poniedziałek, 28 stycznia 2019

Jan Ciechanowicz - GENIUSZE WOJNY cz. 4 (Wybitni teoretycy wojny i dowódcy wojskowi polskiego pochodzenia w armiach obcych)


ROSJA



Bazyli Sokołowski



W okresie II wojny światowej w szeregach Armii Radzieckiej, i to na najwyższych szczeblach, znajdowało się niemało osób o polskim rodowodzie, że wymienimy takie nazwiska, jak generałowie: J. Husakowski, N.Popiel, S. Krasowski, D. Glinka, M. Zinkiewicz, W. Wolski, N. Radkiewicz, A. Pietrykowski, A. Turczyński, P. Bogdanowicz, M. Filipowski, N. Pawłowski, W. Mazurkiewicz, J. Daszewski, S. Iwanowski, S. Krasnowski. Wielu z nich także po wojnie pełniło odpowiedzialne funkcje w aparacie sił zbrojnych ZSRR. Tak np. Aleksander Łuczyński podczas wojny z Niemcami dowodził kolejno dywizją, korpusem, armią; po wojnie zaś pełnił obowiązki dowódcy okręgów wojskowych; od 1958 był Głównym Inspektorem Armii Radzieckiej, generałem broni.
Ze szlacheckiej rodziny herbu Sas wywodził się Józef Husakowski (ur. 25 grudnia 1904 w miejscowości Worodźków koło Krzyczewa, zmarły 20 lutego 1995 roku w Mińsku), wybitny radziecki dowódca wojskowy, generał broni ZSRR, jeden z pogromców Niemców pod Moskwą i pod Kurskiem w 1943 roku, a następnie pod Lwowem, Sandomierzem, jak też nad Wisłą i Odrą; dwukrotny posiadacz tytułu honorowego Bohatera Związku Radzieckiego, kawaler trzech orderów Lenina, czterech orderów Bojowego Czerwonego Sztandaru, dwóch orderów Czerwonej Gwiazdy, jak też orderów Mongolii, Polski, Czechosłowacji i innych krajów.

Zarówno społeczeństwo, jak i wojsko rosyjskie (radzieckie) były wieloetniczne; samych np. generałów żydowskiego pochodzenia w okresie drugiej wojny światowej służyło w Armii Czerwonej 146 osób, co nie bez kozery uwypuklają m.in. izraelskie opracowania historyczne. Polaków było mniej liczbowo, lecz jakościowo była to formacja bezkonkurencyjna, niewątpliwie najznakomitsza pod względem intelektualnym. Ale przez warszawskich durniów dzisiaj ignorowana, zresztą im, jako dyplomowanym ciemniakom, zupełnie nieznana

* * *

Do najwybitniejszych Polaków w wojsku ZSRR należał marszałek Bazyli Sokołowski. Przypomnijmy więc, że Sokołowscy byli ongiś i są do dziś szeroko rozbudowanym domem szlacheckim, używającym w różnych odnogach takich herbów jak: Cholewa, Doliwa, Gozdawa, Korab, Kornic, Ogończyk, Pomian, Poraj, Prawdzic, Rola, Sokola, Ślepowron, Trzaska. Jednym z pierwotnych gniazd wielu Sokołowskich była miejscowość Sokołowo w powiecie łomżyńskim na Podlasiu. O Sokołowskich herbu Gozdawa Bartosz Paprocki w Herbarzu rycerstwa polskiego podawał: „Tego herbu wieku mego używał Stanisław Sokołowski, doctor utrisque juris, proboszcz u Świętego Floriana na Kleparzu, kaznodzieja króla Stefana, człowiek uczciwy, wszelakoż zdrowie niesposobne przeszkadzało onej godności jego. Napisał księgi i wydał „De notis ecclesiae”.
„Dobry człowiek”, czyli szlachcic, Mikołaj Sokołowski figuruje w jednym z zapisów do ksiąg grodzkich drohickich z 8 stycznia 1474 roku (Lietuvos Metrika, t. 25, s. 264).
Sokołowscy herbu Gozdawa, jak twierdzi Ignacy Kapica Milewski (Herbarz, s. 382) wzięli nazwisko od dóbr Sokoły na Podlasiu.
K. Niesiecki (Herbarz polski, t. 8, s. 446-452) pisze o wielu Sokołowskich, zasiedlających dosłownie wszystkie ziemie dawnej Rzeczypospolitej, a używających herbów: Gozdawa, Korab, Kornic, Pomian, Ogończyk, Prawdzic, Rola, Ślepowron, Trzaska. Na ziemiach wschodnich mieszkali przeważnie Pomianowie i Korabowie.
O Sokołowskich herbu Pomian powiada Jan Karol Dachnowski w Herbarzu szlachty Prus Królewskich XVII wieku (Kórnik 1995, s. 78): „Zamilczyć się urodzona z wieków dawnych cnota Panów Sokołowskich nie może, którzy acz byli z Wielkiej Polski, abo też z Kujaw przychodniami, ale dla zacnych zasług swoich in Republicae w tych mianowicie pruskich krajach za indygeny z dawności byli przyjęci. Skąd Mikołaj Sokołowski, de Wrząca et Warzymowo był znacznym dygnitarzem, kasztelanem elbińskim.
Ale znaczniejszym był senatorem Jan Sokołowski, wojewoda pomorski, z których i w Wielkiej Polszcze i na Kujawach wielcy ludzie i w sprawach rycerskich in doma consilio eminebant. W Prusiech niemniej zacnością swą wielu przechodzili, z tych et justiciae administratores et legum defensores et Patriae summi propugnatores bywali. Z tych z dawna fides et industria probata erga Patriam illuxit”.
Ci osiadli w Prusiech Sokołowscy spokrewnieni byli przez małżeństwa z Dąbrowskimi, Kempenami, Działyńskimi, Bystramami, Konarskimi, Kretkowskimi, Rozrażewskimi, Trzebińskimi, Konopackimi.
Cytowany powyżej Bartosz Paprocki w dziele O herbiech książąt i rycerstwa Wielkiego Księstwa Litewskiego w 1584 roku notował pod herbem Gozdawa: „Sokołowscy w Litwie dom starodawny: był Michał sędzim i chorążym słonimskim, który z młodości na sprawach rycerskich się wychował, potem w domu zasiadłszy, na posługach znacznych bywał, na sejmy walne, z Moskwą, z Szwedy w Inflanciech, z Tatary na Rastawicy i indziej w potrzebach, we krwi nieprzyjacielskiej mężnie szablę swą okrywał. Miał syna Waleryana, męża także znacznego, który miał za sobą Hornostajównę, z którą potomstwo zostawił”.
W dawnych źródłach, sięgających jeszcze XV wieku, nagminnie spotyka się wzmianki o reprezentantach tego szeroko rozbudowanego domu szlacheckiego.
Mikołaj z Sokołowa Sokołowski wspomniany jest przez księgi grodu poznańskiego 30 kwietnia 1430 roku. (Kodeks dyplomatyczny Wielkopolski, t. 9, s. 220).
Jan z Wrzącej Sokołowski (Szocolofszky, Zockolawszky) około 1438 roku był komornikiem króla czeskiego. (Por. Akta stanów Prus Królewskich, t. 1, s. 190, Toruń 1955).
„Urożenyj i szlachetnyj” Mikołaj Sokołowski figuruje w jednym z dokumentów Metryki Litewskiej z dnia 24 lipca 1469 roku. (Russkaja Istoriczeskaja Bibliotieka, t. 15, s. 239).
Jacobus de Sokolow, scholasticus Cruschvicensis, Johannes de Sokolow, capitaneus Graudenensis, canonicus Vladislavienensis; Paulus de Sokolow, capitaneus in Grodzancz; Nicolaus de Sokolow (Sokolowsky) figurją pod rokiem 1495 jako uczniowie szkół warszawskich. (Matricularium Regni Poloniae summaria, ed. Theodorus Wierzbowski, t. 2, Varsovie MCMVII).
Jerzy Sokołowski w 1578 roku mianowany został przez króla Stefana Batorego poborcą podatkowym na powiat malborski, miał ściągać specjalny podatek przeznaczony na wojnę z Moskwą. (Volumina Legum, t. 2, s. 197).
Gabryel Sokołowski, łowczy starodubowski, w 1648 roku od województwa trockiego podpisał elekcję króla Jana Kazimierza. (Volumina Legum, t. 4, s. 102).
Pan Aleksander Sokołowski, szlachcic Ziemi Lwowskiej, stawał w 1651 roku do pospolitego ruszenia.
W. Nekanda Trepka zna licznych tego nazwiska „ludzi prostych”, pisze w Liber Chamorum (s. 376): „Sokołowski zowie się chłopski syn. Będąc na cesarskiej służbie, przyuczył się po interlandzku ordynować piechotę. Tak pan Radziwiłł, hetman litewski, wziął go na służbę. Pojął we Żmudzi w Janiszkach miasteczku Dowgierdównę szlachciankę circa 1632”.
Wbrew temu twierdzeniu nie był ten Sokołowski „chłopskim synem”, tylko drobnym szlachcicem, bo by za chłopa żadna Dowgierdówna oddana nie została.
Władysław Sokołowski, podkomorzy Księstwa Inflanckiego, w 1695 roku nabył kamienicę w m. Wilnie. (Akty izdawajemyje..., t. 29, s. 486).
Jegomość pan Alexander Sokołowski na koniu gniadym z szalbą y pistoletami” oraz „jegomość pan Jakub Sokołowski na koniu kasztanowatym, z szablą, pistoletami” stanęli 5.X.1765 roku do popisu szlachty powiatu grodzieńskiego.

* * *

Tomasz Święcki w Historycznych pamiątkach (t. 2, w. 124-125) pisze o licznych reprezentantach tego wielkiego domu szlacheckiego: „Sokołowski herbu Cholewa, oboźny wojskowy, w roku 1663 gdy Jan Kazimierz ciągnął z wojskiem na Ukrainę.
Sokołowski herbu Gozdawa, Michał chorąży i sędzia ziemski Słonimski, żołnierz sławny. Stanisław, króla Stefana spowiednik i kaznodzieja, kanonik krakowski, proboszcz św. Floryana, mąż pobożny i uczony, dowodem są pisma zostawione przez niego. Nakładem Jakóba Bielińskiego odebrawszy wychowanie wszedł w poczet akademików krakowskich i 1562 r. stopień mistrza nauk wyzwolonych i filozofii osiągnął. Po zwiedzeniu obcych krajów pracom naukowym poświęcił się i najlepiej jak wyznaje sam siebie wykształcił. Oderwało go od tych, wezwanie do dworu królewskiego; miewając kazania dla Stefana po łacinie, też po polsku powtarzać musiał. Bologneti legat Grzegorza XIII papieża w liście swym z Polski do Włoch pisanym wówczas wyraził: „tria vidi mirabilia in Polonia, Stephanum regem sapientissimum, Zamoyscium Cancellarium prudentissimum, et Socolovium concionatorera prope divinum.” W szacownem dziele: Partitiones Ecclesiasticae, objął prawidła wymowy kaznodziejskiej. W piśmie Nuntius Salutis w przypisie do Zygmunta III mówiąc o czci ku Najśw. Pannie dawnych polaków opowiada, że Zygmunt Stary wystawił tym końcem kaplicę Roratę zwaną przy kościele katedralnym krakowskim i ozdobił ją bogato, opatrzył dochodami, postanowił kapłanów, muzykę, i w niej sam po śmierci chciał być złożonym. Wszystkie dzieła Sokołowskiego zebrane w jedną księgę wyszły 1591 r. Wiele pracował, a o pracach swych sądził najskromniej. Gdy oddawał królowi pismo przeciw kacerzom, wyrzekł Stefan: „Ojcze kaznodziejo! obadwa walczymy, ty przeciw nieprzyjaciołom wiary, ja przeciw nieprzyjaciołom państwa.” – Prawda miłościwy królu, rzekł Sokołowski, i gdybym tak umiał władać moją bronią jak wasza królewska mość orężem, i jabym także zwyciężał”. – Wyższych dostojności, jak kanonika przyjąć niechciał, zatopiony w naukach lubił innym dopomagać i wspierać. Wzrostu był miernego, cery śniadej, twarzy okrągłej i niebardzo przyjemnej, najczęściej ponury i zeszpecony garbem, lecz dusza go ożywiała najpiękniejsza, którą Bogu oddał 7 kwietnia 1593 r. lat 56 licząc. Fabian Birkowski kaznodzieja Zygmunta III miał mowę na pogrzebie jego, Hozyusz i Kochanowski uwiecznili go swemi pochwałami.
Starowolski w „Setni pisarzów” zaszczytnie go wspomina. Uczony Soltykowicz w dziele o stanie akademii krakowskiej, zrobił spis i rozbiór dzieł jego. Staraniem Sokołowskiego u Batorego króla, akademia krakowska otrzymała prawo prezentowania proboszczów św. Floryana w Krakowie, co stany sejmujące potwierdziły.
Sokołowski herbu Korab w ziemi Czerskiej i w Litwie w Wiłkomirskim powiecie. Władysław podkomorzy Inflantski z sejmu 1678 r. komisarz do Inflant, mąż rycerski i wiele w różnych potrzebach dokazujący. Brat jego zginął pod Mątwami za Jana Kazimierza, Jan wojował pod księciem Ostrogskim i kasztelanem krakowskim, miał za małżonkę Barbarę Arszadiównę z Węgier” etc..
Wywód familii urodzonych Sokołowskich herbu Prawdzic z 28.IV.1802 roku wywodzi jedną z gałęzi od Jerzego Sokołowskiego, który się osiedlił w powiecie rzeczyckim w Latgalii. Kilku jego dalszych potomków uznanych zostało „za rodowitą i starożytną szlachtę polską” i wniesionych do pierwszej części Ksiąg Szlachty Guberni Mińskiej. (Historyczne Archiwum Narodowe Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 32a, s. 102-103).
Wywód familii urodzonych Sokołowskich herbu Pomian z 17.XII.1819 roku donosi, iż: „familia urodzonych Sokołowskich od wieków będąc zaszczycona dostojeństwem szlacheckim, prerogatywami temuż stanowi właściwemi oraz herbem Pomian (...) była od wieków zaszczycona urzędami wojskowemi i cywilnemi...
Z której to familii pochodzący, w niniejszym wywodzie wzięty za protoplastę Mikołaj Sokołowski, któren z bratem swoim Antonim poświęciwszy swe życie na obronę Ojczyzny, usługi tronowi Najjaśniejszej Anny, Królowej Polskiej, wierność zawsze zachowywali, a będąc sławni w sztuce rycerskiej, zwycięstwa nad nieprzyjaciółmi odnosili. Za takie zasługi taż Najjaśniejsza Królowa w nagrodę darowała majętność Mizgiry nad rzeką Szłapią leżącą, której powierzchnia zawierała w sobie włok 12, w Xięstwie Żmudzkim położoną; którą Król Zygmunt konfirmował (...)”.
Wywód Familii Urodzonych Sokołowskich herbu Korab” z 1836 roku donosi, że: „familia urodzonych Sokołowskich, szczycąc się prerogatywami stanowi dworzańskiemu właściwemi, posiadała w Guberni Litewskiej dobra ziemne z poddanymi i piastowała cywilne w kraju urzęda; z liczby której Jan Sokołowski, również jak i przodkowie jego, używając praw i swobód dworzaństwu właściwych, za przywilejem Króla Polskiego Jana Kazimierza posiadał dziedzictwem wieś z ludźmi poddanymi Uszpelki, Dubiny i Wizginie w Księstwie Żmudzkim sytuowane; które w 1696 roku przekazał w spadku synowi swemu Kazimierzowi”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1055, s. 40-42).
Sokołowscy (herbu „Lilija”, jak podawały źródła rosyjskie) spokrewnieni byli z Koncewiczami, Montwiłami, Łabucewiczami, Bałdyszewiczami, Mankiewiczami, Kładowskimi, Sopoćkami, Żukowskimi, Ratowtami.
Posiadali od początku XVII wieku takie wsie jak Kiemiele, Sielce, Zawiszyszki, Horbowszczyzna, Oława na Wileńszczyźnie.
Ci Sokołowscy już od początku XIX wieku jęli się służyć w wojsku rosyjskim.
Pozostawali przeważnie w miejscach pierwotnego pobytu w powiatach trockim, wileńskim, święciańskim, oszmiańskim, grodzieńskim, częściowo wiłkomierskim, dyneburskim, kowieńskim i orszańskim. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 2735).

* * *

Część Sokołowskich w ciągu XVII-XX wieku porzuciła polskość i obrała rosyjską opcję narodową, ponieważ w tym okresie kształtujący się nowoczesny etnos rosyjski manifestował ogromną energię i gwałtownie ekspandował we wszystkich kierunkach, wchłaniając odłamy wielu obcych sobie ludów, plemion i narodowości.
Już dawno badacze zaobserwowali powtarzające się zjawisko raptownego przechodzenia całego etnosu lub jego części ze stanu spokoju i apatii w stan energetycznego dynamizmu, gdy gwałtownie wzrasta jego agresywność i zdolności adaptacyjne, pozwalające się przystosowywać do nowych, dotychczas nie spotykanych zewnętrznych warunków egzystencji. Etnos to trwały zespół jednostek, spostrzegający siebie jako przeciwstawiający siebie wszystkim innym analogicznym grupom, posiadający strukturę wewnętrzną, w każdym razie specyficzną, jak też dynamiczny stereotyp zachowań.
Do wspólnych cech każdego etnosu należą: 1. przeciwstawianie siebie wszystkim innym etnosom, tj. samopotwierdzenie; 2. mozaiczny charakter, tj. nieskończona podzielność, cementowana więziami systemowymi; 3. jedyny proces rozwoju od startu przez fazę akmatyczną do rozproszenia lub do przekształcenia się w relikt. Zarówno dla momentu startu, jak i dla osiągnięcia fazy akmatycznej, a również i dla ewentualnej regeneracji konieczna jest zdolność powstającej populacji do supernapięć, które się przejawiają w przekształcaniu natury, migracjach, podbojach itd. Lecz po tym, gdy superwysiłek został dokonany, następuje proces gaśnięcia energii etnosu.
Możliwe są dwa stany etnosu: homeostatyczny, gdy cykl życiowy jest powtarzany w kolejnych pokoleniach; oraz dynamiczny, gdy etnos przechodzi wszystkie naturalne stadia rozwoju kolejno zmierzając do homeostazy. Ruch ma miejsce w obydwu przypadkach, lecz w pierwszym ma on charakter obrotowy, w drugim – wahadłowy, od startu do akme, od akme do reliktu lub zniknięcia. W ruchu etnosu nie ma celu, nie ma linearności. Wszystkie istniejące obecnie etnosy powstały względnie niedawno, ze starożytnych zachowały się tylko rzadkie relikty, a z pierwotnych nie pozostał żaden. Etnogeneza to stale odbywający się proces przyrodniczy podobny do innych tego rodzaju procesów naturalnych, chociaż w jakiś sposób koreluje ona także z socjogenezą, tworzącą systemy stałego typu.
Kształtowanie każdego nowego etnosu, lub odnowa starego, zawsze powiązane jest z pojawieniem się u niektórych osób niezniszczalnego pędu wewnętrznego do celowej działalności skierowanej na przekształcanie socjalnego lub przyrodniczego środowiska, przy czym osiągnięcie raz określonego celu, niekiedy iluzorycznego, a nieraz wręcz zgubnego dla samego tego podmiotu, jawi mu się jako coś jeszcze bardziej wartościowego niż jego własne życie. Takie zachowania stanowią niewątpliwie odchylenie od normy w zachowaniu gatunku, ponieważ tkwi w nim zaprzeczenie instynktu samozachowawczego, i spotykane jest rzadko. Ale jeśli w społeczeństwie tacy ludzie nie tworzą pewnej dość zauważalnej warstwy, wpada ono w starczy marazm i gnuśnieje. Tylko bowiem młodość wyznaje etykę antyegoistyczną, w której – niech nawet nie zawsze właściwie pojęty – interes zespołu dominuje nad żądzą życia i użycia, nad troską o własny i swej rodziny dobrobyt. Osoby, posiadające tę cechę (często obdarzone także talentami i uzdolnieniami umysłowymi) przy określonych warunkach dokonują (i nie mogą nie dokonywać) takich czynów, które przełamują bezwład tradycji i prowadzą do odnowienia starych narodów lub do kształtowania się nowych. To pozytywne odchylenie od normy przeciętności nie tylko jest przekazywalne genetycznie, ale też zaraźliwe społecznie, co umożliwia odnowę i ożywienie nawet etnosów starych, o długiej i dostojnej tradycji.
Profesor Lew Gumilow uważał w ogóle, że cała historia polityczna i wojskowa składa się z tych czy innych wariantów indukcji duchowo-energetycznej, gdy obdarzone potężną energią osoby wprawiają w ruch tłumy tzw. harmonijnych indywiduów. Jednak warianty te są dość różnorodne, a czynnikiem decydującym jest bliskość etniczna przywódcy i mas. Indukcja duchowo-energetyczna między obcymi sobie etnicznie wodzem i podwładnymi możliwa jest tylko w ograniczonym zasięgu. Im dalsze są sobie te etnosy, tym trudniej o oddziaływanie, tym częściej trzeba sięgać po środki, często okrutnego, dyscyplinarnego przymusu, by wymusić odpowiednie zachowania. Jednak też sama energetyczność jest zaraźliwa. Osobnicy tzw. harmonijni, a w jeszcze większym stopniu – impulsywni, gdy się znajdą obok nosicieli wysokiego ładunku energetyczności, zaczynają się zachowywać tak, jak „energetycy”. Lecz jak tylko dość znaczna odległość dzieli ich od prawdziwych nosicieli ładunku energetycznego, oni znów powracają do swego własnego psycho-etnicznego modelu zachowań. Okoliczność ta od dawna jest znana i wykorzystywana w wojskowości, kiedy to intuicyjnie wyselekcjonowuje się nosicieli energetyczności i albo formuje z nich doborowe oddziały uderzeniowe, albo się rozprasza wśród poborowych w celu podniesienia wśród nich ducha bojowego.
Energetyczność pułku przejawia się w tym, że zwycięstwo jest cenione bardziej niż własne życie. Nosiciele energii zarówno własnym stereotypem zachowań, jak i za pośrednictwem pola bioenergetycznego, mogą tak „zelektryzować” oddział, że z każdej sytuacji wyjdzie on obronną ręką. Rzecz w tym, że np. bezpośrednie zderzenia czołowe dwóch oddziałów kawalerii należą do rzadkości; z reguły jeden z przeciwników skręca jeszcze przed nawiązaniem bezpośredniego kontaktu; czynnik moralny, odwaga staje się tu siłą fizyczną, warunkującą poryw do zwycięstwa i rzeczywiście powodującą psychiczne i militarne załamanie się przeciwnika.
O podboju Greków przez Rzymian profesor Lew Gumilow (Etnogeneza a biosfera Ziemi) pisze: „W VIII-V w. p.n.e. Hellada kipiała od energii... Później ogólna potęga tego kraju jako systemu zmniejszyła się, co spowodowało, iż stała się ona łatwą zdobyczą Rzymu. I nie bacząc na to, że inercji byłej potęgi Hellenów jeszcze starczyło na przyciągnięcie rzymskiej arystokracji do swej kultury, osłabienie trwało dopóty, dopóki resztki Hellenów nie przekształciły się w jądro Greków bizantyjskich, zupełnie przekształconych przez impuls energetyczny I wieku n.e.
Wydaje się, że przez coś podobnego przeszła też Rosja w ciągu XVIII-XX w., kiedy to państwo dokonało bezprecedensowej ekspansji terytorialnej i cywilizacyjnej, przekształcając się w nie tylko największy, ale też w jeden z wysoko rozwiniętych krajów, wywierający ogromny wpływ na dzieje całej ludzkości. Motorem tej ekspansji był światopogląd mesjanistyczno-nacjonalistyczny Rosjan, w okresie sowieckim (1917-1991) przybierający postać ideologii klasowo-proletariackiej, co w sumie stanowiło jednak sprzeczność wewnętrzną, doprowadziło do zachwiania ducha tego państwa i do haniebnej samozagłady jego sowieckiej formy. Nie można bowiem jednocześnie wyznawać dwie przeczące sobie nawzajem ideologie, nawet jeśli jedna z nich tworzy szkielet nośny, a druga stanowi tylko „skórę”, powłokę zewnętrzną, maskującą postawę właściwą.
Jan M. Bocheński w książce Sto zabobonów (Paryż 1987, s. 72) pisał: „Nacjonalizm to pogląd wyrażający się najczęściej słowami: „naród jest najwyższym dobrem”. Niezależnie od pojęcia narodu – różnego w różnych krajach – każdy nacjonalizm zawiera dwa twierdzenia: po pierwsze, że dany naród jest rodzajem absolutu, bóstwa stojącego ponad wszystkim, a więc także ponad jednostką, która winna wszystko dla niego poświęcić; po drugie, że dany naród jest czymś lepszym, godniejszym, bardziej wartościowym niż inne narody. (...) Nacjonalizm jest bałwochwalstwem i jako taki zabobonem – jest nawet zabobonem szczególnie niebezpiecznym, bo bardzo wiele morderstw i innych niesprawiedliwości dokonano niedawno i dalej się dokonuje w jego imieniu.
Pomijając bałwochwalczą stronę nacjonalizmu, jego zabobonny charakter wynika już z tego, że naród jest tylko jedną z licznych grup, do których człowiek należy. (...)
Z nacjonalizmem nie należy mieszać patriotyzmu, który w przeciwieństwie do niego nie jest zabobonem, ale postawą rozsądną. Na skutek tego pomieszania zdarza się, że ludzie popadają w inny zabobon, a mianowicie w internacjonalizm, przeczący, by człowiek miał prawo zabiegać o dobro własnego narodu, że bezwzględne pierwszeństwo przed innymi wspólnotami ludzkimi ma bądź klasa, bądź ludzkość”.
Trzeba jednak przyznać, iż przez kilka dziesięcioleci oficjalną ideologią ZSRR był tzw. internacjonalizm socjalistyczny, który również fascynował wielu reprezentantów narodowości nierosyjskich i spowodował ich przejście na stronę tego „państwa robotników i chłopów”...

* * *

Bazyli, syn Daniela, Sokołowski urodził się w miejscowości Koźliki powiatu białostockiego 9 lipca 1897 roku w rodzinie o skromnym statusie majątkowym.
Po rozpoczęciu pierwszej wojny światowej został powołany pod broń, przeszkolony w składzie armii rosyjskiej i skierowany na front. W 1918 roku znalazł się w składzie komunistycznej Armii Czerwonej i uczestniczył w wojnie domowej kolejno pełniąc funkcje dowódcy kompanii, pułku, brygady, szefa sztabu dywizji strzeleckiej.
W 1921 roku ukończył Akademię Wojskową Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej w Moskwie, w której, nawiasem mówiąc, wykładali najznakomitsi specjaliści zaproszeni z Niemiec. Po studiach skierowany do Azji Środkowej objął stanowisko pomocnika szefa zarządu operacyjnego Frontu Turkiestańskiego, a potem dowódcy dywizji oraz głównodowodzącego grupą wojsk Obwodu Fergańskiego i Samarkandzkiego. Skutecznie rozstrzygnął zacięte walki oddziałów czerwonych przeciwko formacjom islamskim na swą korzyść.
W okresie odbudowy pokojowej (1922-1930) B. Sokołowski piastował kolejno stanowiska: kierownika sztabu dywizji strzeleckiej oraz korpusu armijnego. Później (1930-1934) był dowódcą dywizji oraz szefem sztabu Nadwołżańskiego, Uralskiego i Moskiewskiego (1935-1941) okręgów wojskowych.
Gdy 22 czerwca 1941 roku armia niemiecka uderzyła na ZSRR, Bazyli Sokołowski pełnił funkcje zastępcy szefa Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej. Ze względu na złudzenia żywione przez Stalina oraz czynnik zaskoczenia w pierwszych miesiącach wojny wojska radzieckie poniosły dotkliwe straty, tracąc około trzech milionów żołnierzy, wziętych do niewoli w „kotłach”, po mistrzowsku aranżowanych przez Ericha von Mansteina i innych dowódców niemieckich. Ale do kompletnego załamania ani frontów, ani ducha bojowego wojsk radzieckich nie doszło. Powoli odzyskiwały one wolę walki i pewność siebie, uczyły się na własnych błędach i na sukcesach wroga kunsztu prowadzenia wojen, aż wreszcie zaczęły przewyższać wroga pod względem mistrzostwa walki i nieustępliwości. Było to możliwe jedynie dlatego, że w gremiach dowódczych ZSRR znalazł się szereg oficerów i generałów posiadających – jak Bazyli Sokołowski – nadprzeciętne walory umysłu, wiedzy i charakteru.
W jak trudnych warunkach przyszło walczyć, mówi chociażby taki szczegół: mięsne produkty i chleb przekształcały się w kamień na 40-50-stopniowym mrozie, tak iż bochen pieczywa trzeba było rąbać siekierą lub piłować piłą, aby rozdzielić go między żołnierze.
Plan Barbarossa, w którego realizacji miało brać udział ok. 5,5 mln żołnierzy niemieckich, rumuńskich, węgierskich, fińskich i włoskich, zakładał zniszczenie podstawowych sił radzieckich wojsk lądowych za pomocą wojsk pancernych, które uderzeniami klinowymi miały przełamywać radziecką obronę, wychodzić na jej głębokie tyły i zamykać w kotłach oddziały Armii Czerwonej nie dopuszczając do ich wycofania się. Zadaniem piechoty było zlikwidowanie kotłów.
Wojska III Rzeszy i jej sojuszników podzielone zostały na trzy grupy armii. Grupa Armii Nord (feldmarszałek Wilhelm von Leeb) miała zająć włączone już w tym czasie do ZSRR państwa bałtyckie (Litwę, Łotwę i Estonię) i zdobyć Leningrad. Najważniejsze zadanie i największe siły miała Grupa Armii Mitte (feldmarszałek Fedor von Bock), która działać miała na kierunku Mińsk–Smoleńsk–Moskwa. Grupa Armii Süd (feldmarszałek Gerd von Rundstedt) miała działać na kierunku Kijów, Rostów.
Celem działań niemieckich było osiągnięcie w ciągu 3-4 miesięcy linii Archangielsk–Astrachań. Oczywiście wraz ze zdobyciem Moskwy.
22 czerwca 1941 r. o świcie ruszyło natarcie niemieckie na całej długości frontu. Zaskoczenie było całkowite i już pierwszego dnia lotnictwo niemieckie zniszczyło ponad 60 lotnisk i ponad 1000 samolotów, które nie zdążyły wystartować, a na ziemi były całkowicie bezbronne. Luftwaffe uzyskała panowanie w powietrzu i nic już nie mogło jej przeszkodzić w skutecznym wspomaganiu wojsk lądowych.
Przez następne trzy tygodnie armie niemieckie odnosiły sukces za sukcesem. W kotłach wokół Białegostoku, Mińska i Smoleńska wzięto ponad 300 tys. jeńców, a oddziały, które zdołały się wyrwać z okrążenia, pozostawiały niezliczone ilości sprzętu. Na Ukrainie wzięto ponad 600 tys. jeńców, a później w drodze do Moskwy kolejne 800 tys. Komisarzy, Żydów i komunistów rozstrzeliwano natychmiast, pozostałych pędzono do obozów, w których przebywali pod gołym niebem
1 grudnia 1941 roku jednak niemiecka ofensywa stanęła. Pięć dni później ruszyła kontrofensywa marszałka Żukowa. Osłabione oddziały niemieckie nie były w stanie jej się przeciwstawić. 16 grudnia, lekceważąc stanowisko generalicji, że należy zarządzić odwrót, Hitler wydał rozkaz utrzymania zajmowanych pozycji (Haltbefehl). Wykonano go z najwyższym trudem.
Belgijski generał Leon Degrelle, który dowodził walczącą na froncie wschodnim brygadą SS Walonien, napisał po latach: „Cierpienia były niewysłowione, nieopisane (...) amunicja tak lodowato zimna, że parzyła nam palce, śnieg znaczony krwią, która kapała z nosów kropla po kropli. Przemarznięci ranni natychmiast padali. Nikt nie podejmował ryzyka oddania moczu na zewnątrz. Czasami sam wytrysk zmieniał się w zakrzywiony, żółty patyk. Tysiącom żołnierzy zaniknęły na zawsze organy płciowe lub odbyty. Nasze nosy i uszy były rozdęte niczym wielkie morele, z których toczył się lepki, różowawy płyn”.
W czasie gdy trwała kontrofensywa Żukowa, Hitler 11 grudnia wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym Ameryki solidaryzując się z Japonią (japoński atak na Pearl Harbour miał miejsce 7 grudnia). Licząca 70 mln ludności III Rzesza miała przeciwko sobie od połowy grudnia 1941 r. państwa liczące łącznie 700 mln ludności. Klęska była więc tylko kwestią czasu.
Francuski historyk Philippe Masson stwierdza w Historii Wehrmachtu 1939-1945, że III Rzesza „znalazła się przedwcześnie w konflikcie z mocarstwami morskimi, zanim zdobyła sobie bazę kontynentalną, która dopiero stworzyłaby jej możliwość skoncentrowania wysiłków na morzu i powietrzu”.

B. Sokołowski od lipca 1941 do stycznia 1942 roku pełnił obowiązki kierownika sztabu Kierunku Zachodniego. Ponownie te funkcje obejmował w okresie: maj 1942 – luty 1943. I znowuż w latach 1943-1944 był dowódcą kilkumilionowej armii Frontu Zachodniego, który złamał stos pacierzowy wojsk niemieckich.
Przy całej swej wrodzonej odwadze B. Sokołowski był dowódcą ostrożnym i przewidującym, nigdy nie działał na chybił trafił. Postępował dokładnie według zalecenia starochińskiej księgi pt. Sztuka przywództwa, która m.in. głosi: „Wszystko, co robi się w pośpiechu, można łatwo zniszczyć. Jeśli nie planujesz naprzód swych poczynań i szybko je kończysz, twoje osiągnięcia nie będą wielkie i wspaniałe... Jeśli chcesz być szybki, nie osiągniesz sukcesu; działaj ostrożnie, a uda ci się.
Ostrożność jednak jest czymś innym niż brak zdecydowania, i gdy trzeba było po namyśle działać, marszałek Sokołowski był nieugięty w dążeniu do realizacji wytkniętych celów. Zgodnie zresztą z zasadą tejże starochińskiej księgi (stanowiącej lekturę szkolną w radzieckich akademiach wojskowych): „Wola człowieka musi być stanowcza, nie może się cofać albo zmieniać bez ustanku”... Dopiero, gdy jest twarda, jednoznaczna i nieugięta, prowadzi do zwycięstwa. Na wojnie decyzje muszą być podejmowane zdecydowanie i szybko. „Opieszałość i zwlekanie okazują się przy podejmowaniu decyzji równie szkodliwe, co niepewność. A decyzje spóźnione zawsze okazują się szkodliwe” (Niccolo Machiavelli).
W pierwszych miesiącach 1944 roku generał B. Sokołowski pełnił obowiązki pierwszego zastępcy dowódcy wojsk 1-go Frontu Białoruskiego; następnie w ramach przetasowań kadrowych został mianowany na stanowisko dowódcy Frontu Zachodniego, a jeszcze później objął funkcję szefa sztabu 1-go Frontu Ukraińskiego, na którym to stanowisku skutecznie działał od kwietnia 1943 do kwietnia 1945 roku. Osiągnął w tej roli szereg błyskotliwych zwycięstw, spychając do beznadziejnej defensywy całą potężną machinę wojskową Niemiec hitlerowskich. Skuteczność jego myślenia strategicznego po wielu latach musieli uznać nawet najwybitniejsi spośród przeciwników.
O kampanii na początku 1945 roku feldmarszałek Heinz Guderian we Wspomnieniach żołnierza pisał: „12 stycznia 1945 roku grupa uderzeniowa wojsk rosyjskich ruszyła z przyczółka pod Baranowem do dobrze przygotowanego natarcia. Już poprzedniego dnia mnożyły się oznaki wskazujące, że natarcie rozpocznie się lada chwila. Jeńcy zeznawali, że w nocy z 10 na 11 stycznia kazano zwolnić kwatery dla czołgistów. Przechwycony radiogram meldował: „Wszystko w porządku! Posiłki przybyły!” Od 17 grudnia 1944 roku liczba luf artyleryjskich na przyczółku baranowskim zwiększyła się o 719, liczba luf moździerzy – o 268. O przyczółku pod Puławami protokoły z zeznań jeńców podawały: „Oczekuje się natarcia. W pierwszym rzucie pododdziały karne. Uderzenie ze wsparciem 40 czołgów. 30 do 40 czołgów – w lesie, 2-3 km za przednim skrajem pozycji obrony. W nocy z 7 na 8 stycznia dokonano rozminowania”. Rozpoznanie lotnicze donosiło o napływie nowych oddziałów na przyczółki na Wiśle. Z innych zeznań jeńców wynikało, że na każdy kilometr frontu natarcia przewidziano 300 luf, z moździerzami, armatami przeciwpancernymi i moździerzami rakietowymi włącznie. Z przyczółka pod Magnuszewem donoszono, że przeciwnik wstrzeliwuje się z sześćdziesięciu nowych stanowisk ogniowych.
Podobnie brzmiały meldunki z frontu nad Narwią pod Pułtuskiem, na północ od Warszawy oraz z Prus Wschodnich. Tu punkt ciężkości działań przeciwnika zarysowywał się na odcinku Ebenrode, jezioro Willuhner See i na wschód od Schlossbergu (Krasnoznamiensk).
Jedynie na Węgrzech – na skutek naszego natarcia w dzień Nowego Roku – i w Kurlandii nie należało w najbliższych dniach oczekiwać działań ofensywnych na wielką skalę. Ale i to oznaczało tylko krótką chwilę wytchnienia.
Pierwsze uderzenie nastąpiło więc 12 stycznia pod Baranowem. Przeciwnik wprowadził do boju czternaście dywizji piechoty, dwa samodzielne korpusy pancerne i oddziały innej jeszcze armii. Tego dnia głównych sił skoncentrowanych w tym rejonie wojsk pancernych jeszcze nie wprowadzono do walki, widocznie oczekując momentu, aż początkowe sukcesy wykażą najkorzystniejsze kierunki uderzenia. Rosjanie, zaopatrzeni pod dostatkiem w sprzęt bojowy, mogli sobie pozwolić na tego rodzaju taktykę.
Przeciwnikowi udało się dokonać wyłomu i wbić głębokim klinem w system naszej obrony.
Tego samego dnia rozpoznano nadejście nowych związków rosyjskich, przeznaczonych do natarcia, na położone dalej na północ przyczółki na Wiśle pod Puławami i Magnuszewem. Naliczono tysiące samochodów. A więc i tutaj natarcie było kwestią najbliższych dni lub godzin! To samo dotyczyło przygotowań na północ od Warszawy i w Prusach Wschodnich, gdzie zrobiono już przejścia w polach minowych. Rozpoznano czołgi podciągnięte tuż za linię frontu.
Grupa Armii „A” rozpoczęła przeciwuderzenie, wprowadzając do akcji swe odwody. Odwody te uprzednio, na wyraźny rozkaz Hitlera, podciągnięto bliżej frontu, niż przewidywał to pierwotny rozkaz generała pułkownika Harpego. Skutek tej ingerencji był taki, że dostawszy się pod ogień artyleryjski Rosjan, jeszcze przed rozpoczęciem przeciwuderzenia, zostały one poważnie nadszarpnięte. Przeciwnikowi udało się nawet częściowo je okrążyć. Odtąd oddziały pancerne pod dowództwem generała Nehringa musiały, niby „wędrujący kocioł”, cofać się, ściślej – przebijać się na zachód. Dokonały one tego wręcz niebywałego zadania zachowując niewzruszoną postawę, ku wiecznej chwale niemieckiego żołnierza. Niektórym oddziałom piechoty udało się dołączyć do tego „wędrującego kotła”, co wpłynęło na zwolnienie jego tempa. Ale mimo tego zahamowania zdołano wykonać to ciężkie zadanie przy wzajemnej koleżeńskiej pomocy, jakiej udzielały sobie wszystkie znajdujące się w „wędrującym kotle” oddziały.
13 stycznia na odcinku przełamania frontu na zachód od Baranowa Rosjanie osiągnęli dalsze postępy w kierunku Kielc i stąd dalej na północ. W walkach pojawiły się nieprzyjacielskie 3 i 4 gwardyjskie armie pancerne. Ogółem na tym odcinku przeciwnik wprowadził do akcji trzydzieści dwie dywizje piechoty i osiem korpusów pancernych. Było to największe od początku wojny zmasowanie sił na tak wąskim odcinku.
Na południe od Wisły, pod Jasłem, stwierdzono oznaki wskazujące na rychłe rozpoczęcie natarcia przez przeciwnika. Pod Puławami i Magnuszewem Rosjanie zakończyli już przygotowania i oczyścili pola minowe.
W Prusach Wschodnich rozpoczęło się oczekiwane wielkie natarcie na odcinku Ebenrode, Schlossberg. Przeciwnik pchnął tu do walki dwanaście do piętnastu dywizji piechoty i odpowiednią liczbę związków pancernych. Również i tutaj udało mu się wbić klinem w naszą obronę.
Tego samego dnia ofensywa Hitlera w Alzacji zakończyła się ostatecznym fiaskiem. (...).
W Polsce Rosjanie toczyli walki w rejonie Częstochowy, Radomska, pod Piotrkowem, Łodzią i Kutnem. Nieznaczne siły przeciwnika posuwały się na niemiecki przyczółek nad Wisłą pod Wyszogrodem. Na północ od Wisły wróg nacierał na Włocławek i Działdowo i posuwał się w kierunku Szczytna. Na froncie nad Narwią mnożyły się oznaki wskazujące na mające niebawem nastąpić wielkie natarcie. Hitler w dalszym ciągu odmawiał zezwolenia na cofnięcie tego izolowanego i eksponowanego frontu, jakkolwiek na północy przeciwnik nacierając z rejonu na zachód od Schlossbergu, wyszedł nad rzekę Wystruć. [W ten sposób wysunięty daleko na południe front niemiecki nad Narwią został zagrożony od tyłu, z północy. Drugie ramię „kleszczy” radzieckich, działające na Szczytno, Olsztyn i Elbląg, groziło całkowitym okrążeniem Niemców]...

* * *

W tymże duchu i w tymże kierunku rozwijały się dalsze zdarzenia, a milionowe masy żołnierzy rosyjskich wspaniale dowodzone m.in. przez kilku marszałków polskiego pochodzenia w końcu unicestwiły potęgę Niemiec w ich że groźnej stolicy – Berlinie.
Tuż przed północą 8 maja 1945 roku w gmachu kasyna oficerskiego niemieckiej szkoły saperów w berlińskiej dzielnicy Karlshorst feldmarszałek Wilhelm Keitel jako szef Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu podpisał akt bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, kończąc w ten sposób formalnie wojnę, która trwała w sumie 2078 dni. Podczas tej ceremonii, jak podają naoczni świadkowie, „Keitel wyglądał jakby, połknął kij od szczotki. Uwagę wszystkich przyciągał monokl w prawym oku feldmarszałka, jego szare rękawiczki, buława marszałkowska, której nie wypuszczał z dłoni, kawaleryjskie buty z ostrogami, baretki orderów, w tym zwłaszcza Krzyż Rycerski na szyi oraz Honorowa Złota Odznaka Partyjna NSDAP, którą został udekorowany przez Hitlera w 1937 r. Mundur miał schludny i wyprasowany.
Tylko podczas podpisywania aktu bezwarunkowej kapitulacji Keitel na chwilę wypuścił z rąk buławę marszałkowską, wtedy też wypadł mu z oka monokl, a na twarzy wystąpiły czerwone plamy. Po podpisaniu wciągnął na prawą rękę rękawiczkę, pozdrowił buławą zebranych, na co radzieccy i alianccy wojskowi nie zareagowali, jak to wcześniej ustalili, traktując delegację Wehrmachtu jak powietrze.
Była godzjna 0.43, 9 maja 1945 r. Z tą chwilą zamilknąć miały działa w Europie, a ponad 11 milionów żołnierzy Wehrmachtu, którzy przeżyli wojnę, spośród 19 milionów, którzy przewinęli się przez szeregi armii dowodzonej przez Hitlera i Keitla, poszło do niewoli zwycięskich mocarstw koalicji antyhitlerowskiej.
Sam W. Keitel wspominał o tym smutnym dla niego wydarzeniu nieco inaczej: „Po zakończeniu ceremonii opuściłem salę wraz z towarzyszącymi mi osobami. Ponownie zaprowadzono nas do niewielkiej willi, gdzie już czekał na nas obficie zastawiony stół pełen zimnych potraw i przeróżnych win. W pozostałych pomieszczeniach przygotowano dla nas posłania. Oficer-tłumacz zapowiedział przybycie rosyjskiego generała, po którego nadejściu miano podać posiłek. Po kwadransie przybył kwatermistrz Żukowa i prosił o zajęcie miejsc. Powiedział, że Żukow prosi o wybaczenie i dodał, że jedzenie jest z pewnością skromniejsze, niż to, do którego przywykliśmy, ale może zechcemy się nim zadowolić. Nie mogłem pozostawić tego bez odpowiedzi, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego luksusu i tak bogato zastawionego stołu. Uwaga ta najwyraźniej mu pochlebiła. Sądziliśmy, że znajdujące się na stole „zakuski” są jedyną częścią tej „uczty skazańców”, kiedy jednak dawno już nasyciliśmy się, wniesiono ciepłe dania, pieczone mięsa itd. Na zakończenie podano mrożone świeże truskawki, które jadłem po raz pierwszy w życiu. Po posiłku opuścił nas oficer-tłumacz, który najwyraźniej występował w zastępstwie gospodarza. Na godzinę 6 rano zamówiłem samolot na drogę powrotną, po czym położyliśmy się spać”...
W wyniku kapitulacji do niewoli sprzymierzonych poszło 11,1 mln żołnierzy Wehrmachtu z tego 3,8 mln do amerykańskiej, 3,7 mln do brytyjskiej, 3,15 mln do radzieckiej, 245 000 do francuskiej i 194 000 do jugosłowiańskiej.
USA przekazały 700 000 swoich jeńców niemieckich Francji (pracowali przy odbudowie kraju). Wielka Brytania przekazała 650 000 jeńców Francji, Belgii i Holandii. Z kolei ZSRR przekazał 25 000 jeńców niemieckich Czechosłowacji, 70 000 jeńców Polsce.
Kapitulacja Niemiec oznaczała wolność dla 750 000 więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych, ponad 2,4 mln jeńców alianckich i radzieckich. 1.01.1945 r. w niewoli niemieckiej było 930 000 jeńców radzieckich, 920 000 francuskich, 168 000 brytyjskich, 122 000 Serbów, 62 000 Amerykanów, 70 000 Polaków, 68 000 Włochów. W niewoli niemieckiej zginęło wskutek represji i głodu około 3-3,5 mln jeńców radzieckich. Ponad milion żołnierzy niemieckich nie wróciło z niewoli radzieckiej.

* * *

Za niemożliwe do przecenienia zasługi dla Państwa Radzieckiego na niwie wojskowości marszałek B. Sokołowski został nagrodzony ośmioma Orderami Lenina, trzema Orderami Czerwonego Sztandaru Pracy, trzema Orderami Suworowa pierwszego stopnia, trzema Orderami Kutuzowa pierwszego stopnia, kilkudziesięcioma medalami, jak też dwunastoma orderami szeregu innych państw.
Po zakończeniu wojny światowej, od marca 1946 roku, Bazyli Sokołowski otrzymał rangę marszałka ZSRR i objął stanowisko dowódcy okupacyjnych wojsk sowieckich w Niemczech. Jednocześnie został mianowany na stanowisko, które w oficjalnej nomenklaturze miało nazwę: „Gławnonaczalstwujuszczij Sowietskoj Wojennoj Administracji w Germanii”, czyli faktycznego absolutnego dyktatora terytorium Niemiec, zajętego przez wojska ZSRR.
Po kilku latach marszałek Sokołowski został odwołany do Moskwy i od marca 1949 roku przez dłuższy okres czasu pełnił obowiązki pierwszego zastępcy ministra obrony narodowej ZSRR. Od czerwca 1952 był dodatkowo szefem sztabu generalnego Armii Radzieckiej.
W okresie późniejszym marszałek Sokołowski, podobnie jak inni zasłużeni wojskowi zawodowi, był coraz bardziej spychany na dalszy plan przez przewrotne miernoty z KC KPZR i KGB ZSRR. Nie miał serca do rozgrywek gabinetowych. Będąc prawdziwym żołnierzem pełnił jeszcze w latach 1960-1968 funkcje inspektora generalnego Ministerstwa Obrony ZSRR, ale był coraz to bardziej odsuwany od rzeczywistego wpływu na stan armii. Trzeba jednak przyznać, iż obok tego poświęcał niemało czasu na naukowe opracowywanie fundamentalnych zagadnień wojskowości. W 1962 roku ukazała się jego książka Wojennaja strategia (kolejne wydania 1963, 1968, 1972 i In.); w 1964 Razgrom niemiecko-faszystskich wojsk pod Moskwoj.
Zresztą także ta sfera działalności nie została niezauważona i marszałek Sokołowski uzyskał za nie Order Rewolucji Październikowej.
Ten znakomity żołnierz zmarł 10 maja 1968 roku i został pochowany przy Murze Kremlowskim w Moskwie obok najwybitniejszych działaczy tego państwa.
Imię marszałka zostało nadane dużej ilości szkół wojskowych, ulic, placów itp. w całej Rosji.

Iwan Czerniachowski



Jak podają źródła rosyjskie, przyszły generał broni, wybitny dowódca wojskowy, dwukrotny (1943, 1944) kawaler Złotej Gwiazdy Bohatera Związku Radzieckiego, Iwan Czerniachowski urodził się 16 czerwca 1906 roku w Humaniu. Miał pochodzić z rodziny Ukraińca, pracownika kolei. Faktycznie urodził się w rodzinie polskiego oficera gwardii cesarskiej, walczącego na frontach I Wojny Światowej, który został zamordowany razem z żoną przez bolszewików w zamęcie 1918 roku. W domu pamiętano, że pradziadowie byli szlachtą polską i pielęgnowano tradycję rycersko-polską. O tym nieraz później wpływały do NKWD donosy „przyjaciół” rodziny...
Przekazy archiwalne i publikacje genealogiczne nie pomijają milczeniem reprezentantów tego rodu. Czerniachowscy bowiem, niekiedy zwani także Czerniechowskimi, używali herbu Łada, rzadziej – Śreniawa. Byli polską szlachtą ukrainną, ród swój wywodzącą od Jana Czerniachowskiego, towarzysza znaczkowego 1741 (Por. W. Łukomskij, W. Modzalewskij, Małorossijskij Gierbownik, Petersburg 1914, s. 200). Znani od bardzo dawna. Trudno jednoznacznie stwierdzić, jakie jest pochodzenie tego nazwiska. Ongiś sioło Czerniachowskie w Ziemi Bełzkiej słynęło z zamku panów Ilińskich.
W 1884 roku Z. Librowicz pisał o ubogiej wsi Czerniachów w wołyńskiej guberni, powiecie żytomierskim. Czerniaków koło Równa na Wołyniu nazywano ongiś także Czerniechowa. Każda z tych miejscowości mogła być źródłem nazwiska Czerniachowski.
Wzmianki o reprezentantach tego rodu są bardzo dawne. Tak np. Nicolaus de Czerniechow figuruje w zapisach archiwalnych z roku jeszcze 1402. (Por. Kodeks dyplomatyczny Małopolski, t. 4, s. 80. Kraków 1905). Petrassco de Czarnochowsky, notarius Capitanei Russiae, 5 maja 1426 r. podpisał zaświadczenie o zawarciu transakcji majątkowej Piotra Włodkowicza z Charbinowic, podstolego sandomierskiego i generalnego starosty ruskiego (Akta grodzkie i ziemskie z czasów Rzeczypospolitej Polskiej, t. 3, s. 195, Lwów 1872). Szlachcic Nicolaus Czernechowski de Czernechów, podobnie jak Martinus Czernechowski, figurują w zapisach do ksiąg grodzkich lwowskich z lat 1447-1454. Petrus Czarnochowski około roku 1449 był plebanem miasta Krosno.
W 1714 roku w księgach magistratu mohylewskiego wymieniany jest „pan Czerniachowski przysłany przez Niesiołowskiego w interesie Sołohuba” (Istoriko-juridiczeskije matieriały, t. 26, s. 25).
Czerniachowscy herbu Łada w 1783 r. potwierdzeni zostali w rodowitości przez lwowski sąd ziemski (Poczet szlachty galicyjskiej i bukowińskiej, s. 44, Lwów 1857). Szlachcic zamieszkały w Wilnie Czerniachowski, były sekretarz komisji radziwiłłowskiej, wzmiankowany jest w liście generała-lejtnanta Mirkowicza do szefa żandarmów Beneckendorfa z listopada 1840 r., jako osobnik wspomagający polski ruch patriotyczny.
Należeli też do szlachty czernihowskiej. Protoplastą rosyjskiej gałęzi rodu został Jan, syn Jana (Iwan Iwanowicz) Czerniachowski, porucznik Ryskiego Pułku Dragonów w latach 1837-1841 (Por. Miłoradowicz, Rodosłownaja kniga Czernihowskogo dworianstwa, t. 1, s. 603).

* * *

O najwcześniejszym okresie życia generała broni I. Czerniachowskiego nie wiadomo prawie nic. Dotychczas kryją się te informacje w zastrzeżonych archiwach FSB. A przecież charakter człowieka, jako swoisty jego „program życiowy”, kształtuje się właśnie w pierwszych latach wędrówki ziemskiej.
Z późniejszych cech Czerniachowskiego, ze stereotypów jego zachowań można pośrednio wnioskować, że był wychowywany na zdrowych zasadach moralnych, umiał bowiem zachować się mądrze i właściwie w każdej sytuacji życiowej, był szczery, otwarty, mężny i konsekwentny. Ale i przewidujący. Jego postępowanie było zawsze zgodne z jego poglądami. Widocznie ojciec i matka świecili synowi, póki nie zginęli z rąk bolszewickich siepaczy, nienajgorszym przykładem. Ale dość wcześnie los go pozbawił tych spolegliwych opiekunów. Rodzice Jaśka, jak powszechnie zwano chłopczyka w miasteczku Werbowo, zaginęli bez śladu, a 11-letnie dziecko zarabiało odtąd na życie pasając krowy trochę zamożniejszych sąsiadów. Nie sposób ustalić, jak klepiący biedę chłopiec podjął decyzję, która zdeterminowała całe jego życie, ale wiadomo, że w 1924 roku Jasio Czerniachowski (zwany już z ruska „Jasik” lub „Wańką”) został słuchaczem Odeskiej Szkoły Piechoty.
Marszałek I. Jakubowski pisał: „Mając trzynaście lat Czerniachowski stracił rodziców, którzy w 1919 roku zmarli na tyfus. Bezdomnym sierotą zaopiekowali się komsomolcy z Wapniarki, którzy przyjęli go do swej rodziny i zatrudnili jako pomocnika ślusarza na stacji kolejowej. Później był konwojentem towarowym na odcinku Wapniarka – Odessa i kierowcą w cementowni w Noworosyjsku...
Ci, którzy uczyli się z nim w Odesskiej Szkole Piechoty, a następnie w Kijowskiej Szkole Artylerii i w Akademii Wojskowej, poznali już wówczas Iwana Daniłowicza Czerniachowskiego jako człowieka bardzo uzdolnionego, jako energicznego dowódcę stawiającego wysokie wymagania zarówno sobie, jak i swym towarzyszom. Szanowali go i lubili za serdeczność i życzliwość, za stanowczość i zaangażowanie w wykonywanie powierzonych mu zadań.
Wielką Wojnę Narodową rozpoczął jako dowódca dywizji pancernej, a w lipcu 1942 roku dowodził już armią. Jego nazwisko pojawiało się często w rozkazach Naczelnego Dowództwa przy okazji wymieniania zasług bojowych dowodzonych przez niego wojsk”... Istotnie, niewielu wojskowych awansuje do rangi generała, mając zaledwie trzydzieści parę lat – i to dzięki wyłącznie własnym uzdolnieniom, pracy i zasługom, a nie przekupstwu, znajomościom i protekcjom.
Do Armii Czerwonej Czerniachowski trafił w wieku niespełna 18 lat, w 1924 roku. Był nad wyraz zdolny, inteligentny i pilny. W 1928 ukończył Kijowską Szkołę Artylerii; w 1936 – Akademię Wojsk Zmechanizowanych i Zmotoryzowanych Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Już tam pisywano na niego donosy jako na „polskiego pana”. A to tym bardziej, że wykazywał podczas zajęć teoretycznych zdumiewające zdolności wojskowo-analityczne, a sama jego sylwetka fizyczna potwierdzała słuszność donosów. Należy jednak pamiętać, że w strukturze bezpieki sowieckiej funkcjonował dział genealogiczny, którego znakomicie wykształceni oficerowie „dokopywali się” zarówno do szlacheckich, jak i do żydowskich, korzeni osób, dobieranych do pełnienia odpowiedzialnych funkcji państwowych. I wbrew pozorom często dopuszczano do robienia kariery nie małomiasteczkowych szaleńców, lecz młodych ludzi „obciążonych” wielopokoleniową kulturą szlachecką i wrodzoną inteligencją. Jednym z nich był Jan Czernichowski.
Swój chlubny udział w drugiej wojnie światowej młody generał rozpoczął w czerwcu 1941 roku na stanowisku dowódcy 28 Dywizji Pancernej. Zamiast się cofać, jak to czynili pod naporem znakomitych wojsk niemieckich wszyscy dowódcy sowieccy, zaatakował i na terenie Łotwy odrzucił wojska niemieckie na zachód, przenosząc działania wojskowe na teren przeciwnika. Niemcy uważali to za „incydent”, ale się później okazało, że Moskwa 34 razy salutowała na cześć jego zwycięstw. Czernichowski był jedynym dowódcą II Wojny Światowej, który ani razu nie został pokonany na polu walki.
W początkowej fazie wojny dowodził na Froncie Północno-Zachodnim 214 Dywizją Strzelecką. Od samego początku prowadzone tu operacje wojskowe z obydwu stron wyróżniały się niespotykaną determinacją i bohaterstwem żołnierzy z obydwu stron, co powodowało, iż straty w żywej sile były potworne. Feldmarszałek Erich von Manstein w „Straconych zwycięstwach” wspominał: „Życie pod namiotami i w wozie terenowym było wyczerpujące i często byliśmy śmiertelnie zmęczeni. Wówczas oddziaływały na nas rozweselające kolejne przeżywane epizody, także te niewielkie. Pewnego razu ciągnęliśmy się niemiłosiernie powoli w środku kolumny marszowej 3. DPZmot. po wąskiej drodze, nie potwierdzając żadnego zamiaru wyprzedzania. Wjechaliśmy w nieprzenikliwą chmurę kurzu. Przez chłodnicę mogliśmy najwyżej rozpoznać cień jadącego przed nami pojazdu czy przezornie włączone światło tylne. Zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu dróg w jednej wiosce. Chmura kurzu trochę się przewietrzyła i powoli opadała Spojrzeliśmy do przodu i nasze twarze ogarnęło zdziwienie. Kilka sekund siedzieliśmy bez ruchu. Rozpoznaliśmy przed nami dwa sowieckie czołgi rozpoznawcze. Nic nie przeczuwając jechały już od dłuższego okresu w naszej kolumnie. Jednak na nasze szczęście załogi tych czołgów były nie mniej speszone niż my sami, kiedy dostrzegły swoje miejsce pobytu. Przy niewielkiej przytomności umysłu mogli ogniem z armat znieść nas z powierzchni ziemi, ale dostrzegliśmy ich skręcających na pełnych obrotach silników w boczną drogę na lewo od krzyżującej się szosy.
Innym razem przy skwarze i czarni jak Murzyni przybyliśmy właściwie wyczerpani do sztabu 8. DPanc. Kiedy dowódca dywizji przedstawiał sytuację, oficer jego sztabu, mjr Berendsen, będący zresztą znakomitym oficerem sztabowym wojsk pancernych, wyciągnął butelkę całkowicie zamrożonego francuskiego koniaku. Gdzież on w tym miejscu i w tym skwarze wystarał się o lód? Okazało się, że kompania saperów podczas budowania nowego dojścia do mostu natrafiła na duży pagórek, który okazał się górą lodową przykrytą ziemią, żelazną rezerwą pewnej mleczarni. Nigdy w życiu nie smakował tak dobrze koniak, jak ten!
Kilka dni później przejeżdżaliśmy przez płonące miasto Solcy. Przed naszym samochodem potknął się Rosjanin, wyłaniający się z gęstego dymu. Ciągnął wózek dwukołowy załadowany kilkoma skrzynkami, w których świeciły flaszeczki z państwowej fabryki wódek. Oczywiście „uratował” on je ze składu monopolowego i uznał za celowe opłacić nam cło w postaci jednej skrzynki. Rzadko nasz powrót na stanowisko bojowe był tak chwalebny jak wówczas, kiedy zjawiliśmy się z małymi buteleczkami wódki, które wkrótce rozdzieliliśmy między naszych przyjaciół. Trudno uwierzyć, jaką rolę podczas życia w polu mogą odgrywać takie małe radości.
Obok korzyści wynikających z częstego przebywania na froncie dla dowodzenia korpusem pancernym, dla oceny możliwości sprawności wojsk i dla wykorzystania korzystnych okazji taktycznych, miało ono także jeszcze dodatkową zaletę. Nie telefonowano ciągle, unikano udzielania zbędnych rad i zapytań. Oczywiście łączność jest nieodzowna dla dowodzenia, jednakże łatwo może stać się barierą ograniczającą swobodne podjęcie decyzji”. (...).
Na przełomie lat 1941-1942 przez szereg miesięcy trwały na Froncie Leningradzkim, Północnym i Północno-Zachodnim krwawe zmagania wojsk niemieckich i rosyjskich. Szala zwycięstwa nie przechylała się zdecydowanie na jedną ze stron. Dowództwo i żołnierze obu walczących stron przejawiały cuda waleczności, bohaterstwa i inwencji operacyjnej.
W 1942 roku, mający zaledwie 34 lata Czerniachowski został mianowany przez Stalina na dowódcę Zachodniego Frontu, w którego składzie znajdowało się kilkadziesiąt dywizji oraz mnóstwo osobnych oddziałów wojskowych specjalnego przeznaczenia. Później ten front przemianowano na Trzeci Białoruski, a generał-major Czerniachowski skutecznie wybijał Niemców m.in. z Woroneża, Kurska, z rodzinnych terenów ukraińskich. Obok Pierwszym i Drugim Frontem Białoruskim dowodzili Rokossowski i Żukow.
Od czerwca 1942 roku generał I. Czerniachowski dowodził 18 Korpusem Pancernym na Froncie Woroneżskim, choć trwało to zaledwie kilka tygodni. Już bowiem w lipcu tegoż roku został awansowany i objął obowiązki dowódcy 60 Armii, która toczyła krwawe walki z oddziałami niemieckimi na froncie nie tylko Woroneżskim, ale też Centralnym i Pierwszym Ukraińskim.

* * *

W tym okresie, od końca 1942 do pierwszych miesięcy 1943 roku ważyły się losy gigantycznej bitwy pod Stalingradem. Pod naciskiem rosyjskich kontruderzeń do 18 stycznia 1943 roku Niemcy wycofali się do dwóch oddzielnych kotłów w centrum miasta. 30 stycznia tegoż roku Hitler awansował dowódcę 6 Armii Friedricha von Paulusa na feldmarszałka. Była to wyraźna wskazówka, by walczył do „bohaterskiego końca”, jako że feldmarszałkowie „nie idą do niewoli”. Von Paulus poddał się jednak już następnego dnia. Bilans 67 dni walk w kotle był dla Niemców straszliwy: 150 tys. żołnierzy niemieckich zginęło lub zmarło z głodu i zimna, 910 tys. poszło do niewoli, z czego do 1956 roku do Niemiec wróciło zaledwie 6 tys. Mit niezwyciężonego Wehrmachtu padł, choć straty radzieckie były ogromne: pod Stalingradem 479 tys. żołnierzy miało zginąć. W czasie bitwy w rejonie Stalingradu zaś zginęło w sumie 2,65 mln żołnierzy i cywili radzieckich i ponad milion niemieckich.
Oczywiście, tej klęski Niemiec dałoby się uniknąć, gdyby nie popełniono ciężkich błędów strategicznych. Chodzi o to, że Hitler odrzucał przestrogi sztabowców, wytykał im tchórzostwo, zwalniał ze stanowisk. Nie spostrzegł, że w niemieckim froncie rozciągniętym na ponad 2 tys. km było wiele luk, że brakowało rezerw i zaopatrzenia. Równocześnie opór Armii Czerwonej był coraz silniejszy. Już na początku września ofensywa w kierunku Kaukazu utknęła w miejscu.
Tymczasem 6 Armia pod dowództwem generała Friedricha von Paulusa, jeszcze w szkole oficerskiej nazywanego kunktatorem, od sierpnia szturmowała Stalingrad. To półmilionowe miasto było ważnym centrum zbrojeniowym i węzłem komunikacyjnym, poza tym nosiło imię Stalina. Szturm zaczął się 23 sierpnia od dywanowego bombardowania, 1600 nalotów jednego dnia, a liczba ofiar wśród ludności cywilnej była większa niż w lutym 1945 r. w Dreźnie. Zarówno Hitler jak i Stalin uznali to miasto za symbol. Jeden – niemieckiej woli zwycięstwa, drugi – radzieckiej woli oporu. Ani kroku wstecz – brzmiał rozkaz Stalina nr 227. Już raz – jako bolszewicki komisarz – zawłaszczył sobie legendę uwolnienia tego miasta od białych, wówczas – w 1918 r. – nazywało się ono Carycyn. Teraz, będąc dyktatorem i generalissimusem, początkowo zakazał ewakuować z miasta ludność cywilną uważając, że żołnierz nie będzie z samozaparciem bronił opuszczonych ruin (z pozostałych w mieście 150 tys. mieszkańców większość zginęła w wyniku walk ulicznych i niemieckich deportacji).
Ciekawy szczegół psychologiczny: gdy zbliżał się kolejny moment natarcia wręcz („rukopasznyj boj”, „Handgefecht”) panowie oficerowie z obu stron przypinali sobie na pierś ordery i medale, umieszczali na swe miejsce oficerskie naramienniki i wysuwali się na pozycje przodujące. Gdy trwało „zacisze”, chowali wszystkie regalia, aby podkreślić równość wszystkich żołnierzy w braterstwie broni.
W ciężkich walkach ulicznych Niemcy zajęli 90 proc. terytorium miasta, docierając do Wołgi. Gdy 22 listopada liczący 200 km kw. kocioł stalingradzki został zamknięty przez Rosjan, było w nim (według niekoniecznie prawdziwych danych niemieckich) 195 tys. Niemców, 50 tys. Rosjan z oddziałów pomocniczych, 5 tys. Rumunów, 900 Chorwatów, 30 Włochów, kilku Francuzów, a nawet 1 Belg. Na południe od Stalingradu było też 180 tys. źle uzbrojonych Węgrów; to przez nich przejechały czołgi radzieckie: 105 tys. osób zginęło.
To był moment zwrotny. Inicjatywę przejęli alianci. Jak wynikało z raportów gestapo, w społeczeństwie niemieckim Stalingrad został odebrany jako zapowiedź klęski. W miastach pojawiły się na murach napisy „1918”. Na uniwersytecie w Monachium rodzeństwo Scholl rozrzuciło ulotki antywojenne i antynazistowskie, odwołując się do „zmarłych w Stalingradzie”. Upadkowi nastrojów propaganda niemiecka starała się przeciwdziałać stylizując Stalingrad w bohaterski epos wierności Nibelungów: „Oni umarli, aby Niemcy mogły żyć” – głosił po klęsce 6 Armii tytuł na pierwszej stronie „Völkischer Beobachter” Joseph Goebbels.

* * *

W tymże czasie trwały krwawe walki także na innych frontach. 15 kwietnia 1944 roku awansowany do stopnia generała broni Czerniachowski objął dowództwo całością wojsk Frontu Zachodniego. Od 24 kwietnia 1944 roku dowodził wojskami 3 Frontu Białoruskiego, które wyparły dywizje niemieckie z terytorium tej republiki, dotkliwie spustoszonej przez najeźdźcę.
Za szereg odniesionych nad Niemcami zwycięstw generał Czerniachowski został m.in. odznaczony przez władze ZSRR Orderem Lenina, dwoma Orderami Suworowa, czterema Orderami Bojowego Czerwonego Sztandaru. Był dowódcą twardym, potrafiącym utrzymać w swych oddziałach żelazną dyscyplinę. Rozumiał, że siła bez dyscypliny staje się żywiołem niszczącym i nieobliczalnym, a gdy raz wyjdzie spod kontroli, trudna jest do ponownego ujarzmienia i uporządkowania. Zaprowadzał więc i utrzymywał ład dosłownie żelazną ręką. Był osobowością silną, charyzmatyczną, jakby samorzutnie organizującą masę żołnierską już samym faktem swego istnienia. „Historia organizuje się wokół mocnych akcentów” – bardzo trafnie zauważa Pierre Chaunu w dziele „Cywilizacja wieku Oświecenia”. W nie mniejszym stopniu dotyczy to wojskowości, jak innych sfer życia społecznego.
Ludzie chcą mieć nie po prostu przywódcę, lecz przywódcę silnego, który ujarzmia swą wolą ich instynkty odśrodkowe i spaja zbiorowość w całość, złożoną z osób nawzajem się wspierających i zgodnie broniących swych wspólnych interesów. Immanuel Kant twierdził, że „człowiek ma skłonność do uspołeczniania się, ponieważ w takim stanie czuje się czymś więcej niż tylko człowiekiem, tzn. czuje rozwój swych naturalnych predyspozycji. Ale również ma wielką skłonność do odosobniania się (samoizolacji), ponieważ zarazem napotyka w sobie właściwości niespołeczne, pragnienie urządzania wszystkiego według własnej woli, i stąd spodziewa się zewsząd oporu, wiedząc o sobie samym, że ze swej strony skłonny jest stawiać taki opór innym”. Podczas wojny, jak też w innych sytuacjach zagrożenia zbiorowego, przełamanie tendencji indywidualistycznych w społeczeństwie stanowi absolutną konieczność i bywa osiągana wszelkimi, w tym najostrzejszymi, sposobami.
Gustave Le Bon w dziele „Psychologia tłumu” wskazywał na pewne prawidłowości psychologiczne, rządzące życiem dużych zbiorowości ludzkich. „Kiedy – pisał – pewna liczba istot połączy się w grupę, bez względu na to, czy to będzie tłum ludzi, czy stado zwierząt, instynktownie dążyć będą do poddania się władzy jakiegoś autorytetu... Tłum bowiem to stado niewolników, które nigdy nie obejdzie się bez pana.
Przywódca początkowo bywa tylko cząstką takiego niewolniczego tłumu i najprzód jest zahipnotyzowany pewną ideą, zanim stanie się jej krzewicielem. Idea ta do tego stopnia owłada jego duszą, że poza nią nic nie widzi, a każda myśl z nią niezgodna uchodzi w jego oczach za błąd i zabobon”. [Podczas wojny taką przewodnią ideą zawsze bywa idea zwycięstwa nad wrogiem].
„Duszą tłumu nie kieruje potrzeba wolności, lecz potrzeba uległości. Pragnienie posłuszeństwa każe tłumowi poddać się instynktownie każdemu, kto chce być jego panem... Kiedy przywódca usunie się lub zostanie usuniety, a nowy nie pojawi się, tłum zamienia się z powrotem w chaotyczne zbiorowisko, nie mogące stawiać najmniejszego oporu”. Dlatego pierwszorzędnym zadaniem dowódcy wojskowego jest narzucenie swym podwładnym żelaznej dyscypliny i bezwzględnego posłuszeństwa, tak, aby liczne formacje zbrojne wspólnie funkcjonowały jak przysłowiowy mechanizm zegarowy.

* * *

I. Czerniachowski nigdy nie pozwalał przeciwnikowi zaskoczyć siebie, zawsze potrafił wyczuć jego intencje i zawczasu zadać cios uprzedzający. Był geniuszem wojny. Jak trafnie bowiem zauważał jeszcze Tukidydes w „Wojnie Peloponeskiej”: „Zarówno dowódca, jak prości żołnierze winni być zawsze na to przygotowani, że mogą się znaleźć w niebezpieczeństwie. Niepewne są bowiem losy wojen, a ataki najczęściej przychodzą nagle, wywołane gorącym pragnieniem walki. Niejednokrotnie mniejsze armie dzięki czujności odnosiły zwycięstwo nad przeważającym przeciwnikiem, który lekceważąc sobie nieprzyjaciela nie był przygotowany do walki. Będąc w kraju nieprzyjacielskim trzeba zawsze iść naprzód z sercem pełnym odwagi, zachowując jednak jak największą ostrożność. W ten sposób żołnierz będzie szedł śmiało naprzód, a w razie ataku nieprzyjacielskiego będzie się czuł pewnie”.
Tak też dowodził przez kilka lat swymi oddziałami I. Czerniachowski: zaskakiwał i rozbijał przeciwnika, a sam się zaskoczyć i pobić nie dawał. Może zresztą jakieś tajemnicze przeczucie podpowiadało mu, że nie powinien ani na chwilę tracić czujności... Siódmego czerwca 1944 roku zmotoryzowane oddziały Frontu Białoruskiego przerwały obręcz obrony Niemców i zbliżyły się bezpośrednio do miasta Wilna, dokonując okrążenia jego od południa i północnego wschodu. Jako pierwsze dotarły do przedmieść jednostki 3 Gwardyjskiego Korpusu Zmechanizowanego generała lejtnanta W. Obuchowa. Tutaj też żołnierze Armii Krajowej zetknęły się z nacierającymi pododdziałami Armii Czerwonej. Spróbowano natychmiast, w porywie słowiańskiej solidarności, zdobyć miasto. Lecz próba ta spaliła na panewce, minęło kilka dni zaciętych walk, aż dopiero 13 lipca można było ogłosić Wilno za oczyszczone z Niemców. W okolicy Krawczun wycofujący się hitlerowcy zostali zaatakowani przez Polaków i po 10-godzinnej krwawej bitwie zostali zmuszeni do kapitulacji. W całej operacji „Ostra Brama” zginęło co najmniej 500 akowców. Jednak całe to przedsięwzięcie, mające, jak zawsze w przypadku Polaków, coś komuś „pokazać”, było szaleństwem z militarnego i głupotą z narodowo-politycznego punktu widzenia. I, jak zwykle, pokazano organiczną głupotę przywódców, okupioną krwią bohaterskiego żołnierza, brak rozsądku, nieumiejętność rozumnej kalkulacji i przewidywania skutków swego postępowania. Początkowo zresztą, dzięki życzliwej postawie generała Czerniachowskiego, wydawało się, że wszystko ułoży się pomyślnie. Przynależność Wilna do Polski niby została zamanifestowana; władza w mieście została przekazana w ręce mieszanej administracji polsko-radzieckiej, ulicą Mickiewicza przeszła wspólna defilada, którą odebrał osobiście generał Iwan Czerniachowski w towarzystwie podpułkownika Aleksandra Krzyżanowskiego, dowódcy lokalnej AK. Sowieccy i polscy żołnierze wspólnie patrolowali ulice Wilna, wyłapując ukrywających się Niemców i Litwinów, tak jak do niedawna wspólnie Niemcy i Litwini polowali na polskich partyzantów. Czerniachowski udzielał akowcom wszelkiej pomocy materialnej i organizacyjnej, planował utworzenie polskiej brygady kawalerii i dywizji piechoty, złożonych z mieszkańców Ziemi Wileńskiej. Niebawem jednak z Moskwy nadeszło rozporządzenie w ostrych i kategorycznych słowach zabraniające dowództwu radzieckiemu nie tylko współpracy, lecz w ogóle nawiązywania jakichkolwiek kontaktów – prócz ogniowych – z oddziałami polskimi, które nakazywano natychmiast rozbrajać, a skład osobowy więzić w specjalnych miejscach odosobnienia. Dyspozycja podpisana przez generalissimusa Stalina nakazywała bezwzględne użycie siły w stosunku do stawiających opór oddziałów AK. Ze wschodu przysłano w trybie pilnym liczącą 12 tysięcy żołnierzy i oficerów elitarną dywizję NKWD, złożoną z Czeczenów, Żydów i Gruzinów, pod dowództwem zastępcy ministra spraw wewnętrznych ZSRR generała Iwana Sierowa, który otrzymywał wskazówki bezpośrednio od Laurentego Berii. Czerniachowskiego nie ukarano za współpracę z „reakcyjnym podziemiem polskim”, ale kazano mu na dzień 17 lipca 1944 roku zaprosić Krzyżanowskiego i oficerów sztabu AK na pertraktacje. Po przybyciu na miejsce polscy oficerowie zostali przez oddział NKWD otoczeni, rozbrojeni i aresztowani. Jednocześnie dokonano okrążenia i rozbrojenia innych oddziałów polskich, których skład osobowy został internowany. Tylko części udało się wydostać z sowieckiej matni. Osoby i oddziały stawiające opór zostały zlikwidowane fizycznie. Szczególnym okrucieństwem wyróżnili się wówczas komisarze NKWD Genrikas Zimanas (Henoch Ziman), później przez wiele lat członek KC KPL i redaktor naczelny miesięcznika „Komunistas”, oraz Irmija Zaks (Sachs), późniejszy teoretyk „ateizmu naukowego” i wykładowca tegoż przedmiotu na wyższych uczelniach Litwy, którzy nie tylko dowodzili masakrami pokojowej ludności w szeregu polskich miejscowości na Wileńszczyźnie, ale i osobiście mordowali bezbronne dzieci i kobiety. (Potomkowie tych i wielu innych komunistycznych morderców po kilkudziesięciu latach stanęli na czele „transformacji ustrojowej” i „demokratyzacji” z lat 1989-91; tak się zachowuje ciągłość genetyczną elit rządzących).
Aresztowanym polskim oficerom Czernichowski, chcąc zachować ich życie, zaproponował wstąpić do Pierwszej lub Drugiej Armii Wojska Polskiego, walczących obok Armii Czerwonej przeciwko Niemcom i ich sojusznikom pod dowództwem generała Zygmunta Berlinga. Z tej deski ratunku skorzystali tylko nieliczni Polacy, którzy byli w większości zupełnie nieświadomi ani istniejących, ani nadchodzących realiów wojskowych i politycznych. Po dokonaniu filtracji około tysiąca szeregowych żołnierzy wileńskiej AK, którzy połapali się, że trzeba zadeklarować narodowość białoruską, puszczono wolno, a ponad pięć tysięcy deportowano pod konwojem siepaczy NKWD do Kaługi, gdzie sformowano z nich 361 Pułk Rezerwowy Armii Czerwonej. Kiedy jednak i tym razem kresowiacy odmówili złożenia przysięgi na wierność ZSRR, zostali wysłani do robót katorżniczych w obwodzie moskiewskimi i archangielskim (oficerowie do obozu w Griazowcu), skąd tylko nielicznym udało się w okresie 1946-47 wyjechać do PRL. Tam zresztą szalał żydokomunistyczny terror i liczni wierni kresowiacy zostali skrytobójczo zamordowani, podstępnie uwięzieni lub rozstrzelani na mocy wyroków sądowych, ferowanych przez Stefana Szechtera i jego rodaków, inni zaś spędzili wiele lat w komunistycznych więzieniach Warszawy, Poznania i in. Tak Polska Ludowa podziękowała swym kresowym dzieciom za wierność i bohaterstwo. Ale generał Iwan Czerniachowski na te wydarzenia nie miał już żadnego wpływu. Na marginesie warto dodać, że wileńskie oddziały AK jeszcze przez dziesięć następnych lat walczyły przeciwko sowieckim okupantom, lecz ich bohaterstwo było nie tylko przemilczane, ale i potępiane jako rzekomy „faszyzm”. Szczególną podłością wyróżniali się Churchill i Eden, dla których Polska była „nędznym krajem ludzi głupich, rządzonych przez ludzi nikczemnych”, którzy strofowali Polaków za upominanie się o losy oficerów z Katynia, za rzekome rozbijanie jedności koalicji antyhitlerowskiej oraz zaaranżowali mord na generale Władysławie Sikorskim.

* * *

Istnieją dwie legendy, dotyczące śmierci generała Iwana Czerniachowskiego. Pierwsza z nich głosi, że na początku 1945 roku generalissimus Józef Stalin wydał rozporządzenie o nadaniu Czerniachowskiemu, mającemu 37 lat, tytułu marszałka Związku Radzieckiego. Przygotowano specjalną złotą gwiazdę wysadzaną diamentami, uszyto odpowiedni garnitur i podjęto przygotowania do uroczystości na Kremlu. Do niej jednak miało nie dojść. Według jednej z wersji wydarzeń, 18 lutego generał, podczas dokonywania inspekcji na linii frontu, trafił pod przypadkowy ostrzał artyleryjski. Odłamek pocisku wszedł przez tylną ściankę „Willisa” i na wylot przebił ciało dowódcy, wchodząc z tyłu miedzy łopatkami, a wychodząc przez klatkę piersiową. Do szpitala polowego nie zdążono dotrzeć. Ostatnimi słowami umierającego dowódcy, skierowanymi do jego adiutanta, pułkownika Komarowa, były: „Nieużeli eto koniec?”
Druga legenda podaje odmienne szczegóły. Na początku 1945 roku Czerniachowski dowodził wojskami likwidującymi w zaciętych i krwawych walkach ugrupowanie wschodniopruskie armii hitlerowskiej. Zdobywano metodycznie wieś po wsi, miasto po mieście. Niekiedy urządzano w zdobywanych miejscowościach przeglądy oddziałów lub naprędce organizowano nieduże defilady. Podczas gdy generał przyjmował jeden z takich pokazów, podbiegła do niego 12-letnia niemiecka dziewczynka o niebieskich oczach i złotych loczkach. Patrząc, jak się do niego zbliżała, pomyślał, że jest bardzo podobna do jego własnej córeczki. Pochylił się więc z uśmiechem, by wziąć z jej rąk duży bukiet kwiatów i... w tej chwili nastąpił wybuch granatu, ukrytego w pięknej wiązance. Było to w dniu 18 lutego 1945 roku. Dziewczynka i generał zginęli na miejscu, porażeni odłamkami stali. Śledztwo wykazało, że niemieckie dziecko z polskiego Pomorza pomściło w ten sposób śmierć swoich bliskich, którzy zginęli na skutek działań wojennych. Schwytano zresztą i rozstrzelano kilku jej znacznie starszych znajomych, którzy ją do tej akcji przygotowywali.
Ale to była tylko „piękna” propagandowa bajka Niemców, stworzona na ich własny użytek. Faktycznie Czerniachowski został ugodzony w plecy skrytobójczą „razrywną” kulą, skierowaną w niego z zasadzki (w plecy) przez oficera ze specjalnego ugrupowania NKWD, stworzonego przez Ławrentija Berię. Żydosowiecki system nienawidził i „likwidował” zbyt inteligentnych gojów.
Generał Czerniachowski został pochowany w Wilnie, gdyż władze radzieckie wiedziały, że stąd, z ziem polskich, wywodzili się jego przodkowie. W celu uwiecznienia pamięci tego odważnego żołnierza i znakomitego dowódcy w 1946 roku dawne miasto pruskie Insterburg przemianowano na Czerniachowsk. Jest ono centrum rejonu o tejże nazwie, stanowiącego część Obwodu Kaliningradzkiego Federacji Rosyjskiej. Obecnie zamieszkuje je około 50 tysięcy osób.
Młodego, niedoszłego marszałka ZSRR (przygotowane papiery i złotą gwiazdę miano wręczyć 26 lutego) pochowano 20 lutego 1945 roku na placu Elizy Orzeszkowej w Wilnie, który też przemianowano na plac Czerniachowskiego (obecnie to Plac Kudirki, teoretyka antypolonizmu litewskiego). W 1992 r. rząd niepodległej, nacjonalistycznej Republiki Lietuva podjął decyzję o likwidacji pomnika. [Podczas II wojny światowej Litwini wystawili 120-tysięczną armię ochotniczą, która po stronie Niemców specjalizowała się w zwalczaniu antyfaszystowskiej partyzantki i w masowych mordach na Żydach, Polakach i Białorusinach. Trudno więc byłoby oczekiwać, że po odzyskaniu niepodległości zaakceptują na swym terenie pomnik swego pogromcy i uszanują spokój jego prochów]. Dyplomacji Federacji Rosyjskiej udało się jednak pomnik (dłuta znanego rzeźbiarza N. Tomskiego) od Litwinów wykupić i przenieść do miasta Woroneż, które on kiedyś uwolnił od Niemców. Prochy zaś Czerniachowskiego pochowano w Moskwie na Cmentarzu Nowodiewiczym.
W stolicy Federacji Rosyjskiej dotychczas mieszka rodzina tego wybitnego żołnierza, w tym jego syn, generał-major Oleg Czerniachowski, a pamięć o nim jest w tym kraju nadal pieczołowicie pielęgnowana.

 

 

Aleksander Wasilewski



Był to nie tylko jeden z najwybitniejszych strategów wojskowych z okresu drugiej wojny światowej, ale też znakomity umysł analityczny, a spod jego pióra wyszła niejedna ciekawa i głęboka myśl o dziejach i istocie wojen jako jednej z form istnienia gatunku „homo sapiens”.
Co do istoty wojen dotychczas są prowadzone polemiki. Od tysięcy lat jedni uważają, że wojny są zjawiskiem biologicznie uwarunkowanym, a ich źródło tkwi we wrodzonej agresywności wszystkiego, co żyje, jak też w konieczności prowadzenia nieustającej walki o przestrzeń życiową i o swe miejsce pod słońcem; inni zaś są zdania, że wojny są wytworem kultury, nie zaś natury. Tak np. profesor Ulrich Bröckling w książce Soziologie und Geschichte militärischer Gehorsamsproduktion (München 1997) twierdzi, że wojny nie stanowią nieuniknionej konsekwencji ludzkiego popędu do agresji, lecz stanowią kulturowo uwarunkowany sposób rozstrzygania konfliktów. Od tradycji i kultury danej społeczności lub państwa zależy, czy wojna zostanie zastosowana jako środek oddziaływania na partnera, oraz jeśli tak, to w jakiej formie i w jakim zakresie. Nie wykluczone jednak, że są to tylko formy realizacji bardziej fundamentalnych praw egzystencji, które powodują, że nawet sam proces życia społecznego może być interpretowany jako wojna wszystkich przeciwko wszystkim, jako niekończąca się rywalizacja jednostek, grup, klas i warstw socjalnych oraz całych narodów, państw a nawet ras i cywilizacji.
Wydaje się, iż rzeczywiście bywają w życiu ludzkich jednostek i zbiorowości takie sytuacje, gdy konfliktu nie da się rozwiązać na drodze wymiany zdań. Wówczas muzy milkną, a głos zabierają miecze.
Poeta arabski z IX wieku Abu Tammam pisał nie bez racji:

Czasami miecz więcej powie niż uczone księgi.
On wyznacza granicę między powagą a żartem.
To nie czarne litery, lecz biel nagich ostrzy
rozstrzyga wątpliwości, usuwa niepewność.
Wyroków losu nie szukaj wśród gwiazd,
lecz tu, na polu walki pomiędzy armiami,
na ostrzach włóczni, które w słońcu lśnią.

W każdym razie nie da się zaprzeczyć faktowi, iż wojny są bez przerwy obecne na każdym etapie rozwoju ludzkości, a każda wojna, jak każda walka na śmierć i życie, mobilizuje ludzkie mózgi i wyzwala wyścig cywilizacyjny. Jest to wszelako tylko jedna ze stron medalu. Nie może ona przesłonić innej, bardziej odpychającej i groźnej.
O skutkach wojny Florian Znaniecki pisał: „Umysłowość narodu, wytrącana z normalnej kolei, nie może przez wiele lat odzyskać równowagi. Niezliczone kliniczne wypadki obłąkania są tylko sporadycznymi i skrajnymi objawami bez porównania bardziej rozpowszechnionej i niebezpiecznej niestałości umysłów. Zmysł rzeczywistości jest osłabiony, świadomość właściwej proporcji rzeczy zanika. Opinia społeczna jest zupełnie niezrównoważona, gotowa wierzyć wszystkiemu i wyciągać najniedorzeczniejsze wnioski. Szalone ekonomiczne i polityczne spekulacje pochłaniają tych, którym zostało trochę energii, a tymczasem zmęczeni i bierni odsuwają się od życia publicznego i przestają dbać o cokolwiek, prócz bezpieczeństwa i wygód, których byli pozbawieni w czasie wojny. Nieokiełznane namiętności i pogoń za przyjemnościami obniżają kryteria moralności, a jednocześnie świadomość społeczna szuka ucieczki w najbardziej zużytych formach życia religijnego i niepokój umysłowy objawia się w odżywaniu najpierwotniejszych przesądów. Zdolność i chęć wykonywania pracy produkcyjnej na ogół słabnie, zwłaszcza wśród tych, których wojna wytrąciła z normalnych zajęć. W pewnych wypadkach tworzy się liczna klasa ludności (złożona przeważnie ze zdemobilizowanych żołnierzy) psychologicznie niezdolna do jakiejkolwiek działalności regularnej i pokojowej. Brutalność uczuć, brak poszanowania życia ludzkiego i współczucia z cierpieniem ludzkim, wzrost skłonności zbrodniczych – należą do zwykłych i dobrze znanych skutków wojny, i żaden zysk w postaci zwiększonej energii i męskości nie zrównoważy tych strat.
Aleksander Wasilewski również uważał wojnę za wytwór życia społecznego, nie zaś cechę natury ludzkiej jako takiej. Choć wskazywał na pewne niby korzystne konsekwencje tego zjawiska, jak np. ogromne ożywienie aktywności gospodarczej czy uczuć patriotycznych, samego zapału, z jakim dają się ludzie nakłonić do wojny, nie zachowują potem podczas działań, lecz zmieniają zapatrywania zależnie od wypadków wojennych... Zdarza się bowiem, że bieg wypadków jest nie mniej nieobliczalny od zamierzeń ludzkich, a żelazna dyscypliny wojskowa w paradoksalny sposób kończy się dezorganizacją, a nawet chaosem socjalnym, którym bardzo trudno zapobiegać. W sumie więc A. Wasilewski był zdania, że wojny są jednak wielkim złem, któremu zjednoczona ludzkość położy kiedyś kres. Droga ku temu miała być daleka i – jak słusznie zauważał – być może tragiczna.

* * *

Marszałek ZSRR Aleksander Wasilewski należał do grona najwybitniejszych dowódców wojskowych XX wieku. Pochodził z jednej z oderwanych od pnia macierzystego gałęzi dawnego i słynnego rodu rycerskiego, szeroko ongiś rozgałęzionego na ziemiach Białorusi, Ukrainy, Litwy, Polski, Łotwy, Mołdawii, Węgier, Niemiec, Austrii i Rosji. Panowie Wasilewscy podzieleni na cztery duże gałęzie, pieczętowali się ongiś herbami: Drzewica, Ostoja, Pobóg i Rogala.
Protoplasta Wasilewskich jeszcze w 1520 roku otrzymał od króla polskiego Zygmunta l herb Ostoję i dobra Maszurzyn w powiecie wołkowyskim, które też i pozostały ich wieczystym gniazdem, mimo iż w następnych wiekach odgałęzili się Wasilewscy też na powiat orszański, mścisławski, witebski, wileński, telszewski, trocki, szawelski, oszmiański, lidzki i dalsze. W 1582 roku księgi grodzkie wileńskie wspominają o Aleksandrze Wasilewskim, szlachcicu powiatu trockiego (Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeografczeskoju Komissijeju, t. 30, s. 7). W 1609 roku Łukasz Wasilewski pełnił funkcje pisarza grodzkiego wileńskiego (Akty izdawajemyje..., t. 20, s. 217). Około 1625 Mikołaj Wasilewski był horodniczym witebskim... We wrześniu 1641 roku dworzanin królewski województw witebskiego i połockiego Jan Wasilewski przekazał (na mocy przywileju królewskiego) Pawłowi Wasilewskiemu, wojskiemu witebskiemu, i żonie jego, księżnie Ewie Dolskiej we władanie dożywotnie „dobra Orlija, w wdstwie Witebskim leżące, z folwarkiem do tego Orleje, z poddanemi osiadłemi, w siele mieszkającemi, z ych powinnościami, z gruntami oromemi y nieoromemi, sianożęciami, łuhami, lasami, borami, puszczą, barciami, rzekami, z jeziorem... z łowieniem ryb w tych jeziorach wszelakiemi sieciami, przyprawami, z łowy zwierzynnymi i ptaszymi, z gony bobrowymi, a zgoła ze wszystkim a wszystkim” (Istoriko-juridiczeskije matieriały izwleczionnyje iz aktowych knig gubernij Witebskoj i Mogilewskoj, t. 26, s. 429).
W księgach sądowych dworu żagarskiego znajdujemy w XVII wieku zapis następujący: „Roku 1671 miesiąca iulii dnia 7, [z] Żagor.
Postanowiwszy się ustnie a oczewisto pan Wilelm Wasilewski przyznał, iż przedał i na wieczność puścił gruntu leśnego i sianożętnego włóki dwie trejny w obrębie nazwanym Montaryszkach, od miedze z jednej strony Jana Pajsiewicza, a z drugiej strony miedza samego kupującego [...] przedaży pan Wilelm Wasilewski, [żonę], dzieci, blisko krewne, powinowate, nie zostawując sam na siebie i obcym ludziom padnego rekursu do prawa pod winą na urząd kop 6, a na stronę naruszoną zaręki drugą kop 6 i pod nagrodzeniem wszytkich szkód, nakładów stronie obrażonej. A i po zapłaceniu tej winy i zaręki, tudzież nagrodzneniu szkód, nakładów wszytkich stronie naruszonej, jednak te dobrowolne przyznanie ma samego Matiasza Bujzgia, żony i potomków jego wiecznemi czasy przy zupełnej mocy zostać.
Przy którym to dobrowolnym przyznaniu byli ludzie dobrzy, wiary godni: Jakub Bondar, Marcin Sabulis, Ławrzyn S[au]rajtis, Stefan Froncułujtis, mieszczanie żagorscy.” (Żagares dvaro teismo knygos, Vilnius 2003, s. 124).
Do ksiąg grodzkich mohylewskich w 1695 roku wniesiono m.in. następujący wpis: „Panu Wasilewskomu, kotoryj prijechał z Połocka do Mohylewa uczyć chłopców w szkole brackoj po łacinie i śpiewać na chórze w cerkwi, dali jemu zł. 1”.
Od początku XVIII wieku Wasilewscy liczni byli w powiecie wiłkomierskim (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1690, s. 369).
W styczniu 1712 roku magistrat mohylewski wydatkował: „Na strażnika orszańskiego Władysława Wasilewskiego 74 złote 26 groszy, w tym na pałeczkę smółki weneckiej: przy czym wypito im miodu, piwa i wódki na 12 złotych, 11 groszy i 1 szeląg...” Zapisy o podobnej treści powtarzały się także kilkakrotnie w lutym owegoż roku.
W 1711 roku w księgach grodzkich witebskich wspomina się Wasilewskich, właścicieli wsi Sanników Szarypina, Sobótki Witebskiej. W 1716 r. mówią akta grodzkie o Franciszku Wasilewskim, rocznym administratorze hibernowym w-wa witebskiego. W tymże roku figuruje w nich Józef Wasilewski, poborca tegoż województwa (Istoriko-juridiczeskije materiały..., t. 23, s. 10).
Wywód Familii urodzonych Wasilewskich herbu Ostoja z 1819 podaje, „że dom imienia Wasilewskich od czasów najdawniejszych rodowitością szlachecką zaszczycony w powiatach wołkowyskim, oszmiańskim i orszańskim posiadał za prawami wieczystemi i zastawnemi dobra ziemskie. Pierwszy przodek tego domu od nayjaśnieyszego króla Polskiego Zygmunta l dobra Masuszyna nazwane w powiecie wołkowyskim leżące około 1520 roku miał sobie nadane, z potomków którego jedni też dobra w części w Wołkowyskim po dziś dzień possydują, drudzy zaś do innych województw i powiatów powynaszali się, mianowicie urodzony Samuel Wasilewski majętność Zahoranki w powiecie orszańskim (...)”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1010, s. 37-38).
Drzewo genealogiczne Wasilewskich herbu Ostoja zatwierdzone w Mińsku w 1826 r. podaje opis siedmiu pokoleń tego rodu (47 osób) od Samuela, protoplasty, zaczynając (Historyczne Archiwum Narodowe Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 126, s. 69).
Wasilewscy herbu Ostoja z powiatu prużańskiego guberni grodzieńskiej potwierdzeni zastali w rodowitości przez heroldię grodzieńską i Departament Heroldii Senatu Rządzącego w Petersburgu w roku 1848 (CPAH Białorusi w Grodnie, f. 332, z. 3, nr 1, s. 54-58). Jedna z gałęzi nie została jednak uznana za szlachtę, chociaż należała do tegoż rodu (tamże, s. 59-60).
Wasilewscy, gnieżdżący się na Mińszczyźnie, od początku XIX wieku mieli za tradycję rodzinną wstępowanie do rosyjskiej służby wojskowej (Historyczne Archiwum Narodowe Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 2, nr 433, s. 1-71).
Wasilewskich herbu Drzewica wywodzi Kapica Milewski (Herbarz, s. 438) z dóbr Wasielewo w Ziemi Drohickiej.
W 1802 roku kilku Wasilewskich herbu Drzewica uznanych zostało przez heroldię mińską „za rodowitą i starożytną szlachtę polską” z wpisaniem ich imion do pierwszej części ksiąg szlachty Guberni Mińskiej. (Historyczne Archiwum Narodowe Białorusi w Mińsku, f. 319, z. 1, nr 32a, s. 155-156).
Wywód familii urodzonych Wasilewskich herbu Drzewica z 28 sierpnia 1820 r. podaje, iż „familia ta od niepamiętnych czasów dostojnością szlachecką zaszczycona, miała sobie nadane rozmaite majątki za osobiste zasługi i liczne dzieła rycerskie, mianowicie Andrzej Wasilewski, będąc obdarzony przez najjaśniejszego Króla Jagiełłę starostwami bereznickim i bobrujskim, oraz dziedzicząc dobra Moszuszyn w powiecie wołkowyskim...” Jego potomkowie dziedziczyli w powiecie oszmiańskim dobra Miśniewicze, Szczepanowicze i Horodek Mały, jak również liczne posiadłości w województwach: Trockim, Witebskim, Mińskim, Nowogródzkim. Ród był niezwykle szeroko rozgałęziony, wykazywał dużą siłę biologiczną. Służyli od dawna w wojskach polskich, pruskich, rosyjskich. Byli zarówno katolikami, jak i prawosławnymi (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 8, nr 2597, s. 246-249).
Inny Wywód Familii urodzonych Wasilewskich herbu Drzewica podaje, że „ta familia od niepamiętnych czasów dostojnością szlachecką zaszczycona miała sobie nadane rozmaite majątki za osobiste zasługi i liczne dzieła rycerskie, a mianowicie Andrzej Wasilewski będąc obdarzony przez nayjaśniejszego króla Jegomość Jagiełłę starostwami Bereznickim i Bobrujskim oraz dziedzicząc dobra Mosuszyn w powiecie Wołkowyskim leżące, spłodził Andrzeja”. Ten zaś miał synów: 1. Pawła, władającego Miszniewiczami, Szczepanowiczami i Horodkiem Małym w w-wie wileńskim; 2. Janusza; 3. Piotra, mającego dobra w powiecie trockim; 4. Wacława, zamieszkałego w w-wie Witebskim; 5. Michała, mającego majątki w województwach Mińskim i Nowogrodzkim; 6. Stanisława, dziedziczącego po przodkach majątek Mosuszyn. Dalsze pokolenia Wasilewskich również wyróżniały się płodnością i rozgałęziły się szeroko po całej Rzeczypospolitej. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1010, s. 167-171).
Jeśli chodzi o Rogalów – Wasilewskich, to krzewili się oni przede wszystkim na Żmudzi. Ich drzewo genealogiczne, sporządzone 4 maja 1902 r. w heroldii wileńskiej, przedstawia dzieje sześciu pokoleń tego rodu, za protoplastę którego wzięto Jana Antoniego Wasilewskiego, który w 1735 r. nabył od S. Barcewicza majętności Jankojcie vel Medidy vel Pikturny w powiecie szawelskim na Żmudzi (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 7, nr 1744).
W świetle przekazów archiwalnych widać, iż Wasilewscy używający różnych herbów stanowili jednak ten sam ród, którego reprezentanci ze względu na ogromne rozrodzenie pieczętowali się odmiennymi godłami.
Biskup – poeta Ignacy Krasicki pisał w wierszu Pszczoły do Aleksandra Wasilewskiego:

Ty, któryś zrzucił jarzmo uprzedzenia,
Chęć dumnych różnic i dworszczyzny troski,
Ty, coś w mierności szukał utajenia
l znalazł szczęście w kącie twojej wioski,
Tam, gdzie liść szemrze, gdzie mruczą strumyki,
Siądź na murawie, czytaj te wierszyki.
(...) Paście się, pszczółki, po rozkosznej łące,
Zbierajcie słodycz z kwiatów wybujałych,
Póki wam służą dni lata gorące,
Póki wam stanie żeru z ziół dojrzałych.
Wasz brzęk rozkoszny nikogo nie nudzi,
Lepiej być z wami niżli wpośród ludzi.”

Z tej rodziny pochodził prawdopodobnie i Joseph Wilhelm von Wasilewski (17.VI.1822 w Grossleesen – 13.XII.1896 w Sondershausen) jeden z najwybitniejszych niemieckich skrzypków i historyków muzyki XIX wieku, utalentowany organizator życia muzycznego w Niemczech, przyjaciel R. Schumanna i L. van Beethovena.
Jeśli chodzi o Rosję, to Wasilewscy zjawili się tam już w wieku XVII. Widzimy wówczas np. wśród szlachty twerskiej rajtara Kornela, syna Jana, Wasilewskiego, mającego dobra w powiecie rżewskim. Obok Wasilewskich spotykamy na przełomie XVII-XVIII wieku w Guberni Twerskiej Buchowieckich, Bielikowiczów, Balickich, Wierzchowskich, Wysockich, Chrapowickich, Dudzińskich, Kowzanów (zwanych tam z rosyjska Kowzanowymi), Kowalewskich, Korbutowskich, Frołowskich, Chonikiewiczów, Wielkopolskich, Weryhów, Galinowskich, Ciechanowiczów, Dobrowolskich, Kosińskich, Przybyszewskich i in. (por. M. Czerniawski, Genealogija gospod dworian Twierskoj Gubernii, s. 27 i inne. (Rękopis w Bibliotece Rumiancewów w Moskwie).

* * *

Aleksander Wasilewski urodził się 18 września 1895 roku w drobnej, liczącej zaledwie trzy chaty, wioseczce Nowa Golczycha na Powołżu w rodzinie wiejskiego kapłana prawosławnego. Rodzina osiadła tu przed trzema pokoleniami, po przybyciu z zachodnich terenów Imperium, lecz jakoś nie bardzo potrafiła się dorobić. Skromnego wyposażenia ojca Michała Aleksandrowicza Wasilewskiego, zaledwie starczało na zaspokojenie najprostszych potrzeb bytowych licznej rodziny (ośmioro dzieci). Dlatego ojciec – co zresztą nie dziwiło w przypadku kapłana prawosławnego – nie tylko parał się dodatkowo pracami ciesielskimi, lecz też razem z innymi członkami rodziny pracował na własnej roli. Matka pochodziła z rodziny Sokołowów.
Jak wiadomo na Ziemi Kostromskiej licznie osadzani byli przez carów wychodźcy z Rzeczypospolitej. To stąd pochodzili Parscy, Ostrowscy, Lutosławscy, Newelscy i cały szereg innych słynnych rodów rosyjskich mających polsko-litewskie korzenie.
Sąsiadami Wasilewskich we wsi była inna polska rodzina – Dobrowolscy, których władze carskie ciągle szykanowały podejrzewając o działalność wywrotową. Nieraz Michał Wasilewski zawczasu uprzedzał sąsiada o szykujących się rewizjach, które miała przeprowadzać policja. Dzięki temu Dobrowolscy zawsze zdążyli schować kompromitującą literaturę w języku polskim zanim zjawiali się stróże porządku. (Por. W. Jarowikow, Grani wojennogo tałanta, Moskwa 1980, s. 4).
Olek Wasilewski przejawiał w dzieciństwie żywą ciekawość świata, dużo czytał, lubił podyskutować z ojcem na tematy historyczne czy filozoficzne. Marzył też o jednym z najbardziej pokojowych zawodów świata – nauczycielskim. Los szykował mu jednak inną karierę: od szeregowca do marszałka.
Po paru latach zajęć w Kostromskim Seminarium Duchownym (Wasilewski marzył po jego ukończeniu o zostaniu nauczycielem), chłopiec zgłosił się – był rok 1914 – na ochotnika do wojska. Trafił jednak do Moskwy, do tzw. Aleksiejewskiej Szkoły Wojskowej w Lefortowie. Po czterech miesiącach, już w randze chorążego, Wasilewski skierowany został do batalionu zapasowego, a jesienią 1915 był już na froncie w składzie 9 Armii generała P. Leczyckiego, też zresztą Polaka. Dość szybko awansował i w 1917 roku dosłużył się rangi sztabs-kapitana armii carskiej. Potem wybuchła rewolucja socjalistyczna, znamionująca radykalny przełom w dziejach Rosji.
W księdze wspomnień Sprawa całego życia marszałek Wasilewski później pisał: „Można powiedzieć, że mój życiorys jest w jakimś stopniu charakterystyczny... Pochodzę ze stanu duchownego... Byłem oficerem armii carskiej... Takich ludzi w Rosji było mnóstwo. Rok 1917 stanowił punkt przełomowy... Przed milionami obywateli stanął dylemat: z kim jesteś? Po której stajesz stronie barykady? Jedni znaleźli się w obozie Białej Gwardii, inni – a ich było dość dużo – w obozie obrońców władzy radzieckiej. Wśród nich okazałem się i ja”...
W składzie Armii Radzieckiej A. Wasilewski dowodził początkowo kompanią, potem batalionem i wreszcie pułkiem, biorącymi udział w wojnie domowej 1918-1919 roku. Przejawiał charakterystyczną dla wybitnych oficerów inteligencję i odwagę i również dość szybko wspinał się w górę po szczeblach drabiny służbowej, choć karierowiczem nie był w najmniejszym stopniu. Awans zawdzięczał wyłącznie własnym uzdolnieniom, sile woli, konsekwencji w działaniu, odwadze na polu walki i olimpijskiej pewności siebie i optymizmowi nawet w najbardziej groźnych sytuacjach kryzysowych. Być może cechy te tworzą jakiś spójny „syndrom psychiczny” dobrego dowódcy. W każdym razie jeszcze Marek Tulliusz Cyceron pisał w Rozmowach tuskulańskich: „Kto jest dzielny, ten jest też ufny w siebie. („Zadufany w sobie” oznacza wadę, chociaż wyrażenie to pochodzi od słowa „ufać”, które wyraża coś dodatniego). Kto zaś jest ufny w siebie, ten z pewnością nie czuje lęku, ufność bowiem nie godzi się z lękiem. A kogo ogarnia zmartwienie, tego ogarnia też lęk; te same bowiem rzeczy, które obecnością swą pogrążają nas w zmartwienie, budzą w nas lęk, gdy zagrażają nam i gdy się zbliżają. Zmartwienie nie godzi się zatem z dzielnością. Jest więc rzeczą prawdopodobną, że kogo ogarnia zmartwienie, tego ogarnia też lęk, a z pewnością również niemoc duszy oraz przygnębienie. A gdy kogoś uczucia te ogarną, zdarza się również, iż się im podda i że czasem przyznaje, iż został zwyciężony. Kto zaś do tego dopuścił, ten musi dopuścić do bojaźliwości i tchórzostwa. A przecież nie przytrafia się to człowiekowi dzielnemu; zatem nie ulega on też zmartwieniu. Atoli nikt nie jest mądry, jeśli nie jest dzielny; człowiek mądry nie ulega zatem zmartwieniu (...) I podobnie jak oko, jeśli zostało urażone, nie może należycie wykonać swoich funkcji i jak inne części ciała oraz całe ciało nie spełnia swoich obowiązków i funkcji, gdy coś je zakłóci, tak i dusza, która uległa zaniepokojeniu, nie jest zdolna wykonywać swojej funkcji. Funkcją duszy zaś jest posługiwać się rozumem; dusza zaś człowieka mądrego jest zawsze w takim stanie, że jak najlepiej nim się posługuje: nic ją więc nigdy nie niepokoi. Tymczasem zmartwienie jest właśnie niepokojem duszy; mądry człowiek jest zatem zawsze od niego wolny”...
Dotyczy to osób dowolnego zawodu cywilnego, jak i wojskowego.
Oczywiście istnieją różne odmiany odwagi. Wytrawny psycholog i filozof Fryderyk Nietzsche rozróżniał „odwagę z temperamentu” i „odwagę z bojaźni przed bojaźnią”, jak też „odwagę z rozpaczy”. Pisał: „Odwaga jako chłodna nieustraszoność i dzielność, oraz odwaga jako krewkie na wpół ślepe junactwo – obie noszą jednakie miano! A jednak jak bardzo różnią się cnoty zimne od cnót ciepłych!
Psycholog zaś Helen Palmer w książce Enneagram dodaje: „Odwaga uzależniona jest od zdolności ciała do reagowania w sposób adekwatny w stanie niemyślenia. Polega na działaniu przed myśleniem, gdy ciało zaczyna się poruszać zanim nabyta osobowość zdąży się wtrącić”... Niewątpliwie jest to także trafne spostrzeżenie, ale pomija ono tak doniosłą odmianę odwagi – ważną m.in. w dziedzinie wojskowości, ale też w sferze twórczości naukowej czy artystycznej – jak odwagę intelektualną, której mistrzem był właśnie marszałek A. Wasilewski, śmiały strateg, obdarzony ogromną wyobraźnią i polotem myśli.
Tuż po wojnie domowej, w 1920 roku objął kierownictwo dywizyjnej szkoły wojskowej, następnie dowództwo pułku strzeleckiego i wreszcie bardzo wysokie stanowisko zastępcy kierownika do spraw przygotowania bojowego Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej (RKKA). Nieco później został mianowany szefem wydziału przygotowania bojowego Nadwołżańskiego Okręgu Wojskowego. Wszędzie, na każdym posterunku manifestował znakomite walory intelektualne i etyczne, wybitne uzdolnienia organizacyjne i dowódcze. Mocny i nieugięty charakter, samodyscyplina, bezwzględna przyzwoitość w stosunkach służbowych i towarzyskich zjednywały mu w środowisku oficerskim autentyczny szacunek i autorytet.
Jedną z charakterystycznych cech usposobienia A. Wasilewskiego było świadome i konsekwentne dążenie do wiedzy, do nieustannego podnoszenia swych kwalifikacji zawodowych. To, co inni usiłowali osiągać na drodze intryg i rozgrywek personalnych, on zdobywał dzięki walorom merytorycznym, wiedzy i kompetencji. Jak każdy prawdziwy znawca swej sfery działalności ciągle podnosił poziom własnej kultury umysłowej metodą samokształcenia i studiów specjalistycznych.
W 1937 roku A. Wasilewski ukończył Akademię Sztabu Generalnego w Moskwie, od maja 1940 roku został w Sztabie Generalnym Armii Radzieckiej zatrudniony. Błyskawicznie uzyskał rangę pułkownika i generała. W sierpniu 1941 objął eksponowane stanowisko kierownika Wydziału Operacyjnego, a następnie zastępcy i pierwszego zastępcy szefa Sztabu Generalnego AR.
W najtrudniejszych okolicznościach wojny, gdy pancerne zastępy wojsk hitlerowskich parły na Moskwę i Leningrad, wykazał żelazną wolę walki, nieustępliwość i umiejętności organizacyjne. Powoli przełamując bezwład armii, elementy słabości i defetyzmu w gronie przywódczym, na nowo dobierał i kształtował kadrę dowódczą, która niebawem zaczęła z rzadka, a potem coraz częściej odnosić błyskotliwe zwycięstwa nad orężem niemieckim, niewątpliwie przecież najdoskonalszym na świecie. Od czerwca 1942 roku Aleksander Wasilewski piastował równolegle stanowisko szefa Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej oraz zastępcy ludowego komisarza obrony czyli ministra obrony ZSRR.
Tylko żelazna dyscyplina i nieugięta wola mogły uratować ZSRR od katastrofy, gdyż do niewoli niemieckiej trafiły miliony sowieckich jeńców, a wojska hitlerowskie były wspomagane przez liczne oddziały sojusznicze zarówno z zachodniej, jak i ze wschodniej Europy, jak również z Kaukazu. Zaczęły one powstawać jesienią 1941 roku z inicjatywy Grup Armii, które w ten sposób chciały wypełnić luki kadrowe. Stopniowo formacje te zaczęły wykonywać na okupowanych terenach Ukrainy, Białorusi oraz republik bałtyckich zadania półwojskowe; używano ich do walk z partyzantami, do likwidacji ludności żydowskiej, do ochrony transportów i dróg komunikacyjnych. Z inspiracji Abwehry i Waffen-SS powstawały także tzw. Ostlegionen czyli legiony wschodnie, jednostki bojowe, chociaż świadomie nie wykorzystywane w działaniu w związkach taktycznych. Hitler zdecydowanie się temu sprzeciwiał.
Gdyby nawet Hitler swe postępowanie zmienił i zapewnił swym wytrawnym generałom zupełną swobodę podejmowania samodzielnych decyzji, nie zmieniłoby to zasadniczo sytuacji na frontach, lecz by tylko wydłużyło okres konania Trzeciej Rzeszy. Naprzeciwko Niemców stał bowiem przeciwnik o wyjątkowych walorach intelektualnych, charakterologicznych i materialnych. Co prawda, generałowie rosyjscy przez pierwsze dwa lata wojny raczej przegrywali wojnę, ale, jak to zauważył Montaigne, „kto zawsze wygrywa, nie jest prawdziwym graczem”. Na froncie, tak jak w szachach, trzeba niekiedy przegrać na początku, by wygrać w końcu. I owszem, wojska radzieckie początkowo nie radziły sobie z oddziałami hitlerowskimi, nie traktując ich z należnym respektem. Najbardziej bowiem niebezpiecznym przeciwnikiem bywa ten, którego lekceważymy. Zapominając o ostrożności, narażamy się na wielkie niebezpieczeństwo, a więc na froncie nigdy nie dość ostrożności, a cofnięcie się bywa nieraz skuteczniejsze niż straceńczy atak. Jedną z najgłębszych reguł sztuki wojskowej jest zasada niedoprowadzania przeciwnika do desperacji i w ten sposób jakby elastyczne usypianie jego czujności. Pamiętali o tym generałowie słowiańscy, a często zapominali germańscy na frontach II wojny światowej.
Generał Wasilewski powoli, lecz konsekwentnie zaprowadzał w armii żelazną dyscyplinę (za poddanie się do niewoli przewidziano karę śmierci przez natychmiastowe rozstrzelanie, które to rozporządzenie obejmowało swym zasięgiem także – jeśli nie przede wszystkim – korpus oficerski). Osiągnięto wreszcie stan, gdy żołnierze bardziej bali się swego dowódcy niż wroga. Jednocześnie dbano o to, by dyscyplina wojska była nie po prostu mechaniczna, lecz świadoma i rozumna, oparta na patriotyzmie i gotowości oddać życie za ojczyznę. A. Wasilewski postępował jakby według myśli Lukiana, który ongiś miał napisać: „Podczas walk zachętą najskuteczniejszą dla oddziałów bojowych jest przypomnienie, że wojna toczy się w obronie ojczyzny. Nie ma człowieka, któryby słysząc te słowa zechciał się spodlić.
Istotnie, z każdym miesiącem wojny opór oddziałów rosyjskich sukcesywnie wzrastał (na pozór wbrew wszelkiej logice, doznawane bowiem porażki musiały prowadzić do defetyzmu i upadku ducha walki), co doprowadzało Niemców do wściekłości, a potem do „rozpaczy zwycięzców”.
Rozważny dowódca winien uczynić wszystko, aby zmusić do walki żołnierzy własnych, a zniechęcić do niej żołnierzy nieprzyjaciela” (N. Machiavelli).
Pełniąc obowiązki szefa sztabu wojsk radzieckich A. Wasilewski w szczególny sposób dbał o to, by żołnierze byli zawsze dobrze zaopatrzeni nie tylko w amunicję i broń, ale też w żywność. Armie bowiem, jak to trafnie sformułował Wellington, „maszerują na brzuchu”, to znaczy, muszą być dobrze odżywione.
I wreszcie ogromna siła woli połączona z wolą zwycięstwa i zdolnością brania na siebie całej odpowiedzialności za bieg wydarzeń pozwalały Wasilewskiemu na bardzo skuteczne prowadzenie wojny z Niemcami. Niccolo Machiavelli napisał w Rozważaniach, że „armia powinna mieć jednego tylko wodza, gdyż wielu rozkazodawców przynosi tylko szkodę; ... lepiej postawić na czele wyprawy jednego człowieka pospolitego rozumu, niż powierzyć jej dowództwo dwóm ludziom wielkiej mądrości”...
Generał Wasilewski zaś starannie dobierał kadrę dowódczą, awansował najzdolniejszych, najbardziej odważnych i inteligentnych oficerów; wymagał jednak i od nich bezwzględnej lojalności i absolutnego sobie posłuszeństwa. Po prostu dokładnie zdawał sobie sprawę z prawidłowości, którą socjolog Florian Znaniecki opisał jak następuje: „Każda praca zbiorowo wykonywana przez grupę, nie podporządkowana woli indywidualnej, począwszy od zgromadzenia ulicznego, a kończąc na posiedzeniu parlamentu, odbywa się kosztem nieobliczalnego zmarnowania talentu, inicjatywy i energii”. Zasada „jedinonaczalija” stanowiła oś filozofii dowódczej A. Wasilewskiego.
Powracając do sytuacji na froncie przypomnijmy, że wśród legionów wschodnich wymienić należy liczne formacje kozackie, ukraińskie, złożone z narodowości kaukaskich (Gruzinów, Czeczenów, Ormian), Tatarów, Turkmenów, Kirgizów, Kałmuków oraz z państw nadbałtyckich – Litwinów, Lotyszów i Estończyków. Istniały także formacje rosyjskie, np. RONA byłego radzieckiego kapitana Kamińskiego, którego brygada SS wsławiła się zbrodniami na ludności cywilnej podczas Powstania Warszawskiego.
Najbardziej znane były formacje ROA – Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej: powstałe pod kierownictwem generała lejtnanta Andrieja Własowa, który po dostaniu się do niewoli już latem 1942 r. oddał się do dyspozycji Wehrmachtu, a jego oddziały znajdowały się od jesieni 1944 r. pod patronatem Waffen-SS.
Od nazwiska Własowa (1901-1946), formalnego dowódcy ROA, formacje kolaboranckie i legiony wschodnie nazywano „własowcami”, chociaż większość z nich odrzucała jego rosyjskie zwierzchnictwo. Formacje te walczyły także we Włoszech, Jugosławii, przeciw powstańcom warszawskim oraz podczas inwazji w Normandii (lato 1944 r.), gdzie ku zdumieniu Anglików i Amerykanów poddało się prawie 20 000 żołnierzy Wehrmachtu mówiących, że są antykomunistycznymi Rosjanami. Zostali zresztą wydani przez W. Brytanię Stalinowi, który kazał wszystkich rozstrzelać.
Łączne formacje wschodnie liczyły od 800 000 do miliona żołnierzy, policjantów i strażników. Stanowili oni od 25 do 30 procent składu osobowego jednostek Wehrmachtu na froncie wschodnim! Bez nich front wschodni zawaliłby się znacznie wcześniej. Była to przez ponad 40 powojennych lat jedna z najbardziej wstydliwych kart radzieckiej historiografii II wojny światowej.
W okresie lat 1942-1944 Aleksander Wasilewski (od 16 lutego 1943 roku Marszałek ZSRR) na mocy decyzji Kwatery Głównej Najwyższego Głównodowodzącego koordynował działania frontów: Południowo-Zachodniego, Dońskiego i Stalingradzkiego, mających na celu zamknięcie w kotle i zniszczenie wojsk przeciwnika. Co też nastąpiło w Bitwie pod Stalingradem na przełomie lat 1942-1943. W 1943 roku Wasilewski koordynował działania frontów Woroneżskiego i Stepowego, które osiągnęły swój skutek w słynnej Bitwie pod Kurskiem. Latem tegoż 1943 roku pod jego dowództwem wojska Południowo-Zachodniego i Południowego Frontu odzyskały Donbas.
O sytuacji na froncie w drugiej połowie 1943 roku feldmarszałek Heinz Guderian we Wspomnieniach żołnierza pisał: „Bezbronność naszej piechoty wobec rosyjskich czołgów działających w większej liczbie powodowała coraz to większe straty. Pewnego wieczoru, podczas raportu sytuacyjnego, doprowadziło to Hitlera do wybuchu wściekłości. Zaczął wygłaszać długi i utrzymany w gwałtownym tonie monolog, rozwodząc się nad bezsensownością odmawiania piechocie wystarczających środków obrony przeciwpancernej. Przypadkowo byłem obecny przy tym raporcie. Stałem naprzeciwko Hitlera, gdy dawał upust swym żalom. Musiał widocznie odczytać z wyrazu mej twarzy, co myślałem, gdyż nagle przerwał, spojrzał na mnie i po chwili milczenia powiedział: „Miał pan rację! Mówił mi pan to już dziewięć miesięcy temu. Szkoda, że pana nie usłuchałem”. Teraz więc nareszcie mogłem zrealizować swój zamiar, ale niestety – za późno. Przed rozpoczęciem przez Rosjan ofensywy zimowej 1945 roku zdołaliśmy tylko jedną trzecią kompanii przeciwpancernych wyposażyć w tę nową broń.
Tyle o technicznym rozwoju naszych wojsk pancernych do końca 1943 roku. W drugiej połowie tego roku sytuacja operacyjna rozwijała się w dalszym ciągu na naszą niekorzyść. (...).
5 listopada przeciwnik wbił się głębokim klinem w nasze linie pod Kijowem. 6 listopada dowództwo grupy armii wydało rozkaz, którego sens daje się streścić, jak następuje: „25 dywizja pancerna zostaje podporządkowana 4 armii pancernej i winna posiadanymi oddziałami na kołach jeszcze 6.11 rozpocząć marsz do Białej Cerkwi. Koncentracja następuje w rejonie: Biała Cerkiew, Fastow. Dywizja ubezpiecza się własnymi siłami. Oddziały na gąsienicach podciągnąć z rejonu Kirowogradu”.(...).
Na froncie niemal bez chwili przerwy trwały zaciekłe walki. W obrębie Grupy Armii „Środek” udało się Rosjanom dokonać wyłomu w rejonie Rzeczycy między Prypecią i Berezyną. Zacięte walki toczono o Witebsk i Newel. Opuściliśmy Homel i Propojsk, ale na wschód od Mohylewa i Orszy utrzymaliśmy w swym ręku przyczółek na wschodnim brzegu Dniepru.
Zachodzi uzasadnione pytanie, czy w tej sytuacji, która chyba już raz na zawsze wykluczała możliwość podjęcia ofensywy w kierunku wschodnim, w ogóle miało jeszcze jakiś sens utrzymywanie przyczółków nad Dnieprem. Pod Nikopolem Hitler chciał eksploatować złoża manganu. Tu więc przynajmniej wchodziły jeszcze w grę jakieś względy gospodarki wojennej, co prawda mało przekonywające i – jak widzieliśmy – z punktu widzenia operacyjnego szkodliwe. Ale na wszystkich innych przyczółkach słuszniej byłoby wycofać się za linię Dniepru, wydzielić odwody, przede wszystkim dywizje pancerne, i uzyskanymi w ten sposób siłami prowadzić działania ruchowe – manewrować. Ale Hitler, gdy tylko słyszał słowo „manewrować”, od razu wpadał w gniew. Przypuszczał, że u generałów słowo to zawsze oznacza odwrót. Toteż z fanatycznym uporem obstawał przy swym żądaniu utrzymywania terenu nawet tam, gdzie to przynosiło szkodę.
Ciężkie, połączone z wielkimi stratami walki tej zimy pochłonęły całą uwagę Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych. Nikt nawet nie pomyślał o przygotowaniu sił dla Zachodu, gdzie na wiosnę 1944 roku niechybnie należało oczekiwać inwazji. Uważałem więc za swój obowiązek wciąż na nowo przypominać o konieczności wycofania dywizji pancernych z frontu w celu uzupełnienia. U Naczelnego Dowództwa Sił Zbrojnych, chociaż powinno najbardziej interesować się czekającym je w niedalekiej przyszłości najważniejszym teatrem działań wojennych, nie znajdowałem w tych staraniach żadnego poparcia. (...).
Wszystko zatem pozostawało po staremu. Dalej walczono o każdy metr kwadratowy terenu. Ani razu nie zdecydowano się na to, aby ratować jakąś beznadziejną sytuację, zawczasu wycofując się z bronionych pozycji. Hitler potem nieraz jeszcze pytał mnie ze zgaszonym wzrokiem: „Nie wiem, dlaczego od dwóch lat nic nam się nie udaje?” Ale uchylał się od dalszej rozmowy, gdy słyszał ode mnie zawsze tę samą odpowiedź: „Proszę zmienić postępowanie”.

* * *

W 1944 oddziały Floty Czarnomorskiej i 4-go Frontu Ukraińskiego pod dowództwem Aleksandra Wasilewskiego odbiły z rąk Niemców Krym, a wojska 3-go i 4-go Frontu Ukraińskiego oswobodziły Prawobrzeżną Ukrainę. Były to ogromne zwycięstwa militarne, w których przeciwnik poniósł bezprecedensowe straty w sile żywej, technice wojskowej i zajmowanym dotąd terytorium. Armie dowodzone przez A. Wasilewskiego powoli i ze straszliwą konsekwencją rujnowały i obracały w perzynę idealnie zorganizowaną potęgę militarną Niemiec, spychając doborowe formacje wroga do coraz głębszej i coraz bardziej beznadziejnej defensywy. Latem 1944 roku wojska 3-go Białoruskiego oraz 1-go i 2-go Frontu Nadbałtyckiego pod bezpośrednim dowództwem marszałka A. Wasilewskiego wyparły całkowicie paromilionową armię niemiecką, jak też stutysięczną litewską i nieco mniejszą łotewską z terytorium Białorusi, Litwy i Łotwy.
W lutym 1943 roku A. Wasilewski został członkiem sztabu Kwatery Głównej Najwyższego Dowództwa Armii Radzieckiej i objął komendę nad 3 Frontem Białoruskim. Skutecznie zrealizował operacje wojskowe, mające na celu zagarnięcie Prus Wschodnich i Królewca (Königsberg).
W czerwcu 1945 roku A. Wasilewski został mianowany głównodowodzącym wojskami sowieckimi na Dalekim Wschodzie i dowodził nimi w trakcie zwycięskiej dla niego wojny radziecko-japońskiej 1945 roku, kiedy to przestała istnieć słynna Armia Kwantuńska cesarza Japonii.
Za ogromne sukcesy wojskowe marszałek A. Wasilewski został odznaczony szeregiem wysokich nagród państwowych ZSRR, jak np. siedmioma Orderami Lenina, dwoma Orderami „Pobieda”, dwoma Orderami Czerwonego Sztandaru, Orderem Suworowa pierwszego stopnia, Orderem Gwiazdy Czerwonej, jak też prawie dwudziestoma orderami innych krajów, m.in. Polski, Czechosłowacji, USA, Francji, Wielkiej Brytanii, Danii. Dwukrotnie, 29 lipca 1944 oraz 8 września 1945 marszałek Wasilewski otrzymał zaszczytne miano Bohatera Związku Radzieckiego.
Po wojnie, od 1946 roku marszałek piastował m.in. stanowisko szefa Sztabu Generalnego AR, pierwszego zastępcy ministra obrony, a od 1949 – ministra Sił Zbrojnych ZSRR. W latach 1950-1953 pełnił funkcje ministra wojny, a w 1953-1957 pierwszego zastępcy ministra obrony Związku Radzieckiego. Od roku 1959 marszałkowi A. Wasilewskiemu powierzano nieco mniej ważne stanowiska w Ministerstwie Obrony ZSRR. Było to związane nie tylko z jego coraz bardziej zaawansowanym wiekiem, ale i z okolicznością, że znakomita kadra autentycznie zawodowych wojskowych była powoli, lecz nieubłaganie zastępowana przez karierowiczowskie miernoty z mianowania partyjnego oraz przez szumowiny z NKWD i KGB. Powoli też kadra dowódcza, a z nią i całe siły zbrojne ZSRR zaczynały degenerować się i tracić zdolności bojowe.
Ci dowódcy, którzy usiłowali jakoś się temu rozkładowemu procesowi przeciwstawiać, byli niepostrzeżenie spychani na boczne tory m.in. przez powierzanie im jakichś podrzędnych funkcji partyjnych czy biurokratycznych. Marszałek A. Wasilewski w okresie 1952-1961 był m.in. członkiem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Genialny żołnierz musiał więc zasiadać w tym gremium obok kilkuset politowania godnych intrygantów i łobuzów, którzy powoli doprowadzali ten wielki kraj do ruiny gospodarczej, moralnej i politycznej.
Marszałek A. Wasilewski zakończył życie 5 grudnia 1977 roku. Na dwa lata przed zgonem ukazały się jego zbeletryzowane wspomnienia pt. Dieło wsiej żyzni (Sprawa całego życia), ukazujące w literackiej formie niełatwe dzieje jego życia.



Iwan Jakubowski



Ród panów Jakubowskich herbu Topór należał do najbardziej rozgałęzionych i sławnych na ziemiach Polski, Litwy i Rusi. Profesor Janusz Kurtyka opracował wywód genealogiczny Toporzyków sięgający wieku XII, a lokalizujący ich w latach 1186-1187 jako potomków Śmiła i Sulisława Sieciechowiców. Dokumentalne wzmianki o panach Jakubowskich znajdujemy m.in. w zapisach rachunkowych dworu króla Władysława Jagiełły z lat 1393-1395; Adam Boniecki zaś wymienia Jakubowskich herbu Jastrzębiec i Topór; Seweryn Uruski – także herbu Trzaska i Kopacz (Żydzi); a pod Grunwaldem w 1410 roku poległ rycerz Jakubowski herbu Poraj. Licznie rozrodzeni używali, jak widać, różnych godeł rodowych i zamieszkiwali wszystkie bez wyjątku prowincje byłej Rzeczypospolitej. [Patrz szczegółowo o nich: Jan Ciechanowicz, Z rodu polskiego”, t. 2, s. 177-198, Rzeszów, wyd. Wyższej Szkoły Pedagogicznej, 1999; oraz tegoż autora „Rody rycerskie Wielkiego Księstwa Litewskiego”, t. 3, s. 181-186, wyd. oświatowe Fosze, 2001].

* * *

Iwan Ignatiewicz Jakubowski (1912-1976) był jednym z najwybitniejszych dowódców II wojny światowej. Przyszedł na świat we wschodniej Białorusi, jako potomek zupełnie zbiedniałej gałęzi dawnego rodu szlacheckiego. W swych wspomnieniach wyznawał: „Z miastami i wsiami Białorusi łączą mnie nie tylko drogi frontowe. Ziemia białoruska jest moją ojczyzną. Tu spędziłem lata swego dzieciństwa i młodości. Muszę powiedzieć, że były to lata niełatwe i dlatego szczególnie pamiętne. W naszej rodzinie było wiele dzieci, ale nie wszystkie przetrwały okres głodu”. [Głodomór na Ukrainie, Białorusi i w Rosji został celowo zorganizowany przez władze bolszewickie jako ludobójstwo z premedytacją, a jego ofiarami padło w sumie prawie 20 mln. ludzi. – Przyp. J.C.] „Pozostało sześcioro – czterech braci i dwie siostry. Mieszkaliśmy we wsi Zajcewo, w rejonie horeckim obwodu mohylewskiego. Nasz dom nawiedziło wcześnie nieszczęście: w 1917 roku (miałem wówczas 5 lat) zmarła moja matka. Ojciec był na froncie, wobec czego wszystkie kłopoty spadły na żonę mego starszego brata... Żyliśmy w biedzie. Szkoły podstawowe, do których uczęszczałem, znajdowały się we wsiach Czaszniki i Kurtasy, odległych o parę kilometrów od Zajcewa. Były to zwykłe chłopskie chaty, w których dzieci uczyły się od pierwszej do czwartek klasy”...
Zupełna bieda i zdeklasowanie drobnej szlachty polskiej na Białorusi prowadziły też do denacjonalizacji, do indyferentyzmu narodowego lub do przyjęcia bardziej „proletariackiej” opcji narodowej białoruskiej albo rosyjskiej. Jedyną zaś drogą do wybicia się pozostawało kształcenie. „Do szkoły siedmioletniej, która była w Horkach, musiałem maszerować prawie 10 kilometrów. Szkoła mieściła się w niedużym dwupiętrowym budynku. Wkładałem do płóciennej torby zeszyt, ołówek oraz piętkę chleba i – niezależnie od pogody, mrozu czy pluchy, – w drogę. Żądza wiedzy jak gdyby skracała odległość i łagodziła bieżące trudności. Chodziliśmy do szkoły jak na uroczystości, jak do zaczarowanego świata pełnego niedostępnego piękna, które było coraz bardziej kuszące. O tym, co jest „dobre, rozumne i wieczne”, mówili nam tacy nauczyciele jak Maria Możajska, Piotr Kiślakow i Helena Jatczenia. Wspaniałymi pedagogami byli też Staroszecki, Księżuk i dyrektor szkoły Zienkiewicz. Wspominam ich z głęboką, serdeczną wdzięcznością”.
Oczywiście, wspomnienia marszałka Jakubowskiego powstawały w okresie dyktatury KGB i KPZR, musiały więc być utrzymane w konwencji w tym reżimie obowiązującej. W przeciwnym razie ani marszałek nie byłby marszałkiem, ani jego wspomnienia nie ujrzałyby światła dziennego. „Były to lata, w których kształtowała się władza radziecka. Na naszych oczach torowało sobie drogę nowe życie. Zmieniało się jego oblicze i charakter. Pamiętam, jak w mojej rodzinnej wsi, jako pierwszej w całej okolicy, powstał kołchoz. Ojciec mój, Ignacy Leonowicz Jakubowski, który był jednym z założycieli komitetów biedoty, został aktywistą tego kołchozu. Był on przeświadczony o słuszności sprawy partii. Jako żołnierz pierwszej wojny światowej, który przeszedł w swoim życiu wiele ciężkich prób, wiedział, że trzeba iść za bolszewikami. Swoje dzieci wychowywał również w duchu wierności socjalizmowi. Sąsiednia wieś Romanowo, która była dawniej posiadłością książęcą, została za zgodą Włodzimierza Iljicza przemianowana na Lenino”.
Trudno dokładnie powiedzieć, ile w tych słowach Jakubowskiego rzetelnej informacji, a ile werbalnego rytualizmu i „czerwonego sosu”, mającego na celu uśpienie czujności partyjnej cenzury. Z wielu tysięcy polskich i rosyjskich szlachciców, którzy współtworzyli system państwa socjalistycznego, bodaj tylko Feliks Dzierżyński nie tylko otwarcie przyznawał się do „błękitnej krwi”, ale i ostentacyjnie nosił na palcu sygnet rodowy z herbem Sulima – także na posiedzeniach KC WKP(b) i WCzK. Reszta dorabiała sobie proletariackie i inne plebejskie rodowody, z którymi notorycznie obnosiła się po gazetach i komitetach bolszewickich. Przy tym chodziło nie tylko o kożuszkiem do góry wywrócony snobizm rewolucyjny, ale i o to, by nie zostać ofiarą uzbrojonego skomunizowanego motłochu, dowodzonego przez żydowskich komisarzy. Fałszywe rodowody „robotnicze” i „chłopskie” dorabiali sobie tak znani przywódcy i dowódcy raczkującego państwa radzieckiego, jak pochodzący z polskich rodzin szlacheckich Malinowski, Tuchaczewski, Kotowski, Fabrycjusz, Sokołowski, Kuklewicz, Rokossowski, Hreczko, Czernichowski i szereg innych, nie tylko zaś marszałek Jan Jakubowski.
Chociaż w jego przypadku pauperyzacja majątkowa i degradacja społeczna rzeczywiście zrównały status rodzinny z poziomem chłopstwa białoruskiego i spowodowały faktyczną deklasację i denacjonalizację czwartego z rzędu pokolenia polskiej rodziny szlacheckiej, wystawionej na szykany i prześladowania zarówno ze strony władz carskich, jak i bolszewickich. Tak więc we wspomnieniach Jakubowskiego z pewnością znajdują się obok obowiązkowych deklaracji lojalności w postaci rytualnych wyznań miłości do partii komunistycznej także rzetelne opisy faktów i zdarzeń, chociaż niełatwo ustalić, gdzie się kończą pierwsze, a zaczynają drugie. Może i sam marszałek, którego przez cały czas jego żołnierskiej kariery – także na froncie – pilnowali partyjni komisarze, już nie potrafiłby dokładnie oddzielić ziaren od plew w swej książce. Lecz oddajmy mu głos: We wsi Czaszniki powstała wówczas komórka komsomolska. Przyjęto mnie, młodzieńca szesnastoletniego, do szeregów organizacji”... Tu chłopiec został poddany drastycznemu praniu mózgu i komunistycznej indoktrynacji, z reguły doszczętnie niszczących zdolność do krytycyzmu, samodzielnego myślenia i twórczej gry wyobraźni. „W 1930 roku organizacja komsomolska skierowała mnie do liceum pedagogicznego w Orszy. Utkwiło mi w pamięci doniosłe wydarzenie, a mianowicie przyjęto mnie tam na kandydata na członka partii komunistycznej. Zaczęło się dla mnie życie pełne szczególnego niepokoju. Uczyłem się odpowiedzialności za własne postępowanie, a zarazem brałem czynny udział w działalności zespołu. Nasza organizacja partyjna była nieliczna, ale za to silna i bojowa. W jej skład wchodzili wykładowcy i uczniowie starszych klas, którzy zahartowali się już w pracy po ukończeniu szkoły podstawowej. Do aktywistów partyjnych zaliczali się: dyrektor liceum Antoni Połoński, wykładowcy Ksenofont Borecko, Aksentij Poroszkow, Aleksander Kochanow i inni starsi towarzysze, z których doświadczenia można było wiele skorzystać. Sekretarzem licealnej organizacji komsomolskiej był wówczas W. Wyrwicz – energiczny działacz młodzieżowy, świetny organizator. Pamiętam również drugiego naszego aktywistę komsomolskiego – Tymoteusza Golinkiewicza”...
Połoński, Borecko, Wyrwicz, Golankiewicz – znane kresowe nazwiska szlacheckie; trochę zaskakuje odnajdywanie ich wśród aktywu młodzieży komunistycznej. Warto jednak pamiętać, że do partii wciągano (nieraz stosując szantaż moralny i zamaskowane pogróżki) wszystkie co bardziej rzutkie, inteligentne i dynamiczne pierwiastki – by je tym łatwiej kontrolować i zmuszać do pracy na rzecz reżimu komunistycznego. W przypadku najmniejszego przejawu nielojalności byli ci „obcy klasowo” ludzie fizycznie eliminowani. A gdy w okresie około lat 1934-1938 okazało się, że element ten, genetycznie obciążony skłonnością do samodzielnej postawy ideowej i inicjatywy społecznej, pozostaje (mimo członkostwa w partii i komsomole) czymś organicznie obcym i przeciwstawnym w stosunku do żydokomunistycznego systemu sowieckiego, – uczyniono z tych działaczy domniemanych „wrogów narodu” (jakiego?) i poddano zmasowanej eksterminacji fizycznej w obozach pracy i w miejscu zamieszkania. Siepacze Berii i Bermana nie mieli w tym względzie najmniejszych odruchów litości czy wahań. To wszystko, czyli m.in. masowe szlachtowanie kadry dowódczej Armii Czerwonej, od dziesiątków tysięcy oficerów do czterech marszałków włącznie, odbywało si ę na oczach młodego Jasia Jakubowskiego, który przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co było grane. Chyba więc i jemu utkwiło głęboko w szpiku kości lodowate przerażenie na widok tych okrutnych rzezi, dokonywanych na najlepszych reprezentantach narodu białoruskiego, ukraińskiego, rosyjskiego i innych, skoro nawet w późniejszym okresie „odwilży”, gdy pisał swe wspomnienia, wciąż na nowo, wręcz do znudzenia, powtarzał propartyjne mantry. Chociaż nie można też wykluczyć, iż częściowo mógł ulec komunistycznej manipulacji, ponieważ często strach staje się przekonaniem.
Pisał marszałek o sobie: „Nie mieliśmy wtedy czasu na nudę. Był to okres gorący, trudny, ale pełen romantyzmu: chleb z przydziału, brak odzieży i mieszkań. Większość naszych uczniów mieszkała w celach dawnego klasztoru (którego ruiny zachowały się po dziś dzień), później zaś w drewnianej przybudówce gmachu liceum przy ulicy Krasnej. Porównując to z obecnymi warunkami można powiedzieć, że po prostu gnieździliśmy się w ubogich, ciemnych pomieszczeniach. Wówczas jednak nasz internat wydawał się nam przytulnym domem, w którym uczyliśmy się z zapałem. Uczniowie odbywali praktykę w sąsiedniej szkole, w której uczyły się bezdomne dzieci. Komsomolcy opiekowali się nimi, zaprzyjaźnili się ze swoimi podopiecznymi oraz pomagali im zdobywać nowe zainteresowania i umiejętności, stać się ludźmi pełnowartościowymi. Zachowałem do dziś dobre wspomnienia o tej twórczej przyjaźni. Uważaliśmy, że jesteśmy cząstką tej wielkiej siły, która w miastach i wsiach przebudowywała życie na nowy, radziecki ład (w dalszym ciągu jeździliśmy do pobliskich wsi, biorąc udział w kolektywizacji). W drugiej klasie liceum niektórym naszym uczniom powierzono prowadzenie zajęć w szkołach. Mnie przypadły w udziale zajęcia z matematyki i geografii w dwu szkołach: miejskiej szkole dla pracowników państwowych i partyjnych oraz w szkole wieczorowej dla młodzieży pracującej w kombinacie lniarskim. Oczywiście, rola nauczyciela nie była łatwa. Zdarzało się, że musiałem rezygnować ze snu, by zdążyć z przygotowaniem się do kolejnych zajęć”.
W zasadzie był ten gorączkowy tryb życia typowy dla ówczesnej młodzieży mieszkającej w ZSRR. Iluzja zbudowania społeczeństwa socjalistycznego, opartego na sprawiedliwości socjalnej, porywała za sobą miliony, idea stała się siłą materialną. Takie były czasy...
Jakubowski pisze: „W 1932 roku wyjechałem z Orszy udając się w ramach partyjnej mobilizacji do służby wojskowej. Zostałem skierowany do Mińska, do połączonej Białoruskiej Szkoły Wojskowej imienia Centralnego komitetu Wykonawczego Białorusi, później – imienia M. Kalinina. W Mińsku byłem już poprzednio na zlocie uczącej się młodzieży robotniczej. Pamiętam dokładnie, z jakim zapałem młodzi żołnierze dążyli do jak najlepszego opanowania broni i sprzętu bojowego. Jak na owe czasy mieliśmy dość nowoczesny sprzęt, który musieliśmy doskonale poznać, szykując się do roli przyszłych dowódców. Poza rozkładem zajęć poświęcaliśmy też wiele czasu pracy w kółkach technicznych. Nawiasem mówiąc, w 1932 roku kształciło się w takich kółkach około 80% stanu osobowego Białoruskiego Okręgu Wojskowego... Trzeba powiedzieć, że przygotowywano nas nie do parady, lecz do walki z silnym przeciwnikiem, do surowych warunków bojowych. Stawiano nam wysokie wymagania, my zaś rozumieliśmy, że jest to nieunikniona konieczność. W szkole wojskowej słuchacze otrzymywali rzetelną wiedzę z dziedziny artylerii, broni pancernej, inżynierii wojskowej i wyszkolenia ogniowego. Atmosfera powszechnego zapału wpływała bardzo korzystnie na przyszłych dowódców oraz sprzyjała kształtowaniu niezbędnych moralno-bojowych”.
Te akapity naprawdę nie są pustym werbalnym ornamentem i raczej odpowiadają rzeczywistości. W wyższych uczelniach wojskowych Rosji, A to zarówno carskiej, jak też sowieckiej, dokładnie i wnikliwie studiowano najlepszy dorobek myśli wojskowej nie tylko tego kraju, ale też Niemiec, Indii, Japonii, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Hiszpanii, Austrii, szczególnie zaś – Chin. Przypomnijmy, ze jeszcze w VI wieku p.n.e. chiński teoretyk Sun Tzu w dziele „Sztuka wojny” wywodził: „Przez czynnik dowodzenia rozumiem kwalifikacje dowódców, ich mądrość, szczerość, humanitaryzm, odwagę, surowość (...) oto pięć szlachetnych cech generała; takiego dowódcę armia określa mianem Godnego Szacunku. Jeśli dowódca jest mądry, potrafi zareagować odpowiednio do zmieniających się warunków. Jeśli jest szczery, jego żołnierze nie mają kłopotów ze zrozumieniem jego intencji i nie odczuwają leku. Jeśli jest humanitarny, to kocha ludzi, potrafi współczuć innym, dba o ich interesy oraz uzbrojenie. Ludzie traktowani z łagodnością, sprawiedliwością, prawością będą jednomyślni i z ochotą spełnią polecenia dowódcy... Jeśli jest odważny, osiąga zwycięstwo łamiąc bez wahania opór wroga. Jeśli jest wymagający, jego oddziały są zdyscyplinowane, ponieważ czują przed nim respekt i obawiają się kary... Nie ma dowódcy, któryby nie słyszał o tych pięciu zagadnieniach. Ten, kto jest w nich biegły, zwycięża; kto ich nie opanuje – przegrywa”... Dzieło „Sztuka wojny” należało do kanonu obowiązujących lektur w radzieckich akademiach wojskowych, obok m.in. ksiązki „O wojnie” Clausewitza, toteż i Jakubowskiemu była doskonale znana, przyczyniając się, być może, do ukształtowania w jego umyśle i charakterze wszystkich tych znakomitych właściwości, jakie posiadał. Choć przecież genialności nie można nauczyć, z niż się trzeba urodzić; ale rozwijać ją i szlifować na pewno trzeba. Do szeregu lektur obowiązujących należała też „Wojna Peloponeska” Tukidydesa, zawierająca szereg organizacyjnych i psychologicznych zaleceń, dotyczących spraw wojskowych. „Wodzów – doradzał wielki Grek – należy wybrać niewielu, dać im pełnię władzy i złożyć na ich ręce przysięgę, że się pozwoli im dowodzić zgodnie z najlepszą ich wiedzą; w ten sposób najłatwiej da się zachować konieczną tajemnicę; a w armii zaprowadzi się porządek i sprężystą organizację”... Ciekawe, że wydawane specjalnie dla akademii wojskowych klasyczne dzieła z teorii wojskowości miały gryf „Tajne” i nie mogły być wypożyczane i wynoszone poza bramy uczelni, a nieraz nawet poza mury biblioteki. Władze tego państwa skrupulatnie dbały o to, aby prawdziwa mądrość wieków była dostępna wyłącznie dla względnie wąskiej elity rządzącej, podczas gdy reszcie społeczeństwa serwowano prymitywną papkę propagandową, spreparowaną z fragmentów wypowiedzi Marksa, Engelsa, Lenina, banalną beletrystykę i... wódkę. Uważano, że mądre księgi mogą prymitywnym masom szkodzić, i chyba słusznie; ale z drugiej strony, pociągało to za sobą drastyczne obniżenie ogólnego poziomu intelektualnego społeczeństwa. Skończyło się to wszystko samodestrukcją systemu władzy komunistycznej, zbudowanego na niegodziwości, przymusie i fałszu. Stało się to jednak dopiero w 1991 roku, 50 lat wcześniej nikt jeszcze takiego finału nie przewidywał.

* * *

Pierwszym miejscem służby po studiach stała się dla Jakubowskiego 27 Dywizja Omska, której dowódcą był w tym czasie generał K. Podlas. Po ukończeniu Leningradzkich Kursów Wojsk Pancernych w 1935 roku młody oficer objął dowództwo kompanii czołgów w jednej z jednostek Białoruskiego Okręgu Wojskowego. Był to początek jego chlubnej drogi zawodowej i bojowej.
Do wybuchu wojny światowej pozostawało zresztą zaledwie kilka lat. Już we wrześniu 1939 r. Jakubowski wraz ze swą jednostką uczestniczył w „oswobadzaniu” Polski Wschodniej. We wspomnieniach poświęcił temu wydarzeniu dosłownie jedno tylko zdanie, unikając m.in. obowiązującego w ZSRR opowiadania o tym, jak to rzekomo polska ludność witała okupanta sowieckiego kwiatami (czynili to tylko niektórzy młodzi Żydzi, należący do komunistycznego związku młodzieży i służący potem w NKWD i UB. Po inwazji na Polskę jednostka jakubowskiego została skierowana na front fiński, gdzie w 1940 roku pułk czołgów Jakubowskiego został doszczętnie zmasakrowany przez dzielnych Finów, a jego żałosne resztki przerzucono na Kaukaz. Po uzupełnieniu i zaleczeniu ran pułk ponownie wrócił na teren Białorusi. Młody oficer został mianowany na stanowisko szefa sztabu batalionu pancernego 17 Brygady Czołgów Lekkich. Wojna z Niemcami była tuż tuż
Iwan Jakubowski doskonale zdawał sobie sprawę z podłoża ideologicznego, psychologicznego, gospodarczego i etnologicznego agresji niemieckiej na wschód. W dziele „Ziemia w ogniu” zauważał bowiem: „Hitlerowcy marzyli od dawna o napaści na Związek Radziecki... Wmawiali Niemcom, że Rosjanie są ich podwójnym wrogiem: po pierwsze, jako komuniści, po drugie, jako państwo. Marzyli o tym, by ogniem i mieczem ujarzmić narody słowiańskie, pozbawić je całkowicie suwerenności państwowej, kultury narodowej i niezależności, ograbić je, większość ludności zniszczyć, a pozostałą część zgermanizować i zniewolić. „Powinniśmy się kierować zasadą – mówił Hitler – wedle której jedynym usprawiedliwieniem egzystencji tych narodów jest ich gospodarcza użyteczność dla nas”.
W instrukcjach i dyrektywach dotyczących grabieży bogactw naturalnych i wartości materialnych zebranych w tzw. „Zielonej księdze” znajdujemy następujące stwierdzenie: „Niewątpliwie, (...) dziesiątki milionów ludzi zginą z głodu, jeśli wywieziemy z tego kraju wszystko to, co jest nam potrzebne... Na tych obszarach pozostanie wiele milionów zbędnych ludzi; muszą oni zginąć, albo zostaną przesiedleni na Syberię”... [To był realny plan niemiecki dla „nowej, zjednoczonej Europy”. I choć nie został zrealizowany w połowie XX wielu na skutek porażki Niemiec w wojnie z Rosją, to wszak obecnie (lata 2010) w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej poniewierają się dziesiątki milionów „zbędnych” ludzi, skazanych na bezrobocie, emigrację i powolne wymieranie, a cały handel, przemysł, bankowość, media i nawet kościoły znalazły się w obcym ręku. Czyli że plan Hitlera jest realizowany, ale nie militarnymi, lecz bardziej elastycznymi środkami]. Jeszcze bardziej cyniczny w swym okrucieństwie niż wyłuszczony w „Zielonej księdze” był tzw. „Generalny plan Ost”, który przewidywał systematyczne niszczenie na ziemiach okupowanych przez Wehrmacht ludności cywilnej i jeńców wojennych oraz wysiedlenie w ciągu 30 lat ponad 50 milionów Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Litwinów, Łotyszy i Estończyków na Syberię Zachodnią, do Ameryki Południowej i do Afryki. Kilkanaście milionów europejskich Żydów zamierzano przetransportować na Madagaskar. Pozostali mieszkańcy tych terenów (około 10 milionów) mieli być zgermanizowani i przekształceni w tanią siłę roboczą. Marszałek Jakubowski notował: „Szczególną wagę wodzowie faszystowscy przywiązywali do niszczenia kultury narodów podbitych oraz instytucji naukowych i technicznych, zamierzali zamknąć wszystkie szkoły wyższe i średnie, ograniczyć wykształcenie do poziomu podstawowego, jak również sztucznie zredukować przyrost naturalny ludności(...). Zawczasu przygotowano „Przewodnik żołnierza niemieckiego”, zawierający m.in. następujące barbarzyńskie wskazówki:
„Zapamiętaj i wykonaj:
1.      Nie masz nerwów, serca ani litości – jesteś zbudowany z niemieckiej stali. Po wojnie będziesz miał inną duszę i czyste serce – dla twoich dzieci, żony i Wielkich Niemiec; obecnie działaj zdecydowanie i bez wahania.
2.      Bądź bez serca i bez nerwów, na wojnie nie są one potrzebne. Stłum w sobie współczucie i litość, zabijaj każdego wroga, nie wahaj się, jeśli masz przed sobą starca lub kobietę, dziewczynkę lub chłopca. Zabijaj, a tym samym ocalisz sam siebie przed zgubą. Zapewnisz przyszłość swojej rodzinie i zdobędziesz wieczną chwałę.
3.      Żadna siła na świecie nie oprze się naporowi niemieckiemu. Rzucimy na kolana cały świat”...
Tacy byli – powiada dalej Jakubowski – ojcowie i dzieci „Wielkich Niemiec”, taki był ich świat duchowy, ich nienawistna moralność”...

Na podstawie osobistych wskazówek Hitlera przygotowywano w największej tajemnicy przedsięwzięcia mające uwiecznić przyszły triumf wojenny Niemiec, powołanych rzekomo do panowania nad całym światem. Symbol ucieleśniający tę ideę hegemonii został zaprojektowany przez samego autora „Mein Kampf” osobiście, który polecił w największym sekrecie zbudować makietę pomnika zwycięstwa, mającego na szczycie olbrzymiego orła, zaciskającego szpony na kuli ziemskiej. Pomnik ten miał stanąć w centrum stolicy Niemiec natychmiast po z góry założonej klęsce Związku Radzieckiego, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Hitler, oszołomiony łatwymi zwycięstwami w Europie Zachodniej, był pewny, że osiągnie kolejne sukcesy. Dlatego też na krótko przed napaścią na ZSRR zaczęto zwozić nad Odrę, w rejon miasta Fürstenberg, położonego w odległości 90 kilometrów od Berlina, części przyszłego pomnika – bliki granitu i marmuru ze Szwecji, Norwegii i Finlandii. Hitler marzył również o tym, by sławić zwycięstwa oręża niemieckiego pod kopułą swego przyszłego pałacu obliczonego na 180 tysięcy miejsc. Gdzieś w głuchych kamieniołomach ciosano już kamienne bloki przeznaczone na drugi pomnik, który zgodnie z dalekosiężnymi planami przywódców Rzeszy miał stanąć w Moskwie po jej upadku.
Marszałek Jakubowski notuje: „Jak wiadomo, historia zadrwiła sobie okrutnie z pechowych zdobywców i ich bzdurnych planów. Po zniszczeniu hitlerowskiej machiny wojennej ludzie radzieccy wznieśli swoje unikalne pomniki zwycięstwa znane całemu światu: majestatyczny zespół w parku Treptow z wieńczącą go rzeźbą żołnierza-wyzwoliciela oraz pomnik w Pankowie. Nawiasem mówiąc, znalazł tu właściwe zastosowanie granit i marmur zmagazynowane w Fürstenbergu. Natomiast bloki kamienne przeznaczone do planowanego pomnika w Moskwie wykorzystano przy oblicowaniu tamtejszych nowych budynków mieszkalnych”. Do tego finału prowadziła jednak długa droga. A udało się ją przejść właśnie tak, a nie inaczej, dzięki temu, że na czele armii radzieckiej stali tak utalentowani dowódcy, jak bohaterowie tej ksiązki.
W nocy z 21 na 22 czerwca 1941 roku armia niemiecka uderzyła na zachodnią granicę ZSRR. Rozgorzały krwawe walki, naznaczone wielkim męstwem i determinacją obydwu walczących stron. Marszałek Jakubowski pisze: „26 czerwca 1941 roku na północny zachód od Mińska dokonali nieśmiertelnego czynu: dowódca eskadry 207 Pułku Lotniczego 42 Dywizji Lotnictwa Bombardującego Mikołaj Gastełło i jego załoga w składzie: kapitan A. Burdeniuk, lejtnant Skorobohaty i sierżant A. Kalinin. Eskadra wykonywała uderzenie na nieprzyjaciela na szosie Małodeczno – Radoszkowicze. Samolot kapitana Gastello zapalił się od nieprzyjacielskiego pocisku i wtedy pilot skierował go na kolumnę wroga. Wybuch i pożar zniszczył dziesiątki samochodów i czołgów nieprzyjaciela. Zginęło kilkuset faszystów. Kapitanowi Gastelle nadano za ten czyn pośmiertnie tytuł Bohatera Związku Radzieckiego”. [Wypada w tym miejscu przypomnieć, że badania przeprowadzone w latach 2005-2007 na terenie Białorusi wykazały, że samolot kapitana Gastełły spadł na teren lasu, kilkaset metrów od szosy, i nie wyrządził żadnych szkód Niemcom w 1941 roku. Dopiero propaganda sowiecka uczyniła z jego skądinąd bohaterskiej śmierci mit, mający krzepić ducha walki żołnierzy radzieckich. Ale marszałek Jakubowski tego wiedzieć jeszcze nie mógł].
Mimo iż Związek Radziecki dysponował ogromnym potencjałem ludzkim, gospodarczym, technicznym, militarnym, początkowy okres wojny zapowiadał się raczej na korzyść Niemiec. Żołnierze rosyjscy wcale nie palili się oddawać życie za komunistycznych rzeźników. Już w pierwszym dniu wojny ZSRR stracił ponad 1200 samolotów, przeważnie rozstrzelanych i spalonych przez myśliwce niemieckie na taflach lotnisk.
Hitlerowcom udało się też stworzyć w wybranych miejscach na kierunku głównych uderzeń przewagę w sile żywej i ogniowej, tak iż wojska sowieckie rozcinane były na kawałki, jak masło nożem przez dywizje pancerne Guderiana (dokładnie tak, jak w kampanii polskiej), dostawały się w „kotły” i szły do niewoli całymi dywizjami. Tylko w ciągu pierwszego roku wojny Niemcy wzięli do niewoli ponad pięć milionów żołnierzy i oficerów radzieckich. I chociaż po trzech latach walk sytuacja się odwróciła, droga do tego była bardzo daleka, znaczona krwią milionów żołnierzy obydwu wojujących stron.
W lipcu 1941 roku oddziały dowodzone przez I. Jakubowskiego prawie przez miesiąc wiązały przeważającą część armijnej grupy pancernej generała Heinza Guderiana (też częściowo polskiego pochodzenia, urodzonego w Chełmie). Na innych odcinkach frontu ta grupa posunęła się daleko na wschód, aż ku Moskwie, tam zaś, gdzie stał Jakubowski, ugrzęzła w miejscu, tracąc ponad 40% czołgów. O ile 15 lipca 1941 roku generał Halder chełpliwie donosił do Berlina: „Nie będzie przesady, jeśli stwierdzę, iż kampania przeciwko Rosji została wygrana w ciągu 14 dni”; to miesiąc później generał Brauchitsch musiał przyznać, że od 1939 roku Niemcy napotkali na swej drodze „pierwszego poważnego przeciwnika”. Jednym z głównych sprawców tego wyznania był ówczesny młody generał Iwan Jakubowski. Pisał później: „Muszę przyznać, że jako żołnierz widziałem w tym okresie nieraz oblicze śmierci i żegnałem przyjaciół poległych w boju. Ale widok tylu zabitych kobiet, starców i dzieci leżących w rowach lub pośrodku szosy, widok matek szlochających nad zakrwawionymi dziećmi, widok niemowląt krzyczących obok trupów ich karmicielek budził determinację i wolę walki. Płonęły i waliły się miasta i wsie, płonęły nie zżęte łany zbóż. A duszący swąd, który zalegał całe okolice, zwiastował ludziom złowrogą czarną noc... Nasze serca wypełniała nienawiść, nieubłagana nienawiść do wroga”... Następnie walki przeniosły się na Smoleńszczyznę i przybrały nad wyraz zacięty charakter. Przy czym okropnie ucierpiała miejscowa ludność cywilna; po zakończeniu wojny w niektórych regionach ziemi smoleńskiej przez 15 lat nie było wesel: nie było komu wstępować w związki małżeńskie.

* * *

Okres drugiej wojny światowej był czasem, kiedy geniusz dowódczy generała Jakubowskiego zamanifestował się w całej jego imponującej potędze. Był on nie tylko świetnym dowódcą, dalekowzrocznym strategiem przewidującym zawczasu szereg posunięć wroga, ale też błyskotliwym, zdolnym do twórczych improwizacji taktykiem, ogrywającym raz po raz wybitnych generałów niemieckich. Współbojownicy tego żołnierza nieraz mówili później o jego charyzmie, inteligencji, kulturze osobistej, zdolności do podejmowania w okamgnieniu trafnych decyzji oraz do ich równie szybkiego modyfikowania w zmienionej sytuacji, wreszcie o jego osobistej odwadze, jak również o jednocześnie łagodnym i wymagającym stosunku do podwładnych. Te zalety bazowały na znakomitych wrodzonych predyspozycjach dowódcy, ale też zostały po mistrzowsku wykształcone na świetnych rosyjskich akademiach wojskowych. W wojnie z Niemcami Jakubowski dowodził kolejno pułkiem, brygadą, korpusem. Brał udział w walkach na frontach: Zachodnim, Briańskim, Południowym, Dońskim, Południowo-Zachodnim, Pierwszym Ukraińskim. Uczestniczył w bitwie stalingradzkiej i kurskiej, w działaniach zaczepnych na terenie Ukrainy, Polski, Niemiec. Jeśli chodzi o bitwę nad Wołgą, należącą do szeregu najsławniejszych w dziejach ludzkości, generał Jakubowski odegrał w niej bardzo ważną rolę.
Pod Stalingradem stanęło po ponad jednym milionie żołnierzy z każdej strony. Przy tym Niemcy dysponowali 10,3 tysiącami dział i moździerzy (Rosjanie – 13,5 tysiącami), 675 czołgami (Rosjanie – 894), 1216 samolotami (Rosjanie – 1400). Iwan Jakubowski, obok generałów K. Rokossowskiego, N. Watutina, A. Jeriomienki, należał do głównych aktorów tej krwawej tragedii i w następujący sposób ją opisywał: „Przez 200 dni i nocy trwała wielka bitwa nad Wołgą... Niszcząc przeszło jedną czwartą część sił faszystowskich znajdujących się na froncie radziecko-niemieckim, Armia Czerwona nadwerężyła gigantyczną machinę wojenną faszyzmu niemieckiego i przejęła ostatecznie inicjatywę strategiczną. Bitwa stalingradzka zapoczątkowała zasadniczy zwrot nie tylko w dziejach Wielkiej Wojny Narodowej, ale i całej drugiej wojny światowej oraz przesądziła o dalszym rozwoju wydarzeń na korzyść koalicji antyhitlerowskiej. Przeciwnatarcie pod Stalingradem, które przerodziło się w ogólne natarcie Armii Czerwonej na ogromnym froncie od Leningradu do przedgórzy Kaukazu, zapoczątkowało masowe wypędzanie najeźdźców”...
Pokonany nad Wołgą znakomity generał niemiecki Doerr pisał, że w 1942 roku Stalingrad stał się zwrotnym punktem drugiej wojny światowej. „Bitwa pod Stalingradem była dla Niemiec najcięższą porażką w ich historii, dla Rosji zaś – jej największym zwycięstwem”. Wtóruje mu Heinz Guderian, pisząc w swych słynnych „Wspomnieniach żołnierza”: „Po katastrofie pod Stalingradem w końcu stycznia 1943 roku sytuacja stała się nader groźna, nawet bez wystąpienia mocarstw zachodnich”... Także Adolf Hitler uznał w gronie zaufanych osób, że po tej klęsce (straty niemieckie wyniosły według danych rosyjskich 900 tysięcy żołnierzy i oficerów) Niemcy utraciły na zawsze inicjatywę strategiczną na frontach wschodnich.
Minęło nieco czasu, a imię generała Jakubowskiego stało się ponownie głośne na całym świecie w związku z operacją dnieprzańską. W rejonie Dniepru na wiosnę 1944 roku Niemcy dysponowali 83 dywizjami i jedną brygadą doborowego żołnierza (w tym 18 dywizji pancernych i 4 zmotoryzowane), w odwodzie zaś mieli Czwartą Armię rumuńską i Pierwszą Armię węgierską, liczące w sumie 24 dywizje. Wojska te były wspierane przez IV Flotę Powietrzną Luftwaffe, posiadającą 800 samolotów z doświadczonymi załogami bojowymi. W marcu – kwietniu 1944 roku to potężne zgrupowanie zostało niemiłosiernie wytrze3bione przez niszczące ciosy armii generałów Żukowa, Rybałki, Czernichowskiego, Jakubowskiego, Hreczki i przestało istnieć.
Sztab generała Jakubowskiego nieraz znajdował się pod bezpośrednim ogniem artylerii niemieckiej tuż przy linii frontu, lecz nikt nigdy nie widział go w panice czy choćby w stanie zwątpienia. Dodawał swą mężną postawą otuchy oficerom i żołnierzom. Odwaga jest cechą wrodzoną i nie można się jej nauczyć, ani zdobyć przez trening, jak też nie sposób się jej pozbyć. Dlatego tak wysoko są cenieni żołnierze o dowódcy tę dosyć rzadką właściwość posiadający.
Za w najwyższym stopniu odważne i umiejętne dowodzenie wojskami w czasie forsowania Dniepru i Wisły generał Jakubowski został odznaczony dwukrotnie (10 stycznia 1944 i 23 września 1944) Złotą Gwiazdą Bohatera Związku Radzieckiego. Nadano mu również honorowe miano Bohatera Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej...

* * *

Iwan Jakubowski był świadomy swego polskiego pochodzenia, jednak nigdy się z tym nie obnosił i nie afiszował (w przeciwieństwie np. do generała K. Rokossowskiego), ale też nigdy się nie posunął do wygłaszania antypolskich deklaracji, w pewnym okresie wręcz obowiązujących w środowisku sowieckich elit wojskowych i politycznych. Wiele ciepłych słów w swych wspomnieniach poświęcił ten marszałek ZSRR żołnierzom i oficerom Pierwszej i Drugiej Armii Wojska Polskiego, dobijającym hordy hitlerowskie na terenie Polski i Niemiec. Jak mówiła w jednym ze swych wywiadów prasowych córka marszałka Nela Jakubowska, był on w ogóle nader życzliwie nastawiony w stosunku do Polaków i nieraz dawał temu wyraz wbrew obowiązującej w ZSRR postawie polonofobicznej. W książce „Ziemia w ogniu” marszałek m.in. konstatował: „Naród polski i jego żołnierze wnieśli godny wkład do wspólnego zwycięstwa... Jako uczestnik minionej wojny dumny jestem z tego, że mogłem brać udział w operacjach: lwowsko-sandomierskiej, dolnośląskiej i górnośląskiej, wiślańsko-odrzańskiej, berlińskiej i praskiej, podczas których wyzwolone zostało terytorium Polski w jej dzisiejszych granicach, – pisał jakubowski w 1975 roku. – Bardzo trudne drogi wojenne zbratały radzieckich i polskich żołnierzy, doprowadziły ich do wspaniałego zwycięstwa nad wspólnym wrogiem. Szczycę się również tym, że jestem honorowym obywatelem miasta Opola”...

* * *

Po wojnie Iwan Ignatjewicz Jakubowski pełnił szereg odpowiedzialnych funkcji w systemie obrony narodowej ZSRR jako pierwszy głównodowodzący sił zbrojnych ZSRR (od 1957); głównodowodzący Radzieckiej Północnej Grupy Wojsk w Niemczech (od 1960); dowódca Kijowskiego Okręgu Wojskowego (od 1965); pierwszy zastępca ministra obrony ZSRR (od 1967); głównodowodzący Siłami Zbrojnymi Państw Członków Układu Warszawskiego (od 1967). Był też posłem do parlamentu ZSRR. W Rosji i na Białorusi do dziś traktuje się pamięć o marszałku Jakubowskim z ogromnym szacunkiem i czcią.



Aleksy Radziewski



Urodził się w Humaniu w rodzinie drobnego, niemajętnego szlachcica 31 lipca 1911 roku. (Radziewscy vel Radzewscy, zagrodowa szlachta kresowa, używali herbu Łodzia i byli znani od około 1500 roku zarówno na ziemiach ukrainnych, jak i na Wileńszczyźnie). W młodości był robotnikiem, lecz w wieku 18 lat został (1929) powołany do wojska. Tam zauważono uzdolnienia młodego człowieka i skierowano go do dwuletniej szkoły kawaleryjskiej. Po jej ukończeniu i paru latach służby skierowano na studia do Akademii Wojskowej im. M. W. Frunze, którą ukończył w 1938 roku; oraz dodatkowo Akademię Sztabu Generalnego (1941).
Niedługo po otrzymaniu dyplomu uniwersyteckiego A. Radziewski miał okazję w praktyce sprawdzić wartość uzyskanej na studiach wiedzy.
Atak niemiecki na ZSRR 22 czerwca 1941 roku stanowił właściwie uderzenie wyprzedzające, Rosjanie bowiem już byli ściągnęli nad granicę około 200 swych dywizji, rozlokowali tu potężne składy amunicji, wybudowali gęstą sieć lotnisk, usadowili ponad 20 tys. czołgów i niewiele mniej samolotów. Gdyby Niemcy nie uprzedzili ich o rok swym uderzeniem prewencyjnym, z pewnością nie daliby rady, by cios takiej potęgi wytrzymać. Dzięki zaś czynnikowi zaskoczenia (w tym zaskoczenia psychologicznego, gdyż przepojeni poczuciem swej straszliwej przewagi Rosjanie nie tylko nie obawiali się, ale i nie oczekiwali żadnego na siebie ataku) generałowie niemieccy rozbili w perzynę machinę wojenną ZSRR, urządzając gigantyczne „kotły” i biorąc do niewoli tylko w 1941 roku ponad 3,5 mln żołnierzy i oficerów radzieckich. Do realizacji „Planu Barbarossa” użyto imponującej siły wojskowej.
[Niejako na marginesie warto zaznaczyć, że podczas koncentracji wojsk po obu stronach linii demarkacyjnej ZSRR i Niemcy dynamicznie rozwijały wymianę handlową, która – aż do dnia niemieckiej agresji – obejmowała także sprzęt wojskowy i surowce strategiczne. Już 18.12.1939 r. podpisano umowę, w której ZSRR zobowiązał się dostarczyć Niemcom 108 000 ton ropy naftowej w zamian m.in. za niemieckie plany budowy pancerników klasy „Bismarck” i krążownika „Lützow” (dostarczono je do Leningradu). 11.02.1940 r. ZSRR zobowiązał się dostarczyć Niemcom 872 000 ton ropy naftowej i 934 000 ton zboża, 500 000 ton rudy żelaznej, 100 000 ton rudy chromu oraz znaczne ilości niklu, cynku i miedzi. ZSRR otrzymał w zamian pewną liczbę nowoczesnych samolotów, dwa moździerze 210 mm produkcji Kruppa oraz 4,7 mln ton węgla, 2380 specjalnych obrabiarek dla przemysłu zbrojeniowego.
W 1941 r. ZSRR otrzymał ok. 4000 specjalnych obrabiarek i dalsze nowoczesne modele samolotów. W okresie 1.01.–31.05.1941 r. ZSRR dostarczył Niemcom 307 000 ton ropy, 654 000 ton zboża, 77 000 ton miedzi, 68 000 ton rudy manganu, 78 000 ton fosfatów, 42 000 ton bawełny, 1076 ton platyny. Transporty z radzieckimi dostawami przekraczały granicę jeszcze w nocy z 21. na 22.06.1941 r.].
22 czerwca 1941 roku Niemcy uderzyły na ZSRR trzema grupami armii. „Północ” pod dowództwem feldmarszałka Wilhelma von Leeba w składzie: 16 i 18 armie ogólnowojskowe i 4 Grupa Pancerna na odcinku od Kłajpedy do Gołdapi. Liczyła 23 dywizje piechoty, 3 dywizje pancerne i 3 dywizje zmotoryzowane oraz 1 dywizję kawalerii i szereg jednostek wspierających. Wspierała ją też 1 Flota Powietrzna. Zadanie – opanowanie państw bałtyckich i Leningradu. „Środek” pod dowództwem feldmarszałka Fedora von Bocka w składzie: 4 i 9 armia oraz 2 i 3 Grupa Pancerna na odcinku od Gołdapi do Włodawy. Liczyła 34 dywizje piechoty, 9 dywizji pancernych, 6 dywizji zmotoryzowanych. Wspierała ją 2 Flota Powietrzna. Zadanie – natarcie w kierunku Mińsk-Smoleńsk-Moskwa. Było to najsilniejsze ugrupowanie Wehrmachtu. „Południe” pod dowództwem feldmarszałka Gerda von Rundstedta, w składzie: 6, 11 i 17 armia, 1 Grupa Pancerna oraz 3 i 4 armia rumuńska, do których dołączył korpus węgierski; działać miała na odcinku Włodawa-Przemyśl-Użhorod-Jassy. Liczyła 48 dywizji piechoty, 5 dywizji pancernych, 4 dywizje zmotoryzowane i kilka dużych jednostek kawalerii. Wsparcia udzielała jej 4 Flota Powietrzna. Zadanie – natarcie w kierunku Kijowa i łuku Dniepru.
Na dalekiej północy operowała niemiecko-fińska armia „Laponia” (4 dywizje Wehrmachtu i 2 fińskie). Zadanie – atak na Murmańsk. Z kierunku południowo-wschodniego miały nacierać 2 armie fińskie wzmocnione dywizją niemiecką (łącznie 15 dywizji piechoty). Armie te wspierane były przez 5 Flotę Powietrzną i lotnictwo fińskie. Zadanie – atak na Leningrad.]
Przez pierwszy miesiąc po napaści Niemiec na ZSRR (czerwiec – lipiec 1941) A. Radziewski pełnił funkcje dowódcy sztabu dywizji kawaleryjskiej. Choć wojska radzieckie znajdowały się w szybkim odwrocie, a niemieckie zajmowały ogromne tereny i Hitlerowi oficjalnie donoszono z frontu, że siły zbrojne ZSRR przestały istnieć, był to tak naprawdę tylko początek wojny, a nie jej koniec.

* * *

Feldmarszałek Albert Kesselring, jeden z najwybitniejszych niemieckich dowódców z okresu II wojny światowej, w tomie swych wspomnień pt. Soldat bis zum Ende (Żołnierz do końca) w następujący sposób przedstawia rozwój wydarzeń w przededniu i w okresie początkowym najkrwawszej wojny XX wieku.
Hitler już latem 1940 r. planował atak na ZSRR. 18 grudnia 1940 r. wydał dyrektywę nr 21 („Fall Barbarossa”), która stwierdzała: „Niemieckie siły zbrojne muszą być przygotowane, by jeszcze przed zakończeniem wojny z Anglikami rozgromić radziecką Rosję w błyskawicznej kampanii pod kryptonimem »Barbarossa«. Przygotowania należy rozpocząć już teraz i zakończyć do 15 maja 1941 r. Decydujący nacisk położyć na to, by ukryć zamiar uderzenia na Wschód. Należy się liczyć z aktywnym współdziałaniem Rumunii i Finlandii”. 13 marca 1941 r. wydano wytyczne Hitlera dotyczące uzupełnienia dyrektywy operacji „Barbarossa” zasadami regulującymi okupację podbitych ziem radzieckich: eksterminacja ludności, podział na okręgi podległe różnym organom Rzeszy w celu ich ekonomicznej eksploatacji. 6 czerwca 1941 r. Hitler ogłosił dowódcom wytyczne „dekretu o komisarzach” przewidującego, że wzięci do niewoli komisarze polityczni Armii Czerwonej winni być natychmiast likwidowani. 17 czerwca 1941 r. ustalono ostateczny termin „Barbarossy”: 22 czerwca 1941 r., początek ataku godz. 3.15.
Kesselring wspominał: „ Hitler już wcześniej oświadczał, także w swym przemówieniu końcowym do generałów 14 czerwca 1941 r., że kampania wschodnia jest nieunikniona i że trzeba zaatakować teraz, jeśli pragnie się uniknąć ataku Rosjan w niedogodnym momencie. Jednocześnie przypomniane zostały ponownie punkty, z których miało wynikać nieprawdopodobieństwo trwałej przyjaźni Rosji i Niemiec, nie dające się zanegować sprzeczności ideologiczne odsuwane przez obie strony na bok, ale nie usunięte; ponadto swego rodzaju posunięcia mobilizacyjne na wybrzeżu Bałtyku i na zachodniej granicy Rosji, nasilanie się agresywnej postawy żołnierzy rosyjskich wobec ludności mieszkającej na terenach peryferyjnych, ruchy wojsk w rejonach nadgranicznych; intensywna, pospieszna rozbudowa rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego itd.
Żeby wymienić choćby jeden przykład: we wrześniu 1939 r. w rejonie przygranicznym o głębokości 300 km stwierdzono lub domniemywano obecność 65 wielkich związków rosyjskich, w grudniu 1939 r. – 106 wielkich związków, a w maju 1940 r. – 153 plus 36 związków zmotoryzowanych, czyli łącznie 189 związków. Takie rozmieszczenie wojsk rosyjskich z silnym zmasowaniem pośrodku – tylko na wysuniętym łuku białostockim było 50 wielkich związków – pozwalało wnioskować o zamiarach tak ofensywnych, jak i obronnych. Rozpoznana w pobliżu granicy organizacja naziemna lotnictwa i jej obsada miała zdecydowanie ofensywny charakter i tym samym demaskowała zamiary armii rosyjskiej. (...).
Tezę Hitlera, że Rosjanie zaatakowaliby nas przy pierwszej nadarzającej się okazji, uważałem za bezdyskusyjnie słuszną. Anglia stała się front in being. Co mogło się z tego rozwinąć, nie sposób było przewidzieć. Istniało wiele możliwości unieruchomienia większości niemieckich sił zbrojnych w jakimś niekorzystnym pod względem politycznym i wojskowym okresie; Kreml mógł łatwo stworzyć pretekst do niespodziewanego ataku. Czas pracował dla niego, a był on mistrzem przeczekiwania. Dzięki raportom niemieckich inżynierów lotniczych, którzy podróżowali po Rosji jeszcze w ostatnim okresie przed wojną, wiedzieliśmy, że rozpoczęto tam realizację szeroko zakrojonego – niestety przez naczelnego dowódcę Luftwaffe i Hitlera uważanego za fantazję – programu przemysłowego i zbrojeniowego, któremu w niedługim czasie nie mogliśmy przeciwstawić nic równorzędnego. Adiutant lotniczy Hitlera, von Below, informuje w swych pamiętnikach, że 1 marca 1941 r. Luftwaffe wysłała naczelnego inżyniera Dietricha Schwenke z Ministerstwa Żeglugi Powietrznej Rzeszy z wizytą do Rosji, gdzie miał zwiedzać zakłady zbrojeniowe. Po powrocie informował, że nie mogło być wątpliwości, iż Rosja zbroi się pełną parą. Na ukończeniu są nowo budowane zakłady lotnicze o rozmiarach tak wielkich, z jakimi wizytujący jeszcze nigdy się nie spotkał. Przyszły rozwój wydarzeń zapowiadał się – jeśli sprawę potraktować obiektywnie – niekorzystnie dla nas. Sądzę, że tylko niepoprawni optymiści mogli się spodziewać, że Rosja zadowoli się stanem powstałym po zakończeniu kampanii polskiej. Aczkolwiek przez wiele osób obwołany zostałem optymistą, to tej kwestii nigdy nie wykazywałem optymizmu i nie wierzyłem, że Rosja zachowa się spokojnie.
Jakie więc były militarne perspektywy w 1941 r., jeśli już trzeba było liczyć się z wojną? Wymienię najpierw negatywy: przewidziany termin ataku był znacznie spóźniony. Ten handicap mógł zostać w pewnym zakresie usunięty poprzez trafne określenie celu. Byłem przekonany, że podczas tych kilku miesięcy, które mieliśmy do dyspozycji, zrobimy wszystko co w ludzkiej mocy, aby uniemożliwić, lub przynajmniej ograniczyć zapowiadający się groźnie rozwój rosyjskiego kolosa. Nie mogłaby tego zmienić nawet istniejąca po stronie rosyjskiej przewaga sił lądowych i lotniczych, dlatego że – i tu dochodzę do pozytywów – podczas dwóch wielkich i dwóch małych kampanii mogliśmy zebrać doświadczenia, którym Rosjanie nie mogli przeciwstawić nic równorzędnego. Staliśmy się doświadczonymi wojownikami, którzy znali swoje rzemiosło i do oczekiwanej wojny manewrowej wnosili wkład, który musiał prowadzić do szybkiego sukcesu. Rzeczywiście, w połowie lat dwudziestych konstruowaliśmy razem z Rosjanami czołgi i samoloty, ale w międzyczasie my mieliśmy za sobą lata budowy i wypróbowywania sprzętu, podczas gdy wojna rosyjsko-fińska nie przyniosła Rosjanom żadnych korzystnych doświadczeń. Co się tyczy lotnictwa, to miałem zaufanie do naszych pułków i wiedziałem, że Grupa Armii von Bocka, z którą miała współpracować jak dotychczas 2 Flota Powietrzna, nie będzie się czuła osamotniona. To, że VIII korpus lotnictwa bliskiego wsparcia dopiero dołączał z Krety, było wprawdzie nieprzyjemne, ale zrobiono wszystko, by ten korpus, szczególnie dobrze wyszkolony w wojnie powietrznej, pod dowództwem generała lotnictwa von Richthofena mógł się szybko odnaleźć w nowej sytuacji. Korpus artylerii przeciwlotniczej pod dowództwem dzielnego generała von Axthelma miał najcięższe działa pod Brześciem Litewskim i stanowił część znajdującej się na głównym kierunku uderzenia Grupy Armii von Bocka dysponującej dwiema armiami pancernymi. A więc nic tu nie mogło się nie udać.
Walka nie będzie łatwa, kryzys może gonić kryzys, dowóz zaopatrzenia może napotkać nieoczekiwane trudności. Czy jednak cel, jakim było utrzymanie komunizmu z dala od Europy Zachodniej, nie był na tyle wielki, że należało odważyć się na wszystko i być przygotowanym na najgorsze? Trzeba było przezwyciężyć własne wątpliwości po to, by móc swoim oddziałom zaszczepić pewność i przekonanie o zwycięstwie.
Z chwilą gdy kampanię należało uznać za rzecz przesądzoną, byłoby błędem zajmować się jeszcze innymi koncepcjami operacyjnymi. To była sprawa Hitlera! W swej książce Mein Kampf Hitler określił wojnę na dwa fronty jako błędną i niebezpieczną. Nie można zakładać – tak przynajmniej sądzę – że zapomniał o swych poglądach na wojnę na dwa fronty i bez wiedzy o tkwiących w niej źródłach niebezpieczeństw wdał się w wojnę dwufrontową. Musiały go do tego skłonić ważne okoliczności. Toteż trzeba mu dać na to swoją zgodę. Być może sądził, że zgodnie z koncepcją „walki w głębi”' będzie mógł we właściwym czasie wyeliminować Rosję z europejskiego teatru wojny, że następnie zespolonymi siłami wystąpi przeciw zagrożeniu z Zachodu. Ale jedno jest pewne: obca mu była myśl wymierzenia w Rosję silnego, może nawet decydującego uderzenia z krajów graniczących z Morzem Śródziemnym i tym samym zadania Anglii śmiertelnego ciosu w jej najczulsze miejsce. Skrępowany kontynentalnym myśleniem nie doceniał znaczenia obszaru Morza Śródziemnego i tym samym popełnił kolejny błąd przesądzający wynik wojny. Cóż, lepsze jest wrogiem dobrego.”
[Luftwaffe przystąpiła do ataku na ZSRR w sile 1888 samolotów; 1 Flota Powietrzna miała 355 samolotów (w tym 144 myśliwskie i 211 bombowców), 2 Flota Powietrzna (Kesselring) – 814 samolotów (279 myśliwskich, 78 niszczycieli, 293 bombowce i 164 nurkujące Stukasy), 4 Flota Powietrzna – 642 samoloty (286 myśliwskich, 243 bombowce i 113 nurkujących), a 5 Flota Powietrzna (Finlandia) – 77 maszyn (18 myśliwskich, 10 niszczycieli, 12 bombowców i 37 nurkujących). Sojusznicy Niemiec dodali ok. 1000 samolotów. W tym czasie na Zachodzie pozostawało (3 Flota Powietrzna) tylko 611 samolotów; do obrony Rzeszy przeznaczono 280, Norwegii – 87, a na Bałkanach stacjonowało 308 samolotów. Poza frontem wschodnim było zatem łącznie 1286 maszyn.
Lotnictwo rosyjskie było na początku wojny rozproszone organizacyjnie. Dopiero późnym latem 1941 r. powstał koło Moskwy korpus ochrony myśliwskiej stolicy liczący 500 samolotów. Już w listopadzie 1942 r. lotnictwo ZSRR liczyło jednak 4100 maszyn. Do grudnia 1943 r. liczba samolotów uległa podwojeniu. Na początku 1944 r. lotnictwo radzieckie liczyło 408 000 ludzi i prawie 9000 samolotów, ok. 100 dywizji, a sześć miesięcy później już 14 700 samolotów bojowych, czyli 153 dywizje. Tylko w operacji berlińskiej w kwietniu 1945 r. uczestniczyło 8400 samolotów bojowych.]
Na początku wojny niemiecko-sowieckiej sytuacja była wszelako zupełnie inna. Feldmarszałek Kesselring pisze: „Dzięki dobremu taktycznemu planowaniu i niezmordowanej woli walki wszystkich związków udało się, na podstawie znakomitego rozpoznania i zdjęć lotniczych, w ciągu dwóch dni wywalczyć panowanie w powietrzu. Meldunki o zestrzeleniach w powietrzu oraz o zniszczonych samolotach na ziemi osiągnęły 2500 maszyn, liczbę, którą marszałek Rzeszy przyjmował początkowo z niewiarą. Dopiero kiedy po zdobyciu terenu kazał sprawdzić te dane, musiał mi zakomunikować, że rzeczywiste liczby są o 200-300 sztuk wyższe. Bez obawy o zarzut wyciągania pochopnych wniosków mogę stwierdzić, że bez takiego zainaugurowania ofensywy operacje wojsk lądowych nie rozwinęłyby się tak szybko i z takim powodzeniem. Od drugiego dnia operacji obserwowałem walki z nadlatującymi z głębi rosyjskiego terytorium średniociężkimi samolotami bombowymi. Uważałem prawie za zbrodnię, że tak nieporadnym w powietrzu samolotom nakazywano atakowanie w taki niedopuszczalny pod względem taktyki powietrznej sposób. I tak nadlatujące w równych odstępach czasu, eskadra za eskadrą, stawały się łatwym łupem dla naszych myśliwców. Prawdziwe „dzieciobójstwo”, jak sobie wówczas pomyślałem. Poza tym udało się tak skutecznie rozbić bazę dla odbudowy rosyjskiej floty bombowców, że przez całą kampanię rosyjskie bombowce już się więcej nie pokazywały. Był to właściwie nigdy w pełni nie doceniony wyczyn niemieckiego lotnictwa zaangażowanego na Wschodzie i przynajmniej tutaj powinien zostać uhonorowany!
Poczynając od trzeciego dnia kampanii ataki Stukasów na nieprzyjacielskie wojska frontowe były wzmacniane przez wprowadzanie do walki coraz większych sił z pozostałych związków Floty Powietrznej. Zostały nam postawione i przez nas wykonane następujące zadania: obezwładnienie nieprzyjacielskiego lotnictwa, co nie wymagało już specjalnych sił; wspieranie sił pancernych i piechoty w celu złamania lokalnego oporu bądź wyeliminowania działających na skrzydłach sił wroga, co było przede wszystkim zadaniem dla Stukasów i samolotów szturmowych; zniszczenie lub powstrzymanie sił rosyjskich, które znajdowały się w drodze na front lub próbowały się wycofać, co było zadaniem Stukasów, samolotów szturmowych, myśliwskich, niszczycieli i pozostałych sił lotniczych; zakłócanie operacyjnych ruchów wojsk nieprzyjaciela przemieszczanych transportem kolejowym; bieżące działania rozpoznawczo-zwiadowcze.
Korpusy artylerii przeciwlotniczej, przydzielone do wojsk pancernych, w miejsce właściwych sobie zadań osłony powietrznej, coraz częściej odgrywały rolę obrony przeciwpancernej oraz zajmowały się taktycznym zwalczaniem rosyjskich gniazd oporu. Korpusy były tak zespolone z jednostkami armii lądowej, że można je było traktować jako ich część składową, a skuteczność działania miała często znaczenie decydujące.(...).
Podczas gdy do 24 czerwca 1941 r. walczono jeszcze o Brześć Litewski, którego twierdzę „otworzyła” tysiąckilogramowa bomba, wojska pancerne pędziły do przodu i zapoczątkowały bitwę okrążeniową Mińsk–Białystok (od 26 czerwca do 3 lipca 1941 r.). Bitwa zakończyła się wzięciem do niewoli 300 000 żołnierzy, ale nie całkowitym zniszczeniem walczących tam sił. Kryzysy były nieuniknione, ponieważ większość sił pancernych kontynuowała ofensywę w kierunku Dniepru i „linii Stalina”, a w tym samym czasie 4 i 9 armie musiały stopniowo podciągać do „kotła” swoje dywizje nie zmotoryzowane. Ta operacja, paraliżująca okrążone siły rosyjskie, ułatwiła ruchy niemieckich grup pancernych w ich natarciu przez Dniepr.
3 grupa pancerna wspierana przez korpus Richthofena 3 lipca 1941 r. zdobyła Witebsk uzyskując dogodną pozycję wyjściową dla swych rozwijających się pomyślnie operacji na północ i północny wschód od Smoleńska. [Wolfram baron von Richthofen (1895-1945), feldmarszałek (1943), w latach 1938-1939 dowódca interwencyjnego „Legionu Condor” walczącego w Hiszpanii po stronie Franco, w kampanii polskiej – dowódca specjalnej grupy Stukasów niszczących Warszawę, dowodził atakami na Francję, Bałkany i ZSRR, później w latach 1943-1944 dowódca 2 Floty Powietrznej we Włoszech]. Zła pogoda czasowo utrudniała posuwanie się naprzód absolutnie niewystarczającą siecią rosyjskich dróg. Tak zaczęliśmy bezpośrednio poznawać prawdziwe oblicze rosyjskiego teatru działań wojennych. Trudności dały się we znaki grupom bojowym, nawet pojazdom gąsienicowym z czołgami włącznie, a jeszcze bardziej pojazdom zaopatrzenia, które musiały być, wobec braku przez dłuższy czas kolei, przewożone kolumnami samochodowymi.
Walki o linię Dniepru (10 i 11 lipca 1941 r.) wykazały słabnący opór sił rosyjskich, ale też posiadanie przez nieprzyjaciela dużych, aczkolwiek niezbyt wartościowych, rezerw.
W sukcesach tych decydujący udział miało lotnictwo. Kładliśmy duży nacisk na atakowanie wojsk rosyjskich na drogach, szosach i liniach kolejowych oraz rozpoznanych obozów wojskowych. Później Stukasy, samoloty szturmowe i myśliwce ponownie przystąpiły do ataków z lotu koszącego na pozycje obronne na różnych odcinkach Dniepru. Jeszcze większe trudności komunikacyjne, niż w wypadku wojsk lądowych, pojawiły się podczas przesuwania do przodu jednostek obsługi naziemnej lotnictwa, niedostatecznie zmotoryzowanych i nie dysponujących pojazdami gąsienicowymi. Do tego, oprócz stałych lotnisk, trzeba było urządzić lotniska polowe, które nie miały bezpośredniej osłony wojsk lądowych. Nieliczne siły naziemne Luftwaffe były więc dodatkowo obciążone zadaniami ochronnymi. Pozostanie wielką zasługą okręgów lotniczych i ich sztabów, że umożliwiły nieustanne działania bojowe związków lotniczych, a zwłaszcza korpusu wspierania pola walki. Dowództwo Floty Powietrznej mogło bieżąco wpływać na działania bojowe podległych związków Luftwaffe, a także wojsk lądowych, zwłaszcza kiedy 23 czerwca 1941 r. w rejonie Brześcia Litewskiego przeniosłem swoje stanowisko dowodzenia do specjalnego pociągu. W pierwszych dniach lipca 1941 r. mój sztab przesiadł się do specjalnej kolumny samochodów dowódczych umieszczonej na wschód od Mińska. Dowodzenie w bezpo­średnim bliskim kontakcie z wojskami było w tych toczących się na wielkich przestrzeniach walkach, warunkiem powodzenia.
Po ogromnych zdobyczach terytorialnych w pierwszych tygodniach wojny bardzo wcześnie pojawiło się pytanie dotyczące kontynuowania operacji. Wątpliwości powstałe w swoim czasie w dowództwie Wehrmachtu były dla mnie, pochłoniętego wydarzeniami na froncie środkowym, nie całkiem zrozumiałe. Także i ja, podobnie jak dowództwo Grupy Armii, opowiadałem się za kontynuowaniem trwającej już wiele tygodni bitwy wyniszczającej za Dnieprem, aby ostatecznie wyeliminować rosyjską armię zachodnią. Godne ubolewania było to, że kierownictwo Wehrmachtu pozwalało się ponosić na fali wydarzeń, nie podejmując szybkich ostatecznych decyzji! Na froncie w owych dniach nie czuło się jeszcze tego wahania. Atakowano i zdobywano teren. Z bazy lotniczej w Orszy oraz z położonych na północ i na południe od niej lotnisk polowych udzielano wsparcia, zgodnie z wypróbowanymi zasadami, nacierającym obu grupom pancernym i armiom Grupy Armii „Środek”.
Walki te doprowadziły do bitwy okrążeniowej w rejonie Smoleńska (od połowy lipca do początku sierpnia), która zakończyła się wielkim sukcesem (ponad 300 tys. jeńców), ale nie przyniosła żadnego rozstrzyg­nięcia, tylko „zwyczajne” zwycięstwo. Bitwa ta mogła stać się decydującą, gdyby udało się zamknąć lukę powstałą na wschód od Smoleńska. Pilne wnioski dotyczące tej sprawy zgłaszane przeze mnie i naczelnego dowódcę Luftwaffe nie zostały przyjęte. Wąska, licząca zaledwie kilka kilometrów, luka, pośrodku której znajdowała się niewielka dolina rzeczna porośnięta maskującą roślinnością, pozwoliła w ciągu kilku dni, a zwłaszcza nocy, przeniknąć znacznym siłom rosyjskim. O ile za dnia lotnikom udawało się nieprzerwanymi atakami ograniczyć to przenikanie, to pora zmierzchu i noce były przez Rosjan tym skuteczniej wykorzystywane do tego, aby się wymknąć. Zbiegli w ten sposób na zaplecze Rosjanie – liczbę ich szacuję na ponad 100 tys. – stali się trzonem nowych rosyjskich formacji. Sił tych nie udało się później zniszczyć – przypomnę tu tylko ciężkie, pełne strat, walki na łuku Jelni w okresie od 30 lipca do 5 września 1941 r. – ale nie dlatego, że zawiodło wojsko i dowództwo niemieckie. Oddziały nasze włącznie z Luftwaffe były po prostu przemę­czone, wycieńczone i oddalone od bezpiecznych baz zaopatrzenia.
Nasza dewiza brzmiała: marsz i walka, walka i marsz przez półtora miesiąca na głębokość 700 km podczas częściowo niekorzystnej pogody, walka na froncie z odstępującymi rosyjskimi oddziałami i napływającymi z zaplecza nowymi dywizjami przeciwnika; walki drugich i trzecich rzutów armii niemieckiej z okrążonymi w małych i dużych kotłach wojskami rosyjskimi, z pojawiającymi się po raz pierwszy oddziałami partyzanckimi i z pojedynczymi eskadrami lecących na małych wysokościach dość skutecznych, opancerzonych rosyjskich samolotów szturmowych. Porządny wypoczynek, uzupełnienie załóg, jak również choćby krótka, ale prawdziwa przerwa, pozostawały w sferze marzeń...
Z gorącym sercem i chłodnym umysłem rozpoczęto od 15 września przygotowania do nowej ofensywy. Osobiście omawiałem szczegóły połączonego dowodzenia walką z dowódcami 2, 4, 9 armii oraz z 2, 4 i 3 armiami pancernymi. Mój stary przyjaciel z okresu służby w Metzu, generał-pułkownik Hoepner (dowódca 4 armii pancernej) – prawdopodobnie pod wrażeniem nikłych sukcesów Grupy Armii „Północ” – niewiele spodziewał się po tej operacji. Dwukrotnie wyjaśniałem mu zupełnie odmienne położenie przed frontem Grupy Armii „Środek” oraz to, że ma wręcz jedyną szansę na wykonanie operacji przełamania i okrążenia, ponadto obiecałem mu wzmocnione wsparcie lotnicze. Nabrał zaufania i kiedy odwiedziłem go podczas bitwy, był szczęśliwy i dumny. Jeśli chodzi o moje związki lotnicze, to taktyczne ramy ich działania były jednoznacznie określone. Działania korpusów artylerii przeciwlotniczej miały się koncentrować na walkach naziemnych w charakterze artylerii wsparcia i przełamania z głównym kierunkiem uderzenia na prawym skrzydle”.[I korpus artylerii plot. od początku kampanii do tego momentu zestrzelił 314 rosyjskich samolotów i zniszczył pond 3000 czołgów].
Lotnicy bliskiego zasięgu (pola walki), zgodnie z dotychczasowymi regułami, walką otwierali wolną drogę dla wojsk lądowych oraz przede wszystkim dla grup pancernych i mieli atakować wszelkie przemieszczające się siły wroga aż do ich zniszczenia. Ciężkie bombowce odgradzały pole walki od zaplecza wroga. W porównaniu z poprzednimi bitwami widziało się niewiele nieprzyjacielskich samolotów. Najczęściej pojawiały się one na południowym skrzydle.
Niekorzystny układ, który doprowadził do tego, że również ta bitwa, mimo wzięcia 650 000 tysięcy jeńców, stała się tylko „zwykłym” zwycięstwem, uwidocznił się na skrajnym prawym skrzydle. Nadzieja na zaplanowane z rozmachem wielkie okrążenie wojsk nieprzyjacielskich na obszarze od Tuły do Moskwy została zniweczona już w pierwszych dniach października przez złą pogodę w rejonie południowym, przed frontem 2 armii pancernej. Niekorzystne warunki pogodowe utrudniły wsparcie lotnicze. Śnieg i deszcz, nadmiernie rozjeżdżone przez pojazdy gąsienicowe i zryte lejami bombowymi drogi, spowolniły ruch wojsk, a od 5 października stopniowo prawie go wstrzymały. Nawet czołgi miały kłopoty. Próby wyciągania pojedynczych pojazdów ciągnikami artylerii przeciwlotniczej kończyły się rozerwaniem wozów lub łańcuchów. Kiedy zawiódł dowóz zaopatrzenia, Flota Powietrzna zmuszona była zrzucać dla części 2 armii pancernej nawet żywność. Trudy fizyczne (wojska lądowe nie miały jeszcze zimowego ekwipunku) i wyczerpanie psychiczne stały się dla ludzi 2 armii zbyt wielkie.
Był to punkt zwrotny w serii wielkich bitew na Wschodzie.”
Wehrmacht został 1 grudnia 1941 r. powstrzymany zaledwie 27 km od murów Kremla, ale zanotował już straty nieporównywalne z dotychczasowymi kampaniami: 157 773 zabitych, 31 191 zaginionych, 563 082 rannych. Luftwafte straciła w ciągu tego półrocza 2093 samoloty. Radziecka kontrofensywa rozpoczęta pod Moskwą z 5 na 6 grudnia 1941 r. (trwała do 28.2.1942) spowodowała dalsze ciężkie straty niemieckie: 51 799 zabitych, 16 112 zaginionych i 184 679 rannych. Łącznie Wehrmacht stracił w tym okresie 209 572 zabitych, 47 303 zaginionych i 747 761 rannych.
Luftwaffe weszła w rok 1941 z pierwszymi poważnymi stratami i porażkami w Bitwie o Anglię, która udowodniła, że niektóre jej samoloty, np. Stukasy czy Me 110, nie są już maszynami odznaczającymi się szczególnymi walorami w nowoczesnej wojnie powietrznej. Załamał się mit niezwyciężonych niemieckich pilotów. Od 1 września 1939 r. do 1 kwietnia 1941 r. Luftwaffe straciła łącznie 6261 samolotów; od 1 kwietnia do 28 czerwca 1941 r. – dodatkowo 2160, a od 29 czerwca 1941 r. do 30 czerwca 1942 r. – w pierwszym roku wojny na Wschodzie – straciła 8529 samolotów. Front wschodni zaczął pożerać Luftwaffe.
Reszty dokonały trudne warunki atmosferyczne rosyjskiej jesieni: słota, mgły, zimno. Nawet piloci samolotów bliskiego zasięgu mogli atakować tylko te cele, które widzieli i które były wystarczająco duże. Ruchy zwartych formacji wojsk nieprzyjacielskich po bitwach w kotle Briańsk–Wiaźma dało się zaobserwować tylko w wyjątkowych wypadkach; wielkie przesunięcia wojsk syberyjskich w ogóle nie zostały dostrzeżone lub nie rozpoznano ich skali. Dlatego do zwalczania tych, jak się później okazało rozstrzygających o wyniku bitew, elitarnych wojsk w ogóle nie doszło. Gniazda oporu były to pojedyncze, rozproszone w terenie bunkry, których niszczenie w warunkach pogody pod psem sprawiało pilotom nadzwyczajne trudności.
Także walka z coraz liczniej pojawiającymi się czołgami T-34, które swobodnie poruszały się nawet w najgorszych warunkach terenowych, wymagała najwyższej ofiarności pilotów szturmowych latających na najniższych wysokościach nad drzewami, lasami i zabudową. Ustawicznie zlecane pilotom myśliwskim akcje mające na celu osłonę oddziałów lądowych przed nisko latającymi rosyjskimi opancerzonymi samolotami szturmowymi przeprowadzano tylko gwoli uspokojenia wojsk naziemnych; ich skuteczność była nieznaczna, ponieważ szanse powodzenia nie istniały. Więcej można tu było osiągnąć przy użyciu artylerii przeciwlotniczej i przeciwpancernej, chociaż i one w tych trudnych warunkach terenowych były niezbyt skuteczne. Niezależnie od częstotliwości prowadzonych, mimo wszelkich przeszkód, ataków lotniczych, nie mogły one decydować o wyniku walk.
Aby wykorzystać wszystkie możliwości, jednostki latające zostały rozlokowane na lotniskach polowych, w bezpośredniej bliskości frontu na linii Orzeł-Juchnow-Rżew. Ale nie przyniosło to widocznego sukcesu. Nawet silna Luftwaffe nie byłaby w stanie udzielić zastygłemu w bezruchu i osłabionemu frontowi niemieckiemu rozstrzygającego o wynikach bitwy wsparcia w walce z prawie niewidocznym nieprzyjacielem. Jeszcze mniej można było oczekiwać od osłabionego i przemęczonego lotnictwa (...).
Reasumując, moskiewska ofensywa z udziałem, grup pancernych mogła się udać tylko wtedy, gdyby przynajmniej na dwóch odcinkach (Mińsk i Smoleńsk) jednostki pancerne zostały przejściowo zatrzymane, oczyszczony został teren przy pomocy korpusów piechoty z sił wroga na zachód od tych odcinków i dopiero z zabezpieczonej bazy wyruszyło dalsze natarcie.
Na zakończenie jeszcze kilka uwag o wykorzystaniu dodatkowych zasobów ludzkich i materiałowych. W sierpniu, lub na początku września 1941 r. feldmarszałek von Reichenau, dowódca 6 armii, proponował wystawienie białoruskich i ukraińskich dywizji. Hitler odrzucił ten wniosek, mówiąc: Reichenau (którego zresztą bardzo cenił) powinien troszczyć się o sprawy swojego wojska, a wszystko inne zostawić jemu. Kto widział ten liczny, wspaniały, chętny do walki rosyjski materiał ludzki, mógł tylko ubolewać z powodu takiej postawy Hitlera. Od 1943 r. do końca wojny pod moim dowództwem znajdowały się oddziały niemiecko-rosyjskie, które, nie mogąc urzeczywistnić swego wymarzonego celu, trwały przy nas aż do gorzkiego końca. Od 1942 r. mogły one, pod hasłem obrony ojczyzny i jej wyzwolenia spod bolszewickiego jarzma, przynieść odczuwalne odciążenie na froncie; z ich poparciem można byłoby, z dużym prawdopodobieństwem, osiągnąć militarne i gospodarcze cele. Błędna polityka narodowościowa Hitlera i jego politycznych pełnomocników zemściła się także w wymiarze wojskowym, a nie tylko w kwestii band. Natychmiastowe, planowe wykorzystanie i znaczna rozbudowa rosyjskiego przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego w sposób zasadniczy utrudniłaby rozbicie naszych zakładów produkcyjnych, czego byliśmy świadkami od 1943 r. i z pewnością w znacznym zakresie uzupełniłaby niedobory materiałowe.
Kiedy popatrzeć trzeźwo na stosunki na Wschodzie – bez omawiania możliwości istniejących na Zachodzie – to samo przez się nasuwa się pytanie: „Czy ta wojna musiała zakończyć się taką apokalipsą, jaką się zakończyła?

* * *

Wbrew pozorom nie jest to pytanie retoryczne, fakt wszelako pozostaje faktem: Niemcy ponieśli klęskę nie dlatego, że byli gorsi od Rosjan, lecz dlatego, że Rosjanie w końcu okazali się lepsi.
Dywizja kawaleryjska A. Radziewskiego także początkowo cofała się razem z frontem na wschód, lecz zadawało jednocześnie przeciwnikowi dotkliwe straty w sile żywej i technice, tak iż nieuchronnie i coraz szybciej tracił on siły, a tempo natarcia zaczęło się wyhamowywać już pod koniec lipca 1941 roku. Na kilku odcinkach Niemcy doznali też dotkliwych porażek, co spowodowało dymisję szeregu wysokiej rangi dowódców.
11.08.1941 r., zaledwie w miesiąc po postawieniu tezy, że Armia Czerwona w istocie jest rozbita, generał Franz Halder zapisał w „Dzienniku wojennym”: „Z ogólnej sytuacji coraz wyraźniej wynika, że rosyjski kolos [...] nie był przez nas doceniony. Stwierdzenie to odnosi się zarówno do spraw organizacyjnych, jak i gospodarczych, do komunikacji i transportu, lecz przede wszystkim do zdolności i sprawności czysto militarnej. Na początku wojny liczyliśmy się z ok. 200 dywizjami nieprzyjaciela. Obecnie zakładamy już 360 [...], i jeśli zostanie rozbity tuzin dywizji, to Rosjanie wystawią nowy tuzin. Halder okazał odwagę po tym, jak wcześniej, 4.08. Hitler powiedział zaskoczonemu generałowi Guderianowi w obecności feldmarszałka von Bocka i generała Hotha: „Gdybym wiedział, że Rosjanie rzeczywiście mają tyle czołgów, ile pan podawał w swojej książce, wówczas, myślę, nie rozpocząłbym tej wojny” (H. Guderian, Wspomnienia żołnierza). Guderian oszacował liczbę czołgów radzieckich na 10 000 w 1937 r., „ale mogłem udowodnić, ponieważ posiadałem takie wiadomości – pisze – że mają ich 17 000”. W rzeczywistości w 1941 r. Armia Czerwona miała 20 000 czołgów; zaczęły wchodzić do walki słynne T-34, którym Niemcy długo nie mogli sprostać.
25.08.1941 r. podczas spotkania z Mussolinim w Kwaterze Głównej w Kętrzynie Hitler przyznał: „Po raz pierwszy Abwehra nie działa. Nie zameldowano mi, że Rosja ma pod każdym względem znakomicie wyposażoną armię, na którą w większej części składają się fanatycy”. A fanatycy, czyli ludzie nie wątpiący o tym, że mają rację i wierzący w słuszność swej sprawy, walczą bez pardonu i nie wiedzą, co to jest ustępliwość.
Generał Franz Halder zanotował pod datą 25.04.1942 r., 308 dnia od rozpoczęcia „Barbarossy”: „od 22.06.1941 do 20.04.1942 r. ogólne straty Wehrmachtu na froncie wschodnim wyniosły 1.148.954 żołnierzy i oficerów, czyli 35,9 procent przeciętnego stanu 3,2 mln. Jednakże liczby te nie dotyczą ubytków spowodowanych chorobami, które dotkliwie osłabiły wojsko (odmrożenia, przeziębienia, biegunki). Po doliczeniu tej kategorii ubytków straty Wehrmachtu w jednostkach bojowych sięgały 1,8 mln żołnierzy i oficerów”.

* * *

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na interesujące zjawisko, polegające na fałszowaniu statystyk frontowych przez strony walczące w II wojnie światowej.
Pierwsi zaczęli w czasie tej wojny kłamać o swych rzekomych sukcesach bojowych lotnicy polscy we wrześniu 1939 roku. Mieli ponoć zestrzelić w ciągu kampanii 258 samolotów Luftwaffe, ale, jak się okazało, Niemcy stracili nad Polską wówczas tylko 170 maszyn, z których większość, nawiasem mówiąc, strąciła naziemna artyleria przeciwlotnicza.
Podobnież w maju 1940 roku Brytyjczycy zestrzelili 10 samolotów niemieckich, a przechwalali się, że aż 39.
W Bitwie o Anglię polski Dywizjon 303 zestrzelił faktycznie nie 130 samolotów przeciwnika, a tylko 45. Według statystyk alianckich w czasie całej kampanii powietrznej nad Albionem miano zniszczyć 1.600 maszyn niemieckich, ale faktycznie liczba ta okazała się dokładnie dwukrotnie niższa.
Bohater narodowy Francji Pierre Clostermann miał strącić 33 samoloty niemieckie, faktycznie zaś łupem tego Francuza niemieckiego pochodzenia padło 11 maszyn Luftwaffe. Co zresztą też było niemałym wyczynem, zważywszy na mistrzostwo i odwagę pilotów Hermanna Goeringa.
Szczyty mistyfikacji osiągnęli jednak propagandyści radzieccy. Gdy np. podczas zwycięskiej bitwy na Łuku Kurskim strącili faktycznie 14 samolotów niemieckich, gazety w Moskwie pisały aż o 217! Co prawda nie ustrzegli się kłamstw także honorowi Niemcy: zestrzelili na tymże Łuku 171 samolotów sowieckich, ale przechwalali się, że było ich 193. To fałszerstwo nie było jednak zamierzone, lecz zaszło raczej na skutek jakiegoś nieporozumienia. Zdarzały się bowiem przypadki wręcz przeciwne. Gdy po kilku pierwszych dniach wojny z ZSRR w czerwcu 1941 roku lotnicy niemieccy donosili dowództwu o zniszczeniu 1811 samolotów rosyjskich, marszałek Herrmann Goering nie dał wiary tym informacjom, powołał niezależną komisję do zbadania podstawności tych danych, a ta z kolei ustaliła, iż faktycznie Luftwaffe zestrzeliła 2011 samolotów nad ZSRR. Jednak w czasie całej wojny na wschodzie Niemcy, zestrzeliwując „zaledwie” 46 tys. samolotów radzieckich, w statystykach umieszczali wygórowaną mocno liczbę 70 tys.
Zagorzałymi kłamcami byli jednak przede wszystkim lotnicy amerykańscy. Podczas niszczycielskich dla ludności cywilnej nalotów dywanowych 1943 roku na Niemcy podawali w oficjalnych sprawozdaniach, że jakoby zniszczyli 543 myśliwce wroga, podczas gdy faktycznie strącili zaledwie 15 samolotów. W sumie statystyka wygląda następująco: w trakcie trwania II wojny światowej Niemcy zawyżyli swe osiągnięcia bojowe przeciętnie o 25 proc., alianci – dwukrotnie, Rosjanie – sześciokrotnie.
Po co były potrzebne te kłamstwa, zaniżające własne straty i zawyżające sukcesy? Po to, by dodać otuchy i wiary w siebie własnym żołnierzom i obywatelom, a posiać defetyzm w obozie przeciwnika. Obok wojny krwi i żelaza bowiem zawsze równolegle z nią toczy się wojna argumentów i kłamstw, czyli wojna psychologiczna. Dobre kłamstwo jest nieraz bardziej skuteczne niż takaż salwa artyleryjska.
Już Adam Mickiewicz w wykładach o literaturach słowiańskich zwracał uwagę na różnicę zdań kronikarzy polskich i niemieckich, jeśli idzie o ocenę ilości wojsk po obydwu stronach uczestniczących w bitwie pod Grunwaldem. Pierwsi podają chyba liczby nieco wygórowane, aby podkreślić wagę odniesionego zwycięstwa; drudzy liczby zaniżają, aby w ten sposób jakby zdeprecjonować rozmiary poniesionej porażki. To właśnie jest niejako ciągiem dalszym owej pamiętnej bitwy, ale toczonym już na płaszczyźnie moralnej i informacyjnej. Pisze więc Mickiewicz: „Niemcy, według świadectwa kronikarzy polskich, liczyli 150, wedle niemieckich zaś tylko 80 tysięcy ludzi”. Także zresztą obecnie historycy niemieccy podają liczby dwukrotnie niższe niż polscy. Widocznie tak ich mniej boli.

* * *

Niepowodzenia armii niemieckiej w 1941 roku na froncie wschodnim wynikały w znacznej mierze z arogancji naczelnego dowództwa i niedoceniania przeciwnika. Hitler, Keitel, Halder i von Brauchitsch zapowiadali „wojnę błyskawiczną”, która po kilku miesiącach lub nawet tygodniach zakończy się zwycięstwem. Na okupowanych ziemiach pozostałyby tylko dywizje okupacyjne. Ze 150 dywizji pozostać miało na linii Morze Czarne-Moskwa-Leningrad tylko 54. Dla nich przygotowano ciepłą odzież. Z tej liczby 10 dywizji miano przenieść w rejon Morza Kaspijskiego i zaplanowano dla nich mundury tropikalne. Jeszcze 24.10.1941 r. upominał się o nie na naradach w Berlinie generał F. Paulus, zastępca szefa Sztabu Generalnego, który w styczniu 1943 r., jako feldmarszałek, skapitulował z 6 armią w Stalingradzie. Zaopatrzenie w ciepłą zimową odzież przygotowano dla 20 procent wojsk na wschodzie, dla 2,8 mln żołnierzy zabrakło ciepłych płaszczy, nie mówiąc o butach i czapkach.
21.12.1941 r. Keitel w rozkazie OKW potwierdził wcześniejszy rozkaz wydany Siłom Lądowym: „należy bezwzględnie zabrać jeńcom wojennym i mieszkańcom zimową odzież”. Usankcjonowało to stosowaną od końca sierpnia 1941 r. praktykę. Tak np. elitarna 23 dywizja piechoty z Poczdamu (co zapisano w jej dzienniku wojennym 3.09.1941 r.) rozebrała 2000 radzieckich jeńców wojennych z płaszczy i po odwszeniu ubrała się w nie. W 4 armii tylko co piąty żołnierz z 600 000 miał płaszcz zimowy. Dywizja SS „Wiking” podczas natarcia na Rostów zdobyła radziecki skład mundurowy i założyła walonki i waciaki przeciwnika, co jest sprzeczne z wszelkimi wymogami prowadzenia wojny.
Pod koniec grudnia 1941 r. generał Guderian informował Hitlera, że nie ma szans na dalsze utrzymanie linii frontu. Hitler kategorycznie odrzucił tę sugestię, dodając: „czy sądzi pan, że grenadierzy Fryderyka Wielkiego pragnęli umierać? Oni także chcieli żyć, lecz król miał rację żądając od nich, by się poświęcili. Uważam, że mnie również przysługuje prawo żądania od każdego niemieckiego żołnierza, by złożył swe życie w ofierze”. W tym czasie 2 armia pancerna Guderiana dysponowała jeszcze 40 czołgami z 1500, którymi wjechała do Rosji przed pół rokiem. 7 dywizja pancerna generała Reinhardta straciła wszystkie czołgi, miała tylko 200 zdrowych żołnierzy z około 12 000 w dniu 22.06.1941 r.
Katastrofalny był stan transportu zaopatrzeniowego Wehrmachtu. Rozpoczął on „Barbarossę” dysponując 600 000 samochodów, w tym zdobycznymi maszynami francuskimi kilkunastu typów i marek, do których zabrakło części zamiennych, z 3300 czołgów ponad 1000 stanowiły zdobyczne czołgi czeskie i francuskie, wyraźnie ustępujące nowym radzieckim T-34. Z 625 000 koni taborów i artylerii na froncie wschodnim pozostały tylko te, które znalazły się na dalekim zapleczu. Srogi mróz spowodował, że chleb trzeba było rąbać siekierami. Ale do tego byli przecież zmuszeni nie tylko niemieccy, lecz również radzieccy żołnierze, którym „generał mróz” także doskwierał w nie mniejszym stopniu, choć trzeba przyznać, że byli ubrani lepiej.

* * *

Od 1941 aż do lutego 1944 roku A. Radziewski kierował sztabem korpusu kawaleryjskiego na Froncie Zachodnim i Południowo-Zachodnim. Toczył walki m.in. na kierunku kaukaskim. Feldmarszałek W. Keitel pisał o tym okresie: „Do operacji na Kaukazie przewidziano Grupę Armii A. Utworzono Sztab Dowodzenia. Pozostała jednak otwarta kwestia, kto nadaje się na głównodowodzącego. Halder i ja – niezależnie od siebie – zaproponowaliśmy feldmarszałka Wilhelma Hermanna Lista. Hitler długo nie mógł się zdecydować, nie wyjaśniając, oczywiście, jakie ma wobec Lista zastrzeżenia. Kiedy był już najwyższy czas, żeby podjąć jakąś decyzję, odbyliśmy, Halder i ja, rozmowę z Hitlerem, który dopiero po dłuższej zwłoce wyraził zgodę i zaakceptował Lista. Ale zaraz pierwsze działania bojowe oddziałów tej Grupy Armii, która miała przedrzeć się przez Rostów, a stamtąd wachlarzowato na nizinę kaukaską, wywołały falę nieuzasadnionych zarzutów wobec Lista. Nagle oskarżono go, że przeszkodził oddziałom pancernym SS wedrzeć się do Rostowa, że zbyt późno przystąpił do walki i „paskudnie” atakował itd., chociaż wszyscy wiedzieliśmy, że List działał zgodnie z rozkazami Hitlera.
Kryzys został spowodowany nieszczęsnym lotem Jodla do korpusu górskiego, który głównymi siłami toczył walki na Kaukazie o zejścia z gór nad Morze Czarne. Jodl odbył wówczas szczegółową rozmowę na temat beznadziejnego położenia z dowódcą korpusu Conradem, przy której obecny był także feldmarszałek List. Wieczorem, po powrocie, Jodl złożył Führerowi meldunek o sytuacji i powiedział, że podziela pogląd Lista, iż wyznaczone zadanie jest niewykonalne.(...).
Operacje na Kaukazie i na północ od niego – mimo zajęcia Elbrusa, najwyższego szczytu i symbolu Kaukazu – nie zaspokoiły daleko idących oczekiwań Hitlera. Rosyjskie ataki na Grupę Armii „Środek” na zachód i południowy zachód od Moskwy, które służyć miały odciążeniu poważnie zagrożonego rosyjskiego południowego frontu, stworzyły groźną sytuację. Halder słusznie oceniał ofensywę i ogólną sytuację, mimo olbrzymich zdobyczy terytorialnych, jako niezadowalającą. Podobnie jak Jodl i ja, Halder spodziewał się, oprócz rozpoznanych punktów zapalnych, wkroczenia operacyjnych rosyjskich rezerw, które, jego zdaniem, nie zostały jeszcze rzucone na szalę. Również sposób prowadzenia przez Rosjan walk podczas ofensywy na południu miał całkowicie inny charakter. Liczba jeńców wojennych – w porównaniu z innymi bitwami w kotłach – była stosunkowo niewielka. Przeciwnik w porę unikał grożącego mu oskrzydlenia i w strategicznej defensywie wykorzystywał rozległość te­renu, co było równoznaczne z unikaniem druzgocącej klęski. Dopiero w Stalingradzie i wokół niego oraz na górskich podejściach stawiał niezwykle zacięty opór, ponieważ nie obawiał się już operacyjnego oskrzydlenia.
Chociaż dzięki działaniom sojuszników wzdłuż Donu – przemieszanych z pojedynczymi dywizjami niemieckimi – udało się 6 armii pod dowództwem Paulusa dotrzeć aż w rejon Stalingradu, to jednak jednostki te wystarczyły jedynie do stworzenia lokalnych punktów na polach naftowych i pod Stalingradem. Zresztą ten bardzo rozciągnięty front nie był już zdolny do skutecznych działań ofensywnych. Halder słusznie dostrzegł zagrożenie na flance Donu, gdzie na południe od Woroneża najpierw stali Węgrzy, a później Włosi, podczas gdy na skrzydle na zachód od Stalingradu umieszczono Rumunów. Chociaż Führer stale liczył się z możliwym zagrożeniem skrzydła Donu, a jego zaufanie do sprzymierzonych było nikłe, tak wysoko cenił jednak przeszkodę, jaką stanowił Don – przynajmniej do czasu zamarznięcia – że uważał, iż może tu sobie pozwolić na pewne ryzyko.
Nic z tego, wszystkie plany strategów niemieckich spełzły na niczym w obliczu doskonałego dowodzenia wojskami radzieckimi przez takich generałów jak Radziewski. W lutym 1944 objął on stanowisko szefa sztabu i dowódcy 2 Gwardyjskiej Armii Pancernej w składzie początkowo 2 Frontu Ukraińskiego, następnie 1 Frontu Białoruskiego. Jego jednostka bojowa odegrała w tym czasie rolę stalowego młota rozdrabniającego swymi uderzeniami linie obrony niemieckiej, a następnie mielące je gąsienicami ciężkich czołgów.
W okresie między 22 czerwca a 8 lipca 1944 Grupa Armii „Środek” został rozbita, a z walk wyeliminowano 28 dywizji i 350.000 żołnierzy Wehrmachtu.
Mijały miesiące ciężkich walk i w maju 1945 wojna dobiegła końca. Lecz straty zadane przez nią narodom Europy były przerażające.
ZSRR poniósł straty w wysokości ponad 25 mln ludzi, wśród nich było około 14 mln żołnierzy, w tym 3,5 mln jeńców wojennych.
Straty polskie, wedle różnych szacunków, wahają się od 5 do 6 mln ludzi, w tym 120.000 żołnierzy.
Wielka Brytania straciła w zabitych na frontach Europy, Afryki i Azji 326.000 żołnierzy, w tym zmarłych w niewoli jeńców wojennych. Stany Zjednoczone AP w latach 1941-1945 wraz z frontem na Pacyfiku straciły 295.000 żołnierzy, a Francja – 340.000 żołnierzy.
II wojna światowa pochłonęła łącznie 55-60 mln ofiar ludności cywilnej i żołnierzy. W ramach „ostatecznego rozwiązania” formacje SS, przy współpracy jednostek Wehrmachtu, zamordowały kilka milionów Żydów.
W każdym więc kraju Europy było co odbudowywać, i to we wszystkich sferach życia społecznego, gospodarki, szkolnictwa, a także wojskowości.
Po zakończeniu drugiej wojny światowej A. Radziewski pełnił szereg odpowiedzialnych funkcji przede wszystkim w radzieckim wyższym szkolnictwie wojskowym. Ale też piastował bardzo wysokie stanowiska w hierarchii Armii Radzieckiej. W okresie 1950-1952 był dowódcą tzw. Północnej Grupy Wojsk ZSRR, stacjonującej na terenie Polski; w 1952-1953 dowodził wojskami Turkiestańskiego Okręgu Wojskowego; w 1953-1954 był dowódcą wojsk pancernych i zmechanizowanych całego ZSRR; w 1954-1958 kierował Odesskim Okręgiem Wojskowym. W roku 1959 został mianowany na stanowisko pierwszego zastępcy naczelnika Wojskowej Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR. Był zresztą wybitnym teoretykiem wojskowości, w 1961 habilitował się i uzyskał tytuł profesora zwyczajnego.
Od kwietnia 1968 do lipca 1969 A. Radziewski pełnił funkcje szefa Zarządu Głównego Szkolnictwa Ministerstwa Obrony ZSRR, a później przez szereg lat piastował stanowisko naczelnika (rektora) Wojskowej Akademii im. M.W. Frunze w Moskwie. Był obierany na posła parlamentu ZSRR. W 1972 roku awansowany do rangi generała broni.
Za zasługi frontowe i za organizowanie szkolnictwa wojskowego w ZSRR został odznaczony Orderem Lenina, sześcioma Orderami Czerwonego Sztandaru, dwoma Orderami Suworowa pierwszego stopnia i jednym II stopnia, Orderem Kutuzowa drugiego stopnia, Orderem Gwiazdy Czerwonej oraz Czerwonego Sztandaru Pracy, tudzież szeregiem orderów innych państw, w tym Polski.



Rodion Malinowski



Był wybitnym dowódcą wojskowym, którego sława nabrała blasku podczas II wojny światowej. Wywodził się ze spauperyzowanej gałęzi zasłużonej rodziny rycerskiej. [Niektórzy badacze przeszłości twierdzą, że R. Malinowski był Karaimem z pochodzenia, jak to czyni J. Zajączkowski w książce pt. „Wojskowi Karaimi” (Wilno 2005). W papierach oficjalnych zresztą podawał narodowość ukraińską; gdyby podawał polską, zostałby rozstrzelany przez siepaczy z NKWD. Nawet gdyby istotnie tak było, to przecież i tak stanowili panowie Malinowscy ongiś integralną część braci-szlachty Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony Polskiej, część jednego „narodu szlacheckiego”].
Od najdawniej znani i najszerzej rozgałęzieni Malinowscy używający godła Pobóg pochodzili z Podlasia, ale już w XVI stuleciu posiadali silne odgałęzienia zarówno na wschód, jak i na zachód od gniazdowisk pierwotnych.
W dawnych dokumentach nagminnie się spotyka wzmianki o członkach tego rodu. Jan, Stanisław i Leonard Malinowscy z Malinowa w powiecie drohiczyńskim herbu Ślepowron figurują w zapisie do ksiąg ziemskich tegoż powiatu z 7 lutego 1547 roku (W. Semkowicz, Wywody szlachectwa, nr 331).
Marcus Malinowski w 1575 roku pełnił funkcje dowódcy gwardii miejskiej Krakowa. Piotr Malinowski, drobny szlachcic będący na służbie u pana Krzysztofa Możniewskiegoo, sprawcy myt pogranicznych i karczem mohylewskich, figuruje w księgach grodzkich Mohylewa w roku 1578 (Istoriko-juridiczeskije matieriały izwleczionnyje iż aktowych knig gubernij Witebskoj i Mogilewskoj, t. 32, cz. 2, s. 57, 107, Witebsk 1906).
Jan Michał Malinowski, deputat z Kolna, podpisał w 1632 roku elekcję króla Władysława IV (Volumina Legum, t. 3, s. 366, Petersburg 1856). W archiwach magistratu połockiego z 1671 r. figuruje „wielebny xiądz Dominik Jacek Malinowski, świętego pisma doktor” (Istoriko-juridiczeskije matieriały..., t. 26, s. 227). W 1676 roku na sejmie koronacynym w Warszawie został za zasługi wojenne nobilitowany urodzony Stanisław Franciszek Malinowski (Volumina Legum, t. 5, s. 200). Jan Tadeusz Malinowski, starosta hołowieski, sędzia miasta Rzeczyca na Białej Rusi, około r. 1716 wielokrotnie jest odnotowywany w ówczesnych księgach grodzkich Mohylewa i Witebska. „Wielmożny jegomość pan Antoni Tadeusz Malinowski, regent grodzki powiatu rzeczyckiego, starosta sianorzęcki”, występuje na kartkach dawnych rękopisów około roku 1753. Józef i Jan Malinowscy, ziemianie powiatu grodzieńskiego, 17 kwietna 1764 r. podpisali laudum sejmiku lokalnego; zaś „jegomość pan Wojciech Malinowski na koniu gniadym, z szablą”, „jegomość pan Franciszek Malinowski na koniu karym, z szablą y karabinem, a „pan Józef Malinowski na koniu gniadym, z szablą y pistoletem stawili się 5 października 1765 roku do popisu szlachty powiatu grodzieńskiego na pospolite ruszenie (Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskoju Komissijeju, t. 7, S. 395 i in., Wilno 1865-1915). W roku 1764 Filip Malinowski z województwa poznańskiego, Jan Malinowski od województwa sandomierskiego, Piotr i Józef Malinowscy w imieniu powiatu grodzieńskiego podpisali w Warszawie sufragię ostatniego króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego (Volumina Legum, t. 7, s. 108, i in.).
Antoni Malinowski 23 czerwca 1764 r. podpisał uchwałę konfederacji generalnej koronnej w Warszawie (Publiczna Biblioteka Miejska i Wojewódzka w Rzeszowie, dział rękopisów; Rk-3, k. 178).
Jedno ze swych pradawnych siedlisk mieli Malinowscy w powiecie wołkowyskim, od wieków też zaznaczali swą obecność w powiecie wileńskim, wilejskim, zawilejskim, wiłkomierskim, kowieńskim, lidzkim, oszmiańskim, bobrujskim, mińskim i innych. Zawsze i wszędzie uznawani byli za niewątpliwie „pochodzących z starożytnej w Polsce familii”. Ich rodowitość wielokrotnie potwierdzały heroldie Grodna, Wilna, Mińska, Lwowa, Witebska i innych sławnych miast Rzeczypospolitej. Przez małżeństwa spokrewnieni byli m. In. z takimi domami szlacheckimi, jak Dobrowolscy, Czyżewscy, Nowiccy, Lanżerowie, Ciechanowiczowie, Skwarkowscy, Pieślakowie, Łabuciowie, Szostakowie, Romankiewiczowie, Jacewiczowie, Kiersnowscy.
Z reguły charakteryzowała ich duża dynamika życiowa, energia twórcza, wysoki poziom etyczny i intelektualny, być może, uwarunkowane genetycznie. Często nawet córki tego rodu wykazywały odwagę i siłę ducha, o czym świadczyć może np. fakt, iż szlachcianki powiatu lepelskiego Grasylda, Kamilla i Zofia Malinowskie przez długie lata w okresie 1863/68 znajdowały się pod tajnym rosyjskim nadzorem policyjnym ze względu na swój pod względem politycznym „szkodliwy skład myśli” (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 378, z. 6, nr 64, s. 291).
Zbiory heroldii wileńskiej zawierają liczne materiały do dziejów kilku gałęzi tego wielkiego roku. Wywód familii urodzonych Malinowskich herbu Pobóg z roku 1805 za przodka podaje Hrehorego Malinowskiego, właściciela folwarku Olechnowszczyzna w województwie mińskim, który spłodził synów Franciszka i Samuela. Widymus z ksiąg ziemskich powiatu oszmiańskiego z roku 1748 ukazuje tę rodzinę jako dość szeroko rozgałęzioną (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 203, s. 1-183).
Inny Wywód familii urodzonych Malinowskich tegoż herbu, zatwierdzony w heroldii wileńskiej 8 czerwca 1812 roku donosi: „Ta familia jest dawna i starożytna, prerogatywami szlacheckimi i znakomitością urodzenia zaszczycona w Królestwie Polskim... (W podlaskim województwie i samdomierskim piszą się z Kulnicy. Aleksander Malinowski, namiestnik podstarostwa łąckiego, 1625 roku; Jan, Michał, Seweryn, Adam – 1632 roku w Podlaskiem... Stanisław na Kulnicy i Kazimierz w Sandomierskiem 1674 r.) ... oraz liczne ziemskich osiadłości majątki posiadała i dobrze w Kraju zasłużona, z której Jan Malinowski z Podlasia przeniósł się do Litwy na mieszkanie... Jeden z jego potomków, Samuel, miał syna Michała, a ten z kolei Jerzego i Szymona, od których poszły dwie duże osobne gałęzie... W 1812 roku heroldia w Wilnie uznała Jerzego, Gabryela Wincentego, Tadeusza, Klemensa i Antoniego Malinowskich „za rodowitą i starożytną szlachtę polską, wpisując ich do pierwszej części Ksiąg Szlachty Guberni Litewsko-Wileńskiej (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 1795).
Drzewo genealogiczne rodu Malinowskich herbu Pobóg z 1829 roku bierze za protoplastę linii Jana Malinowskiego, który miał synów Michała i Stefana; wnuka Daniela; prawnuków Pawła, Stanisława, Józefa, Marcina; praprawnuków Michała, Teofila, Ignacego, Karola, Franciszka. Wykres przedstawia osiem pokoleń (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1775a, s. 144). Jak wynika z innego dokumentu, wymieniony powyżej Jan Malinowski miał otrzymać jeszcze od króla Zygmunta III pustosze Stadaniszki, Kluczyszki, Surmaniszki i Smiechowszczyznę; jego syn Stefan był w służbie kozackiej, a wnuk Daniel posiadał majątek Kołbowszczyzna w województwie połockim (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1835, s. 31-32).
Liczną grupę Malinowskich, siedzących m.in. w powiecie drohickim na dobrach Kłopoty Bujne, Korzeniówka Wielka, Wiercień Wielki i Mały, Zaremby, Malinowo, Brzeziny Janowięta, potwierdziła w 1835 roku w szlachectwie heroldia grodzieńska (CPAH Białorusi w Grodnie, f. 332, z. 4, nr 1, s. 119-122).
Leopold von Ledebur (Adelslexicon der Preussischen Monarchie, t. 2, s. 71) pisze: „Malinowski (Wappen Pobog). Diesem Geschlechte gehoert Franz von Malinowski an, Hauptmann im 3. Artillerie – Regiment und Vorsteher der Artillerie –Werkstatte zu Berlin; ein Sohn des im Jahre 1824 verstorbenen ehemaligen Platzmajors von Magdeburg Leopold Ignatz von Malinowski, dessen Vater am 25 August 1778 als Leutnant bei den Bosniaken starb.
l wreszcie jeszcze jeden Wywód Malinowskich, tym razem z roku 1837, dotyczący kolejnej linii rodu, podaje, że „familia Malinowskich używająca herbu Pobóg, wedle świadectwa wielu dziejopisarzów polskich, jest dawna i starożytna w Królestwie Polskim, a mianowicie w województwie podlaskim i sandomierskim (...), a z nich rozmnożone w czas późniejszy po różnych Królestwa Polskiego prowincyach porozsiedlali się i powiatach, zawsze z zaszczytem prerogatyw szlacheckich, z znakomitością swej starożytności, mianowicie zaś w Księstwie Litewskim w powiecie wiłkomierskim (...) używali... (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1059, s. 12-16). Za protoplastę tej gałęzi wzięty został Andrzej Malinowski, właściciel dóbr Kurkle w powiecie wiłkomierskim. Miał on syna Adama oraz wnuków Kazimierza, Franciszka i Bartłomieja, z których wyrosły z kolei potężne odgałęzienia na całe Wielkie Księstwo Litewskie.
Wypada podkreślić, że ród Malinowskich w ciągu stuleci wykazał na ziemiach Rzeczypospolitej i poza jej granicami niepospolitą żywotność i dynamikę, popisał się wielkimi osiągnięciami swych utalentowanych synów. Dał on Polsce licznych znakomitych artystów (malarzy, kompozytorów, rzeźbiarzy), uczonych, nauczycieli akademickich, lekarzy, działaczy politycznych, powstańców, duchownych (w tym biskupów), pisarzy, inżynierów, oficerów, publicystów. Bardzo istotny jest ich wkład do skarbnic kultur narodowych Rosji (Malinowskij), Ukrainy (Malinovskyj), Białorusi (Malinouski) i Litwy (Malinauskas).
Z dokumentów genealogicznych, przechowywanych w zbiorach Archiwum Historycznego Obwodu Kijowskiego (f. 782, z. 2, nr 446, s. 351-352) wynika, że Kijowskie Zgromadzenie Deputatów Szlacheckich 27 listopada 1902 roku zatwierdziło (a Departament Heroldii Senatu Rządzącego w Petersburgu 28 kwietnia 1903 roku potwierdził) rodowitość szlachecką Leona Mateusza, Leonarda i Bronisława Malinowskich. Przedtem toż zgromadzenie potwierdziło szlacheckość Aleksandra, Jana, dwóch Józefów, Izaaka, Paulina oraz Józefa Walentego Malinowskich.
Na początku XX w. w Mińsku działał „najzacniejszy pod słońcem doktor Malinowski. Jak pisał we wspomnieniach Józef Godlewski (Na przełomie epok, Londyn 1978), „ten ofiarny lekarz – społecznik leczył biedotę za darmo i z własnych pieniędzy kupował leki...

* * *

Z mołdawskiego odgałęzienia tej rodziny wywodził się właśnie Rodion Malinowski, jeden ze słynnych dowódców wojskowych XX wieku. Urodził się w drobnej miejscowości niedaleko Odessy 11 listopada 1898 roku. Po szeregu wywłaszczeń jego ojciec, Jakub, został doprowadzony do skrajnej nędzy, przeniósł się w poszukiwaniu pracy do portowego miasta Odessy, gdzie też pracował w charakterze niewykwalifikowanego robotnika. Razem z pauperyzacją rodzina uległa też rusyfikacji. Niektóre źródła podają, że ojciec Rodiona był nieznany, a nazwisko wziął on po matce jako „niezakonnorożdionnyj” czyli dziecko nieślubne. Ukończył trzy klasy szkółki parafialnej i na tym skończyło się formalne kształcenie tego w przyszłości wybitnego dowódcy wojskowego, erudyty świetnie posługującego się nie tylko językiem rosyjskim, ale też polskim, francuskim, hiszpańskim i włoskim. W wieku 14 lat, gdy matka wyszła za mąż, nie było już mu miejsca w domu matczynym, uciekł tedy z niego i udał się do pobliskiej Odessy. Z pomoca wuja i ciotki znalazł skromne lokum i zatrudnienie w drobnej firmie handlowej i rozpoczął życie samodzielne. Dzięki żelaznej samodyscyplinie, pracowitości i ambicji potrafił stawiać czoło nad wyraz trudnym okolicznościom życiowym, część skromnego wynagrodzenia oddawał na zakup książek, jako że był nałogowym amatorem samokształcenia, oraz na spłatę należności za kurs języka francuskiego
Ponieważ zawód kupca zupełnie mu nie odpowiadał jego usposobieniu, po wybuchu pierwszej wojny światowej 16-letni młodzieniec zaciągnął się na ochotnika do wojska rosyjskiego, walczył na froncie, został awansowany na plutonowego, miał wyróżnienia za odwagę. W lutym 1916 roku został skierowany do Francji w składzie 45-tysięcznego rosyjskiego korpusu ekspedycyjnego. Jako podoficer zamanifestował na polu walki z Niemcami błyskotliwy talent dowódczy oraz iście bohaterską odwagę, tak iż został dwukrotnym kawalerem rosyjskiego Krzyża Św. Jerzego oraz trzykrotnym – francuskiego Krzyża z Mieczami. Po trzech latach wrócił do zrewoltowanej Rosji i w składzie 27 Dywizji Strzeleckiej Armii Czerwonej brał udział w walkach przeciwko Białej Gwardii. Był świetnym dowódcą polowym i szybko awansował na kolejne, coraz wyższe stopnie, rewolucja bowiem umożliwiała zawrotne kariery młodym talentom także w sferze wojskowości.
W 1924 roku Malinowski był już dowódcą korpusu Armii Czerwonej. Miał wówczas skończone 25 lat! W 1930 roku ukończył w trybie przyspieszonym i raczej fikcyjnym Akademię Wojskową im. M. W. Frunze i początkowo pełnił odpowiedzialne funkcje kierownicze na terenie ZSRR. W 1937 roku, jako jeden z 3000 „ochotników”, czyli instruktorów wojskowych, został oddelegowany do Hiszpanii, gdzie kolejno (jako rzekomy „colonel Malino”) przez trzy lata pełnił obowiązki doradcy Centralnego Frontu Madryckiego, doradcy dowódcy II Korpusu Madryckiego, doradcy Korpusu Armii Manewrowej.
Podczas wojny domowej w Hiszpanii 1936-1939 działały tam nie tylko 3 tysiące radzieckich oficerów-doradców; walczyło 160 lotników; jak też, na marginesie zaznaczając, 5 tysięcy polskich ochotników. Związek Radziecki dostarczył stronie komunistycznej: 648 samolotów, 347 czołgów, 60 pojazdów opancerzonych, 1186 armat, 20.436 karabinów maszynowych, 500 tysięcy karabinów, ogromne ilości paliwa, umundurowania, żywności. Marszałek Malinowski był jednym z nadzorców i dowódców tej interwencji. Do wielkich jego „zasług” w owym okresie należało wywiezienie z Hiszpanii do ZSRR złotego funduszu rządu hiszpańskiego czyli kilkudziesięciu ton słonecznego kruszcu, który nigdy nie został przez Kreml zwrócony prawowitym właścicielom, czyli Hiszpanom, a dokumentacja odzwierciedlająca tę aferę dotychczas jest ściśle tajna i nie udostępniana badaczom historii.

* * *

W okresie 1939-1941 był Malinowski wykładowcą Akademii Wojskowej im. M. W. Frunze w Moskwie. W czerwcu 1941 rozpoczął, początkowo niezbyt udaną, karierę frontową jako dowódca 48 Korpusu Strzeleckiego, od sierpnia 1941 – 6 Armii, stawiającej czoła Niemcom w regionie Dniepropietrowska i Donca Północnego. W ciągu pierwszej połowy 1942 roku pełnił funkcje dowódcy Frontu Południowego, później – dowódcy Dońskiego Ugrupowania Armii. Tutaj, na południu Rosji i na Ukrainie, R. Malinowski stoczył w 1941-1942 r. krwawy pojedynek z najwybitniejszym strategiem niemieckim Erichem von Mansteinem (Lewinskim). Ten ostatni opisywał w Straconych zwycięstwach przebieg zdarzeń jak następuje: „Już w dniu 21 września zaznaczyła się zmiana sytuacji na froncie wschodnim armii, podczas gdy do dnia 24 września wskutek trudności zaopatrzeniowych i wspomnianego przegrupowania sił przeciągnęły się przygotowania do wykonania uderzenia na przesmyku perekopskim. Przeciwnik zdołał utworzyć już front na rozbudowanej rubieży, rozciągającej się na zachód od Melitopola – zakole Dniepru na południe od Zaporoża. Musiano wstrzymać pościg. Dowództwo armii stało na stanowisku rozwiązania niemieckiego korpusu górskiego. W celu utrzymania niewielkiego ryzyka zarządzono nasycenie rumuńskich oddziałów 3. Armii pozostałymi jednostkami niemieckimi. Rumuński korpus kawalerii, znajdujący się na południowym odcinku tego frontu, został włączony w skład niemieckiego XXX KA, zaś rumuńska 3. Armia, znajdująca się na odcinku północnym, przejęła niemiecką 170. DP w postaci „gorsetu” dla rumuńskiego korpusu górskiego...
Mimo silnych kontrataków przeciwnika korpusowi udało się jednak zająć w dniu 26 września Perekop i przekroczyć Wał Turecki. W trzech kolejnych ciężkich dniach natarcia powiodło się przełamanie tyłowej rubieży obrony nieprzyjaciela i uzyskano wolną przestrzeń po zajęciu silnie rozbudowanej miejscowości Armiańsk. Rozbite jednostki nieprzyjaciela wycofały się na przesmyki iszuńskie. Poniósł on duże straty, w nasze ręce dostało się do niewoli ponad 10 000 jeńców, 112 czołgów i 135 dział.
Owoc tego ciężko wywalczonego zwycięstwa, ostateczne przebicie się na Krym, nie mógł jeszcze zostać zebrany. Mimo ciężkich strat poniesionych przez nieprzyjaciela, ilość jego dywizji, znajdujących się przed naszym korpusem armijnym, wzrosła w tym okresie do sześciu. Według wszelkiego prawdopodobieństwa próba zajęcia także przesmyków iszuńskich w wyniku przeprowadzenia natychmiastowego szturmu, przy uwzględnieniu stosunku sił i znacznej ofiary ze strony korpusu niemieckiego, przewyższała siły naszych jednostek. Zamiar dowództwa armii uzyskania w tym okresie już nowych sił – korpusu górskiego i „Leibstandarte” – został pokrzyżowany przez nieprzyjaciela. Oczywiście nieprzyjaciel, licząc na niemiecką próbę szybkiego zdobycia Krymu, wprowadził nowe siły na front między Morzem Azowskim a Dnieprem.
W dniu 26 września rzucił on na front wschodni naszej armii dwie nowe armie, 18. i 9., liczące łącznie 12 dywizji w dużej części nowo sformowane bądź uzupełnione. Wprawdzie nieprzyjaciel w pierwszym szturmie przeciwko naszemu XXX KA nie uzyskał sukcesu, ale doprowadził tam do zaostrzenia sytuacji. Zwinął on na odcinku rumuńskiej 3. Armii jej 4. BGórs. i dokonał wyłomu w ugrupowaniu naszej armii o szerokości 15 km. Powyższa brygada straciła prawie całą artylerię i wydawała się być u kresu swojej zdolności bojowej. Dwie pozostałe rumuńskie brygady górskie doznały także znacznych strat.
Wydział Dowodzenia dowództwa armii rozpoczął już w dniu 21 września zbliżanie się do obu frontów armii, zajmując stanowiska bojowe na stepach nogajskich w Askanii Nowej. Askania Nowa była we wcześniejszym posiadaniu niemieckiej rodziny Falzfein.
Kiedyś w całej Rosji było to jedno ze znanych wzorcowych gospodarstw, później w okresie rządów bolszewików zostało kołchozem. Wszystkie maszyny zostały zniszczone przez wycofujące się wojska sowieckie, a całą górę wymłóconego zboża, znajdującą się na wolnym powietrzu, polano benzyną i podpalono. Pęczniało i tliło się całymi tygodniami i nie było żadnego sposobu na jego ugaszenie.
Askania Nowa, wywodziła swoją pierwotną nazwę od księcia von Anhalt, który uzyskał tutaj koncesję na posiadanie dużego obszaru ziemi, później przeszła w ręce rodziny Falzfein i dzięki istnieniu sławnego ogrodu zoologicznego stała się znana w całej Rosji. W środku stepu wznosił się rozległy park z potokami i stawami, w których żyły setki różnego rodzaju gatunków ptaków wodnych, od kaczek czarno-biało-czerwonych do czapli i flemingów. Ten park był rzeczywiście małym rajem, którego nie naruszyli nawet bolszewicy. Do niego przyłączono rozległy rezerwat stepowy ciągnący się wiele km2. W nim pasły się wszystkie gatunki zwierząt. Była to zwierzyna płowa, daniele, antylopy, zebry, muflony, bizony, jaki, antylopy gnu, godnie kroczące wielbłądy, i wiele pozostałych gatunków, które zgodnie tutaj się pasły. Jedynie niewielka ilość groźnych zwierząt trzymana była w otwartych boksach wybiegowych. Pełną osobliwej rozkoszy w tym rezerwacie była jazda konno między tymi wszystkim zwierzętami. Prawdopodobnie istniała tutaj także hodowla węży. Ponoć Sowieci przed wycofaniem się wypuścili z rezerwatu węże. Jednak nasze poszukiwania jadowitych węży pozostały bez rezultatu. Później okazało się, że kilka z nich pozostało. Pewnego dnia ogłoszono alarm lotniczy. Szef sztabu, płk Wöhler, przezornie wcześnie nakazał wykopanie w pobliżu budynku biura Wydziału Dowodzenia rowu plot. i rozkazał sztabowi udawanie się do niego w przypadku ogłoszenia alarmów. Kiedy pojawił się pierwszy nieprzyjacielski samolot szturmowy, wszyscy zdążali do tego rowu po drabinie. Płk Wöhler, znajdujący się na samym czele, stanął jak wryty na najniższym szczeblu. Za nim z szeregu rozległ się głos szefa wyszkolenia: „panie pułkowniku, proszę posłusznie posunąć się trochę dalej. Wszyscy jeszcze stoimy na dworze”. Wöhler, odwracając się wściekły, nie czyniąc żadnego kroku dalej, zawołał: „człowieku, co to znaczy dalej? Nie mogę. Przede mną jest wąż!” Rzeczywiście! Wszyscy wychylając głowy ujrzeli na dnie rowu widok najbardziej nieprzyjemnego węża. Był zwinięty w pół, szalenie bujając swoją głową we wszystkie strony i z jego gardzieli wydobywało się złowrogie syczenie.
Wybór pomiędzy samolotami a wężem wypadł na korzyść tych pierwszych, które na szczęście także nic nie upolowały. Naturalnie to komiczne zdarzenie stanowiło temat rozmów podczas kolacji. Naszemu szefowi saperów nakazano wprowadzenie do programu szkolenia, obok wykrywania min, także wykrywanie węży. Jeden z naszych oficerów sztabu zaproponował poinformowanie OKH o stosowaniu tej nowej tajnej broni przez przeciwnika, która miała rzekomo być stosowana wyłącznie przeciwko sztabom wyższych związków. Zresztą musiano wówczas przeszukać pomieszczenia sztabowe i pozostałe budynki w poszukiwaniu min z zapalnikiem czasowym, kiedy okazało się, że ofiarą takich min padł w Kijowie jeden ze sztabów niemieckich, a w Odessie rumuński.
Jeszcze raz farma zwierząt stanowiła podstawę do śmiechu. Pewnego dnia nasz szef wydziału operacyjnego, pochłonięty swoją pracą, siedział nad stosem map. W parterowym budynku zabłądziła oswojona łania i przypatrywała się ciekawskim spojrzeniem bijącym z jej spokojnych oczu mapom wiszącym na ścianie. Na początku zmagała się z chlebakiem płk. Busse'a, który tak łatwo nie pozwalał zakłócać sobie pracy. Następnie ubodła go trochę za boleśnie w krzyż. Podskoczył wysoko krzycząc: „to ... to zaszło już za daleko ... to niesłychane ...” i spojrzał w wierne, melancholijne oczy łani! Następnie wyprowadził uprzejmie za drzwi tego osobliwego gościa. Kiedy opuszczaliśmy Askanię Nową, zabrał on z ptaszarni dwie papużki faliste, nazywając je, jedną Askania, a drugą Nowa, które od tej pory zawsze radośnie fruwały w pokoju naszego szefa wydziału operacyjnego. Zresztą przeszkadzały one tam w mniejszym stopniu aniżeli niezliczone muchy, mające zamiłowanie do koloru czerwonego, z takim skutkiem, że nieprzyjaciel, zakreślany na czerwono na mapach wiszących dłużej na ścianie, stawał się coraz bardziej mniejszy. Niestety w rzeczywistości było odwrotnie!
Jeszcze jedna mała historia, ujawniająca stosunki panujące wewnątrz naszego sztabu, zrelacjonowana przez jednego oficera:
„My młodzi oficerowie sztabowi, znajdowaliśmy się pod surowymi rządami szefa wydziału operacyjnego, płk. Busse'a. Nazywał nas krótko i zwięźle: „chłopcami operacyjnymi”. Naturalnie żadne jeszcze tak surowe rządy nie mogły poskromić naszej młodzieńczej swawoli. I tak pewnego wieczoru zorganizowaliśmy poufnie wewnętrzną uroczystość zakrapianą wódką. Odbyła się w pokoju szefa wydziału operacyjnego. Właściwie wszyscy w piątkę spaliśmy w tej kwaterze, część na łóżkach polowych, część na stołach sztabowych, ciasno jeden obok drugiego. Po północy, kiedy spłynęły ostatnie meldunki, nasza impreza osiągnęła punkt kulminacyjny. Na korytarzu, gdzie mieściły się zarówno nasze biura oraz pokoje dowódcy i szefa sztabu, zorganizowaliśmy naukę marszu w nocnych koszulach. Rozpoczęto pojedyncze marsze, lecz wkrótce wyniknęły znaczne różnice między piechurami a kawalerzystami. Komendy i krytyka odbijały się od gołych ścian. Nagle zdrętwieliśmy jak słupy soli. Powoli otworzyły się drzwi i pojawił się gen. von Manstein. Zlustrował nas zimnymi oczami, grzecznie mówiąc półgłosem: „moi panowie, czy nie możecie załatwiać tych spraw trochę ciszej? Obudzicie jeszcze szefa sztabu i Busse'a!” I drzwi się zamknęły.
Zaostrzająca się sytuacja na froncie armii skłoniła nas do przeniesienia w dniu 29 września małego sztabu bojowego tuż nad zagrożony odcinek frontu. Takie postępowanie jest zawsze celowe w sytuacjach krytycznych, kiedy chce się zapobiec przedwczesnemu wycofywaniu podległych sztabów na tyły i wyeliminowaniu złego wrażenia na wojskach. Tutaj takie przedsięwzięcie było szczególnie przydatne w obliczu skłonności niektórych sztabów rumuńskich do przedwczesnej zmiany pozycji na tyły.
Tego samego dnia niemiecki korpus górski i „Leibstandarte” przystąpiły do wykonywania uderzenia na flankę południową, gdzie nieprzyjaciel przełamał wcześniej pozycje rumuńskiej 3. Armii i nie w pełni zrozumiał wykorzystanie swojego początkowego sukcesu. Podczas gdy tutaj udało się ponownie uspokoić sytuację, drogę torował sobie nowy kryzys na skrzydle północnym XXX KA. Jedna rumuńska brygada kawalerii na tym odcinku wymagała na miejscu mojej energicznej interwencji, aby zapobiec jej przyśpieszonemu odwrotowi. W wyniku gwałtownego przerzucenia „Leibstandarte” udało się wkrótce zapobiec groźbie przełamania.
Tak napięta sytuacja na froncie wschodnim na podstawie wyżej opisanych wydarzeń niosła z sobą jednocześnie dużą szansę. Dwie armie nieprzyjacielskie w wyniku coraz to ponawianych uderzeń wgryzały się frontalnie w celu pokrzyżowania naszych zamiarów w stosunku do Krymu. Oczywiście obecnie nie dysponował on już rezerwami do osłony przepraw na Dnieprze pod Zaporożem i Dniepropietrowskiem, z których mogła uderzyć 1. GPanc. gen. von Kleista na północne skrzydło nieprzyjaciela. Kiedy w następnych dniach interweniowałem w GA „Południe” w sprawie wykonania takiego uderzenia, odpowiedni rozkaz wyszedł w dniu 1 października. Podczas gdy 11. Armia powstrzymywała wciąż atakującego nieprzyjaciela, odczuwalny od północy stawał się nacisk grupy pancernej. Nieprzyjaciel wycofał się. W dniu 1 października dowództwo armii mogło wydać rozkaz o przystąpieniu do wykonania natarcia względnie pościgu dla XXX KA i rumuńskiej 3. Armii. W następnych dniach we współdziałaniu z 1. GPanc. udało się okrążyć przeważające siły dwóch armii nieprzyjacielskich w rejonie Bolszoj Tokmak – Mariupol – Berdiańsk czy zniszczyć w szybkim pościgu. Przy tym w ręce niemieckie wpadło około 65 000 jeńców, 125 czołgów i ponad 500 dział. (...)
Zgodnie z przewidywaniami nieprzyjaciel po załamaniu się jego obrony na przesmykach iszuńskich wycofał się wraz z przybyłą z Odessy „Armią Nadmorską” (pięć dywizji strzeleckich i dwie kawalerii) na południe do stolicy Krymu, Symferopola. Miasto stanowiło kluczowy punkt dla jedynych stałych dróg ciągnących się wzdłuż północnego pasma gór Jaila do Sewastopola względnie do Płw. Kerczeńskiego i przez góry do wybrzeża południowego wraz z jego portami. Inna grupa (9. Korpus Piechoty z czterema dywizjami piechoty i dwoma dywizjami kawalerii) wycofywała się na południowy wschód, a więc zamierzała ujść w kierunku Płw. Kerczeńskiego. Prawdopodobnie trzy dywizje, jako rezerwa, znajdowały się już wokół Symferopola – Sewastopola (...).
11. Armia zdobywając Krym z wyjątkiem rejonu twierdzy Sewastopol zyskała, że tak powiem, swój własny teatr wojny. Chociaż czekały ją jeszcze ciężkie czasy, chociaż niezbędne będzie domaganie się jeszcze od wojsk wzniesienia się na najwyższy szczyt ich możliwości, to urok krajobrazu i łagodny klimat stwarzały możliwość pewnej rekompensaty. Chociaż północna część Krymu była monotonnym stepem, godne uwagi były tutaj duże zakłady wydobycia soli. Do olbrzymich basenów wpuszczano wodę z Siwasza w celu odparowania i w ten sposób pozyskiwano sól, zresztą rzadko występujący minerał w Rosji. Zabudowania w tym rejonie robiły wrażenie ubogich, składały się przeważnie z nędznych lepianek. Szczególnie w oczy rzucała się tutaj jedyna wioska żydowska, w której bolszewicy przymusowo osiedlili Żydów (...)
Obok uroku krajobrazu naszą uwagę na każdym kroku przykuwała także przeszłość. Miasta portowe Eupatoria, Sewastopol, Teodozja zostały założone w okresie starohelleńskim. Po zdobyciu Sewastopola znaleźliśmy na Płw. Chersones ruiny świątyni Gotów. Goci utworzyli tu królestwo rozciągające się na wschód od Sewastopola w górach skalistych. Utrzymywali się tutaj przez wiele wieków, później porty zajęli częściowo Genueńczycy, a na końcu na Krymie pojawili się Tatarzy, którzy bronili się przed Rosjanami do XVIII w. Jednocześnie Tatarzy stanęli po naszej stronie. Widzieli w nas wyzwolicieli z bolszewickiego jarzma, zwłaszcza, że poważnie szanowaliśmy ich zwyczaje religijne. Ich delegacja zjawiła się u mnie, by przekazać mi owoce i piękne ręcznie tkane materiały dla swojego wyzwoliciela, „Adolfa Effendi”.
Wschodni kraniec Krymu, stanowi rozciągnięty Płw. Kerczeński, ponownie ukazywał całkiem inne oblicze. Jest on częściowo tylko pofałdowaną równiną, która jedynie nad wybrzeżem morskim, nad wąską odnogą morską rozdzielającą Krym od Kubania, przechodzi w wysokie nagie szczyty. Na półwyspie znajdowały się pokłady węgla, rudy żelaza oraz niewielkie ropy naftowej. Wokół miasta portowego położonego nad zatoką powstały duże zakłady przemysłowe. W pobliżu położonych górach znajdowały znaczne jaskinie skalne stanowiące kryjówkę dla partyzantów a później dla niedobitków zniszczonej armii inwazyjnej.
Podczas gdy nasz Wydział Nadkwatermistrzowski wprowadził się do stolicy, Symferopola, leżącego już na północnym skraju gór Jaila i w znacznym stopniu zrusyfikowanego, nasz sztab dowodzenia udał się do Sarabusa, dużej wioski położonej na północ od Symferopola. Znaleźliśmy tam nowo wybudowaną szkołę, które to Sowieci tworzyli w prawie każdej większej wsi, praktyczną kwaterę dla naszych biur. Ja wraz z szefem i kilkoma oficerami zamieszkałem w małym budynku kierownictwa kołchozu sadowniczego, gdzie każdy z nas miał osobny pokój. Moje umeblowanie składało się z łóżka, stołu, krzesła, taboretu, na którym stała miska do mycia i pary wieszaków na ubrania. Z pewnością mogliśmy sprowadzić z Symferopola meble, ale w mentalności naszego sztabu nie funkcjonowało pojęcie tworzenia sobie komfortu, którego brak odczuwali nasi wojacy.
Chciałbym w tym miejscu dotknąć jednego problemu, który – jeżeli został nawet pominięty z powodu trudnych kłopotów, które wystąpiły w zimie 1941/42 r. pod względem operacyjnym – poruszył mnie szczególnie. Będąc dowódcą armii jest się także jej najwyższym sędzią. Najtrudniejsze jest zatwierdzanie wyroków śmierci. Z jednej strony jest to jego nieunikniony obowiązek utrzymania karności i surowe karanie w interesie wojska wszelkich przypadków odmowy udziału w walce. Z drugiej strony ciężka jest myśl, że w wyniku własnego podpisu gaśnie czyjeś życie! Z pewnością podczas wojny śmierć pochłania setki czy tysiące ofiar i każdy żołnierz jest przygotowany do tego, że musi oddać swoje życie. Ale co innego jest paść niespodziewanie z honorem w walce od nieprzyjacielskiej kuli czy zostać nieoczekiwanie zaskoczonym, aniżeli stanąć przed lufami karabinów towarzyszy walki i haniebnie opuścić szeregi żyjących.
Naturalnie, jeżeli żołnierz swoim nikczemnym występkiem zhańbi honor armii, jeżeli jego postępowanie spowoduje śmieć towarzysza broni, wówczas nie można i nie wolno okazywać litości. Lecz zawsze są przypadki, w których istnieje wytłumaczalna po ludzku odmowa, nie tkwiąca w podłości charakteru. Mimo to według prawa i ustaw sąd wojenny zmuszony jest wydać wyrok śmierci.
Ja w żadnym przypadku, w którym chodziło o wyrok śmierci, nie zadowalałem się sprawozdaniem mojego, zresztą znakomitego, sędziego armijnego, lecz zawsze osobiście bardzo dokładnie studiowałem akta. Nawet wtedy, jeżeli wyrok był słuszny i sprawiedliwy, tak jak było to w przypadku dwóch żołnierzy z mojego korpusu, którzy zaraz na początku wojny zostali skazani na śmierć za zgwałcenie i zamordowanie starszej kobiety. Inaczej rzecz się przedstawiała w przypadku żołnierza odznaczonego za kampanię polską Krzyżem Żelaznym, który ocalał w walce i uciekł z pola walki. Pierwszego dnia zginął jego dowódca drużyny i pozostali koledzy z obsługi km, po czym w walce stracił nerwy i uciekł. Wprawdzie według prawa zasłużył na śmierć. Ale był to przypadek, w którym – mimo dopuszczenia się tchórzostwa – należało zastosować inną skalę. Nie zważając na nic mogłem uchylić wyrok sądu wojennego. W tym i podobnych przypadkach po rozmowach z dowódcami pułków pomogłem sobie w taki sposób, iż zatwierdzenia wyroku śmierci zawieszałem na cztery tygodnie. Wyrok uchylałem, jeżeli żołnierz sprawdził się w tym okresie w walce. Jeśli nie, wyrok wchodził w życie. Z tych, którym w ten sposób zagwarantowano odroczenie wyroku, tylko jeden zbiegł do nieprzyjaciela. Wszyscy pozostali albo zachowali życie albo padli w ciężkich walkach jako żołnierze wierni swoim obowiązkom. (...)
Desant sił sowieckich na Płw. Kerczeński, podjęty w momencie, kiedy bliskie było rozstrzygnięcie walk toczonych przez 11. Armię na froncie północnym pod Sewastopolem, okazał się wkrótce jedynie nieprzyjacielskim manewrem pozoracyjnym. Sowieckie rozgłośnie obwieściły, że chodzi o rozstrzygającą ofensywę, wykonywaną na rozkaz i według planów Stalina, mającą na celu odzyskanie Krymu. Walka ta – jak zostało to ogłoszone – znajdzie swój finał dopiero w zniszczeniu 11. Armii na Krymie. Ta groźba nie była żadnym pustosłowiem, kiedy okazało się wkrótce, że za dużymi siłami nieprzyjaciela i jednocześnie najbardziej bezwzględnym zużyciem sił, wyczuwało się brutalną wolę Stalina.
W dniu 26 grudnia nieprzyjaciel przekroczył Cieśninę Kerczeńską i wylądował na razie przy pomocy dwóch dywizji po obu stronach Kercza. Mniejsze desanty nastąpiły na wybrzeżu północnym półwyspu...(...)
Szczególne obciążenie psychiczne w tych dniach stanowił fakt przebywania w szpitalach wojskowych w Symferopolu 10 000 rannych, których nie można było odtransportować. W Teodozji bolszewicy zabili naszych rannych w tamtejszych szpitalach wojskowych, częściowo wywlekli naszych rannych żołnierzy, znajdujących się w wyciągach, na brzeg morza i polali wodą, którzy zamarzli podczas panującego wówczas przenikliwego zimna. Nie chcieliśmy myśleć, co działoby się, gdyby nieprzyjaciel przerwał cienką linię zabezpieczenia na zachód od Teodozji i skierował się na Symferopol?
Zresztą wydawało się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko nam. Silne mrozy panujące na lotniskach wokół Symferopola i Eupatorii, z których mogły startować nasze Stukasy i bombowce, często nie pozwalały na start wczesnym rankiem do wykonania uderzeń na nieprzyjacielskie desanty w Teodozji. Wspomniano już o tym, że nieprzyjaciel mógł przekroczyć po lodzie drogę z Kerczu. Z drugiej strony także eskadry naszych bombowców, rozlokowane na lotniskach wokół Chersonia i Nikołajewa, nie mogły startować z powodu panu­jących warunków atmosferycznych.
Wskutek trudnej sytuacji zaopatrzeniowej, panującej od wielu tygodni, nie było możliwe sprowadzenie obok owsa także paszy dla koni. Te braki wśród jednostek, mających na stanie konie i znajdujących się na południowym wybrzeżu Krymu, gdzie nie było żadnej paszy, doprowadziły do całkowitego wyczerpania zwierząt i wysokiego ubytku. I tak cała artyleria zaprzęgowa 170. dywizji mogła przekroczyć góry między Ałusztą i Symferopolem jedynie bez dział. Armaty musiały być przetransportowane za pomocą samochodów ciężarowych(...).
Istnienie od początku silnego ruchu partyzanckiego na Krymie, sprawiającego nam wiele kłopotów, wynikało z tego, że ludność Krymu obok Tatarów składała się z pozostałych grup narodowościowych, w tym z dużej liczby Rosjan. Przeważnie z nich i z żołnierzy wielu rozbitych oddziałów w pierwszych walkach w górach rekrutowali się partyzanci. Funkcjonowanie ruchu partyzanckiego na Krymie było przygotowywane od dawna. W niedostępnych gó­rach Jaila partyzanci znajdowali kryjówki oraz przygotowane magazyny żywnościowe i składy amunicji, do których dostęp był niezwykle utrudniony. Usiłowali oni blokować niewielką ilość dróg. Właśnie w tej opisanej napiętej sytuacji, kiedy musiano użyć na froncie także wszystkie rumuńskie jednostki górskie, partyzanci stanowili znaczne niebezpieczeństwo. Częściowo ruch na drogach mógł być utrzymany jedynie w formie konwojowania. Zresztą partyzanci walczyli, jak wszędzie na wschodzie, z największą przebiegłością i okrucieństwem. Nie przestrzegali żadnych zasad prawa międzynarodowego...
Walki końcowe toczyły się jeszcze na Półwyspie Chersones do dnia 4 lipca. 72. dywizja wzięła do niewoli kilka tysięcy żołnierzy broniącego się fortu pancernego „Maxim Gorki II”. Pozostałe dywizje wypierały nieprzyjaciela coraz bardziej na najdalszy kraniec Półwyspu Chersones. Nieprzyjaciel podejmował systematyczne próby przebicia się na wschód, chyba w nadziei przyłączenia się do partyzantów w górach Jaila. W zwartych grupach, dosłownie biorąc pod rękę pojedynczych żołnierzy, przez co nikt nie mógł pozostać w tyle, szturmowali oni nasze linie. Często na samym przodzie występowały kobiety i dziewczyny z młodzieży komunistycznej, które uzbrojone osobiście, zagrzewały do walki pozostałych uczestników. Było oczywiste, że przy tego rodzaju próbach przełamania straty musiały być nadzwyczaj wysokie.
W końcu niedobitki Armii Nadmorskiej usiłowały znaleźć schronienie w dużych jaskiniach, znajdujących się w stromych brzegach Półwyspu Chersones, oczekując na próżno na odtransportowanie. Kiedy poddali się w dniu 4 lipca, tylko z najdalej wysuniętego odcinka półwyspu ujawniło się jeszcze 30 000 osób.
W całości liczbawziętych do niewoli z rejonu twierdzy przekroczyła 90 000 jeńców. Krwawe straty przeciwnika były wielokrotnie wyższe niż nasze. Tymczasem w nasze ręce wpadła nieprzejrzana ilość sprzętu. Padła twierdza bogato wyposażona przez naturę i rozbudowana za pomocą wszystkich środków i broniona przez jedną armię. Armia ta została zniszczona, a cały Krym znalazł się obecnie w rękach niemieckich. 11. Armia jeszcze w porę – pod względem operacyjnym – została zwolniona do użycia w ramach wielkiej ofensywy niemieckiej na skrzydle południowym frontu wschodniego.(...)”
To przejściowe zwycięstwo na Południu stanowiło w zasadzie zaledwie jeden z epizodów w długoletniej morderczej wojnie dwóch tytanów, Niemiec i Rosji, oraz dwóch stylów myślenia strategicznego. W pierwszej połowie tych zmagań inicjatywa należała do Niemców, później, gdy Rosjanie wielu rzeczy od nich na polu walki się nauczyli i jęli się używać broni przeciwnika przeciwko niemuż, role się odwróciły, a koleje losu odmieniły. Na razie jednak R. Malinowski przegrywał pojedynek z E. von Mansteinem, a wojska sowieckie doznawały kolejnych porażek, ponosząc trudne do wyobrażenia straty w sprzęcie i żywej sile.
Mijały miesiące i wyroki losu odwracały się w odmiennym kierunku. [Nawiasem mówiąc, zacięta walka trwała nie tylko na froncie. W 1942 roku Gestapo zdemaskowało największą działającą w Niemczech w latach II wojny światowej organizację powiązaną z wywiadem radzieckim. Gestapo nadało jej kryptonim Rote Kapelle (Czerwona Orkiestra). Organizacja ta została stworzona w 1938 roku przez wywiad wojskowy GRU (Główny Zarząd Wywiadowczy Armii Czerwonej) w Europie Zachodniej przez liczącego wówczas zaledwie 34 lata pułkownika Leopolda Treppera, pochodzącego z żydowskiej rodziny rzemieślniczej z Nowego Targu. Działała ona w Belgii, Holandii i Francji.
W tym czasie w Niemczech powstała liczna grupa antyfaszystów i intelektualistów, osób na ważnych stanowiskach cywilnych i wojskowych, której część skupiona wokół Harro Schulze-Boysena i Arvida Harnacka (starszego radcy w Ministerstwie Gospodarki) szukała zagranicznych sprzymierzeńców. Nawiązała kontakt z radzieckim wywiadem, z tym że nie był to wojskowy GRU, lecz utworzony na bazie NKWD wywiad NKGB – Ludowego Komisariatu Bezpieczeństwa Państwowego. Grupa ta przesłała do radzieckiej centrali 1500 meldunków o najważniejszych tajemnicach III Rzeszy: plany kolejnych operacji ofensywnych, stanu zbrojeń (np. plany czołgu „Tygrys”) i kłopotów paliwowo-energetycznych, a nawet rozmieszczenia miejsc pobytu Hitlera. W lipcu 1942 roku gestapo powołało Sonderkommando Rote Kapelle do rozszyfrowania przecieków z najwyższych kręgów polityczno-wojskowych. Latem 1942 roku aresztowano ponad 100 osób, którym wytoczono proces o zdradę stanu. 21.12.1942 skazano większość z nich na śmierć, a Hitler osobiście wybierał formę egzekucji: powieszenie lub ścięcie toporem].
Jesienią 1942 roku R. Malinowski dowodził 66 Armią na północ od Stalingradu, nieco później – 2 Armią Gwardii, która uczestniczyła w rozgromieniu ugrupowania Ericha von Mansteina, dążącego do odblokowania ćwierćmilionowego wojska Friedricha Paulusa, zamkniętego w „kotle” przez oddziały radzieckie.
Bitwa Stalingradzka zaczęła się od okresu działań zaczepnych, które trwały od 17 lipca do 18 listopada 1942 roku. Po stronie niemieckiej Grupą Armii „A” (43 dywizje) dowodził feldmarszałek W. List, zaś Grupą Armii „B” (71 dywizji) feldmarszałek Franz von Bock. Następnie po obu stronach do walki wciągały się coraz to nowe jednostki bojowe. Całość kampanii skończyła się straszliwą klęską wojsk niemieckich 2 lutego 1943 roku. Według źródeł rosyjskich, całkowicie zostały zniszczone 32 dywizje niemieckie, czyli w sumie około 800 tys. żołnierzy, 2.000 czołgów, 3.000 samolotów, 10.000 dział, 70.000 samochodów, olbrzymie ilości broni strzeleckiej. Do niewoli trafiło 92 tys. Niemców, w tym 20 generałów i feldmarszałek F. Paulus. Po tej klęsce Niemcy już nie potrafili dojść do siebie, był to przełom w II wojnie światowej.
Nawiasem mówiąc, także dowódcy niemieccy uznają wagę tej bitwy. Feldmarszałek W. Keitel później czuł się zmuszony wyznać:
Walki w Stalingradzie przyciągały niczym magnes jedną dywizję za drugą. Wycofywanie ich z frontu sprzymierzonych, dla którego stanowiły kręgosłup i podporę, wzmagało zagrożenie. Chociaż osiągnięto Wołgę na północy, na południu i w Stalingradzie, od października 1942 r. trwały w mieście zacięte walki uliczne o poszczególne domy i olbrzymie zakłady przemysłowe. Z trudem osiągano postępy, uporczywa obrona na północy miasta, pomiędzy Wołgą i pętlą Donu, wzmagała upór i fanatyczną wolę zdobycia ostatnich dzielnic z nadzieją na ostateczne osiągnięcie wytyczonego celu, jakim było zwycięstwo nad Stalingradem. Zapewne ambicją tak dowództwa jak i jednostek armii Paulusa było ukoronowanie bitwy pełnym sukcesem; pozostawiam na przyszłość rozstrzygnięcie, jak dalece najwyższe dowództwo przyczyniło się do późniejszej katastrofy. Kiedy prawidłowo pod względem operacyjnym rozpoczęta przez stronę rosyjską w grudniu 1942 r. ofensywa odciążająca rozbiła w pył armię rumuńską, i tym samym otworzyła głębokie skrzydło 6 armii i groziła okrążeniem armii Paulusa w Stalingradzie, jedna tylko decyzja mogła zapobiec katastrofie: rezygnacja ze Stalingradu i natarcie całej (niemieckiej) armii stalingradzkiej na zachód, po to, żeby albo uderzyć we wschodnie skrzydło rosyjskiej ofensywy i pokonać przeciwnika trafiając w jego najsłabszy punkt, albo dla odzyskania swobody operacyjnej zaryzykować przebicie się przez pierścień okrążenia grożący całkowitym zamknięciem. Nie wątpię, że udałoby się wówczas uratować 6 armię i prawdopodobnie pokonać Rosjan – oczywiście za cenę zrezygnowania ze Stalingradu i brzegu Wołgi.
Wszystkie te okropności, które wydarzyły się w styczniu 1943 r. wskutek okrążenia armii Paulusa w Stalingradzie, zakaz wyrwania się (z kotła), na co już i tak było za późno, daremne próby zaopatrzenia z powietrza, spóźniona i podjęta zbyt słabymi siłami kontrofensywa w celu uwolnienia 6 armii, należą do moich najstraszliwszych wspomnień. Nie jestem w stanie oddać potworności tego dramatu. Brak mi do tego dokumentów. Mogę jednak powiedzieć, że nawet największe wysiłki i największa ofiarność oraz poświęcenie wszystkich uczestników nie mogły naprawić operacyjnego błędu, który jako zawinione zaniedbanie obciąża najwyższe dowództwo. Rezygnacja ze Stalingradu na pewno oznaczałaby utratę prestiżu. Jednakże utrata armii i powstała w wyniku tego sytuacja operacyjna była równoznaczna z przegraniem kampanii 1942/1943 r. Nic dziwnego, że krytycy uaktywnili się, a Rosjanie otrzymali potężny bodziec do kontynuowania wojny. My straciliśmy ostatni atut i przegraliśmy”.
Było to jednak złudzenie, w obliczu wzrastającej potęgi materialnej, ducha bojowego i świetnego dowodzenia wojskami rosyjskimi Niemcy już nie mieli żadnych szans na powstrzymanie przeciwnika. I choć zaniżane dane niemieckie znacznie odbiegają od przytaczanych przez Rosjan, to i tak się uznaje, że Bitwa Stalingradzka, która toczyła się na froncie długości 320 kilometrów, doprowadziła do wyeliminowania z walki około miliona żołnierzy niemieckich i ich sojuszników. Straty radzieckie ocenia się również na ok. milion żołnierzy. Zagładzie uległa cała 6 armia niemiecka, znaczna część 4 armii pancernej, 3 i 4 armia rumuńska, 2 armia węgierska i 8 armia włoska (liczyła ok. 220 000 żołnierzy, z których zginęło ok. 60 procent), a także 1 pułk piechoty chorwackiej. Do niewoli radzieckiej oddał się nie tylko po raz pierwszy w tej wojnie feldmarszałek, ale także 23 innych generałów Wehrmachtu oraz 5 rumuńskich.
Armia Czerwona zniszczyła całkowicie 32 dywizje nieprzyjaciela a 16 rozgromiła; Niemcy stracili ponad 500 samolotów. Bitwa Stalingradzka zapoczątkowała rozważania satelitów – Węgier, Rumunii i Włoch (ci ostami dodatkowo po klęsce w Afryce Północnej) nad wycofaniem się z wojny u boku Hitlera.

* * *

O ile jednak Operacja Stalingradzka była dziełem kilku genialnych dowódców, w tym Konstantego Rokossowskiego, o tyle późniejsza operacja Jasso-Kiszyniowska została zaplanowana i zrealizowana przede wszystkim przez R. Malinowskiego, jako dowódcę II Frontu Ukraińskiego. Strona radziecka dysponowała w tym miejscu 1250 tys. żołnierzy, 16 tys. dział, 1870 czołgami, 2200 samolotami. Na kierunkach głównych uderzeń, w celu zdruzgotania linii obrony niemieckiej nad rzeką Prut, osiągnięto koncentrację 240 dział i 56 czołgów na 1 kilometr frontu. Precyzyjnie zaplanowane uderzenie zostało dokładnie przeprowadzone i w ciągu tygodnia linia umocnień niemieckich przestała istnieć. A przecież generał-pułkownik Hans Friesner dysponował tu przed uderzeniem Malinowskiego Grupą Armii „Południowa Ukraina” (900 tys. żołnierzy, 7600 dział, 400 czołgów, 810 samolotów), a potężne umocnienia ułożone w 3-4 linie uchodziły za niemożliwe do zdobycia szturmem.
Ta operacja została zrealizowana w dniach od 20 do 29 sierpnia 1944 roku, a na jej skutek przestały istnieć 22 dywizje niemieckie oraz 3 Armia Rumunii; rzeka Prut została przekroczona i wojska radzieckie zaczęły forsownie zajmować terytorium Rumunii, która też niebawem zerwała sojusz z Niemcami i opowiedziała się po stronie aliantów.
O działaniach frontowych z przełomu 1943/1944 roku marszałek polny Heinz Guderian notował: „Podczas gdy front zachodni został odrzucony z wału atlantyckiego na wał zachodni, na froncie wschodnim nadal bez przerwy toczyły się ciężkie walki; na jego południu już nie udało się powstrzymać nieprzyjaciela. Nacierające z krótkimi przerwami wojska rosyjskie zajęły całą Rumunię, Bułgarię, w końcu zaś także znaczną część Węgier. Na Węgrzech walczyła dowodzona przez generała pułkownika Friessnera Grupa Armii „Południowa Ukraina”, która 25 września zmieniła swą zdezaktualizowaną nazwę na Grupę Armii „Południe”. W październiku, po zaciętych walkach w rejonie Debreczyna, gdzie niemieckie przeciwuderzenia przejściowo powstrzymały przeciwnika, w ręce Rosjan wpadł cały Siedmiogród.(...).
29 października Rosjanie podeszli pod sam Budapeszt, a 24 listopada sforsowali Dunaj pod Mochaczem. Tak więc w czasie gdy wojska niemieckie stały jeszcze w Salonikach i Durazzo, dolina Morawy znajdowała się już w ręku wroga. Wskutek wojny partyzanckiej na Bałkanach ewakuacja tych obszarów napotykała coraz większe trudności. 30 listopada Rosjanie przełamali front wojsk niemieckich „Południowy Wschód” pod miejscowością Pecz, na północ od Drawy, wyszli na Jezioro Balatońskie i zrolowali front obrony Grupy Armii „Południe” nad Dunajem. 5 grudnia podeszli do Budapesztu od południa. Tego samego dnia przeciwnik sforsował Dunaj również na północ od Budapesztu, osiągnął miasto Vacz, po czym z trudem zdołaliśmy go zatrzymać na wschód od rzeki Grań. Dalej na północny wschód Rosjanie zajęli Miskolc i doszli do rejonu na południe od Koszyc. Na Bałkanach nasze ewakuujące się wojska odeszły na linię Podgorice, Użice i dalej na północ.
Natarcie rozpoczęte przez przeciwnika 21 grudnia doprowadziło w dzień Bożego Narodzenia 1944 roku do okrążenia Budapesztu. Nieprzyjaciel wyszedł na linię jeziora Balaton, Székesfehérvar, rejon na zachód od Komarom, jak również na północ od Dunaju do rzeki Gron. Od tego miejsca front przebiegał mniej więcej wzdłuż granicy państwowej Węgier. Walki z obu stron prowadzone były z wielką zaciekłością. Ponieśliśmy ciężkie straty.(...).
Prócz własnych kłopotów poważnie trapił nas wtedy niepokój o zdolność bojową i wierność sojuszniczą Węgrów. Wspomniałem już o postawie, jaką regent Horthy zajmował wobec Hitlera. Postawa ta, choć z węgierskiego punktu widzenia mogła być jak najbardziej zrozumiała, dla nas, z niemieckiego punktu widzenia, była niepewna. Regent Węgier pokładał swe nadzieje we współpracy z mocarstwami anglosaskimi. Pragnął nawiązać z nimi łączność lotniczą. Czy próbował zamiar ten zrealizować i czy Anglicy i Amerykanie skłonni byli zgodzić się na to – tego nie wiem. Ale wiem, że wielu wyższych oficerów węgierskich przeszło na stronę wroga, jak na przykład uczynił to 15 października generał Miklas, którego poznałem w Berlinie, gdy był węgierskim attache wojskowym. Tak samo postąpił szef węgierskiego Sztabu Generalnego Vörös, który na kilka tygodni przedtem odwiedził mnie w Prusach Wschodnich, zapewniał o swej wierności sojuszniczej i przyjął ode mnie w prezencie samochód, a w kilka dni później tymże właśnie samochodem, moim własnym Mercedesem, pojechał do Rosjan. Na Węgrach nie można już było polegać. Hitler obalił więc rząd Horthyego i na jego miejsce postawił Salaszyego, węgierskiego faszystę, człowieka małych zdolności i jeszcze mniejszej energii. Zmiana ta nastąpiła 16 października 1944 roku. Stosunków na Węgrzech bynajmniej nie poprawiła, za to unicestwiła ostatnie resztki obopólnego zaufania i sympatii.
W Słowacji, która początkowo stała całkowicie po stronie Niemiec, już od dłuższego czasu prowadzona była ożywiona działalność partyzancka. Ruch kolejowy stawał się coraz bardziej niepewny. Partyzanci zatrzymywali pociągi pospieszne, rewidowali pasażerów, zabijali niemieckich żołnierzy, zwłaszcza oficerów. To z kolei wywoływało surowe represje. W kraju panowała nienawiść, mnożyły się zabójstwa. To samo, niestety, w coraz większym stopniu działo się także w innych krajach. Partyzantka, zainicjowana i podsycana przez walczące z nami wielkie mocarstwa, swymi sprzecznymi z prawem międzynarodowym metodami walki zmuszała nas do obrony. Później oskarżyciele i sędziowie w Norymberdze zarzucili nam tę obronę jako sprzeczną z normami prawa międzynarodowego, aczkolwiek alianci, wkraczając do Niemiec, wydali w tym względzie przepisy karne znacznie surowsze od przepisów wydanych kiedykolwiek przez Niemców. Że rozbrojona i wycieńczona Rzesza nie dawała im już okazji do stosowania tych sankcji, to już sprawa zupełnie innego rodzaju.
Aby uzupełnić ten obraz, spójrzmy jeszcze na Włochy. 4 czerwca 1944 roku alianci wkroczyli do Rzymu. Dowódca Grupy Armii „Południe” feldmarszałek Kesselring toczył w Apeninach, na północ od Wiecznego Miasta, zacięte walki obronne przeciw przeważającym siłom nieprzyjacielskim. Walki te wiązały ponad dwadzieścia niemieckich dywizji. Na Włochach, którzy pozostali wierni Mussoliniemu, z uwagi na ich małą zdolność bojową nie można było polegać; użyto ich tylko do służby na Riwierze. Na tyłach frontu niemieckiego prowadzona była zaciekła wojna partyzancka. Rozpoczęła się ona od aktów okrucieństwa popełnionych przez Włochów, co zmusiło nas do zastosowania surowych represji, w przeciwnym bowiem razie grupie armii groziło całkowite sparaliżowanie zaopatrzenia i łączności. Niestety, po zawieszeniu broni sądy wojenne mocarstw zachodnich, rozpatrując te sprawy, nie kierowały się sprawiedliwością i wydawały bardzo osobliwe wyroki.
To ostatnie zdanie feldmarszałka Guderiana jest dość dziwne, gdyż wychodzi spod pióra człowieka o niepospolitej inteligencji i kulturze umysłowej, który powinien był wiedzieć, że jeszcze w XVIII wieku Adam Smith wyznawał w dziele Teoria uczuć moralnych”:Podczas wojen i pertraktacji obserwuje się rzadko reguły sprawiedliwości. Nieomal całkowicie lekceważy się prawdę i uczciwe postępowanie. Łamie się traktaty, a zerwanie ich, jeśli sprowadza jakieś korzyści, na ogół nie przynosi ujmy dla gwałciciela”... Wojnę prowadzi się dla zwycięstwa, a nie dla sprawiedliwości. Zwycięzca zaś zawsze „ma rację” i dyktuje warunki zwyciężonemu.

* * *

W 1944 roku R. Malinowskiemu nadano rangę marszałka Związku Radzieckiego; w 1945 – tytuł Bohatera Związku Radzieckiego za wybitne zasługi w pokonaniu wojsk niemieckich. Od lipca 1945 roku R. Malinowski dowodził wojskami Frontu Zabajkalskiego, pod którego ciosami padła Armia Kwantuńska Japonii.
Po wojnie dowodził Dalekowschodnim Okręgiem Wojskowym, a od 1957 do 1967 był ministrem obrony ZSRR. W 1958 roku nadano mu powtórnie tytuł Bohatera Związku Radzieckiego, tym razem za wybitne osiągnięcia w umacnianiu potęgi wojskowej ZSRR i wdrażanie broni rakietowo-kosmicznej.
Rodion Malinowski był człowiekiem o wybitnej energii i rzadko spotykanych walorach intelektualnych, autorem m.in. książek Sołdaty Rossii (1969), Finał (1969), Jassko-Kiszyniowskije Kanny (1964). Za zasługi dla państwa rząd radziecki w różnych latach nagrodził go 5 orderami Lenina, 3 orderami Czerwonego Sztandaru, orderem Zwycięstwa, orderem Kutuzowa I stopnia, orderem Suworowa I stopnia, szeregiem medali. Prócz tego R. Malinowski był kawalerem 16 orderów innych państw, w tym Francji, Wielkiej Brytanii, Rumunii, Czechosłowacji, Polski, NRD, Włoch, Jugosławii.
Należy jednak zaznaczyć, że w Rosji nie cieszy się on jednoznacznie pozytywną opinią. Często przypisuje się mu, jako „przeklętemu Polakowi”, wydanie rozkazu o krwawym spacyfikowaniu buntu robotników w Nowoczerkasku na południu kraju w dniach 1-2 czerwca 1962 roku, kiedy to zastrzelono setki osób, w tym mnóstwo ciekawskich dzieci, przyglądających się na ulicy demonstracjom robotników przeciwko podniesieniu o 30% cen na żywność. Ponoć to na rozkaz Malinowskiego ciała ofiar załadowano na ciężarówki, wywieziono w nieznanym kierunku i wrzucono gdzieś do sztolni jednej z zamkniętych kopalń węgla kamiennego, a krew z ulic Nowoczerkaska spłukiwały do kanalizacji ciężarowe wodowozy.
Dosłownie do ostatniego dnia swego życia marszałek Malinowski pełnił obowiązki ministra obrony narodowej ZSRR i pracował nad ukończeniem powieści autobiograficznej. Zmarł 31 marca 1967 roku i został pochowany na Placu Czerwonym w Moskwie przy Murze Kremlowskim. Na drugi dzień po pogrzebie w mieszkaniu marszałka zjawili się oficerowie KGB i bez słowa komentarza skonfiskowali obszerne archiwum osobiste oraz część biblioteki rodzinnej i do dziś niewiadomo, gdzie się one znajdują. Córka R. Malinowskiego Natalia została wybitnym uczonym w zakresie filologii i historii hiszpańskiej, tłumaczką literatury tego kraju na język rosyjski, nauczycielem akademickim.



Stanisław Popławski



Pochodził z rodziny szlacheckiej, Popławscy bowiem byli ongiś szeroko rozgałęzieni na ziemiach Litwy, Białorusi i Polski, a pieczętowali się m.in. takimi herbami jak: Drzewica, Jastrzębiec, Jelita, Leliwa, Rogala, Rola, Ślepowron, Trzaska. (Por. K. Niesiecki, Korona Polska, t. 3, s. 651-651; M. Paszkiewicz i J. Kulczycki, Herby rodów polskich, s. 451, Londyn 1990).
O Popławskich herbu Drzewica Bartosz Paprocki pisał w 1584 roku: „W krakowskim województwie dom Popławskich, z którego wieku mego był N. Popławski mężem uczonym na dworze cesarskim, nauk wyzwolonych w postronnych krajach dokonawszy, czas długi się potem bawił u arcyksiążęcia; był mąż godny i w rzeczach biegły, które należały”...
O nichże Herbarz rodzin szlacheckich Królestwa Polskiego (cz. I, s. 183, Warszawa 1853) donosi: „Popławscy, w dawnej Ziemi Łomżyńskiej. Andrzej w roku 1775 dobra Zambrzyce-Stare i Minoty posiadał”.
O Popławskich zaś herbu Jastrzębiec Herbarz rodzin szlacheckich Królestwa Polskiego z roku 1853 (cz. II, s. 173) pisze: „Popławscy. Jerzy Zygmunt z Popław Rudy Popławski w roku 1667 dobra Łącki w Ziemi Lwowskiej posiadał. Wojciech, syn Wojciecha, nabył dobra Gołąbki z częściami na wsiach Mory i Niecki w Ziemi Warszawskiej leżące”.
Od bardzo dawna znani też na ziemiach Litwy, po różnych województwach i powiatach. W latach 1573-1577 figuruje w księgach magistratu brzeskiego Jan Popławski, miejscowy szlachcic. (Akty izdawajemyje..., t. 3, s. 12). W roku 1577 woźny magistratu brzeskiego Jan Popławski zarejestrował w księgach grodzkich skargę niejakiej Maryny Pryputniewicz o tym, iż Żydzi brzescy niewinnie zbili i zamordowali jej męża Kuryłę. (Akty izdawajemyje..., t. 5, s. 3). Krzysztof Popławski wymieniany jest w księgach sądowych Grodna w 1604 roku. (Akty izdawajemyje..., t. 1, s. 12, 16), a Gabryel w księgach grodzkich Brześcia w 1609 roku. Jan Popławski był około 1642 roku kanonikiem chełmskim. (Akty izdawajemyje..., t. 23, s. 196, 200). W 1661 roku wiele spraw w Brześciu badał i rozsądzał pan Wojciech Popławski, „jenerał jego królewskiey mości województwa brzeskiego” (Akty izdawajemyje..., t. 17, s. 413, 433 i in.).
W szlacheckiej wsi Popławy powiatu mielnickiego według Regiestru wsiów parafiey Łosickiey w roku Pańskim 1662 spisanym mieszkało obok Ostrowskich, Rozwadowskich, Zgliczewskich, Łukawskich, Wyrzykowskich, Bolestów, Sawickich, Nowosielskich także kilkunastu Popławskich z rodzinami: Symon, Mateusz, Kazimierz, Baltazar, Andrzej, Wojciech, Adam, Paweł, Jędrzej, Błażej i in. (Akty izdawajemyje..., t. 33, s. 409-410).
Andrzej Malczewski, pisarz kancelaryi aktów trybunalskich, wniósł do ksiąg grodzkiego urzędu w Wilnie następujący zapis: „Lata ot Narożenia Syna Bożeho Tysiecza Szestsott Diewietdiesiatoho miesiaca Awgusta Trytsat Pierwoho Dnia –
Piered nami sudiami hołownymi na Trybunał w Wielikom Kniastwie Litowskom z województw, zieml y powietow, na rok tepiereszni 1690 obranymi, postanowiwszy się oczywisto u sudu pan Jan Wróblewski opowiedał, pokładał y do aktt Knih Hołownych Trybunalnych spraw wieczystych listt cessyjny od Jeho Miłosty Pana Martyna Popławskoho na recz niżey mienienuju, Jeho Miłosti Panu Kazimieru Popławskomu dany y należaczy podał. Kotory to list cessyjny podajuczy do aktt prosił, aby był do Knih Hołownych Trybunalnych spraw wieczystych pryniat i wpisan. Jakoż pryniawszy, a upisujuczy u knihi słowo do słowa, tak się w sobie majet: Ja, Marcin Popławski, ziemianin Jego Królewskiey Mości Województwa Wileńskiego, czynię wiadomo y zeznawam tym moim dobrowolnym cessyjnym listem, każdemu, komu by o tym wiedzieć należało: Iż mając ja z łaski Nayjaśnieyszych Królów Ichmościów gruntu włok sześć Halina Popławszczyzna nazwanego, w Województwie Wileńskim nad rzeką Haliną leżącego, przywilejami sobie nadane y konferowane, jako o tym szerzey te same przywileje w sobie wyrażają, które te włok sześć gruntu, z lasami, sianożeciami, jako się w sobie z dawnych czasów w prawnym ograniczeniu miał y teraz mając, z afektu mego, a za konsensem Jego Królewskiey Mości, Pana Mego Miłościwego, będąc już sam w leciech podeszłych, jegomości panu Janowi Kazimierzowi Popławskiemu, synowcowi memu, tym listem moim cessyjnym wiecznemi czasy ustępuję. Ma tedy y wolen będzie od daty tego listu mego cessyjnego pomieniony jegomość pan Popławski te włok sześć obiąwszy na się, spokojnie, bez żadney ni od kogo przeszkody trzymać, wladać y na nich budynki wszelkie ku najlepszemu pożytkowi swemu stawić y wszelkich pożytków z nich przymnażać, tak jakom ja sam trzymał y na tom dał pomienionemu jegomość panu Popławskiemu ten list cessyjny z podpisem ręki na mieyscu moim, jako pisma nieumiejętnym, tudzież z podpisaniem rąk ichmościów panów pieczętarzów, ode mnie ustnie y oczewisto uproszonych, niżey wyrażonych. Pisan w Halinie roku 1689 miesiąca Nowembra 5 dnia”. U toho listu cesyjnoho zapisu pry pieczaty podpis ruk (...)”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 4, nr 2302, s. 1-3).
Około roku 1696 ksiądz Adam Popławski byl kanonikiem katedralnym łuckim.
Najwięcej materiałów archiwalnych, dotyczących tej rodziny lub wzmiankujących jej członków pochodzi z województwa brzeskiego. W jednym z tamtejszych dokumentów czytamy: „Przed nami urzędem maydeburskim Brzeskim imieniem wielmożnego pana Wawrzyńca Stanisława na Taykurach y Melsku Popławskiego – woyskiego y pisarza grodzkiego Łuckiego, imć pan Jan Pruchnicki – szyper pomienionego wielmożnego iegomości żałował y solleniter protestował się na żydów starszych, całą synagogę Brzeską y na wszystkie pospólstwo żydów Brzeskich, w iednostayney radzie y namowie z sobą będących, iż gdy Marca wturego dnia, w roku teraźnieyszym 1703, imć pan Gabryel Horn – oberszterleytnant z ludem pieszym szwedzkim do miasta iego królewskiey mści Brześcia przybył, tedy obżałowani żydzi starsi kahału Brzeskiego, wiedząc dobrze, że szkuta z pszenicą wielmożnego imć pana Wawrzyńca Stanisława Popławskiego w Brześciu iest lokowana, dla szczupłości wody w Bugu, w spichlerzu pana Jana Nesterowicza – podstolego w-wa Brzeskiego, z tych racyi, że nie mógł dalej do Gdańska żałuiący szyper płynąć y zaraz oznaymili imć panu oberszter-leytnantowi o tey pszenicy y subordynowali imści, aby zabrały... zapłatę pewną deklarowawszy”...
Na sugestię Żydów oficer szwedzki posłał swych ludzi z wozami po zboże pana Popławskiego, „przy których wozach niemało y żydów z wozami było Brzeskich. Tamże szpichlerz odbiwszy, pszenicę w wozy nasypuiąc, do wozów kładli y do Brześcia prowadzili. Wartę do szpichlerza przydali y samego żałuiącego imć pana Pruchnickiego pod wartę wzięli, a potem unikaiąc swego złego uczynku żydzi wymogli na Pruchnickim kartę taką, iż oni z przymuszenia pszenicę od Szwedów muszą brać. Do którey karty, w niewoli będąc pan Pruchnicki, iaką sobie żydzi napisali, musiał się podpisać do niey. Y tak począwszy od dnia czwartego aż do dnia dwudziestego ośmego miesiąca Marca praesentis anni pszenicę Szwedzkiemi podwodami żydzi zabierali. Jakoż beczek cztyrysta z szpichlerza wzięli y między sobą ku pożytkowi swemu rozdzielili i przedawali. Szkutę, z namowy żydów, Szwedzi byli wzięli, most na Bugu rozbili. Wniwecz szkutę podziurawiono, poświdrowano, żagiel nowy podziurawili. Którą to szkutę ledwo pan Pruchnicki odzyskał z niemałą spezą... Panu Wawrzyńcowi Stanisławowi na Taykurach y Melsku Popławskiemu – woyskiemu y pisarzowi grodzkiemu łuckiemu, tak znaczna szkoda stanęła ieno przez obżałowanych żydów Brzeskich”... (Akty izdawajemyje..., t. 6, s. 478-479).
Rozprzężenie i chaos sięgnęły takiego stopnia, że nawet księża częstokroć nie stronili od rozboju i otwartego bandytyzmu. 28 lutego 1713 roku w księgach grodzkich grodzieńskich odnotowano, iż: „w Bogu wielebny imć xiądz Michał Popławski y sama ieymość pani Teresa Strawińska Michałowa Popławska... przeciwko ichmościom panom w Bogu wielebnym imści xiędzu Adamowi Rokickiemu, dziekanowi dekanatu Grodzieńskiego, tudzież w Bogu wielebnemu xiędzu Krzysztofowi Borowskiemu, komendarzowi Szudziłowskiemu, imści xiędzu Janowi Kobylińskiemu, plebanowi Sokolańskiemu skargę zanieśli... W świadectwie tym wymownym czytamy, że „od niemałego czasu różnych lat, miesięcy y dni, nie uważaiąc na prawo pospolite y na charakter kapłański, dotykaiąc słowy uszczypliwemi xiędza Michała Popławskiego, swieszczennika Samohrudzkiego... W roku teraźnieyszym 1713, miesiąca Januarii 11 dnia naiechawszy w Bogu wielebny imć xiądz Krzysztoph Borowski pierwszego razu z czeladzią y pomocnikami swemi na fundusz ichmościów panów Mościckich, na plebanię Samohrudzką, który kapłan nikomu w niczym nie był winnym, oskoczywszy z czeladzią wkoło plebanii, który nie spodziewał się ni od kogo żadnego naiazdu, w tym tedy obżałowany imć xiądz Borowski wpadszy obcesem z czeladzią do izby, zaraz porwali za łeb żałuiącego y wywlekli na podwórze. Tamże go bili, męczyli, iako sami chcieli; potym żałuiącego żona poczęła gwałtu wołać, oni tedy y samą poczęli lżyć, bić y łaiać. Usłyszawszy, sąsiedzi na ten hałas przybiegli y odratowali, co żywego, a ciepłego żałuiącego y samą. Jeszcze odieżdżaiąc srogą odpowiedź y pochwałkę uczynili, mówiąc: „Tak, chłopi-popi, ale nie iesteście wy popi, ale bambizowie!”. Jeszcze tak mówił: „Ponieważ nie ucieszylem się nad tobą teraz, ale wybiorę taki czas, że cię przyiechawszy wezmę nie iako kapłana, ale iako bombizę, y bedę cię wiązał y krępował iako sam chciał”.
Ksiądz Popławski pytał: „Com ia tobie, mości xięże, winien, co mię naieżdżasz, biiesz, morduiesz, iako sam chcesz, y ieszce pochwałki czynisz?”. Ksiądz zaś Borowski odparł: „Wtedy dowiesz się, kiedy będziesz w kaydanach siedział”...
Nie dość na tym, po pewnym czasie ksiądz Borowski ponownie zebrał niemałą grupę swych zwolenników (w tym szlachciców Sebastiana Wołkowyckiego i Andrzeja Popławskiego, najwidoczniej krewniaka księdza unickiego) „gromadą wielką” najechali plebanię Samohrudzką. Oto jak opisuje dokument archiwalny te wydarzenia: „gwałtownym sposobem, armata manu, oskoczywszy wkoło plebanii, żeby nie uciekł, w Bogu wielebny imć xiądz Krzysztof Borowski wrota kazał wyłamać. Wylamawszy wrota do budynku drzwi wybili. Samego swieszczennika porwawszy z łóżka iako iakiego złoczyńcę w samą północ tegoż roku, miesiąca Februarii 21, nie uważaiąc na charakter kapłański, w iednych chustach, iako iakiego hultaia, wziowszy, bili, mordowali, ile chcieli, tak się nad nim pastwili kanczukami, kiiami, płazami, czym kto mógł, męczyli. Nie dość tego, wsadziwszy na konia oklep w iednych chustach nogi pod konia podwiązali i popędzili przed sobą, plagi niemiłosierne daiąc. Ręce nazad zawiązali, i tak przez całą drogę kanczukowali. Przyprowadziwszy do Kamionki do wóyta, publice na górze sto kiiów kazali dać, zwoławszy całey wsi, żeby na to patrzali. Potym ukontentowawszy się wóyt, widząc, że w iednych chustach, a do tego bosego, z miłosierdzia przyodział...
Potym nie dość tego, przyprowadziwszy do Sokółki, do xiędza dziekana dali znać, żeśmy tego bombizę przyprowadzili. W tym razie wyszedszy w Bogu przewielebny iegomość xiądz Rokicki – dziekan Grodzieński, kazał sobie trzcinę przynieść, potym tą trzciną, iak wzioł bić po głowie, aż krew się z żałuiącego poczęła lać iak z wieprza. Y ieszcze nie dość tego, na cmentarzu położywszy załuiącego okrwawionego kazali sto kiiów wyliczyć y do więzienia wsadzić. Zaraz kaydany na nogi rozkazał włożyć, potym na dobrydzień y na dobranoc po czterdzieści kiiów kazał dawać”.
To jeszcze wszelako nie było kresem cierpień nieszczęsnego księdza Michała Popławskiego, ówczesny zapis informuje o dalszych jego przeżyciach: „Na rynek wyprowadziwszy w miescie Sokółce kazał (ksiądz K. Borowski) żałuiacego u słupa bić, żeby krewni nie odprosili, pewnie by go tam o śmierć (przyprawił)”. Potem rzucili do więzienia „gdzie psy zapędzali”. Żonę Popławskiego „zbili, zmordowali, za nieżywą porzucili, Pan Bóg wie, ieżeli żywa będzie, a do tego ciężarną niewiastę”...
Motywacja tych okrutnych działań pozostała niejasna, gdyż księża Borowski, Rokicki i Kobyliński na wszystkie zapytania, dotyczące Popławskiego, odpowiadali „krótko i węzłowato”: „Tak tych bambizów, którego spotkawszy gdziekolwiek, iako psów będziem zabijali”. (Akty izdawajemyje..., t. 7, s. 478-480). I kropka.
W piętnaście lat później jeden z uczestników tej mordęgi Andrzej Popławski, który na ten czas i sam został księdzem unickim, prezbiterem kościoła w Olekszycach, sam z kolei stał się ofiarą podobnych działań. Mianowicie miejscowy szlachcic Michał Cydzik wraz ze swą żoną Felicjanną z Eysymontów ukradli Popławskiemu klacz. Gdy zaś on przez znajomych upomniał się o swą własność, Cydzik z koleżkami „naiechawszy na plebanię Olekszycką, usiłuiąc samego żałuiącego imć zbić, skaleczyć, czyli też o śmierć przyprawić, którego nie zastawszy na ów czas w plebanii nie pohamowanemi słowy skomatycznemi, uszczypliwemi, honorowi kapłańskiemu zbyt szkodzącemi, tamże napadszy na niewinną niewiastę samą żałuiącą ieymość panią prezbiterową Olekszycką obcesem z konia spadszy, z biciem y fulminowaniem za warkocze porwawszy, niemiłosiernie targaiąc, po podwórzu włócząc, kolanami, nogami, podkówkami biiąc, zbił, karku nadwerędził, warkoczów mało co na głowie zostało y ledwo co żywą porzucił. Uczyniwszy dalsze na zdrowie obóyga delatorów pochwałki, sam odiechał do karczmy.
Na ostatek posypawszy sobie dobrze głowę w karczmie trunkiem różnym” zabrał pasącego się na łące „źrebca”, należacego do Popławskich i uprowadził go do swych majętności Misiewicz. (Tamże, s. 505-507).
4 października 1765 roku do pospolitego ruszenia obywateli powiatu grodzieńskiego między innymi stanęli „pan Aleksander Popławski – porucznik jego królewskiej mości, na koniu gniadym, do woyny zgodnym, z szablą, pistoletami”... oraz „jegomość pan Fabian Popławski na koniu myszatym z szablą; jegomość pan Jan Popławski na koniu białym przy szabli; jegomość pan Kazimierz Popławski z szablą, pieszy; jegomość pan Bartłomiey Popławski bez broni, pieszy” (Akty izdawajemyje..., t. 7, s. 399, 424).
W pierwszej połowie XVIII wieku Popławscy władali majątkiem Mickuny pod Wilnem, który w 1790 roku Tadeusz Popławski sprzedał Sawickiemu. Następnie rodzina ta przesiedliła się do Wieliża na Witebszczyźnie. Oficjalnie zaaprobowana genealogia z 1874 roku wymienia kolejnych przedstawicieli tego rodu: protoplasta Adam Popławski, jego syn Tadeusz, wnuk Józef oraz prawnukowie Bronisław Michał i Juliusz Józef (1845) (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 328).
Adwokat z Brześcia Jan Popławski znajdował się w 1828 roku pod nadzorem policji (CPAH Białorusi w Grodnie, f. 1, z. 2, nr 1469).
W 1829 roku Uniwersytet Wileński wydał następujące zaświadczenie: „Auspiciis augustissimi et potentissimi Imperatoris Nicolai I, Russorum Autocratoris etc. etc. etc. (...) Cum nobilis Leopoldus Michaelis filius Popławski hujus Caesareae Universitatis Litterarum Vilnensis Studiosus actualis, in Ordine Professorum scientiarum Physico-mathematicarum examen rigorosum ex Physica, Chemia, Zoologia, Botanica, Mineralogia, Mathesi sublimiori pura et applicata, Geometria descriptiva, Mechanica practica, Agronomia et Logica, subierit, atque in hoc examine diligentiam suam et processus Praeceptoribus suis adeo probaverit, ut ad formulam legis de conferendorum honorum academicorum ratione modogue die XXIII Junii Anni MDCCCXXVIII suffragiis Professorum Ordinis scientiarum Physico-mathematicarum Candidati gradum et honorem meruisse, judicaretur; Nos proinde, ea, qua pollemus, auctoritate, eumdem ornatissimum Leopoldum Popławski Candidatum in Ordine Physico-mathematico renuntiamus ac declaramus; atque X-ae Civium Classi adscriptum, cunctis juribus atgue commodis huic loco et ordini propriis eumdem gandere testamur. In cuius rei fidem Diploma hoc publicum manu nostra subscriptum sigilloque Universitatis munitum eidem dedimus.
Vilnae in Aedibus academicis A. MDCCCXXIX die XVII mensis Junii. N. 2019”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 836, s. 69).
15 września 1841 roku Wileńska Deputacja Wywodowa uznała szlachectwo Szymona i Kaspra Popławskich herbu Trzaska, mieszkańców powiatu szawelskiego. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 5, nr 526). Rodowód swój ta gałąź rodu wyprowadzała od Marcina Popławskiego, od 1690 roku właściciela gruntów Halina; genealogia wylicza jedenaście członków rodziny, należących do sześciu pokoleń.
Znajdujący się w tychże zbiorach wywód genealogiczny trocko-wiłkomierskiej gałęzi rodu (z lipca 1842 roku) przedstawia 23 reprezentantów siedmiu pokoleń rodziny Popławskich, pochodzących od Jana, właściciela Talkun w Ziemi Trockiej.

* * *

Sam generał Armii Radzieckiej i Ludowego Wojska Polskiego w następujący sposób wspominał o swym pochodzeniu i dzieciństwie: „Nie wiem, jakie losy rzuciły polską rodzinę Poplawskich na Ukrainę. Być może, kiedyś moi przodkowie uciekli przed prześladowaniami jakiegoś feudała na wolne stepy ukraińskie, a może znaleźli się tu przed wiekami, podczas najazdów polskiej szlachty na ziemie ukraińskie? Niewykluczone również, że trafiwszy do niewoli kozackiej, zadomowili się z czasem i na obcej ziemi znaleźli drugą ojczyznę. Fornale, jak wiadomo, nie przejmują się zbytnio swym drzewem genealogicznym, wobec czego nie usiłuję dać miarodajnej odpowiedzi na postawione na wstępie pytanie. Wiem tylko, że od wczesnego dzieciństwa czułem się Polakiem, przy czym nie była to wcale zasługa kościoła, w którym zgodnie z surowo przestrzeganym w mojej rodzinie obyczajem musiałem odbyć pierwszą spowiedź. Prawdę mówiąc – pierwszą i ostatnią w życiu.
Chociaż ojciec pracował od świtu do późnej nocy, bardzo trudno było mu wyżywić liczną rodzinę. Pamiętam go zawsze posępnego – uśmiech rzadko gościł na jego twarzy. Na pewno niełatwe było życie fornala. Dla dzieci ojciec był bardzo surowy, a czasem nawet wydawało mi się, że niesprawiedliwy. Było nas ośmioro. Najstarsza była siostra Zuzanna, drugie dziecko to ja, a potem kolejno: Janina, Helena, Maria, Tadeusz, Stefan i Kazimierz.
W pokoju nad drzwiami zawsze wisiała rózga. Nieraz miałem okazję poczuć jej piekące jak ogień uderzenia. Najczęściej bowiem mnie się obrywało. Być może dlatego, że byłem niespokojnym, krnąbrnym dzieckiem. Wydawało mi się wtedy, że ojciec jest dla mnie wyjątkowo srogi.
Dopiero później zrozumiałem rzeczywiste przyczyny jego surowości, spowodowanej nadmiernym ciężarem tułaczego życia oraz na wpół niewolniczą zależnością od obszarników, u których pracował.
Nie znalazłszy szczęścia podczas długiej tułaczki po Podolu, ojciec przed wybuchem pierwszej wojny światowej przeniósł się wraz z całą rodziną w Kijowskie i przyjął służbę u bogatego ziemianina Dachowskiego, właściciela ogromnych folwarków w powiecie lipowieckim. Mieszkaliśmy wtedy we wsi Chejłowo, w jednym z trzech folwarków Dachowskiego. Oprócz Chejłowa posiadał on majątek z obszernym parkiem i pałacem w Leskowie oraz dobra ziemskie w małej, niepozornej wsi Matwieicha, słynącej jedynie z lasu, który rokrocznie dostarczał wiele metrów sześciennych dębowego i grabowego drzewa na chłopskie sanie.
W samym Chejłowie miał Dachowski cztery tysiące dziesięcin ziemi, a jego posiadłości ciągnęły się dziesiątki wiorst. Opowiadania o ogromnych bogactwach dziedzica zmusiły mnie po raz pierwszy do zastanowienia się nad ciężkim życiem naszej rodziny. Surowość ojca zaczęła stawać się dla mnie bardziej zrozumiała.
Wkrótce miałem skończyć piętnaście lat. Byłem chudy, wysoki, ale wydawałem się młodszy, może z powodu wypłowiałych na słońcu włosów, przypominających kolorem suchą słomę. Nosiłem krótkie spodnie, sięgające nieco poniżej kolan, takie jak polscy chłopcy, w odróżnieniu od ukraińskich, których łatwo było poznać po długich portkach.
Chociaż miałem już tyle lat, byłem prawie analfabetą. Polskie dzieci mogły się uczyć tylko w wiejskich szkołach parafialnych – innych zresztą tu nie było – i to pod warunkiem, że będą chodziły na lekcje katechizmu, którego uczył miejscowy pop.
– Niedoczekanie, żeby moje dzieci uczyły się u popa! – irytował się ojciec, gdy rozmowy zahaczały o sprawę nauki. – Nigdy na to nie pozwolę!
Ojciec był człowiekiem religijnym. Mimo przepracowania, każdej niedzieli wybierał się do odległego o osiem wiorst kościoła. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek opuścił niedzielne nabożeństwo.
Matka, w przeciwieństwie do ojca, nie należała do najbardziej pobożnych, aczkolwiek przestrzegała wszystkich tradycji, świętowała wszystkie uroczystości kościelne. Rozmawiała z nami po polsku. Była kobietą o łagodnym usposobieniu, dobrą, bardzo czułą. Pamiętam ją zawsze czymś zajętą, najczęściej przy plecionej z prętów wierzbowych kołysce, w której darł się wniebogłosy kolejny dzieciak. Kołysząc go cichutko nuciła:

Lulaj, mój sokole,
Jasne oczka zmruż,
Śpią już ptaszki, śpi już myszka,
Zaśnij, mój pieszczoszku, śpijże już.

W długie zimowe wieczory, często do północy, matka w słabym świetle kaganka ślęczała nad igłą. Wciąż coś szyła, cerowała. Nie tylko obszywała własną, liczną rodzinę, ale szyła także dla innych, dorabiając w ten sposób parę groszy. Nieraz zasypiała nucąc polską piosenkę:

Rosła kalina z liściem szerokim,
Nad modrym w gaju rosła potokiem,
Drobny deszcz piła, rosę zbierała,
W majowym słońcu liście kąpała...

Miłość matki wspominam jako coś najjaśniejszego w mym niełatwym dzieciństwie. Mocno tuliłem się do niej, gdy spracowaną, szorstką ręką głaskała moją rozwichrzoną czuprynę. Najczęściej zdarzało się to po oberwaniu od ojca kolejnego lania. Milcząco uspokajała mnie szlochającego, pieściła, nie wypowiadając przy tym ani jednego przykrego słowa pod adresem ojca. Później przynosiła jajko dopiero co wyjęte spod kury i dawała mi je, jak gdyby to był największy przysmak.
Czasem wychodziłem z matką do ogródka przed domem. Nasz dom, podobnie jak wszystkie sąsiednie, stanowił własność obszarnika. Nasze były tylko kwiaty, troskliwie pielęgnowane przez matkę. Piękne, jaskrawoczerwone i jasnoniebieskie, rosły wzdłuż ogrodzenia, przyciągając wzrok przechodniów. Po kolorowych rabatkach rozpoznawano nasz dom.
– Pytacie o dom Popławskich? Niedaleko karczmy, tam gdzie pełno kwiatów...
Po matce odziedziczyłem sentyment do kwiatów. Nawet w trudne lata wojny na przeoranej pociskami ziemi zbierałem na wpół spalone polne kwiaty i przyozdabiałem nimi frontową ziemiankę, zawsze wspominając przy tym staruszkę matkę...
Nadarzyła mi się jednak okazja poznania pisma. Nauczył mnie tej sztuki mój najlepszy przyjaciel – Nestor Stieżko. Był o kilka lat starszy ode mnie i uczył się w podstawowej szkole w pobliskim miasteczku Monastyryszcze.
Nestor był chłopakiem chorowitym i może dlatego nad wiek poważnym i niezwykle „uczonym”. Stał się moim pierwszym w życiu nauczycielem. Tak się zapaliłem do nauki, że nieraz całymi godzinami przesiadywałem pod domem Nestora, czekając na jego powrót ze szkoły. Po kilka godzin dziennie ślęczałem nad podręcznikami. Przynosił mi różne książki, które dosłownie połykałem.
Książki i serdeczne rozmowy z Nestorem odkrywały przede mną nowy, nieoczekiwanie bogaty świat. Zacząłem uważnie przyglądać się wszystkiemu, co mnie otaczało.
Kilka lat później uczestniczyłem w pogrzebie Nestora. Umarł na galopujące suchoty. Niosłem na cmentarz trumnę. Nad jego grobem po raz pierwszy jako dorosły człowiek płakałem. Po powrocie z cmentarza czułem się w pewnym sensie osierocony.
Moim uniwersytetem było życie. Chociaż po rewolucji lutowej uczyłem się w szkole ludowej, otwartej w tych samych Monastyryszczach, czytanie ulubionych książek, a także samo życie dało mi znacznie więcej niż dwie klasy, które zdążyłem ukończyć.
Chejłowo – to duża wieś położona na wzgórzu, skąd roztaczał się piękny widok na pański staw (w którym nie tylko nie wolno było łowić ryb, lecz nawet kąpać się), na rosnące równym rzędem topole, niby uszykowane do defilady wojsko, na rozpływające się za horyzontem soczyście zielone łąki...
Pod wieczór, gdy ostatnie promienie zachodzącego słońca złociły czubki jesionowych koron, a na granatowiejącym niebie pozostawały tylko czerwonopomarańczowe smugi, ponad wiejskimi sadami płynęły skoczne i tęskne ukraińskie i polskie piosenki. W jednym końcu wsi zbierali się chłopcy. Stamtąd dolatywały słowa:

Zakukowała ta sywa zozula
Rano w ranci na zori,
Zapłakały chłopci-mołodci
Hej, hej w turećkij newoli-tiurmi...

Na drugim zaś końcu dziewczęta śpiewały swą ulubioną piosenkę: Oj, chmelu mij, chmelu, chmełu zełeneńkyj... Wieczorem rozbrzmiewały we wsi pełne zadumy pieśni o ciężkiej doli kobiecej, o nie odwzajemnionej miłości...
Niebawem jednak chłopcy i dziewczęta zbierali się razem i wtedy nad zasypiającą już, cichą wsią niosło się echo wspólnie śpiewanych piosenek.
Do tej rozśpiewanej młodzieży przyłączali się także młodsi spośród jeńców austriackich, którzy znaleźli się w Chejłowie. Wykorzystywano ich tutaj jako siłę roboczą do uprawiania ziemi obszarniczej. Mieszkali w jednym specjalnie dla nich wydzielonym czworaku fornalskim i mogli się poruszać swobodnie, bez nadzoru.
Dom jeńców stał tuż obok naszej chałupy, toteż razem z wieloma kolegami spędzałem u nich prawie cały wolny czas. Jeńcy umieli grać na organkach, bałałajkach i mandolinach. Byli to prości, wiejscy chłopcy. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, dlaczego nazywano ich wrogami. Fornale pracowali w zgodzie z jeńcami na polu, w podwórzu, w stajni.
W tym czasie również i mnie zaprzęgnięto w obszarnicze jarzmo.
– Staszek, pójdziesz orać pod buraki cukrowe. Założysz do pługa siedem koni i będziesz je popędzać.
– A kto za pługiem? – zapytałem.
– Ten jeniec, Polak...
W ten sposób zawarłem znajomość z Janem Nowakiem, Polakiem, żołnierzem armii austriackiej, który wkrótce stał się moim oddanym przyjacielem i nauczycielem. Zastąpił mi zmarłego Nestora.
Dobrze mi się pracowało z Janem. Znał się świetnie na roli; można się było od niego wiele nauczyć. – Co robiliście w domu? – zapytałem go kiedyś. Rozmawialiśmy po polsku.
– To samo co tutaj – odpowiedział. – Różnica polega tylko na tym, że tam pracowałem na pana hrabiego Potockiego, a tu na pana Dachowskiego. Na jedno wychodzi.
– I tam także są panowie?
– Są, chłopcze. Panowie są wszędzie.
Od tej pory Jan był ze mną bardziej szczery. Dowiedziałem się od niego o rozbiorach Polski, o tym, jak kajzerowskie Niemcy, Austria i carska Rosja uciskają naród polski. Opowiadał mi o uroku polskich miast, najwięcej o Krakowie, gdzie się urodził. Głęboko zastanawiałem się nad jego słowami, nie mogłem jednak w żaden sposób pojąć, jak to jest, że Polacy, ludzie jednej narodowości, noszą mundury różnych armii i walczą jedni przeciw drugim.
– Janie – pytałem – czy pan Dachowski wie, że jesteście Polakiem? Czy pomaga wam? Przecież on także jest Polakiem!
– Pan jest przede wszystkim panem, a my obaj chłopi. Pan zawsze będzie popierał pana.
– Czy Kraków to piękne miasto? – wypytywałem swojego przyjaciela.
– Piękne, ale i tam prostym ludziom nie jest lepiej. Fornalom wszędzie jednakowo źle. Tutaj, w niewoli, żyję niewiele gorzej niż u swego Potockiego...
Nowak chwilę myślał, a później zniżył głos:
– Tylko nie powtarzaj tego nikomu. Przyjdzie czas, że i naród polski będzie gospodarzem na swojej ziemi.
Rozmowy z Janem to pierwsze lekcje mojej edukacji politycznej.
Złote ręce miał ten człowiek – wszystko potrafił zrobić. I piec postawić, i miednicę zalutować, i pług lub bronę naprawić. Wkrótce stał się ulubieńcem całej wsi. Był po prostu rozchwytywany. Wszystko robił chętnie i z humorem; żartując potrafił wyrażać swoje wolnomyślne poglądy, które znajdowały żywy oddźwięk wśród chłopów.
Pośrodku Chejłowa, na małym placyku, stały obok siebie cerkiew i karczma, a w sąsiednim Leskowie pałac obszarnika Dachowskiego.
W przededniu wojny dziedzic znalazł się w Austrii i tam został internowany. Lecz po upływie roku, nie wiem, jakimi drogami, powrócił do swego majątku. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że ciężary wojny ponosi przede wszystkim prosty lud, a panowie – choć z przeciwnych stron linii frontu – zawsze znajdą wspólny język.
Wkrótce stary pałac ożywił się. Stajnie zapełniły się wierzchowcami. Dachowski był namiętnym wielbicielem koni i jego stajnie wysoko ceniono na zagranicznych torach wyścigowych.
Z dziecinnym zachwytem patrzyłem na harcujące konie, na dżokejów ubranych w jaskrawe wdzianka, i wtedy krystalizowały się moje marzenia. Kiedyś marzyłem o tym, by służyć zawodowo w wojsku. Pragnienie to zrodziło się we mnie jeszcze wówczas, kiedy przyjechał do nas w gościnę brat matki – artylerzysta – ubrany w cudowny, jak mi się wydawało, mundur carskiego żołnierza. Ale gdy zobaczyłem pana i jego gości galopujących na długonogich ogierach, chciałem za wszelką cenę zostać dżokejem.
Kawalkada jeźdźców szybko jednak znikała z oczu, pozostawiając za sobą tumany kurzu. Bosonodzy chłopcy odprowadzali ich chciwym wzrokiem. Otwierała się żelazna brama i wszystko znikało za wysokim murem z czerwonej cegły.
Niezwykle tajemniczy wydawał mi się ten piętrowy pałac z wieżyczkami wystającymi ponad murem. Ogromnie pragnąłem znaleźć się tam kiedyś i choć przez chwilę popatrzeć na nieznany świat bogactwa. Pewnego dnia los uśmiechnął się do mnie.
Zdarzyło się to podczas polowania na przepiórki. Zbliżał się koniec żniw, koszono ostatnie łany żyta. Przepiórki zwykle kryją się na zagonach niezebranego zboża. Polowanie odbywa się bardzo prosto. Myśliwi zajmują dogodne stanowiska, a dzieciarnia z krzykiem i gwizdem biega między zbożem, płosząc ptaki. Myśliwi strzelają i skoszone śrutem przepiórki spadają, poruszając nieporadnie skrzydełkami.
Dachowski przyjechał z licznymi gośćmi. Kilkunastu myśliwych podniosło dubeltówki. Dziedzic skinął ręką. Malcy skoczyli w zagony. Upolowane ptaki składano u stóp dziedzica.
– Co to za chłopak? – zapytał Dachowski wskazując ręką na mnie. – Dobrze biega.
– Przecież to syn Hilarego Popławskiego, proszę pana – usłużnie odpowiedział ekonom.
– Za to, że tak szybko biega, wziąć go do biura. Niech biega jako goniec.
Pańska wola została spełniona przy radosnej aprobacie moich rodziców; za tę służbę miałem otrzymywać skromniutkie wynagrodzenie. Zacząłem więc biegać po całym folwarku, przekazując codziennie wiele różnych poleceń i zarządzeń. Posługiwał się mną każdy, kto miał na to ochotę, do lokajów włącznie.
– Staszek, leć do stajni!
– Biegiem, Staszek, do młyna!
– Migiem odszukaj pana rządcę!
Wieczorem dokuczał mi ostry ból w nogach, piekła skóra na plecach, posiniaczona od ciągłych klapsów, których nie szczędził mi sam Dachowski i jego liczna służba.
Teraz rzadko kiedy miałem okazję widywać przyjaciela, rozmawiać z nim o Polsce, o ciężkim życiu fornala. Podczas krótkich, przypadkowych spotkań Jan dodawał mi otuchy, obdarowywał jabłkami, którymi częstowały go wdzięczne za pomoc gospodynie.
Pewnego razu udało mi się wśliznąć do wciąż dla mnie niedostępnego, a otoczonego tajemnicą pańskiego pałacu. Był piękny letni wieczór, nad wsią płynęły dźwięczne melodie dziewczęcych piosenek, gdy do biura nadeszła depesza z wiadomością, że koń ze stajni Dachowskiego zwyciężył w zawodach hipicznych w Jelizawetgradzie. Księgowy, przeczytawszy depeszę, krzyknął:
– Hej, Staszek, gdzie jesteś, psiakrew! Piorunem leć do pałacu z depeszą! Pański koń zwyciężył w Jelizawetgradzie!
Polecenia nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Co sił w nogach rzuciłem się w kierunku żelaznej furtki, która tym razem otworzyła się przede mną. Znalazłem się we wspaniałym parku. W dole błyszczał duży staw z zieloną wysepką pośrodku. Ileż tam było różnych kwiatów! Gazony i klomby najrozmaitszych kształtów okalały wejście do pałacu. Oszołomiony rozglądałem się dokoła, wchłaniając woń kwitnących roślin.
Nie wiem, jak długo stałem w miejscu, napawając wzrok niecodziennym widokiem. Wyprowadziło mnie z osłupienia szczekanie psów. Kiedy ochłonąłem, zobaczyłem pana Dachowskiego idącego alejką, otoczonego sforą psów. Miał na sobie jedwabny szlafrok, przepasany złotym sznurem. Rzucał do góry kawałki cukru, zabawiając się zręcznością swoich ulubieńców. Pomyślałem sobie wtedy, że u nas w domu nie zawsze bywa cukier do herbaty, że ojciec nigdy nie pozwala sobie na wrzucanie go do filiżanki i nawet w najlepszych czasach pije gorzką herbatę, trzymając tylko w ustach odrobinę cukru.
– Czego tu szukasz? – huknął na mnie towarzyszący panu lokaj.
– Depesza do jaśnie wielmożnego pana – odpowiedziałem.
– Daj ją! – wyciągnął rękę Dachowski.
Przeczytał, uśmiechnął się zadowolony. Spojrzał na mnie i krzyknął:
– Marsz stąd! Biegiem, psiakrew!
Od tego czasu nic mnie już nie ciągnęło do pańskiego pałacu. Wiedziałem, że mieszka tam zły człowiek. Pojęcie „bogacz” stało się dla mnie synonimem słowa „okrutny”.
– Ucz się, Stasiu. Wiele jeszcze się dowiesz – mówił Jan Nowak, kiedy zwierzałem mu się ze swych przeżyć.
Niebawem w Rosji nastąpiła zmiana reżymu z kapitalistycznego na socjalistyczny.
Choć ziemię poobszarniczą po 1917 roku przydzielono wielu biedniejszym rodzinom, w tym Popławskim, uprawa jej nie była rzeczą prostą. Brakowało koni, inwentarza, wreszcie też rąk do pracy. W tej nieznośnej sytuacji Stanisław Popławski postanowił zaciągnąć się do wojska, by zarobić przynajmniej na własne utrzymanie i odciążyć ojca. W końcu zapisał się ochotniczo na szeregowca do Armii Czerwonej. We wspomnieniach o tym ciekawym okresie swego życia napisze:
Był niezapomniany rok dziewiętnasty. Z naszego Chejłowa dopiero co wyniosła się jedna z licznych band grasujących na Ukrainie, tzw. tiutiunnikowcy. Tu i ówdzie fruwało jeszcze pierze oskubanych kur, roznosił się zapach przypalonej szczeciny zakłutych świń, słychać było zawodzenie lamentujących bab. Koło karczmy chłopi rozprawiali o niedawnym napadzie, przeklinali swój nieszczęsny los.
Tylko dzieci, które szybko zapominają o przeżytym strachu i niepokoju, bawiły się przy grobli nad stawem. Głodne i bose biegały po polu, bawiąc się w wojnę z bandytami. Pamiętam, że nikt nie chciał być bandytą. Wszyscy chcieli być „czerwonymi” i to wywoływało więcej sporów i bójek niż sama zabawa.
Nagle ktoś krzyknął:
– Patrzcie!
Na wzgórzu ukazał się jeździec. Później drugi, trzeci. Było ich kilkudziesięciu. Stali w miejscu, jakby się naradzali.
– Leć, powiedz ludziom, żeby się chowali! – krzyknąłem do jednego z chłopców. – Reszta do rowu! – rozkazałem chyba po raz pierwszy w życiu. Nie spuszczaliśmy jeźdźców z oka. Niedobrze... Ruszyli w kierunku naszej wsi. Za chwilę byli już przy nas. Siedzieliśmy cicho, bardzo wystraszeni. Ale co to? Czyżby mi się przewidziało? Czyżby naprawdę na ich czapkach widniały czerwone gwiazdy? Tak! Dostrzegłem też czerwone naszywki na wyłogach kołnierzy.
– Czołem, chłopcy! – krzyknął wesoło pierwszy z jeźdźców. – Czego tu siedzicie?
– Patrzymy... – odpowiedział któryś z naszych chłopaków.
– A wy kto? – ośmielił się drugi.
– My Armia Czerwona!
– E tam... – mruknął chłopak niedowierzająco.
– Nie wierzycie? – żołnierze roześmieli się. – Pewnie niemało bandziorów przeszło przez waszą wieś. Proszę, jacy oberwani!... A banda Tiutiunnika także była?
– Poszli już... Czy wy na pewno jesteście czerwoni?
– Popatrzcie – żołnierz wskazał na wzgórze, na którym pojawiła się kolumna piechoty. – Pułk idzie.
Nigdy jeszcze nie mieliśmy okazji oglądać całego pułku Armii Czerwonej. Przechodziły wprawdzie tędy pojedyncze pododdziały i grupki czerwonoarmistów, ale nigdy cały pułk.
Zapominając o naszym naiwnym maskowaniu się, wybiegliśmy na drogę. Naprzeciwko jechał powóz na ogumionych kołach. Na koźle siedział młody żołnierz z karabinem na plecach. Z trudem utrzymywał rwącą naprzód parę pięknych, dobrze odkarmionych karych koni. Z tyłu siedział mężczyzna o okrągłej, pogodnej twarzy. Miał na sobie ciemne ubranie półwojskowego kroju i buty z cholewami. Jego zgrabną postać przecinały mocno ściągnięte pasy. Na jednym zwisała torba polowa, na drugim rewolwer w drewnianym futerale. Powóz zatrzymał się koło kawalerzystów. Słyszeliśmy, jak jeden z żołnierzy mówił do siedzącego w powozie: „Towarzyszu dowódco pułku!”. To jeszcze bardziej spotęgowało naszą ciekawość.
Nagle dowódca zwrócił się do nas:
– Podejdźcie tutaj – a widząc, że nikt nie rusza się z miejsca, wskazał palcem na mnie i dodał: – Chodź no tu, blondasie.
Przezwyciężając nieśmiałość zrobiłem kilka kroków.
– Coś ty za jeden?
– Tutejszy.
– A gdzie mieszkasz?
– Tam – wskazałem ręką w kierunku wsi.
– A tatulo gdzie? W bandzie?
– Nie... w domu. Ojciec jest fornalem. – Wiedziałem już, że czerwoni są po stronie biednych.
– No, to zawieź, chłopcze, gości do domu!
Wdrapałem się na siedzenie obok czerwonoarmisty.
– Jedziemy, Piotrze Aleksiejewiczu! – powiedział dowódca.
Czyżbym się przesłyszał? Dowódca pułku zwracał się do woźnicy, jak do równego sobie. Zdawałoby się, że to drobiazg, ale to dało mi pierwsze pojęcie o stosunkach panujących w armii, która walczyła o nowy porządek na świecie.
– Podobają ci się konie? – zapytał Piotr Aleksiejewicz.
Byłem tak przejęty tym, co zobaczyłem i usłyszałem, że nawet nie odpowiedziałem. Ocknąłem się dopiero, kiedy Piotr Aleksiejewicz podał mi lejce. Popędziłem konie i w jednej chwili znaleźliśmy się przed naszą chatą. Na widok wojskowego mama zbladła.
– Mamo, nie bój się – szepnąłem. – To czerwony, on nam nic nie zrobi. To dowódca pułku – dodałem, ale wątpię, czy zrozumiała, co to znaczy.
– Dzień dobry, gospodyni! – powiedział dowódca i wyciągnął na powitanie rękę. – Nie będę przeszkadzał? – zapytał uprzejmie.
– Prosimy bardzo – odparła matka czerwieniąc się, bo nie przywykła do takiego traktowania przez wojskowych, którzy przedtem u nas stacjonowali.
Dowódca pułku nazywał się Taran. Pamiętam dobrze. Tak nazywali go żołnierze, dowódcy, łącznicy. Imię natomiast wyleciało mi z pamięci.
Wieczorem zebrał się u nas tłum ludzi. Taran chętnie rozmawiał z chłopami. Mówili ciągle o tym samym: o ziemi, o władzy radzieckiej, o bandach kułackich grasujących w okolicy.
Nie odrywałem oczu od naszego gościa, chwytałem każde jego słowo. Zauważyłem, że nawet ojciec uważnie przysłuchuje się rozmowom o władzy radzieckiej, o bolszewikach. Wiedziałem, że nie jest przeciwny władzy radzieckiej, ale też nie opowiada się za nią zdecydowanie. Jego największym pragnieniem było posiadanie własnego gospodarstwa, własnej ziemi. Bolszewicy mówili wprawdzie, że ziemię oddadzą chłopom, ale czy rzeczywiście tak będzie?
W końcu ojciec zdecydował się i zadał Taranowi pytanie:
– Powiedzcie, towarzyszu, jak będziemy żyć bez obszarników?
W odpowiedzi usłyszał: „Kto nie pracuje, ten nie je”.
Widziałem, że ojciec był bardzo poruszony. Przez całe swoje życie – miał już pod sześćdziesiątkę – przyzwyczaił się do odwrotnej sytuacji: pan nie pracował i jadł, chłop natomiast pracował, ale nie jadł.
Do późnej nocy dowódca pułku rozmawiał z chłopami. Odtąd wiele ludzi zaczęło zastanawiać się nad swym dotychczasowym życiem. W przyszłości wielu z nich wzięło aktywny udział w tworzeniu władzy radzieckiej.
Po raz pierwszy moje rodzinne Chejłowo uznało człowieka z karabinem za swego obrońcę.
Co tu ukrywać, większą część wolnego czasu spędzałem z Piotrem Aleksiejewiczem, którego wszyscy nazywali Pietrucha. Wyręczałem go w pracy przy koniach: sam je czyściłem, karmiłem i poiłem. Miałem w tym ukryty cel. Kiedy przekonałem się, że grunt został odpowiednio przygotowany, przystąpiłem do realizacji swego planu.
– Pietrucha – zacząłem go błagać – weź mnie ze sobą.
– Ojciec cię nie puści.
– Ucieknę.
– Tak nie można – uciął dyskusję.
Niebawem pułk odszedł w kierunku Monastyryszcz.
Z żalem słuchałem dochodzącej stamtąd artyleryjskiej kanonady i wspominałem ludzi z czerwonymi gwiazdkami, którzy stali mi się tak bliscy. Cała wieś wspominała ich ciepło i serdecznie.
Mijały dni żołnierskiej służby, pełne kłopotów, radości, smutków i niebezpieczeństw.
W 1924 roku, po ukończeniu szkoły pułkowej, pełniłem służbę nadterminową. Zostałem wówczas mianowany szefem szkoły pułkowej 295 pułku piechoty 99 dywizji.
Stacjonowaliśmy wówczas w Czerkasach, pięknym, zielonym mieście nad Dnieprem. Mieszkaliśmy w koszarach. Cały czas poświęcałem służbie, dużo czytałem, najchętniej książki o tematyce historycznej, zwłaszcza o wojnie domowej, a także te, które mówiły o ojczyźnie moich przodków, o Polsce, do której miłość obudził we mnie austriacki jeniec, Jan Nowak.
Cofając się myślą w przeszłość, musze przyznać, że los był dla mnie łaskawy. Już w pierwszych latach służby wojskowej spotkałem wielu wybitnych i ciekawych ludzi – uczciwych, szlachetnych, szczerze oddanych sprawie socjalizmu. Szanowałem ich i starałem się naśladować, i to, być może, odegrało pewną rolę w mym życiu i wpłynęło na dalsze moje losy.
Jednym z nich był dowódca 99 dywizji, Kazimierz Kwiatek. Cóż może łączyć wchodzącego w życie chłopca z zahartowanym w walce klasowej warszawskim proletariuszem? A jednak Kazimierz Kwiatek stał się moim przyjacielem i nauczycielem; przyjaźń ta napełniała mnie dumą, żywiłem podziw dla tego nieustraszonego rewolucjonisty, mądrego dowódcy, taktownego i serdecznego człowieka.
Koszary szkoły pułkowej znajdowały się w pobliżu sztabu dywizji. Kazimierz Kwiatek bywał u nas często zarówno w godzinach zajęć, jak i w czasie odpoczynku.
W tych latach oficerowie sztabu – członkowie partii – nie tworzyli odrębnej organizacji i należeli do podstawowej organizacji partyjnej poszczególnych pododdziałów. Dowódca dywizji był członkiem organizacji partyjnej przy szkole pułkowej. Dzięki temu nie tylko znał każdego słuchacza z nazwiska, ale wiedział, jakie maja oni osiągnięcia w nauce, w czym się wyróżniają, kim chcą zostać. Przy każdym spotkaniu z dowódcą poznawaliśmy nowe szczegóły z jego niezwykle bogatej przeszłości. Przychodził czasem wieczorem do świetlicy, gdzie zbieraliśmy się, aby poczytać, pograć w szachy i domino, pośpiewać. Siadał na krześle pod oknem, dawał znak ręką, żeby nie wstawać, i zaczynał mówić o ostatnim strzelaniu albo manewrach. Ale to był tylko wstęp. Później można go było pytać o wszystko.
Wiedzieliśmy, że urodził się w Warszawie w 1888 roku i że ma trzydzieści sześć lat. Był średniego wzrostu, krępy, barczysty i sądząc z tego, co przeżył, chyba niebywale silny. Z wyrazistych rysów jego twarzy przebijała jakaś duma. Badawcze spojrzenie ciemnych oczu i rudawe, lekko obwisłe wąsy potęgowały to wrażenie. Ale skoro tylko Kwiatek zaczynał z kimś szczerą rozmowę, rysy twarzy łagodniały, oczy patrzyły ciepło, po ojcowsku. Kochał nas jak synów i widać było, że rozmowa z nami sprawia mu przyjemność. Łączyło nas i to, że dowódca był synem polskiego robotnika, poznał biedę i krzywdę ludzką, pracował w niejednej kopalni i fabryce.
– A ty, szefie, skąd jesteś? – spytał mnie któregoś dnia Kwiatek. – Też z Polski?
– Ja z Ukrainy. Ojciec był fornalem w majątku Dachowskich.
– Mówisz po polsku?
– Mówię.
– A ja powoli zapominam. Zamyślił się chwilę i mówił dalej:
– Niedługo minie dwadzieścia lat, jak wywieźli mnie żandarmi z Warszawy zakutego w kajdany.
– W kajdany? – nie mogliśmy ukryć zdumienia. Kwiatek nie zwracał uwagi na naszą dość naiwną reakcję i ciągnął dalej:
– Wy będziecie szczęśliwsi od nas, chłopcy! Przed wami staną otworem wszystkie drogi. Przyjmijcie dobrą radę: uczcie się. To, czego mnie nie udało się zdobyć w młodości, powinniście osiągnąć wy. Nie mogłem skończyć szkoły, wyrzucili mnie. Za co? Nie zdjąłem czapki przed księdzem. Na lekcji przypomniał mi o tym: złapał za włosy i tak szarpnął, że gwiazdy stanęły mi przed oczami. Nie wytrzymałem i rąbnąłem go w brzuch. Za to mnie wyrzucili.
– A gdzie uczyliście się potem, towarzyszu dowódco?
– W więzieniu...
Z ogromnym zainteresowaniem i wzruszeniem słuchaliśmy opowiadań naszego dowódcy, jakbyśmy czytali porywającą opowieść o rewolucyjnej walce klasy robotniczej z carskim despotyzmem.
Pamiętam, opowiadał nam kiedyś o próbie zamachu na ówczesnego warszawskiego generała gubernatora Maksymowicza 6 maja 1906 roku (według starego kalendarza).
– Nasza dziesiątka – mówił Kwiatek – stała niedaleko miejsca zamachu. Osłanialiśmy ucieczkę towarzysza Dzierzbickiego, który miał rzucić bombę. Ale nie udało się. Wyśledzili go szpicle i chcieli aresztować. Wówczas rzucił sobie bombę pod nogi i bohatersko zginął. Ostrzeliwując się, wycofaliśmy się.
– Ile lat siedzieliście w więzieniach? – zapytał go kiedyś jeden ze słuchaczy.
– Prawie jedenaście.
– A w kajdanach?
– Sześć.
Opowiadanie dowódcy rozbudzało w nas myśli o bohaterstwie rewolucjonistów, o ofiarach ponoszonych przez klasę robotniczą w krwawej walce z caratem i kapitalizmem, o tym, jak wierni synowie proletariatu stali się dowódcami Armii Czerwonej.
Byłem dobrym szefem kompanii, bodaj najlepszym w dywizji. Często na różnych zebraniach zasiadałem w prezydium obok Kwiatka. Byłem z tego dumny i nie spuszczałem oczu z ukochanego dowódcy. Na jego piersi błyszczał Order Czerwonego Sztandaru. W tym czasie niewielu dowódców miało tak wysokie odznaczenie...
Marzyłem o kontynuowaniu nauki i pragnąłem wstąpić do Szkoły Czerwonych Dowódców w Charkowie. Jednakże za mało umiałem i komisja, ku mojej wielkiej rozpaczy, nie zatwierdziła złożonego raportu. (...).
W 1929 roku poznałem Maję, córkę agronoma – Polaka. Pokochaliśmy się i wkrótce została moją żoną. O wiele łatwiej było mi teraz przezwyciężać piętrzące się trudności. Któż ich nie miał w czasie długich lat służby i któż nie wie, jak cenna jest pomoc i rada bliskiej osoby. Maja, opanowana i rzeczowa, potrafiła dodać mi otuchy w najcięższych chwilach, nierzadko łagodziła moją porywczość. Już ponad czterdzieści lat idę przez życie z moim wiernym przyjacielem, towarzyszem i doradcą. (...).

Ukończyłem akademię w 1938 roku, w pierwszej dziesiątce najlepszych, i zostałem na uczelni wykładowcą taktyki ogólnej oraz języka polskiego. Początkowo nie byłem zachwycony tą decyzją; bardzo chciałem znaleźć się w jednostce liniowej. Dopiero po kilku latach zrozumiałem, jak wiele dała mi praca w akademii. Pogłębiłem zdobyte wiadomości, przyswoiłem sobie sztukę podejmowania szybkich i trafnych decyzji, nauczyłem się też cenić pracę sztabów i ich doniosły wpływ na rozwój sytuacji na polu walki. Wszystko to uświadomiłem sobie w pełni, dopiero kiedy znalazłem się w jednostce.
Nauczanie jeżyka polskiego pomogło mi lepiej opanować język moich przodków, poznać polską literaturę klasyczną. Jeszcze w Chejłowie czytałem powieści Sienkiewicza, ale w przekładzie rosyjskim. Teraz mogłem je czytać w oryginale, poznać piękno mowy polskiej, a co najważniejsze, zapoznać się z burzliwymi dziejami bohaterskiego narodu. Rozczytywałem się w „Potopie”, w „Ogniem i mieczem”, „Panu Wołodyjowskim”, „Krzyżakach” i innych dziełach Sienkiewicza”...

Po ukończeniu Akademii Wojskowej im. M. W. Frunze S. Popławski pozostał na tejże renomowanej uczelni w charakterze wykładowcy, gdyż jego znakomite uzdolnienia, pracowitość, erudycja i szczere usposobienie budziły szacunek we wszystkich ludziach, którzy go poznali. Rokował wielkie nadzieje jako przyszły nauczyciel akademicki.
Okres 1940-1941 spędził na stanowisku szefa działu operacyjnego dywizji. Wojnę ZSRR z Niemcami rozpoczął w charakterze dowódcy pułku, później szefa sztabu i dowódcy dywizji w składzie frontów: Zachodniego, Kalinińskiego oraz 3 i 1 Białoruskiego, w latach 1943-1944 był dowódcą korpusu armijnego.
W 1944 roku generał S. Popławski został odkomenderowany przez władze ZSRR do Wojska Polskiego, powstałego na terenie tego kraju. We wrześniu-grudniu 1944 dowodził 2 Armią WP, następnie, do września 1945, 1 Armią WP.
Przeszedł długi i bohaterski szlak bojowy od Rosji do Niemiec, przez Litwę i Polskę, a w jego znakomitej książce wspomnień pt. Towarzysze frontowych dróg znalazł się również opis tego, jak wojska sowieckie zajmowały w 1944 roku polską Wileńszczyznę.
Po rozgromieniu nieprzyjaciela na Białorusi wojska 3 Frontu Białoruskiego otrzymały nowe zadanie: wykonać uderzenia na Wilno i Lidę, opanować te miasta, a następnie sforsować Niemen i uchwycić przyczółek na jego zachodnim brzegu.
Nasza 5 armia działała na kierunku głównego uderzenia. Tempo natarcia było wyjątkowo wysokie. Nieprzyjaciel stawiał słaby i niezbyt zorganizowany opór rozproszonymi siłami nadciągających nowych dywizji i resztkami cofających się zdziesiątkowanych sił, czepiając się wszystkich dogodnych rubieży, rzek, jezior i większych miejscowości. W związku z tym już pod koniec dnia 7 lipca oddziały przydzielonego 5 armii 3 korpusu zmechanizowanego gwardii, którym dowodził generał lejtnant W. Obuchow, zbliżyły się do Wilna od północnego wschodu. Jednocześnie wojska 5 armii pancernej gwardii pod dowództwem marszałka wojsk pancernych P. Rotmistrowa dotarły do południowego odcinka zewnętrznej rubieży obrony miasta. Od wschodu nadciągnął 65 korpus piechoty generała majora G. Pieriekriestowa. Od północnego zachodu Wilno było oskrzydlone przez oddziały 72 korpusu piechoty generała majora A. Kazancewa.
Do chwili rozpoczęcia walk o Wilno 45 korpus piechoty, nacierający w drugim rzucie armii, wspólnie z litewskimi, polskimi i białoruskimi partyzantami oczyszczał teren z wałęsających się na tyłach rozproszonych grup nieprzyjaciela. Przy aktywnej pomocy partyzantów i ludności zadanie to było wykonywane pomyślnie. Litwini bardzo gościnnie witali naszych żołnierzy, dzielili się żywnością, z własnej inicjatywy naprawiali drogi i mosty, podejmowali się roli przewodników, dawali podwody do przewożenia różnych ładunków.
W ciągu trzech lat „gospodarowania” na ziemi litewskiej hitlerowcy dopuścili się licznych zbrodni. Realizując barbarzyński plan „Ost”, okupant uśmiercił ponad 700 tysięcy ludzi, co stanowiło około jednej czwartej całej ludności tej republiki. W późniejszym okresie niedaleko Wilna, w miasteczku Ponary, znaleziono groby masowe przeszło 100 tysięcy ludzi. W jednym z fortów w Kownie hitlerowcy uśmiercili ponad 80 tysięcy ludzi radzieckich.
Kierowany przez komunistów miłujący wolność naród litewski stanął do walki z najeźdźcą hitlerowskim. W 1944 roku na terytorium Litwy działało 67 oddziałów i grup partyzanckich o różnej liczebności.
Ostatnie dwa akapity spośród przytoczonych powyżej wspomnień Popławskiego niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Po pierwsze, bowiem to nie „hitlerowcy”, lecz Litwini wymordowali w Ponarach ponad 120 tysięcy cywilów, nie żadnych „ludzi radzieckich”, lecz obywateli Polski, około 100 tysięcy Żydów, 20 tysięcy Polaków (w tym około tysiąca młodzieży gimnazjalnej Wilna). Po drugie, żaden „naród litewski” nie stanął „do walki z najeźdźcą hitlerowskim”, Litwa bowiem wystawiła po stronie Trzeciej Rzeszy 120-tysięczną armię ochotniczą, której co prawda Niemcy na front nie skierowali, uważając, że do tego się nie nadaje (generał Oeler uważał, że – cytujemy – „Bałtowie to najbardziej tępa i prymitywna rasa Europy”, i dlatego marni żołnierze), ale na całego używano do walki z ludnością pokojową na terenach okupowanej Europy Wschodniej w akcjach pacyfikacyjnych, masowych mordach na Żydach, Polakach, Białorusinach. Antyniemiecki ruch partyzancki na Litwie organizowali Polacy, Żydzi, Rosjanie i Białorusini, m.in. w odpowiedzi na bestialstwa litewskich oddziałów specjalnych. Nie dziwi więc, że jeden z dokumentów AK z 1943 roku stwierdzał, że Lietuvisi to „niezdrowy i nieliczny naród, lecz barbarzyński i zdemoralizowany lud, który jest nieświadomą zabawką w rękach wrogów Polski.

* * *

W dalszym ciągu swych żołnierskich wspomnień generał Stanisław Popławski pisał: Walki o Wilno przybrały na zaciętości. Dowództwo hitlerowskie przywiązywało do tego miasta wielką wagę, toteż przekształciło je w potężny węzeł obrony, osłaniający podejścia do Prus Wschodnich. W rejonie miasta znajdowały się poważne siły. Wycofywały się tu również resztki dywizji rozgromionych na Białorusi, przerzucano także wojska z innych odcinków frontu.
Jak wynikało z zeznań jeńców i zdobytych dokumentów, w obronie miasta uczestniczyły oddziały i pododdziały dziesięciu dywizji piechoty, trzech dywizji ochrony i dywizji pancernej, trzech samodzielnych pułków piechoty i dwóch pułków policji, szturmowy batalion SS, cztery samodzielne bataliony piechoty, trzy bataliony saperów oraz pewne pododdziały specjalne. Siły te liczyły co najmniej 12-15 tysięcy żołnierzy, ponad 300 dział i moździerzy, około 50-60 czołgów i dział pancernych. Garnizon był zaopatrzony w amunicję i żywność wystarczającą na dłuższy czas.
Jeszcze przed nadejściem wojsk radzieckich nieprzyjaciel zatrudnił przy budowie urządzeń obronnych swoje wojska oraz wszystkich zdolnych do pracy mieszkańców miasta, przekształcając je w twierdzę. Od strony wschodniej, w pagórkowatym terenie, przygotowane zostały rowy o pełnym profilu, osłonięte zaporami z drutu kolczastego i polami minowymi. Poważną przeszkodą dla nacierających wojsk radzieckich była tu również rzeka Wilejka. Od północy i zachodu miasto osłaniała rzeka Wilia. Jej strome brzegi, zwłaszcza w części północnej, były trudne do pokonania nie tylko dla czołgów i artylerii, lecz nawet dla piechoty. Klasztory i kościoły znajdujące się na lewym brzegu rzeki, zbudowane z kamienia i cegły, stanowiły doskonałą osłonę dla broniących się w nich hitlerowców. W samym mieście wszystkie większe budynki murowane przekształcone zostały w punkty oporu; wszystkie ulice znajdowały się pod ogniem krzyżowym i skrzydłowym. W centrum miasta urządzono stanowiska ogniowe dla artylerii i moździerzy, które mogły prowadzić ogień w dowolnym kierunku i ześrodkowywać go na zagrożonych odcinkach. Innymi słowy, był to „twardy orzech”. 7 lipca przybył tu samolotem generał leutnant Stachel z rozkazem Hitlera: „Utrzymać Wilno za wszelką cenę”.
Ale dla żołnierzy radzieckich nie istniały przeszkody nie do pokonania. Wojska 3 korpusu zmechanizowanego gwardii wdarły się na północno-wschodnie przedmieścia. Nacierające od czoła oddziały 65 korpusu piechoty rozpoczęły szturm przedmieść wschodnich. 72 korpus piechoty zakończył okrążenie Wilna od północnego zachodu, i zachodu, odcinając hitlerowcom drogi odwrotu.
Wojska 45 korpusu piechoty, po forsownym marszu, w godzinach rannych 8 lipca ześrodkowały się mniej więcej w odległości 60 kilometrów na południowy wschód od Wilna. W tym dniu zamierzano dać żołnierzom zasłużony odpoczynek, uzupełnić zapasy amunicji i materiałów pędnych, podciągnąć tyły. Jednak w połowie dnia ze sztabu armii nadszedł rozkaz: ogłosić alarm i natychmiast maszerować w kierunku Wilna.
Korpus przypominał poruszone mrowisko. Mimo zmęczenia ludzie robili wszystko w wielkim pośpiechu. Wszystkim dodawała energii wiadomość, że idziemy wyzwalać stolicę Litwy. Trzeba podkreślić, że aparat polityczny dywizji i korpusu, organizacje partyjne i komsomolskie poinformowały żołnierzy o bestialstwach hitlerowców, jakich dopuścili się oni na Litwie i w samym Wilnie. Żołnierze byli wzburzeni. Wszyscy pałali chęcią niezwłocznego uwolnienia ludzi radzieckich z hitlerowskiej niewoli.
W celu szybkiego przerzucenia korpusu wykorzystano nie tylko etatowe środki transportu, lecz również zdobyczne samochody. Miejscowi chłopi proponowali użycie przechowanych przez nich koni, sami ładowali na wozy amunicję, żywność, różne mienie wojskowe. Miedzy innymi dzięki ich pomocy znaleźliśmy się w wyznaczonym rejonie przed czasem.
Już w drodze otrzymałem rozkaz, aby z marszu zaatakować wileńskie zgrupowanie Niemców od południowego wschodu i rano 9 lipca wziąć udział w szturmie miasta.
Czołowa 159 dywizja piechoty w tym samym dniu nawiązała styczność bojowa z nieprzyjacielem i późnym wieczorem wszczęła walkę na południe od Wilna. O świcie nadeszły oddziały 338 i 184 dywizji piechoty. Wkrótce wyjaśniło się, że nieprzyjaciel wykorzystując pozostawanie w tyle wojsk nacierających na prawo od 5 armii, utworzył dość silne zgrupowanie i przeszedł do natarcia od północy, usiłując odblokować garnizon wileński. Stanowiło to poważne niebezpieczeństwo, ponieważ na prawym skrzydle 3 korpus zmechanizowany gwardii był całkowicie zaangażowany w walkach w samym mieście.
Dowódca armii zdecydował zawrócić na północ 251 i 277 dywizję piechoty, które miały zająć obronę i odeprzeć natarcie nieprzyjaciela. W celu wzmocnienia 72 korpusu piechoty miałem przekazać mu 338 dywizję piechoty. Dywizja ta siłami jednego pułku prowadziła walkę o południowo-zachodnie przedmieście Wilna, a pozostałe pułki przeprawiła w nocy przez Wilię i wyszła na rubież Orany, Rowy.
Nasze rozpoznanie lotnicze nagle wykryło ruch kolumn piechoty i czołgów nieprzyjaciela od północnego zachodu, od stacji Koszedary na Iwje, śpieszących z odsieczą garnizonowi wileńskiemu. Zgodnie z rozkazem dowódcy armii rzucono przeciwko nim naszą 184 dywizję piechoty, wzmocnioną pułkiem 97 dywizji oraz liczną artylerią przeciwpancerną. W rejonie zagajników na północ i północny zachód od Buchty i Dolnej jej oddziały zagrodziły drogę nieprzyjacielowi i zadały mu ciężkie straty w sile żywej i czołgach. Tak więc hitlerowcom nie udało się przebić do Wilna również od północy.
W mieście nadal trwały zacięte walki uliczne. W zasadzie walczyły tu 144, 371 i 97 dywizja piechoty, 3 korpus zmechanizowany gwardii, pułk 184 dywizji piechoty i większa część artylerii 45 korpusu piechoty, ustawiona do strzelania na wprost, w tym również działa wielkich kalibrów.
Hitlerowcy bronili się rozpaczliwie. Wszystkie budynki przekształcili w punkty oporu przystosowane do obrony okrężnej. Miasto było zasnute dymem palących się zabudowań i czołgów. Wstrząsały nim ogłuszające wybuchy pocisków, granatów moździerzowych i bomb lotniczych. Bez przerwy ujadały karabiny i pistolety maszynowe, wybuchały ręczne granaty.
Chcąc uniknąć wielkich strat i zniszczeń, dowództwo 5 armii jeszcze 10 lipca zaproponowało hitlerowcom poddanie się. Jednak nie złożyli oni broni nawet wówczas, gdy radzieckie oddziały przedarły się do centrum miasta, a próby odblokowania okrążonego garnizonu zakończyły się niepowodzeniem. Lotnictwo dostarczało otoczonym wojskom amunicję i żywność. W rejonie zagajnika na południe od Pogrundasu zrzucono nawet desant, liczący około 600 żołnierzy. Ale desant ten w zasadzie został unieszkodliwiony jeszcze w powietrzu, resztę zaś ujęły pododdziały 371 i 184 dywizji piechoty.
11 lipca wileńskie zgrupowanie hitlerowców zostało rozcięty na dwie części, z ośrodkami oporu w rejonie wiezienia i obserwatorium astronomicznego. Ataki grup szturmowych wzmocnionych artylerią i miotaczami płomieni nieprzyjaciel wciąż odpierał. Pomogli nam lotnicy. W ciągu jednego dnia wykonali 370 lotów, zrzucając tylko w rejonie więzienia około 90 ton bomb, w tym 18 jednotonowych. W nocy z 12 na 13 lipca zdemoralizowany nieprzyjaciel skapitulował. Natomiast z rejonu obserwatorium trzema grupami, liczącymi w sumie około 1000 ludzi, przedarł się do południowo-zachodniego przedmieścia i ukrył w lesie na północny wschód od Nerowa. Ale tam hitlerowcy zostali ponownie okrążeni i niemal wszyscy zginęli.
Po sześciodniowych zaciętych walkach nad Wilnem załopotały zwycięskie flagi. W czasie walk wojska 5 armii zlikwidowały ponad 7000 hitlerowców, a 5200 wzięły do niewoli. Zdobyły przy tym 156 sprawnych dział, 48 moździerzy, 291 karabinów maszynowych, 7000 karabinów i pistoletów maszynowych, 28 czołgów i dział pancernych, 1100 samochodów, 100 motocykli, 8 radiostacji, 500 koni, wiele składów z amunicją, żywnością i różnym mieniem wojskowym.
W czasie walk o Wilno znów zetknąłem się z Polakami.
Rankiem 10 lipca wracałem ze 184 dywizji do sztabu korpusu. Musiałem się zorientować, jak dojechać do chutoru, do którego miał się w tym czasie przenieść sztab. Nikogo z miejscowych mieszkańców po drodze nie spotkałem, nie miałem więc się kogo zapytać.
Nagle zobaczyłem w przydrożnym lasku liczną grupę uzbrojonych ludzi. Żołnierze siedzieli w grupkach pod drzewami. Wartownicy z pistoletami maszynowymi przechadzali się wzdłuż szosy. Zwróciłem uwagę, że niektórzy z nich byli ubrani po cywilnemu, choć nosili pasy wojsko­we. Na głowie mieli rogatywki. Początkowo myślałem, że to jakaś jednostka z Armii Polskiej generała Berlinga, ale wygląd żołnierzy nie wskazywał na to.
Wezwałem jednego z wartowników. Podszedł, stanął na baczność, zasalutował. Zapytałem go, jak można dojechać do wsi, której szukałem.
– Nie wiem, panie generale – powiedział po polsku. – Nie jestem tutejszy.
Zbliżyło się jeszcze dwóch żołnierzy. Jeden z nich był w polskim mundurze z dystynkcjami kapitana i w rogatywce. Przedstawił się.
Powtórzyłem pytanie i otrzymałem wyczerpującą odpowiedź. Widać było, że doskonale zna swój rejon.
– Co to za jednostka? – zapytałem.
– Dwudziesta dywizja Armii Krajowej.
– A wy kim jesteście?
– Dowódcą batalionu.
Rozmawialiśmy po polsku. Wzbudziło to zainteresowanie żołnierzy, którzy zaczęli gromadzić się wokół samochodu i przysłuchiwać naszej rozmowie.
– Co tu robicie?
– To jest rejon ześrodkowania naszej dywizji.
– A gdzie walczyliście?
– Do czasu okrążenia Wilna przez Armię Czerwoną działaliśmy na tyłach Niemców.
– A teraz?
– Otrzymaliśmy rozkaz zaprzestania działań bojowych.
– Czyj to rozkaz? Od kogo?
– Od rządu.
– Jakiego rządu?
– Rządu londyńskiego.
– To przecież nonsens! Teraz, kiedy zwycięstwo jest już blisko, wy składacie broń?
Popatrzyłem na stojących wokół nas żołnierzy, na ich przygnębione twarze i spuszczone oczy.
– Czekamy na rozkazy, panie generale... – głos kapitana brzmiał niepewnie.
Później dowiedziałem się, że w ramach realizacji planu „Burza” okręgi AK Wilno i Nowogródek wystawiły 1, 19 i 20 dywizję piechoty AK. W ostatnich dniach czerwca 1944 roku dowódca połączonych sił AK okręgu wileńskiego i nowogródzkiego, pułkownik Aleksander Krzyżanowski, pseudonim „Wilk”, dał rozkaz skoncentrowania głównych sił AK na południe od Wilna, w rejonie: Turgiele, Dziewieniszki, Ejszyszki. Z przybyłych oddziałów utworzono trzy zgrupowania: „Jaremy”, „Pohoreckiego” i „Węgielnego”. Ale na rozkaz polskiego rządu emigracyjnego wojska te nie angażowały, się do walki. Na co liczono? Najwidoczniej chodziło tu wyłącznie o demonstrowanie roszczeń do obszarów teraz należących do ZSRR. Zaniechano aktywnej walki z hitlerowcami, ściągano wojska na tereny wyzwolone już przez Armię Czerwoną, uważając je za własne.
Po przybyciu do chutoru spotkała mnie miła niespodzianka. Sztab korpusu rozlokował się w domu polskiej rodziny.
Słońce już zachodziło, złocąc promieniami wierzchołki drzew i dachy rozsianych aż po sam horyzont chałup. Były to chutory chłopskie, powstałe jeszcze za czasów caratu, chyba w okresie reakcji stołypinowskiej.
Dom, w którym mieścił się sztab, był tak mały, że większość moich oficerów ulokowała się w namiotach, łącznościowcy zaś zainstalowali swoje aparaty w rowach. Wchodząc do mieszkania usłyszałem polską mowę. Przywitała mnie starsza kobieta o bardzo bladej, wychudzonej twarzy.
– Prosimy, panie generale – powiedziała po polsku, dowiedziawszy się widocznie od oficerów sztabu, że jestem Polakiem.
– Dobry wieczór – odpowiedziałem.
Niech się pan poczęstuje... Czym chata bogata – gospodyni wniosła na dużej patelni jajecznicę oraz dzban zimnego mleka.
Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że od rana nic nie jadłem. Poczęstunek spożyłem więc z wielkim apetytem.
– Smakowało? – zapytała gospodyni, zabierając wytartą do czysta patelnię i pusty dzban.
– Bardzo. Dziękuję.
Z rozmowy dowiedziałem się, że gospodyni mieszka w chutorze z dwiema córkami i maleńkim synkiem.
– A gdzie mąż? – zapytałem.
– Niemcy rozstrzelali – kobieta nie mogła powstrzymać łez. – Był nauczycielem... Polakiem.
Prawdopodobnie pogłoski o generale mówiącym po polsku dotarły do miejscowej ludności polskiej, wkrótce bowiem wokół naszego domu zaczęli się gromadzić mieszkańcy sąsiednich chutorów.
Usiedliśmy na ganku. Wywiązała się ożywiona rozmowa, wywołując, oczywiście, ogromne zainteresowanie wśród żołnierzy ochrony sztabu, łącznościowców i kierowców. Rozpoczęła się ona od skargi pewnego staruszka, który żalił się na akowców, że zarekwirowali mu konia.
– Niech pan rozkaże, żeby mi go zwrócili – domagał się staruszek.
Kiedy powiedziałem mu, że AK nie podlega Armii Radzieckiej, uporczywie powtarzał:
– Przecież jest pan generałem i pana rozkaz muszą wykonać.
Zacząłem opowiadać zebranym o Armii Polskiej, która formowała się w ZSRR. Chłopi coś niecoś słyszeli, ale mieli o niej fałszywe zdanie. – To przecież Sowieci – odpowiadali – a nie Polacy.
– A górnik Aleksander Zawadzki? Czy to nie Polak?
– Słyszeliśmy... Tylko że to jest wojsko niepolskie...
– Kto wam takich głupstw naopowiadał?
– Słuchaliśmy radia londyńskiego.
Zrozumiałem, że propaganda rządu londyńskiego i tutaj posiała swe zatrute ziarno. Podległe mu ekspozytury krajowe nie tylko nie myślały o aktywnej walce z wycofującymi się Niemcami, lecz starały się ludzi od niej odciągnąć i wzniecić nienawiść do Związku Radzieckiego i odrodzonego Wojska Polskiego.
Próbowałem wyjaśnić swoim rozmówcom te sprawy. Pod koniec rozmowy wydawało mi się, że sporo z tego zrozumieli.
Natarcie 5 armii trwało. W zasadzie rozwijało się ono w najgorętszym okresie walk o Wilno. Prowadzono je przede wszystkim siłami 45 korpusu piechoty – 338 i 159 dywizji piechoty, wspartych 958 pułkiem dział pancernych oraz oddziałami artylerii przeciwpancernej. Po udaremnieniu prób odblokowania garnizonu wileńskiego, podejmowanych przez niemiecką piechotę i czołgi na północny zachód od miasta, wojska radzieckie w zaciętej walce posuwały się na zachód – w kierunku Niemna, w pasie Jeznas, Punia, Alitus, na południowy wschód od Kowna. W miarę zbliżania się do Niemna opór nieprzyjaciela wzrastał. Po kontratakach poszczególnych grup, wzmocnionych czołgami i działami pancernymi, zaczął on wprowadzać do walki świeże jednostki, przerzucane z Niemiec i mniej aktywnych odcinków frontu. Dowództwo hitlerowskie podejmowało rozpaczliwe kroki w celu umocnienia rubieży Niemna i Szeszupy – ostatnich przeszkód wodnych na drodze do Prus Wschodnich. Na zachodnim brzegu Niemna przeciwko wojskom 3 Frontu Białoruskiego hitlerowcy ześrodkowali ponad 10 dywizji piechoty i dywizji pancernych oraz kilka samodzielnych brygad. W skład tego zgrupowania wchodziła również dywizja pancerna SS „Totenkopf”, przerzucona tu z rejonu Jass, oddziały 19 dywizji pancernej ściągnięte z Holandii, 242 i 174 dywizja piechoty sprowadzone z Niemiec, 260, 57, 299 i 214 dywizja piechoty oraz inne związki taktyczne odtworzone po rozgromieniu ich przez wojska radzieckie w poprzednich walkach.
Znaczne siły przeciwstawiały się również 45 korpusowi piechoty, zwłaszcza nad Niemnem. Ciężka artyleria nie­miecka zamykała dostęp do rzeki. Lotnictwo, działając grupami po 15-20 samolotów, bombardowało kolumny naszych wojsk i ostrzeliwało je z broni pokładowej. Jednak 338 i 159 dywizje piechoty mimo wszystko posuwały się do przodu. W nocy z 13 na 14 lipca dotarły do Niemna i korzystając z ciemności czołowymi oddziałami sforsowały rzekę w rejonie Puni. 184 dywizja, po rozgromieniu nieprzyjaciela na północny zachód od Wilna, pod koniec dnia forsownym marszem dotarła do rejonu walk o Niemen i ześrodkowała się w rejonie Junczyonisa. Rozpoczęły się ciężkie walki o utrzymanie i poszerzenie przyczółków na zachodnim brzegu Niemna.
Sukcesy bojowe 45 korpusu piechoty wysoko oceniła Kwatera Główna Naczelnego Dowództwa, nadając mu zaszczytne miano „Niemeńskiego”. Wszystkie dywizje przedstawione zostały do odznaczenia orderami. Wielu oficerów, podoficerów i szeregowców za męstwo i odwagę wykazane w walkach o Witebsk i Wilno także przedstawiono do odznaczeń.
W połowie sierpnia korpus znów przeszedł do natarcia z zadaniem osiągnięcia rubieży rzeki Szeszupy i granicy pruskiej. Działania zaczepne poprzedzone zostały rozległymi przygotowaniami natury materiałowo-technicznej i politycznej. Podciągano tyły, wojska otrzymywały amunicję, przeprowadzano remont sprzętu, rozpoznawano nieprzyjaciela. Wykonując zadania oddziału politycznego korpusu, wydziały polityczne dywizji rozwinęły odpowiednią pracę polityczną. We wszystkich organach dowodzenia, oddziałach i związkach taktycznych odbyły się narady aktywu partyjnego, zebrania organizacji partyjnych i komsomolskich, wiece. Ich celem było przygotowanie stanów osobowych do przełamania silnej obrony nieprzyjaciela i jak najszybszego dotarcia do granicy Niemiec. „Wpędzić faszystowską bestię do jej legowiska!” – takie było gorące pragnienie żołnierzy, dowódców i pracowników politycznych.
Dobrze zapamiętałem przebieg narady aktywu partyjnego w 184 Duchowszczyńskiej Dywizji Piechoty, odzna­czonej Orderem Czerwonego Sztandaru i Orderem Suworowa II stopnia, w której uczestniczyłem wraz z zastępcą szefa oddziału politycznego korpusu, majorem Leonidowem. „Z nową siłą uderzymy na wroga całą potęgą nasze­go oręża, zadamy mu druzgocący cios” – mówili występujący na naradzie. (...).

15 sierpnia o godzinie 12.00 rozpoczęło się potężne przygotowanie artyleryjskie. Po zrzuceniu bomb przez nasze lotnictwo 184 i 159 dywizje 45 Niemeńskiego Korpusu Piechoty przeszły do natarcia. Jako pierwszy ruszył do przodu 1 batalion 262 pułku piechoty, na czele ze swoim dowódcą kapitanem Koczniewem i jego zastępcą do spraw politycznych kapitanem Kostenką. Żołnierze jednym skokiem pokonali strefę ognia zaporowego, wdarli się do okopów i opanowali je. Szczególnie wyróżniła się kompania starszego lejtnanta Dudkina. Jeden z jej plutonów oczyszczał transzeję z hitlerowców, inne zaś podążyły do przodu, nie dając pozostałym możliwości umocnienia się w drugiej transzei. Nieprzyjaciel w popłochu pierzchnął, porzucając karabiny maszynowe i baterię sprawnych dział. Szef artylerii pułku, kapitan Łoskutow, niezwłocznie odwrócił jed­no z dział i otworzył z niego ogień do uciekających hitlerowców. Równie pomyślnie nacierały oddziały 338 dywizji piechoty. Jednakże w miarę posuwania się w głąb obrony nieprzyjaciela jego opór wzrastał. Hitlerowcy bez przerwy kontratakowali. Z meldunków dowódców dywizji można było wywnioskować, że nieprzyjaciel podciąga odwody, wprowadza do walki czołgi i działa pancerne, w tym również najnowsze – „Tygrysy”, „Pantery” i „Ferdynandy”. Mimo to wojska radzieckie, odpierając liczne kontrataki, niepowstrzymanie parły ku granicy państwowej.(...).
Jako pierwsze stanęły nad graniczną rzeka Szeszupą pododdziały 294 i 297 pułku piechoty – bataliony kapitanów Jurgina i Gubkina. W walce na granicy szczególnie wyróżniły się kompanie starszego lejtnanta Jewdokimowa i starszego lejtnanta gwardii Zajcewa. Dzielni żołnierze tych kompanii, którzy pierwsi stanęli na granicy i utrzymywali tę rubież do chwili nadejścia sił głównych ich pułków, zostali przedstawieni do odznaczeń. Należeli do nich: z 297 pułku – lejtnant Ałybajew, starsi sierżanci Postnikow i Kapłun, sierżanci Kostin i Anjaman, szeregowcy Mawrin, Kasjanienko, Timoszenko, Kozyriew; z 294 pułku piechoty – starszy sierżant Pietrow, szeregowcy Alimow, Duchowski i Pietrowski. Dowódca batalionu, kapitan Gieorgij Gubkin, oraz dowódca kompanii, starszy lejtnant Wasyl Zajcew, którzy wykazali szczególne męstwo w walce o uchwycenie rubieży granicy państwowej, zostali przedstawieni do nadania im tytułu Bohatera Związku Radzieckiego. Za przełamanie silnie umocnionej nadgranicznej rubieży obrony tytuł ten otrzymało również wielu innych oficerów, podoficerów i szeregowców. Ponad 1200 osób odznaczono orderami i medalami.
Rozwijając powodzenie wojska korpusu na kilku odcinkach sforsowały Szeszupę i uchwyciły przyczółki na jej zachodnim brzegu, już na terenie Prus Wschodnich. Wkrótce – zgodnie z rozkazem – przeszliśmy na przyczółkach do obrony; budowano przeprawy w celu podciągnięcia ciężkiego sprzętu. Żołnierze korzystali z wypoczynku, który im się bardzo przydał, od chwili bowiem rozpoczęcia operacji białoruskiej przebyli w nieustannych walkach ponad 700 kilometrów. Zaczęliśmy przygotowywać rubieże wyjściowe, z których korpus przeszedł potem do natarcia, uczestnicząc w operacji wschodniopruskiej.
Aby uniknąć strat od ognia dalekonośnej artylerii i lotnictwa nieprzyjaciela, pułki okopywały się, podciągały tyły, przyjmowały uzupełnienie i sprzęt bojowy, uzupełniały zapasy amunicji.
W chłodny, wrześniowy poranek w czasie inspekcji dywizji wszedłem do schronu dowódcy 184 dywizji piechoty, generała majora Basana Gorodowikowa, i serdecznie się z nim przywitałem. Wysoki, zgrabny, z czarną czupryną i pysznymi wąsami, energiczny, zawsze się wesoło uśmiechał, ukazując dwa rzędy olśniewająco białych zębów, kontrastujących z jego opaloną twarzą. Nieco skośne, mądre oczy błyszczały taką nie ukrywaną radością życia, że zarażały entuzjazmem każdego, kto się z nim zetknął.
– Witaj, wodzu – zażartowałem. – Co słychać?
– U Gorodowikowych zawsze wszystko w porządku – odpowiedział wpadając w wesoły ton.
Była to aluzja do bojowych tradycji jego rodziny, a równocześnie uzasadniona duma ze swojej dywizji, która wyróżniła się w czasie odpierania ostatniego przeciwuderzenia nieprzyjaciela.
Usiedliśmy nad mapą i sprecyzowaliśmy zadania dywizji, która w systemie obrony korpusu zajmowała bardzo ważny kierunek.
Ze wzgórza, gdzie znajdował się punkt obserwacyjny, dobrze było widać cały odcinek obrony. Zamierzaliśmy właśnie wyjść ze schronu, aby pewne sprawy ustalić bezpośrednio w terenie, gdy niespodziewanie telefonista zameldował, że sztab armii wzywa mnie do aparatu.
Podniosłem słuchawkę i usłyszałem głos dowódcy armii, Kryłowa:
– Przekażcie natychmiast dowództwo korpusu swojemu zastępcy i zameldujcie się na stanowisku dowodzenia sztabu armii. Następnie udacie się do Moskwy, do Głównego Zarządu Kadr.
– Rozkaz! – to było wszystko, co mogłem odpowiedzieć.
To nagłe wezwanie było dla mnie zagadką. Snułem różne przypuszczenia. Możliwość skierowania, do szeregów Wojska Polskiego zajmowała wśród nich nieostatnie miejsce.
W warunkach frontowych przekazanie dowództwa nie zabiera wiele czasu, toteż jeszcze tego samego dnia zameldowałem się na stanowisku dowodzenia armii. Ziemianka dowódcy armii przypominała tysiące innych ziemianek dowódców pułków i dywizji. Nikołaj Iwanowicz, człowiek z natury skromny, nie budował sobie podziemnych apartamentów, tym bardziej że obrona nad rzeką Szeszupą nie mogła być długotrwała.
– Tak więc, Stanisławie Hilarowiczu – powiedział dowódca armii – rozstajemy się. Jesteście Polakiem, a więc będziecie służyć w Wojsku Polskim. Wiem, że spodziewaliście się tego.
Przypomniałem sobie, jak jeszcze w październiku 1943 roku do mojego schronu wszedł szef sztabu korpusu i zameldował:
– Dzwonili z armii, prosili o podanie nazwisk oficerów polskiej narodowości.
– To o co chodzi? Przekażcie!
Spojrzał na mnie pytająco.
– Czy podać mnie?... Oczywiście.
I oto stało się.
Zjedliśmy razem z Nikołajem Iwanowiczem obiad, wypiliśmy po kieliszku za przyszłe sukcesy bojowe Wojska Polskiego, po przyjacielsku wspominając minione dni i wspólne bitwy z wrogiem. Na pożegnanie życzyliśmy sobie wzajemnie wszystkiego najlepszego.
Po wyjściu z ziemianki odetchnąłem pełną piersią i rozejrzałem się dokoła. Zrobiło mi się jakoś bardzo smutno na myśl, że już nigdy nie ujrzę frontowych przyjaciół i że zamknął się jeszcze jeden rozdział mego życia. Jak potoczą się dalsze moje losy?...
Na lotnisku czekał już samolot i po pięciu godzinach wylądowałem w Moskwie, gdzie oczekiwał mnie oficer z Głównego Zarządu Kadr. Sprawa jest widocznie pilna, pomyślałem. I rzeczywiście. Od razu pojechaliśmy do zarządu.
– Przeczytajcie – powiedziano mi tam, podając jakiś dokument.
Był to rozkaz Naczelnego Dowódcy Radzieckich Sił Zbrojnych, marszałka Stalina, o skierowaniu mnie, na prośbę PKWN, do Wojska Polskiego. Rozkaz polecał „udać się niezwłocznie na miejsce służby”.
Wieczorem przyjął mnie szef Sztabu Generalnego, generał armii Antonow.
– Obejmiecie stanowisko w jednej z armii Wojska Polskiego...
– Jednej z armii? – przerwałem mimo woli.
– Tak. W miarę wyzwalania terytorium Polski formują się tam polskie siły zbrojne... O piątej rano odlecicie do Lublina. Życzę powodzenia.
A więc stało się!
Owładnęły mną sprzeczne uczucia: smuciłem się i cieszyłem równocześnie. Smuciłem się, ponieważ opuszczałem Armię Radziecką i ludzi bliskich mi i drogich. Jednocześnie zaś cieszyłem się, że powierzono mnie – komuniście i Polakowi – zaszczytne zadanie uwalniania od faszystów ziemi polskiej, na której żyli niegdyś moi przodkowie.
Spotkanie z rodziną, która w tym czasie wróciła już do Moskwy, było krótkie, o wiele krótsze, niż bym sobie tego życzył. O świcie znalazłem się już na lotnisku. Padał ulewny deszcz. Chmury wisiały nisko, zdawało się, że tuż nad samą ziemią.
– Lecimy? – zapytałem pilota.
– Tak jest, towarzyszu generale.
Samolot wzniósł się w powietrze i skierował na zachód.

* * *

W ciągu dalszych walk z hitlerowcami i ich sojusznikami Stanisław Popławski brał udział w wielu decydujących starciach między wojskami radzieckimi i polskimi z jednej strony, a niemieckimi, holenderskimi i innymi z drugiej, w których uczestniczyły gigantyczne masy siły żywej i techniki, niespotykane nigdy na taką skalę w dziejach ludzkości. Druga wojna była zresztą pod tym względem zjawiskiem wyjątkowym, Tylko np. bitwa powietrzna o Anglię trwała od 15 sierpnia do 31 października 1940 roku. Niemiecka Luftwaffe miała do dyspozycji 2355 samolotów, a tym około 900 myśliwców. Na skutek bombardowań zniszczono około 20 proc. powierzchni mieszkalnej Londynu, zabito 42 tys. jego mieszkańców, a 111000 odniosło rany. W tej bitwie Niemcy stracili 1733 samoloty (247 z nich zestrzelili piloci polscy), a lotnictwo brytyjskie – tylko 733. Są to liczby imponujące, a przecież na Froncie Wschodnim, gdzie z Niemcami walczył wspólnie żołnierz polski i radziecki, zarówno masa siły żywej, jak i techniki była wielokrotnie większa niż na Zachodzie. I tutaj też rozstrzygały się losy drugiej wojny światowej – także dzięki męstwu żołnierzy i mądrości ich dowódców.
Do najdonioślejszych zdarzeń II wojny światowej należały walki o przełamanie Wału Pomorskiego, potężnego systemu obronnego stworzonego przez Niemców na terenie Polski północnej. O tych walkach Stanisław Popławski opowiedział w rozdziale pt. Przez bunkry i pola minowe swej książki:
W bitwie o Wał Pomorski armia nasza zdawała swój najtrudniejszy egzamin w tej wojnie. Trzech Polaków ze Związku Radzieckiego – generałów Wojska Polskiego – spędziło tu wiele bezsennych nocy: szef sztabu armii, generał brygady Wsiewołod Strażewski, mój zastępca, generał brygady Marek Karakoz, no i ja – dowódca 1 armii Wojska Polskiego. Pochyleni nad mapami operacyjnymi bądź ze słuchawką telefoniczną przy uchu przeżywaliśmy tu chwile radości i niepowodzeń.
Zanim przejdę do opisu przebiegu bitwy, muszę zaznaczyć, że przełamanie Wału Pomorskiego przez 1 armię rozpoczęło się wtedy, gdy armie radzieckie wchodzące w skład 1 Frontu Białoruskiego i działające bardziej na południe znajdowały się już nad Odrą. Fakt ten, oczywiście, nie mógł nie mieć wpływu na zdolność obronną wojsk nieprzyjaciela. Jednocześnie muszę podkreślić, że umocnienia Wału Pomorskiego stanowiły bardzo trudną przeszkodę do pokonania.
Niemieckie dowództwo rozpoczęło budowę potężnie ufortyfikowanego pasa obrony na granicy wschodniej jeszcze w 1934 roku. W owym czasie niemiecki sztab generalny gorączkowo przygotowywał plany wojenne i rozbudowywał silne umocnienia na granicy z Polską. Wtedy też powstawał Wał Pomorski, powiązany od południa z międzyrzeckim rejonem umocnionym.
Dzisiaj, po upływie przeszło ćwierć wieku od chwili zakończenia wojny, można dokładnie określić cele, do których dążyło dowództwo hitlerowskie. Wał Pomorski stanowił ważne ogniwo w całym systemie ufortyfikowanego pasa obrony na wschodzie hitlerowskich Niemiec. Spełniał on zadanie osłony koncentracji wojsk hitlerowskich przeznaczonych do agresywnych działań na wschodzie. Jednocześnie Wał Pomorski pełnił funkcję rubieży obronnej na kierunku berlińskim. Dlatego też, gdy wojska radzieckie zbliżyły się do terenów niemieckich, dowództwo faszystowskie przystąpiło do modernizowania i doskonalenia urządzeń obronnych na wale oraz do budowy dodatkowych umocnień.
Dokładne usytuowanie wszystkich urządzeń obronnych mogliśmy szczegółowo poznać dopiero po przełamaniu tej pozycji. Do tego momentu Wał Pomorski był dla nas całkowitą zagadką. Nawet sztab 1 Frontu Białoruskiego nie dysponował dokładniejszymi danymi. Wszystkie potrzebne informacje trzeba było zdobywać w czasie walk – przez wszechstronne rozpoznanie i z zeznań jeńców.
Wał Pomorski składał się z trzech rubieży obrony.(...)
Bitwa rozpoczęła się 5 lutego 1945 roku....
Moje pododdziały uderzały w tym rejonie, który generał Kieniewicz wskazał na mapie. O godzinie 16.00 podeszły do szosy na północ od folwarku Dobrzyca. Ich atak stanowił dla nieprzyjaciela całkowite zaskoczenie. W związku z tym do niedostatecznie obsadzonego folwarku skierował on dodatkowe oddziały, odsłaniając tym samym centrum i prawe skrzydło swego ugrupowania. Niestety, generał Kieniewicz spóźnił się trochę z wprowadzeniem do walki drugiego rzutu, co Niemcy skwapliwie wykorzystali. Dwie kompanie hitlerowskie wykonały gwałtowny kontratak na odcinku przełamania batalionów i odcięły je od głównych sił 4 dywizji. W tym krytycznym momencie walki major Murawicki stracił łączność radiową z dowódcą pułku.
Tymczasem dowódca 11 pułku piechoty, pułkownik Kondratowicz, nie orientując się, co się stało z jego dwoma batalionami, postanowił w południe wprowadzić swój drugi rzut – 1 batalion pod dowództwem porucznika Sergiusza Grucy. Jednakże działanie batalionu również było spóźnione. Nieprzyjaciel spodziewał się, że będziemy dążyli do połączenia z odciętymi batalionami, i powitał nacierających ogniem broni maszynowej i moździerzy. Natarcie załamało się. Powstała bardzo trudna sytuacja.
W tym czasie generał Kieniewicz przyjechał na stanowisko dowodzenia pułkownika Kondratowicza. Po zapoznaniu się z sytuacją podjął decyzję natychmiastowego uderzenia w celu połączenia się z odciętymi batalionami 11 pułku. Po 15-minutowej nawale ogniowej artylerii 10 pułk piechoty, dowodzony przez pułkownika Wincentego Potapowicza, wspólnie z batalionem porucznika Sergiusza Grucy i 2 batalionem 12 pułku piechoty pod dowództwem kapitana Kazimierza Otwinowskiego wykonały silne uderzenie w kierunku Leżenicy.
Żołnierze i oficerowie dobrze znali ciężką sytuację okrążonych batalionów, toteż wzmogli tempo natarcia. Opór niemiecki zaczął słabnąć. Wkrótce nacierający przerwali pierścień okrążenia i połączyli się z odciętymi batalionami. 6 lutego o godzinie 5.00 rano 10 pułk piechoty wyszedł na rubież rzeki Dobrzyca w rejonie folwarku o tej samej nazwie i połączył się z batalionami 11 pułku piechoty.
Należy podkreślić, że noc spędzona w okrążeniu była dla żołnierzy wyjątkowo ciężka. Gdyby pomoc nadeszła kilka godzin później, epilog byłby tragiczny.
Oczywiście, dla ostrzelanych i zahartowanych w walkach wojsk walka w okrążeniu w owym czasie nie była czymś wyjątkowym, potrafiły one twardo bronić się w takich warunkach, ale dla młodych, niedoświadczonych jeszcze żołnierzy polskich było to nie lada przeżycie. Zdali oni pomyślnie swój trudny egzamin bojowy, mimo że przeważające siły wroga atakowały ze wszystkich stron. Oto niektóre epizody tej walki.
Jedna z kompanii 2 batalionu natknęła się na zamaskowany betonowy schron bojowy. Początkowo żaden z naszych żołnierzy nie mógł się zorientować, skąd prowadzony jest ogień. Wydawało się, że pociski wylatują spod ziemi. Polacy zalegli. Padli pierwsi ranni. Żołnierze nie znali jeszcze sposobów zdobywania BSB. Jednakże trzeba było rozwiązać i tę zagadkę bojową. Dowódca plutonu, chorąży Seretny, zaczął czołgać się w kierunku podejrzanego wzgórza. Kiedy zorientował się, skąd strzela nieprzyjacielski karabin maszynowy, minął wzgórze, przedostał się na tyły schronu i zaległ, zastanawiając się, co dalej robić. Jednocześnie przygotował granat. Nagle spostrzegł, że hermetyczne drzwi BSB otwierają się. Wychyliła się z nich głowa w hełmie. Nie namyślając się długo, rzucił granat prosto w otwarte drzwi. Wewnątrz schronu nastąpił wybuch. Chorąży oddał w tym samym kierunku serię z pistoletu maszynowego. Nieprzyjacielski karabin maszynowy zwalił go z nóg. Nadbiegli koledzy, otoczyli schron i zmusili Niemców do poddania się.
Żołnierze pochylili się nad ciężko rannym, chorążym. Ledwie dosłyszalnym głosem zapytał:
– Milczy?
– Milczy, milczy – uspokajali go domyślając się, o co pyta.
Wtedy chorąży, tracąc już przytomność, wyszeptał:
– Naprzód, przyjaciele, za naszą Polskę...
Nieprzyjaciel zaciekle atakował, pragnąc zniszczyć odcięte bataliony. O zmierzchu na drodze z Wałcza rozległ się warkot silników i pojawiła się kolumna samochodów. Wozy podjechały bliżej i zatrzymały się. Zaczęli z nich wyskakiwać hitlerowscy żołnierze.
– Znowu kontratak – zorientował się Murawicki wyglądając z okopu i rzucił komendę: – Przygotować się! Bagnet na broń!
Żołnierze zrozumieli: jeśli nie starczy amunicji, będą walczyć wręcz, na bagnety. Tak się też stało. Nieprzyjacielski pocisk zniszczył ostatni moździerz. Zginął dowódca kompanii moździerzy. Kończyła się amunicja.
– Na bagnety! – rzucił rozkaz Murawicki. Żołnierze wybiegli z okopu. Odwaga czyniła cuda.
W pobliżu folwarku Dobrzyca Niemcy pozostawili stosy trupów. Niewielu uszło z życiem przed bagnetem polskich żołnierzy.
Wróg nie dawał jednak za wygraną. Nacierał ze wszystkich stron. Atak następował za atakiem – z przodu, ze skrzydła, z tyłu. Nikt zresztą nie mógł rozróżnić, gdzie front, a gdzie tyły. Ale bataliony polskie nie cofnęły się ani o krok. W najbardziej krytycznym momencie, kiedy wydawało się, że sytuacja jest już bez wyjścia, a triumf nieprzyjaciela bliski, zupełnie nieoczekiwanie nadeszła pomoc.
– Trzymaliśmy się do ostatka – powiedział Murawicki i wyczerpany osunął się na ziemię.
Hitlerowcy wykonali jeszcze kilka nieudanych kontrataków. Z godziny na godzinę nasza sytuacja się popra­wiała. Przełamanie zostało dokonane. Nadeszła chwila decydujących działań całej armii.
Jednakże sytuacja 4 dywizji wciąż jeszcze była niewyjaśniona. Wprawdzie włamała się ona w głąb obrony nieprzyjaciela na głębokość 5 kilometrów, ale jej skrzydła pozostały odsłonięte. A to zawsze grozi niebezpieczeństwem. I wtedy z pomocą piechurom przyszli artylerzyści. W ślad za piechotą ruszyła 5 brygada artylerii ciężkiej, która wspierała walczące oddziały piechoty ze stanowisk w rejonie Szwecji. Traktory, ciężko sapiąc, ciągnęły po grząskim błocie potężne 152-milimetrowe działa. Saperzy i piechurzy pomagali artylerzystom, rzucając pod gąsienice kawałki drzewa, deski, gałęzie.
– Ej, rrrup! – okrzyk ten brzmiał jednakowo po polsku i po rosyjsku. – Jeszcze raz, rrrup!
Dowódca brygady, generał Włodzimierz Kierp, nie pozostawał na uboczu. Brnął razem z żołnierzami w grząskim błocie, podpierał ramieniem działa, wołał z innymi: „Ej, rrrup!”
Wreszcie błotnista nizina skończyła się. Ciągniki szybko ruszyły naprzód po twardym gruncie. Pierwsza podeszła pod Dobrzycę bateria porucznika Mateusza Łaczina i otworzyła ogień na wprost. To samo uczynił celowniczy Kuten. Już po pierwszym wystrzale nad schronem wykwitł pióropusz kurzu. Jeden pocisk trafił w stalową kopułę, drugi w otwór strzelniczy. Po trzecim wystrzale ze schronu zaczął wydobywać się dym, a potem nastąpił wybuch. Schron został rozbity.
Na wschód od Dobrzycy zajęła stanowisko ogniowe bateria porucznika Fiłatowa. Artylerzyści polscy lubili swego dowódcę za odwagę i pogodne usposobienie.
– Ognia, ognia! – prosili piechurzy.
– Zaraz damy Niemcom przypalić – uspokajał ich Fiłatow. – Podajemy właśnie ogień.
Bateria strzelała celnie i skutecznie i nieprzyjaciel postanowił ją zniszczyć. Obsługi naszych dział ujrzały nagle przed sobą hitlerowskich żołnierzy. Byli to artylerzyści, których działa zostały przez nas zniszczone. Szli do ataku, ale nie strzelali. Groźnie krzycząc, zbliżali się do naszych stanowisk. Wtedy Fiłatow zwrócił się do żołnierzy i zawołał:
– Bracia! Dajmy bobu faszystowskim gadom, niech się nie pchają na polską baterię! Za mną, żołnierze!
Polscy artylerzyści ruszyli za nim. Walczyli kolbą, bagnetem, nożem, pistoletem. Wkrótce na polu walki pozostały tylko ciała niemieckich artylerzystów. Bateria znów otworzyła ogień.
Pod Dobrzycą faszyści niemieccy popełnili kolejną potworną zbrodnię.
Z dywizjonu artylerii ciężkiej wysłano zwiadowców w kierunku Golców w celu przygotowania punktów obserwacyjnych. Zwiadowcy zaginęli. Na poszukiwanie ich udała się grupa żołnierzy. I oto w gęstym lesie znaleziono zwłoki naszych kanonierów. Widocznie trafili na nieprzyjacielską zasadzkę. Hitlerowcy w nieludzki sposób musieli znęcać się nad zwiadowcami. Podporucznik Gardziel miał połamane ręce i nogi, a w klatce piersiowej ogromną ranę od noża. Szesnaście ran zadanych w głowę i pierś naliczyli żołnierze na zwłokach chorążego Marcina Olesiuka. Zginął męczeńską śmiercią plutonowy Antoni Wandycz. Podobny los spotkał kaprala Sadę i kanoniera Kazimierza Urbana.
Następnego dnia zaginęła grupa artylerzystów, którzy prowadzili obserwację i kierowali ogniem artylerii. W toku przesuwania się dywizjonu na nowe stanowiska ogniowe żołnierze znaleźli rozbity samochód zaginionych zwiadowców. W pobliżu leżały ich zmasakrowane ciała.
Pomordowani mieli wykłute oczy, poobcinane uszy, połamane ręce i nogi. Artylerzyści z trudem rozpoznali wśród ofiar swych towarzyszy broni: podporucznika Eugeniusza Olesiuka (brata zamęczonego Marcina Olesiuka), podporucznika Edwarda Ostrzyńskiego i pozostałych dwudziestu czterech żołnierzy...
Generał Kieniewicz trafnie przewidział, że na głównym kierunku uderzenia Niemcy będą usiłowali odzyskać utracone pozycje, i przezornie przesunął artylerię bliżej piechoty.
Przewidywania generała Kieniewicza rzeczywiście się sprawdziły. Nieprzyjaciel podciągnął świeże siły, stawiał coraz bardziej zacięty opór i rozpoczął gwałtowne kontrataki. Wywiązały się ciężkie walki. Nasi żołnierze twardo jednak utrzymywali zdobyte rubieże. O gwałtowności niemieckich kontrataków świadczy chociażby fakt, że 10 pułk piechoty w ciągu pięciu godzin był kontratakowany dziewięć razy. Mimo to nie udało się nieprzyjacielowi złamać oporu polskich żołnierzy, którzy nie tylko mężnie się bronili, ale wykorzystując każdą okazję wciąż posuwali się do przodu. W ten sposób 11 pułkowi piechoty udało się opanować skrzyżowanie dróg na północ od folwarku Dobrzyca, a 3 batalionowi 12 pułku piechoty pod dowództwem kapitana Stanisława Piotrowskiego włamać się w obronę nieprzyjaciela między jeziorami Zdbiczno i Smolno.(...).
Nieprzyjaciel nie spodziewał się natarcia o tej porze. Najwidoczniej uważał, że nasze oddziały prowadzą działania ograniczone z zamiarem poprawienia ogólnego położenia. Dzięki temu zaskoczeniu Niemcy nie zdążyli podjąć zorganizowanego przeciwdziałania, jedynie artyleria otworzyła silny ogień. Piechota polska, wspierana ogniem artylerii, zdecydowanie posuwała się naprzód. Do końca dnia 2 dywizja opanowała miejscowość Kłosowo, a 1 dywizja zdobyła Dębołękę i podeszła do Górnicy. Jednocześnie 4 dywizja piechoty przesunęła się na południe, do rubieży Kolno, Karsibór. Jej lewoskrzydłowe pododdziały sforsowały rzekę Dobrzycę i podeszły do miejscowości Bobrowo.
W ten sposób zarysowała się sprzyjająca sytuacja do wykonania decydującego uderzenia w celu ostatecznego przełamania Wału Pomorskiego.
Wieczorem szef oddziału rozpoznawczego armii, podpułkownik Stanisław Domaradzki, przyprowadził wziętego do niewoli niemieckiego oficera. Przede mną stał oberleutnant, dowódca kompanii pułku „Deutsch Krone”. Nie zapamiętałem jego nazwiska. Nie ma to zresztą większego znaczenia. Wspominam o nim z zupełnie innych powodów.
– Gdzie pełniliście służbę? – spytałem oficera.
– Jestem artylerzystą. Byłem wykładowcą w szkole artyleryjskiej w Bornem.
– Członek partii nazistowskiej?
– Tak jest – wykrztusił, a potem poprawił się. – Tak jest, panie generale.
– Proszę wskazać umocnienia w rejonie Mirosławca – zażądałem, podsuwając mu mapę.
– Panie generale... – zawahał się. Ale gdy napotkał mój gniewny wzrok, pokazał część umocnień na mapie.
– O tych wiemy. Gdzie jeszcze?
– To wszystkie.
– A jeszcze gdzie? – powtórzyłem pytanie podniesionym głosem.
– Bardziej na południe, o tu... jeszcze jeden schron bojowy...
– Dobra – machnąłem ręką. – A kto dowodzi dywizją „Märkisch Friedland”?
– Pułkownik Lehmann. – Niemiec nie czekając na dodatkowe pytanie, scharakteryzował Lehmanna jako odważnego i twardego dowódcę.
– Co rozumiecie przez pojecie „twardy dowódca”?
– Wydał rozkaz, żeby bronić się do ostatniego żołnierza. Żadnej litości dla wroga ani dla rannych, ani dla jeńców...
– Uważacie ten rozkaz za słuszny?
– Tak jest. – Spostrzegł się jednak i dodał: – Jestem żołnierzem, panie generale.
– A co możecie powiedzieć o dowódcy dziesiątego korpusu armijnego, generale von Krappe?
Jeniec drgnął, usłyszawszy to nazwisko.
– Nie mam zaszczytu znać go osobiście. Ale to jest znakomity taktyk. Potrafi obronić honor wielkich Niemiec... to jest swojej ojczyzny, chciałem powiedzieć... Generał Krappe pochodzi z Pomorza i w ostatnim okresie został przydzielony do Grupy Armii „Wisła”. Wiem o tym z rozkazu, który nam odczytano w związku z objęciem przez niego obowiązków dowódcy korpusu.
– O czym jeszcze mówił ten rozkaz?
– Rozkaz żądał bezgranicznego oddania führerowi... nieustępliwej walki z wrogiem, zwłaszcza z Polakami, którzy czyhają na nasze ziemie, chcą zabrać Pomorze.
Postanowiłem poprosić swego zastępcę do spraw polityczno-wychowawczych. Niech jeniec powtórzy przy nim, czego żąda od swoich żołnierzy Krappe.
– Generał Krappe wymaga, żeby w stosunku do Polaków być bezlitosnym, ponieważ chcą zagarnąć Pomorze – stwierdził powtórnie jeniec.
– Bezlitosnym? Co to znaczy?
– Nie oszczędzać ani jeńców, ani rannych...
Oberleutnanta wyprowadzono.
– Te słowa generała von Krappe powinien znać każdy żołnierz i oficer polski. Nie ulega przecież, wątpliwości, że nasi pomordowani artylerzyści to pierwsze ofiary tego bestialskiego rozkazu.
– Żołnierze i oficerowie o tym wiedzieli – odparł Jaroszewicz i szybko wyszedł z pokoju.
Początkowo uderzenie na punkt oporu Mirosławiec planowane było na godzinę 9.00 rano. Wszystko zasnuła jednak gęsta mgła, zwiastun ochłodzenia. Powiał zimny wiatr. Kałuże ściął lód. Mgła dla artylerzystów to prawdziwy dopust boży. Bez wsparcia artylerii piechocie ciężko nacierać. Dlatego początek ataku przesunęliśmy na godzinę 11.00. (...)

* * *

Piotr Jaroszewicz, uczestnik tych zdarzeń, („Przerywam milczenie”, Warszawa 1991) wspominał: „Niemcy czynili wiele, aby zniszczyć odrodzone wojsko polskie, wojsko, od starć z którym rozpoczęli wojnę. Klasycznym przykładem specjalnego rzucenia najsprawniejszych sił niemieckich dla rozgromienia Polaków było skierowanie wypoczętych dywizji sprowadzonych ze Skandynawii wprost na I Armię na Pomorzu Zachodnim. Z jaką zawziętością prowadzony był atak na Polaków świadczy fakt, że spalono wtedy żywcem polskich żołnierzy i oficerów, których grupę podstępnie wzięto do niewoli. Dywizje hitlerowskie próbowały włamać się w głąb naszej obrony, ale zostały zdruzgotane, a ich niedobitki Niemcy skierowali za Odrę. Podobna próba totalnego ataku na Polaków powtórzyła się nawet w ostatniej fazie wojny, nad Kanałem Hohenzollernów, na północ od Berlina... Dopiero po 10 dniach walk, 7 lutego 1945 roku, nastąpiło przełamanie Wału Pomorskiego. Nasze wojska wdarły się na głębokość 30 kilometrów w głąb obrony przeciwnika. Był to ogromny sukces w skali całej operacji, która doprowadziła wojska radzieckie od Wisły do Odry, na przedpola Berlina. Kosztowało to nas jednak ponad 6 tysięcy rannych, zabitych i zaginionych w czasie ciężkich walk. Poległo 1780 żołnierzy. Straty hitlerowskie sięgnęły 8 tysięcy ludzi. Ponadto Polacy wzięli do niewoli około 1500 żołnierzy i oficerów”...
Skoro jesteśmy przy wspomnieniach premiera Piotra Jaroszewicza, to zaznaczmy na marginesie, że on niezbyt pochlebnie oceniał swego byłego towarzysza broni i notował: „Dowódca 1 Armii, generał Stanisław Popławski, człowiek wzrostu słusznego, był oficerem niższej klasy i inteligencji niż generał Strażewski... Nałogowy alkoholik, nader często bywał niezdolny przez kilka dni z rzędu do kierowania armią”...
Pozostawiając na uboczu te niezbyt wytworne, lecz jakże „polskie”, uszczypliwości, powróćmy znów do wspomnień generała Popławskiego.
11 lutego 1945 roku Naczelne Dowództwo Radzieckich Sił Zbrojnych ogłosiło w rozkazie podziękowanie wojskom 1 Frontu Białoruskiego. Wymieniono w nim również związki taktyczne 1 armii Wojska Polskiego. W Moskwie oddano na cześć zwycięzców dwanaście salw ze stu dwudziestu czterech dział.
Ogólne straty poniesione przez 1 armię w walkach o przełamanie Wału Pomorskiego były znaczne. W niektórych batalionach pozostało nie więcej niż stu żołnierzy. Wydawało się, że nadszedł czas zasłużonego wytchnienia. Jednakże sytuacja, jaka ukształtowała się w wyniku rozegranej bitwy, nie pozwalała na odpoczynek.
Lewe skrzydło l armii przesunęło się znacznie na zachód. W związku z tym linia frontu wygięła się na północny wschód i przebiegała przez Wielboki do Nadarzyc. 3 i 6 dywizja piechoty oraz 1 brygada kawalerii podeszły do pozycji ryglowej Wału Pomorskiego. Tu, opierając się o silne umocnienia, nieprzyjaciel zatrzymał polskie oddziały. Szczególnie niebezpieczna sytuacja wytworzyła się na prawym skrzydle 2 dywizji. Jej pułki zostały bardzo przerzedzone. Dywizja była ugrupowana frontem na północ. Właśnie z tego kierunku oczekiwano przeciwuderzenia nieprzyjaciela. Rozpoznanie nasze wykryło tu dwa nowo przybyłe pułki 5 lekkiej dywizji niemieckiej.
Niepokoiła mnie także luka, jaka powstała między zgrupowaniem uderzeniowym działającym na kierunku Mirosławca a wojskami, które przeszły do obrony na prawym skrzydle armii. Należało ją za wszelką cenę zlikwidować. Wydaję więc kolejny rozkaz: 2 dywizja piechoty uderzy rankiem 11 lutego w kierunku północnym na Będlino, Żabin; 1 dywizja piechoty wykona uderzenie swoim prawym skrzydłem w kierunku na Borujsko i opanuje Łowicz Wałecki.
Przez dwa następne dni toczyły się zacięte walki. Wreszcie 13 lutego w godzinach rannych zadanie zostało wykonane. 2 i 1 dywizja podeszły do pozycji ryglowej Wału Pomorskiego i w ten sposób zlikwidowały lukę w centrum ugrupowania armii. W tym czasie 4 dywizja piechoty współdziałała z 47 armią, która ostatecznie zniszczyła okrążonego nieprzyjaciela w rejonie Wałcza. Po wykonaniu tego zadania dywizja przeszła do odwodu armii. Zmienił się również nasz lewy sąsiad. Była nim teraz 61 armia, dowodzona przez generała P. Biełowa.
W ciągu najbliższych pięciu dni 1 armia WP prowadziła działania bojowe na kierunku Czaplinka w celu zajęcia dogodnych rubieży i związania sił przeciwnika. Były to walki pełne napięcia, choć komunikaty prasowe kwitowały je lakoniczną wzmianką: „Nic szczególnego nie zaszło”.
W składzie sił nieprzyjaciela, znajdujących się w pasie działania naszej armii, również nastąpiły pewne zmiany. W obawie przed przełamaniem pozycji ryglowej Niemcy przegrupowali tu 163 dywizję piechoty, która zluzowała wykrwawione pododdziały i zajęła obronę.
W tym okresie 2 Front Białoruski, po nieudanej próbie natarcia w dniu 10 lutego, przygotowywał się do nowej operacji. Natarcie wojsk tego frontu miało nastąpić 24 lutego. Na naszym odcinku mieliśmy wiązać siły nieprzyjaciela, by uniemożliwić ich użycie przeciwko wojskom 2 Frontu Białoruskiego. 1 armia otrzymała w związku z tym zadanie częściowego włamania się w pozycję ryglową. Natarcie miało nastąpić na odcinku 35 kilometrów i rozwijać się na głębokość około 25 kilometrów. W ten sposób mieliśmy jednocześnie poprawić ogólne położenie naszych wojsk. (...).
W tym czasie sztab 1 armii podsumował wyniki walk o przełamanie Wału Pomorskiego. Nasze związki taktyczne zlikwidowały około 8000 żołnierzy i oficerów nieprzyjaciela, zniszczyły 14 czołgów i 16 dział pancernych, około 100 dział polowych, 630 samochodów, opanowały 24 betonowe schrony bojowe i 52 drewniane schrony bojowe. Ponadto zniszczono 22 samoloty, z tego 20 w czasie zdobywania lotniska w Borujsku. Zdobyto także 20 magazynów ze sprzętem wojskowym i amunicją.
W rejonie miejscowości Rudki 2 pułk piechoty zdobył sztandar oficerskiej szkoły artylerii w Bornem.
Także w ciągu dalszych walk Stanisław Popławski wykazał się jako znakomity strateg i dowódca wojskowy. W 1945 roku rząd ZSRR nadał mu tytuł honorowy Bohatera Związku Radzieckiego za wybitne osiągnięcia w skutecznym dowodzeniu wojskami sprzymierzonymi.

* * *

Po wojnie generał Stanisław Popławski pełnił szereg funkcji na terenie PRL. Dowodził wojskami okręgu wojskowego, wojskami lądowymi Polski. Był też zastępcą Ministra Obrony Narodowej PRL.
W 1955 roku został odwołany do Moskwy, gdzie awansowano go na generała broni. Widocznie rząd sowiecki nie do końca ufał tak wybitnym dowódcom, polskiego bądź co bądź pochodzenia, i uważał za bezpieczniejszą sytuację, gdy będą oni przebywać w Moskwie. Bardziej ufano raczej Bermanom, Szechterom, Lichtom, Zambrowskim, Mincom, Tykocińskim i im podobnym szumowinom, pozbawionym jakiejkolwiek przyzwoitości, a zaślepionym przez nienawiść rasową do Polski i katolicyzmu.
Przez dwa lata generał pełnił funkcje pierwszego zastępcy Ministra Obrony ZSRR, a później przez dłuższy okres inspektora generalnego w Inspektoracie Wyszkolenia Bojowego Sił Zbrojnych ZSRR. W 1965 roku ukazała się książka wspomnień Stanisława Popławskiego pt. Towarzysze frontowych dróg, utrzymana w duchu polsko-radzieckiego braterstwa broni i przyjaźni między narodem polskim a rosyjskim. Zmarł w 1973 roku.


 

Konstanty Rokossowski



Był jednym z najwybitniejszych dowódców w całych dziejach wojskowości powszechnej, wysoko ocenianym zarówno przez sojuszników, jak i przez przeciwników. Generał armii Paweł Batow jeden ze swoich tekstów wspomnieniowych o marszałku K. Rokossowskim zaopatrzył w motto W. Lenina: „Historia dawno już dowiodła, że wielkie rewolucje wyłaniają wielkich ludzi i rozwijają takie talenty, jakich poprzednio nawet sobie nie wyobrażano”. Jednym z takich talentów był niewątpliwie pogromca Niemców pod Stalingradem z 1943 roku...
Wypada zaznaczyć, że nazwisko swe panowie Rokossowscy wzięli od miejscowości Rokossowo w Ziemi Leszczyńskiej. O przodkach marszałka heraldyk Seweryn Uruski w dziele Rodzina (t. 15, s. 231) stwierdza lapidarnie: „Dawna wielkopolska rodzina”. I słusznie, Rokossowscy bowiem pieczętowali się herbami Glaubicz, Prus I i Oksza, a wzmianki archiwalne o nich spotyka się w zapisach od wieku XVI zaczynając.
Jacobus Rokossowski wspominany jest w latach 1574-1576 przez źródła archiwalne jako „castellanus Szremensis, capitaneus Ostrzeszoviensis, praefectus teloneorum regni per utramque Poloniam”. Później został podskarbim koronnym; był wielkim przyjacielem i pomocnikiem króla Stefana Batorego w jego zmaganiach z Moskwą (Biblioteka Ordynacji Krasińskich, t. 5-6, s. 118, Warszawa 1881).
W korespondencji między hrabiowskimi domami Zamoyskich i Opalińskich roku 1582 wyczytać możemy następujące zdania: „Iż mu pan Międzyrzecki Szczebrzezin przedać obiecuje a tanio, gdziebyśmy mu opiekunowie pana Rokossowskiego przedać Szamotuły chcieli, które są dziedziczne pana Rokossowskiego pupilli, i prosił, aby pan Marszałek do tego przywiódł rzeczy, aby opiekunowie to przedali, gdyż to in rem pupilli, bo barzo wiele dłużen pupillus, a tak tym by się to wypłacić mogło”...
Na ten list przyszła odpowiedź: „Ad primum pozwoleł tego, rozmówiwszy się z drugimi opiekuny, ale tak, żeby po pupillum Rokossowskiego posłał, który żeby to sam uczynił”... (Archiw Jugo-Zapadnoj Rusi, t. 3, s. 452-453).
T. Święcki w dziele Historyczne pamiątki znamienitych rodzin i osób dawnej Polski (t. 2, s. 27) krótko odnotował: „Rokosowski Jakub herbu Glaubicz, z Wielkiej Polski, podsędek poznański, poseł ziemski na Sejm Lubelski 1569 roku, potem kasztelan śremski i podskarbi wielki koronny”.
O Rokossowskich herbu Prus I wzmiankuje Bolesław Starzyński w swym niewydanym herbarzu, przechowywanym w oddziale rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie. Jerzy i Piotr Rokossowscy „za Wisłą we wsi Jaślanach die 23 octobris anno Domini 1621” podpisali uchwałę zjazdu tutejszej szlachty. (Akta sejmikowe woj. poznańskiego i kaliskiego, cz. 2, s. 116, Poznań 1962).
Jan, Maciej i Kazimierz z Rokossowa Rokossowscy podpisali od województwa poznańskiego w 1697 roku akt elekcji króla Augusta II. (Volumina Legum, t. 5, s. 422). Rokossowski, starościc bachtyński, w 1790 roku był dowódcą chorągwi w Brygadzie Drugiej tzw. Ukraińskiej (a szóstej w numeracji ogólnej) Kawalerii Narodowej Wojska Koronnego. (Materiały do bibliografii genealogii i heraldyki polskiej, t. 1, s. 28, Buenos Aires – Paryż, 1963).
Jezuita K. Niesiecki (Herbarz polski, t. 8, s. 131) podaje: „Rokossowski herbu Glaubicz, w Wielkiej-Polszcze. Jakub Rokossowski, najprzód podsędek Poznański, poseł na sejm Lubelski 1569, potem kasztelan szremski, podskarbi koronny, starosta ostrzeszowski, umarł w roku 1580. Z Reginy Kościeleckiej, wojewodzianki łęczyckiej, generałówny wielkopolskiej, zostawił syna jednego i córki, z których jedna była za Łukaszem Radzymińskim, druga za Piotrowskim, podkomorzym lwowskim. Stanisław z sejmu 1641 komisarz do granic od Szląska. Maryanna, Pawła Grabskiego herbu Wczele, małżonka 1700. Marcin 1710, Krzysztof w zakonie naszym, kollegium poznańskiemu część fortuny swojej zapisawszy, gorąco się na missyą do Indyi prosił, atoli w roku 1600, młodo, dojrzały jednak w cnoty, przeszedł w wieczność w Poznaniu. N. Chryzostoma Marszewskiego małżonka. N. miał za sobą Annę Mycielską. Józef Rokossowski w roku 1778 kanonik gnieźnieński i poznański. Franciszek stolnik wschowski. Tomasz wojski gnieźnieński”.
Teodor Żychliński w 1 tomie (s. 199) Złotej księgi szlachty polskiej (Poznań 1889) podaje: „Jakób Rokossowski (herbu Glaubicz) był kasztelanem śremskim, podskarbim koronnym i starostą ostrzeszowskim (um. 1580); z Reginy Kościeleckiej, wojewodzianki łęczyckiej, jenerałówny wielkopolskiej, miał syna, którego córką była prawdopodobnie Katarzyna z Rokossowskich Mielżyńska”.
O Rokossowskich herbu Glaubicz („W polu niebieskim ryba złota w lewo. W szczycie hełmu pięć piór strusich”) Herbarz rodzin szlacheckich Królestwa Polskiego z roku 1853 (cz. 2, s. 46) podaje: „Rokossowscy, w dawnem Województwie Poznańskiem. Z tych Kazimierz Rokossowski w roku 1700 nabył dobra Gembice Nowe i Stare. Maciej zaś w roku 1762 wieś Strzałkowo w Województwie Kaliskiem posiadał”.
Baltisches Wappenbuch Carla Arvida von Klingspora określa Rokossowskich jako „alter polnischer Adel” – „dawną szlachtę polską”. (s. 87 komentarza, Stockholm 1882). Węgierscy zaś genealodzy odnotowują: „Rokossowski lub Rokosowski herbu Glaubicz. Od 1400 w Poznaniu. Od 1855 roku baronowie rosyjscy. Jeden senator”. (Stefan Graf von Szydlow Szydlowski, Nikolaus Ritter von Pastinszky, Der polnische und litauische Hochadel, Budapest 1944, s. 81).
Od dawna wpływowi byli także w Cesarstwie Rosyjskim, gdzie posiadali tytuł baronów. „Familia Rokossowskich proischodit iz polskogo szlachiectwa” – podaje A. Bobrinskij (t. 2, s. 515). „Ród baronów Rokasowskich pochodzi od podpułkownika rosyjskiego Jana Rokasowskiego, uszlachconego 16 marca 1786 roku przez cesarza rzymskiego Józefa II. Od 1855 roku należeli do pocztu baronów Wielkiego Księstwa Finlandzkiego”. (Siergiej Wasiljewicz, Titułowannyje rody Rossijskoj Impierii, t. 2, s. 36-37, Petersburg 1910).

* * *

Z tej rodziny pochodził wybitny dowódca wojskowy, marszałek ZSRR i PRL Konstanty Rokossowski (1896-1968), którego rodzice mieszkali początkowo na wsi niedaleko Brześcia Litewskiego (według innej wersji – w Grójcu na Mazowszu). Później jego ojciec był pracownikiem kolei, a utalentowany chłopak przyszedł na świat w pociągu, – jak głosi jedna z wersji – którym rodzice zmierzali z Moskwy do Wielkich Łuk 21 grudnia 1896 roku. Dlatego jako miejsce urodzenia Konstantego Rokossowskiego jest z reguły wskazywane to drugie miasto. W moskiewskim Ośrodku Przechowywania Współczesnej Dokumentacji (Centr Chranienija Sowpiemiennoj Dokumentacji) znajdują się dwie karty osobowe marszałka Rokossowskiego, jedna z roku 1940, druga z 1948. W pierwszej czytamy: „Miejsce urodzenia – Warszawa. Narodowość – Polak”; w drugiej: „Miejsce urodzenia – Wielkie Łuki. Narodowość – Rosjanin”. Z reguły jednak podkreśla się polskie pochodzenie tego wybitnego dowódcy. Tak np. socjalistyczny niemiecki Lexikon (Leipzig 1954, s. 845) określa Rokossowskiego jako „hervorragender Feldherr des 2. Weltkriegs” i zaznacza następnie: „Sohn eines Warschauer Arbeiters”.
Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, został powołany pod broń do armii Cesarstwa Rosyjskiego i cztery lata spędził na froncie w randze podoficera. Był obdarzony niepospolitą odwagą osobistą, w boju wykazywał lekceważenie dla przeciwnika i dla niebezpieczeństw, co mu zyskało dużą popularność wśród żołnierzy. Zawsze łączył tę odwagę z wiedzą wojskową i jej umiejętnym stosowaniem, jakby idąc za myślą Tukidydesa: „Poczucie przewagi przy równych szansach wzmaga odwagę; człowiek taki mniej się opiera na nadziei, której siła objawia się w sytuacjach niepewnych, a bardziej na znajomości rzeczy, która pozwala mu raczej z pewnością niż z nadzieją patrzeć w przyszłość”. Taką postawę Rokossowski zachowywał w ciągu całej swej wieloletniej kariery wojskowej. Bywał też wybuchowy, gdy stykał się z przejawami słabości lub niezdecydowania, a już nie daj Boże – tchórzostwa.
Charaktery silne z natury wydają z siebie skłonność do gniewu, a ponieważ same są ogniste i kipiące energią, nie mogą ścierpieć niczego delikatnego ani słabego”. (Seneka, O gniewie, ks. II, r. XV). Wydaje się, że tego rodzaju usposobienie stanowi jedną z cech konstytutywnych charakteru żołnierskiego, od którego nie sposób oczekiwać potulności, łagodności czy miękkości.
Jak powiadał Napoleon Bonaparte, „armia baranów, której przewodzi lew, jest silniejsza od armii lwów, prowadzonej przez barana”. Lew bowiem potrafi utrzymać baranów w porządku, baran lwów – nigdy.
Wybitny socjolog amerykański Pitirim Sorokin słusznie tedy zauważał: „Aby wojsko było siłą i mogło skutecznie bronić kraju, – pierwszym i podstawowym warunkiem tego celu jest istnienie bezwzględnej dyscypliny. Bez tej ostatniej wojsko staje się bezsilnym stadem. Armia bez karności – to chaotyczna masa, nie zdolna do obrony, nie zdatna do tego, by być siłą, i na dodatek, masa niesłychanie groźna, łatwo ulegająca różnym manipulacjom i nieuporządkowanym działaniom”. Czyli, że jest tak, jak pisał Tukidydes w Wojnie Peloponeskiej: „Najpiękniejsza rzecz i zarazem najbardziej zapewniająca bezpieczeństwo – to liczna armia, podporządkowana jednolitej dyscyplinie”...
O Rokossowskim jednak powiadano, że obok surowości, zdecydowania i nieugiętej siły woli przejawiał też – w na pozór paradoksalny sposób – naprawdę ludzki i troskliwy stosunek do podległych sobie żołnierzy, a to zarówno jako podoficer podczas pierwszej wojny światowej, jak też jako generał i marszałek podczas drugiej.
W październiku 1917 roku K. Rokossowski wstąpił do szeregów Gwardii Czerwonej, a następnie Armii Czerwonej, w której również służył w randze podoficera. W 1918 został dowódcą eskadronu kawaleryjskiego, następnie wydzielonego dywizjonu i wreszcie pułku kawalerii. W tym właśnie okresie wojny domowej 1918-1920 ujawnił się po raz pierwszy jego niepospolity talent organizacyjno-dowódczy.
Od 1919 roku Rokossowski należał do Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, zwanej wówczas jeszcze Wszechrosyjską Komunistyczną Partią Bolszewików. Był to zresztą wymóg, którego nie dało się obejść: każdy oficer Armii Czerwonej, który chciał coś w życiu osiągnąć, musiał formalnie zostać komunistą, choć na własny użytek mógł mieć dowolne poglądy, z którymi wszelako nie bardzo się wypadało wynurzać, gdyż byle donos mógł spowodować nie tylko załamanie się kariery, ale i zsyłkę „na białe niedźwiedzie”. Rokossowski miał tego zresztą doświadczyć na własnej skórze. Ale stało się to znacznie później. Na razie zaś młody oficer robił zawrotną karierę zawodową. W 1925 roku ukończył Kursy Doskonalenia Dowódców, a w 1929 Akademię Wojskową im. M. Frunze. Później był dowódcą Kubańskiej Brygady Kawalerii i innych jednostek bojowych.
W 1940 roku generał K. Rokossowski dowodził oddziałami sowieckimi dokonującymi inwazji na Finlandię. Nie odniósł żadnych spektakularnych zwycięstw, a straty wojsk radzieckich były ogromne, sięgały 1 mln osób wyeliminowanych z walki. Józef Stalin kazał dowódcę aresztować. Komisja śledcza ustaliła, że Rokossowski świadomie dopuścił się uchybień strategicznych i taktycznych, że był „polskim szpiegiem” i zdeklarowanym wrogiem Związku Radzieckiego, choć jednak sam delikwent do niczego się nie przyznawał. Nie pomogło nawet wybicie przednich zębów, ani zdruzgotanie młotkami palców nóg, ani przygniatanie butami genitaliów do podłogi, ani pozbawianie snu, ani pogróżki rozstrzelania całej rodziny. Nie złamało go też skazanie na karę śmierci, czy dwukrotnie pozorowana egzekucja przez rozstrzelanie. [Mimo woli przypominamy w tej chwili słowa św. Jana Chryzostoma: „Widzieć człowieka wtrąconego do więzienia, który godzien jest największych zaszczytów i który nie ugiął się pod brzemieniem kajdan – to widowisko nie ziemskie, ale godne nieba”.]
Gdy jeden z oficerów śledczych podczas nocnego przesłuchania w kazamatach NKWD ironicznie zapytał posiniaczonego i krwawiącego generała, czy jest Polakiem, ów, choć miał spuchnięte usta i powybijane zęby, odparł: „Da, ja Polak i gorżuś etim!” – „Tak, jestem Polakiem i jestem z tego dumny!”... Zaczęto więc go ponownie bić żelaznymi prętami, potem kopać leżącego we krwi butami, aż wreszcie wywleczono za nogi nieprzytomnego na korytarz, a następnie do chłodnej, ciemnej celi bez okna. W obliczu chociażby tego jednego szczegółu widać, jak piramidalną bzdurą jest zdanie historyka Oskara Haleckiego z jego książki „A History of Poland” (New York 1992), że „marszałek Rokossowski to symbol sowieckiej dominacji w Polsce”. Dla stronniczych, agresywnych ciemniaków, nienawidzących wszystkiego, co nie pasuje do ich stereotypowych szablonów ich głupoty, być może rzeczywiście tak jest, ale nie dla osób znających się na faktach i nie dyszących nienawiścią do wszystkiego, co wielkie.
Do tej kwestii wrócimy jeszcze w naszym tekście. W tym miejscu odnotujmy tylko fakt, że Rokossowski nigdy nie zrzekł się polskości i mężnie wytrwał całe lata tortur w kazamatach NKWD. Nawiasem mówiąc, „kaukascy” oficerowie stalinowskiej bezpieki wybili temu znakomitemu dowódcy 9 zębów, złamali 6 żeber, rozdrobili młotkiem wszystkie palce nóg, które to rany nie były nawet leczone. Trzeba było mieć zaiste niezwykłe zdrowie, aby organizm potrafił sam z takich opresji wychodzić. Talmudyczni czekiści bili Polaka zawsze we troje, gdyż pojedynczo nie mogli dać rady temu dobrodusznemu siłaczowi. (W późniejszym okresie, także wówczas gdy marszałek rezydował w Warszawie, bez przerwy trzymali go na oku przez podstawionych agentów z „polskiego” UB, którzy pisywali na niego donosy do Moskwy, że jest „polskim nacjonalistą” i nie chce z nikim rozmawiać po rosyjsku. Rokossowski nieraz pomyśliwał o tym, jakby tę sforę niegodziwców unieszkodliwić, ale stać go było tylko na wydalenie z Wojska Polskiego około tysiąca żydowskich oficerów, którzy w żadnej mierze nie identyfikowali się z Państwem Polskim, a na lewo i na prawo sprzedawali tajemnice wojskowe za granicę. Jedynej zaś szansy na wprowadzenie narodowej dyktatury wojskowej w 1953, po otruciu Stalina przez siostrę Kahanowicza i po zastrzeleniu Berii przez Żukowa, obaj marszałkowie nie wykorzystali; pełnia zaś władzy faktycznie nadal pozostała w ręku tejże bandy). Talmudyczni faryzeusze wykombinowali już w Judei, a potem udoskonalili w diasporze system wszechobecnych, aczkolwiek niewidzialnych, rządów opartych na wzajemnej nieufności, podejrzliwości i obawie obywateli. Szpiegowanie wszystkich przez wszystkich, donoszenie wszystkich na wszystkich stanowiło podstawę ustroju rabinicznego w gettach. Później na tej zasadzie funkcjonowała inkwizycja hiszpańska (na czele z maranem Torquemadą) i włoska (na czele z „nawróconym” talmudystą Savonarolą), a jeszcze później – wszystkie partie, służby specjalne i armie krajów _ pożal się Boże! – „demokracji ludowej” z ich instytucją politruków, czyli oficerów politycznych, oplatających siecią donosicieli całą strukturę wojska od szczebli najniższych po najwyższe. To oni i ich wnukowie do dziś nie potrafią wybaczyć Rokossowskiemu jego „antysemityzmu” i wciąż spotwarzają to wielkie imię. Ten system wszechobecnej nikczemności stał w rażącej sprzeczności z zasadami honoru oficerskiego, powodował oburzenie i protest korpusu dowódczego, w tym bardzo często – wówczas jeszcze generała Konstantego Rokossowskiego.
Siepacze z NKWD usiłowali przez wiele miesięcy torturami złamać Rokossowskiego moralnie i zmusić go do samooczerniania się i przyznania do niepopełnionych zbrodni. Z wieloma innymi wybitnymi osobami takie postępowanie skutkowało, z psychologicznego bowiem punktu widzenia: „Tortury niszczą władze umysłowe, łamią wolę jednostki i odbierają jej świadomość. Ich stosowanie prowadzi do takiego momentu, w którym ofiara, aby tylko uniknąć doznawania bólu lub uzyskania przywileju szybkiej i lekkiej śmierci, gotowa jest przyznać się do wszystkiego (...)”. Prócz tego, „tortury zawsze schlebiają czyjejś próżności, ci bowiem, którzy je zadają, posiadają władzę. Zdegradować czy poniżyć, ograbić, zadać cierpienie swemu wrogowi, to wielki luksus. Żądza krwi jest straszliwym demonem, jeśli raz zostanie rozbudzona”... (G.W. Sumner).
Katom z NKWD jednak tym razem się nie upiekło. Rokossowski nie dał się złamać i zeszmacić. Tragiczny finał tej zabawy byłby jednak nie do uniknięcia, gdyby nie atak Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 roku i straszliwe klęski wojsk radzieckich w pierwszych tygodniach wojny.

* * *

Generalissimus Stalin kazał uwolnić Rokossowskiego z więzienia NKWD i osobiście go mianował na dowódcę 9 Korpusu Zmechanizowanego, od sierpnia zaś 1941 dowódcą 16 Armii na Froncie Zachodnim. I się nie pomylił: w walkach pod Moskwą oddziały dowodzone przez Rokossowskiego nie tylko zadały Niemcom ciężkie straty i zastopowały ich posuwanie się na wschód, lecz już w grudniu 1941 roku zmusiły do odwrotu, co miało ogromne znaczenie psychologiczne, gdyż rozwiało mit o niezwyciężoności wojsk hitlerowskich.
Marszałek I. Jakubowski, który przez pewien czas był na froncie podwładnym Rokossowskiego w 1975 roku pisał: „Podobnie jak inni oficerowie i generałowie byłem zachwycony dążeniem generała Rokossowskiego do jak najgłębszego zrozumienia istoty przebiegających wydarzeń, umiejętnością ujmowania ich we wzajemnym związku, troską o precyzyjne i ciągłe dowodzenie wojskami oraz wysokim opanowaniem i wiarą w podwładnych. Swoim spokojem i zrównoważeniem generał Rokossowski wszczepiał w otaczających go ludzi poczucie naszej wspólnej siły”...
Marszałek dążył do tego, aby każdy żołnierz szedł do walki z przekonania, a nie tylko na rozkaz dowódcy. Był świadom prawdy psychologicznej, sformułowanej jeszcze przez Senekę, która głosi: „Kto chętnie wypełnia rozkazy, unika najgorszej niewoli – czynienia tego, czego czynić nie chce... Nie ten jest nieszczęśliwy, kto robi coś na rozkaz, lecz ten, kto robi to niechętnie. Zły to żołnierz, który idzie za wodzem jęcząc”. Do boju powinno się iść z podniesioną głową i sercem wypełnionym uczuciem oddania ojczyźnie i wodzowi, a nie lękiem przed nim. Kto budzi lęk w innych, sam się ich boi. Nikt nigdy nie mógł być postrachem bez obawy”. Stąd dobry dowódca powinien potrafić nie tylko precyzyjnie zaplanować akcję, ale i sprawić, by żołnierze byli przekonani o słuszności walki, jak też bezgranicznie ufali swemu dowódcy. „Żołnierz ma być obywatelem, a nie tylko ślepym narzędziem lub jestestwem samolubnym” (Tadeusz Kościuszko).

* * *

W lipcu-wrześniu 1942 K. Rokossowski dowodził wojskami Frontu Briańskiego, od września 1942 do lutego 1943 – Frontem Dońskim. Kierował odcinkiem zamykającym pierścień okrążenia armii niemieckiej pod Stalingradem w styczniu-lutym 1943 roku. Na skutek utraty inicjatywy strategicznej w obozie niemieckim zaczął się wzmagać bałagan organizacyjny i moralny. Gdy cudem wydostały z kotła pod Stalingradem major Coelestin von Zietzewitz (widocznie Celestyn Cycewicz) opowiedział w Berlinie generałowi-pułkownikowi Zeitzlerowi, jakie potworności dzieją się na froncie i błagał o odsiecz lub przynajmniej o rozkaz do cofnięcia się, ów cynicznie odparł: „Der Mensch regeneriert sich schnell”. Uparcie też trwano na pozycjach, a setki tysięcy żołnierzy niemieckich bohatersko trwało na straconych pozycjach, przymierając głodem i zamarzając na śmierć w 30-stopniowym mrozie.
Sam marszałek K. Rokossowski w książce Żołnierski obowiązek, spisanej ewidentnie na zlecenie władz sowieckich przez dyspozycyjnego dziennikarza, ale na podstawie ustnych wspomnień dowódcy i przez niego autoryzowanych, opowiada o tym okresie w rozdziale Pod Stalingradem, jak następuje:
Lot Li-2 odbył się pomyślnie. Lecieliśmy przez cały czas nisko, tuż nad ziemią. Nauczyła nas tego wojna. Trzeba zaznaczyć, że nieprzyjacielowi rzadko udawało się strącać samoloty, które szły lotem koszącym.
Natychmiast po lądowaniu pojechaliśmy wraz z Żukowem oczekującymi nas samochodami na punkt obserwacyjny dowódcy Frontu Stalingradzkiego, znajdujący się w rejonie na wschód od Jeżowki. Toczyły się tu zacięte walki. Związki taktyczne lewego skrzydła Frontu nacierały na przeciwnika, który przedarł się do Wołgi na północnym skraju Stalingradu, na odcinku Rynok– Akatowka.
Walki trwały już trzeci dzień, ale nie udawało się wyprzeć nieprzyjaciela. Jego pozycje położone były wyżej, czyli używając języka wojskowego – panowały nad okolicą. Przeciwnik miał doskonały wgląd na rozmieszczenie naszych oddziałów i nie szczędził nam ani pocisków, ani granatów moździerzowych. Wzdłuż całego frontu – jak tylko okiem sięgnąć – widać było gęste fontanny wybuchów. Pośród zalegającej piechoty dymiły nasze uszkodzone czołgi. Wystarczyło tylko, by czołg wspiął się na grzbiet stoku, a natychmiast stawał w płomieniach trafiony bezpośrednio pociskiem nieprzyjacielskim: najwidoczniej niemiecka artyleria wstrzelała się dobrze.
Na tym odcinku działały związki taktyczne niemieckiego XIV korpusu pancernego – 60 i 3 dywizja zmotoryzowana, zwrócone frontem na północ, oraz 16 dywizja pancerna i 389 dywizja piechoty – frontem na południe. Walczyły one o utrzymanie przebitego przez siebie korytarza, który dochodził do Wołgi. Szerokość korytarza miała nie więcej niż dziesięć kilometrów. Ponieważ jednak przebiegał on wzdłuż wzniesienia, nie mieliśmy – znajdując się niżej – wglądu w pozycje nieprzyjaciela.
W powietrzu wisiało nieprzyjacielskie lotnictwo. Bez przerwy bombardowało nasze wojska, a jeszcze bardziej – miasto. Po każdym nalocie nad Stalingradem wznosiły się słupy dymu. Wróg dążył do całkowitego zniszczenia nadwołżańskiej twierdzy.
Z naszej strony w natarciu brały udział oddziały 1 armii gwardii i 66 armii, które usiłowały połączyć się z 62 armią, walczącą w samym mieście.
Na punkcie obserwacyjnym zapoznałem się z zastępcą dowódcy Frontu, W. Gordowem, którego dotąd nie znałem. Wyraźnie denerwował się, beształ przez telefon dowódców armii, przy czym nie bardzo przebierał w słowach (już słyszałem, że żołnierze określali to trafnie „dowodzeniem za pomocą wyzwisk”). Żukow nie wytrzymał.
– Krzykiem i wyzwiskami nic tu nie wskórasz – powiedział Gordowowi – należy umiejętnie organizować walkę.
Oceniając obiektywnie sytuację na tym odcinku, muszę stwierdzić, że istota rzeczy polegała nie na nieudolnym dowodzeniu, lecz na niedostatecznej ilości sił i środków do pomyślnego wykonania zadania. Ujemny wpływ miał również pośpiech. Od dowódcy Frontu uporczywie żądano, by doprowadził do przełomu w działaniach bojowych, ale nie brano pod uwagę, że przeciwnik miał w tym czasie znaczną przewagę w siłach. Życzenia znów nie były zgodne z możliwościami wojsk.
Pod wieczór stało się oczywiste, że natarcie i tym razem nie da rezultatu. Wojska ponosiły straty, lecz nigdzie nie były w stanie przełamać obrony nieprzyjaciela.
Żukow polecił Gordowowi zastanowić się nad tym, jak działać dalej, po czym zaproponował, byśmy udali się na stanowisko dowodzenia Frontu, skąd miał połączyć się z Wasilewskim, który przebywał we Froncie Południowo-Wschodnim.
Z wielkim zdumieniem stwierdziłem, że dowództwo i sztab Frontu Południowo-Wschodniego przeprawiły się na wschodni brzeg Wołgi. W tych warunkach wyglądało to raczej dziwnie: wojska Frontu toczą ciężkie walki z gwałtownie atakującym przeciwnikiem, a dowództwo i sztab oddzielone są od nich szeroką rzeką.
Zawsze uważałem, że dowódca powinien znajdować się tam, gdzie walczą jego wojska: i dowodzić łatwiej, i ludzie biją się z większym przekonaniem. W tym konkretnym wypadku byłoby wskazane mieć na wschodnim brzegu Wołgi zapasowe stanowisko dowodzenia w celu utrzymania kontaktu z 62 armią, która broniła się w samym mieście.
Nad brzegiem wielkiej rosyjskiej rzeki toczyła się bitwa, jakiej dotąd historia nie znała. Nieprzyjaciel wdarł się głęboko w nasze terytorium. Ale wszystkie jego plany kończyły się fiaskiem. Siła oporu narodu i jego armii nie tylko nie malała, lecz przeciwnie – wzrastała z każdym dniem. Ludność przejściowo okupowanych rejonów pałała nienawiścią do zaborców. Wszędzie na tyłach niemieckich wojsk rozwijał się ruch partyzancki. Ciężkie niepowodzenia na froncie nie zachwiały wiary narodu radzieckiego w wyższość socjalistycznego ustroju nad kapitalistycznym. Naród i jego armia otaczały miłością swoją władzę, ofiarnie broniły wolności i niezawisłości ojczyzny i nie szczędziły sił, aby wojna zakończyła się całkowitym zwycięstwem nad wrogiem.
Po klęsce pod Moskwą hitlerowskie kierownictwo przekonało się, że wojna nabrała przewlekłego charakteru. Mimo iż nadal dążyło do całkowitego rozbicia Armii Czerwonej i zakończenia w ten sposób wojny ze Związkiem Radzieckim, nie mogło już prowadzić natarcia jednocześnie na wszystkich kierunkach strategicznych jak w roku 1941. Latem 1942 roku postawiono niemieckim wojskom jako główne zadanie: zniszczyć nasze wojska na południowym odcinku frontu i opanować rejon Kaukazu i dolnego biegu Wołgi. Podstępny plan! Jego zrealizowanie postawiłoby nasz kraj w niezwykle ciężkim położeniu (...).
Pod koniec września nieprzyjaciel rzucił do bitwy wszystkie siły, ale celu, jaki sobie postawił, nie osiągnął. Grupa Armii „A” toczyła ciężkie walki u podnóży głównego grzbietu Kaukazu, gdzie ugrzęzła na skutek silnego oporu naszych wojsk. A do tego trzeba było jeszcze związki taktyczne 4 armii pancernej skierować na wzmocnienie Grupy Armii „B”, która utknęła w międzyrzeczu Wołgi i Donu, wciągnięta w ciężkie walki narzucone jej przez radzieckie dowództwo. Tak więc hitlerowcom nie udało się ani zdobyć Kaukazu, ani wyjść nad Wołgę na całym odcinku między Stalingradem a Astrachaniem. Dowództwo hitlerowskie przeliczyło się, podobnie jak w roku 1941, nie doceniając siły i możliwości Związku Radzieckiego. Nadszedł moment, kiedy powinno było ono, przy prawidłowej ocenie sytuacji, raczej pomyśleć o tym, jak wydostać się z krytycznego położenia. Nie uczyniło tego jednak. Natomiast nasza Kwatera Główna i Sztab Generalny, tak jak w decydującym momencie bitwy pod Moskwą, oceniły w sposób właściwy nadarzającą się okazję wykonania druzgocącego uderzenia na nieprzyjaciela, który zanadto się zagalopował. (...).
Pomimo ciężkich przejść w wojskach panował bojowy nastrój. Dowódcy, aparat polityczny, organizacje partyjne i komsomolskie umiejętnie popularyzowały wśród żołnierzy przykłady bohaterstwa, które w walkach o Stalingrad przybrało niespotykane rozmiary. Pracą partyjno-polityczną we Froncie kierowali członek rady wojennej, generał A. Żełtow, i szef zarządu politycznego, generał S. Gaładżew. Doskonałym, wszechstronnie wykształconym pracownikiem politycznym i wspaniałym towarzyszem okazał się Gaładżew. Rozsadzała go energia i godna pozazdroszczenia radość życia, które są szczególnie cennymi cechami, zwłaszcza w ciężkich chwilach. A trzeba przyznać, że takich chwil w owym okresie było więcej niż radosnych. Z Żełtowem współpracowaliśmy bardzo krótko. Został on skierowany do nowo tworzonego Frontu Południowo-Zachodniego, ale pozostawił po sobie jak najlepsze wspomnienia. Pracowało się z nim niesłychanie łatwo.
W 4 armii pancernej znów przekonałem się, jakie straty w ludziach i sprzęcie bojowym powoduje wprowadzanie związków taktycznych do walki częściami, w sposób niezorganizowany i bez należytego zabezpieczenia artyleryjskiego. Pozostały w tej armii (która co prawda odegrała istotną rolę w udaremnieniu zamysłów nieprzyjaciela, mających na celu okrążenie naszej 62 i 64 armii w wielkim łuku Donu) tylko cztery czołgi. Jeden z oprowadzających mnie oficerów zapytał żartobliwie: czy nie dlatego właśnie nazywa się ona 4 armią pancerną? Żołnierze wnieśli poprawkę: swoją armię z gorzką ironią nazywali czteroczołgową (czetyriechtankowaja). Dowódcę armii, generała W. Kriuczenkina, odwołano do Moskwy. Znałem go ze służby w okresie pokojowym – dowodził 14 dywizją w 5 korpusie kawalerii. Był to dobry, odważny rębacz; szczególnie odznaczył się w walkach z basmaczami. Widać i jemu nieraz się dostało, bowiem zarówno głowę, jak i twarz miał pooraną wieloma bliznami po cięciach szablą.
Na jego miejsce wyznaczono generała Batowa, mającego bogate doświadczenie bojowe na stanowiskach dowódczych i wykazującego wiele inicjatywy. Pawła Iwanowicza znałem ze wspólnej służby we Froncie Briańskim. Wierzyłem, że potrafi wyciągnąć armię z tej sytuacji. Została ona niebawem przekształcona w 65 armię ogólnowojskową. Jej związki taktyczne obsadzały szczególnie ważny odcinek – duży przyczółek na zachodnim brzegu Donu, który trzeba było utrzymać za wszelką cenę. Właśnie tutaj nasze oddziały atakowały nieprzyjaciela za każdym razem, gdy tylko rozpoczynał szturm miasta. Pomagały w ten sposób 62 i 64 armii Frontu Stalingradzkiego...
Podczas pobytu w 24 armii przekonałem się, że tymi siłami i środkami, którymi dysponował Gałanin, trudno było osiągnąć choćby tylko niewiele znaczący sukces. Przeciwnik był silny, miał dużą zdolność manewrową, zajmował dogodną rubież, którą swego czasu przygotowały nasze wojska. Związki taktyczne armii poniosły w długotrwałych i zażartych walkach znaczne straty. Jednak mimo przemęczenia i poniesionych strat, mimo że armia nie odniosła poważniejszego sukcesu, wśród szeregowców i dowódców panował duch bojowy. Świadomość tego, że swoimi aktywnymi działaniami udzielają pomocy towarzyszom walczącym bezpośrednio w Stalingradzie, dodawała im wszystkim sił i otuchy.
Pozostało mi jeszcze tylko zapoznanie się z 66 armią, znajdującą się – podobnie jak 24 armia – w międzyrzeczu; opierała się ona swoim lewym skrzydłem o Wołgę i nawisała nad Stalingradem od północy. Ze względu na dogodne położenie armia musiała prawie bez przerwy prowadzić działania zaczepne, mające na celu likwidację utworzonego przez nieprzyjaciela korytarza, który odcinał oddziały 62 armii Frontu Stalingradzkiego od pozostałych wojsk. Siłami i środkami, jakimi dysponowała 66 armia, zadania tego nie można było wykonać. Nieprzyjaciel, po przedarciu się nad Wołgę, obsadził umocnienia tak zwanego pierścienia stalingradzkiego, zbudowanego w swoim czasie przez nasze wojska. Dysponował on dostateczną ilością sił, by utrzymać te pozycje. Niemniej jednak 66 armia aktywnymi działaniami przyczyniła się do ulżenia doli obrońców miasta, ściągając na siebie uwagę i siły nieprzyjaciela. Za przeciwnika miała niemieckie związki taktyczne (XIV korpus pancerny).
Dowódcy 66 armii nie zastałem na stanowisku dowodzenia. Udał się on do oddziałów, jak zameldował mi szef sztabu armii, generał F. Korżeniewicz – mój znajomy z okresu służby w 1930 roku w 3 korpusie kawalerii, gdzie dowodziłem 7 Samarską Dywizją Kawalerii, a on pełnił obowiązki szefa oddziału operacyjnego sztabu korpusu. Był to doskonale wyszkolony oficer sztabowy. Zdziwiłem się nieco, że dowódca armii wyjechał do oddziałów, nie czekając na mnie. Został przecież zawiadomiony, że jadę do niego. Korżeniewicz chciał go wezwać na stanowisko dowodzenia, lecz powiedziałem mu, że sam odszukam dowódcę, a przy okazji poznam związki taktyczne.
Odwiedziłem stanowiska dowodzenia dywizji, a następnie pułków. Wreszcie znalazłem się na stanowisku dowodzenia batalionu. Ale i tutaj nie udało mi się spotkać dowódcy armii. Wyjaśniono mi, że znajduje się w jednej z kompanii.
Trzeba zaznaczyć, że w tym dniu toczył się dość ożywiony pojedynek artylerii i moździerzy, a wszystko wskazywało na to, że przeciwnik przygotowuje wypad, w odpowiedzi na atak, który przeprowadziły w dniu poprzednim oddziały 66 armii. Postanowiłem przedostać się tam, ciekawy, czym może zajmować się w tej chwili dowódca armii? Jak się dało – okopami o pełnym profilu, a gdzieniegdzie, pochylony aż do ziemi, okopami mocno zasypanymi – dobrnąłem do przedniego skraju. Dopiero tutaj ujrzałem generała, średniego wzrostu, krępego. Po oficjalnym przedstawieniu się i krótkiej rozmowie napomknąłem dowódcy armii, czy jest sens, żeby wędrował po kompanijnej pozycji, i poradziłem mu wybrać bardziej dogodne miejsce, skąd będzie lepiej dowodzić wojskami. Rodion Malinowski wysłuchał mnie z uwagą. Jego posępna twarz rozjaśniła się.
– Sam to rozumiem – uśmiechnął się. – Ale bardzo trudno wytrzymać, przełożeni naciskają. Więc pojechałem jak najdalej od przełożonych.
Rozstaliśmy się jako przyjaciele, doskonale się nawzajem rozumiejąc. Oczywiście, armii powierzono odpowiedzialne zadanie, jej dowódca rozumiał to i obiecał uczynić wszystko, co będzie mógł, aby wzmocnić uderzenia na nieprzyjaciela.
Z pewnych odcinków naszej obrony można było doskonale obserwować pozycje przeciwnika. Pozostało tam po zaciętych walkach mnóstwo wraków czołgów – i niemieckich, i naszych. Żołnierze taką rubież nazywali polem czołgowym. Był to twardy orzech. Pod spalonymi wozami hitlerowcy wykopali okopy. Wraki czołgów przekształciły się w trudne do zniszczenia punkty ogniowe. Drogo nas kosztował szturm takich pozycji....
Stalingrad przypominał „młyn pod Verdun” z okresu pierwszej wojny światowej. Nieprzyjaciel dążył za wszelką cenę do opanowania ruin miasta, dlatego rzucał tu wciąż nowe oddziały, nie licząc się ze stratami.
Dowództwo Frontu Stalingradzkiego czyniło wszystko, aby wzmocnić 62 armię. Kwatera Główna kierowała pod Stalingrad oddziały piechoty, czołgów i artylerii. Większość z nich natychmiast przeprawiano przez Wołgę do miasta. Pewne uzupełnienia otrzymywał także Front Doński. Były one jednak niewspółmierne do strat, jakie ponosiliśmy w kontratakach.(...).
Ponieważ główna rola w przygotowywanej operacji przypadła 66 armii, omówiłem tę sprawę z Malinowskim, który prosił, by siedmiu nowych dywizji nie kierować do walki.
– Tylko nadaremnie je stracimy.
Na nasze szczęście w terminie wyznaczonym przez Kwaterę Główną z siedmiu dywizji otrzymaliśmy tylko dwie. Zostały one przydzielone 66 armii. Pozostałe spóźniły się i pozostawiliśmy je w odwodzie Frontu. Później odegrały ogromną rolę.
Jak należało oczekiwać, natarcie nie miało powodzenia. Wojska Frontu Dońskiego nie zdołały przełamać obrony przeciwnika. Natarcie Frontu Stalingradzkiego również nie osiągnęło zamierzonego celu. Mimo to jednak nieprzyjaciel był zmuszony utrzymywać nadal swoje zgrupowanie w międzyrzeczu, co wywierało ogromny wpływ na bieg wydarzeń w rejonie Stalingradu.
Wojska hitlerowskie musiały dreptać w miejscu. Nie były w stanie posuwać się naprzód ani nad Wołgą, ani na Kaukazie. Niezmiernie rozciągnięte komunikacje sprawiały nieprzyjacielowi ogromny kłopot, ponieważ wzmogły się akty dywersji ze strony partyzantów.(...).
Zbliżała się chwila długo przez nas oczekiwana. O mającym nastąpić przeciwuderzeniu ja i Jeremienko wiedzieliśmy już w październiku; pokrótce poinformował nas o tym Żukow. Lecz dotychczas nie podał przypuszczalnego terminu rozpoczęcia operacji. A jednak jego informacja umożliwiła nam przystąpienie do określonych przygotowań, oczywiście z zachowaniem w absolutnej tajemnicy celu tych przedsięwzięć. Wszelkimi sposobami starano się wprowadzić nieprzyjaciela w błąd. Usiłowaliśmy upewnić go o tym, że zamierzamy nacierać w międzyrzeczu. Dlatego w tym rejonie prowadzono najbardziej aktywne działania. A na pozostałych odcinkach pozorowano wzmożone roboty – kopanie transzei, budowę umocnień itp. Wszelki ruch wojsk do tych rejonów, z których miały się rozpocząć działania, odbywał się tylko nocą, przy zachowaniu wszelkich środków maskowania.
16 armii lotniczej, którą dowodził doświadczony i energiczny generał S. Rudenko, polecono, by równocześnie z wykonywaniem zadań na polu walki nieustannie obserwowała zachowanie się nieprzyjaciela. Nie wolno było przegapić przegrupowania jego wojsk w pasie Frontu i na stykach z sąsiadami.
Jak na złość, właśnie w tym okresie, kiedy lotnicy mieli do spełnienia tak ważne zadania, wielu z nich zachorowało na tularemię, której nosicielami były myszy. Stały się one istną plagą i trzeba było stosować rozmaite środki, aby nie tylko uchronić ludzi przed zachorowaniem, lecz także samoloty przed pogryzieniem; gryzonie cięły gumową izolację wszędzie, gdzie tylko się im udawało przedostać (...)”.

* * *

Aby niejako zrównoważyć ten opis zdarzeń, warto go skonfrontować z odnośnymi wspomnieniami strony przeciwnej, którą może reprezentować wybitny niemiecki dowódca Erich von Manstein (Lewiński), który był uważnym obserwatorem wydarzeń na froncie i w rozdziale Tragedia Stalingradu swej słynnej książki Stracone zwycięstwa notował:
Przechodniu, powiedz Sparcie – tu leżą jej syny,
prawom jej do ostatka swej wierni godziny”.
Nigdy ten wiersz obwieszczający nam wiadomość o bohaterstwie obrońców Termopil i uważany od tamtej pory za pieśń waleczności, wierności i posłuszeństwa, nie został wyryty w kamieniu pod Stalingradem, w mieście nad Wołgą, na pamiątkę złożonej tam ofiary przez poległą niemiecką 6. Armię.
Na zatartych tam śladach po poległych, zagłodzonych, zamarzniętych żołnierzach niemieckich chyba nigdy nie wzniesie się krzyża, kamienia pamiątkowego.
Wspomnienie o ich niezmiernych cierpieniach i śmierci, o bezprzykładnej waleczności, wierności i wypełnieniu obowiązku przetrwa czasy, jeżeli niedługo ucichnie okrzyk triumfu zwycięzców, jeżeli umilknie żal cierpienia, gniew zawodu i rozgoryczenia.
Może ta waleczność była daremna, może tę wierność poświęcono dla jednego człowieka, który ani tego nie rozumiał ani się nie odwzajemnił i także nie zasłużył na to, by doprowadzić to spełnienia obowiązku do śmierci czy do pójścia do niewoli, to ta waleczność, ta wierność, to spełnienie obowiązku pozostanie pieśnią żołnierza niemieckiego! Etos żołnierza, który dzisiaj wprawdzie już minął i który wydaje się przeżywać w epoce, w której może zostać pogrążone wszelkie życie przez bomby atomowe wystrzelone z bezpiecznej odległości. Bohaterstwo żołnierza mimo upadku jego etosu wydaje się równie godne jak tych, którym niegdyś poświęcono powyższy wiersz. Ofiara może wydawać się daremna, jeśli poświęcona została straconej sprawie, wierność może być bezsensowna, jeśli podarowana została reżimowi, który jej nie szanował. Posłuszeństwo może okazać się chybione, jeżeli warunki, na których się opiera, okazały się zwodnicze. Wartość etyczna lojalności nakazująca żołnierzom 6. Armii złożenie ofiary została utrzymana do końca.
Przedstawienie bohaterstwa żołnierzy 6. Armii raczej powinno dokonać się przy pomocy pióra poety. Cierpienia i śmierć żołnierzy niemieckich powinny zostać uświęcone, aby z tego nie uczynić sensację zgrozy, źródło wątpliwych odkryć czy okazję do kontrowersji politycznych. Jeśli ktoś chce wnieść coś do historii z tej tragedii, jego pióro powinno żywić szacunek a nie nienawiść! Ktoś, taki jak ja, który przeżył walkę o Stalingrad na odpowiedzialnym stanowisku jako współtowarzysz, a nawet ci, którzy nie mieli żadnego wpływu na jej przebieg, w piersiach których bije serce żołnierza, nie będą profanowali oklepanymi frazesami śmierci żołnierzy pod Stalingradem. Tragizm tego wydarzenia nie odpowiada ani szumnym frazesom ani fałszywej nienawiści. Należy się zdecydować, w jaki rzeczowy sposób można te wydarzenia przedstawić, co można powiedzieć z własnego punktu widzenia, w jaki sposób obiektywnie je ocenić? Ostateczną ocenę należy pozostawić historii i jednocześnie należy żywić nadzieję, że odda ona sprawiedliwość tym, którzy z wiarą spełniając swój żołnierski obowiązek, przebyli krwawą drogę. Z pewnością historia oceni chyba także nieporozumienia, błędy i zaniedbania i dokona wyroku, gdzie naruszony został nakaz wierności, także u tego, który jej wymagał.
Nie zamierzam opisywać walk i cierpień żołnierzy 6. Armii, w których uczestniczyłem, a przeszkadza mi w tym pełnione stanowisko. Nie powinno się tutaj poruszać ludzkiej strony tragedii, cierpień, rozpaczy czy rozgoryczenia, śmierci tych osób, obaw i trosk w tamtych dniach ze strony ich najbliższych, ich smutku. Może także nie, ponieważ to wszystko w swojej okropności w pełni i na trwale pozostało w mojej świadomości i moich współpracowników, oraz u wszystkich tych, którzy walczyli wówczas o uratowanie 6. Armii. Może dlatego też, że nikt poza nami z pewnością nie doświadczył głębiej tego ludzkiego oblicza tragedii naszych żołnierzy poległych pod Stalingradem, oddających życie za ojczyznę, a także dlatego, że zrozpaczeni usiłowaliśmy chwytać się ostatniej możliwości przyjścia z pomocą naszym towarzyszom broni. Ale to ludzkie oblicze tej tragedii obejmuje w swoim wymiarze największe, prawie niewyobrażalne cierpienia oraz także największe i daremne bohaterstwo i my, którzy wszystko to przeżyliśmy, nie zachowalibyśmy odpowiedniego dystansu do opisywanych wydarzeń. Nie uśmierzylibyśmy bólu tych, którzy tak bardzo wycierpieli, lecz ponownie rozdrapalibyśmy jedynie stare rany. Nie chcemy wywoływać nienawiści i w mniejszym stopniu służylibyśmy poznaniu prawdy.
Z tego powodu spróbuję rzeczowo i bezstronnie opisać przebieg tej tragedii. Wierzę, że powinienem milczeć przed rozmiarami bohaterstwa, jak i cierpieniami tych żołnierzy niemieckich. Spróbuję spojrzeć na los 6. Armii z perspektywy mojego stanowiska, w ramach większych wydarzeń, gdzie Stalingrad był jedynie ich częścią, co prawda najtragiczniejszą. Czytelnik chyba zrozumie, że nie zostanie wprowadzony we wrzawę bitwy, na zaśnieżone stepy wokół Stalingradu czy w wir walk o wąwozy i bloki mieszkalne, lecz w dziedzinę dowodzenia wyższego szczebla. Nie będzie otoczony gorącem walki czy zabójczym zimnem stepów, lecz atmosferą rozważań i odpowiedzialności. Może być pewien, że także podczas tego biły gorące serca, które towarzyszyły tym, którzy walczyli, cierpieli i umierali za Stalingrad.
Bitwa o Stalingrad z punktu widzenia Sowietów w zrozumiały sposób określana jest za decydujący przełom w wojnie. Anglicy przypisują podobne znaczenie rezultatowi „battle of Britain”, tj. obronie wyspy brytyjskiej w 1940 r. przed niemiecką ofensywą lotniczą. Amerykanie skłonni są przypisywać swojemu uczestnictwu w wojnie osiągnięcie rozstrzygającego sukcesu przez państwa sprzymierzone.
Także w Niemczech reprezentowany jest niejednokrotnie pogląd o przypisywaniu Stalingradowi znaczenia tej „rozstrzygającej bitwy”.
Natomiast należy stwierdzić, że chyba żadnemu z tych czy innych pojedynczych zdarzeń nie powinno przypisywać się czynnika rozstrzygającego. Wynikał on raczej z wielu czynników, z których najważniejszym będzie prawdopodobnie fakt, że Niemcy ostatecznie dzięki polityce i strategii Hitlera znaleźli się w beznadziejnej niższości w stosunku do swoich wrogów.
Z pewnością Stalingrad jest tak dalece punktem zwrotnym w historii II wojny światowej, gdyż wówczas nad Wołgą załamała się niemiecka fala uderzeniowa, by cofnąć się jak łamacz przyboju. Wprawdzie strata 6. Armii była dotkliwa, lecz wojna na Wschodzie – i tym samym wojna w ogóle – nie wydawała się być jeszcze przegraną. Wciąż pozostawała jeszcze możliwość uzyskania remisowego rozwiązania, gdyby na to nastawiła się polityka niemiecka i kierownictwo Wehrmachtu.
Nie od rzeczy byłoby w tym miejscu przypomnieć, że widząc tragiczne i absolutnie beznadziejne położenie wojsk niemieckich, marszałek Rokossowski wystosował osobisty list oficjalny do dowództwa niemieckiego, proponując mu honorowe poddanie się całego ugrupowania i dając oficerskie słowo honoru, że jeńcy zostaną potraktowani z całym szacunkiem, a po zakończeniu wojny będą mogli wrócic do ojczyzny. Niemieckie dowództwo, mimo iż to memorandum otrzymało, nie raczyło nawet udzielić na nie odpowiedzi i tym przypieczętowało swój los.
Mannstein w dalszym ciągu swych wspomnień notuje: „Przyczyn zagłady 6. Armii należy szukać oczywiście w tym, że Hitler –niewątpliwie ze względów prestiżowych – wzbraniał się przed dobrowolnym oddaniem Stalingradu. To, że jednak 6. Armia w ogóle mogła znaleźć się w takim położeniu, tkwi w udokumentowanych błędach operacyjnych popełnionych przez naczelne dowództwo niemieckie zarówno wcześniej podczas planowania i wykonywania ofensywy niemieckiej w 1942 r., a zwłaszcza podczas jej zakończenia...
Ofensywa niemiecka w 1942 r., wskutek założonego celu Hitlera, przeważnie zdeterminowanego jego punktem widzenia z perspektywy gospodarki wojennej, skierowała się na dwa rozbieżne kierunki – Kaukaz i Stalingrad. Wskutek tego podczas osłabienia natarcia niemieckiego utworzył się front, dla utrzymania którego istniejące siły niemieckie okazały się niewystarczające. Dowództwo niemieckie nie dysponowało rezerwą operacyjną na tym skrzydle całości owego frontu, skoro rozproszyło zwolnioną na Krymie 11. Armię na najróżniejsze kierunki.
W ten sposób Grupa Armii „A” – skierowana frontem na południe – znajdowała się w północnej części Kaukazu między Morzem Czarnym i Morzem Kaspijskim. Grupa Armii „B” utrzymywała front skierowany na wschód względnie północy wschód, osadzający się na Wołdze na południe od Stalingradu, skręcający na północ od Stalingradu w kierunku środkowego Donu i przebiegający następnie wzdłuż tej rzeki w kierunku północnym do Woroneża. Obie grupy armii trzymały rozciągnięty front, mając do dyspozycji za słabe siły. Należy uwzględnić jeszcze szczególny fakt, że nieprzyjacielskie skrzydło południowe nie zostało w rzeczywistości rozgromione, lecz cofnęło się i uniknęło zniszczenia ponosząc przy tym znaczne straty. Oprócz tego przeciwnik dysponował jeszcze bardzo dużymi rezerwami operacyjnymi na pozostałych odcinkach frontu oraz na dalekich tyłach. W końcu między dwoma niemieckimi grupami armii na stepach kałmuckich otworzyła się luka o szerokości 300 km, zabezpieczana w stopniu niewystarczającym jedynie przez jedną dywizję (16. DZmot.) stacjonującą pod Elistą.
Próba utrzymania na dłuższą metę znacznie rozciągającego się frontu stanowiła pierwszy błąd – całkowicie pomijając błędy popełnione podczas planowania i wykonywania letniej ofensywy, w wyniku którego 6. Armia znalazła się w końcu listopada 1942 r. w rozpaczliwym położeniu.
Drugim, jeszcze donioślejszym w skutkach, błędem było zmuszenie przez Hitlera Grupy Armii „B” do rzucenia jej zasadniczej siły uderzeniowej, 6. Armii i 4. APanc., do walki w i o Stalingrad. Zabezpieczenie głębokiej północnej flanki tej grupy nad Donem pozostawiono rumuńskiej 3., jednej włoskiej i węgierskiej armii oraz na odcinku Woroneża słabej niemieckiej 2. Armii. Hitler musiał wiedzieć, że sojusznicze armie nie sprostają silnemu uderzeniu sowieckiemu także za Donem. To odnosiło się w podobnym stopniu do rumuńskiej 4. Armii, której powierzył osłonę prawej nieosłoniętej flanki 4. Armii Pancernej.
Próba zajęcia Stalingradu mogła być dopuszczalna na wszelki wypadek w wyniku krótkotrwałego zaplanowanego uderzenia i uzyskanie tym samym panowania nad Wołgą, nawet, kiedy pierwszy rozmach natarcia w celu zajęcia miasta przyniósł jedynie częściowe powodzenie. Jednak decydującym błędem było pozostawienie na całe tygodnie głównych sił Grupy Armii „B” pod Stalingradem bez wystarczającego zabezpieczenia skrzydeł. Właśnie w wyniku tego stworzono przesłanki dla przejęcia inicjatywy przez przeciwnika, który mocno usadawiając się pod Stalingradem naciskał na całe skrzydło południowe. Formalnie zaproszono go do tego, aby pochwycił nadarzającą się szansę i okrążył 6. Armię.
Trzecim błędem była groteskowa struktura dowodzenia na niemieckim skrzydle południowym.
Grupa Armii „A” w ogóle nie miała własnego dowódcy. Nawiasem mówiąc była ona dowodzona przez Hitlera (...). Każdy naczelny wódz, jeżeli chce osiągnąć sukces, jest zmuszony do wzięcia na siebie ryzyka. Ryzyko podjęte przez naczelne dowództwo niemieckie późną jesienią 1942 r. nie polegało prawdopodobnie na tym, aby związać na dłuższy okres pierwszorzutowe związki GA „B” pod Stalingradem i zadowolić się utrzymaniem nazbyt długiej osłony tak łatwej do zerwania na froncie nad Donem. Nie chciano takiego całkowitego niespisania się armii sojuszniczych, które dokonało się później w sposób nieoczekiwany. Bądź co bądź jednostki rumuńskie, będące wciąż naszymi najlepszymi sprzymierzeńcami, biły się tak dokładnie, jak było to do przewidzenia po doświadczeniach w kampanii krymskiej. Odnośnie siły bojowej Włochów pozbyto się wszelkiej iluzji.
Ryzyko, które mogłoby podjąć wówczas dowództwo niemieckie, kiedy okazało się, że ofensywa letnia doprowadziła wprawdzie do zdobycia kolejnych obszarów, lecz nie do decydującej klęski nieprzyjacielskiego skrzydła południowego, było inne niż to wymienione wyżej. Jego istota polegałaby na wykorzystaniu możliwości operacyjnych wielkiego łuku Donu między Kaukazem a środkowym Donem do ponownego przejścia do prowadzenia operacji manewrowych i nie przekazaniu inicjatywy przeciwnikowi. Taka zamiana ryzyka nie tkwiła w mentalności Hitlera. Nie wyciągnął on konsekwencji z faktu, że jego ofensywa utknęła nie przynosząc ostatecznego rozstrzygnięcia i tym samym przygotowała tragedię Stalingradu! (...)
Rano 19 listopada nieprzyjaciel po gwałtownym i silnym przygotowaniu artyleryjskim przystąpił do ataku z przyczółka dońskiego pod Kremieńskaja oraz z rejonu położonego dalej na zachód przez Don przeciwko lewemu skrzydłu 6. Armii oraz rumuńskiej 3. Armii. Jednocześnie duże siły nieprzyjacielskie, znajdujące się na południe od Stalingradu, przebiły się przez ugrupowanie 4. APanc. (d-ca – gen. płk Hoth), które dublowane było przez ugrupowanie rumuńskiej 4. Armii. Z jednej strony zdołano utrzymać lewe skrzydło 6. Armii, zaś z drugiej nieprzyjaciel mógł całkowicie rozbić Rumunów na dwóch frontach. Silne sowieckie związki pancerne natychmiast po włamaniu się w dwóch miejscach frontu, naśladując nasz sposób działania, kontynuowały natarcie w głębi operacyjnej. Już rano w dniu 21 listopada osiągnęli oni Don pod Kałaczem, gdzie w ich ręce dostał się niezniszczony most, ważny dla funkcjonowania zaopatrzenia dla 6. Armii. Przed południem w dniu 21 listopada zamknął się pierścień wokół 6. Armii i kocioł w rejonie na południe od Stalingradu, w którym znalazły się jednostki niemieckie i rumuńskie należące do 4. APanc. W kotle tym znalazło się pięć korpusów niemieckich, łącznie dwadzieścia dywizji, w tym dwa korpusy rumuńskie, przeważająca część niemieckiej artylerii wojsk lądowych (pozostała część znajdowała się na froncie leningradzkim) i bardzo duże siły saperów. Było to duże zgrupowanie sił i później także nie było możliwe uzyskanie dokładnych danych o ogólnej liczbie okrążonych żołnierzy niemieckich w kotle. Zestawione dane o 6. Armii wahały się między 200 000 – 270 000 żołnierzami, przy czym należy uwzględnić, że podana „ilość żołnierzy pozostających na zaopatrzeniu” uwzględniała obok jednostek rumuńskich jeszcze wiele tysięcy żołnierzy z „jednostek pomocniczych innych narodowości” oraz jeńców wojennych. Przeważnie podawana ilość przekraczająca 300 000 osób była niewątpliwie przesadzona. Część służb tyłowych armii znalazła się poza kotłem, jak również część taborów, rannych i urlopowiczów. Ta reszta stała się później kadrą dla nowo tworzonych większości dywizji 6. Armii. Ich liczebność wahała się przeważnie między 1 500 – 3 000 żołnierzy na każdą dywizję. Jeśli uwzględni się, że stany osobowe dywizji 6. Armii znacznie zmalały już w listopadzie 1942 r., to ilość 200 000 do 220 000 żołnierzy mimo dużego przydziału jednostek artyleryjskich i saperów, którzy znaleźli się w kotle, wydaje się chyba właściwa...

Z danych o nieprzyjacielu wynikał obraz, że przeciwnik w sile około dwudziestu czterech związków (dywizje, brygady zmechanizowane względnie pancerne) przebił się przez wytworzoną lukę na froncie na południe od Stalingradu i dokonał zwrotu na północ przeciwko skrzydłu południowemu 6. Armii oraz przystąpił do gwałtownego uderzenia.
Nieprzyjaciel w sile około dwudziestu czterech związków przebił się z rejonu przełamania przez ugrupowanie rumuńskiej 3. Armii na tyły 6. Armii w kierunku na Kałacz. Ponadto zameldowano o dalszych dwudziestu trzech związkach kierujących się dalej w kierunku na zachód z zamiarem wykonania zwrotu na południe względnie południowy zachód w kierunku rzeki Czyr. Poza tym w Stalingradzie znajdowały się jeszcze siły, które utrzymały się tam aż do ostatnich szturmów 6. Armii i otrzymały wzmocnienie przez Wołgę. W dalszym ciągu między Wołgą a Donem znajdowały się przeważające siły nieprzyjacielskie przed frontem północnym 6. Armii. W końcu nie było żadnej wątpliwości co do wykorzystywania kolei przez nieprzyjaciela dla bieżącego wzmacniania swoich sił. W rzeczywistości stwierdzono już w dniu 28 listopada sto czterdzieści trzy duże związki nieprzyjacielskie (dywizje, brygady pancerne itd.) w rejonie działania nowej Grupy Armii „Don”.
Oznaczało to dla tworzonej pod moim rozkazem Grupy Armii „Don” prawie trzykrotną przewagę posiadaną przez nieprzyjaciela nad 6. Armią okrążoną wokół Stalingradu liczącą dwadzieścia dywizji niemieckich i dwie rumuńskie, znajdujących się w stanie znacznego wyczerpania, bez wystarczających zapasów amunicji, benzyny i żywności, bez ciągłego zaopatrzenia. Zresztą pomijając także fakt okrążenia i nieposiadania jakiejkolwiek swobody operacyjnej z uwagi na surowy rozkaz Hitlera utrzymania „twierdzy Stalingrad”. Dalej niedobitki 4. Armii Pancernej i dwóch armii rumuńskich. Obecnie grupa armii w najlepszym razie dysponowała jedyną dotychczas nienaruszoną dywizją niemiecką (16. DZmot.), której nie wolno było wycofać z jej linii zabezpieczenia w stepie, gdzie tworzyła ona pojedynczą osłonę tyłową Grupy Armii „A”, i czterema jeszcze nienaruszonymi dywizjami rumuńskimi, których niewielka wartość bojowa nie mogła budzić żadnej wątpliwości u nieprzyjaciela (...). Ostatecznie armia Paulusa została zniszczona. Był to straszliwy dramat nie tylko wojska, ale i całego narodu niemieckiego. Jak wiadomo, wszystkie wysiłki Wehrmachtu, by przełamać fatalny rozwój wydarzeń, spaliły na panewce.
Oficer niemiecki Hans Doerr plastycznie opisał obraz walk pod Stalingradem na przełomie lat 1942/1943: „Aus der Weite der Steppe sickerte der Krieg ein in die durchfurchten Berghänge der Wolga mit ihren Schluchten, Waldstücken und Balkas, in den porösen, unterhöhlten, zerschnittenen, von Eisen, Beton und Stein überbauten Stadt – und Fabrikbereich von Stalingrad. Der Kilometer als Maseinheit wich dem Meter, die Generalstabskarte dem Stadtplan. Um jedes Haus, jede Fabrikhalle, um Wassertürme, Bahneinschnitte, Mauern, Keller und schliesslich um jeden Trümmerhaufen tobte ein Kampf, wie man ihn in dieser Konzentration selbst in den Materialschlachten des ersten Weltkrieges kaum erlebt hatte. Entfernungen gab es nicht, nur Nähe! Trotz wiederholter Masseneinsätze von Luftwaffe und Artillerie konnten die Fesseln des Nahkampfes nicht gesprengt werden. Der Russe, dem Deutschen in Bezug auf Ausnutzung des Geländes und Tarnung überlegen und erfahren im Barrikaden – und Häuserkampf, sass fest”.
Rokossowski skwapliwie skorzystał z powstałej sytuacji i coraz bardziej zaciskał żelazną obręcz na gardle armii niemieckiej, doprowadzając do najstraszliwszej katastrofy nie tylko wojsk, ale i narodu niemieckiego: według danych Berlina zginęło wówczas, w ciągu zaledwie czterech miesięcy, 300 tys. żołnierzy niemieckich, a 100 tys. dostało się do niewoli. – Dane Moskwy głosiły, że straty Niemców, dowodzonych przez Friedricha Paulusa, wyniosły 900 tysięcy osób. Po tej klęsce w elitach i w społeczeństwie Trzeciej Rzeszy dominowało – zupełnie skądinąd słuszne – przekonanie, że „Stalingrad einen Wendepunkt des Krieges bedeutete.”
W perspektywie już się rysowała klęska narodowa Niemiec 1945 roku. A przecież psycholog Carl Gustav Jung w jednym z wywiadów, udzielonych w 1939 roku ostrzegał Niemców: „Niemand hat je in Russland hineingebissen, ohne es zu bedauern. Russland ist keine sehr schmackhafte Speise”. Takich nauk raczej się nie uwzględnia a priori... Ze znanym wszelako skutkiem.
[Niejako na marginesie przypomnijmy podstawowe dane o głównym przegranym Bitwy Stalingradzkiej. Friedrich Paulus (1890-1957), feldmarszałek, w kampanii przeciwko Polsce generał major i szef sztabu 10 armii, w maju 1940 r. I zastępca szefa Sztabu Generalnego Sił Lądowych, współautor planu „Barbarossa”, w 1942 r. dowódca 6 armii nacierającej w ofensywie „Blau” na Stalingrad, od listopada w okrążeniu, respektuje rozkazy Hitlera o konieczności wytrwania za wszelką cenę. 31.01.1943 r. mianowany feldmarszałkiem w oczekiwaniu, że wybierze wraz z armią „bohaterską śmierć”, ale tego samego dnia kapituluje. Do niewoli poszły setki tysięcy niemieckich żołnierzy i generałów; po wojnie wróciło do Niemiec tylko 6000.
Latem 1944 r. Paulus przystępuje do Komitetu „Wolne Niemcy” i do Związku Oficerów Niemieckich, który nawołuje żołnierzy Wehrmachtu do obalenia Hitlera i do zawarcia pokoju. W lutym 1946 r. zeznawał jako świadek przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze i oskarżał Keitla, Jodla i Göringa jako głównych twórców planu napaści na ZSRR. W 1953 r., po śmierci Stalina, zwolniony z niewoli zamieszkał w Dreźnie i uczestniczył, jak niektórzy inni generałowie i oficerowie Wehrmachtu, w życiu społecznym NRD. Wygłaszał prelekcje w Narodowej Akademii Wojskowej Armii Ludowej, krytykował wejście RFN do NATO].
Od lutego do października 1943 Rokossowski dowodził najważniejszym Frontem Centralnym, powodując powoli lecz konsekwentnie („langsam aber sicher”) załamanie się strategicznej ofensywy niemieckiej, przełom w wojnie i definitywne przejęcie inicjatywy przez Armię Radziecką.
Tebańczyk Epaminondas był wynalazcą strategii, (którą później przypisano Napoleonowi I, a którą pomyślnie wykorzystywali Niemcy w pierwszej połowie II wojny światowej, a Rosjanie, przede wszystkim Rokossowski i Jakubowski, w drugiej jej połowie). Polegała ona na idei, że należy stwarzać taką sytuację, by górować nad siłami przeciwnika w określonym momencie i miejscu, zadając mu tu i teraz druzgocące ciosy, a nie rozpoczynać batalię na całym froncie jednocześnie. Gdy się odniesie bowiem zwycięstwo w punkcie newralgicznym, cały system wojskowy przeciwnika zaczyna się chwiać, a nawet rozsypywać.
W trudnych, krytycznych chwilach, których nie brak przecież w każdej wojnie, generał Rokossowski potrafił zawsze zachować zimne wyrachowanie, nigdy się nie załamywał, intuicyjnie znajdując optymalne w danej sytuacji rozstrzygnięcia i posunięcia taktyczne. Wiadomo, że wojna nigdy nie toczy się według z góry przyjętych reguł, lecz sama z siebie, zależnie od okoliczności, wyłania nowe sytuacje i nowe metody walki. Kto zachowuje spokój, może liczyć na zwycięstwo, kto rzuca się w nią na oślep, naraża się na klęskę. Ale też sam zimny rozsądek tu nie wystarcza.
W momentach wielkiego napięcia, gdy potrzebne są szybkie decyzje, śmiałe działania, błyskawiczna i mocna ingerencja, rozum jest wprawdzie potrzebny, ale może łatwo wszystko zepsuć, jeśli zdobywa przewagę i przeszkadza znalezieniu, a zarazem uchwyceniu tego co słuszne w sposób intuicyjny, bezpośredni. Czysty intelektualizm wprowadzałby wówczas zamęt i niezdecydowanie. Dlatego powszechnie ceni się dowódców wojskowych obdarzonych wrodzonym talentem i intuicją, za które to cechy bardzo wysoko cenili Rokossowskiego zarówno Stalin, jak i Hitler.
To właśnie wrodzona intuicja umożliwiała Rokossowskiemu nie tylko przewidywanie prawdopodobnych posunięć wroga, ale i zadawanie mu ciosów tam, gdzie najmniej tego oczekiwał. Jakby w myśl zdań Machiavelli’ego: „Dobry dowódca dwie powinien mieć troski. Po pierwsze, niechaj stara się o to, aby przy użyciu jakiegoś wybiegu wywołać przestrach w szeregach nieprzyjaciela. Po drugie, niechaj zawsze będzie gotów do wykrycia i unieszkodliwienia podstępów, które wróg zastosuje przeciwko niemu”.
Ten jego wielki dar znalazł szczególny wyraz w przełomowej bitwie pod Kurskiem.
Odpowiedzialnością ogólną za utworzenie systemu obronnego na Łuku Kurskim obarczono marszałka ZSRR G. Żukowa. Sztab generalny opracował wszelkie obliczenia i plany, dotyczące defensywy oraz ewentualnego kontruderzenia. 5 lipca wywiad 13 Armii generała N. Puchowa wziął do niewoli sapera niemieckiej 6 Dywizji Piechoty, który potwierdził, że wojska niemieckie rozpoczną atak o godzinie trzeciej nad ranem. W tej sytuacji dowódca Frontu Centralnego Konstanty Rokossowski podjął błyskawiczną decyzję o zadaniu przeciwnikowi natychmiastowego uderzenia artyleryjskiego. Telefonicznie decyzję zaaprobował marszałek Żukow i dziesiątki tysięcy armat oraz urządzeń rakietowych na komendę Rokossowskiego otworzyło jednocześnie huraganowy ogień na pozycje i zaplecze wroga, krusząc i łamiąc jego konstrukcje organizacyjne, żywą siłę, technikę, zadając tak poważne straty, że od miesięcy planowane i świetnie przygotowane natarcie niemieckie ruszyło z ponad dwu i pół godzinnym opóźnieniem, a przy tym bez wielu ważnych ogniw po prostu wyeliminowanych przez artylerię Rokossowskiego, a duch bojowy jednostek został tak dotkliwie nadwerężony, iż – aby dodać żołnierzom animuszu – dowództwo niemieckie wydało rozkaz o wydaniu im dodatkowej porcji wódki. Niewiele to zresztą pomogło, główne uderzenie w kierunku Olchówki i Ponyr zostało po kilkudobowych zażartych starciach nie tylko powstrzymane, ale i odrzucone na pozycje wyjściowe. Według źródeł niemieckich, zginęło wówczas ponad 20 tysięcy żołnierzy i oficerów Wehrmachtu. Ostatecznie Niemcom nie tylko nie udało się wsadzić Rosjan „do worka”, lecz – dzięki m.in. znakomitemu dowództwu generała Rokossowskiego – okazali się w bardzo trudnym położeniu. Było to jedno z głównych uderzeń, druzgocących stos pacierzowy niemieckiej potęgi militarnej i zbliżającej ostateczną klęskę tego wojowniczego narodu w II wojnie światowej.

* * *

Walki na Froncie Centralnym w 1943 roku polegały na powolnym, lecz bezwzględnym, spychaniu wojsk niemieckich do defensywy i do ich cofania się coraz bardziej na Zachód. Rokossowski okazał się na wysokości zadania i nie dając przeciwnikowi chwili wytchnienia nieubłaganie gnał go do punktu wyjścia, w kierunku na Berlin, stosując na masową skalę taktykę rozbijania linii obrony przeciwnika potężnymi uderzeniami wojsk pancernych.
W okresie od października 1943 do lutego 1944 generał Rokossowski dowodził Frontem Białoruskim, od lutego do listopada 1944 – Pierwszym Frontem Białoruskim, a potem, aż do końca wojny, Drugim Frontem Białoruskim. Był jednym z głównych współtwórców zwycięstwa wojsk radzieckich w gigantycznej bitwie pancernej na Łuku Kurskim, które ostatecznie przeważyło szalę wojny na niekorzyść armii Hitlera.
O sytuacji na froncie latem 1944 roku feldmarszałek Heinz Guderian zaznaczał:
Sytuacja na froncie Grupy Armii „Środek” przybrała rozmiary najgorszej katastrofy, jaką można sobie było wyobrazić. W okresie od 22 czerwca do 3 lipca 1944 roku Rosjanie, przeszedłszy do natarcia, przełamali front niemiecki między Prypecią i Berezyną, pod Rohaczewem, pod Czausami, na północ od Orszy i po obu stronach Witebska. Grupa Armii „Środek”, straciwszy około 25 dywizji, została odrzucona na linię: Dawidgródek, Baranowicze, Mołodeczno, Koziany, rzeka Dźwina na północ od Połocka. W ciągu następnych dni Rosjanie energicznie wykorzystując ten nadspodziewanie wielki sukces zajęli Pińsk i wyszli na linię: Prużana, Wołkowysk, Niemen na wschód od Grodna, Kowno, Dźwina na wschód od Dyneburga, Idrica. W ten sposób nie tylko Grupa Armii „Środek”, ale i Grupa Armii „Północ” wciągnięte zostały w wir katastrofy. Do 21 lipca Rosjanie, których marszu zdawało się nic już nie mogło powstrzymać, parli do przodu ku linii Wisły między Sandomierzem i Warszawą oraz przez Siedlce, Bielsk Podlaski, Białystok, Grodno, Kowno i – co najgorsza – przez Poniewież na Szawle i Mitawę. Na północ od Mitawy wyszli na wybrzeże Zatoki Ryskiej, odcinając Grupę Armii „Północ” od reszty frontu.(...).
W wyniku przeciwuderzenia wojsk niemieckich, przeprowadzonego w czasie od 16 do 26 września 1944 roku, łączność między obydwiema grupami armii została przywrócona. Osiągnięcie to przypisać należy walecznej postawie pułkownika Strachwitza i jego kombinowanej dywizji pancernej. Wszystko zależało teraz od niezwłocznego wyzyskania powstałej wskutek tego pomyślnej sytuacji. Zawód jednak sprawiła Grupa Armii „Północ”. Schoerner nie wierzył w nowe uderzenie Rosjan na zachód od Szawli. Przewidywał, że nastąpi ono pod Mitawą i dlatego – wbrew dyrektywie opatrzonej podpisem Hitlera – tu właśnie, pod Mitawą, trzymał swe oddziały pancerne. Moje prośby o zastosowanie się do dyrektywy nie odniosły skutku. Czy Schoerner potajemnie otrzymał na to zezwolenie Hitlera, tego nigdy nie udało mi się wyjaśnić. W każdym razie utrzymywał z nim bezpośrednie kontakty. Rezultat był taki, że słabo obsadzony front niemiecki na zachód od Szawli został ponownie przełamany. Między Kłajpedą i Lipawą Rosjanie wyszli nad Bałtyk. Grupa Armii „Północ”, po jeszcze jednej nieudanej próbie nawiązania z nią łączności wzdłuż wybrzeża, pozostała odcięta od reszty frontu wschodniego; zaopatrywanie jej odbywać się musiało drogą morską.
Odtąd prowadziłem zaciekłą walkę z Hitlerem o wycofanie tych cennych wojsk, niezbędnych dla obrony Niemiec. Spór zatruwał tylko atmosferę, nie dał jednak żadnego pozytywnego rezultatu.” Rokossowski pokrzyżował wszystkie plany Niemców.
W 1944 roku nadano mu rangę wojskową marszałka ZSRR oraz tytuł honorowy Bohatera Związku Radzieckiego – na znak uznania ogromnych jego zasług w gromieniu wojsk niemieckich pod Moskwą, Stalingradem, Kurskiem oraz na terenie Białorusi.
Gdy wojska radzieckie stanęły nad prawym brzegiem Wisły, niektóre oddziały rosyjskie, a także polskie ze składu I Armii Wojska Polskiego usiłowały z marszu sforsować rzekę, by odbić z rąk Niemców stolicę Polski. Mimo iż pozycje niemieckie były tu starannie umocnione, Rokossowski skłaniał się ku decyzji o natychmiastowym uderzeniu, tym bardziej, że 1 sierpnia w mieście wybuchło powstanie. Został jednak nieoczekiwanie odwołany do Moskwy pilnym telegramem podpisanym osobiście przez Stalina i był tam przetrzymywany pod pozorem konsultacji, aż Powstanie Warszawskie zostało przez oddziały niemiecko-łotewsko-ukraińsko-litewskie zduszone. Jest nieprawdą, jakoby to Rokossowski zatrzymał ofensywę radziecką na Warszawę, by umożliwić hitlerowcom rozprawę z powstańcami. Jest też nieprawdą, że uniemożliwił samolotom alianckim, wysyłanym z misją niesienia pomocy zaopatrzeniowej dla powstańców, lądowania na obszarze wolnym od Niemców. Choć te oszczercze zarzuty od lat lansuje prasa wychodząca w Polsce i na Zachodzie, prawdą jest, że oba rozkazy w powyżej wymienionych sprawach wydał osobiście głównodowodzący Armią Radziecką generalissimus Józef Stalin. Marszałek Rokossowski musiał więc do tych nadesłanych z Moskwy dyspozycji stosować się. Pośrednio potwierdzają to źródła niemieckie, choć sowieckie i rosyjskie spychają odpowiedzialność na Polaka Rokossowskiego. Cytowany już powyżej Heinz Guderian o tym okresie pisze jak następuje: „Podczas gdy na lewym skrzydle naszego rozległego frontu dokonywały się ważne przegrupowania i toczyły zacięte boje, a w rejonie na wschód od Warszawy feldmarszałek Model, osobiście biorąc udział w walkach, zatrzymał cofający się front Grupy Armii „Środek”, w Warszawie 1 sierpnia 1944 roku wybuchło pod dowództwem generała Bora-Komorowskiego powstanie Polaków, które stworzyło bezpośrednio za naszym frontem ognisko wielu niezwykle groźnych dla nas niebezpieczeństw. Łączność z frontem 9 armii generała Vormanna została przerwana. Nie można było wykluczać ewentualności rychłego dojścia do współdziałania między wojskami rosyjskimi i polskimi powstańcami. Wystąpiłem z wnioskiem o włączenie Warszawy do obszaru operacyjnego armii. Powodowani jednak ambicją generalny gubernator Frank i reichsfuehrer SS Himmler zdołali wymóc na Hitlerze, że Warszawa – chociaż położona tuż za frontem, a potem nawet na samej linii frontu – nie została zaliczona do strefy działań bojowych wojsk lądowych, lecz nadal podlegała władzy generalnego gubernatora.
Zadanie stłumienia powstania otrzymał Reichsfuehrer SS Himmler, który ze swej strony wyznaczył w tym celu gruppenfuehrera SS von dem Bacha Zelewskiego i pewną liczbę oddziałów SS oraz policji. Walkę z powstańcami, która ciągnęła się długie tygodnie, prowadzono z wielką surowością. Dyscyplina w związkach esesowskich – które zresztą nie wchodziły w skład wojsk SS – nie była wolna od zarzutów. Brygada Kamińskiego składała się z byłych jeńców wojennych, po większej części Rosjan nieżyczliwie usposobionych do Polaków, brygada Dirlewangera – z warunkowo wypuszczonych z więzień niemieckich przestępców kryminalnych. Gdy te wątpliwe elementy zostały uwikłane w walki toczone o każdą ulicę i dom, w nieubłagany bój na śmierć i życie, odpadły dla nich ostatnie hamulce moralne. Von dem Bach, składając mi któregoś dnia raport dotyczący spraw uzbrojenia, sam opowiadał o ekscesach swoich podwładnych, których nie był w stanie opanować. To, co usłyszałem od niego, było tak okropne, że postanowiłem jeszcze tego samego wieczora złożyć o tym raport Hitlerowi i zażądać zabrania tych dwóch brygad z frontu wschodniego. Fuehrer początkowo nie chciał się na to zgodzić, ale gdy nawet dowódca brygady SS Fegelein, przebywający przy Hitlerze oficer łącznikowy Himmlera, musiał potwierdzić me słowa mówiąc: „Tak jest, mój Fuehrerze, to są szumowiny!” – nie pozostało mu nic innego, jak uczynić zadość memu żądaniu. Von dem Bach z przezorności kazał jeszcze rozstrzelać Kamińskiego, usuwając w ten sposób niepewnego świadka.
Powstanie upadło dopiero 2 października 1944 roku. Już wcześniej, biorąc pod uwagę, iż powstańcy byli skłonni skapitulować, radziłem Hitlerowi, aby im zagwarantować, że będą traktowani jako jeńcy wojenni zgodnie z przepisami prawa międzynarodowego, i przez to szybciej położyć kres tej bezsensownej walce. Hitler usłuchał tej rady. Generał pułkownik Reinhardt, mianowany 15 sierpnia na miejsce Modela dowódcą Grupy Armii „Środek”, otrzymał odpowiednie instrukcje; były one podstawą dalszego postępowania wojska.
W walkach w Warszawie, tak jak zawsze w walkach z powstańcami, trudno było odróżnić zorganizowanych bojowników od nie biorących udziału w powstaniu cywilów. Sam generał Bór-Komorowski pisze o tym: „Podczas walk nasi dowódcy z trudem mogli odróżnić żołnierzy od cywilów. Nasi ludzie nie mieli mundurów, nie mogliśmy zaś przeszkodzić cywilom w noszeniu na ramieniu takich samych biało-czerwonych opasek. Cywile, tak jak żołnierze Armii Krajowej, posługiwali się zdobyczną bronią niemiecką i marnowali amunicję, na jednego bowiem niemieckiego żołnierza zużywali całą masę nabojów i granatów ręcznych. Na początku powstania każdy otrzymany przeze mnie meldunek zawierał skargi na wielkie marnotrawstwo amunicji”. Poza tym fakt, że Polacy wkładali niemieckie mundury ze zdobytych magazynów wojskowych, jeszcze bardziej potęgował po stronie niemieckiej uczucie niepewności, a więc i skłonność do bezwzględnych metod walki. Nic dziwnego, że i Hitler, któremu Fegelein lub sam Himmler regularnie składali raporty o przebiegu wydarzeń w Warszawie, wybuchnął gniewem i wydał surowe rozkazy tak co do sposobu prowadzenia walk w Warszawie, jak i co do sposobu traktowania miasta i jego ludności.
Znalazło to wyraz w dyrektywie oddziału informacji głównego komisarza SS i policji okręgu Wschód (Nachrichtenstelle des Hoeheren SS – und Polizeifuehrers Ost), przekazanej generalnemu gubernatorowi, doktorowi Frankowi w Krakowie 11 października 1944 roku. „Dotyczy nowej polityki wobec Polaków. – Obergruppenfuehrer von dem Bach otrzymał rozkaz przeprowadzenia pacyfikacji Warszawy, tzn. rozkaz, aby jeszcze w czasie wojny zrównać Warszawę z ziemią – w granicach, w jakich nie sprzeciwiają się temu wojskowe plany fortyfikacyjne. Przed zburzeniem należy wywieźć z Warszawy wszystkie surowce, tekstylia i meble. Zadanie to przypada przede wszystkim administracji cywilnej”.
O tym rozkazie wydanym w trybie wewnętrznym SS nic wtedy nie wiedziałem. Czytałem go po raz pierwszy w 1946 roku w więzieniu w Norymberdze. Niemniej jednak krążące w kwaterze głównej pogłoski o zamiarze całkowitego zburzenia Warszawy, jak również w mojej obecności wybuch gniewu Hitlera w związku z wydarzeniami w Warszawie skłoniły mnie do tego, aby podczas jednego z kolejnych raportów wskazać na konieczność zachowania miasta, które przecież na jego własny rozkaz uznane zostało za twierdzę i wskutek tego musi udzielić schronienia wojskom niemieckim. Zachowanie budynków było tym bardziej konieczne, że w owym czasie Wisła stanowiła już pierwszą linię frontu, który przebiegał więc przez samo miasto.
Już wcześniej ponawiające się w latach 1943 i 1944 powstania w Warszawie przyczyniły się do znacznych zniszczeń. Walki od jesieni 1944 roku aż do rozpoczęcia rosyjskiego natarcia w styczniu 1945 roku zadały temu nieszczęśliwemu miastu ostatni cios.
Po kapitulacji wzięci do niewoli powstańcy zostali oddani pod dozór organów SS. Bór-Komorowski był znajomym Fegeleina, z którym niejednokrotnie spotykał się na międzynarodowych zawodach. Fegelein zajął się jego losem.
Niejednokrotnie stawiano pytanie, dlaczego Rosjanie, wiedząc przecież o wybuchu powstania w Warszawie, nie zrobili czegoś więcej, aby je wesprzeć od zewnątrz, mało tego – zatrzymali swe natarcie nad Wisłą. Powstańcy niewątpliwie należeli do obozu tzw. emigracji, której rząd przebywał w Londynie, i stamtąd otrzymywali dyrektywy. Reprezentowali koła polskie o orientacji zachodniej. Można więc przypuścić, że Związek Radziecki nie był zainteresowany w tym, by koła te wzmocniły się dzięki zwycięskiemu powstaniu i zdobyciu miasta. Prawdopodobnie chciał te atrakcyjne atuty zachować dla swych zwolenników z obozu lubelskiego. Ale to niechaj byli sojusznicy załatwią sami między sobą. Dla nas ważne było to, że natarcie rosyjskie nie przekroczyło wtedy Wisły i że uzyskaliśmy krótką chwilę wytchnienia.
25 lipca 1944 roku próba podjęta przez rosyjski XVI korpus pancerny przekroczenia Wisły przez most kolejowy pod Dęblinem nie powiodła się; Rosjanie stracili 30 czołgów. Most zdołaliśmy zawczasu wysadzić w powietrze. Inne rosyjskie oddziały pancerne zostały zatrzymane na północ od Warszawy. My, Niemcy, mieliśmy wrażenie, że to nie zamiar Rosjan sabotowania polskiego powstania, lecz nasza obrona zatrzymała ich natarcie.
2 sierpnia 1 armia Wojska Polskiego przystąpiła siłami trzech dywizji do sforsowania Wisły na odcinku Puławy, Dęblin. Poniosła przy tym ciężkie straty, zdołała jednak uchwycić przyczółek i utrzymać go do nadejścia posiłków radzieckich.
Pod Magnuszewem przeciwnikowi również udało się zdobyć przyczółek nad Wisłą. Oddziały, które sforsowały rzekę na tym odcinku, miały zadanie posuwać się wzdłuż szosy przybrzeżnej na Warszawę; zdołano je zatrzymać nad Pilicą.
Dowództwo 9 armii niemieckiej w każdym razie miało 8 sierpnia wrażenie, że próba Rosjan zdobycia Warszawy nagłym atakiem w pościgu, prowadzonym dotąd niemal bez przeszkód mimo trwającego powstania, rozbiła się o jej obronę i że samo powstanie – widziane oczyma przeciwnika – rozpoczęło się przedwcześnie. Sztab 9 armii zameldował, że w okresie od 26 lipca do 8 sierpnia 1944 roku wzięto 603 jeńców i 41 żołnierzy nieprzyjacielskich, którzy przeszli na naszą stronę, zniszczono 337 czołgów i zdobyto 70 dział, 80 armat przeciwpancernych, 27 moździerzy i 116 karabinów maszynowych – po miesiącu nieprzerwanych walk odwrotowych bądź co bądź poważny rezultat.
Jak dotąd ani na Wschodzie, ani na Zachodzie nic nie zrobiono w zakresie umocnień lądowych. Na Zachodzie dlatego, że Hitler uważał, iż może polegać na wale atlantyckim, na Wschodzie zaś dlatego, iż stale powracał do tego argumentu, że jeżeli zbuduje umocnienia, to generałowie będą mniej energicznie bronili swych odcinków frontu, a bardziej będą skłonni przedwcześnie wycofywać się na tyłowe linie obrony. Teraz jednakże, po doznanych niepowodzeniach, które pozbawiły nas większej części posiadanych dotąd obszarów na Wschodzie i w groźny sposób przybliżały front do granic Rzeszy, należało za wszelką cenę coś przedsięwziąć w tym kierunku, w przeciwnym bowiem razie najmniejsze niepowodzenie mogło od razu odbić się na sytuacji całego frontu. Według mego przekonania, o czym mówiłem Hitlerowi już w styczniu, należało przede wszystkim odbudować nasze dawne umocnione rejony na Wschodzie, a następnie umocnić linie łączące te rejony oraz linie wielkich rzek.
Wspólnie z generałem Jacobem, szefem wojsk inżynieryjnych przy Naczelnym Dowództwie Wojsk Lądowych, opracowałem plan budowy umocnień. Do opracowywania zagadnień fortyfikacyjnych rozkazałem przywrócić zlikwidowany przez mego poprzednika oddział fortyfikacyjny Sztabu Generalnego i powołałem na jego szefa podpułkownika Thilo. Opracowany z generałem Jacobem plan przekazałem na własną odpowiedzialność jako rozkaz wszystkim właściwym sztabom i władzom wojskowym i dopiero potem przedłożyłem go Hitlerowi meldując, iż sprawę uważałem za tak ważną i pilną, że zmuszony jestem prosić o zatwierdzenie tego planu ex post. Hitler zgodził się na to bardzo niechętnie; często metody tej stosować nie mogłem (...).
Jeżeli chodzi o zapasy, to wydano zarządzenie, aby fortyfikacje zaopatrzyć na okres trzymiesięczny. Zbudowano radiostację, założono magazyny paliwa. Korzystałem z każdego wyjazdu, aby na miejscu kontrolować stan robót. We wszystkich tych wysiłkach ofiarnie wspierało mnie wielu kolegów, w szczególności generał pułkownik Strauss. Oddali się do mej dyspozycji nie zważając na swe dawne stanowiska, które musieli opuścić z powodu choroby lub na skutek arbitralnej decyzji Hitlera. Energicznie pomagało mi także kilku gauleiterów i chociaż na tle ich nadgorliwości dochodziło niekiedy do tarć, to jednak ich dobre chęci zasługują na uznanie.

* * *

Obarczanie marszałka Rokossowskiego winą za niepowodzenie Powstania Warszawskiego 1944 roku jest co najmniej nieporozumieniem, a właściwie podłym i niegodziwym pomówieniem. Jak podaje Piotr Jaroszewicz („Przerywam milczenie”, Warszawa 1991) to marszałek Żukow i Chruszczow (druga po Stalinie co do ważności osoba w ZSRR) uniemożliwili Rokossowskiemu uderzenie na Warszawę, jak też fakt koncentracji i kontruderzenia na Pierwszy Front Białoruski potężnej pięści pancernej Niemców na południe od miasta. „Nie nastąpiło też jakieś znaczące oddziaływanie przywódców zachodnich na Stalina, nie zrobiono nic godnego uwagi, by skłonić go do zdecydowanej i skutecznej pomocy dla walczącej bohatersko Warszawy”. Co więcej, Winston Churchill wyparł się jakiejkolwiek odpowiedzialności za powstanie, ogłaszając je w rozmowie ze Stalinem za kolejną „lekkomyślną awanturę” Polaków i zakazał zrzucenia na odsiecz Warszawie Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Sosabowskiego, choć przedtem obiecał ją tam wysłać, co niewątpliwie zachęcało powstańców do zrywu zbrojnego i rzeczywiście uratowałoby los powstania. Wiadomo zresztą, że polski „rząd londyński” podjął decyzję o powstaniu po uzgodnieniu i zaakceptowaniu przez Anglików, którzy jednak, jak widać, chcieli tylko pchnąć do walki i wykrwawić „dokuczliwych” Polaków. I tym razem sprawdziły się słowa o tym, że jest tylko jedna rzecz gorsza od tego, by mieć Anglików za wrogów, to – mieć ich za przyjaciół.
Za dyskretnym przyzwoleniem Rokossowskiego generał Berling podjął kilka „samowolnych” desperackich prób przyjścia z pomocą powstańcom, co jednak spowodowało duże straty w ludziach i skończyło się niepowodzeniem w obliczu znacznej materialnej i taktycznej przewagi Niemców na tym odcinku frontu. Pod ogniem przeciwnika zginęło wówczas ponad cztery tysiące „kościuszkowców”, usiłujących przebić się do płonącej Warszawy, jak też ponad dwa tysiące Rosjan. Nawiasem mówiąc, gdy na przełomie sierpnia i września 1944 w rejonie Bańskiej Bystrzycy wybuchło antyfaszystowskie powstanie (około 20 tys. Słowaków przeciwko 50 tys. Niemców) wojska radzieckie usiłowały je wspierać, ale powstanie zostało w końcu października zduszone. W wojnie nigdy nie ma pewności zwycięstwa, a walka kosztuje zwykle wiele krwi. Nie zaskakuje więc, że w sierpniowym (1944) Powstaniu Warszawskim zginęło ponad 240 tysięcy mieszkańców stolicy, a 600 tys. deportowano z miasta, przystępując do realizacji rozkazu Hitlera, by „zrównać Warszawę z ziemią”. Do pełnej realizacji tego planu zresztą nie doszło wyłącznie dlatego, że marszałek Rokossowski odbił miasto z rąk hitlerowców zanim dokonali dzieła ostatecznego zniszczenia polskiej stolicy.
W końcowej fazie drugiej wojny światowej marszałek Rokossowski odegrał decydującą rolę w operacjach Wschodnio-Pruskiej, Wschodnio-Pomorskiej i Berlińskiej. Niemców dobijał już na ich własnym terenie. W swych wspomnieniach o wiośnie 1945 roku mówił: „Na drogach Niemiec spotykało się nie tylko pełznące, ponure kolumny jeńców. Na tych drogach kipiała również prawdziwa ludzka radość. Z zachwytem witały nas we wszystkich językach świata tłumy ludzi. Serce zamierało, gdy się patrzyło na to różnojęzyczne ludzkie morze. Odziani w łachmany, wycieńczeni do ostatka. Wielu z nich nogi odmawiały posłuszeństwa, podtrzymywali się nawzajem, aby nie upaść. A w oczach – szczęście.
To wczorajsi więźniowie faszystowskich obozów koncentracyjnych. Ludzie, których czekała śmierć. My, radzieccy żołnierze, wyzwoliliśmy ich, uratowaliśmy im życie.
Ludzi tych spędzono ze wszystkich krajów Europy. Jak wyjęci spod prawa niewolnicy musieli pracować na swych ciemięzców, dopóki nie zginęliby z głodu, chorób i wycieńczenia. Teraz znów stali się wolnymi ludźmi. Powracali do domów, do swych rodzin. Dziękowali za to nam – radzieckim żołnierzom.
Kogo tu nie było: Polacy, Czesi, Serbowie, Czarnogórcy, Francuzi, Belgowie. Wszystkich nie wyliczy. Trudno opisać ich zachwyt, radość, bezgraniczną wdzięczność wyrażaną słowami, gestami, spojrzeniem, obfitymi łzami szczęścia. Witali nas pieśnią w swojej ojczystej mowie, flagami, tabliczkami, na których wypisywali swoją narodowość. Okrzyki na cześć żołnierzy radzieckich, na cześć Kraju Rad rozbrzmiewały we wszystkich językach. Te wzruszające momenty zachowaliśmy w swej pamięci na całe życie.
Spotkaliśmy tu wielu francuskich, angielskich, amerykańskich, belgijskich, holenderskich szeregowców, podoficerów i oficerów, którzy w różnych okolicznościach trafili do hitlerowskiej niewoli. Znajdowało się wśród nich szczególnie dużo byłych lotników. Między innymi wyzwoliliśmy szefa Sztabu Generalnego armii belgijskiej wraz z liczną grupą generałów i oficerów.
Prócz spraw bieżących rada wojenna Frontu musiała teraz załatwiać sporo dodatkowych. Trzeba było zaopiekować się dziesiątkami tysięcy ludzi wyzwolonych z katorgi hitlerowskiej. Otrzymywaliśmy później od rządów oraz rozmaitych organizacji dziesiątki i setki listów z wyrazami gorącego podziękowania za wyzwolenie i otoczenie opieką ich rodaków.
8 maja podpisany został akt bezwarunkowej kapitulacji hitlerowskich sił zbrojnych.
Któż zdoła opisać entuzjazm żołnierzy. Nie milkną strzały na wiwat. Strzelają ze wszystkich rodzajów broni i nasi, i sojusznicy. Biją w niebo, wyrażając swoją radość. W nocy przyjeżdżamy do miasta, w którym rozlokował się nasz sztab. Niespodzianie ulice zalało jaskrawe światło. Zapaliły się latarnie uliczne, rozbłysły światła w oknach domów. Stało się to tak nagle, że zaskoczyło mnie. Nie od razu uświadomiłem sobie, że to już koniec z zaciemnianiem. Koniec wojny! Dopiero wówczas pojąłem sens nie milknących wystrzałów. Trzeba położyć kres temu żywiołowemu salutowi. Wydałem zarządzenie w sprawie zaprzestania strzelaniny.
Dowódca 3 korpusu pancernego gwardii, generał Panfiłow, którego oddziały pierwsze zetknęły się z wojskami brytyjskimi, wręczył mi zaproszenie od marszałka Montgomery'ego. Nazajutrz wraz z grupą generałów i oficerów udaliśmy się do Wismaru. Przed wjazdem do miasta witają nas brytyjscy oficerowie w zwykłych ubiorach polowych, ale już bez hełmów, w beretach. Po krótkiej ceremonii powitalnej towarzyszą nam w drodze do rezydencji swego dowódcy. Daje się odczuć, że Anglicy starają się nadać temu spotkaniu charakter jak najbardziej przyjazny. Odpowiadamy tym samym.
I oto marszałek Montgomery. Wymieniamy mocny uścisk dłoni i gratulacje z okazji zwycięstwa. Anglicy ściśle przestrzegają rytuału. Grzmi salut artyleryjski, zastygły szeregi kompanii honorowej. Po tych ceremoniach rozpoczęła się ożywiona rozmowa. Zarówno nasi, jak i brytyjscy generałowie i oficerowie włączają się do ogólnej pogawędki. Prowadzimy ją za pośrednictwem tłumaczy i bez nich. Montgomery zachowuje się swobodnie, widocznie jemu również udzielił się ogólny nastrój.
Oczywiście, nie obeszło się bez fotografów, malarzy, dziennikarzy. Powiedziałbym nawet, że było ich zbyt wielu. Ale chyba nie ma się czemu dziwić. Przecież było to pierwsze spotkanie dowódców dwóch sojuszniczych armii po czteroletniej krwawej wojnie przeciwko wspólnemu wrogowi – faszystowskim Niemcom.
Kiedy się już wszyscy zapoznali, marszałek poprosił nas na salę. Na stołach – poczęstunek. Ale my wszyscy byliśmy pochłonięci rozmową.
Sfotografowano mnie z marszałkiem Montgomerym na tle mapy rozwieszonej na ścianie. Robiliśmy sobie zdjęcia wszyscy razem, pojedynczo i grupami.
Spotkanie upłynęło w przyjacielskiej atmosferze. Wynieśliśmy dobre wrażenie. Angielskich oficerów, jak również samego Montgornery'ego cechowała prostota, byli towarzyscy – inni niż to sobie wyobrażaliśmy. Pożegnaliśmy się serdecznie. Odprowadzili nas ci sami oficerowie na czele z generałem Bowlesem, dowódcą dywizji powietrznodesantowej.
Na uprzejmość odpowiedzieliśmy uprzejmością i zaprosiliśmy do siebie marszałka Montgomery'ego wraz z jego najbliższym otoczeniem. Postanowiliśmy urządzić przyjęcie z iście rosyjska gościnnością.
Jako kompanię honorową wystawiono kubańskich Kozaków 3 korpusu kawalerii gwardii generała Oslikowskiego – w szyku konnym, w kompletnym kozackim umundurowaniu. Na Montgomerym i jego oficerach wywarli oni ogromne wrażenie. Anglicy spojrzeniami pełnymi zachwytu odprowadzali oddalającą się dziarską konnicę. Po ceremoniach powitalnych zaprosiliśmy ich do wielkiej sali, w której kunsztownie, ze smakiem podano obiad. Siedząc przy suto zastawionym stole (Anglicy gościli nas na stojąco), nasi goście poczuli się jeszcze lepiej. Rozmowa przebiegała w ciepłym tonie. Sam Montgomery, który początkowo w bardzo taktowny sposób usiłował ograniczyć czas swojej wizyty, przestał spoglądać co chwila na zegarek i włączył się do ogólnej rozmowy.
Na zakończenie wystąpił nasz frontowy zespół pieśni i tańca. A trzeba powiedzieć, że mieliśmy doskonały zespół. Tym ostatecznie podbiliśmy Anglików. Każdy numer programu kwitowali takimi burzliwymi owacjami, że aż ściany drżały. Montgomery długo szukał słów, aby wyrazić swój zachwyt.
Późnym wieczorem marszałek i jego oficerowie pożegnali się z nami.
Spotkanie to utwierdziło nas w przekonaniu, że obywatele różnych państw, mówiący różnymi językami, a nawet stojący na gruncie różnych ideologii mogą przy dobrych chęciach żyć w przyjaźni i odnosić się do siebie z wzajemnym szacunkiem.
Radość żołnierzy nie miała granic. Patrząc na ich rozentuzjazmowane twarze, cieszyłem się wraz z nimi.
Zwycięstwo! Największe szczęście żołnierza – świadomość tego, że pomógł swemu narodowi zwyciężyć wroga, obronić wolność ojczyzny, przywrócić jej pokój. Świadomość, że spełnił swój żołnierski obowiązek – ciężki i wzniosły, który nie ma sobie równych na świecie!
Gdy wojska radzieckie pod dowództwem marszałków Rokossowskiego, Koniewa i Żukowa rozpoczynały 16 kwietnia 1945 roku ofensywę na Berlin, liczyły 2,5 mln żołnierzy, w tym ponad 200 tys. Polaków w składzie 1 i 2 Armii Wojska Polskiego.
Ugrupowanie niemieckie wzdłuż Odry i Nysy, które broniło dostępu do Berlina, leżało w pasie działania Grupy Armii „Wisła”: dowodzona przez Himmlera została pobita na Pomorzu Zachodnim w marcu 1945 r., ale odbudowana pod dowództwem (od 21.03.) generała pułkownika Heinrici; w jej skład wchodziła na północy 3 armia pancerna generała Hasso von Manteuffla, w centrum działała 9 armia ogólnowojskowa generała Theodora Busse (liczyła 14 dywizji, łącznie ok. 400 000 żołnierzy i ponad 500 czołgów). a na południu od niej 4 armia pancerna Grupy Armii „Środek” generała pułkownika (od 4 kwietnia feldmarszałka) Ferdinanda Schörnera.
Do obrony Berlina przygotowano ponad milion żołnierzy, 10 000 dział i moździerzy, 1500 czołgów i dział pancernych, 3000 samolotów. W centrum Berlina utworzono na mocy specjalnego rozkazu Hitlera rdzeń obrony „Zitadelle” (Cytadela), obejmujący dzielnicę rządową, zwłaszcza Kancelarią Rzeszy, Reichstag i inne ważne obiekty. Komendantem „Zitadelle” został generał major SS Wilhelm Mohnke, najbardziej zaufany oficer osobistej ochrony Hitlera. Miał do dyspozycji kilka tysięcy żołnierzy elitarnych jednostek SS, w tym francuskich i skandynawskich ochotników, którzy okazali się najbardziej fanatycznymi obrońcami führera. Zadali też ogromne straty nacierającym.
Walki o Berlin były niesłychanie zacięte, a więc i krwawe. Tylko 1 Armia Wojska Polskiego, wchodząca pod komendą generała Stanisława Popławskiego w skład 1 Frontu Białoruskiego marszałka ZSRR G. Żukowa, poniosła w okresie między 16 kwietnia a 6 maja 1945 straty wynoszące łącznie 10.444 żołnierzy, w tym 2.326 zabitych, 7.035 rannych i 116 zaginionych.
Tylko 1 Front Ukraiński marszałka Koniewa, jak pisze w pamiętnikach, stracił w Berlinie 800 czołgów, marszałek Żukow ocenia, że straty radzieckie w operacji berlińskiej wyniosły 300 000 zabitych i rannych (nie odbiegają od szacunków generałów Eisenhowera i Bradleya z marca 1945 r. dotyczących ewentualnych strat sojuszniczych w wypadku bitwy o Berlin!).
Do strat sojuszniczych trzeba jednak dodać straty polskie. W operacji berlińskiej uczestniczyły dwie armie Wojska Polskiego liczące, jak zaznaczyliśmy, ok. 200 000 żołnierzy. Część 1 Armii WP brała bezpośredni udział w szturmie na centrum Berlina (uczestniczyło 13 000 żołnierzy). Polskie straty wyniosły tam 550 żołnierzy. Łączne straty 1 i 2 Armii WP w operacji berlińskiej wyniosły 32 400 żołnierzy.
Straty niemieckie wyniosły 100 000 zabitych, drugie tyle rannych, a 130 000 żołnierzy Wehrmachtu poszło do niewoli. Życie straciło ponad 50 000 cywilnych mieszkańców dumnej stolicy Niemiec, której centrum zostało zniszczone.

* * *

Ostatnie tygodnie wojny na przełomie kwietnia i maja 1945 roku stanowiły oczywiście wielką tragedię osobistą przywódców Trzeciej Rzeszy. W swych więziennych wspomnieniach feldmarszałek W. Keitel pisał: „Jako jeden z nielicznych, którzy przeżyli ten dramat w Kancelarii Rzeszy i poza nią pragnę skreślić tu kilka wspomnień rozpoczynając od 20 kwietnia 1945 r., dnia ostatnich urodzin Hitlera.
Berlin i jego wschodnie dzielnice znajdowały się już pod pojedynczym ogniem rosyjskich lżejszych dział dalekiego zasięgu. Nad wschodnią częścią miasta krążyły nieprzyjacielskie samoloty bombowe i rozpoznawcze, w szczególności tuż przed i po zapadnięciu zmroku; trzymały się jednak w pełnej szacunku odległości od naszych baterii przeciwlotniczych. Te ostatnie zwalczały – oprócz celów powietrznych – rozpoznane radzieckie baterie dalekiego zasięgu i szybko zmuszały je do milczenia. W położonych najdalej na wschodzie peryferyjnych dzielnicach Berlina toczyły się już walki, po tym jak koło Frankfurtu nad Odrą i Kostrzynia nastąpiło przerwanie frontu 9 armii generała Busse i upadła obrona Odry.
Naczelne Dowództwo (OKW) i szef Sztabu Dowodzenia Wehrmachtu pracowali na stanowisku dowodzenia zbudowanym jeszcze przez generała i ministra wojny von Blomberga w 1936 r. w Dahlem, przy Föhrenweg, podczas gdy pozostały Sztab Dowodzenia Wehrmachtu, po oddaniu położonego w pobliżu dowództwa okręgu lotniczego przy Kronprinzenallee, połączono ze Sztabem Generalnym Sił Lądowych w siedzibie Naczelnego Dowództwa Sił Lądowych w bunkrach w Wünsdorf (Zossen). Ja i Jodl zamieszkaliśmy tymczasowo w Dahlem. Ja w domu mistrza boksu Maxa Schmelinga, przy Föhrenweg.
20 kwietnia, koło południa, nastąpił ostatni szeroko zakrojony atak lotniczy amerykańskich i brytyjskich flot powietrznych na centrum Berlina (dzielnicę rządową). Wraz z żoną, panem i panią Dönitz i adiutantami obserwowaliśmy to potężne, potworne widowisko z małego wzniesienia w ogrodzie służbowego mieszkania wielkiego admirała, który poprzedniej nocy wrócił do Berlina ze swego stanowiska dowodzenia Koralle (koło Eberswalde), z powodu jego zagrożenia przez Rosjan. Nasze własne pułki myśliwców wyznaczone do obrony nie przystąpiły nad Berlinem do walki, a artyleria przeciwlotnicza była nieskuteczna z powodu wysokości, na jakiej krążyły nieprzyjacielskie maszyny. Blisko dwugodzinny nalot przebiegał niczym na ćwiczeniach w okresie pokoju, samoloty leciały równymi formacjami, zrzucając bomby na komendę. Już wcześniej poważnie uszkodzona Kancelaria Rzeszy nie została podczas tego ostatniego, wielkiego bombardowania ponownie trafiona.
Na godzinę 4 po południu wezwano mnie do Kancelarii Rzeszy (bunkra Führera) na omawianie sytuacji; Jodl i ja weszliśmy do bunkra. Zobaczyliśmy Führera w towarzystwie Goebbelsa i Himmlera wchodzących do dziennych pomieszczeń Kancelarii Rzeszy; nie zareagowałem na wezwanie jednego z adiutantów, żeby dołączyć do nich, ponieważ wcześniej nie miałem okazji przywitać się z Führerem. Powiedziano mi, że na górze w Kancelarii Rzeszy zebrano grupę członków młodzieży hitlerowskiej (Hitler-Jugend), którym miano wręczyć odznaczenia bojowe, w tym wiele Krzyży Żelaznych, za znakomitą postawę i odwagę podczas nieprzyjacielskich nalotów i w obronie przeciwlotniczej.
Po powrocie Führera do bunkra wzywano kolejno do jego małego pomieszczenia mieszkalnego obok sali konferencyjnej: Göringa, Dönitza, mnie i Jodla, byśmy mogli złożyć mu życzenia urodzinowe. Wszystkich pozostałych uczestników narady Führer pozdrawiał przy wejściu do sali uściskiem dłoni, nie nawiązywano już jednak do rocznicy urodzin. Stanąwszy samotnie naprzeciw Führera nie byłem w stanie życzyć mu szczęścia. Powiedziałem coś w tym rodzaju: że opatrzność łaskawie ocaliła go podczas zamachu 20 lipca 1944 r. i że dziś, w rocznicę jego urodzin, w tych jak dotąd najcięższych dniach, kiedy zagrożone jest istnienie stworzonej przez niego Rzeszy, dzierży w swych rękach dowództwo, co daje nam pewność, że podejmie nieodzowne decyzje. Jestem zdania, że musi działać, zanim stolica Rzeszy stanie się terenem walk. (Były to ostatnie, 56 urodziny Adolfa Hitlera urodzonego 20.04.1889 r. w Braunau w Austrii. Od 1921 r. był führerem (wodzem) NSDAP, od 1933 r. kanclerzem, a od 1934 führerem i kanclerzem Rzeszy oraz Naczelnym Dowódcą, Wehrmachtu, od grudnia 1941 r. także głównodowodzącym Sił Lądowych.)
Chciałem mówić dalej, ale nie pozwolił mi przerywając słowami: „Keitel, wiem czego chcę i będę się bił przed Berlinem, w nim lub poza nim”. Najwyraźniej był świadom tego, że próbuję się sprzeciwić koncepcji, którą uważałem za efektowne hasło. Wyciągnął do mnie rękę i odesłał ze słowami: „Dziękuję panu, proszę wezwać do mnie Jodla, jeszcze pomówimy ze sobą później”. Nigdy nie dowiedziałem się o czym rozmawiał z Jodlem.
Wygłaszanie referatów na temat sytuacji (militarnej) w imieniu Naczelnego Dowództwa Sił Lądowych, przez generała Krebsa dla frontu wschodniego, przez Jodla dla pozostałych teatrów wojennych, odbywało się zwykle w przytłaczającej ciasnocie bunkrowego pomieszczenia. Tymczasem Göring poprosił mnie do pomieszczenia mieszkalnego, aby omówić zamiar przeniesienia swego stanowiska do Berchtesgaden, ponieważ Karinhall był poważnie zagrożony, a Kurfürst – stanowisko bojowe Sztabu Dowodzenia Luftwaffe pozbawione chwilowo środków łączności. Göring chciał jechać samochodem. Był po temu najwyższy czas, ponieważ tylko jedna autostrada na południe, pomiędzy Halle i Lipskiem, na pewno nie była jeszcze zajęta przez wroga. Doradziłem to Göringowi i poprosiłem, żeby wolno mi było zaproponować Führerowi, by przeniósł swoje stanowisko dowodzenia do Berchtesgaden.
Mimo krytycznego położenia – obecnie na włoskim teatrze działań wojennych – narada przebiegała spokojnie, bez częstych zazwyczaj wybuchów gniewu. Führer podejmował jasne i rzeczowe decyzje i panował nad swymi emocjami. Kiedy wysunąłem propozycję, żeby wysłać Göringa na południe, zanim dojdzie do ewentualnego przerwania połączenia, zgodził się i sam zaproponował to Göringowi.
Moja propozycja była zgodna z moim ówczesnym absolutnym przekonaniem, że również – jak to zgodnie z rozkazem przewidziano – Naczelne Dowództwo (a więc Hitler i Sztab Dowodzenia Wehrmachtu) zostanie przeniesione do Berchtesgaden; wprawdzie dopiero wtedy, gdy sytuacja pod Berlinem ustabilizuje się i w razie potrzeby nocnym lotem. W tym celu trzymaliśmy samoloty w stałej gotowości. Wszystko, co w Berlinie nie było absolutnie niezbędne, zostało z Głównej Kwatery Hitlera przewiezione koleją (specjalnym i pociągami) i samochodami do Berchtesgaden, podobnie z OKW i z Naczelnego Dowództwa Sił Lądowych, które zostały podzielone na zespoły dowódcze Północ (dla Dönitza) i Południe (w Berchtesgaden). Na północy Dönitz miał dowodzić wszystkimi częściami Wehrmachtu od chwili, kiedy i środkowe, i południowe Niemcy zostaną oddzielone od północnych, w wyniku współdziałania Amerykanów i Rosjan na południe od Berlina. Hitler osobiście wydał stosowne rozkazy, w związku z zamiarem udania się na południe i utrzymywania stamtąd radiowego kontaktu z Dönitzem.
W drodze powrotnej z bunkra Führera do Dahlem powiedziałem Jodlowi o swojej decyzji, że następnego dnia, 21 kwietnia, zamierzam wszystko, co jeszcze zbędne, wysłać do Berchtesgaden samolotami, ponieważ 18 kwietnia odjechał już mój pociąg specjalny. Moja osobista maszyna zabrała między innymi generała Wintera, doktora Lehmanna, panią Jodl i moją żonę do Pragi, skąd podstawionymi samochodami pojechali do Berchtesgaden. Wieczorem samolot znów był do mojej dyspozycji stojąc na lotnisku Berlin-Tempelhof. Wszystko to zrobiono po to, żeby ułatwić i przygotować zbliżające się przeniesienie Głównej Kwatery Führera do Berchtesgaden, co wówczas nie ulegało najmniejszej wątpliwości.” Ale to wszystko nie miało już sensu.
Ciekawe, że ludzie często nie tracą złudnych nadziei nawet w sytuacjach zupełnie beznadziejnych.
W nocy 28 kwietnia 1945 w podziemiach Kancelarii Rzeszy wstrząsanej bombami i pociskami radzieckimi, odbyła się ceremonia zaślubin 56-letniego Adolfa Hitlera z jego długoletnią przyjaciółką 32-letnią Ewą Braun. Świadkami państwa młodych byli Bormann i Goebbels. 30 kwietnia nowo upieczone małżeństwo popełniło samobójstwo przez zażycie śmiertelnej dawki cyjanku potasu. W dziewięć dni później Trzecia Rzesza bezwarunkowo skapitulowała.

* * *

Pierwszego czerwca 1945 roku K. Rokossowski otrzymał po raz drugi tytuł Bohatera Związku Radzieckiego, a 24 czerwca tegoż roku dowodził gigantyczną Defiladą Zwycięstwa na Placu Czerwonym w Moskwie. Brało w niej udział 15 tysięcy dobranych żołnierzy radzieckich, którzy m.in. rzucili pod mury Kremla 200 najokazalszych zdobycznych sztandarów niemieckich (spośród 900 zagarniętych przez Rosjan). Defiladą dowodził, jak zaznaczyliśmy, marszałek Rokossowski na koniu Polus, a odbierał ją marszałek Żukow na koniu Kumir. W dowodzonej przez Rokossowskiego moskiewskiej defiladzie uczestniczyło wielu innych generałów i oficerów polskiego pochodzenia, jak również pododdziały 1 Armii Wojska Polskiego.
Dla porównania przypomnijmy, że w rok po zakończeniu II wojny światowej w Londynie odbyła się także imponująca Defilada Zwycięstwa. Maszerowali w niej przedstawiciele 30 sprzymierzonych krajów, które wraz z Wielką Brytanią pokonały Trzecią Rzeszę. Szli nawet reprezentanci Fidżi, która to wysepka przekazała była do dyspozycji aliantów kilkanaście pielęgniarek. W tych uroczystościach nie było jednak miejsca dla Polaków, którzy przecież podczas wojny stanowili czwartą co do znaczenie (po ZSRR, USA i UK) siłe zbrojną koalicji antyniemieckiej! Anglia wykorzystała Polaków jako mięso armatnie, a gdy stali się niepotrzebni, z dnia na dzień zapomniała o długu wdzięczności. To była bulwersująca niegodziwość, z której zresztą Anglicy słyną od dawna w całym szerokim świecie. [To przecież ich „służby” zgładziły generała Władysława Sikorskiego, do czego dotychczas brakuje im uczciwości, by się przyznać]. Gdy polscy oficerowie skoszarowani na terenie Zjednoczonego Królestwa spróbowali zaprotestować, puszczono na nich uzbrojoną po zęby ciemnoskórą żandarmerię kolonialną, która zmasakrowała Polaków, nie mających broni i nie spodziewających się takiego barbarzyństwa po sojusznikach. Kilkanaście oficerów zamordowano w bestialski sposób, kilkuset ciężko pokaleczono, a tysiącom kazano w trybie natychmiastowym wynosić się (póki czas!) za ocean, do Australii i innych brytyjskich kolonii.
Ci, którym udało się pozostać na wyspach mglistego Albionu, zostali zepchnięci na samo dno życia, na poziom marginesu społecznego, do funkcji hydraulików i stróżów klozetowych (dokładnie tak, jak teraz). Bohaterski generał, dowódca polskich spadochroniarzy na Zachodzie, Stanisław Sosabowski wspominał: „Przez 17 lat pracowałem w fabryce, prowadząc żywot podwójny (...) przez 5 dni w tygodniu szeregowca fabrycznego, a prze dwa – dostojnego generała, poniekąd „ojca” polskich spadochroniarzy, znanego wśród swoich i Brytyjczyków, Amerykanów i Holendrów”...
Działalnością „artystyczną” musiał zająć się legendarny generał Tadeusz Komorowski: razem z żoną, aby zarobić na kawałek chleba, wyrabiał ręcznie abażury. Brytyjczycy odesłali go do cywila, dając na pożegnanie 300 funtów szterlingów jednorazowej zapomogi i ani grosza emerytury czy renty. Miał wówczas 57 lat. Początkowo zresztą próbował trudnić się stolarką, potem tapicerką, a wreszcie został magazynierem w fabryce urządzeń elektrycznych, i to z tak marnym wynagrodzeniem, ze musiął dorabiać wyżej wspomnianą działalnością „artystyczną”. O swojej pracy opowiadał: „Nie była to praca ani dobra, ani też lekka, gdyż materiały były przeważnie z miedzi lub mosiądzu. Gdy jest się cały czas pracy na nogach, gdy trzeba dźwigać ciężkie skrzynki, wspinać się po drabinie lub nawet bez niej włazić na górne półki, by ustawić lub zdjąć z nich ciężkie materiały i znieść je na dół – w końcu jest się zupełnie wyniszczonym”... Bohaterski generał nigdy nie uzyskał praw do emerytury i zakończył życie w nędzy i zapomnieniu w 1967 roku. Socjalistyczna Polska ani bogata Polonia brytyjska nigdy w niczym nie pomogły dzielnemu żołnierzowi.
Zachód traktował Polaków jak psów, jak bydło, a jednocześnie w Polsce Ludowej rzesze „baranów” marzyły o tym, by na Zachód się przedostać, klękały przed nim, modliły się do niego i o niego. Głupota bowiem jest absolutną władczynią tego swiata, a złudzenia w polityce to nic innego jak zbrodnia zdrady stanu. Zbigniew Herbert zresztą zaznaczał: „Stuprocentowy Polak to stuprocentowy idiota”...

* * *

Rosjanie po II wojnie światowej nie traktowali swoich polskich sojuszników w tak nikczemny i niehonorowy sposób. Marszałek Rokossowski cieszył się wielkim autorytetem i sławą w społeczeństwie radzieckim, był powszechnie szanowany i ceniony. W latach 1945-1949 pełnił funkcje dowódcy tzw. Północnej Grupy Wojsk ZSRR. Od października 1949 przebywał oficjalnie w Polsce, pełniąc funkcje ministra obrony narodowej i wicepremiera PRL. W Warszawie otrzymał rangę marszałka Polski, był wybierany do Sejmu oraz do Biura Politycznego KC PZPR, zorganizował i umocnił Wojsko Polskie, którego kadry dowódcze usiłował dość skutecznie aryizować, dymisjonując prymitywną, nieprzygotowaną pod względem merytorycznym kadrę żydowską, narzuconą ongiś z awansu ideologicznego. Zwalniani oficerowie żydowscy jeździli ze skargami do Moskwy, że Rokossowski to polski nacjonalista i antysemita, który się niebawem zbuntuje przeciwko ZSRR. Tam jednak marszałkowie Żukow i Koniew neutralizowali usiłowania żydowarszawskich komunistów.
Nie był jednak ten pogromca niemieckich generałów, mimo propolskiego nastawienia, popularny w kraju nad Wisłą. Trudno się temu dziwić, gdyż sowieccy oswobodziciele, jak się rychło okazało, stali się po prostu nowymi okupantami Polski, a wpływowe siły antypolskie w samej Polsce i poza nią polewały marszałka propagandowymi pomyjami na falach agenturalnych rozgłośni, któremu to ujadaniu niewyrobiony słuchacz krajowy łatwo dawał posłuch. „Nie ten, kto sam ujarzmia, lecz ten, kto mógłby temu zapobiec, a nie zapobiega – ten jest właściwie zaborcą, choćby się nawet chlubił zaszczytnym mianem oswobodziciela” (Tukidydes). Właśnie w tej postaci był w Polsce w okresie 1949-1956 postrzegany marszałek Rokossowski, choć zupełnie niesłusznie.
W 1956 roku był tu już nadzwyczaj niepopularny, a to zarówno w społeczeństwie, w wojsku, jak i w gronie elit komunistycznych – szczególnie wśród bardziej patriotycznie i liberalnie usposobionych zwolenników Władysława Gomułki. Co prawda, na słynnym VIII Plenum KC PZPR z 1956 roku za ponownym wejściem marszałka do Biura Politycznego przegłosowało aż 38 z 75 członków KC uczestniczących w wyborach, to jednak na rozkaz Gomułki wyniki sfałszowano i podano do wiadomości publicznej, że Rokossowski uzyskał tylko 23 głosy. Tak też uważano aż do roku 2001, kiedy to badacze wykryli fałszerstwo i zdemaskowali je. W 1956 roku jednak uważano podane liczby za oficjalne i słuszne, a Rokossowski nie stał się jednym z dziewięciu członków Biura Politycznego KC PZPR. Zamierzano go jednak początkowo pozostawić na stanowisku ministra obrony narodowej. O jego odejściu zadecydował nacisk społeczny i szemrana propaganda talmudyczna. Osoba Rokossowskiego była w oczach wielu, choć niekoniecznie zgodnie z faktami, jaskrawym symbolem rosyjskiej dominacji nad Polską. Jednym z najczęstszych żądań masowo odbywających się po VIII Plenum wieców i manifestacji było jego usunięcie. Pojawiały się hasła: „Precz z Rokossowskim”, „Rokossowski do Moskwy”, „Rokossowski na Sybir”, „Kostek do Nikity”. Przesądzającą okazała się postawa wojska, które również zdecydowanie domagało się zmiany swego dowódcy. W związku z „zachwianiem autorytetu” Rokossowskiego 24 X Biuro Polityczne udzieliło mu urlopu, a 10 XI postanowiło przychylić się do prośby tow. Rokossowskiego o zwolnienie go ze stanowiska ministra obrony narodowej (co nastąpiło 13 XI). W połowie lsitopada Rokossowski zaopatrzony w list dziękczynny oraz dożywotnią rentę w wysokości ministerialnej pensji wyjechał do Moskwy.
W ZSRR marszałek K. Rokossowski od 1956 roku pełnił m.in. funkcje zastępcy ministra obrony kraju, głównego inspektora wojennego, dowódcy Zakaukaskiego Okręgu Wojskowego i in. Był członkiem parlamentu radzieckiego. Wśród licznych odznaczeń, które mu nadano, znajdowało się siedem Orderów Lenina, sześć Orderów Czerwonego Sztandaru, Order Rewolucji Październikowej, Order „Pobieda”, Ordery Suworowa i Kutuzowa pierwszego stopnia, a także liczne ordery i medale kilkunastu innych krajów, w tym PRL, NRD, CzSSR, Rumunii i in. Międzynarodową karierę zrobiła jego cytowana powyżej książka wspomnień pt. Sołdatskij dołg (1968), przetłumaczona na liczne języki obce, choć bardzo sztuczna w swej warstwie ideowej.
Marszałek Konstanty Rokossowski zmarł 3 sierpnia 1968 roku i został pochowany na Placu Czerwonym w Moskwie przy Kremlu.

* * *

W Rosji, na Ukrainie i Białorusi legenda Rokossowskiego jest wciąż żywotna, a obraz tego bądź co bądź wyjątkowego, ale też złożonego i kontrowersyjnego, człowieka ulega tam daleko posuniętej idealizacji. Widocznie zachodzi tu zjawisko psychospołeczne plastycznie ongiś opisane przez jednego z myślicieli włoskich: „Jak prawie wszystkie kobiety, tak też bardzo często i mężczyzn, a zwłaszcza najpyszniejszych, jedna się i zachowuje obojętnością i lekceważeniem, lub, w miarę potrzeby, udając, że na nich nam nie zależy, lub, że ich nie szanujemy. Albowiem ta sama pycha, wskutek której nieskończona ilość mężczyzn zachowuje się wyniośle wobec pokornych i tych wszystkich, co ich czczą, czyni ich zapobiegliwymi i dbałymi o cześć, łaknącymi jej i spojrzeń tych ludzi, co o nich nie dbają, lub udają, że ich nie zauważyli (...)
Wobec ludzi wielkich, a zwłaszcza wobec tych, w których jaśnieje wyjątkowa dzielność, świat zachowuje się jak kobieta. Nie tylko podziwia ich, lecz i kocha, albowiem owa siła budzi w nich miłość. Często, jak w kobietach, miłość ku takim jest większa z powodu i w miarę lekceważenia, które oni okazują, złego obchodzenia się, którym darzą i samego strachu, którym napełniają ludzi. Tak Napoleon był najbardziej kochany przez Francję i stał się przedmiotem, żeby tak rzec, czci żołnierzy, których zwał mięsem armatnim, i za takich uważał. W tenże sposób liczni dowódcy, którzy ludzi tak samo oceniali i za takich uważali, byli bardzo drodzy swym wojskom za życia, a dziś w książkach historycznych zdobywają serca czytelników. Także pewien rodzaj brutalności i przesady podoba się w takich niemało, jak kobietom w kochankach. Dlatego [dość bezwzględny] Achilles jest najzupełniej miły; podczas gdy dobroć Eneasza i Gotfryda, mądrość ich i Ulissesa, budzą prawie nienawiść”. (Giaccomo Leopardi).
W Polsce, jak prawie każdy wybitny człowiek, marszałek K. Rokossowski został „odbrązowiony”, czyli zachlapany stekiem pomówień, zmyśleń, oszczerstw – zgodnie z tradycją „kulturalną” tego nieużytego i zawistnego kraju. W Niemczech historycy wojskowości uznają tego żołnierza za jednego z najbardziej genialnych dowódców wojskowych okresu II wojny światowej, choć przecież to uznanie przychodzi Berlinowi wyartykułować z wielkimi oporami.




ZAKOŃCZENIE



Konrad Lorentz twierdził, że w ludziach „istnieje wrodzona wewnętrzna potrzeba walki. Indywiduum czeka, że go sprowokują, a jeśli atak w ciągu określonego czasu jest niemożliwy, zaczyna ono szukać odpowiedniego pretekstu, by wszcząć konflikt”. Przy czym dla człowieka jest charakterystyczne, że wewnątrzgatunkową walkę skłonny bywa prowadzić aż do zupełnego unicestwienia przeciwnika. Dlatego krwawe zbrodnie stanowią nieodłączną część składową każdej niemal walki zbrojnej. Jednak jest to tylko jedna strona medalu. Z drugiej zaś strony, jak zauważał Max Scheler w dziele „Istota i formy sympatii”: „Stan wojny – abstrahując od tego, jak i z czyjej tzw. „winy” wyniknął – pozwala wyłonić się wszelkim „wspólnotom życiowym” jako potężnym jednolitym realnością, tzn. wszelkim grupom i ludziom, którzy czują się „zjednoczeni” w swym niepodzielnym procesie życia. Stan ten heroizuje jednostkę, lecz zarazem w znacznym stopniu usypia wszelką duchową indywidualność”. W dużym stopniu też niejako odczłowiecza życie społeczne.
Dlatego ludzie zawsze marzyli o tym, by przekuć miecze na pługi. Herodot np. zauważał: „Nikt nie jest tak głupi, żeby przenosić nad pokój wojnę, w pokoju bowiem układają ojcowie swych synów do spoczynku, a podczas wojen składają ich do mogił”.
Staropolski poeta zaś wywodził:

„O miły, wdzięczny niebieski pokoju!
Toż ty nie myślisz nigdy nic o boju.
W pokoju ludzie prawie ożywiają,
Bogactwa, skarby z nim się rozmnażają.
Walka bogactwa, walka skarby niszczy;
Uporny skacze, a niewinny piszczy.
*
Walka uporna a niesprawiedliwa
Nigdy fortunna ni dobra nie bywa.
*
Jakaż to nędzna świecka sprawiedliwość,
Lać niewinną krew przez uporną chciwość!
*
Jakąż to walkę pobożną zwać mają,
Dla której łzy się ludzkie wylewają?
*
Przodkowie nasi, co rozum miewali,
Wieczną rozkoszą wdzięczny pokój zwali”

U Wacława Potockiego, gloryfikującego nieraz bohaterstwo i odwagę żołnierza polskiego, znajdziemy jednak też szereg wierszy o jawnie pacyfistycznym nastroju:

„Uważajcie, królowie, najprzód chrześcijanie,
Pierwej niźli do bitwy wojsko w szyku stanie,
Jako wiele tysięcy dusz ludzkich w żelezie
Na śmierć się waszej k’woli odważa imprezie.
*
Płakał Kserkses zgarnąwszy Wschód cały na Greki,
Że za sto lat (dosyć czas zamierzył daleki)
Żaden się z tych na świecie żywo nie ostoi;
Aż w kilka dni, o których za sto lat się boi,
Wszystkich do szczętu zgubił.
*
Więc precz stąd wojna, precz miecz i łuk krzywy,
Sierp mój rynsztunek i kosa na niwy,
Dojrzałe kłosy to nieprzyjaciele,
Snopy wiązać, bić cepami mendele!”
*

Wojny, co prawda, nie są czymś godnym zachwytu, lecz stanowią stałą, odwieczną rzeczywistość świata nie tylko ludzkiego. Są faktem, a z faktami trzeba się liczyć, nie zaś na nie się obrażać, jak to czyni zjadliwie Erazm z Rotterdamu w „Pochwale Głupoty”: „Czyż nie wojna jest źródłem i najobszerniejszym polem wszystkich tak uwielbianych czynów bohaterskich? A czyż jest coś głupszego, jak nie wiem dla jakich tam wymarzonych przyczyn i pozorów, toczyć bój morderczy?... Skoro z obu stron zbrojne wystąpią szeregi i ozwie się straszne hasło do boju, jakaż tam korzyść z tych mędrców, co to zwiędnęli nad księgą, snują się jak cienie i ledwie dają oznaki życia? Nie, do tej sprawy trzeba sążnistych jak dęby, grubych i wytuczonych ludzi, którzy by zuchwalstwa mieli jak najwięcej, rozumu jak najmniej... Lecz może ktoś powie, że rozum rozstrzyga los wojny. Nie przeczę, że dla wodza jest on potrzebny, wszakże i to nie filozoficzny, lecz tylko rozum żołnierski, bo gdy rzecz przyjdzie do boju, któż go poprowadzi? Czy zawołani mędrcy? Bynajmniej! Owszem, hultaje, pijacy, wszetecznicy, zbójcy, złodzieje, łajdacy, kanalie, chamy, bydlaki, głupcy, bankruci, słowem, wyrzutki rodzaju ludzkiego. Biją się więc, kaleczą i zarzynają nawzajem, już to otwarcie, już to częściej podstępem, a im nikczemniejszym, tym lepszym. Oszukaństwa, szpiegostwo, zdrady, wszystko im na rękę, wszystko dla nich godziwe. Słowem, bohaterskich dokonują czynów, które uroczystym obchodzą tryumfem, po całym rozrabiają świecie, wspaniałymi, ze spiżu lanymi pomnikami uwieczniają ich pamięć i przekazują potomności... Sprawia to wszystko nienasycona żądza panowania, rozboju i grabieży, tygrysie pragnienie krwi przelewu i pastwienia się nad ujętymi ofiarami; często owo urojone widmo honoru, a najwięcej próżnej sławy, czasem tylko zachcianka pozyskać nowy dla siebie tytuł, lub zmienić na inny, księcia na króla, króla na cesarza, oraz próżność upstrzenia się i świecenia dziecinnymi cackami. Bo za te krwawe mordy i rzezie, za te pożogi i zniszczenia obwieszają się wzdłuż i w poprzek, na szyi, na piersiach, ramionach i brzuchu, z tyłu i z przodu, w prostych i krzyżowych liniach, różnobarwnymi, mozaikowymi, że tak powiemy, szmatami z uczepionymi do nich różnokształtnymi wyobrażeniami, zacząwszy od. Św. Trójcy, Chrystusa, św. Ducha i wszystkich świętych, aż do barana i całego zwierząt orszaku, a nawet gwiazd niebieskich, owszem podwiązek, a niemal pantofli i szlafmyc. Dźwigając więc słonie i barany, jednego tylko brakuje, a którego nie powinni byli przede wszystkim pominąć – osła. (...) Nic nie ma okropniejszego nad wojnę, tak dalece, że prowadzić ją przystało bardziej drapieżnym zwierzętom niż ludziom; nic głupszego, gdyż ją i sami poeci przypisują natchnieniom jędz piekielnych; nic zgubniejszego, bo pociąga za sobą powszechne skażenie obyczajów; nic bardziej niesprawiedliwego, bo najdzielniejszymi żołnierzami są najwięksi zbójcy; nic bardziej bezbożnego i obmierzłego w oczach Chrystusa, bo się wręcz sprzeciwiającego się Jego duchowi”.
Zupełnie to słuszne i nie mijające się z prawdą słowa, aczkolwiek prawdy nie wyczerpujące do konca. Odwieczne bowiem moralne oburzanie się na wojnę nie spowodowalo jej zaniku. Była ona, jest i będzie odwiecznym i jedynie rozstrzygającym środkiem prowadzącym albo do życia i wolności, albo do zagłady i zniewolenia. Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, jest naiwnym idealistą. Tak więc warto być wytrwałym na wojnie choćby po to, by nie przegrać, nie stracić wolności, godności, a wręcz i swego życia.

* * *

Później Adam Mickiewicz m.in. zabrał głos w tym temacie i pisał: „Albowiem porty, i morza, i lądy są dziedzictwem ludów wolnych. Alboż kłóci się Litwin z Polakiem o granice Niemna, i o Grodno, i o Białystok? Przetoż powiadam wam, iż Francuz, i Niemiec, i Moskal muszą być jak Polak i Litwin.
Wszedł do domu opustoszałego człowiek dziki, z żoną, i z dziećmi. A widząc okna, rzekł: przez to okno będzie patrzeć żona moja, a przez drugie ja sam, a przez trzecie mój syn. Patrzyli więc, a kiedy odchodzili od okien, zasłaniali się obyczajem ludzi dzikich, aby światło, do nich należące, innym nie dostało się. A reszta rodziny okien nie miała.
I rzekł człowiek dziki: przy tym piecu ja sam tylko grzać się będę, bo jeden tylko piec był. A inni niech sobie zrobią każdy po jednym piecu. I rzekł potem: wybijmy w domu drzwi dla każdego oddzielnie; przetoż popsuli dom, i bili się często o światło, ciepło i granice izby.
Otóż tak robią narody europejskie; zazdroszczą sobie handlu książek, i handlu wina, i bawełny, nie wiedząc, iż nauka i dostatek do jednego domu należą, do wolnych ludów należą”. Narody wolne nie powinny nawzajem się wyniszczać, lecz raczej współpracować ku powszechnemu pożytkowi, uważał Wieszcz narodu polskiego.
Przyznając, że istnieje wrodzony potężny instynkt wojny w psychice wszystkich ludzi, jednocześnie G. F. Nikolai w książce „Biologia wojny” (Leningrad 1926) twierdził: „Powszechne braterstwo ludzi jest bardziej dawne i pierwotne niż ich wzajemna walka, którą ludzkość poznała o wiele później”. Ten fakt wynika ze społecznej natury człowieka i z powszechnych praw biologii. Prawdziwe wojny wewnątrzgatunkowe prowadzą tylko jelenie, mrówki, pszczoły i niektóre ptaki. Reszta świata ożywionego miewa tylko sporadyczne starcia między poszczególnymi osobnikami i jest to zgodne z celem zachowania gatunku. Podobnież wśród normalnych ludzi i narodów o wiele żywszy oddźwięk wywołują idee braterstwa, przyjaźni, życzliwości niż wrogości i nienawiści. Jak powiada tenże autor: „Godność człowieka polega na szanowaniu innych ludzi. Godność narodu polega na szacunku do innych narodów”.
Również baron de Holbach zaznaczał, że „naród sprawiedliwy będzie zawsze uważał podboje za nieopłacalne kradzieże, które mogą mu przysporzyć jedynie niezliczonych wrogów”. Ale kto, gdzie i kiedy widział ludzi do końca sprawiedliwych? Przecież za sprawiedliwe uważamy to, co jest dla nas korzystne; co zaś jest korzystne dla nas, bywa często ze szkodą dla innych. Interesy, a nie idee etyczne, poruszają czynami ludzi.

* * *

Z każdym nowym wynalazkiem w dziedzinie techniki wojskowej twierdzono, że teraz wojna już będzie niemożliwa, bo wszyscy wszystkich zniszczą. Tak było, gdy wynaleziono zabijającą na odległość kuszę, a kościół katolicki zakazał jej stosowania w 1139 roku jako zupełnie nieludzką broń. Minęło jednak paręset lat, a kapłani już błogosławili oddziały kuszników, wyruszających na linię ognia. Z kolei wynalezienie broni palnej zdawało się czynić wojnę krwawą jatką, w której ludzie będą zabijani na odległość zupełnie niezależnie od swych indywidualnych umiejętności i właściwości. Miało to uniemożliwiać wojnę ze względu na niebywale okrutne skutki, lecz raczej stworzyło pokusę do coraz to częstszego ich wszczynania.
Jan Chryzostom Pasek, bitny żołnierz i świetny pisarz, ubolewał nad tym, że na skutek zastosowania nowinek technicznych w walce coraz to mniej znaczą osobiste męstwo i dzielność, bo najgorszy tchórz może z bezpiecznej odległości razić ogniem rycerza przewyższającego go odwagą i siłą. „Insza to bywało owych lat, że kamykami a oszczepami do siebie ciskali, taranami mury tłukąc, a insza teraz, kiedy to granaty i bomby kartacze wypuszczą, kiedy wyrzucą ognie, okrutnymi fetorami lud zarażając, kiedy poślą insze żywioły korumpujące i wody ad usum potrzebne trujące; kiedy na ostatek rozumiesz, że bezpiecznie stoisz na ziemi od Boga i natury mocno ugruntowanej, a nie wiesz, co się pod tobą dzieje, że w tej minucie z miejscem, na którym stoisz, i z belnardzami, i z kamienicami potężnie wymurowanymi, jako mucha wylecisz w powietrze pod obłoki.”
Postęp techniczny w dziedzinie wojskowości miał – w wyobraźni wielu pisarzy – uniemożliwić prowadzenie wojen. Na początku XX wieku polski finansista Jan Bloch w sześciotomowym dziele pt. „Przyszła wojna” (przetłumaczonym na siedem języków obcych) matematycznie dowodził, że wojna nowoczesna odbyć się nie może; a to zarówno ze względu na obciążenia gospodarcze, które ściągną na siebie kraje wojujące, jak i z powodu zbyt niszczycielskiego charakteru ówczesnej broni. „Jakże tu wojować, – przekonywał Bloch – skoro w 1870 roku granat rozpryskiwał się na 19 – 30 odłamków, a w 1893 rozpryskuje się na 240; w roku 1870 70-funtowa bomba rozpryskiwała się na 42 odłamki, a w 1893 na 1200, niszcząc wszystko w promieniu dwustu metrów”... W pięć lat po ukończeniu ostatniego tomu tego dzieła, wydanego także po niemiecku, francusku, rosyjsku, angielsku, wybuchła I wojna światowa, która pochłonęła ponad 15 milionów istnień ludzkich; po 18 latach – II wojna światowa, która kosztowała życie 55 milionom osób; a w nadchodzącej III wielkiej wojnie liczba ofiar sięgnie setek milionów czy nawet kilku miliardów.
Arnold Toynbee, wybitny intelektualista angielski, nazywał wojnę „najbardziej diaboliczną” ze wszystkich tradycyjnych form aktywności ludzkiej. Jest ona istotnie czymś takim ze względu na śmierć zadawaną mnóstwu ludzi, na cierpienia i krew, na kłamstwo i demoralizację jej towarzyszące. „Nigdy ludzie nie kłamią tak dużo, jak po polowaniu i przed wojną” – powiedział polityk niemiecki.
Jednak ryzyko wojny było i będzie nadal podejmowane z rozmaitych pobudek: finansowych, prestiżowych, politycznych, moralnych, religijnych, osobistych itd. Wojna to po prostu – obok pokoju – jedna z podstawowych form istnienia wszystkiego, co żyje.

* * *

W przemówieniu do korpusu dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej Jan Paweł II 13 stycznia 2003 roku mówił: „Wojna nigdy nie jest nieuchronna! Wojna zawsze jest porażką ludzkości! Prawo międzynarodowe, uczciwy dialog, solidarność między państwami, szlachetna sztuka dyplomacji – oto środki rozwiązywania sporów odpowiadające godności człowieka i narodów. Mówię to z myślą o tych, którzy wciąż jeszcze pokładają ufność w broni atomowej, oraz o zbyt licznych konfliktach, które nadal nękają naszych braci w człowieczeństwie”.
W ustach głowy Kościoła i autentycznego autorytetu moralnego są to słowa słuszne i piękne. Gdy jednak spojrzymy na dzieje ludzkości z punktu widzenia historiozofii, filozofii, psychologii społecznej i historii, dostrzeżemy też inne prawdy i inne niuanse. Z reguły głównym argumentem przeciwko wojnom jest okoliczność, że podczas jej trwania giną ludzie.
A czy nie giną i nie umierają w czasie pokoju? Poeta niemiecki Novalis nie bez racji uważał, że cały świat jest potworną maszynerią zabijania: „die Natur – furchtbare Mühle des Todes”. Śmierć jest nieoddzielna od życia, wszystko bowiem, co raz się urodziło, musi też kiedyś umrzeć. Na wojnie, czy w pokoju – nie ma znaczenia. Śmierć jest momentem życia, jest czynnikiem jego odnowy i rozwoju. Jest też powszechna i wszechobecna – zawsze i wszędzie, czy to zauważamy, czy nie.
Bardzo trafnie zauważał w Dzienniku Witold Gombrowicz: „Rewolucje, wojny, kataklizmy – cóż znaczy ta pianka w porównaniu z fundamentalną grozą istnienia? Mówicie, że dotychczas czegoś podobnego nie było? Zapominacie, że w najbliższym szpitalu dzieją się nie mniejsze okrucieństwa. Mówicie, że giną miliony? Zapominacie, że miliony giną bez chwili wytchnienia, przerwy, od początku świata. Przeraża was i zdumiewa tamta groza, ponieważ wyobraźnia wasza zasnęła i zapominacie, że o piekło ocieramy się na każdym kroku.
Trzeba więc być dość mężnym i przenikliwym, by ten fakt nie tylko stwierdzić, ale też go odważnie, a nawet z radosnym sercem, zaakceptować. „Walka jest bowiem ojcem wszystkich rzeczy, wszystkich rzeczy królem” (Heraklit). Nie ma bez niej życia, nie ma rozwoju i postępu przez zwycięstwo tego co jest zdrowsze i silniejsze, a wyeliminowanie tego, co ułomne i nie dość mocne, by pokonać rywala w walce o miejsce pod słońcem. Jak zauważył Thomas Carlyle, „cywilizacja ma dwóch promotorów: druk i proch strzelniczy”. Jest to twierdzenie niepodważalne.
Najlepszym sprawdzianem żywotności narodu jest wojna. W czasie wojny naród działa jak jeden człowiek – walczy o życie... Kiedy naród walczy, obywatele muszą zdobyć się na liczne i wielkie poświęcenia. Otóż przypuszczenie, że wielka liczba ludzi jest skłonna poddać się takim wymaganiom, dowodzi nieznajomości rodzaju ludzkiego.
Dlatego wszystkie narody, które angażowały się w wielkie wojny, doprowadziły, być może wcale nieumyślnie, do wzmocnienia własnego rządu. Narody, którym to się nie udało, zostały podbite. Długotrwała wojna prawie zawsze zmusza narody do smutnego wyboru pomiędzy klęską, przynoszącą ruinę, a zwycięstwem, przynoszącym despotyzm”. (Alexis de Tocqueville).
Ten ostatni zresztą też miewa swoje zalety i, gdy trzeba, spełnia swą odpowiedzialną funkcję dziejową, – z reguły za pośrednictwem sił zbrojnych, które zarówno bronią kraju, jak i stabilizują sytuację społeczną. Bardzo trafnie więc powiedział Clausewitz: „naród, który nie szanuje własnego wojska, będzie karmił obce”. Tak też bywa nierzadko, dlatego najlepiej jest tępić pacyfistów we własnym kraju, a popierać w sąsiednim. Często dzieje się bowiem tak, że sprawcą wojny nie jest napadający, lecz napadnięty, który biernym okazywaniem swej obawy i słabości zachęcił napastnika do podjęcia działań zaczepnych.
Stąd wypływa prawda, iż dla stworzenia potężnego mocarstwa ważne jest, aby wojskowość stała się dla ludności główną jej troską i sprawą honoru.
Tak znakomity umysł jak Franciszek Bacon twierdził, że żadne państwo nie może stać się wielkim, jeśli nie jest gotowe uzbroić się przy byle potrzebie. „Nie ma zdrowia bez ćwiczenia. Domaga się tego zarówno organizm ludzki, jak i polityczny. A najlepszym ćwiczeniem dla państwa jest sprawiedliwa i honorowa wojna. Wojna domowa naprawdę przypomina gorączkę, ale wojna z obcokrajowcami, jeśli i rozgrzewa, czyni to jak ćwiczenie sprzyjające zdrowiu. A okresy pokojowego lenistwa niosą ze sobą utratę męstwa i zepsucie obyczajów”.
Nie przypadkiem wyjątkowo przenikliwy umysł N. Machiavelli’ego stwierdzał: „przyczyną niezgody w republikach bywa zazwyczaj trwająca w czasie pokoju bezczynność, a zgodę przywraca strach wywołany wojną”.
Ludy wychodzą z wojen nieraz wzmocnione; nawet narody, w których panuje niezgoda, osiągają dzięki zewnętrznej wojnie spokój wewnętrzny... Podobnie jak ruch wiatru chroni jezioro przed gniciem, do którego doprowadziłaby je jakaś trwała cisza, tak trwały czy nawet wieczny pokój doprowadziłby do tegoż gnicia całe narody... Jak napisał niemiecki filozof Georg Friedrich Wilhelm Hegel: „Szczęśliwe wojny hamowały wybuchy wewnętrznych niepokojów i umacniały wewnętrzną władzę państwa”.
Również francuski historyk Pierre Chaunu pisał w dziele Cywilizacja wieku Oświecenia: „Szansą Europy, jednym ze źródeł gwałtownego i stałego wzrostu, jak niegdyś szansą Grecji, jest podział i, bez wątpienia, rodzące się z niego wojny. Gdyby Europa nie dzieliła się na zazdrosne, bojaźliwe i konkurujące ze sobą państwa, nie starano by się nadrabiać zacofania. W sposób paradoksalny podział polityczny Europy skuteczniej wzmógł uniformizującą siłę przemiany, a więc wzrost przez zawsze na próżno dokonywane próby nadrobienia braków. Odrabianie zaległości, cel narzucony przez państwo, zapewnia wzrost słabo rozwiniętej peryferii, przeciwdziała tendencji „zachowania dystansu”, jaka cechuje środkową oś wielkich osiągnięć. Doścignięcie i wyprzedzenie, nieufność, ekspansja i szukanie chwiejnej równowagi zmuszają państwo do działań dogłębnie przeobrażających.
Natomiast poeta i eseista żydowski Osip Mandelsztam w tekście Pszenica człowiecza skłonny był interpretować zjawisko wojny po prostu jako część i manifestację procesów geologiczno-biologicznych. „Polityczne szaleństwo Europy, jej niezmordowana chęć do przekrajania wciąż na nowo swych granic można rozpatrywać jako ciąg dalszy procesu geologicznego, jako potrzebę kontynuowania w dziejach ery katastrof geologicznych, wahań, potrzebę charakteryzującą najbardziej młody, najbardziej delikatny kontynent historyczny, czyja potylica jeszcze nie okrzepła, jak potylica dziecka. Lecz życie polityczne jest katastroficzne z samej swej istoty.
Także wiele innych tęgich głów było dalekie od tego, by potępiać wojnę. Usiłowano raczej ją zrozumieć i poprawnie zinterpretować. Toteż Zaratustra Fryderyka Nietzschego powiada: „Mówicie, iż słuszna sprawa uświęca nawet wojnę? Ja wam mówię: dobra wojna uświęca każdą sprawę. Wojna i męstwo uczyniły więcej wielkich rzeczy, niżli miłość bliźniego.”
Także wybitny żołnierz Helmuth von Moltke uważał, że „podczas wojny dochodzą do głosu najszlachetniejsze ludzkie cechy: odwaga i bezinteresowność, wierność obowiązkowi i ofiarność, nie cofająca się nawet przed poświęceniem własnego życia”.
Według Maxa Schelera wojna budzi ludzi ze snu, oczyszcza wewnętrznie.
Nie przypadkiem napisał generał pruski Häseler: „Trzeba, by cała nasza cywilizacja zbudowała swoje świątynie na górach trupów, na oceanie łez i na rzężeniu nieskończonej liczby ginących”. Za wielu bowiem jest słabych i nic nie wartych. A i w ogóle potrzeba walki, chęć sprawdzenia siebie i odniesienia zwycięstwa, stanowią konstytutywną cechę natury ludzkiej. Toteż „pokój bardziej ciąży ludziom niewolnym, niż wojna ludziom wolnym” (Liwiusz).
Jako jeden z argumentów przeciwko wojnie wysuwa się niepozbawione podstaw twierdzenie, że podczas wojen często są popełniane grabieże, zdzierstwa i inne nadużycia. Ale przecież potrzeba ich dokonywania, jak potrzeba zabijania, stanowi jedną z fundamentalnych cech natury ludzkiej. „Grabież zawsze istniała w społeczeństwach ludzkich; można mieć nadzieję na znaczne jej ograniczenie, ale nie można być pewnym, że kiedykolwiek zupełnie zniknie” (Vilfredo Pareto). Ba, grabi się nie tylko podczas wojen, lecz bodaj niemniej też w czasie pokoju, gdy ludzie nawzajem się wyzyskują i wyniszczają. Wówczas też może się stać, że wojna staje się narzędziem sprawiedliwości. Jak napisał Juvenalis: „ludziom pozbawionym wszystkiego pozostaje oręż” – „spoliatis arma supersunt”.
Dla tych, którym się dobrze powodzi, wojna jest najwyższym szaleństwem...” (Tukidydes); ale: „sprawiedliwa jest wojna tych, którzy są do niej zmuszeni, i błogosławiony jest oręż, jeśli tylko w nim cała spoczywa nadzieja” (Liwiusz).
Czasy się zmieniają. Ale niezmienna pozostaje natura ludzka. Nie ma więc racji socjolog amerykański R. Jennings, gdy pisze w książce An Anatomy of Leadership (Nowy Jork 1980), iż nastąpił obecnie wiek, gdy na zmianę bohaterom wojny i produkcji przyszli bohaterowie konsumpcji. Sama bowiem Ameryka pokazuje raz po raz, że w celu zaspokojenia wygórowanych potrzeb konsumpcyjnych własnego społeczeństwa nie wzdraga się przed rozpętywaniem grabieżczych wojen, sławiąc swych zdzierców i morderców jako bohaterów narodowych. Wszystko więc wskazuje na to, że wojny były, są i pozostaną integralną częścią dziejów ludzkich. Nie da się ich uniknąć chociażby z tego względu, że „wielkie zagadnienia w życiu narodów rozstrzyga tylko siła” (Włodzimierz Lenin). I nie ma sensu udawać, że jest czy kiedykolwiek będzie inaczej, człowiek bowiem to nie tylko „homo cogitans”, „homo faber” czy „homo ludens”, ale też – i być może przede wszystkim – „homo militans”.
N. Machiavelli pisał, iż „żądza podbojów jest rzeczą bardzo naturalną i powszechną i zawsze, gdy je ludzie czynią z powodzeniem, zyskują pochwały, a nie naganę”. Trudno zaprzeczyć temu spostrzeżeniu.
Według zaś Arthura Schopenhauera (Parerga i paralipomena): „Bezstronne spojrzenie na naturę człowieka poucza, że bić się jest dla niego rzeczą równie naturalną, jak dla drapieżników gryźć, a dla bydła rogatego bość: człowiek jest mianowicie zwierzęciem, które się bije”. Tak było ongiś, tak jest teraz, tak będzie w przyszłości. Za pośrednictwem zaś wojny Bóg (Przyroda? Historia?) feruje swe wyroki nad narodami. „Ten naród, – powiada Dante Alighieri w „Monarchii” – który wyszedł zwycięsko ze zmagań ze wszystkimi innymi ludami o władzę nad światem, uzyskuje przewagę dzięki pomocy Boga. Pan Bóg troszczy się bowiem bardziej o rozstrzyganie sporów globalnych niż partykularnych. W niektórych szczególnych przypadkach Bóg jest proszony o interwencję przez samych zawodników wedle utartego przysłowia: „Komu Bóg zezwala, temu i Piotr pomaga”. Bez wątpienia zatem przewaga w zapasach o rządy nad światem jest wynikiem decyzji Bożej... To zaś, co się osiąga w szlachetnej walce, uzyskuje się więc w sposób zgodny z prawem”. Dlatego zwycięzców się nie sądzi, a zwyciężonych unicestwia. Jedem das Seine.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz