczą, że nigdy nie mogą być zdane na złą wolę prywatnej chciwości. W artykule „O putiewodnoj idiejnosti w naszej agrarnoj politikie (1906) pisał: „Właściciel lasu musi być wieczny i nieśmiertelny; a produkcja leśna powinna pozostać dobrem ogólnopaństwowym. Przez głoszenie takiej „socjalistycznej” filozofii prawy uczony naraził się mafii, kręcącej się koło rządu, a dążącej do parcelacji, sprywatyzowania i rozgrabienia lasów państwowych, aby je następnie doszczętnie wyeksploatować i doprowadzić do zguby. Nie został więc Wysocki dopuszczony do ani do objęcia katedry leśnictwa w cesarskiej Akademii Nauk, ani w Petersburskim Instytucie Leśnym. Przewrotna mściwość mafii okazała się tym razem mocniejsza niż sumienie samotnego prawego człowieka, jego kwalifikacje naukowe i charakterologiczne.
W 1913 roku J. Wysocki zamieszkał w Kijowie, ponieważ został mianowany kierownikiem akcji zalesiania stepów ukraińskich, a choć niebawem wybuchła pierwsza wojna światowa, powodując nie tylko zmniejszenie wydatków na tak wybitnie pokojowy cel jak zakładanie lasów, uczony usiłował w miarę możności swe dzieło kontynuować. A gdy stało się to niemożliwe ze względu na działania bojowe na terenie Ukrainy, systematyzował i porządkował wcześniejsze notatki, przygotowując do publikacji kolejne opracowania lasoznawcze. W 1918 roku J. Wysocki brał udział w organizowaniu Akademii Nauk Ukrainy, a uniwersytety w Odessie, Kijowie i Symferopolu zaproponowały mu objęcie na nich kierownictwa katedrami gleboznawstwa. W 1919 roku uczony przyjął zaproszenie z Symferopola i rozpoczął tam wykłady; od 1920 stał na czele katedry leśnictwa, prowadził też zajęcia z zakresu łąkoznawstwa.
Lata 1922–23 uczony spędził na badaniach w parku narodowym Askania Nowa, od 1923 do 1926 kierował katedrą leśnictwa Ogólnozwiązkowego Białoruskiego Instytutu Rolnictwa w Mińsku oraz organizował w tym kraju służbę ochrony lasów. W tym okresie ujrzały świat jego dalsze publikacje naukowe: „Izokarbonaty (1915); „Lesa Ukrainy i usłowija ich proizrastanija i wozobnowlenija (1916); „Lesowodnyje oczerki (1924); „Oczerni o poczwie i reżimie gruntowych wod (1927). Lata spędzone na Białorusi, wśród życzliwych i szczerych ludzi, Wysocki uważał za najbardziej twórcze, owocne i miłe w swojej karierze zawodowej; a to tym bardziej, że stąd, z okolic Pińska (wówczas w składzie Polski) wywodzili się jego pradziadowie.
Następne lata uczony spędził na posterunku dydaktycznym w Uniwersytecie Charkowskim i Kijowskim. Pisał jednak coraz mniej (jest to wysiłek wyczerpujący), ponieważ dawało się we znaki nie tylko zmagazynowane w organizmie chroniczne zmęczenie, skutek wielu lat benedyktyńskiej pracy, ale i przewlekła choroba wątroby. Mimo to doprowadził do końca prace nad publikacjami, zajmującymi poczesne miejsce w jego spuściźnie naukowej: „O roli lesa w powyszenii urożaja (1929); „Uczenije o lesnoj pertinencii (1930); „Materiały po izuczeniju wodoochrannoj i wodoregulirujuszczej roli lesow i bołot (1937); „O gidrogeołogiczeskom i meteorołogiczeskom wlijanii lesow (1938; drugie wydanie 1952); „Uczenije o wlijanii lesa na izmienienije sriedy jego proizrastanija i na okrużajuśzczeje prostranstwo (1940; drugie wydanie 1950). Autor niestrudzenie lansował ideę o doniosłym znaczeniu lasów w życiu ludzi; przecież z twardego drewna roślin szerokolistnych (dąb, jasień, klon), produkuje się piękne meble; materię drzew miękkich (sosna, jodła) wykorzystuje się w budownictwie i przemyśle papierniczym; nie do przecenienia jest rola materiału drzewnego w przemyśle farmaceutycznym i chemicznym.
Mówiąc ogólnie, zasługa tego wybitnego reprezentanta nauki polegała przede wszystkim na tym, że jako jeden z najpierwszych w Europie opracował podstawy naukowe hodowli lasów na terenach stepowych, stworzył teoretyczne fundamenty melioracji lasów , jak też podał dokładną klasyfikację dąbrów oraz odkrył i opisał takie zjawiska jak potęgowanie cyrkulacji wilgoci przez lasy, osuszanie przez nie terenów równinnych i płaskich, a czynienie bardziej wilgotnymi terenów górskich i pofałdowanych. Był też pionierem w zakresie nauki o krajobrazie geograficznym jako zjawisku przyrodniczym, wniósł szereg wartościowych idei do metodologii sporządzania map fitotopologicznych oraz do innych dziedzin geografii, lasoznawstwa, botaniki, gleboznawstwa, geochemii.
Od 1934 roku Jerzy Wysocki był członkiem rzeczywistym Wszechzwiązkowej Akademii Rolniczej w Moskwie, a od 1939 członkiem Akademii Rolniczej Ukraińskiej SRR. Zmarł 6 kwietnia 1940 roku, w wieku 75 lat. Dorobek naukowy tego znakomitego uczonego pozostaje do dziś aktualny, to on bowiem jako pierwszy w nauce europejskiej dowiódł ogromnej roli lasów w zachowaniu wilgoci w glebie i ich istotnego wpływu na warunki klimatyczne. Szczególnie ważna była pod tym względem kapitalna monografia pt. „Jergienija, kulturno-fitołogiczeskij oczerk, wydana w Petersburgu, a zawierająca m.in. szereg interesujących idei w zakresie ekologii. W sumie, jak obliczono, Jerzy Wysocki opublikował 200 prac naukowych, których większość była poświęcona zagadnieniom gleboznawstwa i dendrologii, ale też klimatologii, botaniki, hydrologii, agronomii, melioracji. Lasy zaś zasadzone pod jego kierownictwem na rozległych terenach Ukrainy, Białorusi i Rosji do dziś stanowią bogactwo naturalne tych krajów i stanowią źródło radości dla ich obywateli.

***





MIKOŁAJ RUDANOWSKI


Przyszedł na świat 15 listopada 1819 roku. Kształcił się w szkole morskiej w Kronsztadzie. Nie mając jeszcze ukończonych 19 lat został awansowany na oficera – dzięki wyjątkowym uzdolnieniom. Kształcił się w szkole morskich oficerów w Kronsztadzie; nie mając jeszcze ukończonych 19 lat został awansowany na porucznika, a kolejne lata poświęcił samodzielnej pracy w zakresie hydrografii. Pływał na statkach flotylli bałtyckiej, doskonale poznał to morze, został doświadczonym „wilkiem morskim”. Szczególne osiągnięcia zapisał na swe konto w okresie 1851–55, gdy wziął udział w słynnej Wyprawie Amurskiej. W 1851 roku porucznik Rudanowski złożył zwierzchnictwu raport z prośbą o przeniesienie na Daleki Wschód. Początkowo prowadził badania na Kamczatce, następnie brał udział w ekspedycji na Sachalin. Z grupą marynarzy założył posterunek, który dziś jest miastem Kosakowem (według nazwiska dowódcy wyprawy). Rudanowski w okresie od 6 do 26 października 1851 roku dokładnie zbadał i opisał rzekę Susuję, przez co stworzył podstawy naukowego badania wyspy Sachalin. Od 29 października do 14 listopada trwała wyprawa wschodnim brzegiem zatoki Aniwa, w trakcie której poczyniono liczne obserwacje geograficzne, meteorologiczne, florystyczne, jak też etnograficzne, gdyż tutejsi Ajnowie traktowali przybyszów z wielką gościnnością. Przy okazji Rudanowski po raz pierwszy w dziejach dokonał spisu i statystycznego opisu ludności Sachalinu. Wynikiem tej wyprawy było m.in. sporządzenie dokładnej mapy geograficznej części Sachalinu, mapy także pierwszej w dziejach nauki.
Podczas trzeciej wyprawy na wschodnie wybrzeże Sachalinu Rudanowski opisał okolice miasta Korsakowa oraz ustalił głębokość wód go otaczających. I wreszcie czwarta, najważniejsza wyprawa (20 grudnia 1853 – 18 stycznia 1854), którą dzielny odkrywca przebył w towarzystwie przewodnika Ajna oraz pomocnika kozaka, przebiegła wzdłuż rzek: Sułuja, taka i najmu aż do Morza Ochockiego, a potem na południe wzdłuż Zatoki Tatarskiej i z powrotem. Po drodze Rudanowski dokonał licznych pomiarów i obserwacji w zakresie geografii, meteorologii, hydrografii, geologii, etnografii. Na podstawie skrupulatnych notatek sporządził później nie tylko dokładny opis naukowy tych terenów, ale też ich szczegółowe mapy geograficzne, mające duże znaczenie dla późniejszego rozwoju cywilizacyjnego tego regionu.
23 lutego 1854 roku Rudanowski ponownie wyruszył na wschodnie wybrzeże Sachalinu, lecz dokonał tylko penetracji terenów przyległych do Zatoki Mordwinowi; ostre wiatry północno-wschodnie uniemożliwiły kontynuację podróży i zmusiły Rudanowskiego do powrotu do bazy wypadowej na posterunku Murawiewskim. W sumie odważny pionier spędził na Sachalinie 250 dni, z nich 140 w dziewiczym terenie tej wyspy; pokonał pieszo, na łodziach, na psich zaprzęgach tysiąc kilometrów. Wynikiem jego wysiłku był pierwszy w historii nauki dokładny opis wewnętrznych terenów Sachalinu. Dotychczas w Archiwum Wnieszniej Polityki Rossii (f. 339, z. 888, t. 389) są przechowywane na razie niepublikowane, lecz niezwykle interesujące i świetnie napisane „Zamieczanija ob jużnoj czasti Ostrowa Sachalina i ob tuziemcach”, w których znajdują się sugestywne opisy warunków meteorologicznych, reliefu, flory, wód, fauny, ludności południowej części wyspy. Na podstawie tego tekstu sporządzono i odbito mapy geograficzne, które później przez szereg lat służyły innym podróżnikom, docierającym do tych dziewiczych terenów.
***

Przemierzając przestworza Oceanu Światowego Rudanowski czynił notatki dotyczące m.in. fauny ichtiologicznej, a drukowane lub przechowywane w postaci rękopisów jego spostrzeżenia zawierają ogrom interesującej informacji o różnych gatunkach fauny morskiej, w tym o tak zadziwiających ssakach oceanicznych jak walenie zębowe i fiszbinowce, w tym delfiny, orki, kaszaloty, narwale. Dzisiejsza nauka uważa, że zębowce są potomkami saków lądowych, w których budowie w ciągu milionów lat ewolucji zaszły fundamentalne zmiany. Przód czaszki przekształcił się w długi dziób, na którym są osadzone stożkowate zęby, lepiej przystosowane do chwytania ryb niż układ siekaczy, kłów i trzonowców, istniejący u ssaków lądowych. Walenie nie mają krtani i strun głosowych, dźwięki zaś wydają za pomocą specjalnych balonowatych komór znajdujących się w czaszce. Przemieszczające się przez wąskie szczeliny z jednej komory do innej powietrze wytwarza fale dźwiękowe, które w różny sposób odbijają się od obiektów środowiska i powracają do zwierzęcia, którego specjalne receptory analizują charakter odbitej fali, a mózg dokonuje wnioskowania o charakterze i cechach tego czy innego przedmiotu. Ten bardzo złożony system echolokacji służy zarówno do nawigacji, jak i do lokalizacji ofiar, na które walenie polują. W ciemnych lub zamulonych wodach kałamarnice i ośmiornice, służące za pokarm waleniom, bywają dodatkowo ogłuszane potężnymi falami dźwiękowymi, tak iż tracą orientację w przestrzeni i stają się łatwym łupem żarłoków. Walenie są potężnymi zwierzętami, dorosłe osobniki mierzą około 30 metrów, ważą około 90 ton i żyją do 200 lat, a są tak silne, że uderzeniem głowy bez trudu przebijają metrową pokrywę lodową mórz północnych.
Walenie posiadają złożony system więzów socjalnych, a ich uczucia rodzinne są niesłychanie wysoko rozwinięte, tak iż zmuszają ich ratować krewnych, szczególnie reprezentantów młodego pokolenia, nawet narażając na szwank własne życie. Bliska rodzina towarzyszy samicy podczas porodu, wynosząc ku powierzchni wody noworodka, aby mógł zaczerpnąć powietrza. Młode grindwale tworzą samorzutnie tak zwane „żłobki”, czyli grupki dzieci, którymi opiekują się i chronią przed niebezpieczeństwem zarówno dorosłe samiczki, jak i samce. Młode grindwale przestają odżywiać się mlekiem matki dopiero w trzecim roku życia, ale jeszcze długo po tym przytulają się do nich i ssą ich gruczoły mleczne, co świadczy o mocnych więzach rodzinnych.
Delfiny z kolei cechuje bardzo wysoki poziom inteligencji; łatwo się zaprzyjaźniają one z ludźmi, a ci, jak zawsze, nadużywają przyjaźni zwierząt w niecnych celach. Wojsko USA w specjalnych laboratoriach uczy delfinów przenoszenia ładunków wybuchowych, a podczas wojny we Wietnamie wytresowane walenie chroniły okręty amerykańskiej marynarki wojennej przed nurkami Wietkongu, wyrywając im z ust sprzęt do nurkowania.
Interesującym podgatunkiem waleni są białuchy (bieługi), bardzo towarzyskie i dobroduszne zwierzęta, tworzące często wielotysięczne stada w wodach Arktyki, w letnich zaś miesiącach pojawiające się w ciepłych regionach, u ujść rzek, gdzie nowo narodzone mają lepsze warunki rozwoju. Młode białuchy mają bardzo wesołe usposobienie i ciągle się bawią i rozrabiają. Na te zwierzęta często polują niedźwiedzie polarne, grindwale i morsy, jak też ludzie. Do klasy takichże niezwykłych zwierząt należą kaszaloty i orki, również posiadające złożony system stosunków społecznych, potrafiące organizować grupowe wyprawy myśliwskie i dzielące się ze sobą zdobyczą.
Zagadkowym i fascynującym mieszkańcem mórz jest rekin, także opisywany w notatkach Rudanowskiego. Jest to największy śledź zamieszkały w Oceanie Światowym, a długość jego oscyluje pomiędzy ośmioma a dwudziestoma metrami. Uważa się, że liczba podgatunków rekina znajduje się gdzieś między 250 a 350. Nie jest to więc, jak na razie rodzina zbadana. Uważa się, że rekiny zamieszkują ziemię od około 300 milionów lat, a są zadomowione faktycznie we wszystkich zakątkach Oceanu Światowego. Bywają rekiny drobne, zaledwie 15-centymetrowe, jak i gigantyczne, sięgające 20 metrów długości. Wszystkie są drapieżnikami, z tym, że właśnie największe spośród nich żywią się planktonem. Najwięcej emocji u ludzi budzi rekin biały, czyli karcharodon, który do dziś stanowi fascynujący przedmiot badawczy dla ichtiologów, gdyż w zachowaniu tej ryby niemało jest momentów zagadkowych i tajemniczych. Rekin biały uchodzi za najbardziej krwiożerczą rybę, i często bywa też ludożercą. Mięsem człowieka nie gardzą zresztą także rekiny tygrysie, piaszczyste oraz pół setki innych. Choć w sumie dotychczas udokumentowano niezbyt wiele przypadków pożarcia ludzi przez ryby, to liczba ryb zjedzonych przez ludzi jest olbrzymia, tak iż mnóstwo gatunków tego podwodnego królestwa stoi w obliczu zagłady. Choć rekin biały jest powszechnie znany, to jednak jego zwyczaje są mało znane, ponieważ samo badanie jego nie zawsze jest zajęciem bezpiecznym. Niewiadomo np., jak one się rozmnażają. Samiczki stają się zdolne do macierzyństwa po ukończeniu czwartego roku życia i osiągnięciu wagi około 1400 do 2700 kilogramów, gdy żadna sieć nie jest już w stanie je utrzymać.
Rekiny białe mają na pyszczku specjalne narządy rejestrujące słabe pola elektryczne, pochodzące od ukrywających się zwierząt, stanowiących ewentualną zdobycz dla tych drapieżników. Jego szczęki są tak zbudowane, by zminimalizować opór wody w procesie ruchu, jednak gdy rekin szykuje się do ataku, górna szczęka wysuwa się z czaszki do przodu, obnażając ostre jak brzytwa pięciocentymetrowe zęby, uszeregowane w kilka rzędów i stanowiące straszliwą, śmiercionośną broń. Podstawą menu rekina białego są inne ryby, w tym bardzo często – należące do innych gatunków tejże rodziny. Po osiągnięciu trzech metrów długości rekiny nabierają wstrętu do wszelkich potraw wegetariańskich, z apetytem natomiast pożerają (przedtem potargawszy na kawałki) psy morskie, czyli foki, lwy morskie, słonie morskie i inne ssaki. Z reguły zajadanie odbywa się w ten sposób, że rekin z tyłu i z dołu „podchodzi”, zaskakuje ofiarę raptownym atakiem i odgryza część jej ciała. Gdy zaś zwierzę się gwałtownie wykrwawia i wpada w kompletny szok, rekin rozszarpuje resztki bezwładnego, lecz jeszcze żyjącego, ciała i pochłania je kawałkami. Jest to uczta okrutna i krwawa, lecz przyroda nie przewidziała dla tego, jak i dla wielu innych przypadków, żadnego odruchu litości: chcesz żyć – musisz zabijać.
Skóra rekina białego jest pokryta zaostrzonymi łuskami, z których każda stanowi coś w rodzaju miniaturowego zęba. Samo szarpnięcie w ruchu takim „nożem” powoduje ciężkie okaleczenie. Rekin biały należy do nielicznych gatunków ryb, których temperatura ciała jest nieco (o około sześć stopni) wyższa niż temperatura otoczenia, co pozwala mu na osiąganie szybkości trzykrotnie przewyższającej szybkość poruszania się ryb zimnokrwistych, co dla drapieżnika stanowi sprawę zasadniczą.
Amerykański naukowiec Arthur Myrberg w połowie XX wieku opanował język ryb gatunku „Pomacentridae” , zamieszkujących akwen w pobliżu Wysp Bahama. Odtwarzając z taśmy nagrane sygnały potrafił je skłonić do wykonywania skomplikowanego tańca, nurkowania, a nawet zmiany zabarwienia. Uczony odkrył też specjalny niski dźwięk, który przywabia rekiny: po jego nadaniu drapieżniki z całej okolicy błyskawicznie nadciągają w to miejsce. W dowództwie marynarki wojennej USA zrodził się nawet pomysł, aby przy pomocy tego dźwięku mobilizować patrole rekinów do ochrony okrętów przed płetwonurkami potencjalnego nieprzyjaciela.
Także inni przedstawiciele świata ryb zaskakują swymi niezwykłymi uzdolnieniami i właściwościami. Według przybliżonych danych z 2011 roku Światowy Ocean jest zamieszkiwany przez około 230 tysięcy gatunków podwodnej fauny, z których tylko 12% to ryby, w tym nowo opisana ryba–drakon, mająca ostre jak igły zęby nawet na języku. W Amazonce żyją m.in. wandale, pięciocentymetrowe rybki, które wcinają się w skrzela większych ryb (mają odchylone do tyłu kolce, uniemożliwiające ich wyjęcie z ciała czy wyrwanie) i żyją w nich odżywiając się ich krwią. Nieraz też atakują kąpiących się ludzi, wdzierając się (wkręcając) do męskiej cewki moczowej, co powoduje najczęściej ogromnie bolesną śmierć nieostrożnych nurków.
Jeszcze inne gatunki ryb, jak np. pospolite w Europie cierniki, tworzą rodziny, w których rodzice troskliwie dbają o swe potomstwo, zanim ono dorośnie, budują dla niego „mieszkania”, karmią i chronią przed niebezpieczeństwem. W Amazonce mieszkają też strętwy, które pływają w pozycji pionowej i porozumiewają się ze sobą za pośrednictwem wysyłania i odbierania impulsów elektrycznych. Są tam również sumy, które żywią się wyłącznie kawałkami drewna leżącego na dnie, jak też padlinożercy, żyjący na głębokości ponad 90 metrów i zjadający wszystkie odpady i martwe ciała spadające na dno. W tekstach Rudanowskiego, podobnie jak w opracowaniach Jerzego Lisańskiego, znajdziemy mnóstwo frapujących opisów szeregu reprezentantów wodnej fauny Oceany Światowego.
***

Wydaje się, że głównym motywem działalności Mikołaja Rudanowskiego na polu naukowym w charakterze badacza przyrody nie była tylko pogoń za życiową przygodą, a już najmniej chęć zysku, lecz przede wszystkim bezinteresowne dążenie do zdobywania prawdy o otaczającym go dziele Boga – przyrodzie. Jak bowiem pisał Cyceron, „człowiekowi szczególnie jest właściwe szukanie i dociekanie prawdy, a niektórzy ludzie – jak bohaterowie tej książki – poświęcają temu całe swe życie i wszystkie siły. Być może dlatego notatki i opracowania M. Rudanowskiego są wyjątkowo dokładne, wykonane z sumiennie i starannie. Profesor A. K. Sideneper twierdził, ze zapiski naukowe, raporty i mapy Rudanowskiego dawały świadectwo tak rozległej dokonanej przezeń pracy, że odnosi się wrażenie, że dokonał jej nie jeden człowiek, lecz liczny, dobrze zorganizowany zespół uczonych, specjalistów z różnych gałęzi wiedzy.
W 1856 roku ten dzielny oficer i badacz przyrody w jednej osobie ponownie wylądował na Sachalinie, a jednym z jego wyczynów naukowych był tym razem opis trzech wielkich pokładów węgla kamiennego, nazwanych przez niego Putiatinskaja, Wozdwiżenskaja i Otasu, eksploatowane do dnia dzisiejszego. Na Dalekim Wschodzie Mikołaj Rudanowski służył do roku 1858 włącznie, pływając na skunerze „Wostok” pod dowództwem W. A. Rymskiego-Korsakowa. Następnie powrócił tam, gdzie rozpoczął ongiś karierę podróżnika, uczonego i wilka morskiego – na Bałtyk. Służył tu jeszcze przez ćwierć wieku w charakterze oficera floty cesarskiej. Był wysoko cenionym specjalistą, tak iż prócz przyzwoitego wynagrodzenia otrzymywał roczny dodatek do pensji 350 rubli srebrem. Jednak w historii nauki europejskiej pozostał na zawsze przede wszystkim jako jeden z najzasłużeńszych pionierów w badaniu Sachalinu i dorzecza rzeki Amur.
Zmarł M. Rudanowski 2 stycznia 1882 roku, w 63 roku swego życia, po długiej i ciężkiej chorobie – jak donosiła ówczesna prasa petersburska.

***





WSIEWOŁOD ROBOROWSKI


W prasie polskiej ukazującej się w Cesarstwie Rosyjskim w XIX wieku, przede wszystkim zaś w Sankt-Petersburgu i w Moskwie, Roborowski często był nazywany najsłynniejszym Polakiem tego kraju. Trudno jednak powiedzieć, czy istotnie uważał się jeszcze za Polaka, choć widocznie był świadomy swych narodowych korzeni. Równie niełatwo byłoby dziś ustalić, skąd dokładnie pochodzili jego przodkowie. Rodzina Roborowskich bowiem (wersje nazwiska: Rabrowski, Robrowski, Rebrowski) była w XVI–XVII wieku notowana urzędowo na terenie województwa witebskiego, w okolicach Mohylewa i Połocka. Wsiewołod Roborowski urodził się jednak 26 kwietnia 1856 roku w Petersburgu, życie zakończył 23 maja 1910 roku w dobrach rodowych Taraki pod Twerem. Dzieciństwo i młodość spędził po części w Petersburgu, po części zaś w owych malowniczo położonych Tarakach, których okolice obfitowały w najrozmaitszą roślinność i były zamieszkałe przez wiele gatunków zwierząt, od owadów zaczynając, a na wilkach kończąc. Jeszcze więc we wczesnych latach życia młodzieniec rozmiłował się w obserwacji przyrody , gromadzeniu herbariów i zbiorów entomologicznych. W szkole zaś szczególnie lubił geografię, z której nieodmiennie miewał najlepsze oceny.
Także będąc słuchaczem w Helsingforskiej Szkole Junkrów zachował Wsiewołod swe pierwotne pasje intelektualne i ze szczególnym upodobaniem poświęcał swój czas nauce geografii i przyrodoznawstwa. W 1878 roku nawiązał znajomość z Mikołajem Przewalskim, która się pogłębiła i przekształciła niebawem w systematyczną współpracę naukową i mocną męską przyjaźń. Po roku Roborowski wziął udział w trzeciej wyprawie (1879–80) swego, już znanego i uznanego, przyjaciela na tereny środkowoazjatyckie. Oficjalnie pełnił w składzie ekipy badawczej obowiązki tzw. młodszego pomocnika grupy, a jego zadaniem było kompletowanie zbiorów botanicznych w trakcie podróży przez terytorium Chin i Tybetu. W końcu liczyły one ponad 12 tysięcy okazów należących do 1500 gatunków. Sam młody podróżnik pisał o tej wyprawie jak następuje: „Jakoś się tak złożyło, że ekskursje botaniczne szczególnie przypadły mi do serca i został mi powierzony wyłączny obowiązek ich dokonywania. Zafascynowanie botaniką dochodziło w moim przypadku do tego, że często ryzykując życiem wdrapywałem się na strome góry, aby zdobyć jakiś kwiatek, do którego dotarcie wydawało mi się prawie niemożliwe; ale jeśli go przedtem nie widziałem, lub jeśli się wydawało, że jest to nowy gatunek rośliny, wytężałem wszystkie siły: kamienie urywały mi się spod nóg, wydawało się, ze jeszcze jeden ruch, a runę w przepaść, lecz mimo wszystko posuwałem się do przodu i zdobywałem kwiat, który zwrócił na się moją uwagę”… W ten sposób dokonał odkrycia i opisał wielu nie znanych dotychczas nauce gatunków azjatyckiej flory, niektórym z nich nadano później w międzynarodowej nomenklaturze naukowej jego imię. Za osiągnięcia w dziedzinie gromadzenia i systematyzacji zbiorów botanicznych podczas pierwszej wspólnej z Mikołajem Przewalskim wyprawy do Azji Środkowej Roborowski został odznaczony małym złotym medalem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, dowódca zaś ekspedycji w odzewie urzędowym do zwierzchności napisał o swym pomocniku, że był „człowiekiem wysoce inteligentnym, doskonale rysującym, o charakterze łagodnym, a zdrowia znakomitego”…, które to wszystkie cechy są jak najbardziej pożądane u członków ekstremalnych wypraw naukowych.
W 1883 roku W. Roborowski udał się ponownie z M. Przewalskim do Azji Środkowej, lecz tym razem jako tzw. starszy pomocnik, czyli kompetentny i doświadczony podróżnik, świetnie władający nie tylko umiejętnościami gromadzenia i systematyzacji roślin, ale też metodyką badań geograficznych, etnograficznych, faunistycznych, meteorologicznych i geologicznych. Wszystkie te umiejętności przydały się i zostały wykorzystane w trakcie przecinania tysiąckilometrową trasą górzystych terenów Turkiestanu, Chin i Tybetu. Prócz kompletowania herbarium Roborowski prowadził badania topograficzne, wykonał setki zdjęć i rysunków krajobrazu geograficznego, gromadząc w ten sposób olbrzymi materiał faktograficzny, dotyczący tych mało znanych nauce europejskiej terenów. Nie jest tajemnicą, iż ta dokumentacja była również ważna z wojskowego punktu widzenia. Ta wyprawa skończyła się w roku 1885. Tym razem jej owocem było m.in. uzbieranie kolekcji botanicznej liczącej 16 tysięcy okazów roślin egzotycznych, należących do 1700 gatunków, z których 218 nie było dotychczas znanych nauce.
W. Roborowski wziął udział także w piątej ekspedycji Mikołaja Przewalskiego, rozpoczętej w 1888 roku. Gdy wielki podróżnik nieoczekiwanie zmarł podczas wyprawy, a jego doczesne zwłoki pogrzebano nad jeziorem Issyk-kul, postanowiono ekspedycję mimo to kontynuować, a na jej czele stanął właśnie W. Roborowski. W kolejnych latach kontynuował pracę naukową w składzie innych wypraw na tereny Azji Środkowej i Wschodniej. Jedna z nich była prowadzona przez profesora M. Piewcowa. Zupełnie szczególny wyczyn zarówno pod względem naukowym, jak też fizycznym i psychologicznym, stanowiły pięć samodzielnych „wycieczek” Roborowskiego do trudno dostępnych terenów wysokogórskich Tybetu Północnego i masywu Kuńłuń, jak też przez piaszczyste pustynie Kaszgarii. Zdarzało się nieraz, że na wysokości 5 000 metrów miejscowi przewodnicy odmawiali współpracy, a zdeterminowany podróżnik kontynuował ryzykowną drogę na własną odpowiedzialność i z niewątpliwym narażaniem życia na śmiertelne niebezpieczeństwo. Za owocny udział w azjatyckiej wyprawie M. Piewcowa (1889–90) W. Roborowski został nagrodzony srebrnym medalem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, a zgromadzone przez niego wówczas tylko zbiory botaniczne (poza geologicznymi, etnograficznymi i innymi) liczyły około siedmiu tysięcy okazów, należących do 700 gatunków, spośród których wiele odkrył właśnie on. W ten sposób stał się nasz rodak jednym z najbardziej wykwalifikowanych i zasłużonych podróżników europejskich swej epoki.
Przyszedł zresztą czas także na organizowanie samodzielnych ekspedycji naukowych. Stało się to w 1893 roku, kiedy Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne powierzyło Roborowskiemu kolejną wyprawą do Azji Środkowej. Wyruszono z miasta Przewalsk do rzeki Tekes, a stamtąd do Wschodniego Tien-szanu, przez Karaszar do kotliny Turfan, zapadliny Cajdam, gór Nan-szanu, do Tybetu Wschodniego i chińskiej prowincji Syczuan. Wyprawa biegła przez nad wyraz trudny do przebycia teren, w surowych i zmiennych warunkach klimatycznych. Po drodze gromadzono m.in. liczne materiały etnograficzne, dotyczące narodowości Tangutów, zdobyto do zbiorów faunicznych dwa okazy rzadkiego wielbłąda dzikiego. Członkowie zespołu pokonali pieszo 17 000 kilometrów, a ich „łupem” były następujące zbiory naukowe: 30 000 owadów, 1 200 ptaków, 450 płazów, gadów i ryb, 350 próbek kruszców górskich i minerałów, 250 skór oraz 30 szkieletów saków, nasiona ponad 300 gatunków flory. Prócz tego wypełniono „białe plamy” geograficzne na terenie około 220 tysięcy kilometrów kwadratowych. W trakcie trwającej 30 miesięcy wyprawy założono osiem stałych stacji meteorologicznych, które następnie dostarczały wiele cennego materiału o klimacie tych rozległych i dziewiczych terenów. Tak niesamowite wyniki udało się osiągnąć przede wszystkim dzięki niepospolitym kwalifikacjom organizacyjnym, przywódczym i naukowym W. Roborowskiego jako kierownika ekspedycji.
I jeszcze jednej zdobyczy nie wypada pominąć milczeniem, mianowicie faktu odnalezienia w grotach i jaskiniach Turfanu szeregu starożytnych rękopisów ujgurskich, co stanowiło niebagatelny wkład do ówczesnej orientalistyki europejskiej. Wśród tych bezcennych znalezisk znajdował się również ręczny odpis wiekopomnego dzieła „Kutadgu Bilig” („Księgi wiedzy królewskiej”) napisanej w XI wieku przez genialnego filozofa i poetę ujgurskiego Jusufa z Balasagunu, znakomitego intelektualisty i humanisty Azji średniowiecznej. Był on twórcą oryginalnego systemu etyki normatywnej; uważał, iż są trzy największe cnoty: czynić dobro, mieć wstyd, być prawdomównym. Odpowiednio też twierdził, że istnieją trzy najszkodliwsze wady: po pierwsze, brak sumienia, który sprawia, że od samego początku sprawy idą kiepsko; po drugie, przyzwyczajenie do kłamstwa, fałsz prowadzący ku niedobrej sprawie; po trzecie, chciwe sknerstwo skąpców, najohydniejsza wada głupców. Te trzy grzechy stanowią jednocześnie trzy podstawowe postacie głupoty.
Aby uzmysłowić sobie poziom mądrości i piękno zapatrywań Jusufa Balasaguni’ego, przypomnijmy garść jego myśli z „Księgi wiedzy królewskiej”, której jeden z ujgurskich odpisów dostarczył do zbiorów cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu Wsiewołod Roborowski.
Bóg, choć niezliczone słowa chwały są do Niego kierowane i nieprzeliczone imiona są Mu przez ludzi nadawane, jest Jeden i Jedyny…Niczego podobnego, niczego równego Mu nie ma, a istota Jego nieprzenikniona jest dla rozumu człowieka… – Ni z prawa, ni z lewa, ni wcześniej, ni teraz, ni w dole, ni tam ani tu jest On. Cały wszechświat stworzył, a sam jest nigdzie. Nie zajmuje żadnego miejsca, a jest w każdym miejscu, On – wszędzie… Jest wszędzie, a od wzroku skryty i niewidoczny; wszędzie stoi przed oczyma i pozostaje niewidoczny… – Wszystko jest znakiem Jego obecności w bezkresnej przestrzeni… Uwierzywszy w Jedynego, przeniknij tę wysokość; uwierzyłeś duchem – uspokój swą myśl… – Wierność stanowi istotę człowieczeństwa… – Czym jest dobro, na czym polega jego istota? Ten jest naprawdę dobry, kto czyni dobrze narodowi, a nie oczekuje pochwały; kto popełnia dobre czyny, a na takowe nie czeka; kto, będąc szczodrym, nie oczekuje szczodrości wzajemnej… – Są dwa rodzaje ludzi dobrych; jedni to ci, którzy znaleźli drogę prawdy; drudzy to ci, którzy już od urodzenia, na mocy wyroków losu, wierni są sprawiedliwości i prawdzie. Trzeci rodzaj to ci, którzy idą za innymi i stają się albo dobrymi albo złymi… – Złych też są dwa rodzaje, ale bardzo sobie bliskie; jedni są źli z urodzenia i do śmierci ich nic nie poprawi; drudzy nie mają cech szczególnych, niekiedy nawet wkraczają na drogę dobra, ci manifestują swe zło znienacka… – Ludzkie szczęście to jeleń zwinnonogi: złapiesz, spętaj jak najmocniej! Utrzymasz, nigdzie nie ucieknie; wypuścisz, nie wróci nawet na jeden dzień. Szczęśliwy powinien dbać o szczęście i uciekać od wszelkiego brudu; bezgrzeszny chadza tylko prostymi i czystymi drogami; i to właśnie stanowi jedyną podstawę szczęścia… – Nie czyń niczego w pośpiechu; za każdą bowiem pochopnością skrada się nieszczęście… – Do dobrych spraw niełatwa w górę ścieżka prowadzi; nie każdy ją znajdzie i nie każdy na nią wkroczy; prostak nigdy nie zaprzyjaźni się z dobrem… – Czynić dobro znaczy wznosić się w górę; popełniać zło to spadać do przepaści… – Na jakie by szczyty ni wspiął się człowiek zły, zawsze w końcu czeka na niego potępienie; dobry zaś, nawet jeśli bywa poniżany, nigdy nie będzie poniewczasie odczuwał skruchy; najważniejsze, to żyć tak, aby wspominano nas dobrym słowem… – Złemu człowiekowi niewczesna skrucha, żal i kajanie się są karą i zemstą… – Nawet na zło odpowiadaj dobrem… – Najpewniejszy jest człowiek, który zapoznał się ze złem, ale wierny pozostał dobru… – Z dobrym człowiekiem osiągniesz wszystko, co zamierzasz… – Zły człowiek jest jak ogień, zapal go, a nie powstrzymają go żadne przeszkody… – Gorliwość i męstwo potrzebne są mężowi, ze złem zaś i zepsuciem nie powinien się on przyjaźnić… – Zła jest natura ludzka, mało w niej dobroci, a nadmiar złości… – Upór i szorstkość, kłamstwo bez wstydu oto są cechy złego; a jako nagroda za nie czekają na niego udręka i łzy, hańba i potępienie… – Wielkości szuka tylko ten, kto sam jest wielki… – Dwóch rodzajów bywa sława pośmiertna: dobra lub zła; która jest ci milsza? Wybierz, co drożej cenisz, a skoro wybrałeś, porzuć wątpliwości; lecz pamiętaj, że krótka jest sława złego, zaledwie umrze, a już jest po niej… – O śmierci, okrutny los tobą kieruje i nie uratuje przed tobą żaden środek; nie da tobie rady ani zło, ani dobro; lecz sama jesteś wielkim dobrem, ponieważ niszcząc wszystko obdarzasz nas spokojem nieistnienia… – Ile by lat człowiek przeżył, czeka na niego w końcu łoże śmierci; do wszystkich przychodzi chwila wykonania wyroku i nie ma miejsca, w którym by śmierć była litościwa… – Szczęście by było słodsze, gdyby nie gorzki koniec życia; i korzystanie z władzy byłoby wspaniałe, gdyby śmierć nie posiadała władzy nad życiem; i młodość by była nieskończenie dostojna, gdyby jej z czasem nie pochylała ku ziemi starość… – Narodzonego spotka koniec śmiertelny; to, co podniosło się w górę, spadnie; gdzie radość, tam smutek; gdzie słodycz, tam trucizna… – Młodość przeminie i życie odejdzie; świat cały niby sen, a kolej twoja się zbliża… – Żyjący umrze, a ciało złożą do trumny; kto był dobry przed śmiercią, ten żyć będzie w imieniu swym… – Wielka to rzadkość łagodność w pomyślności; gdy przyjdą do ciebie dni szczęśliwe, bądź skromny i życzliwy, bo cechy te są korzeniem korzenia pomyślności; tylko łagodność zatrzymuje szczęście… – O wiedzący, wypędź gniew z duszy! O rozumny, nie gniewaj się, zachowaj godność! Ani z gniewem, ani ze złością nie rozpoczynaj spraw swoich! Co czyni się pochopnie, gubi duszę. Gniewliwego dręczy niewczesna skrucha; zapalczywy jest karą dla samego siebie. Sprawą honoru dla męża jest panowanie nad samym sobą… – Kto poddaje się gniewowi, ten pozbawia się rozumu; i mąż dostojny, jeśli gniewa się, staje się głupi; dobry zaś człowiek w gniewie staje się ordynarny i niepowściągliwy… – Chroń głowę, panuj na słowem… – Chcesz, aby los nie był dla ciebie zbyt surowy, strzeż swój język przed słowami niesprawiedliwymi… – Powiesz głupstwo, a usłyszysz: mowa jego pusta, przemilczysz, zarzucą ci, żeś niemy; a skoro tak, to trzymaj się środka; umiarkowanie w mowie a dzielność są tym samym; powstrzymałeś język, głowa cała, i długi wiek tego, czyje słowa krótkie… – Złowróżbna jest plotka, psuje sławę i cześć; zawiść zaś ludzka każdego chce zjeść… – Więcej słuchaj, mniej mów … – Słuchaj tylko ludzi bezinteresownych… – Choroba ciała jest karą za winy duszy… – Nie pij i nie oddawaj się rozpuście, te dwa zła bowiem prowadzą do nędznej doli; wino zhańbi cię stokrotnie, a rozpusta pozbawi szczęścia na zawsze”… itd. Jak widać z tej małej próbki filozofii islamu, warto jest po wielokroć wybrać się do najdalszych i najbardziej nieprzystępnych połaci Azji, by się zetknąć z jej odwieczną mądrością, owocem wielu tysięcy lat rozwoju kultury i cywilizacji.
***

Traf chciał, aby z rozmachem i wyobraźnią zaplanowana wielka wyprawa skończyła się wcześniej niż przewidywał jej organizator. Podczas prowadzenia badań w paśmie górskim Amne – Maczyn W. Roborowski doznał kontuzji, która spowodowała, iż został częściowo sparaliżowany; ale nawet nie mogąc poruszać prawą nogą ten bohaterski człowiek, pokonując straszliwy ból, usiłował jednak doprowadzić do końca większość zaplanowanych badań, a nawet udawał się sam w teren, opierając się na szczudła i powłócząc nogą. Supercel mobilizuje supersiły.
Musiano jednak wracać, ponieważ choroba czyniła zatrważające postępy w niszczeniu organizmu. Już w Petersburgu, pokonując potworne cierpienie, uczony sporządził obszerne sprawozdanie, a raczej interesująca księgę o swej podróży, którą w całości opublikowano w 1900 roku pt. „Trudy ekspedycji Russkogo Geograficzeskogo Obszczestwa po Centralnoj Azji, sowierszionnoj w 1893–1895 godach pod naczalstwom W. I. Roborowskogo. Jeszcze przedtem, w roku 1896, ukazał się tom pt. „Ekskursja w storonu od putiej Tibietskoj Ekspedycji W. I. Roborowsgogo. Natomiast znacznie później, bo aż w 1949 roku, ujrzała w Moskwie świat książka W. Roborowskiego „Putieszestwije w Wostocznyj Tien-Szan i Nan-Szan, napisana w sposób klarowny, swobodny, dokładny i elegancki także pod względem literackim. Te publikacje uczyniły z ich autora jednego z najsłynniejszych badaczy Azji wieku XIX. Uważa się, że zgromadzone przez W. Roborowskiego zbiory przekazane do dyspozycji Cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu liczyły w sumie ponad 25 000 okazów flory oraz około 500 obiektów faunicznych. Był to kapitalny materiał, nad którego opracowaniem i systematyzacją pracowali potem dziesiątki innych naukowców, kontynuujących dzieło swego wybitnego poprzednika. Imię Roborowskiego uwieczniono w międzynarodowych katalogach flory i fauny w nazwach kilkunastu gatunków roślin i zwierząt, a chyba najsłynniejszym ze wszystkich i znanym na całym globie jest tzw. „chomik Roborowskiego” (Phodopus roborovskii), mierzący 5–9 cm, ważący 10–25 gramów, zamieszkały w warunkach naturalnych na półpustynnych i piaszczystych terenach Chin i Mongolii, ale bardzo chętnie trzymany w domu przez miliony małych dzieci całego świata.
Przez ostatnie dziesięć lat swego życia znakomity uczony był przykuty do łóżka i zmarł przedwcześnie, w wieku zaledwie 54 lat.
***

Jeśli wierzyć ówczesnym świadectwom, odważny podróżnik przyjął śmierć równie twardo i po męsku, jak ongiś przyjmował trudy życia i losu. Zdawał sobie sprawę z tego, że umierając pozostawiał na ziemi nie tylko wiele radości i szczęścia, lecz też ogrom bólu, cierpień, zmartwień, smutków i niepowodzeń, od których śmierć uwalnia ostatecznie i bezwarunkowo. Był przygotowany do odejścia w każdej chwili, choć nie bez żalu rozstawał się z bliskimi ludźmi i z ogromem planów życiowych, którym nie było sadzone kiedykolwiek stać się rzeczywistością. Jego ulubioną lekturą stała się w tym okresie „Księga Mądrości Syracha”, w której po wielokroć otwierał i czytał jakże znamienne i rozumne słowa: „Bóg obarczył wielką udręką i ciężkim jarzmem synów ludzkich, już od dnia ich wyjścia z łona matki, aż po dzień ich powrotu do matki wszystkiego, co żyje: zgryzotą i lękiem serca, i myślą o tym, czego oczekują – o dniu śmierci… (…) O śmierci! Jakże gorzka jest myśl o tobie dla człowieka żyjącego w spokoju pośród swoich dóbr, dla człowieka beztroskiego, opływającego we wszystko, który ma jeszcze siły, aby zażywać przyjemności. O śmierci! Jakże dobry jest twój wyrok dla człowieka ubogiego i bezsilnego, dla człowieka słabego, potykającego się o wszystko, który jest pełen goryczy i nie ma nadziei. Nie bój się śmierci, swojego losu, pamiętaj, że był on udziałem twoich poprzedników i będzie twoich następców. Jest to dziedzictwo wyznaczone od Boga każdemu stworzeniu, po cóż masz się przeciwstawiać Prawu Najwyższego?To, co nieuchronne, – a cóż jest bardziej nieuchronne niż śmierć? – trzeba przyjmować z pokorą, godnością i rozumnym spokojem, w duchu słów Mikołaja Reja: „Wiemy i widzimy, iż czas nasz bardzo krótki jest, a źdźrzejemy jako jabłka słodkie na drzewie. Ano jedno głodzą osy, drugie czerw gryzie, trzecie się też urwawszy rozpadnie. Także też nam przychodzi: i osy nas, i czyrwie rozmaici gryzą, i nie wiemy, kiedy się urwawszy roztrącić mamy… A urwawszy się nie wiemy, do jakiej spiżarniej nas schowają, jeśli się sami o to za czasu żywotów swoich nie postaramy… Jako nas nic nie bolało, gdychmy nie byli, także nas też pewnie nic boleć nie będzie, kiedy nie będziemy”…
Życie człowieka schorowanego, obolałego, niedołężnego, bezradnego – takie jak ostatnie lata W. Roborowskiego – jest w pewnym sensie gorsze od śmierci. W końcu to bezwolne, udręczone, bezsilne ciało wyzionęło ducha i przestało żyć. Lecz dorobek ducha, dziedzictwo naukowe uczonego okazało się znacznie trwalsze od kruchego, ułomnego i przemijającego istnienia cielesnego.

***





MIKOŁAJ MIKŁUCHO-MACLAY


Mikołaj Mikłucho-Maclay (1846–1888), podobnie jak Bronisław Malinowski (1884–1942), należy do wąskiego grona uczonych, stanowiących elitę światowej klasyki nauk antropologicznych i etnologicznych. Obaj panowie [o Br. Malinowskim patrz: Jan Ciechanowicz, Ben Chapinski: Dzieci żelaznego wilka, s. 377–392, Rzeszów 2005] mieli umysł encyklopedyczny i wszechstronnie rozwinięty. Mikłucho-Maclay biegle mówił w 12 językach, świetnie znał się na szerokim wachlarzu nauk o człowieku i społeczeństwie. W latach 1950–54 Wydawnictwo Akademii Nauk ZSRR opublikowało pięciotomowy zbiór jego dzieł pt. „Sobranije soczinienij w nakładzie 10 000 egzemplarzy. Do dziś poszczególne jego książki są wznawiane, a w samej tylko Rosji ukazało się dotychczas ponad 20 książek biograficznych o tym uczonym. Są to powieści dokumentalne, zbiory materiałów archiwalnych, biografie naukowe i popularnonaukowe.
Przyszły znakomity antropolog i geograf urodził się w lipcu 1846 roku w miejscowości Jazykowo koło Nowogrodu, gdzie jego ojciec, inżynier kolejnictwa, prowadził nitkę kolei żelaznej. Matka chłopca, Katarzyna Becker, była Polką szlacheckiego pochodzenia, herbu własnego. Jej trzej młodsi bracia brali udział w Powstaniu Styczniowym 1864 roku i byli sądzeni przez sądy carskie. Ojciec, Mikołaj Mikłucho, wywodził się z drobnej szlachty kresowej, mieszkającej na polsko-białorusko-ukraińskim pograniczu. W rodzinie po mieczu była żywa legenda o tym, iż przodkiem rodu był Szkot Maclay, oficer rajtarów w służbie króla polskiego, który zakochał się w polskiej szlachciance i osiadł na Podolu. Nazwisko Mikłucho jednak nie jest trawestacją brytyjskiego „Maclay”, lecz najprawdopodobniej imienia „Mikołaj” (Mikołucha, Mikłucha). Pradziad uczonego miał na imię Stefan Mikłucho i był zagrodowym szlachcicem województwa kijowskiego. W 1785 r. na mocy specjalnego rozporządzenia cesarskiego szlachectwo polskie zostało urzędowo uznane za część składową dworiaństwa Imperium Rosyjskiego, a w 1788 pan Stefan uzyskał potwierdzenie szlachectwa dziedzicznego.
Według australijskiego historyka Franka S. Greenopa (Who travels alone, Sydney 1944) gniazdem rodowym panów Mikłuchów była miejscowość Malin koło Radomyśla, położona na zachód od Kijowa, lecz biografowie rosyjscy tej tezie zaprzeczają; prawdopodobnie ze względów narodowościowo – ambicjonalnych. Pod względem materialnym rodzina Mikłuchów miała się raczej skromnie, z trudem utrzymując pięcioro dzieci. Najstarszy z rodzeństwa Sergiusz został sędzią pokoju; Włodzimierz, oficer marynarki wojennej, zginął młodo w bitwie pod Cuszimą; Olga miała niepospolity talent malarski, lecz zmarła przedwcześnie na gruźlicę w wieku zaledwie 25 lat; Michał przez wiele lat pracował jako inżynier górnictwa i pozostawił interesujące wspomnienia, opublikowane w 1927 roku. Wszystkie dzieci były słabe pod względem zdrowotnym; ojciec chorował i zmarł na suchoty, gdy Mikołaj miał 11 lat. Rodzina przeniosła się do Petersburga w nadziei na polepszenie sytuacji materialnej, bo to w stolicy zawsze łatwiej o zatrudnienie, lecz i tam życie okazało się bardzo nieproste. Matka zarabiała na skromne utrzymanie pracując w charakterze szwaczki; mimo wszystkich przeciwności losu udało się jej postawić na nogi wszystkie dzieci, dać im wyższe wykształcenie.
W dzieciństwie Kola zaczytywał się pięknie ilustrowaną wielotomową encyklopedią niemiecką „Beschreibung der Erde”, a nie bajkami i wierszami dla dzieci, jak jego rówieśnicy. Matka nauczyła go języka niemieckiego i polskiego (ten drugi był pierwszym językiem młodego pokolenia w rodzinie jeszcze za życia ojca). Ukończył II Gimnazjum Państwowe w Petersburgu, w którym należał do grona najzdolniejszych uczniów.
W 1864 roku Mikołaj Mikłucho wstąpił na studia do Cesarskiego Uniwersytetu Petersburskiego na wydział fizyczno-matematyczny, lecz został z niego już po kilku miesiącach relegowany bez prawa podejmowania nauki na jakiejkolwiek innej uczelni kraju. Stało się tak dlatego, że przez młodzieńczą nieopatrzność uczestniczył w schadzkach polityczno-dyskusyjnych studentów polskiego pochodzenia, otwarcie potępiał terror carski w Polsce, a jego wujowie trafili pod sąd jako powstańcy. Udało się jednak pozyskać nieco grosza i po pewnym czasie wyjechać do niemieckiego miasta uniwersyteckiego Heidelberg, gdzie Mikołaj podjął studia filozoficzne, przenosząc się następnie na wydział medycyny do Jeny. Został tam słuchaczem profesora Ernsta Heckla, znanego niemieckiego biologa ewolucjonisty, który pewnego razu zabrał zdolnego studenta z Rosji na wyprawę naukową do Hiszpanii, Maroka i na Wyspy Kanaryjskie. Wszędzie M. Mikłucho miał za zadanie zbierać i preparować okazy fauny ichtiologicznej i ornitologicznej, jak też pełnić inne prace. W pewnym momencie doszło jednak do ostrej wymiany zdań, do otwartego konfliktu i do zerwania stosunków między nauczycielem a uczniem. Gdy profesor Heckel przy jakiejś okazji publicznie się wyraził, że Arabowie to „świnie” i „niższa rasa”, 20-letni Mikołaj ostro zaprzeczył i wyraził swe najgłębsze przekonanie, iż wszystkie rasy są wartościowe i mają podobny potencjał intelektualny. Słowo za słowo, a sprzeczka skończyła się zerwaniem współpracy; profesor Heckel i student Mikłucho wracali do Jeny osobno.
Postawę życiową młodego człowieka cechowało umiarkowanie, wrodzone poczucie taktu, życzliwość i samokontrola. W listach z Niemiec do siostry Olgi młodzieniec m.in. po wielokroć niejako wyłuszczał wyznawane przez się zasady mądrości życiowej: „Zawsze żywiłem uczucie sympatii do ludzi biednych; mam więcej serca dla wydziedziczonych i odsuwanych na margines niż dla uprzywilejowanych i bogatych… Moją regułą jest: nikomu nie dokuczać i nie czynić przykrości… Jakakolwiek zależność od kogokolwiek jest dla mnie czymś nieznośnym… Nie chcę nikogo ograniczać moimi dobrymi radami; każdy człowiek najlepiej sam wie, co i jak ma czynić… Twoje prawa kończą się tam, gdzie się zaczynają prawa innych ludzi… Nie czyń innym tego, co nie chcesz, aby tobie czyniono… Nie przyrzekaj, ale skoro przyrzekłeś, staraj się danego słowa dotrzymać… Nie zabieraj się do czegoś, czego nie potrafisz dokonać… Skoro rozpocząłeś pracę, staraj się ją doprowadzić do końca, i to najlepiej Młody człowiek wcześnie się nauczył życia skromnego, wręcz spartańskiego, ograniczonego do rzeczy i wygód niezbędnych. Nauczyła go tego po prostu konieczność życiowa. Gdy studiował w Heidelbergu filozofię, pisał do matki: „Moja czarna marynarka zupełnie się rozłazi; okazuje się, że, gdy zaszywam jakąś dziurę, nitka jest mocniejsza od sukna i zaszywanie przekształca się w powiększanie dziury”… Mimo to, zarówno podczas pobytu w Heidelbergu, jak tez w Jenie i Lipsku, jego pokój stał się miejscem gromadzenia się studentów niemieckich, polskich i rosyjskich, popijających wino i prowadzących nie kończące się debaty naukowe i polityczne.
W 1868 roku niemiecki darwinista Anton Dohrn zaprosił pana Mikołaja do wzięcia udziału w wyprawie naukowej do Włoch w celu prowadzenia badań nad gąbkami morskimi. Nieco później młody naukowiec już samodzielnie przeciął Morze Śródziemne i dotarł do Egiptu. Przebrany za Beduina namaścił skórę olejkami z tamtejszych roślin, tak iż cera z białej stała się jasnobrązowa. Następnie wędrował pieszo brzegami Morza Czerwonego, ryzykując co najmniej tym, że zostanie schwytany przez rozbójników i sprzedany do niewoli. Lecz fantazyjna młodość lubi podejmować tego rodzaju ryzykanckie akcje i często stawia na swoim. Po pół roku wędrówki i zarabiania sobie na utrzymanie przygodnymi pracami Mikłucho zgromadził niebagatelny zbiór ziół egzotycznych, drogą okrężną wrócił do Petersburga, a swą zdobycz przekazał nieodpłatnie do zbiorów Cesarskiego Towarzystwa Geograficznego, przez co w sposób naturalny zyskał sympatię i zwrócił na siebie uwagę wiceprezesa tej organizacji Teodora Litke’go.
Po pewnym czasie młody naukowiec przekonał admirała (również zresztą polskiego pochodzenia), że wartałoby zorganizować ekspedycję badawczą (a może przy okazji też kolonizacyjną) na Wyspy Nowej Gwinei, które przecież zajmowały dogodne położenie strategiczne między Chinami a Australią, jak też obfitowały w cenne materiały drewna, olej palmowy i – jak głosiła fama – w niezmierzone pokłady złota. Wówczas Nowa Gwinea do nikogo nie należała i admirał Litke uważał, że mogłaby być pozyskana dość łatwo dla tronu rosyjskiego jako ew. kolonia czy terytorium zamorskie. Młodzieńcze marzenia Mikłuchy o prowadzeniu badań naukowych na Nowej Gwinei zaczęły powoli przyoblekać się w ciało. Rząd wyasygnował półtora tysiąca rubli, choć potrzebnych było co najmniej pięć tysięcy. Matka i siostra Mikołaja sprzedały wszystkie posiadane papiery wartościowe, oddały do lombardu ozdoby, zapożyczyły się u znajomych i w ten sposób konieczna suma została uzbierana.
Jesienią 1870 roku korweta „Witeź” odbiła od przystani w Kronsztadzie, a w Hamburgu wszedł na jej pokład Mikołaj Mikłucho, który w międzyczasie zbierał w bibliotekach niemieckich wszelkie dostępne informacje o Nowej Gwinei i jej mieszkańcach; choć wówczas nie mogły to być dane zbyt obfite i dokładne. Okazało się wszelako, że ludność tych wysp stanowią Papuasi (co po malajsku znaczy „Kędzierzawi”), podzieleni na liczne szczepy, zaciekle się nawzajem zwalczający i z apetytem zjadający upieczone na ognisku ciała swych pokonanych i wziętych do niewoli sąsiadów. Udawać się do tych okrutnych i pozbawionych etyki istot byłoby czystym szaleństwem. Jednak po upływie prawie całego roku, 20 września 1871 roku korweta „Witeź” rzuciła kotwicę w Zatoce Astrolabe na północno-wschodnim wybrzeżu Nowej Gwinei. Kapitan Nazimow po raz ostatni w obecności świadków zapytał młodego naukowca, czy naprawdę postanowił udać się z wizytą do ludożerców, czy może jednak zmienił zdanie, a gdy przekonał się o ostatecznej decyzji Mikłuchy, kazał wodować szalupę, która następnie odstawiła entuzjastę nauki na brzeg, tuż obok niedużej wsi.
Marynarze wrócili na korwetę, a pan Mikołaj objuczony dwoma dużymi worami ruszył w kierunku bardzo skromnie wyglądających zabudowań. Niebawem została nawiązana pierwsza znajomość, która później przekształciła się w przyjaźń. Tuziemiec o imieniu, jak się okazało, Tuj, podobnie jak inni aborygeni, docenił niebawem piękno tkwiące w szklanych kolorowych paciorkach, łańcuszkach, lusterkach i innych banalnych błyskotkach, które znakomicie pomogły w nawiązywaniu przyjaznych stosunków z mieszkańcami wsi Bongu. Następnego dnia marynarze z „Witezia” przypłynęli kilkoma szalupami, by odbić jeńca z papuasiej niewoli, a ich zdziwienie było bezgraniczne, gdy im naprzeciw wyszedł z chaty żywy, zdrowy i wesoły „Białas”. Przez kilka dni marynarze wznosili dla podróżnika domek z pni drzew palmowych, wyładowali na brzeg zapasy leków, suszonego chleba, słoniny, spirytusu. Na ląd zeszli też „asystenci” Mikłuchy, marynarz Niels Olsen (Szwed) oraz Polinezyjczyk Boy. Po czym korweta podniosła kotwicę, pożegnała salwą robinsonów i powoli znikła za mglistym horyzontem.
***

Był to początek niezwykłych przeżyć i przygód zarówno dla Papuasów, jak i dla ich nieproszonych gości. Jak wiadomo, lokalne szczepy zamieszkujące wówczas wyspy Francuskiej Polinezji toczyły ze sobą nieustanne boje, a wziętym do niewoli przeciwnikom rozsiekali czaszki, wydobywali z nich parujący krwią mózg i z apetytem go spożywali w stanie surowym lub smażonym. Ten proceder opisał w swoim czasie m.in. Claude Levi-Strauss. Nikogo więc nie powinno dziwić, że w pewnym momencie groźni aborygeni postanowili spożyć też Mikłuchę i jego towarzyszy, ale ten wymyślił na poczekaniu fortel, który zaraz przekonał dzikusów, że zadzierać z nim nie warto, ponieważ jest on bogiem i może podpalić morze, źródło wspaniałych ryb i jadalnych wodorostów. Z jednej butli dał im mianowicie wypić po szklance zwykłej wody, a z drugiej sprytnie nalał do kubka równie przecież przejrzystego spirytusu i następnie go podpalił. Gdy aborygeni zobaczyli, że „woda się pali”, błyskawicznie a logicznie wywnioskowali, że ich białoskóry gość posiada moc nadprzyrodzoną i potrafi podpalić morze, padli więc jak jeden mąż na kolana i rzewnie płacząc go błagali, aby nie zapalał otaczającego ich oceanu. Ten zaś nie bez oporu dał się przebłagać i schował zapałki do kieszeni.
Podróżnik rychło opanował dość prymitywny język Papuasów i posługiwał się nim biegle w obcowaniu z mieszkańcami Bongu. Gdy jednak udał się do sąsiedniej wsi o nazwie Gorendu, tamtejsi tuziemcy zaczęli rzucać weń oszczepami. Na szczęście niecelnie. A możliwości odwrotu nie było, gdyby zaczął uciekać, niewątpliwie zostałby dogoniony, zabity, upieczony i zjedzony. W takich granicznych sytuacjach nieraz intuicja czy instynkt błyskawicznie podpowiadają najlepsze postępowanie. Mikłucho usiadł, zdjął buty, a potem położył się na ziemi i udał, że śpi. Zmęczenie i skrajny stres sprawiły, że zasnął naprawdę, a gdy się obudził, zobaczył siedzących dokoła Kędzierzawych oraz ich odłożone oszczepy. Bezbronność okazała się najlepszą bronią. Podróżnik napisze później we wspomnieniach: „Wszędzie udawałem się bez broni, a na wszelkie zaczepki Papuasów reagowałem milczeniem i zupełną obojętnością. Wkrótce zrozumiałem, że moja skrajna bezradność w obliczu setek i tysięcy osób stanowiła moją podstawową broń. Niekiedy jednak trzeba było sięgać po chwyty wspomagające. Gdy mieszkańcy jednej ze wsi w żaden sposób nie chcieli poniechać poszturchiwania i tykania oszczepami nieoczekiwanego gościa i nie kryli się z zamiarem zakłucia i zjedzenia go, pan Mikołaj ponownie, jak przedtem we wsi Bongu, nalał do małego talerzyka trochę spirytusu z butelki, a następnie go podpalił. Także i tu aborygeni padli na kolana i błagali go, aby nie podpalał morza… Przyjaźń Papuasów zaskarbiał jednak sobie przede wszystkim tym, że skutecznie leczył ich z różnych chorób, obdarowywał kolorowymi wisiorkami oraz częstował od czasu do czasu szklanką rozcieńczonego spirytusu…
Sytuacja jednak nie była prosta. Na gorączkę tropikalną zmarł Szwed Olsen, jak też Polinezyjczyk Boy. Ciężkie ataki malarii doskwierały też panu Mikołajowi. Mimo licznych trudności naukowiec gromadził jednak zbiory minerałów i roślin, dokonywał pomiarów antropologicznych miejscowej ludności, zbierał w celach naukowych kości zabitych Gwinejczyków, których szkielety poniewierały się wszędzie w dżungli. „Rano byłem zoologiem – wspominał – potem kucharzem, lekarzem, aptekarzem, malarzem, krawcem i praczką. Nauczył się spożywania „regionalnych” potraw w postaci kokosów, bulw taro, wieprzowiny pieczonej na węglach i innych przysmaków. Widocznie musiał się też zastosować do seksualnych nakazów dzikusów, polegających na niczym nie ograniczonym permisywizmie, choć w dzienniku temu zaprzecza. Ale przecież nie tylko na seksie polega uroda, smak i wartość życia.
Dwudziestego lutego 1872 roku podróżnik zanotował w swym dzienniku: „Tuj pokazał mi dużego pająka i powiedział, że mieszkańcy Gorendu, Bongu i Gumbu jedzą również kobum (pająki). Tak więc do pokarmów mięsnych Papuasów należą także żuki, pająki, larwy motyli itp Zbliżając się rankiem do chaty Tuja ujrzałem z daleka gromadę mężczyzn i kobiet. Obecność kobiet zdziwiła mnie, gdyż zwykle o tej porze wszystkie kobiety pracują już na plantacjach. Zbliżywszy się do Tuja, domyśliłem się, o co chodzi; czoło, policzki i górna część jego szyi i twarzy tworzyły jakby poduszkę, powieki tak mu napuchły, że ledwie mógł otworzyć oczy. Mówił z trudnością. Tubylcy krzątali się koło niego sądząc, że chyba umrze.
Obejrzawszy chorego i stwierdziwszy, że obrzęk fluktuował, postanowiłem udać się do Garagassi po przybory potrzebne do nadcięcia wrzodu. Zabrawszy ze sobą lancet powróciłem do Gorendu, gdzie wszyscy powitali mnie z objawami radości. Przygotowałem okłady z siemienia lnianego i tak gorliwie przykładałem je na obrzęk, że wkrótce bez żadnego cięcia znaczna część materii wypłynęła przez ranę na skroni. Przykładałem kompresy przez kilka godzin zmieniając je bardzo sumiennie. Wielki tłum otoczył nas trzymając się w przyzwoitej odległości: wszyscy porozkładali się w najróżniejszych pozach, których opisanie mimo szczerej chęci nie byłoby łatwe, a zresztą nie dałoby dokładnego obrazu.
Rozdałem dzisiaj kobietom paski czerwonego materiału i szklane paciorki, które odmierzałem łyżeczką do herbaty, dając każdej po dwie łyżki. Rozdawanie prezentów kobietom odbywało się o wiele spokojniej niż rozdawanie ich mężczyznom. Każda po otrzymaniu rzeczy przeznaczonych dla siebie odchodziła, nie prosząc o nic więcej, tylko uśmiechem i chichotem wyrażała zadowolenie. Zdaje się, że najbardziej przypadł kobietom do gustu tytoń. (…) W społeczeństwie pierwotnym kobiety są bardziej potrzebne niż w naszym cywilizowanym świecie. Tam kobiety pracują na mężczyzn, u nas jest odwrotnie; dlatego u ludów pierwotnych nie ma kobiet niezamężnych. Każda tutejsza dziewczyna wie, że wyjdzie za mąż, i stosunkowo mało dba o swoją powierzchowność”…
Papuasi nieraz okradali Mikłuchę, wynieśli np. jego jedyną siekierę, przenikali do chaty dniem i nocą, mniemając najwidoczniej, iż białoskóry człowiek jest w posiadaniu jakichś niesamowitych skarbów. Gniewać się nie było sensu, ponieważ Kędzierzawi nie mieli ani poczucia ani pojęcia własności prywatnej, instynktownie wyznawali komunistyczną zasadę, że wszystko należy do wszystkich. „Myśląc, że mam w swej chacie jakiś ogromny majątek, zaczęli grozić, że mnie zabiją. Obracałem ich pogróżki w żart lub je ignorowałem. Nieraz kpili sobie, puszczając strzały tak, że te przelatywały tuż obok mej twarzy, a nawet bezceremonialnie tykali mi oszczepem w usta”… Powydziwiać na „Białasa” przychodzili codziennie nie tylko liczni tuziemcy z Gorendu, Gumbu i innych wsi, ale też pielgrzymi z Wysp Kar-Kar, Bili-Bili, krótko mówiąc, z całego rozległego terytorium, zwanego dziś oficjalnie Brzegiem Maclaya. Papuasi nie wierzyli w to, że istnieją inne kraje i inne narody, dlatego byli pewni, że biały człowiek przybył do nich bezpośrednio z nieba. Uważali ponoć, iż Mikłucho jest bóstwem, nazywali go „Kaaram-Tamo”, czyli Człowiekiem z Księżyca, i nieraz usiłowali oddawać mu boską cześć.
***

Wiele obyczajów tamtejszej ludności było dla Europejczyka ani do pojęcia, ani do zaakceptowania, jak np. spożywanie w gotowanej, surowej, pieczonej czy smażonej postaci ciał ludzi zmarłych. Papuasi w XIX wieku byli o około dwa tysiące lat cofnięci pod względem cywilizacyjnym w stosunku do Europejczyków. Choć przecież jeszcze w VI–XV wiekach ery chrześcijańskiej w Europie spotykało się też zwyczaje nader odrażające. Tak np. było zjawiskiem powszechnym, że zwłoki dostojników, zmarłych z dala od ojczyzny, krajano na części i gotowano tak długo, dopóki mięso nie oddzielało się od kości; następnie kości czyszczono, składano do kupy i w skrzyni lub kufrze przesyłano do kraju rodzimego w celu odprawienia uroczystego pogrzebu, podczas gdy wnętrzności i pozostałe miękkie części ciała grzebano na miejscu. Postępowano tak z królami, książętami, biskupami, znaczniejszymi szlachcicami we Francji, Anglii i innych krajach, puszących się swoją rzekomą „wyższością kulturalną”; mimo iż papieże nieraz potępiali te „dzikie i straszliwe” obyczaje. Zresztą w 2010 roku w katolickiej Polsce odkopano resztki zwłok świętego księdza Jerzego Popiełuszki i poobcinano mu palce, czyniąc z nich – pożal się Boże! – tzw. „relikwie”. Makabra i profanacja…
Zwyczaje i obyczaje ludzkie są zależne od czasu, tradycji narodowych, usposobienia moralnego, poziomu kulturalnego danej zbiorowości czy szerokości geograficznej. I bywają niezwykle różnorodne, na co wskazywał sugestywnie m.in. Melchior Wańkowicz w jednym z esejów ze zbioru „Zupa na gwoździu – doprawiona”. Tak więc w drugiej połowie XX wieku znakomity pisarz notował: „Z cmentarzy odczytujemy pasma i nawarstwienia dawnych kultur. Archeolodzy dają mapy grobów skrzyniowych, urnowych, ceramiki geometrycznej i późniejszej, która im towarzyszyła, badając, czy trupy są pochowane w pozycji leżącej, czy siedzącej. Na Krecie odgotowywali ciało i chowali szkielety. Scytowie robili to samo, ale kości malowali czerwoną ochrą. Formy te długo przeciągają się w dzieje, znajdujemy je nieraz współcześnie. U plemienia Ahiponów w Grand Chaco i teraz obiera się szkielet z mięsa i wiezie w skórzanym worku na miejsce wiecznego spoczynku. Scytowie, przez których osiedla szedł kondukt pogrzebowy wodza, krajali twarze na znak żałoby; w rok po jego śmierci dookoła wysokiego kopca, w którym spoczywał, ustawiali pięćdziesiąt zabitych i wypchanych koni, a na nich pięćdziesięciu zabitych junaków. Celtowie byli pogodniejszego ducha: kładli nieboszczyka na wznak pod stołem z tablicą soli na piersi, a na stole stawiali konwie i kubki i zdrowo popijali. Na Sycylii znaleziono grób, w którym 24 zmarłych siedziało z kubkami. Coś z tego przedostało się aż do Mazurów, tańczących przy nieboszczyku w trumnie. Kiedym spytał, czy im to nie przeszkadza, odparli, że z początku owszem, zawadzał, nim nie domyślili się trumny postawić na sztorc…
Zwyczaj średniowieczny nieraz kazał serce chować osobno: Henryk I, Ryszard I, Henryk III . Serca Habsburgów przechowywano w Augustiner Tempel, gdy ciała w kaplicy Loretto. Serca te miewały tak burzliwe drogi po śmierci ich właścicieli, jak burzliwe były drogi tych właścicieli przed śmiercią. Douglas, wiozący serce Roberta Bruce’a dla pochowania w Jeruzalem, zawieruszył się po drodze w bitwie z Maurami i padł zabity – wraz z sercem uwieszonym w srebrnym futerale na szyi. Serce markiza Monrose, ściętego przez szkockich różnowierców, zostało wyjęte z trupa, pochowanego na rozstajach, jako miejscu haniebnym, zginęło w drodze, po latach zostało odnalezione w sklepie z osobliwościami we Flandrii, zabrane przez jednego z potomków do Indii, skradzione przez jednego z hinduskich szejków jako amulet – zaginęło ostatecznie w czasie rewolucji francuskiej. Zwyczaj ten romantycznymi drogami szedł aż po ostatnie czasy do Polski: serce Kościuszki, Szopena, Piłsudskiego. Istotne też jest, że obyczaje wszystkich ludów zmieniają swój kształt w procesie rozwoju historycznego, a to, co dziś uchodzi za normalne i właściwe, może już niebawem zostać nazwane jako dzikie i barbarzyńskie…
***

W grudniu 1872 roku do Zatoki Astrolabe zawinął rosyjski kliper „Izumrud”, aby zabrać Mikłuchę-Maclay’a. Ten poprosił jednak o wysadzenie go na ląd na Filipinach w regionie zamieszkiwania niskorosłych „Negritos”. Po przeprowadzeniu odnośnych pomiarów antropometrycznych i innych badań uczony dowiódł, że nie są oni Murzynami, lecz, tak jak Kędzierzawi, Melanezyjczykami. Wyniki swych dociekań opublikował w periodyce, co mu niebawem przyniosło uznanie międzynarodowe. Generał gubernator Indii Holenderskich zaprosił go do swej rezydencji w Batawii (obecnie Dżakarta) i umożliwił mu na okres siedmiu miesięcy przygotowanie do druku szeregu publikacji, jak też trzymiesięczną wyprawę naukową do zachodniej części Nowej Gwinei, należącej do Niderlandów (obecnie Zachodni Irian). Przeprowadził tam serię pomiarów geodezyjnych, opisał i naniósł na mapę szereg gór, rzek, wysp. Odkrył pokłady węgla kamiennego, opisał kilka nieznanych dotąd nauce okazów fauny morskiej. Brytyjscy naukowcy nazwali pewien fragment Nowej Gwinei „Brzegiem Maclay’a” (ponad 300 km długości; obecnie państwo Papua–Nowa Gwinea). Podczas drugiego pobytu na Nowej Gwinei Mikołaj Mikłucho zaprzyjaźnił się i zbliżył z młodą Papuaską o imieniu Bungaraja; we wspomnieniach opisał później niektóre szczegóły swego z nią erotycznego związku.
W okresie 1873–75 uczony zbadał tereny Półwyspu Malajskiego. W tamtejszej dżungli odkrył i jako pierwszy opisał plemię Orangutanów, nie małp, lecz „leśnych ludzi”. W 1876, korzystając z poparcia Brytyjczyków, którzy bardzo wysoko go cenili i nader przychylnie pisali w prasie o jego dokonaniach naukowych, mając go po części za „swego”, Maclay badał ludność i przyrodę Mikronezji, gromadząc po drodze przebogaty zbiór przedmiotów bytu i użytku codziennego tamtejszych mieszkańców. Najbardziej egzotycznym wśród tych przedmiotów była tylko opisana przezeń waluta z Wysp Jap, zwana „Fe”, a będąca kamieniami młyńskimi, ważącymi po kilka ton każdy. W Mikronezji „przyjaciółką”, czyli partnerką erotyczną Mikłuchy została jedenastoletnia dziewczynka o imieniu Mira, z którą planował zawarcie małżeństwa (na tamtejszych terenach 11–12-letnie dziewczyny uważano za dojrzałe panie, mogące zawierać z mężczyznami związki małżeńskie lub partnerskie). Nawiasem mówiąc, podróżnik uważał za normalne i naturalne, że kobiety powinny zawsze grać „drugie skrzypce” w stosunkach z mężczyznami, którym przecież znacznie ustępują zarówno pod względem potencjału umysłowego, siły fizycznej jak i poziomu moralnego.
10 pażdziernika 1875 roku Mikłucho zanotował w dzienniku: „Przechodzę niekiedy stany trudne do opisania. Częste ataki febry i być może przewaga produktów roślinnych w mym pożywieniu osłabiły mnie fizycznie do tego stopnia, że wejście na nieznaczne nawet wzniesienia sprawia mi trudność. Idąc nawet po drodze równej chwilami ledwie powłóczę nogami. Choć nie brak mi ochoty do zwykłych mych zajęć, to jednak męczę się teraz tak łatwo, jak nigdy dotąd. Nie mogę powiedzieć, żebym przy tym źle się czuł; z rzadka tylko nawiedzają mnie silne bóle głowy, ale są one związane z febrą i mijają po ustaniu paroksyzmu… Tak szybko się męczę, że nigdzie teraz nie chodzę, jedynie do Bongu i Gorendu po żywność; przeważnie siedzę w domu, gdzie zawsze jest dosyć pracy. (…)
W tych dniach odwiedzili mnie ludzie z Bilii, jednej z wysepek Archipelagu Zadowolonych Ludzi. Dwóch czy trzech Papuasów miało niezwykle piękne i przyjemne twarze; stanowczo nie ustępują one pod tym względem ani jednemu z najładniejszych widzianych przeze mnie Polinezyjczyków. Dowiedziałem się, ze tubylcy czasem pojedynkują się o kobiety. Wypytując się Kaina o znajomych z Bili-Bili, zapytałem o Korego, człowieka bardzo rozumnego i usłużnego. Kain odpowiedział, że Kore został ranny w nogę w następujących okolicznościach. Zastał on swoją żonę w chacie innego tubylca: gdy Kore prowadził ją do domu, tubylec ów usiłował przeszkodzić temu siłą. Kore chwycił łuk i wypuścił kilka strzał w przeciwnika, którego ranił. Ten jednakże zdążył uzbroić się w łuk i przebił strzałą Koremu udo. Drugi pojedynek na tle zazdrości miał miejsce przed dwoma miesiącami w Bogadi. Obaj przeciwnicy zostali ranni, jeden zaś z nich o mało nie umarł. Włócznia trafiła w ramię i złamała obojczyk. (…)
Wczoraj wieczorem i przez całą noc słychać było barum w Bogadi. Uderzali w niego z rzadka i jednostajnie. Przyszedł Saul, od którego dowiedziałem się, że w Bogadi dziś rano odbył się pogrzeb. Zapytałem, czy przybył ktoś z Bogadi i powiedział mi o tym. Saul odrzekł, że nie; o śmierci człowieka dowiaduje się z uderzeń barumu, ale kto umarł – nie wiadomo. Przysłuchująć się uderzeniom barumu wywnioskował, że zmarłego już pochowano. Być może był to któryś z mężczyzn rywalizujących o kobietę.
W 1877 roku Mikołaj Mikłucho, wymęczony gorączką tropikalną i innymi dolegliwościami (szkorbut, beri-beri) zatrzymał się w Singapurze w celach leczniczych. Opublikował przy okazji w tamtejszej prasie szereg artykułów po angielsku w obronie Papuasów, których ówcześnie „cywilizowani” Europejczycy masowo wyłapywali m.in. na Brzegu Maclaya i przekształcali ich w niewolników. W 1881 roku uczony demaskował mechanizm kolonialnego podboju: „Bezpośrednio za misjonarzami idą handlarze i inni wszelkiego rodzaju pasożyci i wyzyskiwacze, przynoszący ze sobą choroby, pijaństwo, broń palną itd. Te dobrodziejstwa cywilizacji nie równoważą umiejętności czytania, pisania i spiewu psalmów. Nic dziwnego, że zrozpaczeni wyspiarze nieraz mordowali katolickich i protestanckich misjonarzy, słusznie spostrzegając ich jako tych, którzy niosą zło i nieszczęście, niszczą tradycyjną, nie zawsze przecież zacofaną, kulturę. Oczywiście, tradycyjne obyczaje nie zawsze były niewinne. Gdy Mikłucho-Maclay prowadził badania na Wyspach Salomona, będących kolonią brytyjską, gościnni tubylcy poczęstowali go byli ładnym kawałkiem pieczonego mięsiwa, a gdy podróżnik już połowę spożył, pokiwując głową na znak uznania, ci go poinformowali, że to danie zostało przygotowane z „długiej świni”, czyli z ciała człowieka. Podróżnika aż zatkało, ale zwymiotować lub wypluć poczęstunek w tej sytuacji znaczyłoby wydać na siebie wyrok śmierci (bo gościnność to rzecz świeta, podobnie jak wdzięczność za nią), i musiał powoli ludzkie mięso dojadać, aby nie urazić najszlachetniejszych uczuć autochtonow.
Środki na podróze po Mikronezji i Polinezji dostarczało mu przede wszystkim Cesarskie Rosyjskie Towarzystwo geograficzne w Petersburgu oraz Berlińskie Towarzystwo Antropologii i Etnologii. Coś należało się tez za publikacje w periodyce. Mikłucho bowiem pisał i publikował swe teksty w kilku językach, m.in. w takich poważnych pismach naukowych jak: „Izwiestija Rossijskogo Impieratorskogo Geograficzeskogo Obszczestwa,Verhandlungen der Berliner Gesellschaft für Anthropologie, Ethnologie und Urgeschichte, Proceedings of the Linnean Society of New South Wales; w periodykach Batawii. Całe serie jego artykułów popularnonaukowych i publicystycznych ukazywały się w mediach Australii, Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemiec, Rosji, Francji. Niektórzy Anglosasi podejmowali polemikę z jego poglądami, usiłując dowieść, że wyspiarze to „niższa rasa”, dzikusi, niezdolni do tworzenia kultury i cywilizacji. Wówczas (1882) Mikłucho ogłosił się za „Tamo Boro-Boro”, czyli najwyższego wodza Papuasów, i w ich imieniu zwrócił się oficjalnie do cesarza Imperium Rosyjskiego z prośbą o wzięcie pod swe berło Nowej Gwinei, aby bronić jej mieszkańców przed wyzyskiem i wyniszczeniem. Imperator podczas audiencji w Petersburgu dość powściągliwie potraktował ten pomysł, obawiając się widocznie pogorszenia relacji z Niemcami, Wielką Brytanią i Niderlandami, które to trzy państwa nie kryły się z zakusami na tamte zamorskie terytoria.
W Petersburgu Mikołaj Mikłucho cieszył się wszelako ogromną popularnością; na jego publiczne prelekcje ściągały rzesze słuchaczy, arystokraci zas urzadzali uroczyste przyjęcia ku jego czci, a prasa rozpisywała się o jego osiągnięciach naukowych. Ba, nadano mu w obliczu zasług tytuł hrabiego Imperium Rosyjskiego. A jednak E. S. Thomassen w książce „Biographical Sketch of Nicolas de Mikloucho-Maclay (Brisbane 1882) podaje, iż ze względu na słaby stan zdrowia młody człowiek nie znosił chłodnego i wilgotnego klimatu Petersburga. Niebawem też uczony zostawił zamgloną stolicę cesarstwa. Udał się ponownie na tereny podzwrotnikowe, do swych kędzierzawych przyjaciół, z którymi tak się bardzo zżył. Jako prezent dla mieszkańców wsi Bongu przywiózł nasiona kawy, mango, dyni, jak też krowę i byczka, których zresztą Papuasi zaraz zdefiniowali jako „duże świnie, majace na głowie rogi”…
W międzyczasie Prusy zaanektowały Brzeg Maclay’a, na co pan Mikołaj zareagował, jako król Papuasów, listami protestacyjnymi do cara Aleksandra III i do kanclerza Bismarcka, na które jednak nikt nie raczył odpowiedzieć. Liczne dalsze posunięcia podróżnika, zmierające do obronienia Kędzierzawych przed przemocą Europejczyków nie dały też żadnego skutku, a prasa niemiecka wściekle obrzucała go inwektywami, drwinami i oszczerstwami. Wielkim pocieszeniem dla niego stała się w tym czasie wzajemna miłośc do Małgorzaty Emmy Robertson, pięknej i mądrej córki gubernatora australijskiej prowincji Nowa Południowa Walia Johna Robertsona, która podzielała jego poglądy i wspierała działalność dobroczynną. W 1883 roku hrabia M. Mikłucho-Maclay wystosował depeszę do cara Aleksandra III z prośbą o zezwolenie na zawarcie małżeństwa z luteranką. Monarcha, najwidoczniej już mocno zniechęcony nieco dziwaczną aktywnością Maclay’a, własnoręcznie na depeszy nadpisał rezolucję: „Niech się żeni chocby z małpą, ale niech mi wreszcie zejdzie z oczu!Wesele odbyło się wiosną 1884 roku. Życie rodzinne przyniosło prawdziwe ukojenie i szczęście starganej duszy fantazyjnego podróżnika, a to tym bardziej, że niebawem przyszli na świat dwaj synowie o podwójnych imionach: Aleksander-Niels oraz Włodzimierz-Allan. Świeżo upieczony ojciec zaś ogłosił się tymczasem za króla Czarnorusi, jak nazwał Nową Gwineę. Było już jednak za późno, Anglia i Prusy porozumiały się w międzyczasie co do podziału tych terytoriów między siebie, a dyplomacja rosyjska (w której aż się roiło od agentów wywiadu brytyjskiego i niemieckiego), postępowała zbyt opieszale i przegapiła dogodny moment do pozyskania tej posiadłości zamorskiej.
W 1886 roku Mikłucho wraz z rodziną przybył do Petersburga, usiłował działać w kierunku ogłoszenia Nowej Gwinei za kolonię Imperium Rosyjskiego, lecz bez skutku. Został, co prawda, sowicie nagrodzony, cesarz obiecał z własnych funduszy sfinansować wydanie jego tekstów naukowych. Zaczęło się jednak i skończyło na pięknych słowach. Opracowanie 22 tomów rękopisów, setek map, rysunków, artykułów posuwało się do przodu bardzo opornie, mimo wsparcia i zachęty m.in. ze strony wielkich pisarzy Iwana Turgieniewa i Lwa Tołstoja, którzy bardzo wysoko cenili Mikołaja Mikłuchę jako człowieka, uczonego i polityka.
Głęboko rozczarowany postawą dworu uczony zaczął coraz częściej używać alkoholu jako remedium na negatywne przeżycia. W ciągu roku udało się uporządkować i przygotować do druku dwa obszerne tomy, ale petersburski wilgotny i chłodny klimat fatalnie zaważył na kondycji fizycznej 42-letniego mężczyzny, który ciężko zapadł na zdrowiu i mimo ofiarnych wysiłków lekarza Sergiusza Botkina, matki i żony niebawem żywota dokonał; do wiadomości publicznej podano, że miał raka mózgu. Część jego ciała pochowano na Wołkowym Polu w Petersburgu; na pomniku decyzją żony zmarłego wyryto sześć angielskich liter: N. B. D. C. S. U. czyli None But Death Can Separate Us (nic prócz śmierci nie może nas rozłączyć).
Za życia Mikołaj Mikłucho-Maclay zdążył opublikować tylko jedną niedużą książkę pt. „Otrywki iż dniewnika”. Dalsze publikacje ukazywały się już po zgonie tego wielkiego podróżnika i uczonego, który zresztą w testamencie zapisał swe rękopisy, mózg i szkielet nauce i są one do dziś przechowywane w zbiorach muzealnych Petersburskiego Wydziału Rosyjskiej Akademii Nauk. Ponad 20 jego praprawnuków po małżeństwie z Małgorzatą Emmą Robertson są obecnie obywatelami Australii. Ilu zaś mieszkańców Zachodniego Irianu, Nowej Gwinei, Filipin, Polinezji i Mikronezji ma w sobie jego geny, tego nikt policzyć nie byłby w stanie.
W latach 1990–95 Rosyjska Akademia Nauk wydała obszerny zbiór dzieł Mikołaja Mikłucho-Maclay’a w sześciu tomach, w nakładzie 50 tysięcy egzemplarzy; a jego imię nosi szereg obiektów geograficznych, jak też kilkanaście gatunków flory w katalogach międzynarodowych.

***




LEON BARSZCZEWSKI


Znakomity podróżnik, geograf, glacjolog, przyrodnik, pulkownik wojsk Cesarstwa Rosyjskiego Leon Barszczewski przyszedł na świat w Warszawie 20 lutego 1849 roku w rodzinie szlacheckiej. Genealog i heraldyk Seweryn Uruski (Rodzina. Herbarz szlachty polskiej, t. 1, s. 97–98) zna Barszczewskich herbu Bartsch z Grodzieńszczyzny, herbu Bończa z Wołynia, jerbu Kotwica z Mińszczyzny oraz pieczętujących się godłem Ślepowron na Podolu, którzy jednak byli rozgałęzieni także w szerszym zakresie. Widocznie właśnie z tych ostatnich pochodził pułkownik Leon Barszczewski.
Został w domu wychowany na zasadach staropolskich, w duchu bezwzględnej przyzwoitości, uczciwości, pracowitości, jak to sugerował ongiś Wacław Potocki:
Patrz, żebyś próżnowania zawsze był daleki.
Robisz co, okazya do złego upada;
Nie robisz, czart obmysli i robotę zada

Leon Barszczewski kończył gimnazjum w Kijowie (1866), a Szkołę Piechoty Junkrów w Odessie. Od dzieciństwa i wczesnej młodości marzył o dalekich podróżach do egzotycznych krajów, uczył się starannie i systematycznie gromadził wiedzę, jakby się zawczasu do tej akcji szykując. Kto wie, czy czasami nasze marzenia młodości nie bywają przeczuciem i antycypacją naszych rzeczywistych losów życiowych, mających się zrealizować w nadchodzącej przyszłości, która jakby w jakiś zagadkowy sposób jest już nam „teraźniejsza”. W gimnazjum i w Szkole Junkrów młodzieniec gruntownie opanował język rosyjski, niemiecki i francuski, a z domu wyniósł wiedzę języka polskiego, co mu w sumie się przydało jako znakomity pomost do najnowszych europejskich źródeł wiedzy w zakresie przede wszystkim nauk o ziemi.
Służbę rozpoczął w południowej guberni chersońskiej o łagodnym i zdrowym klimacie i takiejże ludności, lecz niebawem na własne życzenie został przeniesiony do Turkiestanu i tutaj spędził ponad dwadzieścia lat swego życia. Pracował w oddziałe topograficznym garnizonu wojsk rosyjskich stacjonujących w Samarkandzie. Ale ponieważ miał własne powazne zainteresowania naukowe, nie ograniczał się do działań określonych przez regulamin wojskowy i przepisy służby garnizonowej. Na własną rękę podejmował liczne, dość niebezpieczne i bardzo uciążliwe wyprawy do różnych regionów Azji Środkowej: do zachowującego na razie niepodległość Chanatu Buchary, Badachszanu, Darwazu, Pamiru, Tien-Szanu, na pogranicze afgańskie. Prowadził badania o charakterze geologicznym, florystycznym, meteorologicznym, etnograficznym, historyczno-kulturalnym na terenie Gór Zerawszanu. Hisaru, jak też w dorzeczu Amu-darii, Syr-darii, Surchan-darii, Fan-darii, przemierzając wzdłuż i wszerz rozległe tereny o surowym klimacie, zupełnie prawie niezbadane i nieznane nauce europejskiej. Poczynił w tym czasie liczne notatki, wykresy, mapy, zdjęcia, które później były pilnie studiowane i wykorzystywane przez fachowców w dziedzinie hydrologii, glacjologii, wojskowości, mineralogii, botaniki, archeologii i lingwistyki. Samych tylko zdjęć fotograficznych z podróży Leona Barszczewskiego zachowało się do dziś – według szacunków specjalistów polskich – prawie 600 i są one przechowywane w zbiorach Archiwum polskiej Akademii Nauk, jak również w Bibliotece imienia Aliszera Nawoi w Taszkiencie. Jest to bezcenny materiał naukowy do poznania dziejów, kultury, przyrody kilku krajów środkowoazjatyckich.
W Taszkiencie poznał Irenę Niedźwiecką, także pracującą w zakresie nauk geograficznych, i połączył z nią swój los. Małżonkowie przeżyli z sobą  jednak tylko dziesięć lat, ponieważ żona zmarła przedwcześnie w Samarkandzie po przeziębieniu na suchoty galopujące.
Swą pierwszą wyprawę naukową L. Barszczewski odbył w 1879 roku do Buchary, przeciął Góry Hisaru i Zerawszanu oraz dotarł do twierdzy Regar nad Surchan-darią. Podczas poruszania po kamienistym terenie podróżny spadł z konia i mało brakowało, by postradł życie. Dopiero po ponad trzech tygodniach kuracji w jednej z wsi bucharskich z trudem stanął ponownie na nogi i z ogromnym nakładem sił powoli wrócił do Samarkandy. W 1880 roku, nie zniechęcony tymi przykrymi doświadczeniami, udał się na wyprawe w kierunku jeziora Iskander-kul i dalej przez Duszanbe, fajzabad, Obi-garm i Garm – do Gór Darwaskich w masywie Pamiro – Ałaju.
Kolejną wyprawę na tereny bucharskie odważny oficer podjął w 1884 roku i po pokonaniu przełęczy Tachta-Karacza w górach Zerawszanu dotarł do miast Kitab, Szachryzabz oraz Hussar. Następnie udał się szlakiem Aleksandra Macedońskiego i Tamerlana przez wąwóz Czak-Czar w kierunku południowym do miasta Szyrabad; stamtąd zaś przez Bajsun, Jakkabak i Szachryzabz wrócił do Samarkandy. Jest to wyczyn nie do wyobrażenia nawet dla walczących obecnie w Afganistanie o amerykanską demokrację żołnierzy polskich, wyposażonych w najnowocześniejsy sprzęt, ułatwiający pokonywanie wszelkiego rodzaju przeszkód.
W 1891 roku L. Barszczewski prowadził badania w regionie rzek Kafirnigan, Piandż, Wancz i Wachsz; zbierał materiały naukowe w okolicy miast Kulab, Kurhan-Tiube, Kalai-Chumb. Opublikował w periodyce rosyjskiej kilka pomniejszych tekstów, w których wyłuszczał swoje poglądy m.in. na przyczyny takiego groźnego zjawiska jak trzęsienie ziemi, jakze częstego w tamtych okolicach. Uważał, że nagłe i gwałtowne ruchy zmieniające oblicze planety są dziełem właśnie tego groźnego zjawiska przyrodniczego. Obliczono, że trzęsienie ziemi posiada z reguły moc tysiące razy przewyższającą siłę bomby atomowej zrzuconej w 1945 roku przez Amerykanów na katedrę katolicką w Hiroszimie. Wstrząsy sprawiają, że grunt zachowuje się jak fala morska podczas burzy. Następują nie tylko pionowe, ale też poziome przesunięcia gruntu ważącego miliony ton. Fale ziemi niekiedy przekraczają jeden metr. Zwykle trzęsienia ziemi trwaja kilka sekund, lecz niekiedy przedłużaja się do kilku minut. 17 stycznia 1995 roku japońskie miasto Kobe legło w gruzach, szosy i mosty rozpadły się jak piasek, szyny kolejowe powyginały się, jakby były tasiemkami w warkoczu małej dziewczynki; spadły wszystkie linie elektryczne, rozerwały się przewody gazowe i naftowe, wybuchły tysiące pożarów, zginęło 5 300 osób. Straty w sumie wyniosły ponad 100 miliardów dolarów. Tego rodzaju scenariusze są odgrywane dość regularnie w różnych zakątkach kuli ziemskiej. Ich przewidzenie i choćby częściowe im zapobiegnięcie to nie lada zadanie stojace od wielu lat przed nauką, a pewien wkład do tych prac wniósł także Leon Barszczewski.
Chcąc zrozumieć przyczyny trzęsień ziemi naukowcy zaczynali zawsze od sporządzenia mapy obszaru, na którym one zachodziły. A zachodziły i zachodzą na terenach zwłaszcza wulkanicznych. Gruba na sto kilometrów skorupa ziemska składa się z ośmiu głównych płyt, czyli kier tektonicznych, które „pływają” po półpłynnej wewnętrznej warstwie planety zwanej astenosferą. W zależności od wzajemnego ruchu te płyty mogą mogą się rozsuwać, zderzać lub podsuwać jedna pod drugą. Ten proces przebiega stopniowo, niekiedy w ogóle jakby zanika, lecz gdy naprężenie staje się większe niż wytrzymałość płyt, następują gwałtowne pęknięcia i zderzenia – trzęsienie ziemi. Dokładne przewidzenie tych skrytych procesów jest niemożliwe, lecz z dużą dozą prawdopodobieństwa da się stwierdzić, iż w takim a takim okresie mogą nastąpić pod ziemią jakieś gwałtowne pęknięcia i ruchy i do nich zawczasu się przygotować. Skrupulatne przygotowanie map górzystych terenów wulkanicznych stanowi jakby pierwszy krok ku temu, by móc przewidzieć i przygotować się do ewentualnych trzęsień ziemi, by wybrać względnie bezpieczniejsze miejsca pod lokalizację obiektów budowlanych, osiedli, baz wojskowych itp.
Pionierem tych badań na obszarze Azji Środkowej był Leon Barszczewski, którego obserwacje i publikacje przyczyniły się do tego, że obywatele Uzbekistanu, Tadżykistanu, Kirgizji, Turkmenistanu mogą dziś czuć się pewniej i bezpieczniej niż przed 150 laty.
***

Do sejsmologii jednak prace tego naukowca się nie ograniczały. W 1895 roku ukazała się w języku rosyjskim rozprawa L. Barszczewskiego „Kollekcii driewnostiej iż Afrasiaba i drugich miest Średniej Azji; w 1896 – „Ob issledowanii lednikow Sia-Kuch i gornych maguzarskich ozier w jugo-wostocznom Turkiestanie.
W trakcie swych licznych wypraw podróżnik dokonał wielu tysięcy pomiarów topograficznych, obserwacji i notatek geograficznych, meteorologicznych; odkrył i opisał szereg pokładów minerałów, złóż metali i kamieni szlachetnych, w tym złota, srebra i diamentów. Po zgromadzeniu obszernego zbioru owadów środkowoazjatyckich przekazał go w darze (1896) do Muzeum Zoologii Cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu, zbiory florystyczne – do Muzeum Botanicznego tejże zasłużonej dla nauki światowej instytucji.

Pod względem charakterologicznym Leon Barszczewski należał do typu osobowości transgresyjnych, niezależnych, konsekwentnych i obdarzonych wielką energią witalną, zarówno duchową, jak i fizyczną. Tacy ludzie często obierają sobie w życiu jakiś „supercel” i konsekwentnie go przez całe dziesięciolecia realizują. Ten podróżnik mógłby za jednym z bohaterów powieści Romaine’a Rollanda powiedzieć: „Nie potrzebuję oklasków, by mieć nadzieję, ani sukcesów, by wytrwać. Każde wielkie życie jest życiem samoprzeznaczającym się, samodeterminującym się i spełniającym w aktach intelektualnych, wolicjonalnych i behawioralnych. Nie ma tu, i widocznie być nie może, jakichś ogólnie przyjętych i dobrych dla wszystkich rozwiązań, każdy bowiem wybitny człowiek kroczy przez życie swą własną drogą, która nie pasuje do zwykłego zjadacza chleba. „Dobro osoby jest wyznaczone przez to, co jest dla tej osoby w dostatecznie korzystnych okolicznościach najbardziej racjonalnym planem życiapowiada socjolog John Rawls. Ale są też osoby, które nie zważają ani na korzystne czy niekorzystne okoliczności, ani na racjonalność czy irracjonalność odruchów swego serca. Po prostu idą do przodu i to właśnie ich wysiłek dźwiga ludzkość z bagna tego, co jest, na szczyty tego, co być powinno.
Historycy nauki uważają, że szczególnie wielkie były zasługi L. Barszczewskiego w dziedzinie glacjologii, odkrył on bowiem i opisał liczne obiekty tego rodzaju na terenie Azji Środkowej.
Maria Magdalena Blombergowa w artykule „Zbiory, kolekcje, muzea tworzone przez Polaków w Imperium Rosyjskim (Kwartalnik Historii Nauki i Techniki, 1997 nr 2) odnotowuje: „Muzeum w Samarkandzie swoje powstanie zawdzięcza Polakowi Leonowi Barszczewskiemu (1849–1910). Znany jest on bardziej jako badacz Gór Hisarskich, Zerawszanu, Pamiru i Buchary oraz jako fotograf lodowców. Uzupełnić wypada, iż był on jednym z pierwszych odkrywców i badaczy starego miasta Samarkandy – Afrasiabu. W Samarkandzie mieszkał Barszczewski, z krótkimi przerwami, w latach 1876–1897. Afrasiab badał sam w 1885 roku, natomiast w 1895 z archeologami francuskimi z Lyonu.
W trakcie pierwszych wykopalisk odsłonił dom i wydobył z jego ruin dużą liczbę naczyń glinianych i ich ułamków, także gliniane statuetki oraz wielkie srebrne pudła, w których znajdowały się ozdoby kobiece. Były wśród nich naszyjniki z pereł, zlote kolczyki z turkusami i złote bransolety. Z badanego obszaru wydobył różnorakie sprzęty domowe i narzędzia. W celu uporządkowania zbioru oraz opracowania sprawozdania dla naukowych instytucji rosyjskich sprowadził z Moskwy i Petersburga odpowiednią literaturę, która dopomogła mu poznać zabytki i sposoby datowania znalezisk. Część zbiorów zakupili Francuzi uzyskawszy na to zgodę rządu rosyjskiego. Znaczną część najbardziej wartościowych zabytków pozostawił w domu i zorganizował muzeum, które udostępniał dla zwiedzających. Obok zabytków archeologicznych posiadał zbiory minerałów, kolekcje etnograficzne i przyrodnicze. W 1897 roku z nakazu władz wojskowych rosyjskich przeniósł się do Europy – do Siedlec. Zbiory podarował Samarkandzie, jako zaczątek muzeum. W Siedlcach był zajęty prowadzeniem wojskowych prac topograficznych, ale warunków do badań naukowych tutaj nie miał.
Wśród towarzyszy podróży Leona Barszczewskiego widzimy w różnych latach znanych i zasłużonych naukowców: Jaworskiego, Lipskiego, Bonvalota, Chaffagnona, Sokołowa. W obliczu powaznych zasług dla nauki został nasz rodak obrany na członka Rosyjskiego Cesarskiego Towarzystwa geograficznego, które w oficjalnym werdykcie akcesyjnym nazywało go „najbardziej niezmordowanym i zapalonym podróżnikiem po górzystych krainach Turkiestanu. Lata 1904–05 spędził na Dalekim Wschodzie, na froncie wojny japońsko-rosyjskiej. W 1906 podał się do dymisji i zastrzelił się, gdyż został oficjalnie oskarżony o malwersację kasy pułkowej. W kilka tygodni po samobójczej śmierci wyszło na jaw, że pieniądze zostały skradzione  przez jednego z podwładnych pułkownika Barszczewskiego. Winowajcę osądzono, lecz życia honorowemu oficerowi to już nie przywróciło.

***






JÓZEF WACŁAW SIEMIRADZKI


Siemiradzcy herbu Trzaska wzięli nazwisko od miejscowości Siemiradz w powiecie radomskim województwa sandomierskiego, ale już w XVII wieku byli urzędowo odnotowywani zarówno w Ziemi Lwowskiej, jak też Nowogródzkiej. Ta druga gałąź używała przeważnie podwójnej formy nazwiska „Romaszkiewicz-Siemiradzki” i posiadała m.in. dobra Zabielin i jaroszyce, a była spokrewniona z tamtejszą szlachtą, panami Brzóskami, Ciechanowiczami, Jeśmanami, Kiersnowskimi, Kurczami, Łopattami, Miecznikowskimi, Moszyńskimi, Rostockimi (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 2, nr 2946). Od Siemiradzkich białoruskich poszła patriotyczna gałąź tegoż rodu w Besarabii; w 1863 roku był tam prześladowany przez policję rosyjską Władysław Siemiradzki, urzędnik akcyzy kiszyniowskiej, gdyż podejrzewano go o sprzyjanie powstańcom polskim (Narodowe Archiwum Historyczne Mołdawii w Kiszyniowie, f. 2, z. 1, nr 7643, s. 47).
Prześladowania dały się we znaki tej ziemiańskiej, kulturalnej, patriotycznej rodzinie do takiego stopnia, że w drugiej połowie XIX wieku jej członkowie już zachowywali się w stosunku do władz rosyjskich zupełnie ugodowo i nie narażali się niepotrzebnie na szykany, co z kolei zapewniało im spokojne bytowania i możliwość samorealizacji nie tylko w zakresie sztuk pięknych i nauk, ale i w wojskowości rosyjskiej. Dla przykładu wspomnijmy, że ojcem wybitnego malarza Henryka Hektora Siemiradzkiego (1843–1902) był Hipolit, pułkownik dragonów cesarskich, matką zaś Michalina z Prószyńskich, polskich szlachciców też nagminnie robiących wspaniałe kariery w wojsku Imperium. Ojcem zaś Józefa Wacława Siemiradzkiego , urodzonego 28 marca 1858 roku w Charkowie, był Telesfor, rotmistrz kirasjerów Jego Cesarskiej Mosci Mikołaja I; matką zaś Natalia z Frybesów herbu Rawicz, właścicieli m.in. dóbr Markowszczyzna na Wileńszczyźnie. (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1468, s. 316–317). Matka zresztą bardzo wcześnie osierociła syna, ojciec zaś ze względu na specyfikę służby wojskowej nie za bardzo mógł się nim zajmować, tak że chłopca zabrał na wychowanie stryjeczny dziad Hipolit, wspomniany powyżej pułkownik, będący wówczas już w stanie spoczynku.
 Początkowe nauki chlopiec pobierał w Charkowie, nieco później w III Gimnazjum Warszawskim. W 1878 roku wstąpił na studia przyrodnicze do cieszącego się wysoka renomą Uniwersytetu Dorpackiego (obecnie Tartusskiego), znajdującego się faktycznie w kręgu nauki niemieckiej, choć przeciez położonego na terenie Imperium Rosyjskiego. Tutaj studiowały liczne zastępy młodzieży polskiego pochodzenia, które się zrzeszały w rozmaitych organizacjach i posiadały własne ziomkostwo, do którego należał także Józef Wacław Siemiradzki.
Studenci polscy śpiewali w Dorpacie swój własny hymn nieznanego autorstwa, przeplatany co dwie zwrotki dwoma kolejnymi zwrotkami klasycznej piosnki studenckiej „Gaudeamus igitur”, na której nutę zresztą był też wykonywany. Brzmiało to zaś jak następuje:
Gdy wieczorem marzę sam,
To w mej wyobraźni
Stoją widma dawnych dni,
Szczęścia i przyjaźni.

Gwar wesołych, młodych dusz
W głowie mej się ciesni
Zda się słyszę cichy dźwięk
Ulubionej piesni.

Gaudeamus igitur
Juvenes dum sumus!
Gaudeamus igitur
Juvenes dum sumus!
Post jucundem juventutem
Post molestam senectutem
Nos nabebit humus
Nos habebit humus.

Ubi sunt, qui ante nos
In mundo fuere?
Ubi sunt, qui ante nos
In mundo fuere?
Vadite ad superos,
Transite ad inferos,
Quos si vis videre!
Quos so vis videre?

Ach, rozkosznych wspomnień tłum
Błyska ponademną,
Jakby gwiazdek złotych rój
W noc zimową, ciemną.

Zda się, widzę miasta kształt
W pustej gdzieś ulicy
Stoi stary znany gmach,
Mury mej wszechnicy.

Vita nostra brevis est.
Brevi finietur.
Vita nostra brevis est.
Brevi finietur.
Venit mors velociter,
Rapit nos atrociter,
Nemini parcetur!
Nemini parcetur!

Vivat academia!
Vivant profesores!
Vivat academia!
Vivant profesores!
Vivat membrum quodlibet!
Vivat membra quaelibet!
Semper sint in flore,
Semper sint in flore.

Dzielnie kroczy hoża młódź;
Pełna życia, siły;
Iskry świecą w oczach ich,
Ogniem płoną żyły.

Kędy tylko zjawią się,
Budzą wnet zachwyty,
Dziewcząt rój za nimi śle
Tęsknych ócz błękity.

Vivant omnes virgines
Faciles, formosae!
Vivant omnes virgines
Faciles, formosae!
Vivant et mulieres
Tenere, amabiles,
Bonae, laboriosae!
Bonae, laboriosae!

Dziś, gdy troski srebrzą włos,
Los mię gnie ku ziemi,
W piersi jęczy wiecznie głos,
Skargami pustemi.

Lecz gdy minie marzeń rój,
Dumnie wznoszę czoło
I z fortuną w krwawy bój
Idę znów wesoło.

Pereat tristitia,
Pereant dolores!
Pereat tristitia,
Pereant dolores!
Pereat diabolus
Quivis antiburschius
Atque irrisores,
Atque irrisores!

W tej makaronicznej piosence studenckiej, której rękopis autor niniejszej ksiązki odnalazł w zbiorach archiwalnych Uniwersytetu Tartusskiego, zwraca na siebie uwagę fakt, że zabrakło w niej szóstej zwrotki z klasycznej wersji „Gaudeamus”, poświęconej, jak wiadomo, państwu i jego władcom:
Vivat et Respublica,
Et qui illam regunt,
Vivat et Respublica,
Et qui illam regunt!
Vivat nostra Civitas,
Maecenatum caritas,
Qui nos hic protegunt,
Qui nos hic protegunt!
„Wypadnięcie” tej zwrotki prawdopodobnie nie było sprawą przypadku, zważywszy na sytuację socjalno-polityczną Polaków w Imperium Rosyjskim.
***
W 1880 roku Józef W. Siemiradzki pomyślnie ukończył studia i zaraz został na macierzystej uczelni zatrudniony w charakterze asystenta katedry mineralogii i geologii. W 1881 uzyskał stopien kandydata nauk przyrodniczych, a w 1882, w wieku zaledwie 25 lat, opublikował w języku polskim swój pierwszy tekst naukowy, artykuł pt. „Nasze głazy narzutowe, zamieszczony w „Pamiętniku Fizjograficznym w Warszawie, a poświęcony wybranym aspektom mineralogii Litwy i Polski.
W latach 1882–84 Odbył razem z Janem Sztolcmanem doniosła podróz naukowa do Ameryki Łacińskiej, zorganizowaną i sfinansowaną przez warszawski Gabinet Zoologiczny (obecnie Instytut Zoologii Polskiej Akademii Nauk). Badania naukowe w zakresie geologii, paleontologii, zoologii, Botaniki, geografii, ornitologii, etnografii prowadził początkowo w Gwadelupie i na Martynice, potem w Panamie, Ekwadorze i Peru. Sporządził olbrzymie zbiory okazów flory i fauny Ameryki Południowej, które później trafiły do polskich, niemieckich i rosyjskich instytucji naukowych. Wyprawa zaowocowała także własnymi ustaleniami naukowymi Siemiradzkiego zebranymi w dwu obszernych rozprawach w języku niemieckim, które się ukazały w latach 1884–85, a poświęcone były zagadnieniom geognozji, mineralogii i geologii. Po polsku autor wydał wspomnienia z podróży po Ameryce Południowej pt. „Z Warszawy do równika.
W następnych trzech latach młody uczony prowadził badania w zakresie petrografii, geologii i fauny kopalnej na terenie Polski i Litwy, w 1887 zaś przeniósł się do Lwowa, zostając na tutejszym Uniwersytecie prywatnym docentem geologii. W 1891 lwowskie Towarzystwo Handlowo-Geograficzne wysłało go do Brazylii, gdzie Siemiradzki wiele zdziałał na drodze dyplomatycznej dla polepszenia losu tamtejszych polskich osadników. Następnie rozpoczął intensywne badania naukowe na terenie nie tylko Brazylii, ale również Argentyny i Chile, dokonując szeregu doniosłych odkryć w zakresie geografii, geologii, tektoniki i paleontologii, które opisał w publikacjach zamieszczanych na łamach fachowych pism niemieckich, rosyjskich i polskich.
Punkt szczególny w jego działalności naukowej stanowiły dociekania w dziedzinie etnografii. Józef Wacław Siemiradzki badał ustrój socjalny, zwyczaje, tradycje, kulturę materialną i duchową Indian Caduweo, Chamacoco, Lingua, Payagua, Araukańczyków. W 1898 roku ujrzała świat jego rozprawa „Beiträge zur Ethnographie der südamerikanischen Indianer, w której m.in. wysunął potwierdzoną dalszymi badaniami tezę o tym, iż rdzenni mieszkańcy kontynentu amerykańskiego pochodzili z Azji, przedostając się początkowo z Chin na Kamczatkę, z niej na Alaskę, a potem rozprzestrzeniając się na obydwie Ameryki. To ustalenie miało fundamentalne znaczenie dla etnografii powszechnej. Siemiradzki w fascynujący sposób opisał przebieg i wyniki swych wypraw także po polsku w książkach: „Za morze. Szkice z wycieczki do Brazylii (Lwów 1894), Na kresach cywilizacji. Listy z podróży po Ameryce Południowej (Lwów 1896).
W 1894 roku J. W. Siemiradzki, będący w tym czasie już kierownikiem katedry paleontologii Uniwersytetu Lwowskiego, ponownie udał się do Brazylii, gdzie przeprowadził dalsze badania, zyskując w tamtejszych mediach miano „największego geologa kraju”. Wyniki swych badań znakomity uczony publikował w tym czasie na łamach licznych pism brazylijskich, portugalskich, niemieckich, rosyjskich i polskich. Były to artykuły zarówno poświęcone zagadnieniom geologii, jak i geografii, paleontologii, zoologii, antropologii, ornitologii. Także w swych książkach poruszał szeroki wachlarz nauk przyrodniczych. Opracował „Podręcznik paleontologii do użytku szkół akademickich”, wydał kilka dzieł popularnonaukowych, wspomnieniowych, literackich. Obliczono, iż w sumie J. W. Siemiradzki wydrukował ponad 170 publikacji. Był jednym z najbardziej autorytatywnych uczonych europejskich swego czasu, którego imię znali nie tylko specjaliści, ale też szerokie kręgi ludzi wykształconych obu Ameryk i Starego Kontynentu.
Gdy jednak pozwolił sobie w jednym z artykułów skrytykować politykę rządu rosyjskiego wobec Polaków, natychmiast spotkał się z sankcją. 7 grudnia 1895 roku na mocy osobistej decyzji cesarza Wszechrosji profesor ekstraordynaryjny Uniwersytetu Lwowskiego, szlachcic Józef Wacław Siemiradzki, brat Henryka, został pozbawiony obywatelstwa (poddaństwa) rosyjskiego, o czym 13 stycznia 1896 roku zawiadomiono wileńskiego marszałka szlachty oraz generał-gubernatora. (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 7, nr 455, s. 54).
Wypada przypomnieć, że imieniem Siemiradzkiego nazwano kilkadziesiąt gatunków fauny kopalnej, jak np. ramienionogi jurajskie, kambryjskie i sylurskie: Linguella siemiradzkii, Lacunosella siemiradzkii, Rhynchospiryna siemiradzkii; głowonogi dewońskie i jurajskie: Tornoceras siemiradzkii, Perisphinctes siemiradzkii; jak też szereg gatunków flory południowoamerykańskiej: Taxites siemiradzkii, Palmatopteris siemiradzkii.
Aktywność życiowa uczonego nie ograniczała się tylko do działalności naukowej; był on dwukrotnie żonaty, wychował dwoje dzieci; jego syn Michał był utalentowanym malarzem. W 1918 roku walczył z bronią w ręku jako dowódca oddziału Miejskiej Straży Obywatelskiej przeciwko agresji ukraińskiej na Lwów. W Polsce niepodległej pełnił m.in. funkcje dziekana wydziału filologicznego, prorektora i rektora Uniwersytetu Jana Kazimierza. Za zasługi wojskowe i naukowe został udekorowany Krzyżem Walecznych, Krzyżem Obrony Lwowa, Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta. Wybitny uczony zmarł 12 grudnia 1933 roku i spoczął na wieki na Cmentarzu Powązkowskim. W Brazylii, Polsce, Rosji i na Ukrainie jest uwazany za jednego z najwybitniejszych rodzimych uczonych XIX–XX wieku.

***







JAN BARSZCZEWSKI


Międzynarodowe źródła naukowe uwypuklają doniosłe znaczenie fotografiki Jana Barszczewskiego (w rosyjskiej pisowni: „Iwana Barszczewskogo”), podają jednak często niedokładne dane, dotyczące zarówno jego życiorysu, jak i stosowania techniki fotograficznej w celach naukowych. Tak np. w książce S. Morozowa „Russkije putieszestwienniki fotografy” (Moskwa 1953, s. 77) czytamy: „Iwan Fiodorowicz Barszczewskij urodził się w 1851 roku, w rodzinie zbiedniałego urzędnika w stanie spoczynku, w jednym z miasteczek pod Petersburgiem. Nie mógł jednak otrzymać wykształcenia średniego, ale jeszcze będąc nastolatkiem wyuczył się rzemiosła, a w wieku lat czternastu zapoznał się z fotografiką. W wieku zaś lat osiemnastu wybrał się do Petersburga i się zatrudnił w charakterze retuszera u jednego z najbardziej wziętych fotografików stołecznych. Jednocześnie uczył się w szkole rysunku oraz pobierał prywatne lekcje w Akademii Sztuk Pięknych. Wiele uwagi poświęcał samokształceniu”…
Źródła archiwalne wszelako zawierają nieco odmienne informacje. Wynika z nich jednoznacznie, iż miejscem urodzenia Jana Barszczewskiego była Wileńszczyzna. A więc niejasne, czy rosyjscy historycy nauki mylą się, podając jako miejsce urodzenia tego mistrza fotografiki naukowej bliżej nie określane „miasteczko pod Petersburgiem”, czy po prostu uważają prastare Wilno za takowe. Właściwie gdy się spojrzy na mapę geograficzną Rosji i Europy z punktu widzenia np. Władywostoku, to nie tylko Wilno, ale też Warszawę, Berlin, Pragę i Paryż można by uznać za „małe miasteczka pod Petersburgiem”… Taka perspektywa spostrzegania rzeczywistości wydaje się nam jednak nieco myląca…
Panowie Barszczewscy z Wileńszczyzny byli pradawną szlachtą polsko-białoruską i posiadali w Wielkim Księstwie Litewskim szereg posiadłości ziemskich. Pieczętowali się herbami rodowymi Tarnawa i Ślepowron. „Wywód familii urodzonych Barszczewskich herbu Tarnawa z 13 grudnia 1819 roku podaje: „Przodek tej familii Jan Barszczewski, jako szlachcic polski posiadał dziedziczny ziemski majątek Lelany Kolendziskie zwany, dawniej w województwie, a teraz w powiecie trockim leżący, o czem przekonało prawo wieczysto przedażne od tegoż Jana i Maryanny z Rudzińskich Barszczewskich urodzonym Ogińskim w roku 1681 apryla 23 wydane. (…) Z tegoż Jana Barszczewskiego, dziedzica niegdyś majatku Lelan Kolendyszek, zrodzony został Ignacy, z Ignacego Jan, a z Jana, że pochodzi wywodzący się dziś Kazimierz Janowicz Barszczewski, dowiodły tego metryki chrzestne. (…) Wywodzący się zaś Kazimierz Janowicz Barszczewski, wszedłszy w szlubne związki z szlachcianką Wiktorią Lipnicką, spłodził synów trzech, razem z sobą wywodzących się, jako to: dwuimiennego Jana kazimierza, Stefana i WalerianaWszyscy oni zostali uznani w 1819 roku „za rodowitą i starożytną szlachtę polską i wpisani do pierwszej klasy Ksiąg Szlachty Guberni Litewsko-Wileńskiej. (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr. 1009, s. 23–24).
Z kolei „Wywód Barszczewskich herbu Ślepowron” z 23 czerwca 1820 roku bierze za protoplastę rodu Floriana Barszczewskiego, towarzysza chorągwi petyhorskiej wojsk Wielkiego Księstwa Litewskiego przed rokiem 1719, który dziedziczył zaścianek Łubiankę w powiecie oszmiańskim, a w pożyciu z urodzoną Wiktorią Danilewiczówną spłodził syna Andrzeja, zrodzonego w 1750 roku. Tego zaś syn Jan z synami Stanisławem, Józefem, Kajetanem i Ludwikiem uznani zostali „za rodowitą i starożytną szlachtę polską” z wniesieniem ich imion do pierwszej części Ksiąg Szlachty Guberni Litewsko-Wileńskiej (tamże , s. 127–128).
***

Gdy Jan Barszczewski miał zaledwie rok, jego ojciec Teodor przeniósł się do Rosji w poszukiwaniu pracy. Jednak Życie i tu układało się pod względem materialnym bardzo niepomyślnie, tak iż kilkunastoletni chłopiec musiał niebawem sam zarabiać na własne utrzymanie. Lata mijały szybko w codziennej walce o utrzymanie się na powierzchni życia. W 1877 roku Jan Barszczewski przeniósł się z Petersburga do Rostowa Jarosławskiego i założył tam zakład fotograficzny. Specjalizował się w fotografice, którą można by było nazwać historyczno-kulturalną; robił wspaniałe zdjęcia tamtejszych pomników architektury i archeologii; fotografował cerkwie, monastery, pałace, twierdze, cmentarze, miejsca wykopalisk, krajobrazy geograficzne. W ciągu dosłownie paru lat zdobył sławę wybitnego fotografika, dostawał mnóstwo zamówień od osób prywatnych i instytucji państwowych. W 1883 roku Moskiewskie Towarzystwo Archeologiczne wybrało go na swego członka, a Akademia Sztuk Pięknych mianowała go oficjalnie „fotografem Akademii”. Chodziło o to, iż Jan Barszczewski posiadał zarówno zmysł artystyczny, jak i intuicję naukowca; tam, gdzie zwykły zjadacz chleba nie dostrzegał nic, jego wyczulone oko wydobywalo z rzeczywistości skarby kształtów i nieprzebrane bogactwo zaskakujących szczegółów. To był prawdziwy talent artystyczno-naukowy.
Po pewnym czasie mistrz przeniósł się do Jarosławla, przepięknego starego miasta ruskiego, obfitującego w zadziwiające pomniki kultury średniowiecznej. Jego zdjęcia zaczęły publikować najlepsze pisma całego Cesarstwa Rosyjskiego, które dosłownie upraszały go o współpracę i nęciły poważnymi honorariami. Pozwoliło to niebawem mocno stanąć na nogi pod względem materialnym, nabywać nowoczesne aparaty fotograficzne, przedsiębrać wyprawy artystyczno – naukowe do różnych regionów jakże rozległego kraju. W ciągu kilku lat Jan Barszczewski regularnie udawał się do różnych miast rosyjskich, ukraińskich, środkowoazjatyckich, dokonując ich fotograficznej dokumentacji. Tak powstały komplety widoków Kostrom, Suzdala, Wołogdy, Nowogrodu, Pskowa, Kazania, Astrachania, Juriewa-Polskiego, Władimira, Perejasławla-Zaleskiego. Za swe dzieła mistrz został wielokrotnie wyróżniony medalami na wystawach fotograficznych.
 W 1887 roku autor wybrał spośród wielu tysięcy kilkaset, które złożyły się na wspaniały album o nadzwyczajnych walorach poznawczych, naukowych i estetycznych. Ale żadne wydawnictwo nie odważyło się podjąć ryzyka opracowania i wydania tego albumu. Wówczas autor sam to ryzyko podjął i wydał swe dzieło własnym sumptem. Była to edycja unikalna, niskonakładowa, o rewelacyjnych walorach artystycznych, a jednak w ciągu pięciu lat zostało sprzedanych tylko 10 (!) jej egzemplarzy. Mistrz Jan był zdruzgotany i bliski załamania, gdyż okazało się, iż poziom aspiracji kulturalnych społeczeństwa nie jest aż tak wysoki, jak się niektórym wydawało. Wszyscy mieli dośc pieniędzy na kiełbasę i wódkę, ale na zakup książki – już nie! [Nawiasem mówiąc podobny los mniej wiecej w tymże czasie spotkał genialne dzieło Arthura Schopenhauera „Świat jako wola i przedstawienie” oraz „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietzschego; z pierwszych wydań (własnym nakładem autorów!) tych klasycznych ksiąg, bez których nie sposób sobie dziś wyobrazić kulturę ogólnoludzką, sprzedano zaledwie po paręnaście egzemplarzy, a reszte oddano na makulaturę]. Co gorsza, wszyscy ci trzej autorzy i ich ksiązki zostali wyśmiani przez pismaków z prasy bulwarowej jako „bezpożyteczne” i „nikomu nie potrzebne”… Nie ma bowiem takiej mądrości i takiej dobrej sprawy, których by nie potrafili wydrwić głupcy.
Wiadomo: ludzie zawsze ze czci odrą,
Czego niezdolni zrozumieć –
I niedogodne tak piękno, jak dobro
Swym napastliwym lżą utyskiwaniem (Johann Wolfgang von Goethe).

Otuchy dodawała tylko okolicznośc, że liczne zdjęcia Jana Barszczewskiego były nadal zamawiane i kupowane przez instytucje naukowe i kulturalne, a wśród jego klientów byli m.in. wybitni uczeni P. Siemionow (Tienszański), A. Uwarow, wice prezydent cesarskiej Akademii Nauk admirał T. Litke, liczni malarze i architekci.
***

Jednym z przedmiotów zainteresowań ze strony J. Barszczewskiego jako naukowca i fotografika było słynne jezioro Bajkał, najstarsze, najgłębsze i najstarsze na naszej planecie, powstałe przed 25 milionami lat, jest długie na 640 km, szerokie na 80 km, głębokie na 1620 metrów. Zawiera ono więcej wody niż Wielkie Jeziora Ameryki Północnej razem wzięte. Żyje w nim ponad 1 500 gatunków zwierząt i 1 000 gatunków roślin, z czego dwie trzecie to gatunki endemiczne, nie występujące nigdzie indziej. Jak twierdzi oceanograf Andy Rechnitzer, Bajkał jest tak różnorodny, ponieważ jest bardzo stary i w ciągu milionów lat wyewoluowały w nim tak różnorodne gatunki flory i fauny. Nie jest to oczywiście twierdzenie bezsporne, ale nie ma tu miejsca na podejmowanie z nim polemiki. Dodajmy, że Bajkał stanowi bardzo wdzięczny przedmiot dla fotografików także z tego względu, że przejrzystość jego prawie absolutnie czystych wód sięga 60 metrów; gdy płetwonurkowie znajdujący się na głębokości 15 metrów spoglądaja w górę, dostrzegają chmury na niebie, a gdy patrzą w dół, widzą bezkresne pola puszystych, zielonych glonów – tak fenomenalnie czysta jest woda tego jeziora. Spośród glonów wystają kolorowe iglice gąbek kandelabrowych, których barwa pochodzi od zamieszkałych w ich tkankach glonów, z którymi żyją w symbiozie. W gąbkach gnieżdżą się również kiełże, czyli drobne raczki o bardzo dziwacznym wyglądzie, mierzący od jednego milimetra do pięciu centymetrów, a żyjący nieraz po około sto lat. W toniach Bajkału występuje ponad 240 ich gatunków.
W towarzystwie gąbek i glonów chętnie przebywają głowacze, czyli ryby denne, podobnie jak kameleony stapiające się pod względem ubarwienia z otoczeniem. Czterdzieści gatunków głowaczy właśnie za pomocą idealnego kamuflażu, a nie szybkiego poruszania się, chroni się przed drapieżnikami. Wielkim rarytasem ichtiologicznym jest też tylko tu spotykany, endemiczny omul bajkalski. Obok północnego krańca jeziora, na głębokości około 400 metrów znajduje się źródło geotermalne, ogrzewające żyjącą w ciemnościach kolonię gąbek, ślimaków, ryb, robaków i innych stworzeń stanowiących wdzięczny temat dla naukowców i fotografików także dzisiaj. Zachowało się mnóstwo zdjęć wykonanych przez Jana Barszczewskiego podczas podrózy wokół Bajkału.
***

Mistrz fotografiki słynął również jako jeden z najlepszych znawców Azji Środkowej, w szczególności południowo-zachodniego Tien-szanu. Dobrze znał język uzbecki i tadżycki, założył muzea etnograficzne w Samarkandzie i Duszanbe. Stałym towarzyszem wypraw badawczych Barszczewskiego na tereny Azji Środkowej był Jakub Izmaiłdżanow, którego mistrz zaangażował pierwotnie w charakterze tłumacza, potem zaś gdy już dobrze opanował język uzbecki i tadżycki, po prostu jako pomocnika. W 1894 roku współpracownikiem mistrza był inny Polak, Jan Jaworski, przyrodnik. Obok nich fotografikę naukowa na terenach Rosji uprawiali również inni Polacy, jak np. B. Fedorowicz, M. Brodowski, W. Półtoracki.
Od pierwszych lat XX wieku Jan Barszczewski zamieszkał w Smoleńsku; utworzył tu m.in. muzeum historyczno-etnograficzne, odgrywał zauwazalną rolę w zyciu naukowym i kulturalnym tego miasta, które przeciez ongis przez ponad 200 lat należalo do Rzeczypospolitej Polskiej. W 1918 roku, majac sześćdziesiąt lat (!), pan Jan wreszcie uzyskał formalne wykształcenie wyższe, ukończył bowiem (i to ze złotym medalem!) Smoleńską Filię Moskiewskiego Instytutu Archeologicznego. Następnie przez długi okres czasu pracował właśnie w tym mieście.
Dopiero w 1933 roku, będąc w nader sędziwym wieku, przeniósł się do staroruskiego miasta Kołomienskoje pod Moskwą, gdzie do głębokiej starości trudnił się w zakresie prac restauracyjnych. Słynął jako jeden z najwybitniejszych w ZSRR fotografików, podróżników, archeologów oraz artystów restauratorów. W 1946 roku Prezydium Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej nadało mu honorowy tytuł Zasłużonego Działacza Sztuki. Gdy mistrz w 1948 roku zakończył życie, komisja państwowa do spraw jego dziedzictwa naukowo-artystycznego ustaliła, że jego spuścizna twórcza składa się z 530 000 negatywów i zdjęć. Także obecnie stanowią one wielką wartość jako dokument historyczny…
Niejako na marginesie warto poczynić uwagę, że obecnie zarówno polscy, jak i obcy historycy nauki niekiedy w bardzo zabawny sposób nie rozróżniaja między Leonem a Janem Barszczewskimi i temu drugiemu przypisują także zasługi pierwszego.

***




BENEDYKT TADEUSZ DYBOWSKI


Twarz – to zwierciadło duszy” – powiedział antyczny myśliciel. W rysach, mimice, w oczach ludzkich odbija się skład uczuć i myśli danej jednostki, jej pasje, dążenia, styl życia. A także chyba i wysiłek cywilizacyjno-kulturalny poprzedzających ją pokoleń... Z tego zdjęcia spoziera na nas człowiek przede wszystkim mądry i dobry. (Nieodłączne to zresztą są cechy; nie ma ludzi jednocześnie naprawdę mądrych i złych, bo dobroć to mądrość serca, a mądrość to dobroć rozumu; podobnież głupota i zło nawzajem się warunkują i kojarzą, a może nawet tworzą po prostu pewien spójny „syndrom charakterologiczny”, jak go tworzą dwie przeciwstawne im, nazwane powyżej cechy)...
Benedyktowi Dybowskiemu poświęcono dziesiątki książek, setki artykułów. I w każdej publikacji podkreśla się w sposób szczególny właśnie jego ogromne zdolności intelektualne oraz nieprzekupną uczciwość i dobroć moralną. Poparte tytaniczną pracowitością te dary Boże zaowocowały w ciągu długiego, bardzo długiego, życia dziedzictwem bogatym, godnym szacunku i wdzięcznej pamięci potomnych...
Pisze o nim historyk Andrzej Trepka: „Żarliwy w działaniu, gorącym sercem oddany twórczej pracy na bardzo rozmaitych polach – stale miał przed oczami nie swój osobisty interes, ale dobro Ojczyzny, nauki, ludzkości. Zależnie od potrzeb w danym czasie najważniejszych, był organizatorem wyzwoleńczych walk narodu, lekarzem – społecznikiem, heroldem darwinizmu i ateizmu, szermierzem postępu – w teoriach i badaniach przyrodniczych, w światopoglądzie, w wizjach społecznych; to znów – twórcą programów moralnej odnowy ludzkości.
Przez całe długie życie pchała go do czynu niespożyta pasja odkrywcy, który w wyświetlaniu tajemnic przyrody widział swoje posłannictwo i najwyższe szczęście osobiste. Dwoił się i troił, swym entuzjazmem porywając innych. Tak pracował twórczo osiemdziesiąt lat!”.
Dybowski bardzo chętnie nadawał nowo odkrytym i opisanym przez siebie gatunkom flory i fauny syberyjskiej „nazwy drogich mi osób” – jak pisał – czyli Polaków, kolegów w pracy naukowej lub zesłaniu. Tak w katalogach międzynarodowych zjawiły się m.in. Idus Wałeckii, Phoxinus Łagowskii, Ladislavia Taczanowskii, Phoxinus Czekanowskii, Micraspius Mianowskii, Phoxinus Jelskii i in. Z drugiej strony jego imię nadano ponad 50 gatunkom flory i fauny, jak to np. było z egzotycznym mieszkańcem Syberii jeleniem plamistym (Cervus dybowskii), gatunkiem ślepca Myospalax dybowskii, czy rybą golomianką (Comephorus bajcalensis dybowskii). Został w roku 1884 członkiem Polskiej Akademii Umiejętności, a w 1928 – Akademii Nauk ZSRR.
Credo Dybowskiego, jego filozofii naukowej i życiowej, streszczało się w jednym zdaniu: „Omnia mala scientia vincet” – Wszelkie zło zwycięża wiedza. Nawet jeśli dziś nie możemy bez zastrzeżeń podzielać tego, być może, zbyt optymistycznego, zdania, to jednak rozumiemy szlachetne intencje człowieka, który tę piękną myśl wyznawał.
Gabriel Winkiewicz, profesor rosyjski, wydał o naszym wielkim uczonym trzy książki: 1. B. J. Dybowskij. Osnownyje etapy żizni i diejatielnosti, Irkuck 1961; 2. Geograficzeskije issledowanija B. J. Dybowskogo, Mińsk 1964; 3. Wydajuszczijsia geograf i putieszestwiennik, Mińsk 1965.
W jednej z tych książek pisze: „Działalność Benedykta Dybowskiego stanowi jaskrawy przykład tego, jak ogromny pożytek przynosi człowiek swą nieustanną pracą, umiejętnością wykorzystywania wszystkich swych zdolności i twardą wolą osiągania celów, jakie przed sobą stawia”...
***

Benedykt Dybowski urodził się we wsi Adamczyn niedaleko Mołodeczna na Ziemi Mińskiej 30 kwietnia 1833 roku. Pochodził z rodziny o głębokich tradycjach kulturalnych i patriotycznych. Matka była de domo Przysiecka. Pewien fragment ze wspomnień Dybowskiego oddaje dobrze atmosferę jego lat dziecięcych. „Adamczyn była to śliczna miejscowość, otoczona półkolem pięknych gajów brzozowych z przymieszką sosen i świerków, wśród pagórkowatej okolicy. Przez duży ogród przepływał strumień, którego wody spadały kaskadą ze stawu; w pobliżu jego stał dom murowany, biało tynkowany i drewniana oficyna. Mimo dworu biegł gościniec licznie uczęszczany, wiodący od Dubrów do miasteczka żydowskiego Rakowa. Tędy ciągnęły tłumy zziębniętych wojowników, wracających w 1812 roku z Moskwy. Biednych, chorych, rannych, kalekich, a wszystkich zgłodniałych, karmiła i przechowywała babka nasza... O tych nieszczęśliwych opowiadała nam często, prowadziła nas do gaju, wskazywała miejsce ich pobytu; my to miejsce uważaliśmy za święte. Z babką odwiedzaliśmy wieśniaków, ona leczyła chorych, miała całą apteczkę domową. W ogrodzie uprawiała rozmaite zioła lecznicze: rabarbar, rumianek, miętę, szałwię. Uczyła nas zbierać zioła, suszyć i używać; pod jej kierownictwem nabierałem powołania do zajęć leczniczych. Stosunek do służby dworskiej i wioskowej był prawdziwie rodzinny i wprost idealny... Uważaliśmy Adamczyn jako raj ziemski, byliśmy tu otoczeni atmosferą najzupełniej staropolską. Mowa, stroje codzienne i uroczyste, zwyczaje były polskie...” Tak więc patriotyzm, demokratyzm, zamiłowania poznawcze wyniósł Dybowski z domu rodzinnego. Przez całe życie przeniósł w swym sercu miłość do ludzi i ziemi Białej Rusi, którą we wszystkich pracach nazywał czule imieniem „Białolechii”.
Miał 2 siostry i 4 braci.
Nauki gimnazjalne pobierał Benedykt w Mińsku. O latach tych wspominał w druczku Przed półwiekiem: „Urządzenie internatu było porządne. Mieliśmy wielką salę do wspólnej nauki z ogromnym stołem politurowanym, obstawionym taburetami. Każdy z uczniów miał swoją szafkę zamykaną na klucz, gdzie chował książki i kajety... Obok sali była sypialnia z łóżkami drewnianymi, stojącemi w szeregu” etc...
Z okresu dzieciństwa zachował Dybowski jaskrawe wspomnienia o bezeceństwach władz rosyjskich na ziemiach zabranych Polski i Białorusi. Wspomina, jak władze carskie odbierały rodzinom żydowskim dzieci, wywoziły je gdzieś w głąb Rosji, by wychować na patriotów państwa rosyjskiego. „Wywożenie odbywało się publicznie; wozom ochranianym przez wojsko piesze i przez kozaków, towarzyszyły setki lamentujących żydówek; płacz dzieciaków, głośne łkania tłumu robiły przygnębiające wrażenie”... I dalej: „Mikołaj I nie cierpiał antypatycznie żydów, szczególnie wstrętnemi były dla niego: brody, pejsy, nosy hakowate i chałaty żydowskie, to też następnie kazał żydom golić brody, strzydz pejsy, nie wdziewać chałatów, a żydówkom zabronił nosić turbany i klapiące pantofle. Prawie wszystkie te rozporządzenia wykonać się dały; pamiętam jednak lament żydów i sceny rozmaite golenia bród, strzyżenia pejsów i obcinania chałatów na policji”.
Tak bezecne postępowanie władz z ludnością wstrząsało duszą młodego człowieka i napawało ją odrazą do każdego przejawu despotyzmu czy poniżania godności ludzkiej.
W latach 1851–1860 odbył Dybowski studia medyczno-przyrodnicze na uniwersytetach Dorpatu (Tartu), Breslau (Wrocławia), Berlina, Sztokholmu, Petersburga. W trakcie krótkiego pobytu na Śląsku zaprzyjaźnił się ze znanym pszczelarzem Janem Dzierżoniem i przestudiował jego teksty naukowe. Doktoryzował się w Berlinie na podstawie rozprawy Commentatio de Parthenogenesi specimen..., Berlin 1860.
W 1862 roku w Dorpacie ukazała się w języku niemieckim książka Versuch einer Monographie der Cyprinoiden Livelands nebst einer synoptischen Aufzählung der europäischen Arten dieser Familie, której autorem był właśnie dr Benedict Nałęcz Dybowski. Była to druga książka naukowa naszego wybitnego, wówczas jeszcze bardzo młodego uczonego.
Podczas nauki w Dorpacie związał się Benedykt z polską konspiracją patriotyczną, należał też do kółka abstynentów „Bracia mleczni”...
8 maja 1861 roku zorganizował na polecenie zwierzchnictwa rewolucyjnego słynną manifestację polityczną młodzieży w Wilnie. Został schwytany przez policję i na kilka miesięcy deportowany z sześcioma wilnianami za Ural.
Po powrocie do kraju w 1862 roku pełni funkcję wykładowcy Szkoły Głównej w Warszawie. Jednak jego laboratorium naukowe wkrótce staje się miejscem schadzek polskich patriotów, bywa tu m. in. przyszły dyktator powstania Romuald Traugutt. Ponownie zostaje więc młody profesor schwytany przez żandarmerię i przez sąd doraźny skazany na powieszenie. Dopiero pod szubienicą nadeszła wiadomość o zamianie kary śmierci na 12 lat katorgi. Zostaje okuty w kajdany i rusza w daleką drogę pod czujnym okiem policjantów. Miał spędzić w Syberii okres od 1864 do 1877 roku.
Na zesłaniu prowadzi intensywne prace badawcze, skupiając wokół siebie grono znakomitych uczonych, m.in. Jana Czerskiego, Aleksandra Czekanowskiego, Wiktora Godlewskiego. Bazując na teorii Darwina tworzy własną koncepcję pochodzenia Bajkału i jego fauny, jak również szerzej – flory i fauny Syberii, pod wpływem warunków geograficznych.
Spotykał się tu i współpracował przez pewien okres z wybitnym podróżnikiem Mikołajem Przewalskim, generałem rosyjskim polskiego pochodzenia.
Jako wybitny ichtiolog, badacz fauny jeziora Bajkał zasłynął Dybowski na cały świat, odkrył m. in. liczne gatunki skorupiaków, żyjących na głębokości ponad 1 tysiąca metrów, przy czym sam konstruował i sporządzał wymyślne urządzenia do połowu fauny jeziorowej na wielkich głębokościach. Trzeba powiedzieć, że Bajkał nie przypadkowo jest często zwany morzem. Wielkość lustra tego jeziora stanowi 31,5 tys. km2, długość 636 km, szerokość waha się od 25 km do 79,4 km, zaś głębokość sięga 1620 m (dla porównania: jezioro Tanganika osiąga głębokość 1435 m, a Morze Kaspijskie, największy zbiornik jeziorny – „tylko” 945 m).
Z 1182 gatunków fauny bajkalskiej aż 700 stanowią gatunki, których nie spotyka się nigdzie indziej na świecie, jak np. „benedykcje” czyli ślimaki przedoskrzelne, odkryte i opisane przez braci Dybowskich, czy endemiczne gąbki z rodzaju Lubomirskia, tworzące na łąkach podwodnych całe malownicze osiedla... Odkrycia naukowe Dybowskiego dokonane na tym terenie na zawsze zostały zapisane do annałów nauki rosyjskiej i światowej. Gdy jednak Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne zwróciło się do B. Dybowskiego z propozycją, by wyraził zgodę na oficjalne dodanie do jego nazwiska przydomku Bajkalski – w uznaniu zasług – uczony odmówił, ponieważ to nowe nazwisko „Dybowski-Bajkalski” musiałby zatwierdzać osobiście cesarz Wszechrosji, gnębiciel Polski...
Trzeba przyznać, że początkowo rosyjskie towarzystwa i organizacje naukowe bojkotowały i blokowały działalność Dybowskiego, wyniki bowiem i fakty, jakie ustalał, obalały teorie ówczesnych autorytetów. A, jak wiadomo, nikt takich nowatorów nie kocha. Dopiero pomoc wpływowych rodaków (Branicki, Radoszkowski, Despot Zenowicz, Jankowski) umożliwia mu zarówno kontynuację badań, jak i publikowanie ich wyników. Dopiero po ukazaniu się w 1874 roku kolejnej jego ważnej książki przełamało lody, a w 1881 otrzymał nawet order Św. Stanisława.
W 1877 roku Dybowski powraca do Polski, ale jako zagorzały wolnomyśliciel wywołuje wokół siebie konsternację. Polacy szczują go za ateizm, Żydzi – za to, że jest gorącym polskim patriotą. Po gorzkim doświadczeniu tej „polskiej tolerancji” ponownie udaje się wybitny uczony do Rosji, tym razem dobrowolnie, na wschodnie krańce imperium, na Kamczatkę. Według danych Dybowskiego na Syberii Wschodniej żyje 559 gatunków ptaków, 216 ssaków, 109 ryb. Przed jego badaniami w tym regionie nauka znała 211 gatunków ptaków i 60 gatunków ssaków (Por. B. Dybowski Spis systematyczny gatunków i ras zwierząt kręgowych fauny Wschodniej Syberii, Lwów 1922).
O kamczackim okresie działalności naszego rodaka historyk Zygmunt Librowicz pisze co następuje: „Jako lekarz na Kamczatce Dybowski pracował na miejscu przez lat cztery (piąty rok zabrały mu dwie podróże tam i z powrotem), a była to praca bardzo uciążliwa. Do niego należały czynności urzędowo-lekarskie na całym tym półwyspie i na Wyspach Komandorskich, 200 mil morskich od Petropawłowska odległych. Zimą jeździł „za czynnościami” na saniach w psy zaprzężonych, latem łodzią po rzekach lub parowcach po morzu, a gdzie wody nie ma, to konno wierzchem. Za przybyciem zawsze załatwiał najprzód interesa lekarskie i w wolnych tylko chwilach mógł się oddawać poszukiwaniom.
Działalność Dybowskiego w Kamczatce nie ograniczała się na zajęciach lekarskich i studiach przyrodniczych: zapragnął on mocno wpłynąć na polepszenie ekonomicznych stosunków Kamczatki i w tym celu porobił niektóre kroki, z kosztami nawet połączone, jako to: sprowadził własnym kosztem nasiona roślin, których wprowadzenie uważał za pożyteczne dla kraju, podawał do władz sprawozdania tyczące się polepszenia bytu mieszkańców itp. Szczególnie ważny jest jego memoriał podany do gubernatora, w celu wprowadzenia specjalnej ustawy łowieckiej. Sobole i inne zwierzęta dające futra stanowią ważny artykuł bogactwa Kamczatki, lecz wskutek nieporządnego polowania zwierzyna ta staje się coraz rzadszą i, według wyrachowania Dybowskiego, za jakie lat 20 sobole zupełnie zaginą, albo co najmniej staną się rzadkością. Dla zaradzenia temu, występując na pozór jako zamiłowany zoolog, proponował Dybowski wzbronienie tępienia tej zwierzyny, dalej szereg ograniczeń, których wprowadzenie i dopilnowanie zapewnić miało utrzymanie się zwierza, a przez to bogactwa krajowego. Tym sposobem okazał się Dybowski pierwszorzędnym filantropem i jest może jedynym z podbiegunowych podróżników, , który w tym kierunku pewną zasługę położył... Jeżeli kiedy Kamczadale, Koriaci i Łomuci zdobędą się na epopeę narodową, to niezawodnie Dybowski będzie w niej figurował pod nazwą jakiegoś półboga i odegra w niej rolę dobroczynnego ducha, który w opiekuńczej troskliwości o przyszły byt lekkomyślnej ludności, zabezpieczył od zagłady jedną z głównych podstaw jej utrzymania, obfitą w tej okolicy futrodajną zwierzynę (...).
Latem roku 1881 Dybowski objechał naokoło Kamczatkę, konno, we czterech ludzi. Dotąd nikt tego nie próbował, mniemano nawet, że jest niemożebnym odbycie tej drogi na jednych i tych samych koniach, ale czegoś – jak się wyraził Dybowski – silna wola dokonać nie zdoła. Cała ta droga wynosi 2600 wiorst, a ze zboczeniami dochodzi do okrągłej cyfry 3000. Podróż ta, bez drogi po lasach, górach, bagnach, z przeprawami przez rzeki o grząskich brzegach, przedstawiała przeszkody niepodobne na pozór do pokonania. Wszystko to zwalczono i szczęśliwie do Petropawłowska na czas wrócono. Dybowski złamał podczas wycieczki żebro (...).
Nieskalany charakter, dusza czysta i wzniosłym celom oddana, bezinteresowna i wolna od przeceniania wszelkich błahostek życiowych – oto charakterystyczne cechy Dybowskiego, które mu zjednały gorących wielbicieli w kraju, a szczerych przyjaciół na wygnaniu i podczas dobrowolnego pobytu na dalekiej północy”.
Znany jest powszechnie fakt, że podróżnik szwedzki Nordenskjöld uważał prace Dybowskiego za „najważniejsze osiągnięcia naukowe” tamtych czasów i nieraz wyrażał podziw dla jego żelaznego charakteru.
Przez wiele lat współpracował Dybowski z Pamiętnikiem Fizyograficznym, zamieszczając w nim m.in. recenzje o ukazujących się wówczas dziełach z dziedziny botaniki i ziołolecznictwa, jak również publikując wyniki własnych badań w tej dziedzinie. Współpracował też, jako popularyzator nauki, z licznymi periodykami wysokonakładowymi w Polsce i Rosji.
Dybowski był autorem ponad 350 prac naukowych z dziedziny zoogeografii, systematyki zwierząt, anatomii porównawczej, medycyny, socjologii, historii i in. w języku polskim, niemieckim, rosyjskim, łacińskim.
***

Dużą sławę zaskarbił sobie nasz profesor nie tylko na niwie nauki, lecz także jako człowiek o wyjątkowo wysokich walorach etycznych. Zapamiętałe dorabianie się majątku uważał m.in. za rzecz niegodziwą – w każdych okolicznościach: Każde bogactwo – pisał – wyrasta na krzywdzie innych; kto dąży do fortuny, ten nieraz z drogi prawej zejść bywa zmuszony”. Jeśli komuś pomógł jako lekarz, nigdy nie brał płaty, piętnując kolegów pobierających honoraria, gdyż przez to „robią z najszlachetniejszego zawodu – najwstrętniejsze z rzemiosł”. Mało tego: na zesłaniu niezamożnym pacjentom z reguły oferował leki kupowane za własne pieniądze. Największą ofiarność okazywał względem swych rodaków-zesłańców, jak też miejscowej ludności – Aleutów, Kamczadałów, Jakutów, Jukagirów – spychanych przez imperializm carski na margines życia społecznego. Całe pieniądze, mozolnie zarobione na Kamczatce, obrócił na potrzeby krajowców, między innymi importując z Europy i Ameryki nieznane tam gatunki roślin uprawnych i zwierząt hodowlanych; a dobrodziejstwo wprowadzenia renów na Wyspę Beringa przeżyło jego samego – we wdzięcznej pamięci członków miejscowego plemienia i w polepszeniu warunków ich bytu. Przysłużył się dalekiej i śnieżnej Syberii szlachetny mińszczanin, a ona uwieńczyła go nieśmiertelną sławą. „Leczył darmo, odkrywał zagadki tej ziemi, dla prymitywnych jej ludów był ojcem najczulszym – jak nikt przed nim, a niewielu po nim. Aż wszedł do ich panteonu opiekuńczym bóstwem, brzmiącym egzotycznie: Polak. Takim w aleuckich i kamczadalskich wierzeniach jest po dziś dzień, z czcią sławiony przez usta pieśniarzy i szamanów z końca świata” (A. Trepka Benedykt Dybowski, Katowice 1979).
Po powrocie z Rosji został profesorem na Uniwersytecie Lwowskim obejmując katedrę antropologii i filozofii przyrody. Był zwolennikiem światopoglądu, który można by było nazwać naturalistycznym ewolucjonizmem. Podkreślał, że najrozmaitsze formy życia od ameby do człowieka podlegają tym samym ogólnym prawom biologicznym. Społeczeństwo traktował jako swoisty organizm. Jedność przyrody i świata ludzkiego uznał za naczelną zasadę nauki. Stąd też płynęła jego wiara w uniwersalność ewolucjonizmu, w konieczność podporządkowania nauk społecznych metodom nauk przyrodniczych.
We Lwowie przebywał Dybowski aż do śmierci (w roku 1930). Do ostatnich dni walczył z tym, co uchodziło w jego oczach za obskurantyzm i zacofanie, opracował własną utopijną wizję ewolucji ludzkości. Postulował m.in. powszechne wprowadzenie międzynarodowego języka esperanto na miejsce języków narodowych, zniesienie wszystkich religii, kategoryczny zakaz używania alkoholu, tytoniu i narkotyków. W bronieniu swych racji był nieustępliwy aż do uporu, żarliwy aż do apodyktyczności. Łatwiej – mówił – napisać księgę, niż żyć jeden dzień cnotliwie. Łatwiej walczyć orężem z najgorszym nieprzyjacielem, niż toczyć bój z przesądem, wiekami uświęconym.
Wieloma swymi ideami, pomysłami, marzeniami wybiegał Benedykt Dybowski poza ramy, poziom i uwarunkowania swej epoki; podobnie jak ów bohater poematu Friedricha Schillera, twierdzić mógł:
Nie dojrzało jeszcze to stulecie
Do moich ideałów, żyję myślą
W onym świecie
Przyszłości, wolny obywatel
Między jeszcze nie urodzonymi duchy
jestem jak obraz epoki
dotąd nie istniejącej.

Należał Dybowski do plejady polskich myślicieli – racjonalistów, którzy, z jednej strony, byli niejako wyobcowani ze, w znacznym stopniu katolickiego, społeczeństwa polskiego, oraz, z drugiej strony, przerastali zbyt drastycznie poziom swego otoczenia pod względem intelektualnym, by mieć z nim jakieś punkty styczne.
Najbliższe otoczenie tych znakomitych i światłych ludzi nie miało i w zasadzie nie mogło mieć z nimi nic wspólnego, większość bowiem, jego stanowili – że użyjemy włoskiego idiomu – „pro maxima parte illiterati et idiotae”. Jak wszędzie i zawsze...
Uderzającą cechą światopoglądu Dybowskiego był konsekwentny, filozoficznie ugruntowany, chciałoby się rzec – uparty, ateizm. Wydaje się jednak, że źródłem tego stanu rzeczy wcale nie były tylko i wyłącznie racje i argumenty naukowo-teoretyczne. „Ateizm znamionuje wolną myśl” – pisał Blaise Pascal – i dodawał: ale tylko do pewnego stopnia. I to jest niepodważalne. Wszelako zarówno elitarne, jak i szersze kręgi inteligencji europejskiej w drugiej połowie XIX – pierwszej połowie XX wieku hołdowały zasadzie nihilistycznej, negującej wiarę jako przejaw słabości duchowej. Dobitnie wyraził ten styl odczuwania i rozumowania Fryderyk Nietzsche, gdy pisał: „Każda wiara jest wierzeniem w prawdziwość czegoś. Najbardziej krańcową formą nihilizmu byłoby przeświadczenie: że każda wiara, każde wierzenie w prawdziwość czegoś są koniecznie fałszywe: ponieważ świata prawdziwego wcale nie ma. A więc: pozór perspektywiczny, którego pochodzenie leży w nas samych (ile że wciąż potrzeba nam ciaśniejszego, skróconego, uproszczonego świata).
Jest to miarą siły, do jakiego stopnia możemy wyznać przed sobą pozorność, konieczność kłamstwa nie zapadając się przez to”...
Wydaje się jednak, że jednym z najważniejszych czynników, warunkujących odejście od wiary i od kościoła wielu ludzi myślących, o prawym sercu i czystym sumieniu było zbyt ścisłe związanie się ówczesnych kościołów chrześcijańskich z władzą doczesną, jakże często nieludzką i nikczemną. Zbliżenie to było nieraz tak ścisłe, że wydawało się, iż aparat polityczny, w tym policyjny, i kościół stanowią jedną całość. W tej sytuacji nieuchronnie protest społeczny musiał nabierać też form nie tylko antyklerykalnych, ale i antyreligijnych. Wydaje się to potwierdzać profesor Florian Znaniecki, pisząc w dziele Upadek cywilizacji zachodniej co następuje: „Osobnik buntujący się przeciwko jakiejkolwiek części doktryny lub dyscypliny religijnej naturalnie dochodzi do całkowitego ich odrzucenia i do szukania w zamian takiego poglądu na świat (skoro go nauczono, że musi mieć jakiś pogląd na świat), który by go uwolnił od obowiązku przyjmowania i czynienia rzeczy, które mu się nie podobają. Co więcej, doktryny kościoła, jak wszelkie doktryny panujące, tak często służyły za pokrywkę hipokryzji, płytkości, głupoty i lenistwa umysłowego; najwyższe zasady religii tak często używane były jako narzędzia świętokradztwa i tyranicznej nietolerancji, że bunt nieraz nabierał cech rzeczywistego lub pozornego moralnego obowiązku, i materializm pociągał buntowników, jak zawsze w podobnych wypadkach pociąga skrajne przeciwieństwo zwalczanej idei. Stąd wypływa to dziwne zjawisko, że najbardziej beznadziejna ze wszystkich doktryn, zaprzeczająca nie tylko wolności życia duchowego, ale samego jego istnienia, tak często bywała kojarzona z dążnościami do wolności intelektualnej i moralnej”.
Niewątpliwie ateizm B. Dybowskiego wynikał raczej z faktu, że znał księży i popów, będących konfidentami policji, niż z przesłanek ogólnofilozoficznych.
Oczywiście, nie ze wszystkimi jego koncepcjami można się zgodzić – nie ma takiej konieczności. Trzeba jednak pamiętać, że bardzo często tacy autorzy ekstrawaganckich idei, marzycielskich pomysłów, nonkonformistycznych projektów otwierają przed zaskoczoną ludzkością rozległe widnokręgi i jasne perspektywy rzeczywistego rozwoju.
***

W pisarstwie swym łączył B. Dybowski w sposób dziwnie niesprzeczny wewnętrznie precyzję opisu przyrodniczego, piękno retoryki patriotycznej, wzniosłość moralistyki obywatelskiej i zalety stylu estetycznego. W numerze 5 czasopisma Kosmos za rok 1898 umieścił Dybowski swój szkic geologiczno-botaniczno-zoologiczny o jednym z najsłynniejszych jezior naszych pt. Świteź. Czytamy m.in. w tym równie kompetentnym, co pięknym, tekście: „Pomiędzy jeziorami większemi w ziemi Nowogrodzkiej pierwsze miejsce zajmuje Świteź (...) Od chwili, gdy na horyzoncie piśmiennictwa naszego nadobnego zajaśniała Świteź wdziękiem promiennym poezji niezrównanej – stała się też ona królową jezior i na całym obszarze Polski, jak daleko sięga mowa nasza ojczysta. Dzisiaj po akcie koronacyjnym, dokonanym przez najwyższego kapłana świątyni natchnienia, największego poety naszego, nikt już chyba berła z jej dłoni królewskiej wytrącić nie potrafi. Bo gdyby teraz nawet ręka świętokradzkiego barbarzyńcy jakiego dopiąć umiała swego celu zbrodniczego i ogołociła ją ze wszystkich dzisiejszych jej powiatów, z całego piękna jej otoczenia, gdyby brudna spekulacja skaziła jej brzegi, gdyby jej odjęto nareszcie samo miano poetyczne, jak to uczyniono np. z górą Bekiesza, a i z Polską całą, to i wtedy wobec takich okoliczności fatalnych, łatwych zresztą już dzisiaj do przewidzenia – Świteź pozostanie w duszy całych pokoleń przyszłych – taką, jaką ją widział poeta i jaką ją oddał w rymach nieśmiertelnych”.
Ten stop uczucia szlachetnego, ideału etycznego i wiedzy dokładnej w przypadku B. Dybowskiego wynikał z zupełnie świadomego nastawienia, któremu dał wyraz rozpoczynając swój obszerny cykl artykułów pt. Dwie Świtezie w czasopiśmie Ziemia w 1911 roku. Oto jego „idea”: „Nastrój duchowy, z jakim przystępować winniśmy do badań nad poznaniem kraju naszego, maluje dobrze wiersz poety A. Gliszczyńskiego Kochaj swą ziemię...
Kochaj swą ziemię rodzinną
Nad wszystkie skarby,
Szarą jej skibę równinną
I wzgórków garby

Kochaj kobierce pól złote
I gwarne lasy,
I cały wdzięk i prostotę
Jej swojskiej krasy.
I jej tęsknotę wieczystą,
Co nad nią drzemie.
Kochaj swą ziemię ojczystą
Nad wszystkie ziemie.
I chociaż olśnią twe oczy
Innych ziem czary,
I mniej się wyda uroczy
Twój kącik szary,
Gdy opłakując w cichości
Los twej zagrody,
Obcym twój duch pozazdrości
Słodkiej swobody,
Niech będzie tem więcej droga
Ta twoja niwa,
Im bardziej smutna, uboga
I – nieszczęśliwa”...
***

Interesujące są rozważania Dybowskiego o psychologii poznania. Tak np. w dziele O światopoglądach starożytnych i naukowym pisze: „Wszystkie poglądy na budowę wszechświata były (w starożytności) „geocentryczne”, czyli uznawano Ziemię za środek główny stworzenia wszechświatowego. Następnie były one „antropocentryczne”, to znaczy, że przypuszczano, iż dla człowieka jedynie cały wszechświat został stworzony. Takie dziecinne poglądy miały w swoich skutkach najsmutniejsze dla ludzkości wyniki: wytworzyły to, co nazywamy „megalomanią”, czyli chorobliwą manię wielkości. Tak np. Żydzi są dotąd przekonani, że oni są wybrani przez jedynego prawdziwego Boga za naród specjalnie przez Niego ukochany; za ich przykładem poszły i inne narody. Megalomania zawładnęła umysłami ludów, szerząc fanatyzm, szowinizm, depcząc wszelkie uczucia sprawiedliwości, moralności, etyki, miłości bliźniego. W miejsce tych cnót koniecznych powstały wstrętne zasady nienawiści plemiennej, siły pięści przed prawem i chorobliwa żądza panowania nad innymi.
Takie to są rezultaty działalności na umysł ludzki światopoglądów starożytności: one wytworzyły dzisiejsze przekonania, że „mój naród jest najlepszy, bo ja do niego należę; mój światopogląd jest najprawdziwszy, bo ja w niego wierzę”. Wszelkie logiczne zarzuty przeciwko takim przekonaniom są niedopuszczalne, uznane za niepatriotyczne, a nawet za heretyczne... Ogólną ich cechą jest wstręt do prawdy, z którego płynie ciągła troska o niedopuszczenie prawdy na światło dzienne a stąd zacięta walka z wiedzą. Oni tak się boją prawdy, tak jej nienawidzą, że zdolni są do najbardziej barbarzyńskich czynów, byleby ją pokonać”.
Proroczo też nasz wielki rodak pisał na początku wieku XX, wieku dwóch wojen światowych: „Każdy racjonalnie i logicznie myślący człowiek, wolny od takich chorób umysłowych jak megalomania, daumomania, veritofobia – widzi jasno, że dzisiejsze wypadki grozą przejmujące są nieuniknionym rezultatem działalności chorobotwórczej, psychicznej, światopoglądów panujących wszechwładnie wśród społeczeństw”...
***

Wyjątkowo interesujące są wywody Dybowskiego o rasach i etnosach ludzkich. W dziele O starożytności rodu ludzkiego w świetle najnowszych badań (Lwów 1904) snuje nasz uczony następujące błyskotliwe rozumowanie: „Przed niedawnymi czasy jeszcze myślano, że pierwotny składnik społeczny, mianowicie horda, może być uważana jako wyraz czystości rasowej, ale badania dokładnie wykazały, że i ten składnik pierwotny np. u Eskimosów albo u mieszkańców Ziemi Ognistej, jest już skomplikowany, bo nawet i tam da się wyróżnić kilka typów antropologicznych.
Zresztą budowa fizyczna i właściwości psychiczne nie są czymś stałym; zmienność cech jest rzeczą konieczną wobec zmieniających się nieustannie warunków otoczenia. Jako dowody, mające świadczyć przeciwko tym zasadom, stawiano rasę żydowską i egipską. Żydzi z czasów biblijnych uważani byli najdłużej za rasę najmniej zmieszaną, a przecież składali się oni z 12 pokoleń, żadnymi więzami etnicznymi ze sobą nie związanych, a tylko wyznaniowymi; krzyżowali się oni przy tym ze wszystkimi plemionami zamieszkującymi Palestynę i kraje przyległe. Po emigracji z Palestyny wchodzili w związki z ludami Europy. Dziś kto by chciał dopatrzeć się u żydów jedności rasowej, musiałby chyba wdziać na siebie okulary niewiedzy. A wszakże są badacze i uczeni, którzy twierdzą, że rasa żydowska od wyjścia z Palestyny wcale się nie zmieniła. Przyczyną takiego zapatrywania jest złudzenie wywołane pozorną jednostajnością typu psychicznego żydów.
(Już sam pobyt w warunkach odmiennych musiał z konieczności położyć swą pieczęć na Izraelitach. Gdym widział ich w Adenie, dopiero wtedy poznałem różnice żydów azjatyckich od europejskich. Gdybyśmy mieli okazy wróbli naszych z czasów przedhistorycznych i porównali je z okazami obecnie żyjącymi, to bylibyśmy znaleźli między nimi różnice.  „Panta rei” Heraklita ma swoje zastosowanie najoczywistsze w morfologii człowieka. Wszystko płynie, wszystko się zmienia, a człowiek jeden miałby dziwaczny przywilej pozostawania niezmienionym? Na to trzeba przynajmniej zaszczytu należenia do narodu wybranego i umiłowanego przez Jehowę. Taka wiara dobra jest dla ciemnoty, ale traktować ją na serio w nauce jest już dzieciństwem)”.
Równie twórcze i zgodne z danymi nowoczesnej etnologii są roztrząsania Dybowskiego o tzw. „typie etnicznym” człowieka. „Ludzie przez dłuższe współżycie – pisze uczony – połączeni ze sobą ścisłymi więzami wyznaniowymi, pozostający pod wpływem jednostajnych idei politycznych i zwyczajowych, nareszcie przez wsobność (zamkniętość w sobie – przyp. J.C.) ścisłą, wykształcają wspólność uczuć, a zarazem i wyraz tych uczuć: jak gesty, mowa etc. A więc powstaje przez to wszystko razem wzięte typ wspólny psychiczny, a następnie w ten sposób wytwarza się tak zwana jedność narodowa. Ta wypływa zwykle z sympatii do tego, co do nas jest podobne, co się widzi co dnia, do czego się przywyka, ale zarazem też z antypatii do tego, co jest od nas różne i do czego się nie przywykło.
Jak do ludzi sobie podobnych tak i do krajobrazów przywyka człowiek i naród cały i tu jest źródło miłości ojczyzny. Składniki tego przywiązania są różne. I tak odnośnie do ziomków nasamprzód idą cechy fizyczne, ujednostajnione w danej grupie narodowej przez sposób noszenia zarostu na głowie i twarzy, przez jednostajną odzież, jednakie ruchy, podobny wyraz twarzy. Różnice takich cech odczuwają ludy bardzo silnie, z jednej strony przywiązują się do tego, co jest swoje, z drugiej strony czują niechęć albo odrazę do tego, co jest obce. Dosyć tu wspomnieć o pejsach i jarmułce; niechaj kto przywdzieje jarmułkę i zapuści pejsy, a wszyscy go poczytają za izraelitę.
Następnie za wyglądem zewnętrznym idzie mowa, same ruchy ust i twarzy wykonywane przy danej mowie krystalizują się w wyrazie lica. Mowa to straszny despota, bo nawet różnica dialektu, a nawet akcentu, staje się powodem do niechęci albo do sympatii.
A dalej odmienność wiary, najdrobniejsze różnice w dogmatach, w sposobie żegnania się lub odmawiania modlitwy są już dostatecznymi przyczynami, ażeby dać wyraz nienawiści i fanatyzmu, albo wielkiego współczucia”.
Są to obiektywnie stwierdzalne prawidłowości i fakty, uznawane przez nowoczesną etnologię za oczywiste, ale pierwszeństwo precyzyjnego opisu naukowego tych zjawisk należy do naszego uczonego.
Bardzo podobną do tej koncepcji w końcu XX wieku opracował jeden z najwybitniejszych etnologów i historyków rosyjskich Lew Gumilow, autor wielu oryginalnych hipotez i idei w dziedzinie etnogenezy, badacz o niewątpliwie światowej sławie. Znał on dobrze dzieła Dybowskiego i bazując na jego myśli poszedł dalej w rozwoju doktryny etnologicznej, uzupełniając ją wieloma świetnymi pomysłami. Zobaczmy, co pisze na temat pochodzenia narodów Lew Gumilow w dziele Geografia etnosu w okresie historycznym (Moskwa 1990, s. 28–31): „Narodziny każdej instytucji społecznej poprzedzane są przez zjednoczenie się określonej liczby ludzi, sympatycznych sobie nawzajem. Przystępując do działania wkraczają oni do procesu dziejowego, scementowani przez obrany przez nich cel i los dziejowy. W jaki by sposób nie ułożyła się ich przyszłość, wspólnota losu - jest to warunek sine qua non.
Taka grupa może zostać rozbójniczą bandą wikingów, sektą religijną mormonów, zakonem templariuszy, wspólnotą mnichów buddyjskich, szkołą impresjonistów itp., lecz wspólne co można wynieść poza nawias - to podświadome dążenie tych ludzi do siebie nawzajem, niech nawet tylko w celu prowadzenia ze sobą sporów. Dlatego te embrionalne zrzeszenia nazywamy konsorcjami. Nie każda z konsorcji wyżywa; większość jeszcze za życia założycieli rozsypuje się, lecz te, którym udaje się ocaleć, wchodzą do historii społeczeństwa i natychmiast obrastają formami socjalnymi, często tworząc tradycję.
Te nieliczne, których los nie urywa się pod ciosami zewnętrznymi, dożywają do naturalnej utraty zwiększonej aktywności, lecz zachowują inercję pociągu jeden do drugiego, wyrażającą się we wspólnych przyzwyczajeniach, gustach, odbiorze świata itp.
Tę fazę komplementarnego zrzeszenia nazywaliśmy konwiksją. Ona już nie ma siły oddziaływania na otoczenie i podlega kompetencji nie socjologii, lecz etnografii, ponieważ tę grupę jednoczy byt. W sprzyjających warunkach konwiksje są stabilne, lecz zdolność sprzeciwiania się otoczeniu dąży u nich do zera, i wówczas rozsypują się one wśród otaczających konsorcji (...)
...U podstaw podziałów etnicznych leżą różnice w zachowaniu się indywiduów, składających się na etnos... Każda żyjąca osoba tworzy wokół siebie jakieś napięcie, posiada jakieś rzeczywiste pole energetyczne lub układ takich pól, na podobieństwo elektromagnetycznego składającego się z linii siłowych, które się znajdują nie w stanie spokoju, lecz wahają się rytmicznie z określoną częstotliwością.
Ponieważ indywidua o nowym nastroju współoddziaływują ze sobą, to natychmiast powstaje całość – jednonastrojowa pod względem emocjonalnym, psychologicznym i zachowania, co widocznie ma sens fizyczny. Najprawdopodobniej widzimy tutaj jednakową wibrację bioprądów tych indywiduów, innymi słowy – jedyny rytm (częstotliwość drgań). Właśnie on jest odbierany przez obserwatorów jako coś nowego, niezwykłego, nie swego. Lecz jak tylko takie „pole pasjonarne” powstaje, natychmiast nabiera kształtów instytucji socjalnej, organizującej zespół pasjonarów: wspólnotę, szkołę filozoficzną, drużynę, polis itd. Przy tym ogarniane są nie tylko indywidua pasjonarne, lecz także te, które otrzymały tenże nastrój na drodze indukcji pasjonarnej. Konsorcja przekształca się w etnos, który w procesie rozszerzania się podbija (politycznie lub moralnie) inne etnosy i narzuca im swój rytm. Ponieważ rytm nakłada się na inne rytmy, pełna asymilacja nie odbywa się, lecz powstaje superetnos. (...)
Ludzie się jednoczą na zasadzie komplementarności. Komplementarność zaś to nieuświadamiana sympatia do jednych ludzi i antypatia do innych, tj. komplementarność dodatnia lub ujemna. Gdy powstaje etnos początkowy, to inicjatorzy tego powstającego ruchu dobierają sobie aktywnych ludzi właśnie według tej komplementarnej cechy – wybierają tych, którzy są im po prostu sympatyczni.
„Chodź z nami, pasujesz do nas” – tak wikingowie dobierali młodzieńców do swych wypraw. Nie brali tych, kogo uważali za niepewnych, tchórzliwych, kłótliwych lub niedostatecznie bezlitosnych.
Romulus i Remus dobierali sobie do pomocy krzepkich chłopców, gdy na siedmiu wzgórzach organizowali grupę zdolną terroryzować okoliczne ludy. Ci chłopcy, w istocie swej bandyci, potem zostali patrycjuszami, twórcami potężnego systemu socjalnego.
Tak samo postępowali i pierwsi muzułmanie; oni domagali się od wszystkich islamskiego wyznania wiary, lecz przy tym starali się do swych szeregów wciągnąć ludzi, którzy im pasowali. Trzeba powiedzieć, że od tej zasady muzułmanie rychło odeszli. Arabowie zaczęli przyjmować wszystkich i zapłacili za to bardzo wysoką cenę, ponieważ, jak tylko trafili do nich osobnicy fałszywi, ci, którym w zasadzie było wszystko jedno, jeden Bóg czy tysiąc, a ważniejszy był zysk, dochody, pieniądze, to do władzy doszli ci ostatni – właśnie ci dwulicowi. (...) Jak tylko zasada doboru według komplementarności została zastąpiona przez zasadę powszechności, system doznał straszliwego wstrząsu i uległ deformacji.
Zasada komplementarności figuruje także na poziomie etnosu, przy czym nader skutecznie. Tutaj ona się nazywa patriotyzmem i znajduje się w kompetencji historii, ponieważ nie można kochać narodu, nie szanując jego przodków. Wewnątrzetniczna komplementarność, z reguły, pożyteczna jest dla etnosu, stanowiąc potężną siłę ochronną. Lecz niekiedy nabiera ona kształtów zwyrodniałych, staje się nienawiścią do wszystkiego co obce; wówczas jest zwana szowinizmem.
Komplementarność na poziomie typu kulturowego (...) z reguły wyraża się w wyniosłości, kiedy to wszystkich obcych i nie podobnych do siebie ludzi nazywa się „dzikusami”.
Podobieństwo rozważań Dybowskiego i Gumilowa rzuca się w oczy. Nasz profesor jeszcze na początku wieku XX ostrzegał dokładnie tak, jak Lew Gumilow przy jego końcu, przed przesadnymi uczuciami narodowymi, które mogą stać się w pewnych przypadkach niebezpieczne, jak każdy przejaw fanatyzmu. Dybowski pisał: „Im mniej są wykształceni ludzie, tym głębiej odczuwają oni najdrobniejsze różnice, a szczególniej w zewnętrznych cechach, i płacą je śmiertelną wrogością. Swój naród uważa każdy lud za wybrany, zaś wszystkie inne wobec niego za niższe, złe, nieczyste.
Swoją wiarę uznają ludzie danego wyznania za najlepszą, najprawdziwszą, z samego nieba objawioną. Obcych bogów uważa lud zwykle za wytwór ludzkiej wyobraźni, ale o swoich i pomyśleć w ten sposób się nie odważy, gdyż obawia się ściągnąć na siebie gromów ich niełaski albo gniewu i zemsty. Człowiek sam wytworzywszy bogów boi się ich następnie, jak dzieciak samego siebie, przebrawszy się za stracha.
Fanatyzm na egoizmie i uprzedzeniach oparty, nienawiść do wszystkiego co obce, zamiłowanie w tym, co się uważa za swoje dają piętno właściwe społeczeństwom i narodom. Te cechy, które zwykle na różnorodnym materiale są zaszczepione, wytwarzają jednak ostatecznie typ łudząco jednolity i to daje powód i podstawę do uznawania jednorasowości w swoim narodzie. Ani Żydzi, ani Egipcjanie nie są rasą czystą, za jaką sami uchodzić pragną. Toż samo ma miejsce z innymi narodami.
Trzeba się wyzbyć tego fatalnego przesądu, a wtedy staną ludy obok siebie jako uprawnieni bracia do uczestniczenia w tym, co się szczęściem nazywać powinno na świecie - do umiłowania człowieczeństwa całego i do uprawiania prawdy bez względu na to, czy ona jest swoją, czy obcą. Pomyślność dzieci jest szczęściem dla rodziców, tą drogą altruizmu dojdzie ludzkość do tego, że szczęście obce będzie jej własnym”...
***

Myśl Dybowskiego, czego by nie tknęła, czy to filozofii moralnej, czy psychologii poznania, czy zagadnień przyrodniczych – zawsze się ześlizguje niejako na zagadnienia społeczne i polityczne. Co nie zawsze tej myśli na dobre wychodzi. Ale trudno, podobno praktycyzm jest w ogóle cechą szczególną polskiego myślenia filozoficznego.
Poświęcał zresztą nasz uczony wiele uwagi i wprost aktualnym zagadnieniom społecznym swego czasu, jak np. tzw. kwestii kobiecej.
Traktując tę kwestię wyłącznie z punktu widzenia nauki biologicznej (Por. O kwestyi tak zwanej „kobiecej” ze stanowiska nauk przyrodniczych, Lwów 1897), Dybowski dowodzi w końcu, „że nie ma ani jednej z cech, należących do właściwości duchowych, przypisywanych charakterom kobiecym, której byśmy nie byli w stanie odszukać w indywidualnościach męskich i na odwrót, że one wszystkie są prawie równie pospolitemi u osobników płci obu, objawy ich tylko mogą być różne, albo nieco odmienne, ale to sedna rzeczy nie zmienia wcale, albowiem cele, intencje i metody czynów, wypływające wszystkie z jednakich właściwości duchowych, są w gruncie rzeczy te same.
I tak, czy jedne osobniki ciągnąć będą długie „treny” za sobą lub nosić na głowie całe ogrody kwiatów sztucznych, albo wiązki piór ptasich, zaś drugie strzępić będą wąsy jak szczotkę lub wdziewać dziwaczne wierzchnie ubranie i nosić krawaty i rękawiczki o krzyczących kolorach, to tym przecież nie zmienia się sama intencja czynu, mająca swe źródło w próżności – imponowania ulicy, zwracania na siebie gwałtem uwagi publiczności. Następnie, czy jedne indywidua przysiadać będą w kniksach japońskich do ziemi zaś inne giąć się będą w pałąk, chyląc łby w pokorze na znak czołobitności, to cel ich jest jednaki – chęć przypodobania się silniejszemu, pragnienie pozyskania dla siebie łask i względów możnowładnych”.
Dybowski obala tezę o rzekomo czysto kobiecych cechach charakteru, takich jak „namiętność niewiast do błyskotek, do ozdób, do barw jaskrawych, papuzich”; „bigoteria, wiara w dogmaty poparte tylko powagą autorytetu, poddawanie bezmyślne swego „ja” pod kierownictwo obce”; „niezdolność do logicznych sądów, do racjonalnego wnioskowania, łatwość przerzucania się z jednej ostateczności w drugą, zmieniania swoich przekonań, jak się zmienia rękawiczki”; „pochopność niewiast do wystawiania na pokaz nagich części swego ciała” etc, etc.
Polemizuje Dybowski m.in. z wybitnym filozofem Arthurem Schopenhauerem, znanym mizoginem, który wywodził: „Już sam widok postaci kobiecej poucza nas, że ona nie jest przeznaczoną ani do wielkich prac fizycznych, ani do prac umysłowych. Na opiekunki i wychowawczynie naszego pierwszego dzieciństwa nadają się kobiety nie dzięki swej miłości i cierpliwości, lecz właśnie dlatego, że same są dziecinne, niezgrabne i nierozgarnięte, czyli że same pozostają przez całe życie swoje wielkimi dziećmi, a raczej czymś pośrednim pomiędzy dzieckiem i mężczyzną, który sam właściwie tylko i jest człowiekiem”.
W tymże kierunku biegła myśl innego filozofa niemieckiego Nicolausa Hartmanna, który pisał: „Moralność kobiet jest najczęściej nieświadomą. Większość z nich przez całe życie pozostaje pod względem obyczajowym nierozwiniętymi dziećmi i dlatego też potrzebuje aż do samej śmierci ciągłej opieki oraz ciągłego kierownictwa... Płeć niewieścia jest płcią nieuczciwą i niesprawiedliwą. Kobiety z zamiłowaniem pławią się w potoku skłonności niezgodnych z prawem i etyką, mają wrodzoną skłonność do nadużyć, udawania i fałszu”.
Znany z antyfeminizmu był też Fryderyk Nietzsche, znakomity niemiecki filozof polskiego pochodzenia, który w dziele Tako rzecze Zaratustra nieraz dawał wyraz swej pogardzie do kobiet, radząc m.in. mężczyźnie, by nie zapomniał bicza, gdy udaje się do niewiasty...
Wszystkim im przeciwstawia Dybowski głęboko pod względem naukowym i psychologicznym ugruntowane przekonanie o wyjątkowej biologicznej, społecznej, etycznej wartości kobiety, która będąc matką, stanowiąc trzon rodziny, jest tym samym dzierżycielką losów całych narodów i państw. Wyraża też nasz uczony przekonanie, że ludzkość powinna będzie kiedyś wznieść się na taki poziom ucywilizowania, w którym nie będzie miejsca na pogardę dla kobiety, a nastąpi „era równości i cnoty. Nie inne formy pożycia społecznego uszczęśliwić potrafią człowieczeństwo, jako tylko altruistyczne, oparte na podstawach idealnie moralnej rodziny. Stwórzmy ją taką, a reszta będzie nam dana. Bez poszanowania ludzkiej godności kobiety nie spełni jednak rodzina swych doniosłych zadań.
***

Był profesor Dybowski jednym z pionierów europejskiej myśli ekologicznej, także w aspekcie humanistycznego stosunku do zwierząt. W jego dziełach nagminnie się spotyka fragmenty poświęcone zarówno temu zagadnieniu w sensie społecznym i filozoficznym, jak i konkretnym czworonogom, wyróżniającym się jakimiś szczególnymi zaletami fizycznymi czy psychicznymi.
W Pamiętniku np. (Lwów 1930, s. 47–48) czytamy: „Przebywając w tej wsi poznałem psa oryginalnego, jego nazywano psem polskim, gdyż trzymał się upornie partii więźniów Polaków. On nie znał panów, właścicieli swoich, lecz uznawał Polaków za swoich kolegów. Gdy był głodny, żądał posiłku od każdego Polaka. Gdy chciał się ułożyć do snu, to kładł się na narach tam, gdzie było miejsce przy Polakach. Czuł po węchu Polaków i z nimi tylko obcował, mochów nie lubił. Wzrost tego psa był niezwykle wysoki, potężna rozumna głowa z obciętymi uszami, szerść gładka, gęsta, jednobarwna, ciemno płowa (...) Jaka była jego przeszłość, niewiadomo. Od kiedy przyłączył się do partii zesłańców Polaków, również nie wiadomo. Legenda otaczała „Polaka”, jak każdą znakomitą, niezwykłą osobistość, nimbem prawie cudowności. Opowiadano o nim, że był już wielokrotnie sprzedawany sybirskim amatorom psów za grube pieniądze, lecz jak tylko nadeszła nowa partia polska, natychmiast szedł za nią, porzucając dostatki i wygody. Było to dziwne rozumne zwierzę, czuło się patrząc na jego mądre oblicze, że się ma przed sobą istotę poważną i myślącą. Jak on mógł węchem odróżnić Polaków od żydów w partii zesłańców, bo warczał na Paprockiego, jak wyróżniał mochów, jak wykazywał większą lub mniejszą życzliwość dla osób polskiego pochodzenia? O tym opowiadano całe historie. Co się stało z „Polakiem”, czy daleko zaszedł na wschód, nie wiadomo; ja go pozostawiłem przed Krasnojarskiem. Mówiąc o tej dziwnej zdolności poznawania narodowości i przymiotów duszy każdej osobowości ludzkiej przez zwierzęta, muszę tutaj wspomnieć o koledze wygnania na Syberię – Pawle Ekercie, warszawianinie, jego kochały wszystkie zwierzęta, i to w sposób tak oryginalny, że miłość ta budziła w widzach, patrzących na okazywane jej objawy, wprost zdumienie. Badania nad tajemniczością duchowych związków pomiędzy istotami ziemskimi, czekają na swojego Darwina. Ekert kochał zwierzęta i był mocno przekonany, że one odczuwają tę jego miłość. Tak np. w zwierzyńcu na Bagateli w Warszawie, gdy się tylko zjawił Ekert, natychmiast lwica, hiena i niedźwiedź dawały znać, że go pragną powitać, z nim się popieścić, ucałować go. Ekert otwierał drzwi do klatki hieny, wchodził do niej, siadał, ona rzucała się do niego z wyrazem najczulszej miłości, lizała go po rękach i po twarzy, skomliła jak pies, gdy wita swego kochanego pana, wracającego po długiej niebytności do domu. Ekert odpowiadał równymi oznakami czułości, gładził hienę, przytulał jej łeb do swojej twarzy etc. Takie pieszczoty obustronne trwały długo i trwać mogły całe kwadranse. Gdy Ekert opuścił klatkę hieny, ażeby powitać lwicę, hiena skomliła żałośnie... Najniebezpieczniejszymi karesami wydawały się widzom pieszczoty z niedźwiedziem, gdy Ekert wstępował do jego zagrody, ale on czuł się tam tak pewny, jak Daniel legendowy w lwiej jamie. Otóż jeżeli legenda o Danielu jest prawdziwą, to on nie był żydem, bo ci są nienawidzeni przez wszystkie zwierzęta; jest to charakterystyka tak pewna, że może służyć za cechę diagnostyczną dla wyróżnienia całego plemienia żydowskiego. Główna tajemnica takiej miłości zwierząt do pewnych ludzi mieści się w tym prostym zdaniu: „ażeby być kochanym, trzeba samemu kochać”. Ci, co tylko sami siebie miłują, będą znienawidzeni przez innych. Na tej samej podstawie budować się powinna przyszłość ludzkości, która jest jedynie w stanie wytworzyć raj na ziemi. „Kochać i być kochanym” stanowi najwyższe możliwe szczęście dla człowieka na ziemi. Ludzie źli głoszą walkę, sieją nienawiść, obiecują tłumom szczęście, ale po tej drodze szczęścia się nie pozyszcza nigdy”... Dziwnie chrześcijańska mentalność cechowała jednak tego zagorzałego ateistę...
***

Niesłychanie bystre, a miejscami wręcz fascynujące są obserwacje i rozważania Dybowskiego z dziedziny alkohologii.
W roku 1902 ukazała się we Lwowie nieduża objętościowo (187 stron), lecz zawierająca nieprzebrane bogactwo myśli i spostrzeżeń, książka Benedykta Dybowskiego O wpływie trunków alkoholicznych na organizm zwierzęcy i ludzki. Jako człowiek miłujący nade wszystko Ojczyznę, Naukę, Cnotę zaatakował w niej autor z pozycji patriotyzmu, wiedzy i dzielności moralnej odwieczną plagę ludzkości – alkoholizm. Wybitny lekarz i socjolog widział, że opilstwo jest wrogiem numer jeden rodziny, podstawowej komórki społecznej, w której kształtuje się oblicze duchowe zarówno poszczególnych jednostek, jak i całych narodów. Nie znajdziemy więc w jego słowach nawet cienia pobłażania ani w stosunku do tej plagi, ani w stosunku do tych, którzy jej ulegają. Przerzućmy kilka stron tej bardzo ciekawej książki...
Manjaków, ofiar alkoholizmu, mieniących się poetami genjalnymi, mieliśmy zawsze moc wielką na Litwie. Najbardziej znaną z pomiędzy nich był Krystalewicz w Wilnie... Występował z produkcjami swemi poetycznemi jeszcze za czasów Akademii Wileńskiej, wzorując swe utwory na Trembeckim, przyczem nazywał tego ostatniego „fuszerem” w porównaniu ze swoją genjalną osobistością. Ubierał się zwykle we frak, nosił pstre krawaty i pstre kamizelki, światłe kamasze i rękawiczki ceglasto-czerwonego koloru; wyprzedził więc o jakie pół wieku naszych wielkich mężów w kierunku elegancji i dystynkcji w ubiorze. Tak odświętnie ubrany zjawiał się po restauracjach, tam deklamował swoje utwory, zwykle na cześć obywateli bogatych pisane, i wymagał wynagrodzenia w formie gorzałki lub wina. Młodzież, stołująca się w pewnej jadłodajni, chcąc się pozbyć natręta poetycznego, zrobiła z nim umowę taką, że płacić będzie za wszystkie kieliszki przez niego wypite, byleby po każdym przełknął szklankę zimnej wody. Na piątym zaraz kieliszku zabastował Krystalewicz i już więcej do onego lokalu nie uczęszczał. Pamięć tego poety uwidoczniono litografją, przedstawiającą go w całej postawie; przyozdobiono ją nadto odpowiednim otoczeniem i dwuwierszem własnej kompozycji Krystalewicza. Ten dwuwiersz oryginalny cytuję poniżej, ma on wyrażać diagnozę osoby poety:
„I w postawie całej wedle Przyrodzenia
Jawnie oczywiście wcale bez wątpienia”.

Rozważania swe lekarskie nad „manjakalnymi alkoholikami” kontynuuje Dybowski następującymi słowy: „Podczas mojej długoletniej praktyki rzadko widziałem warjata abstynenta, a jeszcze rzadziej poetę abstynenta. Kobiety warjatki i kobiety alkoholiczki w stosunku do mężczyzn są zjawiskiem prawie wyjątkowem, znałem wprawdzie parę warjatek niepijących, lecz te zawdzięczały swoje obłąkanie alkoholizmowi ojca.
W ogóle działalność trunków alkoholicznych, używanych czy to w dozach umiarkowanych, czy też nieumiarkowanych, jest zawsze fatalna w swych skutkach dla człowieka; wyraża się ona bowiem u ludzi w przestępstwach, zbrodniach, w obłędzie (bądź całkowitym, bądź częściowym)... Pijący stają się niemoralni. Nawet proste złodziejstwo jest skutkiem alkoholizmu. U pijaków rozwija się popęd do okrucieństwa, mają oni upodobanie w znęcaniu się barbarzyńskim nad zwierzętami i w ogóle nad istotami słabszemi od siebie. Brak im serca, gdyż zniszczył je alkohol. Autor podkreśla, że zagorzałym moczygębom należy się szczególna uwaga psychiatrii.
Właściwie trudno by było znaleźć w literaturze tego rodzaju inną pracę, która by prześcigała cytowaną rozprawę Benedykta Dybowskiego. Precyzja i dosadność określeń, żar kaznodziejski, bezwzględność w polemicznym utwierdzaniu prawdy czynią z tej książki wzór publicystyki popularnonaukowej. Nie do odparcia jest też analiza psychologii pijaństwa, cięta ironia w opisie obyczajów. „Winu – jak zaznacza Dybowski na początku swego dziełka – przypisywano „bardzo cenne i wielostronne znaczenie” ze względu na życie towarzyskie. Powiadano np., że przy kieliszku otwierają się serca, topnieje wszelki przymus, że na dnie pucharów leży zawsze prawda: „in vino veritas”.
Ten pogląd, zdobyty pracą całych pokoleń przy winie, stał się w wielu wypadkach nieomylnym probierzem, służącym do poznawania charakterów ludzi, z którymi się ma do czynienia. Doktor Dybowski. który przez długi okres czasu przebywał na Syberii i doskonale poznał tamtejsze obyczaje, opisuje je na tyle barwnie, że przy tej lekturze mimowolnie wspomina się o najlepszych wzorcach rosyjskiego realizmu krytycznego, sztukach Ostrowskiego, opowiadaniach Czechowa, Gogola, Szczedryna, Leskowa. Trudno się temu dziwić, przedmiot analizy był bodaj ten sam: wady i słabostki ludzi „funkcjonujących” w szczególnych warunkach XIX-wiecznej carskiej Rosji, w której wódki używano na masową skalę jako środka manipulatywno-socjotechnicznego w celu zaszczepienia manii wielkości, agresywności, wojowniczości, bezmyślnej złodziejskiej zaborczości, lekkomyślnego niedbalstwa i baraniego posłuszeństwa wobec władzy.
W jednym z numerów pisma Birżewyje wiedomosti na początku XX wieku Leonid Andrejew, dramaturg i powieściopisarz rosyjski, przyznawał: „Gdy zabroniono pić, gdy minęło szalone pijaństwo, zrozumiał wytrzeźwiony naród rosyjski, jaką krzywdę wyrządził Polsce. Bez wstydu nie można myśleć o przeszłości”...
W Rosji w ogóle powstała i dotychczas istnieje swego rodzaju subkultura alkoholiczna, ze swymi normami i stereotypami zachowań. B. Dybowski w wyżej wspomnianej książce pisał: „I tak Sybiracy upajają „naczalstwo”, ażeby się przekonać o tym „kakowy oni wo chmielu”, czyli: jakimi są władcy w stanie rozmarzenia alkoholicznego. „Dobriak”, powiadają, gdy się ślini i całuje. „Umnica”, gdy plecie androny długie w swych oracjach przy stole. „Ważnyj”, gdy upiwszy się, siedzi milczący. „Lutyj”, gdy łaje i wymyśla. „Wiesiołyj”, gdy bierze się pod boki i sunie trapaka. „Mołodiec”, gdy wszystkich innych przepije. Poją następnie Sybiracy kolegę swego, przyjaciela, swata, w ogóle każdego nowego człowieka ze swego otoczenia, ażeby się dowiedzieć o tajnikach duszy jego najskrytszych, sądzą bowiem ogólnie, że natura ludzka pod wpływem wina występuje bez żadnych obsłonek, czyli, że jest wtedy nagą: „gołaja dusza” albo „winnaja dusza”, jak ją nazywają”...
Rzeczywiście, napoje wyskokowe w różny sposób działają na poszczególne osoby. Jedni stają się po wypiciu weseli i rozmówni, inni – milkną, w zdrętwiałym otępieniu siedzą wpatrzeni w jakiś punkt przed sobą, rzucając tylko od czasu do czasu mniej lub bardziej bezsensowne repliki w rozweselone towarzystwo. Ktoś się rozczula i rozrzewnia do łez, ktoś każdej spotkanej kobiecie wyznaje dozgonną miłość, ktoś wystukuje nożem po stole marszowe melodie, rzucając groźnym spojrzeniem po twarzach współbiesiadników i wyczekując tylko aż ktoś go „obrazi”; ktoś znów opowiada o swych, zmyślanych zazwyczaj, wyczynach sportowych, erotycznych itp. Niepewny chód, rozkojarzenie umysłowe i moralne, bełkotliwa mowa – niestety, zbyt dobrze znane są te i inne symptomy głębokiego zamroczenia pijackiego. Po zatruciu alkoholem człowiek przestaje być sobą, tj. przestaje być istotą świadomą i rozumną. I im większe zatrucie, tym dalsze odejście od samego siebie. Upity wydmikufel przestaje liczyć się z otoczeniem, oczekiwaniami i opinią innych ludzi; tracą wszelkie znaczenie jego własne przekonania, myśli, zapatrywania. Jest jakby „podmieniony”, postępuje i mówi bezładnie, kierują nim chaotyczne impulsy i zachcianki, wyłaniające się kolejno lub jednocześnie z jakichś psychobiologicznych lub fizjologicznych sfer osobowości. Bezmyślne zwierzę w stanie „dobrowolnego szaleństwa” – oto człowiek pijany. Nie jest rzeczą przypadku, że zazwyczaj równolegle ze wzrostem kultury wewnętrznej osoby wzrasta też odraza do picia, do wprawiania się w stan nieświadomości, patologicznego zapomnienia się w rauszu.
Idiotyzmem w świetle tych faktów wydaje się dawna pijacka „mądrość”, znana w wielu językach, a głosząca, że czto u trezwogo na umie, to u pjanogo na jazykie, lub, że „in vino veritas. Jakaż tam „veritas”, skoro wszyscy pijacy są podobni do siebie „z usposobienia”, jak wściekłe bestie... Nie bez ironii toteż zaznacza Dybowski: „Wynalazek nagiej duszy już od dawna był znany na Syberii; dobrze przedtem, nim do niego dojść potrafiono w Krakowie.
Wybitny lekarz konstatuje: „Alkohol we wszystkich napojach jest trucizną, a to nie tylko fizyczną, lecz co gorsza i moralną. Napoje bowiem wyskokowe zabijają człowieka jako istotę społeczną o wiele wcześniej niż jako jednostkę biologiczną... Wady, nabyte wskutek używania trunków alkoholicznych, przekazują się potomnie, tj. są dziedziczone. Dzieci płacą straszną cenę upośledzenia duchowego i fizycznego za lekkomyślne grzechy rodziców.
Do tematyki alkohologicznej Dybowski powracał wielokrotnie w różnych swoich tekstach w ciągu całego długiego okresu swego pisarstwa. I zawsze jego uwagi na ten temat są głębokie i oryginalne. W jednym z artykułów np. wywodził: „Zatrata instynktów jest koniecznym następstwem rozwoju pola doświadczenia osobistego, na którym pracuje myśl świadoma... Człowiek dzisiaj np. nie jest w stanie poznać instynktownie, czy dany grzyb jest trującym, a wszakże każda wiewiórka stoi pod tym względem daleko wyżej od człowieka, bo nie zje muchomora i umie pomiędzy ogromną ilością grzybów wyróżnić szkodliwe. Następnie człowiek będzie jadł sacharynę, gdy mysz i szczur od niej stroni. Najbardziej jednak zabójczym dla ludzkości jest brak odrazy przez najstraszniejszą z trucizn, mianowicie przed alkoholem i w ogóle przed wszystkimi trunkami wyskokowymi. Przyzwyczaiwszy się do trucizny, gotów zwyrodnić siebie, gotów poświęcić całą przyszłość swoją, swej rodziny i potomków, byleby mieć przyjemność narkozy, byleby móc odurzać siebie piwem, winem albo wódką. Tyle profesor B. Dybowski w pracy O starożytności rodu ludzkiego.
Był nasz mędrzec przekonany, że wiele dawnych cywilizacji, świetnych kultur, potężnych imperiów, wielkich narodów upadło na skutek rosnącego nadużywania przez ludność trunków. Źródeł politycznej tyranii, prześladowania, nietolerancji, okrucieństw też upatrywał w opilstwie. „Żadne inne tłumaczenie – pisał – tych czynności objaśnić nie zdoła, bo tylko alkohol jeden potrafi dokonać cudu, przemienić istotę rozumną w bydlę wstrętne i obmierzłe. On usposabia władców do okrucieństw, do wszelkich możebnych barbarzyństw, a on także przekształca rzeszę służalczą w podłych wykonawców warjackich zachceń...
Państwa potężne znikły z widowni świata, „lecz po nich chyba ludzkość przyszła żałoby nosić nie będzie, jak również nie wspomni słowem żalu o pijackich rzeszach rycerzów zakonu, ległych pod Grunwaldem, ani uczci kiedyś pamięcią następców ich po mieczu i kielichu, dzisiejszych hakatystów, z ich przywódcą dziedzicznym alkoholikiem” (mowa o „żelaznym kanclerzu” Ottonie von Bismarcku – przyp. J.C.).
Podejmując ekskurs w dzieje pijaństwa zaznacza Dybowski, że faraonowie w Egipcie, królowie Babilonu, władcy Niniwy obficie używali trunków, w czym ich gorliwie naśladował „tłum ogłupiały”, co miało za następstwo powolne wyrodnienie i upadek tych starożytnych potęg...
W Grecji, jak wiadomo, nie wypracowano jednolitego stosunku do wina. W jednych polisach używano go chętnie, w innych unikano jak zarazy. „Lacedemończycy np. wzbraniali używania wina z racji, że działa ono niekorzystnie na hart duszy, a chcąc na przykładach wykazać upodlające skutki pijaństwa, poili rozmyślnie niewolników pogardzanych, helotów, ażeby wzbudzić odrazę do napojów wyskokowych w młodem pokoleniu. Kobietom i młodzieży w całej Gracji nie dozwolono pić wina.
Informacje te w zupełności się zgadzają z danymi najnowszej nauki. Już na wczesnym etapie rozwoju wiele narodów potrafiło zrozumieć niszczący wpływ alkoholu na osobowość ludzką i próbowało używaniu trucizny zapobiegać. Nieraz stosując drastyczne środki prewencyjne. W Sparcie, która była postrachem swych sąsiadów i – nie bacząc na małą liczebność ludności – stała się pogromcą największego imperium owych czasów, Persji, tylko starcy, niezdolni do walki i do prokreacji, mieli prawo pić wino. U Azteków jeśli zauważano pijanego młodego człowieka, natychmiast był karany śmiercią lub przekształcany w niewolnika. Nie przypadkiem został ten lud twórcą jednej z najbardziej fascynujących cywilizacji świata, zniszczonej niestety przez konkwistadorów hiszpańskich..
Nie przepuszcza Dybowski i innym za picie alkoholu. Masowe używanie trunków nastało w Rzymie podczas walk z barbarzyńcami północy. Kto komu dawał dobry przykład, trudno orzec, bo jedni i drudzy byli opojami. Tacyt wspomina o zwycięstwie Rzymian nad germanami, gdyż ci ostatni byli co do nogi pijani, nie wspomina jednak o tem, ile razy przegrali Rzymianie z powodu, że się upili przed bitwą”...
Także narody szczepu semickiego – kontynuuje Dybowski – umiały cenić napoje wyskokowe. „Pijaństwo Noe´go niepochlebnie świadczy o moralności tego patriarchy i każe przypuszczać, że nie on jeden smakował w trunkach alkoholicznych; zresztą obłęd Saula, tańce Dawida i częste zjawiska proroctwa przemawiają bardzo wymownie za powszechnym i nadmiernym używaniem wina u Izraelitów”.
Było to ówcześnie podejście dość szeroko rozpowszechnione. Tak dla porównania Fryderyk Nietzsche w miniaturze Cześć dla obłędu ze zbioru Ludzkie, arcyludzkie, pisał: „Ponieważ zauważono, że podniecenie często rozjaśniało w głowie i wywoływało szczęśliwe pomysły, więc myślano, że najsilniejszym podnieceniom przypadają w udziale najszczęśliwsze pomysły i natchnienia: i przeto czczono szaleńców jako mędrców i udzielających wyroczni. W celu zaś uzyskania stanu uniesienia używano nagminnie wina.
Nie przypadkowo – pisze Dybowski – „Mahomet, założyciel jednej z religii, tak zwanych wszechświatowych, widząc niedobre skutki picia wina, uważał za rzecz konieczną nakazem surowym wzbronić jego używania swoim wyznawcom. Dodajmy, że i dziś prohibicja obowiązuje w wielu krajach arabskich, a używanie alkoholu karane jest nawet pozbawieniem życia.
Dybowski dochodzi do wniosku, że picie jest „klęską straszną dla społeczeństw”, czynnikiem osłabiającym i niszczącym substancję biologiczną narodów. Uważa, że przekonanie o tym „trzeba głęboko w siebie wpoić, ryć je częstym przypomnieniem w pamięci ludzkiej i stawić przed oczy wszystkim, wszędzie i na każdym miejscu”. Nawoływał wielki marzyciel ku temu, aby „zburzyć wszystkie browary, gorzelnie, winnice etc. na całym świecie”. Były to myśli jak na owe czasy śmiałe i... niebezpieczne. Nie przypadkowo, mimo wielu starań, książka antypijacka Dybowskiego nie została wydana w zaborze rosyjskim, lecz tylko w austriackim. Carat nie mógł zezwolić na taką „dywersję” we własnym państwie, w którym przecież rozpijanie mas ludowych przez władzę było jedną z form panowania i ucisku klasowego i narodowego, chwytem, obezwładniającym umysłowo, moralnie i fizycznie ludzi.
Benedykt Dybowski, jako znakomity lekarz, jako gorący patriota ostrzec chciał swój naród, jak i ludzkość całą, przed pijackim zwyrodnieniem i degradacją. Dzieło swe kończył zwrotką:
Gdy padnie zły nałóg ludzkości,
Zginą przesądy światło ćmiące,
Zawita jutrzenka trzeźwości,
A za nią cnota – życia słońce”.
Piękna ta wizja niestety daleka dziś jeszcze jest od urzeczywistnienia...

Wracając do życiorysu Benedykta Dybowskiego dodajmy, że odmówił on przyjęcia katedry w Tomsku i Petersburgu, ale przyjął ofertę ze Lwowa, w którego to miasta uniwersytecie pracował w latach 1883–1906. Gdy obejmował w 1884 roku kierownictwo gabinetu zoologicznego jego zbiory liczyły 3310 okazów, a gdy w 1906 roku odchodził, zostawił (zgromadzone przeważnie własnym kosztem) 116 465 okazów. Tymże sposobem zbiory specjalistycznej biblioteki powiększył z 180 do 2985 tomów.
Był też Dybowski honorowym profesorem lub doktorem uniwersytetów Wilna, Warszawy, Moskwy. Opublikował za życia 175 prac naukowych, a kilkanaście pozostawił w rękopisie.
Ku jego czci naukowcy rosyjscy nazwali jedną z gór na Wyspach Komandorskich Szczytem Dybowskiego.
Zmarł wielki uczony 30 stycznia 1930 roku i pochowany został na wzgórzu powstańców Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie.
Z żony Heleny Lipnickiej miał dwie córki i syna.

***





Bolesław Hryniewiecki


Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (t. 4, s. 758) podaje o tym znakomitym uczonym dość obszerne informacje: „Hryniewiecki Bolesław, ur. 20.II.1875, zm. 13.II.1963 w Brwinowie koło Warszawy, botanik; studiował na uniwersytecie w Warszawie; 1894 za udział w patriotycznej manifestacji usunięty z uczelni, uwięziony i wywieziony do Rosji; 1900 ukończył studia na uniwersytecie w Dorpacie; 1914-1919 profesor botaniki na uniwersytecie w Odessie oraz dyrektor ogrodu botanicznego tamże; odbył szereg podróży naukowo-badawczych na Ural, Kaukaz i do Armenii; 1919 wrócił do Polski, został profesorem systematyki i geografii roślin na uniwersytecie w Warszawie oraz dyrektorem ogrodu botanicznego; od 1922 członek PAU, od 1951 członek PAN. Był jednym z założycieli i długoletnim prezesem Polskiego Towarzystwa Botanicznego, członkiem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Opublikował ponad 150 prac z systematyki i geografii roślin, ochrony przyrody, historii botaniki (głównie w Polsce), z anatomii i fizjologii roślin. Wybitny pedagog, znany był także z działalności społecznej, publicystycznej i na polu ochrony przyrody. Ważniejsze prace: Tentamen florae Lithuaniae. Zarys flory Litwy (1933); Zarys dziejów botaniki (1949); Owoce i nasiona (1952).
Hryniewieccy, jako starożytna rodzina szlachecka, pieczętowali się herbami Ostoja, Przegonia i Waga. Niektórzy używali przydomku Mieleszko i herbu własnego. Gnieździli się od wieków m.in. w okolicy Hryniewicze powiatu bielskiego na Grodzieńszczyźnie. (CPAH Białorusi w Grodnie, f. 332, z. 4, nr 1, s. 51). Kajetan Hryniewiecki, podczaszy latyczewski, 23 czerwca 1764 roku obrany został na konsylarza konfederacji generalnej koronnej (Dział rękopisów Publicznej Biblioteki Miejskiej i Wojewódzkiej w Rzeszowie, Rk-3, s. 171).
Wywód familii urodzonych Hryniewieckich herbu Waga z 30 maja 1802 uznawał „za rodowitą i starożytną szlachtę polską” kilku reprezentantów tego rodu, wnosząc ich imiona do pierwszej części Ksiąg Szlachty Guberni Mińskiej. (Historyczne Archiwum Narodowe Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 32a, s. 184).
O Hryniewieckich vel Hryniewickich herbu Przegonia S. Uruski (Rodzina, t. 5, s. 215) podaje: „Wzięli nazwisko od wsi Hryniewice na Podlasiu, którą już w XV stuleciu posiadali, a licznie rozrodzeni, brali przydomki: Hołodczuk, Okulicz, Rakoczy i inne...”. Dodaje też, iż w Guberni Wileńskiej byli Hryniewieccy używający herbu Ostoja. W 1827 i 1902 roku heroldia wileńska potwierdzała rodowitość szlachecką tej rodziny. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1013, s. 39; f. 391, z. 7, nr 1783).
Z jednego z odgałęzień tego rodu pochodził Leon Hryniewiecki (zm. 1891) urodzony w Kijowie Polak, po studiach tamże służył przez wiele lat w charakterze lekarza wojskowego na Syberii. Przedsięwziął szereg wypraw na nieznane tereny polarne, jako pierwszy Europejczyk w 1882 roku przeszedł wszerz archipelag Nowa Ziemia. Podał dokładny geograficzny opis tejże wyspy. Następnie służył na Kamczatce i Wyspach Komandorskich. Przez kilka lat był naczelnikiem Okręgu Anadyrskiego. Pozostawił cenne teksty naukowe w języku rosyjskim z zakresu botaniki.
***

A więc Bolesław Leon Hryniewiecki urodził się w Międzyrzeczu Podlaskim. Jego ojciec, też Bolesław, pełnił funkcje administratora majątków ziemskich należących do hrabiów Potockich. Matka Emilia pochodziła z drobnoszlacheckiej rodziny Ptaszkowskich. W 1893 roku młody człowiek ukończył gimnazjum w Lublinie oraz rozpoczął studia na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, zapowiadał się jako bardzo zdolny i rokujący duże nadzieje młodzian. Dał się jednak wciągnąć w sprawy polityczne, wziął udział w rozruchach ulicznych i po aresztowaniu został sądzony i zesłany w głąb Rosji (do guberni tulskiej) na dwa lata.
Rząd rosyjski puścił jednak niebawem w niepamięć (przy okazji kolejnej amnestii) „grzechy młodości” uzdolnionego Polaka, który też nie omieszkał z tego gestu skorzystać, wstąpił na studia i w 1900 roku ukończył wydział matematyczno-przyrodniczy Uniwersytetu Jurjewskiego w estońskim Dorpacie, specjalizując się w zakresie botaniki i chemii. Co więcej, został tu po studiach pozostawiony w celu przygotowania się do pracy naukowej i dydaktycznej na tejże uczelni. (Władze dyskretnie „przeoczyły” okoliczność, że Hryniewiecki był współzałożycielem patriotycznego Koła Młodzieży Polskiej).
W 1903 roku ukazała się w m. Jurjew w języku rosyjskim książka B. Hryniewieckiego Rezultaty dwuch botaniczeskich putieszestwij na Kawkaz w 1900 i 1901 gg. Książka składała się z trzech części: I. Wojenno-gruzinskaja doroga; II. Kachetia; III. Czernomorskoje pobierieżje; – w sumie 134 strony. Ściśle naukowe dzieło zostało napisane językiem przejrzystym i komunikatywnym, a nawet artystycznym w tych miejscach, gdzie autor nie uprawia systematyki botanicznej.
W roku 1900, kiedy kończyłem studia uniwersyteckie w Dorpacie, zaskoczyła mnie propozycja profesora M. Kuzniecowa, abym został jego asystentem przy katedrze botaniki i odbył w najbliższe lato podróż badawczą na Kaukaz. Byłem zaskoczony, gdyż nie myślałem o karierze naukowej w Rosji, zwłaszcza że w swoim czasie jako student Uniwersytetu Warszawskiego byłem aresztowany w Warszawie za manifestację polityczną (1.IV.1894 r.) i po dwumiesięcznym więzieniu zesłany administracyjnie w głąb Rosji. W ten sposób znalazłem się na liście osób, którym na zawsze została wzbroniona działalność pedagogiczna. Z drugiej strony, pomimo zamiłowania do botaniki od wczesnych lat mojej młodości, z zapałem studiowałem również i chemię, licząc, że ona mi może dać stanowisko życiowe, botanika zaś, zwłaszcza wycieczki na łono przyrody, pozostaną moją pasją życiową, jak dla innych np. muzyka lub malarstwo.
Musiałem się ostatecznie zdecydować, czy mam zostać chemikiem czy botanikiem. Do chemii teoretycznej czułem wielki pociąg i kończyłem wówczas swe studia; konkretne jednak stanowisko, jakie mi wtedy proponowano – posada chemika w cukrowni – nie pociągało mnie zbytnio. Asystentura przy katedrze botaniki i nęcąca propozycja wyjazdu na Kaukaz zdecydowały o moim losie. Zamiast więc wyciskania dywidendy z buraków dla nieznanych akcjonariuszy postanowiłem trzymać się botaniki.
Celem mojej pierwszej podróży było zbadanie i przywiezienie zbiorów zielnikowych z dwóch dość odległych, słabo jeszcze zbadanych punktów na Kaukazie, mianowicie Kachetii i wybrzeża Morza Czarnego w okolicach Soczi, gdzie miałem zapewnione odpowiednie bazy w dwóch majątkach Szeremietiewa.
W ten sposób już w tej pierwszej podróży poznałem wspaniały Kaukaz z różnych stron.
Dla mnie, mieszkańca równin, który gór jeszcze nigdy nie widział, było to potężne wrażenie, gdy po dłuższej męczącej podróży koleją, za Piatigorskiem, w piękny, słoneczny poranek, przy głośnej muzyce cykad na stepie, ujrzałem wspaniały, okryty śniegiem łańcuch gór Kaukazu, w którym od razu wyróżniały się dwa znane ze słyszenia szczyty – Kazbek i Elbrus wraz z szeregiem innych olbrzymów.
Stojąc w oknie wagonu dłuższy czas nie odrywałem oczu od tego widoku, a w uszach mych na równi ze śpiewem cykad dźwięczały nieśmiertelne słowa Adama Mickiewicza, skierowane do Czatyrdahu, które tam były stylizowaną orientalną przesadą, tu zaś pasowały doskonale do zjawiska, jakie obserwowałem.

Tam! czy Allach postawił ścianą morze lodu?
Czy aniołom tron odlał z zamrożonej chmury?
Czy Diwy z ćwierci lądu dźwignęły te mury,
By gwiazd karawanę nie puszczać ze wschodu?
A. Mickiewicz, Sonety krymskie.

Wyłaniający się w środku stożkowaty szczyt Kazbeku, błyszczący w słońcu jak „kryształ diamentu”, przypominał mi wiersze Lermontowa, którego czytałem z przyjemnością i którego nie zdołali mi obrzydzić moi gimnazjalni wychowawcy.
Stanąłem wreszcie u progu gór, w Władykaukazie, gdzie uzupełniłem swój ekwipunek kupując między innymi włochatą burkę kabardyńską, w jakiej widzimy na portrecie Mickiewicza stojącego na Judahu-skale (wygodne siodło niezbędne do wyprawy miałem ze sobą).
Przejazd pocztowymi końmi górską drogą (Wojennogruzińską) do Tyfiisu był pasmem silnych wrażeń, jakich doznałem w tym pierwszym zetknięciu się z górską przyrodą. Jednym z pierwszych przeżyć był urok potęgi i grozy sławnego Wąwozu Darialskiego. Droga wykuta jest tam nad przepaścią, w której głębi uwięziony i torujący sobie drogę Terek huczy potężnie, bryzga pianą i ze straszliwą szybkością toczy swe wody. Pomimo że śpieszyłem się do właściwego celu podróży, nie omieszkałem jednak zatrzymać się na jednej ze stacji w pobliżu Kazbeku, aby dojść do spływającego zeń Lodowca Dewdorackiego i zawrzeć pierwszą znajomość z czysto górską roślinnością.
Objuczony bogatym plonem pierwszych przedstawicieli nowej dla mnie górskiej flory, zwłaszcza kwitnącymi bukietami wspaniałych kaukaskich różaneczników (Rhododendron caucasicum), syt wrażeń wróciłem na nocleg do stacji. Szybko przemknęły potem inne widoki, jak pierwsze płaty śniegu na przełęczy, jak kwitnące o silnym zapachu kwiaty żółtego różanecznika (Rhododendron flavum = Azalea pontica), interesującego reliktowego składnika i wołyńskiej flory, wspaniały widok z przełęczy na dolinę Aragwy, dokąd zjeżdża się bajecznymi serpentynami, stara stolica Gruzji Mecheta, aż wreszcie stanąłem w Tyfiisie (po gruzińsku Tbilisi).
Aby dotrzeć do właściwego celu mej podróży, do majątku Kardanach w Kachetii (w okolicach miasta Signachi), musiałem przejechać końmi przeszło 100 km przeważnie spalonym od słońca Zakaukaskim stepem. Znalazłem się w miejscowości z lekka górzystej, gęsto zaludnionej, z winnicami na zboczach, produkującymi słynne wina kachetyńskie, nad szeroką doliną rzeki Ałazani (dopływ Kury).
Po parotygodniowej włóczędze pieszej czy konnej w bliższych i dalszych okolicach mojej bazy i stwierdzeniu przeważnie suchorostowego, stepowego charakteru flory Kachetii, a nawet połowicznej pustyni nad brzegami rzeki Jory, z utęsknieniem spoglądałem ze wzgórz Kardanachi na widniejący na północy z drugiej strony Ałazani mur głównego łańcucha gór Kaukazu, odzianego płaszczem zieleni gęstych lasów, z nagimi szczytami z rozrzuconymi tu i ówdzie płatami śniegów. Mur ten zamykał wejście do górzystej krainy Dagestanu”...
Od 1901 roku B. Hryniewiecki posiadał tytuł kandydata nauk przyrodniczych uzyskany na uniwersytecie w Dorpacie.
W przedmowie do dzieła Wyniki dwóch podróży botanicznych na Kaukaz w 1900 i 1901 roku uczony w grudniu 1903 roku pisał: „Niniejsza praca jest sprawozdaniem z dwóch podróży botanicznych na Kaukaz, które odbyłem w 1900 i 1901 roku na wniosek i za środki hrabiny Katarzyny Szeremietiewy w celu zbadania flory w posiadłościach hrabiego S. Szeremietiewa, z których jedna, Kardanach, leży w Kachetii w odległości 12 wiorst od miasta Signacha, druga zaś, Kuczuk-Dere, na brzegu Morza Czarnego 30 wiorst na północny zachód od m. Soczi. Po drodze został przeze mnie zgromadzony zbiór roślin z okolic Szlaku Wojskowo-Gruzińskiego podczas przejazdu z Władykaukazu do Tyflisu. Później nie ograniczałem się tylko miedzami posiadłości, lecz przedsiębrałem stamtąd, na ile było to możliwe, i bardziej dalekie wycieczki, szczególnie w roku 1901 podczas mego pobytu w Guberni Czarnomorskiej... Wynikiem tych wędrówek jest duży zbiór roślin, liczący około 5000 egzemplarzy. Główne herbarium przekazane zostało do Muzeum Historii Naturalnej hrabiny J. Szeremietiewy w siole Michajłowskoje Guberni Moskiewskiej; dublety są przechowywane w Gabinecie Botanicznym Cesarskiego Uniwersytetu w Jurjewie.”
Licząca 134 strony, wydana bardzo starannie przez drukarnię K. Mattissena, książka Hryniewieckiego stanowi jedno z klasycznych dzieł botaniki rosyjskiej i europejskiej początku XX stulecia.
Z tekstu wspomnień widać, że Bolesław Hryniewiecki miał duży talent literacki, jego opisy przyrody i refleksje są sugestywne i precyzyjne jednocześnie; pod naukowym zaś względem są to teksty dające świadectwo rozległej erudycji autora oraz jego zdolności zarówno do rozważań analitycznych, jak i do syntez intelektualnych. Dotyczy to w całej rozciągłości rozdziału Wycieczka naukowa na górę Ararat ze wspomnień uczonego, w którym to rozdziale czytelnik znajduje m.in. mnóstwo obserwacji nad ówczesnymi stosunkami społecznymi w tej części Europy. B. Hryniewiecki pisał: „Wycieczka na górę Ararat była jednym z epizodów mojej trzeciej z kolei, a ostatniej podróży na Kaukaz, przedsięwziętej w roku 1903 w celach fitogeograficznych, z ramienia Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
Pierwsza moja wyprawa na Kaukaz odbyła się w roku 1900. Przejechałem wówczas drogę Wojenno-Gruzińską i badałem florę Kachetii, obrawszy za ośrodek majątek Szeremietiewych Kardanachi, następnie Łagodechy, u podnóża głównego łańcucha. Stąd chodziłem w góry (Choczałjdag) w stronę Dagestanu. W tym samym roku odwiedziłem również wybrzeże czarnomorskie w okolicach Soczi, maj. Kuczuk-Dere. Druga wyprawa objęła już większą połać wybrzeża czarnomorskiego od Noworosyjska do Suchumu i w głąb gór – Fiszt i Oszten, Krasnaja Polana, góra Acziszcho, źródliska Mzymty, jez. Karadywacz, przełęcz Pseaszcho. Zadaniem mojej trzeciej wyprawy było zbadanie charakteru roślinności w górach Karabachu na pograniczu z Armenią. Droga moja prowadziła z Erywania, stąd wyjechałem pocztowymi końmi wzdłuż doliny Araksu zatrzymując się w miejscach ciekawszych z botanicznego punktu widzenia, do Nachiczewania przez Dżulfę do Ordubadu. Stąd wyruszyłem już konno, prowadząc 2 konie objuczone bagażem podróżnym i zbiorami. Specjalną uwagę poświęciłem roślinności góry Kapudżych, najwyższego szczytu w górach Karabachu, a dalej idąc wciąż górami w kierunku północnym dotarłem do wschodniego brzegu jeziora Gokczy.
Okrążyłem je od północy i przez Jelenownę i Nowe Achty dotarłem do podgórskiej miejscowości Baraczyczag, dokąd co rok latem przenoszą się, chroniąc się od upałów i moskitów, wszystkie urzędy z Erywania; zwiedziłem pobliską górę Alibek, a następnie przez Erywań wróciłem do Tyflisu.
Przez cały czas mojej podróży byłem, pod urokiem Araratu. Sylwetka jego składająca się z dwóch stożkowatych gór – Wielkiego i Małego Araratu rysowała się przede mną wspaniale na tle błękitnego nieba z Erywania, nie opuszczała mnie przez czas podróży wzdłuż Araksu, widoczna była z góry Kapudżych i wyłoniła się znowu w całym majestacie z gór nad jeziorem Gokczą i w drodze powrotnej do Erywania. Żałowałem bardzo, że ani cel podróży, ani czas, ani środki nie pozwalały mi zboczyć, by zapoznać się z tą legendarną górą. Tymczasem szczęśliwy zbieg okoliczności uczynił niebawem zadość moim pragnieniom.
Gdy znalazłem się w Tyflisie, pospieszyłem do Instytutu Fizycznego z moimi aneroidami, by sprawdzić ich działanie i wprowadzić poprawki, jak to czyniłem przed wyruszeniem w podróż. Dyrektorem był wówczas Stefan Hłasek, późniejszy dyrektor Państwowego Instytutu Meteorologicznego w wolnej Polsce. Z ust jego dowiedziałem się, że za kilka dni gotuje się wyprawa na Ararat, w której bierze udział wraz z asystentem Niemcem, by ustawić w tak zwanym Sardarbułaku, tuż pod przełęczą między Wielkim i Małym Araratem, stację meteorologiczną 1 rzędu, którą obsługiwać będzie znajdujący się tam garnizon straży pogranicznej. Z imprezą jego wiąże się wycieczka Tyfliskiego Klubu Wysokogórskiego pod wodzą Ewangułowa, pragnąca wejść na szczyt Araratu, aby zdobyć dane dotyczące maximum i minimum termometrów zostawionych w małej budce, którą poprzedniego roku (1902) wyprawa pod wodzą Sokołowa i Ewangułowa ustawiła na szczycie. Propozycję przyłączenia się do tej wyprawy przyjąłem z entuzjazmem. Zostało mi trochę pieniędzy, miałem w kieszeni darmowy bilet 1 klasy do Petersburga; namyślałem się właśnie, czy nie kupić sobie na pamiątkę jakiego dywanika perskiego; dobrze, że nie zdążyłem tego wykonać. W ten sposób, otrzymawszy jeszcze telegraficzną zgodę od mego profesora na opóźnienie przyjazdu do Dorpatu, w ciągu kilku dni zająłem się przygotowaniem do wyprawy, zamawiając podkute buty i przygotowując śpiwór z grubego wojłoku.
Wielkie szczyty gór najczęściej występują wśród większego łańcucha; wśród szeregu gór niższych na przedgórzu i w otoczeniu zastępu nieco niższych szczytów, przez to nie wywierają takiego wrażenia potęgi jak Ararat, który nie ma obok siebie rywali. Z równiny gładkiej jak stół, jaką jest dolina Araksu (dno dawnego jeziora) wyniesiona na 800 m nad poziomem morza, wznosi się pokryty czapą wiecznego śniegu potężny, stożkowaty kolos (wys. 5 205 m), a więc bezpośrednio o 4 400 m ponad podstawą. Jest on o 400 m wyższy od Mont Blanc; z gór głównego łańcucha Kaukazu ustępuje Elbrusowi (5 629 m) i znacznie przewyższa Kazbek (5 043 m). Jego dość łagodne stoki przypominają nieco Etnę (3 279 m). Naprzeciw niego na północ wznosi się w odległości 100 km inny stożek wulkaniczny Ałaghöz, lecz znacznie niższy (4 095 m). Związany z wielkim Araratem siodłem górskim (2 705 m) stożek Małego Araratu wznosi się do 3 914 m. Razem ze swą podstawą pokrywa on przestrzeń 960 km kwadratowych.
Kiedy odwiedziłem Ararat, był on jakby słupem granicznym między Rosją i Turcją, a tuż za Małym Araratem rozpoczynała się granica z Persją; dziś, gdy po pierwszej wojnie światowej granica przeszła wzdłuż Araksu, jest on największą górą Turcji Azjatyckiej. Nic dziwnego, że ta potężna góra, owiana urokiem legendy biblijnej, która tu umieściła arkę Noego po potopie i kazała wierzyć, że stąd się rozeszły po świecie ocalone zwierzęta i rozsiały się rośliny, poczytywana jest u Ormian za górę świętą, której szczyt jest niedostępny dla człowieka. Ma ona za sobą tradycję na pozór starszą niż Olimp Hellenów. Tymczasem związanie tej właśnie góry z legendą biblijną jest wytworem średniowiecza. Nazwa Ararat jest aramejskiego pochodzenia i jest synonimem wielkości. W języku Ormian nosi ona nazwę Masis, w języku Turków nazywa się Agri-dag (trudna góra) lub Daghir-dag (góra gór).
Rzecz charakterystyczna, że stary kronikarz ormiański Mojżesz Choreński z pierwszych wieków chrześcijaństwa, opisując Armenię, wspomina o największej górze Masis, ani słówkiem nie wiąże tej góry z legendą biblijną o Araracie, a był przecie pisarzem chrześcijańskim obeznanym z biblią. Dopiero podróżnik wenecki Marco Polo w wieku XIII, wracając z Chin, gdy ujrzał tę wspaniałą górę, wznoszącą się niedaleko źródliska dwóch rzek Tygrysu i Eufratu żywiących krainę Mezopotamię, zdecydował, że to właśnie jest góra Ararat wspomniana w biblii. Świadectwo to przemówiło do patriotyzmu Ormian i odtąd już nazwa biblijna Araratu nie schodzi z kart opisów Armenii, jak również legenda o niedostępności tej góry od czasów Noego. Pod urokiem tej legendy był i podróżnik francuski Jean Chardin, który w drugiej połowie XVII w. odwiedził Persję i przebywał w niej czas dłuższy. W sprawozdaniu ze swej podróży umieścił rysunek z sylwetką Araratu, na którego szczycie stoi arka Noego. Legendzie tej hołdował i znakomity francuski botanik J. P. de Tournefort, który w listach swych pisanych z podróży po Kraju Zakaukaskim, oczarowany bogactwem tamtejszej flory, obiecywał sobie, że ujrzy jeszcze bogatszą florę u stóp Araratu, skąd miały się rozsiać wszystkie rośliny z nasion, jakie Noe w arce zgromadził.
Wiara w niedostępność tej góry dla człowieka utkwiła głęboko w umysłach Ormian, jak świadczy następująca legenda. Niejaki Jakub, biskup Nizybijski, postanowił odszukać ślad arki Noego na Araracie, starał się wspiąć jak najwyżej, zmęczony jednak odpoczął i zasnął; we śnie zjawił się anioł i zniósł go z powrotem, świątobliwy człowiek nie dał za wygraną i spróbował wchodzić na górę po raz wtóry, z tym samym wynikiem: anioł znów przeniósł go we śnie do podnóża. Gdy ta próba powtórzyła się po raz trzeci, anioł zjawił się przed nim i rzekł: „Pan Bóg wysłuchał twoich modłów i daje ci jako pamiątkę kawałek drzewa z arki Noego, nie próbuj jednak więcej wchodzenia na szczyt tej góry.” Ten kawałek skamieniałego drzewa przechowuje się podobno jako relikwia w Eczmiadzinie.
Kiedy profesor dorpacki Fryderyk Parrot po dwóch nieudanych próbach pierwszy w 1829 r. wszedł na szczyt Araratu i zajęty był opracowywaniem wyników swej wyprawy, w gazetach zjawiły się artykuły podające w wątpliwość fakt zdobycia przez wymienionego profesora szczytu legendarnej góry. Echa tych artykułów dotarły i do stolicy. Wobec tego Parrot, chcąc odeprzeć uwłaczające mu zarzuty, zwrócił się do władz z prośbą o przesłuchanie wszystkich świadków, którzy byli z nim razem na szczycie. Wyniki tego przesłuchania były niezupełnie po myśli profesora. Wszyscy Kozacy, którzy z nim byli, przyznali, że rzeczywiście byli na samym szczycie, natomiast Ormianie twierdzili, że byli wprawdzie bardzo wysoko, lecz to nie był szczyt, bo od czasów Noego noga ludzka tam nie postała i szczyt jest niedostępny. Pomimo to, zwłaszcza po ogłoszeniu w 1834 r. dzieła Parrota z jego opisami, rysunkami i pomiarami, nikt ze świata naukowego nie wątpił, że profesor dorpacki był rzeczywiście na szczycie Araratu. Walka z przesądami jest jak napełnianie beczki Danaid: można tam wrzucić furę argumentów logicznych, beczka pozostanie pusta.
Ararat jest wystygłym wulkanem. W poprzedniej epoce geologicznej ział ogniem i wyrzucał potoki lawy, zastygły one w spękane trachity pokrywające zbocza góry. Spotykają się również andezyty, a czasem i szkło wulkaniczne, tzw. obsydian.
W strukturze stożkowatej Araratu widzimy od strony północnej wielką wyrwę, tworzącą tzw. dolinę św. Jakuba, zakończoną wielkim cyrkiem o pionowych ścianach, analogicznym z kraterem valle del Bove na zboczach Etny. W 1840 r. dolina ta przeżywała wielką tragedię, której ofiarą padła znajdująca się u wylotu doliny wioska Achuri (Arguri), rozsiadła dokoła jedynego źródła, posiadająca liczne sady i winnice. Według ormiańskich tradycji założył ją sam Noe. Spokojna do tego czasu góra, jak opowiadają świadkowie katastrofy, raptem zatrzęsła się w posadach wyrzucając obłoki pary, kamieni i duszących gazów siarkowych. Domy waliły się od podziemnych wstrząsów. Niewielu tylko ludzi ocalało, uciekając w dolinę Araksu aż do Arałychu.
To trzęsienie ziemi odbiło się również na sąsiednich miastach – w Erywaniu, Nachiczewaniu i Bajazecie, w 4 dni po pierwszej katastrofie przyszło nowe trzęsienie ziemi i całe potoki wody z mułem runęły z Araratu w nieszczęsną dolinę, niszcząc i zatapiając wszystko, tak że z wioski, klasztoru i winnic nie zostało nic. Zginęło około 200 ludzi. Do zbadania przyczyn tej katastrofy wydelegowany został geolog W. H. Abich, który przez szereg lat prowadził studia na Kaukazie i dał cenne dzieła dotyczące struktury geologicznej Armenii; był on drugim człowiekiem, który – podobnie jak Parrot po dwukrotnej nieudanej próbie – stanął na szczycie Araratu w 1844 r. Szedł on inną drogą, nie od doliny św. Jakuba zachodnią granicą, lecz od Sardabułaku – granicą wschodnią. Droga ta okazała się najlepszą dla wszystkich następnych wypraw ku szczytowi.
Najgłośniejszą i najbogatszą w zdobycze nauki była wyprawa Józefa Chodźki, pułkownika i naczelnika korpusu topografów na Kaukazie w 1850 r. Na razie pogoda mu nie sprzyjała, lecz doszedłszy do śniegów nie cofnął się wobec wichury i śnieżycy i przeczekał parę dni niepogody w namiocie. Mając do rozporządzenia kompanię żołnierzy, którzy podtrzymywali łączność, i doczekawszy się pięknej pogody przebył na szczycie przeszło 4 doby, przeprowadzając stamtąd pomiary triangulacyjne, mając na południo-wschodzie widoczny szczyt Sawelanu w Persji (odległy o 340 km), na północo-zachodzie Elbrus (440 km); jednocześnie z prowizorycznego obserwatorium na grzbiecie Ak-dag na poludnie od jeziora Gokczy przesyłano mu sygnały świetlne.
W sylwetce Araratu uderza olbrzymia czapa śniegowa pokrywająca szczyt; zmniejsza się ona pod koniec lata, wobec tego najdogodniejszą porą wejścia jest koniec sierpnia, gdyż wtedy jest najmniej śniegu, a nowe śniegi jeszcze nie przybywają. Wobec palących promieni słońca na wyżynie Armenii, linia wiecznych śniegów na Araracie leży na wysokości 4 370 m, o 1,5 km wyżej od linii wiecznych śniegów, np. na Pirenejach, leżących około tego samego równoleżnika geograficznego. W różnych kotlinkach znacznie niżej mamy pola firnowe, a w paru wąwozach wytworzyły się małe lodowce. Dawniej lodowce miały szersze rozprzestrzenienie, zostawiły swe ślady na wypolerowanych skałach trachitowych; czasem są one tak mocno wypolerowane, że z daleka błyszczą jak metal.
Każdego, kto wchodził na Ararat, uderza brak wody na jego zboczach. Olbrzymia góra z taką ogromną ilością śniegów na szczycie, zdawałoby się, powinna żywić mnóstwo potoków spływających w dół. Tymczasem wody wypływające ze śniegu giną gdzieś w głębi. Gdy się idzie po spękanych skałach trachitowych, gdzieś pod nogami z głębi szczelin słyszy się nieustanny szum wody, niedostępnej jednak dla podróżnika. Oprócz paru źródeł, jak Sardarbułak pod przełęczą lub w dolinie św. Jakuba, żadna rzeczka nie spływa z podnóża. Zarówno równina Araku, pokryta czarnym piaskiem ze zwietrzałych trachitów, jak i zbocza góry noszą charakter pustynny o suchorostowej roślinności, która styka się bezpośrednio z alpejską roślinnością w krainie bliskiej śniegom.
Utrwaliło się w geografii roślin mniemanie, jakoby Tournefort był pierwszy, który na przykładzie Araratu stwierdził istnienie zmienności szaty roślinnej krain górskich w miarę wznoszenia się nad poziom morza. Pisał o tym Linneusz, powtórzył to i Komarow, drukując życiorys szwedzkiego botanika, powtarza to i A. Engler w zarysie historii geografii roślin. Kto czytał podróż Tourneforta i był na Araracie, ten musi tę legendę odrzucić. Przede wszystkim Tournefort, jak wspomniałem wyżej, znajdował się pod wpływem legendy biblijnej i oczekiwał niezwykle bogatej flory na tej górze legendarnej, skąd miały zacząć rozsiedlać się rośliny po katastrofie potopu. Nie tai on swego głębokiego rozczarowania, gdy ujrzał pustynny charakter zboczy Araratu. Zdobył wprawdzie nieco nowości do swego zielnika, odrysowując i opisując niektóre nieznane sobie gatunki, lecz o stwierdzeniu kolejności krain roślinnych nie ma tam mowy, gdyż ze wszystkich wysokich gór Ararat najmniej się do tego nadawał. Wchodził on na Ararat ze strony doliny św. Jakuba, gdzie jeszcze był niewielki klasztor i nieszczęsna wioska Arguri z winnicą, którą miał Noe posadzić: w 140 lat później uległa ona strasznej katastrofie. Tournefort postanowił wejść chociażby do śniegów. Widać było że ani on, ani jego towarzysze nie mieli żadnej wprawy w wycieczkach górskich. Dowiedziawszy się, że źródło w dolinie św. Jakuba jest jedynym i że później już wody wcale nie będzie, postanowili napić się na zapas, nic więc dziwnego, że idąc pod górę prędko się spocili; nie pomogła wzięta na drogę metalowa flaszka z wodą, która prędko została opróżniona, z trudem posuwali się w górę i radzi byli, gdy dopadli pierwszych śniegów w jakiejś kotlinie i wieczorem, zmęczeni drogą, głodem i pragnieniem wrócili do wioski, nazywając siebie męczennikami w imię botaniki. Nie ma tam mowy o jakiejś zmianie roślinności. Legenda więc powstała stąd, że gdy to zostało już stwierdzone w górach Skandynawii, Alpach, Pirenejach i Karpatach, przypomniano sobie, iż wśród botaników-podróżników Tournefort już na początku XVIII w. był na jednej z większych gór świata. Jemu więc przypisywano pierwszeństwo stwierdzenia zmiany roślinności w górach. Tymczasem na zjawisko to zwrócono uwagę dopiero na przełomie XVIII i XIX w., najpierw w Szwajcarii (Haller, Saussure), następnie w innych górach Europy i Ameryki Południowej (A. Humboldt). Szczegółowe badania nad zmianą roślinności przeprowadził szwedzki uczony G. Wahienberg w Alpach (w 1813 r.) i w Tatrach (w 1814 r.).
Roślinność Araratu jest dość uboga. Dolina Araksu u podnóża góry przypomina zakaspijską pustynię, gdyż na tej czarnej piaszczystej glebie dominującą rośliną jest tzw. dżuzgun (Calligonum polygonoides), niewielki krzew o zielonych pędach, pozbawiony liści. Na zboczach widzimy porozrzucane kolące skupiny traganków (Astragalus). Z 21 gatunków tego rodzaju znalezionych przeze mnie w Armenii i Karabachu dla Araratu zanotowałem 5: A. lagurus Wilid., A. macrocephahis Wilid., A. spchaerocalyx Ledb., A. xerophilus Ledb. i A. incertus Ledb. Bardzo charakterystyczne są również rozrzucone poduszki Acantholimon glumaceum Boiss., upstrzone rzucającymi się w oczy różowymi kwiatkami. Roślinność drzewiasta prawie nie istnieje. Jedynym wyjątkiem jest niewielki gaik brzozowy ze zwykłą brzozą Betula verrucosa u podnóża Małego Araratu niedaleko Sardarbułaku. Z krzewów trafiał się tam tuż koło przełęczy wawrzynek oliwkowy (Daphne eleoides Scherb). Flora suchorostowa Armenii na Araracie styka się bezpośrednio z florą alpejską, mającą dużo gatunków wspólnych z Alpami, lecz znacznie biedniejszą. Martonne porównywa szczyt Faulhornu z Araratem, podając dla pierwszego 49 gatunków alpejskich, dla Araratu zaś – 31. Wśród flory spotykamy i niektóre endemizmy, rośliny występujące tylko na Araracie, jak wskazują ich nazwy: rogownica araracka (Cerastium araraticum Rupr.), gnidosz araracki (Pedicularis araratica Bge), pewna odmiana wyki – Vicia ecirrhosa Rupr., var. araratica Lipsky. Do tej kategorii endemitów był zaliczony pewien gatunek traganka, Astragalus sphaerocalyx Ledb., lecz ja go spotkałem również na Kapudżychu.
Osobliwością Araratu jest istnienie tzw. flory supraniwalnej. Gdy pod koniec lata oglądamy z daleka Ararat, widzimy w dolnej części stożka śniegowego czarne rysy; są to obnażone pod wpływem południowego słońca po stopieniu śniegu czarne trachitowe skały, powstałe ze spękanych potoków lawy wygasłego wulkanu; im bliżej końca lata, tym więcej tych czarnych smug na niepokalanej bieli czapki olbrzyma. Do podnóża tych silnie nagrzewających się skał tuli się roślinność alpejska powyżej linii wiecznych śniegów. Idąc w górę już w krainie wiecznych śniegów, spotykałem wszędzie, gdzie spod śniegu wynurzały się czarne trachity, kwitnące alpejskie roślinki, a nawet na drugim noclegu na wysokości około 4 500 m odgrzebałem spod warstwy śniegu świeżo wyglądający kwitnący pięciornik alpejski (Potentilla alpestris Hall).
Położony blisko terytorium prastarych kultur, Ararat widział niejedno. Widział rojowisko ludzkie u swych stóp, wędrówki ludów, ciągłe wojny, wzrost, potęgę i upadek różnych państw i kultur. Pomijając przeszłość odległą kultur sumeryjsko-akadzkich, o których mówi prehistoria wygrzebując w piaskach pustyni coraz to nowe świadectwa ich zmienności, widział Ararat powstanie nad brzegami Tygrysu i Eufratu potężnych państw, jak Asyria i Chaldeja. Ślady walk Asyrii z położonym na północ od Araratu państwem Urartu widać z klinowych napisów umieszczonych ku wiecznej pamiątce na skałach nad jeziorem Gokczą. Widział on upadek Niniwy i Babilonu, powstanie państwa Cyrusa, które rozszerzając na zachód swe dzierżawy zagrażało wolności Grecji. Widział znów i upadek tego państwa, gdy wojska genialnego wodza Aleksandra Macedońskiego odbywały swój zwycięski pochód na wschód aż do Indii. Widział rozpadnięcie się tej potężnej monarchii. Widział, jak daleki Rzym sięgnął i tutaj po swe panowanie, jak szły tędy legiony Lukullusa, wielkiego wodza i polityka, który przed Cezarem rozpoczął politykę imperialistyczną Rzymu, lecz w bogactwach, jakie przywiózł w triumfie do wiecznego miasta, największą zdobyczą cywilizacyjną był nie złoty posąg Mitrydata ani tarcza nabita kameami, lecz wiśnia, którą on pierwszy sprowadził do Europy i ta zdobycz się ostała.
Widział później Ararat nad Tygrysem w Bagdadzie, na ruinach dawnych cywilizacji Asyrii i Chaldei, których stolice Niniwę i Babilon dawno zasypał piasek pustyni, rozkwit kultury arabskiej pod panowaniem Sassanidów i Omajadów. Widział i najście Turków z głębi Turanu i hordy Tamerlana, jak zniszczyły stolicę wolnej Armenii, miasto Ani, które rozkwitało pod panowaniem Bagratydów, a dzisiaj jeszcze ruinami swoimi budzi zainteresowanie archeologów. Widział wreszcie zbliżanie się północnego państwa, Rosji carskiej, która po ujarzmieniu ludów kaukaskich tu na przełęczach Araratu wbiła swe najdalej wysunięte na południe słupy graniczne. Widział również i rzezie nieszczęsnych Ormian, dokonywane od czasu do czasu rękami Kurdów, wobec czego dyplomacja zachodnioeuropejska umywała ręce podobnie, jak to widzieliśmy, gdy pod znakiem swastyki hordy o ideologii Czingiz-chana czy Tamerlana, uzbrojone w broń nowoczesną, runęły na nas z zachodu, by tępić narody stojące na drodze ich panowania.
A on, nad gwar i gorączkę życia ludzkiego przed milionami lat siłami górotwórczymi wywyższony, urąga temu wszystkiemu, co się dzieje w dole. Jemu zaś urągają żywioły. Urąga mu woda w śnieg zamieniona, ciężkim, srebrnym turbanem wieńcząc tę głowę, co niegdyś płonęła ogniem, a topniejąc od dołu, huczy wśród szczelin spękanej lawy i, krusząc trachity, znosi czarny piasek w dół i układa go u stóp olbrzyma. Urąga mu mróz, co powoduje spękanie i kruszenie się odłamów dawnej lawy, krystalizuje śnieg w małych lodowcach, które wciąż żłobią jego boki i znoszą w dół kamienie. Urąga mu wicher, co wygryza w nim zęby skalne i wyorane żleby. Lecz olbrzym pozostał olbrzymem, choć miliony lat głębokimi bruzdami rozorały jego oblicze.
Wyprawa nasza wyruszyła 27/28 sierpnia z Tyflisu koleją do Erywania, następnie (29. VIII) pocztowymi końmi do stacji Kamarlu, stąd do wioski Arałych, gdzie czekała już gromada miejscowych mieszkańców z wielbłądami, żeby zabrać niezbędne bagaże, dla członków zaś wyprawy były przygotowane wierzchowce, żeby konno odbyć następną część podróży. Było nas szesnastu członków wyprawy; jeżeli doliczyć do tego tragarzy, poganiaczy wielbłądów, zastęp konnych milicjantów kaukaskich, to otrzymamy wielką karawanę, noszącą dość egzotyczny charakter.
Skład naszej wyprawy był niezwykle różnorodny. Było nas trzech Polaków, gdyż oprócz mnie i dyrektora Hłaska, przyłączył się po drodze lekarz Witkowski, pełniący swe obowiązki w stacjonującym w pobliżu pułku wojska, jeden Niemiec asystent Hłaska, jeden Gruzin, jeden Żyd-syjonista, dwóch Ormian, dwoje Tatarów i kilku Rosjan, rekrutujących się przeważnie z grona inżynierów i kolejarzy z Tyflisu; spotkałem tam i swego kolegę chemika, z którym stykałem się w pracowni chemicznej w Dorpacie. Słowem, skład naszej grupy narodowościowo wcale dobrze ilustrował carską Rosję, była to dość pstra kompania. Ja, Hłasek i jego asystent, mieliśmy cele naukowe, reszta kompanii, rekrutująca się z klubu wysokogórskiego, była nastrojona sportowo.
Wielkie ułatwienie, jakie mieliśmy w tej wyprawie ze strony władz miejscowych, zawdzięczaliśmy obecności nie lada osoby, której z wieku, urzędu i pochodzenia okazywano wszędzie wielki respekt. Był to naczelnik kancelarii kaukaskiego generał-gubernatora Sułtan-Krym-Girej, potomek krymskich Girejów. Przypominał mi się z Mickiewiczowskiego opisu Petersburga: „Achmet chan Kirgizów, rządzący polskich spraw departamentem.” Wraz z nim była jego siostrzenica, młoda lekarka, pani Egiz-Krym, która świeżo ukończyła medycynę w Genewie.
Przy pięknej, choć trochę upalnej pogodzie cała kawalkada jeźdźców ruszyła naprzód, lecz niebawem musieliśmy rozwinąć się w długi sznur, by w znanym miejscu, tuż za konnym milicjantem-przewodnikiem, przeprawić się w bród przez rzekę. Pod wieczór byliśmy w Sardarbułaku, co znaczy „źródło Sardara”, pod przełęczą jedyne obfite źródło. Tutaj, gdy Persowie panowali w Erywaniu, namiestnik szacha, tzw. „Sardar”, chronił się od upałów i moskitów. Ujrzeliśmy tam koszary straży pogranicznej i wielki namiot specjalnie dla nas ustawiony. Opodal stały czarne namioty Kurdów, których tu sprowadzono do pomocy wyprawie. Przyzwyczaiłem się w górach Karabachu jeździć od koczowiska do koczowiska pasterskiego, lecz tam namioty zbudowane z wygiętych prętów i białego wojłoku miały kształt półkolisty, podczas gdy u Kurdów namioty są to zawieszone na drążkach czarne wojłoki. Pewną osobliwością u Kurdów jest to, że kobiety nie zakrywają twarzy czarczafem, jak to jest w zwyczaju u mahometanek, lecz wraz z mężczyznami z odkrytą twarzą witają gości.
Następny dzień (30.VIII) był dniem odpoczynku i przygotowań do wejścia na górę. Dla mnie był to dzień wytężonej pracy, gdyż starałem się zebrać w najbliższej okolicy jak najwięcej roślin. Urozmaiceniem był czas posiłku, gdy po środku naszego koła, siedzących przeważnie po turecku, w namiocie postawiono olbrzymią tacę, na której wznosił się wysoki, jakby imitujący górę Ararat, biały stożek smacznie przyrządzonego ryżu wraz z kawałkami baraniny, tzw. pilaf. Przyjemny był po obiedzie i deser, gdy z dołu przyjechał konny strażnik i wysypał przed namiotem worek kawonów. Nazajutrz (31 VIII), wbrew przewidywaniom dość późno, wyruszyliśmy tłumnie na zdobycie Araratu, gdyż oprócz członków wyprawy szli przewodnicy i tragarze. Na czele przewodników kroczył sympatyczny wódz pewnego plemienia Kurdów, o bardzo długim nazwisku, którego nie zachowałem w pamięci; był on specjalnie przez władze upatrzony na tym pograniczu trzech państw, gdzie o napady nietrudno, a cieszył się on podobno dużym mirem wśród rodaków zarówno po perskiej, jak i tureckiej stronie.
Pierwsza część drogi od strony przełęczy między Małym i Wielkim Araratem, gdy szło się po trawiastym zboczu, była łatwa; uciążliwszą stała się droga, gdy szliśmy potem granicą po rumowiskach spękanej lawy, gdzie trzeba było wciąż skakać z kamienia na kamień; byliśmy jednak do tego przygotowani, gdyż wszyscy zaopatrzyliśmy się w długie kije, pomagające utrzymać równowagę w tej ekwilibrystyce. Pod wieczór doszliśmy do pierwszego pola lodowego, gdzie na małej łączce rozstawiono nam namiot, lecz już niezbyt obszerny, gdzie mogliśmy spać, ale stłoczeni obok siebie jak sardynki w pudełku. Dla sportowców ta pierwsza część podróży była bardzo łatwa, dla mnie jako botanika była bardziej męcząca niż dni późniejsze, gdyż mając przed sobą nowy świat roślin, musiałem często zatrzymywać się, schylać się po rośliny, odbiegać w bok, później doganiać kompanię, żeby zebrać jak największy plon do zielnika. Gdy przyszliśmy na miejsce noclegu, podczas gdy moi towarzysze rozsiedli się jak na wesołym pikniku, by spożywać zapasy, ja musiałem aż do nocy układać zebrane rośliny w praski, żeby ten bagaż odesłać w dół i nie obciążać się zielnikiem.
W nocy mieliśmy niemiłą niespodziankę: nad ranem (1.IX) poczuliśmy chłód, a gdy uchyliliśmy płótna namiotu, zobaczyliśmy, że jesteśmy zasypani śniegiem. Szczyt Araratu zniknął nam wśród groźnych, czarnych chmur, śnieg wciąż jeszcze z lekka prószył. W takich warunkach trudno było puszczać się w dalszą drogę. Zziębnięci, niewyspani debatowaliśmy, co dalej czynić. Kilka osób starszych i słabszych, jak Hłasek, Sułtan, jedyna kobieta i jeszcze parę osób zdecydowało od razu, że mają już dosyć i wziąwszy z obozu przewodnika i paru tragarzy, zeszli na dół. Reszta postanowiła czekać na wyjaśnienie pogody. Po kilku godzinach raptownie, jak to często bywa w górach, sceneria uległa zmianie; groźne chmury rozsunęły się i gdzieś znikły, a przed nami znów się wyłonił skąpany w promieniach słońca srebrzysty szczyt Araratu. Wyruszyliśmy więc w drogę, choć straciliśmy kilka cennych rannych godzin, podczas których mogliśmy posunąć się wysoko naprzód. Droga ku szczytowi była już jasno nakreślona; każdy indywidualnie wybierał sobie sposób posuwania się naprzód, gdyż nie było tam żadnej ścieżki – jedni woleli się trzymać skał, czy rumowisk lawy, inni kroczyli po śniegu. Niebawem towarzystwo się rozprzęgło, część zrażona trudnościami zaczęła odpadać, niektórzy zrezygnowali i wrócili, zostało wreszcie nas ośmiu.
Idąc w tym tempie sądziłem, że jeszcze przed wieczorem można będzie osiągnąć szczyt, tymczasem niespodziewana okoliczność wstrzymała nasz pochód: tragarze-Kurdowie złożyli bagaże-śpiwory i plecaki i oświadczyli, że dalej nie pójdą i prosili nas, żebyśmy ich puścili. Rzeczywiście, byli oni nieodpowiednio ubrani i marzli. Pasąc swoje barany na zboczach góry, nigdy nie interesowali się wyższymi jej krainami, chyba że ktoś, jak nasz przewodnik główny, był myśliwym i uganiał się za kozłami skalnymi. Nie było rady, musieliśmy ich puścić i po dłuższej naradzie, chociaż to było jeszcze dość wcześnie – jakaś 4 godz. po południu – postanowiliśmy założyć obóz, przenocować w nim i o świcie, już bez bagażów, wyruszyć na zdobycie szczytu. Nie było zbyt łatwo znaleźć odpowiednie miejsce na dość stromym zboczu. Napracowaliśmy się niemało, by splantować odpowiednio równą płaszczyznę, nagromadzić sporo kamieni i spoić je śniegiem, by od strony wiatru wydźwignąć dość wysoki mur, półkolem otaczający nasze legowisko. Było to na wysokości 4500-4600 m. Mieliśmy ze sobą maszynkę do gotowania, pokrzepieni więc gorącą herbatą i zapasami żywności, skoro tylko zaczęło się ściemniać ułożyliśmy się w naszych wojłokowych śpiworach i próbowaliśmy zasnąć. W nocy termometr wskazywał -10° C. Co się tyczy mnie, to ze zmęczenia długo nie mogłem zasnąć wpatrując się w pięknie wygwieżdżone niebo.
Na drugi dzień (2.IX) rano, tak jak planowaliśmy, zostawiwszy nasze plecaki i jednego z towarzyszy w obozowisku, wyruszyliśmy naprzód. Na pogodę nie mogliśmy narzekać, gdyż była piękna, słoneczna; zerwał się jednak bardzo silny wiatr, który nie wróżył nic dobrego, zwłaszcza że widzieliśmy przed sobą szczyt otoczony kurniawą pyłków śnieżnych. Musieliśmy się trzymać tu i ówdzie wystających skał, bo tam było gdzie przycupnąć i za co się chwycić.
Niebawem trzech towarzyszy wycofało się, zostało nas 4 najmłodszych z grona. Minęliśmy pola z nieprzyjemnym zapachem gazów siarczanych i ubezpieczywszy się liną zaczęliśmy posuwać się naprzód żółwim krokiem. Wicher był tak silny, że zerwał mi z głowy odwijaną czapeczkę filcową, którą naciągnąłem na uszy. Szczęściem miałem jeszcze przy sobie baszłyk, którym mogłem zabezpieczyć twarz i uszy przed odmrożeniem. Wiatr był porywisty i ciął mocno w twarz igiełkami lodu; posuwaliśmy się w ten sposób, że przy każdym silniejszym porywie przypadaliśmy do ziemi, by znów zrobić parę kroków, tak że nie tyle szliśmy, co pełzali.
Prędko zaczęliśmy opadać z sił, zwłaszcza że na tej wysokości (około 5 100 m) człowiek czuje się niezmiernie osłabiony, każdy krok kosztuje dużo wysiłku, a cóż dopiero walka z wichurą. Jednemu z towarzyszy krew rzuciła się nosem. Po bezskutecznej walce rozsądek nakazał nam, choć z wielkim żalem, wycofać się spod samego szczytu. Gdy wróciliśmy do naszego ostatniego obozowiska, trzej pozostali towarzysze postanowili jeszcze jedną noc tam spędzić i spróbować wejść na szczyt następnego dnia, licząc, że wiatr się uspokoi. Zostawiliśmy więc im nasze prowianty i niektóre ciepłe rzeczy i wraz z dwoma Kurdami, którzy tutaj dotarli, pomaszerowaliśmy w dół.
Dla mnie była to droga ogromnie męcząca. Obuwie w jakie zaopatrzyła się w Tyflisie wyprawa, było zupełnie niepraktyczne: w pogoni za lekkością sporządzono je z płótna, a jakiś domorosły szewc nie mający pojęcia, jak powinien wyglądać górski trzewik, ponabijał w prymitywny sposób w podeszwę gwoździ. Płótno i podeszwa rozmokły i jakiś gwóźdź zaczął mnie uwierać. Tam, wśród śniegów nie sposób było coś poradzić, zacząłem kuleć, każdy krok był bolesny, a jakiś ostatni kilometr pod Sardarbułakiem musiałem już szukać oparcia u przewodnika. Gdy zdjąłem później obuwie, okazało się, że mam głęboko poranioną gwoździem piętę.
Nazajutrz rano 3.IX była piękna, cicha pogoda. Koło południa doszły nas echa wystrzałów ze szczytu – znak, że nasi towarzysze tam się znaleźli: byli to technolog N. A. Dawidowski, dr Streicher i Michitarjanc, współpracownik gazety ormiańskiej Mszak. Mogli mieć słuszne zadowolenie sportowców, lecz naukowy plon wyprawy okazał się mizerny. Budka meteorologiczna została zasypana śniegiem, odczytanie wskazówek termometrów nie wiele dało, wiadomości były tak mętne, że jak mówił dyr. Hłasek, nie mógł on z tego nic pozytywnego wywnioskować.
Wracaliśmy z Araratu nieco inną drogą, trawersując jego zbocze od Sardarbułaku do doliny św. Jakuba 4.IX. Następnie jadąc pociągiem z Erywania do Tyflisu, 6.IX zatrzymaliśmy się na stacji Ani, żeby zwiedzić położone nad brzegiem rzeki Arpa-czaj olbrzymie ruiny niegdyś kwitnącego miasta, dawnej stolicy wolnej Armenii. Dla sztuki i kultury ormiańskiej ruiny Ani odgrywają podobną rolę jak ruiny Pompei dla sztuki rzymskiej. 9.IX 1903 r. byliśmy z powrotem w Tyflisie. W wycieczce tej moja botanika skończyła się już na drugim obozowisku. Dalej pędziła mnie naprzód już tylko żyłka sportowa. Tu poniosłem porażkę. Lecz nie była ona dla mnie bardzo bolesna. Choć bywałem na niejednym szczycie (na Kaukazie, w Alpach, Tatrach i Skandynawii), lecz nigdy nie uważałem, aby z wytrzymałości moich nóg, rąk i serca rościć sobie jakiś tytuł chwały. Poza obfitym plonem botanicznym miałem jednak to zadowolenie, że byłem na takiej wysokości, na której bywać nie każdemu się zdarza, mogłem więc powtórzyć słowa Adama Mickiewicza:

Tam? – Byłem: Zima siedzi, tam dzioby potoków
I gardła rzek widziałem, pijące z jej gniazda.
Tchnąłem – z ust mych śnieg leciał; pomykałem kroków,
Gdzie orły dróg nie wiedzą, kończy się chmur jazda
Minąłem grom, drzemiący w kolebce z obłoków,
Aż tam, gdzie nad mój turban była tylko gwiazda.

Wyniki rzeczowe mojej ostatniej podróży kaukaskiej w r. 1903 zawarłem w dwóch pracach rosyjskich, ogłoszonych w wydawnictwie Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego i Ogrodu Botanicznego w Dorpacie. O Araracie jest tam tylko krótka wzmianka.
W lecie 1904 r., studiując w Jenie, na zaproszenie młodzieży polskiej z Lipska wygłosiłem tam dla kolonii polskiej odczyt z ostatniej podróży kaukaskiej, zwłaszcza o wycieczce na Ararat. Na wiosnę 1906 r. w sali Muzeum Rolnictwa i Przemysłu w Warszawie wygłosiłem dwa odczyty o Araracie, ilustrowane licznymi przezroczami z moich własnych i cudzych fotografii. Odczyt ten powtórzyłem później w skrócie w Lublinie. Na razie nie znalazłem na to nakładcy. Miałem zamiar włączyć to do większego polskiego dzieła o moich podróżach kaukaskich, lecz niestety, w perypetiach pierwszej wojny światowej rękopis ten, liczne notatki i olbrzymi zbiór moich i cudzych fotografii i przezroczy Kaukazu przepadł w Odessie. Dziś mogłem sięgnąć tylko do wspomnień. (...)
Ogólny plan mojej kaukaskiej podróży 1903 r. wyraził się w kolekcji około 4 000 okazów zielnikowych, w kolekcji fotografii – około setki, w kolekcji owadów – chrząszczy dostarczonych A. P. Siemionowowi-Tianszańskiemu, w kolekcji skamielin z epoki węglowej dostarczonej prof. Czernyszewowi, w pomiarach wysokości czynionych w drodze. Niektóre gatunki okazów zielnikowych zebrane w większej ilości poszły na wymianę do zielników europejskich, jak i zbiór rzadszych nasion (35 gat.) dołączony do katalogu nasion Ogrodu Botanicznego w Dorpacie. Prócz zdobyczy florystycznych ogłosiłem szereg spostrzeżeń o szacie roślinnej zwiedzonych okolic.

W latach 1904–1912 pan Bolesław odbył studia uzupełniające u obcych specjalistów w niemieckiej Jenie i Lipsku, a następnie w austriackim Grazu, szwajcarskiej Genewie i we włoskim Palermo. Rok 1908 spędził jednak w Dorpacie, prowadząc tu na uniwersytecie wykłady zlecone z genetyki, anatomii, fizjologii i geografii roślin, jak też z botaniki ogólnej.
W 1912 roku ukazała się jego praca pt. Nowy typ szparek oddechowych w rodzinie Saxifragaceae. W 1913 roku doktoryzował się na macierzystej uczelni na podstawie rozprawy Anatomiczeskije issledowanija nad ustjcami. To dzieło stanowiło wynik wieloletniego żmudnego wysiłku, polegającego na starannym i wnikliwym zbadaniu 395 gatunków roślin z różnych zon geograficznych. W opublikowanej w 1913 roku pracy znalazła się znaczna liczba świetnie wykonanych rysunków.
W pierwszej i drugiej z siedmiu części autor streszcza dzieje badań nad danym tematem, w dalszych czterech szczegółowo przedstawia własne obserwacje, a w ostatniej uogólnia wnioski wynikające ze wszystkich poprzednich rozdziałów. Według oceny współczesnych badaczy, ustalenia Hryniewieckiego dotyczące tej odmiany roślin miały fundamentalne znaczenie dla ustalenia prawidłowości rządzących w świecie botaniki. (Por.: A. Szczerbatowa, N. Bazylewska, K. Kałmykow, Istorija botaniki w Rossii, Nowosybirsk 1983, s. 113–114).
W latach 1914–1919 B. Hryniewiecki pełnił funkcje profesora morfologii i systematyki roślin na Uniwersytecie Noworosyjskim w Odessie, jak też dyrektora tamtejszego ogrodu botanicznego. W 1916 roku opublikował monograficzny tekst pt. Dioscoreaceae florae Caucasi Tauriaeque, poświęcony światowi roślinnemu Kaukazu i Krymu. Do dziś jego prace w tym zakresie są uważane za klasyczne i są pomocą naukową dla studentów i młodych uczonych w Rosji. (Por.: A. Szczerbatowa, N. Bazylewska, K. Kałmykow, Istorija botaniki w Rossii, Nowosybirsk 1983, s. 113–114).
W Odessie pan profesor brał udział w pracy różnych polskich organizacji i stowarzyszeń, przeważnie o charakterze kulturalnym i dobroczynnym.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości B. Hryniewiecki wrócił do kraju i przez wiele lat pracował na Uniwersytecie Warszawskim, pełniąc m.in. funkcję rektora w latach 1926/1927. Położył duże zasługi dla rozwoju w Polsce nie tylko botaniki, ale też ruchu ochrony przyrody. Przyczynił się m.in. do założenia Świętokrzyskiego i Tatrzańskiego Parków Narodowych.
W roku 1933 ukazały się dwie fundamentalne prace florystyczne Bolesława Hryniewieckiego: Tentamen florae Lithuaniae. Zarys flory Litwy oraz Precis de l’histoire de la botanique en Pologne. Po drugiej wojnie światowej wydano fundamentalne dzieła B. Hryniewieckiego Zarys dziejów botaniki (1949) oraz Owoce i nasiona (1952), które były kilkakrotnie wznawiane w okresie późniejszym.
Wybitny uczony zmarł 13 lutego 1963 roku w Brwinowie koło Warszawy; został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim.

***




Konstanty Wołłosowicz (Wołosewicz)


Urodził się w miejscowości Jodczyce powiatu słuckiego guberni mińskiej w 1869 roku. (Niektórzy biografowie nazywają miejsce urodzin Konstantego Wołłosowicza miasteczko Starczyce koło Starobina w tymże powiecie słuckim).
W tym okresie rodzina była już prawosławna, co więcej, Adam Wołłosowicz, ojciec Konstantego, pełnił funkcje kapłana prawosławnego (przedtem unickiego). Ale w domu była żywa pamięć o tym, że pierwotna wiersja nazwiska brzmiała „Wołosewicz”, i że była to ongiś szlachta króla polskiego, pieczętująca się herbem rodowym Lis. Przodkowie ich znani byli jeszcze w XIV wieku. W jednej ze swych polskojęzycznych hramot, czyli przywilejów, z 20 lutego 1383 roku książę Witold pisał: „My, Wieliki Kniasz Vitowd, dali jesmi sludze swemu Wołoszowi seliszcze na imie Woloska, a dworziscza na rzecze Kalusze, Pesecz y Kamienna Kucza w ziemie Podolskiey, w wolosczi Bakotskiei. A zapissaliszmi jemu na thoi seliscza sto kop poluchrosskow ruskiej liczbi. A koli bichom libo sami hotili teij seliscza w Wolosza odniathi, ili komu prziswolili bichom wikupiti, thedi imajem libo sami zaplatiti jemu za ti seliscza, a libo toth, komu przizwoliliesmo, perweij sto kop dati poluhroskow ruskiei liczbi toz odniati”... (Russkaja Istoriczeskaja Bibliotieka, t. 15, s. 6, SPb. 1895).
Od XV stulecia nagminnie spotyka się w źródłach archiwalnych wzmianki o przedstawicielach tego rodu.
Bojarzyn piński Michno Wołosewicz figuruje w 1524 roku w jednym z przywilejów, podpisanych przez królową Bonę. (Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskoju Komissijeju, t. 24, s. 30). W listopadzie 1529 roku księgi magistratu m. Wilna wymieniają imię Jana Wołosewicza, księdza w Kraśnym Siole. (Akty izdawajemyje..., t. 9, s. 136). Joniecz Wołosowycz, mieszkaniec sioła Torokańskiego, włości horodyskiej, będącej własnością biskupa wileńskiego Waleriana Protasewicza figuruje w aktach archiwalnych w 1558 roku. (Akty izdawajemyje..., t. 25, s. 7). W 1589 roku księgi grodzkie brzeskie wymieniają imię rolnika, mieszkańca wsi Hanki Harasyma Wołosowicza. (Akty izdawajemyje..., t. 6, s. 36). Marcjan Wołosewicz, przełożony klasztoru krońskiego (przed rokiem 1695). (Akty izdawajemyje..., t. 11, s. 265). Eliasz Włosowicz, kapłan unicki we wsi Bezka na Chełmszczyźnie 1737. (Akty izdawajemyje..., t. t. 27, s. 236). Od 1764 roku do co najmniej 1798 parochem kościoła unickiego we wsi Łysica był ks. Ignacy Wołosewicz. Ksiądz unicki Łukasz Wołosewicz około lat 1775/80 był proboszczem miasteczka Mikołajew w Ziemi Nowogródzkiej. Ignacy Włosiewicz był regentem Ziemi Wołkowyskiej, około 1795 roku, a Jerzy Wołąsewicz majstrem „strony polskiej” cechu szewców wileńskich w 1797.
Wywód Familii Urodzonego Wołosewicza herbu Lis z 1819 roku stwierdza, że „familia urodzonych Wołosewiczów jest dawna y starożytna w Królestwie Polskim i prerogatywami szlacheckiemi zaszczycona, oraz dobrze krajowi oyczystemu i tronom panujących Monarchów wiernością dla nich zasłużona, tudzież męstwem dzieł rycerskich na wielu woynach wsławiona”... (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1061, s. 150).
Inny Wywód Familii Urodzonych Wołosewiczów herbu Lis z 1832 roku podaje, że „familia urodzonych Wołosewiczów od najdawniejszych czasów w Xięstwie Litewskim zamieszkała, szczyciła się zawsze prerogatywami stanowi szlacheckiemu właściwemi i używała herbu Lis. Z tey familii pochodzący Dawid Salomonowicz Wołosewicz, protoplasta niniejszego wywodu, w nagrodę znakomitych zasług, a mianowicie męstwa okazanego w czasie Wojny Inflanckiej, miał sobie nadane od Zygmunta III, króla polskiego, dobra ziemne Rekoszajcie zwane, w ziemi żmudzkiej sytuowane”. Sukcesorem tych dóbr około 1631 roku został Bohdan Benedykt Wołosewicz, a później tego syn Faustyn i (po nim) wnukowie Stanisław i Jan. Syn tego ostatniego Jerzy, miał dwóch potomków, Józefa i Antoniego. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1029, s. 7-9).
Julian Wołosewicz ukończył w 1817 roku jezuicką Akademię Połocką, składając liczne egzaminy z dziedziny filozofii katolickiej i nauk ścisłych. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 1082, s. 29). 27 listopada 1819 roku heroldia wileńska potwierdziła rodowitość Dominika Teodora Wołłosewicza, herbu Lis, szlachcica powiatu wileńskiego (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 919, s. 83). Antoni syn Wincentego Wołosewicz po ukończeniu nauk w Gimnazjum Wileńskim w 1823 roku wstąpił na uniwersytet, gdzie się uczył rysunków, malarstwa, rzeźby i muzyki. W 1827 roku otrzymał dyplom o ukończeniu studiów. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 834, s. 44). Po 1863 roku za polityczną nieprawomyślność w guberni kowieńskiej zwolniony ze służby został m.in. w powiecie rosieńskim „sekretarz koleżski Wiktoryn syn Antoniego Wołosewicz. Ma majątek Rakotajcie.” (CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1866, nr 181, s. 25).
Warto też dodać, że matka Konstantego Wołłosowicza pochodziła z równie starożytnego rodu panów Lisowskich, używających na Kresach herbów Nałęcz i Ślepowron. Jak podaje zresztą Adam Boniecki (Herbarz polski, t. 14, s. 366 i in) Lisowscy używali herbów Bończa, Doliwa, Jastrzębiec, Jeż, Leliwa, Lis, Lubicz, Mądrostki, Nałęcz, Nowina, Odrowąż (ci wcześnie odgałęzili się na wschód), Pomian, Poraj, Przeginia, Ślepowron. Wszyscy wywodzili się z ziem rdzennie polskich, ale znani później byli też w Prusiech, na Rusi i Litwie.
W latach 1633–1637 Jan Lisowski był początkowo landwojtem, następnie podwojewodzym połockim. Latem 1665 r. do ksiąg wileńskiego sądu grodzkiego wpisano następującą skargę: „Jegomość pan Jan Lisowski, ziemianin Jego królewskiey mości powiatu lidzkiego, zanosi manifestatią y solennie protestuje na moskala Lwa Sytina o to y takowym sposobem, iż podczas plagi Boskiey, mając obżałowany wyuzdaną wolność nieprzyjacielską a niesłuszney ambitij w sobie postanowienie, uprzątnąwszy gwałtownie zawojowaną pannę Katarzynę Witoldowiczównę, a teraźnieyszą pana Lisowskiego małżonkę, pierwiey antycypując zginieniem y zamordowaniem strasznym, sprowadzeniem w ssyłkę, w przegróżkach codziennych sam z ust swoich przytomnie odpowiadając ponawiał, (...) Wziąwszy ją raptem y violento modo, zaraz wyrok dał: „Dziś tobie żyć ze mną, a szlub brać, a inaczey knutem bić, wisieć albo zginąć ode mnie”. A tak ni żywą, ni martwą w strachu do popa przyprowadziwszy innite poszlubił, hostiii progressu y żył niedziel dwanaście...”
Wierna wilnianka wzbraniała się przed zbliżeniem z barbarzyńską bestią. Wówczas Sytin postanowił ją „jako niewolnicę obwiesić, co miał tyran Myszecki wojewoda za codzienną pociechę na hakach ludzi wywieszać y inne morderstwa y tyranie tym podobne czynić...”. Nadszedł też w tych dniach rozkaz cara, by w powiatach wileńskim, trockim, oszmiańskim i lidzkim, zasiedlonych elementem polskim, „powyścinać ludzi y wniwecz ogniem zrujnować...”. Tylko błyskotliwe zwycięstwa wojsk królewskich pod Połońskiem i Kraśnem, które zmusiły najeźdźcę moskiewskiego do ucieczki, uratowały życie pani Lisowskiej i tysiącom innych mieszkańców tych ziem. Po wygnaniu wroga zapisano więc i powyżej zacytowaną skargę do ksiąg sądowych (Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskoju Komissijeju, t. 34, s. 387–389).
Antoni Lisowski w 1818 roku był członkiem Grodzieńskiego Zgromadzenia Szlacheckiego od powiatu nowogródzkiego (Dział rękopisów Biblioteki AN Litwy, F. 150-95).
Wywód Familii Urodzonych Lisowskich herbu Nałęcz z 1819 roku stwierdza m.in., że „ta familia w kronikach i historyi narodowey Polskiey z znakomitych dzieł rycerskich y posiadania wysokich cywilnych urzędów, a mianowicie z wierności ku Monarchom i przywiązania do oyczyzny głośna, dla różnych klęsk i rewolucyi narodowey, a stąd dla zatracenia odległych wieków dokumentów, nie będąc w stanie wysokiey pochodzenia okazać epoki, zaczyna od urodzonego Józefa Lisowskiego z Korony do Litwy przybyłego”, do województwa nowogrodzkiego, co miało miejsce w roku 1713. „Józef Lisowski, stolnik sanocki, przeniósłszy się z Korony Polskiey do Litwy i pojąwszy w małżeństwo Maryannę Wolską, używając zaszczytów szlacheckich, dziedziczył majętności Morozowicz część trzecią (...) Spłodził trzech synów, Stanisława, Benedykta i Wincentego...” (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 995, s. 192–193).
l jeszcze jeden dokument, poświęcony dziejom tej rodziny, mianowicie Wywód Familii Urodzonych Lisowskich herbu Ślepowron z 1835 roku podaje, że „familia Lisowskich szczycąca się od dawnych czasów prerogatywami szlacheckimi używała i dziś używa herbu Ślepowron (...); zaczyna wywód swój od Karola Lisowskiego, który dziedziczył dobra ziemne Bolin, Turzyca, Hrehorowicze, Toronkiewicze i Zahlinniki macierzyste w powiecie połockim leżące, miał synów sześciu Dadźboga, Aleksandra, Michała, Dominika, Teofila i Stanisława” (około roku 1690) (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1045, s. 10–14).
***

Początkowo Konstanty Wołłosowicz uczył się w Mińskim Seminarium Duchownym, jednak kursu nauk nie ukończył. Złożył natomiast w trybie eksternalnym egzaminy maturalne i wstąpił na wydział przyrodniczy rosyjskiego uniwersytetu w Warszawie, który ukończył w 1892 roku z tytułem kandydata przyrodoznawstwa w dziedzinie chemii.
Natychmiast po tym wyjechał do Petersburga, gdzie przez pewien czas pracował w laboratorium chemicznym Akademii Nauk, a później w Instytucie Leśnym.
Zarobki były jednak tak skromne, że po prostu nie wystarczały na mniej więcej przyzwoite życie, dlatego K. Wołłosowicz wynajął się jako prywatny nauczyciel dorastającego hrabiego A. Stenbock-Fermora, wywierając bardzo korzystny wpływ na charakter młodego arystokraty, wykazującego nad wyraz ekscentryczne i rozrzutne usposobienie. Hrabia był sierotą, lecz odziedziczył po ojcu gigantyczny majątek, był właścicielem prawie połowy Uralu, z jego bezgranicznymi bogactwami naturalnymi i cywilizacyjnymi. Choć A. Stenbock-Fermor uczył się u Wołłosowicza zaledwie parę lat, przejął się jednak jego kulturą i naukami, a jego wdzięczność (choć zmienna) trwała przez wiele następnych lat i znajdowała wyraz m.in. w tym, że magnat, zamieszkały na emigracji w Paryżu, niekiedy dość hojnie wspierał finansami naukowe przedsięwzięcia swego byłego wychowawcy.
Prace naukowo-badawcze K. Wołłosowicz rozpoczął około roku 1896 w dolnym biegu rzek Dźwiny Północnej i Pinegi na terenie Rosji, a ich wyniki opublikował w artykule pod tytułem Gieołogiczeskije nabludienija w niżniem tieczienii Siewiernoj Dwiny w „Trudach Warszawskogo Obszcziestwa Jestiestwoispytatielej” w 1897 roku.
W latach 1900–1912 K. Wołłosowicz mieszkał na stałe w Petersburgu, pracował w strukturach Ministerstwa Oświecenia Publicznego. Jednak zajęcia biurowe zupełnie go nie pociągały i gdy tylko nadarzyła się okazja, udawał się w składzie wypraw naukowych na badania terenowe do Arktyki, Jakucji i gdzie indziej, by prowadzić prace w zakresie geologii i paleontologii.
Wydaje się, że pierwszą tego rodzaju wyprawą, w której wziął udział jako geolog, była ekspedycja pod kierownictwem Edwarda Tolla do regionu północnych Wysp Nowosyberykskich i Ziemi Sannikowa, która wyruszyła z Kronsztadu w połowie lata 1900 na pokładzie statku „Zaria” („Zorza”). Wyprawa, jak wszystkie tego rodzaju przedsięwzięcia, przebiegała w ekstremalnych warunkach przyrodniczych, i wymagała od uczestników nie lada wytrwałości, męstwa i siły woli. Zimę 1900–1901 spędzono na półwyspie Tajmyr, a latem 1901 wylądowano na odległych Wyspach Nowosybirskich, skąd podjęto próby penetracji rozległych obszarów Oceanu Północnego, mając na celu ponowne odnalezienie legendarnej Ziemi Sannikowa.
W wyprawie pod kierunkiem Edwarda Tolla pełnił K. Wołłosowicz funkcję dowódcy tzw. „grupy lądowej”, która dotarła do Wysp Nowosybirskich saniami przez Wierchojańsk i prowadziła następnie badania meteorologiczne oraz geologiczne przede wszystkim na wyspie Kotielny. Baron E. Toll w raportach do Petersburga bardzo wysoko oceniał wyniki badań K. Wołłosowicza i jego postawę życiową, zaprzyjaźnił się zresztą z Polakiem i bardzo go lubił.
Nowy rok 1902 członkowie wyprawy powitali na Wyspach Nowosybirskich, skąd niebawem K. Wołłosowicz z grupą naukowców odłączył się i udał – na rozkaz kierownika ekspedycji – na kontynent, by wyjednać wsparcie dla ekspedycji. Edward Toll ze swymi towarzyszami pozostał, jednak latem 1902 roku zatory lodowe uniemożliwiły mu poszukiwanie Ziemi Sannikowa, a odważni naukowcy zginęli od mrozu i głodu na dryfujących lodach. (Dopiero po trzydziestu latach ekspedycja R. Samojłowicza odnalazła ślady ich obozowiska i dziennik E. Tolla, który został w 1940 roku opublikowany jako cenny materiał naukowy).
K. Wołłosowicz po pewnym czasie przybył do Petersburga, zabiegał tu o wysłanie pomocy E. Tollowi, spisał szereg raportów, które przedstawił odnośnym władzom. Następnie zaś opracował ściśle naukowy tekst pt. O gieołogiczeskom strojenii Nowosibirskich Ostrowow Ziemli Bennetta, który został opublikowany w 1905 roku w periodyku „Zapiski Impieratorskogo Minierałogiczeskogo Obszczestwa”. Później, gdy dowiedziano się o zaginięciu E. Tolla, K. Wołłosowicz przygotował do druku w języku niemieckim książkę pt. Die russische Polarfahrt der „Zarja” 1900-1902, w której zamieścił również własny rozdział O pracach naukowych barona Tolla i ogólnych wynikach geologicznych jego ostatniej ekspedycji. Książkę wydano w Berlinie w 1909 roku i wzbudziła ona duże zainteresowanie w europejskich kołach naukowych. (Baron Edward Toll był Niemcem z pochodzenia, człowiekiem o wybitnych zaletach umysłu i charakteru).
W tymże czasie K. Wołłosowicz sporządził pierwszą w historii nauki rosyjskiej mapę geologiczną Wysp Nowosyberyjskich oraz przekazał Cesarskiej Akademii Nauk dużą kolekcję kości ssaków czwartorzędowych, którą zgromadził w czasie wyprawy na te wyspy.
W 1903 roku K. Wołłosowicz ożenił się z panną Aleksandrą Ławrową i na krótko wyjechał z nią do Szwajcarii; traf chciał, że znajomi zaprosili go na spotkanie W. Lenina z rosyjskimi emigrantami w Zurychu. Obecni na spotkaniu tajni agenci policji rosyjskiej zakomunikowali o tym do Petersburga i powracający do Rosji z podróży poślubnej K. Wołłosowicz został aresztowany i osadzony na okres kilku miesięcy w więzieniu. Po zwolnieniu kontynuował opracowywanie materiałów przywiezionych przez siebie z polarnej wyprawy.
Wracając nieco wstecz zauważmy, że ekspedycja Edwarda Tolla, w której uczestniczył i K. Wołłosowicz, stanowiła ważny moment w dziejach nauki rosyjskiej i światowej. W książce Historia poznania radzieckiej Azji (Warszawa 1979, s. 564–566) czytamy o niej: „Pod koniec XIX i na początku XX w. w kołach geograficznych odżyła dyskusja na temat zagadkowych ziem widzianych na północ od przybrzeżnych archipelagów. Szczególne zainteresowanie wzbudzał problem „Ziemi Sannikowa”, co pozostawało w związku z informacjami dostarczonymi przez E. W. Tolla. Udało się przekonać rząd carski o konieczności wysłania dużej ekspedycji, której celem byłoby poszukiwanie tajemniczej „Ziemi Sannikowa”. Zdaniem Ministerstwa Żeglugi ekspedycja Tolla na Wyspy Nowosyberyjskie miała umocnić pozycje Rosji i zapobiec „... niekontrolowanemu wykorzystaniu bogactw naturalnych przez przedsiębiorczych obcokrajowców”. Wyprawę Tolla oficjalnie nazywano Rosyjską Ekspedycją Polarną. Toll wypłynął z Kronsztadtu 10 lipca 1900 r. na nabytym w Norwegii statku „Zaria”. W ekspedycji udział wzięli znakomici żeglarze i uczeni tego okresu, między innymi geodeta i meteorolog F. A. Matisen, zoolog A. A. Białynicki-Birula, kierownik grupy technicznej budującej magazyny żywnościowe na wyspach – geolog K. A. Wołłosowicz, kapitan N. N. Kołomiejcew, bosman N. A. Biegiczew i inni.
Pierwsze zimowisko „Zari” miało miejsce na Tajmyrze (76°08´ szer. geogr. pn., 95°06´ dł. geogr. wsch.) w zatoce Kolin Arczer (zalew Zari). Okres zimy poświęcono badaniom wybrzeża, jego zatok i zalewów. Żeglarze odkryli dziesiątki nowych obiektów geograficznych. Na mapach ekspedycji pojawiło się 250 nowych, głównie rosyjskich nazw geograficznych. Szczególnie dokładnie opisano archipelag Nordenskjölda. Prowadzący prace opisowe F. Matisen wydzielił w tym archipelagu cztery grupy wyspowe – Litk’ego, Cywolki, Pachtusowa i Wilkickiego; ogółem opisano 40 wysp. W kwietniu i maju 1901 r. Toll, niezadowolony z kapitana Kołomiejcewa, odesłał go wraz z Rastorgujewem na Wyspę Kotielną pod pretekstem zbudowania tam nowych magazynów. W czasie podróży saniami dwóch odważnych żeglarzy wykonało marszrutowe zdjęcie Zatoki Tajmyrskiej i ujścia rzeki Tajmyry, wnosząc wiele istotnych poprawek do ich zarysów na mapie.
Z nastaniem okresu nawigacyjnego „Zaria” bez przeszkód przepłynęła na Wyspy Nowosyberyjskie, a stąd wyprawiła się na północ, aby odszukać „Ziemię Sannikowa”. Jednak próba dopłynięcia do Wyspy Bennetta, otoczonej zwartym pierścieniem lodów, zakończyła się niepowodzeniem. „Zaria” zmuszona była powrócić do Zatoki Nierpicznej, gdzie miało miejsce jej drugie zimowisko. Po pewnym czasie przybyła tutaj z Leny grupa Wołłosowicza w składzie: inżynier M. J. Brusniew, student O. F. Fiongliński i inni.
W maju 1902 r. Toll postanowił nie czekać na początek sezonu nawigacyjnego i przedsięwziął wyprawę na saniach na Wyspę Bennetta. Kierownictwo ekspedycji Toll przekazał kapitanowi „Zari” F. Matisenowi, uzgodniwszy z nim, że statek dopłynie do wyspy 21 sierpnia 1902 r.
Podróż na Wyspę Bennetta miała pomyślny przebieg. Z wyspy Kotielnyj grupa Tolla przeniosła się z badaniami na Wyspę Faddiejewską oraz Nową Syberię i dopiero stąd na Wyspę Bennetta. Badacze spędzili tutaj całe lato, ale „Zaria” nie pojawiła się (wszystkie próby kapitana F. Matisena podpłynięcia do wyspy kończyły się niepowodzeniem). W listopadzie 1902 r. czterech członków wyprawy postanowiło przejść cieśninę po dryfującym i stałym lodzie, ale w drodze wszyscy zginęli. Przyczyn ich śmierci nie udało się ustalić. W roku 1903 Akademia Nauk zorganizowała dwie ekspedycje ratunkowe: na saniach – w celu penetracji Wysp Nowosyberyjskich na czele z M. I. Brusniewem i na statku wielorybniczym, którym dowodził N. A. Biegiczew. Na Wyspie Bennetta załoga statku odnalazła dokumenty Tolla i jego notatkę pozostawioną dla tych, którzy będą go poszukiwać, zbiory geologiczne i mapy Wyspy Bennetta.
Już w okresie przygotowywania planu Rosyjskiej Ekspedycji Polarnej E. W. Toll pisał: „Jaki by nie był koniec zamierzonego przeze mnie przedsięwzięcia, nasza ekspedycja niewątpliwie zostawi pewien ślad w nauce”. Nie pomylił się. Naukowe rezultaty ekspedycji są poważnym przyczynkiem do badań Tajmyru i Wysp Nowosyberyjskich. Jej obserwacje i badania zajęły wiele miejsca w 42 wydaniach „Zapisok Akademii nauk” (wydziału fizyczno-matematycznego). Tołmaczew przeprowadził zwiad geologiczny basenów chatangsko-anabarskiego i piasińskiego, uściślił wiadomości o przyrodzie i rzeźbie tego ogromnego terytorium. Ekspedycja zbadała częściowo solny pagór na półwyspie Jurung-Tumus, odkryła w dolnym biegu rzeki Chatangi pokłady węgla kamiennego i wskazała na możliwość występowania złóż ropy naftowej w okolicy zatoki Nordwik, co później potwierdzili geolodzy radzieccy.
W roku 1908 odkryto po raz drugi wyspę leżącą na wschód od wejścia do Zatoki Chatańskiej. Odkrył ją i naniósł na mapę jenisejski przemysłowiec, uczestnik ekspedycji Tolla – N. A. Biegiczew. Na wniosek I. P. Tołmaczewa Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne nadało wyspie imię Biegiczewa.
Najważniejsze jednak wydarzenia miały miejsce na wschód od rzeki Leny, od ujścia której proponowano rozpoczynanie rejsów statków.
W roku 1909 przybyła tu ekspedycja leńsko-kołymska K. A. Wołłosowicza, aby wybrać miejsce pod budowę bazy i stacji. Wołłosowicz miał przeprowadzić marszrutowe zdjęcie wybrzeża morskiego i przy okazji poczynić obserwacje geologiczne i meteorologiczne.
Podzieliwszy się na dwie grupy: zachodnią i wschodnią (zachodnią kierował K. A. Wołłosowicz, wschodnią – I. P. Tołmaczew), ekspedycja objęła badaniami obszar nadbrzeżny od ujścia Leny do Cieśniny Beringa. Określono dziesiątki punktów astronomicznych i przeprowadzono niwelację barometryczną.”
Jeśli chodzi o tę drugą wyprawę, już pod kierownictwem Konstantego Wołłosowicza, to Cesarska Akademia Nauk zleciła jej zorganizowanie jeszcze w roku 1908, a celem miało być kontynuowanie badań Jana Czerskiego, tragicznie przerwanych przez jego przedwczesną śmierć. (Porównaj: Jan Ciechanowicz, W bezkresach Eurazji, Rzeszów 1997, s. 58–73).
Jako instytucja finansująca tę ekspedycję figurowało rosyjskie Ministerium Przemysłu i Handlu. Wyprawa dotarła do Gór Charaułaskich, przecięła rozległe tereny od zatoki Buor-Chaja do ujścia Leny, odkrywając i nanosząc na mapy szereg lodowców i pomniejszych jezior. Prócz tego K. Wołłosowicz prowadził badania paleontologiczne i geologiczne nad jeziorem Tastach, na Wyspach Faddiejewskiej i Lachowskich. Koło rzeki Sanga-Jurach udało mu się odnaleźć kompletne szczątki mamuta, jak też dokonać innych interesujących odkryć i obserwacji naukowych. Jednocześnie pod kierownictwem K. Wołłosowicza kształciło się, nabierało doświadczeń i umiejętności kilku nieco młodszych rosyjskich badaczy, którzy wyrośli niebawem na słynnych uczonych, a jednym z nich był Iwan Tołmaczew.
W cytowanej powyżej zbiorowej monografii Historia poznania radzieckiej Azji (Warszawa 1979, s. 449–450, 564–565, 568–569) znajdujemy bardzo wysoką ocenę działalności Wołłosowicza. I tak w podrozdziale pt. Ekspedycja Tołmaczewa i Wołłosowicza czytamy: „Ekspedycja leńsko-kołymska pod przewodnictwem K. A. Wołłosowicza została zorganizowana i wysłana w 1909 r. przez ministerstwo handlu i przemysłu. W ekspedycji tej wziął udział G. J. Siedow, przyszły naczelnik pierwszej rosyjskiej ekspedycji na biegun północny, a także i I. P. Tołmaczew kierujący w ekspedycji Wołłosowicza grupą pracującą na wschód od Kołymy. Celem tej ekspedycji było sprawdzenie możliwości żeglugi kabotażowej wzdłuż wybrzeży Syberii na wschód od ujścia Leny oraz możliwości wpływania w ujścia rzek, a także do zasłoniętych zatok i zalewów. Zebrano również materiały dotyczące budowy geologicznej wybrzeży Morza Arktycznego i niektórych większych rzek. Niestety większa część materiałów nie została opublikowana, a zbiory zaginęły. Jedynie rozprawy astronoma ekspedycji E. F. Skworcowa i geologa I. P. Tołmaczewa dają pewien pogląd o obserwacjach prowadzonych podczas ekspedycji nad warunkami przyrodniczymi i życiem miejscowej ludności. E. F. Skworcow w swojej pracy zaznaczył, iż nad Janą i Kołymą lasy stopniowo rzedną, ale pojedyncze duże drzewa spotyka się jeszcze na znacznej przestrzeni. Dalej w kierunku północy rozciąga się już tylko tundra krzewiasta, a drzewa spotyka się tylko w osłoniętych od wiatru dolinach i to tylko na południowych zboczach dobrze nagrzewanych przez słońce.
Ekspedycja I. P. Tołmaczewa, działająca w środkowej części zachodniej Jakucji, nad górną Chatangą i Wilujem, ustaliła, że trapy na wysokich równinach Wyżyny Środkowosyberyjskiej rozciągają się daleko na zachód, wschód i północ. Jednym z ciekawszych i w znaczeniu naukowym najpoważniejszych osiągnięć tej ekspedycji było odkrycie anabarskiego masywu krystalicznego i wydzielenie go jako odrębnej jednostki strukturalno-tektonicznej, jednej z najstarszych na kontynencie Azji. I. P. Tołmaczew rozpatrywał ten masyw jako ogromne plateau, wyniesione w centrum i stopniowo obniżające się ku peryferiom. Największą wysokość plateau określił w przybliżeniu na 1000 m (według dzisiejszych pomiarów najwyższy jego szczyt Lucza-Ongoton osiąga 1044 m n.p.m.). Ciekawe są też obserwacje roślinności prowadzone na północnych zboczach Płaskowyżu Anabarskiego w pasie przechodzenia od tajgi do tundry. W ten sposób została ujawniona jeszcze jedna tajemnica wewnętrznych słabo zaludnionych rejonów Syberii.” (...)
Jeszcze w trakcie trwania leńsko-kołymskiej wyprawy Wołłosowicz opublikował w 1909 roku w „Izwiestijach Impieratorskoj Akadiemii Nauk” dwa teksty: Raskopki Sanga-jurachskogo mamonta w 1908 godu oraz Soobszczienije o pojezdkie mieżdu Lenoj i ozierom Tastach letom 1908 goda. W 1915 roku ukazała się poświęcona tymże zagadnieniom rozprawa Mamont ostrowa Bolszogo Lachowskogo. Kilka książek opracowanych na podstawie ekspedycji leńsko-kołymskiej zaginęło w ogóle, niektóre pozostały w rękopisie i były znane tylko wąskiemu gronu specjalistów z Cesarskiej Akademii Nauk. Uwzględniono je jednak w trakcie realizowania dalszych planów badania i zagospodarowywania terenów Jakucji. Liczne rękopisy wybitnego uczonego są przechowywane w petersburskim i moskiewskim oddziałach Rosyjskiej Akademii Nauk, stanowiąc obecnie przedmiot zainteresowania historyków nauki.
K. Wołłosowicz pisał nie tylko o zagadnieniach geologii i paleontologii, zahaczał też o tematykę meteorologiczną, botaniczną, zoologiczną, klimatologiczną, topograficzną, a także związaną z kwestiami żeglugi rzecznej i morskiej, wojskowości, budownictwa na terenach tundry i in.
Jego dorobek teoretyczny był bardzo wysoko oceniany przez takie autorytety nauki międzynarodowej, jak np. profesor W. Obruczew, R. Samojłowicz, A. Mielnikow.
Późniejsi rosyjscy badacze terenów polarnych w uznaniu ogromnych zasług naszego rodaka dla nauki nadali jego imię nie tylko szeregowi kopalnych organizmów roślinnych i zwierzęcych (np. Piscea wollosowiczi), ale też przylądkowi i wyspie u wybrzeży archipelagu Ziemia Północna.
Życie Konstantego Wołłosowicza zakończyło się tragicznie. W 1917 roku wraz z rodziną przeniósł się ze zbolszewizowanego Piotrogrodu do miasta Essentuki, gdzie jego żona pracowała w charakterze lekarki, on zaś przez parę lat wojny domowej pozostawał, praktycznie rzecz biorąc, bez zatrudnienia i bez zarobku. Były to niesłychanie dramatyczne i trudne lata. Jak ustalił historyk białoruski Walenty Hryckiewicz w swej książce Ot Niemana k bieriegam Tichogo Okieana (Mińsk 1986, s. 282), Konstanty Wołłosowicz zginął tragicznie w katastrofie kolejowej pod stacją Bespałowka koło Charkowa na Ukrainie 25 września 1919 roku. Być może to wydarzenie było powiązane w jakiś sposób z walkami, które wówczas wrzały na tamtych terenach między Białą Gwardią, Czerwoną Armią i oddziałami ukraińskimi...
Syn Konstantego Wołłosowicza, także Konstanty (1909–1973) również był geologiem i przez kilka dziesięcioleci pracował na północy ZSRR; jego zaś żona Erna Arturowna Kalberg posiadała nawet honorowy tytuł Zasłużonego Geologa Federacji Rosyjskiej. Dalsi potomkowie K. Wołłosowicza są obecnie obywatelami Rosji.
***

Wydaje się, że z tejże rodziny polsko-litewskich Wołosewiczów pochodzi znany rosyjski pisarz, dysydent w okresie ZSRR i obrońca praw człowieka, piszący pod pseudonimem Gieorgij Władimow. Józef Smaga pisze o nim w Leksykonie Kto jest kim w Rosji po 1917 roku (Kraków 2000, s. 314–315):  „Urodził się 19 II w Charkowie. Absolwent prawa Uniwersytetu Leningradzkiego (1953). W 1946 udał się do Zoszczenki, by wyrazić mu szacunek po skrytykowaniu go przez Żdanowa. Sławę przyniosła mu opowieść Katastrofa (1961), łamiąca konwencje tzw. literatury młodzieżowej. Utwór przeczytał papież Jan XXIII. Na jednej z audiencji usłyszał on od dziennikarzy, iż daremnie usiłuje nawiązać stosunki z krajami bloku wschodniego, „twierdzą bezbożnictwa, która może szkodliwie oddziałać na wierzących w naszych krajach”, na co odpowiedział: „Nie byłbym takim pesymistą. Niedawno przeczytałem powieść młodego pisarza radzieckiego o zwykłym kierowcy, zajętym ustawiczną pogonią za chlebem powszednim. Ale ja i tam dostrzegłem krach ateizmu, bo z książki niezbicie wynika, że zanik duchowości może stać się przyczyną zguby człowieka. Autor nie pisał książki na zamówienie kościoła, to typowo świecka literatura. Ale pisał ją chrześcijanin, pewnie nie podejrzewający, że nim jest”. W 1967 wystąpił w obronie zniesławianego Sołżenicyna. W liście do IV Zjazdu Związku Pisarzy Radzieckich apelował: „Niechże się Zjazd nie obrazi, ale imiona 9/10 jego delegatów nie przejdą do następnego stulecia. Tymczasem Aleksander Sołżenicyn, duma literatury rosyjskiej, będzie sławny znacznie dłużej”. W 1977 wykluczony ze Związku Pisarzy, wkrótce potem stał na czele moskiewskiej sekcji Amnesty International. W V 1983 poczuł się zmuszony do opuszczenia ZSRR. Mieszkając w RFN, w 1984-86 stał na czele czasopisma „Grani”. Za arcydzieło w powszechnej opinii czytelników i krytyki uznano jego Wiernego Rusłana (publ. w 1975), utwór dłuższy czas krążący w „samizdacie”, szczególnie popularny w Polsce okresu stanu wojennego. Historia psa obozowego, który po skończonej służbie nie jest już w stanie nie być oddanym strażnikiem świata za drutami kolczastymi, ukazuje głębię zniewolenia ofiar totalitaryzmu oraz wymienność ról ofiary i kata. Ten opis cywilizacji łagrowej jest jedną z najgłębszych analiz totalitaryzmu w literaturze pięknej. W Niech się Pan nie przejmuje, Maestro (1982) Władimow sugestywnie opisał okres szykan, jakim został poddany przez władze i współdziałający z nimi „prosty lud”. Twórczość Władimowa wyrasta z tradycji prozy rosyjskiej, łącząc mistrzostwo artystyczne z dążeniem do autentyzmu i obrony ludzkiej podmiotowości. Po raz pierwszy Polskę odwiedził w 1964, po raz drugi w II 1999, z okazji tłumaczenia jego powieści Generał i jego armia (1994), będącej ambitną próbą odkłamania tematyki II wojny światowej w duchu tradycji batalistycznej Lwa Tołstoja. W publicystyce nie przestaje ostrzegać przed narastającą w Rosji groźbą faszyzmu, bronić zasad demokracji i pluralizmu. Zarówno w swej postawie życiowej, jak i twórczości jest jednym z symboli pisarskiej godności, niezależności i obrony wartości humanistycznych podeptanych przez system totalitarny.”
***

I wreszcie jeszcze jednym znakomitym reprezentantem rodu był poeta polski Michał Wołosewicz, urodzony 8 września 1925 roku w miejscowości Stare Rakliszki (gmina Bieniakonie, powiat lidzki, województwo nowogródzkie; zmarł w 2004 roku), jeden z najbardziej utalentowanych twórców literatury na polskich ziemiach, okupowanych przez ZSRR w 1939 roku. Jego utwory cechuje   szczerość, łatwo rozpoznawalny, indywidualny styl myśli i wyrazu.
W jednym z wierszy z roku 1994 Michał Wołosewicz pisał:
Zważcie kochani moi
harmonia tych słów miła, bliska, swojska,
a była tu wówczas ma Ojczyzna Polska.
Piękne było niebo, łąki, pola, lasy –
chodziłem do szkoły – już do szóstej klasy –
gdy wybuchła wojna – O! Wspomnieć serce boli –
rzucano mnie jak piłkę – z niewoli do niewoli.
Były nawet chwile, że mój Kraj rodzinny
miewał nazwy obce i był jakby „inny”.
No i dzisiaj są także zniekształcone słowa,
co głosi swym szyldem „granica państwowa”.
Mieszkam w Białorusi – a Litwa za rzeką –
lecz granica Polski daleko, daleko...
Bywa ktoś mi takie pytanie zadaje:
„Kim jestem w tej chwili? Komu honor daję?”
Odpowiadam szybko: „Jestem z Wileńszczyzny –
ja synem tej ziemi – Polak bez Ojczyzny,
bo tu moce piekieł ziściły swe plany –
ja przez „sojuszników” w Jałcie zaprzedany.”
Dziś o tem historia „wstydliwie” wspomina –
nie znano, nie chciano znać planów Stalina,
ćmiąc grube cygara anglosaskim stylem
jeden był Rooseveltem, a drugi Churchillem.
Przecież to oni depcząc prawdę, prawo, honor, cnotę,
wypełnili iście szatańską robotę.
Dali mi „rozkosze” sowieckiego „raju”
a dziś – nazwę obcego – w swym rodzinnym Kraju.

***





ANDRZEJ   WILKICKI



Autorowi niniejszego tekstu udało się odnaleźć w zbiorach archiwalnych dokumenty dotyczące dziejów tego rodu od XVIII wieku poczynając, ale nie ulega żadnej wątpliwości, że był on obecny na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego także co najmniej parę stuleci wstecz, gdyż w okresie udokumentowanym cieszył się ugruntowaną pozycją społeczną i dobrą sławą, a tych dorabia się z reguły nie z dnia na dzień, lecz żmudną pracą i mężnie przelewaną krwią szeregu kolejnych pokoleń. Jak się wydaje, istniały dwie główne gałęzie tej rodziny; jedna z nich, siedząca w Ziemi Oszmiańskiej, pieczętowała się rodowym godłem Nowina; druga, gnieżdżąca się na Żmudzi w powiecie szawelskim, używała herbu Pogonia.
W jednym z dawnych zapisów do sądowych ksiąg ziemskich  miasta żmudzkiego Żagary figuruje jako świadek  „człowiek wiary godny”  Jan Wilkicki, a tekst ten brzmi jak następuje: „Roku 1671 miesiaca apryla dnia 7, z Wilkickich. Postanowiwszy się ustnie a oczywisto pani Zofia Sadkowska przyznała, iż przedała i na wieczność puściła gruntu leśnego i sianożętnego włóki trejnę  -  w obrębie nazwanym Roponiszkach, od miedze z jednej strony pana Matiasza Wisztaka, a z drugiej  strony samej przedającej pani Sadkowskiej  -  za  pewną sumę i do siebie odliczone pieniadze, za kop 20 liczby i monety litewskiej panu Matiaszowi Rekowi, żenie i potomkom jego. Wolno im będzie dać, przedać, darować, zamienić i ku wszelkiemu pożytkowi obracać; oddala od tej dobrowolnej przedazy pani Zofia Sadkowska dzieci, blisko krewne, powinowate, nie zostawujac sama siebie i obcym ludziom żadnego rekursu do prawa pod wina na urząd kop 10, a na stronę naruszoną zaręki drugą kop 10 i pod zapłaceniem wszystkich szkód, nakładów. A i po  zapłaceniu tej winy i zaręki stronie obrażonej  jednak te dobrowolne przyznanie ma samego pana Reka, żony i potomków jego wiecznemi czasy zostać przy zupełnej mocy.
Przy którym to dobrowolnym przyznaniu byli ludzie dobrzy, wiary godni: JM. Pan Jan Wilkicki, Staniaław Mickun, Jakub Sabelajtis”  (Żagares dvaro teismo knygos. Parenge Vytautas Raudeliunas ir kiti. S. 121 – 122. Vilnius 2003).  W  tymże miesiącu i roku w tychże księgach , lecz w innej sprawie świadczył wielmożny pan Antoni Wilkicki:  „Roku 1671 miesiaca apryla dnia 28, z Żagor. Postanowiwszy się ustnie a oczywisto Małgorzata Krszczonowiczówna Boguszewiczowa przyznała, iż przedała i na wieczność puściła morg cały  -  leżący w polu nazwanym od  Pobol alias od pieca wapiennego, końcem jednym od ścianki grątów miejskich, drugim koncem do rzeki Szwety, od miedze z jednej strony Wawrzyńca Rzemieńskiego, a z drugiej strony miedza Łukasza Pajsiewicza  -  za  pewną sumę i do siebie odliczone pieniądze, za kop 16 liczby i monety litewskiej Abramowi Pobolskiemu,  żenie i potomkom jego. Wolno im będzie dać, przedać, darować, zamienić, ku wszelkiemu  pożytkowi podług woli i upodobania ich obracać. Oddala od tej dobrowolnej przedaży Małgorzata Krszczonowiczówna zięciów, dzieci swoich, blisko krewnych, powinowatych, nie zostawując sama na siebie i obcym także ludziom żadnego rekursu od prawa pod winą na stronę naruszoną zaręki kop 8 …(…) jednak te dobrowolne przyznanie na samego Abrama Pobolskiego, żony i potomków jego wiecznemi czasy przy zupełnej mocy zostać.
Przy którym to dobrowolnym przyznaniu byli ludzie dobrzy, wiary godni: pan Antoni Wilkicki, Tomasz Glarnujtis, Łukasz Jaksztas”…
I wreszcie można w tychże księgach znaleźć także wpis bezpośrednio  dotyczący tej rodziny szlacheckiej:  „Roku 1695 miesiąca januarii 20 dnia, z okolicy Wilkickiej i z Minczajciów. Na urzędzie we dworze Jego Królewskiej Mości zagórskim stanąwszy oczywisto jejmość pani Hanna Gierlakówna Janowa z Giedymina Wilkicka i jegomość pan Karol Wilkicki, syn jejmości, obywatele Księstwa Żmudzkiego, powiatu szawelskiego, dobrowolnie zeznali: Iż mając pan Karol Wilkicki pozostałego po ojcu swoim iure successivo, a od matki swej z wolnej dyspozycyej, wiecznością z dawnych czasów od Jana Kiausza, mieszczanina zagórskiego, włokę gruntu bez dwunastki leśnego, nabytego w polu miejskim, o miedzę z jednej Piotra Barywa, mieszczanina zagórskiego, z drugiej strony Gabra Kąkala leżącego, a będąc po śmierci ojca swego opiekunem młodszej braci swej, tudzież i potrzebnym pieniędzy na  domowe opatrzenie, za pozwoleniem jeszcze żyjącej matki swej, także i młodszej braci, na imię Symona, Matiasza i Ignacego Wilkickich, dla odległości miejsca i na fortunie podupadnienia nie mogąc sam władać, odłączywszy pół włoki i dwunastkę, przedał na wieczność Kazimierzowi Statkowi i Grzegorzowi Andruszkiewiczowi, poddanym ekonomicznym traktu zagórskiego, wójtostwa pana Pobolskiego, we wsi Minczajciach mieszkającym. Którym gruntem pomienieni kupujący po połowę pogodzili się. Za który grunt pan Wilkicki pewną sumę do rąk swoich odebrawszy i zupełnie odliczywszy, zrzekł się sam wiecznemi czasy tego gruntu, a Statkowi i Andruszkiewiczowi w moc, dzierżenie i spokojne podał używanie. (…)  Przy którym to dobrowolnym przyznaniu byli ludzie wiary godni: Paweł Skiris z Niebiłajciów, Michał Witkiewicz z Minczajciów, Jakub Sobolewicz z Żagor”.    
Antoni, Marcin i Stefan Wilkiccy w 1764 roku podpisali akt konfederacji generalnej warszawskiej (Volumina Legum, t. 7, s. 61 i in). W roku 1774 Jan Wilkicki sprzedał synowi swemu Marcinowi posiadłość Osowiny alias Szklańce w powiecie oszmiańskim. Rodzina urodzonych Wilkickich w lutym 1808 roku potwierdzona została w rodowitości szlacheckiej przez dekret Mińskiej Deputacji Szlacheckiej. Z tegoż dokumentu wynika, że ci Wilkiccy posiadali dobra ziemskie także w powiecie oszmiańskim (Historyczne Archiwum Narodowe Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 2, nr 510, s. 1–401). I chyba w tym mniej więcej czasie odgałęzili się też na Ziemię Mińską.
Według bowiem Regestru szlachty czynszowej i okolicznej powiatu borysowskiego z roku 1812 w okolicy Kapuścin mieszkał jw pan Maciej Wilkicki. (Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskoju Komissijeju, t. 37, s. 308).
7 września 1812 roku do prefektury polskiej policji w Borysowie wpłynęła skarga „od obywatela tegoż powiatu Felixa Tracewskiego, regenta”. Tekst ten daje wymowne świadectwo zarówno ludziom, jak i czasom, które ilustruje. A więc: „Jaśniewielmożny Pan Antoni Wilkicki, mieszkający w Dzierużkach, z innemi szlachtami, mając do mnie niechęć za spełnianie woli przeszłego rządu rossyjskiego, (...) mszcząc się tedy za to, za pierwszym wejściem komendy (francuskiego generała Kolberta) porucznika Rostowskiego, wnet JPan Wilkicki przybiegł do Dokszyc i w najwyższym sposobie mię udawał, że jakoby ja największym jestem przyjacielem Rossyi, że zasadzkę czyli pułk rossyjski w lesie chowam i furaż onym dostarczam (...) i różne inne dziwotwory przed pomienionym porucznikiem przedstawił.
Porucznik, będąc o mnie tak uprzedzony, zwokowawszy mię, czynił zapytanie, - azali ja istnie w Puszczy Bucławskiej przechowywam pułk rossyjski i jemu furaż dostarczam. Kiedym się ja zaparł i dowodził, że to jest płonna wieść, porucznik tenże dla przekonania większego wysłał szpiegów, a mnie tymczasem pod aresztem utrzymywał. J.Pan Wilkicki, jeżdżąc razem z żołnierzami, którzy byli komenderowani dla wyśledzenia o pułku rossyjskim, w tym czasie naprowadził z tych jednego żołnierza Krzypanowskiego na dom mój Witunicze, któren różne szturmy robił i konia strokatego mego zabrał. Kiedy już Wilkicki nie mógł okazać tym żołnierzom przeze mnie ukrytego pułku, rzucił się do innego sposobu. Zaczął zbierać podobnych w postępkach sobie różnych szlacht, którzy na pismie równie i sam na punktach wyż rzeczonych mnie udających dali świadectwo”...
Skoro nie udało się domniemanego moskalofila zniszczyć, to postanowił pan Wilkicki przynajmniej nie zwracać Tracewskiemu zabranego przez żołnierza konia. Gdy podkomisarz policji Wańkowicz udał się do Wilkickiego, by odebrać konia, „on nie odpowiadając niczego z domu uciekł”. Sprawa, oczywiście, na tym się jeszcze nie skończyła. „Powtórnie kiedy W. Wańkowicz do jego przybył i zapotrzebował albo zwrotu konia, albo dania objaśnienia, – on, chociaż umiał czytać i pisać, jednak tego zaparł się, a tylko tłumaczył się, że jakoby odprowadził jego do Bobru i oddał tym żołnierzom, od których miał danego”... Skarżył się więc F. Tracewski na A. Wilkickiego, prosząc sąd o rozstrzygnięcie sprawy. (Akty izdawajemyje..., t. 37, s. 417–418).
Nie wiemy, czy zdążyły polskie władze wnieść jasność w tę sytuację, ale z pewnością później ze strony władz rosyjskich spotkać musiały pana Wilkickiego nie lada nieprzyjemności. Przecież w miesiąc po spisaniu tego listu tereny te zajęły już oddziały Kutuzowa i pan Tracewski nie przegapił chyba okazji, by siebie wystawić w oczach nowych panów jako męczennika sprawy rosyjskiej, tyle ucierpiałego za swoją miłość do Rosji od sąsiada A. Wilkickiego...
Jan, syn Szymona, Wilkicki oraz jego dwuimienni synowie Hipolit Romuald oraz January Ignacy, wszyscy zamieszkali w powiecie oszmiańskim, odnotowani zostali przez heroldię wileńską w 1838 roku. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 8, nr 86(1), s. 65).
W 1851 roku heroldia wileńska potwierdziła rodowitość szlachecką Anastazji z Derwojedów Wilkickiej, wdowy po Józefie Wilkickim, zamieszkałej w miejscowości Gudele powiatu wileńskiego z synami Bernardem (19 l.), Hipolitem (11 l.), Wilhelmem (9 l.) i Wacławem (7 l.) oraz córką Pauliną (11 l.). Utrzymywała ona rodzinę z dorywczych zarobków. Z zapisu tego dowiadujemy się też, że rodowitość Wilkickich była potwierdzona również w 1808 roku przez heroldię mińską. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 3306).
***

         Jak wynika z materiałów dokumentalnych przechowywanych w Centralnym Państwowym Archiwum Historycznym Rosji w Petersburgu (f. 1343, z. 18, nr 2260, rok 1867, s. 122,147,156,177) generał marynarki wojskowej Cesarstwa Rosyjskiego Andrzej, syn Hipolita, Wilkicki urodził się w powiecie borysowskim Mińskiej Guberni 1 lipca 1858 roku w rodzinie szlacheckiej.

Ukończył Akademię Morską w Petersburgu oraz specjalny kurs astronomii i geodezji w Obserwatorium Pułkowskim. Był więc człowiekiem wszechstronnie i solidnie wykształconym, co mu umożliwiło rozpoczęcie pracy naukowej w Głównym Zarządzie Hydrograficznym Rosji w stolicy państwa, jak też prowadzenie wykładów w tutejszej Akademii Morskiej. Badania naukowe młody uczony rozpoczął na Morzu Bałtyckim i nad Jeziorem Oneżskim, a dotyczyły one przyśpieszenia grawitacji. Odkryte przezeń szczegółowe ustalenia nie były dotychczas znane nauce światowej, co spowodowało, że Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne wyróżniło go małym złotym medalem oraz medalem imienia Littke’go. W ten sposób, od pozornie małych, lecz przecież liczących się kroków rozpoczęta została wielka kariera znakomitego podróżnika i geografa.
W 1887 roku A. Wilkicki stanął na czele ekspedycji statku „Bakan” na archipelag Nowa Ziemia. Po pomyślnym jej sfinalizowaniu został mianowany kierownikiem kolejnej wyprawy hydrograficznej, tym razem w okolice południowej granicy Norwegii, a zaraz potem rozpoczął wszechstronne i szczegółowe badania rzek Jeniseju i Obu pod względem ich przydatności do żeglugi i in.
W archiwach Petersburga są przechowywane luźne kartki z notatkami podpułkownika Andrzeja Wilkickiego, dokonywanymi w trakcie tej wyprawy. A więc po 9 lipca 1894 roku, gdy ekspedycja wyruszyła z miasta Jenisejska, jej dowódca odnotowywał: „Ludność staje się coraz to rzadsza, przerzedza się też las. Powoli zanikają oznaki uprawy roli, hodowli, ogrodnictwa i innych kulturalnych zajęć człowieka; coraz to bezwzględniej egzekwuje swe dzikie prawa posępna tundra”... Pustka goniła pustkę. Wieś licząca około stu mieszkańców uchodziła tu za duże miasteczko, a nawet swego rodzaju „ośrodek” życia społecznego. Najczęściej osady liczyły tu sobie 3–4 rodziny. Z rozmów z tą ludnością wynikało, że, po pierwsze, jest ona absolutnie obojętna na to, co się dzieje w tak zwanym „szerokim świecie”, po drugie, że jest emocjonalnie bardzo przywiązana do miejsca swego zamieszkania, i, po trzecie, że ma nadzwyczaj skromne aspiracje życiowe, w tym majątkowe czy prestiżowe. Nadużywając tego łagodnego usposobienia – pisze A. Wilkicki w swych notatkach – władze oficjalne są nad wyraz nieludzkie i bezczelne w traktowaniu tutejszej ludności, a to zarówno tubylczej, jak i napływowej rosyjskiej.
A. Wilkicki nie tylko kierował obserwacjami, ale i prowadził dziennik podróży, zawierający moc informacji nie tylko przyrodniczo-geologicznych, ale też etnograficznych i innych. Tak np. rzuciło się oficerowi w oczy, że na ogromnych przestrzeniach nad brzegiem Jeniseju spotyka się dużo porzuconych i zrujnowanych domostw chłopskich. Gdy wreszcie spotkano miejscowego mieszkańca, ów opowiedział, że chodziła tu ongiś straszna choroba i nadszedł ze stolicy papier, iż naczalstwo lokalne musi pilnie uważać na umieralność ludności i obserwować ją. Aby ułatwić sobie to zadanie kazano wysiedlić wszystkich rybaków z ich porozrzucanych nad brzegami domostw i osadzić na zimę pod bokiem władz, w jednym miejscu. A ponieważ rybołówstwo stanowiło podstawę istnienia tych biedaków, to, oderwani od niego, wymarli w ciągu jednej zimy prawie wszyscy, o czym też naczalstwo wysłało do Petersburga dokładne doniesienie, pomijając tylko istotną przyczynę tej tragedii aborygenów...
Źródłem utrzymania tubylców było przede wszystkim rybołówstwo, które dostarczało zarówno mięsa na żywienie, jak i tranu do lamp oświetlających skromne domostwa. W sumie rzecz biorąc sytuacja materialna tych ludzi plasowała ich ciągle i niezmiennie na skraju nędzy. O życiu duchowym tubylców A. Wilkicki pisał: „Znają wiele duchów: jedne, ich zdaniem, mają władzę nad powietrzem, chorobami i śmiercią; inne chronią renifery przed padnięciem; jeszcze inne posiadają dar przewidywania przyszłości itd. Wywoływaniem duchów zajmują się tak zwani szamani, którzy osiągają swe wizje po dłuższym śpiewie i uderzaniu w bębny, któremu towarzyszą konwulsyjne ruchy ciała”... Jednocześnie A. Wilkicki zauważył, że tubylcze zwyczaje handlowe były dalekie od uczciwości, oszustwo, fałszywe wagi i miary stanowiły atrybuty powszednie, a nawet w pewnym sensie – jeśli się uda – powszechnie akceptowane.
Jeśli zaś chodzi o stosunki rodzinne, to są one raczej czyste i szlachetne, nacechowane wzajemną miłością, szacunkiem i czułością, a to zarówno jeśli chodzi o stosunek mężczyzn do swych żon, jak i rodziców do dzieci. Jednak obserwacje nad bytem Chantów, Ewenków i Nienców nie stanowiły celu wyprawy A. Wilkickiego, zostały one poczynione na marginesie realizacji celów zasadniczych, choć przecież też posiadają swą wartość naukową jako luźny przyczynek do zagadnień etnografii.
W trakcie pierwszego roku podróży wyprawa A. Wilkickiego ustaliła, że duże okręty wodne mogą wchodzić do akwatorii Jeniseju na odległość 350 kilometrów; że pokłady węgla w okolicy Norylska mają charakter przemysłowy i mogą być źródłem nieograniczonej ilości tego paliwa dla regionu podbiegunowego Rosji, co też później rzeczywiście zostało zrealizowane. Firma „Norylsk-Ugol” jest dziś jedną z najpotężniejszych w skali światowej.
Wyprawa A. Wilkickiego sprecyzowała położenie szeregu wysp i innych obiektów geograficznych na terenach wokół Wyspy Dixona, miast Turuchańska i Jenisejska; szczególnie zaś skrupulatnie dokonała tego w dorzeczu Obu. Jak twierdzą późniejsi badacze tej wyprawy (w tym profesor Walenty Hryckiewicz), ustalenia wyprawy A. Wilkickiego były w okresie późniejszym uważnie studiowane przez władze ZSRR, gdy zakładano i rozbudowywano takie słynne ośrodki handlowe i przemysłowe jak Igarka, Nachodka, Norylsk.
W 1896 roku ta, trwająca trzy lata, wyprawa została pomyślnie skończona. Po krótkiej przerwie A. Wilkicki poprowadził jednak kolejne ekspedycje najbardziej północnym szlakiem morskim, a skutkiem tych wypraw było sporządzenie dużej ilości bardzo dokładnych map, dotyczących terenów lądowych i morskich, które potem umożliwiły planowe zagospodarowanie i rozwój cywilizacyjny tej części kuli ziemskiej.
W 1901 roku A. Wilkicki stanął na czele karawany morskiej, złożonej z 22 parowców, która pomyślnie dopłynęła z europejskiej części Rosji, przez Morze Karskie, do Jeniseju. O tej wyprawie historycy nauki później pisali: „Po epizodycznych pracach hydrograficznych w 1898 r. Komitet Hydrograficzny Ministerstwa Żeglugi rozpoczął systematyczne badania wybrzeży Syberii. Ekspedycją hydrograficzną na Morzu Arktycznym na statku „Pachtusow" kierował utalentowany żeglarz rosyjski – A. I. Wilkicki. W ciągu siedmiu lat w trudnych warunkach klimatycznych hydrografowie dokonali opisu wybrzeża od granicy rosyjsko-norweskiej do ujścia Jeniseju i zgromadzili bogaty materiał dotyczący locji i danych nawigacyjnych, na podstawie których sporządzono mapy, z których następnie korzystali kapitanowie statków, płynących do ujść rzek zachodniosyberyjskich. Na wyspach Kołgujew, Gulajewskie Koszki, przy wejściu do Jugorskiego Szaru ustawiono stałe znaki morskie. Na wypadek awarii statków w Zatoce Warneka (Jugorski Szar) i w Zatoce Pomorskiej (Matoczkin Szar) wyprawa zbudowała domy-schroniska. W roku 1910 na podstawie opisu ekspedycji Wilkickiego Komitet Hydrograficzny wydał mapę rejonu obsko-jenisejskiego, która dokładnością przewyższała wszystkie znane dotychczas mapy, w tym także mapy sporządzone przez Wielką Ekspedycję Północną”.
Od 1907 roku generał Andrzej Wilkicki objął posadę kierownika Głównego Zarządu Hydrograficznego Cesarstwa Rosyjskiego, a piastując to eksponowane stanowisko wspierał wszelkie ryzykowne inicjatywy, które kończyły się istotnymi osiągnięciami naukowymi i sprzyjały dalszemu rozwojowi cywilizacyjnemu ziem północnych Rosji.
Liczne teksty naukowe A. Wilkickiego poświęcone zagadnieniom bezpieczeństwa żeglugi, metodologii tworzenia map geograficznych, budowy latarń morskich itp. były publikowane w periodykach „Zapiski Russkogo Gieograficzeskogo Obszczestwa”, „Morskoj Sbornik”, „Zapiski po Gidrografii”.
W 1912 roku A. Wilkicki sprzyjał m.in. organizacji słynnej wyprawy na morza podbiegunowe G. Siedowa. Zawsze też był zwolennikiem wykorzystywania Północnego Szlaku Morskiego jako ważnej linii transportowo-zaopatrzeniowej, pozwalającej uniknąć zagrożenia ze strony Japonii. Słuszność jego pozycji, z rosyjskiego punktu widzenia, potwierdziły tragiczne wydarzenia 1904–1905 roku, gdy flota rosyjska doznała szeregu bolesnych porażek spowodowanych przez japońską marynarkę wojenną pod dowództwem admirała Togo.
W sierpniu 1910 roku rząd rosyjski postanowił zorganizować ekspedycję hydrograficzną w celu zbadania Oceanu Północnego od Zatoki Beringa do ujścia rzeki Leny. Specjalnie dla tej wyprawy zostały zbudowane w Stoczni Newskiej Petersburga potężne lodołamacze, którym nadano miana: „Tajmyr” i „Wajgacz”. Początkowo dowódcą flotylli mianowano generała-majora N. Siergiejewa, gdy zaś ten poważnie zachorował, chciano mianować kapitana drugiej rangi Borysa, syna Andrzeja, Wilkickiego. Jednak ze względów etycznych ojciec sprzeciwił się tak gwałtownemu i wysokiemu awansowi syna i sprawa utkwiła na pewien czas w martwym punkcie. Dopiero zgon generała Andrzeja Wilkickiego 26 lutego 1913 roku umożliwił przejęcie wielkiej morskiej sztafety przez jego syna. Zaznaczmy jeszcze, że A. Wilkicki został pochowany na Cmentarzu Smoleńskim w Petersburgu, w skromnej rodzinnej kwaterze, obok jednego ze swych młodo umarłych synów.
Ciekawe, że osiem wysp w składzie wysp Wilkickiego na północy Rosji nazwano Bussol, Howgard, Pet, Jackman, Groznyj, Korsar, Tugut i Czabak – na cześć psów pociągowych, służących ekspedycji.
***

BORYS WILKICKI



Był synem Andrzeja Wilkickiego, urodzonym 22 marca 1885 roku w Pułkowie, (według innych danych: w Petersburgu), wówczas gdy jego ojciec, będący dopiero młodym porucznikiem, prowadził wykłady dla słuchaczy Akademii Sztabu Generalnego w zakresie hydrografii. Jak pisze W. K. Rykow: „syn, jak to się często zdarzało w środowisku rosyjskich Polaków, poszedł w ślady ojca”, a więc obrał los oficera morskiego.
Borys Wilkicki był wychowankiem Akademii Marynarki Wojennej w Petersburgu, w 1905 roku jako młody miczman walczył w obronie przed Japończykami Portu Artura, został tam ranny i nagrodzony wojskowymi orderami za wykazane bohaterstwo. Następnie – dzięki niepospolitej inteligencji, pracowitości i konsekwencji – zrobił błyskotliwą karierę sztabową w Rosyjskiej Marynarce Wojennej.
Nie to jednak było jego żywiołem i młody oficer chętnie przystał na propozycję zwierzchnictwa, by wziąć udział w obliczonej na kilka lat wyprawie morskiej, o której z góry było wiadomo, że nie będzie łatwa i że nie koniecznie skończy się pomyślnie.
A więc w 1909 roku lodołamacze „Tajmyr” i „Wajgacz” wypłynęły z Kronsztadu w kierunku zachodnim. Były to potężne i nowoczesne statki oceaniczne, zaopatrzone, jak słynny „Fram”, w tak zwane „obwody”, które powodowały, że masy lodu jakby wypierały w górę przednią zaokrągloną część okrętu, która następnie własnym ciężarem łamała lód, nie odnosząc żadnych z jego strony uszkodzeń. Ruch odbywał się w ten sposób dość powoli, ale spokojnie, pewnie i miarowo. Moc silnika równała się 1200 koni mechanicznych, pojemność 1500 ton. Zapas węgla wynoszący 500 ton gwarantował pokonanie 12 tysięcy mil morskich w szybkością ośmiu węzłów w ciągu dwóch miesięcy bez zawijania do portów. Wymiary lodołamaczy były jednakowe: 54 x 11 x 4 metry). Każdy parowiec mógł w razie potrzeby zabrać zapasy żywności, wystarczające na 16 miesięcy dla całej załogi, jak też konieczną ilość sań, instrumentów, namiotów, koców itp. Załoga każdego statku składała się z pięciu oficerów marynarki wojennej, jednego inżyniera-mechanika, 39 szeregowych marynarzy, jednego kucharza i jednego lekarza pokładowego.
Jako swego rodzaju ciekawostkę można podać, że obydwa statki zostały wyposażone w sensacyjną nowinkę swego czasu: telegraf bezprzewodowy (czyli radio) umożliwiający kontakt na odległość 150 mil morskich. Co więcej, na pokładzie jednego z okrętów stał francuski aeroplan „Farman”, który miał w razie potrzeby startować z lotniska lodowego w celach zwiadu meteorologicznego itp.
Trasa biegła tym razem dookoła Europy, przez Kanał Suezu i Ocean Indyjski do Władywostoku, w którym oba okręty zacumowały 3 lipca 1910 roku. Następnie w ciągu 1910–1912 r. ekspedycja prowadziła prace badawcze wokół północnego wybrzeża Jakucji i Syberii Wschodniej. Opływając od północy Wyspy Nowosyberyjskie załoga „Tajmyru” odkryła nową wyspę, której uroczyście nadano, na wniosek jednego z oficerów, imię Andrzeja Wilkickiego, nieodżałowanego patrona całej wyprawy. Wyspa została dokładnie zbadana, opisana i wniesiona na mapę geograficzną. Nie była ona ani zamieszkana, ani rozległa, liczyła w poprzecznicy tylko półtora kilometra.
W czasie trwania wyprawy na samym początku jesieni 1913 roku odkryto duży archipelag, któremu nadano miano Ziemi Mikołaja II, na cześć cesarza Wszechrosji, od 1926 zwano ją oficjalnie: Siewiernaja Ziemla czyli Ziemia Północna, gdyż władze komunistyczne ZSRR nie uznawały cesarzy czy królów.
Jeśli chodzi o samą nazwę archipelagu, to B. Wilkicki proponował nazwać go: „Ziemia Tajwaj”, na cześć statków „Tajmyr” i „Wajgacz”, jednak lokajscy dziennikarze z Moskwy i Petersburga usłużnie zaczęli ją mianować „Ziemią Mikołaja II”, zanim jeszcze nadano tę nazwę oficjalnie. Jasne, że polemika na ten temat z zapitą hołotą gazeciarską była w ówczesnych warunkach nie do pomyślenia. B. Wilkicki nie smakował ani w publicznych dyskusjach, ani w dworskich intrygach, był to twardy „morski wilk”, który lubił robić tylko to, co potrafił, a potrafił być właśnie znakomitym oficerem, dowódcą, podróżnikiem i uczonym...
Zaznaczmy na marginesie, że archipelag Ziemia Północna jest dwukrotnie większy niż słynna Ziemia Franciszka Józefa, i liczy 91,8 tys. km2.
W 1914 roku ekspedycja ponownie dotarła do archipelagu Mikołaja II i dokładnie ustaliła jego zarys; cieśninę zaś między nim a półwyspem Tajmyr nazwano później imieniem Borysa Wilkickiego. Ta cieśnina, rozdzielająca półwysep Tajmyr i Ziemię Północną, łączy Morze Karskie z Morzem Łaptiewów i ma długość 130 km, szerokość w najwęższym miejscu 56 km, głębokość do 210 metrów.
Uczestnicy wyprawy byli świadomi swej misji i swych dokonań, toteż nieraz, po ustanowieniu flagi państwowej na kolejnej dotąd „ziemi nieznanej”, zatrzymywano się i cała załoga wznosiła kielich szampana na cześć kolejnego zwycięstwa, pokonania ogromnych przestrzeni i potwornych sił przyrody, jak też zresztą i własnej słabości.
Latem 1915 roku parowce wyruszyły w kierunku zachodnim i 25 sierpnia dobiły do brzegu w porcie Archangielsku, uroczyście witani przez ludność i gubernatora.
O tych wyprawach w zbiorowym tomie pt. Historia poznania radzieckiej Azji (Warszawa 1979, s. 572–575) czytamy co następuje:
W rejsie 1911 r. wraz ze statkami hydrograficznymi odbył pierwszą żeglugę z Władywostoku na Kołymę statek „Kołyma” pod dowództwem P. A. Trojana. Rejs ten zapoczątkował ekspedycje kołymskie, odbywające się następnie prawie co roku aż do 1914 r. W rejsach kołymskich, które odegrały znaczną rolę w wyparciu zagranicznego handlu przemytniczego, szczególnie wsławił się kapitan P. G. Miłowzorow.
Prace opisowe w 1912 r. objęły wybrzeże aż do ujścia rzeki Leny. Oprócz tego „Tajmyr” i „Wajgacz” dokonały opisu wysp Niedźwiedzich i Nowosyberyjskich. Nie powiodły się jedynie próby przepłynięcia za przylądek Czeluskin. Na drodze statków pojawiły się pola lodowe, których pokonanie nie było możliwe. W rezultacie żeglugi w 1912 r. zostały sporządzone mapy wybrzeża od Kołymy do Leny i części wschodniego Tajmyru.
Najbardziej efektywne były rejsy „Tajmyra” i „Wajgacza” w czasie żeglugi 1913 r., chociaż początkowo nic nie zapowiadało sukcesów. U ujścia Kołymy statki napotkały szeroki pas zwartego lodu i zmuszone były opływać go od północy. Było to ryzykowne przedsięwzięcie, ponieważ wcześniej nikt nie pływał w tym rejonie. Na czele ekspedycji stanął energiczny hydrograf B. A. Wilkicki, który zastąpił chorego I. S. Siergiejewa. Poprowadził on pierwszą w historii arktycznej żeglugi morskiej wyprawę wokół Wysp Nowosyberyjskich. Ryzykowne przedsięwzięcie przyniosło niespodziewane wyniki. 7 sierpnia główny statek , „Tajmyr” odkrył na północ od wyspy Nowa Syberia niedużą wyspę, nazwaną na cześć znanego rosyjskiego hydrografa A. I. Wilkickiego (ojca kierownika ekspedycji) Wyspą Wilkickiego. Drugi statek „Wajgacz” popłynął na wybrzeże Tajmyru przez Cieśninę Dmitrija Łaptiewa. 19 sierpnia „Tajmyr” i „Wajgacz” dotarły do przylądka Czeluskin. Jednakże i tym razem przejście na zachód zagradzały zwarte pola lodowe, które postanowiono wówczas obejść od północy. Również i ta droga nie była nigdy eksploatowana.
Przed podjęciem Ekspedycji Hydrograficznej na Morze Arktyczne na łamach prasy formułowano opinie na temat tego, co znajduje się na północ od przylądka Czeluskin: morze czy ziemia. Już E. W. Toll w czasie zimowania na półwyspie Tajmyr, badając jego geologiczną strukturę, doszedł do zaskakującego wniosku. „W tym kierunku – pisał on – należy szukać jeszcze wysp, może już nie tak licznych, jak w tajmyrskich szkierach”. Analogiczne przypuszczenia wysuwali także inni badacze, jednakże zostały one stłumione przez przeciwników tego punktu widzenia.
Pierwsze dni żeglugi „Tajmyru” i „Wajgacza” całkowicie obaliły poglądy sceptyków. Podążając na północ, 20 sierpnia 1913 r. statki zbliżyły się do niedużej wyspy, którą nazwano Mały Tajmyr, zaś drugiego dnia na horyzoncie ukazała się nowa górzysta wyspa. W ten sposób odkryto nowe i największe (chodzi o ówczesny okres) terytorium w Arktyce – archipelag Ziemia Północna. Na nowym lądzie przeprowadzono obserwacje astronomiczne i magnetyczne, następnie statki ruszyły dalej. 22 dnia na Przylądku Berga załogi ponownie wysiadły na ląd, gdzie podniesiono flagę rosyjską. W czasie następnych dni, korzystając z nie zamarzniętej toni wodnej, „Tajmyr” i „Wajgacz” osiągnęły największą szerokość w swej podróży – 81°07´ szer. geogr. pn.; dalej nie można było płynąć, ponieważ drogę zagradzały zwarte pola lodowe. Uradowani dotychczasowymi sukcesami żeglarze byli przekonani, że dotrą przez odkrytą cieśninę na Morze Karskie, jednakże nadzieje szybko upadły, gdy załogi znalazły się wśród lodów. W ciągu doby 24 i 25 sierpnia lodołamacze posunęły się naprzód zaledwie o pięć mil. Nie osiągnąwszy zamierzonych celów, 31 sierpnia Wilkicki nakazał odwrót.
Trasa powrotna przebiegała bardziej na północ, aniżeli zwykle, omijając Wyspy Nowosyberyjskie.
W czasie pobytu na Wyspie Bennetta hydrografowie odnaleźli geologiczną kolekcję E. W. Tolla i umieścili tablicę pamiątkową na cześć badaczy zmarłych w 1902 r.
W roku 1914 Komitet Hydrografii Wojennej rozkazał Wilkickiemu zakończyć za wszelką cenę prace badawcze i dotrzeć do Archangielska. W tym czasie, gdy statki wyprawy przebywały w mieście Nome (Alaska) dowiedziano się o wybuchu wojny światowej. Jednak Ministerstwo Żeglugi wyjaśniło Wilkickiemu, że jego prace powinny być kontynuowane aż do pełnego zrealizowania programu. Podążając na zachód, w kierunku Tajmyru, 14 sierpnia ekspedycja odkryła wcześniej nie zauważoną wyspę, leżącą na północ od Wysp Nowosyberyjskich i nazwała ją nazwiskiem lejtnanta Żochowa, który w tym dniu pełnił wachtę. Warunki lodowe pogorszyły się. Statki dostały się w lodową niewolę i dopiero w drugiej połowie października z wielkim trudem udało się wyprowadzić je na zachodni brzeg Półwyspu Tajmyrskiego. Zatoka Tolla stała się miejscem przymusowego zimowiska – pierwszego zimowiska lodołamacza w Arktyce. Okres zimy wykorzystano na realizację zdjęć i opisów wybrzeża, które dołączono do opisów wykonanych przez ekspedycję na „Zari”. Pewnym urozmaiceniem na zimowisku było nawiązanie radiotelegraficznej łączności ze stolicą. Łączność utrzymywano za pomocą zimującego na wybrzeżu Tajmyru statku „Eklips”, wysłanego przez Ministerstwo Żeglugi, w celu wzmocnienia ekspedycji hydrograficznej. W ten sposób telegrafiści rosyjscy wykorzystali w celach naukowych wielki wynalazek A. S. Popowa do utrzymania łączności z Arktyką.
Wraz z nastaniem sezonu nawigacyjnego „Tajmyr” i „Wajgacz” opuściły zimowisko i we wrześniu szczęśliwie dotarły do Archangielska, po odbyciu pierwszego rejsu (z jednym zimowiskiem) po całej Północnej Drodze Morskiej ze wschodu na zachód.
W ciągu sześciu krótkich arktycznych sezonów nawigacyjnych rosyjscy hydrografowie wykonali prace, które można porównać tylko z pracami Wielkiej Ekspedycji Północnej. Ich głównym wynikiem był opis wybrzeży od Cieśniny Beringa do przylądka Czeluskin i dalej do Tajmyru oraz połączenie tegoż opisu z relacjami innych ekspedycji. Opis ten umożliwił sporządzenie dokładniejszych map nawigacyjnych dla wszystkich dostępnych do żeglugi mórz i odcinków wybrzeża. Wykonano go na podstawie licznych punktów pomierzonych za pomocą metod astronomicznych.”
Warto jednak pamiętać, że tylko na papierze tego rodzaju wyprawy przebiegają względnie gładko i bez przeszkód, faktycznie zaś każda godzina spędzona w ekstremalnych warunkach podbiegunowych wymaga ogromnej mobilizacji ducha, inteligencji, siły woli, zdecydowania, a nawet bezwzględności. Dochodzi tu bowiem nagminnie nie tylko do ugrzęźnięcia w zwałach lodu, huśtawek i groźnych przechyłów okrętów, ale też do kryzysów i konfliktów psychologicznych, nad którymi nie wolno dywagować, a które trzeba natychmiast w najostrzejszy sposób – jak wrzód – przecinać. Tylko bowiem pod tym warunkiem udaje się dokonać tego, co niemożliwe, czyli tego, czego nikt przed tobą nie dopiął. „Tajmyr” i „Wajgacz” ulegały podczas podróży licznym uszkodzeniom, które trzeba było natychmiast likwidować, a zdrowie i życie składu osobowego było wielokrotnie wystawiane na szwank. Zdarzało się przecież i wpaść na górę lodową, na mieliznę, na skały w nocy. Tego rodzaju „przygody” wytrzymują tylko najmocniejsi i najlepsi.
Plonem wyprawy było zgromadzenie obfitego materiału naukowego z dziedziny hydrologii i geografii, klimatologii i astronomii, geodezji i ichtiologii, geologii i zoologii. Przebogate zbiory mineralogiczne i inne zostały po powrocie przekazane do zbiorów Cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu.
Wyprawa B. Wilkickiego była drugim w dziejach ludzkości (po Szwedzie Adolfie Eriku Nordenskioldzie) pokonaniem w całości tzw. Wielkiego Szlaku Północnego, a różnorakie osiągnięcia naukowe podczas niej dokonane, okazały się bardzo istotne. Wszyscy podoficerowie biorący udział w wyprawie zostali nagrodzeni medalami, a oficerowie – orderami. Borys Wilkicki zaś otrzymał prócz tego złoty medal Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, złoty medal Francuskiego Towarzystwa Geograficznego oraz złoty medal Szwedzkiego Towarzystwa Antropologii i Etnografii. Prócz tego cesarz Mikołaj II nadał mu rangę fligel-adiutanta z należną wstążką i orderem.
Był to jednak czas wojny. Czasu na fetowanie nie było. Po kilku dniach wszyscy oficerowie (w tym dowódca B. Wilkicki) i marynarze „Tajmyru” i „Wajgacza” zostali odkomenderowani na okręty bojowe walczące z niemiecką Krigsmarine, a wielu z nich w tych walkach zginęło.
20 września 1916 roku rząd Rosji skierował do rządów kilkudziesięciu państw świata pismo, w którym znalazły się następujące zdania: „Znaczna ilość odkryć i badań geograficznych na terenie krajów polarnych, rozpościerających się na północ od azjatyckiego wybrzeża Cesarstwa Rosyjskiego, dokonana w ciągu stuleci dzięki wysiłkowi rosyjskich żeglarzy i kupców, została niedawno uzupełniona przez najświeższe sukcesy, które ukoronowały działalność fligel-adiutanta Jego Cesarskiej Mości, kapitana 2-giej rangi Wilkickiego, kierownika Ekspedycji Hydrograficznej, której zostało zlecone w latach 1913–1914 zbadanie Oceanu Północnego.
Ten oficer Rosyjskiej Floty Cesarskiej dokonał w 1913 roku opisu kilku rozległych obszarów, leżących obok północnego wybrzeża Syberii, a potem, podążając ku północy, odkrył obszerne ziemie, rozpościerające się na północ od półwyspu Tajmyr, którym zostały nadane nazwy Ziemi Mikołaja II, wyspy Cesarzewicza Aleksego i wyspy Starokadomskiego.
W ciągu 1914 roku kapitan Wilkicki, po dokonaniu nowych i ważnych badań, odkrył drugą wyspę leżącą niedaleko wyspy Bennetta. Tej wyspie zostało nadane miano „ostrow Nowopaszennyj”.
Cesarski Rząd Rosji ma zaszczyt notyfikować w ten sposób rządom państw sojuszniczych i zaprzyjaźnionych włączenie tych ziem w skład terytorium Imperium Rosyjskiego”.
Oczywiście, ten komunikat musiał być ogłoszony kilka lat wcześniej, lecz stanął temu na przeszkodzie wybuch pierwszej wojny światowej i niesłychanie gorszące rzeczy, dziejące się na dworze cesarskim za sprawą hochsztaplera i agenta masonerii Rasputina.
W 1918 roku Borys Wilkicki został mianowany dowódcą tzw. Pierwszej Radzieckiej Ekspedycji Hydrograficznej, która jednak ze względu na wydarzenia wojny domowej nie została uskuteczniona w pełnym zakresie. O kontekście naukowym i gospodarczym tej wyprawy w tomie Historia poznania radzieckiej Azji (s. 584–586) czytamy: „Swój zasadniczy stosunek do problemów Północy, a przede wszystkim do organizacji żeglugi morskiej, wysuwającej się na pierwszy plan na skutek specyficznych warunków naturalnych Północy (bezdroża, olbrzymie odległości, słaba łączność z centrum kraju) władza radziecka określiła w pierwszych miesiącach swojej działalności. Już w lutym 1918 r. Archangielski Komitet Gubernialny rozpatrywał projekt ekspedycji morskiej na rzekę Lenę, przedstawiony przez K. K. Nieupokojewa, byłego uczestnika wyprawy hydrologicznej na Morzu Arktycznym. Plan, przewidujący szerokie badania na trasach przepływu statków, uruchomienie żeglugi handlowej, został zaaprobowany przez marynarzy archangielskich. W marcu i kwietniu oceniali go hydrologowie w Piotrogrodzie, gdzie również został zatwierdzony. Zaproponowano wysłanie na Morze Arktyczne dużej ekspedycji na statkach „Tajmyr”, „Wajgacz”, „Dieżniew”, „Rusanow”, „Sibiriakow”, „Siedow” i „Małygin”. Obszar badań podzielono na dwie części – zachodnią i wschodnią, przy czym za granicę między tymi terenami przyjęto przylądek Czeluskin. Cel ekspedycji, według jej kierownika B. A. Wilkickiego polegał na tym, aby „... w miarę możliwości od razu całkowicie zmienić pogląd o warunkach żeglugi tą drogą, otwierając ją w najbliższej przyszłości”.
2 lipca 1918 r. W. I. Lenin podpisał decyzję Radzieckiego Komitetu Naukowego o wyasygnowaniu na potrzeby ekspedycji hydrologicznej 1 mln rubli. Ponieważ ekspedycja została uznana za niezwykle ważną i pilną, wyasygnowane środki już następnego dnia zostały przekazane telegraficznie do Archangielska, gdzie przygotowywały się także do dalekiej drogi na Ob i Jenisej statki handlowe po zboże.
Jednak ani ta, ani następne ekspedycje nie odbyły się z powodu interwencji obcych państw. Białogwardziści po zdobyciu władzy na Północy, zgodnie ze wskazówkami okupantów niezwłocznie odwołali ekspedycję. Po wypędzeniu interwentów i rozgromieniu białogwardzistów realizacja wyznaczonego w 1918 r. programu odbywała się w nieco zmienionym i uszczuplonym zakresie, ponieważ interwenci zatopili i uprowadzili za granicę prawie całą flotę lodołamaczy, a wielu marynarzy zginęło na frontach wojny domowej.
Podczas zajmowania Archangielska dowództwo Armii Czerwonej dowiedziało się, że białogwardziści porzucili znajdujący się w tarapatach lodołamacz „Sołowiej Budimirowicz”, wysłany przez sztab białogwardzistów do Zatoki Czoskiej po mięso reniferów. Od lutego „Sołowiej”, na pokładzie którego znajdowało się 85 ludzi, wśród nich kobiety, dzieci i grupa oficerów, znajdował się w okowach lodu i dryfował przez Karskie Wrota w kierunku południowo-zachodniej części Morza Karskiego. Telegramy, które napływały ze statku do Archangielska potwierdzały, że „Sołowieja” nieuchronnie znosiło na północ. Powstało realne niebezpieczeństwo powtórzenia dryfu „Św. Anny” ze wszystkimi wynikającymi z niego konsekwencjami. Kierując się względami humanitarnymi rząd radziecki, osobiście W. I. Lenin, polecili wysłać z Archangielska ekspedycję ratunkową na lodołamaczu „Kanada” (później „F. Litke”). Z Obdorska na zachodnie wybrzeże półwyspu Jamał wyruszyła saniami ekspedycja. Jednocześnie Ludowy Komitet do Spraw Zagranicznych zwrócił się do Norwegii z prośbą o wysłanie na Morze Karskie jednego z uprowadzonych do Anglii lodołamaczy. Norweska ekspedycja, którą kierował O. Sverdrup, na lodołamaczu „Swiatogor” (później „Krasin”) na początku lipca opuściła Ward, a 18 lipca spotkała się z radzieckim lodołamaczem „Kanada”. Po upływie doby wspólnymi siłami oswobodzono „Sołowiej” z lodowej niewoli i odholowano do Archangielska.
Tysiącmilowy dryf „Sołowieja” i działalność ekspedycji ratunkowych miały duże znaczenie dla badania Morza Karskiego. Po raz pierwszy zostały tu przeprowadzone obserwacje nad rozmieszczeniem temperatury w głębi i na powierzchni wody. Porównanie dryfu „Sołowieja” z dryfem „Św. Anny” pozwoliło ustalić kierunek głównych prądów w południowo-zachodniej części Morza Karskiego.
W 1920 roku Borys Wilkicki wyemigrował do Wielkiej Brytanii. (Został w Archangielsku aresztowany razem z całą flotyllą przez interwentów angielskich i na ich twarde żądanie zgodził się wyjechać do Londynu). W latach 1923–1924 na prośbę radzieckich firm handlowych prowadził statki państw europejskich do ujść Obu i Jeniseju. Ale o tym nikt w ZSRR nie ważył się nawet napomknąć, bo przecież B. Wilkicki był monarchistą i „białym oficerem”.
Przez wiele lat ogromna wiedza i najwyższe kwalifikacje zawodowe Borysa Wilkickiego służyły obcym. Był on mianowicie naczelnym hydrografem Konga Belgijskiego (po uzyskaniu niepodległości – Republika Zair). Podobno bardzo tęsknił za ziemią ojczystą. Bardzo wysokie wynagrodzenie wcale nie wszystkim starcza za powód do zadowolenia, nie mówiąc o szczęściu.
Borys Wilkicki zmarł 6 marca 1961 roku i pochowany został w Brukseli, na cmentarzu katolickim. Zmarł jako osoba prywatna, cicho i niezauważalnie, choć przecież był jednym z najwybitniejszych uczonych i podróżników XX wieku, którego imię w annałach nauki światowej jest wypisane obok nazwisk – Nansen, Nordenskjold.
Chciał wrócić do Rosji, zwracał się z odnośną prośbą do władz w Moskwie, lecz rządzący nią tępi czerwoni feudałowie nawet nie raczyli odpowiedzieć na listy wybitnego uczonego.
Zastanawiające, że tylko drobny ułamek obszernych notatek naukowych Borysa Wilkickiego został opublikowany w książce N. Jewgienowa i N. Kupieckiego Naucznyje riezultaty polarnoj ekspiedicii na ledokołach „Tajmyr” i „Wajgacz” w 1910–1915 godach (Leningrad 1985). Są one znane tylko historykom nauki z rękopisów przechowywanych w Petersburgu, gdyby jednak zostały chociażby teraz – ze stuletnim opóźnieniem – opublikowane, dałyby świadectwo wybitnemu geniuszowi morskiemu, wiedzy, osiągnięciom naukowym i kulturze intelektualnej B. Wilkickiego.

***










                                                                   Bibliografia

  1. Adler Alfred:  Sens życia.  Warszawa 1979.
  2. Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskohu Komissijeu dla razbora drewnich aktow.  T. 1 – 42. Wilno 1865 – 1915.
  3. Apokryfy Starego testamentu, t. 1 – 2. Kraków 2000.
  4. Arystoteles: Fizjognomika. Warszawa 1993.
  5. Augustyn Św.: Dialogi filozoficzne, t. 1.  Kraków 1999.
  6. Beauvois Daniel: Polacy na Ukrainie.  Paryż 1987.
  7. Biograficzeskij słowar jestiestwoznanija i techniki,  t. 1 – 2. Moskwa 1959.
  8. Boniecki Adam: Herbarz Polski, t. 1 – 17. Warszawa 1899 – 1913.
  9. Bronowski Jacob: The Origins of Knowledge and Imagination. New Haven and London 1978.
  10. Burckhardt Jacob:  Kultura Odrodzenia we Włoszech. Warszawa 1991.
  11. Butowi-Andrzejkowicz Michał: Szkice Kaukazu.  Wilno 1859.
  12. Ciechanowicz Jan: Dzieci żelaznego wilka. Rzeszów 2005.
  13. Ciechanowicz Jan: Etyka wielkich cywilizacji. New York 2010.
  14. Ciechanowicz Jan: Gońcy Ikara. Osoby pochodzące z Litwy i polski w dziejach lotnictwa i kosmonautyki światowej. Mołodeczno 2002.
  15. Ciechanowicz Jan: Herbarz polsko-rosyjski, t. 1 – 2. Warszawa 2006.
  16. Ciechanowicz Jan: Rody rycerskie Wielkiego księstwa Litewskiego, t. 1 – 6, Wilno – Rzeszów 2001 – 2006.
  17. Ciechanowicz Jan: Twórcy cudzego światła. Toronto 1996.
  18. Ciechanowicz Jan: W bezkresach Eurazji. Rzeszów 1997.
  19. Ciechanowicz Jan: Zdobywca Azji. Mikołaj Przewalski. Mołodeczno 2002.
  20. Ciechanowicz Jan: Z rodu polskiego, t. 1 – 2. Rzeszów 1999.
  21. Cioran Emile Michel: Historia i utopia. Warszawa 1997.
  22. Cyceron Marek Tulliusz: Rozmowy tuskulańskie. Warszawa 2010.
  23. Descartes Rene: Rozprawa o metodzie. Warszawa 1970.
  24. Dybowski Benedykt:  O starożytności rodu ludzkiego.  Lwów  1904.
  25. Dybowski Benedykt:  Pamiętnik. Lwów  1930.
  26. Erazm z Rotterdamu: Trzy rozprawy. Warszawa 2000
  27. Ernst Marcin: O końcu śiata i kometach. Lwów 1899.
  28. Foerster Friedrich Wilhelm: Politische Ethik und politische Pädagogik. München 1920.
  29. Fukuyama Francis: Koniec człowieka. Kraków 2006.
  30. Fukuyama Francis: Koniec historii. Poznań 1996.
  31. Gajl Tadeusz: Herbarz Polski. Gdańsk 2007.
  32. Gehlen Arnold: Antropologia filozoficzna. Warszawa 1996.
  33. Glasenapp Ernst: Beiträge zu der Geschichte des althinterpommerschen Geschlechts von Glasenapp, t. 1 – 2. Berlin 1884 – 1897.
  34. Gracjan Baltazar: Wyrocznia podręczna. Warszawa 2009.
  35. Greenop S. Frank: Who travels alone. Sydney 1944.
  36. Gumilow Lew: Geografia etnosa w istoriczeskij  pieriod.  Moskwa  1990.
  37. Historia poznania radzieckiej Azji. Warszawa 1979.
  38. Hryckiewicz Walentyn: Ot Niemana k bieriegam Tichogo Okieana. Mińsk 1986.
  39. Hryniewiecki Bolesław: Owoce i nasiona. Warszawa 1952.
  40. Hryniewiecki Bolesław: Zarys dziejów botaniki. Warszawa 1949.
  41. Iwanicki Wiesław: Między Leną a Pacyfikiem. Warszawa 1986.
  42. Jan Paweł II: Fides et ratio. Kraków 1998.
  43. Jan Paweł II:  Redemptor hominis. Kraków 1997.
  44. Jinarajadasa Czandra: Człowiek we Wszechświecie. Madras 1957.
  45. Jung Carl Gustaw: Rebis czyli kamień filozofów. Warszawa 1989.
  46. Jusuf  Bałasaguni: Katadgu Bilig. Moska 2000.
  47. Kant Immanuel: Krytyka praktycznego rozumu. Warszawa 1972.
  48. Kołczyński J., Korsuń A., Rodrigues M.: Astronomy. Kijów  1977.
  49. Kołumby Ziemli Russkoj. Chabarowsk 1989.
  50. Koneczny Feliks:  Polskie Logos a Ethos,  t. 1 – 2. Warszawa  1905.
  51. Kopeć Józef: Dziennik Józefa Kopcia, brygadiera wojsk polskich. Wrocław 1995.
  52. Kunsky Jan: Czeske czestovatele. Praga 1961.
  53. Lakier Aleksandr: Russkaja gieraldika, t. 1 – 2. Moskwa 1993.
  54. Ledebuhr von Leopold: Adelslexikon der Preussischen Monarchie. Berlin 1912.
  55. Librowicz Zygmunt: Polacy w Syberii. Wrocław 1993.
  56. Lietuvos  Vyriausiojo  Tribunolo  Sprendimai.  (Par. Vytautas Raudeliunas). Vilnius  1988.
  57. Lipski Władimir: Gornaja Buchara,  t. 1 – 3. Sankt-Petersburg 1902 – 1905.
  58. Lucretius Titus Carus: O naturze wszechrzeczy. Warszawa 1967.
  59. Marcinek  Roman, Ślusarek  Krzysztof:  Materiały do genealogii szlachty  galicyjskiej.  Kaków 1996.
  60. Mickiewicz Adam: Dzieła prozą. Nowogródek 1933.
  61. Mikłucho – Maclay Mikołaj: Sobranije soczinienij, t. 1 – 6. Moskawa 1990 – 1995.
  62. Montaigne de Michel: Próby, t. 1 – 3. Warszawa 1985.
  63. Morozow Siergiej: Russkije putieszestwienniki. Moskwa 1953.
  64. Nietzsche  Friedrich  Wilhelm: Tako rzecze Zaratustra. Warszawa 1992.
  65. Nietzsche Friedrich Wilhelm: Wola mocy. Warszawa 1993.
  66. Oster Ludwig: Astronomia współczesna. Warszawa 2003.
  67. Paprocki Bartosz: Herby rycerstwa polskiego. Warszawa 2004.
  68. Pascal Blaise: Myśli. Warszawa 1997.
  69. Pascal Blaise: Prowincjałki. Warszawa 2010.
  70. Paschini Pio: Vita e opera di Galileo Galilei. Roma 1982.
  71. Perel Izrael: Wydajuszczijesia russkije astronomy. Moskwa – Leningrad 1951.
  72. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, t. 1 – 4. Poznań 1997.
  73. Platon: Prawa. Warszawa 1960.
  74. Platon: Timajos. Kritias. Warszawa 1986.
  75. Plutarch z Cheronei:  Żywoty sławnych mężów.  Wrocław  1988.
  76. Rej Mikołaj: Żywot człowieka poczciwego, t. 1 – 4. Warszawa 1902.
  77. Russel Bertrand: Wychowanie a ustrój społeczny. Warszawa 2000.
  78. Russkije ziemleprochodcy i morechody. Moskwa 1982.
  79. Schopenhauer Arthur: Aforyzmy o mądrości życia, t. 1 – 2. Warszawa  1997.
  80. Seneka Lucjusz Anneusz: Dialogi. Warszawa 1996.
  81. Seneka Lucjusz Anneusz: Listy moralne do Lucyliusza. Warszawa 1998.
  82. Siemiradzki Henryk:  Na kresach cywilizacji.  Warszawa 1896.
  83. Siennicki: Dokument szczególnego miłosierdzia Bożego… Wilno 1830.
  84. Słowacki Juliusz: Dzieła, t. 1 – 5. Warszawa 1977 – 1978.
  85. Smaga Józef: Leksykon. Kto jest kim w Rosji po 1917 roku. Kraków 2000.
  86. Starykoń – Kasprzycki Stanisław:  Almanach szlachecki.  Warszawa 1917.
  87. Sulimierski F., Chlebowski B., Walewski W.: Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, t. 1 – 15. Warszawa 1975 – 1977.
  88. Sumner William Graham: Naturalne sposoby postępowania w gromadzie. Warszawa 1995.
  89. Szarej Teszuwa.  Warszawa 2004.
  90. Szczerbatowa A., Bazylewskaja N., Kałmykow K.: Istorija botaniki w Rossii. Nowosybirsk 1983.
  91. Szczurowskij Georgij: Istorija geologii moskowskogo bassiejna, t. 1 – 2. Moskwa 1866 – 1867.
  92. Szczueowskij Georgij: Organologia żywotnych. Moskwa 1834.
  93. Święcki Tomasz: Historyczne pamiątki znamienitych rodzin i osób dawnej Polski, t. 1 – 2. Warszawa 1997.
  94. Teofrast: Pisma filozoficzne. Warszawa 1963.
  95. Thomassen E. S.: Biographical Sketch of Nicolas de Mikloucho – Maclay. Brisbane 1882.
  96. Trepka Andrzej:  Benedykt  Dybowski.  Katowice  1979.
  97. Uruski Seweryn: Rodzina. Herbarz szlachty polskiej, t. 1 – 16. Warszawa 1904 – 1935.
  98. Wańkowicz Melchior:  Zupa na gwoździu. – Doprawiona. Warszawa 1983.
  99. Winkiewicz Gawriił:  Wydajuszczijsia geograf i putieszestwiennik.  Mińsk  1965.
  100. Woroncow – Wieliaminow B. A.: Wsielennaja. Moskwa – Leningrad 1947.
  101. Zalewski Leszek: Szlachta ziemi liwskiej. Warszawa 2005.
  102. Zigel F.: Sokrowiszcza zwiezdnogo nieba. Moskwa 1980.
  103. Znaniecki Florian:  Społeczne role uczonych.  Warszawa  1984.
Znaniecki Florian: Upadek cywilizacji zachodniej.  Warszawa 1938

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz