piątek, 8 marca 2019

dr Jan Ciechanowicz - Antysemityzm cz 1


Jan Ciechanowicz











antysemityzm

(Z  DZIEJÓW HANIEBNEGO  ZJAWISKA)




     








                                                       Warszawa        2018
                                              



Wydanie pierwsze: New York  2010
Wydanie drugie: Warszawa  2015
Wydanie trzecie: Warszawa 2017
Wydanie czwarte: 2019



Copyright  by  Jan  Ciechanowicz













ISBN  978-83-87773-96-0


















































SPIS TREŚCI


Przedmowa
Rozdział I.             Z historii i psychologii antysemityzmu
Rozdział II.            Chimera  „judeochrześcijaństwa”  („żydokatolicyzmu”)
Rozdział III.           Mordy rytualne
Rozdział IV.           Antysemityzm Niemców
Rozdział V.            Antysemityzm Żydów
Rozdział VI.           Antysemityzm w Rosji
Rozdział VII.          Antysemityzm w Polsce
Rozdział VIII.         Anglosaski antysemityzm
Rozdział IX.            Metoda chazarejska: od trwania do  panowania.
Rozdział X.            Naród globalny
Podsumowanie
Bibliografia




Przedmowa



Stykając się z antypatią do Żydów człowiek myślący mimowolnie zadaje pytanie: jak to się dzieje, że naród obdarzony tyloma talentami, taką inteligencją, tak wrażliwym sercem, wyznający wzniosłą wiarę i twardą moralność, tak dzielny i dynamiczny – bywa w bezpardonowy sposób atakowany nie tylko na płaszczyźnie teoretycznej, ale i praktycznej?  Dlaczego  wielu uczonych niemieckich, rosyjskich, węgierskich,   anglosaskich  uważało, że niewykorzenialnymi cechami etnosu żydowskiego są: grabieżczy nomadyzm, wstręt do uczciwej pracy i do każdej pracy fizycznej, pasożytnictwo, życie cudzym kosztem, nienawiść do innych narodów i do ich kultury oraz usiłowanie, by to,  co obce, zohydzić, sprofanować, ochlapać błotem, zniszczyć;  a osiedlenie się Żydów na terenie któregokolwiek narodu europejskiego  - za  klęskę i tragedię tego, obok kogo ten lud się zjawił? Jak to się dzieje, że się puszcza w niepamięć  nieogarnięty dorobek intelektualny tego narodu, jego niezaprzeczalny wkład w rozwój kultury, nauki, sztuki, medycyny, techniki, filozofii, literatury, a skrzętnie się odnotowuje i wciąż na nowo wypomina   jakieś   -  często tylko domniemane  -  wykroczenia i grzechy poszczególnych osób czy grup socjalnych, do tego narodu należących, lecz przecież   marginalnych w stosunku do owego dobra, które ten Wielki Naród   w ciągu tysiącleci   wyświadczył   ludzkości? Czyżby działała  tu odwieczna zasada, że zły nie chwali dobrego, a głupi mądrego? A może miał rację Theodor Herzl, gdy pisał, iż  „Żydów nienawidzi się za ich zalety, nie zaś za wady”?... Nie dziwi tedy, że co mądrzejsi Żydzi spoglądają na antysemitów jak na swego rodzaju dziwaczny wybryk matki natury, kozła z dwiema głowami, czy cielę bez głowy… I wcale się tym dziwolągiem nie przejmują.   
A więc jedną z najbardziej fascynujących tajemnic historii powszechnej stanowią dzieje Hebrajczyków, choć przecież nie ma na kuli ziemskiej ludu, którego losy  -  z Woli Nieba  -  nie byłyby zadziwiające, dramatyczne  i zagadkowe. Powierzchownemu obserwatorowi może się wydać, iż tylko Żydzi przez parę ostatnich  tysiącleci żyli niejako na ostrzu noża:  zginąć czy przeżyć; a przecież trudno byłoby znaleźć naród, który też - na swój sposób - nie tkwiłby również ciągle nad skrajem przepaści  i  nie byłby pogrążony w lęku o swe istnienie. Każdy też etnos wynajduje właściwy sobie sposób na przetrwanie, pokonanie rywali i wyjście obronną ręką ze zmagań o swoje miejsce pod słońcem. Wydaje się jednak, iż to właśnie Żydzi doprowadzili tę sztukę do perfekcji. Niektórzy, jak S. Rawidowicz, nazywali swoich  rodaków  narodem wiecznie umierającym”, żyjącym przez wieki w stanie egzystencjalnego zagrożenia. Byłoby jednak bliższe prawdy  twierdzenie, że jest to naród wiecznie rozkwitający, nieustannie ekspandujący i podbijający świat dzięki swym unikalnym uzdolnieniom, talentom, energii, ideom, inicjatywom, pracom i wysiłkom. Początkowe życie w pustyni kształtuje w ludziach zdolność do szybkiego reagowania na nieoczekiwane, trudne do przewidzenia sytuacje. Stąd niektórzy etnologowie wyprowadzają takie  „czysto    żydowskie” rzekomo cechy jak umiejętność  przewidzenia niebezpieczeństwa, podjęcie zawczasu środków ostrożności oraz zdolność do adekwatnego i zdecydowanego reagowania na zaistniałe zagrożenie. Choć przecież te same cechy powinien posiadać  -  jeśli chce przetrwać  -  także lud leśny,   żeglarski lub wyspiarski, jak również górski i stepowy. Wszystkie warunki ekstremalne kształtują powyżej wymienione cechy, a przecież we wczesnym stadium rozwoju prawie cała ludzkość musiała stawiać czoło podobnym sytuacjom; nie każdy jednak lud jest tak bystry, sprytny, czynny, ruchliwy, spontanicznie spieszący z pomocą rodakom, jak Żydzi.
Przysłowie żydowskie powiada: „Nie życz sobie kresu niepokojów, gdyż razem z niepokojami kończy się życie”. Świadomość tej rasy znajduje się więc w stanie ciągłego zaniepokojenia, czuwania, alarmu, obawy o swój los, pozycję i przyszłość. Podstaw ku temu jest więcej niż dostatecznie. Wystarczy wspomnieć o przerażających  mordach masowych, popełnionych przez gojów na Żydach np. podczas wypraw krzyżowych  (1096, 1146, 1189 – 1191), o wypędzeniu z Anglii (1290), Francji (1394), Hiszpanii (1492), Portugalii (1497),  o rzeziach na Ukrainie (1648 – 1649, 1768), wreszcie o tzw. holocauście podczas II wojny światowej.
      W tej książce, na którą złożyły się m.in. liczne fragmenty rozmaitych publikacji, które w swoim czasie ukazywały się w Izraelu i Polsce, Niemczech i Rosji, Białorusi i USA, na Litwie i Ukrainie, Francji i Kanadzie, autor usiłuje zestawić, zanalizować,  skonfrontować i zrozumieć wszelkie argumenty „pro” i „contra” w temacie tzw. „antysemityzmu”, jego genezy, istoty i celów.  Czytelnik nie znajdzie tu definitywnych odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania, ale przedstawiony materiał może być solidną bazą do jego dalszych – już samodzielnych – przemyśleń i poszukiwania prawdy.
                                                         ***
           David   Irving pisał: „Żydzi powinni sami sobie zadać pytanie, dlaczego są tak znienawidzeni”. Historyk brytyjski zwolniony z więzienia austriackiego 20 grudnia 2006 roku po odsiedzeniu przeszło 400 dni w pojedynczej celi za tzw. „negowanie holocaustu” powrócił do Londynu. W udzielonym wywiadzie powiedział, że do więzienia wsadziło go „stalinowskie prawo” i że „ nie wyraża skruchy”.
Na pytanie jednak, czy widzi siebie jako antysemitę powiedział: „Nie, mam tę satysfakcję, że nim nie jestem”. (No, I like to think I am not). Zaraz po tym wyraził jednak poparcie dla komentarza Mela Gibsona, który powiedział, że „Żydzi są odpowiedzialni za wszystkie wojny tego świata”.
David Irving stwierdził też, że jeśli chodzi o przyczynę antysemityzmu, Żydzi powinni sami siebie spytać, dlaczego w ciągu całej historii są tak znienawidzeni. „Powinni zadać sobie sami pytanie: Dlaczego są tak nienawidzeni przez 3000 lat, dlaczego w każdym kraju, gdzie byli, miały miejsce pogromy za pogromami przeciwko nim?”.
Liczne organizacje żydowskie wyraziły oburzenie decyzją sądu austriackiego, zwalniającego Irvinga z więzienia, jak również były zbulwersowane jego, jak stwierdziły, „antysemickimi wypowiedziami”. Lord Janner, prezydent „edukacyjnej instytucji” Holocaust Educational Trust m.in. powiedział, że „wypuszczenie Irvinga, było nieuzasadnione”, zaś dyrektor Centrum im. Szymona Wiesenthala w Izraelu, Ephraim Zuroff stwierdził, że „zachowanie się Irvinga po wypuszczeniu świadczy o tym, że powinien w więzieniu pozostać”.
Jeden z    portali internetowych skomentował to, jak następuje: „W niektórych depeszach światowych agencji (np. BBC), celowo pomija się rzucone przez Irvinga pytanie o przyczynę antysemityzmu.
Środowiska żydowskie i inne filosemickie atrapy powinny już dawno zdać sobie sprawę z tego, co wiadomo od dawna, każdy kto ma oczy i widzi, co jest bardzo dobrze udokumentowane: że antysemityzm – ten realny i ten wyimaginowany – jest produktem samych Żydów i jest zwykłą reakcją na ich zachowanie. Zresztą, dzisiejsi przywódcy żydowscy sami przyznają, że ten antysemityzm jest ze wszech miar pielęgnowany przez środowiska żydowskie – jest pewnego rodzaju nieodzownym cementem dla laicyzującej się społeczności żydowskiej. Dzisiaj tylko trzy elementy scalają diasporę: państwo Izrael, religia holocaustu i właśnie antysemityzm. Wszystkie te trzy elementy spięte są klamrą syjonizmu, czyli rasistowską ideologią.
Znany profesor psychologii kalifornijskiego uniwersytetu Kevin B. MacDonald, w swoich kilku książkach (The Culture of Critique: An Evolutionary Analysis of Jewish Involvement in Twentieth-Century Intellectual and Political Movements; Separation and Its Discontents Toward an Evolutionary Theory of Anti-Semitism; A People That Shall Dwell Alone: Judaism As a Group Evolutionary Strategy with Diaspora Peoples) szczegółowo wyjaśnił zachowanie się grup żydowskich na przestrzeni dziejów. Ukazuje rewolucyjne zaangażowanie Żydów, zawsze skierowane przeciwko zastanemu porządkowi. Ukazuje też rolę Żydów w tzw. rewolucji kulturalnej lat sześćdziesiątych XX wieku, czyli promowanie moralnej destrukcji tkanki społecznej. Książki prof. Kevina MacDonalda nie są dostępne ani w księgarniach, ani w bibliotekach, a i w księgarniach internetowych są trudne do zdobycia. Dlaczego? Jedna z jego książek została wycofana z wydawnictwa St. Martin’s Press po nacisku grup żydowskich (pisze o tym nawet lewicowa Wikipedia), a reszta jakoś nie może doczekać się dodruku, zaś biblioteki unikają ich jak diabeł wody święconej.
Należałoby po raz kolejny zapytać publicznie, dlaczego największe dzieło laureata Nagrody Nobla Aleksandra Sołżenicyna pt. „Dwiestie  let  wmiestie”  nie zostało przetłumaczone na inne języki? Ano dlatego, że i Sołżenicyn w swoim Magnum Opus na kilkuset stronach opisuje dokładnie, jaką destrukcyjną rolę odegrali Żydzi w historii Rosji.
Nie wszyscy lubią jasne fakty, nie wszyscy operują w ramach Prawdy, nie wszyscy wyznają przejrzyste „tak-tak” „nie-nie”. Niektórzy wolą chować się w cieniu kłamstwa, nienawiści, podjudzania i spisków. Wolą kreować fakty wirtualne niż się przyznać do swojego udziału w niejasnych intencjach i czynach.
Nienawiść niektórych grup jest tak wielka, że sięga zenitu śmieszności. Niejaka Karen Pollock z „edukacyjnego” Holocaust Educational Trust stwierdziła po wypowiedziach Davida Irvinga, że „reputacja Irvinga jako historyka jest zrujnowana”. Czyżby wypowiedź o tym, że Żydzi powinni sami sobie zadać pytanie o nienawiść, będącą reakcją na ich zachowanie, mogłaby w jakikolwiek sposób przekreślić dorobek naukowy największego badacza czasów wojny? Oczywiście, że jest to absurd, ale gdy nie ma się już amunicji argumentów, pozostaje plucie. No i zamykanie do pudła.
                                                            ***
Przed II wojną światową George Orwell napisał tekst pt. „Antysemityzm w Wielkiej Brytanii”, w którym czytamy: „Moim zdaniem słusznie się zakłada, że choroba nieprecyzyjnie nazywana nacjonalizmem jest obecnie prawie uniwersalna. Antysemityzm jest tylko jednym z objawów nacjonalizmu i nie u każdego choroba ta przejawia się w ten właśnie sposób. Żyd, na przykład, nie jest antysemitą, ale za to wielu Żydów syjonistów wydaje mi się być antysemitami a rebours tak samo jak wielu Hindusów i Murzynów ma zwyczajne uprzedzenia rasowe, tyle że odwrócone. Rzecz w tym, że współczesnym cywilizacjom brakuje czegoś, jakiejś psychologicznej witaminy i dlatego jesteśmy wszyscy w mniejszym lub większym stopniu pod wpływem tego obłędu, każącego nam wierzyć, że całe rasy albo narody są w tajemniczy sposób dobre albo złe. Czy wśród tak zwanych intelektualistów znajdzie się chociaż jeden, który mógłby uczciwie stwierdzić, że jego postawa wolna jest od lojalności nacjonalistycznych i takich lub innych nienawiści? Przecież fakt, że człowiek może czuć emocjonalny pociąg do takich uprzedzeń, a jednocześnie widzieć je obiektywnie, daje mu status intelektualisty. Okazuje się więc, że punktem wyjścia badań nad antysemityzmem nie powinno być pytanie „dlaczego to w oczywisty sposób irracjonalne wierzenie przemawia do innych ludzi?” tylko raczej „dlaczego antysemityzm przemawia do mnie? Co w nim wydaje mi się słuszne?”. Zadając sobie samemu te pytania, można przynajmniej dobrać się do sedna własnego rozumowania. Antysemityzm powinien być zbadany – nie twierdzę, że przez antysemitów, ale przynajmniej przez ludzi, którzy wierzą, że nie są całkowicie wolni od tego typu ciągot. Gdy Hitler zniknie, można będzie przeprowadzić prawdziwe badania na ten temat i lepiej byłoby nie zaczynać od demaskowania antysemityzmu, ale od uporządkowania wszystkich usprawiedliwień, jakie można dlań znaleźć we własnym lub cudzym umyśle. To pozwoli nam ewentualnie ujawnić jego korzenie psychiczne. Nie wierzę natomiast, by antysemityzm mógł być definitywnie wyleczony bez wyleczenia szerszej choroby, jaką jest nacjonalizm”. Te słowa są aktualne także obecnie.
Umysł ludzki bywa dotykany rozmaitymi fobiami czyli uporczywymi, irracjonalnymi lękami. Należą do nich arachnofobia (lęk przed pająkami), ichtiofobia (lęk przed rybami), agorafobia (lęk przed otwartą przestrzenią), nekrofobia (lęk przed zmarłymi) i inne. Lecz spośród około  dwustu  tego rodzaju emocjonalnych aberracji najciekawszą bodaj jest judofobia (lęk przed Żydami, swoisty „żydowstręt”), gdyż jest to jedyna bodaj choroba psychiatryczna, która posiada  rozbudowany aparat intelektualno-kategorialny oraz tradycję  liczącą około trzech tysięcy lat. Nieraz przybierała ona charakter szału zbiorowego, niekiedy – subtelnych rozważań filozoficznych czy teologicznych. Analizie tego zadziwiającego zjawiska, zwanego też  „antysemityzmem”, poświęcona jest niniejsza publikacja. Ten temat autor   zresztą poruszał już w swych wcześniejszych książkach „Filozofia kosmizmu” (Rzeszów 1999, t.  1 – 3; wydanie drugie pt. „Kosmofilozofia” Warszawa 2016),    Syjon, Olimp i Golgota” (Mołodeczno 2001; wydanie drugie pt. „Olimp, Syjon i Golgota” Warszawa 2016),  „Etyka wielkich cywilizacji” (New York 2010; wydanie czwarte Warszawa 2016).
Autor zdaje sobie sprawę z ogromnej złożoności tego tematu, nie posuwa się więc do łatwych a ryzykownych uogólnień, lecz świadomie ogranicza się do analizy historii antysemityzmu oraz jego charakterystycznych manifestacji ideowych w kilku ważnych krajach Europy i Ameryki, przedstawiając również kontrargumentację.   
***
                        Charakterystycznym błędem zarówno antysemitów, jak i filosemitów jest uważanie Żydów za naród mały, nieliczny, warty albo pogardy (antysemici) albo litości (filosemici), podczas gdy faktycznie jest to naród liczny, liczący w skali globalnej prawdopodobnie  ponad 100 milionów osób, a przy tym wyjątkowo uzdolniony, utalentowany, pracowity, pełen energii i inwencji, wykształcony, etnocentryczny i posiadający elitę narodową na takim poziomie, o którym  wiele innych narodów nawet marzyć nie może. W sposób naturalny te znakomite właściwości połączone z umiejętnością solidarnego i dalekowzrocznego działania zdobywają dla Żydów pozycję lidera świata, wielkiej potęgi intelektualnej, finansowej, politycznej, która może budzić w gojach zarówno podziw, jak i zgrozę, a samych Żydów niekiedy wbija w przesadną pychę narodową, graniczącą z rasizmem i autorytaryzmem moralnym.
Na samym początku 2007 roku tzw. Biuro do Spraw Globalnego Antysemityzmu przy Departamencie Stanu USA, którego szefem jest   Żyd  Gregg Rickman, sprecyzowało w dwunastu punktach „typowe antysemickie poglądy”. Punkty te stwierdzają:
1.  że antysemickie jest jakiekolwiek twierdzenie, że mniejszość żydowska kontroluje rząd, media i międzynarodowe finanse oraz handel;
2.   że antysemityzmem jest ostra krytyka Izraela;
3.   że antysemityzmem jest krytyka byłych i obecnych przywódców Izraela;
4.   że antysemityzmem jest krytyka Talmudu, Kabały, literatury i religii żydowskiej;
5.   że antysemityzmem jest krytyka lobby Izraela i uległości wobec niej rządu USA;
6.   że antysemityzmem jest krytyka Żydów-syjonistów za popieranie globalizmu;
7.   że antysemityzmem jest krytyka Żydów z powodu ukrzyżowania Chrystusa;
8.   że antysemityzmem jest krytyka dokładności sześciu milionów ofiar Holokaustu;
9.   że antysemityzmem jest krytyka Izraela jako państwa rasistowskiego;
10. że antysemityzmem jest twierdzenie, że działa „konspiracja syjonistyczna”;
11. że antysemityzmem jest twierdzenie, że Żydzi wywołali rewolucję bolszewicką;
12. że antysemityzmem jest krytyka jakiegokolwiek indywidualnego Żyda”.
W ten sposób za antysemityzm musi być uważane każde zabranie głosu w dowolnej sprawie, w jakikolwiek sposób związanej z tematyką żydowską, o ile nie jest to robione w celu serwilistycznej gloryfikacji. Jeśli np. ktoś napisze krytyczną recenzję o marnej książce, a autorem książki okaże się przypadkowo  osoba   żydowskiego pochodzenia, autor recenzji natychmiast staje się antysemitą i podlega prześladowaniu sądowemu. Podobnież prawne osądzenie złodzieja,  gwałciciela   czy bandyty, o ile okaże się Żydem, będzie przejawem antysemityzmu.  W  ten  sposób   ta kategoria – właśnie przez irracjonalną ekstrapolację – zupełnie zatraca swe ujemne konotacje moralne i intelektualne, gdyż każdy historyk piszący o Żydach czy o antysemityzmie z definicji jest antysemitą. Także  autor  tej  książki.
W świetle – a raczej w mroku – tej koncepcji wypadnie np. uznać za antysemitę wybitnego poetę, piszącego po polsku, żydowskiego – w dobrym słowa znaczeniu – nacjonalistę, Juliana Tuwima, który napisał m.in. „antysemicki” – w odbiorze durniów – wiersz   pt.  Bank”:

Jak czarne włochate kulki
Po banku toczą się srulki.

Skaczą, skaczą nad biurkiem,
targuje się srulek ze srulkiem.

Srulek srulkowi uległ
i biegnie do kasy srulek.

Liczy drżącymi palcami
i zmyka przed srulkami.

W klubzeslach z dala od kasy
siedzą srule-grubasy.

Srulki z uśmiechem lubym
kłaniają się srulom grubym.

A w głębi – w ciszy – wielki jak król
Duma
              sam
                        główny
                                  Srul.”

Wzorując się na stylu rozumowania żydowskich kongresmanów USA za rusofoba powinno się uznawać każdego obcego naukowca piszącego o historii Rosji, za polakożercę każdego (np. Normana Daviesa czy Daniela Beauvois !), kto zabiera głos w tematyce polskiej, a za germanofobów – setki uczonych, piszących o takich luminarzach kultury powszechnej, jak Bach, Cranach, Goethe czy Schiller, i oceniających np. krytycznie jakiś wątek ich twórczości. Absurd jest ewidentny i bardzo szkodliwy, stanie się też niewątpliwie impulsem do antysemityzmu intelektualnego, gdyż nikt nie pójdzie na ugodę z żydowskim zamordyzmem, o ile syjonofaszyści naprawdę będą dążyć do narzucenia światu nauki swej cenzury, stosując terror moralny, intelektualny, psychologiczny  i   sądowniczy. Nauka ma prawo w dowolny sposób wypowiadać się na dowolny temat, a prawda zawsze się rodzi w ogniu polemiki, jako skutek ścierania się różnych zdań i syntezy cząstkowych ustaleń w procesie dialogu merytorycznego. Dopiero na finiszu tego dialogu błędne interpretacje są odrzucane, a   zgodne z faktami utwierdzają się same bez odgórnego ogłaszania ich za święte i politycznie poprawne.
Jeśli zresztą zastosować w tym przypadku zasadę wzajemności, to  jeśli nie-Żydzi nie mogą zabierać głosu w sprawach Żydów,  odpowiednio Żydzi nie powinni  mieć  prawa do  zabierania  głosu  w sprawach  nie-Żydów. A to jest bodaj nie do pomyślenia, gdyż syjoniści uważają, że są najwyższą instancją w sprawach całego świata i mają prawo decydowania o losach wszystkich. To jest, niestety, odwieczny błąd pewnych wąskich sił, wciąż na nowo prowokujących  straszliwe fale nienawiści do Żydów jako takich. Nikt nie powinien tworzyć dla samego siebie stanu wyjątkowego.  Kto  bowiem  stawia  się  ponad  prawem,  tym  samym  stawia  się  też  poza  nim.  I co najważniejsze:  nikt nie powinien naukowcom wskazywać brudnym palcem, co mają badać i co pisać. Wybitny amerykański socjolog Robert King  Merton pisał:  „Jeśli się przyjmie takie pozanaukowe kryteria wartości nauki, jak jej ewentualna zgodność z doktryną religijną, użytecznością ekonomiczną czy poprawnością polityczną, to nauka będzie uznawana tylko o tyle, o ile odpowiadać będzie owym kryteriom. Innymi słowy, w miarę jak zanika wartość czystej nauki, zaczyna ona podlegać bezpośredniej kontroli innych czynników instytucjonalnych i jej pozycja w społeczeństwie staje się coraz bardziej niepewna. Naczelną funkcją uporczywej odmowy ze strony uczonych stosowania wobec swej pracy norm utylitarnych  -  jest chęć uniknięcia tego właśnie niebezpieczeństwa, które jest szczególnie wyraźne. Toast wzniesiony w czasie kolacji wydanej dla uczonych w Cambridge:  „Za czystą matematykę i aby nigdy nikomu nie przynosiła korzyści!”,  mógł być wyrazem milczącego uznania tej funkcji”.  Pod wpływem czynników i stereotypów pozanaukowych sama prawda może ulec daleko idącym zniekształceniom, a nauka prowadzić do wniosków, których odkrywca w żaden sposób nie wyciągał. Dlatego Fryderyk Nietzsche miał powiedzieć:  „Der Mensch der Erkenntnis muss nicht nur seine Feinde lieben, sondern auch seine Freunde hassen können”.  A to dlatego, że prawda może być bardzo uciążliwa, przyprawiająca o przysłowiowy  „ból głowy”, a  przecież mimo to pozostaje jedną z największych wartości człowieka.

 ***




rozdział I.

Z historii i psychologii antysemityzmu



Termin „antysemityzm” został ukuty i wprowadzony do obiegu w roku 1879 przez żydowskiego publicystę W. Marra i zrobił natychmiast zawrotną karierę  w  propagandzie   międzynarodowej. Wbrew swemu brzmieniu kategoria ta wcale jednak nie oznacza niechęci lub nienawiści do wszystkich Semitów, lecz tylko do ich części, mianowicie – do Żydów. Jest to pojęcie emocjonalnie zabarwione i należy raczej do kategorialnego aparatu publicystyki niż nauki. Z czego wszelako nie wynika, że nie może ono, jak i samo zjawisko dokuczliwego traktowania Żydów, być przedmiotem analiz naukowych: socjalno-psychologicznych, etycznych, historycznych, filozoficznych, psychiatrycznych, a nawet estetycznych.
Wyraz „antysemityzm” bywa używany w co najmniej pięciu różnych znaczeniach. Po pierwsze, w sensie określonej doktryny teoretycznej, która naukowo lub pseudonaukowo bada, wykrywa i dowodzi jakiejś szczególnej negatywnej roli Żydów w tych czy innych dziedzinach życia społecznego, w tych czy innych okresach historycznych, w dziejach tych czy innych narodów; jest to antysemityzm teoretyczny.
Po drugie, niekiedy ma się do czynienia z antysemityzmem politycznym i administracyjnym, kiedy to władze określonego kraju wprowadzają w życie przepisy, mające na celu ograniczenie udziału lub wyeliminowanie Żydów, jako domniemanego elementu szkodliwego, z tych czy innych ważnych sfer życia publicznego (prawo, medycyna, prasa, szkolnictwo, policja, wojsko i in.) lub z życia społecznego w ogóle; tego rodzaju ograniczenia miały miejsce w wielu krajach, jak np. we Francji, Kanadzie, Rosji, USA, Anglii, Niemczech itd. Niekiedy antysemityzm tego typu przybiera kształt wypędzeń, szykan, prześladowań, a nawet pogromów i masowych mordów.
Po trzecie, można wyodrębnić antysemityzm bytowy, funkcjonujący na poziomie psychologii życia codziennego szerszych kręgów ludności, a wyrażający się w jakichś mglistych wyobrażeniach i takich że wypowiedziach, sprowadzających się do prymitywnego szablonu, że „to Żydzi są wszystkiemu winni”.
Po czwarte, spotyka się używanie pojęcia „antysemityzmu” w sensie zarzutu, skierowanego ku osobie, którą się chce psychicznie sterroryzować lub moralnie zniszczyć. Jest to antysemityzm propagandowo-manipulacyjny. Powiada się nieraz żartobliwie, że antysemita to ten, kogo nie lubią Żydzi; można jednak to ujęcie poszerzyć i powiedzieć, że antysemita to ktoś, kogo łajdacy chcą „zgnoić”, a sobie wyrobić indulgencję na popełnianie wszelkich dalszych łajdactw. Gdyby nawet „antysemitów” nie było, to i tak trzeba by było ich wymyślić jako rytualnych kozłów ofiarnych, na których polityczne szumowiny zrzucają winę za swe nikczemności. Jeśli bowiem jakiś gojski szubrawiec publicznie potępi „antysemitów”, automatycznie jakby nabiera przymiotów człowieka przyzwoitego, w związku z czym już potem jakby nie wypada uważać go za szubrawca, którym przecież jest. Szczególnie często ten chwyt psychotechniczny, polegający na zarzucaniu komuś „antysemityzmu”, jest używany, gdy np. ktoś demaskuje nadużycia i zbrodnie osób żydowskiego pochodzenia (vide np. Chodorkowskij, Gusinskij i Bieriezowskij w Rosji;    Madoff,  Greenspan  i  inni  w  USA na początku XXI wieku) lub postuluje ukaranie żydowskich przestępców zgodnie z literą prawa. Jest to metoda samoobrony (lub ataku) równie cyniczna, prymitywna, co skuteczna; typowa manipulacja i przekłamanie.
I wreszcie po piąte wypada uwypuklić istnienie antysemityzmu teologicznego, szczególnie w obrębie różnych wyznań chrześcijańskich, które bądź co bądź powstawały, kształtowały się i rozwijały w opozycji do żydostwa, a nawet jako antagoniści w stosunku do judaizmu. Bo to przecież „Żydzi ukrzyżowali naszego Chrystusa”...
Największymi antysemitami są jednak sami Semici, to bowiem właśnie semiccy Żydzi serdecznie nie kochają semickich Arabów i odwrotnie. I jedni i drudzy zresztą mówią o samych sobie, że są narodami „wybranymi przez Boga”, wysnuwając stąd prawo do cudzych posiadłości, do dominacji i do jakoby należnych im szczególnych rewerencji od innych. Na marginesie można też zaznaczyć, że pomysł „bogowybraności” jest   bardzo popularny m.in. wśród ludów Afryki i Polinezji. Za narody cieszące się szczególnymi względami Boga uchodzą we własnych oczach m.in. Papuasi z Nowej Gwinei, Bantu, Etiopczycy, Kongijczycy, a poza tym oczywiście Japończycy. Skłonność do euforystycznego samoubóstwiania cechująca narody Wschodu i Południa wynika, być może, z nadużywania narkotyków i innych środków pobudzających. Czarna Afryka jest poza tym wielce antysemicka, gdyż srodze nienawidzi, choć z różnych powodów, zarówno Arabów, jak i Żydów. Najzacieklejszymi jednak wrogami dla  siebie nawzajem są formacja arabska i globalna formacja żydowska, toczące ze sobą nieustającą wojnę na śmierć i życie.
Ta sytuacja nie jest jednak nowa. Antyżydowskość jest równie stara, jak lud żydowski, liczy sobie ponad trzy tysiące lat.
Zaznaczmy, że Semici nie stanowią zbyt licznej rasy (ok. 260  mln  to Arabowie; ok. 100 mln  Żydzi, z których tylko 25 procent są wyznawcami judaizmu, a prawie cała reszta to wolnomyśliciele; ok. 100 mln  -   inne narodowości).
W książce  Sto zabobonów”  (Paryż 1987) Jan Maria Bocheński notował:
Wyrażenie «antysemityzm» używane jest dzisiaj w dziwaczny sposób, jako że i Arabowie są przecież Semitami: kto ich więc nie lubi, byłby antysemitą. Ale tego, co antysemityzm dziś oznacza, dotyczą co najmniej trzy zabobony.
1. Pierwszym i najważniejszym jest sam antysemityzm. Polega on na demonizacji Żydów i przypisywaniu im wszelkiego zła. Zwolennicy antysemityzmu zwykli są także twierdzić, że Żydzi rządzą światem, że mają jakąś centralę, dążącą do opanowania świata, do zniszczenia naszej cywilizacji itp. (...) Dlatego też antysemici są bardzo często także antychrześcijanami – nie zdając sobie sprawy, że podcinają przez to podstawy kultury, której chcą bronić. A znaczenie Żydów w tej kulturze nie kończy się na chrześcijaństwie. Bardzo wielu najbardziej wpływowych myślicieli europejskich XIX i XX wieku było Żydami, że wymienimy tylko Marksa, Freuda i Einsteina. Jeśli chodzi o filozofię, niemal wszystko, co było decydujące dla wyjścia z ciemnego zaułka historii „nowożytnej”, pochodzi od Żydów. Żydami byli np. tacy filozofowie jak Bergson (Zbytkower), Husserl, Cassirer, Levy-Strauss i Tarski [Tajtelbaum – J.C.] . Wielu czołowych komunistów było wprawdzie Żydami – ale czołowy antykomunista francuski, Raymond Aron, był także Żydem. Nie ma europejskiej kultury bez Żydów i antysemityzm jest dlatego skrajnie antyeuropejskim zabobonem.
Nasuwa się pytanie, dlaczego antysemityzm jest tak rozpowszechniony, nawet w krajach, w których Żydzi stanowią drobną i dobrze zasymilowaną mniejszość, jak w przedwojennych Niemczech, gdzie antysemityzm osiągnął szczyt. Odpowiedź na to pytanie jest złożona – wydaje się, że antysemityzm ma kilka przyczyn. Jedną z nich jest zapewne zawiść spowodowana tym, że Żydzi wydają stosunkowo wysoki odsetek ludzi bardzo zdolnych i wskutek tego zajmują nieraz kierujące stanowiska w literaturze, nauce, filozofii, a nawet w polityce. Inną przyczyną jest chyba fakt, że ten sam naród wydaje stosunkowo wielu ludzi nietolerancyjnych i bezwzględnych, gdy tylko posiądą władzę. Przejawia się to m.in. w lekceważeniu przez nich uczuć religijnych i narodowych gojów. Oni to są w wysokim stopniu odpowiedzialni za szerzenie się antysemityzmu. W  XX wieku złowrogi wpływ wywarł także fakt, że wielu ludzi tego typu posiadało władzę -  z   ramienia partii komunistycznych – i zbrodnie przez nich popełnione zostały następnie przypisane wszystkim Żydom, co jest oczywiście zabobonem, ale niemniej wyjaśnia częściowo popularność antysemityzmu.
2. Obok tego zasadniczego zabobonu wypada wymienić inny, polegający na uważaniu antysemityzmu za coś znacznie gorszego, bardziej zbrodniczego od wrogości względem innych grup narodowych. (...)
3. Wreszcie zabobonem jest mniemanie, że nie wolno Żydów mniej lubić niż innych, że ktokolwiek woli np. Włocha albo Chińczyka od Żyda jest antysemitą. Każdy ma w rzeczy samej prawo lubić albo nie lubić kogokolwiek pod warunkiem, by nie gwałcił prawa, gdy chodzi o osobę, której nie lubi. Każdy ma też nie tylko prawo, ale i obowiązek bardziej lubić sobie bliskich niż obcych, a więc np. Polaków niż Francuzów albo Żydów. Kto nazywa ludzi tak czujących antysemitami, wpada w zabobon.
Wszędzie i zawsze, gdziekolwiek Żydzi osiedlali się, pojawiała się po pewnym czasie antypatia do nich, która często ujawniała się w czynnych wystąpieniach antyżydowskich.
 ***
Hebrajczycy w II tysiącleciu przed nową erą zostali odnotowani przez kronikarzy egipskich jako nomadyczny, barbarzyński lud pustynny, koczujący w pobliżu kwitnących od tysiąclecia miast kananejskich, takich jak  Jerozolima, Aszkelon, Jerycho, Betlejem i in. Cywilizacja ludzka na terenie obecnego Izraela istniała już ponad sześć  tysięcy lat przedtem, zanim zjawili się tam Hebrajczycy. Izraelscy archeolodzy w 1952 roku odkryli na terenie Jerycho budowlę sprzed 10 000 lat, która najprawdopodobniej była ową legendarną Wieżą Babel, znaną z licznych pradawnych podań, streszczonych później w Pięcioksięgu Mojżeszowym. Kamienna konstrukcja, jak pisali izraelscy naukowcy z Tel Aviv University Roy Liran i Ran Barkai,  na łamach periodyku „Antiquity”, miała służyć jako baszta obserwacyjna, mierzyła nieco ponad osiem metrów i dla swoich czasów stanowiła przysłowiowy „cud świata”, tym bardziej, że wzniesiono ją w takim miejscu, że gdy cała dolina była już pogrążona w mroku, jej cypel lśnił przez kilkanaście minut w promieniach zachodzącego słońca; a to działało na wyobraźnię…   Przez szereg stuleci hebrajscy nomadzi z zawiścią spoglądali na żyzne pola uprawne, sady, ogromne stada zwierząt hodowlanych, pasących się na nawadnianych sztucznie łąkach, zżymali się z zawiści na widok eleganckich domostw i ubiorów swych bardziej  ucywilizowanych  sąsiadów. I czekali. A podpici poeci krzepili w nich wiarę, iż kiedyś ta ziemia „miodem i mlekiem płynąca” dostanie się w ich ręce, w czym pomoże im sam bożek plemienny Jahwe  (początkowo  „elochim”  -  „bogowie”). Trzeba było tylko   odczekać  do  momentu, aż jakaś epidemia, trzęsienie ziemi, posucha czy powódź dostatecznie osłabi Kananejczyków, wyznających zresztą swego Jedynego Boga, stwórcę nieba i ziemi, aby zadać im cios.  W końcu nadeszła długo oczekiwana chwila, a licznie rozmnożeni i urośnięci w siłę Hebrajczycy runęli z cała mocą nienawistnego resentymentu na kwitnące miasta i wsie Palestyny, bezlitośnie wymordowali większość jej pokojowej i pracowitej ludności autochtonicznej, popełniając przy okazji liczne, mrożące krew w żyłach bestialstwa, smacznie opiewane  w odnośnych księgach  tzw. „Tory”.  I weszli  w posiadanie  „ziemi obiecanej” , cudzej, co prawda, ale obiecanej przez tylu poetów, agitatorów, kapłanów, marzycieli i innych mistyfikatorów. Miała to być  „przestrzeń życiowa”  (Lebensraum)  dla   narodu we własnym mniemaniu  „wybranego”.
           Prof. Lew Gumilow pisze („Etnogieniez i biosfiera Ziemli”): „W XV wieku p.n.e. wędrowne plemiona Habiru wtargnęły do Palestyny i zagarnęły część terenu nad rzeką Jordan. Pod względem poziomu techniki, metod gospodarowania, sposobów prowadzenia wojen nie różniły się one od reszty semickich plemion Syrii i Arabii, a ustępowały ludom Egiptu i Babilonii. Lecz był to lud intensywnie rozwijający się pod względem etnicznym, i on przeżył swych sąsiadów, zanim nie zginął jako całość etniczna pod ciosami krótkich mieczy rzymskiej piechoty. (Uratowali się tylko dezerterzy, którzy znaleźli przytułek w Partii i na reńskiej granicy Imperium Rzymskiego). Jednak ta śmierć, prawdopodobnie, zbiegła się w czasie (i, widocznie, nie przypadkowo) z etniczną dywergencją samego ludu żydowskiego, gdy faryzeusze, saduceusze i esseńczycy przestali odczuwać swą wspólnotę, a zaczęli widzieć w sobie nawzajem albo odstępców i zdrajców (stosunek faryzeuszy do esseńczyków i saduceuszy), albo dzikusów (stosunek saduceuszy do esseńczyków i do mas ludowych), lub oderwaną od narodu kastę kapłańską (stosunek saduceuszy i esseńczyków do faryzeuszy). A przecież pod względem poziomu kultury Żydzi w I wieku nie ustępowali ani Rzymianom, ani Grekom”.  Zgubiły  ich  niesnaski.
                                                                   ***
          W jednej z polskich encyklopedii  powszechnych czytamy:  Dawid (XI – XII wiek przed n.e.), król izraelski od około 1110, z pokolenia Judy;  w tradycji żydowskiej wzór władcy, ojciec Salomona; po śmierci Saula ogłosił się królem Judy; doprowadził do zjednoczenia plemion izraelskich i stał się twórcą silnego, zjednoczonego państwa żydowskiego; zdobył Jerozolimę i uczynił ją ośrodkiem politycznym i religijnym państwa; stłumił bunt swego syna Absaloma; przypisywane mu autorstwo psalmów nie zostało potwierdzone”.  W tej notatce nie zaznacza się, że ten  „idealny władca” kazał zamordować własnego syna, a Jerozolimę, która wówczas od ponad tysiąca lat była kwitnącym miastem Kananejczyków (ludu cywilizowanego, piśmiennego, osiadłego i kulturalnego), zrównał z ziemią, wymordowując w pień wszystkich nieomal jej rdzennych mieszkańców, co zresztą było postępowaniem wówczas powszechnie praktykowanym i akceptowanym.  
          Nie był   Dawid czystej krwi Hebrajczykiem, jego babką bowiem była Ruth, Moabitka, członkini jednego z   narodów    wyklinanych podczas nabożeństw  w synagogach. Tak więc największy bohater narodowy Hebreów, o ile nie był postacią mityczną, to był niewątpliwie mieszańcem, bastardem [mamzerem] z punktu widzenia prawa talmudycznego  i wykazywał, jako taki, szereg patologicznych cech charakterologicznych, takich jak okrucieństwo, chutliwość, zakłamanie, chciwość, niedorozwój  moralny. Które to cechy patologiczne, zgodnie z prawami biologii, nasiliły się  pod starość. W „Pierwszej Księdze Królów” znajdujemy, i owszem, słowa: „Król Dawid był starcem w podeszłym wieku. Okrywano go szatami, ale mimo to nie było mu ciepło. Rzekli mu więc jego słudzy: - Trzeba, aby poszukano dla króla młodą dziewczynę, dziewicę, aby służyła królowi i aby go pielęgnowała. Będzie się kłaść na twoim łonie i będzie ciepło królowi panu. Szukano więc pięknego dziewczęcia po całej ziemi izraelskiej i znaleziono Abiszag Szunamitkę. Wprowadzono ją do króla. Dziewczę to było piękne. Pielęgnowała tedy króla i służyła mu. A król jej nie poznał”. To znaczy, że dotknęła już go była starcza impotencja  i nie mógł sobie poradzić z piękną Abiszag, mimo iż ta go przecież „pielęgnowała”.    Niebawem też    władca po 40 latach panowania   żywota dokonał. 
            Księgi biblijne przekazują informacje o mnóstwie wielce dwuznacznych czynów tego „króla”, wątpliwych nawet z punktu widzenia niewygórowanej moralności zwykłych śmiertelników, nie mówiąc o wysokich standardach etyki judaistycznej czy chrześcijańskiej. I tak np. w  Drugiej Księdze Samuela” czytamy:  Pod wieczór pewnego dnia, gdy Dawid wstał z łoża i przechadzał się po tarasie domu królewskiego, ujrzał z wysokości kąpiącą się kobietę. A była ona nadzwyczaj piękna. Rozkazał więc Dawid dowiedzieć się, kim była ta kobieta. Powiedziano mu:  - Jest to Batszeba, córka Eliasa, żona Uriasza, Chittyty. Dawid wyprawił posłańców i kazał ją sprowadzić. Przyszła do niego i leżał z nią, ona zaś oczyściła się właśnie ze swej nieczystości. Powróciła potem do domu. Kobieta ta poczęła; posłała więc, by zawiadomić Dawida:  - Jestem brzemienna”… Dawid zaś, mało tego, że zrobił bastarda cudzej żonie, małżonce swego wiernego oficera, walczącego akurat na froncie, to po przywołaniu z teatru wojny Uriasza do Jerozolimy jeszcze usiłował go otruć lub skrytobójczo zgładzić. A gdy to się nie udało, ponieważ oficer dobrze znał obyczaje swego władcy i ani nie szedł do domu spać na noc, ani spożywał jadła  posyłanego przez Dawida, lecz  spał na ulicy obok straży królewskiej i jadł , że tak powiemy, ze wspólnej  kuchni polowej. Toteż  „nazajutrz rano Dawid napisał list do Joaba [dowódcy wojsk] i wysłał go przez Uriasza. W liście tym pisał: „Wysuńcie Uriasza na czoło w najzaciętszej walce, a potem cofnijcie się, pozostawiając go, by został trafiony i żeby zginął”. Istotnie, oficer zginął, a  „wielki król Dawid” był z tego i z siebie wielce zadowolony.  Druga Księga Samuela” zaś dodaje: „Kiedy żona Uriasza dowiedziała się, że zginął jej mąż Uriasz, opłakiwała swego małżonka. A kiedy żałoba się skończyła, posłał po nią Dawid, sprowadził ją do swego domu i została jego żoną. Urodziła mu syna”.
           Ten jednak wkrótce zmarł. A drugiego syna Chetytki  Batszeby nazwano   „Szlomo” czyli „Pokój”  (Szalom). Nie był więc „król” Salomon pełnowartościowym Żydem z punktu widzenia prawa Mojżeszowego, a gdyby trafił na takiego np. Ezdrasza, to zostałby razem z matką, jako goj, wypędzony z Izraela na pustynię i niechybnie by zginął. Był  mamzerem w jeszcze większym stopniu niż jego ojciec Dawid. A pierwszym jego posunięciem po objęciu władzy  był nakaz zamordowania swego rodzonego starszego brata Adoniji, aby ów  nie pretendował do należnego mu według przepisów prawa tronu, drugim  zaś -  ożenek z piękną Abiszag, która nie tak dawno    „pielęgnowała”  jego ojca…

            Kimże był w rzeczy samej ów legendarny „król Salomon”?  Cytowana powyżej encyklopedia podaje:  „Salomon (zm. około 929 p.n.e.), król izraelski od około 970, syn  Dawida; umocnił  wewnętrznie swe państwo; rozwinął handel; zreorganizował armię (wprowadzenie wozów bojowych); utrzymywał przyjazne stosunki z sąsiadami, m.in. z Egiptem (małżeństwo z córką faraona) i Tyrem; w celu scentralizowania kultu zbudował świątynię w Jerozolimie; dwór jego stał się ośrodkiem kultury, głównie literatury – stąd zapewne przypisywanie mu autorstwa  „Pieśni nad pieśniami”,  „Przypowieści” i in.”… Niewiadomo, co znaczy owo  i in.”   encyklopedyczne, wiadomo wszelako, iż zarówno  Pieśń nad pieśniami”, jak i tzw. „Przypowieści króla Salomona  (niezgorsze zresztą  dzieła literackie)  powstały w kilkaset lat po śmierci tego mitycznego władcy.
          I jeszcze jedna sprawa. O ile Szlomo objął  schedę po ojcu w przedziale wiekowym 20 – 30 lat, to musiałby się urodzić nie później niż w roku 1000 p.n.e. Jeśli zaś jego ojciec Dawid został królem w roku 1110 p.n.e. (będąc w wieku 1 roku!), to i tak musiałby spłodzić swego syna Salomona  mając co najmniej 111 lat! Piękna zaś Abiszag, którą Salomon  „odziedziczył”  po ojcu, musiałaby mieć co najmniej 92 lata, podczas gdy autorzy biblijni podają, że miała  18…   
             W  Pierwszej Księdze  Królów” autor tego teksty  gołosłownie i buńczucznie  pisze:  „Bóg dał Salomonowi mądrość i bardzo wielki rozum oraz tak rozległy umysł jak piasek na morskim wybrzeżu. Mądrość Salomona przerastała mądrość wszystkich synów Wschodu i całą mądrość egipską. (…) Mędrszy był niż wszyscy ludzie… Powiedział trzy tysiące przysłów, a jego pieśni było tysiąc pięć… Przybywano ze wszystkich narodów, aby słuchać mądrości Salomona, nawet od wszystkich królów ziemi, którzy słyszeli o jego mądrości”. Co prawda, żadne z ówczesnych źródeł pisanych  (a powstawały w tym regionie liczne teksty historyczne w różnych językach) nawet nie wspomina samego imienia  „króla” Salomona, nie mówiąc o jego osławionej  „mądrości”.
           Jedyny  zaś dowód na jego mądrość w samej  Biblii” stanowi tzw.  Sąd Salomona”, opisywany w następujący sposób: „Pewnego dnia przyszły do króla dwie kobiety lekkich obyczajów i stanęły przed nim. Jedna z tych kobiet rzekła:  - Proszę cię, panie mój. Ja i ta kobieta mieszkamy w tym samym domu. Porodziłam u niej w domu. I stało się, że w trzecim dniu po moim rozwiązaniu porodziła również ta kobieta. Byłyśmy razem, nikogo obcego nie było razem z nami w domu. W domu byłyśmy tylko my obie. W nocy zmarł syn tej właśnie kobiety, ponieważ go przygniotła w czasie snu. Wstała więc wśród nocy i podczas gdy ja, służebnica twoja, spała, wzięła mojego syna od mego boku   i ułożyła go na swym łonie, a swego zmarłego syna położyła na moim łonie. Wstałam rano, aby dać pierś swemu synowi, ale oto był martwy. Przyjrzałam się więc mu uważnie w świetle poranka i oto spostrzegłam, że nie był to mój syn, którego urodziłam.
          Ale druga kobieta zaprzeczyła:  - Nie! Moim synem jest ten żywy, a twoim synem jest ten umarły.
           Na to ta pierwsza odpowiedziała:  - Nie! Twoim synem jest ten umarły, a moim synem ten żywy.
          I spierały się wobec króla. Wtedy król rzekł:  - Ta mówi: Moim synem jest ten żywy, a twoim synem jest ten umarły. Tamta zaś twierdzi:  Nie, twoim synem jest ten umarły, a moim synem jest ten żywy. Zawołał więc król:  - Przynieście mi miecz! I przyniesiono miecz przed króla. A król rozkazał:  - Rozetnijcie żywego chłopca na dwoje. Połowę dajcie jednej, połowę zaś drugiej.
         Wtedy ta kobieta, której syn żył, zdjęta litością nad swoim synem zawołała do króla, prosząc:  - Litości, panie mój! Dajcie jej żywe dziecię! Nie zabijajcie go! A tamta zawołała:  - Nie będzie ani moje, ani twoje. Rozetnijcie!
           Wtedy zabrał głos król i powiedział:  - Oddajcie tej żywe dziecię, a nie zabijajcie go. Ona jest jego matką. Cały Izrael usłyszał o tym wyroku, jaki król wydał. I lękano się króla, albowiem widziano, że była w nim mądrość Boża do sprawowania sądu”…
             Jest to jedyny w „Biblii” dowód na mądrość Salomona;  inne zapisy dowodzą raczej jego nieprawości.    [Nawiasem mówiąc przypowieść o „sądzie Salomona” czytano  w księgach egipskich na dwa tysiące lat przed Salomonem!]. A więc prócz tego, że Szlomo wzniósł sobie okazały pałac oraz imponujący chram w Jerozolimie (na fundamentach  pradawnej, zburzonej przez Hebreów świątyni kananejskiej), kazał wynajętym Filistynom zbudować kilka okrętów i miał smykałkę do finansów [roczny dochód jego państwa miał ponoć wynosić 23 tony złota, co jest ewidentnym niepodobieństwem!],  właściwie  „Pismo” nie przytacza żadnych dowodów na jego domniemaną mądrość. Wręcz przeciwnie, w  Pierwszej Księdze Królów  znajdujemy słowa    dające świadectwo raczej    czemu innemu.   „Salomon kochał wiele żon obcego pochodzenia: córkę faraona, Moabitki, Ammonitki, Edomitki, Sydonitki, Chittytki, spośród tych narodów, o których Jahwe powiedział do synów Izraela: „Nie wstępujcie w związki małżeńskie z nimi, one zaś niech nie wychodzą za mąż za was”…
            Salomon, jako zawołany kobieciarz  [są dziwacy, którzy głoszą, że Jezus Aramejczyk pochodził z tychże degeneratywnych genów, co jest bluźnierstwem wołającym o pomstę do nieba!]  miał  mieć  -  według   Biblii  -    aż trzysta żon książęcego pochodzenia i siedemset  nałożnic, co daje w sumie magiczną  liczbę 1000 kobiet.  Widać autorzy tego tekstu  bardzo sobie cenili wyczyny na tle seksualnym, ale po co nazywać te chorobliwe wynurzenia  „pismem świętym”?  I co to za liczby? Nawet gdyby był żył sto lat  [a nie żył!], musiałby Szlomo co parę miesięcy zmieniać żonę, co byłoby nie tylko fizycznym niepodobieństwem, ale i stałoby w rażącej sprzeczności z teoretycznie obowiązującą  etyką judaizmu. Niejasne więc, dlaczego imię  „Salomon” ma być synonimem mądrości. Tym bardziej, że  liczne rozpustnice tak dalece odmieniły jego serce, że  gdy się zestarzał, żony zwróciły jego serce ku obcym bóstwom. (…) Salomon czynił to, co było złe w oczach Jahwe”.  Budował świątynie i ołtarze bóstwom Persów, Filistynów, Amonitów, Sydończyków, Edomitów, za co Jahwe   miał na niego strasznie się gniewać i     przyrzekł, iż zniszczy jego królestwo. Istotnie, żaden z potomków Szlomy nie był czystej krwi Żydem, a wszyscy wyginęli w walkach bratobójczych i w alkoholizmie    na długo przed przyjściem na świat  Chrystusa. 
         O   bardzo późnym pochodzeniu i beletrystyczności tej księgi biblijnej świadczy także twierdzenie, że np. „srebro za Salomona uchodziło za nic”. Faktem bowiem jest, iż w okresie sprzed II wieku nowej ery srebro było znacznie droższe i cenione nieporównywalnie wyżej niż złoto ze względu na złożoną i drogą technologię produkcji. Dopiero w europejskim średniowieczu złoto zdystansowało srebro, ale kompilatorzy „Starego Testamentu”  w 1008  roku nowej ery  (z tego bowiem roku pochodzi najstarszy zachowany rękopis tego dzieła) mogli tego nie wiedzieć i nie wiedzieli, cmokali więc na widok złota i nieco jakby gardzili srebrem. Tak więc w   najnowszych publikacjach izraelskich uczonych teksty Starego Testamentu są traktowane wyłącznie jako luźny zbiór utworów literackich.
                                                                                ***
              Jeśli mamy ufać autorom „Pierwszej Księgi Królów” [a czynić tego raczej  nie powinniśmy],    Szloma, w przeciwieństwie do swego agresywnego ojca Dawida, wojen ponoć  nie inicjował, lecz wynalazł jakby własny sposób na poszerzenie granic Izraela: żenił się co parę miesięcy z córką coraz to kolejnego  lokalnego „króla”, czyli wodza plemiennego, potem pomagał jej (w znany sobie sposób?) jak najrychlej zejść z tego świata, a posiadłością  teścia  zawłaszczał. I ponoć w tak niecny sposób poszerzył swe posiadłości   od Nilu do Eufratu”, które to twierdzenie stanowi kolejną    mistyfikację. Nie ma bowiem racji Heinrich Graetz, gdy podaje w swej skądinąd znakomitej wielotomowej  Historii Żydów”,   że państewko Salomona  było wielkie i potężne, było w stanie rywalizować z największymi królestwami świata”, a jego ludność jakoby sięgała czterech milionów. Nie ma na to żadnych rzeczowych dowodów. Izraelscy zaś naukowcy (np. Shlomo Sand i in.) dziś piszą, iż królestwo Dawida i Salomona  zajmowało tak naprawdę teren równy połowie obecnego [jak wiadomo niezbyt rozległego]  Państwa Izrael. Nie było to więc żadne „królestwo”, lecz w najlepszym razie zaledwie lokalne księswo, o którym   nie wzmiankuje żadne ówczesne nieżydowskie  źródło pisane.
            W 977 (?) roku p.n.e. po śmierci kacyka Szlomy  multietniczne  „królestwo” Judei rozpadło się. Część południowa trafiła pod berło jego degeneratywnego syna Rowoama, a dziesięć północnych  pokoleń (plemion)   wszczęło rebelię pod hasłem  „Cóż my mamy wspólnego z domem Dawida?!” i pogrążyło kraj w stanie „demokracji”, czyli w chaosie, kiedy to jak w kalejdoskopie zmieniali się władcy i dynastie, a powszechnie panowała niesprawiedliwość, zdzierstwo, korupcja i inne demokratyczne nadużycia. Omri, piąty „król” Izraela, wzniósł nową stolicę państwa  Samarię, a mieszkańcy tego kraju  byli pewni, że nic ich nie łączy  z Judeą. Nienawidzili się też nawzajem i wojowali  ciągle ze sobą,   ponieważ w ich żyłach płynęła różna krew, należącą do różnych substratów etnicznych.
           W 597 roku p.n.e. król Babilonii Nabuchodonozor wziął szturmem Jerozolimę, skonfiskował majątki prywatne i świątynne, ludność wyciął, 10 tysięcy mieszkańców zabrał do niewoli. Sześćdziesięciu najwyższym rabinom   publicznie zdarto skórę z żywych ciał. Wszystkich synów Cydkii, ostatniego króla Izraela z rodu Dawida, zamordowano na oczach ojca, a potem   wyłupiono mu oczy, aby nie mógł nawet płakać, i zakutego w łańcuchy zawleczono do Babilonu, aby się jak najdłużej męczył  -  takie były  w tamtych czasach zwyczaje wojskowe.  
           Ród Dawida   wygasł więc wówczas ostatecznie, a perorowanie o tym, iż o pół tysiąca lat późniejszy Jezus z Nazaretu  jakoby  był  „z   rodu Dawida” jest kompletnym nieporozumieniem, nawet gdybyśmy mieli na myśli nie więź genetyczną, lecz tylko postawę etyczną. Bo cóż wspólnego mogą mieć ze sobą  osobnicy o tak dwuznacznych zachowaniach, jak „król”  Dawid oraz   jego  domniemany syn Salomon  z    Jezusem  Chrystusem, Galilejczykiem, nie Żydem, który   nie znał i nie używał języka hebrajskiego?  Poza tym to przecie cieśla (a raczej murarz – „tekton”) Józef nie był ani biologicznym ojcem Jezusa, ani „z rodu Dawida”.
                                                                    ***
             Antyżydowskość jest równie dawna, jak dawne jest zetknięcie się Żydów z obcoplemieńcami. Już w „Księdze Rodzaju” (XLIII, 32) znajdujemy wzmiankę, iż w Starożytnym Egipcie uważano, że „nie godzi się Egyptianom jadać z Hebreyczyki, y mają za nieczystą takową biesiadę”, jakby to były psy, a nie ludzie.  W zasadzie okoliczność ta nie stanowi żadnego ewenementu, w owych dawnych czasach, gdy dopiero wschodziła jutrzenka cywilizacji, wzajemna wrogość i krwawe między ludami porachunki stanowiły normę, natomiast – jak i dziś zresztą – szczera przyjaźń była ogromną rzadkością. Tak tedy nie dziwi, iż żadne starożytne nieżydowskie źródło pisane nie mówi o Żydach pozytywnie.
        Aby zrekompensować swój kompleks niższości, w pewnym momencie Hebrajczycy pod wpływem znanej im jako wędrowcom tradycji indyjskiej, postanowili nazwać siebie „narodem wybranym” przez Boga. Być może warto w tym miejscu napomknąć, że zdaniem m.in. doktora Marka Głogoczowskiego, imię hebrajskiego bóstwa „Jahwe”, podobnie jak imię „Abraham”, są pochodne od indyjskiego imienia „Brahma” – Boga, Stwórcy Wszechświata, a imię „Abram” od „aman” czyli „stręczyciel, sutener”.  Z kolei imię „Sara” ma być pochodne od „Saraswati”, żony  i siostry Brahmy w jednej osobie, która jednak nie świadczyła – w przeciwieństwie do żony-siostry Abrahama – publicznych usług seksualnych i nie zarażała swych klientów rzeżączką, jak to podaje „Pięcioksiąg Mojżeszowy”. Hebrajczycy od zarania swych dziejów mieli ścisłe kontakty ze światem hinduizmu i jego systemem kastowym; w pewnym okresie też uroili sobie, że powinni na swym etnicznie mieszanym terenie odgrywać rolę kasty braminów, czyli „narodu wybranego” przez Boga, by przewodzić innym, „niedotykalnym” narodom i nad nimi panować...

Jednym z pierwszych „antysemitów”, to znaczy osób, które  świadomie na płaszczyźnie teoretycznej dowodziły fundamentalnej gorszości Żydów od reszty ludzkości, był Manephonos, główny kapłan w Heliopolis, uczony mąż, współpracownik Muzeum Aleksandryjskiego. Syn Greka i egipskiej arystokratki, z urodzenia mądry i obdarzony talentami człowiek, otrzymał świetne wykształcenie, znał kilka języków, historię, filozofię, nauki przyrodnicze. Jedno z najsłynniejszych jego dzieł stanowi księga pt. „Historia Egiptu”; to on podzielił dzieje tego kraju na trzy królestwa i na trzydzieści dynastii, a ta chronologia obowiązuje dotychczas. Niemało uwagi uczony poświęcił Hebrajczykom, lecz nie znalazł dla nich ani jednego dobrego słowa. Podkreślał, że są niesłychanie pyszałkowaci, przewrotni i mściwi, rozmiłowani w pijaństwie i rozpuście, niehigieniczni,   niezwykle chciwi na cudzy majątek. „Gdy na kogoś się zawezmą, nie przebierają w środkach, by go zniszczyć. Przeniknęli do wszystkich krajów świata i trudno byłoby wskazać jakieś miejsce, do którego by się  to podłe plemię nie zakradło i nie stało się dominującym”. Manephonos uznawał opowieści Starego Testamentu za autentyczne, lecz interpretował je po swojemu. Tak np. twierdził, że Żydów wygnano z Egiptu, ponieważ masowo prowadzili nad wyraz niehigieniczny tryb życia, byli brudasami i regularnie zapadali na trąd i inne choroby zakaźne, przez co stanowili zagrożenie dla otoczenia. Z Egiptu wyprowadził ich egipski kapłan, wariat i półgłówek niespełna rozumu, który też cierpiał na jakąś dolegliwość weneryczną i był ciężkim alkoholikiem. Wypędzono więc go precz razem z jego parszywymi owieczkami.  Manephonos odnotował, iż  Hebrajczycy są dzikusami i na złość Egipcjanom zadają w świątyni jerozolimskiej męczeńską śmierć krowom i cielętom, uważanym w Egipcie za zwierzęta sakralne, a jednocześnie oddają  cześć  boską złotemu bykowi Apisowi. Uczony egipski zarzucał Żydom, że składają w ofierze ludzi innych narodowości, dobywając z nich krew. „Każdego roku porywają  jakiegoś Greka, żywią go w ciągu dłuższego czasu, a potem prowadzą do lasu, mordują i poddają  całopaleniu  – zgodnie z ich zwyczajem – i poprzysięgają wieczną nienawiść  do Greków”. 
Dalej z  Historii Egiptu” dowiadujemy się, iż Hebraiczycy są  narodem trędowatych szaleńców”, którzy są ponad miarę chciwi i zawsze stawiają na swoim, działając grupowo, popierając jeden drugiego, stosując przekupstwa i skrytobójstwa. Od początku marzyli o zawłaszczaniu cudzych dóbr, wkładając w usta Mojżesza (Księga Powtórzonego Prawa, 6 : 10 – 11) tak odrażające obietnice jak: „A kiedy twój Bóg Jahwe wprowadzi cię do ziemi obiecanej (…), da ją tobie – wielkie i piękne miasta, których nie budowałeś, domostwa pełne dóbr wszelakich, których nie gromadziłeś, i wydrążone studnie, których nie kopałeś, winnice i ogrody oliwne, których nie sadziłeś”… Czyli wszystko – cudze! Izajasz natomiast (49 : 23; 60 : 10 – 12; 51 : 5) idzie jeszcze dalej i przyrzeka żydostwu zniewolenie całej ludzkości:  „Królowie będą twoimi sługami… Z twarzą ku ziemi hołd składać ci będą i pył twoich stóp lizać będą… Cudzoziemcy odbudują twe mury, a ich królowie będą na twoje usługi… A bramy twoje wciąż będą otwarte, we dnie i w nocy nie będą zamknięte, aby można było wnosić  dla ciebie skarby narodów… Lud i królestwo, które ci służyć nie będą – zginą; narody te ulegną zupełnej zagładzie… I przybędą obcy, by paść wasze trzody, cudzoziemcy będą oraczami waszymi i pracownikami w winnicach… Korzystać będziecie z bogactw narodów i chlubić się ich splendorem”… 604-ty spośród 613-tu nakazów „Pięcioksięgu” nakazuje ludobójstwo jako absolutny obowiązek moralny: „Wytępić lud Amaleka!”…
  Dodajmy na marginesie, że podobnie  niesamowite księgi, postulujące panowanie jakiegoś narodu nad całą ludzkością,  powstały później, dopiero w niemieckiej Trzeciej  Rzeszy, w elaboratach o „przestrzeni życiowej” dla wyższej rasy germańskiej, lecz nawet one nie dorównują cynizmem i bezwstydem „świętym” księgom Hebrajczyków. Na reakcję nie przyszło długo czekać.  [Emil Cioran w „Historii i utopii”  napisze o Żydach, jako o „sfrustrowanym gangu, nienasyconym i snującym proroctwa, który należałoby odosobnić, ponieważ chce wszystko wywrócić i narzucić swoje prawo”. Takie oto słowa padają w „cywilizowanym” XX wieku, cóż dopiero mówić o okresie sprzed 2-3 tysięcy lat!]
Musieli więc i Żydzi nieraz ścierać się z różnymi ludami i szczepami, raz się broniąc, to znów podejmując działania zaczepne. A do całej tej okrutnej rzeczywistości trzeba było dorabiać również jakąś ideologię, która by w ten czy inny sposób usprawiedliwiała daną praktykę. Toteż w „Starym Testamencie”, szczególnie cenionym przez Żydów i protestantów, niewątpliwie znajduje się propaganda idei ludobójstwa na wszystkich „niewybranych” narodach, które nie chciały Boga słuchać, a których   Bóg za to nie predysponował do zbawienia; z zachwytem się pisze o likwidacji przez Żydów całych miast i narodów.
Nawet człowiek o tak szerokich horyzontach, jak profesor Heinrich Graetz, nie bez przyjemności pisał o zwycięstwie „króla” żydowskiego nad Amalekitami: „Saul nie wahał się ani chwili. Walkę prowadził z wielką pono zręcznością i męstwem i zwabił nieprzyjaciela w zasadzkę, dzięki czemu odniósł walne zwycięstwo. Zdobył stolicę, zabił mężów, niewiasty i dzieci i wziął w niewolę groźnego króla” (Historia Żydów, t. 1).  Niewiadomo,  po  co  było  zabijać  dzieci  i  niewiasty,  ale  co  było, to było. Ktoś może na to się oburzać, a ktoś być z tego dumnym…    
Według autorów i redaktorów Księgi Jozuego, pochodzących z południowego Królestwa Judy, podbój Palestyny miał miejsce tylko raz jeden i został dokonany pod wodzą Jozuego, następcy Mojżesza. (Już wówczas wynaleziono metodę takiego przetasowywania faktów, aby służyły z góry założonej tezie ideologicznej). Według tego opisu wyprawa zakończyła się bezlitosnym i doszczętnym wytępieniem rdzennej  -  monoteistycznej  zresztą, jak zaznaczyliśmy powyżej -   ludności kananejskiej, wszystkie inne ludy tego kraju zamieniono w niewolników.
W oczach kompilatorów tej opowieści, którzy pod wpływem Deuteronomium przeświadczeni byli o absolutnej wyższości „narodu wybranego” na mocy zrządzenia Bożego, najazd na Palestynę stanowił triumfalny pochód ku całkowitemu zwycięstwu. Jednakże nie znajduje to potwierdzenia ani w Księdze Sędziów, ani w świadectwach pozabiblijnych. W rzeczywistości koczownicze plemiona półdzikich najeźdźców przenikały do Palestyny stopniowo, zlewały się nierzadko z miejscową ludnością, stwarzając w rezultacie złożoną kulturę i religię (patrz: E. O. James, Starożytni bogowie). Jak się wydaje, w tym przypadku mamy do czynienia z typowym przykładem tzw. „racjonalizacji” psychologicznej: od razu popełnia się coś brzydkiego, a potem szuka się usprawiedliwienia tegoż czynu. Najlepiej powiedzieć, że to „on sam winny”, żeśmy go skrzywdzili, ale jeśli ambicje sięgają wyżej, możemy powołać się aż na niebo. Tak czynili Żydzi i chrześcijanie, mahometanie i hindusi – wszyscy. Toteż i talmudyczna księga Menoras Hamuer zaleca: „Ponieważ w Biblii jest powiedziane, iż masz gnębić wszystkie narody, które ci twój Bóg oddał w twe ręce, co ma   znaczyć, które ty sam będziesz w stanie gnębić, ale których nie będziesz mógł, tych ci nie wolno”.
Wspaniała dialektyka! Gnębić można tylko słabszego, natomiast mocniejszego   można oszukiwać, o ile, oczywiście, jest głupi i da się oszukać. I to też jest sposób na przeżycie, na  przetrwanie, na panowanie...
                                                             ***
Powracając znów nieco wstecz, zaznaczmy, że prawdopodobnie około XIII wieku p.n.e. Izraelici mogli zaatakować i zdobyć ziemię Gilead na wschód od Jordanu, a następnie wkroczyć do środkowej Palestyny. Po początkowych   łatwych sukcesach plemiona izraelskie natrafiły na mocny opór państewek kananejskich i sprzymierzonych z nimi Filistynów. Atakowani równocześnie przez koczowników, Izraelici z trudem obronili się w tak zwanym okresie sędziów. Prawdziwego przełomu dokonał dopiero król Dawid, młody rywal pokonanego przez Filistynów Saula. Zjednoczył  on  plemiona izraelskie, częstokroć nie drogą pokojowej perswazji, zdobył kananejską Jerozolimę i rozgromił ostatecznie konfederację miast filistyńskich. Dawid i jego następca, Salomon, wykorzystali chwilową słabość państw Wschodu, by zhołdować sobie ościenne ludy. Pod wpływem  Salomona znalazła się sąsiednia Fenicja, której król Ahiram jakoby współpracował z następcą Dawida. Z Jerozolimy uczyniono ośrodek religijny i polityczny, a jej świątynia  (zbudowana  na  długo  przed  hebrajską  agresją)  stała się symbolem jednoczącym Żydów.
Mikroskopijne państewko Hebrajczyków, zwane w  Torze  buńczucznie  „królestwem”,  okazało się być polityczną efemerydą. Około roku 929 przed Chr. rozpadło się na dwa królestwa  (faktycznie  drobne  księstewka): izraelskie, z centrum w Samarii, i judzkie, położone na południu, ze stolicą w Jerozolimie. „Królestwo” izraelskie trwało niespełna 200 lat i w tradycji żydowskiej okryło się niesławą powrotu do bałwochwalstwa. Wchłonięte przez Asyrię stało się terenem obcej kolonizacji na rozkaz zwycięskich władców. Określenie „Samarytanin” jeszcze w czasach Chrystusowych miało dla Żydów posmak wyraźnie pejoratywny. Po potomkach obcych, narzuconych przez przemoc asyryjską przybyszów nie należało się spodziewać niczego dobrego. Tym bardziej kontrowersyjną była przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Królestwo judzkie istniało dłużej, chociaż i ono stało się igraszką w ręku mocarzy. Popadło kolejno w zależność od Asyrii, potem Egiptu, a następnie Babilonii. Próby odzyskania zwierzchnictwa nad tym skrawkiem Palestyny przez Egipt naraziły państewko żydowskie na katastrofę. Wciągnięte w konflikt interesów Egiptu i Babilonu, księstwo judzkie zostało zmiażdżone przez wojska Nabuchodonozora II. Ludność Jerozolimy została wymordowana, lub też wraz z mieszkańcami innych osad pognana w niewolę do Babilonu. Miasto spalono, a świątynia, duma Żydów od czasów Salomona, który    zrekonstruował, przestała istnieć. Słynna biblijna „niewola babilońska” trwała zaledwie kilkadziesiąt lat, ponieważ państwo następców Nabuchodonozora padło ofiarą nowej potęgi bliskowschodniej: Persji. Władca perski zezwolił Żydom na powrót do ojczyzny i odbudowę świątyni. Wróciła ich tylko część, rzecz jasna, lecz ponownie odżył jerozolimski ośrodek religijny i narodowy. Pod rządami Persów Palestyna jako prowincja Jehud posiadała status autonomii.
                                                    ***
Pierwotne dzieje Izraela były  dramatyczne. Ezoterycy uważają, iż starożytni Żydzi wywiedli się z terenu Indii, byli jednym ze szczepów tamilskich, który z jakiegoś powodu opuścił kraj ojczysty i przeniósł się do Egiptu. Plemionami hebrajskimi, które po latach wyszły z Egiptu  były: pokolenie Józefa, dzielące się na dwa mniejsze: Efraim i Manasse; Issachar, Zebulon, Aszer, Naftali, Dan, Benjamin, Ruben, Gad, Szymon, Jehuda oraz Lewi (plemię kapłanów, podległe nakazowi nieposiadania dóbr materialnych, ślubowało ubóstwo, było ponoć pochodzenia rdzennie egipskiego). Koenów (cohen, kahan, kogan) dziedziczną kastę kapłanów, obowiązują najsurowsze nakazy moralne i eugeniczne. Absolutnie kategorycznie nie mogą oni, ani ich synowie brać za żony kobiety innowiercze, obcoplemienne, ani pochodzące z niższych warstw socjalnych, ani wdów, ani rozwódek, ani pań lekkich obyczajów, ani dziewczyn uprawiających seks przedmałżeński, ani córek włóczęgów, bezdomnych, złodziei, alkoholików, narkomanów, bandytów. Usposobienie bowiem jest dziedziczone genetycznie.
Przez około tysiąc lat naród żydowski posiadał w Palestynie własne państwo. Było ono zbudowane na zasadach ścisłej hierarchiczności i kastowości. Jak uważał Fr. Nietzsche, zasadę hierarchiczną czyli, jak on to określa, „duch kapłański”, Żydzi przejęli  jednak  od Aryjczyków.   Rozwój żydowskiego państwa kapłańskiego nie jest oryginalny: schemat poznali oni w Babilonie: schemat jest aryjski. Jeśli tenże później przy przewadze krwi germańskiej dominował w Europie, to było to zgodne z duchem rasy panującej: był to wielki atawizm. Germańskie średniowiecze zmierzało do przywrócenia aryjskiego ustroju kastowego (...). Schemat niezmiennej społeczności z kapłanami na czele: najstarszy wielki produkt kulturalny Azji w dziedzinie organizacji – musiał naturalnie pod każdym względem zniewalać do rozmyślania i naśladownictwa. – Jeszcze i Platona; ale przede wszystkim Egipcjan”...
Żydzi od zamierzchłej przeszłości żyli w rozproszeniu, doznając przez tysiąclecia nie tylko najstraszliwszych prześladowań, ale i najdziwaczniejszych potwarzy, oszczerstw, wręcz demonizujących i zupełnie odczłowieczających ich wizerunek.  W  dalszym  ciągu  niniejszego  tekstu   przytoczymy   tego  przykłady.
Na szczególną uwagę zasługuje, być może, fakt, iż antysemityzm sięga niekiedy takiego natężenia, że Żydom odmawia się nawet prawa do skarg na... swój tragiczny los! Frank L. Britton w książce Za plecami komunizmu pisze: „Najlepszą definicją judaizmu jest ta, że jest to narodowość oparta na fundamentach rasy i religii. Wszystko to się łączy z innym aspektem judaizmu, a mianowicie mitem o prześladowaniu. Od momentu pojawienia się w historii Żydzi zawsze propagują ideę, że są zawsze uciskani i prześladowani. Ta idea była zawsze główną w żydowskim myśleniu. Mit o prześladowaniu był zawsze cementem i spoiwem judaizmu. Bez tego mitu Żydzi przestali by istnieć, a ich rasowa religijna narodowość od dawna uległaby zagładzie. Żydzi nie zawsze się zgadzają między sobą, ale w obecności wroga (prawdziwego lub urojonego) ich myślenie staje się spójne”.
I cóż z tego, że, być może, tak jest? Przecież nie zmienia to faktu antyżydowskich pogromów, wypędzeń i innych tego rodzaju zbrodni.
Ludwik Korwin, autor 2-tomowego dzieła pt. „Szlachta mojżeszowa” (Kraków 1938) przypisywał Żydom następujące cechy: „wchodzą tylko ze sobą w związki małżeńskie, pogardzani i odseparowani”; „patrząc tylko na interes własny zatracili kompletnie poczucie miłości bliźniego”, „są narodem niesłychanie dumnym, mającym w pogardzie wszystkie inne narody”; „byli sprawcami nihilizmu i anarchizmu, a więc zatruwali społeczeństwa, aby nad upadłymi moralnie tym łatwiej móc panować”; „nawet ci, pragnący naprawienia stosunków społecznych, zamiast je naprawić, wprowadzili tylko szkodliwy ferment, działający rozkładowo”; „są narodem najmniej tolerancyjnym i demokratycznym”; „już Tacyt twierdził, że Żydzi wszystkich nie-Żydów uważają za wrogów”. Mahomet w Koranie ostrzega: „Nie przestawaj w odkrywaniu oszustw dzieci Izraela. Oszustami są oni z małymi wyjątkami”...
Tenże autor w innym miejscu wywodził: „Terminem, którym bardzo lubią Żydzi żonglować, jest tolerancja, w myśl której żądają pełnego równouprawnienia, a zarazem pragną mieć stanowisko wyjątkowe, obchodząc sprytnie równouprawnienie pod względem obowiązków wobec państwa, na którym „pasożydują”...
Celowo zacierają swoje pochodzenie, nawet niektórzy zmieniają wyznanie, aby tym łatwiej zmieszać się z rasą, którą chcą opanować...
Przez swój kapitał rządzą krajami zakulisowo... Opanowali prawie wszystkie zawody, głównie palestrę i medycynę... Starają się opanować szkolnictwo...
Placówką, przez którą zatruwają społeczeństwa, jest prasa w dużej mierze przez nich opanowana...
Żydzi zawsze zwalczają wszelkie idee narodowe, gdyż te, jako zrodzone w zdrowej części społeczeństwa, jako prosty odruch samoobrony przed zalewem obcego żywiołu, są dla nich groźne, usuwając ich na bok od tych ogromnych korzyści materialnych, które czerpią w krajach narodowo nieuświadomionych...
Nawzajem się popierając, opanowali władzę, której pilnie strzegą, nie dając już sobie jej odebrać. Dla zmylenia społeczeństw przechodzą na katolicyzm, pozostając nadal jako przechrzty w gruncie rzeczy Żydami, gdyż trudno, by zmiana religii mogła zmienić rasę i jej cechy. Wielu przyjęło nazwiska narodowe kraju, w którym żyją, ale nie w celu zasymilowania się, lecz ukrycia, zatuszowania swego żydostwa. Stąd też tak często liczne nazwiska historyczne noszą Żydzi, nieraz kalając ich nieskazitelność... Należą oni jednak zawsze do nacji żydowskiej, która tworzy w państwach jakby drugie oddzielne państwo żydowskie, nie mające granic, ale pragnące panować nad całym światem”...
L. Korwin podkreśla afroazjatycki charakter rasowy Żydów i zasadnicze cechy różniące ich od Europejczyków: „Co do pokrewieństwa z rasą murzyńską, to zaznacza się ono nawet w budowie szkieletu, co miał wykazać anatom profesor Totdt: „Wprawdzie istnieje różnica pomiędzy szkieletem konia i osła w budowie miednicy, jest ona jednak mniej wyraźna, jak w kośćcu Aryjczyka i Żyda”, co nawet za życia można na zdjęciu rentgenologicznym wykazać, i co wykazała bawarska królewska akademia umiejętności jako jeden ze sposobów poznawania przynależności rasowej. Także badania mikroskopowe włosów ludzkich wykazały bliższe pokrewieństwo Żydów z Murzynami, jak z Aryjczykami. Tak samo, szczególnie u kobiet, bardzo często odziedziczone są skrzywienia miednicy. Także żydowskie „platfusy” – płaskie stopy, są jedną z częstych cech fizycznych Żydów” (Ludwik Korwin, Szlachta mojżeszowa, t. 1).
Według Alfreda Koestlera, wybitnego żydowsko-amerykańskiego historyka XX wieku, Żydzi europejscy, w tym polscy, nic wspólnego, prócz religii, nie mają z prawdziwymi Żydami, znanymi z Biblii, są to bowiem nie Semici, lecz Chazarowie (Turcy) wyznania mojżeszowego. Także Michaił Dorman w książce „Kak jewrei proizoszli ot Sławian” (Moskwa 2009), jak też Andrej Burowski w dziele „Jewrei, kotorych nie było” (Moskwa 2005, t.1 – 2),  usiłują wykazać, że ani czarnoskórzy wyznawcy Mojżesza, ani chińscy budowniczowie synagog nie są potomkami Abrahama, lecz lokalną ludnością, która z tych czy innych względów przeszła na judaizm. Jedność krwi i genów wyznawców tej religii jest mitem, naród zaś żydowski to globalny superetnos, złożony z elementów obcych sobie nawzajem rasowo. Nie sposób jednak negować faktu, że, jako wyznawcy Mojżesza, ci stepowi koczownicy po masowym osiedleniu się w Polsce, na Rusi i Litwie, prowadzili jednak specyficzny tryb życia, izolowali się od rdzennych mieszkańców tych ziem i wyrobili swój własny, antagonistyczny w stosunku do miejscowej ludności, stereotyp zachowania etnicznego; tak iż można mówić o nich jako o odrębnym i nader oryginalnym etnosie.
Jeśli natomiast chodzi o Żydów prawdziwych, to ich etnos miał ukształtować się ponad 2,8 tysięcy lat temu w pustyniach afro-azjatyckich na skutek zlania się różnych pod względem antropologicznym elementów, należących do rasy czarnej, żółtej  i białej. Istnieje kilka na ten temat hipotez, jedna z nich powiada: „Rasa żydowska miała powstać przed wiekami ze zlania się szeregu różnych plemion do różnych ras należących. Głównymi elementami, z których powstała ich rasa, byli Semici – beduini pustynni, którzy w przeciwieństwie do innych narodów, mających czystą krew semicką, zmieszali się z plemieniem mongolskim – Cheta, z drobnymi plemionami murzyńskimi i z aryjskim plemieniem – Amorytów. Po tych semickich beduinach, w przeciwieństwie do narodów rolniczych, osiadłych i przywiązanych do swej ziemi, Żydzi, już w najdawniejszych czasach, jak Nomadowie żyli, trudniąc się rozbojem, który po upadku państwowości zmienił tylko formę z dawnej krwawej na ekonomiczną, polegającą na dążeniu do opanowania wszelkimi sposobami, wszelkich dróg handlu i przemysłu, by móc dyktować ceny u zdobywać złoto”... (Ludwik Korwin, Szlachta mojżeszowa, Kraków 1938, t. 1).
Zwraca na siebie uwagę w tym fragmencie wątek demonizowania Żydów, obecny w wypowiedziach wielu pisarzy, historyków, artystów o różnym pochodzeniu i światopoglądzie.
O stosunkach judaizmu z religiami Starożytnej Grecji i Rzymu bardzo wnikliwie – choć nieco stronniczo – pisze profesor Tadeusz Zieliński w drugim tomie swego dzieła „Hellenizm a judaizm”: „Należałoby być uosobieniem doskonałości ,  żeby nie być oburzonym tym duchem ograniczoności, pychy, nienawiści ku cywilizacji greckiej i rzymskiej i nieprzychylności dla całej reszty rodzaju ludzkiego, który powierzchowni obserwatorzy uważali za samo sedno judaizmu... W tej wielkiej nienawiści, która od 2000 lat z górą istnieje między rasą żydowską i resztą świata, kto popełnił pierwszą krzywdę? Takiego pytania nie powinniśmy stawiać. W takich sprawach wszystko jest akcją i reakcją, przyczyną i skutkiem. Owo wyłączenie, owe łańcuchy gett , owe odrębne ubiory – wszystko to było niesłuszne. Ale który z dwu obozów pierwszy tego zażądał? Ci, co uważali siebie za splugawionych przez zetknięcie się z poganami, co wymagali dla siebie odosobnienia, społeczeństwa własnego. Fanatyzm stworzył kajdany, a kajdany spotęgowały fanatyzm: nienawiść bowiem płodzi nienawiść...”
W tych wymownych słowach E. Renan odpowiada jednak na pytanie, które według niego nie winno nawet być stawiane – pytanie o początkach antysemityzmu, aby utrzymać gwoli tradycji to niedorzeczne słowo. Póki mówiono o antysemityzmie jedynie na gruncie stosunków chrześcijańsko-żydowskich, można było uważać za otwarte pytanie o pierwszego winowajcę; nietolerancji bowiem żydowskiej odpowiadała  nietolerancja chrześcijańska. Takie też było i jest stanowisko obserwatorów powierzchownych, nic nie wiedzących i nie chcących wiedzieć o analogicznych stosunkach przed chrześcijaństwem. Na tym ostatnim zaś gruncie owo pytanie otrzymuje odpowiedź rychłą i niedwuznaczną; mamy bowiem z jednej strony społeczeństwo grecko-rzymskie z jego zasadniczą i powszechną tolerancją, z jego bezgranicznym zamiłowaniem samego pojęcia ludzkości, humanitas, przezeń i tylko przezeń stworzonego – z drugiej strony lud zamknięty w sobie, niegościnny dla obcowyznawców, wszystkich nienawidzący, wszystkim złorzeczący, oprócz samego siebie. Tu więc widzimy wyraźnie, jak akcja wywołuje reakcję, jak odrzucenie braterskiej dłoni przy ognisku domowym i ognisku gminnym rodzi ową nienawiść, która odtąd zostaje dziedziczną dla obu stron.
Najbardziej namacalny jest dla nas antysemityzm literacki; chociaż te świadectwa o nim, co się zachowały, są względnie bardzo szczupłe, jednak dają one nam dostateczne pojęcie o stosunku wykształconego społeczeństwa obu narodów antycznych do Judejczyków i o zarzutach, które im czyniono.
Pierwsze wzmianki helleńskich pisarzy są dla nich dość przychylne; pochodzą one od Arystotelesa i jego ucznia Teofrasta, którzy judejskiego środowiska jeszcze z własnego doświadczenia nie znali. Arystoteles w swoich podróżach zapoznał się z jednym Judejczykiem, który, jak mówi, był Hellenem nie tylko z mowy, ale i z duszy; Teofrast swoich źródeł nie wymienia, i chociaż on ma pewne zastrzeżenia wobec kultu ofiarnego Judejczyków, widzi jednak w nich i on coś w rodzaju sekty filozoficznej. Ale już od III wieku, dzięki zetknięciu się osobistemu z judejskim środowiskiem, zaczynają się zaczepki i zarzuty bynajmniej nie zawsze usprawiedliwione. Nie dziw, że ośrodkiem, z którego promieniował ów literacki antysemityzm, była Aleksandria; tu Judejczyków było najwięcej – około 40% – tu mieli oni najwięcej praw i wskutek tego najbardziej narażali się mieszkańcom, tu na koniec kiełkowała tradycyjna, z każdą paschą ponownie wszczepiana nienawiść do dawnego „domu niewoli”. To też Manethon – zhellenizowany Egipcjanin, autor historii Egiptu w języku greckim i razem z Tymoteuszem twórca religii hellenistycznej Izydy – oburzony po przeczytaniu Księgi Wyjścia, napisał w odpowiedzi swoją własną Księgę Wyjścia; według niej Izraelici mieli pochodzić od trędowatych Egipcjan, których faraon izolował w kamieniołomach. Czy on to sam wymyślił, czy zużytkował grecko-egipskie plotki, tego nie wiemy; trąd i pokrewne choroby skóry, jak widać z Biblii, często się spotykały u Izraelitów, i nie dziw, że otaczający ludzie zauważyli to i wykorzystali. W dalszym ciągu były dodawane inne jeszcze zarzuty; tajemniczość świątynnego kultu w Jerozolimie podniecała wyobraźnię Greków. Swój szczyt osiągnął ten kierunek w początku I w. prz. Chr. dzięki Pozydoniuszowi. Ten historyk i filozof starał się połączyć i pogodzić  religię helleńską z filozofią; było więc rzeczą naturalną, że Judejczycy, jako wrogowie hellenizmu, byli mu w wysokim stopniu antypatyczni. Podzielał tę antypatię i retor Molon, jego współczesny i poniekąd ziomek, ponieważ obaj mieszkali w Rodos, gdzie była również znaczna gmina judejska. Niechęć ich do Judejczyków miała dla tych ostatnich fatalne skutki, gdyż obaj mieli znaczne wpływy w Rzymie. Cycero był wielbicielem obu; jego jednakże antysemitą – i w dodatku „krańcowym” – nazywać właściwie nie wolno. Żywił on dla Judejczyków ową spokojną pogardę, która odtąd była charakterystyczną cechą panów świata w ich stosunku do tego narodu. Jest ona jeszcze bardzo spokojna za Augusta, jak widać z aluzji Horacego: rośnie jednak za Tyberiusza, Nerona, Flawjuszów, i osiąga swój szczyt u Tacyta, historyka wojny judejskiej.
Jednocześnie rośnie antysemityzm i u Greków; tutaj jest on jednak nacechowany nie spokojną pogardą, lecz bardzo namiętną nienawiścią. Do szczytu dochodzi ona znowu u Aleksandryjczyka, gramatyka Apiona. Osobistość to była, zdaje się, nie bardzo poważna – „pobrzękadło świata” (cymbalum mundi), według cesarza Tyberiusza. Czy napisał on odrębne dzieło przeciw Judejczykom, o tym należy wątpić; zdaje się raczej, że jego antysemickie wynurzenia były zawarte – tak samo jak i u Manethona – w jego Dziejach Egiptu, w których opis wyjścia Izraela był dostateczną pobudką dla charakterystyki tego narodu. Można przypuścić, że Apion z sumiennością gramatyka zewsząd zebrał i – wprawdzie nie bardzo systematycznie – wyłożył w swoim dziele wszystkie zarzuty, które kiedykolwiek ktokolwiek czynił potomkom Abrahama – czy to z powodu ich wyjścia z Egiptu, czy z powodu ich kultu i zakonu, czy wreszcie z powodu ich prywatnego życia, które Aleksandryjczykom było lepiej znane, ale też było u nich źródłem plotek bardziej ożywionych, niż gdziekolwiek na świecie.
To też dzieło Apiona było swego rodzaju biblią antysemitów w starożytności; wpływ wywierało taki, że jeszcze o dwa pokolenia później Józef uważał za stosowne napisać przeciwko niemu swą apologię Izraela i judaizmu. Są to owe dwie księgi „Przeciwko Apionowi”, za które jego współwyznawcy do dziś dnia są skłonni do przebaczenia mu zdrady swojej ojczyzny. My raczej jesteśmy mu wdzięczni za cenny materiał, przez niego zebrany, tym  bardziej, że nie ogranicza się do jednego tylko Apiona, lecz uwzględnia także i inne objawy ruchu antysemickiego w literaturze greckiej.
Ta literatura jednak była pokarmem warstw wykształconych; pospólstwo rozkoszowało się raczej w przedstawieniach teatralnych. Komedia polityczna, która niegdyś kwitła w Atenach, za czasów hellenistycznych zmartwychwstała w Aleksandrii w postaci mima i stąd promieniowała na cały wschód – do Cezarei palestyńskiej, Antiochii itd. Nie dorównywał on bynajmniej genialności Arystofanesa, miał jednak swoją wartość jako wykładnik nastroju społeczeństwa. Otóż w tym mimie Judejczyk – tak samo jak później w średniowiecznych misteriach – był jedną z najulubieńszych, ale naturalnie nie najukochańszych postaci. O tym, jak był w nich przedstawiany, daje pojęcie – co prawda, dla czasów nieco późniejszych, bo w III w. po Chr. – opowiadanie r. Abbahu. Rabbin nawiązuje do Ps.LXIX 13: «Mówili przeciwko mnie, którzy siedzieli w bramie, i śpiewali przeciw mnie, którzy pili wino», i tłumaczy tak: «Ci, którzy siedzieli w bramie», są to poganie, przesiadujący w teatrach i cyrkach, a «ci, którzy pili wino», są to ciż sami poganie, kiedy siadają do stołów, jedzą, piją i upijają się. Wtenczas przesiadują, gadają o mnie i wyszydzają mnie, mówiąc: my nie będziemy zmuszeni karmić się strączkami karubów (t.j. chlebem świętojańskim), jak ci Judejczycy. I mówią jeden do drugiego: ile lat chcesz żyć? – a ten odpowiada: ile trwa koszula szabatowa Judejczyka. Albo też wprowadzają w swych teatrach wielbłąda, pokrytego (czarną) kołdrą. Pytanie: dlaczego ten wielbłąd jest w żałobie? – i odpowiedź: u Judejczyków teraz właśnie rok szabatowy (rzecz dzieje się w Cezarei palestyńskiej), jarzyny u nich zabrakło, więc jedli kolce, którymi się karmił wielbłąd, i dlatego on jest w żałobie. Albo też wprowadzają na scenę Momusa (jest to błazen w greckim mimie) z głową ogoloną. Pytanie: dlaczego Momus ogolił głowę? – Momus odpowiada: winni temu są Judejczycy; wszystko bowiem, co zarobili w ciągu tygodnia, zjadają w szabat, a ponieważ nie mają drzewa do gotowania, więc łamią i palą swoje łóżka, wskutek tego zaś muszą spać na ziemi, włosy ich są pełne kurzu, muszą je smarować olejem, zatem olej drożeje – i oto dlatego (należy dopełnić) ogoliłem sobie głowę, ponieważ na tak drogi olej mnie nie stać. – Jak widać, dowcip w tych drwinach jest bardzo względny; chodzi jedynie o to, aby za wszelką cenę ośmieszyć tych, co dziwactwem swoich zwyczajów narażali się pospólstwu.
Było to jeszcze do zniesienia; nie zawsze jednak nieprzychylny nastrój społeczeństwa przybierał takie względnie łagodne formy, zbyt często ogarniał ludność zamieszkiwanych przez Judejczyków miast szał niszczycielski. Wtenczas występował na widownię „aktywny antysemityzm” i jego obrzydliwy przejaw – pogromy. Nie ma potrzeby ich opisywać; jest to, niestety, zjawisko aż nadto znane nowym czasom i nawet teraźniejszym. Kiedy się zaczęły i w jakich warunkach?
Kiedy? Podobno od samego początku judejskiego rozproszenia; pierwszy bowiem pogrom, o którym wiemy, należy jeszcze do czasów perskich. W tym zaś okresie, o którym tu mowa, pierwszy znany nam miał miejsce w Aleksandrii za cesarza Kaliguli w 38 r.: wiemy o nim dzięki temu, że go opisał świadek naoczny, Filon, w swym pamflecie przeciw namiestnikowi Awiliuszowi Flakkowi. Nie trzeba jednak zapominać, że historia miast hellenistycznych jest nam znana bardzo fragmentarycznie; literatura historyczna owych czasów zaginęła, a gałąź pomocnicza, epigrafika, nic nam nie daje, gdyż pogromów nikt na kamieniu nie uwiecznia. Atoli, będąc dla nas pierwszym, nie jest ów pogrom 38 r. nawet dla nas bynajmniej ostatnim. Takie same walki powtarzały się na ulicach Aleksandrii i za Nerona, i za Wespazjana, i później: wojna zaś judejska 66-70 r. dała hasło do niezliczonych pogromów w sąsiadujących z Judeą miastach Syropalestyny. Za Trajana nastąpił odwet: trudności cesarza w wojnie na wschodniej granicy znowu dały Judejczykom powód do szalonych nadziei na zagarnięcie władzy wszechświatowej, gminy judejskie powstały z orężem w ręku w Aleksandrii i innych miastach hellenizmu i zaczęły mordować swoich pogańskich współobywateli. Legjony dały sobie wreszcie radę z powstańcami, ale skutkiem było wytępienie prawie całej, niegdyś tak licznej gminy judejskiej w Aleksandrii.
Jakie zaś były warunki tych pogromów? Posługując się zdrową metodą Tucydydesa, należy przede wszystkim odróżniać przyczyny i powody – wybuchowy materiał  i  iskrę, co doprowadziła do wybuchu.
Wybuchowym materiałem była głęboka, żywiołowa, gromadzona w ciągu długoletniego współżycia niechęć Hellenów i pogan w  ogóle do tej drzazgi, którą oni odczuwali w ciele swych miast. Co zaś do przyczyny tej niechęci, to tu teraźniejszość w żaden sposób nie może nam służyć za podstawę analogii dla owej przeszłości. U nas, kiedy jest mowa o nienawiści chrześcijańskiego społeczeństwa do Żydów, słyszy się najczęściej słowa: wyzyskiwacze, paskarze, lichwiarze itd.; podaje się przeważnie przyczyny ekonomiczne, osnute na wyobrażeniu o Żydach, jako działaczach w dziedzinie handlu i bankierstwa. W starożytności – ku wielkiemu utrapieniu zwolenników teorii ekonomicznego materializmu, – te ekonomiczne przyczyny poważnej roli nie odgrywały. W handlu Judejczycy dopiero od V w. po Chr. zaczynają brać czynny udział; co do lichwiarstwa, to apologeci aż do niedawnych czasów mogli z triumfem twierdzić, że nasze źródła, dość obfite przecie, nie podają nam ani jednego przykładu uprawiania lichwy przez Judejczyków. Teraz, co prawda, tego tak stanowczo utrzymywać nie można: lat 15 temu znaleziony został list jednego aleksandryjskiego kupca do drugiego (r. 41 po Chr.) z radą pogodzenia się ze swym wierzycielem i z przestrogą: strzeż się Judejczyków. Pomimo wysiłków apologetów, żeby tym słowom dać inne znaczenie, Juster słusznie uważa, że mamy tu „oczywisty dowód uprawiania przez Judejczyków lichwy i bankierstwa w Aleksandrii, oraz, że korzystali oni z tego dla odwetu na swych prześladowcach”; ale jeżeli nawet byli w Aleksandrji Szajlokowie, za czasów Kaliguli, to uogólniać tego pojedynczego świadectwa nie wypada.
Istotne przyczyny owej żywiołowej niechęci są nam już znane. W olbrzymiej i przeważnie greckiej Aleksandrii zagnieździła się poważna liczba obywateli, żyjących swoim odrębnym życiem, ponieważ uważała bogów swoich gospodarzy za „obrzydłe bałwany”, a ich samych za „nieczystych”, z którymi żadne obcowanie nie jest możliwe. Od władz wymagała ona dla siebie coraz większych praw, uchylając się jednocześnie o ile można od pełnienia obywatelskich obowiązków, uzyskiwała je zaś dzięki temu, że te władze, nie będąc bardzo dobrze usposobione dla greckiego społeczeństwa, sprzyjały temu obcemu i wrogiemu żywiołowi judejskiemu. To mogło chyba wystarczyć; a jednak to nie wszystko. Ów judejski żywioł nie przestawał na równouprawnieniu i nawet na przywilejach – przecie nie będziemy myśleć, że takie wynurzenie, jak IV Ezdrasza „skoro dla nas stworzyłeś ten świat, dlaczego go nie posiadamy?” pozostawały tajemnicą śród wyznawców Jehowy! Nie, Mesjasz miał przyjść, król z rodu Dawida miał zdobyć berło dla siebie i dla synów Izraela, a poganie będą „lizali proch ich stóp”. Całe judejstwo żyło w podnieconej atmosferze tego oczekiwania. Co prawda, Jerozolima jest ujarzmiona, panują w niej nienawistni prokuratorzy rzymscy – taka była wola okrutnego Tyberiusza. Ale oto Tyberiusza nie stało, z zezwolenia jego następcy Kaliguli jedzie do Palestyny nowy król, Herod Agrypa, przyjeżdża także do Aleksandrii. Można sobie wyobrazić, jakiego zawrotu głowy dostała judejska gawiedź w tym hałaśliwym mieście! Przecie nie upłynęło i pięciu lat, jak władze rzymskie były zmuszone ukrzyżować w Jerozolimie rzekomego „króla judejskiego!” Tamten jednak był to skromny rabin ze wzgardzonej Galilei, pędzący życie tułacze ze swymi dwunastu uczniami; a ten to prawdziwy król z licznym orszakiem, ubranym w złoto i srebro! To też pospólstwo judejskie oszalało: witano go powszechnie okrzykami: Panie! Panie!
To była iskra. Próżno starał się prefekt Awiliusz powstrzymać oburzonych Greków; zmuszono go stanąć na ich czele i zaczął sił ów okrutny pogrom – pierwszy znany nam w dziejach hellenistycznego judaizmu.
Skutki były niezmiernie ciężkie. Kiedy po krótkim panowaniu obłąkanego Kaliguli objął władzę łagodny i względnie rozsądny Klaudiusz, Judejczyków aleksandryjskich opanowała chęć odwetu: wydobyto oręż, zręcznie schowany przed bacznością byłego prefekta, tłumy judejskie – pamiętajmy, że stanowiły one 40 procent mieszkańców – zasilone przez umyślnie sprowadzonych z pozostałego Egiptu i Syriopalestyny pomocników, rzuciły się na swych prześladowców i zaczęła się prawdziwa „wojna”, jak ją nazywa dokument, o którym powiem w tej chwili. Jak sobie z nią dał radę nowy prefekt, tego nie wiemy. tak czy inaczej doszło do rozejmu, i oba obozy, „niby dwa odrębne miasta”, posłały swych przedstawicieli do cesarza. Cesarz  wysłuchał obie strony, ale wyrok swój posłał im dopiero potem w liście do nowego prefekta. Kopia tego listu niedawno (1924) została odnaleziona. Jest on ogromnie ciekawy. Cesarz – wbrew streszczeniu Józefa, który tu znowu bezczelnie fałszuje – jest wcale nieprzychylnie usposobiony dla Judejczyków, których widocznie posądza o wznowienie wojny domowej; zabrania im sprowadzać rodaków skądinąd, zabrania się starać o nowe przywileje i krzywymi drogami dążyć do uzyskania obywatelstwa aleksandryjskiego; a w zakończeniu wypowiada wojnę „chorobie, która grozi ogarnięciem całego świata”. Jak widać, marzenia Pseudo-Ezdrasza już wtenczas kiełkowały w umysłach.
To było w 41 r., w pierwszym roku panowania Klaudiusza. Czy jego gniew na Judejczyków i traktowanie judaizmu jako „choroby wszechświatowej”, były spowodowane wyłącznie przez zajścia aleksandryjskie i nie miały powodów bliższych? Niestety w „Rocznikach” Tacyta pierwsze lata Klaudiusza zaginęły w dużej luce, która pochłonęła cały środek dzieła; za to w krótkiej biografii Swetoniusza znajdujemy znamienną wzmiankę: „Judejczyków, którzy wzniecili wówczas srogie rozruchy pod dowództwem swego Mesjasza, z Rzymu wypędził”. Mesjasz bowiem, król judejski z rodu Dawidowego, był według proroctwa rękojmią władzy wszechświatowej Izraela.
W dalszym jednak ciągu swego panowania Klaudiusz złagodniał w stosunku do Judejczyków; nasze źródła przypisują to wpływowi króla Agryppy – widocznie drugiego – i jakiejś Judejki Salomei. Historia Estery powtórzyła się za tego nowego Aswerusa; i kiedy rozruchy w Aleksandrii  znowu wybuchły, wodzowie Hellenów tego miasta, Izydor i Lampon, – znaliśmy ich już z Filona jako zajadłych antysemitów – znaleźli cesarza usposobionego dla nich bardzo wrogo. Obaj byli już starcami; wiedząc, że los ich jest przesądzony, trzymali się wobec niego bardzo zuchwale, wytykając mu nawet jego Salomeę; i na zakończenie Lampon, zwracając się do Izydora, radzi mu dać spokój, ponieważ cesarz jest wariatem i nic nie rozumie. Oczywiście obaj zostali straceni; ale papirus, który zachował nam świadectwa o tej ciekawej rozprawie, świadczy jeszcze o jednej rzeczy niemniej ciekawej: mianowicie, że społeczeństwo helleńskie w Aleksandrii uważało Izydora i Lampona za męczenników swej sprawy narodowej i czciło ich pamięć w ciągu całych stuleci.
To było w roku 54; wkrótce potem (56) Klaudjusz umarł. Za jego następcy Nerona mamidło władzy wszechświatowej w dalszym ciągu unosiło się przed chorobliwie napiętą wyobraźnią Judejczyków, aż doprowadziło w r. 66 do wielkiego powstania w Palestynie. Że bowiem właśnie ono było główną przyczyną tego powstania, o tym świadczą oba obozy jednomyślnie. „U wielu”, mówi Tacyt, „powstało przekonanie według przepowiedni w starych księgach kapłańskich, że Wschód ma się za owych czasów wzmocnić i że mężowie, pochodzący z Judei, osiągną władzę wszechświatową”. – „Powszechnie”, mówi Swetoniusz, „było szerzone stare i stanowcze zdanie, iż przeznaczone jest, by właśnie w tych czasach ludzie, pochodzący z Judei, zagarnęli władzę nad światem: to (proroctwo) Judejczycy odnieśli do siebie i wskutek tego powstali”.– „Najbardziej”, mówi Józef „doprowadziły Judejczyków do powstania dwuznaczne przepowiednie w ich Piśmie świętem, opiewające tak: onego czasu z ich kraju powstanie ten, co opanuje świat”. Józef bardzo zręcznie zastosował te przepowiednie do samego Wezpaziana, ale i z jego słów wynika, że wodzowie powstania – a więc Jan z Gischali, lub Szymon bar-Gjora, lub Eleazar, a może i wszyscy trzej – za Mesjaszów uważali samych siebie. Smutny koniec powstania zadał kłam ich mesjanicznym pretensjom, nie ochłodził jednak mesjanicznej nadziei Judejczyków.
Właśnie wtenczas bowiem była napisana owa apokalipsa ps.-Ezdrasza, w której ta nadzieja znalazła swój najjaskrawszy wyraz. Co prawda żelazna ręka Domicjana w zarodku ją stłumiła; władze rzymskie zarządziły nawet poszukiwanie i tępienie rzekomych potomków Dawida jako możliwych Mesjaszów i królów judejskich. Ale łagodność jego następców, a zwłaszcza szlachetnego Trajana, była pobudką do nowych prób jej urzeczywistnienia. Korzystając z jego trudnej wojny partyjskiej, Judejczycy znowu powstali w Cyrenie, w Egipcie i nawet w Palestynie. Znowu mamy w ośrodku „króla”, a więc i Mesjasza – Lukuasa, po grecku Andrzeja; znowu główną areną bojów była Aleksandria. Zaczepny charakter tego powstania jest powszechnie uznany; o jego zawziętości świadczy fakt prawie zburzenia pięknego miasta przez Judejczyków – i prawie wytępienia jego niegdyś tak potężnej gminy judejskiej.
Po wyroku prawicy – wyrok prawa: znowu winowajcy obu obozów musieli się zjawić przed oblicze cesarza, którym był, po śmierci Trajana, jego następca Hadrian. Nam się jednak zachowały tylko akta sprawy Hellenów, którzy ponosili odpowiedzialność za wybryki swoich rodaków: jest to dalszy ciąg owych „aktów męczeńskich”. Oczywiście winowajcy ponieśli karę; ale gniew cesarza, estety i filhellena, zwrócił się przeważnie przeciw Judejczykom. Stąd – zakaz obrzezania, plan odbudowy Jerozolimy ze świątynią Zeusa na Syjonie, a w dalszym ciągu – ponowne i na razie ostatnie powstanie 132-35 r. I znowu mamy Mesjasza - był  nim ów „książę” Szymon, który z aluzją do Num. XXIV 16 nazywał siebie bar-Kochba, „synem gwiazdy”, i nawet przez słynnego rabina Akibę, wodza duchowego Judejczyków, został jako Mesjasz uznany. Niedługo jednak błyszczała nowa gwiazda nad Izraelem; i teraz dopiero, po tym najboleśniejszym rozczarowaniu, mamidło władzy wszechświatowej roztopiło się w eterze.
Takie były skutki owej modlitwy Ezdrasza: „Skoro dla nas stworzyłeś ten świat, dlaczego go nie posiadamy?” Nie posiedli go jego współwyznawcy ani wtenczas, ani kiedykolwiek; natomiast oddał się on z własnej woli temu, który wyraźnie powiedział, że jego królestwo nie jest z tego świata.
Zaborcze zamiary judaizmu z góry były skazane na porażkę; natomiast zbliżenie się jego z hellenizmem drogą własnej hellenizacji zapowiadało się zupełnie dobrze – przez pewien czas, nie tylko na rozproszeniu, ale nawet w Palestynie. Mniemanie bowiem o zasadniczym przeciwieństwie pod tym względem między rozproszeniem a Jerozolimą, zdaje się, nie jest słuszne; co najwyżej, mogły być różnice w stopniu, łagodzone ciągłym obcowaniem między synagogami tu i tam. R. Hillel, mówią, z Babilonu przyjechał do Jerozolimy, aby się przekonać, czy jego metoda tłumaczenia Tory zgodna jest z tradycją metropolii; oczywiście dbano o to, żeby w łonie judaizmu nie powstały herezje. Hellenizacja zaś samej Jerozolimy, bardzo mocna w III w. prz. Chr. i za obu Antjochów, stłumiona czasowo za Machabeuszów, rozpoczyna się znowu w I w. prz. Chr. i osiąga swój szczyt za Heroda. Jej naocznym dowodem  są greckie imiona własne nie tylko w rodzinie rządzących – Hasmonejów i Herodów – ale i w pospólstwie.
Z powyższych wywodów widzimy, jak skomplikowane były stosunki Żydów z innymi etnosami w starożytności. Aby uniknąć jednak jednostronności, wypada wysłuchać także tego, co na ten temat mówi nauka żydowska, która – rzecz naturalna – ujmuje temat nieco inaczej, uważając iż w okresie pierwszych stuleci nowej ery rozgorzała „walka ideologiczna” między trzema systemami religijnymi: judaizmem, poganizmem i chrześcijaństwem. Każda z tych formacji była zmuszona walczyć na dwóch frontach, a nigdy nie doszło do sojuszu dwóch z nich przeciwko trzeciemu, choć niekiedy usiłowano coś takiego zrealizować. Profesor Efraim E. Urbach (The Sages – their Concepts and Beliefs) pisze: „W okresie rozpowszechniania się chrześcijaństwa nie sposób mówić o zbliżeniu innych narodów z Żydami tylko dlatego, że Żydzi i nie-Żydzi byli zmuszeni do walki ze wspólnym wrogiem, dokładnie tak, jak z drugiej strony Żydzi i chrześcijanie nie zostali sojusznikami we wspólnej walce przeciwko pogańskiemu Cesarstwu Rzymskiemu. Co prawda Celsus, a potem Porfiriusz, cesarz Julian i tym podobni działacze pogańscy wyrażali gotowość uznania, a nawet pochwalania (ze względów taktycznych) wierności Żydów swym tradycjom i prawom przodków. Nie bacząc jednak na to i oni z całą ostrością wypowiadali się przeciwko twierdzeniom Żydów, że ich Bóg jest «Jedyny a drugiego nie ma», że są oni Jego narodem wybranym, oraz przeciwko temu, że Żydzi nie potrafili porzucić swej wiary w nieuchronne zniknięcie pogaństwa i w swą misję, polegającą na przybliżeniu pogan do Wiary Prawdziwej.
Walka zaś chrześcijan przeciwko poganizmowi także nie przywiodła ich do sojuszu z Żydami, ponieważ obok tej walki twierdzili wyznawcy Chrystusa, iż wybraność Izraela jest już nieaktualna, a razem z nim minął czas Tory i przykazań, i że kościół, „złożony z różnych narodów”, odziedziczył miejsce „wspólnoty Izraela”. Zabiegając o przygotowanie pogan do przyjęcia ich „dobrej wieści” chrześcijanie rozpalali jednocześnie wrogość w stosunku do „Izraela cielesnego” i przygotowywali grunt pod prawa antyżydowskie i prześladowania, które się rozpoczęły w IV wieku, gdy „całe Imperium poszło za herezją”, to jest za chrześcijaństwem. Od tego momentu w oczach mędrców żydowskich stało się ono „królestwem nieprawości, uwodzącym świat swymi bajkami”.
W ciągu 150 lat, od rozbicia powstania Bar-Kochby aż do zwycięstwa chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim, żydowscy mędrcy musieli walczyć na dwa fronty. Po pierwsze – przeciwko poganom, negującym wybraność bożą Izraela na podstawie tego, że lud podbity, zniewolony, pozbawiony niepodległości i Świątyni nie może być narodem wybranym, co więcej, taki naród jest niepełnowartościowy. I po drugie – przeciwko chrześcijanom, uważającym się za dziedziców bogowybrańców, „pierworodztwa” i Prawa, zawartego przez Izrael z jego Bogiem. Co prawda polemika z obu stron opierała się na cytaty z Biblii, ich komentarz i interpretację, lecz jednocześnie odwoływano się do realnych faktów i stosunków wzajemnych, co w niemałym stopniu określało jej formę i natężenie”. Ostrą formę i wysokie natężenie – dodajmy od siebie. 
Na marginesie dodajmy, że wszelkie nauki o własnej wyższości nagminnie służą zamaskowaniu i usprawiedliwieniu jakiegoś paskudztwa w stosunku do tych, których uważamy za „gorszych”. Tam, gdzie nie popełnia się żadnych świństw finansowych, gospodarczych, politycznych, militarnych, obyczajowych w stosunku do „obcych”, nie ma potrzeby ich usprawiedliwiania post et ante rem doktrynami o własnej wyższości a cudzej trzeciogatunkowości. Aby bez wyrzutów sumienia czynić komuś owe świństwa, należy najpierw uczynić dwie rzeczy: ogłosić tego kogoś za „świnię” i samemu zostać świnią. O ile te rzeczy nieraz przychodziły dość łatwo talmudystom, donoszącym np. podczas sowieck-niemieckiej okupacji Polski w latach 1939/44 na polskich nauczycieli, lekarzy, inżynierów, księży i uczestniczącym razem z sowietami i hitlerowcami w ich aresztowaniu, więzieniu, mordowaniu i deportacjom, to strona chrześcijańska miewała w tym względzie więcej skrupułów: gdy Niemcy podczas II wojny światowej żądali od polskich księży układania spisów lokalnych Żydów, przeznaczonych do uboju, ci odmawiali i byli rozstrzeliwani; a gdy w 1943 roku okupanci niemieccy nakazali metropolicie prawosławnemu jednego z miast greckich i burmistrzowi tegoż miasta przygotowanie listy proskrypcyjnej mieszkańców żydowskiego pochodzenia, nazajutrz otrzymali tę listę, na której widniały dwa nazwiska – tegoż metropolity i burmistrza…
                                                             ***
Już w tym miejscu wypada zaznaczyć, że fundamentalnym wytworem ducha hebrajskiego jest  Tora”, czyli  Tanach”, dzieło jednocześnie filozoficzne, historyczne, prawnicze, medyczne, etyczne, religijne, pedagogiczne. Powstawało ono prawdopodobnie w ciągu około tysiąca lat, początkowo, jak się wydaje, w postaci luźnych notatek o charakterze dydaktycznym i pod wpływem znacznie starszych ksiąg egipskich, sumeryjskich, babilońskich, perskich, a nawet indyjskich. Od tamtych pradawnych czasów kształtuje się znamienna cecha mentalności żydowskiej żywa do dziś -  otwartość i chłonność na  dorobek intelektualny innych narodów. Stąd zarówno imponujące bogactwo i różnorodność  idei, myśli, postulatów w  Torze” zawartych, jak i ciężki zarzut plagiatu i kradzieży obcych dóbr duchowych, wysuwany pod adresem Żydów przez uczonych z obrębu kultury arabskiej, mahometańskiej, buddyjskiej. Sami ortodoksyjni Żydzi uważają  Tanach  za dzieło podyktowane  „narodowi wybranemu”  przez   Boga osobiście, a stanowiące niejako program i wyznacznik misji dziejowej tegoż narodu; dzieło, uczące nie tylko trwania przez tysiąclecia w zmiennym i często wrogim świecie, ale i tego, jak nad tym światem rozciągnąć swe panowanie. Jak powiada Baal Szem Tow, „cały swój cel Tora widzi w tym, aby sam człowiek stał się Torą”,  czyli  aby został   istotą obdarzoną mądrością. W języku hebrajskim każda z ksiąg  Tory” nazywana jest według swego pierwszego lub drugiego wyrazu, podczas gdy w językach innych narodów te nazwy nawiązują do treści odnośnych fragmentów.
 Jak twierdzą rosyjscy socjologowie  Polikarpow i Łysak, istnieje  Tanach” pisana, dostępna nie tylko dla Żydów, ale i „Tora” ustna, której nauki są przekazywane wyłącznie w zamkniętych przed  gojami  pomieszczeniach, a przeznaczone tylko dla członków  „narodu wybranego” ,  których treści  w żadnym razie nie powinni poznać  nie-Żydzi. Zawiera ona doktrynę etyczną, w której obowiązują inne normy niż głoszone wszem i wobec, a które są oparte na szowinistycznej doktrynie żydowskiego etnocentryzmu, na koncepcji niższości, wręcz zwierzęcości, wszystkich nie-Żydów, w stosunku do których nie obowiązują normy humanitaryzmu, miłości czy choćby szacunku. Tak np. Józef Flawiusz, historyk żydowsko-rzymski, twierdził, że  nasz prawodawca kategorycznie nam zabrania wyśmiewania lub profanacji bogów, uznawanych przez inne narody”. Jednocześnie jednak ustna  Tora” sugeruje, że jedyną prawdziwą wiarą jest judaizm, a wszystkie pozostałe religie są fałszywe i powinno się je oraz ich wyznawców nienawidzić, a przy okazji wydrwiwać i wyniszczać.
Obie  Tory  stanowią niezmienną i nietykalną  mądrość narodową, zawierają paradygmaty aksjologiczne i opisują schematy zachowań ludzkich w  tych czy innych sytuacjach. Ponieważ  sytuacje życiowe są zmienne i dalece nie wszystkie z nich mogły zostać przewidziane i opisane w  dawnych wiekach, opracowano też sztukę odpowiedniej interpretacji poszczególnych tez  Tanach” tak, aby mogła dać receptę na postępowanie we wszystkich możliwych do pomyślenia okolicznościach.  Tę sztukę i tę władzę posiada  Sanhedryn, najwyższy wszechświatowy sąd mędrców i uczonych żydowskich, oraz sądy rabiniczne w poszczególnych krajach i miastach, jak też tajne zgromadzenia odnośnych elit finansowych i intelektualnych, podejmujących decyzje dotyczące tego, jak mają się zachować obywatele nieformalnego globalnego państwa żydowskiego w danej konkretnej sytuacji. One też podają obowiązujące interpretacje „Tory” w bieżących, zmieniających się sytuacjach geopolitycznych. (Tak np. w swoim czasie podjęto decyzję o powszechnym wsparciu przez  światowe żydostwo ruchu komunistycznego, a potem  -  o tegoż ruchu  likwidacji). Wielość interpretacji tekstów religijnych umożliwia planowanie i programowanie postępowania  członków  „narodu wybranego” w dowolnych warunkach i w każdej sytuacji egzystencjalnej. Przy wszystkich rozmaitych interpretacjach  Tory” Żydzi bez wyjątku od dołu do góry traktują ją jako absolutnie niepodważalny autorytet intelektualny i moralny, jako bezwzględną i nietykalną świętość. W parze z tym często jednak idzie pogardliwy, a nieraz i pełen nienawiści, stosunek do obcych ksiąg świętych, sapiencialnych i dydaktycznych. Żydowscy uczeni i politycy z reguły ignorują zdanie obcych. „Nie ważne, co mówią nie-Żydzi, ważne, co czynią Żydzi”  -  lapidarnie ujął tę postawę Dawid Ben  Gurion.
Podstawową i absolutnie nietykalną ideą  wszystkich ksiąg  „Tanach”  stanowi teza o bogowybraności narodu hebrajskiego. Ta nauka napawa ortodoksyjnych Żydów z niczym nieporównywalną dumą narodową, wiarą w swe mesjaniczne powołanie, poczuciem wyższości w stosunku do całej ludzkości. Mniejsza o to, czy tym przekonaniom i emocjom odpowiada jakakolwiek rzeczywistość;  fakty czysto psychologiczne (wirtualne, wyobrażeniowe  czyli mity) są nie mniej ważne niż empiryczne i nieraz wywierają głęboki wpływ na postępowanie ludzi, a więc i na dzieje ludzkości.
Szczególną rolę w  Torze  odgrywają tak zwani prorocy, jacyś niezwykli, dziwni,  „natchnieni”  mężowie, jak np. Izajasz  (ok. 740 – 700 p.n.e.); Jeremiasz (ok. 627 – 585 p.n.e.)  czy  Ezechiel  (ok. 593 – 571 p.n.e.).  Zjawiali się oni okresowo jakby znikąd w chwilach szczególnego zamętu i upadku moralnego Hebrajczyków; byli kłótliwi, zawzięci, dokuczliwi, nietaktowni, oburzeni ludzkimi wadami i głupotą ziomków oraz  -  do  głębi serca losem  swych rodaków przejęci. Wyglądało na to, iż Bóg przysyłał ich do umiłowanego przez Siebie narodu, aby nim wstrząsnęli, doprowadzili do opamiętania, pouczyli o tym, co dobre a co złe i ponownie sprowadzili na drogę wiary i żywego sumienia. Tych tajemniczych mężów cechowała ogromna siła ducha, nieugięta wola, fanatyzm religijny i wybujały szowinizm narodowy.  Ich tak zwane proroctwa nie stanowiły tylko wyrazu osobistych  przeżyć i zapatrywań, lecz o wiele bardziej były czynnikiem kształtującym i ukierunkowującym moralny, a nieraz i polityczny rozwój społeczeństwa.  Prorocy biczowali grzechy, wady i nadużycia Hebrajczyków niekoniecznie dlatego, że ich naród był bardziej zdemoralizowany od innych, lecz dlatego, że oczekiwali od  „narodu wybranego”  postępowania  zgodnego z najwyższymi wymaganiami rygorystycznej etyki.  Biczowali więc zarówno odstępstwa od kultu judaistycznego, jak też  niesprawiedliwość, chciwość czy rozpustę, toczące jak robak od wewnątrz duszę i ciało narodu. Przypominali, iż spełnianie rytuałów i chodzenie do świątyni bez życia etycznego nic nie jest warte. To bolało wielu, ale w odróżnieniu od innych Izraelici swych krytyków kanonizowali, a nie prześladowali i niszczyli (jak np. Grecy Sokratesa, Pitagorasa,  Platona czy Arystotelesa). 
Wypada w tym miejscu uwypuklić, iż mocną stroną Żydów   był  i jest  fakt, że  zawsze pilnie słuchali swych uczonych mędrców, nauczycieli i filozofów, a jednocześnie umieli we własnym życiu twórczo stosować ich mądre rady. Jak powiada Samuel Hirsch: „judaizm zawiera 613 przepisów i ani jednego dogmatu”.  Zresztą teksty  Tory  -  przy całej ich  „dogmatycznej”  kategoryczności  -  stanowią znakomitą szkołę  swobodnego twórczego myślenia.  Lecz wolność myśli polega właśnie na tym, by zasadniczo trzymając się tekstów  Księgi, potrafić ich elastycznie stosować do analizy aktualnej obiektywnej rzeczywistości. Religijna zaś forma  Tanach  powinna budzić fanatyczne oddanie swej społeczności, jej tradycji, jak też  -  o ile zaistnieje taka konieczność  -  wyniosłą wrogość w stosunku do obcej doktryny  i wrogiego narodu.  W II wieku p.n.e. król Syrii  Antioch IV  Epifanos po zduszeniu rewolty żydowskiej (rok 169 p.n.e.) doszedł do wniosku, ze judaizm jest wyznaniem szkodliwym i amoralnym, postanowił więc go zniszczyć  i ogłosił jego wyznawanie  za zbrodnię karaną  gardłem. Symbolicznym aktem zrzeczenia się tej wiary miało być publiczne spożycie odrobiny „trefnej” pieczonej wieprzowiny. Początkowo usiłowano zmusić do tego starego rabina Eleazara, ale ten wyzionął ducha na torturach zanim coś zjadł. (Któż z Polaków zgodziłby się nawet pod torturami jeść mięso szczura, kota czy psa?). Legenda donosi o pewnej żydowskiej kobiecie imieniem Hana, matce siedmiorga synów, którą bito knutami, a ona mimo to wzdragała się przed spożyciem trefnej wieprzowiny. Wreszcie sam król stanął przed upartą rodzinką i kazał się częstować. Wtem starszy syn zawołał: „Raczej wszyscy udusimy się niż złamiemy prawo naszych przodków!”. Rozwścieczony tą  „żydowską bezczelnością”  władca kazał wyrwać język zuchwałemu młodzianowi, odrąbać nogi i ręce, a wszystko wrzucić do wrzącego kotła na oczach matki i sześciorga pozostałych braci.   Oni zaś kolejno   odmawiali spożycia trefnego mięsiwa  i kolejno byli ścinani na oczach matki, która dodawała im otuchy, gdy ci mężnie deklarowali wierność religii ojców. Gdy zabito sześciu chłopców, a pozostał najmłodszy, Antioch rzekł do matki: „Przekonaj przynajmniej tego syna, aby mnie usłuchał i tak uratował swe życie!” Na co matka miała rzec  do syna: „Nie bój się tego zbrodniarza i jak twoi bracia umrzyj dobrowolnie za Boga i naszą wiarę!”  Po tym, gdy w jej obecności  uśmiercono wszystkie jej dzieci, zabito także matkę. Wieść o tym niesamowitym zdarzeniu (uważanym przez niektórych uczonych za zmyśloną baśń dydaktyczną) rozeszła się lotem błyskawicy po Judei i niebawem wybuchło powstanie Machabeuszy, które trwało trzy lata, a podczas którego Wzgórze Świątynne w Jerozolimie zostało oczyszczone od zabudowań kultu greckiego, a Świątynia odbudowana. Zapalono w niej lampkę, która się paliła osiem dni, mimo iż oliwy było tak mało, że musiało wystarczyć zaledwie na jeden dzień. Uznano to za cud i odtąd jest obchodzone Święto Hanuki, podczas którego zapala się świece i wystawia je na oknach jako symbol wiecznego trwania wiary. Póki płoną ognie Hanuki, kobietom nie wolno pracować. Takim oto duchem natchnęli  rabini  swój naród.
W.Polikarpow i I.Łysak w książce  „Fenomen żydowskiej cywilizacji”  piszą:  „Ponieważ Żydzi byli poddawani okrutnym prześladowaniom i przemocy, odpowiadali swym przeciwnikom tymże, w przeciwnym razie nie mogliby wyżyć.  „Jeśli ktoś przyszedł, aby cię zabić, zabij go pierwszy”  (Sanhedryn 72a). Dlatego Żydzi od najdawniejszych czasów wszędzie posiadali wywiad  („razwiedkę) i kontrwywiad oraz grupy dywersyjno-terrorystyczne, których działalność pomagała im zachować swe panowanie”… Często tę rolę pełniły kobiety, tak jak ongiś Estera i Judyta. Z biegiem czasu konieczność stosowania przemocy fizycznej w dużej mierze straciła na aktualności, a Żydzi, jak ukazuje Lion Feuchtwanger, zaczęli stosować chwyt, polegający na tym, że kluczowe stanowiska państwowe w krajach ich pobytu obsadza się durniami, złodziejami, półgłówkami, ciemniakami, którzy przez  swą niekompetencję obniżają poziom i prowadzą do bankructwa odnośne organizmy państwowe, a całe swe narody – do zguby. Naukowcy rosyjscy twierdzą też, że w tym celu podstawia się wpływowym gojom żydowskie żony albo kochanki. Ta łagodna metoda okazuje się nawet skuteczniejsza niż fizyczne likwidowanie niewygodnych osób, ale to ostatnie też się nagminnie stosuje. I to nieraz na skalę masową. 
           W 117 roku, podczas wojny persko-hebrajskiej, Żydzi wymordowali około 600 tysięcy Irańczyków, jak też 240 tysięcy Greków i Rzymian na Cyprze oraz 220 tysięcy w  Cyrenaice. Przy tym chodziło o masowe mordy na ludności pokojowej, popełnione przez regularną armię żydowską. Na owe czasy były to liczby, którym dziś odpowiadałyby dziesiątki milionów pomordowanych, istny holocaust dla Cyrenajczyków i Cypryjczyków,  z  którego  oni  zresztą  nigdy  się  już nie podźwignęli.  Wielokrotnie prawie w pień byli przez Żydów wycinani także Filistyni (Palestyńczycy). Od tamtych zbrodni datuje się głęboka niechęć do Żydów, żywiona m.in. przez Greków, Palestyńczyków i Irańczyków. Dopiero w 135 roku podczas powstania Bar Kochby Rzymianie pomścili śmierć swych rodaków, zabijając w Judei milion Żydów i pół miliona deportując. Ta tradycja jest żywa do dziś, a walka trwa ze zmiennym skutkiem.
***

Ignacy Charzewski w książce „Królestwo Szatana” pisze: „Walka żydostwa z Chrześcijaństwem zaczęła się niebawem po ukrzyżowaniu Nazarejczyka i rozpalała się z roku na rok, ze stulecia na stulecie, przechodząc przez różne fazy. Izrael bił wroga głównie cudzymi rękami... Należy wiedzieć, że nikt inny, tylko Izrael przygotował i wzniecił za Nerona pierwsze wściekłe prześladowanie wyznawców Ukrzyżowanego.
Rzecz prosta, zrobił to potajemnie. (...) Z rozkazu Sanhedrynu w pierwszych już latach Chrześcijaństwa Żydzi podszeptywali gojom o nazarejczykach wszelakie bzdury w rodzaju: że oni oddają cześć oślej głowie, że na swoich ołtarzach zakłuwają dzieci, piją ich krew i spożywają ich mięso, zapieczone w cieście, że na swoich zebraniach oddają się rozpuście i kazirodztwu, że nie uznają władzy Cezara, natomiast za swojego króla i Boga uważają martwego Żyda – odstępcę, Jezusa, którego z wyroku prawego sądu rozpiął na krzyżu Poncjusz Piłat”...
Korzenie teoretyczne antysemityzmu są zresztą bardzo dawne. Pogardliwe wypowiedzi o Żydach zawierają teksty Platona i Arystotelesa, Cycerona i Seneki, Bazylego Wielkiego i Augustyna Aureliusza.
Zdeklarowanym przeciwnikiem Żydów był w pierwszych wiekach chrześcijaństwa m.in. wybitny filozof, święty Jan Chryzostom czyli Jan Złotousty (350-407), jeden z ojców Kościoła, autor wielu dzieł z zakresu etyki i teologii (francuskie wydanie jego pism liczy trzynaście tomów), który oskarżał Izraelitów o wszystko, co najgorsze: grabieże, chciwość, oszukiwanie ubogich, morderstwa, kradzieże i handel ludźmi. W swoich kazaniach pytał: dlaczego chrześcijanie chcą mieć cokolwiek wspólnego z Żydami, „najbardziej nędznymi z ludzi”? Są to przecież ludzie: „lubieżni”, „bezbożni”, „bardziej okrutni niż zabójcy”, „niegodziwi”, „zachłanni, chciwi, perfidni bandyci”. Czyż nie są oni, pytał, „uporczywymi mordercami i burzycielami, ludźmi we władaniu diabła”, którzy „zeszli do rodziny psów”, stali się „wyuzdanymi końmi”. Ich „rozpusta i opilstwo nadało im maniery świni i pożądliwość kozła”. Znają tylko jedną rzecz: „zaspokoić swoje gardziele, upić się, zabić i okaleczyć jeden drugiego”. Ponadto, „przewyższają okrucieństwem dzikie bestie, ponieważ zabijają swoje potomstwo i składają je w ofierze diabłu”. „Są nieczyści i bezbożni”, „zabijają swoich synów na ofiarę” i „składają ich w ofierze demonom”. Dusze Żydów są „siedliskiem zabójców i łotrów, a nawet demonów”.  Świątynia żydowska jest nie tylko teatrem i domem publicznym, lecz również jaskinią zbójców, „ucieczką dla bestii”, miejscem: „hańby i szyderstwa”, „rozpusty”, „spotkań dla nierządnic”, gdzie „uprawia się prostytucję”. Jest ona także „siedliskiem diabła”, „domem kupieckim”, „świątynią bałwochwalstwa” i „mieszkaniem nieprawości”. Faktycznie, powiada Chryzostom, Żydzi uprawiają kult diabła, ich obrzędy są „zbrodnicze i nieczyste”, a ich religia jest „chorobą”. Synagoga jest także „jaskinią złodziei, zgromadzeniem zbrodniarzy, legowiskiem diabłów, otchłanią zatracenia”. [Przez szereg stuleci w Europie uważano m.in., że żydowscy lekarze często zarzynają lub trują swych nieżydowskich pacjentów, kościół zaś katolicki nieraz doradzał wiernym nie leczyć się u Hebreów].
Te jaskrawe obrazy przeplatają się z fragmentami Pisma Świętego i teologicznymi rozważaniami.  Jan Chryzostom pytał, dlaczego Żydzi są tak zepsuci i zdegenerowani? I odpowiadał, że powodem takiego stanu rzeczy jest „ohydne zamordowanie przez nich Chrystusa”. Ta największa zbrodnia leży u podstaw ich degradacji i wszelkiego nieszczęścia: zniszczenia Jerozolimy i rozproszenia całego narodu. Nieszczęścia te są nawet dowodem na zmartwychwstanie Chrystusa: „(...) ten sam, któregoście ukrzyżowali, (...) obrócił w ruinę wasze miasta, zniszczył wasz lud, rozproszył wasz naród po całej ziemi, oznajmiając tym aktem potęgi, że zmartwychwstał, że żyje, że jest teraz w niebiosach”. Z tego samego powodu, ogłasza Jan Chryzostom, Żydzi będą żyli zawsze w jarzmie niewoli. Najbardziej złowrogo brzmią chyba te oto słowa nieprzejednanego kaznodziei z Antiochii: „Bóg nienawidzi Żydów i zawsze ich nienawidził”. W dniu sądu, wyrokuje Jan Złotousty, Bóg powie do tych wszystkich, którzy łaskawym okiem patrzą na judaizm: „Odejdźcie ode mnie, ponieważ utrzymywaliście stosunki z moimi mordercami”. Obowiązkiem chrześcijan jest wobec tego nienawidzić Żydów. Ten, kto potrafi kochać dostatecznie Chrystusa, nigdy nie zaprzestanie walki z Żydami, którzy Go nienawidzą – powiada Jan Chryzostom i sam daje przykład: „Jeżeli chodzi o mnie, to nienawidzę przede wszystkim synagogi, (...) tak samo nienawidzę Żydów, ponieważ mając w ręku prawo, obrażają je i przez to usiłują  zwieść prostych ludzi”.
                                                     ***
W kulturze i tradycji żydowskiej nie odnotowano przypadku ubóstwienia króla, choć szereg władców tego narodu cechowała iście neronowska  ambicja i okrucieństwo. Monarcha nie był tu traktowany jako namaszczony pośrednik między Bogiem a ludźmi, ponieważ tak czy inaczej Jahwe sam kieruje sprawami świata. Inna oryginalna cecha judaizmu to teza o domniemanym przymierzu (układzie!)  między Bogiem a Hebrajczykami, kiedy to dwie układające się strony nawzajem się po partnersku zobowiązują do takiego, a nie innego, postępowania. Według teologów muzułmańskich tak niezwykła koncepcja świadczy o zupełnym niepojmowaniu przez Hebrajczyków  faktu, iż dystans majestatu między Bogiem a człowiekiem jest tak olbrzymi, że    te  „strony”  nigdy nie mogą się  „układać”, a ludzie mogą tylko czcić Najwyższego,   do Niego się modlić  i  Go  błagać  „Niech  się stanie wola Twoja!”  Koncepcja tedy  rzekomego  „przymierza” ma dawać wyraz niespotykanej pysze i drastycznej głupocie autorów tego pomysłu.
Dla judaizmu jednak typowe są zasady równości i wolności. Także w stosunkach z Bogiem, nie mówiąc o relacjach z ludźmi. Ponieważ jedynym władcą świata jest Jahwe  (moc duchowa, abstrakcyjna, niemożliwa do ujęcia), Żydzi uważają każdą władzę ludzką  (szczególnie gojską)  za mało znaczącą i najczęściej ją ignorują. Zawsze więc są inicjatorami buntów, powstań, agitacji antyrządowej, zamieszek i rewolucji, ponieważ są przekonani, że nikt z ludzi nie ma prawa rządzić ludźmi i narzucać im swą wolę  -  jest to przywilej należący wyłącznie do Boga. Dawno więc zauważono, że Żydzi są jakby niezdolni do subordynacji i dyscypliny; są też antyetatystycznymi indywidualistami, fanatycznie, co prawda, wiernymi swej religii, rodzinie i narodowi, ale nie obcemu państwu. Takich współobywateli można utrzymać w ryzach tylko stosując środki zdecydowane.  Judaizm jest nacechowany niezachwianym konserwatyzmem, to znaczy dążeniem do zachowania własnego oblicza i swych tradycji kulturalnych za wszelką cenę. Jego sednem jest wiara w jedynego niematerialnego Boga, będącego duchową niezniszczalną substancją (inne religie zanikały po rozbiciu ich kamiennych lub drewnianych bałwanów i  rzeźb, po wycięciu kultowych gajów i spaleniu ich świątyń). Ta doktryna ma nie tylko finansowo-handlarski  (zadłużyć i kupić świat!), ale też twórczo-naukowy (zrozumieć i zmanipulować świat!) charakter. Niesystematyzowalny system judaizmu elastycznie i twórczo odzwierciedla wiecznie zmieniający się świat.
Podwójna moralność ustnej  Tory  (jeśli Żyd goja nabrać, to dobrze, ale jeśli goj nabrać Żyda, to skandal, grzech i antysemityzm!)  również stanowi skuteczną broń w walce życiowej. Judaizm nie stanowi wszelako spetryfikowanego systemu nienaruszalnych dogmatów  (prócz nauki o Bogu Jedynym i bogowybraności Izraela). Wieczne prawdy są w różnych czasach i przez różnych mędrców interpretowane odmiennie, na skutek czego okazuje się, że ta doktryna udziela tak czy inaczej odpowiedzi na wszystkie pytania. Prócz tego  -  ze względu na swe bogopodobieństwo  -  człowiek  (Żyd)  posiada moc twórczą, potrafi przekształcać świat odpowiednio do swych ideałów lub potrzeb. Staje się on pod tym względem niejako współpracownikiem Boga, który nie bardzo sobie radzi z własnym stworzeniem.
Według tradycji hebrajskiej pan Bóg stworzył świat w obecnej  (niezbyt udanej!) postaci dopiero na skutek 26-ej próby; poprzednie 25 okazały się niefortunne, lecz Stwórca nie ustawał w wysiłkach i w końcu dopiął swego. I był (jak w „Timajosie” Platona, zadowolony i radosny widząc, że się udało!). W  Księdze Rodzaju  znajdujemy twierdzenie o tym, iż  Bóg stworzył był wiele światów, lecz następnie, gdy przestały mu się podobać, wszystkie je zniszczył razem z tysiącami pokoleń, po których nawet nazwa nie pozostała. Ponieważ zaś człowiek  (Żyd) został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, to znaczy, że i on  -  jak  Bóg!  -  może tworzyć, niszczyć, zmieniać, modyfikować wykreowane przez siebie światy  filozoficzne, moralne i społeczne, a w ich miejsce tworzyć coraz to nowe, też mniej lub bardziej udane i mające tylko względną wartość.  Stąd mentalność żydowską cechuje kompletny brak szacunku dla tych czy innych ładów religijnych czy ustrojów politycznych, a ich teoretycy wciąż na nowo wymyślają  mniej lub bardziej bezsensowne koncepcje teoretyczne (pozytywizm, egzystencjalizm, postmodernizm, komunizm, freudyzm i in.), wysuwają kolejne wizje przyszłości, dotyczące nie tylko swego narodu (ta wizja nie ulega zmianie od czasów Abrahama, któremu Bóg obiecał, że Żydzi będą wszystkim pożyczać, a sami nie będą od nikogo pożyczać), ale i całej ludzkości. Dlatego są oni  „wiecznymi rewolucjonistami”  i nigdy nie zaznającymi  spokoju reformatorami.   Można  to zjawisko opisać także jako okoliczność, że dla idealistycznego ducha żydowskiego jest czymś naturalnym  nieustanne  dążenie  do naprawy niedoskonałego świata…  Nie sposób wszelako nie zauważyć, iż szczególnie chętnie  „reformują”,  czyli wywracają, państwa  i  światopoglądy obce, zachowując jednocześnie pełną pietyzmu cześć dla niezmiennej, nietykalnej, niewzruszonej  własnej tradycji, religii i kultury. Wyznawcy judaizmu uważają, że mądrość przodków i mądrość  „prawa”  (tradycyjnych schematów postępowania) są ważniejsze niż indywidualne preferencje i nowinkarskie pomysły jednostek. Ale dotyczy to tylko żydowskiej tradycji, wszelkie inne można ogłaszać za  „przestarzałe”,  nieaktualne, przebrzmiałe, bezsensowne.
Biorąc przykład z Najwyższego usposobienie żydowskie stawia zawsze na nieustępliwość, upór i konsekwencję w postępowaniu. Skoro Bóg był tak uparty, że    26 razy przystępował do tworzenia świata, to i  „naród wybrany”  powinien zachowywać się podobnie. Nie trzeba rezygnować z raz powziętego zamiaru tylko dlatego, ze w tej chwili jego zrealizowanie napotyka trudności czy przeszkody. Powinno się wciąż na nowo podejmować wysiłki, czekać, znów działać, aż wreszcie pomyślny koniec uwieńczy dzieło. Działać i pracować, aż cel zostanie osiągnięty dzięki cierpliwości, nieustępliwości i cichemu, powolnemu  „drążeniu” tematu. Nie musi więc zadziwiać, że Żydzi są nader konsekwentni, nieustępliwi, uparci,  zdecydowani i nieugięci w rozstrzyganiu stojących przed nimi zadań; nie rezygnują, aż postawią na swoim. Tak, jak Bóg!  Ponieważ  człowiek jest cieniem Boga”, powinien i on być zdolnym do działań długofalowych, nieprzewidywalnych, mocnych.
Dawid Ben Gurion miał powiedzieć:  „Nie ma niepodległości narodowej bez niezależności moralnej i intelektualnej”. Stąd zarówno przywiązanie Żydów do własnej tradycji duchowej, jak i pogarda w stosunku do tradycji  obcych.  Chlubna zresztą to tradycja także w sferze etyki. Kultura żydowska kategorycznie zakazuje incestu, stosunków przed-  i  pozamałżeńskich w rodzinie. Świętość stanowi nic innego jak właśnie uporządkowanie światów przyrodniczych i społecznych.  Jest jednak  -  według  Talmudu  -  ideałem tylko w łonie  „narodu wybranego”,  a nie dotyczy gojów, którzy nie są nawet ludźmi we właściwym tego słowa znaczeniu. Nawiasem mówiąc, uczeni żydowscy są nieraz zdania, że właśnie szczególna czystość moralna Hebrajczyków w zakresie etyki płciowej sprawiła, iż  Bóg właśnie ich wytypował  na  „naród wybrany”, podczas  gdy inne narody były jakoby zdemoralizowane, zapite, spederastowane,   uprawiały seks oralny, analny, pedofilski i grupowy, jak też zoofilię i inne obrzydliwości, co napawało Stwórcę oburzeniem i wstrętem, tak iż zgładził wiele z nich ogniem piekielnym, tak jak Sodomę i Gomorę.  
Nie przypadkiem tedy wszyscy prorocy  Tory  byli zawziętymi moralizatorami  w  duchu szowinistycznym.   Prorok Ezdrasz w odnośnej księdze oburza się, że  „lud izraelski, kapłani i lewici, wcale nie zerwali z ludnością tego kraju. Naśladują obrzydliwości Kananejczyków, Jebuzytów, Chittytów, Peryszytów, Ammonitów, Moabitów, Egipcjan i Amorytów. Spośród ich córek pobrali żony dla siebie i swoich synów, i tak święte nasienie  (!)  pomieszało się z ludnością tego kraju, a w niewierności tej byli pierwszymi książęta i przełożeni. Skoro wieść ta doszła do moich uszu, rozerwałem szaty moje i płaszcz mój, rwałem włosy z głowy i brody i siedziałem do głębi wstrząśnięty”…  Trudno, by człek trzeźwy i zdrowego rozumu rwał sobie włosy na głowie i ubranie z powodu tego, że ktoś tam zmieszał swą spermę z obcym „nasieniem”  i zawarł związek małżeński  z  dziewczyną z sąsiedztwa. Lecz oto   Ezdrasz  zwraca się do Boga z następującymi słowy:  „Przekroczyliśmy Twoje przykazania, które przekazałeś nam za pośrednictwem Twoich sług, Proroków, w następujących słowach:  „Ziemia, na którą wkraczacie, by ją objąć w posiadanie, jest ziemią nieczystości, splamioną nieczystością ludzi tego kraju przez ich obrzydliwości, którymi w swym nieczystym usposobieniu napełnili ją od krańca do krańca. Dlatego nie wydawajcie swych córek za ich synów. Nie troszczcie się nigdy ani o ich szczęście, ani powodzenie, byście się wzmocnili pożywając płody tego kraju i mogli przekazać go w dziedzictwie swoim synom”…  Jest to  -  na ile nam wiadomo  -  jedyny w starożytności wykład doktryny jednoznacznie rasistowskiej, wypełnionej nienawiścią do  „obcych”  i  postulującej bezwzględny apartheid.
Ezdrasz dziękuje Bogu, że nie ukarał w jakiś specjalny sposób  Hebrajczyków za to, że zaprzyjaźnili się   z ludami tak obrzydliwymi”.  „Gdy więc Ezdrasz płacząc i leżąc  (!?)  przed przybytkiem Boga modlił się i wyznawał przewiny, zgromadził się wokół niego ogromny tłum Izraelitów:  mężowie, kobiety i dzieci, a wszystek lud płakał z nim”.  Według więc Pisma  zarażenie psychiczne zataczało coraz szersze koła, a razem z tym przybierał na mocy szał rasistowski. W końcu, po kilku dniach wzmagania napięcia i mieszania w głowach, Ezdrasz przemówił do rodaków w te słowa:  „Popełniliście wiarołomstwo, pojmując obce niewiasty za żony i przez to pomnożyliście winy Izraela. Złóżcie teraz wyznanie grzechu przed Jahwe, Bogiem ojców waszych, i spełnijcie Jego wolę! Odłączcie się od pogańskiej ludności tego kraju i od obcych niewiast!”… Tak się też stało, żydowscy mężowie  (komentatorzy podają, iż w liczbie 114 osób, lecz z pewnością  jest  to  „święte”   szalbierstwo, mające na celu złagodzenie drastyczności tego, co się dzieje)  pogonili z domu nie tylko swe  „pogańskie”  żony, ale i wielokrotnie   liczniejsze dzieci. Nawet ówczesna ludzkość nie mogła  prawdopodobnie ocenić tego inaczej jak barbarzyństwo i rasistowskie zdziczenie, cóż dopiero mówić o tym po 27 stuleciach! Powiada się, że Ezdrasz dzięki swemu fanatycznemu nacjonalizmowi doprowadził do bezwzględnej krystalizacji narodowej samoświadomości Hebrajczyków i ocalił ich przed roztopieniem się w morzu innych ludów. Ale przecież też zamknął ten lud w hermetycznej puszce szowinizmu  i  otoczył go na skutek tego odwzajemnioną nienawiścią.  Znany historyk Salomon Dubnow napisze w dziele „Krótkie dzieje Żydów”: „Wygnanie obcoplemiennych żon ściągnęło na Judeów nienawiść sąsiednich ludów. Moabici, Ammonici i Samarytanie zaczęli niepokoić swymi militarnymi wycieczkami mieszkańców Jerozolimy i niszczyli miasto”.
Podobna fanatyczna mentalność zaczęła cechować chrześcijańską Europę od IV wieku, kiedy to w Imperium Rzymskim pogoniono Żydów z licznych wysokich stanowisk w administracji państwowej i wojsku, a mieszane małżeństwa żydowsko-chrześcijańskie zakazano pod grozą kary śmierci. III Sobór Orleański  (538)  zabronił Żydom zjawiania się na ulicach w ostatnich dniach Wielkiego Tygodnia, aby swym  „niechlujnym”  widokiem nie gorszyli ludzi dobrych. Kościół Katolicki kategorycznie zakazał Żydom zajmowania stanowisk państwowych, nabywania posiadłości ziemskich, uprawiania zawodów lekarskich, prawniczych, nauczycielskich  -  aby bronić chrześcijan przed  „nieczystymi”  i  pod każdym względem  „śmierdzącymi”  mordercami Jezusa.  Papieże i kardynałowie uważali bowiem, że „obrzydliwi”  Żydzi nie tylko wyniszczają ludność ekonomicznie, ale też usiłują ją rozkładać i niszczyć przez rozpijanie i celową demoralizację  (zakładanie domów publicznych, prowadzenie karczem  itp.). W 1099 roku Krzyżacy zajęli Jerozolimę, zgromadzili   Izraelitów tego miasta w synagodze i wszystkich spalili; następnie zakazali wszystkim nie-chrześcijanom zamieszkiwania w tym świętym mieście. W okresie wypraw  krzyżowych Żydzi Europy poddani zostali ciężkim prześladowaniom, szczególnie na terenie państw niemieckich.  W Worms  (maj 1096)  zaproponowano Żydom przejście na katolicyzm, a gdy odmówili, 800 osób wymordowano. Zdarzeń zaś takich było wiele. IV Sobór Laterański  (1215), zwołany przez papieża Innocentego III, postanowił, iż wyznawcy judaizmu zamieszkali w państwach chrześcijańskich muszą nosić na ubraniu żółtą  (pomarańczową)  łatkę.
Także w Państwie Moskiewskim  (nawiasem mówiąc, po uzgodnieniu z rabinami) nakazano Żydom noszenie specyficznego ubioru, jak też kategorycznie zabroniono zasiadać do stołu wspólnie z Rusiczami  (wierzono w bzdurę, iż Żydzi to notoryczni  „truciciele”  chrześcijan).  Iwan IV Groźny  (1533 – 1584) wzdragał się  nawet przed  wpuszczaniem od czasu do  czasu  do swego państwa żydowskich kupców z Litwy i Polski, aby ci  „źli ludzie”  nie naruszali spokoju jego poddanych. Gdy zaś wojska cara zajęły były  Połock, wszystkich tamtejszych, bardzo licznych, Żydów , nie robiąc różnicy płci i wieku, potopiono całymi rodzinami w rzece Połocie.
Bohdan Chmielnicki z kolei nienawidził Żydów z zasady, choć miał dwu najbliższych doradców właśnie spośród  „narodu wybranego”.  Jego Kozacy  -  jak donoszą ówcześni kronikarze  -  często zdzierali z żywych Żydów skórę, a ich posiekanymi ciałami karmili psy. Wielu dla zabawy odcinano ręce i nogi, rzucając je na drogę, gdzie były deptane kopytami koni i rozjeżdżane wozami na oczach jeszcze żywych ich właścicieli. Wielu zakopywano żywcem do ziemi. Mordowano dzieci na oczach rodziców, a rodziców na oczach dzieci. Ciężarnym kobietom rozcinano brzuchy, wyrywano z nich nienarodzone dzieci i  -  „dla żartu”  -  wsadzano   i  zaszywano  do środka żywe koty. Nie było takiego możliwego do wyobrażenia bestialstwa, którego nie zaznaliby Żydzi z rąk  tych, którzy mienili się  być  chrześcijanami.  W sumie wyginęło wówczas na lewobrzeżnej Ukrainie ponad sto tysięcy Żydów; nie pozostało tam ani jednego żydowskiego osiedla. Na długo więc przed Hitlerem Kozacy uczynili swój kraj  „judenfrei”. No i oczywiście to szaleństwo osiągnęło swe apogeum w Ustawach  Norymberskich, zakazujących   -  tak jak  ongiś  Ezdrasz  -  małżeństw mieszanych, a nawet życzliwości w stosunku do członków   „ras niższych”.  Fanatyzm i rasizm wszelkiego rodzaju stanowią więc zagrożenie dla całej ludzkości. A ulepszanie świata najlepiej zacząć od samego siebie i swych  własnych zabobonów religijnych lub narodowych. 
                                                              ***
         Historyk żydowski  Łourie w swej monografii „Antysemityzm w starożytności” na podstawie skrupulatnego przebadania materiału historycznego doszedł do szeregu znamiennych wniosków. Epidemie antysemityzmu, które oto już od 2500 lat regularnie wybuchają to w jednym, to w drugim kraju i zapisują w ten sposób   krwawe kartki hańby w dziejach ludzkości, stanowią przedmiot zainteresowania dla niniejszego tekstu głównie dlatego, że jak to stwierdzają niektórzy kompetentni historycy, te epidemie zawsze były dziełem szerokich mas ludowych, a rządy z reguły plotły się noga za nogą gdzieś w ogonie tych ruchów narodowych.
Tenże autor (Łourie) na podstawie przestudiowanego materiału historycznego dochodzi do kolejnego, również niesłychanie interesującego, wniosku dotyczącego mechaniki ruchów antysemickich, mianowicie twierdzi, że «antysemityzm w starożytności nie tylko nie był mniej intensywny niż w naszych czasach, ale i się wyrażał dokładnie w tych samych formach co i dziś». Nie ma ani jednego zarzutu, rzucanego dziś w twarz Żydom, który by nie był już wysuwany w starożytności. Co więcej, sam rozwój stosunków między Żydami a nie-Żydami – tolerancja i asymilacja, antysemityzm i partykularyzm – w starożytności odbywał się w tychże formach, co   obecnie. Co więcej, mówiąc o pogromach w zamierzchłej przeszłości Łourie zauważa: „Okoliczności tych pogromów co do najmniejszych szczegółów są tożsame z okolicznościami późniejszych „pogromów klasycznych”.
Pierwsze przejawy antysemityzmu znajdujemy w głębokiej starożytności, wówczas mianowicie, gdy Żydzi zaczęli się zjawiać poza granicami Palestyny.
Najstarsze w dziejach prześladowanie Żydów miało miejsce jeszcze w okresie perskiej dominacji nad Egiptem w roku 410 p.n.e., następnie był pogrom żydowski w 405 roku p.n.e. Kolejne ekscesy antyżydowskie nastąpiły w 350 roku p.n.e.
Stykamy się z prześladowaniem Żydów za Ptolemeusza IV Filopatora (223-205 p.n.e.), za Antiocha IV Epifaniasza (176-164 p.n.e.), za Ptolemeusza VII i VIII (146-81 p.n.e.), za Ptolemeusza XI, Auletesa i za Kleopatry (55-30 p.n.e), za Kaliguli (37-41).  Wszystko  motywowano  ich  nienawistnością  i  lichwą.
Słynny był pogrom Żydów w 88 roku p.n.e., gdy mieszkańcy Aleksandrii zaatakowali swych żydowskich współobywateli i wymordowali ich. Następnie jeden z najstraszliwszych ruchów antyżydowskich przypada na rok 38 nowej ery. On zaistniał w tejże Aleksandrii i został szczegółowo opisany przez żydowskiego filozofa i historyka Filona (ur. w 30 roku p.n.e.). Następnie, za Nerona, 6 sierpnia 66 roku odbyło się powszechne niemal  wymordowanie Żydów. W tymże czasie miały miejsce żydowskie pogromy w Damaszku, Askalonie, Scytopolisie, Hipposie, Gadarze, Ptolemaidzie i Tyrze. Dwa lata później, w 68 roku, z inicjatywy mas ludowych wybuchł ponownie pogrom w Aleksandrii, gdzie zamordowano około 56 tysięcy Żydów. Wreszcie są znane prześladowania Żydów, które się zaczęły w Egipcie w 146 roku.  Wszędzie  nienawidzono  tych  ludzi.
Za panowania Trajana (98-117) i Hadriana (117-138) rzymski antysemityzm sięgnął swego apogeum.
Antysemityzm tedy w żadnym razie nie jest wytworem chrześcijaństwa, istniał na długo przed nim, a wyrastał najczęściej z antagonizmów ekonomicznych, moralnych, politycznych, religijnych, intelektualnych, które zawsze i wszędzie powstawały między ludnością rdzenną a koczującymi po świecie Żydami.
Ponieważ prowadzili oni wędrowny tryb życia w rozproszeniu wśród innych narodów (etnosy w zasadzie nie lubią „obcych” na swoim terenie etnicznym), narażali się już przez sam fakt swej obecności w obcych państwach na antypatię, a często i na czynną wrogość, chociaż nie zabrakło nigdy i tych, którzy traktowali ich nader przyjaźnie i życzliwie. Krótko mówiąc, wypowiadano w tej materii nieraz sądy krańcowe i nawzajem się wykluczające, oscylujące między uwielbieniem a potępieniem.
Antysemityzm, czyli przypisywanie Żydom cech demonicznych i intencji przewrotnych, ma swój odpowiednik a rebours w postaci skłonności do węszenia wszędzie antyżydowskich spisków i tendencji, do demaskowania rzekomej nietolerancji czy nienawiści rasowej tam, gdzie jej nie ma. Być może jest to odruch samoobrony lub obrony zdobytej pozycji socjalnej przez międzynarodową społeczność żydowską. Przeciwieństwem antysemityzmu wydaje się być – tylko wydaje się! – mitomania narodowa Żydów, ich zasklepianie się w megalomańskich mitach kompensacyjnych, które w obecnym świecie są jakimś absurdalnym nieporozumieniem, szczególnie jeśli bazują na przekłamaniach, na ignorowaniu i przemilczaniu jednych faktów historycznych, a na wyolbrzymianiu lub zgoła wymyślaniu innych. Jest to zjawisko równie chorobliwe i aberracyjne jak antysemityzm.
Mity istnieją i funkcjonują wbrew faktom historycznym, są po prostu faktami psychicznymi. Krzysztof Rachański na łamach ukazującego się w USA periodyku „Gwiazda Polarna” (nr 9/2002) pisał: „Burzą okazał się artykuł wybitnego archeologa Ze'ew Herzoga z uniwersytetu w Tel Awiwie, ogłoszony w czasopiśmie „Ha’aretz” z października 1999 r. Stwierdził on, że w świetle dotychczasowych wykopalisk, archeolodzy doszli do wniosku, iż Izraelici nigdy nie byli w Egipcie, nie tułali się po pustyni, nie podbili Ziemi Kananejskiej zbrojnie i nie rozdzielili jej między dwanaście pokoleń izraelskich. Trudniejszym do przełknięcia okazał się fakt, że połączone królestwo Dawida i Salomona, które Biblia opisuje jako potęgę, w najlepszym przypadku było małą siłą regionalną lub księstwem szczepowym.
Naturalnie, na takie podsumowanie 50-letnich wysiłków archeologicznych zareagowała szkoła tradycyjna. Przytoczono drobiazgowe argumenty, że nie można zaprzeczyć pobytowi Semitów w Egipcie, gdyż przemieszczanie szczepów pasterskich było powszechną praktyką tamtych niszczonych suszami terenów. Że przecież Hyksosi – szczep semicki – podbili Egipt i panowali na tronie faraonów przez prawie sto lat. Uczeni przyjmują możliwość, że w okresie tego panowania miało miejsce obsadzenie ważniejszych stanowisk rządowych przeważnie Semitami, a więc ewentualne zaistnienie Józefa z pozycją drugą po faraonie, możliwość ściągnięcia ojca i braci z rodzinami oraz zasiedlenia okupowanych ziem. Zaskakujący jest jednak fakt, że przy w miarę bogatych zapiskach egipskich, na wzmiankę o tak wysoko   ustawionej w hierarchii państwowej osobie jak Jozef nie natrafiono.
Po obaleniu Hyksosów nastąpił odwrotny proces. Egipcjanie brali odwet za okupacyjne upokorzenia, zapędzając w niewolnictwo nowo przybyłych, zmuszając ich do często morderczych prac i wysiłków. Istnieje wzmianka w zapiskach z okresu panowania faraona Tuthmozisa III (1479-1425 p.n.e.) o pewnym tajemniczym ludzie zwanym „Apiru”, na ziemi egipskiej wprzęgniętym do prac budowlanych i wyrobu cegły.
Argumenty szkoły archeologicznej nie negują tych ruchów migracyjnych, uwzględniając jednak całkowity brak wzmianek lub zapisów historycznych egipskich, zaprzeczają zdecydowanie masowemu „historycznemu exodusowi”, tym samym poddając w wątpliwość „rozbudowane” zaistnienie i działalność Mojżesza. Wiąże się z nim również za dużo legend wplecionych w religię i tradycje Egiptu (mit boga Ozyrysa spławionego Nilem), brak wzmianki w zapisach – przy częstym wymienianiu nawet wodzów poszczególnych batalii wojskowych – a przecież miał być usynowiony przez córkę faraona i życie młodzieńcze spędzić w kręgu najbliższym władzy.
Ciała faraonów, którzy panowali w ewentualnym okresie wyjścia szczepu Izraela z Egiptu, znajdują się w grobowcach, a nie na dnie Morza Czerwonego, zatopione wraz ze ścigającą Izrael armią. Liczne zapiski historyczne Egiptu nie wspominają bytności większej grupy Izraelitów w dorzeczu Nilu ani ich ewentualnego wyjścia.
Przy tym 40-letnie błąkanie się po pustyni jakiejkolwiek większej grupy ludzi pozostawia pokaźne zwaliska śmieci, które w suchym klimacie mogą przetrwać tysiące lat i są przebogatym źródłem badawczym historii. Niestety, na takie ślady wysypiskowe nie natrafiono, przeczesując mozolnie domniemaną trasę wędrówki do „Ziemi Obiecanej”. [Jak ustalił Zygmunt Freud, Mojżesz był rodowitym Egipcjaninem, a Lewici etnicznymi starożytnymi Egipcjanami, panującymi nad etnicznymi Żydami i uważającymi ostatnich za – jak to tłumaczy Martin Luther – „Hurenvolk” -  „naród  kurewski”].
„Monoteizm Mojżesza, wypracowany w latach wyjścia, zdradza ślady rewolucji religijnej i zaprowadzenie na okres panowania faraona Echnatona (około 150 lat przed Mojżeszem) pierwszego chyba monoteizmu w dziejach zapisanych ludzkości, a zaistniałego na terenie Egiptu. Sama wzmianka biblijna o zgodzie na wystawienie posągu brązowego węża w celu ratowania umierających dotkniętych zarazą Izraelitów, nawiązuje modlitwami i symboliką nie do Jahwe, a do bóstw egipskich reprezentowanych kształtem kobry na tiarach faraonów.
Odejście Mojżesza, tajemnicze milczenie zapisów biblijnych o jego ostatnich latach i poczynaniach, brak jakiejkolwiek wzmianki o miejscu jego pochówku, przy bogatych tradycjach tak dalekich, jak ślady i miejsce spoczynku Abrahama, skłaniają raczej do zaakceptowania legendarności, a nie historyczności owego twórcy judaizmu i jahwizmu.
Monoteistyczna czystość Jahwe była ciągle podważana przez samych Izraelitów w późniejszych czasach. Ostatnie wykopaliska odkryły na terenie Izraela kamień, prawdopodobnie umieszczony nad drzwiami świątyni, z okresu panowania na tych terenach Egiptu, z napisem – „Jahwe i partnerka Astarte”.
Biblical Archeology Review (May – June 2001) zamieścił zdjęcie nowo odkrytego głazu z rzeźbą ręki i napisem „Błogosławiony będzie Ariyahu przez Jahwe i partnerkę Astarte”, czyli Izraelici wierzyli, że Jahwe ma partnerkę. Imię Ariyahu wskazuje nawet na kapłana, gdyż ta kasta dodawała do swoich imion końcówki: -yahu, -yo i -yah na pieczęciach i w odnośnikach biblijnych.
W ostatnich latach czasopisma fachowe sygnalizują tendencje umiejscowienia Góry Synaj, na której – zgodnie z podaniem – Bóg wręczył Mojżeszowi Dziesięć Przykazań, nie na Półwyspie Synajskim, ale w górach na pograniczu z Arabią Saudyjską, w aktualnie niedostępnej strefie silnego zmilitaryzowania.
Większość historyków wyraża obecnie przekonanie, że w najlepszym przypadku pobyt w Egipcie, a następnie wyjście objęło zaledwie kilka lub kilkanaście rodzin, a ich prywatna historia została z czasem rozbudowana, niejako znacjonalizowana, tworząc kanwę dla konstrukcji teologicznej.
Podobnie zarysowuje się problem podboju Ziemi Kananejskiej. Podbój ten, zgodnie z przekazem, scalił wędrujący szczep Izraela, tworząc w nim świadomość narodową.
Heroiczne opisy zmagań z czasów wkroczenia Izraela do Kanaanu, zbrojnego podboju przez zastępy Jozuego, również nie znajdują potwierdzeń archeologicznych. Naukowcy są zgodni, że miejsca wymieniane jako wynik zwycięskiego podboju zamierały raczej w swej gospodarczej aktywności, a następnie zwyczajnie opuszczano je w różnych okresach. Co bardziej ciekawe, to opisy istniejących potężnych fortyfikacji w kontekście badań i odkryć archeologicznych w ogóle nie istniały, gdyż większość miast okresu „wyjścia i podboju” nie miała fortyfikacji lub tylko szczątkowe, które otaczały pomieszczenia lokalnych władców.
Urbanizacja Palestyny okresu „późnego brązu”, czyli biblijnego podboju, zamierała w wyniku kilkusetletniego rozkładu, nie znaleziono natomiast śladów zniszczeń na skutek podbojów czy gwałtownego unicestwienia. O ile przyjmie się za większością naukowców wyjście Izraela z Egiptu – exodus – na czas panowania faraona Ramzesa (1279 – 1212 p. Chr.), to Egipt w tym okresie był największą potęgą, a jego granice wschodnie sięgały Libanu i Syrii. Ramzes II ustanowił również posterunki egipskie wzdłuż rzeki Jordan, mające za zadanie obronę Ziemi Kanaanu przed częstą infiltracją i rabunkami nomadów napływających z Moabu. Izraelici wychodząc z Egiptu ciągle znajdowali się na terenie tego państwa i ewentualna zbrojna infiltracja Kanaanu zetknęłaby się z posterunkami egipskimi, co oznaczałoby wojnę z faraonem.
Zauważa się natomiast pewną pokojową infiltrację opuszczonych terenów, jak wzmiankuje Izrael Finkelstein – prof. archeologii z Uniwersytetu w Tel Awiwie. Wskazują na to znaleziska archeologiczne z okresu „wczesnego żelaza” (1200 p. Chr.), które cechuje wzmożone zasiedlenie. Pozostałości setek małych rolniczo-pasterskich osad odkryto w górzystych rejonach Izraela. Mogą to być ruchy migracyjne grup koczowniczych lub „powracających z Egiptu”. Z tego okresu w jednym z egipskich dokumentów, za panowania faraona Merneptaha (około 1208 p. Chr.), referując spustoszenia poczynione przez niego w Ziemi Kanaanu, wymieniono owe górzyste osiedla jako „Izrael”. Miasta natomiast, w oparciu o znaleziska, pozostawały w posiadaniu Kanaanitów, z prawdopodobną dopuszczalnością rezydowania w nich starszyzny, owego górzystego ludu.
Tereny Kanaanu były w tym okresie objęte administracją egipską. Jedna z największych bitew owych czasów rozegrała się między faraonem Ramzesem II a potężną koalicją zorganizowaną przez Hetytów na terenie dzisiejszego Libanu, w okolicach ówczesnego miasta Qualesh. Ramzes, opuszczony przez swoje wojska, pędzać w rydwanie wojennym, wygłosił słynny hymn do boga Amun, błagając go jako ojca o pomoc. W odpowiedzi usłyszał glos: „Do przodu, jestem z tobą, ja, twój ojciec. Moje ramię wspiera cię, ja pokonałem tysiące, jestem bogiem zwycięstwa”. Ramzes nie zginął, szala zwycięstwa przechyliła się na jego stronę. Proces całkowitego zwycięstwa przeciągał się jednak. Były to kilkuletnie powroty armii aż do zawarcia pokoju popartego wielokrotnymi małżeństwami Ramzesa z księżniczkami hetyckimi.
W tym czasie centra administracji egipskiej znajdowały się w Gazie, Yaffo i Beit She'an. Jak wspomniałem – obydwa brzegi Jordanu zawierają bogatą gamę znalezisk rozsypanych osad egipskich. Ta widoczna obecność administracji egipskiej nie była jednak zauważana lub choćby wzmiankowana przez pisarzy scalających w okresie późniejszym Księgi Pism Świętych. Fakt ten zdaje się potwierdzać hipotezę, że okres ten nie był im znany, a tym samym został przedstawiony w krzywym zwierciadle.
W miesięczniku „Przegląd Archeologii Biblijnej” z marca 2000 r. w artykule Philipa Daviesa pojawił się nagłówek: „Co dzieli minimalistów od maksymalistów biblijnych – niewiele”. „Rozdźwięk między Izraelem biblijnym a historycznym, opartym na archeologii, jest potężny. Natrafiamy na dwie całkowicie odrębne społeczności. Poza nazwą Izrael i tym samym umiejscowieniem geograficznym, nie dysponują cechami wspólnymi. Izraelici (z okresu żelaza) w świetle wykopalisk nie rozpoznaliby swojego portretu skreślonego w Biblii. Tyle K. Rachański.
Ktoś może powiedzieć, że powyższe sprawozdanie z badań archeologicznych stanowi przejaw „antysemityzmu”. Czy stwierdzenie tych udokumentowanych i nieraz opisanych w odnośnej literaturze faktów, naprawdę stanowi wyraz antysemityzmu? Z całą stanowczością: tak nie jest! Nazwanie, wymienienie, podanie lub opisanie faktów nie może być antysemickie, gdyż w takim razie wypadałoby uznać, że fakty są antysemickie; to by zaś z kolei znaczyło, że antysemityzm jest ugruntowany w faktach, w rzeczywistości, ba, że sama rzeczywistość jest antysemicka. A przecież nie jest! Antysemickie bywają tylko nieusprawiedliwione uogólnienia, w rodzaju fałszywych sloganów o domniemanej „żydowskiej przewrotności i chciwości”, o   dążeniu Żydów do panowania nad światem, o Żydach jako siewcach zgorszenia i demoralizacji. Ale i te slogany są tylko pustym wstrząsaniem powietrza. Antysemityzm zaczyna się tak naprawdę dopiero tam, gdzie się zaczyna czynna pogarda, dyskryminacja, szykany i prześladowania.
                                                             ***
Ludzkość istnieje w formie narodów, z których każdy ma swój dom w postaci swego miejsca stałego zamieszkania, własnego kraju lub państwa. Dzieje ludzkości to dzieje nieustającej nigdy rywalizacji między osobami, rodzinami, grupami i klasami społecznymi, między narodami, rasami, kulturami i cywilizacjami. Formy tej rywalizacji są różne, mieszczą się w przestrzeni między pokojową współpracą a walką na śmierć i życie. Każdy uczestnik takiego współzawodnictwa, w tym każdy etnos, ma właściwe sobie metody i style walki. Jedne ludy trwają cicho przez całe stulecia na swej ziemi i nigdy się nie wychylają poza obręb domu ojczystego, inne nawykłe są do czynienia wypraw handlowych lub zbrojnych na ziemie innych narodów, jeszcze inne wędrują z domu do domu i wynajdują rozmaite wyszukane metody zapewnienia sobie życia, dobrobytu i pomyślności. Także Żydzi nie stanowią pod tym względem wyjątku, także ich sposób istnienia doznawał w ciągu stuleci zmian i modyfikacji, zachowując jednak pewien rdzeń niezmienny, wynikający z wrodzonych predyspozycji genetycznych. I właśnie na tym podłożu powstają animozje międzyetniczne, złośliwe i wrogie wyobrażenia, łącznie z antysemityzmem, który demonizuje Żydów jako ucieleśnienie wszelkiego zła i wszelkiej nieprawości.
Tego rodzaju fobie dotykają zresztą różne etnosy. Tak np. na Litwie niektórzy mówią o Polakach „pusżmogus” (półczłowiek) lub „lenkiška ropuše” (polska ropucha). Na Słowacji dość szerokie kręgi zatacza hungarofobia, której reprezentanci nazywają Węgrów „mongoloidalnymi typami o krótkich nóżkach” itp. Są to niewątpliwie stereotypy złośliwe, krzywdzące i niesprawiedliwe.
Często się twierdzi, że przyczynę antysemityzmu stanowi m.in. ekonomiczny wyzysk ludności chrześcijańskiej przez Żydów. Cóż można by na to powiedzieć? Prawdą jest, że Żydzi są w zasadzie narodem trzeźwym i umiejącym rachować. To przecież Georg Brandes – w zupełnej zresztą zgodzie z rzeczywistością – napisał: „Ideały bezinteresowne, to zbytek, który się mści na narodzie tak, jak mszczą się na nim jego nieprawości”.
Jak mawiał reb Chaim Szapiro z Landwarowa, bohater jednej z opowiastek ze zbioru Jakoba Simona (Joske Bursteina) Jüdische Provinzbilder aus Litauen (Memel 1929): „Aber in den heutigen schweren Zeiten darf man nicht stille stehen, und wenn man Geld hat, muss man etwas tun, damit es mehr werden soll” – „Ale w dzisiejszych trudnych czasach nie można stać w bezruchu i gdy się ma pieniądze, trzeba zrobić coś, żeby ich było więcej”. Pieniądze bowiem są środkiem do życia, pomocą w trudnych czasach, niekiedy jedynym ratunkiem dla wiecznych wygnańców.  [W  jednym  ze  źródeł  żydowskich  czytamy  powiastkę  o  tym,  jak  to  pewien  Żyd  kazał  sobie  przyszyć  małe  kieszenie,  aby  mógł  tym  łatwiej  i  nie  kłamiąc  powiedzieć,  że  ma  kieszenie  pełne  pieniędzy]. 
Oczywiście, czynienie z pieniędzy, z zysku przedmiotu  kultu i absolutu jest czymś odrażającym, a nawet niebezpiecznym. Wiele głębokich spostrzeżeń znajduje się na ten temat w starotestamentowych księgach Koheleta i Syracha. Miał też rację znakomity pedagog Fryderyk Wilhelm Foerster, gdy pisał w dziele „Etyka a polityka”  (Lwów 1926): „Siła intelektu słabnie, ilekroć umysłem zawładnie egoizm. Egoizm chorobliwie spotęgowany może nawet osobniki skądinąd intelektualnie wysoce uzdolnione całkowicie ogłupić. Kto pożąda tylko własnej korzyści, staje się ślepym na prawdziwą swą korzyść. Dlaczego? Bo z chwilą proklamowania izolacji człowieka od całości życia egoizm ten opanowuje także wszystkie funkcje cząstkowe organizmu i odwodzi je od posłuszeństwa wobec ogólnej ekonomii organizmu. Rozpoczyna się anarchia instynktów. Instynkty te poszukują bezmyślnie tylko własnego, najbliższego i całkiem wyłącznego zadowolenia, nie bacząc na to, czy nie doprowadzi to samego indywiduum do zguby. Tak właśnie dokonuje się ruina hulaków; życie oparte na egoizmie wiedzie do własnej zatraty. Jedynie oddanie się dobru wyższemu od własnego „ja” zdolne jest uchronić nas od dyktatury najniższych pożądań naszej natury i od ujarzmienia przez nie naszego intelektu.
Zupełnie tak samo ma się sprawa z państwem. I w narodzie wyniesienie tak zwanego „egoismo sacro” do zasady racji stanu pociąga za sobą ten skutek, że rozpętane krótkowzroczne pożądania i instynkty gwałtu zacieśniają fatalnie rozum polityczny. Naród o tyle tylko osiągnie duchową moc i swobodę w wyborze prawdziwych i trwałych swych korzyści, o ile wyzwoli się z głuchego opętania egoizmem... Istnieje tedy egocentryczna oraz socjalna metoda samozachowawcza, jedna z nich tkwi w ustawicznej gorączce i hipochondrii myślenia (tylko) o sobie i wskutek tego budzi we własnym wnętrzu człowieka (a tak samo i we wnętrzu narodu) wszelkiego rodzaju rozkładający „partykularyzm”,... – druga zaś to ta, która świat miłością ogarnia i przez to wyzwala z pełnego trwogi afektu samozachowawczego, utwierdzając w ten sposób i w łonie własnego świata przewagę tendencji twórczych i zmierzających ku jedności świata nad tendencjami rozstroju i rozkładu”.
Wydaje się, że inteligencja żydowska zawsze była tych faktów świadoma. Wiemy dziś dobrze, że nie wszystkie nasze ułomności, ale wszystkie cnoty zostają zauważone i przykładnie ukarane. Żydów prześladowano także za ich kulturę, poziom oświecenia, wykształcenie.
W 1861 roku pośród katolickiej ludności włoskiej   na 1000 osób przypadało 615 analfabetów, wśród Żydów – 58. W Prusach jeden uczeń szkoły średniej przypadał między katolikami na 467 mieszkańców, między protestantami – na 243, między Żydami – na 53.  C. Lombroso pisze: „Jeżeli przyjmiemy zdanie Buckle’a, że zamożność jest pierwszym koniecznym warunkiem kultury, to znaczną liczbę uczonych wśród Żydów można objaśnić ich bogactwem” (Cesare Lombroso, Geniusz i obłąkanie, Warszawa 1987).
Liczby te Lombroso przytacza na dowód szczególnych uzdolnień rasy semickiej, chociaż, widocznie, możliwa jest i inna interpretacja tych faktów. Ten włoski Żyd pisze: „Żydzi odznaczyli się w wielu gałęziach działalności umysłowej: w handlu, w muzyce, w dziennikarstwie, w literaturze humorystycznej i satyrycznej, w medycynie wreszcie... Nawet w matematyce, do której Semici w ogóle nie mają zdolności, można wskazać kilku wybitnych specjalistów Żydów... Prawie wszyscy ci znakomici Żydzi byli geniuszami twórczymi: w polityce są oni rewolucjonistami, w religii – założycielami nowych sekt. Właściwie Żydom zawdzięczają, jeżeli nie pierwszy pomysł, to przynajmniej szersze zapoczątkowanie z jednej strony socjalizm i nihilizm, z drugiej – chrystianizm i mozaizm; w handlu oni pierwsi wprowadzili weksle; w filozofii – pozytywizm; w literaturze – neohumanizm”.
Pewną rolę odgrywa w tym wychowanie, ale największą – dziedziczność; chodzi przede wszystkim o wyjątkowo wrażliwą i wysubtelnioną duszę rasy żydowskiej, skłonnej nie tylko do medytacji, uniesień, ale i do załamań. „Ciekawy jest fakt, że wśród Żydów jest cztery lub nawet sześć razy większy procent obłąkanych aniżeli wśród innych... Znany badacz Servi wyliczył, że w 1869 roku jeden obłąkany przypadał na 391 Żydów; wśród katolików procent obłąkanych był w czwórnasób mniejszy” (C. Lombroso).
Badania przeprowadzone w wieku XX w USA wykazały, że zapadalność na choroby psychiczne i nerwowe jest w społeczności żydowskiej tego kraju pięć-sześć razy wyższa niż przeciętna. Trudno jest unosić tak potworny bagaż obciążeń historycznych, do dźwigania którego jest przecież zmuszona światowa wspólnota żydowska.
 ***

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie można znaleźć szereg sformułowań, które – jeśli się chce – można interpretować w duchu antyżydowskim Oto np. król Salomon porównuje Żydów, wyruszających w „rozproszeniu” na podbój świata, do szarańczy, pisząc: „Szarańcze króla nie mają, a wszakże wszystkie wyruszają w szeregu niszcząc całe kraje, jak gdyby planowo”. W Pięcioksięgu Mojżesza diaspora żydowska jest definiowana jako kara Boża i „bicz”, którym Bóg chłoszcze narody głupie i nieprawe, zsyłając na nich lud „wybrany”, będący prawdziwą plagą  egipską  i klęską żywiołową.
Z Ewangelii według Mateusza (3, 7) dowiadujemy się o tym, jak Jan Chrzciciel w wodzie Jordanu chrzcił mieszkańców Jerozolimy i całej Judei (terenu wieloetnicznego), a gdy widział, ze zbliżają się do niego (powodowani ciekawością, a wcale me chęcią bycia ochrzczonymi, jak błędnie podają tynieccy tłumacze w tzw. Biblii Tysiąclecia oraz ks. Marian Wolniewicz w swym tłumaczeniu) wyznawcy Mojżesza ... Czytamy: „A gdy widział. że przychodzi do chrztu(?) wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im: „Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc! Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: „Abrahama mamy za ojca”, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone” ... (Poprawne tłumaczenie powinno brzmieć: „Kto wam wmówił, że możecie uciec przed nadchodzącym gniewem?”)
U Mateusza (15, 1-19) też czytamy jednoznacznie antyżydowski fragment, dotyczący sporu o tradycję: „Wtedy przyszli do Jezusa faryzeusze i uczeni w Piśmie z Jerozolimy z zapytaniem: „Dlaczego Twoi uczniowie postępują wbrew tradycji starszych? Bo nie myją sobie rąk przed jedzeniem”. On im opowiedział: ..Dlaczego i wy przestępujecie przykazanie Boże dla waszej tradycji? (...) Obłudnicy, dobrze powiedział o was prorok Izajasz: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleki jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi”.
I dalej o faryzeuszach, czyli mędrcach żydowskich, Jezus mówił do ludu: „Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych. Lecz jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną”...
Pisać o faryzeuszach jako o „żmijach”, „obłudnikach”, „ślepcach”, to dokładnie to samo, jak gdyby ktoś w Polsce czy we Włoszech napisał o księżach katolickich: „Żmije! Obłudnicy! Ślepcy! Cudzołożnicy! Kanalie! Szalbierze! Donosiciele! Judasze!”... 
W Ewangelii według  św.  Mateusza (13, 14, 15, 23, 25, 27, 29) znajdujemy liczne opisy tego, jak Jezus z Nazaretu potępiał i odrzucał tradycję judejską, atakował mędrców żydowskich i wyśmiewał ich fałszywe – jego zdaniem – nauki.
W Ewangelii według św. Marka Jezus ostrzega swych uczniów przed „kwasem faryzeuszy” (8, 15). Faryzeusze zresztą wciąż czyhali na jego życie i snuli przeciwko niemu intrygi (3, 6). Podobnież u św. Jana (12, 10-11) czytamy: „Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa”.
Obiektywnie rzecz ujmując, wypada przyznać, że w ewangeliach znajduje się mnóstwo ujęć antysemickich – nie przypadkiem przecież żydowscy kapłani i mędrcy czuli się zmuszeni doprowadzić do ukrzyżowania Jezusa z Nazaretu jako nieprzebłaganego „antysemity”. Trudno im się dziwić, byli ludźmi zasadniczymi, wykształconymi, usposobionymi narodowo i dalekowzrocznymi – rozumieli, że duch i nauka chrześcijaństwa z gruntu jest nie tylko obca, ale i niebezpieczna dla judaizmu i teorii „narodu wybranego”. Czy można więc brać im za złe, że się per fas et nefas przed zagrożeniem się bronili, słusznie mniemając, że między religią Jezusa a religią judaizmu znajduje się głęboka przepaść i przeciwieństwo nie do pogodzenia?
Izrael Szamir, wielki uczony żydowski, pisze: „Ewangelia mówi, że Jezus został skazany na śmierć przez najwyższego kapłana żydowskiego i jego towarzyszy, następnie wyrok został potwierdzony przez Sanhedryn, żydowski Sąd Najwyższy, po czym więzień oddany został rzymskiemu namiestnikowi prowincji w celu wykonania egzekucji. Podczas gdy starzy żydowscy teolodzy i naukowcy szczęśliwie zgadzali się z Ewangelią, współcześni żydowscy historycy i religioznawcy mówią, że historię tą wymyślili antysemici, aby na Żydów padła nienawiść.
Hayim Cohen, sędzia izraelskiego Sadu Najwyższego, napisał, że Żydzi nigdy by nie skazali niewinnego człowieka na śmierć. Hyam Maccobi, angielski naukowiec żydowskiego pochodzenia (niestety, fanatyczny nacjonalista), twierdził, że Jezus kierował walką Żydów przeciwko rządom nie-Żydów, i że w rezultacie został zabity przez Rzymian. Dawid Flusser, izraelski znawca tekstów z Qumran, uważał, że opowieść o Męce Pańskiej była napisana wiele lat po wydarzeniu, w charakterze antyżydowskiej polemiki Kościoła. Inni zaprzeczają, by Żydzi praktykowali ukrzyżowanie, lub w ogóle stosowali karę śmierci.
Jednakże  lektura źródeł żydowskich obala te argumenty. Talmud mówi, że żydowski mędrzec, żyjący przed Chrystusem, ukrzyżował jednego dnia osiemdziesiąt czarownic. Gdyby Jezus walczył za sprawę żydowską, cieszyłby się wielkim szacunkiem, jakim cieszyli się zbóje z Masady. W takim wypadku jego pretensje do tytułu Mesjasza nie dyskryminowałyby go: Szymon Bar Kochba, ostatni żydowski władca w Palestynie, był ogłoszony Mesjaszem przez rabina Akibę, najwyższy ówczesny duchowy autorytet żydowski, i wciąż jest wysoce poważany. Nawet lepszy dowód czegoś przeciwnego dostarczają liczni wielbiciele świętej pamięci Rebe Lubawitscher’a. Plakaty z wizerunkiem tego starego brodatego Żyda pokrywają wiele ścian w Izraelu, widnieje na nich napis: „Mesjasz Królem”. Tak więc, nawet śmierć Mesjasza nie jest przeszkodą dla oddawania mu przez Żydów czci natomiast odrzucenie żydowskiej wyjątkowości – oczywiście jest.
Chrześcijańscy historycy i naukowcy, od Orygenesa z Aleksandrii i Euzebiusza z Cezarei, do Chestertona, uważali ewangeliczny opis, według którego żydowscy przywódcy faktycznie skazali Jezusa na śmierć, za perfekcyjnie realistyczny. Tradycyjne źródła żydowskie, od Midraszy do późniejszych pism średniowiecznych, także potwierdzają tą historię, i dodają, że należało tak uczynić. Ponadto, zwolennicy judaizmu prowadzili walkę przeciwko Chrystusowi i chrześcijanom. Żołnierze ostatniego króla żydowskiego, Bar Kochby, zmasakrowali chrześcijan w roku 135. W Jemenie, w roku 519, żydowski władca, Yusuf Zu Nawas, spalił kościoły i zabił tysiące chrześcijan. Rzezie palestyńskich chrześcijan miały miejsce w latach 529 i 614.
Później, wojna toczyła się w obszarze ideologii. Średniowiecze było pełne brutalnej żydowskiej propagandy antychrześcijańskiej, czego przykłady można było znaleźć w „Jezus w oczach Żydów”, ostatnio opublikowanym kompendium żydowskiego piśmiennictwa o Jezusie, które zawiera podłe, napisane po arabsku w IX wieku „Toledot Yeshu” oraz „Nestor Hakomer”. Nawet dzisiaj  ulotki w Jerozolimie nazywają Judasza „wybawcą Izraela”. Dlatego, w wielkim skrócie, Żydów określano jako „wrogów Chrystusa”. Chrześcijanie bronili się, i także wymordowali niemało Żydów. Jednak osobliwością współczesnego spaczonego dyskursu jest to, że prześladowania Żydów przez chrześcijan są dobrze naświetlone, natomiast prześladowania chrześcijan przez Żydów są puszczone w zapomnienie. Istnieje „teologia chrześcijańska po Auschwitz”, lecz nie ma „judaizmu po masakrze nad sadzawką Mamilla, lub po Deir Yassin”. To zniekształcenie historii jest wykorzystywane przez przywódców żydowskich dla wywołania u chrześcijan zabójczego poczucia winy. Dlatego ważnym jest, aby wzajemne stosunki Żydów i chrześcijan nie były przedstawiane jednostronnie, jak to robią żydowscy apologeci.
Ostatecznie trzeba przyznać rację profesorowi Dawidowi Flusserowi, który ongiś napisał: „Żydzi nie powinni być potępiani za zamordowanie Chrystusa bardziej niż Francuzi za spalenie Joanny d’Arc lub Grecy za skazanie na śmierć Sokratesa”. Poniekąd tak, ale Francuzi wyrazili skruchę, a Grecy żal, z powodu owych  mordów.  Żydzi zaś nigdy nie ubolewali nad ukrzyżowaniem Aramejczyka.
 ***

O ile Chrystus chrześcijan przyszedł na ziemię, by zbawić i odkupić całą ludzkość, o tyle mesjasz żydowski ma przyjść po to, by zemścić się na całej ludzkości za cierpienia Izraela i ustanowić żydowską dyktaturę nad światem. Jak brzmi zapis w księdze Sefer Nitzahon Yashan z XIII wieku: „W dniach ostatnich, kiedy Mesjasz przyjdzie, Bóg zniszczy, zabije i unicestwi wszystkie nieczyste narody, za wyjątkiem synów Izraela”. (Por.: Israel Jacob Yuvala, Dwa narody w Twoim łonie).
O „kosmosie żydowskim” wybitny intelektualista Israel Szamir pisze: „W nim stworzenie świata oddzieliło świat od Boga czyniąc go w rezultacie bezbożnym, lecz w swoim miłosierdziu Wszechmocny wybrał Yizraela i dał mu Torę. Tora zstąpiła do naszego świata podobnie jak Mądrość w wizji gnostycznej, przy czym zrobiła to na zawsze, by nigdy nie opuścić już ziemi. Poślubiła ona Yizraela i razem rozpalili wyspę światła w uprzednio ciemnym świecie. Yizrael jest Kościołem Ludzkości, jest to jedyny ślad obecności Boga w materialnym świecie, ponieważ Yizrael mógł obcować z Bogiem, natomiast nie-Żydzi są egzystencjalnie rożni od ludu Yizraela i nie są oni w stanie wielbić Boga Yizraela, a tylko służyć Yizraelowi. Yizrael jest światłem dla narodów i narody są oświecane tym światłem, podobnie jak drzewo jest oświetlane słońcem, lecz pozostaje drzewem. W kosmosie żydowskim, wszelka łączność pomiędzy człowiekiem i Bogiem jest przerwana. Nawet bezpośrednia interwencja Boga jest odrzucana przez żydowskich „mędrców”, co w Talmudzie jest przedstawione następującymi słowy: ponieważ Tora została dana Izraelowi, więc wszystkie decyzje na ziemi są wykonywane przez nas. Po zniszczeniu Świątyni, nawet Yizrael nie może obcować z Bogiem.
Tutaj wybraństwo Yizraela jest wieczystym wybraństwem pewnej linii krwi. Nawet przyjmowanie neofitów nie zmienia tej zasady, ponieważ prawdziwy neofita rodzi się z żydowską duszą, lecz z niezbadanego wyroku Opatrzności Bożej, rodzi się w ciele nie-Żyda. Dla niego, nawrócenie jest jedynie sposobem naprawienia błędu, jaki zaistniał przy urodzeniu. Prawdziwy nie-Żyd nie może nawrócić się, ponieważ nie ma sposobu zapewnienia mu żydowskiej duszy. Niektórzy współcześni kabaliści uważają, że różnica pomiędzy Żydem i nie-Żydem zaznaczona jest na genetycznym poziomie DNA. Nie-Żyd, jak każde żyjące stworzenie, ma obowiązek czczenia Boga Yizraela: lecz nigdy nie powinien on próbować połączyć się z Izraelem. Goj usiłujący postępować zgodnie z naukami Tory, danej Yizraelowi, powinien być uśmiercony, podobnie jak człowiek z ludu próbujący nałożyć na swoją głowę koronę (królewską lub kapłańską). Nawet goj studiujący Torę powinien być uśmiercony, chociaż tutaj pojawia się problem naukowy, pod jakim pretekstem powinien on być uśmiercony, czy jako złodziej, który śmie pokusić się na dziedzictwo Yizraela, czy też jako cudzołożnik, za próbę pohańbienia prawowitej małżonki Izraela. A zatem żydowski kosmos jest odzwierciedlony w społeczeństwie kastowym, w którym kasta kapłańska jest oddzielona od reszty i nie ma przyzwolenia dla społecznej mobilności. W kosmosie żydowskim, Yizrael to realność, natomiast narody nie-żydowskie i ich bogowie to jedynie wymysł wyobraźni. Rozkład narodów nie-żydowskich oraz eliminacja ich bogów to teologiczny cel Yizraela, głoszona przez niego misja posiadania jedynego Boga i jednej Świątyni w Jerozolimie, bez żadnych innych form oddawania czci religijnej. Samo istnienie jakichkolwiek narodów nie-Żydów, posiadających własną sferę duchową, stanowi obrazę dla zawistnego Yizraela. Oto dlaczego Yizrael globalizuje i ujednolica świat, wykorzenia i rozbija ludzkość. Żydowskie poparcie dla globalizacji było potwierdzone przez dr Avi Bekera, dyrektora ds. Spraw Międzynarodowych Światowego Kongresu Żydów, członka zarządów Yad Vashem, Uniwersytetu Bar llan oraz Beth Hatefutsoth. W książce „Dispersion and Globalization: The Jews and the International Economy” pisał on: „Rozproszenie żydowskiego ludu, jego skoncentrowanie w pewnych dziedzinach ekonomiki, jego parcie do centrów ekonomicznych, i być może nawet jego narodowe i religijne charakterystyki, dały mu pewne przewagi, wymagane w ekonomice globalnej. W ciągu setek lat egzystencja Żydów w diasporze była oparta na globalizacji, a zatem i dzisiaj, tak jak w przeszłości, Żydzi poparli idee globalizacji, i stali się jej przedstawicielami.” Żydowską skłonność do internacjonalizmu i globalizacji można interpretować na kilka sposobów. Optymiści widzą ją jako dowód doskonałego człowieczeństwa Żydów. Jest to oczywiście możliwe. Możliwe jest także to, co mówią cynicy, że Żydzi widzą jedynie niewielkie różnice pomiędzy różnymi narodami i ludami; dla Żydów, goj jest gojem, a gojów można traktować jednakowo. Rozważmy takie żydowskie hasła: „Nacjonalizm zniknie! Religie muszą przeminąć! Jednakże Izrael nigdy nie zaginie, ponieważ ten mały lud jest Wybranym Ludem Bożym”.
Lecz czy Yizrael sam się nie zniszczy przez nowoczesność i globalizację? «Żydowskość» jest pojęciem głęboko teologicznym, archetypowym stosunkiem do rzeczy i człowieka, i Żydzi wierzą, że może ona przetrwać i wykorzenianie i homogenizację. Niektórzy Żydzi wyobrażają sobie doskonale wykorzenionego świeckiego Żyda, bez własnego języka, kultury i religii, w dalszym ciągu będącego Żydem. Niektórzy tradycjonaliści, mianowicie Aleksander Dugin, wierzą, że Yizrael jest także niszczony przez nowoczesność i dlatego Żydów można będzie przekonać, by w swoim własnym interesie przestali popierać wykorzenianie. Pożar jednak, pochłaniając drewno, niszczy także podstawę swojego istnienia. Mimo to nie można go przekonać, by powstrzymał się przed wypaleniem lasu. Zachowanie Yizraela jest podobnie bezwarunkowe, ponieważ nie ma sposobu, by można było jakoś powstrzymać tę osobę wyższego rzędu. Jak Golem, robi ona rzeczy, które jej rozkazano w innych okolicznościach i nie da się jej zatrzymać. Mamoniści nie-Żydzi w pełni popierają globalizację. „Uczniowie Mammona nie lubią zachwycającej mozaiki ras i kultur; zamiast tego chcą ujednolicić świat. Mają oni przyczynę praktyczną: łatwiej jest sprzedawać towary ujednoliconej ludzkości. Mają także przyczynę moralną: nie chcą, by ludzie cieszyli się tym pięknem wynikającym z wolności, należy więc to piękno zniszczyć. Po zniszczeniu wioski, wspaniałe starożytne przedmioty powinny być przekazane do muzeum (lub skansenu), bo dzięki nim można będzie zwiększyć cenę biletu wejściowego”. Yizrael popiera imigrację, ponieważ pomaga ona ujednolicić nie-Żydów; «wielokulturowość» powoduje obojętność religijną. Weil była przerażona ideą «wielokulturowości» polegającą na ogłoszeniu religii sprawą prywatną, nie mającą znaczenia publicznego, tak jak pójście na przyjęcie lub wybór krawatu. Była przerażona zdaniami w rodzaju: «Katolicy, protestanci, Żydzi lub ateiści – wszyscy jesteśmy Francuzami», jak gdyby wiara była bez znaczenia. Dla niej, wiara najbardziej określała jakość człowieka. Lecz w kosmosie żydowskim, bezbożny nie-Żyd jest o wiele lepszy od pobożnego, ponieważ bezbożnik jawnie świadczy o braku Boga poza Yizraelem, natomiast pobożny goj tworzy dla siebie fałszywego bałwana lub pretenduje do Korony Yizraela. Tak więc USA, będące obecnie państwem żydowskim, tak jak Włochy były katolickim, zakazały wspominać Allaha i Koranu w podręcznikach okupowanego Iraku. Personel USAID zażądał od ekspertów irackiego ministerstwa oświaty usunięcia wersetów Koranu z eksperymentalnych podręczników gramatyki arabskiej, i zastąpienia ich treścią neutralną. Amerykański ekspert proponował: „Jeśli w podręczniku gramatyki jest zdanie w rodzaju „Chwała Bogu”, musimy przedyskutować skorygowanie lub zamianę tego na inne zdanie”. Wojna przeciwko Islamowi nie jest tylko wojną o naftę, nie jest tylko wojną o państwo izraelskie i jego interesy, jest to także wojna religijna o narzucenie wiary w «Boga Yizraela» i wyrwanie z korzeniami istniejącej wiary. W USA wiara w Chrystusa jest z trudem tolerowana. Nawet męka Chrystusa okazuje się zakazana: film Mela Gibsona, ostro skrytykowany przez Żydów, nie mógł znaleźć dystrybutora. Zakazane jest nawet wystawianie w miejscach publicznych figurek bożonarodzeniowych. W rzeczy samej, według prawa żydowskiego, „nie-Żyd, wymyślający dla siebie święto religijne [takie jak Boże Narodzenie], podlega karze śmierci.
Jeśli Israel Szamir mówi prawdę, to wychodzi na to, że ideologia judaizmu jest najdzikszą formą zaślepienia szowinistycznego, odmawiającą całej ludzkości prawa do człowieczeństwa, a  dla  siebie  uzurpująca  miano  „wyższości”  i  „wybraństwa”. 
Nacjonalizm, jak twierdzą niektórzy ukraińscy teoretycy, jest wyższą formą patriotyzmu. Ale też staje się aberracją umysłową i moralną, gdy się stacza do poziomu chorobliwego szowinizmu  i  teokratycznego  etnocentryzmu,  stanowiącego  ostrą  aberrację  umysłową.   
                                                         ***
„Kosmos chrześcijański” jest zasadniczo różny od żydowskiego, na co wskazuje Israel Szamir: „W kosmosie chrześcijańskim, nie ma niemożliwej do przebycia egzystencjalnej przepaści pomiędzy Bogiem i światem, ponieważ sam Bóg zstąpił na świat i przyjął w nim ciało. Nigdy nie było także egzystencjalnej przepaści pomiędzy Żydami i nie-Żydami. Wszyscy jesteśmy synami Adama. Przed wcieleniem się Chrystusa, Żydzi czcili Boga, lecz nie mieli monopolu: Melchizedek, kapłan Boga Najwyższego, był rówieśnikiem Abrahama i jego przełożonym. Melchizedek, był kapłanem Najwyższego Boga, zwiastunem chrześcijańskiej tradycji przed przyjęciem ciała przez Jezusa Chrystusa. Chrystus jest nie tylko Mesjaszem Izraela, lecz także najwyższym kapłanem Kościoła Melchizedeka, Kościoła Ludzkości. Chrystus otworzył Izrael dla wszystkich. Światło, które było wewnątrz Izraela, objęło swym zasięgiem wszystkie narody, na podobieństwo rozprzestrzeniania się ognia w lesie. Było to możliwe, ponieważ idee chrześcijańskie były obecne pośród narodów świata tak samo jak były one obecne w starożytnym Izraelu. Simone Weil pisała o przedchrześcijańskich przeczuciach Greków i podkreślała nieżydowskie źródła wiary chrześcijańskiej. Odrzuciła ona koncepcję bałwochwalstwa nie-Żydów jako «wymysł żydowskiego fanatyzmu, ponieważ wszystkie narody przez wszystkie wieki znały Jedynego Boga».
Masowe objęcie nie-Żydów mocą i łaską Chrystusa nie spowodowało anulowania wybraństwa Izraela: był on i pozostał Wybrany. Izrael po Chrystusie, lub prawdziwy Izrael, to Kościół Chrystusowy, obejmujący Żydów i nie-Źydów, którzy przyjęli Chrystusa. Żydzi, którzy odrzucili Chrystusa, przestali należeć do Prawdziwego i jedynego Izraela, a zatem pozostają oni poza Przymierzem z Bogiem. A zatem z chrześcijańskiego punktu widzenia, Żydzi którzy odrzucili Chrystusa, zerwali z Bogiem. Dla Simone Weil, wiara żydowska po Chrystusie stała się formą bałwochwalstwa, ponieważ w samym określeniu Narodu Wybranego jest obecne żydowskie uwielbienie swego narodu względnie rasy (czyli doczesnego przedmiotu z tego świata). A zatem żydowski Yizrael jest wydzieloną resztką starożytnego rzeczywistego Izraela, która w najlepszym wypadku jest niczym, a w najgorszym jest sprzymierzeńcem szatana.” Analogia: Ortodoksyjne prawosławie uznaje papieża w Watykanie za aktualne wcielenie Szatana, gdyż katolicyzm jest właśnie chimerą moralną, zwaną często judeochrześcijaństwem.
Głębokie i płodne są rozważania Israela Szamira nad zachodnim „judeochrześcijaństwem” („żydokatolicyzmem”, jak to ujmuje arcybiskup Henryk  Muszyński, w którym  się  śpiewa  -  zupełnie  w  duchu  żydowskiego satanizmu   , że  nie  ma  Boga  poza  Izraelem” i że „pan Bóg został sługą obrzezanych”), a wschodnim „grekochrześcijaństwem” (prawosławiem). Uczony pisze: „Jeśli judaistyczna tendencja w chrześcijaństwie kładła nacisk na Chrystusa jako Człowieka (proroka lub nauczyciela), to tendencja gnostyczna widziała go jako Boga, którego wcielenie było jedynie iluzją. Dla gnostyków materia była szatańską pułapką na ludzkie dusze, ten świat to jedynie tymczasowe więzienie Ducha. Według tego archetypowego wyjaśnienia, świat został stworzony przez ignoranta (lub zwyczajnego diabła) Demiurga, żydowskiego Boga Jahwe, który nie był nawet świadomy wyższych sfer duchowych. Dlatego nasz świat jest daleki od doskonałości. Mądrość, archetypowa dusza, pokłóciła się z Najwyższym Bogiem i zstąpiła do świata materialnego. Tutaj cierpiała, została poniżona i doprowadzona do całkowitej nędzy. Poprosiła wtedy Ojca, Boga Najwyższego i zesłał On Chrystusa, Jej Oblubieńca i Zbawiciela. Chrystus poślubił Ją i zabrał, z powrotem do wyższego Świata Duchowego. Ta gnostyczna koncepcja była problematyczna, ponieważ odrzucała wzniosłą piękność naszego świata, jego cudowną naturę, materialną radość, oraz dzieło Chrystusa. Rzeczywiście, dla gnostyków Chrystus nie miał realnego ciała materialnego, i nie mógłby być ukrzyżowany: męka Golgoty była jedynie wizją. Koncepcja złego Demiurga przypomniała o rozłamie między człowiekiem i światem. W swojej radykalnej postaci gnostycyzm odrzucił małżeństwo, odrzucił naturę, odrzucił społeczeństwo i uważał tymczasowe przebywanie człowieka na ziemi za wyrok skazujący. Taki nihilizm był nie do wytrzymania, mało tego, był samobójczy dla społeczeństwa i rodzący się Kościół przeciwdziałał temu, skłaniając się ku tendencji judaistycznej, gloryfikującej Stwórcę i świat materialny. Krótko mówiąc tendencja judaistyczna wychwala  Materię i umniejsza Ducha zaledwie do koniecznego dodatku, natomiast tendencja gnostyczna uwielbia Ducha i uważa Materię za iluzyjne więzienie. Były to Scylla i Charybda myśli chrześcijańskiej, i Kościół płynął pomiędzy tymi niebezpieczeństwami, tocząc ostre i pasjonujące dyskusje. Drogą wybraną przez Kościół była zasada złotego środka pomiędzy dwiema sprzecznymi tendencjami; nazywa się to ortodoksją. Subtelnie wyważona, ortodoksyjna nauka mogła doprowadzić człowieka do Boga, utrzymując go w jedności ze społeczeństwem i przyrodą.
Żyjemy w czasach przytłaczającej przewagi tendencji judaistycznej; wiary w Materię i oddalenia się od Ducha. Sprawy teologiczne są tłumaczone na pozycje budżetowe i prawo kryminalne. Na przykład dla gnostyka  śmierć ciała jest mało ważna, lub nawet jest pożądana; chrześcijanin złotego środka uważa, że nie powinniśmy się obawiać tych, którzy chcą zabić nasze ciało, powinniśmy się obawiać tych, którzy chcą zabić naszą duszę; natomiast dla Żydów, ten kto zabija Żyda jest jak ktoś, kto niszczy cały świat. Idee te oznaczają, że: myśl gnostyczna jest dobra dla żołnierzy i dla ludzi uduchowionych, lecz może się wydać surowa zwykłym ludziom, natomiast idea żydowska jest pozornie humanistyczna, lecz doprowadziła do wielkiego przeludnienia, nadmiernej opieki nad ludźmi starymi i ułomnymi dziećmi, kwitnącej opieki medycznej dla bogatych, i zakazu eutanazji. Powrót do chrześcijańskiej równowagi pozwoliłby starym ludziom umierać w spokoju, a młodym normalnie się rozwijać.
Żydzi nie są niebezpieczni dla społeczeństw niechrześcijańskich, ich koncepcje nie rezonują tam z najgłębszymi strukturami. Żydzi w Indiach, Chinach lub Japonii byli jedynie niewiele znaczącą etniczną lub religijną mniejszością, lecz dla społeczeństw chrześcijańskich stanowili oni siłę śmiertelnie niebezpieczną.
Rene Guenon sformułował koncepcję „przeciw-wtajemniczenia”. Jest to grupa uczniów doskonale znających ezoteryczną stronę wiary, lecz działających przeciw jej celom. Dla niego sataniści lub niektórzy masoni byli uczniami przeciw-wtajemniczenia. Natomiast Aleksander Dugin zaproponował inne spojrzenie: pewne religie działają jako grupy «przeciw-wtajemniczenia» wzajemnie w stosunku do siebie. Judaizm oraz chrześcijaństwo są taką parą wzajemnie przeciw-wtajemniczonych religii. Rozpowszechniły się one w tym samym czasie, w pierwszych wiekach po Chrystusie, gdy ojcowie Kościoła z jednej strony i Tanaim oraz Amoraim z drugiej, stworzyli, będąc całkowicie świadomi swojej przeciwstawności, wzajemnie wykluczające się komentarze do Biblii. Odpowiednio wykształcony żydowski erudyta działa w społeczeństwie chrześcijańskim jako przeciw-wtajemniczony, natomiast chrześcijański duchowny w państwie żydowskim podkopuje ślepą lojalność Żydów. Nie na darmo w państwie żydowskim, chrześcijaństwo jest szykanowane. Aby wyżyć, chrześcijaństwo musi zwalczać tendencję judaistyczną nawet jeśli jest ona zamaskowana jako ruch niereligijny. Jednakże symetria nie jest tutaj pełna.
Religie zwykle odgrywają podwójne role, jako instytucje określające ograniczenia dla społeczeństw, oraz jako protektorki różnorodności. Podział na szyitów i sunnitów pozwolił Persom  i  Arabom zachować ich odmienne kulturalne dziedzictwa. Podobnie, istnienie odmiennych kościołów, prawosławnego i katolickiego, pozwoliło Rusinom zachować swoją kulturę nawet wtedy, gdy Zachód miał przewagę. Niektóre społeczności religijne mogą pokojowo współistnieć w jednym państwie: przykładem są sunnicki islam i prawosławne chrześcijaństwo, zgodnie współżyjące razem od Palestyny do Turcji i Rosji. Lecz para ta nie może dzielić jednego państwa z chrześcijanami zachodnimi, katolikami lub protestantami, co przejawiło się rozpadem Jugosławii i Czechosłowacji, niemożnością utrzymania katolickiej Chorwacji przez Imperium Ottomańskie, oraz niemożnością podporządkowania sobie przez Rosję katolickiej Polski i Litwy, a także protestanckich państw bałtyckich. Różnice religijne często wskazują na niezdolność społeczeństw do mieszania się ze sobą. Istnieje rosyjski żart: „Co jest zdrowe dla Rosjanina, zabija Niemca”. Japonia, sprzed epoki Meidzi, pozwalała holenderskim kupcom przekraczać swoje granice pod jednym warunkiem: mieli oni podeptać Ewangelię. Japończycy uważali, że tacy kupcy nie zabiorą ze sobą religijnego bagażu i nie zagrożą zwartości japońskiego społeczeństwa. Wracając do judaizmu i chrześcijaństwa, napotkamy na następujący problem: tendencja judaistyczna może przeniknąć do społeczeństwa chrześcijańskiego pod niereligijną postacią materialną i zacząć go rozkładać. W przeciwieństwie do powyższego przykładu japońskiego, i odrzucenie przez Żydów ich tradycyjnej wiary jest dalece  niewystarczające.
Tradycyjnym lekarstwem na wpływy judaistyczne jest tendencja gnostyczna, i dlatego Simone Weil poszła za Marcjanem odrzucając Boga Żydów i Stary Testament. Wpływ gnostyczny jest szczególnie silny w Islamie: muzułmanie, podobnie jak doketystyczni gnostycy, wierzą, ze ukrzyżowanie było jedynie wizją i że Bóg wziął Chrystusa do nieba, pozostawiając wyobrażenie człowieka na krzyżu. Usuwając Biblię z kanonu Islamu, muzułmanie uchronili się przed niewolniczym trzymaniem się tendencji judaistycznej; zakazując lichwy uniemożliwili żydowsko-mammonistyczny sojusz. Nie posiadając ani papieża ani Watykanu, uniknęli oni wyjaławiającej resztę kraju koncentracji władzy duchowej w jednym miejscu. Zwycięstwo muzułmanów nad Żydami było tak całkowite, że Żydzi przestali zagrażać Islamowi. Mała społeczność zajmująca się rzeczami zakazanymi (lichwa, pożyczki, magiczne czary) osiągnęła pozycję podobną do wspólnoty Barakumin w Japonii, która była kastą pariasów zajmującą się ubojem zwierząt, zabronionym przez prawo buddyjskie. Jednak tylko do pewnego momentu: Barakumin nie mogli polepszyć swego losu poprzez ścisłe stosowanie się do norm buddyjskich, natomiast Żydzi w świecie muzułmańskim mogli włączyć się w społeczeństwo przyjmując islam. W bajkach Tysiąca i jednej nocy, które powstały w abbasydzkim Bagdadzie, muzułmański bohater pokonujący bogatego, nikczemnego i wstrętnego żydowskiego czarnoksiężnika, zawsze wymaga porzucenia jego szatańskiej wiary. Żydówki nawracają się z łatwością i wychodzą za mąż za muzułmanów. Dlatego anty-judaistyczna ideologia w Islamie z trudem utrzymuje się przy życiu. Muzułmanie nie potrzebują i nie rozumieją anty-judaistycznych pomysłów społeczeństw Europy Zachodniej, względnie prawosławnego chrześcijaństwa: żadne ilości drukowanych Protokołów, ani nawet sterowana przez Żydów antyislamska propaganda nie może zmienić tego faktu. Dla muzułmanów Żydzi nie stanowią ideologicznego niebezpieczeństwa i Żydzi muszą walczyć z nimi czołgami oraz rakietami, zamiast używać bardziej subtelnych sposobów, jakie stosują przeciwko chrześcijaństwu. Opowiadania o «muzułmańskim antysemityzmie» to nie tylko wprowadzanie w błąd, to są po prostu kłamstwa. Lecz oznacza to także, że przykład muzułmański nie jest w stanie pomóc napastowanemu chrześcijaństwu w walce z jego najstarszym wrogiem. Dopiero ostatnio powstała sekta wahabitów, która odrzucając pielgrzymki do lokalnych świątyń (ziyara) i okazywanie czci świętym, uznając «ścisły monoteizm» zwraca się ku tendencji judaistycznej. Wahabici nie są przyjaciółmi Żydów, lecz nie byli także poprzednikami chrześcijan-syjonistów.
Wewnątrz doktryny chrześcijańskiej, napięcie pomiędzy Jerozolimą i Atenami, pomiędzy aktem stworzenia i objawieniem, pomiędzy judeo-chrześcijanstwem i greko-chrześcijaństwem, doprowadziło do różnych rozwiązań na Wschodzie i Zachodzie. Nawet przed schizmą, Kościół Wschodni wolał tendencję hellenistyczną z jej ezoterycznymi rysami i Chrystusem-Bogiem, natomiast Kościół Zachodni był za tendencją judaistyczną   ezoterycznego kultu z Chrystusem-Człowiekiem. Wewnątrz tej samej ortodoksji, Wschód wolał Ducha, natomiast Zachód wolał Materię. Schizma pomiędzy Wschodem i Zachodem wzmocniła te przeciwstawne tendencje i chrześcijaństwo zachodnie, odłączone od swoich duchowych korzeni na wschodzie, przesunęło się w kierunku większego materializmu. Lecz tego było za mało dla kalwinistów, którzy praktycznie odtworzyli judaizm bez Żydów. Powrócili do Starego Testamentu, uprawomocnili lichwę, zrezygnowali z kultu Matki Boskiej, odrzucili Kościół i sakramenty, popełnili wiele zbrodni ludobójstwa i doprowadzili do powstania drapieżnego kapitalizmu. Jeśli chcemy myśleć o tej tendencji pozytywnie, to możemy identyfikować ją z wolnością, wolnością od ograniczeń nakładanych przez społeczeństwo, wolnością od moralności, wolnością dla silnych do uciskania słabych, i na koniec, wolnością od Boga. To królestwo wolności było zaledwie pośrednim etapem na drodze do zniewolenia pozbawionego swoich korzeni człowieka, jednak poszukiwacze wolności nie zrozumieli tego. W rezultacie tendencja judaistyczna odniosła zwycięstwo na Zachodzie, tworząc bezduszny, zeświecczony świat, przygotowany dla judaistycznego kościoła Mamona. Jednakże bitwa nie skończyła się: tendencja judaistyczna została zaatakowana z lewa  przez komunistów i z prawa  przez narodowych socjalistów. Żyjemy dzisiaj w świecie powstałym po wielkim zwycięstwie żydo-mamonistów nad tymi buntownikami.
                                                              ***
Także w zakresie etyki mają miejsce istotne różnice interpretacyjne tych samych norm. Opierając się na książce Andrzeja Niemojewskiego Dusza żydowska w zwierciadle Talmudu, można dostrzec istotne różnice między treścią chrześcijańskiego i talmudycznego Dekalogu.
Przykazanie 1. Jam jest Jahwe, Bóg twój, nie będziesz miał cudzych bogów przed obliczem moim.
Talmud bałwochwalstwa, czyli oddawania czci innemu Bogu, nie zalicza do „znieważenia imienia bożego”. Natomiast przez znieważenie imienia bożego”, Żydzi rozumieją wyłącznie przyłapanie ich na mistyfikacji, oszustwie lub krzywoprzysięstwie. Wielu Żydów pozornie np. przyjmowało chrześcijaństwo, pozostając w duchu Żydami. W relacjach z gojami przechrzty prezentowali się jako katolicy, a wobec Żydów jako Żydzi. Nie było to grzechem, lecz sprytem.
Przykazanie 2. Nie wzywaj imienia Jahwe, Boga twojego, do fałszu. (Nie będziesz brał imienia Boga twego, Pana twego, nadaremno.)
Dla chrześcijan jest oczywistym, że dla uwiarygodnienia nieprawdy, nie godzi się powoływać na świadka Boga. Talmud widzi to inaczej. Żyd nie jest zobowiązany dotrzymywać złożonej przysięgi. Każdy Żyd może zwolnić się z przysięgi złożonej w imię Boga Izraela, oświadczając trzem specjalnie w tym celu obranym Żydom, iż chce nie dotrzymać przysięgi. Jeśli oni trzykrotnie powiedzą do niego mutter lach (wolno tobie), jest uwolniony. Zresztą Żydzi mogą podczas przysięgania, odczyniać w sercu magicznie przysięgi, unieważniające przysięgę. Natomiast „wobec gojów oraz celników i rozbójników” przysięgi nie obowiązują. Żyd może wymamrotać „wszelki ślub, który uczynię, niechaj będzie unieważniony”, lecz powinien on o tym pamiętać podczas ślubu (Miszna, Nedarim III, 1).
Przykazanie 3. Pamiętaj o dniu szabasu, abyś go święcił. (Pamiętaj, abyś dzień święty święcił). Stosowanie się do tego przykazania nie ma kontrowersji, choć Żydzi przestrzegają je bardziej rygorystycznie.
Przykazanie 4. Czcij ojca twego i matkę twoją.
Gdy Żyd nie chce łożyć na utrzymanie rodziców, może powiedzieć: wszystko, co wam byłoby ode mnie użyteczne, jest – korban”, czyli ofiarą na świątynię. Wówczas, zostaje uwolniony z tego przykazania, czyli z troski o los swych rodziców. Chrześcijanie też często zaniedbują starych rodziców.
Przykazanie 5. Nie zabijaj.
Wedle Miszny  Żyd ma prawo zabić własne dziecko, jeśli sądzi, nawet mylnie, że jest niezdolne do życia. Także wolno mu bezkarnie zabić goja, a nawet podstępnie zabijać tych Żydów, którzy innym Żydom szkodzą w interesach na rzecz gojów lub władzy gojskiej. „Jeśli (Żyd) chciał zabić bydlę, a zabił człowieka, nie-Żyda, a zabił Żyda, dziecko przedwcześnie zrodzone, a zabił dziecko zdolne do życia, jest wolny” (Miszna, Sanhedryn IX. 2).
I dalej: „Jeżeli goj zabił goja lub zabił Żyda, to odpowiada, a jeżeli Żyd zabił goja, to nie odpowiada (Tosefta, Awoda Zara VIII, 5. Kto zabije goja, wolny jest od sądu ludzkiego, lecz sąd nad nim pozostawia się niebu” (Mechilta Miszpatim do Exodusu XXI, 14).
Przykazanie 6. Nie cudzołóż. Łącznie z Przykazaniem 9. Nie pożądaj żony bliźniego twego.
Cudzołóstwo, będące skutkiem pożądania, polega na złamaniu przysięgi (obietnicy) wierności małżeńskiej i może jako takie, mieć miejsce w odniesieniu do małżeństw związanych przysięgą wierności. Żyd jednak może przysięgę unieważnić, tym bardziej, że wg Talmudu kobieta ma status niewolnicy lub przedmiotu stanowiącego własność małżonka. Zatem trudno byłoby mówić o przysiędze małżeńskiej i jej łamaniu przez Żydów. Z księgi Eben Haecer (§ 62 art. 2) dowiadujemy się: „Żyd może pojąć jednego dnia tyle żon, ile mu się podoba...”, może też bez uzasadnienia wręczyć swej żonie pismo rozwodne, które unieważnia małżeństwo. Talmud jednak za cudzołóstwo przewiduje ukamienowanie, ale dla sodomitek – tylko chłostę i śmierć bydlęcia.
Uzasadniając niewinność Żyda za czyny popełnione w stanie „niewiedzy”, Toseita, Keritot (11,12) pisze: „...z nim jego żona i jego siostra, i on miał stosunek z jedną z nich, i nie wiadomo, z którą”. Oczywiście, ów Żyd nie jest winny kazirodztwa, po prostu nie wiedział. Albo „nie powinno się karać mężczyzny za stosunek płciowy z dziewczynką poniżej trzech lat” (Eben Haecer § 20 art. 1 Hagah). Albo też wedle tej samej księgi Eben Haecer § 37 art. 4 „Żydówka może być zaręczona, mając trzy lata i jeden dzień. Ojcu wolno ją zaręczyć przez stosunek płciowy z nią!”
Przykazanie 7. Nie kradnij.
Pojęcie kradzieży w kulturze chrześcijańskiej jest dość wyraziste i nie wymaga wyjaśnień ani interpretacji. Natomiast według Talmudu, kradzież istnieć może w różnych wariantach etycznych, prawnych i obyczajowych.
„Majętności gojów są jako pustynia, kto je pierwszy zajął, pierwszy ma do nich prawo” (Baba Batra 54b oraz Choszen Hamiszpat § 156 art. 5). Jest to podstawowa kategoria prawa talmudycznego w stosunku do własności. Żydzi, kupując cokolwiek z rąk gojów, według Talmuduwyzwalają własność”, „ratują” z rąk gojskich” (Tosefta, Awoda Zara I, 8). Nie-Żyda wolno bezpośrednio okraść tj. oszukać go w rachunku itp. byle tego nie zmiarkował, gdyż imię boże mogłoby być znieważone” (Choszen Hamiszpat § 348).
Na przełomie XVIII-XIX wieku kahały (gminy żydowskie), sprzedawały potajemnie Żydom prawo rozporządzania majętnościami gojów, czyli chazakę. Nabywający Żyd mógł te majętności jako handlarz, faktor, lichwiarz eksploatować nie obawiając się konkurencji innych Żydów. Poza chazaką kahały sprzedawały także meropę, czyli osobę goja razem z jego majątkiem, z którą inny Żyd nie mógł już wchodzić w stosunki handlowe.
Żydzi dzielili i wyprzedawali między sobą place, domy i sklepy nieżydowskie, nawet majętności klasztorne i arcybiskupie. Nabywca tej cudzej własności, której właściciel nic naturalnie o tym nie wiedział, stawał się jej „posiadaczem od środka ziemi, aż do wyżyny niebios”. Solidarnie współdziałając wywłaszczali też z mienia i dobrego imienia tysiące uczciwych ludzi, pozbawiając ich rodziny chleba.
Przykazanie 8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu twemu.
Chrześcijanie za bliźniego uważają każdego człowieka. Talmud jednak za bliźniego uważa tylko Żyda.  Według Talmudu, Żyd niezależnie od racji, nie może fałszywie świadczyć   o innym Żydzie. Zakaz dawania fałszywego świadectwa nie obejmuje gojów, których można fałszywie oskarżać. („Żyd nie może świadczyć w sądzie gojskim na niekorzyść Żyda, ale może świadczyć na niekorzyść goja”Choszen Hamiszpat § 28, art. 3 i 4).
Przykazanie 10. Nie pożądaj domu bliźniego twego, ani sługi, ani służebnicy, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest.
Żyd ma dla zaspokojenia swych pożądań majętności goja, nie będącego jego „bliźnim”. Te majętności, jak uczy Baba Batra 54b, są dla Żyda, narodu wybranego, jako rzecz niczyja, a jeżeli pierwszy na nich rękę położy, będą jego na zasadzie prawa dawności, chazaka (Miszna, Baba Batra III, 1).
Żyd nie musi pożądać niczego, co posiada jego bliźni – Żyd, bowiem jest właścicielem dóbr gojskich. A sądy żydowskie strzegą praw żydowskich z całą determinacją bez względu na rację. Nie wolno sądzić się w sądzie nieżydowskim i w nieżydowskich instancjach. Zakaz ten nie traci siły nawet w wypadkach, kiedy prawo nieżydowskie to samo mówi, co żydowskie, oraz gdyby obie strony życzyły sobie, zwrócić się do sądu nieżydowsktego. Kto naruszy ten zakaz, jest złoczyńcą.” (Choszen Hamiszpat § 26 ar. 1).
Powyższe zestawienia wykazują dostatecznie, że religia Dekalogu, jest zgoła czymś innym – niż religia Talmudu. Dobro w Talmudzie nie jest wartością obiektywną, wszystko jest dobre, co  jest skuteczne, a skuteczność, mierzy się korzyścią  żydowskich  „współplemieńców”.
 ***

Jest to wszelako tylko jedna strona medalu, a przecież istnieje i druga, naprawdę piękna i błyskotliwa. I owszem, przytoczone powyżej sformułowania, brane poza konkretnym kontekstem historycznym, socjologicznym i psychologicznym, w którym powstały, budzą zaskoczenie i zgorszenie. Nie mają one jednak charakteru uniwersalnego w przeciwieństwie do wzniosłych i mądrych sformułowań, które w dużej obfitości też się w Talmudzie znajdują, a garść z których poniżej przytaczamy:
– „Hillel zwykł był mówić: Jeżeli nie ja sobie, to kto mnie (pomoże); jeżeli jestem sam, to kim jestem; a jeżeli nie teraz, to kiedy?” (Awot 1, 14).
– „Rabbi Jehuda Ha Nassi powiada: Jakaż jest droga prosta, którą wybrać ma człowiek? Każda przynosząca zaszczyt temu, kto ją wybiera i przynosząca mu zaszczyt u ludzi. Bądź ostrożny zarówno w przykazaniach drobnych jak i wielkich, bo nie wiesz, jaka jest nagroda, a obliczaj korzyść czynu dobrego w stosunku do nagrody i korzyść grzechu w stosunku do straty. Zważaj na trzy rzeczy, a nie dojdziesz do grzechu. Wiedz, co jest w górze nad tobą: oko widzące, ucho słyszące a wszystkie twoje czyny zapisane w księdze” (Awot 2, 1).
– „Rabbi Tarfon powiada: Dzień krótki, praca długa, robotnicy leniwi, nagroda wielka, a gospodarz pogania” (Awot 2, 20).
– „Akawia ben Mahalalel powiada: Zważaj na trzy rzeczy, a nie dojdziesz do grzechu: Wiedz, skąd przychodzisz, dokąd idziesz i przed kim masz zdać sprawę. Skąd przychodzisz? Ze śmierdzącej kropli. Dokąd idziesz? Do miejsca prochu, robactwa i czerwi. A przed kim będziesz musiał zdać sprawę? Przed królem, który jest Królem królów, przed Tym, który jest Święty Błogosławiony” (Awot 3,1).
– „Ben Azaj powiada: Spełniaj ochoczo dobre czyny choćby najłatwiejsze, a uciekaj od grzechu, bo dobry czyn pociąga za sobą dobry czyn, a grzech pociąga za sobą grzech; nagrodą dobrego czynu jest dobry czyn, a karą za grzech jest sam grzech” (Awot 4, 2).
– „Ben Azaj mówił: Nie gardź żadnym człowiekiem i nie lekceważ żadnej rzeczy, bo każdy człowiek ma swoją godzinę, a każda rzecz ma swoje miejsce” (Awot 4, 3).
– „Rabbi Lewitas, mieszkaniec Jawne, powiada: Bądź bardzo, bardzo pokorny, bo całą nadzieją człowieka jest robactwo” (Awot 4, 4).
– „Szemuel Młodszy powiada: Nie ciesz się, gdy pada twój wróg, nie raduj się w duchu, kiedy się potknie, bo Pan zobaczy i uzna to za złe i odwróci swój gniew od niego” (Awot 4, 24).  [Dziwna  argumentacja!].
– „Wydawało mi się, że parzy was nawet letnia woda, a okazuje się, że nie parzy was nawet wrzątek” (Berachot 16).
– „Bądź raczej przeklinany, ale sam nie przeklinaj” (Berachot 51).
– „Niechaj człowiek nie czuwa pośród śpiących, nie śpi wśród czuwających, nie płacze pośród śmiejących się, nie śmieje się wśród płaczących. Niech nie czyta Pisma pośród studiujących Misznę i niech nie studiuje Miszny wśród czytających Pismo. W ogóle: niech się nie wyróżnia od innych” (Derech Erec Zutta 5).
– „Pewien człowiek przyszedł do Rawa i rzekł: Władca mojego miasta przykazał mi: Idź i zabij tego i tego człowieka, a jeżeli tego nie zrobisz, ja zabiję ciebie.
Odrzekł mu Rawa: Niech cię zabije, a ty nie zabijaj. Czemu sądzisz, że twoja krew jest czerwieńsza? A może to krew tamtego człowieka jest czerwieńsza od twojej?” (Pesachim 25).
– „O trzech Święty Błogosławiony ogłasza i oznajmia dzień w dzień: o bezżennym, który mieszka w wielkim mieście i nie grzeszy, o biedaku, który znalazł zgubę i zwrócił ją właścicielowi, i o bogaczu, który płaci swoje podatki bez rozgłosu” (Pesachim 113).
– „Trzej kochają się wzajemnie, a oto oni: ludzie na obczyźnie, niewolnicy i kruki” (Pesachim 113).
– „Biada pokoleniu, którego bohaterzy są w pogardzie” (Jalkut  Szimeoni-Rut).
– „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego.” Rzecze Rabbi Akiwa: To wielka zasada Tory.
Ben Azaj powiada: „Oto księga dziejów Adama... stworzył go na podobieństwo Boga”. To zasada większa od tamtej” (Siffra Kedoszim).
– „Człowiek powinien postępować tak, jakby mieszkał w nim Bóg” (Taanit 11).
– „Raw Baroka Chozaa przechadzał się po rynku w miejscowości Bej Lefet. Razem z nim był Elijahu. Zapytał go: Czy tu na rynku jest jakiś człowiek godny życia przyszłego? Odpowiedział mu: Nie. – W tej chwili nadeszło dwóch ludzi. Rzekł doń Elijahu: Oto ci ludzie będą mieszkańcami przyszłego świata.
Raw Baroka podszedł do nich i zapytał: Czym się trudnicie? Odpowiedzieli: Jesteśmy ludźmi wesołymi, rozweselamy smutnych, a kiedy widzimy dwóch kłócących się, usiłujemy skłonić ich do zgody” (Taanit 22).
– „Gdy myślisz i rozważasz, dochodzisz do tego, że każdy człowiek ma trzy imiona: jedno to, jakim nazywają go ojciec i matka, drugie jakim nazywają go ludzie, i trzecie – jakie zdobywa sobie sam; a najważniejsze jest to własnie” (Tanchum Wajichal).
– „Uczyliśmy się: Tak postępowali porządni ludzie w Jerozolimie: Nie podpisywali weksli, chyba że wiedzieli, kto podpisuje wraz z nimi. Nie zasiadali w sądzie, chyba że wiedzieli, kto zasiada razem z nimi. Nie brali udziału w uczcie, chyba że wiedzieli, kim są współbiesiadnicy” (Sanhedrin 23).
– „Dobry jest wspólny posiłek, bo zbliża oddalonych” (Sanhedrin 103).
– „Siedem dołków pod człowiekiem uczciwym, a tylko jeden pod złym(Sanhedrin 7).
– „Jeśli jakieś sprawy stoją między tobą a Stwórcą – będzie ci wybaczone, ale jeśli są jakieś sprawy między tobą a twoim bliźnim, nie będzie ci wybaczone, dopóki go nie przeprosisz (Siffa Amare).
– „Rzekł Rabbi Jehoszua ben Lewi: Każdy, kto ma zwyczaj dobrze czynić, doczeka się synów mądrych, bogatych, biegłych w Agadzie” (Bawa Battra 19).
– „Jeśli ktoś ci powiada: Usuń źdźbło z twoich oczu, odpowiedz: Usuń belkę z twoich oczu(Bawa Batra 15).
– „Niech twoja wola ustąpi przed wolą bliźniego(Derech Erec Zutta 1).
– „Moje poniżenie to moje wywyższenie, moje wywyższenie – moje poniżenie” (Szemot Rabba 45).
– „Jaką miarą kto mierzy, taką mu odmierzą” (Sotta 5).
– „Lepszy jest ten, kto czyni dobrze z miłości niż ten, kto działa ze strachu” (Sotta 31).
– „Gdy oddalasz od siebie kogoś lewą ręką, prawą natychmiast go przybliżaj” (Sotta 47).
– „Nie mieszka się pod jednym dachem z wężem” (Jewamot 112).
– „Temu, kto pluje w górę, plwocina spadnie na twarz” (Kohelet Rabba 7).
– „Kto uwłacza swemu bliźniemu choćby tylko słowami, winien go przeprosić.
Rzekł Rabbi Chisda: A winien go przeprosić przed trzema szeregami po trzech ludzi” (Joma 87).
– „Mawiali nasi mistrzowie: Życie człowieka należy ratować nawet w sobotę, godny pochwały jest ten, kto czyni to najgorliwiej: nie potrzeba na to specjalnego pozwolenia, sądu. Jakie bywają sytuacje?
Ktoś ujrzał dziecko, które wpadło do morza, zarzuca sieć i wydobywa je. Widzi dziecko, które wpadło do dołu i zostało zasypane – odwala bryłę ziemi i wydobywa je. Ktoś widzi, że zatrzasnęły się drzwi za dzieckiem – wyłamuje drzwi i wyprowadza je. W sobotę gasi się pożar i pilnuje, aby się nie rozprzestrzenił, a kto czyni to najgorliwiej, godzien jest pochwały i nie potrzeba na to pozwolenia sądu” (Joma 84).
– „Trzy rzeczy niweczą okrutne wyroki: modlitwa, jałmużna i skrucha” (Jeruszalmi, Taanit 2).
– „Gdy pada jeden rząd winorośli, wkrótce niszczeje cała winnica” (Awot d'Rabbi Natan 24).
– „Rabbi Eliezer zwykł był mówić: Człowiek powinien unikać tego, co brzydkie, a nawet tego, co wydaje się brzydkie(Tossefta, Cholin 2).
„Sławiłem radość” – to radość spełniania nakazów.  A radości – gdzież tu jest miejsce?” – to radość spełniania nakazów. Nauczają, że Duch Boży nie gości tam, gdzie panuje smutek, gdzie lenistwo, śmiech, lekkomyślność, gadulstwo i błahostki – ale tam, gdzie jest radość spełniania nakazów, jak powiedziano: „A teraz przyprowadźcie mi muzykanta, i stało się, gdy począł grać muzykant, że spoczęła na nim ręka Pana” (Szabbat 30).
– „Rabbi Akiba miał córkę. Chaldejczycy przepowiedzieli mu, że w dniu, w którym stanie pod ślubnym baldachimem, zostanie ukąszona przez węża i umrze. Zmartwił się bardzo.
Nadszedł ów dzień. Córka jego wzięła długą ozdobną szpilę i wbiła ją w ścianę; szpila trafiła w oko węża i w nim utkwiła. Nazajutrz rano, gdy wyjmowała ze ściany szpilę, spadł ze ściany wąż. Zapytał ojciec: Cóżeś takiego uczyniła?
Odrzekła: Wczoraj wieczorem przyszedł jakiś biedak i stanął u wejścia. Wszyscy zajęci byli ucztą i nie zwracali na niego uwagi. Ja wstałam i oddałam mu jedzenie, które mi podałeś.
Rzekł jej: Zrobiłaś dobry uczynek. I zaraz zaczął nauczać: „Jałmużna wybawia od śmierci” i to nie tylko od śmierci gwałtownej, ale od każdej śmierci(Szabbat 156).
– „Rzekł Rabbi Chanina: Jak należy rozumieć powiedzenie: „Pan wzywa na sąd starszyznę swego ludu i jego wielmożów” – wszak jeśli wielmoże zawinili, to czemu winić starszych? Dlatego, że ci starsi nie przeciwstawiali się wielmożom” (Szabbat 54, 55).
– „Oto obrońcy człowieka: skrucha i dobre uczynki” (Szabbat 32).
– „Nie czyń bliźniemu co tobie nie miłe” (Szabbat 31).

Przytoczone fragmenty -  jedne  z  bardzo  wielu  -  podważają  mniemanie o rzekomo barbarzyńskiej, szowinistycznej, nacechowanej nienawiścią do innych ludzi i narodów mentalności żydowskiej, która z natury – z pewnymi wyjątkami oczywiście – jest wzniosła, szlachetna i głęboko humanistyczna. A niekiedy nawet zabawna: w Izraelu samoloty pasażerskie nie startują w nocy, ponieważ Talmud kategorycznie nakazuje obowiązek zupełnej ciszy w okresie snu…
 ***

Jeśli chodzi o współczesność, to wydaje się, że jednym z najważniejszych faktycznych źródeł antysemityzmu jest pazerność na cudze mienie międzynarodowej oligarchii żydowskiej, która chętnie tworzy sieć mafijną o zasięgu globalnym, wyzyskuje, grabi, okrada i doprowadza do rozpaczy całe narody i państwa przez perfekcyjnie dokonywane wrogie przejęcia całych gałęzi gospodarki, bankowości, mediów, a nawet rządów w poszczególnych krajach, doprowadzając je następnie do materialnej i moralnej ruiny. Jest to postępowanie – przy całej swej perfidii – nader krótkowzroczne, gdyż brzemienne w możliwość niekontrolowanych, żywiołowych wybuchów masowego antysemityzmu praktycznego, jak to np. stało się w Niemczech podczas Republiki Weimarskiej, która   skończyła  się rokiem 1933 i obozami zagłady. Ale cóż wspólnego z oligarchicznymi złodziejami miały miliony prawych, szlachetnych, pracowitych, a niewinnie pomordowanych zwykłych Żydów, którzy tak niesprawiedliwie musieli płacić życiem za zbrodnie zawsze  nienasyconych   miliarderów?
Isaiah Berlin pisał: „Z ludźmi dzieje się podobnie, jak z rzeczami: na ogół są tym, za co się ich uważa, a niekoniecznie tym, za co chcieliby się sami uważać. Stół jest tym, co ludzie zwykli traktować jako stół i nie jest w stanie na to nic poradzić. Nie wiemy, co powiedziałby, gdyby umiał mówić, gdyby jednak stwierdził, że według niego nie jest stołem, nie przestalibyśmy z tego powodu uważać, że jednak nim jest. Jest to równie prawdziwe w odniesieniu do osób. Spędziwszy ostatnie pół wieku na powtarzaniu sobie, że Żydzi  w Niemczech są Niemcami, we Francji Francuzami, Peruwiańczykami w Peru, i że wszędzie uznano to za normalne, Żydzi świata zachodniego nie mogli na dłuższą metę udawać, że w opinii swoich sąsiadów są tacy sami jak wszyscy. Niektórzy z sąsiadów bynajmniej nie kryli się z przeciwną opinią, co więcej, przynajmniej w pewnych okresach, zaczęli ją głosić natarczywie i bez litości. Raz mówiło się, że to antysemityzm, kiedy indziej, że ignorancja, kiedy indziej jeszcze, że to złudzenie rozpowszechniane wśród Żydów umyślnie przez obskurantów i szowinistów. Dziewiętnastowieczni optymiści mogli utrzymywać, że problem nie istnieje lub też zanika. Doszło do tego, że dotykalną realność tego problemu musiano uznać w najbardziej asymilacjonistycznych kołach żydowskich naszej epoki, co doprowadziło do zróżnicowanych, niemniej w każdym przypadku równie osobliwych, skutków psychologicznych.
Skorzystajmy, jeśli nie będzie to nadużyciem, z nowego porównania. Oto jak się chwilami ta sytuacja przedstawiała. Żydzi z tych kręgów zachowywali się jak grupa ludzi ułomnych, dajmy na to garbatych. Można było wśród nich wyróżnić trzy typy, w zależności od tego, jak podchodzili do swego garbu. Pierwszą kategorię stanowili ci, którzy utrzymywali, że nie mają garbu. Jeśli udało się ich sprowokować, przedstawiali dokument poświadczony i podpisany przez przywódców wszystkich państw, a zwłaszcza najbardziej spośród nich oświeconych. Czytało się tam uroczystą deklarację, że osoby legitymujące się niniejszym zaświadczeniem są normalnie zbudowane i normalnie rozwinięte, że nic ich nie odróżnia od innych zdrowych istot i że sądzić odwrotnie jest obelgą wobec międzynarodowej moralności. Jeśli mimo to ktoś uporczywie wpatrywał się w ich plecy, garbaci dowodzili, że jest to przypadek złudzenia optycznego albo też gwałtowna forma zabobonu, który wywodzi się z czasów, gdy uważano, niesłusznie zresztą, że mają oni garby, a może nawet z tej zamierzchłej epoki, kiedy rzeczywiście na świecie istnieli garbaci; ale ta rasa już dawno wygasła. Nieraz zdarzało im się przysięgać, że ktoś ukradkiem spojrzał na tę część ich pleców, gdzie, mówili, nie ma przecież najmniejszego śladu garbu; a zdarzało się to i wtedy, kiedy jak okiem sięgnąć nie było i ani jednego potencjalnego widza. Gdy nie mogli okazać zaświadczenia o niegarbatości, bo przypadkiem zostawili je w domu, cytowali najbardziej oświeconych i liberalnych intelektualistów XIX wieku, uczonych antropologów, teoretyków socjalizmu i temu podobnych, którzy dowiedli, że samo pojęcie garbaty jest nieporozumieniem, bo owi rzekomi garbaci nie istnieją; a jeśli nawet ktoś takiego widział, to było to bardzo dawno, jeszcze przed ich zniknięciem; a nawet gdyby znalazła się gdzieś jeszcze istota tego typu, to jej istnienie nie da się pogodzić z wymogami metodologii naukowej.
Druga postawa była zaprzeczeniem pierwszej. Garbaty nie ukrywał bynajmniej swego garbu. Oświadczał głośno, że jest z tego powodu bardzo zadowolony, a nawet dumny; że noszenie garbu jest przywilejem i zaszczytem, że ta cecha szczególna nadaje mu przynależność do pewnej wyższej kasty. Jeśli jego prześladowcy rzucają za nim kamieniami, to dzieje się tak dlatego, że skrycie mu zazdroszczą, że są zawistni, świadomie lub nie, z powodu tak rzadkiej właściwości, której nie można sobie sprokurować na poczekaniu. Osoba taka zwykła mówić: „Nie wstydzę się być garbatym. Przeciwnie, uważam, że to jest wspaniałe; jestem garbaty i jestem z tego dumny.”
Trzecią grupę stanowiły szacowne i bojaźliwe osoby, które dochodziły do wniosku, że jeśli nigdy nie będą czynić najlżejszych aluzji w sprawie garbu, i jeśli wyrobią u rozmówców przekonanie, że samo używanie tego słowa stanowi dowód ohydnej dyskryminacji, czy też raczej dowód złego smaku, to będą w stanie zamknąć wszelką dyskusję na ten temat w rozsądnych i coraz bardziej zacieśnianych granicach, a także będą utrzymywać stosunki z ludźmi o plecach prostych jak ściana bez żadnego lub prawie bez żadnego zakłopotania, przynajmniej jeśli chodzi o nich samych. Nosili chętnie obszerne płaszcze (jak wszyscy ludzie pracy, mawiali) o kroju na tyle nieokreślonym, że zacierały nieco ich garbatą sylwetkę. Między sobą zdarzało im się czasem schodzić na zakazany temat, a nawet wymieniać przepisy na maści, którymi należało się smarować co wieczór przez wiele wieków, co wedle zasłyszanych wieści miało cudowną moc nieznacznego zmniejszenia garbu, a może nawet, kto wie? całkowitego jego usunięcia. Wertując archiwa można było stwierdzić, że wypadki całkowitego zniknięcia nie były zupełnie nieznane, zwłaszcza w dalekich krajach i w odległej przeszłości. Nadzieja była więc dostępna dla każdego, pod warunkiem, że będzie się mówiło o tym jak najmniej oraz że pilnie i systematycznie będzie się używać stosownych leków. A poza tym, pytali nie bez zdenerwowania, jakie pan widzi inne wyjście?
Przez dłuższy czas były to trzy podstawowe kategorie „zasymilowanych” Żydów, których nienormalność ich statusu pogrążała w różnych stadiach przygnębienia. W każdej z trzech grup patrzono na dwie pozostałe z pewną niechęcią, ponieważ uważano, że ich polityka prowadzi na manowce, a nędzny los głupców może stać się udziałem także mądrych i rozważnych. Lecz znaleźli się i tacy, którzy zaczęli głosić tezy następujące: garb jest garbem, niepożądanym dodatkiem, którego nie da się zatuszować przez stosowanie łagodnych paliatywów. A na razie jest powodem mnóstwa przykrości dla tych, którzy są nim dotknięci. Ludzie ci zalecali – widziano w tym zuchwalstwo zbliżone do umysłowej dewiacji – by pozbyć się garbu drogą zabiegu chirurgicznego. Przyznawali, rzecz jasna, że zabieg ten, jak każda poważna operacja, niesie z sobą poważne ryzyko dla życia pacjenta. Może on doprowadzić do komplikacji atakujących inne narządy. Może spowodować nieprzewidziane zmiany w psychice. Może się nawet okazać śmiertelny, a jakże trudno byłoby go wykonać w tajemnicy; lecz jeśli się uda, koniec z garbem. Być może zresztą garb nie jest najgorszym złem; operacja jest w tym samym stopniu kosztowna, co niebezpieczna. Lecz jeśli chce się spowodować zniknięcie garbów na masową skalę, krótko mówiąc, jeśli wszystko miałoby się okazać lepsze od garbu, to nie ma rady; tylko zabieg tego typu jest w stanie zagwarantować pożądany rezultat. Faktycznie taki zabieg proponowały koncepcje syjonistyczne w swej najbardziej dopracowanej politycznie formie. Pewien fakt wskazywałby na ich triumf, a myślę, że ten fakt ma miejsce, mianowicie Żydzi z Izraela, a już z całą pewnością ci, którzy urodzili się tam w niedalekiej przeszłości, czują się, niezależnie od ich dodatkowych wad i zalet, ludźmi o prostych plecach. Nie znamy jeszcze wszystkich obecnych i przyszłych efektów tej operacji na Żydach i ich otoczeniu, jednakże trzy wymienione wyżej postawy są historycznie zdyskredytowane przez powstanie państwa izraelskiego. To nieoczekiwane zdarzenie zmieniło położenie Żydów wręcz diametralnie. Odesłało ono do lamusa wszystkie teorie i działania wynikające z istniejącej uprzednio sytuacji. Doprowadziło za to do pojawienia się nowych problemów, nowych rozwiązań”...
Pobudką do zmiany sytuacji był XIX-wieczny nacjonalizm europejski, a raczej jego skrajne formy, pełne  zbiorowej  brutalności  i histerii. W niektórych wypadkach ujawniały się spontaniczne nastroje tłumów. W innych jednak w grę wchodziły ewidentne machinacje politycznych koterii i policyjne prowokacje. Nastroje wrogie mniejszościom etnicznym i religijnym nie były w Europie kierowane wyłącznie przeciwko Żydom, lecz w istocie najczęściej uderzały właśnie w ich skupiska. Oburzano się na to, że ubogie, tradycyjne żydostwo Europy środkowej i wschodniej izoluje się od reszty społeczeństw barierą stroju, obyczaju, obrzędów religijnych, a nawet mowy. Równocześnie jednak zaczęto atakować Żydów, którzy postanowili asymilować się z narodami, wśród których żyli od pokoleń. Zarzucano im fałsz, wyrachowanie, knowania typu mafijnego. Antysemityzm europejski zrodził z kolei inny ruch, mianowicie żydowski syjonizm. Symbolem stała się gwiazda Dawida i góra Syjon, podobnie jak dla nacjonalistów ormiańskich uosobieniem ich patriotycznych dążeń stała się góra Ararat.
W roku 1896 ukazuje się drukiem książka Teodora Herzla Judenstaat, a w roku następnym w Bazylei otwiera swe obrady I Kongres Syjonistyczny. Rzucone zostaje hasło znalezienia dla Żydów z całego świata jakiejś wspólnej ojczyzny, skoro prześladowania, pogromy i antyasymilacyjne filipiki dowodzą, że Europa ma Żydów dość... Początki imigracji żydowskiej do Palestyny sięgają  zresztą  już roku 1882, przy czym pierwsze jej efekty były raczej nikłe i zniechęcające. Sam Herzl nie był wcale pewien, czy to właśnie Palestyna winna stać się nową Ziemią Obiecaną. Poddawał pod rozwagę zwrócenie się do Anglików z propozycją, by udostępnili Żydom część swoich posiadłości w tropikalnej Afryce Wschodniej. Jednakże ugrupowania tradycjonalistów w ruchu syjonistycznym, wywodzące się z Europy środkowo-wschodniej przeforsowały ostatecznie koncepcję Palestyny. Idea „powrotu” do Palestyny pozostałaby tylko hasłem, gdyby nie poparł jej wpływowy kapitał żydowski, między innymi Rotszylda. Za pionierów osadnictwa żydowskiego powszechnie zwykło się uważać grupę kolonistów z terenów Rosji, przybyłą na Bliski Wschód w roku 1882. W rzeczywistości jednak pierwsi osadnicy żydowscy przybyli do Jerozolimy już w roku 1881 i byli to drobni rzemieślnicy oraz kupcy z jemeńskiego miasta Sana. Po wielu latach, po licznych perypetiach i wojnach, wreszcie w 1948 roku powstało państwo Izrael, ojczyzna wszystkich Żydów.
Mimo iż narody europejskie dość podejrzliwie traktowały naród we własnym przekonaniu „wybrany”, udało się reprezentantom tego etnosu zająć dominujące położenie w odnośnych państwach aryjskich. Warto zaznaczyć, że liczna i wpływowa szlachta żydowska (nobilitowana przede wszystkim ze względu na posiadane kapitały, a nie za zasługi dla kraju zamieszkania) istniała w wielu krajach Europy. Tak np. do włoskiej szlachty neofickiej należeli: Abravonel, ks. Aldobrandini, hr. Antonelli, Balme, hr. Bardeau, Dernburg, br. Drecoll, Fonseca, ks. Frangipane, hr. Hebrail, br. Horschitz, br. Levi, br. Levi de Veali, Lippomani, hr. Manini, hr. Mastai-Feretti, Montalcino d’Asti, br. Oppenheimer, hr. Ottolenghi, ks. Papareschi, ks. Pierleoni, br. Ponte Reno von Ponnrode, hr. Rampolla, hr. Reinach, hr. Reisner von Kollmann, br. Rinaldini, hr. Savorgnan, ks. Torlonia, Montefiori.
„Z krwi żydowskiej” pochodzą także takie rody włoskie, jak Borgia, Romani, Gradelli, Frangipani,   Salviati, Torloni, Pierleoni i wiele innych. Papieżami żydowskiego pochodzenia byli: Anacletus II (w okresie 1130 – 1138), Jan VIII, Innocenty II, Kalikst III (Alfonso Borgia, 1455-1458), Aleksander VI (Rodrigo Borgia, 1492-1503), Klemens VIII (Ippolito Aldobrandini, 1592-1605), Paweł V (Camillo Borghese, 1605-1621), Pius IX (1846-1878, Jan Maria hr. Mastaj-Feretti).
O Borgiach L. Korwin (Szlachta neoficka, Kraków 1939, t. 2) podaje: „Rodzina osiadła w Hiszpanii, Francji i we Włoszech, gdzie do dziś dnia istnieją. Ochrzcili się około 1400 roku. Szlachectwo otrzymali w XV wieku w Hiszpanii, nosili wtedy nazwisko „Lenzuoli”. Z tej rodziny Aleksander VI, papież panujący na Stolicy Apostolskiej od 1492 roku do 1502 roku, zmarł otruty.
Urodził się w Walencji i nazywał Roderigo Borgia. Ojciec jego tegoż imienia Rodryg, zmienił nazwisko „Langola-Lenzuoli” na „Borgia”. Rodryg, późniejszy osławiony papież, jeden z wyjątkowo nikczemnych ludzi. Papież ten, już jako papież, miał publiczną faworytę Julię Farnese, zwaną „Qiulia Bella”, którą wydał za Ursyniusa Orsyniego. Jedynym człowiekiem, który nie obawiał się strasznej potęgi Borgiów, był kaznodzieja Savonarolla, który publicznie potępiał papieża. Został on z rozkazu papieża ujęty i jako schizmatyk i heretyk spalony na stosie, a prochy jego wrzucono do rzeki Arno. Aleksander VI, papież, był za młodu żołnierzem, uwiódł wdowę Vanossa Różę Catanei, którą wydał potem za Dominika Arignano. Pozostawił z niej pięcioro nieprawych dzieci: 1) Jofre, 2) Franciszek, 3) Cezary, Vanotia de Captaneis, 4) Ludovico Giorvanni, 5) Lukrecja. Za czasów, gdy na Stolicy Piotrowej zasiadł stryj Rodryga Alfons Borgia (1455-1458), jako papież Kalikst III, udał się spiesznie do Rzymu, gdzie godny stryj mianował go kardynałem w 1456 roku. Następny papież Sykstus IV (1471-1484), nadał mu biskupstwo Alby i Porto. Jako posiadacz olbrzymich beneficjów, po śmierci papieża Innocentego VIII, gdy z chwilą objęcia pontyfikatu musiał zrzec się tych beneficjów, został przez kolegium kardynałów wybrany papieżem, gdyż kardynałowie mieli w tym największy interes.
Z dzieci jego: Jofre otrzymał księstwo Squillace, pojął córkę Alfonsa, księcia Neapolu; 2) Franciszek, książę Gandii, zamordowany przez brata swego Cezara z zazdrości, gdyż obaj kochali się w siostrze Lukrecji; 3) Cezary, którego ojciec mianował już w 16 roku życia biskupem Valencji, był typowym średniowiecznym bandytą, a zarazem od 1493 roku kardynałem, po czym księciem Valencji z tytułem „de Valentinois”, który otrzymał od króla Francji Ludwika XII. Cezar ożenił się z Karoliną, siostrą króla Navarry, a w r. 1501 zdobył księstwo Romanii, którego rządcą mianował Ramiro Orca, będącego postrachem dla całego kraju. Później został on z rozkazu Cezara ścięty. Przy zajęciu Kapui wymordował 7 tysięcy mieszkańców, a 40 najpiękniejszych kobiet zabrał do siebie. Cezar zdradziecko zawładnął księstwem Urbino i Camerino, którego władcę wraz z dwoma synami kazał udusić, po czym podstępnie wciągnął w zasadzkę rody Vitellich, Oliverottich i Orsinich, których również kazał udusić.
Papież Aleksander VI (Rodrigo Borgia), zanim został „ojcem świętym”, spłodził jako kardynał liczną gromadkę dzieci. Już zasiadając na stolcu papieskim dbał bardzo o dobro potomstwa: 17-letniego syna Cezarego uczynił kardynałem, a ukochaną córkę Lukrecję trzykrotnie bardzo korzystnie wydawał za mąż (po otruciu poprzedniego małżonka). Był jednak srogi w gniewie i jednego ze swych synów kazał zamordować: ciało młodego człowieka wyłowiono z Tybru i złożono u stóp ojca.
Jako Żyd, Aleksander VI miał wielki talent do robienia interesów: sprzedawał tytuły kardynalskie i biskupie oraz za wysoki wykup ułaskawiał i kazał wypuszczać z więzień ciężkich zbrodniarzy, morderców, ojcobójców itp.
Na jego rozkaz przez kilka dni męczono (przypalano węglami, rwano ciało obcęgami, łamano kości itd.) świątobliwego mnicha Girolamo Savonarolę, którego powieszono na placu rynkowym Florencji 23 maja 1498 roku, a zwłoki spalono – tylko za to, że nawoływał do praktycznego postępowania w duchu chrześcijaństwa.
W 1503 roku Aleksander VI został przez pomyłkę otruty przez własnego ukochanego syna Cezarego, pijąc zatrute  wino z kielicha,  przeznaczonego dla jednego z gości. Przez kilka godzin, mając nalane krwią oczy, żółtą skórę, trzewia przeżarte jadem, umierał w straszliwych mękach, a po śmierci jego trup rozdął się do potwornych rozmiarów, poczerniał i w końcu pękł.
Kiedy po śmierci Aleksandra VI zasiadł na stolicy papieskiej Pius III Piccolomini, a po 26 dniach panowania wybrano papieżem Juliusza II, ten uwięził Cezara i wypuścił go z więzienia dopiero po zrzeczeniu się przez niego fortec zdobytych. Cezar wyjechał do Hiszpanii, gdzie został zdradziecko ujęty i zamknięty w fortecy Medina del Campo. Po trzech latach zbiegł do swego szwagra Jana d’Albrecht, króla Nawarry. Zginął w 1507 roku w zasadzce porąbany w kawałki. 4) Ludovico Giovanni, książę Beneventu, najukochańszy syn Aleksandra VI, zginął, zabity przez Cezara i Lukrecję.
Siostrą, godną brata Cezara i ojca Aleksandra VI, może jeszcze więcej od nich przewrotną, była sławna piękność Lukrecja. W r. 1491 wydał Lukrecję papież kontraktowo za Don Cherubini de Centelles, gdy miała 11 lat. Rodryg Borgia zerwał ten ślub i w tym samym roku zawarto ślub Lukrecji z Gasparem hr. Averso, który za 3 tysiące dukatów zrezygnował z praw małżeńskich, po czym w 1493 r. zawarto rzeczywisty ślub z ks. Janem Sforzą.
Na życzenie ojca Lukrecji unieważniono jej małżeństwo ze Sforzą z chwilą upadku znaczenia tej rodziny. Cezar zabił ks. Jana Sforzę, a ciało jego wrzucono do Tybru. Lukrecja wychodzi po raz drugi za nieślubnego syna króla Neapolu Alfonsa ks. neapolitańskiego, mając lat 18, podczas gdy mąż jej miał 17. Tenże został z rozkazu Cezara uduszony. W końcu po raz trzeci wychodzi Lukrecja za mąż za Alfonsa ks. Ferrary, z rodziny d’Este. Zmarła w 1519 roku pozostawiwszy 5 dzieci, jako bigotka, fundatorka klasztorów i szpitali.
Jeden z członków tej rodziny Francesco, urodzony w 1501 r. wstąpił w 1548 do zakonu jezuitów, którego był trzecim z kolei generałem od 1565 r. Zmarł w Rzymie w 1572 r., kanonizowany po śmierci w 1625 r. Jeden z potomków Jefrego, Aleksander, urodzony w 1682 r., zmarł w 1742 jako arcybiskup Fermo. Tegoż siostrzeniec, kardynał Stefan Borgia, urodzony w 1731 r., zmarły w Lyonie w 1804 r. w drodze z papieżem Piusem VII na koronację Napoleona I.
Do dziś mieszkają we Włoszech (w Rzymie i Neapolu) liczni potomkowie tego rodu. Wypada bodaj przytoczyć w tym miejscu i świadectwo pisarza bardziej bezstronnego niż Ludwik Korwin, który stanowczo przesadza w swej antypatii do „narodu wybranego” i do wyżej przedstawionej w jaskrawej tonacji rodziny.
Pisząc o Borgiach Jacob Burckhardt w dziele Kultura Odrodzenia we Włoszech zaznacza, iż reprezentantom tego wpływowego rodu „zależało jedynie na używaniu władzy w znaczeniu najniższym, mianowicie w celu gromadzenia pieniędzy”. Nie tylko wysprzedawali oni dostojeństwa i posady kościelne i świeckie, lecz założyli nawet bank łask świętych, gdzie za złożeniem odpowiednio wysokiej sumy nawet bez skruchy i spowiedzi otrzymywano przebaczenie za najohydniejsze morderstwa,  łącznie z ojco- i dzieciobójstwem. Co prawda, nie byli Borgiowie (ojciec Aleksander i syn Cezary) wynalazcami tych nikczemności; „co do zepsucia – pisze Burckhardt – które ród ten doprowadził do najwyższego stopnia, to należy przyznać, że zastał je już był w Rzymie w pełni rozkwitu”... A jednak...
Żądza panowania, chciwość i pożądliwość jednoczyły się u ojca z indywidualnością silną i świetną. Od pierwszej chwili panowania na wszystko, co składa się na rozkosz używania władzy i życia, pozwalał sobie w całej pełni. I od pierwszej też chwili nie przebierał w środkach... Już w roku 1494 znaleziono pewnego karmelitę, Adama z Genui, który w Rzymie występował przeciw symonii, zamordowanego we własnym łóżku, a martwe jego ciało pokryte było dwudziestoma ranami... Bez otrzymania wysokiej zapłaty Aleksander nie zamianował ani jednego kardynała.
Z chwilą jednak, gdy papież uległ całkowicie woli syna, gwałtowne środki przybrały ów charakter demoniczny, z nieuniknioną koniecznością oddziałując też na cele. Wiarołomstwo i okrucieństwo, jakimi posługiwano się w walce przeciw możnym Rzymu i książętom Romanii, przekracza nawet tę miarę, do której świat się już był przyzwyczaił (...), a obłuda była tu jeszcze większa. W sposób zgoła już potworny Cezar izoluje ojca, zamordowawszy brata, szwagra i innych krewnych i dworzan, skoro tylko ich łaski u papieża lub w ogóle ich stanowisko stało się dla niego niedogodne. Aleksander musiał zezwolić na zamordowanie swego najukochańszego syna, księcia Gandii, gdyż sam każdej chwili drżał przed zamachem Cezara...
Borgiowie zmierzali do wytępienia po cichu wszystkich, którzy im w jakikolwiek sposób zawadzali lub po których pragnęli objąć spadki...
Poseł wenecki Paolo Capello donosi w roku 1500, jak następuje: „Co noc znajdują w Rzymie czterech lub pięciu zamordowanych, mianowicie biskupów, prałatów i innych panów, a wszyscy w Rzymie drżą ze strachu, by ich książę Cezar nie wymordował”. On sam w otoczeniu swej straży włóczył się po przerażonym mieście (...) w celu zaspokojenia żądzy mordu, której ofiarą padali również ludzie zgoła mu nie znani...
Gdzie Borgiowie nie mogli popełnić gwałtu jawnego, tam uciekali się do trucizny. W wypadkach wymagających pewnej dyskrecji posługiwano się owym śnieżnobiałym proszkiem o przyjemnym smaku, który nie działał momentalnie, lecz stopniowo, i który można było wsypywać niepostrzeżenie do każdej potrawy czy napoju... A pod koniec swej kariery zatruli się nim ojciec i syn, przypadkiem wypiwszy wino, przygotowane dla jednego z bogatych kardynałów”. Tyle wybitny historyk w klasycznym dziele.
Wiele wymownych szczegółów o rodzie Borgiów można znaleźć w książce: Seppelt Fr. Ksawery, Löffler Klemens, Zieliński Zygmunt, Dzieje papieży, Poznań-Warszawa 1997.
Gwoli sprawiedliwości trzeba wyraźnie zaznaczyć, iż Jacob Burckhardt nazywa ród Borgiów Hiszpanami, a to że byli oni maranami, to jest dla pozoru ochrzczonymi Żydami hiszpańskimi, jest podawane w wątpliwość przez niektórych badaczy, chociaż przez innych uważane za rzecz pewną. Tak czy inaczej nie sposób wątpić o straszliwych zbrodniach tej zwyrodniałej rodziny, jak też nie sposób zaakceptować zbyt prymitywnego rozumowania, iż byli Borgiowie zbrodniarzami dlatego, że byli Żydami. Każdy liczny naród o długiej i bogatej historii – a do takich narodów niewątpliwie należy i żydowski – wydał w biegu dziejów cały szereg zarówno osobistości wspaniałych  i szlachetnych, jak też nikczemnych i patologicznych. Kryterium etniczne w tych sprawach nic nie wyjaśnia i nie stanowi cechy decydującej.
We Włoszech – choć przecież tak wyrafinowanych, mądrych i subtelnych, a przy tym „zażydzonych” – również istniała tradycja antyżydowska. Wielki uczony Giordano Bruno pisał: Żydzi stanowią taki zadżumiony, trędowaty, niebezpieczny dla wszystkich ród, że na nic innego nie zasługują, jak na wytępienie jeszcze przed urodzeniem”. Być może także ta wypowiedź przyczyniła się do okoliczności, że ten znakomity astronom i filozof został w 1600 roku spalony przez   żydokatolików na stosie za głoszone przez siebie „herezje”.
We Francji antysemityzm zawsze miał swych zwolenników. Francois Marie Arouet (1694-1778), wielki filozof i pisarz zwany Voltairem, twierdził: „Mały naród żydowski odważył się wykazać niezgodliwą nienawiść w stosunku do wszystkich narodów, jest zawsze zabobonny i chciwy na dobro innych, pokorny w nieszczęściu, bezczelny w szczęściu”. A jednak wśród szlachty francuskiej w XVIII-XIX wieku widzimy nazwiska żydowskich neofitów: br. Arnauld, ks. Avigdor, hr. Barreme, hr. Benedetti, Bernard, hr. Blanc (córki tego rodu wychodziły za książąt francuskich, greckich, polskich: 1875 ks. Konstanty Radziwiłł), hr. Bombelles, ks. Massen d’Essling de Rivoli.
W Belgii wielkimi wpływami cieszyły się rodziny Żydów nobilitowanych br. Empain i br. Lambert.
Holenderska szlachta neoficka to takie rodziny, jak Asser, Caan, Raalde, hr. Verhuell-Badinet.
Wśród hiszpańskiej szlachty widzimy neofitów: hr. Aguado, hr. Aguilar, ks. Belmonte, ks. Borgia (ochrzcili się około 1400), Castro (z tego chyba rodu Fidel, przez  pół  wieku  dyktator Kuby socjalistycznej), hr. Rodes Rodriguez d’Evora J. Vega, ks. Salamanca, hr. Saporta.
Portugalska szlachta żydowska to baron Almeda, br. Burchardt, hr. Cohen, br. Eisenmann, br. Erlanger, hr. Goess, br. Rosenthal, Telles-Pereira de Vasconcellos, Teixeira de Abrena, Teixeira – Sampayo und Dor.
We wszystkich tych krajach finansowa “arystokracja” żydowska pozawierała liczne małżeństwa z prawdziwą arystokracją rodową i w ten sposób na dobre się w nich zadomowiła i zakorzeniła.
Spośród rodzin żydowskiego pochodzenia w Wielkiej Brytanii do najbardziej znanych należą hr. Beaconsfield (przed 1492 w Hiszpanii znani jako Disraeli), Behrens, Beit, Goldsmid, Hart, br. Head, br. Lopes, br. Ludlow, ks. Macdonald (niektórzy negują żydowskość tego rodu), Mackenzie (pochodzą z Kórnika pod Poznaniem), Melchett, br. Michelham, Michels, br. Northcliffle (pierwotnie Stern), Oppenheimer, Palgrave, br. Pirlbright of Pirlright, Rhodes, Simon, Turner, Vogel, br. Wernher, Wolff. „Angielską rodzinę panującą wyprowadzają niektórzy od żydowskiego króla Dawida. Wielka królowa Wiktoria wierzyła podobno, iż tak Georg II, jak i sasko-koburska rodzina wywodzą się od Żydów. Pisarz angielski Reades Harris wyjaśnia tę teorię w książce The lost tribes of Israel. Utrzymuje w niej, że córka księcia żydowskiego Zedekiasa uciekła z niewoli babilońskiej za wstawiennictwem proroka Jeremiasza do Irlandii i tam wyszła za króla irlandzkiego około 580 roku przed Chrystusem, po czym dynastia ta wydała 54 królów, z których w 487 roku po Chrystusie był historyczny panujący Fergus Moore. Jego potomkiem był pierwszy król szkocki w 834 r. Kenneth Mac Alpin, ten był przodkiem Jakuba I, króla angielskiego, który jako Jakub VI panował też i w Szkocji. Od niego idzie w prostej linii obecnie panująca rodzina w Anglii, która ma mieć prawdziwie homeopatyczną domieszkę krwi żydowskiej”. (L. Korwin, Szlachta mojżeszowa, t. 1). Wydaje się jednak, że jest to tylko czczy wymysł i legenda, być może wyprodukowane  przez samych Żydów. Po co bowiem w połowie XVII wieku miałby Żyd Oliver Cromwell (1599-1658) stawać na czele antykrólewskiej  rewolucji, gdyby ta monarchia była żydowską? Może chciał się zemścić na władzach tego państwa za to, że jego ojca, piwowara, sądy 48 razy skazywały na kary pieniężne za dolewanie wody do piwa? Monarchia brytyjska nie była „żydowską”, wręcz przeciwnie, wyróżniała się wielokrotnymi srogimi prześladowaniami Żydów i ich wypędzaniem z Wielkiej Brytanii pod pretekstem fałszowania pieniędzy itp.
 ***
             Naukowcy usiłowali na różne sposoby wyjaśniać fenomen antysemityzmu. Profesor Aleksander Czyżewski z wielkim współczuciem pisał  np.  o wielowiekowej martyrologii Żydów i, jakby przerażony ogromem cierpień „narodu wybranego”, próbował  znaleźć dla nich jakieś równie gigantyczne, pozaziemskie, kosmiczne wytłumaczenie. Pisał: „Na potwierdzenie tego, że w trakcie ruchu pogromowego najwyższy efekt następuje w apogeum aktywności Słońca, przytoczmy opis niektórych momentów tego ruchu, dokonany na podstawie sprawdzonych i dokładnych danych.
Oto typowy przebieg żydowskiego pogromu na Ukrainie w 1919 roku.
Po wtargnięciu do miasta, miasteczka lub sioła uzbrojeni ludzie kierują swe kroki do dzielnic żydowskich u rozpoczynają masowe tępienie Żydów, które jest poprzedzane przez grabież, wymuszanie okupu i wywłaszczanie. Wymusza się pieniądze, lecz potem jednak się zabija. Na miejscu są gwałcone kobiety i małoletnie dziewczynki, zmusza się do zupełnego rozbierania Żydów i Żydówek, znęca się, niszczy sprzęt domowy, pali domy i chaty. Na zmianę pierwszej fali pogromców przychodzi druga, następnie trzecia itd. W czasie pogromu w Perejasławiu 15-19 lipca 1919 roku każde żydowskie mieszkanie było nawiedzane przez bandytów 20-30 razy dziennie. Bardzo często Żydów spędza się w celu zbiorowego wymordowania i znęcania się do jakiegoś jednego domu, i tutaj się zaczyna krwawa orgia, kończąca się jatką, chociaż w sposobach zabijania oddziały bandytów wykazują duże zróżnicowanie: wieszają, kłują bagnetami i żelazem, smażą na ogniu, rzucają do studzien, topią w rzekach, zakopują żywcem do ziemi, posypując jednocześnie wapnem, urządzają powszechne rzezie z wykorzystaniem „białej broni” lub masowe rozstrzelanie – „do ściany”. Niekiedy morduje się tylko mężczyzn, oszczędzając kobiety, częściej – i jednych i drugich razem, nie pomijając ni starych, ni małych.
Kończą się pogromy tym, że oszalała ze strachu ludność żydowska rzuca się precz z ojczystych miejsc, rozebrana, bosa, bez grosza w kieszeni, niosąc wszędzie przerażenie, choroby, obłęd.
Ukraina w 1919 roku przeżyła jedną z najbardziej okrutnych w historii epidemii antysemityzmu. W rzeczy samej na przeciągu tego roku zostały rozgromione 402 punkty, a ogólna liczba ofiar sięgnęła 100 000 osób. Nienawiść i wrogość narodowa w stosunku do Żydów były tak ogromne, że o litości nie mogło być nawet mowy. Dążąc w ogóle do starcia z oblicza ziemi plemienia żydowskiego pogromcy często poddawali zupełnemu zniszczeniu całe żydowskie miasteczka. Tak miasteczko Kublicz zostało zaorane; inne miejsca osiadłości żydowskiej ludności spalone do fundamentów to Bogusław, Wołodarka, Borszczagówka, Znamienka, Borzna”.
Wypada dodać dwa szczegóły do tych danych przytaczanych przez A. Czyżewskiego. Zamożna ukraińska ludność tych terenów została w 1918 roku poddana krwawym prześladowaniom ze strony oddziałów armii czerwonej, w której komisarzami politycznymi byli Żydzi, niekiedy pochodzący z tychże stron, a ludność żydowska (by uniknąć represji) witała wojska bolszewickie kwiatami i chlebem z solą. Toteż gdy czerwonoarmiści przejściowo musieli Ukrainę w 1919 roku opuścić, cała nienawiść Ukraińców do bolszewii skierowała się przeciwko Bogu ducha winnej pokojowej biedoty żydowskiej, która też została okrutnie, aczkolwiek zupełnie niewinnie i niezasłużenie, w ten sposób „ukarana”. Zresztą już niebawem przybył na Ukrainę z milionowym wojskiem bolszewickim Lew Dawidowicz Trocki (Bronsztejn), na którego rozkaz zrównano z ziemią wszystkie ukraińskie sioła tak czy inaczej zamieszane do niedawnych pogromów lub po prostu sąsiadujące z żydowskimi miasteczkami. Po tym zaś urządzono na całej Ukrainie masowe wywłaszczanie chłopów, którym odbierano nawet zboże przeznaczone na siew. W ciągu kilku lat głodu (1926-1929) zmarło 9 milionów ukraińskich rolników... Tak się zamknęło kolejne „zaklęte koło” wrogości między Żydami a gojami.
Kończąc swe wywody o epidemii antysemityzmu A. Czyżewski ujmuje ten problem w szerszym jeszcze kontekście i pisze: „Wypada w tym miejscu także podkreślić, że w swoim czasie straszliwym prześladowaniom ze strony pogan byli poddawani także chrześcijanie. To były autentyczne epidemie antychrystianizmu. Ogromne masy ludzi, którzy przyjęli naukę Chrystusa, wielokrotnie przechodziły straszliwe prześladowania, o których donosi historia. Nie zatrzymując się przy tym zagadnieniu dłużej, dodajmy, że wszystkie najbardziej znaczne prześladowania chrześcijan także harmonizują z okresami wielkiego napięcia w aktywności Słońca.” (A. Czyżewski, Kosmiczeskij puls żizni).
Nie ujmując nic z wartości naukowej tych rozważań Czyżewskiego i podzielając jego moralne zakłopotanie z powodu niezawinionych cierpień wielu Żydów, wypada jednak wskazać (co częściowo uczyniliśmy już powyżej) na to, że istnieją i inne, czysto psychologiczne i socjalne, przyczyny wybuchów nastrojów antyżydowskich. Nazwijmy tu chociażby odruch agresji w stosunku do „obcych”, cechujący wszystkie zbiorowości ludzkie, w tym narodowe – nie wyłączając zresztą i żydowskiej. Odgrywa w tym nie poślednią rolę i potencjał nienawiści, zła, agresji, który tkwi głęboko w naturze ludzkiej jako takiej i znajduje swój wyraz w aktach niszczycielskich, i owszem, skierowywanych nieraz na sąsiadów, w tym żydowskich. I wreszcie byłoby oznaką braku powagi naukowej pominięcie zachowań części samych Żydów, jako czynnika prowokującego niekiedy ekscesy antyżydowskie, że wspomnimy tu przykładowo o handlu przez nich niewolnikami w średniowieczu (mimo surowych zakazów ze strony Kościoła Katolickiego i wielu monarchów europejskich), o niesłychanych zdzierstwach, popełnianych przez wierchuszkę żydowską zarówno w stosunku do nędznych mas żydowskich, jak i w stosunku do obcoplemieńców. Z drugiej strony, w krajach Europy Zachodniej i islamskich Żydzi potrafili nie tylko bogacić się handlem niewolnikami, lichwą, prowadzeniem domów publicznych, ale również zdobywać wysokie urzędy na dworach królewskich. I tak na przykład Chasdai ibn Szaprut (915-970) objął w swoim czasie urząd ministra kalifa Abdurahmana III, Samuel Haleve ibn Negrela był doradcą króla Grenady Habusa i jego następcy Badisa około roku 1027. Na dworze króla kastylijskiego Alfonsa VI, zmarłego w 1090 roku, sekretarzem, nadwornym lekarzem i posłem do specjalnych poruczeń był w jednej osobie Abram ibn Izaak, któremu król bardziej ufał niż swoim rodakom. Król Alfons VII (1126-1157) mianował Jehudę ibn Ezra księciem i ochmistrzem królewskim. Alfons VIII (1166-1214) otaczał się bogatymi Żydami i miał żydowską kochanicę Formozę – ku zgorszeniu i oburzeniu rycerstwa kastylijskiego. Podobnie zachowali się niektórzy królowie Polski, Francji, Portugalii, Aragonii, innych krajów. Zresztą w samym fakcie robienia wielkich karier przez niektórych Żydów obdarzonych znakomitymi talentami, zaletami umysłu i charakteru nie ma niczego złego, czy podejrzanego. Chodzi o coś zupełnie innego. Stanisław Wysocki w książce Żydzi w Polsce (Warszawa 1995) pisze: „Żydzi nie potrafili zachować odpowiedniego umiaru w swym zachowaniu i obcowaniu z ludami krajów Zachodniej Europy. W miarę zdobywania urzędów i rozszerzania swych przywilejów tak się rozwydrzyli, iż zaczęli jawnie drwić z wiary chrześcijańskiej, nazywali ją bałwochwalczą oraz obrażali biskupów i kapłanów chrześcijańskich”.
Co gorsza, gdy byli panami poddanych chrześcijańskich, jak np. na Ukrainie, w Hiszpanii, w Niemczech, dosłownie zdzierali skórę ze swych niewolników, nie znali żadnych granic w wyzysku, zmuszając gojów do egzystencji urągającej wszelkim wymaganiom człowieczeństwa. Nic dziwnego, że spotykały ich z tego powodu zarówno represje odgórne, jak i nienawiść i bunty oddolne. Pierwsi krzyżowcy pod przywództwem Piotra z Amiens i ubogiego rycerza Waltera von Habenichts’a, rekrutujący się przeważnie z chłopów francuskich i niemieckich, wyprawili się przeciwko Saracenom, ale też po drodze niemało sadła zalali za skórę także Żydom, też jawnym wrogom chrześcijaństwa. Tego rodzaju ekscesy powtarzały się po niejednokroć również podczas następnych wypraw krzyżowych. Żydzi, co prawda, próbowali przekupić wielu królów w tym okresie, a ci za ciężki pieniądz publikowali groźne memoranda, na które nie zwracali uwagi obdarci do nitki przez żydowskich lichwiarzy nędzarze, a więc krew lała się dość obficie. Cesarz niemiecki Henryk VI, król Sycylii Roger, angielski Ryszard Lwie Serce, austriacki Fryderyk, kastylijscy Alfonsowie (VI, VII, VIII, X), kilku królów polskich i wielkich książąt litewskich usiłowało wziąć pod opiekę zachłanną oligarchię żydowską. Ale raczej bezskutecznie. Zrujnowani przez lichwę i wygłodzeni chłopi, którym powymierały nieraz z głodu rodziny, nie bali się już ani Boga, ani szatana, a najmniej przekupionego króla i jego żydowskiej oligarchii.
Niektórzy monarchowie zresztą zachowywali neutralizm w tych konfliktach. Niemiecki cesarz Henryk Święty zachował daleko posuniętą powściągliwość w stosunku do rozruchów antyżydowskich, ponieważ znane mu były antychrześcijańskie paszkwile żydowskich „teoretyków”. Niekonwencjonalny cesarz Fryderyk Barbarossa miał ponoć nienawidzić Żydów za ich rasizm, za skłonność do wynoszenia się ponad inne narody. Król czeski Wratysław zamierzał nawet poodbierać Żydom majątki wyrosłe z lichwy, wyzysku, handlu niewolnikami, ale się nie odważył, gdyż wywiad doniósł mu, że lada chwila może być otruty przez szpiegów żydowskich, dysponujących ogromnym pieniądzem. W podobnej sytuacji francuski monarcha August kazał pewnej soboty, gdy Żydzi masowo udali się do swych bożnic (rok 1180) ich wszystkich zamknąć i uwięzić w synagogach, a gdy ci uparcie nie chcieli podporządkować się jego woli, nakazującej zrzeczenie się zwrotu pożyczek udzielonych chrześcijanom wraz z lichwą, wypędził ich z kraju. Podobnie czuł się zmuszony postąpić w Anglii w 1211 roku Jan bez Ziemi.
Wiele narodów chrześcijańskich i ich władców czuło się zmuszonymi – w obliczu ogromnej nieprawości oligarchii żydowskiej – do wypędzenia tego plemienia ze swych krajów. Anglicy uczynili to w 1290 roku, Francuzi najbardziej zdecydowanie w 1394 (z konfiskatą mienia w całości). Na długo przedtem zresztą, w roku 1306 król Filip IV nakazał Żydom wynieść się w ciągu miesiąca z Francji, ci zaś przenieśli się na autonomiczne południe kraju, a w 1315 Ludwik X ponownie pozwolił im na uprawianie zdzierczej lichwy w całym królestwie. Aż znów zrujnowali ludność i państwo i zostali wypędzeni do Włoch w roku właśnie 1394.
Szczególnie dramatycznymi i powikłanymi były stosunki między Żydami a chrześcijanami w Hiszpanii, gdzie od X wieku mieszkała bardzo liczna społeczność wyznawców Mojżesza, a dziś prawie co piąty Hiszpan ma domieszkę żydowskich genów.
Henryk Rolicki (Tadeusz Gluziński) w fundamentalnym dziele Zmierzch Izraela (Warszawa 1932) w następujący sposób przedstawia rozwój wydarzeń w Hiszpanii: „Życzliwość króla kastylskiego don Pedra (1350-1369) ośmieliła Żydów do tego stopnia, że zwalczając wpływy niechętnej im królowej Blanki, doprowadzili do wojny domowej w Kastylii.
W rezultacie doszło w Toledo do pogromu Żydów, z trudem przerwanego przez wojska królewskie. Na dworze Pedra wszechwładnie rządził podskarbi Samuel ben Meir Allavi, który musiał się nieźle na swym dostojeństwie obłowić, skoro nagle król kazał go uwięzić i skonfiskował jego majątek, składający się z 170 000 dublonów, 4000 marek srebra, 125 skrzyń materii tkanych złotem i srebrem, 80 000 niewolników oraz 60 000 dublonów przechowywanych przez jego krewnych. Dostojnik żydowski zginął w więzieniu.
Wkrótce potem niechętna Żydom królowa Blanka, którą podejrzewali zapewne o spowodowanie katastrofy Samuela, została otruta”.
Jest to fakt niepodważalny, o którym nawet znakomity historyk żydowski Heinrich Graetz pisze, iż „z rozkazu don Pedra pewien Żyd miał zadać królowej Blance truciznę, ponieważ opierała się przy wypędzeniu wszystkich żydów z królestwa” (por.: Historia Żydów, t. 6).
Mszcząc się za tę zbrodnię brat królowej don Henryk de Trastamare przy pomocy króla francuskiego, odwołując się do klątwy papieskiej, która spadła na Pedra, zajął zbrojnie Kastylię po długich walkach.
Żydzi wszędzie popierali don Pedra i formowali nawet hufce w obronie króla-judofila, lecz wreszcie musieli ulec.
Kortezy w Burgos wręczyły nowemu królowi Henrykowi petycję, w której czytamy:
„Ponieważ Żydzi, jako ulubieńcy i urzędnicy poprzedniego króla, winni są wybuchu wojny domowej, niechże więc nowy król wyda prawo, zakazujące nadal Żydom piastować jakiekolwiek urzędy, nawet obowiązki lekarza przybocznego króla i królowej. Niech też usunie Żydów od dzierżawy podatków”.”
Żydzi jednak nie dawali za wygraną, dzielnie, wręcz bohatersko bronili się w swym głównym mieście Toledo przez wiele miesięcy i dopiero, gdy zostali zdziesiątkowani przez wojska królewskie, ich resztki rozproszono po okolicy. Ale setki tysięcy Żydów w innych miastach i prowincjach nie godzili się na utratę swych przywilejów, choć król zabronił im używania imion chrześcijańskich i zmusił do noszenia specjalnego ubioru, walczyli nadal o swoje na różne sposoby. Niektórzy starozakonni podjęli współpracę z nowymi władzami, ale zostali niebawem zasztyletowani przez rodaków. Popełniali  też nadal liczne nadużycia, przez co zmuszali władze hiszpańskie do dalszych posunięć restrykcyjnych. „Żydom robi się coraz ciaśniej – pisze Rolicki – a wśród ludu wrzenie przeciw nim coraz silniej występuje na jaw”.
W roku 1391 miał miejsce wielki pogrom Żydów w Sewilli i spalenie synagog, a zaraz potem fala rozruchów rozlała się po całej Hiszpanii. Żydzi, zastraszeni nastrojem tłumów, wypróbowanym obyczajem postanowili wdziać maskę i tłumnie jęli przyjmować chrzest. Więcej niż połowa Żydów hiszpańskich przyjęła pozornie chrześcijaństwo. Ci pozorni chrześcijanie, uprawiający skrycie judaizm, otrzymali później w historii nazwę marranów („Przeklętych”).
Historyk żydowski Majer Bałaban konstatuje: „W ciągu dwudziestu lat dziesiątki tysięcy Żydów przyjęło chrzest, całe gminy przeszły na łono Kościoła, bożnice zamieniły się w kościoły, miejsce rodąłów zajęły ołtarze, miejsce gwiazdy Dawida – krzyże. Rabini zmienili się w nader krótkim czasie w księży, zdolniejsi zajęli krzesła biskupie, bogatsi posiedli berła komturskie w zakonach rycerskich Alkantara i Kalatrawa; kobiety żydowskie lub ich córki stały się przeoryszami klasztorów, a również i wśród urzędników świeckich zajęli marrani pierwsze miejsca. Bogaci koligowali się z arystokracją rodową i złocili swym majątkiem zblakłe herby podupadłej szlachty. Wydostawszy się raz z getta, pobudowali marrani pałace i zajęli najpiękniejsze dzielnice miast
Władze hiszpańskie brały tę maskaradę za dobrą monetę, korzystając zaś z ich naiwności starozakonni wrócili do dawnych praktyk. Rolicki pisze: „Przebrali się i miało być znowu tak, jak dotąd bywało. Staraniem marranów odzyskali znowu Żydzi jurysdykcję kryminalną (1432). Wkrótce jednak wyszło na jaw, że Żydzi wychrzczeni uprawiają tylko komedię, zaś w gruncie rzeczy stosują się po kryjomu do przepisów Zakonu, naigrawając się z obrzędów chrześcijańskich. Już w roku 1451 król zwrócił się do papieża z tym oskarżeniem. Także ludność poznała się na sztuce i dzieje notują ekscesy przeciw marranom, jak dawniej przeciw Żydom. W roku 1449 wybuchają rozruchy w stolicy, w samym Toledo. W roku 1453 kanclerz królewski, marran Alvar de Luna za potajemne hołdowanie przepisom Zakonu zostaje skazany na śmierć (...)”
W okresie 1478-1480 powstał w okręgu Sewilli pierwszy trybunał inkwizycji, mający za cel wykrywanie knowań ukrytych Judejczyków przeciwko Kościołowi. W 1485 powstał także trybunał w Toledo, który wezwał marranów do zaniechania podwójnej gry i do szczerego nawrócenia się na katolicyzm. Nic z tego. Heinrich Graetz (Historia Żydów, t. 7) pisze: „Owszem marrani uknuli spisek: podczas jakiejś procesji umyślili napaść na inkwizytorów, wymordować ich wraz z towarzyszami, szlachtą i rycerstwem i, jak głosiła później wieść przesadna, wyciąć w pień całą ludność chrześcijańską Toleda (...) Ktoś jednak spisek zdradził i akcję na razie udaremniono. Ale 15 września 1485 roku zamordowano głównego inkwizytora Aragonii Arbuesa”.
Hiszpanom poszło więc bardzo trudno, gdyż kraj był nadal kontrolowany przez wyznawców judaizmu, faktycznie prawie wszystkie liczące się urzędy i stanowiska nawet w Kościele, były obsadzone przez jawnych lub ukrytych Żydów. Toteż ci ostatni wywoływali wciąż gwałtowne bunty i rozruchy, faktycznie wojnę domową w kraju. Ofiarami terroru żydowskiego padli setki inkwizytorów, aż wreszcie 31 marca 1492 opublikowano edykt królewski nakazujący Żydom hiszpańskim opuszczenie tego zrujnowanego i zniszczonego przez nich kraju. Wielu Żydów znalazło przytułek w Portugalii, gdzie jednak już niebawem tak dopiekli miejscowej ludności, że zostali zmuszeni uchodzić stamtąd w 1496 roku. Podobne historie powtarzały się  niejednokrotnie  także w   księstwach niemieckich.
Doszło też w wielu krajach do palenia ksiąg żydowskich jako rzekomych źródeł „szatańskiej mądrości” wyznawców Mojżesza.
Gdy prześladowani Żydzi Prowansji, których  często cechowała   przysłowiowa francuska duma, odwaga i prostolinijność, zwrócili się w 1489 roku o radę do zarządu żydowskiej gminy w Konstantynopolu, otrzymali następującą odpowiedź w języku hiszpańskim (cytujemy za Revue des Estudes Juives): „Kochani bracia w Mojżeszu! Otrzymaliśmy Wasz list, w którym dajecie nam poznać przeciwności i nieszczęścia, które znosicie. Uczucie, które nas tak samo dotyka jak was, lecz najwięksi rabini i satrapi naszego prawa wyrzekli następujące zdanie: Mówicie, że król Francji chce, abyście zostali chrześcijanami, zróbcie to, jeśli inaczej zrobić nie możecie, lecz zachowajcie zawsze pamięć o Mojżeszu w sercu. Mówicie, że chcą zabrać Wasze mienie: uczyńcie Wasze dzieci kupcami, a przy pomocy handlu niepostrzeżenie wszystko ich mieć będziecie. Wy się skarżycie, że oni godzą na Wasze życie, uczyńcie dzieci Wasze lekarzami i aptekarzami, którzy sprawią, że oni swoje utracą i to bez obawy kary. Do tego, co mówicie, że niszczą Wasze synagogi, starajcie się, aby Wasze dzieci były kanonikami i duchownymi, aby one rujnowały ich kościoły.
A co do tego, co mówicie, że Was bardzo gnębią, uczyńcie dzieci Wasze adwokatami, notariuszami i ludźmi, którzy mają się zajmować zwyczajnie sprawami publicznymi, a w ten sposób Wy zapanujecie nad chrześcijanami, zajmiecie ich ziemię i pomścicie się nad nimi. Nie zarzucajcie nakazu, jaki my Wam dajemy, a zobaczycie przez doświadczenie, że z uciśnionych staniecie się wysoko wyniesionymi.
Nawet jeśli ten list, jak twierdzą niektórzy, jest podróbką spreparowaną przez działaczy antyżydowskich, i tak wskazuje on, jak pogmatwane i skomplikowane bywały stosunki między wyznawcami Mojżesza a Chrystusa.
Ani chrześcijanie ani Żydzi przez wiele stuleci nie potrafili w Hiszpanii wyjść z zaklętego koła wzajemnej wrogości, mściwości i nienawiści. Obie strony wykorzystywały każdą nadarzającą się okazję, by dopiec sobie jak najboleśniej. Tak np. postąpili zjechani do Hiszpanii Żydzi w latach trzydziestych XX wieku.
W czasie trwania krwawej rewolucji komunistycznej w Hiszpanii w latach 1936-1939 szczególnie ucierpiał tamtejszy kościół katolicki, który był głównym przedmiotem ataków. Wówczas zrujnowano kilkanaście tysięcy pięknych świątyń, będących najwspanialszym dziełem kulturotwórczej działalności narodu hiszpańskiego. Zgładzono 7 937 osób duchownych, w tym 12 biskupów, 283 zakonnice, 5 255 księży, 2 492 braci zakonnych, 249 osób z nowicjatu. (Por.: Marbono, Rabinacki rasizm, „Ojczyzna” nr 3/98, s. 14).
Nieco odmienne dane przytacza ksiądz dr Andrzej Zwoliński w artykule Ateiści („Głos Polski”, Toronto, nr 24 1998), gdy pisze: „W 1936 roku komuniści przejęli władzę, przeciwko czemu wybuchło w Hiszpanii powstanie narodowe, na czele którego stanął gen. Francisco Franco. W kilka miesięcy po wybuchu powstania, w liście pasterskim z listopada 1936 roku prymas Hiszpanii, kard. Goma, pisał: „Pierwszy atak rewolucji skierował się przeciw religii. (...) Niszczenie bibliotek i archiwów, profanacja grobów, gwałcenie Bogu poświęconych dziewic, mordowanie niewinnych dzieci, najdziksze, najohydniejsze sposoby zabijania, wypróbowane na tysiącach ludzi; instynkt świętokradzki prowadzący tych ludzi bez Boga ni prawa do niszczenia wszystkiego, co najbardziej z religią chrześcijańską związane...”
Straty po rewolucji były ogromne. Ogółem w wyniku prześladowań zamordowano 12 biskupów, 4 184 kapłanów diecezjalnych, 2 365 zakonników i 283 zakonnice. Na śmierć skazano również blisko pół miliona katolików świeckich. Zniszczeniu uległo ok. 14 tys. kościołów. Ze skarbca katedralnego w Toledo zrabowano i wywieziono do ZSRR wiele bezcennych skarbów, np. płaszcz Madonny utkany z 80 tys. pereł, Biblię św. Ludwika – króla francuskiego.
W 1937 roku Jose Dias, przewodniczący hiszpańskiej sekcji trzeciej międzynarodówki, powiedział: „W prowincjach przez nas kontrolowanych Kościół nie istnieje. Przewyższyliśmy nawet sowietów, bowiem dziś Kościół w Hiszpanii jest całkowicie zniszczony”.
Prześladowania Kościoła ustały dopiero wraz z zakończeniem wojny, na wiosnę 1939 roku, gdy powstańcze wojska narodowe gen. Franco zdobyły Madryt i zlikwidowały resztki komunistycznych rządów”.
Na przykładzie wszystkich przytoczonych powyżej faktów widać, jak złożone, tragiczne, niejednoznaczne, wynikające z mnóstwa przyczyn socjalnych, ekonomicznych, politycznych, duchowych, wojskowych, psychologicznych, były liczące wiele setek lat zmagania Żydów z chrześcijanami. A przecież zilustrowaliśmy tylko jeden drobny fragment tych tytanicznych i wcale nie  zakończonych zmagań!
 ***
           Ucisk etniczny rodzi w duszach uciśnionych odruch sprzeciwu polegający m.in. na przekonaniu o własnej wyższej wartości, jak też o niższej wartości uciskających, czyli jeden z aspektów nacjonalizmu. Jak bardzo trafnie pisał Isaiah Berlin: „Jest chyba oczywiste, że uraza uczuć zbiorowych społeczeństwa lub uczuć jego przywódców duchowych jest warunkiem koniecznym narodzin nacjonalizmu (...). Nacjonalizm, jako coś różnego od zwykłej świadomości narodowej, – poczucia przynależności do narodu – jest przede wszystkim reakcją na protekcjonalny lub lekceważący stosunek do tradycyjnych wartości społeczeństwa, jest wynikiem zranionej dumy i poczucia upokorzenia spadającego na jego najbardziej wrażliwych społecznie członków, co w efekcie wzbudza gniew i samoakceptację”.
W dalszym ciągu te uczucia zostają przybrane w otoczkę filozofii narodowej, mitów, stereotypów ideologicznych i w ten sposób nacjonalizm staje się sposobem myślenia i życia danej zbiorowości. Isaiah Berlin zaznacza: „Aby nacjonalizm mógł rozwinąć się w społeczeństwie, musi ono zawierać w umysłach jego wrażliwych członków przynajmniej embrionalny obraz samego siebie jako narodu, obejmujący jakiś ogólny czynnik zespalający – język, pochodzenie etniczne, wymyślone czy rzeczywiste wspólne dzieje. Idee i sentymenty tego rodzaju są w miarę wyraźne w umysłach elit lepiej wykształconych i bardziej świadomych społecznie i politycznie, choć mogą być zupełnie obce albo znacznie mniej wyraźne w pozostałej części narodu. Ów narodowy obraz, dający podstawy do resentymentu w przypadku urazy czy napaści, powoduje, że ludzie ci przeobrażają się w warstwę głęboko świadomej inteligencji, zwłaszcza wówczas, gdy stają w obliczu wspólnego, wewnętrznego czy zewnętrznego wroga – czy to będzie kościół, rząd czy obcy prześladowca”...
Ta warstwa natychmiast organizuje opór przeciwko uciskowi, opracowuje na bieżąco taktykę i strategię walki, która, i owszem, przybiera często formy nader drastyczne. Miał rację Karol Henryk Marks, gdy pisał, że „nieszczęściem dla narodu jest ujarzmienie przeczeń innego narodu”. Prowadzi bowiem nieuchronnie do wojny.
Żydzi przez tysiąclecia prowadzili swą bohaterską wojnę wyzwoleńczą przeciwko całemu światu. Całe zastępy ich wyginęły w tej nierównej walce, a ci, co zostali, przejawiają ogromną determinację i siłę ducha.
Zeev Żabotyński, wybitny teoretyk syjonizmu, pisał w 1910 roku: „Mądry był człowiek, który powiedział, że „homo homini  lupus”. Człowiek człowiekowi jest gorszy niż wilk, i długo jeszcze nie potrafimy tego zmienić ani przez reformę państwa, ani przez kulturę, ani przez gorzkie nauki życia. Głupi jest, kto wierzy sąsiadowi, choćby najlepszemu i najłagodniejszemu. Głupi , kto polega na sprawiedliwości: ona istnieje tylko dla tych, którzy pięścią i uporem są zdolni ją wywalczyć. Gdy się słyszy zarzuty za propagandę nieufności, odosobnienia i innych ostrych rzeczy, chce się odpowiedzieć: „Tak, jestem winien. Propagowałem to i będę nadal propagował, ponieważ w odosobnieniu, w nieufności, w wiecznym byciu czujnym, w wiecznym trzymaniu kamienia w zanadrzu – jest jedyny środek ku temu, by jakoś ustać na nogach w tej walce wilków”... (por.: Avinieri Shlomo, Osnownyje naprawlenija w jewriejskoj politiczeskoj mysli,).
Tenże Z. Żabotyński w okresie późniejszym wyznawał: „Tak, byłem bojownikiem ludzkości, ale też uczyłem swych rodaków, że nie ma na świecie wyższego Boga, niż Naród i Ojczyzna, i nie ma na świecie takiego Boga, któremu w ofierze warto byłoby złożyć te dwa klejnoty”.
Zauważmy, że w cytowanym powyżej eseju Homo homini lupus Z. Żabotyński zawarł też pewne akcenty antypolskie, w ogóle zresztą był jednym z najzawziętszych polonofobów. Choć z drugiej strony nie sposób nie uznać faktu, iż wiele jego myśli wyróżnia nie tylko dynamika i energia, ale też dojrzałość i głębia.
Jak  pisze  jeden  z  żydowskich  socjologów: „All Jewry shuddered at the thought that the apparition could return at any time, anywhere. The Olem is a Golem: the whole word is a mad monster.” (Howard F. Stein, Judaism and Group-Fantasy of Martyrdom, in: “The Journal of Psychohistory”, vol. 6, No. 2, 1978, p. 155).
Poczucie kosmologicznego terroru lub kosmicznego sterroryzowania może być poczuciem starych, zmęczonych życiem narodów i jednostek, ale też stanem duszy młodego rewolucjonisty, montującego w swym mieszkaniu kolejną „bombę dla cara”... Można tę postawę rozumieć, interpretować ją z punktu widzenia historii, psychologii, filozofii, socjologii, a nawet podziwiać. Nie sposób jednak nie zauważyć, że jest to postawa niezdrowa, nacechowana swoistą hipochondrią, coś graniczącego z manią prześladowczą.
Victimology or martyrdom is the dominant group-fantasy of the Jewish people, a fantasy in which ego-alien and ethos-alien cultural groups come to be delegated and assume the role of persecutor. The Chosen-People are self-chosen to be the sacrificial people. Each generation binds the next anew onto the ethnic altar on Mt. Moriah.” (Howard F. Stein, Judaism and Group-Fantasy of Martyrdom, in: “The Journal of Psychohistory”, vol. 6, No. 2, 1978, p. 154).
Taki stan duszy zbiorowej może być potencjalnie bardzo niebezpieczny. Wydaje się, że zarówno antysemici, jak i niektórzy Żydzi wpadają do tej samej pułapki, którą zastawiają na innych.
Aby łatwiej zwalczyć lub zmusić do milczenia przeciwnika ideowego, daje mu się miano „wroga” („wroga” ludu, narodu, wiary, wolności, postępu itp.!), przypisuje mu się wrogie zamiary, a przy pomocy bezczelnej i ustawicznej propagandy piętnuje się go jako napastnika. Przewrotne budzenie podejrzeń, manipulowanie informacją i dezinformacją, systematyczne oczernianie osoby i zamiarów przeciwnika politycznego, a także jego czynów, szantaż i zastraszenie, skrytobójcze morderstwa, prowokacje – cały ten nieprzebrany arsenał broni wykorzystuje się w celu zwalczania oponenta. Jasne, że tak zmasowany i systematyczny nacisk na umysł ludzki nie pozostaje bez śladu, bowiem, jak powiedział pewien cyniczny, ale przenikliwy, polityk, nawet najbardziej bzdurne wyobrażenia mogą być w końcu przyjmowane za prawdę, jeśli je dostatecznie długo i uporczywie wbijać ludziom do głowy.
Leszek Kołakowski mówi o tzw. „prawie nieskończonego rogu obfitości”, które głosi, że „nigdy nie brak argumentów dla uzasadnienia doktryny, w którą z jakichkolwiek powodów chce się wierzyć”.
Skoro się raz do tego zaklętego koła trafi, trudno z niego się wydostać. Johann Wolfgang Goethe zauważył: „Charaktery często czynią słabość prawem. Znawcy życia powiadają: »Przebiegłość, za którą kryje się strach, jest nie do pokonania«. Ludzie słabi często mają rewolucyjne skłonności. Mniemają oni, że dobrze by się czuli, gdyby nikt nimi nie rządził i nie widzą, że sami nie potrafią rządzić ani sobą, ani innymi”. E. A. Chabauty pisał w 1880 roku w książce Żydzi, nasi panowie: „Żydzi występują wśród innych narodów w roli rewolucjonistów”. Miał rację, ale częściowo się mylił, gdy dodawał: „Takie zachowanie jest im dyktowane przez ich przywódców i liderów religijnych”.
Zagadnienie to, jak wykazaliśmy powyżej, jest bardziej złożone i trudne. Oczywiście, najłatwiej jest przyjąć proste rozwiązanie, prostą interpretację nawet najbardziej skomplikowanego i wieloaspektowego zjawiska. Najlepiej jest w ogóle być nieświadomym. Dla takiego świat jawi się jako prosty i nieskomplikowany. A problemy, nad którymi latami głowią się fachowcy, są dla niego łatwo rozstrzygalne, w każdym bądź razie ma na nie gotowe, „niezawodne” recepty. – Jak antysemici na „kwestię żydowską”...
Jak wiadomo, ludzie z prymitywnym intelektem rozumieją i wiedzą „wszystko”, nie ma dla nich na świecie żadnych niejasności i „cudów”. Spośród nich to rekrutuje się gros wszelkiej maści inkwizytorów i fałszywych wyroczni. Natomiast „istoty złożone nie są zdolne do prostych odczuć, a tym bardziej do prostego poznania” (Johann G. Hamann).
Najprostsze, zdawałoby się, zagadnienie odkrywa przed człowiekiem myślącym całą otchłań niejasności, problemów, zagadek, a wszystko to rozwija się, porusza, wiruje i mknie nie wiadomo skąd i dokąd. Jan Kasprowicz z czcią i zachwytem pochylał się nad niezgłębioną tajemnicą płaczącej wierzby i konika polnego. Sokrates, wypowiadając swe „wiem, że nic nie wiem”, dawał do zrozumienia, iż doskonale wiedział, że jego ograniczona mądrość była zerem wobec nieskończonej, pełnej wiedzy, której mu właśnie brakowało. „Wiem, że nic nie wiem” – powiedział Sokrates, lecz inny grecki myśliciel dodał: „I nawet nie wiem, czy to wiem”.
Oto właśnie wyraz „zrozumienia”, a raczej wyczucia przez człowieka niepojętej tajemnicy i nieskończonej złożoności wszystkiego co istnieje. Przy tym najistotniejsze jest, że cała ta zagadkowa głębia uwidacznia się przed mądrym spojrzeniem dosłownie w każdym fragmencie bytu. Oto parę zdań z Dialogu o dwu najważniejszych układach świata Galileusza: „Kto tylko raz jeden dokonał próby zrozumienia w pełni jednej jedynej rzeczy – a przez to naprawdę zakosztował smaku wiedzy – na pewno doszedłby do przekonania, że nie rozumie ani tej, ani jakiejkolwiek innej z niezliczonych prawd... Są wśród ludzi tacy, którzy znają się lepiej na rolnictwie niż inni. Jednakowoż, czymże jest umiejętność sadzenia latorośli winnej w bruździe wobec zdolności puszczania przez nią pędów, wciągania pożywki, wydobywania z niej części zdatnych bądź do wytwarzania liści, bądź do formowania wąsików, bądź wreszcie do wydawania gron – co wszystko stanowi dzieło najmądrzejszej przyrody? Jest to tylko jedno spośród niezliczonych jej dzieł i właśnie w nim objawia się ta nieskończona mądrość”...
Od wszystkich tych uciążliwych (lecz jakże pięknych) rozterek uwalnia człowieka ideologiczny autorytaryzm. On wszystko stawia „na swoje miejsce”, z góry wie, gdzie jest prawda, a gdzie fałsz. Natomiast „wyższe” potrzeby estetyczne, religijne i etyczne zadowalane są poprzez uczestnictwo w takich masowych a sugestywnych widowiskach jak palenie, wieszanie, rozstrzeliwanie, ćwiartowanie, rwanie końmi, łamanie kołem „niewiernych”.
Jest to reguła, dająca się zaobserwować w różnych kręgach cywilizacyjnych.   Tamerlan przejawiał swą „prawdę” w sposób nawet jak na azjatyckie obyczaje oryginalny. W 1383 roku kazał wybudować w m. Zirih minaret z 5 tysięcy głów ludzkich. Dwa lata później na podobne cele przeznaczył już 70 tysięcy czaszek. W roku 1398 urządził w Delhi rzeź 100 tysięcy jeńców. Wkrótce zaś potem kazał zakopać żywcem 4 tysiące chrześcijańskich rycerzy oraz wybudować aż dwadzieścia wież z odciętych ludzkich głów.
W równie nieszablonowy sposób czcili swych bogów amerykańscy Aztekowi. Zwyczajny obrzęd ofiarny polegał na wyrwani serca, którym następnie, trzepocącym jeszcze i parującym żywą krwią, nacierano miedziane oblicza „boskich” posągów. Uprawiano też obrzędy bardziej wyrafinowane. Na przykład ku czci boga Xipe-Toteca kapłani obdzierali ofiarę (ludzką!) żywcem ze skóry, po czym obnosili ją przez wiele dni, aż ostatecznie umierała. O rozmiarach tych obrzędów świadczyć może poświęcenie w 1487 roku wielkiej świątyni, z okazji którego dokonano mordu rytualnego na 20 tysiącach ludzi. Zastanawiające, że na ofiary często wybierano najpiękniejsze dziewczęta i najdzielniejszych chłopców z najznakomitszych rodzin. Jeśli powyższe dane nie są „świętym szalbierstwem”  europejskich, katolickich  zbirów, usiłujących w tak podły sposób post factum niejako usprawiedliwić swe zbrodnie na rdzennej ludności kontynentu amerykańskiego, to wychodzi, iż  bogowie Azteków nie zadowalali się byle czym.
Jak dobrze wiemy z historii XX wieku, także fanatyzm polityczny i narodowy ma gotowe recepty na wszystko, a środki przezeń stosowane w niczym nie odbiegają od wspomnianych powyżej.  Jak mawiał Ludwik Pasteur, „są godni pożałowania ludzie, którym wszystko jest jasne”.
                                                          ***
 W kwietniu 1918 roku rabin Juda Magnes na konferencji publicznie zadeklarował: „Uważam siebie za prawdziwego bolszewika!” (por.: Russkij Wiestnik, nr 30-31, 1992). Lecz niewielu rozumie, jak złożona treść kryje się za tą na pozór prostą deklaracją.  Jak bardzo trafnie pisze Stanley Rothman (Group Fantasies and Jewish Radicalism: A Psychodynamic Interpretation, in: “The Journal of Psychohistory”, vol. 6, No 2, p. 212-213, 1978): „During the past 100 years men and women of Jewish background have played a very substantial role in the development of radical thought and political movements in both Europe and the United States... I argue that Jewish radicalism (as well as Zionism) stems from the historically marginal position of Jews in Christian societies and to the family structure and personality patterns derived from that marginality. Jews have developed a particular set of perceptions and underlying motivations which can be described as a group-fantasy... I do not mean to suggest that all Jews share such fantasies or even that the behavior of most Jews is determined by them. The fantasies are present in some sense in the psychic economy of a great many Jews, but the role they play is mediated by a host of other unconscious and conscious forces, as well as by external circumstances. (...)
Jews had been serving as a „radical” leaven in Europe since the mid-nineteenth century, when they began to emerge from various European ghettos (...).
Whatever the reasons, the disproportionate role of persons of Jewish background as a force for undermining traditional institutions continued well into the 2Oth century in most European countries and countries settled by Europeans, not only among the political leadership of radical groups but in terms of party cadres and even votes”...
Czytając te słowa nie można zapominać, iż w rewolucji komunistycznej w Rosji 1917 roku brały udział miliony przedstawicieli różnych narodów, w tym około 200 tysięcy Polaków, którzy, jak i Żydzi, pełnili często najwyższe funkcje przywódcze w obozie rewolucyjnym. To przecież jeszcze w 1875 roku K. Marks i F. Engels w zupełnej zgodzie z prawdą konstatowali: „Polaków spotykamy wszędzie tam, gdzie toczy się walka rewolucyjna”. 27 listopada  1880 roku zwracali się do mityngu, zorganizowanego w Genewie z okazji 50 rocznicy Powstania Listopadowego: „Po pierwszym podziale kraju Polacy, opuszczając swą ojczyznę, przepływają Atlantyk, aby bronić wielkiej, wówczas powstającej republiki amerykańskiej. Kościuszko walczy obok Waszyngtona. W 1794 roku, gdy rewolucja francuska z trudnością stawia opór siłom koalicji, sławne powstanie polskie wyswobadza ją. Polska traci swą niezależność, lecz rewolucja zostaje. Zwyciężeni Polacy wstępują do armii „sankiulotów” i pomagają im przy burzeniu feudalnej Europy. Na koniec, w roku 1830, gdy cesarz Mikołaj i król pruski zamierzają doprowadzić do skutku swe plany, by nowym napadem na Francję odrestaurować legitymistyczną monarchię, wówczas rewolucja polska,... zastępuje im drogę”...
Niech żyje Polska!... Okrzykiem tym witano naród, którego wszystkie powstania – tak dla niego samego fatalne – zatrzymywały zawsze pochód kontrrewolucji, naród, którego najlepsi synowie nie zaprzestali nigdy wojny obronnej, walcząc wszędzie pod sztandarem rewolucji ludowych”...
W 1848 i 1849 roku armie rewolucyjne – niemieckie, rumuńskie, węgierskie, włoskie – przepełnione były Polakami, którzy odznaczali się jako żołnierze i jako dowódcy”...
Na koniec, wśród polskich wygnańców Komuna Paryska znalazła swych prawdziwych obrońców, a po jej upadku dla sądów wojennych w Wersalu wystarczyło być Polakiem, aby zostać rozstrzelanym.
Polacy więc poza granicami swego kraju odegrali wielką rolę w walce o wyzwolenie proletariatu – byli wszędzie jej czołowymi bojownikami”...
I co z tym zrobić? Przecież to wszystko jest prawdą, jak jest prawdą, iż Polacy – podobnie do Żydów – brali udział w wojnach rewolucyjnych dlatego, że czuli się (i byli) zniewolonymi, że po prostu chcieli uczynić świat lepszym. Inna rzecz, że droga do celu prowadziła, niestety, nie tędy.
Profesor Uniwersytetu w Edynburgu, Charles Sarolea pisał w 20-tych latach XX wieku w książce Wrażenia z Rosji Sowieckiej (Częstochowa, 1925): „Na całość żydowskiego narodu nie może spadać odpowiedzialność za zbrodnie drobnej mniejszości. Nie można go winić za postępki Trockiego, Zinowiewa i Radka, jak również nie można czynić odpowiedzialnym cały naród francuski za postępki Marata i Robespiera... Niemniej czczym jest nieuznawanie dominującej roli Żydów w rewolucji światowej, jak ignorowanie ich roli w sprawie szerzenia się chrześcijaństwa. Ale należy po prostu stwierdzić fakt, że rewolucja bolszewicka była tworzona przez ludzi należących do żydowskiej rasy. Musimy dalej liczyć się z faktem, że postępki tych ludzi wzbudziły okrutne mściwe namiętności w sercach rosyjskiego narodu i że te namiętności mogą w najbliższym czasie zagrażać milionom niewinnych Żydów straszliwym odwetem”.
Jeden z niemieckich Żydów, intelektualista Rathenau również w tym czasie prorokował: „Nie ma wątpliwości, że końcem tragedii rosyjskiej będzie najpotworniejszy pogrom, jaki kiedykolwiek miał miejsce w historii narodu żydowskiego”. Profesor Sarolea dodaje: „Żydzi odegrali dominującą rolę w bolszewickim powstaniu i nadal odgrywają główną rolę w rządzie... Nieliczni żydowscy przywódcy są panami Rosji... Ludzie, należący do rasy semickiej, byli twórcami rosyjskiego dramatu. A, niestety, ci ludzie nie tylko odegrali rolę dominującą we wszczęciu i rozwoju bolszewickiej rewolucji, lecz byli też najokrutniejszymi uczestnikami najgorszych zbrodni, popełnionych w tej rewolucji. W kronikach terroryzmu zapisane są cztery imiona, zasługujące na złowrogie wyróżnienie: Jankiel Jurowski, potwór, który zamordował 12 członków cesarskiego domu, nie wyłączając czterech młodocianych córek cesarza, w piwnicach domu Ipatjewa w Jekatierinburgu; Mojżesz Uricki, pierwszy generalny kat Czrezwyczajki; Bela Kun, rzeźnik Budapesztu i Krymu; Dzierżyński, obecny generalny inkwizytor Czrezwyczajki: Z tych czterech imion ani jedno nie jest rosyjskim. Jeden z tej czwórki jest Polakiem, trzej inni są Żydami”.
Szkocki profesor nazywa fakt przewagi żydowskiej „historycznym przypadkiem i tragedią”. I chyba ma rację.
 ***
         Doktor Dariusz Ratajczak w artykule Żydzi a handel niewolnikami (2007) notował: „Ponad 50 lat temu Jacob Marcus, być może najznamienitszy historyk żydowski połowy XX wieku, stwierdził w „Encyclopedia Britannica”: „W wiekach ciemności (dla autora to średniowiecze – DR) handel zachodniej Europy pozostawał głównie w ich (Żydów – DR) rękach, szczególnie handel niewolnikami...”. Wspierał tym samym nieco wcześniejszą uwagę S. Grayzela poczynioną w książce „Historia Żyda; od Wygnania Babilońskiego do końca II Wojny Światowej” (Filadelfia 1948): „Żydzi byli najważniejszymi handlarzami niewolników”. Zauważyli to dużo wcześniej chrześcijańscy pisarze starożytni i średniowieczni. Nie mogło być inaczej. Żydowscy handlarze, posiłkując się biciem – i nazwijmy rzecz eufemistycznie – molestowaniem seksualnym, dostarczali z Europy na Bliski Wschód tysiące urodziwych i jasnowłosych kobiet i dzieci. Była to rynkowa odpowiedź na preferencje śniadych, kruczoczarnych i przede wszystkim bogatych klientów z Azji oraz północnej Afryki.
Przytoczone wyżej fakty nie mogą budzić większego poruszenia. Basen Morza Śródziemnego był przecież naturalnym rejonem działania żydowskich handlarzy „żywym towarem”. Natomiast współczesne pokolenia wychowane na filmach „made in Hollywood”, w których handlarzami czarnych nieszczęśników z Afryki są niezmiennie anglosaskie typy spod ciemnej gwiazdy (exemplum: „Amistad” Stevena Spielberga) za niespodziankę przyjmą twierdzenie, iż Żydzi niezbyt przecież liczni w angielskich (brytyjskich) koloniach w Ameryce Północnej –- dominowali również wśród handlarzy na amerykańskich trasach niewolniczych. Oddajmy w tym miejscu głos żydowskiemu historykowi Marcowi Raphaelowi („Żydzi i judaizm w Stanach Zjednoczonych: historia dokumentalna”, t. 14, Nowy Jork 1983):
„Żydowscy kupcy odgrywali wiodącą rolę w handlu niewolnikami. Rzeczywiście we wszystkich amerykańskich koloniach, czy to francuskich (Martynika), brytyjskich lub holenderskich, żydowscy kupcy często dominowali. Twierdzenie to odnosi się także do kontynentu północnoamerykańskiego, gdzie w XVIII w. Żydzi uczestniczyli w handlu polegającym na rym, że niewolników przywożono z Afryki do Indii Zachodnich, tam wymieniano na melasę, którą następnie zabierano do Nowej Anglii, gdzie następowała wymiana na rum, który z kolei wywożono na sprzedaż do Afryki. Od 1750 r. do wczesnych lat 70 XVIII w., żydowski handel na kontynencie zdominowali Isaac Da Costa z Charlestonu, David Franks z Filadelfii i Aaron Lopez z Newport.
W Ameryce Północnej głównym punktem handlu niewolnikami był Newport (Rhode Island). Miasto to stanowiło „osiowe” centrum „trójkątnego biznesu”. Stąd wywożono rum i melasę do Afryki, by powrócić z „żywym towarem” do Indii Zachodnich oraz kolonii na stałym lądzie. Zapewne nie jest dziełem przypadku, że Newport szczycił się najstarszą synagogą na kontynencie oraz największą i najlepiej prosperującą społecznością żydowską w amerykańskich koloniach Wielkiej Brytanii.
Zarabiano ogromne pieniądze kosztem zdrowia i życia „hebanowego ładunku”. Wspomniany mieszkaniec Newport Aaron Lopez, potomek portugalskich marranów, był w II połowie XVIII w. jednym z najpotężniejszych handlarzy niewolników w obu Amerykach. Jego licząca dziesiątki statków flota bez przerwy krążyła po wodach Atlantyku.
Warunki, jakie zapewniano przewożonym pod pokładami niewolnikom, wołały o pomstę do nieba. Z zachowanego sprawozdania z dwóch podróży statku „Kleopatra” (własność Lopeza) wynika, iż wojaży nie przeżyło 250 Murzynów. A mówimy tylko o jednym statku i zaledwie dwóch jego „kursach”. Jeżeli nie nazwiemy tego ludobójstwem, to co to słowo właściwie oznacza?!
Żydzi zdominowali handel niewolnikami nie tylko w amerykańskich koloniach, ale i w całym Nowym Świecie. W fundamentalnej pracy autorstwa Liebmana „Żydostwo Nowego Świata, 1492-1825: Requiem dla zapomnianych” (Nowy York 1982) czytamy: „Przypływali statkami z Afrykańczykami, których sprzedawano w niewolę. Handel niewolnikami był królewskim monopolem, a Żydów często mianowano królewskimi agentami ich sprzedaży... W całym regionie Karaibów flota handlowa była głównie żydowskim przedsięwzięciem. Statki były ich własnością, obsadzały je żydowskie załogi, żeglowały pod rozkazami żydowskich kapitanów”.
Inny żydowski badacz przeszłości, Arnold Aaron Wiznitzer („Żydzi w kolonialnej Brazylii, 1960), dodaje nie bez pewnej dumy: Kompania Zachodnioindyjska, która zmonopolizowała import niewolników z Afryki, sprzedawała ich na publicznych aukcjach za gotówkę. Tak się składało, że gotówkę przeważnie posiadali Żydzi.
Kupcy, którzy pojawiali się na aukcjach byli prawie zawsze Żydami. Z powodu braku konkurencji mogli oni nabywać niewolników po niskich cenach (a potem odstępować plantatorom na kredyt ściągany przy następnych zbiorach w cukrze –DR)... Jeżeli zdarzało się, że data danej aukcji pokrywała się z żydowskim świętem – odraczano ją. Tak było w piątek, 21 października 1644 r. Żydzi byli także posiadaczami niewolników w Ameryce Północnej.
Wspomniany Jacob Marcus napisał w innej książce („Żydostwo Stanów Zjednoczonych 1776-1885”, Detroit 1989): Przez cały wiek XVIII, aż do początków XIX w., Żydzi na Północy mieli własnych czarnych służących (niewolników – DR); na Południu kilka plantacji żydowskich opierało się na pracy niewolniczej.
W 1820 r. ponad 75% żydowskich rodzin z Charlestonu, Richmond i Savannah posiadało niewolników zatrudnionych w charakterze służby domowej; ponad 40% żydowskich właścicieli gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych posiadało 1 lub więcej niewolników...
Bardzo mało Żydów w USA protestowało z pobudek moralnych przeciwko... niewolnictwu”.
Chciałoby się w tym miejscu zapytać: a czy wielu Polaków protestowało? I czy to np. Żydzi pod sztandarem krzewienia katolicyzmu wymordowali w XVI-XVII st. ponad 6 mln rdzennych mieszkańców Brazylii? Czy to też Żydzi w obu Amerykach wymordowali w XVI-XIX w. ponad 60 mln. rdzennej ludności? Nie, to uczynili członkowie rasy anglosaskiej oraz romańskiej, którzy też byli, nawiasem mówiąc, największymi handlarzami niewolników na przestrzeni dziejów.
 ***
           Antysemityzm publicystów jest bardziej płytki, mniej podbudowany argumentami i faktami, ale przecież też prowadzący na manowce. Potępianie albowiem jakiegokolwiek narodu jako całości za to, że jest taki, jaki jest, a nie taki, jakim by chcieli jego mieć ci, którzy potępiają, prowadzi donikąd, jest błędem merytorycznym i metodologicznym. Wszystkie bowiem narody zostały stworzone przez Boga takimi, jakimi są, a sądzić o ich przeznaczeniu i znaczeniu nie jest ludzką rzeczą. Dopiero po wypełnieniu się czasów sens życia i rola dziejotwórcza wszystkich narodów przestanie  być tajemnicą.
  Antysemici   z reguły popełniają  błąd rodzaju dwojakiego. Po pierwsze, gardzą i nienawidzą naród, który zasługuje na szacunek i uznanie. Po drugie,   zawsze mówią o Żydach jako o „małym narodzie”, podczas gdy faktycznie jest to – jak zauważyliśmy powyżej – etnos liczny „jak gwiazdy na niebie” i „jak piasek na pustyni”, liczący około 120 mln osób w skali światowej, a stanowiący „elitę” polityczną i umysłową m.in. w kilkudziesięciu krajach Europy oraz obu Ameryk.  Jeśli jakikolwiek naród zasługiwałby na lekceważenie i bagatelizowanie, to najmniej – właśnie żydowski. Jest to bowiem potężny etnos globalny (i globalistyczny), posiadający wybitne walory umysłowe i organizacyjne, kontrolujący w skali powszechnej obieg pieniądza i informacji (a więc i fundamentalne procesy socjalne), świetnie wykształcony i pod każdym względem wyrobiony, konsekwentny i bezwzględny w walce, a przy tym niezachwianie wierzący w swą szczególną misję dziejową, która to wiara dodaje mu otuchy i wiary w zwycięstwo w chwilach trudnych, a pewności siebie i buty w godzinie triumfu. Nie sposób znaleźć w dziejach ludzkości jakiejś analogii do losów tej zbiorowości.

                                                              ***







rozdział II.

ChiMerA   „judeochrześcijaństwa”



Niektóre  koła,  deklarujące  się  jako  zbliżone  do   kościoła  katolickiego w Polsce, często używają pojęcia „judeochrześcijaństwo”. Czy temu obiegowemu,   modnemu  i  usilnie  lansowanemu pojęciu odpowiada jednak jakaś realna historyczna treść? Przecież od samego początku wyznawcy judaizmu prześladowali chrześcijan,   wypędzali  ze  świątyń, denuncjowali  okupantom, wyklinali podczas nabożeństw.    Wilhelm  Ockham  w  Dialogu  podkreślał:  „Żydzi  (…) bardzo  silnie  podkreślają,  że  chrześcijańska  wiara  jest  zła”… Tak  było  od  samego  początku,  toteż w 70 roku chrześcijanie   nie przyłączyli się do powstania antyrzymskiego, wycofując się do jednego z prowincjonalnych miast. Także w okresie późniejszym Żydzi, jak tylko mogli, dokuczali „herezji” chrześcijańskiej, zwalczając ją m.in. wspólnie z wyznawcami islamu i zwolennikami marksistowskiego komunizmu  (zorganizowanie rzezi  prawie 2  milionów  prawosławnych Ormian  w  Turcji (1914-15)  czy  kilku  milionów  prawosławnych  Rosjan w  okresie  dyktatury  bolszewickiej  po  1917  roku). Filozof Bertrand Russel w 1920 roku wyznał: „Bolszewizm to butna i okrutna arystokracja, składająca się ze zamerykanizowanych pod względem psychologicznym Żydów. Rosjanie to naród artystów, aż do najprostszego chłopa; celem bolszewików jest ich industrializacja i uczynienie z nich, na ile to możliwe, Jankesów” .  Chrześcijanie  z  kolei  często  nie  tylko  szykanowali  Żydów,  ale  i  dokonywali  na  nich  okrutnych  mordów  rytualnych  przez  palenie  na  stosach  pod  wydumanym  zarzutem  uprawiania  czarów, zatruwania studni, jak  też  przez inicjowanie  straszliwych  pogromów  w  wielu  krajach  Europy.   Jan  Eriugena, irlandzki myśliciel  chrześcijański  wieku IX, kilkakrotnie pisze w swym „Komentarzu  do  Ewangelii  Jana  o  przewrotnych  i  niewiernych  Żydach, którzy   z racji ich  pychy  nie chcieli  uznać  Jezusa  za  Chrystusa  i  przeto  nie  zostali  zbawieni.  W  ciągu  wielu  stuleci  zarówno  teoretycy  judaizmu  jak  i  chrystianizmu  z  naciskiem  podkreślali przeciwieństwa  i  antagonizmy  dzielące te  dwa  wyznania.  
Do dziś w ortodoksyjnym judaizmie obowiązuje przepis prawa, na mocy którego każdy Żyd, który szczerze nawrócił się na chrześcijaństwo, automatycznie jest wyklęty i skazany na karę śmierci. Wszyscy chrześcijanie żydowskiego pochodzenia są więc objęci tą klątwą. Jeśli pozwalają na to warunki, należy każdego odstępcę dopaść w dogodnym miejscu, np. w łaźni, dusić sznurem, aż otworzy usta, a następnie lać mu do gardła roztopiony ołów; gdy zaś usta są ciągle zawarte, należy – jak radzi odnośny przepis – otworzyć je obcęgami. Można też wrzucić winowajcę do kotła z kipiącym wrzątkiem. Wykluczeni z tego prawa są w ewidentny sposób Żydzi i Żydówki podsyłani w tej czy innej sprawie do obozu wroga, aby coś wywęszyć, wyszpiegować, wprowadzić zamęt, przechwycić kierownictwo, sprowadzić na manowce. Jest wyrazem bezprecedensowej głupoty gojów cieszenie się niektórych chrześcijan, iż ten czy inny Żyd rzekomo został katolikiem czy prawosławnym. A już kompletny absurd stanowi oczekiwanie osób duchownych, iż nastanie kiedyś czas, gdy talmudyści się „nawrócą”.
Douglas Reed powiada, że cała historia Zachodu była widownią walk między dwoma ideami: gdy zwyciężało „prawo” w wydaniu lewitów i faryzeuszy, Zachód niewolił ludzi, stawiał ich przed inkwizycją, zabijał odstępców i hołdował idei rasy panów; okresy zaś, gdy Zachód kierował się nauką Jezusa, wyzwalano osoby i narody, ustanawiano sprawiedliwe i otwarte sądy, znoszono rasistowskie ustawy i uznawano powszechnego Boga – Ojca całej ludzkości. Wyznawcy judaizmu – według księgi „Targal” – oczekują mesjasza wojowniczego i mściwego, który „opasze swe biodra” i ruszy do walki z wrogami Żydów, w której to walce „padnie wiele królestw”. Zdruzgocze on „żelazną pałką” i „rozbije jak wazony” liczne państwa, a na ich zgliszczach i ruinach ustanowi globalne imperium despotyczne na czele z rodem Judy. Zresztą znacznie wcześniej talmudyczni skrybowie włożyli do ust swego szczepowego bóstwa Jahwe wielce wymowne przyrzeczenie, będące ich marzeniem i ich planem: „Będziesz panował nad wieloma narodami, a one nad tobą panować nie będą. Wywyższy cię Pan, Bóg twój, ponad wszystkie narody świata” (Księga Powtórzonego Prawa, 28, 1).
Obietnica ta ma się nijak do uniwersalistycznej nauki Jezusa o tym, że „nie masz Greka ani Żyda”, nawiązującej raczej do tradycji greko-rzymskiej niż hebrajskiej. Przekonywująco dowodził tego wybitny filozof, historyk i filolog  Tadeusz Zieliński, który wysunął, bronił i propagował przez całe życie tezę o „ciągłości psychologicznej”, łączącej świat Grecji antycznej, Rzymu starożytnego i Europy chrześcijańskiej. Przy tym myśl o „ciągłości” profesor rozumiał nie tylko jako kontinuum ideograficzne, lecz o wiele głębiej i wszechstronniej. Całą duszą też za tą ideą optował i jej słuszności dowodził,  przeciwstawiając  się  zdecydowanie  koncepcjom  „judeochrześcijańskim”. Pisał: „Więcej niż tysiąc lat przed Narodzeniem Chrystusa we wschodniej dzielnicy Grecji północnej, tam gdzie góra Ojte zbliża się do morza, tworząc przesmyk Termopil, zamieszkiwało bitne i dzielne plemię Dorów. W górskiej ojczystej krainie zrobiło się im zbyt ciasno, przedsięwzięli tedy nowych szukać okolic.
Słyszeli, że południowy półwysep Grecji – zwano go „wyspą Pelopsa”, czyli Peloponezem – obfituje w pastwiska górskie, w równiny urodzajne i w zamożne miasta. Kraj ten wprawdzie liczni zaludniali mieszkańcy: na południu Achajowie, na północy – Jończycy. Mniemali wszakże Dorowie, że ludy owe, otoczone dostatkiem, wyzbyły się waleczności, oni zaś, w ubóstwie wyrośli, mocni są ciałem i duchem i zdołają przeto ziemię ich podbić.
O samej  wyprawie wieść niesie, co następuje.
Królowie Dorów byli to potomkowie Heraklesa: uważali więc siebie za prawnych dziedziców Peloponezu – jeśli nie całego, to głównej jego części. Herakles bowiem – mówili – był prawnukiem Perseusza, króla Argosu, ponieważ zaś w Peloponezie ród Perseusza wygasł, przeto prawem dziedzictwa kraj ten powinien im przypaść w udziale.
Jeszcze Hyllos, syn Heraklesa, zapytał był wyroczni w Delfach, zali pozwala mu Apollon przedsięwziąć wyprawę na Peloponez. Bóg odpowiedział: „Czekajcie do trzeciego plonu”. Hyllos sądził, że bóg ma na myśli plon zboża; przeczekawszy tedy dwa lata, w trzecim roku ruszył na Peloponez.
Czas był sprzyjający”...
Tymi słowy Tadeusz Zieliński rozpoczyna Grecję niepodległą czyli drugą część swej wielkiej tetralogii o świecie antycznym.
Czuć w nich wielką miłość i fascynację Światem Greckim. W innych tekstach profesor daje jednak wyraz nie tylko sympatii do szczerego, otwartego, radosnego stosunku do życia Hellenów, lecz również ogromnemu szacunkowi dla ich postawy intelektualnej. I nie jest w tym odosobniony, Europa pamięta bowiem o swych pokrewieństwach i prawdziwych korzeniach.
Myślenie starogreckie nacechowane było niespotykanym rozmachem i metafizyczną szerokością, niekiedy ignorującą drobiazgi istnienia przyrodniczego i społecznego, które przeszkadzają ogólnemu filozoficznemu poglądowi na świat. Erwin Chargraff w książce Niepojęta tajemnica pisze: „Wielcy myśliciele okresu przedsokratesowego – może najgłębsi, jakich świat zachodni znał kiedykolwiek – tak byli przeniknięci niemierzalnością otaczającego ich świata, że każde zmierzenie go wydawałoby im się zuchwałością, każde zważenie nazbyt śmiałe”.
Emmanuelis  Levinas    (Całość  i  Nieskończoność)  za jedno z największych osiągnięć metafizyki greckiej uważał zrozumienie przez nią faktu, że Dobro ma charakter absolutu.  Grecka metafizyka pojmuje Dobro w separacji od całości istoty, a tym samym dostrzega już (bez żadnego wkładu tak zwanej myśli wschodniej) możliwość, że istnieje coś ponad całością. Dobro jest Dobrem w sobie, a nie w stosunku do potrzeby, która odczuwałaby jego brak. Z perspektywy potrzeb Dobro jest luksusem. Właśnie dlatego leży ponad bytem. Gdy przeciwstawialiśmy odsłonięcie objawieniu, w którym prawda wyraża się i oświeca nas, zanim jeszcze zaczęliśmy jej szukać, zakładaliśmy już pojęcie Dobra w sobie. Plotyn powraca do Parmenidesa, kiedy wyobraża sobie, że jestestwa pojawiają się przez emanację na drodze w dół Jednego. Ale Platon wcale nie wyprowadza bytu z Dobra, stwierdza tylko, że transcendencja wykracza poza całość. I właśnie Platon dostrzega, że obok potrzeb, których zaspokojenie polega na zapełnieniu pustki, są również takie, których nie poprzedza cierpienie i brak, w których można więc widzieć zarys Pragnienia – „potrzebę” tego, komu niczego nie brak, dążenie bytu, który całkowicie posiada swój byt, który wychodzi poza własną pełnię, który ma ideę Nieskończoności. Dobro mieści się ponad wszelką istotą – oto najgłębsza, ostateczna nauka nie teologii, lecz filozofii. (...) Nieskończoność otwiera porządek Dobra”.  
Było to jedno z wielkich ustaleń filozofii greckiej. A przecież Hellenowie zasłynęli i z tego, że byli wytrawnymi badaczami także przyrody, jej konkretnych materialnych przejawów, za którymi zresztą zawsze dostrzegali niewidoczne oblicze Stwórcy.
Od dawna ludzie rozumieli, że Bóg daje się (roz)poznawać także poprzez swe twory, przez przyrodę. Pojęli to starożytni Grecy, Rzymianie, Żydzi, zaś przed nimi Egipcjanie, pierwsi w dziejach uważni czytelnicy „księgi natury”. Jak pisał Jan Paweł II w encyklice Fides et ratio (II, 19, 22): „Odczytując ją [przyrodę] przy pomocy narzędzi właściwych ludzkiemu rozumowi, można dojść do poznania Stwórcy. Jeżeli człowiek mimo swej inteligencji nie potrafi rozpoznać Boga jako Stwórcy wszystkiego, to przyczyną jest nie tyle brak właściwych środków, co raczej przeszkody wzniesione przez jego wolną wolę i grzech”. Wówczas, gdy tej przeszkody nie ma: „Obserwacja „oczyma umysłu” rzeczywistości stworzonej może doprowadzić do poznania Boga. Poprzez stworzenia daje On bowiem rozumowi wyobrażenie o swojej „potędze” i „Boskości”... Wyraża się w tym uznanie, że rozum ludzki posiada zdolność, która zdaje się nieledwie przekraczać jego własne naturalne ograniczenia: nie tylko nie jest zamknięta w sferze poznania zmysłowego, potrafi bowiem poddać je krytycznej refleksji, ale analizując dane zmysłowe może też dotrzeć do przyczyny, z której bierze początek wszelka postrzegalna rzeczywistość”.
W ten sposób okazuje się, że nauka i religia podają sobie ręce, gdy pierwsza z nich wzniesie się na dość wysokie wyżyny.
J. Burnet twierdził trafnie, że „naukę jako taką można rozumieć jako rozmyślanie o świecie według metody Greków”. Według niego zachodni (grecki) styl myślenia polegał na odrębności poszukiwań filozoficznych i religijnych oraz na jedności myśli filozoficznej i przyrodniczej. Fizyka, chemia, biologia, matematyka, astronomia właśnie w Grecji zostały zrodzone jako twórcze, rozwijające się nauki. Jak pisał rosyjsko-żydowski historyk Henryk Wołkow: „Wszystkie kolejne wieki tylko rozwijały, doświadczalnie potwierdzały i konkretyzowały te idee, które zostały przez Greków sformułowane w okresie od VI do IV wieku przed nową erą”.
Jest to prawda, ale nie cała, jednocześnie bowiem z tym nurtem w niezwykle bogatej kulturze greckiej istniał i rozwijał się nurt odmienny, szerszy, łączący poszukiwania filozoficzne, metafizyczne, religijne i naukowe w jeden proces: w proces zdobywania wiedzy o świecie jako całości. Właśnie ta okoliczność spowodowała zadziwiający rozkwit ducha ludzkiego w Helladzie, tak iż po wielu stuleciach Bertrand Russel ze zdumieniem napisał w Historii zachodniej filozofii: „W całych dziejach ludzkości nie ma niczego bardziej niezwykłego i niczego bardziej trudnego do zgłębienia, niż raptowne powstanie cywilizacji w Grecji”.
Sami zresztą Grecy przeczuwali wielkość swych osiągnięć, o czym mogą świadczyć słowa Peryklesa: „Będziemy przedmiotem podziwu zarówno współczesnych, jak i dla potomnych”.
Możliwe zaś greckie osiągnięcia stały się dlatego, że tu we wszystkich wiekach (za wyjątkiem krótkotrwałych okresów dogmatycznej nietolerancji) kwitły różne filozofie, współistniały różne punkty widzenia, a państwo unikało interwencji w kwestie teoriopoznawcze, podczas gdy na Wschodzie odmienność myślenia była karalna, a proces nauki polegał na uczeniu się na pamięć cytatów z „klasyków”. Starorzymski historyk Józef Flawiusz (Żyd) tak określił różnicę między greckim (zachodnim) a żydowskim (wschodnim) stylem myślenia: „Żydowskie dziejopisarstwo bazuje na niewzruszonym autorytecie, co do którego żaden Żyd nigdy nie ma najmniejszych wątpliwości. I na odwrót znajomość nauki greckiej wykazuje, że Grecy nigdy nic nie wiedzą na pewno, a mówią to, co każdemu z nich według jego własnego rozumu wydaje się najbardziej słuszne. Oni nie zastanawiając się przeczą sobie wzajemnie, spierają się, zarzucają błądzenie nie tylko jeden drugiemu, ale i swym powszechnie uznawanym autorytetom”...
Tadeusz Zieliński, idąc w ślady żydowsko-rzymskiego historyka, także uwypukla w swych rozważaniach tę fundamentalną cechę mentalności greckiej; w szóstym wykładzie ze zbiorku esejów Świat antyczny a my profesor wywodził: „Przypuśćmy na chwilę, że cała treść filozofii Platona nie tylko jest błędna, ale i niedorzeczna, że nie ma dla nas żadnej wartości: czyż wolno będzie złożyć jego dialogi ad acta? Nie; wartość dialogów tych, jako utworów literackich, niezależna jest od tego, co stanowi o ich wartości filozoficznej. To, co w nich najbardziej uderza każdego jako tako myślącego czytelnika, nie są to bynajmniej ich wnioski, ale metoda, dzięki której do wniosków tych się dochodzi. Porównajmy, dla jasności, grecką literaturę filozoficzną z tym, co jest odpowiednikiem jej u narodów, nietkniętych cywilizacją grecką, u Hindusów, u narodów tak zwanego wschodu klasycznego, u Hebrajczyków. I tam spotkać możemy głębokomyślne zasady: nikt nie ma prawa patrzeć z góry na naukę Buddy lub proroków starego Zakonu. Wszelako u Greków spotykamy coś, co oni wprowadzili pierwsi w pracę naszej myśli, a mianowicie, wszędy przenikające przekonanie, że każde twierdzenie nasze o tyle bywa słuszne, o ile bywa uzasadnione. Nie dość na tym: istnieje założenie, że owa zasadność lub bezzasadność jest rzeczą jedyną, z jaką liczyć się powinien myśliciel, i że owa zasadność, skoro istnieje, osłaniać powinna myśliciela od wszelkich antypatii ogółu. „Jak to? Twierdzisz to i to?” – oponuje Sokratesowi partner, oburzony jego wywodami. – O, nie, – odpowiada Sokrates, – to twierdzę nie ja, ale Logos, którego jestem narzędziem. Podoba ci się to, co Logos uzasadnia moimi ustami – tym lepiej; nie podoba ci się – nie miej żalu do mnie, ale do Logosa, albo raczej – do samego siebie.”
Tego rodzaju atoli stosunek wobec sprawy prowadzi w skutku do postulatu, aby człowiek był istotą dającą się przekonać. Logos stawia przed nami poważne, nieraz ciężkie warunki. Obowiązany jesteś uznać tezę najbardziej dla się przykrą, skoro jest udowodniona; obowiązany jesteś wyrzec się przekonania, najdroższego dla siebie, skoro jest obalone. – Oto kodeks honoru myśliciela. Jeśli nie zechcesz, będziesz baranem śród stada, niewolnikiem pod władzą pana, nie zaś wolnym obywatelem rzeczpospolitej ducha. A przeto – obalaj, udowadniaj, ale daj pokój skargom, obmowom, hazardom. I pilnie zważaj na swe dowody oraz zarzuty, ażeby istotnie posiadały one moc przekonywającą; częstokroć sympatie i antypatie paczą nasze sądy, skłaniając nas do uznawania za dostateczne dowodów najmniej przekonywających – tego być nie powinno. Argument niedowodowy, podszepnięty sympatią, w sporze naukowym jest to to samo, co cios nielegalny w pojedynku: kto się do nich ucieka, ten narusza kodeks honorowy.
Tak, zdolność ulegania argumentom jest owym ziarnem, które zawiera w sobie filozofia antyczna, i tylko ona; ziarno to wzejść powinno w każdym z nas, jeżeli chcemy zdobyć się na postawę świadomą wobec zjawiska życia, jeśli pragniemy wyjść z mroku przesądów. Niestety, rola dla ziarna owego nie jest w człowieku współczesnym uprawiona. Wszyscy my, mocą dziedziczności, jesteśmy, mniej lub więcej, woluntarystami; intelektualizm jest cienką zaledwie warstwą napływową czarnoziemu na pokładach naszego umysłu. Można nas nastrajać tak, można nastrajać nas inaczej; w żywiołowy sposób działa na nas środowisko i warunki naszego życia, a przecież wszystko to stanowi proste przeciwieństwo tej właściwości intelektualnej, która jest zdolnością ważenia dowodów i ulegania temu, który waży więcej.
I teraz, gdy mówię o tej zdolności, obawiam się nade wszystko, aby słów mych nie przetłumaczyli na język woluntarystyczny i zdolności do ulegania argumentom nie pomieszali z tym, co nazwałbym zdolnością ulegania nastrojom, tą niezawodną poszlaką słabości moralnej i umysłowej. Nie o to chodzi, aby człowiek zdolny był zmieniać przekonania; jest to zjawiskiem tak pospolitym, że nie warto o nim wspominać. Ludzie ustawicznie, przechodząc z jednego środowiska w drugie, przekonania swe zmieniają – nie nagle, oczywiście, ale stopniowo; dotyczy to zwłaszcza przekonań politycznych. Metamorfozy tego rodzaju odbywają się z regularnością, która przypomina metamorfozy owadów; co dzień prawie bywamy świadkami, jak z najradykalniejszych poczwarek wylęgają się wspaniałe motyle wstecznictwa. Mam nadzieję, że nie zostanę posądzony o to, iż w postaci nadmienionej wyżej właściwości zalecam tego rodzaju metamorfozę, wręcz przeciwnie, metamorfoza taka jest oczywistym wrogiem tamtej starodawnej cnoty greckiej. Wszelako, nie jest to wróg jedyny; wrogiem drugim jest to, co w języku woluntarystycznym przyjęto nazywać statecznością przekonań, gdy tymczasem w naszym języku intelektualistycznym przymiot ów nazywa się bezwładem i ślepotą umysłową. Z naszego stanowiska, na jednakowe zasługuje potępienie zarówno ten, kto własnych wyrzeka się przekonań, nie mając logicznych po temu uzasadnień, jak i ten, kto mając te uzasadnienia, przekonań swych nie odrzuca; obaj ludzie tacy są wrogami i przeniewiercami w obliczu Logosa, owego „słowa-rozumu”, które, wedle głębokiego powiedzenia czwartego ewangelisty, istniało na samym początku bytu – po raz pierwszy zaś objawiło się w filozofii antycznej...
W tej oto chwili, nad naszymi głowami krąży Logos; to, co mówię do was, dąży nie ku temu, aby was tak lub inaczej nastroić, ale ku temu, aby was przekonać, że jest to zadanie trudne, że wykłady moje wiele wywołują krytyk i niezadowolenia – o tym wiedziałem sam i uprzedzałem was z góry: trudna to rzecz przekonywać i obalać stare przekonania tam, gdzie mamy przed sobą całymi latami nagromadzony stos przesądów, przekazanych przez środowisko i omalże utrwalonych dziedzicznie. Sądzę wszelako, że, jeśli mnie zależy na tym, aby wam oznajmić prawdę, do której doszedłem, to wam nie mniej zależeć powinno, aby ją powzięć w siebie, o ile jest to... prawda. Aby zaś o tym się przekonać, istnieje środek tylko jeden – ów kodeks honoru myśliciela, o którym mówiłem przed chwilą: „Obowiązany jesteś uznać tezę najbardziej dla się przykrą, skoro jest udowodniona; obowiązany jesteś wyrzec się przekonania najdroższego dla siebie, skoro jest obalone”. Tymczasem czytelnik i słuchacz współczesny w liczbie innych cech, którymi różni się od antycznego, odznacza się cechą następującą: gdy mu coś udowadniacie, puszcza on tok rozumowań mimo uszu lub oczu i skupia całą uwagę na wyniku; gdy wynik ten podoba mu się, przyznaje słuszność autorowi, choćby samo dowodzenie oparte było na najdzikszym sylogizmie; gdy wynik mu się nie podoba, wówczas autor jest zgubiony: przeciw takiemu traktowaniu sprawy pragnąłbym was jak najskuteczniej uzbroić, dopóki jeszcze czas, dopóki jeszcze stoję przed wami.
Tak, raz jeszcze powtarzam: uległość wobec argumentów zasadnych, owa rękojmia wolności umysłowej i postępu umysłowego – to najcenniejsza puścizna filozofii antycznej. Odpowiadającą jej formą jest dialog; oto przyczyna, dla której Platon dzieła swe napisał w formie dialogów, przy czym przekonywanie i obalanie przekonań odbywa się w naszych oczach”...
Widocznie nie jest sprawą przypadku, że podstawową formę starogreckich dzieł filozoficznych stanowił dialog, a nie monolog, wymiana zdań, a nie ich narzucanie. Ta też okoliczność została w całości przejęta przez cywilizację i kulturę umysłową chrześcijaństwa. Nie ulega wątpliwości, że dialogiczna forma wielkich dzieł Św. Augustyna czy Św. Tomasza z Akwinu wywodzi się lub wzoruje na dialogach Platona, choć jednak za pośrednictwem kultury łacińskiej. Rzymianie, którzy podbili Helladę, zostali dziedzicami i skarbnikami jej kultury, zachowując swe cechy etniczne jako właściwości lokalne. Oni też przekazali kulturę hellenistyczną wszystkim swym prowincjom, zaś po upadku politycznej potęgi Rzymu – europejskim romańskim oraz częściowo słowiańskim i germańskim etnosom.
Nie ulega zresztą żadnej wątpliwości, że liczne ważkie aspekty kultury chrześcijańskiej, nawet o znaczeniu czysto teologicznym, takie np. jak wyobrażenie o trójcy świętej, o zmartwychwstaniu, o walce Dobra ze Złem na tym świecie, wyrastały z kultur o całe tysiąclecia wcześniejszych, takich jak asyryjska, staroegipska, filistyńska, perska. Nawet sam symbol krzyża był znany o 2-3 tysiące lat wcześniej niż powstało chrześcijaństwo. Inna rzecz, że w obrębie chrystianizmu wszystkie te nauki, wyobrażenia i symbole nabrały głębszej treści, zostały wyniesione na bardziej wysoki poziom. Ale faktem jest, że myśl chrześcijańska stanowiła owoc całego dotychczasowego rozwoju świata europejskiego czy dokładniej śródziemnomorskiego.
Jak powiadał Giacomo Leopardi, „idee chrześcijaństwa zostały wyprodukowane wcześniej, niż ono się narodziło”.
Bardzo głębokie spostrzeżenia poczyniła w tej materii Simone Weil, która w dziele Świadomość nadprzyrodzona pisała: „Treści chrystianizmu istniały już przed przyjściem Chrystusa... Święty Augustyn: przed przyjściem Chrystusa istnieli poza Izraelem „duchowi członkowie” Izraela wśród innych narodów i każdemu z nich objawione było mocą Boską mające nastąpić przyjście jedynego Pośrednika. Na przykład: Hiob.
Żadne dane nie wskazują, że ich liczba i wpływy były ograniczone. Nie ma powodu, abyśmy nie przypuszczali, że egipscy kapłani, wtajemniczeni w Eleuzis (w dobrym okresie), pitagorejczycy, druidowie, indyjscy gimnosofiści oraz chińscy taoiści należeli do nich w większości wypadków. Jeśli to przyjąć, prawdziwe są również i te tradycje, i ci, którzy dziś w nich żyją, są w prawdzie. Dobra Nowina ma istotne znaczenie dla zbawienia bynajmniej nie jako opowieść historyczna.
Jeśli pełne niepokoju oczekiwanie na Zbawiciela doprowadziło do tego, że wzięto mylnie za zbawiciela człowieka nazwanego Buddą, jeśli wzywany on dziś jest jako człowiek doskonały, Boski i niosący odkupienie, to wezwania te są równie skuteczne, jak wezwania skierowane do Chrystusa.
Głupcy mówią w związku z Platonem o synkretyzmie. Synkretyzm nie jest potrzebny temu, co jest jednością. Tales, Anaksymander, Heraklit, Sokrates, Pitagoras, wszystko to była ta sama doktryna, jedyna grecka doktryna, przełamująca się w odmiennych ludzkich temperamentach.
Pomiędzy mistykami prawie wszystkich tradycji religijnych istnieje rzeczywiście wspólnota dochodząca niemal do identyczności. Oni stanowią o prawdzie każdej z tych tradycji.
Kontemplacja, praktykowana w Indiach, Grecji, Chinach itd. jest w równym stopniu nadprzyrodzona, jak kontemplacja u mistyków chrześcijańskich. Szczególnie silne pokrewieństwo istnieje na przykład pomiędzy Platonem i świętym Janem od Krzyża. A także pomiędzy „Upaniszadami” a świętym Janem od Krzyża. Bardzo bliski mistyce chrześcijańskiej jest również taoizm.
Orfizm i pitagoreizm były autentycznymi tradycjami mistyki. A także Eleuzis...
Religia katolicka mieści w sobie i formułuje wyraźnie prawdy, które w innych religiach zawarte są w sposób ukryty. Ale i odwrotnie: inne religie zawierają w sobie sformułowane prawdy, które w chrystianizmie są zawarte w sposób ukryty (...).
Różne autentyczne tradycje religijne to różne i być może równie cenne odblaski tej samej prawdy. Ale nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo każdy żyje tylko jedną spośród tych tradycji, a inne ogląda z zewnątrz. A tymczasem religię można poznać tylko od wewnątrz, jak to, całkiem słusznie, powtarzają bez przerwy katolicy ludziom niewierzącym.
To tak jakby dwóch ludzi, mieszkających w dwóch połączonych ze sobą pokojach, widziało słońce – a jednocześnie ścianę w pokoju sąsiada, oświeconą odblaskiem słońca, i każdy z nich był przeświadczony, że on tylko widzi słońce, a sąsiad – tylko jego odblask”...
Simone Weil, choć przecież rodowita i szlachetna Żydówka, która nigdy się swej żydowskości ani wypierała, ani się zrzekała, była również – jak T. Zieliński – pewna, iż między duchem judaizmu a chrystianizmu istnieje głęboka przepaść, że chrześcijaństwo było zaprzeczeniem duchowym i etycznym judaizmu. W powyżej cytowanym dziele ta znakomita kobieta – filozof pisała: „Wśród postaci z opowiadań Starego Testamentu tylko Abel, Enoch, Noe, Melchizedech, Hiob i Daniel byli czyści. Trudno się dziwić, że lud zbiegłych niewolników, zdobywców ziemi podobnej do raju, a zagospodarowanej przez inne cywilizacje, w których trudzie oni nie wzięli żadnego udziału i które krwawo wyniszczyli – że taki lud niewiele mógł wydać dobrego. Mówić w związku z tym ludem o „Bogu nauczycielu” to okrutny żart (...). Po ich owocach poznacie ich. Nie ma większego zła, jak czynić ludziom zło, ani większego dobra, niż czynić ludziom dobro.
Nie możemy wiedzieć, co jakiś człowiek ma na myśli wymawiając pewne słowa (Bóg, wolność, postęp...). O sumie dobra, które jest w jego duszy, można sądzić tylko na podstawie dobra, które jest w jego czynach albo w wyrazie, jaki daje własnym oryginalnym myślom.
Nie można dostrzec obecności Boga w człowieku, a tylko odblask Jego światłości w sposobie, w jaki pojmuje życie doczesne. Toteż Bóg prawdziwy obecny jest w „Iliadzie”, a nie w „Księdze Jozuego”.
Autor „Iliady” tak maluje życie ludzkie, jak może je widzieć tylko ten, kto kocha Boga. Autor Jozuego tak, jak może je widzieć tylko ten, kto Boga nie kocha (...).
Izrael był tą społecznością opryszków, o której mówi Platon, że usiłują wewnątrz siebie zaprowadzić sprawiedliwość”...
Simone Weil dawała wyraz przekonaniu, że teologia judaizmu, a teologia chrystianizmu są nie do pogodzenia. Bo przecież podstawowa prawda dotycząca Boga w chrześcijaństwie – to, że on jest dobry. Wierzyć, że Bóg może nakazywać ludziom jakieś okrutne czyny – niesprawiedliwość i okrucieństwo, to największy grzech, jaki można w stosunku do Niego popełnić.
Zeus w Iliadzie nie nakazuje żadnych okrucieństw. Grecy wierzyli, że „Zeus błagający” przebywa w każdym nieszczęśliwym, który błaga o litość. Jahwe jest „Bogiem Zastępów”. Historia Hebrajczyków wskazuje na to, że nie tylko o gwiazdy tu chodziło, ale i o izraelskich wojowników. Otóż Herodot wymienia wielką liczbę ludów helleńskich i azjatyckich, pomiędzy którymi jeden tylko czcił „Zeusa zastępów”. Żaden inny naród nie znał tego bluźnierczego pojęcia. Egipska Księga umarłych, licząca sobie przynajmniej trzy tysiące lat, a pewno i wiele więcej, przepojona jest ewangeliczną miłością. (Umarły mówi do Ozyrysa: „Panie Prawdy, przynoszę ci prawdę... Dla ciebie walczyłem ze złem... Nie zabiłem nikogo. Nie jestem winien niczyich łez. Nie minąłem obojętnie nikogo, kto cierpiał głód. Nie dałem nigdy powodu, aby z mojej winy pan skrzywdził niewolnika. Żadnemu człowiekowi nie dałem powodów do strachu. Nie przemawiałem nigdy głosem wyniosłym. Nie zamykałem nigdy uszu na słowa prawdy i sprawiedliwości. Nie wysuwałem naprzód swojego imienia dążąc do zaszczytów. Nie odtrącałem od siebie Boga, w czymkolwiek by się objawił...”).
Hebrajczycy stykali się przez cztery stulecia z cywilizacją egipską i nie chcieli przyjąć tego ducha łagodności. Pragnęli potęgi... „Nowe Przymierze bardzo daleko odbiegało od Starego” – stwierdza Simone Weil.
Jak widzimy, rozumowanie żydowskiej filozofki Simone Weil jest bliźniaczo podobne do toku myśli T. Zielińskiego w Hellenizmie a judaizmie, co więcej, jest nawet jeszcze bardziej radykalne. I zresztą zgodne ze spostrzeżeniami szeregu innych wybitnych teoretyków kultury. Tym, którzy usiłują mówić o istnieniu jakiegoś chimerycznego „judeochrześcijaństwa”, warto przypomnieć, że np. wybitny żydowski biblista Pinchas Lapide (Jesu, das Geld und der Weltfrieden, Güttersloh, 1991) uważa wszystkie ewangelie za dzieło rzymskich antysemitów, a teksty te, jego zdaniem, są jaskrawo antyżydowskie.
Żadna to nowość, na przeciwieństwo duchowości judaistycznej a chrześcijańskiej bardzo dawno temu wskazywał m.in. Max Stirner, który pisał: „Jeszcze dzisiaj żydzi, te nad wiek mądre dzieci starożytności, nie wyszli poza takie [zmysłowe] myślenie i przy całej subtelności i potędze mądrości i rozumu nie mogą znaleźć Ducha, który nic sobie z rzeczy nie robi, który bez trudu staje się ich panem i zmusza je, by mu służyły.
Chrześcijanin ma duchowe zainteresowania, gdyż pozwala sobie na to, by być duchowym człowiekiem; żyd nie pojmuje tych zainteresowań w ich czystej postaci, gdyż nie pozwala sobie na nieprzypisywanie rzeczom żadnej wartości. Nie osiąga czystej duchowości, duchowości w sensie religijnym, która jest wyrażana jedynie w wierze chrześcijańskiej, bez uczynków, które ją potwierdzają. Bezduchowość żydów na zawsze oddzieliła ich od chrześcijan, albowiem dla pozbawionego ducha duchowy jest niezrozumiały; tak jak dla duchowego pozbawiony ducha jest godny pogardy. Żydzi posiadają jedynie „ducha tego świata” (Max Stirner, Jedyny i jego własność).
Także A. Schopenhauer twierdził, że tym, co różni „prawdziwe chrześcijaństwo” od „prymitywnego żydostwa”, jest przekonanie o tym, iż „człowiek nie jest dziełem cudzej, lecz swej własnej woli”. W dziele Świat jako wola i przedstawienie gdański myśliciel wywodził: Różnicy podstawowej między religiami nie można upatrywać, jak się to dzieje powszechnie, w tym, czy są monoteistyczne politeistyczne, panteistyczne czy ateistyczne, lecz tylko w tym, czy są optymistyczne, czy też pesymistyczne, tj. czy ukazują istnienie świata jako usprawiedliwione samo przez się, czyli je pochwalają i wychwalają, czy też uznają je za coś, co pojąć można tylko jako skutek naszej winy i czego zatem właściwie być nie powinno, skoro poznają, że ból i śmierć nie mogą mieścić się w wiecznym pierwotnym, niezmiennym porządku rzeczy, w tym, co pod każdym względem być powinno. Siła, dzięki której chrześcijaństwo mogło przezwyciężyć najpierw żydostwo, a potem greckie i rzymskie pogaństwo, tkwi wyłącznie w jego pesymizmie, w przyznaniu, że nasz stan jest w najwyższym stopniu nieszczęsny, a zarazem grzeszny, podczas gdy żydostwo i pogaństwo było optymistyczne. Ta prawda, przez każdego boleśnie odczuwana, utorowała sobie drogę, a towarzyszyła jej potrzeba zbawienia”.
Arthur Schopenhauer uważał, że cały judaizm „został zaczerpnięty z Zendawesty”; co do chrześcijaństwa, twierdził, że etyka tej religii „jest z ducha buddyjska i bramińska”, tj. pesymistyczna i nie harmonizuje z raczej optymistycznym Starym Testamentem (por.: Świat..., t. 2). Jest rzeczą ewidentną, że schopenhauerowska interpretacja w tym miejscu jest dość słaba i nie da się jej utrzymać chociażby w świetle myśli Karola Wojtyły. Lecz pozostawmy ten wątek na uboczu, przypominając jedynie znamienne zdania, w których Max Scheler porównywał odczuwanie świata przez ludzi antyku a chrześcijan: „Dla człowieka starożytnego, będącego w gruncie rzeczy eudajmonistą, świat zewnętrzny był pogodny i wesoły. W swej istocie jednak był on dla niego głęboko smutny i mroczny. Poza tą radosną jawnością i powierzchnią świata, którą zwie się „wesołą starożytnością”, zieje „Mojra” i „przypadek”. Dla chrześcijanina świat zewnętrzny jest mroczny, spowity nocą i pełen cierpienia. Ale jego istota jest samą szczęśliwością i zachwyceniem”.
Jest to bodaj najbardziej trafne spostrzeżenie co do kwestii, czy chrystianizm jest optymistyczny, czy pesymistyczny. Jest on bowiem jednocześnie w najwyższym stopniu pesymistyczny i w najwyższym stopniu optymistyczny. Na tym polega jego największa mądrość i największa siła przyciągająca. Bóg judaizmu jest inny. Jak pisał C. G. Jung: „Bóg między Starym a Nowym Testamentem zmienił się z Boga gniewu w Boga Miłości”. Bóg oczywiście się nie zmienił, ale różne rasy odmiennie go pojmują i wyobrażają. Co do tego zgadzają się zresztą w zupełności zarówno rzetelni przedstawiciele chrześcijaństwa jak i judaizmu.
Papieże Paweł VI oraz Jan Paweł II nazwali Żydów „starszymi braćmi w wierze”, arcybiskupi zaś żydopolscy Muszyński, Gocłowski i inni religię panującą w Polsce – „żydokatolicyzmem”. Przy głębszym zastanowieniu widać, że są to tezy absurdalne, podobnie jak co najmniej  nieporozumieniem, a raczej bluźnierstwem i głupstwem,  jest śpiewanie w kościołach „Bóg został sługą Obrzezanych!” czy nie ma Boga poza Izraelem!”; i nic w tym nie mogą zmienić sofistyczne wykręty tych czy innych demagogów. Chrześcijanie są zwani w Talmudzie „nazarejczykami”, akum, nokrim lub gojim i nie są uważani za ludzi, lecz za zwierzęta  człekokształtne: „Stworzył ich Bóg w kształcie ludzkim na cześć Izraela, nie są bowiem stworzeni akum w innym celu, jak tylko dla służenia Żydom we dnie i w nocy. Nie przystoi bowiem Izraelicie, aby mu służyły zwierzęta we własnej postaci, lecz zwierzęta w postaci ludzkiej”. Jezus – według Talmudu – po życiu pełnym nieprawości i ohydy, zrodzony przecież z nieprawego łoża – „został pogrzebany w piekle”.


Wybitny  uczony  i  filozof  żydowski  Martin  Buber  (1878 – 1965),  pierwszy  prezydent  Akademii  Nauk  Izraela,  negował  boskość  Jezusa  i  wyznawał,    nie  potrafi  sobie  nawet  wyobrazić,  aby  Żyd  mógł   na  serio  zostać  chrześcijaninem  i  dostrzegać  w  Nazaretańczyku  Mesjasza.  Zaiste  Żyd  musiałby  być  niespełna  rozumu,  aby  uznawać  za  „syna  bożego”  Jezusa  z  Nazaretu,  który  uważał  Żydów  za  satanistów,  za  „dzieci  Szatana”  i  -  według  Ewangelii  Św.  Jana  (8, 44)  -  zwracał  się  do  nich  w  następujący  sposób:  „Wy  jesteście  z  waszego  ojca,  Diabła,  i  chcecie  spełniać  pragnienia  waszego  ojca.  Ten  był  zabójcą,  i  nie  stał  mocno  w  prawdzie,  gdyż  prawdy  w  nim  nie  ma.  Kiedy  mówi  kłamstwo,  mówi  zgodnie  z  własnym  usposobieniem,  gdyż  jest  kłamcą  i  ojcem  kłamstwa”.  M.  Buber  uważał  chrześcijaństwo  za  światopogląd  fałszywy,  nacechowany  elementami  idololatrii  i  politeizmu,  oraz  twierdził,  że  chrześcijanie,  wierząc  w  Jezusa  Chrystusa  jako  w  rzekomego  „syna  bożego”  (podczas  gdy  był  to  zwykły  człowiek)  zamykają  sobie  drogę  do  poznania  Boga  prawdziwego. Tak  więc  teza  o  pokrewieństwie  judaizmu  i  chrystianizmu  stanowi  z  żydowskiego  punktu  widzenia  czysty  absurd.  W  kościele  katolickim  głosicielami  tego  absurdu    -  jak  twierdzą  niektórzy  kapłani  -    osoby  żydowskiego  pochodzenia,  które  wyruszyły  na  „pokojowy  podbój”  chrześcijaństwa. 
Ksiądz Michał Poradowski, profesor Katolickiego Uniwersytetu w Santiago de Chile pisze: „W ostatnich latach spotykamy się coraz częściej z opinią, że Żydzi są rzekomo naszymi „starszymi braćmi w wierze religijnej”.
Otóż jest to bałamuctwo, gdyż religia żydowska zawsze w ciągu tysięcy lat podkreśla, że jest wiarą w Boga jednoosobowego, podczas gdy wiara chrześcijańska, tak katolicka jak i prawosławna, a także protestancka i anglikańska zawsze podkreślają istnienie Boga w Trójcy Przenajświętszej, a więc czczą Boga-Ojca, Boga-Syna i Boga-Ducha Świętego.
Istnieje więc zasadnicza różnica między wiarą chrześcijańską a wiarą żydowską.
Stąd też nigdy nie byli, nie są i nie mogą być Żydzi uważani przez chrześcijan za „starszych braci w wierze”, gdyż ich wiara w Boga absolutnie jedynego jest całkowicie inna od naszej wiary chrześcijańskiej w Boga w Trójcy Świętej Jedynego, a objawionego nam przez Chrystusa Pana, którego Żydzi nie tylko że nie uznają, ale którego zawsze i ciągle odrzucają i którego naukę prześladują.
Wystarczy zajrzeć do głównych pism żydowskich, a przede wszystkim do Talmudu, tak w wydaniu jerozolimskim, jak i wydaniu babilońskim, aby przekonać się, że Żydzi poza dekalogiem Mojżesza nie mają nic wspólnego z wiarą chrześcijańską, która powstała z nauki Jezusa Chrystusa, którego Żydzi uważali za zdrajcę i którego ukrzyżowali.
Zaś zwolenników Jezusa Chrystusa najokrutniej prześladowali i stali się największymi wrogami chrześcijaństwa.
Żydzi byli inspiratorami prześladowań chrześcijan za czasów Nerona, aż do czasów rewolucji francuskiej, a bardziej jeszcze w okresie rewolucji bolszewickiej w Rosji.
Nazywanie więc Żydów „starszymi braćmi w wierze” jest bluźnierstwem!
Przecież sam Chrystus Pan wyrzucał im brak wiary starotestamentowej i oskarżał ich o satanizm, mówiąc: „Wy z ojca diabła jesteście...” (Ew. Św. Jana 8:44).
Nie można jednak zapominać, że niektórzy Żydzi przyjęli naukę Chrystusa Pana, ale niemal wszyscy apostołowie byli pochodzenia celtyckiego, a nie semickiego – bodajże tylko Judasz i Paweł byli semitami.
W okresie Chrystusa Pana, Palestyna była krajem zaludnionym przez najrozmaitsze ludy, ale głównie przez Celtów. Tak wiec obdarzać Żydów tytułem „naszych starszych braci w wierze” jest co najmniej nieporozumieniem.
Niestety w Polsce, w ostatnim 50-leciu, duchowieństwo katolickie zostało bardzo zażydzone, gdyż Żydzi masowo wstępowali do seminariów, głównie do warszawskiego. Stąd też mamy obecnie w Polsce wielu księży i biskupów pochodzenia żydowskiego i to oni właśnie tak często używają zwrotu „nasi starsi bracia w wierze”.
Także z punktu widzenia ortodoksyjnego judaizmu teza o pokrewieństwie chrześcijaństwa i mozaizmu jest nie do przyjęcia. Rabin Simon Warsaw w londyńskim piśmie Jewish Chronicle obala lansowaną przez niektórych chrześcijan tezę o „jedności” Boga żydowskiego a chrześcijańskiego: „Deklaracja, że Żydzi i chrześcijanie rzeczywiście wielbią tego samego Boga jest całkowicie fałszywa i bałamutna. Prawdą jest bowiem, że my uznajemy całkowitą niezgodność między tymi bóstwami i mnóstwo kazuistycznych twierdzeń nie może doprowadzić do ich tożsamości. Chrześcijańska doktryna o Trójcy jest diametralnie przeciwna pojęciu Boga Izraela, który jest niezbędnym elementem żydowskiej wiary. Z tego powodu tego rodzaju bratania są nieuczciwe i szkodliwe dla osiągnięcia wymuszonej jedności, która nie ma w rzeczywistości żadnych podstaw.
Chrześcijańska nauka o Trójcy Przenajświętszej jest przez uczonych żydowskich uważana za jedną z form politeizmu; posługiwanie się zaś w kościołach prawosławnych i katolickich obrazami – za odmianę pogańskiego bałwochwalstwa,  idololatrii.  Teoryjkę o rzekomej jedności judaizmu i chrześcijaństwa głoszą wewnątrz tego drugiego  księża żydowskiego pochodzenia, wewnątrz zaś pierwszego – nikt.
***

Podobnie jak na długo przed nią Tadeusz Zieliński, Simone Weil uważała  hellenizm za prawdziwego „ojca” kultury chrześcijańskiej; w Świadomości nadprzyrodzonej m.in. zaznaczała: „Kultura Greków. Nie ma w niej uwielbienia siły. To, co doczesne, było tylko mostem. W stanach duszy nie szukano potęgi, ale czystości”.
Jeśli tak, to przecież rzeczywiście hellenizm a chrystianizm są jakby dwoma historycznymi etapami tego samego zjawiska: najwyższej kultury europejskiej. Jest to zresztą obecnie przekonanie dość szeroko rozpowszechnione. „Dzieła filozofów pogańskich – stwierdzał Vilfredo Pareto – bardzo często zawierały myśli „chrześcijańskie”; nie było to zapożyczenie, lecz wyłącznie forma, która ujawniała podstawę wspólnych ludziom owych czasów idei. Religia, która zatriumfowała, jawi się nam teraz w formie syntezy i ukoronowania powszechnego ruchu; zresztą, aby zwyciężyć, musiała się do głębi przekształcić i dokonać licznych zapożyczeń od swoich rywalek”.
Zaznaczmy na marginesie, że rywalizacja może się odbywać także w formie symbiozy, a nawet dziedziczenia.
Jeszcze dalej posuwał się Carl Gustaw Jung, gdy wskazywał na głębokie powinowactwo i na nieprzerwaną linię rozwoju, jeśli chodzi o świat greckiego i rzymskiego antyku a chrystianizm. W rozprawie Typy psychologiczne C. G. Jung wywodził: „Podobnie jak antyk popierał rozwój jednostek w obrębie wyższych klas uciskając większość prostego ludu (helotów, niewolników), tak chrześcijaństwo osiągnęło stan kultury zbiorowej przez to, że o tyle, o ile to było możliwe, przeniosło ten sam proces do wnętrza jednostki (podniosło na poziom subiektywny, jak zwykliśmy to określać). Ponieważ chrześcijański dogmat o niezbywalnej duszy nadał wartość jednostce, nie można już było mniej wartościowej większości podporządkować w praktyce wolności bardziej wartościowej mniejszości, i w jednostce główna funkcja psychiczna zajęła w stosunku do funkcji niższych miejsce uprzywilejowane. W ten sposób zasadnicze znaczenie przypisano jednej wartościowej funkcji na niekorzyść wszystkich innych funkcji. Tym samym zewnętrzną społeczną formę kultury antycznej przeniesiono – w sensie psychologicznym – do wnętrza podmiotu, przez co w jednostce wytworzył się stan wewnętrzny odpowiadający w starożytności sytuacji zewnętrznej: dominująca, uprzywilejowana funkcja rozwijała się i różnicowała kosztem mniej wartościowej większości. Dzięki temu procesowi psychologicznemu stopniowo powstawała kultura zbiorowa, która wprawdzie gwarantuje jednostce prawa człowieka w o wiele większym stopniu niż w czasach antyku, jednakże ma tę wadę, że opiera się na subiektywnej „kulturze niewolniczej”, tj. na przeniesieniu antycznego zniewolenia większości w głąb psychiki, co wprawdzie podwyższa poziom kultury zbiorowej, ale za to obniża poziom kultury indywidualnej. Podobnie jak niewolnictwo mas było otwartą raną antyku, tak zniewolenie niższych funkcji stanowi nieustannie krwawiącą ranę w duszy dzisiejszego człowieka... Faworyzowanie wyższej funkcji przynosi zasadniczo korzyść społeczeństwu, ale wyrządza szkodę indywidualności”...
Nie koniecznie musimy się godzić z ostatnim zdaniem tego rozumowania. Chrystianizm bowiem niewątpliwie wytworzył i spotęgował dynamiczny proces indywidualizacji i personalizacji człowieka Europy. Nie przypadkiem A. Schopenhauer wywodził: „Człowiek zawsze jest zdany na samego siebie, zarówno w każdej sprawie, jak w najważniejszej. Daremnie tworzy sobie bogów, aby wybłagać u nich lub wyłudzić od nich pochlebstwem coś, co sprawić może tylko własną siłą woli. Jeśli Stary Testament uczynił świat i człowieka dziełem Boga, to Nowy, aby nauczyć, że ratunek i zbawienie od nędzy tego świata może wyjść tylko od samego człowieka, zmuszony był uczynić z owego Boga człowieka. Wola człowieka jest i będzie dla niego tym, od czego wszystko zależy” (Arthur Schopenhauer, Świat..., t. 1).
Pomijając niuanse ideograficzne, gdyż interesują nas one tu tylko jako materiał wyjściowy do konfrontacji o charakterze raczej ogólno-filozoficznym i socjalno-psychologicznym, przypomnijmy, że na powinowactwa hellenizmu a chrystianizmu wskazywało też wielu innych (prócz powyżej cytowanych) intelektualistów.
Dopóki na świecie będzie istniała śmierć, hellenizm pozostanie siłą twórczą, ponieważ chrześcijaństwo hellenizuje śmierć... Hellenizm, zapłodniony przez śmierć, i jest właśnie chrześcijaństwem. Nasienie śmierci, padając na ziemię Hellady, rozkwitło cudownie: cała nasza kultura wyrosła z tego nasienia, mierzymy nasz czas od tego momentu, gdy przyjęła je ziemia Hellady” – pisał np. Osip Mandelsztam w szkicu Skriabin i chrześcijaństwo.    
Europa duchowa – powiada trafnie Edmund Husserl – posiada miejsce narodzin. Nazywam tak nie miejsce geograficzne związane z określonym krajem, ale miejsce duchowych narodzin w obrębie pewnego narodu czy raczej u pewnych ludzi i grup należących do tego narodu. Jest to starożytna Grecja VII i VI wieku przed Chrystusem. Tam to kształtuje się u pewnych ludzi nowego rodzaju postawa wobec otaczającego świata. Konsekwencją tego jest pojawienie się całkowicie nowego rodzaju postaci ducha, które rychło przybierają kształt określonego systemu kulturalnego: to jest to, co Grecy nazwali filozofią. Filozofia oznacza właśnie naukę uniwersalną, naukę o wszechświecie, o całościowym uniwersum obejmującym wszystko to, co jest”...
Wydaje się, iż do tychże przekonań przychyla się Vilfredo Pareto, gdy pisze: „Podstawa uczuć jest trwała, natomiast forma, w jakiej emocje się wyrażają, może podlegać zmianom... Instytucje i doktryny z pozoru zupełnie różne i konkurencyjne mogą się wywodzić z tego samego źródła. Niegdyś to samo uczucie przybierało u niektórych ludzi formę stoicyzmu, a u innych formę chrystianizmu” (V. Pareto, Uczucia i działania, Warszawa 1994).
Także wybitny profesor Uniwersytetu Wileńskiego Feliks Koneczny wnioskował, że w przeglądzie dziejów etyki naturalnej wypada też zrobić to powtarzające się spostrzeżenie co do Rzymian, jako należy im przyznać miejsce nie tylko pierwsze, ale zarazem całkiem odrębne, bo w wielu wypadkach jakżeż bliskie chrześcijaństwa!... (Por.: Feliks Koneczny, O wielości cywilizacji).
W podobny sposób Karol Wojtyła również uważa, że: „Spotkanie Ewangelii ze światem hellenistycznym okazało się nad wyraz owocne. Wśród wszystkich słuchaczy, jakich św. Paweł zdołał zgromadzić wokół siebie, na szczególną uwagę zasługują ci, którzy przyszli go słuchać na ateńskim Areopagu”...
I wreszcie niektórzy badacze wskazują na pewne wartości aksjologiczne, których cenienie jakby łączy świat antyku a świat nowożytny w jedną całość. Dla przykładu francuski uczony N. D. Fustel de Coulanges (La cite antique, Paris 1885) powiada: „Istnieją trzy rzeczy, które od najdawniejszych czasów są ustanowione i mocno utrwalone w społeczeństwach greckim i włoskim: rodzima religia, rodzina, prawo własności; trzy rzeczy, których wzajemny związek był na początku wyraźny i które wydawały się nierozłączne. Rodzina, która z obowiązku i ze względu na religię gromadzi się zawsze wokół swojego ołtarza, osiedla się na ziemi, tak jak na ziemi jest sam ołtarz”...
                                                          ***
        Bylibyśmy w głębokim błędzie, gdybyśmy twierdzili, że bezpośrednio przedstawiony powyżej nurt historiograficzno-religioznawczy jest jedynym lub dominującym w nauce europejskiej. Nie mniej rozpowszechnionym i silnym jest trend przeciwstawny, z naciskiem uwypuklający liczne – rzeczywiste lub hipotetyczne – pokrewieństwa między judaizmem a chrystianizmem, oraz negujący podobieństwa między duchem greko-rzymskim a chrześcijańskim.
Alasdair MacIntyre np. uważa chrześcijaństwo za „przekształcony judaizm”, do którego należy zasługa nawrócenia świata starożytnego. W dziele Dziedzictwo cnoty pisze: „Nietzsche i naziści, którzy uznawali chrześcijaństwo za religię zasadniczo żydowską, dzięki swojej wrogości zrozumieli prawdę, której nie potrafili zrozumieć nowocześni rzekomi zwolennicy chrześcijaństwa. Tę mianowicie, że Tora jest prawem ustanowionym przez Boga zarówno w Nowym jak i w Starym Testamencie”... Na żadnej z greckich list cnót – powiada tenże autor – nie mogłaby się pojawić pokora, oszczędność i sumienność, inne cnoty chrześcijańskie.
Amerykański filozof Albert O. Hirschman (The Passions and the Interests, New Jersey 1977) też uważał, iż np. greckie „pragnienie chwały wyklucza się w sposób oczywisty z chrześcijańską cnotą pokory”.  Popiera tę tezę Francis Fukuyama, gdy w Końcu historii twierdzi: „Akceptowalność pragnienia uznania lub honoru stanowi jedną z najistotniejszych różnic między moralnością grecką i chrześcijańską”.
Szczególnie wpływowy był ten nurt – akcentujący „żydowski charakter chrystianizmu” – w obrębie jednej ze „szkół” filozofii niemieckiej, która się wywodziła z kultury i ducha niemieckiego romantyzmu XIX wieku. Max Stirner np. (Jedyny i jego własność) twierdził: „Właśnie to, w czym starożytni widzieli najwyższą wartość, zostało przez chrześcijan odrzucone jako bezwartościowe; a to, co starożytni uznawali za Prawdę, napiętnowano jako wierutne kłamstwo. Wzniosłe pojęcie ojczyzny traci znaczenie, gdyż chrześcijanin uważa się za „pielgrzyma na tej ziemi”. Święty charakter pochówku, z którego zrodziło się takie dzieło sztuki jak Sofoklejska Antygona, określono mianem rzeczy godnej pogardy („zostaw umarłym grzebanie swych umarłych”), a niezłomną prawdę o rodzinnych więzach przedstawiono jako fałsz, od którego należy się zawczasu uwolnić. I tak we wszystkim”...
Wydaje się jednak, że najbardziej typowym i najbardziej wpływowym reprezentantem tego punktu widzenia, który kojarzył żydowskość i chrześcijaństwo w jedną niepodzielną całość, był Fryderyk Nietzsche, który w Wiedzy radosnej m.in. zaznaczał: „Wszędzie, gdzie Żydzi doszli do wpływu, nauczyli bardziej drobiazgowo odróżniać, bystrzej wnioskować, jaśniej i przejrzyściej pisać: zadaniem ich było zawsze jakiś naród „uczyć rozumu”.” I oto ta skłonność Żydów do brania na siebie roli „nauczycieli” innych narodów skończyła się tym, że „wymyślili” oni „niewolniczą” i zniewalającą filozofię chrystianizmu, filozofię pokory. Przypomnijmy więc kilka nader wymownych wypowiedzi autora Zaratustry na ten – jakże „śliski” – temat.
– „Wiara chrześcijańska – pisał Nietzsche – jest od początku wyrzeczeniem się: wyrzeczeniem się wszelkiej swobody, wszelkiej dumy, wszelkiego przeświadczenia ducha o sobie; zarazem poniżeniem i samowyszydzeniem, samookaleczeniem”...
W chrześcijaństwie występują na czoło instynkty podbitych i uciśnionych: najniższe stany szukają w nim zbawienia... Chrześcijański jest pewien zmysł okrucieństwa względem siebie i innych, nienawiść do inaczej myślących, wola prześladowania... Chrześcijańska jest nienawiść do ducha, do dumy, odwagi, wolności; chrześcijańska jest nienawiść do zmysłów, do radości zmysłów, do radości w ogóle” – pisał Nietzsche w Antychryście.
Przy czym miał na myśli kościelny chrystianizm zorganizowany, a nie samego Jezusa, którego nazywał „wolnym duchem”, i którego odczucie świata i styl życia cenił nadzwyczaj wysoko, uważał je za „uczciwość przeistoczoną w instynkt i namiętność”. Zaznaczał też, że Jezus Chrystus w żadnym razie nie mógł być Żydem, gdyż miał charakter i duszę, które stanowiły bezwzględne zaprzeczenie żydowskości...
 Tak czy inaczej chrześcijaństwo zatryumfowało w obrębie kilku wielkich cywilizacji, otwierając w ten sposób nową erę w dziejach świata, czyli – jak pisał Max Scheler w książce Problemy socjologii wiedzy – „odnosząc zwycięstwo nad religią i metafizyką świata antycznego, chrześcijańsko-judejski monoteizm Stwórcy otworzył niewątpliwie pierwszą fundamentalną możliwość swobodnego prowadzenia na Zachodzie systematycznych badań przyrody”. Można powiedzieć szerzej: systematycznych badań rzeczywistości, w tym też socjalno-historycznej i religijno-duchowej. A stąd wynikło i ogromne urozmaicenie myśli i kultury umysłowej Europy. Choć z drugiej strony nie sposób przeoczyć, że te badania Grecy rozpoczęli jeszcze w VIII-VII wieku przed narodzeniem Chrystusa.
*         *         *
       Prawie przed trzema tysiącami lat starożytni Grecy zrozumieli , że rozum, filozofia i nauka, stanowią zarówno warunek wewnętrznej wolności człowieka, jak i barierę dla politycznego despotyzmu. Wszelka tyrania bowiem dąży m.in. do narzucenia obywatelom monolitycznej oficjalnej ideologii, najczęściej zbudowanej na kłamstwie, służącej celom manipulatywnym, lecz maskującej się pod światopogląd naukowy lub pseudoreligijny, tak czy inaczej „niewzruszony”. Prawda ma chronić ludzi przed tego rodzaju nadużyciami. Dlatego Anaksagoras napisał: „Celem życia jest prawdziwe poznanie (teoretyczne) i wyrastająca stąd wolność”.
Jest to postawa wybitnie etyczna, stanowiąca rdzeń cywilizacji greko-rzymsko-chrześcijańskiej. Móc dobrze radzić państwu – oto istota wolności w rozumieniu greckich demokratów. Zasada zaś rządów prawa polegała na tym, że wolny obywatel słuchał tylko tych praw, które ustanowili sami obywatele. W granicach nakreślonych przez prawo każdy mógł żyć według swego własnego upodobania, robić i mówić to, co chce. Kluczowe znaczenie miała przy tym wolność słowa.
Sir Isaiah Berlin pisał w monografii o Machiavellim: „Przyczyną świetności i Aten i Rzymu był fakt, że żyli tam ludzie świadomi, jak osiąga się wielkość miast-państw. A jak się ją osiąga? – Przez rozwijanie w ludziach pewnych określonych cech, takich, jak wewnętrzna siła moralna, wielkoduszność, tężyzna, żywotność, szczodrość, lojalność, prospołeczna postawa, duch obywatelski, oddanie sprawie bezpieczeństwa, siły, chwały i ekspansji ojczyzny. Cechy te starożytni rozwijali u obywateli różnymi sposobami. Między innymi służyły temu wspaniałe igrzyska i krwawe ofiary, podniecały one ludzi i budziły wojowniczego ducha i męstwo. Ważne były tu również prawodawstwo i wychowanie, propagowały one pogańskie cnoty. Potęga, świetność, duma, surowość zasad, dążenie do chwały, tężyzny, dyscypliny, do antiqua virtus – oto co czyni państwo wielkim”.
Niemałą część tego kompleksu zasad przejął świat późniejszy, tak zwana chrześcijańska Europa, co się też walnie przyczyniło do jej rozkwitu duchowego i cywilizacyjnego.
*         *         *

Lwowskie wydanie 1921 roku broszury Chrześcijaństwo starożytne a filozofia rzymska profesor T. Zieliński rozpoczyna następnym wywodem: „Ziarno nauki Chrystusowej siali apostołowie Ewangelii po całym obszarze cesarstwa rzymskiego; ale niejednakowa była ruń, jaka z biegiem stuleci wzeszła z tego siewu w jego zachodniej i w jego wschodniej połaci. I tu i tam, oczywiście, powstało bardzo wiele odmian; obraz, jaki przedstawiały rozmaite kierunki chrześcijaństwa w pierwszych wiekach jego istnienia był tak dalece różnolity, że zrazu bywa bardzo trudno w nim się zorientować; mimo to wszakże, skoro pominąć ścieże i ścieżyny drugorzędne, udać się natomiast, jeśli tak wolno się wyrazić, głównym gościńcem w rozwoju myśli chrześcijańskiej, w obu połowach cesarstwa rzymskiego, to można będzie powiedzieć: chrześcijaństwo, o ile uległo wpływowi filozofii, nosi na wschodzie charakter neoplatoniczny, na zachodzie – stoicki. Na Wschodzie umysły teologów zaprzątało zagadnienie samego Bóstwa i jego objawień wobec świata; na Zachodzie – zagadnienie tego, jakimi drogami człowiek osiągnąć może zbawienie i szczęśliwość wieczną.
Rozumie się samo przez się, że to różnolite zabarwienie chrześcijaństwa tu i tam silnie zajmowało naukę, przy tym naukę nie tylko teologiczną, ale i kulturalno-historyczną. Starano się dociec przyczyn, które na to zabarwienie wpłynęły; upatrywano ich w duchu praktycznym, prawniczym Rzymu starożytnego, tak odbiegającym od bezinteresownej spekulacji marzycielskiej Hellady. Jest w tym, zapewne, sporo prawdy; niemniej wszakże przyczyną, działającą bezpośrednio, był różny charakter filozofii, pod której wpływem znajdowało się chrześcijaństwo tu i tam. W rzeczy samej duch rzymskiej oraz greckiej narodowości, nim odbił się na chrześcijaństwie, wywarł piętno swe na filozofii; myślenie chrześcijańskie było w tym względzie jedynie dalszym ciągiem myślenia filozoficznego, które także nie było jednakowe w obu połaciach świata starożytnego... Na pierwszy rzut oka, może się to wydać dziwne; zżyliśmy się tak dalece z wyobrażeniem o zupełnej niesamodzielności filozofii rzymskiej, o jej zależności całkowitej od filozofii greckiej, że sam podział filozofii na rzymską i grecką, przypuszczający, jak gdyby samoistność pierwszej, wydaje nam się rzeczą nie do przyjęcia. Przy tym, jednakowoż, zapominamy o jednym: ta filozofia, która wywiera wpływ na umysły ludzkie, popychając je w tym lub owym kierunku, bywa stale wynikiem nie tylko twórczości ale i doboru; jeśli w dziedzinie twórczości filozoficznej zajmują Rzymianie stanowisko dość skromne, to, jako czynnik doboru, byli oni instancją nadzwyczaj doniosłą i wpływową. Dotyczy to w szczególności jednego z nich, którego nazwać możemy po prostu geniuszem doboru w zakresie Rzymu i filozofii – Cycerona. Uczeni z dawien dawna bawią się detronizowaniem Cycerona jako filozofa, doszukując się greckich źródeł jego prac filozoficznych, których on, nota bene, bynajmniej za prace oryginalne nie podawał; jako źródła takie wskazują Antiocha, Filona, Posydoniusza, Panecjusza, Klitomacha i wielu innych. A jednak faktem być nie przestaje to, że z grona nadmienionych filozofów nie ostał się na Wschodzie żaden do owego czasu, w którym tam rodziła się filozofia chrześcijańska, gdy tymczasem na Zachodzie Cycero nie tylko przetrwał, ale wywierał ogromny wpływ na umysły.
Sprawa polega na tym, że filozofia Cycerona, będąc we wszystkich lub prawie we wszystkich swoich częściach zapożyczoną z nieprzebranej skarbnicy myśli greckiej, była jednocześnie, ze stanowiska doboru, wartością niezmiernie indywidualną: mistrzowie Cycerona, żywi i umarli, należeli do kierunków najprzeróżniejszych; sam on, ze swej strony, wniósł w pracę filozofowania zdrowy swój sąd rzymski oraz zaczerpnięte ze styczności bezpośredniej z życiem poczucie tego, co potrzebne, a co niepotrzebne. W rezultacie wypadło coś dosyć pstrego ze stanowiska systematyki filozoficznej, mieszanina zasad stoickich, epikurejskich, perypatetyckich, staro- i nowoakademickich; nie zawsze nawet sprawa obywa się bez sprzeczności; ale sprzeczności takie, nie będąc rekomendacją dla filozofa-teoretyka, nie pozbawiały nigdy filozofii praktycznej, przeznaczonej dla życia, jej twórczego działania. W ogóle zaś, system Cycerona, najwpływowszy ze wszystkich, z jakimi spotkało się na gruncie rzymskim wczesne chrześcijaństwo, przedstawia dla oka obserwatora trzy strony: jest on negatywny w stosunku do rzeczy nadzmysłowych, do cudów; jest pozytywny w dziedzinie moralności; jest on wreszcie sceptyczny w tej dziedzinie, którą współczesna filozofia empiryczna wyznacza „niepoznawalnemu”. A ponieważ w oczach człowieka, domagającego się przede wszystkim wiedzy pozytywnej, zaprzeczenie wiedzy o przedmiocie równoznaczne jest prawie z zaprzeczeniem samego przedmiotu, przeto postąpimy zupełnie słusznie, rozłamując całą filozofię Cycerona na dwie duże części, przeczącą i twierdzącą.
Dla wczesnego chrześcijaństwa obie te części miały bynajmniej nie jednakową wartość.
W dalszym ciągu swych rozważań Tadeusz Zieliński poddaje wnikliwej analizie i konfrontacji zasady etyki filozoficznej Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa, uwypukla ich zbieżności i rozbieżności. Filozof pisze: „Wszelkie cnoty człowieka są to nic innego, jak tylko rozwinięcia jego przyrodzonych dążeń, przy tym rozwinięcia naturalne i konieczne, o ile nie staje im w poprzek szkodliwy wpływ środowiska. Przyroda tedy, będąc źródłem dobra, sama jest dobra u nieskażona. Utożsamiając – za przykładem stoików – przyrodę z bóstwem, otrzymujemy następującą tezę Cyceronowską: „Człowiek przy najlepszych warunkach stworzony jest przez Boga najwyższego”. Przekładając myśl tę na język chrześcijański, otrzymujemy dogmat łaski, świadczonej przez Boga człowiekowi w dniu jego stworzenia, łaski wyłącznie „odwiecznej”. Jest to podstawowy dogmat cyceronizmu chrześcijańskiego.
Znajdujemy go u pelagian w całej jego czystości. „Łaska – jest to właśnie przyroda, przez którą stworzeni jesteśmy tak, że posiadamy duszę rozumną, dającą nam poznać Boga”; „jeśli przyroda pochodzi od Boga , to nie może być skażona złem pierwiastkowym”. Przeciwko temu właśnie dogmatowi występuje Augustyn. Przyroda była ongi doskonała, tak, do czasu grzechu pierworodnego: „Wola pierwszego grzesznika przyrodę skaziła”. Z tego to powodu cnota nie może być rozwinięciem przyrody: „skoro sprawiedliwość pochodzi od przyrody i (powodowanej przez nią) woli człowieka, to Chrystus umarł nadaremno”. Nie; od czasu Adama przyroda jest skażona, i ażeby osiągnąć cnotę, człowiek innej potrzebuje łaski, niż ta, której udzielono mu w dniu stworzenia... Za najwyższy przejaw przyrody w człowieku filozofia uznaje jego rozum, jako tę z jego władz przyrodzonych, która przewodniczy innym i trzyma je na wodzy, wskazując im cele i drogi; prymat rozumu można przeto podać za wtórą zasadę, znamienną dla filozofii rzymskiej. Przekładając ją na chrześcijaństwo, możemy powiązać ją logicznie z łaską odwieczną: pierwszym owocem łaski, darowanej przez Stwórcę człowiekowi, był rozum.
Ten właśnie dogmat znajdujemy w pelagianiźmie; widzimy go w połączeniu z pierwszym w przytoczonych przed chwilą słowach: „Łaska jest to właśnie przyroda, przez którą stworzeni jesteśmy tak, że posiadamy duszę rozumną”; jeszcze wyraźniej brzmi drugi jego aforyzm: „Dusza rozumna jest źródłem wszelkich cnót”. Cała nauka Augustyna, przeciwnie, dąży do obalenia tego prymatu rozumu i postawienia na jego miejscu prymatu woli, tego dogmatu prawdziwie chrześcijańskiego, którego zaród pierwszy znajdujemy już w pieśni chwalebnej aniołów: pax hominibus bonae voluntatis... Po upływie wielu wieków Schopenhauer, ustalając prymat woli w psychologii współczesnej, uderzony był harmonią swych myśli z myślami Augustyna, na którego nieraz powołuje się w tym względzie; dzięki tej właśnie harmonii Augustyn zyskał zaszczytne imię „pierwszego człowieka nowoczesnego” (der erste moderne Mensch), które dali mu Siebeck i Harnack.
Jednakowoż – idziemy dalej z duchem filozofii rzymskiej – rozum, mimo swej roli przewodniej, nie mógłby prowadzić człowieka drogą moralnego udoskonalenia, gdyby człowiek nie posiadał całkowicie wolności woli, pozwalającej mu oddawać się temu, co rozum za najlepsze uzna. Zasada wolności woli ma w Cyceronie energicznego szermierza; broni on jej nie tylko przeciw ignava ratio fatalizmu, ale i przeciwko tej rozumnej formie, jaką zasada przeciwległa znalazła w tak zwanym determinizmie; zwycięstwo zasady wolności woli było jednakże krótkotrwałe; triumf astrologii zniweczył wiarę w wolność woli.
Chrześcijaństwo zajmowało wobec astrologii postawę po części niezdecydowaną, po części nawet wręcz wrogą: można więc było przypuścić, że przyjmie ono zasadę wolności woli w całym jej nietykalnym zakresie. W rzeczywistości zaś przyjęli ją w całej pełni tylko pelagianie, ci wierni spadkobiercy filozofii antycznej: „My utrzymujemy – powiada Pelagiusz – że wolność woli (liberum arbitrium) stanowi przyrodzoną własność każdego człowieka i że nawet grzech pierworodny Adama nie mógł jej zniweczyć” (...); „z własnej woli działa człowiek dobrze i źle; wprawdzie, w uczynkach dobrych wspiera go stale łaska Boża, do złych – pociąga kuszenie diabła”. I tutaj przeciwko Pelagiuszowi występuje Augustyn: nie przystaje on na fatum astrologiczne, ale z jeszcze większą zaciętością napada na „nienawistne rozumowanie” (detestabilis disputatio) Cycerona, usiłującego wolność woli ocalić nawet kosztem Opatrzności Bożej. Nie; do czasu grzechu pierworodnego wola człowieka rzeczywiście była o tyle wolna, że mógł on jednakowo chcieć i dobrego i złego, i jedynie do wykonania dobrego potrzebował pomocy łaski Bożej (gratia cooperativa); od czasu zaś grzechu pierworodnego wolna wola w człowieku, przez diabła powodowana, jedynie do grzechu jest dostatecznie silna, do życia zaś dobrego i pobożnego jest niedostateczna, jeśli sama nie została uprzednio do prawdziwej wolności łaską Bożą powołana (gratia praeventiva): Niemało pracy kosztowało ludzkość przyswojenie tej zagadkowej nauki o wolnej woli, która wszakże ku złemu tylko jest wolna, ku dobremu zaś musi być uprzednio wyzwolona. Ale czarujące słowo „łaska” złamało wszelkie przeszkody. Przy trzeźwej wszakże ocenie przytoczonych przez Augustyna wywodów, uznać wypadnie, że zachował on jedynie wyraz „wolność woli”, pojęcie zaś zastąpił pojęciem wolnej i wystarczającej sobie łaski Bożej, z góry wytykającej wolę i działanie człowieka.
W dalszych partiach swego tekstu profesor Zieliński dochodzi do wniosku, że: „Przyjmując zupełną i nieograniczoną wolność woli ludzkiej, filozofia rzymska rozpatruje cnoty człowieka jako jego nieodłączną własność: „Cnót własnych – powiada ona – nikt nie kładł nigdy na rachunek nieśmiertelnych bogów”. Pojęcie zasługi – jest bezpośrednim wnioskiem z zasady wolności woli tak samo jak i przeciwne mu pojęcie odpowiedzialności za grzechy.
Śladem Cycerona, pelagianie również dumnie mówili do Stwórcy: „Tyś uczynił nas ludźmi; ale my sami uczyniliśmy siebie ludźmi prawymi”. Dla zbawienia człowieka, oczywiście, trzeba łaski Bożej; ale łaski właśnie „dostępujemy wedle zasług swoich”. Tezy powyższe, snujące się przez całą naukę pelagian, stawiają pozagrobowy los człowieka w wyłączną zależność od niego samego; łaska i zbawienie stają się nieodzownym następstwem jego uczynków. Augustynizm w tym również względzie był prostym przeciwieństwem pelagianizmu: „My zaś – powiada jego przywódca – utrzymujemy, że łaskę człowiek otrzymuje darmo (gratis), i że dlatego właśnie nazywa się ona łaską (gratia), oraz, że wszystkie zasługi świętych z niej biorą początek; „wieńcząc tedy zasługi nasze, Bóg uwieńcza tylko swoje własne dary”. W przeciwieństwie zatem do Pelagiusza, Augustyn zasługi człowieka uzależnia od łaski; wyłącza to wszelką inicjatywę osobistą człowieka w sprawie zbawienia. Na pytanie zaś, czym łaskę Bożą się wywołuje, odpowiedzi nie ma: łaska działa samorzutnie i dowolnie, wyodrębniając przeznaczonych ku zbawieniu spośród potępionych. Na tym gruncie rozwija się nauka o powziętych z góry przez Boga wyrokach, tym kamieniu obrazy w filozofii religijnej Augustyna.
Pojęcie cnoty, w postaci rozwiniętej przez filozofię rzymską, składa się z dwu elementów, podmiotowego i przedmiotowego; podmiotowy polega na cnotliwym usposobieniu człowieka, przedmiotowy – na jego cnotliwym uczynku. Pierwsze bez drugiego nie jest doskonałe: virtus actuosa est, powiada Cycero, idąc śladem perypatetyków. Nietrudno jest uchwycić związek tego podwójnego określenia z prawniczymi skłonnościami Rzymian: przecież tak samo i w ich prawie karnym przestępstwa rozpatrywano jako połączenie czynu występnego (culpa) z zamiarem występnym (dolus).
Wczesne chrześcijaństwo odziedziczyło to podmiotowo-przedmiotowe określenie cnoty, przy czym jedynie ośrodek ciężkości został niepostrzeżenie przesunięty na stronę podmiotową: affectus tuus nomen imponit operi tuo, pięknie powiada Ambrozjusz. Przyjął je i pelagianizm. Wynika to niezachwianie z polemiki Augustyna, która jako pierwszy do dwu elementów cnoty pogańskiej dodaje trzeci, nadpodmiotowy; nazywa on go elementem „kresu” (finis), – rzec można: ustosunkowania. U pogan istniało tylko ustosunkowanie wobec ziemi; dlatego też można powiedzieć, że prawdziwa cnota była im nieznana; słynne jest zdanie Augustyna, że „cnoty pogan były utajonymi zdrożnościami”. Chrystus pierwszy nauczył ludzi kierować myśli i uczynki do Boga. On pierwszy postawił wiarę w centrum moralności ludzkiej. Ten to kierunek ku Bogu, ta wiara wyróżnia cnotę chrześcijańską od pogańskiej; w niej zawiera się przyczyna, dla której chrześcijanin może być zbawiony, najcnotliwszy zaś poganin musi ulec potępieniu.” – Tyle T. Zieliński, który dalej pisze dosłownie: „Moralność starożytna, konsekwentnie zasady swe interpretując, uznała najwyższy cel rozwoju człowieka w cnocie, która sama sobie wystarcza: virtus ad beate vivendum se ipsa contenta est. Tak głosi temat heroiczny, jeśli tak wolno się wyrazić, filozofii rzymskiej. Nie wyłączało to wiary w życie zagrobowe lepsze – Cycero życie to uznaje – ale była ona bodźcem drugorzędnym, ubocznym w porównaniu z głównym, za jaki uchodziło zadowolenie wewnętrzne.
Chrześcijaństwo do zapatrywania tego wniosło poprawkę obowiązkową: zbawienie w życiu  pozagrobowym stało się celem głównym wierzącego. Z tym wszakże nieuniknionym zastrzeżeniem chrześcijaństwo przed Augustynem, włącznie z pelagianizmem przyjęło tezę Cycerona: cnota pozostała jedynym środkiem do zbawienia – na tamtym świecie. I tutaj Augustyn wystąpił jako przeciwnik Pelagiusza i wszystkich chrześcijan wcześniejszych ze swoją nauką o samowystarczalnej łasce, przy czym te same występują antytezy, co i wyżej.
Tak przedstawiają się te zasady poszczególne, które spowodowały konflikt między filozofią rzymską a chrześcijaństwem w czasie Augustyna. Pokrewieństwo przytoczonych punktów między sobą rzuca się w oczy; w gruncie rzeczy cały antagonizm między Cyceronem a Augustynem daje się sprowadzić do jednej antytezy radykalnej, wyobrażonej przez różne jednego i drugiego poglądy na wartość przyrody ludzkiej. Cycero i w ogóle świat antyczny cenią przyrodę tę bardzo wysoko; Augustyn – bardzo nisko. Jeśli zaś zadamy sobie pytanie, podejmując w dalszym ciągu to samo zagadnienie, czym tę różnicę poglądów wytłumaczyć, wówczas wypadnie nam od logiki zwrócić się do psychologii: różnica owa nie z jakiegoś innego wypływa założenia, tylko z postawy zasadniczej świata antycznego i świata chrześcijańskiego. Postawą zasadniczą świata antycznego, wyrażając się własnymi jego słowy, jest animi magnitudo, dosłowny przekład polski – „wielkość duszy”, nie oddaje należytego znaczenia („wielkoduszność”, oczywiście, tym mniej). Megalopsychia – jest to postawa człowieka, który zna wartość własną i stawia siebie ani powyżej, ani też poniżej tego miejsca, którego jest godzien; u nas pospołu z pojęciem przepadło też i słowo. Przeciwnie, postawą zasadniczą świata chrześcijańskiego jest „pokora”.
Z tej postawy zasadniczej świata antycznego wypływa jego otucha, t. j. świadoma lub nieświadoma pewność, że albo stoimy na wyżynie życia, albo jesteśmy w drodze ku niej. Czy znaczy to, że wszyscy ludzie antyczni pewność tę podzielali? Nie, zapewne: liczba odtrąconych i wówczas, prawdopodobnie, znacznie górowała nad liczbą powołanych na ucztę życia. Lecz nie oni nadawali ton w kulturze antycznej: sztuka, literatura, filozofia należały nie do nich, lecz do tych, którzy uczestniczyli w sprawie postępu ludzkości. Jako ludzie pracy, widzący owoce pracy swej, byli oni przejęci naturalną wiarą w majestat i godność przyrody człowieczej: jak ziemia przoduje we wszechświecie, tak człowiek przoduje na ziemi. Słynna pieśń z Antygony Sofoklesa: „Wiele jest cudów na ziemi, ale nie ma nic, co by cudowniejsze było nad człowieka” – ta pieśń humanizmu antycznego napisana była właśnie dla ludzi tego hartu i tej postawy. Stanowisko to zarówno daje się godzić z optymizmem, jak i pesymizmem; sprzeczność obu tych zapatrywań dotyczyła porównawczej oceny uciech i smutków w życiu ludzkim, nie zaś pytania, czy uczynki ludzkie z ludzkiej wynikają przyrody, czy też nie: jedni zabarwiają człowieka na kolor jasny, drudzy – na ciemny, ale i jedni i drudzy zgodni byli w tym, że kolory te są jego kolorami własnymi, przyrodzonymi, nie zaś odbiciem innego, nadludzkiego jestestwa. Ze stanowiska chrześcijańskiego zarówno optymizm antyczny, jak pesymizm antyczny uznano by za jednakowo pyszałkowate.
Owo stanowisko, jak rzekliśmy, jest stanowiskiem pokory, stanowiskiem uczucia, które nakazuje nam ujemne tylko przyrody naszej przejawy brać na swoją odpowiedzialność, przy dodatnich natomiast zwracać się do Stwórcy: „Nie ja, ale Ty”. I ono również jednako daje się uzgodnić z optymizmem i z pesymizmem: chrześcijanin będzie pesymistą, jeśli czuć się będzie całkowicie zdanym na tę przyrodę, którą uważa za zdrożną; lecz i on będzie optymistą, gdy duszę swą odczuwać będzie jako naczynie tej łaski najwyższej, która pozwoli mu odnieść zwycięstwo nad swoją przyrodą. Pogląd jego na tę przyrodę jest w obu wypadkach jednakowy: przekonany jest o jej niemocy, o tym, że sama z siebie nic dobrego ani stworzyć, ani rozwinąć nie jest zdolna. Ten zaś pogląd uwarunkowuje rozmaite pojmowanie postępu i wpływu, wywieranego nań przez pracę ludzką. W samej rzeczy, cóż stać się ma przedmiotem owej pracy? Przyroda człowieka? Jest ona zepsuta do gruntu i żadną pracą podźwignąć jej nie można. A może łaska Boża? Prędzej zdołamy ziemię ruszyć z posad siłą swoich rąk, niż oddziałać pracą swoją na zrządzenia woli Bożej. Nie; rezultatem konsekwentnego rozwinięcia idei Augustyna musiał być ujemny stosunek do postępu ludzkiego – tego postępu, któremu hymn wyśpiewał Sofokles w swojej Antygonie. I jeżeli nie można tego samego powiedzieć o chrześcijaństwie w ogóle; jeśli społeczność chrześcijańska, w przeciwieństwie do bezwładu otaczających ją ludów niechrześcijańskich, stała się jedyną dźwignią idei postępu, to dlatego, że nie utożsamiła się z augustynizmem. Powiedziałem już wyżej, że zwycięstwo Augustyna pozostało zwycięstwem jedynie w teorii: w praktyce zaś wziął górę i w kościele zachodnim i następnie we wschodnim – tzw. półpelagianizm, tj. pojednanie filozofii antycznej, a zwłaszcza rzymskiej, z chrześcijaństwem. Jak się to dokonało, o tym mówić na tym miejscu nie będziemy; ewolucja idei chrześcijańskich po Augustynie nie należy do mojego tematu, który ogranicza się tylko do wczesnego chrześcijaństwa. Ale, że to się dokonało, o tym nie wątpimy, i jeśli słusznie poczytujemy słowa ora et labora za godło rozumnej społeczności chrześcijańskiej, to nie powinniśmy zapominać, że wtóra część tego godła swojego – labora – zawdzięcza ona filozofii rzymskiej.
W ten sposób T. Zieliński uwypukla z jednej strony fakt zarówno wewnętrznej złożoności jak filozofii antycznej, tak i światopoglądu chrześcijańskiego; z drugiej zaś strony ukazuje złożoną dialektykę genezy i zazębiania się poszczególnych wątków chrześcijaństwa z tymi czy innymi paradygmatami kultury greckiej i rzymskiej. Był to proces, jak widzieliśmy, bardzo złożony i nie pozbawiony wewnętrznych sprzeczności, na którą to okoliczność wskazywali także inni badacze, szczególnie francuscy i niemieccy. Ale też jest niewątpliwe, iż polemika Augustyna z Cyceronem jest polemiką wewnątrz tej samej formacji psychologiczno-cywilizacyjnej, polemiką dającą wyraz heglowskiemu prawu „jedności i walki przeciwieństw” w łonie jednego systemu światopoglądowego (czego dowodzi chociażby identyczny aparat kategorialny polemistów), nie zaś ścieraniem się dwóch zasadniczo ze sobą sprzecznych struktur kulturowo-aksjologicznych. Tę właśnie okoliczność wydaje się klarownie wyakcentowywać profesor Zieliński, gdy w końcowych uwagach do swego dzieła Hellenizm a judaizm wywodzi: „Termin „ciągłość psychologiczna”, ściśle określający stosunek religii helleńskiej do chrześcijaństwa, został utworzony przeze mnie (w wykładach – od dawna, w druku po raz pierwszy w książce pod tytułem La Sybille (1924): „continuité psychologique”). Pytanie jednak, na które odpowiada ten termin, było, jak się potem przekonałem, już postawione przez A. Harnacka (Mission und Ausbreitung des Christentums). Podkreślając fakt historyczny, który i dla mnie był punktem wyjścia, nazywa on ten fakt „wartym zastanowienia się nad nim, jak mało jaki inny” i ciągnie dalej: „Było oczywiście w religii chrześcijańskiej – i jest w niej – coś takiego, co czyni ją pokrewną bardziej wolnemu duchowi helleńskiemu”.
Chodzi o to, że teza o jedności ducha grecko-rzymsko-chrześcijańskiego z reguły uzupełniana bywa przez twierdzenie o biegunowej niezgodzie między judaizmem a chrześcijaństwem. Badacze niemieccy i francuscy zwracali uwagę na pewne niuanse, które, ich zdaniem, mają znaczenie fundamentalne. Wskazywali mianowicie na radykalne przeciwieństwo i zasadniczy antagonizm między stylem myślenia grecko-łacińsko-chrześcijańskim z jednej strony, a żydowsko-judaistycznym z drugiej. Dowodzono, że świat Europy a świat żydostwa to dwa różne łady moralne; twierdzono,   że w Ewangeliach używa się odmiennych wyrazów: na oznaczenie arystokracji i bogaczy – Żydzi, zaś na oznaczenie biedoty, warstw niższych – „lud”. Czy jest to tylko konwenans językowy, czy też za tym rozróżnieniem tkwią istotne różnice etniczne? Nie ulega wątpliwości, że tereny, na których działał Chrystus nie były ani rdzennie żydowskie, ani nie zasiedlone przez samych Żydów. Obecni byli też Filistyni, Asyryjczycy, Arabowie, Grecy etc. Być może w tym mieszanym społeczeństwie właśnie Żydzi byli najbardziej wpływowi. Dlatego też namiestnik Piłat proponuje „Żydom” uwolnienie Jezusa, na co oni – zaślepieni nienawiścią rasową i religijną – reagują odmownie, domagają się śmierci Mesjasza, biorąc odpowiedzialność za ten wyrok „na siebie i synów swoich”.
I tu wyłania się niesłychanie dramatyczna antynomia dziejowa, do dziś w dużym stopniu warunkująca życie duchowe, umysłowe i społeczne Europy. Z Ewangelii wynika – pisał jeden z niemieckich bibliologów – że Jezus nie był ani Żydem, ani nie należał do jakiegokolwiek innego szczepu, lecz był Synem Bożym, poczętym za sprawą Ducha Świętego i skierowanym do misji w Izraelu. By więc podtrzymać tezę o jego żydostwie, trzeba by udowodnić, że także Bóg jest narodowości żydowskiej, czego się przeprowadzić żadną miarą nie da, chociażby z tego elementarnego względu, że natura Boga jest nieznana (także w oczach judejskich  faryzeuszy).
Wypada bodaj dość jednoznacznie zaprzeczyć tezie o genetycznej więzi między judaizmem, jako wcześniejszym etapem, a chrystianizmem, jako późniejszym, pochodnym, okresie rozwoju ducha. Aby dokładniej przyjrzeć się tym dwóm punktom widzenia, celowe byłoby umiejscowienie ich w realnym tle historycznym, by rozumowanie teoretyczne nie utraciło swych rzeczywistych korzeni. Wypada więc w tym miejscu uczynić krótką wycieczkę w dziedzinę historii narodu żydowskiego.
*         *         *

Żydzi – jak zaznaczono na początku tej książki – jako osobny etnos, zjawiają się na arenie międzynarodowej w II tysiącleciu p.n.e. Moment ten został odzwierciedlony we własnej tradycji pisanej tego ludu i ukazuje obraz niezbyt budujący.
Hebrajczycy, wówczas prymitywne plemię wędrowne, wtargnęli na teren Palestyny, gdzie obecnie jest państwo Izrael; miało to miejsce najwcześniej w XII wieku p.n.e. Po prawie całkowitym wymordowaniu tutejszej ludności osiedlili się na zdobytych terenach, ucząc się uprawy roli i tworząc luźną federację plemienną pod przywództwem tzw. „sędziów”, czyli obieralnych urzędników. Po około stu latach krystalizacji państwowości, powstaje tu królestwo Izrael. Spośród władców tego kraju do najbardziej znanych należeli legendarni Dawid i Salomon.
Po śmierci Salomona kraj rozpada się na dwa rywalizujące ze sobą państewka żydowskie: północny Izrael i południową Judeę. Także stosunki z obcoplemiennymi sąsiadami nie były zbyt poprawne; wzajemna wrogość, najazdy, ataki i okrutne wojny stanowiły zjawiska powszednie. W 722 roku p.n.e. potężna Asyria zdobywa Samarię, stolicę Izraela. Ludność żydowska, zgodnie z ówczesnymi obyczajami wojskowymi, uprowadzona zostaje w niewolę, a państwo Izrael przestaje istnieć.
Z kolei w roku 586 p.n.e. Babilonia zdobywa Jerozolimę, stolicę Judei, również uprowadzając gros ludności do niewoli. Kiedy jednak król Persji Cyrus najeżdża Babilon, część Żydów wraca do ojczyzny i odbudowuje zniszczone państwo, będące pod protektoratem życzliwych im Persów.
Później, gdy Persja stała się łupem Aleksandra Macedońskiego, także Żydzi trafili pod panowanie greckie.
Następnie Judea jest w składzie Egiptu Prolemeuszy, później wchodzi w skład Syrii Seleucydów. W połowie II stulecia p.n.e., w wyniku wojen religijnych zwanych machabejskimi (od imienia Machabeuszy, braci, którzy stanęli na czele bojowników żydowskich), powstaje samodzielne państwo izraelskie istniejące od 140 do 63 p.n.e. W dalszej kolei kraj ponownie zostaje podbity przez Rzymian; a wybuchające bunty są tłumione. Żydzi masowo uchodzą ze swego kraju, osiedlają się w innych państwach, gdzie uprawiają handel, rzemiosło, lichwiarstwo. Dążą do ekonomicznego zdominowania ludności rdzennej, często,  przeważnie  stosując  korupcję  -   wywierają decydujący wpływ na sprawy państwowe. Na przemian występują raz w roli prześladowanych, to znów sami są prześladowcami i wyzyskiwaczami.
Także we wcześniejszych okresach swej historii Żydzi, gdy uwalniali się spod obcego panowania, byli równie okrutni, jak ich wrogowie. Profesor Zieliński pisze o jednym z okresów w dziejach Judei (przełom starej i nowej ery): „Jak to często bywa, wczorajsi gnębieni teraz z kolei zostali gnębicielami. Jonatan Machabeusz nie poprzestał na tym, że „wygładził niezbożne z Izraela”, jak o tym ze złowróżbną krótkością opowiada autor pierwszej Księgi Machabejskiej; opanowawszy w jednej z wojen domowych miasto nadbrzeżne Seleucydów Azot, sprawił on sobie jeszcze „żydowską pociechę”, burząc świątynię Dagona. Nie pomogła biednemu bożkowi filistyńskiemu pokora, z którą powitał ongi zabraną przez jego wyznawców Arkę przymierza. Idąc śladem Jonatana, Jan Hyrkan podbił Sichem samarytańskie i zburzył jego świątynię na górze Garizim. Była to już wyraźnie zaczepna wojna religijna. Jeszcze dalej poszedł w tym kierunku drugi syn Hyrkana, Aleksander Janneusz (104-78). Był to wódz mężny, ale okrutny i dla swoich i dla obcych. Korzystając ze słabości kurczącego się w przedśmiertnej agonii państwa syryjskiego, podbijał otaczające Judeę miasta helleńskie, zmuszając ich mieszkańców do obrzezania i niszcząc te, które się opierały; dopiero Rzymianie po dwudziestu latach naprawili szkody, wyrządzone kulturze Palestyny przez tego barbarzyńcę – o ile ta naprawa była jeszcze możliwa”.
Żydowskie podboje niczym bowiem się nie różniły od podbojów innych, cechowała je taka sama buta, pycha, pogarda dla słabszych i okrucieństwo. Bóg miał zresztą już Abrahamowi nakazać: „Wynidź z ziemie twojey y od rodziny twojey, y z domu oyca twego: a idź do ziemie, którą ci ukażę. A uczynię cię narodem wielkim (...) Będę błogosławił błogosławiącym tobie, a przeklnę te, którzy cię przeklinają”... (Genesis, XII, 1, 2, 3)...
Wielu uczonych podkreśla fakt istnienia głębokiej urazy żydostwa przeciwko reszcie ludzkości, urazy o niejasnej etiologii, ale tkwiącej ponoć w zbiorowym kompleksie niższości tego etnosu, jak w to wierzyli m.in. Fryderyk Nietzsche czy Johann Wolfgang Goethe. Z tego żydowskiego resentymentu, według wielu teoretyków niemieckich, miało wykiełkować i chrześcijaństwo, jako rzekomy kult słabości i małości. „Nie widzę nic, tym więcej za to słyszę. Jakieś ostrożne, podstępne, ciche brzęczenia i szepty ze wszystkich zakamarków i kątów. Wydaje mi się, że ktoś kłamie, każdy dźwięk jest słodki i lepki jak cukier. To niewątpliwe, kłamstwem chce się słabość przekształcić w zasługę, (...) a niemoc, niezdolną do odpłaty, – w dobroć; bojaźliwą małoduszność – w pokorę; podporządkowanie się ludziom znienawidzonym – w posłuszeństwo (a mianowicie w posłuszeństwo wobec kogoś, o kim twierdzi się, że taką uległość nakazuje – zwą go Bogiem). Cechy człowieka słabego: nieofensywność, nawet tchórzostwo tak częste u niego, gotowość wystawania u drzwi, wewnętrzny przymus wyczekiwania zyskują tu dobre imię jako cierpliwość, nazywa się je też prawdziwą cnotą; niemożność pomsty zwie się brakiem chęci pomsty, a może nawet przebaczeniem (albowiem oni nie wiedzą, co czynią – my jedni wiemy, co oni czynią). Gada się też o miłowaniu nieprzyjaciół swoich – oblewając się potem” (Fr. Nietzsche, Z genealogii moralności, I).
I dalej przypomnijmy jeszcze dwa słynne fragmenty z tegoż dzieła Nietzscheańskiego, w których autor przedstawił swą koncepcję w sposób skrystalizowany i absolutnie jednoznaczny: wytwarzając „niewolnicze” chrześcijaństwo i narzucając je ludzkości żydostwo zapanowało nad światem. „W moralności bunt niewolników zaczyna się od tego, że resentyment staje się sam płodny i rodzi wartości: resentyment takich istot, które nie umiejąc reagować właściwie, tj. czynem, znajdują wyłączną rekompensatę w zemście wyimaginowanej. Podczas gdy każda dystyngowana moralność wyrasta z tryumfalnego samopotwierdzenia, moralność niewolnicza z góry neguje wszystko, co jest poza nią, co jest inne, co nią nie jest – i na tej negacji polega jej twórczy czyn. Takie ustanowienie wartości przez odwrócenie wzroku w inną stronę, koniecznie w kierunku zewnętrznym, a nie w głąb siebie samego – ono właśnie cechuje resentyment: aby powstała moralność niewolnicza, zawsze potrzebny jest przede wszystkim świat zewnętrzny, przeciwstawny, w ogóle działa ona tylko – mówiąc językiem fizjologii – pod wpływem bodźców zewnętrznych; jej akcja jest z istoty samej reakcją” (Fr. Nietzsche, Z genealogii moralności, I).
I wreszcie myśl najważniejsza dla filozofii religii Fryderyka Nietzschego: „A oto, co nastąpiło: z pnia owego drzewa zemsty i nienawiści, żydowskiej nienawiści – nienawiści najgłębszej i najbardziej wysublimowanej, mianowicie tworzącej ideały i przekształcającej wartości, nieporównywalnej z niczym, co kiedykolwiek istniało na ziemi – wyrosło zjawisko również z niczym nieporównywalne, miłość nowa, ze wszystkich rodzajów miłości najgłębsza i najbardziej wysublimowana. Z jakiegoż bowiem innego pnia mogłaby wyrosnąć?... Ale niech nikt nie sądzi, że wyrosła ona jako istotne zaprzeczenie owej żądzy zemsty, jako przeciwieństwo żydowskiej nienawiści. Nie, na odwrót! Miłość ta wyrosła jako jej korona rozpościerająca się coraz szerzej, jaśniejąca w pełnym blasku słońca, a dążyła ona w królestwie światła i na wysokościach do celów, jakie stawiała sobie nienawiść: do zwycięstwa, do łupów, do uwodzenia, dążyła do nich z taką samą siłą, z jaką owa nienawiść zapuszczała coraz bardziej, coraz zachłanniej korzenie w głąb, we wszelkie zło. Ów Jezus z Nazaretu, wcielenie ewangelii miłości, ów Zbawiciel, który ubogim, chorym, grzesznym przynosił zbawienie i zwycięstwo – czyż nie on właśnie stanowił pokusę w formie najbardziej niepokojącej i nieodpartej, pokusę, która okrężną drogą wiodła właśnie do owych żydowskich wartości i nowinek w świecie ideału? I czy nie tą okrężną drogą właśnie, przy pomocy owego Zbawiciela, owego pozornego przeciwnika, który rozwiązał zakon Izraela, wysublimowana mściwość Izraela osiągnęła swój cel ostateczny?” (Fr. Nietzsche, Z genealogii moralności, I).
Wszelako jeśli chrześcijaństwo stanowi „żydowską metodę” podboju świata  przez jego ubezwłasnowolnienie, to niejasne, dlaczego przez dwa tysiące lat trwał „pojedynek” między wyznawcami Chrystusa a zwolennikami judaizmu. Wydaje się, że powyższe, niewątpliwie dające do myślenia, idee Nietzschego są jednak przesadne. Mimo to do tych i im podobnych wywodów nawiązuje inny jeszcze filozof niemiecki, usiłujący ten wątek „rozwinąć”: „Podkreślany słusznie przez Nietzschego ogromny resentyment Żydów ma pożywkę podwójną: obok wielkiej dumy narodowej tego ludu („naród wybrany”) działają tu pogarda i dyskryminacja doznawane przez wieki, a odbierane jako przeznaczenie; zaś ostatnio sprzyja mu szczególnie formalne równouprawnienie na mocy konstytucji, przy równoczesnej dyskryminacji faktycznej. Żądza zysku, doprowadzona u tego narodu do skrajności, jest niewątpliwie – obok właściwości wrodzonych i innych przyczyn – następstwem zakłóconego samopoczucia Żydów, które stało się ich cechą ustrojową; kompensuje ona z nadwyżką brak społecznego uznania, które by odpowiadało narodowemu poczuciu własnej wartości. Poczucie, że już sama egzystencja grupy i niezawinione przez nią właściwości są czymś „wołającym o pomstę”... (Max Scheler, Resentyment a moralność).
Jak się wydaje, ta antyżydowska „psychoanaliza” jest w dużym stopniu chybiona – a to właśnie dlatego, że usiłuje, wbrew faktom, umieścić ducha żydowskiego na jakiejś jednej płaszczyźnie, sprowadzić go do jakiejś jednej postaci, podczas gdy faktycznie był on i pozostaje zjawiskiem ogromnie bogatym, wielorakim, wielopłaszczyznowym i wewnętrznie złożonym.
Żydowska kultura umysłowa jest wyjątkowo głęboka, różnorodna i wszechstronna. Wchłonęła ona wielowiekowy dorobek starszych od niej kultur Egiptu, Asyrii, Babilonii, Fenicji, Persji, Grecji, Rzymu. Jest to w ogóle cecha typowa umysłowości żydowskiej, że jest ona chłonna na wartości, stworzone przez inne narody, chętnie je przyswaja, asymiluje, po swojemu rozwija i interpretuje. W wielu żydowskich księgach mądrości znajdziemy ogromną ilość sformułowań znanych już z wcześniejszych o całe tysiąclecia źródeł egipskich czy hetyckich. Nie wynika z tego wcale, że żydowska kultura umysłowa jest czysto reprodukcyjna i naśladowcza. Ma ona wyraziste cechy rasowe i narodowe, swe niepowtarzalne oblicze i wywarła też istotny wpływ na obce kultury.
Największe dzieła myśli żydowskiej to Tora i Talmud. Według tych ksiąg Bóg (Jahwe) ustalił zasady moralne i nakreślił je na kamiennych tablicach, a następnie na górze Synaj przekazał je Mojżeszowi. Na zasady te składają się reguły religijne, dotyczące czci dla Boga, rytuałów oraz reguł ściśle moralnych, które uczą czci dla rodziców, przestrzegają przed kradzieżą, zabójstwem, kłamstwem i rozpustą. Są to często zasady głębokie, mądre i piękne, bez stosowania których życie społeczne przekształciłoby się we wzajemne zapamiętałe wygryzanie się dzikich bestii.
Niektórzy historycy twierdzą, że słynny Dekalog Mojżesza został przez tego egipskiego przywódcę Żydów „wykradziony” od kapłanów egipskich, którzy zachowywali wyłącznie dla swego stanu skondensowaną w tych zasadach najwyższą mądrość. Ale jest to chyba teza chybiona, wyrastająca po prostu z antypatii do Żydów jako takich. Gdy się bowiem kogoś nie lubi, to się dąży za wszelką cenę do odarcia go z cnót, zasług i osiągnięć.
Jak stwierdza wielu badaczy, prawo żydowskie z okresu formowania się państwowości narodowej było bardzo surowe. Przenikał je duch zemsty – czyli wzajemności – w myśl zasady: „życie za życie, oko za oko, ząb za ząb, rękę za rękę, nogę za nogę, oparzenie za oparzenie, ranę za ranę, siniec za siniec”.
Obok tej cechy wskazuje się na jeszcze jedną typową cechę umysłowości żydowskiej, a raczej judaistycznej: dzielenie ludzi na „swoich” (wyznawców judaizmu) i obcych („gojów”). W stosunku do jednych i drugich Talmud często – ale nie zawsze – zaleca różne postępowanie...
W Księdze Powtórzonego Prawa (14, 21) znajdują się rzeczywiście przykre słowa: „Nie wolno wam spożywać żadnej padliny. Możesz ją dać do zjedzenia cudzoziemcowi, mieszkającemu w twych osadach, albo możesz ją sprzedać obcemu. Ty bowiem jesteś narodem poświęconym Jahwe, twemu Bogu”... Trudno o bardziej gorszącą interpretację pojęcia „bogowybraności”...
Jahwe w tejże Księdze (12, 2-3, 29-30) nieraz nakazuje Żydom postępować w stylu dalekim od jakiejkolwiek tolerancji czy wyrozumiałości: „Macie doszczętnie zniszczyć wszystkie te miejsca, gdzie służyły swoim bogom narody, którymi zawładniecie: miejsca na wysokich górach, na wzgórzach i pod wszelkim zielonym drzewem. Powywracacie ich ołtarze, pokruszycie ich masseby, spalicie w ogniu ich aszery, a rzeźbione wyobrażenia ich bóstw porąbiecie. W ten sposób wykorzenicie ich imię z tego miejsca. (...) Kiedy już Jahwe, twój Bóg, wytraci przed tobą narody, do których idziesz, by nimi zawładnąć, kiedy już wygnasz je z posiadłości i zamieszkasz w ich ziemi, strzeż się, abyś nie dał się nakłonić do pójścia za ich przykładem – gdy już zostaną wyniszczone przed tobą – i abyś nie próbował dopytywać się o ich bogów”... W żadnym rozwiniętym pod względem moralnym człowieku – także Żydzie – tego rodzaju imperatywy nie mogą budzić entuzjazmu.
I znowuż w Księdze Powtórzonego Prawa (7, 2-6, 17-17, 22-25) Jahwe nakazuje jednak Izraelowi nienawiść do innych narodów: „Masz rzucić na nich klątwę. Nie będziesz zawierał z nimi przymierza ani nie będziesz miał nad nimi litości. Nie będziesz wchodził z nimi w związki powinowactwa: córki swej nie dasz ich synowi ani ich córki nie weźmiesz dla swego syna (...) Wytracisz więc wszystkie narody... Nie będziesz znał litości nad nimi (...) Twój Bóg, Jahwe, będzie stopniowo usuwał przed tobą te ludy; nie będziesz mógł ich wyniszczyć szybko, aby się nie rozmnożyły przeciw tobie dzikie zwierzęta. Jahwe, twój Bóg, wyda tobie te ludy i porazi je przerażeniem ogromnym, aż zostaną wytępione. Wyda też w twe ręce ich królów, a ty wygładzisz ich imię spod niebios. Nikt nie ostoi się przed tobą – aż wytępisz ich ostatecznie”... Czyli sprawisz im holocaust!...
Te słowa, skreślone w zamierzchłej i mrocznej przeszłości, nie świadczą o wysokiej kulturze etycznej ich autorów, ale nie stanowią też jedynej wykładni mentalności starożytnego judaizmu. Tym, którzy mówią zbyt pochopnie o żydowskiej ksenofobii, wypada przypomnieć piękne słowa z Księgi Kapłańskiej (19, 33-34): „Kiedy przybysz osiedli się u was, w waszym kraju, nie uciskajcie go. Niech ten przybysz osiadły pośród was będzie traktowany jak rodak; masz go miłować tak jak samego siebie”... Jest więc judaizm światopoglądem złożonym, wielowymiarowym, zawierającym idee i tendencje wewnętrznie sprzeczne – tak jak samo życie. „Żydowska cywilizacja wytworzyła trzy etyki: jedna jest na Palestynę dla swoich, druga dla swoich w golusie i trzecia dla gojów” (Feliks Koneczny, Rozwój moralności, Lublin 1938).
Ale, powtórzmy, nie zawsze tak jest, a już tym bardziej nie zawsze tak dzieje się w praktyce, wszystko bowiem zależy ostatecznie od osobistego sumienia i rozumu tej czy innej osoby ludzkiej, a nie od jej przynależności etnicznej. Moralność narodów jest też zmienna i niejednakowa  w różnych okresach historycznych.
Dawne judejskie źródła historyczne przynoszą opis stanu moralnego społeczeństwa żydowskiego w epoce poprzedzającej rozproszenie. „Brak wszelkiego poczucia sprawiedliwości, zdrady, oszustwa, krzywoprzysięstwa i lichwa, która zmieniała braci w niewolników” panowały nieomal niepodzielnie. Nieraz zawierano małżeństwa dla zysku. W świątyniach odbywano nabożeństwa, ale i tam oszukiwano Jehowę, składając mu w ofierze „bydlęta zdechłe, albo kalekie i chore”, na co piorunowali m.in. prorocy Nehemiasz i Malachijasz. Czystość etyczną zachowywała tylko garstka ascetów. Obyczaje te bywały jednak nieraz istotnie zmieniane przez czas i okoliczności. Wszelkie upraszczanie obrazu ducha judejskiego stanowi niebezpieczeństwo popełnienia wielkiego wykroczenia przeciwko prawdzie.
*         *         *
         Choć grecki Nowy Testament – według przekonania chrześcijan, a wbrew temu, co myślą Żydzi – stanowi niejako drugą, późniejszą część Biblii, której podstawę tworzy  (tylko częściowo hebrajski) Stary Testament, dalece nie wszyscy specjaliści uważają, – jak dowiedliśmy powyżej – że istnieje więź genetyczna między judaizmem a chrystianizmem. Do różnic doktrynalnych powrócimy jeszcze w dalszych częściach naszych rozważań, w tym zaś miejscu wypada przywołać do pamięci fakt daleko posuniętej wrogości między tymi dwoma wyznaniami i ich zwolennikami. „Nauka Jezusa zaniepokoiła dwie wpływowe politycznie i religijnie grupy, faryzeuszy i saduceuszy. Pierwszych irytowała swoboda, z jaką Nazarejczyk traktował Torę. Saduceuszy niepokoiły natomiast ewentualne skutki szybko rosnącej popularności orędzia mesjańskiego” (Mircea Eliade: Historia wierzeń i idei religijnych, t. 2).
Wszczęto więc propagandową nagonkę przeciwko Jezusowi, która miała się zakończyć jego bestialskim zamordowaniem. Po zgonie Chrystusa prześladowania przeniesiono natychmiast na jego wyznawców. Od chwili narodzenia się chrześcijaństwa judaizm wystąpił przeciwko niemu. I to z całą zaciekłością religijnego i rasowego fanatyzmu. Chrześcijaństwo było w oczach judaistów zamachem – i w istocie rzeczy było – na ich najbardziej ambitne i łechtające próżność przekonanie o własnej wyższości nad innymi ludami. Wiadomo, ludzie z niczym nie rozstają się tak boleśnie, jak z pięknymi iluzjami co do własnej wartości. Zjawienie się uniwersalistycznej religii chrześcijańskiej jakby pozbawiało naród żydowski, uważający sam siebie za naród wybrany przez Boga – aureoli wyjątkowości i uprzywilejowanej pozycji, wręcz „uprawniającej” do wyzyskiwania i deptania praw innych narodów. Skoro Jezus twierdził, że wszystkie ludy są wybrane przez Boga, to także i Żydzi stawali się tacy sami, jak inni, „równouprawnieni”. Nie mogli oni oczywiście tego znieść, wyobrażenia o własnej wyższości usprawiedliwiały przecież cały ich tryb życia wśród innych szczepów oraz ciągotki do dominacji. A prócz tego, nikt nie lubi redukcji z nadzwyczajności do zwyczajności; stąd ta gwałtowna eksplozja nienawiści do chrześcijaństwa już od pierwszych dni jego istnienia i stąd ta zapiekła, trwająca tysiąclecia i przybierająca  różne formy, wrogość ku „nowej” religii. Wyznawcy  judaizmu  nigdy  nie  będą  w  stanie  zaakceptować  Chrystusowej    nauki o tym, że wszyscy ludzie, wszystkie narody są równe przed Bogiem.
Mimo iż prawie powszechnie narzuca się dziś przekonanie, że chrześcijaństwo wyrasta z judaizmu, nie może jednak być religii bardziej w duchu swym sprzecznych między sobą jak uniwersalistyczne chrześcijaństwo i etnocentryczny judaizm. Teolog amerykański Dale Crowley junior, pisał w 1997 roku na łamach pisma The Spotlight: „Judeo-chrześcijaństwo” jako pojęcie jest określeniem fikcyjnym, wynalezionym przez chrześcijan, judaiści o czymś takim nigdy nie mówią... Nie jest ono prawdziwe i tylko umniejsza chwałę dziedzictwa chrześcijańskiego (...). Jest faktem, że Pismo Święte – od Genesis do Apokalipsy, Stary i Nowy Testament – są pismami chrześcijańskimi (...) Stary Testament wskazuje na wypadki w Nowym Testamencie. Centralną postacią w Starym Testamencie jest przyrzeczony Mesjasz, który objawia się w Nowym Testamencie. Wiara w Starym Testamencie jest tą samą wiarą co i wyznawana w Nowym Testamencie. Wyznawana wiara w Starym Testamencie poprzedza pojawienie się Izraelitów, Mojżesza, Prawa i religii Żydów. Boża łaska obejmuje w Starym Testamencie tych samych ludzi, których obejmuje i w Nowym, to jest „resztek” każdej rasy ludzkiej... Największymi przeciwnikami naszego Pana podczas jego posłannictwa na ziemi byli ci, którzy nie wierzyli w pisma Starego Testamentu, lecz którzy zachowywali swą własną tradycję. (Ta ustna tradycja dała początek Talmudowi, podstawie nowoczesnego judaizmu)... Podstawowym pojęciem wiary chrześcijańskiej jest to, że Stary i Nowy Testament stanowią harmonijną całość”...
  Z tego wynika, że nie warto   przeceniać wpływów żydowskich na kształtowanie się oblicza wczesnego chrześcijaństwa, gdyż judaizm – jak widzieliśmy – już od samego początku zdecydowanie wrogo usposobił się wobec nowej religii, która, co prawda, w niektórych  punktach była podobna do niego, lecz miała też w sumie zupełnie odmienny charakter. Wyznawcy judaizmu zrobili wszystko, co było w ich mocy, aby ściągnąć na pierwszych chrześcijan prześladowania ze strony pogańskich państw. „Podczas gdy rodzący się Kościół uważa się za nowy Izrael i może ma nadzieję, że w tym charakterze uznany zostanie przez władze świeckie i będzie korzystał z przywilejów związanych z tą nazwą, stary Izrael odrzuca jego roszczenia. Zdaje się, że Żydzi zrobili wszystko, aby „oświecić” swoje pogańskie otoczenie, jaka jest istotna natura nowego ruchu, za którym w ogromnej większości iść nie chcieli... Najpierw oburza się opinia publiczna, pociągając za sobą władzę, która wreszcie zaczyna stosować wobec chrześcijan metody zastraszenia, represji, a wreszcie jawnych prześladowań” (M. Simon, Cywilizacja wczesnego chrześcijaństwa, Warszawa 1979).
W późniejszym okresie już sami chrześcijanie po wielokroć dawali się we znaki wyznawcom judaizmu, przy czym – ironią losu – najgorszymi prześladowcami Żydów wyznających mozaizm stawali się Żydzi, którzy przechodzili z tych czy innych względów na stronę chrześcijańską. Wybitny filolog klasyczny S. Lourie uznawał, że „przyczyna antysemityzmu tkwiła w samych Hebrajczykach”.
Jak stwierdza Israel Szahak (Żydowskie dzieje i religia): „Kampania chrześcijan przeciw Talmudowi została wszczęta z chwilą przejścia na chrześcijaństwo części Żydów oczytanych w Talmudzie i prawdziwie zafascynowanych filozofią chrześcijańską, zwłaszcza jej arystotelesowskim (a więc uniwersalnym) charakterem”. Sam fanatyczny mnich Savonarola – ponoć – był Żydem z pochodzenia, a przecież to właśnie on narzucał katolicyzmowi najostrzejsze tendencje antyżydowskie... „Trzeba przyznać – kontynuuje Israel Szahak – że zarówno Talmud, jak i pisma talmudyczne – choć przesiąknięte są negatywnym nastawieniem wobec nie-Żydów – zawierają szereg szczególnie obraźliwych stwierdzeń i przypowieści skierowanych właśnie przeciwko chrześcijaństwu.
Przykładowo, nie szczędząc obelżywych insynuacji dotyczących życia seksualnego Jezusa, Talmud stwierdza ponadto, iż Jezus będzie za karę gotować się w piekle zanurzony w ekskrementach. Takie stwierdzenie znalazło się w Talmudzie z pewnością nie po to, by pozyskać dlań sympatię pobożnych chrześcijan. Albo inny ustęp, w którym nakazuje się Żydom, by palili – koniecznie w miejscu publicznym – każdy egzemplarz Nowego Testamentu, jaki wpadnie w ich ręce. (Nakaz ten jest nie tylko aktualny, ale nadal praktykowany; i tak 23 marca 1980 roku spalono w Jerozolimie, ceremonialnie i publicznie, pod auspicjami Jad Leachim, żydowskiej organizacji religijnej, subsydiowanej przez izraelskie Ministerstwo ds. Wyznań, setki egzemplarzy Nowego Testamentu). (...) Pobożny Żyd, widząc duże zgromadzenie Żydów, musi pochwalić Boga, mijając zaś zgromadzenie gojów, powinien wypowiedzieć pod ich adresem przekleństwo... Talmud nakazuje, by Żyd przechodząc obok osiedla zamieszkanego przez gojów, prosił Boga o zniszczenie go, jeśli zaś zabudowania są w ruinie, powinien dziękować Bogu za zemstę (rzecz jasna, w przypadku osiedli zamieszkanych przez Żydów reguła ta jest odwrócona)... Nakaz ten został „wzbogacony” przez nowy zwyczaj; mianowicie przechodząc obok kościoła czy krzyża, Żyd ma zwyczaj spluwać (zwykle trzy razy)...
Istnieje również kilka reguł zabraniających wyrażania jakichkolwiek pochwał pod adresem gojów czy ich czynów, chyba że taka pochwała wywołałaby jeszcze większą pochwałę pod adresem Żydów”.
*         *         *

Niestety, wrogość wzajemna między chrześcijanami a judaistami zachowała się w dużym stopniu aż do dnia dzisiejszego, a jej korzenie tkwią w pewnych szkodliwych stereotypach emocjonalnych i mentalnych. Według badaczy krańcowy nacjonalizm Żydów przejawia się w ich specyficznie rozumianym mesjanizmie: „Gdyby nie było Izraela, świat by nie istniał”; „żeby świat istniał, powinno być co najmniej trzydziestu sprawiedliwych w każdym pokoleniu”; sprawiedliwy zaś to Żyd obserwujący Torę. „Teraz daje się temu dogmatowi – powiada np. Zieliński – bardzo szlachetne znaczenie: misją narodu żydowskiego jest krzewienie wśród ludzi religijno-etycznych ideałów. Temu oczywiście można tylko przyklasnąć: oby się każdy naród w tym sensie uważał się za wybrany”...
Jak łatwo wyczuć, jest to uwaga raczej ironiczna. Faktem jest, że w XX wieku ze strony chrześcijan dało się widzieć wiele słów i gestów, które trudno byłoby uznać za przejaw życzliwości, że zilustrujemy to przykładami wcale nie najbardziej „ostrymi”, bo jednak polskimi, ale też dość wymownymi.
Klemens Junosza (Szaniawski) pisał w książce Nasi Żydzi w miasteczkach i na wsiach: „W kwestii żydowskiej opinia publiczna kręci się w zaczarowanym kole i wyjść z niego nie może. Żyda zacofanego, w brudnym chałacie, wyzyskującego chłopów i trującego ich wódką, nazywamy łapserdakiem i mamy do niego wstręt. Żyda, który zerwał z macą, zrzucił brudny chałat, zamiast Talmudu i Zoharu przyjął wykształcenie europejskie i chce pracować produkcyjnie, nazywamy intruzem, arogantem i mamy do niego wstręt. Nareszcie Żyda, który przestał być Żydem, zerwał wszelkie węzły łączące go z tym plemieniem, przyjął chrześcijanizm i wszedł w społeczeństwo nasze, nazywamy „mechesem” i także mamy do niego wstręt. Żeby tylko do niego! Ale i do jego potomstwa, do dalszych pokoleń, które już literalnie z żydostwem nic wspólnego nie mają”...
Zaś ojciec Maksymilian Kolbe pisał w Rycerzu Niepokalanej: „Doprawdy słusznie powiedział Napoleon, kiedy niewielu jeszcze umiało czytać: „prasa jest piątą potęgą świata”. Zrozumieli to zaraz Żydzi i niech mi będzie wolno jaśniej powiedzieć – masoni, którzy z żelazną konsekwencją dążą do zrealizowania dewizy uchwalonej jeszcze w 1717 roku: zniszczyć wszelką religię, a zwłaszcza chrześcijańską. Żyd francuski Cremieux, założyciel wszechświatowego związku żydowskiego, na zjeździe masonów nie wahał się jeszcze przed sześćdziesięciu laty mówić: „Miejcie sobie wszystko za nic, za nic pieniądze, za nic poważanie, prasa jest wszystkim. Mając prasę, będziemy mieli wszystko”. A na międzynarodowym zjeździe rabinów w Krakowie w roku 1848 rabin angielski Mojżesz Montefiore głosił: „Jak długo gazety świata nie będą w naszych rękach, wszystko na nic się nie przyda. Bądźmy pomni przykazania XI: „Nie będziesz cierpiał nad sobą żadnej obcej prasy, abyś długo panował nad gojami”. Zapanujmy nad prasą, a wnet będziemy rządzić i kierować losami całej Europy”. W myśl tych haseł zabrali się oni intensywnie do pracy i, niestety, dokonali już bardzo wiele. Znaczna część, jeżeli nie większość, najpoczytniejszych dzienników, znajduje się w ich rękach.
(...) Chrystus Pan zmartwychwstaje, zakłada swój Kościół na opoce – Piotrze i obiecuje, że bramy piekielne nie przemogą go. Część narodu żydowskiego uznaje w Nim Mesjasza, inni, a zwłaszcza pyszni faryzeusze, nie chcieli Go uznać, prześladowali Jego wyznawców i potworzyli mnóstwo przepisów nakazujących Żydom prześladowanie chrześcijan. Przepisy te połączone z opowiadaniami poprzednich rabinów zebrał w roku 80. po Chr. rabbi Johanan ben Sakai, a ostatecznie wykończył około 200 r. rabbi Jehuda Hannasi i tak powstała Miszna. Późniejsi rabini znowu wiele dodali do Miszny tak, że około roku 500 rabbi Achai ben Huna mógł już z tych dodatków sklecić osobną księgę tzw. Gemara. Miszna i Gemara tworzą razem Talmud. W Talmudzie nazywają owi rabini chrześcijan bałwochwalcami, gorszymi od Turków, mężobójcami, rozpustnikami nieczystymi, gnojem, zwierzętami w ludzkiej postaci, gorszymi od zwierząt, synami diabła itd. Księży nazywają kamarin tj. wróżbiarzami i galachim, tj. z ogoloną głową, a szczególnie zaś nie cierpią dusz Bogu poświęconych w klasztorze. Kościół zowią zamiast Bejs tefila, tj. dom modlitwy, bejs tifla, tj. dom głupstwa, paskudztwa. Obrazki, medaliki, różańce itd., zowią elylym, co znaczy bałwany. Niedziele i święta przezywają w Talmudzie jom ejd, tj. dniami zatracenia. Uczą też, że Żydowi wolno oszukiwać, okraść chrześcijanina, bo „wszystkie majętności gojów są jako pustynia, kto je pierwszy zajmie, ten jest ich panem (...)
Panowie masoni, wy, którzyście niedawno na Kongresie w Bukareszcie cieszyli się, że masoneria się rozwija, zastanówcie się i powiedzcie szczerze, czy nie lepiej w pokoju wewnętrznym, w miłości radosnej służyć Stwórcy, niż słuchać rozkazów tajemniczej, podstępnej, nieznanej, nienawidzącej was, okrutnej kliki żydowskiej? I do was, nieliczna garstko Żydów, „mędrców Syjonu”, którzy ukryci, z dopuszczenia Bożego dla doświadczenia wiernych i cnotliwych, spowodowaliście świadomie tyle już nieszczęść i więcej jeszcze przygotowujecie, zwracam się z zapytaniem, co wam z tego przyjdzie?...”
Tyle święty Maksymilian Kolbe, a nie było to jedyne jego tego rodzaju publiczne wystąpienie... Natomiast polskie pismo Pro-Christo, wydawane przez ojców Marianów, w jednym z numerów z roku 1928 ostrzegało swych czytelników: „Żydzi, masoni i cała lewica wszystko postawi na kartę, by zyskać przewagę. Katolicy nie mogą na to pozwolić, bo inaczej na kościołach naszych na miejsce krzyża ukaże się trójkąt żydowski, a na ołtarzach zapłonie siedmioramienny świecznik. Dzieci wasze, matki-Polki, będą uczyły się po żydowsku i może im wpoją przekonanie, że religia to opium dla ludu”...
Autorzy tego rodzaju publikacji wychodzili z założenia, że Żydzi – zawsze i wszędzie – są siewcami nienawiści między ludźmi, wyznaniami i narodami. A to z kolei jest zupełnie sprzeczne z prawdą Chrystusową... I w ogóle – z wszelką prawdą.
*         *         *
         Powracając do zagadnienia „ciągłości psychologicznej” między antykiem a chrześcijaństwem, powinniśmy stwierdzić, że ten punkt widzenia ma obecnie wielu zwolenników w świecie nauki, i to w różnych krajach. Co więcej, ta idea jest wzbogacana, pogłębiana i poszerzana pod względem zastosowania i metodologii. Profesor uniwersytetu w Rostowie Michaił Pietrow notuje: „Ojcowie Kościoła, w szczególności aleksandryjczycy Klemens i Orygenes, usiłowali sankcjonować praktykę alegorycznej interpretacji Biblii, to jest przekładania jej na język „mądrości helleńskiej”, identyfikowali biblijny podział ludzi na cielesnych somatyków (z reguły Judajczyków, domagających się „cudów”), na typ psycho-duszny (z reguły Hellenów, którzy szukają „mądrości”) oraz uduchowionych pneumatyków jako ukoronowanie jedynego rzędu słabnącej emanacji: Bóg-Ojciec, Bóg-Syn, Duch Święty: pneumatyk, psychik, somatyk. W tym łańcuchu stanów namagnetyzowania – opętania przez bóstwo „helleńska mądrość” i helleńska praktyka oświatowa zajęła miejsce przejściowe między somatykiem, jakim się człowiek rodzi, a przemawiającym w imieniu Boga pneumatykiem, jakim człowiek może zostać pod warunkiem, iż przedtem opanuje mądrość helleńską”.
Pneumatycy stawali się później twórcami dogmatów kościelnych. Ale podskórnie uznanie linii słabnącej emanacji oznaczało nic innego jak tylko syntezę idei świata stworzonego przez jedynego Boga z ideami Platona i Arystotelesa, a syntezy tej dokonał, jak wiadomo, Św. Augustyn (354-430 r.), platonik nawrócony na wiarę Chrzystusową. W późniejszych wiekach ten proces syntezy wciąż przybierał na sile. W XI stuleciu Anzelm z Canterbury (1033-1109), opierając się na ideę-wzorzec jako na zasadę istnienia przyrody, utorował nowy szlak dla teologii poprzez ontologiczny dowód istnienia Boga: przez przyrodę do Boga. Z dzieła poznaje się Stwórcę. A jest to przecież owa linia emanacji Klemensa z Aleksandrii i Orygenesa, triada: przed rzeczami – w rzeczach – po rzeczach. „Zadziwiające – pisze profesor M. Pietrow – ale właśnie w ten sposób odbyło się w ciągu pierwszego tysiąclecia ery chrześcijańskiej „przełożenie” Księgi Rodzaju z Mojżeszowego języka mitu na Arystotelesowski język filozofii Syntezy; zaś zakończenia tego ogromnego procesu dokonał ostatecznie i dał jego wspaniałą wykładnię dominikanin Tomasz z Akwinu (1225-1274), wysuwający (dwa pierwsze za Arystotelesem, trzy kolejne za Platonem) pięć dowodów na istnienie Boga: 1. hierarchia ruchów (Bóg jako pierwoźródło ruchu); 2. hierarchia przyczyn (Bóg jako pierwotna przyczyna wszystkich dalszych przyczyn); 3. hierarchia konieczności (Bóg jest istotą nie mającą przyczyny, lecz stanowiącą przyczynę konieczności wszystkich innych); 4. hierarchia doskonałości (Bóg jako istota, będąca dla wszystkich innych istot źródłem dobra i doskonałości); 5. hierarchia celowości (Bóg jest rozumną istotą, określającą cel wszystkiego, co się dzieje w przyrodzie).
To właśnie stanowi helleńskie jądro filozofii chrześcijańskiej, wokół którego gromadzą się niezliczone dalsze idee: etyczne, historiozoficzne, estetyczne, aksjologiczne, felicitologiczne i in. Jest to niewątpliwie światopogląd o charakterze „gotyckim”, w którym rzeczywistość układa się w hierarchiczną triadę: świat – Kościół – Bóg, na linii wznoszącej się. Mimo licznych, mniej lub bardziej wyrafinowanych i zręcznych prób obalenia go ten paradygmat myślenia chrześcijańskiego dominuje i na progu III tysiąclecia nowej ery w kulturze europejskiej. A jest to poza wszelką wątpliwością paradygmat o pochodzeniu czysto helleńskim, jeśli chodzi o podstawowe tezy, kategorie i wartości filozoficzne.
*         *         *
          W tradycji i kulturze polskiej istnieje dawny i silny nurt w dziedzinie zarówno historiografii, jak i historiozofii, skłaniający się ku demonizowaniu Żydów, ku widzeniu ich jako groźnej, destruktywnej potęgi, dążącej do zagłady najlepszych dokonań ludzkości, w tym przede wszystkim chrześcijaństwa. Ten demonizujący nurt lękowy i jego idee wynikły widocznie z faktu, iż w Państwie Polskim ongiś Żydzi stanowili bardzo znaczny odłam ludności, która żyła w separacji, według własnych praw i obyczajów, które były samym Polakom prawie nieznane, a stąd odczuwane nie tylko jako obce, ale też jako wrogie i niebezpieczne.
W ten sposób ukształtował się w polskim dziejopisarstwie trend ideologiczny, w którym naród żydowski zupełnie błędnie był przedstawiany jako wewnętrznie monolityczna potęga z gruntu obca i niosąca w sobie dla ludzkości tylko to, co złe. Do formacji tej należą tak tędzy przecież uczeni, jak Feliks Koneczny, Tadeusz Gluziński (Henryk Rolicki), Jędrzej Giertych, Michał Poradowski, Roman Dmowski, Stanisław Trzeciak, Stanisław Wysocki, a w znacznym stopniu również Marian Zdziechowski i Tadeusz Zieliński. Podstawowym błędem tego nurtu naukowego jest właśnie skłonność – i to skłonność przesadna – do niezauważania ewidentnych faktów, mianowicie tych, że: 1. naród żydowski, jak każda inna wspólnota etniczna, jest zjawiskiem wewnętrznie złożonym zarówno jeśli chodzi o orientacje aksjologiczne i intelektualne, jak i o cechy charakterologiczne; 2. historia żydostwa obfituje w mnóstwo najrozmaitszych tendencji, faktów i nurtów, często przeczących sobie nawzajem; 3. obok pewnych wpływów negatywnych Żydzi dokonali jednak ogromnego wkładu pozytywnego w rozwój zarówno poszczególnych kultur narodowych, jak też kultury i cywilizacji ogólnoludzkiej; 4. jednostronne zauważanie w dziejach „narodu wybranego” tylko ujemnych tendencji prowadzi na manowce dokładnie tak, jak prowadziło by wówczas, gdyby ktoś chciał w tak opaczny sposób spisywać dzieje Polaków, Niemców, Anglików czy dowolnego innego narodu.
W marcu 2008 roku na łamach tygodnika „Tylko Polska” ukazał się artykuł Zygmunta Wawrzyńczaka pt. Gdyby nie było Żydów, który można uznać za  reprezentatywny dla tego nurtu myślowego: „Gdyby nie Żydzi, inaczej potoczyłyby się losy obecnego świata. Zapanowali oni w wielu krajach świata i zdominowali w nich najważniejsze dziedziny życia: gospodarkę, finanse, media. A mając to, wpływają na ich politykę, promują polityków, uzależniają ich od siebie i kierują nimi wedle własnych zamiarów i zgodnie ze swymi interesami. I w ten sposób faktycznie rządzą, z czego prawie nikt nie zdaje sobie sprawy, co ułatwia im podbój coraz to nowych krajów i okupację narodów. Jest to stary plan zapanowania nad światem powstały w roku 928 przed Chrystusem – za czasów Salomona. Odtąd przywódcy narodu żydowskiego pracują nad tym planem. A w najbliższych nam czasach dokładnie sprecyzował go dr Teodor Herzl i przedstawił go na kongresie Syjonistycznym w Bazylei w roku 1897. Następnie plan ten zatwierdziła Wysoka Rada złożona z Żydów-masonów po 33 stopniu wtajemniczenia. Jest on znany w skrócie jako „24 protokoły z posiedzeń Mędrców Syjonu”. Zaś 27.9.1913 roku ów plan, w zmodernizowanej wersji, trafił pod obrady loży masońskiej w Londynie. Uczestniczyło w nich 50 Żydów z 17 krajów świata, plan przedstawił ten sam dr Teodor Herzl. Jest on okrutny, a streszcza go Henryk Arciszewski w I rozdziale książki „Okrutni świata tego”, wydanej w 2000 roku. Warto się z tym zapoznać, aby zrozumieć skąd się wzięły wszystkie wydarzenia z lat 1931-1945. Zostały one dokładnie zaprogramowane i w szczegółach przewidziane. Dzieje świata potoczyły się zgodnie z ustaleniami, – dokładnie i bezbłędnie: – wojna domowa w Hiszpanii, – II wojna światowa, – holocaust, – zbrodnie faszyzmu hitlerowskiego, – ludobójstwo japońskie w Azji i na Pacyfiku i inne wydarzenia towarzyszące. Wszystko to było zaprogramowane, – opłacone i przeprowadzone przez Żydów, – zgodnie z ich planem przyjętym 27.9.1931 roku w Londynie. Odnieśli wielki sukces. Zwyciężyli i umocnili się w świecie na pozycji przywódców. Podporządkowali sobie USA, ZSRR, kraje dzisiejszej Unii Europejskiej, Australię i wiele krajów Ameryki Łacińskiej i Afryki, – zwłaszcza Południowej. Mają dziś plan Nowego Porządku Świata /New World Order/ i umacniają się w dalszym ciągu, – poprzez globalizację, – wspólny rynek, – banki światowe, – liberalizm, – relatywizm, – sojusze gospodarcze, – militarne i inne. Praktycznie są już panami świata i robią, co chcą, – jak powiedział Adam Michnik w wywiadzie dla telewizji australijskiej. I kto tego nie widzi, jest zaślepioną miernotą żyjącą w świecie zwodniczych iluzji. Tymczasem rzeczywistość jest coraz bardziej okrutna. Żydzi dominują i kształtują losy świata zgodnie z „Talmudem” i herzlowskim planem podboju świata. Ludzkość obawiała się tego od najdawniejszych czasów, – widziała, że większość zła od nich pochodzi i broniła się przed ich dominacją. W II tysiącleciu po Chrystusie byli wyrzucani ze wszystkich krajów Europy i to po kilka razy. Karano ich pogromami i ludobójstwem, nawet w XIX i XX wieku, ale to nic nie pomogło. Po jakimś czasie wracali oni do wszystkich krajów i opanowywali je, – przy pomocy przeróżnych podstępnych działań. Opanowali też Amerykę Północną. W ciągu 200 lat przybyło ich do USA i Kanady więcej niż 10 milionów. Opanowali gospodarkę, finanse, media i inne ważne dziedziny życia i zmienili formy rządzenia w tych krajach, – przed czym przestrzegał Benjamin Franklin /1706-1790/ – wybitny uczony, filozof i polityk. Domagał się usunięcia Żydów z Ameryki – dla dobra kraju. Potem ostrzegali przed nimi: Henry Ford /1863-1947/ – przemysłowiec USA z Detroit i Harry Truman – prezydent USA w latach 1945-1953. Ten ostatni ostrzegał, że Żydzi są okrutni, gdy są u władzy /„Jews are very selfish and cruel, when they have power...”/. I tak jest! Są na to rozliczne potwierdzenia. W ZSRR wymordowali ponad 100 milionów osób, – także Polaków /w Katyniu, Miednoje, Charkowie i setkach innych miejsc kaźni/. Oficerami zbrodniczego NKWD byli głównie Żydzi. I ci okazali się bardzo okrutni. Nie mieli skrupułów, litości i szacunku dla drugiego człowieka. Tacy oni byli od najdawniejszych czasów, co potwierdza nawet Biblia, – w wielu księgach Starego Testamentu, i pod tym względem nic się nie zmienili. Są tacy sami, – okrutni dla nie-Żydów!. Gdyby nie oni, nie byłoby większości nieszczęść pochodzących od ludzi... Nie byłoby Rewolucji Francuskiej, Rewolucji bolszewickiej, I i II Wojny Światowej, wojny domowej w Hiszpanii i dziesiątek innych wojen lokalnych, nie byłoby komunizmu, holocaustu, podziału świata na wrogie sobie obozy, chaosu, kryzysów gospodarczych, wywrotowych ideologii, zgubnych pseudonauk, szowinistycznych i rasistowskich organizacji i partii politycznych, fałszywych zwodniczych uczonych, przewrotnych porządków świata itd. ... Wszystko to od nich pochodzi i szkodzi ludzkości. Przez nich jest cały bałagan w obecnym świecie, – wszystkie konflikty, kryzysy i nieszczęścia narodów.”.
Wydaje się, że reprezentanci wyżej wymienionego nurtu w historiografii niepotrzebnie ignorują też głosy samych Żydów o sobie i swych dziejach, co też powoduje zawężenie perspektywy widzenia badanego zjawiska. Wiadomo bowiem nie od dziś, że nikt tak dobrze nie zna człowieka (czy narodu), jak on zna sam siebie. I choć prawdą również jest, że człowiek (czy naród) istnieje w trzech co najmniej podstawowych postaciach, to znaczy: 1. Jak jest postrzegany przez innych; 2. Jak jest postrzegany przez siebie; 3. Jaki jest w rzeczywistości, – to jednak samoocena i samopostrzeganie się osoby czy zbiorowości ludzkiej stanowią bardzo ważny aspekt w procesie tejże osoby (zbiorowości) poznawania ściśle naukowego.
Nawet zważywszy okoliczność, że ludzie często się łudzą w samoocenach, to przecież i nasze złudzenia dają o nas wcale interesujące i ważne świadectwo. Warto w związku z tym przypomnieć wypowiedź o Żydach jednego z najwybitniejszych uczonych i myślicieli XX wieku, zażartego uczestnika ruchu syjonistycznego Alberta Einsteina (1879-1955), który w dziele Mein Weltbild (polskie tłumaczenie Mój obraz świata, Warszawa 1935) pisał o istocie ducha żydowskiego: „Dążenie do poznania w imię samego poznania, graniczące z fanatyzmem umiłowanie sprawiedliwości oraz dążność do osobistej samodzielności – oto główne motywy tradycji ludu żydowskiego, które sprawiają, że swą przynależność do tego ludu poczytują sobie za prawdziwy dar przeznaczenia. (...) Historia obarczyła nas obowiązkiem ciężkiej walki; dopóki jednak pozostaniemy wiernymi sługami prawdy, sprawiedliwości i wolności, nie tylko wytrwamy nadal, lecz jak dotychczas, tworzyć będziemy w produkcyjnej pracy nowe wartości, przyczyniające się do uszlachetnienia rodzaju ludzkiego. (...)
Zdaje mi się, że istotę żydowskiego poglądu na życie stanowi uznanie prawa wszystkich stworzeń do życia. Życie jednostki ma o tyle sens, o ile służy do upiększenia i uszlachetnienia bytu wszystkiego, co żyje. Życie jest święte, stanowi więc najwyższą wartość, od której uzależnia się wszelkie wartościowanie. Cześć dla życia ponadindywidualnego pociąga za sobą kult dla wszelkiej duchowości – jest to szczególnie charakterystyczna cecha tradycji żydowskiej.
Judaizm nie jest wiarą. Żydowski Bóg jest tylko zaprzeczeniem przesądów, imaginacyjnym wynikiem wyrugowania zabobonu. Judaizm jest też próbą ugruntowania prawa moralnego na bojaźni, próbą niezaszczytną i godną pożałowania. Zdaje mi się jednak, że silna tradycja moralna ludu żydowskiego zdołała się w znacznej mierze wyzwolić spod wpływu tej bojaźni. Nie ulega również wątpliwości, że „służba Boża” traktowana tu jest na równi ze „służbą temu, co żyje”. Walczyli o to zapamiętale najlepsi przedstawiciele ludu żydowskiego, a zwłaszcza prorocy i Jezus.
Judaizm nie jest tedy religią transcendentną; ma on jedynie do czynienia z życiem doświadczanym przez nas samych, dotykalnym niejako, nie zaś z czymkolwiek innym. Wydaje mi się przeto wątpliwe, czy można nazwać go „religią” w potocznym znaczeniu tego wyrazu, zwłaszcza, że od Żyda nie wymaga się „wiary”, lecz tylko czci dla życia w znaczeniu ponadosobowym.
Tradycja żydowska zawiera w sobie jeszcze inny pierwiastek, objawiający się tak wspaniale w niektórych psalmach: pewien rodzaj upojonej radości i zachwytu w obliczu piękna i dostojeństwa tego świata, o których człowiek może mieć słabe zaledwie wyobrażenie. Jest to uczucie, z którego prawdziwa wiedza badawcza czerpie też swe siły duchowe, ale które zdaje się objawiać również i w śpiewie ptaków. Kojarzenie tego z ideą bóstwa wydaje się jedynie uporem dziecięcym. (...).
Czy to, cośmy powiedzieli wyżej, jest jednak znamienne dla judaizmu? Czy nie istnieje również gdzie indziej pod inną nazwą? W czystej postaci nie istnieje nigdzie, w judaizmie widzę jedną z najżywotniejszych i najczystszych realizacji tej nauki...
Rzecz to charakterystyczna, że przykazanie o świętowaniu szabatu obejmowało wyraźnie również i zwierzęta, solidarność wszystkiego co żyje uważano bowiem za ideał. Postulat solidarności wszystkich ludzi występuje tu jeszcze wyraźniej, nie jest to więc rzeczą przypadku, że postulaty socjalistyczne głosili przeważnie Żydzi.
O tym, jak bardzo żywe jest wśród ludu żydowskiego poczucie świętości życia, świadczy następujące zdanie Waltera Rathenau’a, wypowiedziane kiedyś w rozmowie ze mną: „Żyd kłamie, gdy powiada, że idzie na polowanie dla własnej przyjemności”. Trudno w prostszej formie dać wyraz poczuciu świętości życia, właściwemu ludowi żydowskiemu.”
Nietrudno zauważyć, że powyższy wywód wielkiego żydowskiego (choć już mocno zeuropeizowanego czyli „zhellenizowanego”) uczonego nie stanowi wykładni judaizmu, w niektórych zresztą punktach jest zbieżny z twierdzeniami Tadeusza Zielińskiego, lecz mimo to pozwala w bardziej obiektywny sposób zgłębić żydowski styl myślenia i odczuwania świata; myślenia i odczuwania – nacechowanego głęboką mądrością, humanitaryzmem, egzystencjalnym tragizmem i z głębi serca płynącą życzliwością wobec wszystkiego co żyje. O tych aspektach ducha żydowskiego nie powinno się zapominać, gdy się w ten czy inny sposób zahacza o „kwestię żydowską”. Ważny też jest fakt, iż Albert Einstein i inni wybitni intelektualiści żydowscy dalecy byli od zadufania i samouwielbienia narodowego, nieraz wypowiadali o swym narodzie myśli trzeźwe i krytyczne, co niewątpliwie daje świadectwo ich zdrowiu moralnemu.
Albert Einstein np. w eseju pt. Żydostwo (Mój obraz świata) pisał: „Największym wrogiem żydowskiego poczucia narodowego i godności narodowej jest zwyrodniałość pasibrzuchów, czyli brak przekonań, płynący z bogactwa i nadmiaru, jak również – pewien rodzaj wewnętrznej zależności od nieżydowskiego świata otaczającego, powstającej wskutek rozluźnienia więzów wspólnoty żydowskiej. To, co w człowieku jest najlepsze może się rozwijać dopiero wtedy, gdy stapia się on z jakąś społecznością; jakżeż więc moralnie upośledzony jest Żyd, który utracił związek z własnym organizmem narodowym, przez naród-gospodarza zaś traktowany jest jak obcy! Sytuacja taka rodzi częstokroć małostkowy, ponury egoizm”...
Nie jest też pełną prawdą twierdzenie, jakoby Żydzi zawsze byli nieprzejednanymi wrogami chrześcijaństwa. Albert Einstein np., który przecież był nie tylko wielkim uczonym, ale i aktywnym działaczem ruchu syjonistycznego, pisał w połowie XX wieku: „Gdy oczyścimy judaizm proroków i chrześcijaństwo ( w tej postaci, w jakiej nauczał go Jezus Chrystus) z wszelkich późniejszych dodatków, pochodzących zwłaszcza od kapłanów, otrzymamy naukę, która zdolna jest wyleczyć ludzkość ze wszystkich dolegliwości społecznych. Obowiązkiem ludzi dobrej woli jest uporczywe propagowanie tej nauki czystego humanitaryzmu wśród swego otoczenia. Jeżeli usiłowania takie będą przedsiębrane w sposób uczciwy i nie pociągną za sobą banicji i unicestwienia propagującego przez współczesnych, to zarówno on, jak i jego społeczeństwo będą się mogli uznać za szczęśliwych” (Albert Einstein, Mój obraz świata)
*         *         *
            Nie ulega wątpliwości, że istnieją określone konstytutywne cechy narodowego (rasowego) stylu myślenia i czucia. Mniejsza o to, jak je ktoś ocenia. Można się nimi zachwycać lub je potępiać – ważne jest, że one istnieją i pełnią doniosłą rolę w życiu świata. T. Zieliński pisał: „Dla oceny różnic charakteru narodowego bywa bardzo owocne porównanie traktowania przez różne narody jednego i tego samego motywu epickiego; na szczęście posiadamy jeden taki motyw w trzech różnych sposobach ujęcia, hebrajskim, greckim i rzymskim. Jest to motyw „nagrody zasłużonej nierządnicy”.
W Biblii spotykamy go w następującej powieści. Jozue posyła dwóch szpiegów do miasta Jerycho; ci wchodzą do domu nierządnicy imieniem Rahab. Jerychończycy dowiadują się o tym, ale Rahab daje ścigającym obłudną odpowiedź, szpiegów zaś wypuszcza na powrozie czerwonym przez okno (był bowiem jej dom przy murze), wziąwszy od nich obietnicę, że po zdobyciu miasta zachowają żywo jej ojca j matkę, braci i siostry i wszystko co ich jest. Szpiedzy uciekają, każąc jej, aby przy zdobyciu miasta uwiązała ten sam powróz w oknie, z którego ich puściła. Obietnica została dotrzymana.
Pod względem kompozycyjnym powieść jest nie bez zarzutu; miasto bowiem zostało wzięte cudem „trąb jerychońskich”, dla którego oczywiście wyprawa szpiegów była niepotrzebna. Przypuszcza się więc, że pierwotny koniec był inny, tj. że dobyte przez szpiegów wiadomości w znacznym stopniu przyczyniły się do tego, aby miasto mogło być wzięte. Ale i przy teraźniejszej formie powieści poziom jej moralny jest bardzo niski. Rahab jest nie tylko nierządnicą, ale i zdrajczynią swych współobywateli; ale pomimo to zostaje zbawiona, ona jedna. Należy także zwrócić uwagę na jej słowa... „ojca mojego”. A więc miała ojca, który mieszkał w domu swej córki i karmił się jej ciałem! W Lev. XIX 29 powiedziane jest: „Nie dawaj na wszeteczność córki twojej”; a tu nikczemnik, który to uczynił, jedyny śród wszystkich mężczyzn miasta otrzymuje zbawienie! – Ależ ta podwójna bezecność Rahaby była na korzyść Izraelowi; to usprawiedliwia wszystko. Toteż rabinowie poszli jeszcze dalej. Rahab była święta, mówi jeden. Ona – subtelnie prawi drugi – nie jeden, lecz trzy grzechy odkupiła potrójnym dobrym uczynkiem względem wywiadowców – że wypuściła ich 1) na powrozie, 2) przez okno, 3) na mur. I jeżeli chrześcijanin się dziwi, widząc tę wszetecznicę śród przodków Zbawiciela, jako żonę Salomona, z którego poszedł Booz, niech nie oskarża Ewangelisty: ten, uznając Chrystusa, jako Mesjasza, za potomka Dawida, z konieczności musiał się liczyć z tradycją rabiniczną o rodowodzie tego ostatniego; wnioskujemy więc, że ta tradycja zrobiła nierządnicę jerychońską prababką najsławniejszego króla Izraela.
Taki jest morał tej powieści; porównajmy z nią teraz grecką. Przytacza ją Ateneusz według historyka Neantesa. Miasto Abidos na Hellesponcie było zajęte przez nieprzyjacielską załogę; Abideńczycy je oblegali. Jednej nocy żołnierze załogi, upiwszy się, wzięli do siebie dużą liczbę heter; kiedy po rozpuście zasnęli, jedna z nich ukradła im klucze od miejskiej bramy i, przedostawszy się przez mury, odniosła je Abideńczykom. Ci natychmiast z orężem w ręku wtargnęli do miasta, pobili stróżów, zajęli twierdzę i w taki sposób zdobyli wolność dla swej ojczyzny. Odwdzięczając się zaś heterze, w jej imieniu zbudowali świątynię Afrodycie. – Oto prawdziwie helleńskie odczuwanie. Tu też mamy nierządnicę, dodającą zdradę do swego haniebnego przemysłu: ale nie współobywateli zdradza ona na korzyść wroga, lecz odwrotnie wroga-najeźdźcę na korzyść współobywateli. Słuszne więc jest, by ten obywatelski jej czyn został nagrodzony. Żadnego „hottentotyzmu” tu nie ma; nasze uczucie jest zgodne z uczuciami wyzwolonych Abideńczyków i ich dziejopisa.
Tak samo nas zadowala i rzymska forma legendy, którą nam zachował Liwiusz. Kapua kampańska, która po porażce Rzymian pod Kannami zrzekła się sojuszu z nimi i przyjęła w swe mury załogę Hannibala, – po długim oblężeniu została wzięta przez wojsko rzymskie. Senat obraduje nad tym, jak ma się zachować względem obywateli niewiernego miasta. Podczas obrad okazuje się, że niejaka Faukula Kluwia, niegdyś nierządnica, biednym jeńcom rzymskim potajemnie dostarczała pokarmu. Postanowiono więc zwrócić jej wolność i majątek i pozwolono, gdyby miała jeszcze jakie życzenie, udać się z nim do Rzymu. – Sądzę, że i ta powieść nie obraża naszego uczucia moralnego; Kluwia wprawdzie sprzyja wrogom swej ojczyzny, ale jej czyn jest czynem miłosierdzia względem uwięzionych i żadnej szkody jej współobywatelom nie przynosi.
Taka jest zasadnicza różnica między poczuciem moralnym antycznym a judejskim. Nie powiem, żeby Hellenowie i Rzymianie nigdy nie naruszali przykazań moralności gwoli korzyści politycznej: ale nigdy nie podawali oni takich wybryków za czyny cnotliwe. Człowiek może grzeszyć; jest on tylko człowiekiem. Ale nie powinien swego grzechu gloryfikować; to dopiero jest zatruciem sumienia.
Z etycznego więc punktu widzenia opowiadania Tory nie mogły zadowolić wymagań duszy helleńskiej; atoli urok utworu literackiego nie na etyce tylko polega, ale w równej mierze na jego wrażeniu estetycznym. Otóż pod tym względem stoi ona miejscami bardzo wysoko. Oprócz historii Józefa, należy tu wymienić posłannictwo Eleazara z jego tłem idyllicznym; powieść o „pszczole” Deborze – „za czasów Samgara puste były drogi, zdrożnymi ścieżkami szli podróżnicy, bezczynni byli włościanie, aż tyś powstała, Deboro, tyś powstała, coś była matką dla Izraela”; powieść o Jefte Galaadczyku i jego córce... Szczególnie ta ostatnia musiała się podobać Hellenom: mieli przecie i oni legendę równoległą o Idomeneuszu kreteńskim, który też, związany nieobacznym ślubem, musiał ofiarować swoje dziecko rodzone. I rzekła do ojca: „To mi tylko uczyń, o co proszę: puść mię, abym przez dwa miesiące obchodziła góry, a opłakała dziewictwo moje z towarzyszkami mojemi”. To zupełnie po helleńsku. Tak i królewna Andromeda u Eurypidesa, ofiarowana za ojczyznę, opłakuje dziewictwo swoje z towarzyszkami swymi, a echo gór wtórzy jej skargi. –- Nie powiem tego samego o Samsonie, izraelskim Słońcu-bohaterze: nie dorówna on helleńskiemu Heraklesowi ani w jego tragicznym, ani w jego komicznym ujęciu – wyjąwszy chyba jego śmierć: „jednym wstrząśnieniem kolumny zburzył gmach cały i runął pod gmachem”. – Wiele piękności znajdujemy też w dwóch pierwszych księgach Królewskich. Historia króla Saula – niestety, bardzo niezgrabnie zredagowana i zepsuta dubletami – uderza swą tragiczną wielkością, spotęgowaną przez demoniczną postać proroka Samuela. Niejednolite jest wrażenie, które sprawia historia Dawida. Nie współczujemy wcale jego pojedynkowi z rubasznym olbrzymem Goliatem. Nie w taki przecie podstępny sposób Polideukes zwalczył olbrzyma Amika w wyprawie Argonautów: zabić z procy – po naszemu z fuzji – beztroskiego przeciwnika, to nie bohaterski czyn. Ale dziejopisowi oczywiście nie chodzi o bohaterstwo. – Pierwsza połowa biografii Dawida – do śmierci Saula – ma kilka pięknych rysów, ale tu właśnie dały się we znaki dublety. Wygnaniec przy dworze króla filistyńskiego Achisa przypomina Temistoklesa i Koriolana; ale tu znowu judejski popęd do fortelów zepsuł całą opowieść. Otrzymawszy od szlachetnego króla miasto, pustoszy ziemię jego sprzymierzeńców, królowi zaś mówi, że plądruje wsie Izraela; żeby zaś ten nie dowiedział się o prawdzie, „nie żywił Dawid męża ani niewiasty” napadniętych krajów. Tego przecie ani Temistokles ani Koriolan nie robili. – Druga połowa – historia Dawida-króla – prawie cała jest napełniona jego sprawami haremowymi i ich skutkami – Betsaba, Ammon, Tamara II, Absalom Abisag, Adoniasz. Sprawy to ogromnie ciekawe; Hellenowi musiały one przypominać dzieje haremowe królów perskich, opisane przez Ktezjasza, o których nam daje pojęcie Plutarchowa biografia króla Artakserksesa. Kiedy niekiedy budzą one współczucie dla nieszczęsnego i wcale nie mężnie zachowującego się króla; ale to współczucie doszczętnie niszczy szatański testament, który on zostawia swemu synowi. l Hellen, dowiedziawszy się, że ten Dawid jest uważany przez Judejczyków za idealnego króla-bohatera, miał wszelkie prawo za taki ideał podziękować.
Dwie pozostałe księgi królewskie pod względem literackim stoją o wiele niżej, jeżeli nie liczyć powieści o sądzie Salomona, dającej ładną, chociaż nie najlepszą wariację wędrującego motywu.
Mówię tu tylko o wtrąconych w ogólne opowiadanie poszczególnych powieściach, więc poniekąd o rodzynkach w cieście. O samym bowiem cieście nic dobrego powiedzieć nie możemy. Jest ono nawet miejscami wprost nie do zniesienia; i kto narzeka np. na nudny charakter „katalogu okrętów” w drugiej pieśni Iliady, temu bym kazał za pokutę odmówić głośno rozdział Num. VII – ale cały, wszystkie 89 wierszy”. (…) „Na pytanie, jakie jest wielkie przykazanie w Zakonie, Pan Jezus odpowiedział: „Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca twego... toć jest największe i pierwsze przykazanie. A wtóre podobne jest temu: będziesz miłował bliźniego twego, jako samego siebie”. Na tym miejscu Ewangelii przede wszystkim oparta jest nasza ocena chrześcijaństwa jako religii miłości.
A jednak w obu przykazaniach Pan Jezus literalnie cytuje Torę, a więc zakon Mojżeszowy. I apologeci tego ostatniego pozornie mają słuszność, utrzymując, że w zasadzie chrześcijaństwo nic nowego ludzkości nie dało, nic takiego, czego by już nie było w zakonie Mojżeszowym. Ale właśnie tylko pozornie.
Oba bowiem przykazania są wzięte z różnych części Tory –- pierwsze z Powtórzenia, drugie z księgi Lewickiej; i właśnie to połączenie było arcydziełem twórczej interpretacji, dzięki czemu i jedno i drugie otrzymało nowe znaczenie, właśnie to, które różni chrześcijaństwo od judaizmu.
W pierwszym – miłość Boga, wskutek jej połączenia z miłością człowieka, otrzymała znaczenie owego serdecznego kochania, które odczuwamy dla drogich nam ludzi, tylko w jeszcze większym, spotęgowanym stopniu, i została wyzwolona z pod nawałnicy strachu, która ją, jak widzieliśmy, zastąpiła w trwożliwych umysłach Izraela. W Zakonie bowiem owa miłość była połączona nie z tym kochaniem, lecz z jednej strony – ze skrupulatnym pisaniem na ręce i na podwojach, a z drugiej – z przykazaniem nienawiści dla narodów Chanaanu.
Ale nas tu szczególnie obchodzi przykazanie drugie. W Zakonie bowiem brzmi ono w sposób następujący (według hebrajskiego tekstu): „Nie będziesz szukał pokuty, ani pamiętał krzywdy synów narodu twego, lecz będziesz miłował bliźniego twego jako samego siebie”. A więc według Jehowy bliźnim jest tylko „syn narodu twego”: Chrystus zaś wyrwał przykazanie miłości ku bliźniemu z tego ograniczającego sąsiedztwa i, łącząc je z przykazaniem miłości Boga, dał mu to znaczenie, w którym je rozumiemy my, chrześcijanie. Bogu bowiem przeciwstawia się tylko człowiek, jako taki: Bóg nad nami i ludzkość dokoła nas, – oto wskazane przedmioty naszej miłości, nie jednakowej w swym stopniu, lecz jednakowo obowiązującej: skoro zaś tak, to słusznie nazywamy chrześcijaństwo religią miłości, i słusznie odmawiamy imienia chrześcijanina temu, który tego podwójnego przykazania „miłości chrześcijańskiej” nie spełnia. I niech nam tu nie wtrącają, że takich jest dużo, i że z drugiej strony i żydostwo wydało w nowszych czasach niemało ludzi szlachetnych, wyznających w teorii i w praktyce przykazania miłości wlaśnie w tym znaczeniu, jakie miał na względzie Chrystus – ich prototypem jest Natan Mądry Lessinga. Nie o nich nam tu chodzi, lecz o religię judaizmu i po części o religię Izraela, o ile ona była źródłem judaizmu.
A więc dla Izraelity i dla Judejczyka obcy w żaden sposób nie będzie „bliźnim”: po części pochodzenie od Abrahama, tj. pokrewieństwo rasowe, w każdym zaś razie wyznanie Jehowy – oto ten mur spiżowy, co dzieli bliźnich od tych, co nimi nie są. Nie znaczy to jednak, że tylko pierwsi mają być przedmiotem miłości, drudzy tylko przedmiotem nienawiści lzraelity i Judejczyka; musimy tu skonstatować rozwój w kulturze umysłowej ludu Jehowy, ale niestety, znowu tylko rozwój ku gorszemu. I tylko poznanie tego rozwoju da nam środki do pogodzenia tych rażących przeciwieństw, których pełne są księgi Zakonu.
Należy bowiem żywo pamiętać, że lud Jehowy w swych trzechtysiącletnich dziejach doświadczył trzech okresów zasklepienia się wobec obcych narodów.
Pierwszy okres tego zasklepienia zaczyna się od reformy proroczej, a więc od czasów Ezekiasza (VIII w.) do niewoli babilońskiej (VI w.); skutki tego zasklepienia się zostały ustalone dzięki reakcyjnej reformie Ezdrasza (V w.); ich wykładnikiem jest Tora z prorokami mniej więcej w swym teraźniejszym stanie.
Drugi okres zasklepienia zaczyna się od reformy faryzeuszowskiej, spowodowanej przez hellenofilstwo sadduceuszów; jego szczytem jest powstanie machabejskie. Wykładnikiem skutków tego drugiego okresu jest literatura apokaliptyczna począwszy od Daniela oraz pierwotne warstwy Miszny.
Trzeci okres zasklepienia zaczyna się od zburzenia świątyni przez Tytusa; jego wykładnikiem jest Talmud.
Te dwa ostatnie okresy nosiły wyraźnie antyhelleński charakter; ale i pierwszy, o szereg stuleci wyprzedzający pierwsze zetknięcie się judaizmu z hellenizmem, o tyle był antyhelleński, o ile antyhumanitarny. Jak widać z tego schematu, Talmud – wraz z aneksami – był ostatnim słowem antyhelleńskiego nastroju żydostwa; nie był on jednak ostatnim słowem żydostwa w ogóle. Urok hellenizmu jest bowiem niezwyciężony; zaczął on i po Talmudzie oddziaływać na Żydów, i gdyby moim zadaniem było wyłuszczenie dalszego rozwoju ich kultury – pokazałbym, że ten rozwój stanowiła wciąż wzmacniająca się hellenizacja żydostwa w jego najbardziej wybitnych przedstawicielach.
Zaczyna się ona wówczas, kiedy Żydzi wyświadczyli ludzkości ogromną usługę, jako łącznik między Arabami i chrześcijanami, i wpuścili do europejskiej kultury nowy prąd hellenizmu, tłumacząc dzieła helleńskiej literatury i nauki, które się zachowały w skarbnicy Arabów; oczywiście to obcowanie z hellenizmem nie mogło nie wywrzeć pewnego wpływu na ich umysłowość. Było to w ostatnich stuleciach średniowiecza; wkrótce potem zaczęło się Odrodzenie, nowa hellenizacja europejskiej ludzkości z Żydami włącznie. Były to właśnie czasy, kiedy córka Szajloka porzuciła ponury dom swego ojca i uciekła z owym Lorenzo, który zapewne nie był Wawrzyńcem Wspaniałym Medyceuszem, ale może nie zupełnie przypadkowo otrzymał od poety imię tej najbarwniejszej postaci Odrodzenia. „Kupiec wenecki” nie jest dramatem symbolicznym, ale jak każde genialne dzieło zawiera w sobie ideę, a więc i symbol.
Powtarzam, nie będę tu mówił o tej hellenizacji, ale proszę o niej pamiętać. Grzechy Talmudu są nie do przebaczenia; widać to chyba już z prób, które przytoczyłem w ciągu tej rozprawy, a przecie była to kropla z morza. Ale nie należy o te grzechy oskarżać tych, co będąc potomkami jego twórców, dziś stoją na daleko wznioślejszym stanowisku; to byłoby nie do przebaczenia również.
Postarajmy się więc przedstawić sobie dyktowany przez religię stosunek Izraela do obcokrajowców przed owym pierwszym zasklepieniem się, tj. przed reformą proroczą. Jedną próbę już mieliśmy wyżej; jest nią modlitwa króla Salomona, aby Jehowa wysłuchał także i cudzoziemca, jeżeli ten będzie modlił się na tym miejscu, – tj. w tej samej świątyni, wstęp do której został mu potem pod rygorem śmierci zakazany. Ogólny nastrój Izraela owych czasów zawarty jest w następującej przestrodze – jednej z najpiękniejszych w całym Starym Testamencie: „Będzie li przychodzień mieszkał w ziemi waszej, a będzie przebywał między wami, nie urągajcie mu, ale niech będzie między wami jako syn ziemi waszej; i będziecie go miłować jako sami siebie, boście i wy byli przychodniami w ziemi egipskiej”.
Nie daremnie jednak ową modlitwę przypisuje się właśnie królowi. Królowie bowiem byli naturalnymi opiekunami cudzoziemców w Izraelu, tak samo jak i u innych narodów. Należało przy tym odróżnić takiego obcokrajowca, który zamieszkiwał wśród Izraela (tzw. ger), od takiego, co tylko przyjeżdżał (tzw. nochri); ostatniego czczono, ponieważ szerzył sławę Izraela śród narodów, pierwszego tylko tolerowano. Ale życie jego było za królewskich czasów zupełnie znośne. Co prawda, musiał on mieszkać śród swoich współwyznawców w oddzielnych ghetti; ale tam mógł żyć według swoich obyczajów, a więc i stawiać ołtarze swoim bogom. To znaczy, że nie wymagano od niego, aby się formalnie przyłączył do gminy Jehowy, tj. dał się obrzezać. Małżeństwa między Izraelitami i „gerami” też były dozwolone. Świadczy to wszystko o dość wolnych, przyjaznych stosunkach między jednymi i drugimi; że były one i dla Izraelitów korzystne o tym – prawda, że w trochę dziwny sposób – świadczą niektóre przepisy Tory. Tak Dt. XIV 20: „A cokolwiek zdechliną jest, nie jedzcie z niego: przychodniowi, który jest między bramami twymi, daj, żeby zjadł, albo mu przedaj: boś ty jest lud święty Pana Boga twego”, albo Dt. XXIII 19: „Nie pożyczaj bratu twemu na lichwę pieniędzy, ani zboża, ani żadnej innej rzeczy, ale obcemu; lecz bratu twemu tego, czego mu trzeba, bez lichwy pożyczysz” (...).
Do jakiego stopnia doszła intolerancja względem nieobrzezanych za czasów judaizmu, o tym wyraźnie świadczy jeden wypadek, o którym mówi Józef w swojej autobiografii. Kiedy już się zaczęło powstanie przeciw Rzymowi, i Józef nim kierował w Galilei, przyszli do niego jako pomocnicy dwaj książęta z Dziesięciogrodzia z jazdą, orężem i pieniędzmi – a więc pod każdym względem pożądani sprzymierzeńcy. Otóż do nich przyczepili się Judejczycy: „jeżeli chcecie zostać u nas, musicie dać się obrzezać”. Józef – tak  mówi on sam – zaczął im perswadować, że „należy pozwolić wszystkim służyć Bogu według własnej woli, nie zaś z przymusu”, i że „byłoby źle, gdyby ci goście mieli żałować, że udali się do nas”; i przez pewien czas rzeczywiście zostawiono książąt w pokoju. Ale wrogie Józefowi stronnictwo skorzystało z tej jego pobłażliwości i zaczęło podjudzać motłoch przeciwko niemu; i wkrótce znowu zebrał się tłum przy domu książąt, grożąc zabiciem ich, jeżeli nie dadzą się obrzezać. Nastrój tłumu był taki stanowczy, że Józef się zląkł: zapłacił im za ich konie i na łódce przewiózł na tamten brzeg jeziora, tj. właśnie do tego Dziesięciogrodzia, z którego do niego przyszli. Wyświadczył im przez to bardzo kiepską przysługę; „ale”, mówi „wolałem, żeby ich zabito w ziemi Rzymian, byle nie w mojej”.
Smutny koniec tego powstania w r. 70 położył kres praktycznej nietolerancji Judejczyków względem ger’ów: teraz nie oni już byli gospodarzami w swojej ziemi, nie od nich zależało przepisywanie cudzoziemcom, na jakich warunkach mogą u nich zamieszkiwać. A kiedy i nowe, rozpaczliwe ich powstanie za Hadriana zostało stłumione, praktyczne jego skutki były jeszcze gorsze: teraz już Judejczykom zabroniono mieszkać w ich byłej stolicy, która straciła nawet imię Jerozolimy i urzędowo była nazwana Aelia Capitolina, i to obrzezanie, do którego chcieli zmuszać wszystkich żyjących między nimi, zostało zakazane nawet im samym.
Ale im groźniejsza była dla nich rzeczywistość, tym chętniej szukali oni pociechy w rajskiej krainie ułudy, w marzeniach o Nowej Jerozolimie i o swoim w niej życiu. Jaki więc będzie tam los ger’ów? Na to były u rabinów dwa poglądy, i oba w nader smutny sposób świadczą o niszczycielskim wpływie owego trzeciego zasklepienia
Według jednego z tych dwóch poglądów w ogóle nie powinno być ani jednego cudzoziemca w nowym Izraelu: potomkowie Abrahama, powróciwszy do ziemi obiecanej, będą tam obcować wyłącznie między sobą. Gerowie są niepotrzebni, ba, nawet szkodliwi: oni już przedtem zatrzymywali przyjście Mesjasza.
Przedstawiciele drugiego poglądu byli praktyczniejsi. Co będą robili nowi Izraelici w Nowej Jerozolimie? Oczywiście, będą służyli Bogu – to przecie jest ich przeznaczenie; ta zaś służba wypełnia cały ich czas – nie jest to żadną przesadą, jeżeli pamiętać np., że pobożność każe każdemu Izraelicie trzy razy dziennie modlić się w świątyni. Ale skoro tak, to kto będzie za nich i dla nich zajmować się gospodarstwem? Otóż to właśnie będzie obowiązkiem ger'ów i w ogóle cudzoziemców”...
W dalszym ciągu swych rozważań T. Zieliński zahacza o kolejne szczegółowe (i szczególne!) cechy myślenia narodowego. „Dotychczas – pisze – mieliśmy do czynienia ze stosunkiem Judejczyków do cudzoziemców w ich własnym kraju; ważniejsza jednak – wobec rozmiarów judejskiego rozproszenia – jest kwestia ich stosunku do tych, co byli dla nich nie gośćmi, lecz gospodarzami.
Przykładami były tutaj dla Judejczyków w interesujących nas czasach dwie poprzednie niewole, egipska i babilońska; i oczywiście tylko z tego punktu widzenia mają one znaczenie także i dla nas. Otóż co do pierwszej, to wielkie kłopoty sprawia apologetom pewien epizod w przededniu wyjścia Izraela z ziemi egipskiej. Mówi bowiem Jehowa do Mojżesza: „Dam łaskę ludowi temu (tj. Izraelowi) u Egiptjanów; i gdy wychodzić będziecie, nie wynidziecie próżni, ale prosić będzie niewiasta (izraelicka) u sąsiady swej i gospodyni swej (Egipcjanki) naczynia srebrnego i złotego i szat; i włożycie je na syny i na córki wasze i złupicie Egipt”. Tak się też stało: korzystając z dobrodusznej ufności Egipcjanek, Izraelitki pożyczyły u nich „naczynia srebrnego i złotego i szat bardzo wiele” – bo też Jehowa „dał łaskę ludowi przed Egiptjany, że im pożyczali” – i uciekły. Udział Jehowy w tej niepięknej sprawie jest podwójny: naprzód daje Mojżeszowi nieuczciwą radę, a nadto pomaga ją uskutecznić, dając swemu ludowi „łaskę u Egipcjan”; ale już nieraz widzieliśmy, że Pismo chętnie przypisuje Bogu to, co byłoby zanadto haniebne dla człowieka. Toteż apologeci byli w wielkim kłopocie, chcąc usprawiedliwić ten boski podstęp. Już za czasów judaizmu został wynaleziony następujący argument, mający nawet dziś swoich zwolenników: przecie Izrael przez cztery stulecia pełnił niewolniczą służbę u Egipcjan – cóż dziwnego, że upomina się teraz o swoją zapłatę? – Niechaj będzie, odpowiem; chętnie oddaję mu na złupienie cały skarb faraona. Ale tu chodzi nie o niego: Izraelitki zwracają się każda do swej „sąsiady i gospodyni”, a więc do ludzi, którzy dzięki ohydnemu paskarstwu ich przodka Józefa byli takimi samymi niewolnikami jak i one; zwracają się, nadużywając ich dobroci i zaufania, z prośbą o pożyczenie sprzętów i ozdób, rzekomo dla służby swemu Bogu – i w taki sposób odbierają im ostatnie klejnoty, które im pozostawił ów Józef. Czy byłoby to możliwe w stosunku do rodaków? Oczywiście Izraelowi zaleca się podwójną moralność, jedną w obcowaniu ze swoimi, włącznie z przykazaniem „nie kradnij”, drugą w stosunku do tego ludu, u którego mieszka. I tej deprawującej podwójnej moralności Izrael w swej całości nie przezwyciężył już nigdy (...). W ogóle hasłem Judejczyków w rozproszeniu było – suis legibus vivere, im dalej, tym bardziej. A to znowu z konieczności musiało przyprowadzić do sprzeczności w teorii i do konfliktów w praktyce.
Tu jednak, mówiąc o poganach, musimy odróżniać Hellenów od Rzymian. Wymaganie względem jednych i drugich było jednakowe, ale odpowiedź nie koniecznie była ta sama.
Weźmy naprzód miasta helleńskie – one przecie pierwsze zetknęły się z Judejczykami. A więc Gaza, Tyr, Damaszek, Antiochia, Aleksandria. Śród nich tworzą się gminy judejskie, ale i ich obywatele mieszkają w Jerozolimie. Gminy judejskie stawiają swoje wymaganie: „chcemy żyć według naszych praw”. – „Dobrze”, odpowiadają Hellenowie, „ale niech i nasi obywatele u was żyją według swych praw własnych”. – „Nie, na to pozwolić nie możemy; jeżeli chcą żyć śród nas, muszą się zrzec swoich bałwanów, poddać się obrzezaniu i w ogóle przyjąć zakon Mojżesza”. – „Cóż to za bezczelność?” odpowiedzą tamci; „wymagacie od nas tego, czego nam nie dajecie?”. Na to Judejczyk, jeżeli był szczery, mógł odpowiedzieć tylko jedno: „No tak, boć my jedni mamy prawdziwą wiarę”; ale jest rzeczą zrozumiałą, że ta odpowiedź nie bardzo trafiała do przekonania Hellenowi.
Ale nawet niezależnie od zachowania się palestyńskich Judejczyków wobec cudzoziemców, owo wymaganie musiało wywołać oburzenie ze strony Hellenów. „Żyć według swoich praw” – co to znaczy? No, między innymi – święcić szabaty. A ponieważ święcenie szabatu nie daje się połączyć ze służbą wojskową – zwolnienie od tej służby. To jest, innymi słowy: „wy, nasi gospodarze, broniąc swych siedzib, będziecie bronili i nas; ale my w obronie naszego wspólnego gniazda żadnego udziału brać nie będziemy”.
Jest to oczywiście nowe, wyraźne pogwałcenie zasady sprawiedliwości. W praktyce nie zawsze Judejczykom udawało się uzyskać ten niesłychany przywilej: widzimy ich kilkakrotnie w wojskach państw helleńskich i później w wojsku państwa rzymskiego, i nasze źródła niestety nie dają nam odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób tę służbę udało się im pogodzić z przykazaniami o szabacie. To jednak jest niewątpliwe, że ta zgoda w żaden rozsądny sposób nie mogła być osiągnięta. Toteż zwolnienie od służby wojskowej, jako skutek zasady „żyć według swoich praw”, pozostawało celem polityki judejskiego rozproszenia – jak wiadomo, nawet w nowszych czasach. Często im się to udawało; ale możemy być pewni, że taki przywilej, zawdzięczany jedynie uporowi gmin i zręczności ich kierowników, wbrew najbardziej elementarnej sprawiedliwości, jeszcze bardziej oburzał przeciwko nim ich otoczenie pogańskie.
Należy raz jeszcze podkreślić, że owo uchylanie się od służby wojskowej było skutkiem niemożliwości uzgodnienia jej z obowiązkowymi przepisami szabatowymi – nie zaś organicznego tchórzostwa ludu judejskiego; nie dziw jednak, że źle względem niego usposobieni Hellenowie nie bardzo odróżniali jedną pobudkę od drugiej. Można jeszcze dodać, że sama Tora w swych przepisach o służbie wojskowej w sposób bardzo tkliwy troszczy się o tchórzów; powiedziane jest bowiem: „Który jest człowiek bojaźliwy i serca lękliwego, niech idzie i wróci się do domu swego, by nie kaził serca braciej swej, jako on sam strachem jest przerażony”. Wątpię, żeby jakiekolwiek inne prawodawstwo ustanawiało taki przywilej tchórzostwa; wątpię też, żeby on się dawał utrzymać kiedykolwiek w praktyce. Raczej możemy przypuścić, że mamy i tu, – co nieraz było zauważone w Powtórzeniu, – przepis zupełnie niepraktyczny, papierowy. Ale bądź co bądź, zarzut tchórzostwa należy do tych, które już za pogańskich czasów czyniono Judejczykom; spotykano go u Apoloniusza Molona, jak o tym świadczy Józef, i u Eliusza Arystyda.
A jednak właśnie ten nieprzyjazny stosunek helleńskiego społeczeństwa do Judejczyków i odwrotnie  dopomógł im, kiedy Rzymianie zaczęli się wtrącać do spraw wschodu. Rzymianie bowiem występowali jako wrogowie Seleucydów, którzy już od czasów Antiocha III Wielkiego widzieli w nich główne niebezpieczeństwo dla swego mocarstwa; nie dziw więc, że Judejczycy ze swoją opozycją przeciw tym samym Seleucydom znajdowali w nich sprzymierzeńców bardzo życzliwych i czynnych. Już za czasów machabejskich zostało zawarte pierwsze przymierze, albo przynajmniej porozumienie się między powstańcami judejskimi i Rzymianami; nie ulega wątpliwości, że tylko dzięki przychylności Rzymu mogło powstać samodzielne królestwo Hasmonejów. Co prawda ich nadużycia nie mogły być tolerowane; niszczycielska polityka Aleksandra Janneusza w stosunku do otaczających helleńskich miast – latrocinia, jak ją nazywano – doprowadziła do reakcji, której inicjatorem został Pompejusz i jego legat Gabiniusz. I znowu się Judejczykom powiodło: wybuchła wojna domowa, i wróg Pompejusza Cezar został wcale naturalnie czynnym ich opiekunem. Toteż był on ich bożyszczem; nikt tak rzewnie nie opłakał jego zgonu, jak judejska gmina w Rzymie. Ta sama gra powtórzyła się raz jeszcze z takim samym skutkiem w wojnie domowej między Antonim a Oktawianem, późniejszym Augustem: znowu zwyciężył ten, co był wrogiem wroga Judejczyków.
Dzięki temu powodzeniu Judejczycy mogli uzyskać od Rzymian szereg przywilejów w Palestynie, ale także i w rozproszeniu. Główną zasadą było tu wymienione już prawo: suis legibus vivere; ale to prawo, zachowywane przez Rzymian według możliwości w stosunku do wszystkich narodów, u Judejczyków, wskutek osobliwego charakteru ich leges, przybierało charakter wprost wyjątkowy i w swej wyjątkowości niesłychany. – „Chcemy służyć naszemu Bogu”.– Oczywiście Rzym nic przeciwko temu nie miał. tolerancja była główną zasadą jego polityki religijnej. – „Ale ta służba naszemu Bogu jest niezgodna ze służbą innym bogom, których my uważamy za bałwany i w najlepszym razie za «nice»”. – A więc zwalnia się Judejczyków od oddania im jakiejkolwiek bądź czci i nawet kiedy kult geniusza cesarza staje się ogólnopaństwowym na zachodzie, a kult samego cesarza na wschodzie, Judejczyków to nie dotyczy: mają oni swą własną przysięgę. – „Ale nasz Bóg zabrania nam wszelkich podobieństw”. – A więc kohorty Witeliusza w wyprawie przeciwko Arabom, wbrew wygodom strategii, omijają Judeę, aby jej nie zeszpecić widokiem cesarskich popiersi na swych sztandarach. – „Ale nasz Bóg wymaga od nas obrzezania”. – To według naszych praw nazywa się kaleczeniem i jest surowo zakazane; ale skoro to jest częścią waszego kultu, niech tak będzie. – „Ale ośrodkiem tego kultu jest na obczyźnie synagoga”. – A więc pomimo zakazu wszystkich w ogóle kolegiów czyni się dla synagogi wyjątek. „Ale nasz Bóg wymaga od nas zupełnej bezczynności w dnie szabbatowe”. – A więc rozkazuje się, żeby sprawy sądowe, w których Judejczycy biorą udział jako strony albo świadkowie, nie odbywały się w dnie szabbatu; nie dość na tym, pozwala się tym Judejczykom, którzy są upoważnieni do odbierania burs państwowych, aby w razie rozdawania tychże burs w dnie szabbatowe mogli przychodzić po swoje dnia następnego. – „Ale święcenie szabbatów jest niezgodne ze służbą wojskową, więc chcemy być od niej zwolnieni”. – No, to już chyba zanadto; ale, jak widzieliśmy, czasami udawało się uzyskać nawet i ten przywilej ostateczny.
Skąd ta niesłychana pobłażliwość władców świata względem żywiołu, wcale nie cieszącego się ich sympatią? Rozumiemy łaski rzymskich magnatów i cesarzy dla Hellenów – uznawali, że od nich pochodzi wszechświatowa i ich własna kultura, rozkoszowali się w ich dziejach, w ich literaturze, sztuce, ustroju życia. O Judejczykach nie słyszymy ani jednego pochlebnego słowa, owszem, uważano ich za najnieużyteczniejszy naród na świecie, despectissima gens, jak mówi Tacyt; a jednak pozwolono im zająć zupełnie wyjątkowe stanowisko w państwie. Jak to wytłumaczyć? – Po części, jak widzieliśmy, tym, że na ich szczęście Rzym prawie zawsze występował jako wróg ich bezpośrednich wrogów; ale obok tego powinniśmy zaznaczyć istnienie innych przyczyn, mniej widomych, ale za to stałych: zacietrzewionego uporu pospólstwa judejskiego i zręczności jego wodzów z jednej strony, lekceważenia – z drugiej. Tak jest, lekceważenia. Przecie „Jakób jest taki maluczki”, jak mówi prorok. Nie dziwimy się, jeżeli Hellenowie w Damaszku lub Gazie byli oburzeni, że Judejczycy, żądając własnych praw dla swoich gmin w tych miastach, jednocześnie odmawiali takich samych praw helleńskim kołom w Jerozolimie; ale czym była Jerozolima w porównaniu z ogromem państwa rzymskiego? Mógł więc Rzym, jako dobroduszny olbrzym, spokojnie znosić tę nierówność, w zasadzie oburzającą, w praktyce nieszkodliwą; mógł nawet, jak widzieliśmy, wyznaczyć karę śmierci dla własnych obywateli, którzyby przekroczyli zakazane progi świątyni jerozolimskiej.
A więc opór, zręczność, lekceważenie – i więcej nic? Może i jeszcze coś. W Talmudzie czytamy ładną historyjkę, anachronistycznie przeniesioną do chwili wzięcia Babilonu przez Medów, czyli Persów. Wielka trwoga ogarnęła gminę judejską: opowiadano bowiem straszne rzeczy o intolerancji magów, tj. kapłanów medyjskich, w stosunku do obcowyznawców. Stary rabin Jochanan siedzi, spokojnie głaszcząc swoją siwą brodę i czeka, aż ucichną lamenty, a potem pyta: „A czy magowie przyjmują – łapówki?” – „A i owszem”, odpowiadają mu, „bardzo chętnie”.– „No, skoro tak, to nie ma powodów do rozpaczy”.
Bądź co bądź – przywileje zostały osiągnięte. To właśnie było przyczyną gniewu Rzymian starej szkoły: „zwyciężeni zwycięzcom narzucili swoje prawa”, wołał Seneka (victi victoribus leges dederunt). Ale to wcale nie spowodowało polepszenia stosunków ludu judejskiego do Rzymu: odczuwano wdzięczność dla pewnych jednostek, jak dla Cezara, np., nie zaś dla władzy rzymskiej w ogóle. Zbyt wielka była nienawiść, zaszczepiona przez Torę i proroków w umysłowości judejskiej w stosunku do narodów, i również zarozumiałość, z którą ów lud, jako lud rzekomo wybrany, stawiał siebie wyżej od wszystkich innych (...)”.
Wydaje się, że to oburzenie, które w T. Zielińskim budzi żydowski fanatyzm i siła przebicia, jest raczej słabo ugruntowane, choć z etycznego punktu widzenia zrozumiałe. Bo przecież nie tylko Żydzi bywali dotknięci narodową megalomanią, lecz np. w mało mniejszym stopniu Niemcy, Chińczycy, Rosjanie czy Ukraińcy, które to narody tylko w XX wieku popełniły tyle makabrycznych zbrodni na innych ludach, że żydowskie zbrodnie tego rodzaju niby to popełnione w przeszłości, wcale nie wyglądają aż tak strasznie, jak to przedstawiają   antysemici.
Jeśli zaś chodzi o skłonność Żydów do narzucania innym etnosom swych żydowskich wyobrażeń i stereotypów myślenia, nie jest to również żaden ewenement czy wyjątek, lecz zwykła psychospołeczna prawidłowość, odnotowywana powszechnie. „Każda cywilizacja wierzy, że jedynym właściwym i jedynym do pomyślenia jest jej sposób bycia, że musi nawrócić na niego cały świat bądź światu go narzucić; jest dla niej równoznaczny z soteriologią – otwartą bądź zakamuflowaną – a w istocie jest to elegancki imperializm, który jednak traci na elegancji w chwili, gdy zaczyna mu towarzyszyć przygoda militarna. Imperiów nie zakłada się tylko przez kaprys. Podporządkowuje się innych, aby was naśladowali, aby się wzorowali na was, na waszych zachciankach i zwyczajach; następnie pojawia się perwersyjny imperatyw – chęć uczynienia z nich niewolników, aby kontemplować w nich pochlebczy lub karykaturalny wizerunek siebie. Zgodzę się, że istnieje jakościowa hierarchia imperiów: Mongołowie i Rzymianie nie ujarzmiali narodów z jednakich powodów i ich podboje nie przyniosły tych samych skutków. Co wszakże nie znaczy, że nie byli w równej mierze biegli w unicestwianiu przeciwnika przez redukowanie go do ich obrazu” (Emil Cioran, Historia i utopia).
W świetle tych słów zarzuty profesora Zielińskiego pod adresem Żydów wydają się być dość stronnicze. Nieco przesadne są np. wywody profesora z drugiego tomu Hellenizmu a judaizmu: „Dla Judejczyka jego bóstwo było realną osobistością, owym Jehową, który obrał sobie jego lud między wszystkimi, zakazując mu surowo wszelkiej służby bóstwom innych narodów, jako nieposiadającym żadnego udziału w prawdzie; wniosek z tego przekonania znalazł najjaskrawszy wyraz w słowach, z którymi Ezdrasz zwraca się do Jehowy: „Tyś dla nas stworzył ten pierwszy świat, pozostałe zaś narody, pochodzące od Adama, uważałeś za nic, za ślinę; za krople spływające z naczynia, miałeś ich obfitość... Jeśli zaś dla nas stworzyłeś ten świat, dlaczego nie posiadamy tego świata?”. To było napisane jeszcze przed trzecim, ostatecznym zasklepieniem się ludu Jehowy, którego wynikiem był Talmud; nie dziw, że tam nienawiść przeciwko narodom jest jeszcze większa. Nie powiem, żeby nie zawierał on żadnych przepisów zewnętrznie szlachetnych i humanitarnych; ale nam tu chodzi o ducha, nie o zewnętrzny wygląd. A jaki jest ten duch, o tym świadczą takie miejsca jak Nas. 30: „Czy mają Izraelici dawać jałmużnę ubogim śród pogan albo grzebać ich umarłych? Owszem, mają, ale tylko aby mieć od nich spokój”. Oczywiście to fatalne zakończenie nastręcza czytelnikowi podejrzenie także co do innych humanitarnych przepisów Talmudu: może one wszystkie mają za podstawę chęć spokoju od gojów? Nic dziwnego, że to zakończenie zostało w nowszych czasach obficie wyzyskane przez antysemitów; apologeci się bronią, ale bardzo niezgrabnie. Właściwa zaś obrona zawiera się w tym, co wymieniłem wyżej: że między Talmudem a dzisiejszym żydostwem, a przynajmniej jego znaczną i lepszą częścią, leży – hellenizacja.”...
Będąc świadomym bezkompromisowości swych wypowiedzi  Zieliński uważa za wskazane wysunięcie pewnych tez, mających niejako usprawiedliwić jego twierdzenia. W zakończeniu swego dzieła pisze, dość przekonująco zresztą: „Celem moim – powiada – było przedstawienie judaizmu nie samego w sobie i nie takiego, jakim się przedstawiał swoim wiernym, lecz takiego, jakim się wydawał lub musiał się wydawać Hellenom, do których się zwracał na drogach prozelityzmu. Przypominam ten zasadniczy punkt widzenia z całym naciskiem. Nie wątpię, owszem wiem o tym z całą pewnością, opierając się na analogii poprzednich doświadczeń – że oświetlenie judaizmu w tej rozprawie wyda się niesłusznym prawowiernemu wyznawcy zakonu Mojżesza, utożsamiającemu ten zakon i swoją własną wiarę z judaizmem; ów wyznawca bowiem wnosi do swojej krytyki, lub raczej do swojej rezygnacji z wszelkiej krytyki, takie czynniki, które z konieczności musiały być przeze mnie usunięte w toku tego badania. Tradycje familijne, upominania rodziców w najbardziej wrażliwym wieku, obyczaj przyjęty bez krytycznego roztrząsania, natomiast z całą miłością młodocianej duszy, jego łączność z najbardziej stanowczymi i uroczystymi chwilami życia rodzinnego – wszystkie te momenty i szereg innych tworzą w oczach wyznawcy piękną tęczę dokoła jego wyznania, i nie dziw, że nieświadomie przenosi on urok tej tęczy na to, co ona otacza, i widzi w owym pięknie organiczną cechę samego wyznania. Nie jest wcale moim zamiarem zamącać to dobre i szlachetne uczucie; już powiedziałem, że nie chcę nikogo ani gorszyć ani nawracać.
Ale powiedziałem także, że w tej książce mam do czynienia nie z samym judaizmem i tym bardziej nie z jego odbiciem w duszy jego wyznawców, lecz przeciwnie, z jego odbiciem w duszy tych Hellenów, do których ci jego wyznawcy się zwracali. A to znaczy, że wszystkie te czynniki, o których była mowa przed chwilą, działały nie w kierunku przychylnym dla nowej wiary, lecz w kierunku wprost odwrotnym. Przypomnę piękne słowa, w których Platon karci owych nieszczęsnych, „co zostali odszczepieńcami w stosunku do opowiadań, słyszanych w wieku dziecinnym od piastunek i od matek, w stosunku do wszystkiego tego, co towarzyszy ofiarom i modlitwom, oraz widowiskom świętym, i co wywiera taki potężny urok na duszę młodocianą, kiedy rodzice w wyrazach najbardziej uroczystych błagają bogów o błogosławieństwo i dla siebie i dla swych dzieci”. I pytanie było takie: czy posiadał judaizm sam w sobie takie zalety, taki urok, aby z powodzeniem mógł walczyć przeciw owym czynnikom? To pytanie stawiałem sobie w każdym rozdziale, w każdym paragrafie skończonej teraz rozprawy; ono właśnie stanowi największą różnicę między nią i pracami moich poprzedników. Otóż odpowiedź wszędzie była przecząca – musiała być przecząca, gdyż inaczej być nie mogło wobec osobliwości judaizmu z jednej strony a hellenizmu z drugiej”...
Oczywiście, jeśli rzeczywiście tylko ten cel przyświecał naszemu profesorowi, to żadna z nim polemika nie jest ani możliwa, ani potrzebna – dlatego, że wszystkie jego twierdzenia natychmiast nabierają charakteru hipotetycznego. Wypada jednak w tym miejscu zaznaczyć, że z punktu widzenia nowoczesnego religioznawstwa zarówno hellenizm, jak też judaizm (a przecież nie tylko one) wywarły znaczny wpływ na kształtowanie się kultury chrześcijańskiej.
*         *         *
            Wbrew ogólnie przyjętym poglądom Żydzi nie byli i nie są (podkreślmy to jeszcze raz) narodem „małym” – i to pod żadnym względem – w tym, jeśli chodzi o liczbę członków tego etnosu. Tak też było w starożytności. Już w czasach Jezusa z Nazaretu żyło na świecie około ośmiu milionów Żydów, przy tym w Palestynie tylko około  miliona, cała reszta w diasporze. Proporcjonalnie dziś musiałby ten lud liczyć grubo  ponad sto milionów członków.   I  tak  też  widocznie  jest,  przynajmniej  tak  twierdzą  rosyjscy  znawcy  tego  zagadnienia.  Ten naród zawsze odgrywał wielką i znaczącą rolę w dziejach ludzkości, jego kultura i wielojęzyczne piśmiennictwo są gigantyczne, a jego cywilizacja skutecznie stawiała i stawia czoło innym wielkim cywilizacjom świata.  Nie chodzi więc tylko o gołą liczbę, lecz i o „jakość” etnosu, a pod tym względem Żydzi tworzą naród pod wieloma względami znakomity.
A jednak nie wolno – ze względu na uczciwość intelektualną – wpadać w jednostronne uwielbienie, jeśli się chce adekwatnie ocenić dziejową rolę tego czy innego narodu. Zarówno antypatia, jak i sympatia mogą w tym względzie okazać się zgubne. T. Zieliński notuje: „Gminy Judejczyków istniały na całym obszarze państwa rzymskiego – „pełne ich były wszystkie ziemie”, mówi Sybilla, „pełne wszystkie morza”. Zewnętrzna asymilacja była posunięta bardzo daleko; Judejczycy, zapomniawszy o mowie rodzimej, przyjęli język grecki, jako środek obcowania nie tylko z otaczającymi ich poganami, ale nawet między sobą. Pismo święte Judejczyków było przetłumaczone na język grecki i dokoła niego powstała cala literatura judejska w języku greckim. Synagoga gościnnie otwierała swoje podwoje dla ciekawych śród pogan – a takich oczywiście nie brakowało – uprzystępniając im swe nabożeństwo już przez to samo, że jego językiem był język grecki. A pomimo to wszystko prąd judejski płynie śród morza helleńskiego niby prąd oleju, nie wywierając na to morze wpływu, i przy pierwszej okoliczności całkowicie się zeń wydzielając.
Należy bowiem dodać, że jednocześnie list rozwodowy pisze się i z tamtej strony – ze strony judejskiej. Pierwotne powodzenie prozelityzmu napełniło otuchą serca tych, co marzyli o władzy wszechświatowej w myśl znanej pretensji pseudo-Ezdrasza: „Skoroś dla nas stworzył ten świat – dlaczego go nie posiadamy?” Zjawili się fałszywi Mesjasze, starający się zużytkować to powszechne wierzenie, co prowadziło do powstań i obfitego przelewu krwi własnej i obcej – za Kaliguli w Aleksandrii, za Klaudiusza w Rzymie, za Nerona w Jerozolimie i całej Palestynie, za Trajana znów przeważnie w Aleksandrii, za Hadriana znów w Palestynie. Powodzenia nie miało – bo i nie mogło mieć – ani jedno, natomiast z każdym chybionym zamiarem opanowania świata rosła niechęć ku temu opornemu żywiołowi helleńskiemu, który unicestwiał wszystkie zamiary.
Pierwszym krokiem w kierunku opanowania świata był, jak widzieliśmy, grecki przekład Pisma, tzw. Septuaginta; toteż był on przez długi czas jedną z chlub judaizmu i dzień jego zakończenia świętowano w Aleksandrii, w miejscowej gminie judejskiej, jako święto narodowe. Teraz to się zmienia; wskutek przewagi prądu nacjonalistycznego powstaje opinia, że tłumaczenie Septuaginty było klęską narodową, ponieważ dało poganom prawo, posiadając ją, uważają siebie też za lud Boży. Zaczynają się z judejskiej strony zaczepki przeciw Septuagincie, dyskredytowanej, jak się zdaje, także dzięki użytkowi, który z niej robili chrześcijanie dla ufundowania swych dogmatów. Co prawda, jeszcze nie odważono się zamienić ją na hebrajski oryginał, albo też na jeden z kursujących w Palestynie aramejskich targumów, gdyż w rozproszeniu ani tego ani tamtego języka nie rozumiano; starano się jednak, i nie bez powodzenia – zwalczać ten stary przekład przez nowe – Akwili albo też Teodotiona, oba podobno z początku II w. po Chr. To się udało; możemy przypuścić, że właśnie słabość aleksandryjskiej gminy, prawie wytępionej za Trajana, przyczyniła się do tego zwycięstwa palestyńskiego judejstwa nad rozproszeniem. Ale naturalnie, wytworzony przez to stan rzeczy uważano tylko za przejściowy; celem było usunięcie w ogóle helleńskiego żywiołu z judejskich gmin.
Drugim krokiem był zakaz uczenia się greckiego języka, który Miszna odnosi do czasów Kwieta, namiestnika cesarza Trajana; Gemara komentuje to słowami: „przeklęty ten co hoduje świnie, i przeklęty ten, co uczy swego syna mądrości greckiej”. Było to podobno skutkiem represji wywołanych przez powstanie Judejczyków podczas wschodniej wojny Trajana. Oczywiście ta uchwała palestyńskiego rabinatu mogła tylko wskazać kierunek agitacji w judejskich gminach rozproszenia, na razie było tam dość trudno obejść się bez języka greckiego.
Natomiast można było się obejść bez „mądrości greckiej”, i nawet bardzo łatwo; toteż usiłowano doszczętnie wytępić z judaizmu ów hellenofilski kierunek, którego szczytem był w I w. po Chr. Judejczyk Filon. Na pytanie, kiedy człowiek może się uczyć mądrości greckiej, rabin odpowiada: powiedziane jest, aby się uczył Tory w każdej godzinie dnia i w każdej godzinie nocy; dla mądrości greckiej pozostaje więc taka tylko godzina, która nie jest ani godziną dnia ani nocy. A więc czas zmroku – mogli się pocieszać filohelleni – (który, zresztą, w krajach południowych jest bardzo krótki); ale właściwym sensem owej szyderczej odpowiedzi był oczywiście zakaz zupełny. Macie halachę, macie „gematrię”, macie kabbalistykę; na co wam mądrość helleńska? W taki to sposób oświata narodu judejskiego była gwałtownie cofnięta wstecz na tysiąclecie z górą. Zarodki hellenizmu – prawda, mniej niż skromne – które się zjawiły za przeszłych czasów w literaturze hellenistyczno-judejskiej, były skazane na zagładę; Filona i jego poprzedników i następców zapomniano. Nawet dzieje własnego ludu, ową epokę chluby narodowej, machabejskich czasów, zapomniano; były one, co prawda, napisane w języku hebrajskim, ale poniekąd w duchu helleńskiej historyczności, i były zbyteczne dla tego, kto miał haggadę z jej rozkiełznaną fantastyką. Tym bardziej był potępiony Józef Flawiusz, który używał dla swych prac literackich języka greckiego. Wolny od wszelkiego balastu helleńskiego, wstąpił judaizm, po stłumieniu powstania „syna gwiazdy” za Hadriana, w talmudyczny okres historii swej kultury.
Nie bez drgawek jednak. Historyk stosunków między hellenizmem a judaizmem nie powinien zapominać o ostatnim filhellenie wśród Judejczyków: był to rabin Elisza ben Abuja (II w. po Chr.). Jeszcze w młodości, opowiada o nim Talmud, poznał on księgi Homera, które wzbudziły w nim nieprzezwyciężoną miłość do literatury helleńskiej. Później zapoznał się także i z grecką filozofią; jej wyższość nad halachą stała się dla niego oczywistą, postanowił więc poświęcić swe życie służbie temu ideałowi śród swoich współwyznawców. Otóż i on, szlakiem ap. Pawła, jeździ po całym obszarze judejstwa, od synagogi do synagogi, wszędzie każąc o piękności hellenizmu i starając się przeciwdziałać zasklepieniu się judaizmu owych czasów. Spotkał go los, który i potem aż do naszych dni często spotykał jego naśladowców. Hellenowie nie zapisali jego imienia śród imion tych, co krzewili ich ideały; natomiast to imię zostało wyklęte w synagodze, nie wolno go było wymawiać, i kiedy chciano powiedzieć coś – oczywiście nie bardzo pochlebnego – o nim, oznaczano go słowem acher, to znaczy „ten inny”. Gutzkow w swej ciekawej tragedii „Uriel Akosta” wspomina o tym heretyku judaizmu i przez usta swego bohatera ładnie sublimizuje i symbolizuje samo pojęcie „tego innego”, odrywając je od osoby przypadkowego nosiciela. Rzeczywiście, wskutek dokonanego rozwoju, hellenizm ostatecznie został „tym innym” duchem dla judaizmu, szkodliwym i wyklętym; pomimo to jednak „ten inny” duch nie przestawał krążyć dokoła synagogi, wskazując jej wyznawcom, że nie w wyodrębnieniu się od otaczającego społeczeństwa, lecz w szczerym i uczciwym współżyciu i współpracy z nim zawiera się rękojmia ich zbawienia.
Niestety, trzeba przyznać rację tym krytycznym słowom, dotyczącym niektórych aspektów światopoglądu judaistycznego.
Maimonides, filozof żydowski XIII wieku, komentując Stary Testament mówi o nakazie Jehowy niszczyć wszystkich bałwochwalców aż do czwartego kolana (bałwochwalcami dla wyznawców nauk Mojżesza są wszyscy nie należący do nich, a więc również chrześcijanie): „Zadowolono się czterema pokoleniami, gdyż człowiek widoczny jest swym potomkom nie więcej niż przez cztery pokolenia. Tak więc w pogańskim mieście trzeba było zabić siwego bałwochwalcę i jego potomków aż do prawnuka włącznie. Tak więc stwierdzono, że do przykazań Bożych należy też nakaz zabijania wszystkich potomków pogan, w tym także – małych dzieci. Na ten nakaz powszechnie się natykamy w Pięcioksięgu... A wszystko to po to, aby wyrwać korzenie wielkiego zepsucia.
Jeden ze znanych judejskich teoretyków dr A. Ruppin stwierdził swego czasu, że siła wiary i nietolerancja względem inaczej myślących są nierozdzielne. „Żydowska ortodoksja – stwierdza on – z samego początku była w mniejszym stopniu religią niż ubraną w religijne szaty bojową organizacją, służącą zachowaniu żydowskiego narodu... Tolerancji w sprawach religijnych Żyd nie zna i nie może znać; zbyt ważna po temu jest dlań religia”.
Szczególnie znamienny jest stosunek judaizmu do swego – jak chcą niektórzy – „niechcianego dziecka” – chrześcijaństwa. Dr K. Lippe w wydanych w 1897 r. w Drohobyczu Rabinistyczno-naukowych odczytach stwierdzał: „Ewangelie zarówno jako źródło historyczne, jak i piśmiennictwo moralne nie posiadają żadnej wartości... Chrześcijaństwo w toku utwierdzania swych zasad etycznych przekształciło się w zaprzeczenie judaizmu, stało się ucieczką od świata, negacją wszelkiej kultury, wszelkiego postępu”.
Nie będziemy się spierać o słuszności wypowiedzi doktora K. Lippe. Dla nas ważne jest zawarte w jego słowach przeciwstawienie „gnuśnego” chrześcijaństwa „postępowemu” judaizmowi. Ale oto posłuchajmy zasad zawartych w Talmudzie – izraelickich „księgach mądrości”. Rabbi Jehuda: „Trzy rzeczy przedłużają dni i lata człowieka: kto długo trwa w modlitwie, przy swoim stole i w wychodku” (Berachoth). A oto rabin Elieser Wielki uczy swych wiernych rozumieć ukryty sens widzeń sennych (w tymże traktacie Berachoth): „Kto śpi we śnie ze swą matką, może mieć nadzieję na rozum. Kto śpi z zaręczoną dziewczyną może stać się znawcą Tory. Kto śpi we śnie z zamężną kobietą, ten może być pewny, iż jest synem przyszłego świata. Kto widzi gęś we śnie, może mieć nadzieję na mądrość, kto z nią spółkuje, ten stanie się kierownikiem szkoły. Kto we śnie odbywa swą potrzebę, jest to dlań dobrym znakiem; ale tylko wówczas, jeśli on po tym się nie oczyści...
„Mądrości” takich w Talmudzie jest moc, zacytowaliśmy ich znikomy tylko fragment. Najbardziej zastanawia jednak to, że nawet obecnie, wszystko to bywa niekiedy  przedstawiane jako nieomylny kodeks norm etycznych. Nic więc dziwnego, że gdy fanatycy przystępują do politycznego działania, to rezultatem tego bywa – jak przed wiekami – przelew niewinnej krwi, skrytobójcze morderstwa, oczernianie ludzi i instytucji, których stać na własne zdanie i niezależne postępowanie.
T. Zieliński poddaje analizie interesujące z psychospołecznego punktu widzenia zjawisko, jakim jest wzajemny prozelityzm judejsko-helleński i judejsko-chrześcijański. Uczony pisze: „Cesarz Hadrian po stłumieniu powstania bar-Kochby zapragnął go zgładzić razem z samym judaizmem; w całym swym cesarstwie zabronił rodzicom obrzezywać swoje dzieci, porównywając ten akt do kastracji, która była karana według prawa rzymskiego na równi z zabójstwem. Co prawda nie udało się utrzymać długo tej krańcowej miary, i następca Hadriana, Antonin Pobożny, pozwolił Judejczykom obrzezywać swoje dzieci, pozostawiając jednak edykt swego ojca w pełnej sile dla tych niejudejczyków, którzyby chcieli dokonać tego aktu na sobie lub na innych. To znaczyło, że judaizm i nadal miał być tolerowany, lecz prozelityzm był zabroniony. Dotyczyło to wprawdzie tylko prozelityzmu w ścisłym tego słowa znaczeniu, nie zaś owego pierwszego stopnia zbliżenia się do judaizmu, którego realizacją były gminy „bojących się Boga”; ale ponieważ te gminy za czasów Antonina już od dawna były chrześcijańskimi, przeto można powiedzieć, że od tego czasu dopływ niejudejczyków do judaizmu był w zasadzie zatamowany – w praktyce zapewne też.
Nie inaczej postępowano i z drugiego końca. Warto uprzytomnić sobie z czasów rozkwitu prozelityzmu słowa najwybitniejszego hellenizatora Judejczyków i jednocześnie judaizatora Hellenów – Filona. Poleca on swym współwyznawcom zachowywać się w stosunku do prozelitów, którzy wyszli z pogan, nie gorzej, lecz lepiej niż w stosunku do Judejczyków z pochodzenia. Tamci bowiem, zerwawszy związki, które ich łączyły ze swoimi, oraz z całym minionym życiem, daleko większą ofiarę złożyli Bogu i swej nowej wierze, niż ci, co w tej wierze się urodzili i przez swych rodziców w niej zostali wychowani. – Później zapał nawracających znacznie ostygł. Poleca się raczej odradzać tym, którzyby okazywali chęć wstąpienia do gminy Jehowy: czy też taki uprzytomnił sobie, co zamierza czynić? Nas przecie wszyscy nienawidzą, wszyscy prześladują: czy będziesz o tyle wytrwały, aby podzielić nasz los? Czy nie będziesz żałował popełnionego kroku? Jest to właśnie to zachowanie się, które zalecają rabini, mówiąc, że należy prozelitę lewą ręką odpychać, prawą zaś przygarniać. Toteż i stanowisko prozelitów w gminie judejskiej za czasów misznejskich dalekim było od idealnego poglądu Filona; w godności, mówi Miszna, „kapłan przewyższa lewitę, lewita (zwykłego) Izraelitę, Izraelita bękarta, bękart nathina (tj. sługę świątynnego), nathin prozelitę, prozelita wyzwoleńca”. Pomimo wszystko jednak nie mamy tu jeszcze wyraźnej niechęci do prozelitów; w całym bowiem świecie starożytnym tzw. metycy, tj. półobywatele, byli w stosunkach społecznych nieco upośledzeni w porównaniu z obywatelami z urodzenia – co prawda nie w takim stopniu, aby figurować niżej od sług świątynnych”...
Zieliński zauważył, że duch żydowski jest twardy i wytrwały, jeśli chodzi o znoszenie różnych form cierpienia, a nawet męczeństwa. Nie znosi ponoć tylko jednego – ośmieszania , drwiny, ironii, krytycyzmu w stosunku do niego. Cóż, nic w tym dziwnego: wielkość nie lubi być wyśmiewana. Tylko nikczemnicy dziękują, gdy się im pluje w twarz. Ludzie godni odpowiadają na tego rodzaju posunięcia godnie, a to znaczy nieraz także – stanowczo i bezwzględnie. Tak właśnie, jak Żydzi reagują na antysemityzm.

***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz