piątek, 8 marca 2019

dr Jan Ciechanowicz - Antysemityzm cz 2



                             Rozdział III.

                           Mordy rytualne



Najpotworniejszym,   najstraszliwszym zarzutem  pod adresem Żydów jest posądzanie ich o  rzekome dokonywanie przez nich tak zwanych „mordów rytualnych”, popełnianych na dzieciach chrześcijańskich. Według  tego  punktu  widzenia  Żydzi  jakoby   nienawidzą wszystkich wyznawców Jezusa Chrystusa do takiego stopnia, że wykorzystują krew ich dzieci do wypieku macy, czyli chlebów rytualnych.   I owszem, w łonie judaizmu – jak twierdzą niektórzy żydowscy historycy – mogły ongiś powstawać jakieś  zwyrodniałe sekty, które -  być  może  -  popełniały mordy rytualne, a specjaliści oceniają ogólną liczbę tych przestępstw od kilkuset do dwu tysięcy. Czy ta liczba jest wystarczająca, by całemu wielomilionowemu narodowi stawiać zarzut dzieciobójstwa? Jeśli tak, to jeszcze większymi dzieciobójcami są Rosjanie, Niemcy, Litwini, Polacy, Ukraińcy, Turcy, Anglicy, Amerykanie, Francuzi, którzy w odwiecznych wojnach sąsiedzkich zapamiętale nawzajem się wymordowywali, nie oszczędzając też dzieci. Ale nikt nie posądza żadnego z tych narodów o to, że są zbiorowymi mordercami. Nikt nie stosuje zasady odpowiedzialności zbiorowej w stosunku do siebie samego, którą czemuś   „zastrzega” się wyłącznie dla Żydów.  
Nie  w  ostatniej  jednak  kolejności  wątpliwa  „zasługa”  w  zarzucaniu  Żydom  mordów  rytualnych  należy  do  samychże  Żydów,  najczęściej  tych,  którzy  porzucali  swe  środowisko  i,  aby  przypodobać  się  gojom,  wymyślali  na  swych  zdradzonych  rodaków  najpotworniejsze  oszczerstwa.  Jednym  ze  spektakularnych  tego  przykładów  jest  postępowanie  w  Rzeczypospolitej  tzw.  „frankistów”,  potomków  bałkańskich   Żydów,  którzy,  gdy  przybyli  w  połowie  XVIII  wieku  do  Polski,  zaraz  podjęli  walke  ideologiczną  ze  swymi   ortodoksyjnymi  jednowiercami,  zarzucając  im  wielokrotnie  i  publicznie  nienawiść  do  chrześcijan  i  popełnianie  morderstw  rytualnych oraz  zażywanie  krwi  niewinnych    dzieci   chrześcijańskich.  Trudno  się  dziwić,  że  te  potworne  kalumnie  głoszone  przez  samych  Żydów  znajdowały  posłuch  wśród  wielu  chrześcijan. 
Z punktu widzenia psychodiagnostyki warto poddać to zagadnienie bliższej analizie.
Na początku przytoczmy tekst Władimira Dahla, wybitnego rosyjskiego uczonego, który to tekst   w Rosji   był  publikowany  wielokrotnie.  
Władimir (Waldemar) Dahl, rodem Duńczyk, syn lekarza, który służył w Ługańsku    guberni Jekatierynosławskiej w zakładzie leczniczym, urodził się 10 listopada 1801 roku. Skończywszy kurs  w korpusie morskim, początkowo służył we flocie czarnomorskiej; lecz szybko porzucił tę służbę i w roku 1821 wstąpił na Uniwersytet Dorpacki, gdzie uzyskał stopień doktora medycyny. Następnie był   kilka lat lekarzem (w wojsku i w szpitalu wojskowym) aż do czasu, gdy poznał się z   gubernatorem  L. A. Pierowskim, który namówił go do przejścia do niego na służbę do Orenburga, gdzie przebywał 7 lat. W 1841 roku Pierowski powołany został na Ministra Spraw Wewnętrznych, a Dahl został przy nim wyznaczony na urzędnika do spraw specjalnych i przeniósł się do Petersburga. W latach 1849 -1859 był administratorem rejonowego biura w Niżnim Nowogrodzie, a po przejściu w stan spoczynku mieszkał w Moskwie i pracował nad zakończeniem i wydaniem swego fundamentalnego i do dziś cenionego Słownika opisowego narzecza wielkoruskiego. Zmarł 22 września 1872 roku.  A  więc  oddajemy  mu  głos. 

Dochodzenie w sprawie zabijania chrześcijańskich dzieci przez Żydów
i używania ich krwi

Wydrukowano na mocy rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych Rosji.
1844 r.

Wstęp
Wśród wszystkich narodów, gdzie tylko żyją Żydzi, istnieje od niepamiętnych czasów podanie lub legenda, że Żydzi w męczeński sposób uśmiercają chrześcijańskie dzieci, gdyż potrzebują dla jakichś tajemniczych obrzędów niewinnej krwi chrześcijańskiej. Dopiero w ostatnich czasach uczucia ludzkie tak bardzo zaczęły się buntować przeciw takim oskarżeniom, że w Europie zaczęto zdecydowanie odrzucać je, jako niedorzeczne bajki i potwarze. Oskarżenie to jest oczywiście straszne, lecz w kronikach religijnego fanatyzmu nie jest ono wyjątkowe: nie tylko bałwochwalcy indyjscy poddają siebie samych i innych ludzi strasznym mękom w oczekiwaniu przyszłej pomyślności, i nie tylko wśród nich są sekty, stale twierdzące, że jedną z dróg do zbawienia duszy jest zabójstwo – lecz i w Europie, wśród chrześcijan, powstała sekta assasinów. W ciągu dwóch albo trzech wieków paliły się stosy inkwizycyjne,   w samej Rosji w osiemnastym wieku byli ludzie, którzy palili się całymi wioskami, inni zabijali jeden drugiego, wszystko to robiono w celu zbawienia duszy.
Nie tylko sam lud oskarża Żydów o takie straszne zbrodnie; oskarżano ich wielokrotnie   też przed sądem. W większości wypadków nie przyznawali się, pomimo przeróżnych dowodów winy; lecz bywały i takie przykłady, gdy Żydów demaskowano i przyznawali się sami. Wydaje się, że jeden taki przypadek wystarczyłby do uznania za prawdę istnienia takiego zbrodniczego fanatyzmu; lecz obrońcy Żydów mówią, że przyznanie się było wymuszane torturami i dlatego o niczym nie świadczy. Jednak, dopuściwszy takie usprawiedliwienie i wszystko, cokolwiek i kiedykolwiek mówiono i pisano na ten temat na korzyść Żydów, to jeszcze pozostaje jedna okoliczność, na którą nigdy nie zwracano należytej uwagi, i która nie tylko nie została wyjaśniona, ale prawie uzyskuje jakość i ciężar pełnego dowodu winy. A mianowicie: nie ulega żadnej wątpliwości, że od czasu do czasu znajdowano trupy zaginionych bez śladu dzieci, w tak okaleczonym stanie i z takimi oznakami zewnętrznych obrażeń, które całkowicie zgadzają się z obrazem męczeńskiej śmierci i tego rodzaju zabójstw, o jakie oskarżani są Żydzi. Po drugie, wypadki te występowały jedynie w tych miejscach, gdzie mieszkali Żydzi. Powstaje zatem pytanie, jakiej to okoliczności trzeba przypisać powtarzające się od czasu do czasu przypadki męczeńskiej śmierci dziecka, w sposób zamierzony i powolny zamęczonego na śmierć, jeśli oskarżenie nie miałoby podstaw? Jaką można wymyślić przyczynę lub powód dla takiego zbrodniczego zakatowania dziecka, jeśli nie jest to fanatyzm? Zewnętrzne obrażenia trupa za każdym razem wskazywały, że śmierć w żadnym wypadku nie mogła być przypadkowa, a była umyślna; przy tym dziecko było męczone w sposób przemyślany i długotrwały: całe ciało podziurawione lub pokłute, czasami kawałki skóry wycięte, język i organy płciowe odcięte, lub u chłopców przeprowadzono żydowskie obrzezanie. Czasami niektóre członki odcięte, albo dłonie przekłute na wskroś, nierzadko były oznaki i siniaki od mocnych wiązań, założonych i ponownie zdjętych. Cała skóra podrapana i obtarta, jak gdyby opalona lub silnie natarta. Na koniec, trup był nawet myty, nie było na nim krwi, a także na bieliźnie, oraz na ubraniu, które zdejmowano na czas zabójstwa a po nim ponownie wkładano. Jaki byłby powód ze strony dziecka lub jego rodziców dla dokonania takiej zbrodni? Bez celu nigdy i nigdzie coś takiego nie mogło być zrobione, a tym bardziej nie mogło powtarzać się w różnych miejscach prawie jednakowo. Zwykłemu zabójcy w każdym wypadku wystarczyłoby samo zabójstwo, i w związku z tym nie można tutaj odrzucić jakiegoś tajemniczego, ważnego dla przestępców celu.
Słabe, niewłaściwie prowadzone przez sędziów śledczych śledztwa, różne podstępy i wykręty Żydów, bezczelne i uparte ich zapieranie się, nierzadko przekupstwo, wiara większości wykształconych ludzi, że takie oskarżenie to nikczemna potwarz i w końcu, oparte na miłości bliźniego nasze prawodawstwo, nie tylko dotychczas za każdym razem ratowały Żydów przed zasłużoną karą, ale oni, swoimi intrygami i zaklęciami o swojej niewinności i całkowitej niesprawiedliwości rzucanych na nich oskarżeń, prawie zawsze zdołali oskarżyć swoich oskarżycieli, którzy byli karani za nich. Żydzi zdołali wystarać się w 1817 roku o Najwyższy Ukaz (z 28 lutego, ogłoszony 6 marca), który zabraniał nawet podejrzewać Żydów o podobne przestępstwa, a podejrzenie  o tym, jakoby Żydzi wykorzystywali krew chrześcijańską, nazwał przesądem. Tymczasem, analiza niektórych tajnych nauk talmudystów wskazuje na możliwość zaistnienia tego barbarzyństwa, a bezstronna analiza spraw sądowych, prowadzonych w podobnych przypadkach, upewnia o niewątpliwej ich realności.

Talmud
Chociaż Żydzi, już z dawien dawna  swój Talmud uważają za o wiele ważniejszy od Starego Testamentu, tym niemniej potrafili oni w najbardziej niedorzeczny sposób przekręcić jeden werset Pisma Świętego i wyprowadzić z niego potworny obrzęd, o którym tutaj mówimy. Prorok Baal, powołany do przeklęcia narodu żydowskiego, odmawia tego i – na odwrót – za pomocą kilku aluzji odpłaca się mu natchnioną pochwałą. Między innymi mówi: „Oto lud ten jako lew silny powstanie, jako lwię młode podniesie się; nie układzie się, aż pożre łupy i krew pobitych wypije” (Księga Liczb, rozdział 23). Jest to, jak mówią, źródło nieludzkiego obrzędu. Komentatorzy przyjęli tę alegorię dosłownie i wyjaśniają, że krwią wroga, a Żydzi uważają chrześcijanina za głównego swojego wroga, należy się nasycać.
Talmud, stworzony z różnych przekazów i komentarzy w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, pała taką złością przeciw wszystkim innowiercom, a w szczególności przeciwko chrześcijanom, że nie ma zbrodni, której by on w stosunku do nich nie dopuszczał. Napisany trudno zrozumiałą mieszaniną języka żydowskiego, chaldejskiego, syryjskiego, partyjskiego, greckiego, łaciny i innych języków, Talmud babiloński, zakończony w V stuleciu, składa się z 36 tomów i zawiera niesamowicie bezsensowną, obrzydliwą i niemoralną mieszankę szaleńczego diabelskiego fanatyzmu. Dlatego języka Talmudu nie można właściwie nazwać żydowskim; jest to oddzielny język talmudyczny, najtrudniejszy ze wszystkich języków żywych i martwych, nie wyłączając chińskiego. Talmud nie tylko napisano mistycznie, tajemniczo i niezrozumiale dla niewtajemniczonych, on aż do naszych czasów pozostał całkowicie niedostępnym dla nas, ponieważ nie przetłumaczono go, oprócz niektórych części, na żaden język. Lecz to nie wszystko: w Talmudach drukowanych w języku żydowskim są opuszczenia, zaznaczane czasami spacjami, nawiasami lub słowem: wedal, tj. domyśl się, znajdź prawdziwy sens. Weneckie wydanie Talmudu z roku 1520, podobno jest pełne, i zawiera wiele, chociaż nie całkowicie zrozumiałych, lecz jawnie do tej sprawy odnoszących się miejsc. Później Żydzi pilnowali się i uzupełniali opuszczenia notatkami lub ustną tradycją. W żydowskiej książce Seider-Godajdojs wyjaśniono przyczyny tych opuszczeń: powiedziano tam, że częste nawrócenia się Żydów na chrześcijaństwo w pierwszych jego wiekach, zmusiły rabinów przyjąć i włączyć do Talmudu szczególnie surowe i sztywne środki przeciwko Nazarejczykom. Jednakże, środki te zwróciły na siebie w IX wieku uwagę rządów, nastąpiły prześladowania Żydów prawie w całej Europie, w konsekwencji miejsca te często wyłączano z Talmudu, a często nie odnoszono ich do chrześcijan (goi), a do pogan (akum), chociaż Żydzi w tym wypadku nie robią żadnej różnicy i w obu wypadkach mają na myśli przede wszystkim chrześcijan. Za czasów papieża Grzegorza prześladowania Żydów rozpowszechniły się prawie na całą Europę. Powodem były ich bestialstwa i zbrodnie w stosunku do chrześcijan, chociaż nasz oświecony i humanitarny wiek uważa, że prześladowania te były wynikiem przede wszystkim fanatyzmu i nietolerancyjności katolicyzmu. Rabini byli zmuszeni otwarcie bronić wyjawionych tajemnic i – pomimo ogromnych sum wydawanych przez nich na przekupstwa – zmuszono ich do usuwania z ich ksiąg wszystkiego tego, co było na szkodę i bezcześciło chrześcijan. Talmudy pełne, bez opuszczeń, znalazły schronienie pod władzą Rzeczpospolitej, gdzie Żydzi w ogóle żyli swobodniej i nadzór nad nimi był słabszy. Tutaj właśnie kryli się bardzo fanatyczni, uparci Żydzi, dotychczas są to mateczniki żydostwa, natomiast oświecenie i nadzór nad Żydami znacznie zmieniły innych europejskich Żydów, a ich obyczaje złagodniały. Niezależnie od tego, istnieje mnóstwo rabinackich ksiąg-komentarzy, podobno do 50 tomów, ukrywanych w wielkiej tajemnicy. Istnieją także wśród rabinów szczególne, tak zwane kabalistyczne nauki, wyjaśniające w dowolny sposób  niezrozumiałe miejsca Talmudu. Dlatego Talmud jest niedostępny nawet dla naszych uczonych filologów, których świadectwa o tym, co w nim jest i czego w nim nie ma, nie są w ogóle pewne. Są także wśród Żydów ustne podania i nauki, trzymane w tajemnicy, lecz czasami wyjawiane przez nawróconych Żydów.

Nawróceni Żydzi i pisarze
Do tych ostatnich należy na przykład były rabin, mnich neofita, który w roku 1803 napisał po mołdawsku książkę „Obalenie wiary żydowskiej”. Podobno Żydzi  za duże pieniądze  skłonili hospodara Mołdawii  do zniszczenia tej książki; jednakże, pomimo tego, jej przekład w nowoczesnym języku greckim pojawił się w druku w Jassach w roku 1818. W książce tej pisze między innymi „o krwi, którą Żydzi zdobywają od chrześcijan, i o wykorzystaniu jej”. Opisawszy dokładnie ten potworny obrzęd, mnich neofita  kończy następująco: „Gdy osiągnąłem trzynaście lat (pełnoletniość u Żydów), ojciec wyjawił mi tajemnicę krwi, grożąc strasznymi klątwami, jeśli ja komukolwiek, nawet moim braciom, zdradzę tę tajemnicę. Jeśli będę miał kiedykolwiek dzieci, to mogę ujawnić to, czego się dowiedziałem, tylko jednemu z nich, najpewniejszemu, najmądrzejszemu i najtwardszemu w wierze. Znajdowałem się, i teraz także jestem, w wielkim niebezpieczeństwie za zdradzenie tej tajemnicy. Lecz, poznawszy prawdziwą wiarę i nawróciwszy się na Zbawiciela mojego, w nim pokładam moją nadzieję”. Neofita  wyjaśnia co następuje:
„Obrządek ten jest w księgach opisany niejasno, zagadkowo; tajemnicę tę nie wszyscy znają, a jedynie rabini i faryzeusze, których oni nazywają chasidim. Ci żydowscy fanatycy sądzą, po pierwsze, że zabijając chrześcijanina, podobają się Bogu. Po drugie, wykorzystują oni krew do czarów w zabobonnych obrzędach. W tym celu, w dzień ślubu, rabin podaje nowożeńcom pieczone jajko, posypane, zamiast soli, popiołem z kawałka płótna, umoczonego we krwi męczennika chrześcijańskiego”. Jest to bardzo ważna okoliczność, dlatego, że w śledztwach w sprawach o podejrzenie Żydów o zabójstwo wykrywano właśnie, że moczyli oni płótno w krwi i rozdzielali go między siebie na kawałki. „Młodzi jedzą jajko – kontynuuje neofita, a rabin czyta modlitwę, w której życzy im, aby oszukiwali chrześcijan i żywili się ich pracą. Żydzi, fanatycy, wykorzystują także krew zabitego chrześcijanina przy obrzezaniu. Wpuszczają do kielicha z winem kroplę krwi obrzezanego dziecka i drugą kroplę chłopczyka chrześcijańskiego”. Ta informacja jest także ważna, dlatego, że powtarza się w różnych innych świadectwach, przytoczonych poniżej, a także występuje w przypadku spraw karnych w tym przedmiocie; tak więc, w sprawie wieliskiej żołnierka Maksymowa, zeznała, że krew była Żydom potrzebna, według ich słów, dla rodzącej Żydówki. Podobne zeznania złożyła także Tekla Sieliezniewa, w innej, mińskiej sprawie, w roku 1833.
Neofita mówi także, że Żydzi, jedząc na Paschę swoje przaśniki, urągając chrześcijanom wszelkimi możliwymi bluźnierstwami, pieką jeden przaśnik oddzielnie, posypując go popiołem z chrześcijańską krwią, ten właśnie przaśnik nazywany jest efikoimon. I tę okoliczność potwierdzają śledztwa w podobnych sprawach, a także we wspomnianej sprawie wieliskiej. Tam trzy chrześcijanki służące u Żydów zeznały, każda oddzielnie, że one same mieszały ciasto na macę (przaśniki), dodawszy tam trochę zdobytej przez Żydów krwi. Wszyscy  żyjący wśród Żydów wiedzą, że oni rzeczywiście pieką jeden jakiś specjalny, święty dla nich przaśnik, nie tylko oddzielnie od innych i w innym czasie, nocą w przeddzień swojej Paschy, ale także, że podczas wyrabiania tego tajemniczego przaśnika wszystkie dzieci, kobiety i domownicy usuwani są z izby a drzwi są zamykane. Do tego właśnie przaśnika Żydzi sekty chasydów dodają, jeśli mogą zdobyć, chrześcijańską krew. Uwaga niektórych obrońców Żydów, że jeśli byłaby to prawda, to Żydzi nie potrzebowaliby dokonywać zabójstwa, a mogliby zawsze dostać krew w dowolnej balwierni, nie ma żadnych podstaw: tajemniczość tego szalonego obrzędu wymaga właśnie męczeńskiej krwi niewinnego chrześcijańskiego dziecka, a nie krwi chorego, któremu upuszczono w balwierni krew. Nawet w tych przypadkach, gdy Żydzi rzeczywiście zadowalali się zdobyciem krwi bez zabijania człowieka, spuszczaniu krwi, pomimo to, zawsze towarzyszyła przemoc, jak wykazano to niżej na podstawie zaistniałego przypadku oderżnięcia chłopcu końca języka na Wołyniu w roku 1833 i przymusowego spuszczenia krwi dziewczynce w Łucku, w roku 1843.
[To  zastanawiające,  jak  mógł  Żyd  neofita  pisać  w  swej  książce,  wydanej  w  1803  roku,  pisać  o  wydarzeniach  z  lat 1833  i  1843?!  -  J.C.]
Neofita powiada  dalej, że Żydzi także mażą się krwią chrześcijańską, ażeby wyleczyć się z różnych cierpień, że podczas pogrzebu takich fanatycznych Żydów wykorzystywane jest także białko jajka z krwią chrześcijańską, że w święto Purim, w lutym, na pamiątkę Mordechaja i  Estery,   fanatyczni Żydzi zabijają chrześcijanina, zamiast Hamana, pieką trójkątne miodowe przaśniki z cząstką jego krwi i rozsyłają wszędzie W tym czasie, mówi neofita, Żydzi kradną, jeśli mogą, dzieci chrześcijańskie, trzymają je w zamknięciu do Paschy i dokonują wtedy straszliwych swoich nad nimi mordów;  męczą je, jak Chrystus był męczony. Wolą do tego celu dzieci, prawdopodobnie dlatego, że można je łatwiej zdobyć i że łatwiej i bezpieczniej dać sobie z nimi radę, a także z powodu ich niewinności. Neofita  kończy   oświadczeniem  o wyjawieniu mu przez jego ojca tej tajemnicy, o zaklęciach i groźbach ojca, by nigdy jej nie wyjawiał; „lecz, mówi on: – uznawszy Pana naszego Jezusa Chrystusa za mego ojca, a święty kościół za matkę, objawiam teraz całą prawdę”.
Zgodnie z zeznaniami innych nawróconych, Żydzi wykorzystują trzy środki łagodzące poród u kobiety: mąż staje przy drzwiach i czyta 54 rozdział proroka Izajasza. Następnie przynosi z synagogi pięć Ksiąg Mojżeszowych. W końcu, dają rodzącej wysuszoną krew. Wielu twierdzi, że jest to krew chrześcijańskiego dziecka, co potwierdzają przytoczone poniżej wypisy z ksiąg żydowskich, gdzie właśnie mówi się, że pozwala się do pożywienia dodawać krew ludzką dla naszego pożytku (od cierpień), a także i sprawa karna w Guberni Mińskiej z roku 1833, gdzie, jak wspomniano wcześniej, Tekla Sieliezniewa zeznała, ze Żyd Sabunia prosił ją o zdobycie krwi, choć kilku kropli, z małego palca dziewczynki, dla rodzącej Żydówki.
A oto jeszcze jedna okrutna przyczyna wykorzystywania przez Żydów krwi chrześcijańskiej: Zbawiciel nasz powiedział swoim uczniom: „To jest ciało Moje i krew Moja”, co jest dla nas podstawą przyjmowania komunii świętej, w postaci ciała i krwi Chrystusa. Aby zbezcześcić tę świętą czynność, Żydzi fanatycznej sekty chasydów dodają krew chrześcijańską, zdobywaną kosztem męczeństwa, do swoich przaśników, mówiąc: będziemy więc jeść ciało i krew ich, jak kazał nam prorok Baal.
[Żydzi wierzą w prawo pisane i mówione, pierwsze to Tora, Stary Testament, drugie to Talmud. Ten ostatni dzieli się na jerozolimski, napisany już w II wieku i będący niewielką książką, i na babiloński lub Talmud właściwy, który został napisany przez rabinów i przyjęty przez żydowskie zgromadzenie w V wieku. Ma on dwie części: Misznę i Gemarę; pierwsza jest tekstem, na tyle niejasnym, że nie można go wcale zrozumieć bez komentarzy; druga składa się właśnie z tych komentarzy, którym bez żadnych podstaw w sposób całkowicie nieracjonalny nadano przeogromne znaczenie. Wystarczy jeden przykład, aby pokazać ducha i kierunek wytyczany przez Gemarę. W Starym Testamencie powiedziano: „Przestrzegajcie tedy ustaw moich i sądów moich: które zachowując człowiek, będzie w nich żył”, 3 Mojżeszowa, rozdział 18 ustęp 5; Proroctwo Ezechielowe, rozdział 20 ustęp 11). Talmud interpretuje to tak „ażeby żył człowiek z przykazaniami Moimi, a nie żeby umarł za nie, i dlatego zezwala się, w razie konieczności, naruszać te przykazania”. (Talmud, ks. Awodyzary, rozdz. 4, arkusz 55).]
Wielu pisarzy dwóch ostatnich stuleci pisało na ten temat i demaskowało Żydów, którzy męcząc zabijali dzieci chrześcijańskie i używali ich krwi. Z wymienionych poniżej utworów wybrano większość przytoczonych w dalszej części przypadków i przykładów, oprócz tych, które wzięto z autentycznych spraw sądowych w Rosji i Polsce.
Tak więc, ponad trzydziestu autorów pisało na ten temat w różnych czasach. Podają oni mnóstwo przykładów zaistniałych w różnych czasach i w różnych państwach, analizują tajemne żydowskie nauki oraz sens i znaczenie tego nieludzkiego obrzędu i udowadniają, że on rzeczywiście istniał. Na przykład Brenz, będąc nawróconym Żydem, mówi bardzo wyraźnie, ze bestialski ten obrzęd istnieje, chociaż trzymany jest w wielkiej tajemnicy  nawet wśród Żydów.
W wydanej przez Pikulskiego w roku 1760 we Lwowie książce o Żydach („Złość Żydowska”) pisze: „15 dnia miesiąca Szajwata starosta oblicza, ile synagoga zebrała pieniędzy na krew chrześcijańską, na którą wszyscy Żydzi, mający skończone trzynaście lat, wnoszą opłatę, następnie najmowani są specjalni Żydzi, którzy mają schwycić przy okazji dziecko, które jest potem trzymane w piwnicy, jest ono przez czterdzieści dni dobrze karmione i potem poddane męczeńskiej śmierci. W tym czasie starają się oni zdobyć Konsekrowaną Hostię, aby ją zbezcześcić w specjalnym obrzędzie. Wszystko to potwierdzane jest w jakimś stopniu przez sprawę wieliską i inne sprawy karne: w tej pierwszej wynika to z przejętej korespondencji zatrzymanych Żydów, ponieważ przypominają oni jakimś deputatom, aby ci usiłowali spełnić swoje obowiązki i postarali się w danej sprawie sądowej. Widać tutaj, że Żydzi przekupili między innymi kobietę, aby ukradła ona dla nich z cerkwi antymins (w cerkwi prawosławnej lniana lub jedwabna chusta z zaszytymi w rogu szczątkami relikwii, z przedstawieniem Chrystusa w grobie i czterech ewangelistów w rogach) i, aby nie przełykając podczas komunii świętej hostii, wypluła ją w chustkę i przyniosła im, czego i dokonała. Podobne przypadki opisywane są przez historyków bizantyjskich, potwierdza to także żyjący w początkach zeszłego wieku w Brześciu rabin Serafinowicz, który się ochrzcił i opisał potem zbrodnie Żydów. Między innymi pisze on, że sam kupował od świętokradczych chrześcijan hostie święte w celu ich zbezczeszczenia.
W dalszym ciągu Pikulski twierdzi, że tajna księga żydowska „Zewhelew” w następujący sposób wyjaśnia barbarzyński obrzęd zabójstwa dzieci: po kilkudziesięciu latach od ukrzyżowania Zbawiciela, Żydzi zauważyli z przerażeniem, że wiara chrześcijańska zaczęła bardzo się rozpowszechniać. Zwrócili się więc do najstarszego talmudzisty, jerozolimskiego rabina Rawasze, który znalazł środek przeciwko grożącemu im niebezpieczeństwu w żydowskiej księdze Rambam, gdzie napisano: „każdą szkodliwą rzecz można będzie zlikwidować jedynie poprzez zastosowanie innej rzeczy takiego samego rodzaju z odpowiednią intencją”. W dowód tego księga Rambam mówi, że po zabiciu proroka Zachariasza w świątyni, krew kipiała na tym miejscu i nie można jej było niczym zetrzeć. Książę Nabuzardan, zobaczywszy to, zapytał się o przyczynę tego zjawiska i, po otrzymaniu odpowiedzi, że jest to krew zarżniętych zwierząt, rozkazał przeprowadzić przy sobie doświadczenie, czy krew zwierząt będzie kipieć w taki sposób. Przekonawszy się, że go oszukano, mękami wymusił on przyznanie się wyższych kapłanów, że Zachariasza zabito i chcąc zemścić się na Żydach za śmierć proroka i uspokoić jego krew, rozkazał ścinać na tym samym miejscu taką ilość żydowskich dzieci, by kipiąca krew uspokoiła się i rzeczywiście środek ten pozwolił mu osiągnąć jego cel. Z tego Rawasze wysnuł wniosek, że płomień zawziętej wrogości i zemsty chrześcijan można będzie ugasić jedynie ich krwią właśnie, skrytym ofiarowywaniem niewinnych dzieci.
Serafinowicz opisuje po kolei ten nikczemny nieludzki obrzęd, nie tylko jako świadek, ale jako osoba uczestnicząca; pisze mianowicie: „jedno dziecko kazałem przywiązać do krzyża i ono długo żyło. Drugie kazałem przybić gwoździami i ono wkrótce umarło”. Mówi także, że dziecko toczą najpierw w beczce, jest to okoliczność potwierdzana prawie we wszystkich tego typu sprawach, a także, że dla zabicia dziecka trzymany jest specjalny nóż ze złotą rękojeścią i srebrne naczynie, a w sprawie przypadku wieliskiego mówi się o nożu w srebrnej oprawie, który nawet znaleziono, chociaż jego przeznaczenia dokładnie nie ustalono. Serafinowicz twierdzi, że w księdze żydowskiej „Gulen” mówi się o tej beczce, że rabin wymawia podczas tych działań: „przelewamy krew tego zrodzonego z nieprawego łoża, jak przelaliśmy już krew ich Boga, także zrodzonego z nieprawego łoża”. W pełnych wydaniach księgi Talmudu „Sanhedryn”, według Serafinowicza, w rozdziale 7 – pisze: „Dzieci chrześcijan są zrodzone z nieprawego łoża, a pismo każe męczyć i zabijać zrodzonych z nieprawego łoża”. Talmud nazywa martwych chrześcijan padliną, zdechłymi i dlatego nie pozwala ich pochować. Pikulski tak właśnie mówi, że zamęczonego dziecka nie grzebią, a wyrzucają gdziekolwiek lub wrzucają do wody. Tymczasem prawie wszystkie podobne zbrodnie rzeczywiście wykrywano jedynie dlatego, że okaleczone ciało dziecka przypadkowo było znalezione w polu, w lesie, lub wypłynęło na wodzie. Jeśli Żydzi nie byliby przez swoje zabobony zobowiązani do zwykłego wyrzucania okaleczonego trupa męczennika, to trudno byłoby zrozumieć, dlaczego nie starają się go zakopać i ukryć w taki sposób, aby przynajmniej nie rzucał się on w oczy pierwszemu, kto się na niego natknie.
Pikulski pisze dalej, po co Żydom potrzebna jest krew dziecka chrześcijańskiego. W dany dzień fanatycy mażą nią drzwi jakiegoś chrześcijanina, nowożeńcom dają jajko z tą krwią, podczas pogrzebu smarują oczy nieboszczyka białkiem jajka z krwią, do macy lub przaśników dodają trochę tej krwi i przechowują część przaśników w synagodze, aż do zdobycia nowej krwi, mocząc je w wodzie i używając zamiast krwi, kiedy nie uda się schwytać dziecka. Błogosławiąc Żydowi na szczęśliwy handel i oszustwa, rabin daje mu także jajko z tą krwią. W święto Purim Żydzi posyłają sobie wzajemnie podarunki, także z krwią. Wykorzystują jeszcze, mówi Pikulski, tę krew przy różnych gusłach, o czym jakoby wspomina się w księdze Talmudu „Hohmes Nyster”, chociaż nie jest to dokładnie opisane. Wszystko to jest wystarczająco zgodne z powyższym świadectwem Neofity i wieloma sprawami karnymi.
Następnie – mówi Pikulski – w księdze „Sanhedryn”, w rozdz. 6 i 7 pisze: „Jeśli dziecko twoje sprzyja chrześcijanom, to zabij je; zabić chrześcijanina to czyn miły Bogu. Jeśli Żyd zabije Żyda, to karane jest to śmiercią; jeśli zabije chrześcijanina, to nie podlega karze. Jeśli chrześcijanin zrobi Bogu ze swego dziecka ofiarę, ma wielką zasługę”. To ostatnie Żydzi wyjaśniają następująco: napisano tutaj chrześcijanin, żeby ukryć prawdziwy sens, lecz znaczy to, że Żydzi powinni robić ofiary z dzieci chrześcijańskich. Lecz główny sens tego obrzydliwego obrzędu – mówi Pikulski – polega na tym, że zabijając chrześcijańskie dzieci, Żydzi  uważają, że zabijają w nich Chrystusa i że zawziętość Żydów przeciwko chrześcijanom można nasycić jedynie krwią chrześcijańską.
Pikulski mówi dalej, że Żydzi w razie niepowodzenia, starają się kupić dziecko niewolnika w Carogrodzie. Chłopiec nie powinien mieć więcej niż trzynaście lat, i że Żydzi biorą w tym celu jedynie chłopców, dlatego że Jezus Chrystus był mężczyzną. Podane poniżej przykłady pokazują, że żydowscy fanatycy zabijają czasami także dziewczynki, a nawet dorosłych mężczyzn i kobiety. Pikulski mówi, że w niektórych gusłach Żydzi używają krwi spuszczonej z ręki chrześcijanina, co rzeczywiście potwierdza zaistniały w roku 1843 w Łucku przypadek, który będzie opisany poniżej, gdzie Żydzi przemocą spuścili dziewczynie, chrześcijance, krew z ręki.
Podczas dyskusji, jaką toczyli w roku 1759 we Lwowie talmudyści ze swymi przeciwnikami, Żydami  nie uznającymi Talmudu, były także rozważania o tym, że kto wierzy w Talmud, ten wierzy także w używanie krwi chrześcijańskiej; słowa Jaindym – czerwone wino i Jain-Edym – chrześcijańskie wino, po żydowsku pisane są za pomocą tych samych liter, a różnica jest tylko w znakach zastępujących samogłoski. Stąd podejrzenie, że trzeba tu się domyślać nie wina, lecz krwi chrześcijańskiej.
W księdze „Legendy Talmudu”, wydrukowanej najpierw po polsku w Krakowie, a następnie w roku 1794 po rosyjsku  w klasztorze w Poczajowie, też twierdzi się, że w kwietniu Żydzi krzyżują i męczą dziecko chrześcijańskie, jeśli mogą je dostać, i że o tym mówi się w księgach Talmudu „Zichvelev”, „Hohmes” i „Naiskobes”, chociaż sens tego obrzędu nie został ujawniony i jest niejasny. Autor twierdzi, że Żydom krew tego dziecka jest potrzebna: 1) przy odprawianiu guseł przeciwko chrześcijanom; 2) podczas obrzędu weselnego; 3) podczas obrzędu pogrzebowego; 4) do przaśników lub macy; 5) dla zapewnienia pomyślnego handlu; 6) na święto Hamana, kiedy to rabini krew tę dodają do ziarna i rozsyłają jako prezenty. [Zabijać chrześcijan, tam gdzie możliwe, Talmud nakazuje wielokrotnie. Patrz ks. Sanhedryn, rozdz. 6, str. 48 i rozdz. 7, str. 2 oraz 508; ks. Awodazara, rozdz. 1, str. 3, rozdz. 2, str. 13, str. 15; ks. Makeg, rozdz. 2, str. 9, str. 3, tam także, rozdz. 71 i inne.] Eisenmenherr mówi także, że Żydzi, według świadectw wielu pisarzy, wykorzystują krew zamęczonych przez nich dzieci do czarów, do tamowania krwi podczas obrzezania; dla seksualnej podniety; do leczenia chorób kobiecych i w końcu podczas składania ofiary dziękczynnej Bogu. Powyżej wyjaśniono, dlaczego Talmud wciąż jeszcze stanowi niedostępną dla nas tajemnicę, wyjaśniono, że wszystkie aktualne jego egzemplarze są niepełne, a sens niebezpiecznych miejsc jest celowo niejasny i robi się to celowo,  umyślnie i przebiegle. Na przykład, czasami należy odczytywać w sposób kabalistyczny, znany tylko wtajemniczonym, nie te słowa, które napisano, chociaż mają one sens, lecz przestawiać litery i wtedy wyjdzie coś całkiem innego. W innych miejscach wstawione są słowa, których każda litera oznacza cale słowo i stąd rzekome słowo oznacza całe wyrażenie. Pomimo tego  Talmud zawiera jeszcze ogromne ilości bezsensownego i nieludzkiego fanatyzmu i – oczywiście – nie ma zbrodni przeciwko chrześcijanom, na którą by nie pozwalał Żydom. Bez względu na to, do jakiej przysięgi, odnoszącej się do chrześcijanina, zmusi się Żyda, w każdym wypadku nie będzie ona miała znaczenia i nigdy żadnego talmudysty nie będzie obowiązywać. Wszystko, co w Starym Testamencie mówi się o ludziach, o człowieku i człowieczeństwie, Żydzi odnoszą właściwie i wyłącznie do siebie, dlatego, że tylko oni są ludźmi, a inne narody, na podstawie Gemary, to bydło lub zwierzęta. Dla przykładu przytoczmy kilka urywków z Talmudu, podanych przez wychrzczonego Żyda Paździerskiego w związku ze sprawą wieliską: „Wy, Żydzi, jesteście ludźmi, a nie inne narody świata” (Talmud, księga „Bowemece”, rozdz. 9). Dlatego Talmud pozwala Żydowi czynić innowiercy wszelkie krzywdy, gwałty i nikczemności: „Nie pożądaj... żadnej rzeczy która jego (bliźniego) jest, głosi przykazanie; ale twój bliźni to Żyd, a nie inne narody świata”. (Talmud księga „Sanhedryn”, rozdział 7, art. 59). W ten sposób Talmud objaśnia Stary Testament, od początku do końca, wszędzie uwzględnia tę różnicę, nazywając człowiekiem i bliźnim Żyda, Izraelitę, ale w żadnym wypadku nie innowiercę.
„Błogosław nieboszczyka, jeśli spotkasz mogiłę Żyda i przeklinaj umarłych innego narodu, mówiąc: pohańbiona matka wasza, rumieni się ta, która was urodziła, i tak dalej”. (Talmud, księga „Broches”, rozdz. 9, art. 58).
„Jeśli ktoś powie, że Bóg przyjął postać ludzką, to jest kłamcą - należy go zabić; dlatego na takiego człowieka Żyd może krzywoprzysięgać” (Talmud, księga „Sanhedryn”).
„Innowierca, który zabił innowiercę, ma być tak traktowany jak Żyd, który zabił Żyda – należy go ukarać śmiercią. Lecz Żyd, który zabił innowiercę, nie podlega karze”. (Księga „Sanhedryn”, rozdz. 7, art. 59).
„Jeśli innowierca czyta Talmud, winien jest śmierci, ponieważ w Starym Testamencie powiedziane jest: „Mojżesz dał nam dla naszego dobra prawo”, co oznacza, że dał tylko nam, ale nie innym narodom” (tamże). Należy obalić jeszcze jedno świadectwo, przedstawiane na korzyść Żydów, tj. że Prawo Mojżeszowe zabrania im, jak wiadomo, spożywać w pożywieniu krew. Odpowiadamy na to: po pierwsze, zgodnie z naukami Talmudu i rabinów, służba wojskowa i choroby zwalniają całkowicie z wypełniania prawa i z zakazów dotyczących konkretnego pożywienia. Po drugie, właśnie Talmud pozwala w określonych przypadkach spożywać zmieszaną z jedzeniem krew rybią i ludzką (Talmud, księga „Jore-dea”, rozdz. 66, art. 53) i mówi na ten temat tak: „krew bydlęca, zwierzęca i ptasia są zabronione; krew rybia nie jest zabroniona, jeśli tylko na podstawie dokładnych cech, na przykład, po łusce, można stwierdzić, że jest to rzeczywiście krew rybia”.
Krew ludzka jest także zabroniona ze względu na swoja istotę, ponieważ nie można jej odróżnić od bydlęcej; dlatego krew ludzką, jaka pozostała z zębów na skórce chleba, należy zeskrobać; ale krew, która pojawiła się w ustach można połknąć.
Natomiast ogólnie, krew rybia i ludzka, ponieważ prawem nie jest zabroniona, dozwolona jest w postaci dowolnie zmieszanej z jedzeniem. W książce „Szulchan Aruch”, str. 42, wers 67, powiedziane to jest wyraźnie: „krwi bydlęcej i zwierzęcej do jadła dodawać nie można, lecz krew ludzką, z korzyścią naszą, można”. Żydzi twierdzą, że odnosi się to do chorób, gdzie krew wykorzystywano w starożytności, jako lekarstwo; lecz objaśnienie przytoczonego miejsca mówi dokładnie: „Chrześcijanie dawno już zostali ostrzeżeni, lecz my nie możemy się obejść bez krwi, z powodu, o którym pisze księga Tojswis”. Dalej, na str. 119, 193: „nie przyjaźnij się z chrześcijaninem tam, gdzie tego ci nie  potrzeba, dlatego, aby nie dowiedzieli się o przelaniu krwi”. Oto przykład opuszczenia w Talmudzie, oczywiście, jest to więcej niż tylko podejrzenie.
Są także słowne świadectwa Żydów o ich tajemnicy krwi. Tak, na przykład, podoficer Sawicki, wychrzczony Żyd, zaświadczył, w związku ze zdarzeniem zaistniałym w Guberni Grodzieńskiej w roku 1816, że Żydzi rzeczywiście używają krwi chrześcijańskiej i w tym celu torturują dzieci. Według niego, obrzęd ten dokonywany jest w połowie kwietnia, przed świętem Pejsach, tj. przed Wielkanocą. Na pamiątkę ofiarowania baranka nadproże opryskują krwią dziecka, lub dotykają je nitką, zmoczoną w tej krwi. Wszystko to całkowicie zgadza się z zamieszczonymi powyżej wiadomościami i oświadczeniami, a także z okolicznościami zaistniałych przypadków. W dalszym ciągu Sawicki zeznał: dzieci brane są przede wszystkim dlatego, że łatwiej sobie z nimi poradzić i łatwiej je złapać. Każdy Żyd, który tego dokonał, dostaje odpuszczenie grzechów. Torturowanie dziecka, jego ukrzyżowanie itd. są dokładnie określone przez przepisy i wszystko to powinno być wykonane w synagodze. Lecz gdy istnieje niebezpieczeństwo, że sprawa mogłaby się przez to wydać, to zezwala się na zabicie chrześcijanina gdziekolwiek i jakkolwiek , bez zachowywania żadnych specjalnych obrządków i dlatego w ostatnich latach zrezygnowano z beczki, w której ma być toczona ofiara dla spowodowania podskórnych wybroczyn – mianowicie zezwolił na to wileński rabin Ilia, chasyd. Sawicki prosił jedynie o ochronę przed bardzo niebezpiecznymi prześladowaniami ze  strony Żydów i w przypadku zapewnienia mu jej podejmował się wyjawić wszystko; lecz propozycji tej nie przyjęto. Między innymi zeznał on, że Żydzi czytają w czasie torturowania dziecka następującą modlitwę z księgi „Mangogima”: „radujcie się i weselcie  , niech wypłynie krew ta na wieczną pamiątkę, nie jako pacholęcia tego, lecz jako upadłego Kudra (Zbawiciela)”. Potem następuje Modlitwa Olejna z księgi „Sejder”: „Chrześcijanie czczą bożków, kamień lub drzewo, przedstawiając na nich Chrystusa, lecz nie uzyskują od Niego żadnej pomocy. Niech sczeźnie imię Jego i niech zginą wierzący w Niego, jak schnąca trawa i jak topiący się wosk”. Wspomniany chasyd napisał o tym bardzo rzadką i trzymaną w wielkiej tajemnicy książkę pod tytułem „Ciwuj”.
Szeregowiec lejb-gwardii z Pułku Finlandzkiego Fiodorow, wychrzczony Żyd, w związku ze sprawą wieliską zaświadczył w roku 1830, że zgodnie z powszechnie znanym i trzymanym wśród Żydów w tajemnicy nauczaniem, im rzeczywiście jest potrzebna chrześcijańska krew na święto Pejsach (Wielkanoc) do przaśników, że jego – Fiodorowa – ojciec mu o tym powiedział, że on sam, jako wierzący, spożywał przaśniki z tą krwią. Fiodorowowi udowodniono, że niektóre jego zeznania były fałszywe, gdy zechciał się podlizać   i zaczął wyjaśnić szczegóły sprawy wieliskiej, które znał tylko powierzchownie; nie świadczy to jednakże, że wszystkie jego zeznania nie miały podstaw, tym  bardziej  że są one zgodne z   innymi  informacjami w tym przedmiocie.
Wychrzczony Żyd  Grudziński  w związku z tą samą sprawą zeznał to samo. Wiele jego zeznań okazało się fałszywych; tym niemniej z wielką dokładnością i zgodnie z tym co wiadomo skądinąd opisał on przebieg i cel tego fanatycznego obrządku. Twierdził  , że jest trzymana w wielkiej tajemnicy księga „Rambam” (...), w której obrzęd ten opisany jest bardzo dokładnie; że on sam widział i czytał tą książkę i że na egzemplarzu tym narysowane były, w postaci winietki, wszystkie przyrządy, niezbędne do przeprowadzenia tego nieludzkiego obrzędu; że w tym celu w synagodze trzymana jest żelazna korona, dwie żelazne włócznie, nóż do obrzezania, półokrągłe dłuto do zadania żłobkowanej rany w boku dziecka; beczka, w której go toczą dla wywołania podskórnych wybroczyn, i z wielką dokładnością opisuje wygląd i specjalną budowę tej beczki, jak może ją opisać tylko człowiek, który dokładnie widział przedmiot. Mówi on o tym, że barbarzyński ten obrzęd trochę zmienia się, gdy (w przypadku braku chłopca) torturują dziewczynkę. Zgadza się to także z zeznaniami żołnierki Tierientiewej w sprawie wieliskiej. Między innymi Grudziński mówi, że dziewczynki należy toczyć w innej beczce, niż chłopców, że beczka ta jest inaczej zbudowana. Tierientiewa, która sama uczestniczyła w kilku podobnych zbrodniach, zeznaje mianowicie, że dziewczynkę Żydzi zamęczyli w ten sam sposób, obciąwszy jej naprzód paznokcie i cycuszki na piersi, gdy tymczasem chłopcu zrobili żydowskie obrzezanie, lecz że dziewczynkę toczyli w innej, inaczej zbudowanej beczce. Grudziński dodał jeszcze jedną, wydawałoby się mającą małe znaczenie, lecz w rzeczywistości ważną okoliczność, a mianowicie, że na pamiątkę zdradzenia przez Judasza Iskariotę Zbawiciela dziecko powinno być kupione od dowolnego chrześcijanina za 30 srebrników; lecz gdy zachodzi potrzeba, zezwala się, aby sami Żydzi łapali dzieci i za to przekazywali chrześcijanom, pod dowolnym pretekstem, chociażby w różnym czasie i do różnych rąk, 30 monet.
Zeznanie to jest ważne dlatego, że prawie we wszystkich podobnych sprawach, w których zdemoralizowani chrześcijanie przyznali się później, że dostarczyli Żydom dziecko za pieniądze, mówi się właśnie o trzydziestu monetach. Tak właśnie w sprawie mińskiej, Tekla Sieliezniowa zeznała, że Sabunia obiecał jej 30 rubli za chrześcijańskie dziecko; Pikulski („Złość Żydowska”, 1760, Lwów) mówi, że każdy Żyd płaci za tę krew i za kupienie dziecka po dwa złote, czyli 30 kopiejek w srebrze; Serafinowicz, wspomniany powyżej, przyznaje się sam, że płacił po 30 czerwonych złotych, itp.
Grudziński i inni objaśniają ten szalony obrządek w następujący sposób: nasz Zbawiciel, według Żydów, nie był synem Boga, lecz człowiekiem i dokonywał cudów mocą czarnoksięską. Przy jej pomocy zamienił on Izraelitów, nazwawszy ich wściekłymi, w stado świń, utopiwszy w jeziorze. Tak więc, chrześcijanie jedzą świnie, chociaż wiedzą, że jest to krew przemienionych Izraelitów; a Żydzi, którym Bóg kazał ukrzyżować i umęczyć Chrystusa, powtarzają to teraz z Jego naśladowcami,  sycą swoją chęć zemsty ich krwią i ofiarują dzieci, zamiast paschalnego baranka.
Jedną z najznakomitszych książek w tym przedmiocie jest, bez wątpienia, dzieło opata Ciarini, wydrukowane w Paryżu w roku 1830 i zadedykowane Jego Cesarskiej Mości. Ciarini ze wzorową bezstronnością analizuje podstawową naukę Żydów, i    dowodzi, że wszystkie zasady Talmudu zawierają naukę destrukcyjną, nie uznającą ani społeczeństw, oprócz żydowskiego, ani samego człowieczeństwa lub człowieka, oprócz  Żyda. Ciarini demaskuje całą fałszywą mądrość, zajadły fanatyzm i nietolerancję trzymanych w tajemnicy nauk; napisał on swoją książkę mając na uwadze szlachetny cel: dokładnie zbadać prawdziwy byt i stosunki u Żydów i wskazać środki, przy pomocy których można podźwignąć ten nieszczęsny naród z jego zgubnego położenia. Dlatego Ciarini nie wykazuje najmniejszej nienawiści do Żydów, a ograniczywszy się jedynie do badań naukowych, patrzy na naród ten z chrześcijańską pokorą. Jednakże tym niemniej, jeśli chodzi o przedmiot niniejszego raportu, pisze on: „Krwawy, fanatyczny obrządek, który, prawdopodobnie, znajduje naśladowców jedynie w niewielkiej liczbie fanatyków w niższej warstwie Żydów, polega na tym, żeby zwabiać przy pomocy różnych środków dzieci chrześcijańskie i dokonywać z nich ofiary w czasie żydowskiego święta Paschy. Być może odświeża to pamięć o bogobójstwie dokonanym przez ich prarodziców, albo krew dzieci wykorzystywana jest dla celów okrutnych zabobonów, a prawdopodobnie mamy do czynienia z obiema tymi rzeczami naraz. Rajmund Martin twierdzi, że zwyczaj ten oparty jest na sentencji Talmudu, lecz ja sądzę, że w przytaczanych przez niego słowach jest tylko zezwolenie na dokonywanie w tajemnicy zabójstw chrześcijan, które to zezwolenie fanatyczny lud mógł, oczywiście, objaśniać po swojemu. W słowach „w tajemnicy” widzimy także zastrzeżenie lub usprawiedliwienie, jeśli zbrodnia ta nie zostanie dokonana; widzimy także, że Talmud wyraźnie nakazuje Żydom, by starali się martwić, zasmucać czymś chrześcijan, przed ich uroczystym świętem, ażeby tych chrześcijan odciągnąć od spełnienia kościelnych obrzędów i by nie dać im spokojnie cieszyć się świętymi dla nich uroczystościami. Oczywiście, takie zalecenia mogą być interpretowane przez Żydów w dowolny sposób”. To miejsce w Talmudzie, jak zauważa Ciarini, w najnowszych wydaniach jest specjalnie zniekształcone, aby nie wywołać podejrzeń u chrześcijan. Następnie kontynuuje: „Zaprzeczanie, że Żydzi w wielu krajach europejskich, w swoim szaleństwie dokonywali tego nieludzkiego obrzędu (zabijania dzieci chrześcijańskich), oznaczałoby wykreślenie ze stron kronik kilkudziesięciu zdarzeń lub przypadków, z całą dokładnością opisanych i z pełnym uzasadnieniem udowodnionych. Oznaczałoby to zburzenie i zniszczenie kilku pomników zachowanych przez niektóre miasta, razem z podaniami o tych potwornych przestępstwach. W końcu, oznaczałoby to uznanie – bez żadnych na to dowodów – za fałszywych świadków ludzi, którzy jeszcze żyją i widzieli na własne oczy, jeśli nie samą zbrodnię, to co najmniej niewątpliwe próby dokonania jej. W bieżącym roku (1827) Żydzi w Warszawie, dla żartu – jak mówili – złapali dziecko chrześcijańskie i zamknęli w kuferku, gdzie je znaleziono. Lecz jeśli uświadomić sobie, że stało się to, jak zwykle, dzień lub dwa przed Paschą, i że Żydzi zgodnie z nauką talmudystów, odpowiednio się zatroszczyli i zapewnili sobie wszelkie środki ostrożności, to trudno będzie przykryć takie działania maską całkowicie niestosownego żartu”.
W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych znajduje się w aktach, przekazany przez pewnego znanego wychrzczonego Żyda, wyciąg z żydowskiej książki „Ez-Chaim” („Drzewo życia”), napisanej w XVII wieku przez rabina Chaima Witała, który żył w Polsce. W tym wypadku tłumacz oświadczył na piśmie, że w jego przekonaniu zwyczaj torturowania dzieci chrześcijańskich rzeczywiście istnieje wśród Żydów. Wyciąg lub tłumaczenie to, w rzeczy samej służą za pełny dowód kwestionowanego problemu. Jeśli sam rabin, nie zastanawiając się, zdecydował się na napisanie czegoś podobnego w wydanej przez niego książce, więc nie można mieć wątpliwości, że znajdą się fanatycy, którzy w swoim zaślepieniu byliby gotowi porwać się na taką nieludzką zbrodnię.
Oto tłumaczenie rzeczonego wyciągu: „Każde zwierzę zachowuje za pośrednictwem życia określoną cząstkę świętości Najwyższego. Człowiek, kto by to nie był, zachowuje za życia tej świętości więcej  niż zwierzę . Gdy zarżniemy zwierzę, to uchodzi z niego duch życia razem z określoną cząstką świętości i przekształca się na pożytek tego, kto spożywa to zwierzę w jedzeniu; lecz jeśli duch życia ze zwierzęcia całkiem jeszcze nie uszedł, wtedy zachowująca się w nim określona cząsteczka świętości nie pozwala nam wykorzystywać go w jedzeniu. Powiedziane jest tak w Piśmie Świętym i o człowieku, Księga Liczb, rozdział 14, wers 9: „bo jako chleb pojeść je możemy; odstąpiła obrona ich od nich”. „Daje to nam do zrozumienia, że ponieważ w nich nie ma już więcej tej cząsteczki świętości, to oni, jak zarżnięte zwierzęta lub chleb, oddani są nam do zjedzenia; dlatego powiedziane jest w Księdze Liczb, rozdział 23, wers 24: – Oto lud ten (naród Izraela)... nie układzie się, aż pożre łupy, i krew pobitych wypije; wskazuje to na ludzi, którzy nie zachowują w sobie świętości nadanej z góry”. „Na podstawie tego wszystkiego dochodzimy do wniosku, że poprzez zabicie i picie krwi goja (niewiernego) powiększana jest świętość Izraela lub Żydów”. Tak właśnie napisano w księdze Ez-Chaim; a po takim porażającym i bezspornym udowodnieniu istnienia wśród Żydów tego szalonego obrządku, można jedynie stwierdzić, że Żydzi w większości nie postępują zgodnie z tymi wskazówkami, lecz negować samego ich istnienia nie można. W ten sposób widzimy, że wszyscy pisarze i wychrzczeni Żydzi, potwierdzający istnienie takiego obrzędu, zgadzają się co do celu, znaczenia i sposobu jego wypełniania. A gdy jeszcze zostanie wykazane poniżej, że we wszystkich wypadkach, gdzie zbrodnia została wykryta i męki lub oczywiste dowody winy i sumienie zmusiły do przyznania się, takie przyznania także całkowicie są zgodne ze wspomnianymi pisarzami i z powszechnymi ludowymi opowieściami, to wydaje się, że sprawę można będzie uważać za rozstrzygniętą. Co znaczą w porównaniu z tymi dowodami i bezspornymi wydarzeniami retoryczne okrzyki filantropów i kosmopolitów lub świadectwa kilku wykształconych i uczciwych Żydów, wcale nie wtajemniczonych w te tajemnice, lub też dowodzenie uczonych, że byłoby to całkowitym zaprzeczeniem Prawa Mojżeszowego? W tym duchu wydano dementi lub wyrzeczenie się, ogłoszone przez Żydów angielskich w parlamencie angielskim; w tym duchu była uroczysta przysięga kilku wychrzczonych niemieckich Żydów i w końcu za pomocą tej samej broni niektórzy pisarze gorąco bronili Żydów, jak, na przykład, uczony Gitzig z towarzyszami w najnowszym swoim dziele prawniczym: „Der neue Pitaval”. Wszystko to może zbić z pantałyku tylko tego, kto nie zna dokładnie ani zbrodni zacofanych Żydów, ani wydarzeń i sądowych procesów z nimi związanych; lecz może to doprowadzić do tego, że czarne stanie się białym, a zaistniałe niebyłym.
Przechodząc następnie do przedstawienia wypadków zbrodniczego fanatyzmu Żydów w przeszłości i do analizy ważniejszych z nich, lub przynajmniej bliższych nam czasowo i dlatego bardziej wiarygodnych, wziętych z autentycznych spraw sądowych i z różnych książek pisanych na ten temat, należy najpierw wspomnieć, że już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa Żydzi nosili na ulicach wizerunek Hamana na krzyżu, aby bezcześcić chrześcijan i niejednokrotnie, gdzie mogli, ze złości zabijali chrześcijan (Schreck, Historia Kościoła, t. VII), i że w statutach polskich i litewskich z roku 1529 znajduje się specjalne, dla podobnego przypadku, prawo: „W przypadku oskarżenia Żyda o zabójstwo dziecka chrześcijańskiego należy przedstawić trzech chrześcijańskich świadków; a kto nie udowodni oskarżenia, ten sam podlega karze”. (Czacki, O prawach litewskich i polskich, t. I, O przywilejach Żydów). Tak więc:
W IV wieku
1) Za cesarza Konstantyna, Żydów wygnano z niektórych prowincji za to, że ukrzyżowali na krzyżu chrześcijańskie dziecko w Wielki Piątek.
W V wieku
2) W kodeksie cesarza Teodozjusza zabrania się Żydom świętować swoje wspominki bezczeszczeniem podobieństwa krzyża, które oni uroczyście spalali; Teodozjusz zabronił budować synagogi w miejscach odosobnionych, aby zapobiec różnym, wielokrotnie się zdarzającym bestialstwom; lecz Żydzi, pomimo tego, w tajemnicy krzyżowali chrześcijańskie dzieci i kilkoro ich ukarano za to karą śmierci, co zdarzyło się w roku 419, w Syrii, pomiędzy Antiochią a Chalcedonem.   
W VII wieku
3) Podczas panowania Focjusza, Żydów wygnano z Antiochii za to, że uśmiercili pod wpływem fanatyzmu haniebną śmiercią biskupa Anastazego i zabili wielu chrześcijan.
W XI wieku
4) W roku 1067 w czeskiej Pradze sześcioro Żydów zaszyto w worki i utopiono w rzece za to, że spuścili z trzyletniego dziecka krew i wysłali ją innym Żydom, do Trewiru.
5) W kijowskich pieczarach dotychczas spoczywają relikwie wielebnego Elistrata, którego pamięć świętowana jest 28 marca. W Pateryku (żywotach ojców świętych) opisano jego żywot, który mówi, że błogosławiony Pański był kijowianinem, został wzięty do niewoli przez Połowców podczas napadu chana Boniaka w roku 1096, sprzedany do Chersonia Żydowi, który poddał go różnym mękom i w końcu, na święto Paschy, ukrzyżował go na krzyżu, a potem wrzucił do morza. Znaleźli go tam ruscy chrześcijanie i przywieźli do Kijowa.
6) Między Koblencją i Bingen, nad Renem, dotychczas dochowała się kaplica z relikwiami dziecka, zamęczonego w XI wieku przez Żydów; miejscowi katolicy uważają je za święte.
W XII wieku
7) W roku 1172 w Blois we Francji, Żydzi ukrzyżowali dziecko, włożyli trupa do worka i wrzucili do Loary.
8) To samo zdarzyło się tam w roku 1177, w dzień Paschy, kilku Żydów spalono za to na stosie.
9) W roku 1179 w Niemczech straceni zostali Żydzi za ukrzyżowanie dziecka.
10) W roku 1146 w Norwich (w Anglii) stracono Żydów, bo ukrzyżowali dziecko imieniem Wilhelm w Wielki Piątek. Przypadek ten opisano bardzo dokładnie.
11) W Bray (we Francji) Żydzi przekupstwem uzyskali pozwolenie na stracenie chrześcijanina, pod pretekstem, że był rozbójnikiem i zabójcą; nałożyli na niego żelazną koronę, bili go rózgami i ukrzyżowali.
12) Pisarze czasów przeszłych, Hegin i Nauder, dają świadectwo ogólne, że paryscy Żydzi w XII wieku porywali przed Paschą dzieci i zadawali im w piwnicach śmierć męczeńską.
13) W Gloucester, za czasów panowania Henryka II, Żydzi ukrzyżowali chrześcijańskie dziecko w czasie Paschy.
14) W roku 1179 w czeskiej Pradze stracono wielu Żydów za zamęczenie i ukrzyżowanie przez nich dziecka.
15) W pobliżu Orleanu we Francji, w roku 1175 spalono kilku rabinów za uśmiercenie dziecka, wrzuconego przez nich potem do wody. W roku 1180, za podobne zbrodnie, Żydów wygnano z Francji.
16) W tym samym mniej więcej czasie, to samo zdarzyło się w Augsburgu w Niemczech, za co wygnano stamtąd wszystkich Żydów.
17) W roku 1183 Żydzi, sądzeni za podobną zbrodnię dokonaną w Wielki Piątek, przyznali się do niej, a także do tego, że są przez swoją wiarę zobowiązani do robienia tego.
W XIII wieku
18) W roku 1288   w Niemczech, Żydzi zamęczyli dziecko i nałożyli na niego ciężar, aby wycisnąć z niego krew.
19) W roku 1228 Żydzi w Augsburgu ukrzyżowali dziecko.
20) W roku 1234 w Norwich Żydzi porwali dziecko, trzymali je w tajemnicy kilka miesięcy, do Paschy, lecz nie zdążyli dokonać zbrodni; dziecko zostało znalezione, a oni zostali straceni.
21) W roku 1250 w Aragonii Żydzi ukrzyżowali w czasie swojej Paschy siedmioletnie dziecko.
22) W roku 1255 w Lincoln w Anglii, Żydzi porwali ośmioletnie pacholę, bili je biczami, nałożyli mu cierniową koronę i ukrzyżowali. Matka znalazła trupa w studni; Żydzi zostali zdemaskowani i przyznali się; jeden z nich był na miejscu rozerwany końmi, a dziewięćdziesięciu odesłano do Londynu i tam stracono.
23) W roku 1257 w Londynie, Żydzi na święto Paschy dokonali ofiary z chrześcijańskiego dziecka.
24) W roku 1261 we wsi Torgau w Niemczech, Żydzi spuścili z siedmioletniej dziewczynki krew ze wszystkich żył, a trupa rzucili do rzeki, gdzie go znaleźli rybacy. Żydów zdemaskowano i część z nich łamano kołem, część powieszono.
25) W roku 1282 kobieta sprzedała Żydom ukradzione przez siebie dziecko, a oni zamęczyli je, kłując je na całym ciele. Gdy ta sama kobieta chciała przekazać im jeszcze drugie dziecko, złapano ją, na mękach przyznała się do wszystkiego, wskazawszy miejsce, gdzie wyrzucono pierwsze dziecko; znaleziono je pokłute na całym ciele; z tego powodu w Monachium wybuchło powstanie, w którym zabito wielu Żydów.
26) W roku 1287 w Bernie w Szwajcarii, kilku Żydów łamano kołem za uśmiercenie dziecka, a pozostałych wygnano.
27) W roku 1295 Żydów powtórnie wygnano z całej Francji za podobne przestępstwa.
W XIV wieku
28) W roku 1303 w Weissensee w Turyngii, kilku Żydów spalono za uśmiercenie szlacheckiego dziecka, znalezionego w wodzie.
29) W roku 1305 w Pradze Żydzi uśmiercili w Paschę chrześcijańskie dziecko.
30) W roku 1331 w Guberline w Niemczech, Żydzi ukrzyżowali dziecko, za co zamknięto wszystkich w jednym domu żydowskim i spalono  .
31) W roku 1345 w Monachium kobieta sprzedała chłopczyka, Henryka, Żydom, którzy zadali mu do 60 ran i ukrzyżowali.
32) W roku 1400 w Turyngii Żydzi kupili od katolika dziecko i zamęczyli je. Margrabiowie Fryderyk i Wilhelm nakazali za to łamać kołem i ćwiartować katolika i Żydów.
W XV wieku
33) W roku 1401 w Szwabii wybuchły rozruchy ludowe z powodu uśmiercenia przez Żydów dwojga chrześcijańskich dzieci, kupionych od jakiejś kobiety, zamknięto wszystkich Żydów razem z nią w synagodze i spalono żywcem.
34) W roku 1407 w Krakowie, za króla Jagiełły, lud wzburzył się z powodu uśmiercenia przez Żydów dziecka, zabił wielu Żydów, zdewastował i spalił ich domy, i wygonił wszystkich z miasta.
35) W roku 1420 w Wenecji stracono kilku Żydów za zabite w Wielki Piątek dziecko.
36) W roku 1420 w  Wiedniu, za panowania Fryderyka, spalono 300 Żydów za uśmiercenie przez nich trojga dzieci.
37) W roku 1454, w  Wiedniu, stracono kilku Żydów za to, że zabili dziecko, wyjęli serce, spalili je na proszek i pili je w winie. Wypadek ten zwraca uwagę tym, że rosyjscy raskolnicy z sekty dzieciobójców, robili to samo, lecz pili proszek nie sami, a poili nim innych w celu przyciągnięcia, za pośrednictwem tych czarów, do swojego związku.
38) W roku 1456 w Ankonie, wychrzczony rabin Emanuel oświadczył, że mieszkający tam żydowski lekarz odciął głowę chrześcijańskiemu chłopcu, który u niego służył, i dokładnie zebrał krew.
39) On także zeznał o innym podobnym wypadku, gdzie Żydzi ukrzyżowali chłopca, nakłuwali go i zbierali krew do naczyń.
40) W roku 1486 w Regensburgu, znaleziono w jednej z żydowskich piwnic sześć trupów chrześcijańskich dzieci; podczas śledztwa znaleziono tam kamień, wymazany gliną, pod którą na kamieniu znaleziono ślady krwi, ponieważ zabijano na nim dzieci.
41) W roku 1475 w Trento w Tyrolu;
42) W roku 1486 we Wrocławiu;
43) W roku 1494 w Brandenburgu – stracono i częściowo spalono Żydów za zabicie chrześcijańskich dzieci.
Zdarzenie w Trento opisano bardzo dokładnie. Trzyletnie dziecko Symeon zostało zabite w czwartek w Wielki Tydzień i mieszkańcy czcili go, jako męczennika. Żyd Towi, przyniósł go do szkoły; tutaj zacisnęli mu usta, trzymając za ręce i nogi wycięli kawałek z prawego policzka, kłuli wielkimi igłami po całym ciele i, zebrawszy jego krew, od razu dodali do przaśników. Żydzi przeklinali dziecko, nazywali je  Jezusem Chrystusem, trupa wrzucili do wody. Rodzice znaleźli trupa i donieśli o tym władzom (Johannowi Saliskiemu i obywatelowi Briksenowi), którzy na mękach wymusili na Żydach przyznanie się do wszystkich szczegółów tej zbrodni. Na grób dziecka chodzono oddawać cześć i męczennik szybko uzyskał rozgłos jako sprawiedliwy. Później papież Sykstus IV sprzeciwił się temu i zabronił nawet prześladować Żydów w Trento, prawdopodobnie dlatego, że Żydzi zdołali przeciągnąć na swoją stronę bliskich współpracowników papieża. Zdarzenie to przedstawiono na obrazie we  Frankfurcie, który istniał jeszcze w roku 1700, był na nim dokładny opis, jak mówi świadek Eisenmenger.
44) W roku 1492 Żydzi   za podobne zbrodnie   zostali wygnani z Hiszpanii.
W XVI wieku
45) W roku 1502 w Pradze  Żyd został spalony na stosie za zabicie dziecka i spuszczenie z niego krwi.
46) W roku 1509 w Bossingen na Węgrzech, Żydzi zamęczyli dziecko, które ukradli pewnemu kołodziejowi i pokłuwszy go na całym ciele, spuścili krew, a trupa wyrzucili za miastem. Winowajcy przyznali się na mękach i zostali straceni.
47) W roku 1510 Żydów wygnano z Anglii, oskarżając ich o to samo.
48) Mniej więcej w tym samym czasie  w Gdańsku  Żyd ukradł syna pewnemu mieszczaninowi.
49) W Głogowie, za króla Augusta, sześcioletni chłopczyk Donat i siedmioletnia dziewczynka Dorota zostali zamęczeni przez Żydów.
50) W Rawie, dwaj Żydzi ukradli dziecko szewcowi i pozbawili je życia, za co zostali straceni.
51) W roku 1540, w księstwie Neuburg, Żydzi bestialsko zamęczyli chrześcijańskie dziecko, które żyło jeszcze trzy doby. Sprawę wykryto w ten sposób, że żydowski chłopiec, bawiąc się z innymi na ulicy, powiedział: „trzy dni wył ten szczeniak i nareszcie zdechł”. Słyszeli to postronni ludzie; i dlatego, gdy pies pastucha znalazł w lesie oszpeconego trupa i ludzie zbiegli się, to już wiedzieli, za kogo się wziąć. Nawiasem mówiąc, krew tego męczennika znaleziono w innym mieście, w Posingen.
52 i 53) W roku 1566, w Narwi i Bielsku, Żydów podejrzewano o takie same przestępstwo i zdołali wystarać się o specjalne na ten wypadek rozporządzenie polskiego króla Zygmunta, obalające to podejrzenie jako niedorzeczne, król polecił, by w przyszłości podobne przypadki podlegały jego własnemu sądowi.
54) W roku 1569 w Łęczycy  w Polsce, w Klasztorze Wołowskim, Żydzi zamęczyli dwoje dzieci.
55) W roku 1570 Żydów wygnano z Margrabstwa Brandenburskiego za to, że lżyli Hostie Święte.
56) W roku 1571 w Niemczech  Żydzi zdarli skórę z pewnego chrześcijanina  o nazwisku Bragadin i zamęczyli go na śmierć.
57) W roku 1574 na Litwie  w miasteczku Poniewież  Żydzi zamęczyli jedno dziecko.
58) W roku 1589 w Wilnie na przedmieściu – pięcioro.
59) W roku 1589 w Tarnowie  jedno – za co winni ukarani zostali śmiercią.
60, 61 i 62) W roku 1590 w Olszowskiej Woli, pod Szydłowcem, w Kurozwękach, w Piotrkowie Żydzi zamęczyli troje dzieci.
63) W roku 1593, tamże, pewna kobieta sprzedała Żydom troje ukradzionych przez nią dzieci.
64) W  Krasnymstawie   zamęczony został w ten sposób student lub uczeń szkoły.
65) W roku 1597 w Szydłowcu, Żydzi pokropili swoją szkołę krwią zamęczonego przez nich dziecka, co zapisano w księgach sądowych. Zrobiono to zgodnie z żydowskim obrządkiem polegającym na pomazaniu drzwi w ich domach krwią paschalnego baranka, jak również zgodnie z przytoczonym wyżej zeznaniem na ten temat podoficera pochodzenia żydowskiego Sawickiego i świadectwem Pikulskiego, że Żydzi mażą tą krwią drzwi w domu chrześcijanina. Oni nie tylko sami jedzą przaśniki z krwią i słodkie ciasteczka, wyrabiane na święto Purim, lecz chętnie częstują nimi także chrześcijan.
66, 67 i 68) W roku 1598 w Lublinie, w Kole i Kutnie Żydzi zamęczyli troje dzieci, o czym świadczy wydrukowany opis sprawy; w szczególności godny uwagi jest dekret trybunału lubelskiego. Pokłutego i porzniętego chłopczyka o imieniu Albert znaleziono w lesie koło wsi Woźniki. Żydów zdemaskowano, lecz uparcie wypierali się; na mękach wszyscy pięcioro, przesłuchiwani oddzielnie, zeznali to samo, przyznając się do wszystkiego, i powtórzyli głośno swoje zeznania w sądzie, także w obecności specjalnie wezwanych Żydów. To także było przed Paschą. Żyd Jachim zeznał, że nie uczestniczył w zabójstwie, lecz widział przypadkowo krew chłopczyka w garnku, i nawet skosztował jej, zmoczywszy palec, myśląc, że to miód. Marko, bogaty arendarz, u którego mieszkał Jachim, i żona Marka zakazali mu  komukolwiek  mówić o tym, co widział, lecz nie wyjawili mu tajemnicy, po co potrzebna jest ta krew; Jachim, jednakże, dawno słyszał od innych Żydów, że potrzeba im właśnie krwi ludzkiej.
Aaron przyznał się, że razem z Izaakiem ukradł chłopczyka, kiedy wozili słód, i przekazał go ZeImanowi, który go zarżnął, zebrał krew i najął robotnicę Anastazję, żeby wynieść trupa do lasu. Aaron później kilka razy powtórzył swoje zeznanie, nie wypierając się więcej swoich słów, lecz nie kajał się, a wykazywał zatwardziały fanatyzm, nawet gdy dowiedział się o karze śmierci.
Izaak także przyznał się, opowiedział wszystkie detale zdarzenia, w zgodzie z wersją Aarona, i uzupełnił o odrażający dokładny obraz dręczenia i śmierci męczennika. Według jego słów, krew rozdano i użyto na przaśniki.
Mośka z Międzyrzecza zeznał dokładnie to samo i wyjaśnił przyczynę, dlaczego Żydzi zamęczonych dzieci nie chowają, powiedziawszy, że jest to niezgodne z ich wiarą; należy je wyrzucić, a nie grzebać. Zasada ta jest całkowicie zgodna z tym, co powiedziano na ten temat wyżej, w związku ze świadectwem wychrzczonego rabina Serafinowicza.
Robotnica Anastazja, chrześcijanka, przyznała się do wszystkiego bez mąk; dodała ona, że Żydówka, jej gospodyni, powiedziała jej, wynosząc razem z nią trupa, że jeśli oddano by go ziemi, to wszyscy Żydzi by zginęli. Winni zostali straceni.
W XVII wieku
69) W roku 1601  w     Polsce  Żydzi uśmiercili dziewczynkę;
70) W roku 1606 w Lublinie chłopczyka;
71) W roku 1607 w Zwołyniu chłopczyka, którego znaleziono w wodzie oszpeconego z odciętymi członkami.
72) W roku 1610 w Staszewie Żyd Szmul ukradł dziecko, sprzedał je w Szydłowcu, gdzie Żydzi zostali złapani w czasie, gdy torturowali swoją ofiarę. Żydzi zostali poćwiartowani, a ciało dziecka złożono w kaplicy, z napisem: Filius Johanni Koval et Susannae Nierychłovskiae, civium Staszoviensium, cujus vox sanguinis vindectum clamat ut Judei nominis Christiani hostes peliantur Stasovie; – Co oznacza: syn Jana Kowala i Zuzanny Nierychłowskiej, mieszczan Staszowskich, którego głos wzywa krwawej zemsty, by wygnać ze Staszowa Żydów, wrogów imienia Chrystusowego.
73) W roku 1616 24 kwietnia w Wilnie  Żyd Brodawka uśmiercił chłopca Jana, syna   dziedzica Oleśnickiego.
74) W roku 1617 w Sielcach pod Łukowem, zamęczony przez Żydów chłopczyk został odnaleziony i złożony w kolegiacie w Lublinie.
75) W roku 1626 w Sochaczewie  kilkoro chrześcijańskich dzieci zostało przez Żydów ukradzionych i zabitych.
76) W roku 1628 w Sandomierzu Żydzi zamęczyli dwoje dzieci aptekarza.
77) W roku 1636 w trybunał lubelski wydał dekret w podobnej sprawie: Żydzi zaprosili pod jakimś pretekstem karmelickiego laika (nowicjusza) i rzuciwszy się nagle na niego, spuścili z niego wiele krwi i grożąc mu śmiercią zobowiązali pod straszną klątwą nie rozgłaszać niczego o zaszłym. Lecz w wyniku tego gwałtu nowicjusz beznadziejnie zaniemógł, przyznał się do wszystkiego przeorowi i sam wkrótce zmarł, zdążył jednak przysięgnąć, że zeznania jego są prawdziwe. Na tej podstawie Żydów stracono.
78) W Guberni Kaliskiej, w mieście Łęczyca, w kościele Bernardynów, znajduje się dotychczas trup zamęczonego przez Żydów dziecka. Potomkowie winnych przez długi czas zobowiązani byli nosić po mieście, co roku w dzień przestępstwa, obraz przedstawiający uczestniczących w tym Żydów, których stracono. Później zwyczaj ten zlikwidowano, a na Żydów nałożono zamiast tego grzywnę pieniężną na rzecz klasztoru.
79) W roku 1639 zamęczono dziecko w Komoszycach.
80) W roku 1639 w Łęczycy zdarzył się podobny wypadek, którego autentyczne akta jeszcze niedawno były zachowane i z nich zrobiono wypis: poddany Mendyk został skuszony przez Żydów i sprzedał dziecko poddanego Michałkiewicza rabinowi Majerowi. Zebrawszy się nocą, Żydzi zamęczyli dziecko dokładnie w taki sam sposób, jak robiono to we wszystkich podobnych przypadkach, pokłuli go na całym ciele i spuścili z niego krew, a trupa zwrócili temu samemu chłopu Mendykowi. Wyrzuty sumienia zmusiły tego człowieka, by doniósł na siebie i na Żydów, przy czym zeznał, że przedtem sprzedał im jeszcze dwóch chłopców. Mendyk potwierdził to pod przysięgą i podczas dwukrotnej próby ognia, a także na miejscu egzekucji, przed straceniem. Tak więc, Mendyka za przyznanie się ćwiartowano; a Żydzi, którzy w zaparte do niczego się nie przyznawali, zostali przez wyższy sąd uniewinnieni. Była to jedna z pierwszych i najbardziej pamiętnych lekcji dla chrześcijan, aby nie przyznawali się i by nie obwiniali Żydów o takie straszne zbrodnie.
81) W roku 1648 w Iwaniskach  Żydzi zamęczyli i pokłuli dziecko  a rany zalali woskiem.
82) W roku 1650,21 marca, w Kodeniu łamano kołem pewnego Żyda za to, że uśmiercił dziecko, zadając mu osiem ran i obcinając palce rąk.
W roku 1649 Żydzi torturowali i uśmiercili dzieci:
83) W Chwostowie;
84) W Kijach, niedaleko od Pińczowa;
85) W Niegosłowicach pod Pacanowem;
86) W Sęciminie;
87) W Opatowie – winni zostali straceni.
88) W roku 1655 zdarzyło się to samo w Brzeźnicy pod Sandomierzem, gdzie oskarżono o to arendarza Citko,
89) W Ostrowiu, pod Lublinem,
90) W Praszce.
91) W roku 1660 w Tunguch, w Niemczech, Żydzi na Paschę zarżnęli dziecko chrześcijańskie, za co spalono 45 ludzi.
92) W roku 1669 koło Metz, we Francji, Żyd Levi ukradł dziecko, które znaleziono martwe w lesie; winny został spalony.
93) W roku 1665,12 maja, Żydzi w Wiedniu zamęczyli na śmierć kobietę, którą znaleziono pociętą na kawałki w jeziorze. Ponieważ podobne zbrodnie powtarzały się także później, więc Żydzi zostali w roku 1701 wygnani przez cesarza z Wiednia.
W roku 1689 zaistniały podobne wypadki, a winni zostali ukarani:
94) W Żółkwi;
95) We Lwowie;
96) W Ciechanowie;
97) W Drohobyczu. Sędziowie, zbierający się w tej ostatniej miejscowości w związku z tą sprawą, zostali wszyscy otruci.
98) W Guberni Mińskiej, koło Słucka, w klasztorze Świętej Trójcy, spoczywają relikwie chłopczyka Hawryły, zamęczonego roku 1690 przez Żydów. W napisie przedstawiono wszystkie szczegóły tego zdarzenia; zbrodni dokonano w Białymstoku, trupa znaleziono w gęstym zbożu, ze zwykłymi dla takich wypadków oznakami. Psy obszczekały znalezione ciało chłopca, który później uznany został za miejscowego błogosławionego. Na jego cześć ułożono pieśni religijne, zwane kancjonałami. Żyd, arendarz Szutka, byt głównym zabójcą. Pamiątek z tej sprawy sądowej nie pozostało z powodu pożarów.
99) W roku 1694 Żydzi uśmiercili dziecko we Włodzimierzu Wołyńskim.
100) To samo zdarzyło się w roku 1697 w Nowym Mieście pod Rawą, oraz
101) w Wilnie, gdzie kilku Żydów, za zamęczenie na śmierć dzieci, zostało straconych w roku 1698:
102) w Województwie Brzeskim, w Zabłudowie;
103) w Kodniu, pod Zamościem;
104) w Sandomierzu;
105) w Różanach;
106) w Słonimiu – Żydzi zamęczyli siedmioro dzieci; a w Brodach otruli biskupa Czeszejkę.
107) W roku 1699, w Ciechanowie i Białej, Żydów stracono na placu przed synagogą, za to, że spiwszy młodego człowieka, chrześcijanina, spuścili mu krew i zamęczyli na śmierć.
W XVIII wieku
108, 109 i 110) W roku 1705 w Grodnie, Chmielowie i Rzeszowie, Żydzi zamęczyli na Paschę troje chrześcijańskich dzieci.
111) W roku 1750  Żydzi  z powodu takiego samego przypadku  zostali wygnani z Kamieńca Podolskiego.
112) W roku 1753  w Żytomierzu  było zdarzenie prześledzone z całą dokładnością i udowodnione w śledztwie i w sądzie; decyzję podjętą w tej sprawie odnaleziono w archiwum w roku 1831.
W Wielki Piątek 20 kwietnia 1753 roku, we wsi Markowa Wolnica, Żydzi złapali wieczorem trzyletniego chłopczyka Stefana Studzickiego, zanieśli go do karczmy, poili miodem i karmili chlebem, namoczonym w wódce, w wyniku czego dziecko zasnęło i leżało spokojnie za piecem. W noc na Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, Żydzi zebrali się w karczmie, zawiązali dziecku oczy, zacisnęli usta cęgami i trzymając nad balią, kłuli go ze wszystkich stron ostrymi gwoździami, obracając i podnosząc, aby lepiej spływała krew. Gdy męczennik oddał ducha, trupa odniesiono do lasu, gdzie go odnaleziono na drugi dzień. Stojąc przed oczywistymi dowodami, Żydówki Brejna i Fruzia bez mąk, przyznały się do tego zabójstwa, obwiniły przy tym swoich mężów, którzy także bez mąk przyznali się. Następnie poddano mękom innych, którzy przyznali się do winy i w sposób tak dokładny opisali to zbrodnicze przestępstwo, że już, oczywiście nie mogło być żadnej wątpliwości. Żydów stracono straszną śmiercią w Żytomierzu: rabinowi Połodkowi i pięciu innym Żydom spalono pod szubienicą ręce, związane nasmołowanymi konopiami, wycięto po trzy pasy z pleców, a potem   poćwiartowano, głowy osadzono na palach, a ciała powieszono, pięciu innych po prostu poćwiartowano, głowy osadzono na palach, a ciała powieszono, jednemu, który przyjął chrzest święty, ścięto głowę. W tym czasie namalowano obraz, przedstawiający trupa chłopczyka Studzickiego w takiej postaci, jak był znaleziony, pokłuty na całym ciele. Oryginalny obraz, prawdopodobnie, zachował się w całości dotychczas; przechowywany był u arcybiskupa lwowskiego.
113 i 114) W roku 1799, zgodnie z aktami departamentu wyznań obcych, były dwa podobne przypadki: 1) Pod Rzeczycą znaleziono w lesie martwego człowieka z niezwykłymi znakami i ranami na ciele: dłoń prawej ręki przekłuto, jak gdyby dłutem, tworząc ranę; druga rana powyżej lewego łokcia; trzecia, podobna, pod lewą łydką i czwarta na plecach. Rany w sposób oczywisty naniesiono umyślnie i kilkakrotnie; człowiek ten nocował w karczmie u Żyda, którego pracownik wywiózł go, w tym stanie, do lasu. Lecz w śledztwie niczego nie wykryto, dlatego, że wszyscy aresztowani Żydzi zbiegli i nie odnaleziono ich. 2) W tym samym roku, przed żydowską Paschą, w powiecie Siennińskim, w pobliżu żydowskiej karczmy znaleziono trupa kobiety, której twarz, ręce, nogi i całe ciało były pokłute; lecz na sukni nie znaleziono żadnego śladu krwi, z czego widać, że ją rozebrano, pokłuto, pozbawiono życia, a potem obmyto i ubrano. Jednak śledztwo niczego nie wykryło.
W XIX wieku
115) W roku 1805 prowadzono sprawę w Wieliskim sądzie powiatowym w związku ze znalezionym w rzece Dźwinie ciałem szesnastoletniego chłopca Trofima Nikitina; chłopiec miał poderżnięte gardło i na całym ciele był pokłuty, o co obwiniano trzech Żydów, w tym Chaima Czernego, który został powtórnie wplątany w taką samą sprawę w roku 1823. Z powodu braku dowodów sprawę przekazano woli Bożej; lecz później wykryto ważne przeoczenia prowadzących śledztwo, za co na sądy, ziemski i powiatowy, nałożono grzywnę, lecz sprawy powtórnie śledztwu nie poddano.
116) W roku 1811, przed Paschą, w Guberni Witebskiej, we wsi dziedziczki Tomaszewskiej, przepadło u chłopa dziecko z kołyski, i choć wiele okoliczności kierowało podejrzenia na Żydów, śledztwo niczego nie wykryło.
117) W roku 1816, w Grodnie, przed Paschą, znaleziono ofiarę, chłopską dziewczynkę, Adamowiczównę, której jedna ręka wycięta była ze stawu łokciowego, a ciało pokłute w wielu miejscach. Podejrzewano, że zbrodni tej dokonali Żydzi, i pierwsze śledztwo wzmocniło podejrzenia; lecz Żydzi posłali delegatów do Petersburga, skarżąc się na takie obrażające ich podejrzenie, przypisując je, bardzo chytrze, nienawiści Polaków za przywiązanie Żydów do rządu. Właśnie w wyniku tego wydano Najwyższy Ukaz z dnia 28 lutego (ogłoszony 6 marca) 1817 roku, „aby Żydów nie obwiniać o uśmiercanie chrześcijańskich dzieci jedynie na skutek przesądów, jakoby potrzebowali oni krwi chrześcijańskiej, i gdyby gdzieś zdarzyło się zabójstwo i podejrzenie padło na Żydów, wtedy, jednak bez uprzedzenia, że zrobili to oni w celu uzyskania krwi chrześcijańskiej, ma być przeprowadzone śledztwo oparte na prawie itd.”. Na tej podstawie, kierownictwo Guberni Grodzieńskiej otrzymało Najwyższe Upomnienie i sprawę zakończono. Lecz wobec nalegań prokuratora gubernialnego, który wykrył nieprawidłowości i niekompletność w początkowym śledztwie, wznowiono je po 10 latach: Rada Państwa, wziąwszy pod uwagę dziesięcioletnią dawność i Najwyższy Ukaz z roku 1817, który zakazał rzucania  podobnych podejrzeń na Żydów – postanowiła puścić sprawę w zapomnienie. W związku z tym zgłosił się wychrzczony Żyd Sawicki, zgadzając się zdemaskować Żydów, jeśli tylko dostanie zabezpieczenie przed zagrażającym mu w tym wypadku niebezpieczeństwem; lecz Rada Państwa uznała, że „tego rodzaju śledztwa są zabronione wspomnianym Najwyższym Ukazem”.
118) W roku 1821, na brzegu rzeki Dźwiny znaleziono ciało Krystyny Śiepowrońskiej i o jej zabójstwo podejrzewano Żydów, chociaż niczego nie wykryto.
119) W roku 1821, przed Paschą, w Guberni Mohylewskiej, w powiecie czausowskim, we wsi Golenia znaleziono martwe ciało chłopca Łazariewa. Na podstawie oznak zewnętrznych sądzono, że musiał być on uśmiercony przez fanatycznych Żydów. Gubernator rozpoczął dokładne śledztwo, lecz Żydzi, powtórnie posławszy delegatów do Petersburga z listem powiatowego nadzorcy sądowego, oskarżającym go o zamiar nadużycia, skarżyli się na takie ubliżające im podejrzenie, niezgodne z Najwyższym Ukazem z roku 1817. Sprawę przerwano, a zarząd gubernialny upomniano, że postąpił sprzecznie ze wspomnianym Najwyższym Ukazem, powziąwszy podobne podejrzenie w stosunku do Żydów.
120) W roku 1823, pastor Oertel wykrył podobny przypadek, mający miejsce w Bawarii. Jest to widocznie ostatni przykład z Europy Zachodniej. Od tej pory takie zdarzenia wykrywano tylko w Polsce, w rosyjskich zachodnich guberniach i na Wschodzie, w Turcji, Syrii itd.
121) W roku 1823 zdarzył się podobny wypadek w Wieliżu, w Guberni Witebskiej. Była to jedna z najgłośniejszych spraw  ze względu na wielkość procesu, złożoność, dużą ilość wplątanych w nią ludzi, ze względu na wykryte w związku z tym inne podobne zbrodnie, ze względu na czas trwania, a w końcu i dlatego, że przekazana była do ostatecznej decyzji Radzie Państwa. O sprawie tej jest tyle dokładnych i kompletnych wiadomości, że zasługuje ona na szczególną uwagę i dlatego zostanie    dokładnie przedstawiona poniżej.
W związku z rozpatrywaniem sprawy wieliskiej ujawniono jeszcze kilka podobnych zbrodni, lecz dowody wszystkich tych spraw, rozsądzonych za jednym razem, uznane zostały za niedostateczne. Do spraw tych należą:
122) Zabójstwo w Wieliżu, w roku 1817, dwóch wiejskich chłopców. Pierwsze zeznanie o tym złożyli: robotnica Tierientiewa, która sama przyprowadziła, za pieniądze, chłopców do domu Żyda Cetlina. Robotnice Maksymowa i Kowalowa, uczestniczące także w tej sprawie, przyznały się i potwierdziły w całości zeznanie pierwszej; a Kowalowa, będąc poddaną bogatych Żydów Berlinów, którzy kupili cały majątek na imię powiatowego skarbnika Suszki, tak się przestraszyła swego przyznania się, że, przepłakawszy całą noc i twierdząc, że teraz to ona przepadła, udusiła się. Chłopcom, według zeznania tych kobiet, Żydzi obcięli paznokcie, potem obrzezali ich, toczyli w beczce, związali rzemieniem nogi pod kolanami, nakłuwali po całym ciele, zbierając wyciekającą krew, a martwych zrzucili z przystani do Dźwiny. Odrażające szczegóły zeznań tych trzech kobiet, pomimo ich zagmatwania, mają w sobie ślad prawdy nie do odrzucenia. Tak, na przykład, Kowalowa, we łzach i w strachu, opowiadała, gdzie i w jakich okolicznościach widziała, w specjalnej szkatułce u Cetlinowej, suche, krwawe placki z krwi tych chłopców, oraz część krwi, zebranej w srebrny puchar, dodając, że krew już się zepsuła i pachniała padliną.
123) Ta sama Kowalowa, oświadczyła przy tym, że, prawdopodobnie ci sami Żydzi zabili jej rodzonego brata, Jakowa, lecz ona nie śmiała o tym mówić. Według uzyskanych informacji okazało się, że małoletni Jakow w roku 1818 umarł, ponieważ jakoby nieostrożnie sam sobie naniósł rany; sprawą tą, z powodu przedawnienia, nie zajęto się.
124) Przy okazji tej sprawy okazało się, że wszyscy Żydzi w roku 1817 torturowali i uśmiercili szlachciankę Dworzycką, dorosłą kobietę, której szczątki znaleziono w lesie w następnym roku. W zbrodni tej uczestniczyły te same dwie rozpustne ruskie baby, które wyjawiły wszystkie jej szczegóły. Dworzycką upili, toczyli w beczce, bili po policzkach, przeklinali ją, położyli na dwa krzesła, nakłuwali w różnych miejscach i zbierali krew do podstawionego naczynia; martwą umyli, położyli w łuby i wywieźli za miasto, do lasu. Nawiasem mówiąc, ze zdarzenia tego widać, że Żydzi, którzy targnęli się na podobną sprawę, nie ograniczają się do zabójstwa samych tylko chłopców lub mężczyzn, lecz gotowi są wykorzystać każdy sprzyjający wypadek, ażeby zabić chrześcijanina i wziąć jego krew do fanatycznych obrzędów. Nawiasem mówiąc, Tierientiewa zeznała, że nie wie, do czego Żydzi użyli krwi Dworzyckiej; lecz zauważyła, że oglądając tą krew, uznali ją oni za czarną i nie byli z niej zadowoleni.
125) Przy okazji tej sprawy okazało się, że Żydzi zabili dwie dziewczynki, żebraczki, w roku 1819, w Semiczewskiej karczmie koło Wieliża. I tutaj oburzające szczegóły, całkowicie zgodne z okolicznościami i innymi informacjami o podobnych sprawach, nie pozostawiają żadnych wątpliwości co  do  prawdziwości zdarzenia. Wielu Żydom, oskarżonym w tej sprawie, udowodniono całkowitą fałszywość zeznań i aroganckie kłamstwo; między innymi twierdzili oni, że wcale nie znali i nigdy nie widzieli Tierientiewej, a przecież udowodniono, że znali ją oni bardzo dobrze i już wiele lat, dlatego że pracowała u Żydów w tym samym miejscu.
126) Przy okazji tej sprawy wykryto zabójstwo w karczmie Brusowanowskiej jeszcze czworga dzieci. Zdarzyło się to także przed Paschą, w roku 1821 lub 1822, w czasie głodu, gdy dzieci chodziły po prośbie. Żydzi zawoławszy je do karczmy, zamknęli osobno, a potem pojedynczo uśmiercali, w obecności wielu innych Żydów, jak zwykle męcząc je. Współuczestniczki Żydów, Maksymowa i Tierientiewa, wymieniły z imienia wielką ilość winnych, opisawszy z całą dokładnością, jak przestępstwa dokonano, kto gdzie stał, co mówił i robił. Jednego Żyda doprowadzono dowodami do tego, że plącząc się i gubiąc się, zapłakawszy, powiedział w obecności komisji: „Jeśli ktoś z mojej rodziny przyzna się, lub jeśli ktoś inny powie to wszystko – wtedy i ja przyznam się”, inni Żydzi albo uparcie milczeli, lub tracili panowanie i wściekle krzyczeli i grozili świadkom.
Do tego wszystkiego dołączono jeszcze sprawę związaną ze zbezczeszczeniem Hostii Świętych, uzyskanych przekupstwem lub  skradzionych  specjalnie w tym celu z cerkwi. Śledztwo wykazało prawdziwość tego donosu, wyjaśniwszy wszystkie jego szczegóły; tym niemniej, Żydzi nie uznali za stosowne przyznać się i rzeczywiście wykręcili się gołosłownym, uporczywym zapieraniem się. Żydzi na przesłuchaniach tracili kontrolę, krzyczeli i klęli tak, że wyprowadzano ich precz i komisja nie mogła kontynuować przesłuchań. Nawiasem mówiąc, o tej sprawie wspominamy tutaj tylko w związku z poprzednimi.
127) W roku 1827, przed Paschą, w Guberni Wileńskiej,   we wsi dziedzica Dammi, przepadł bez wieści siedmioletni chłopiec, Piotrowicz. Pastuch Żukowski oświadczył, że widział, jak Żydzi złapali dziecko w polu i uwiedli; później znaleziono trupa okaleczonego w taki sam sposób, jak we wszystkich podobnych przypadkach; Żydzi plątali się podczas przesłuchań, składali fałszywe zeznania, znowu je zmieniali i w końcu udowodniono im tę zbrodnię na tyle, na ile można to udowodnić ludziom, nie mającym na swoje usprawiedliwienie niczego, oprócz gołosłownego zaprzeczania. Pomimo tego, że w tym wypadku był nawet jeden postronny świadek, wspomniany pastuch, Żydów pozostawiono jedynie w stanie podejrzeń. I to, oczywiście, już udowadnia, że wszystkie dowody, oprócz przyznania się, istniały, ponieważ we wszystkich innych współczesnych nam przypadkach, zamieszczonych powyżej i poniżej, Żydów zawsze uniewinniano. Należy do tego jeszcze dodać, że dwóch Żydów, którzy zaczęli już się przyznawać, znaleziono martwymi: jeden został zabity pod mostem, drugi otruty. Stosownie będzie tutaj wspomnieć, że w przypadku podobnego procesu, akt którego nie można było teraz odszukać, Żyd, który przyznał się do przestępstwa, został znaleziony powieszonym w żydowskiej szkole przy zamkniętych drzwiach; pomimo tego, przyjęto zeznanie Żydów, że on sam się powiesił.
128) W roku 1827 w Warszawie, na dwa dni przed Paschą przepadło dziecko; oczywiście podejrzenie padło na Żydów, znaleziono ślady, i dziecko, wbrew zapewnieniom i zaprzeczeniom gospodarza domu, Żyda, znaleziono w jego kufrze. Pomimo wielu okoliczności, które w sposób wołający o pomstę do nieba demaskowały winnych, że zamierzali w zwykły sposób złożyć dziecko jako ofiarę swojego szalonego fanatyzmu, Żydzi wykręcili się zapewnieniem, że zrobili to dla żartu.
129) W książce „Podróż po Turcji Anglika”   Wally  w  roku 1828  pisze:
„Konstantynopolscy chrześcijanie twierdzą, że Żydzi, uprowadzając dzieci, składają je jako ofiarę na Paschę, zamiast paschalnego baranka. Byłem świadkiem wielkiego wzburzenia wśród mieszkańców. Przepadło dziecko greckiego kupca i myślano, że zostało ukradzione i sprzedane w niewolę. Lecz wkrótce jego ciało znaleźli w Bosforze; ręce i nogi były związane, a specjalne rany i znaki na ciele wskazywały, że dziecko uśmiercono w sposób niezwykły, mając jakiś szczególny niewyjaśniony zamiar. Jawne obwinienia padły na Żydów, ponieważ zdarzyło się to przed Paschą; lecz niczego nie wykryto”.
130) W roku 1833 w powiecie borysowskim, w Guberni Mińskiej, mieszkający we wsi Plitczany Żyd Orko, zwabił do siebie chłopkę Teklę Sieliezniewą, która uciekła od dziedzica, i towarzyszącą jej dziewczynkę lat 12, Eufrozynę i według zeznań pierwszej, namówił ją, obiecawszy jej 30 rubli, żeby zgodziła się na zabicie dziewczynki, ażeby można było uzyskać z niej krew. Trupa znaleziono, a na nim, oprócz oznak uduszenia, na skroni była rana, skąd, według zeznań Tekli, Orko spuścił krew do butelki. Mówił jej, że krew ta jest potrzebna dla jakiejś ciężarnej krewniaczki, przy porodzie, której niezbędna jest chrześcijańska krew, do pomazania oczu dziecka. Namawiając Teklę, Orko powiedział: „Choćby z małego palca dostać krwi, bardzo potrzebna, bez tego w żaden sposób nie można się obejść”. W domu Żyda i częściowo nawet na jego żonie i córce znaleziono zdjęte z zabitej odzienie; Tekla, po zaparciu się i zaprzeczaniu, opowiedziała wszystkie szczegóły tego zabójstwa i w jaki sposób Orko nacedził krwi do butelki. W późniejszym czasie Żydom udowodniono przekupywanie podsądnej Tekli, żeby wzięła wszystko na siebie, a Żydów żeby nie wydawała. Orko namawiał także matkę zabitej, żeby nie szukała swojej córki, która żyje w dobrym miejscu; on także na siłę i biciem nie dopuszczał do przeszukania szopy, gdzie, na podstawie zeznań Tekli, znaleziono trupa. Żona i córka Orki i on sam ciągle plątali się w fałszywych zeznaniach. W wyniku tego wszystkiego Orko oskarżono o zabójstwo; lecz na podstawie Najwyższego Ukazu z 1817 roku, który zabraniał podejrzewania Żydów o wykorzystywanie   krwi chrześcijańskiej, sprawę tą skasowano.
131) W roku 1833 w Wołyńskiej Guberni, w powiecie Zasławskim, zdarzyło się co następuje:
Chłop hrabiego Grocholskiego, Prokop Kazan, przybył 20 marca do Zarządu Ekonomicznego i dał znać znakami, że na drodze do wsi Wołkowce napadli na niego trzej Żydzi i odcięli mu język. Gdy rana podgoiła się, opowiedział co następuje: „Gdy przeszedłem las, na skrzyżowaniu między wsiami Gorodziszcze i Seredince, doścignęli mnie Żydzi. Gdy zrównali się ze mną, najprzód podszedł do mnie jeden Żyd i rozmawiając, szedł obok; potem dołączył do nas drugi, a w końcu i trzeci. Niczego nie podejrzewając, z ufnością odpowiadałem na ich pytania, wtem jeden, pozostawszy trochę w tyle, schwycił mnie z tyłu i powalił; inni rzucili się i zaczęli naciskać na pierś i dusić za gardło, tak silnie, że straciłem przytomność i prawdopodobnie wysunąłem język. Gdy z bólu odzyskałem przytomność, zorientowałem się, że postawiono mnie na kolana i mam nachyloną głowę; jeden Żyd podtrzymywał moją głowę, a drugi podstawiał pod usta miseczkę, do której mocno lała się krew. W takim położeniu, ciągle szturchając mnie w boki i tył głowy, prawdopodobnie, aby krew silniej ciekła, trzymali mnie oni do tego momentu, aż miseczka napełniła się krwią więcej, niż do połowy. Wtedy, wziąwszy miskę z krwią i zabrawszy mi 12 rubli w srebrze, które znalazłem na jarmarku, siedli z powrotem w swoją bryczkę i pojechali. Zdarzyło się to koło południa. Na skutek utraty krwi znowu zemdlałem, a gdy przyszedłem do siebie, to słońce było już nisko. Żydzi pojechali bryczką, do której zaprzężono trzy gniade i jednego białego konia”.
Zasławski horodniczy natychmiast zebrał wszystkich tamtejszych Żydów furmanów, postawił ich w dwa rzędy i wezwawszy Kazana, kazał jemu rozpoznać spośród nich przestępców. Kazan, trzy razy przeszedł przed rzędami i nie mogąc jeszcze mówić, pokazał znakami, że ich tutaj nie ma. Sprawdziwszy obecnych Żydów według listy, horodniczy doszedł do wniosku, że wśród nich brakuje trzech, a mianowicie: Icka Małacha, Szaji Szopnika i Szlomy Kalija. Wezwano ich, postawiono w rzędy i znowu wezwano Kazana, któremu wcześniej pozwolono odejść. Tylko podszedł, jak od razu wskazał na Icka Małacha, starając się na wszelkie sposoby dać znać, że to jest ten sam, który odciął mu język; w Szopniku rozpoznał on tego, który go trzymał; w Kaliju rozpoznał podobieństwo z trzecim uczestnikiem przestępstwa, nie twierdząc jednakże absolutnie, że jest to on. Kazan twardo obstawał przy swoich zeznaniach, nawet po duchowym pouczeniu.
Żydzi wypierali się. Małach zapewniał, że on już dziesięć dni nie wyjeżdżał z miasta; Szopnik, że wyjeżdżał i wrócił dokładnie 20-go, lecz z Żydem Reznikiem, i jednym koniem. Kalij, że także był w tym czasie w mieście. Każdy przedstawił świadków.
Zeznanie Kalija, prawdopodobnie potwierdziło się; słowa Szopnika częściowo także, lecz była pewna różnica co do czasu; natomiast, jeśli chodzi o świadków przedstawionych przez Małacha, dwóch Żydów, w tym jego gospodarz Girsztel, w ogóle nie chcieli świadkować; a jego zeznanie potwierdził tylko jeden Żyd, jedna Żydówka, stróż i jego ojciec, szeregowy oddziału inwalidów, człowiek, ukarany kijami za niewłaściwe zachowanie i przeniesiony do inwalidów i – oprócz tego – wyznaczony jako wartownik przy Małachu.
Tymczasem przepytywano mieszkańców osiedli, sąsiadujących z miejscem, gdzie nastąpiło zdarzenie. Spośród nich wielu zeznało, że widzieli w ten dzień trzech Żydów, lecz dokąd oni jechali, nie zauważyli, równocześnie nie pamiętają ani maści, ani ilości koni. Inni zeznali, że rzeczywiście przejeżdżali Żydzi podobnymi końmi, lecz nie zauważyli, ilu było ludzi i dokąd pojechali; jeden : oświadczył, że widział właśnie trzech Żydów, przejeżdżających przez jego wieś, Gorodziszcze, trzema gniadymi końmi i jednym białym; a zasławski urzędnik policji konkretnie świadczył, że tylko Żyd Małach wyjeżdżał z miasta trzema gniadymi i jednym białym koniem, i że w tym czasie ani bryczki, ani takich koni u żadnego innego z zasławskich Żydów nie było. Nie mógł tylko konkretnie powiedzieć, czy Małach jeździł dokądś dokładnie w dzień zdarzenia.
Urzędujący lekarz, badający Kazana, doszedł do wniosku, że język rzeczywiście odcięto ostrym narzędziem, lecz by zrobiono to pod przymusem, lekarz uznał za niemożliwe, po pierwsze, troje ludzi nie jest w stanie dokonać podobnego gwałtu, a po drugie, dlatego, że Kazan, ani na ciele, ani na ubraniu, oprócz bielizny, którą, według jego słów, wytarł się po przyjściu do przytomności, nigdzie nie miał krwi, czego w przypadku gwałtu nie można byłoby uniknąć.
Magistrat z Nowogrodu Wołyńskiego postanowił: Żydów zostawić w stanie mocnego podejrzenia.
Izba karna postanowiła: pozostawić ich na wolności.
Gubernator zaopiniował, że uważa Żyda Małacha za zdemaskowanego i proponuje zesłać go na Syberię; Szopnika zostawić w stanie podejrzenia i zesłać go do innego miasta; Kaiija poddać nadzorowi policyjnemu w miejscu zamieszkania.
Rządzący Senat, opierając się: 1) na wnioskach urzędującego lekarza; 2) na dowodach Żydów, że w czasie zdarzenia przebywali w mieście nie wyjeżdżając, oprócz Szopnika, który udowodnił, że wyjeżdżał z Reznikiem; 3) na ogólnej przychylnej ocenie zachowania się Żydów; 4) na tym, że Kazan a) nie powiedział natychmiast o znalezionych przez niego 12 rublach b) bywał w karczmach i pił c) oszukał brata, zataiwszy prawdziwą przyczynę swojego odejścia z domu, i dlatego, pomimo przychylnej oceny postronnych, pokazał, że niewłaściwie się zachowuje – postanowił: 1) uznać, że Żydzi nie byli zamieszani w sprawę; 2) Kazana, za fałszywe ich pomówienie, ukarać dwudziestoma uderzeniami bata i oddać pod nadzór policji, w podejrzeniu, że on sam okaleczył się mając na uwadze przestępcze cele.
Nie możemy tutaj wstrzymać się od pewnych uwag. Po pierwsze, urzędujący lekarz albo sam, z naiwności, został oszukany, lub, co jest bardziej prawdopodobne, oszukał innych. Jego świadectwo jest całkiem fałszywe, nie ma podstaw. Jeśli troje ludzi przewróci jednego i będą go dusić za gardło, uciskając pierś do utraty przytomności, to nie tylko otworzą mu się usta, ale także wysunie się język, wystarczy tylko przycisnąć grdykę lub krtań. Tak samo jasnym jest, dlaczego na ubraniu Kazana nie było krwi: ocknął się on z pierwszego zemdlenia, klęcząc na kolanach, z pochyloną do przodu, nad naczyniem, głową, a trzej Żydzi trzymali go; wkrótce zemdlał on znowu i leżał, utraciwszy wiele krwi, od południa do wieczora. A więc, z początku krew ściekała do podstawionej ściśle do ust miseczki, potem, na przeciąg całego zemdlenia, przestała, zakrzepła na języku i gdy ponownie odzyskał świadomość, to krwawienia już nie było, i dlatego ubranie nie było zakrwawione.
132) W roku 1840, w czasie Paschy, duchowny katolicki, ojciec Tomasz, mieszkający w Damaszku, poszedł ze swoim sługą do dzielnicy żydowskiej, i obaj przepadli bez wieści. Oskarżenia padły na Żydów; cała chrześcijańska ludność Damaszku wzburzyła się, a oburzenie rozpaliło także muzułmanów. Konsul francuski, całkowicie przekonany o tym, że zbrodni dokonali Żydzi, prowadził własne śledztwo, wszelkimi środkami skłaniał rząd turecki do działań i nalegał na oskarżenie i ukaranie Żydów; konsul austriacki, w kompetencjach którego Żydzi częściowo pozostawali, sprzeciwiał się i bronił Żydów. Okropne męki wymuszały na tych ostatnich przyznanie się ze wszystkimi szczegółami do zbrodni; nawet kilkoro ludzi nie mogło przeżyć nieludzkich mąk, i dlatego teraz w Europie twierdzi się, że przyznanie się ich było wymuszone i fałszywe. Lecz to przyznanie się, we wszelkich swoich szczegółach, było jednakowe na przesłuchaniach kilku Żydów, przy tym szczątki pociętego na części mistrza i jego sługi znaleziono w różnych miejscach, zgodnie ze wskazaniami tych Żydów, między innymi znaleziono także część czapki lub biretu zabitego, i wszyscy, którzy znali go natychmiast rozpoznali te strzępy. Żydowskie delegacje z podarunkami z Paryża i Londynu do Aleksandrii, doprowadziły do zaniechania sprawy i Żydzi, którzy przeżyli,  zostali wypuszczeni na wolność.
133) W bieżącym 1844 roku, najwyższy sąd Porty wydał decyzję w sprawie Żydów, mieszkających na wyspie Marmara, oskarżonych o męczeńskie zabicie chrześcijańskiego chłopca, którego znaleziono okaleczonego, jak we wszystkich podobnych przypadkach. Skargę wniósł grecki patriarcha, lecz na skutek stanowczych nacisków posła angielskiego, jak doniosły gazety, Porta nie uznała Żydów za winnych i jeszcze skazała patriarchę na wynagrodzenie strat.
134) W roku 1843, w kwietniu, także przed Paschą, znowu u nas w Rosji wydarzył się godny uwagi tego rodzaju wypadek, choć nie tak zbrodniczy, ponieważ obeszło się bez zabójstwa. W Guberni Witebskiej, w mieście Łuck, dwaj Żydzi, bracia Berko i Szmaria Klepaczowie, złapawszy piętnastoletnią dziewczynę, Szczerbińską, siłą doprowadzili ją do krwawienia, zebrawszy krew do szklanki. Pomimo wszystkich dowodów, Berko i Szmaria wypierali się wszystkiego i nie można im było ani niczego udowodnić (dlatego, że nie było świadków), ani zmusić ich do przyznania się. Z tego powodu generał-gubernator starał się w tajemnicy zebrać na miejscu informacje i doszedł do wniosku, że chociaż dowody te praktycznie nie pozwalają na uwięzienie, lecz podtrzymują one z dawna istniejącą wiarę o wykorzystywaniu przez Żydów chrześcijańskiej krwi w jakichś fanatycznych obrządkach.

Sprawa wieliska
Kończąc na tym szereg wybranych z różnych książek i źródeł przykładów, służących za dowód istnienia pomiędzy Żydami obrządku, który nierzadko prowadzi do zabójstwa chrześcijan, w szczególności dzieci, trzeba jeszcze uwzględnić, że podane przykłady, chociaż jest ich niemało, stanowią oczywiście niewielką tylko część zaszłych przypadków, ponieważ nie wszystkie one zostały wykryte, nie wszystkie zachowały się w pisemnych zabytkach, i bynajmniej nie wszystkie można było zebrać: wszystkie podobne sprawy, zakończone procesem w niższych i średnich instancjach, nie mogły być włączone, dlatego, że nie było o nich żadnych wiadomości; także i te przypadki, przy których w ogóle niczego nie wykryto, a wszystkie informacje o nich ograniczają się do zeznań w raportach o zdarzeniach, że gdzieś tam dziecko zaginęło bez wieści. W celu konkretnego udowodnienia, że oskarżenie to nie jest oszczerstwem lub kłamstwem, i że nie tylko męki średniowieczne zmuszały Żydów do przyznawania się do tej strasznej prawdy, pozostaje przeanalizować trochę dokładniej jedną z nowszych spraw tego rodzaju, na przykład, sprawę wieliską, rozpoczętą 24 kwietnia 1823 roku w wieliskiej policji miejskiej, a zakończoną, po dwunastu latach, 18 stycznia 1835 roku na ogólnym posiedzeniu Rady Państwa. Sprawa ta godna jest uwagi ze względu na doskonałe przedstawienie jej szczegółów, wielokrotne wznawianie śledztwa i jasność wszystkich dowodów, nie wyłączając nawet własnego przyznania się niektórych. Lecz co mogłoby zmusić Żydów do przyznania się do podobnego przestępstwa, będącego religijną, fanatyczną tajemnicą, a przy tym na co w takim przypadku przestępcy mogliby liczyć? Na odwrót, zawzięte, bezczelne, gołosłowne wypieranie się ratowało ich prawie zawsze i uratowało także tym razem. 22 kwietnia 1823 roku syn żołnierza, Fiodor Jemielianow, mający trzy i pół roku, zaginął w Wieliżu bez wieści. Było to w dzień Zmartwychwstania Pańskiego. Trup chłopczyka znaleziono w drugim tygodniu po Wielkanocy za miastem, w lesie, w takim stanie, że nikt z mieszkańców nie mógł mieć wątpliwości co do prawdziwości powstałego podejrzenia i rozpowszechnianych przez jakąś wróżbiarkę, głuchych wieści, a mianowicie, że chłopczyk został bestialsko zamęczony przez Żydów. Na całym ciele były zdarcia naskórka, jak gdyby skórę czymś silnie pocierano; paznokcie byty obcięte aż do ciała; na całym ciele mnóstwo niewielkich ran, jak gdyby przekłutych gwoździem; sine, nabrzmiałe krwią nogi wskazywały, że pod kolanami zawiązano mocną opaskę; nos i wargi były spłaszczone, także z powodu opaski, która pozostawiła także pąsowy znak na potylicy, od węzła; i w końcu, chłopca po żydowsku obrzezano. Wszystko to udowadniało bezspornie, jak zeznał pod przysięgą lekarz, że dziecko zamęczono umyślnie i celowo; ze stanu organów wewnętrznych widać było, że trzymano je kilka dni bez jedzenia. Ponadto zbrodni dokonano na dziecku rozebranym, następnie ciało obmyto i ubrano; ponieważ na bieliźnie i ubraniu nie było żadnych śladów krwi. Ze śladów i kolein koło tego miejsca, gdzie leżał trup, było widać, że do tego miejsca z drogi podjeżdżał powóz lub bryczka zaprzężona w parę koni, a trupa zaniesiono stamtąd do błota na piechotę. Rodzice i inni ludzie rzucili podejrzenie na Żydów, innej przyczyny męczeńskiej śmierci niewinnego dziecka nikt nie mógł wymyślić.
Tymczasem okazało się, że żołnierka Maria Tierientiewa jeszcze przed znalezieniem trupa, wywróżyła i wyjawiła matce, że jej syn jest jeszcze żywy, siedzi w piwnicy u Żydów Berlinów i nocą zostanie zamęczony; to samo przepowiedziała dwunastoletnia dziewczynka Anna Jeremiejewa, chora, która mdlała i była znana wśród ludu z tego, że przepowiada. U Berlinów przeprowadzono w domu rewizję, lecz niczego podejrzanego nie znaleziono; gospodarz powiedział, że w jego domu nie ma piwnicy; lecz znaleziono dwie, chociaż odkrycie to do niczego nie doprowadziło; rewizję prowadził pewien rewirowy nadzorca z rajcą, który był po pierwsze – Żydem, a po drugie – bliskim krewnym Berlinów, w którego domu schowano chłopca na czas przeszukiwania.
Szmerka Berlin był kupcem, człowiekiem bardzo zamożnym, szanowanym wśród Żydów i żyjącym dostatnio; jego teściowa, Mirka, także uchodziła za bogatą, i dom ten przedstawiał wielką, zamożną rodzinę. Berlinowie władali także zamieszkałym majątkiem Krasne i poddanymi chłopami, kupionymi na imię powiatowego skarbnika Suszki. Najbliższymi krewnymi Berlinów byli Aronsonowie i Cetlinowie oraz jeszcze wiele innych rodzin w Wieliżu, Witebsku i innych sąsiednich miastach.
Siedem kobiet zeznało pod przysięgą, że wcześnie rano w ten sam dzień, kiedy znaleziono trupa, widziały dwukonną żydowską bryczkę, galopującą całym pędem na tej drodze, gdzie znaleziono ciało, która szybko wróciła z powrotem do miasta; a jedna świadkująca twierdziła dokładnie, że w bryczce siedział Josel, subiekt Berlina, z innym Żydem. Berlinowie, ich subiekt i woźnica, twierdzili, że nigdzie nie jeździli, i że nawet nie mają okutej bryczki; a okazało się, że Josel naprawdę przyjechał w tym czasie sam do Berlina w okutej bryczce, która nawet stała u tego ostatniego na podwórku. Lecz dwaj rajcowie, Żydzi, w tym sam Cetlin, starając się o wycofanie podejrzenia, z ogromnym tłumem Żydów wtargnęli na podwórze, gdzie stanął przejeżdżający ksiądz, zaczęli mierzyć szerokość rozstawu kół i twierdzili, że przejechał on chłopca, tymczasem Orlik i inni Żydzi rozpowiadali, że dziecko naprawdę przejechano lub zastrzelono przypadkowo śrutem ze strzelby (co tłumaczy ranki na całym ciele) i następnie wyrzucono, aby podejrzenie padło na Żydów.
Śledczy niczego więcej nie wykryli, nie zwracając uwagi na niezwykle ważną okoliczność: na wcześniejsze oświadczenie dwóch kobiet, Tierientiewej i Jeremiejewej, że chłopiec jest w rękach Żydów i to właśnie u Berlinów, i że on wkrótce zginie. Jedna z nich, Tierientiewa, była w samym Wieliżu, druga, Jeremiejewa, w Senciurach, dwanaście wiorst od miasta. Ta tajemnicza przepowiednia powinna nieuchronnie być kluczem do wszystkich dochodzeń, dlatego, że w sposób otwarty i bez żadnych wątpliwości wskazywała na związek dwóch wymienionych osób z samym zdarzeniem. Sprawę przekazano do wieliskiego sądu powiatowego, który 16 czerwca 1824 roku postanowił: „z powodu niedostatecznych dowodów Żydów uwolnić od oskarżenia o zabójstwo chłopca; lecz Hannę Cetlin i Josela pozostawić w stanie podejrzenia, a Szmerkę Berlina z towarzyszami oskarżyć o rozpowszechnianie fałszywych wieści o śmierci chłopca, który, prawdopodobnie, został zabity przez Żydów!”.
Sąd główny 22 listopada zgodził się z tą decyzją, dodawszy jednakże, że ponieważ dziecko było uśmiercone wyraźnie rozmyślnie, to należy starać się o wykrycie winnych. Gubernator zatwierdził wyrok, i sprawę zakończono.
Lecz w roku 1825, w czasie przejazdu świętej pamięci Miłościwego Pana Cesarza Aleksandra przez Wieliż, żołnierka Tierientiewa przekazała Jego Wysokości prośbę, w której nazywała chłopca Fiodora Jemielianowa swoim synem i skarżyła się, że został on zabity przez Żydów. Spowodowało to wznowienie sprawy, śledztwo z początku przekazano oddzielnemu urzędnikowi pod kontrolą generała-gubernatora; potem z najwyższego rozkazu przysłano fligeladiutanta, następnie generała-majora Szkurina, została utworzona cała komisja śledcza, w końcu przysłano jeszcze z Senatu starszego prokuratora i postanowiono przekazać sprawę bezpośrednio Rządzącemu Senatowi. Będąc już bardzo obszerną i skomplikowaną, sprawa ta została jeszcze bardziej zagmatwana, gdy przy okazji wykryto sześć lub siedem innych podobnych spraw: kradzież antyminsu; zbezczeszczenie jego oraz Świętej Hostii przez Żydów; nawrócenie się trzech chrześcijan na żydowską wiarę i uśmiercenie jeszcze kilku dzieci. Wykryto cały szereg strasznych przestępstw z piekła rodem, skutków   fanatyzmu i  zgubnej bezkarności. Lecz tutaj proponujemy prześledzić jedynie jedną z nich, główną, o synku żołnierza Jemielianowa.
Berlinowie mieli robotnicę Praskowię Pilenkową (później po mężu Kozłowską); Cetlinowie Awdotię Maksymową, Aronsonowie Marię Kowalową, wszystkie trzy były chrześcijankami, lecz były zżyte z Żydami i przywykły do ich bytu, obyczajów i obrzędów. Kozłowska była jeszcze bardzo młoda w czasie zdarzenia i wkrótce potem wyszła za mąż za szlachcica; Kowalowa była od dzieciństwa pokorną poddaną Aronsonów, która, jak zeznała później, nie śmiała nawet powiedzieć o mającym poważne podstawy swoim podejrzeniu, że jej panowie uśmiercili jej rodzonego brata. Maksymowa była kobietą zdecydowaną, rozpustną i wierną sługą Żydów za pieniądze oraz wino. Maria Tierientiewa, żołnierka lub chłopka, rozwiązłego prowadzenia się, także służyła w Wieliżu, tu i tam  u Żydów, a częściowo służyła tylko czasowo, i była gotowa na wszystko, jak Maksymowa, za pieniądze i za wódkę, od dawna była ich główną pomocnicą we wszystkich ohydnych i zbrodniczych sprawach.
Podczas nowego śledztwa Tierientiewa początkowo zeznała, że widziała, jak Hanna Cetlin w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego przyprowadziła dziecko z ulicy do domu, że poszła w ślad za Hanną która napoiła ją winem; że wieczorem kazali jej odnieść dziecko razem z Maksymowa do Berlinów, gdzie Mirka dała je do piwnicy; w czwartek, po Wielkanocy, widziała ona chłopca już martwym, a krew jego stała w nowym korycie; Żydzi umyli i ubrali trupa, a Hanna kazała jej i Tierientiewej, w drugi poniedziałek po Wielkanocny odnieść, razem z Maksymową, chłopca nocą do lasu, co wykonały. Przesłuchiwano ją wielokrotnie w ciągu kilku miesięcy, namawiano, proszono, i najpierw się przyznała, że sama była u Berlinów, razem z Maksymową i Kozłowską, gdy torturowali i zamęczyli dziecko; potem, że sama je przyprowadziła, na prośbę (nie do odrzucenia) Żydów, do Cetlinów; że potem przeniesiono je do Berlinów, i tam właśnie w poniedziałek zamęczono; rozebrano je, wsadzono do beczki, toczono, położono na stół, obcięto paznokcie, dokonano obrzezania, przewiązano rzemieniami nogi pod kolanami; położono w korytko; wszyscy Żydzi kłuli chłopca gwoździem, spuścili krew i przekazali go Tierientiewej i Maksymowej, aby wyrzucić go do lasu; lecz ponieważ męczennik jeszcze dychał, więc zawiązały mu usta i nos, a gdy wyniosły, to zdjąwszy chustkę zobaczyły, że dziecko już umarło i położyły je tam, gdzie zostało odnalezione.
Potem Tierientiewa, po trzech latach od zdarzenia, przy czym często piła, powiedziała, że pomyliła się w pewnych szczegółach i teraz przypomniała sobie, że paznokcie obciął dziecku nie Żyd Posielony, który dokonał obrzezania, a Szyfra Berlin; że ona sama wyjęła chłopczyka z beczki i zaniosła go do żydowskiej szkoły; że ją właśnie zmuszono do związania mu nóg i ukłucia gwoździem; że, w końcu, ją i Maksymową ubrano w żydowskie ubranie i kazano wynieść trupa na błoto. Następnie, że była ona znowu także na drugi dzień z Żydami w szkole, mieszała i rozlewała na ich rozkaz krew męczennika, a na ostatku, umoczyła kawałek płótna, który Żyd Orlik pociął na ścinki i rozdał wszystkim po kawałeczku. Beczkę z krwią odniosła do narożnego domu z zielonym dachem. Znowu innym razem zeznała, że dziecko przyniosła ona nie do Mirki, a do pokoju jej córki, Stawki, w tym samym domu; że trzymali je nie w piwnicy, a w komórce; że wszyscy Żydzi długo toczyli beczkę, zmieniając się parami; że ona, Tierientiewa, odwiozła beczkę z zaschniętą krwią, na rozkaz Żydów, do Witebska. Jechali z nią Żydzi, których wymieniła po imieniu i było jasne, że oni, zgodnie z ogólną swoją zasadą postępowania we wszystkich podobnych wypadkach, i tym razem wykorzystali chrześcijankę, a przy tym pijącą, rozpustną babę, jako podstawioną przestępczynię, pakując jej do rąk beczułkę z krwią, żeby w razie nieszczęścia wyprzeć się tej beczułki i pozostawić ją samą jako winną. W Witebsku zatrzymali się u Żydów określonego wieku i wyglądu; rozpuścili oni krew w wodzie i zmoczyli płótno, pozostałą rozlali do butelek, dali podarunek i napoili Tierientiewą i wysłali przez nią jedną butelkę z krwią do miasteczka Leźna. Tutaj także namoczyli płótno, rozcięli i podzielili je. Tierientiewa dodała także, że Żydzi pochlebstwami i groźbami, że za zabójstwo chłopca zostanie zesłana na Sybir, zmusili ją do przyjęcia wiary żydowskiej i dokładnie opisała cały obrządek nawracania; między innymi, postawili ją na rozpaloną patelnię, zmusili do przysięgi, zacisnęli usta, żeby nie krzyczała i przytrzymywali; potem opatrzyli oparzone podeszwy maścią.
Żołnierka, Awdotia Maksymowa, robotnica Cetlinów, w czasie przesłuchań, które ciągnęły się prawie cały rok, w różnym czasie zeznawała: że widziała dziecko w Poniedziałek Wielkanocny u swojej gospodyni w kącie za łóżkiem; w środę widziała go w komórce, w kufrze, z którego wszystkie jedzenie wystawiono w tym celu na podłogę; w dalszym ciągu przyznała się, że Hanna Cetlin przyprowadziła chłopca na podwórko i ona, Maksymowa, sama przyniosła go do pokoju, potem Tierentiewa odniosła go do Mirki Berlin; w ten sposób przenosili go, ukrywając, kilka razy tu i tam. W poniedziałek, tydzień po Wielkanocy, zobaczyła go w piwnicy Mirki martwym; nocą Josel z innym Żydem odwieźli go bryczką do Cetlinów; Maksymowej kazali go umyć, ubrać i razem z Żydami odwieźć za miasto. W czasie konfrontacji z Tierientiewą, Maksymowa przyznała się jednakże do wszystkiego i potwierdziła wszystkie szczegóły jej zeznań. Było jasnym, że obie kobiety, ujawniając przestępstwo i głównych sprawców, chciały z początku zataić swoje w nim współuczestnictwo; dlatego pojawiły się u nich rozbieżności i początkowe niekompletne zeznania. Zeznała ona, że gdy rajca Cetlin, mąż Hanny, przeszukiwał z rewirowym dom Berlina, to Żydzi śmiali się, ponieważ dziecko znajdowało się w tym czasie w domu samego rajcy Cetlina, i że ją Maksymową, zmusili do przyjęcia wiary żydowskiej, upiwszy całkowicie itd. Opisała ona bardzo dokładnie obrzęd, jaki odbył się w szkole, gdzie nazwano ją Ryzą, i dodała, że od czasu zabójstwa chłopca miała pełną władzę w domu Cetlinów, którzy bali się jej, dogadzali, poili i karmili dobrze, i ze łzami w oczach prosili, jeśli straszyła, że chce odejść na inne miejsce. Okoliczność tą potwierdziła także córka Maksymowej, Melania, powiedziawszy, że od roku 1823 nie gospodyni, a matka Melanii była starszą w domu. To samo potwierdzili pod przysięgą postronni świadkowie, którzy słyszeli nieraz, jak Maksymowa, pijana, chwaliła się, że „Cetlinowa nie śmie wygnać jej z zajazdu, nawet gdyby chciała, dlatego że ona, Maksymowa, wie o takiej sprawie, która Cetlinową zgubi”. Gdy jej to udowodniono, Hanna przyznała, że Maksymowa rzeczywiście mówiła coś podobnego, „chociaż nie wie, dlaczego tak mówiła”.
Praskowia Kozłowska (Pilenkowa), robotnica Berlinów, zeznała: w noc na pierwszy dzień Paschy było potajemne zebranie Żydów u Sławki Berlin (córki Mirki); w środę widziała w sieni jakiegoś chłopczyka, który płakał. W czasie konfrontacji z tymi pierwszymi przyznała się i zeznała, że chłopca nosili tam i z powrotem do Berlinów i Cetlinów; że Tierientiewa i Maksymowa były na nocnych zebraniach, lecz jej, Kozłowskiej, tam nie było; posłali ją w poniedziałek wieczorem do szynku; po podejściu do okiennicy, z zewnątrz poprzez szparę zobaczyła beczkę, chłopca i Żydów, widziała, kto rozbierał, kładł go, obcinał paznokcie itd. Następnie chłopca przeniesiono do szkoły, a ona schowała się, poszła śladem i w oknie szkoły zobaczyła, jak jego kłuli; obracali w korytku, wyjęli, obmyli, ubrali; Tierientiewa i Maksymowa, ubrane w żydowskie suknie, wzięły chłopca i wyniosły ze szkoły, a ona, Kozłowska, uciekła. Potem przyznała się, że bała się mówić prawdę i chciała się usunąć, lecz w rzeczywistości, na rozkaz Mirki, sama uczestniczyła w tej zbrodni i była w tym właśnie pokoju, a później w szkole. Podawała ona wodę, toczyła beczkę, gdy przyszła na nią kolej, przebrała się razem z Tierientiewą i Maksymową; pierwsza zawiązała chłopcu usta, gdy przenosili go do szkoły, Josel dał jej butelkę, a sam niósł dwie. Tierientiewą jako pierwszą zmusili do ukłucia chłopczyka w skroń, potem przekazali gwóźdź Maksymowej, a po niej jej, Kozłowskiej, która ukłuła dziecko w ramię i przekazała gwóźdź Joselowi; ten, przekazawszy gwóźdź dalej, podprowadził ją do szafeczki, gdzie przechowywane są przykazania, zmusił do przysięgi na wierność, nawrócił na żydowską wiarę i nadał jej imię Leja. Gdy po zakończeniu tego obrzędu Kozłowska wróciła do stołu, to chłopczyk już nie żył. Zmoczywszy płótno we krwi, Tierientiewa i Maksymowa obmyły trupa; ubrały, Josel zaprzysiągł wszystkie trzy kobiety po żydowsku, że zachowają tajemnicę; pierwsze dwie wyniosły trupa, a ona butelkę z krwią do Sławki, za innymi Żydami. Gdy tamte wróciły, powiedziawszy, że wyrzuciły trupa do błota, to Sławka dała im pieniędzy, i wszyscy Żydzi ostrzegali je, aby one, gdy po pijanemu posprzeczają się, w jakiś sposób nie wygadały się; jeśli jednak do tego dojdzie, to same pozostaną winne i dostaną chłostę knutem, a Żydzi wyprą się i pozostaną niewinni.
W końcu, po długiej perswazji i wielu konfrontacjach, ze względu na sprzeczności, którym, trzy lata po zdarzeniu, u pijanych kobiet nie trzeba się dziwić, Maksymowa powiedziała, że dawno już wyspowiadała się trzem, wymienionym przez nią, unickim księżom, przyznając się do uczestnictwa w tym przestępstwie; a następnie wszystkie trzy – Tierientiewa, Maksymowa i Kozłowska – złożyły całkowicie jednomyślne zeznania, poświadczone we wszystkich szczegółach wzajemnym potwierdzeniem zeznających. Opowiedziały one z całkowitą szczerością wszystko, przypominając jedna drugiej różne okoliczności i poprawiając to, co ze względu na zapomnienie lub z powodu innych przyczyn, zeznały początkowo inaczej. Oto wspólna jednomyślność i dokładne ich zeznanie:
„W roku 1823, w Wielki Post, tydzień przed żydowskim Pejsach, szynkarka Hanna Cetlin  upiła Tierientiewą, dała jej pieniądze i prosiła o dostarczenie chrześcijańskiego chłopca. [Siostra chłopczyka, która wyszła z nim razem z domu, zeznała, że nie chciał on iść z nią dalej, lecz usiadł przy moście]. W pierwszy dzień święta Tierientiewa zobaczyła chłopczyka Jemielianowa przy moście i powiedziała o tym Hannie. Ta, upiwszy ją, dała jej pieniądze i kawałek cukru, żeby zwabić dziecko, a Maksymowa była w tym czasie tutaj, widziała i słyszała to. Tierientiewa przyprowadziła chłopca. [Postronni świadkowie zeznali, że widzieli w ten poranek Hannę, stojącą przy furtce swego domu; a jedna, Kosaczewska, że widziała, jak Hanna prowadziła chłopca za rękę.] Hanna spotkała ich na ulicy przed domem, wprowadziła na podwórko i przekazała Maksymowej, która wniosła go na pokoje. Byli tutaj: mąż Hanny Jewzik, córka Itka i robotnica Ryza. Tierientiewą  i  Maksymową upili, dali im pieniądze i one posnęły. Wieczorem kazali Tierientiewej odnieść dziecko do Mirki Berlin; przeniosła je ona do pokoju swojej córki Sławki, gdzie było dużo Żydów; chłopca zanieśli do komórki, a obu kobietom dali pić wino i pieniądze. Cały tydzień Tierientiewa widziała dziecko u Berlinów, oprócz środy, gdy nawracali ją na żydowską wiarę i oparzyli nogi. Maksymowa nosiła go z powrotem do Cetlinów w Poniedziałek Wielkanocny, co widziała także Kozłowska, a we wtorek rano znowu z powrotem. Zachodziła ona z dzieckiem do kuchni, pytając się, czy Berlinowie wstali i tam widziała ją i dziecko Kozłowska, kucharka Basia i dziewka Genemilchia – te ostatnie obie Żydówki. Po zastukaniu przez Maksymową, Sławka otworzyła drzwi, wzięła dziecko i kazała przyjść po nie wieczorem, kiedy to ponownie zanieśli je do Cetlinów, gdzie pozostało ono w środę; Hanna rozkazała Maksymowej wystawić z kufra w świetlicy jedzenie, tam położyli senne dziecko i nakryli prześcieradłem. [Córka Maksymowej, po mężu Zelnowa, która w tym czasie przyszła po coś do Cetlinów, widziała dziecko w kufrze, w koszuli, lub przykryte czymś białym, lecz śpiesząc się dobrze nie przyjrzała się]. Hanna kazała wieko zamykać nie całkowicie, a tak, żeby chłopiec nie udusił się, i powiedziała, że w południe, jej mąż, rajca, będzie z policją przeszukiwać dom Berlinów, a wieczorem mówiła, śmiejąc się, że tam niczego nie znaleziono. W czwartek Maksymowa odniosła chłopca znowu do Mirki, i Kozłowska widziała jego tam i spytała się kucharki Basi: czyj on jest? Maksymowa nie widziała, żeby chłopca przez ostatnie dni karmiono. [W zaświadczeniu lekarskim podano, że żołądek i kiszki chłopca były puste, chociaż był on dobrze wykarmiony, z czego należy wysnuć wniosek, że on w ostatnich dniach przed śmiercią niczego nie jadł.] W poniedziałek, tydzień po Wielkanocny, wieczorem Hanna dała obu kobietom wina, odprowadziła ich do Berlinów, gdzie u Sławki zebrało się dużo Żydów. Mirka także dała im obu wina i poprosiła naprzód, żeby obie nocą utopiły trupa chłopca w rzece. Przyniosły one chłopca z komórki, rozebrały na rozkaz Żydów i położyły na stół; Żyd Posielony dokonał obrzezania, a Szyfra Berlin obcięła jemu paznokcie aż do mięsa. W tym czasie Kozłowska wróciła z szynku; Sławka wyszła do niej do sieni, lecz zauważywszy, że ona już coś tam wdziała, zawołała ją do pokoju, gdzie Żydzi straszyli ją, że jeśli ona gdziekolwiek wygada się, to z nią zrobią to samo, co z chłopcem; ona przysięgła, że będzie milczeć. Następnie kontynuowano: Tierientiewa trzymała dziecko nad miednicą, Maksymowa obmywała je; położyły głową do przodu do beczki, w której połówka dna wyjmowała się; Josel ponownie włożył dno, zaczął toczyć beczkę po podłodze z Tierientiewą, potem wszyscy robili to samo, zmieniając się po dwoje, dwie godziny; dziecko wyjęto czerwone, jak oparzone; Tierientiewa zawinęła je i położyła na stół; wszystkie trzy kobiety ubrały się w żydowskie suknie, poniosły dziecko, zawiązawszy mu usta chustką, do szkoły, a Żydzi poszli za nimi. W szkole zastały tłum Żydów, położyły chłopca na stół do koryta, rozwiązawszy mu usta; tutaj rozkazywał Orlik Derwitz; Posielony podał rzemienie; Tierientiewa związała chłopcu nogi, pod kolanami, lecz słabo, i Posielony sam zaciągnął je mocniej. Kazali Tierientiewej uderzyć lekko chłopca w policzki, a za nią wszyscy inni zrobili to samo; podali duży, ostry i jasny gwóźdź i kazali jej ukłuć dziecko w skroń i bok; potem Maksymowa, Kozłowska, Josel i po kolei wszyscy Żydzi robili to samo. Tymczasem Kozłowską zaprowadzono do przykazań w szafeczce i nawrócono ją na żydowską wiarę, nazwawszy Leją. Orlik przewracał w korytku chłopca, który z początku krzyczał, a potem zamilkł, patrzył na wszystkich i ciężko wzdychał. Wkrótce wykrwawił się i wyzionął  ducha. Tierientiewa wyjęła go, rozwiązała mu nogi, trzymała nad drugim korytkiem, które stało na podłodze; Kozłowska podawała butelki z wodą, Josel polewał chłopczyka, a Maksymowa myła. Gdy na ciele nie było już krwi, a widać było jedynie ranki wielkości grochu, kazano ubrać i obuć trupa i położyć na stół. Josel przyprowadził wszystkie trzy kobiety do szafeczki i powiedział: „ponieważ wszystkie one przyjęły wiarę żydowską, więc powinny przysięgać na nią” i czytał im wielką księgę żydowską.
Następnie Żydzi przeklinali antymins, wykradziony przez Tierientiewą z cerkwi świętego llii, pluli na niego, deptali nogami itd.
Tymczasem już zaczynało świtać. Tierientiewa z Maksymową bały się nieść chłopczyka nad rzekę, gdzie czasami rano są ludzie, i dlatego zaniosły go do lasu, na błota, koło wiejskiego krzyża, gdzie go znaleziono. Po ich wyjściu Josel nalał krwi w jedną butelkę i kazał Kozłowskiej odnieść Sławce; pozostałą krew pozostawiono w korytku  w szkole. Wracając z lasu  Tierientiewa i Maksymowa spotkały samego Josela w bryczce zaprzężonej w parę koni; pojechali oni obserwować kobiety i Josel zszedł z bryczki i popatrzył, gdzie położyły trupa; potem Żydzi pogalopowali z powrotem do miasta. Mirka dała obu kobietom pić wina, Sławka dała pieniądze i namawiała, aby pijane, pokłóciwszy się, nie wygadały się: wszyscy Żydzi wyprą się, powiedziała, będziecie winne jedynie wy jedne. Obie zdjęły z siebie żydowskie suknie i poszły do domu.
Wieczorem Fradka, żona cyrulika Orlika, dała Tierientiewej pić, ubrała ją w żydowską suknię i zaprowadziła do szkoły. Byli tam wszyscy ci sami Żydzi, a także Kozłowska. Korytko z krwią stało jeszcze na stole, a obok dwie puste butelki, w których w przeddzień przynoszono wodę do obmywania, trzecia butelka była już przekazana Sławce. Leżał tu także zwój płótna. Przyszła Hanna z Maksymową, która przyniosła jeszcze butelkę, czarkę i lejek. Tierientiewa rozmieszała krew łopatką, a Josel nalał ją czarką przez lejek do butelek i do niewielkiej szczelnie obitej obręczami beczułki, którą podał Orlik. W reszcie krwi zmoczyli dwa arszyny płótna, kazali Tierientiewej wykręcić je, wyprostować, przewietrzyć, Josel pokroił je na maleńkie skrawki; Orlik maczał gwóźdź w ostatku krwi, kapał na każdy skrawek i rysował po nim wzory, każdemu dano po skrawku, tak samo jak trzem ruskim kobietom. Wszyscy rozeszli się: Maksymowa poniosła za Cetlinami jedną butelkę; Kozłowska za Berlinami dwie, a Tierientiewa za Orlikiem beczułkę. Maksymowa oddała później swój skrawek Hannie; Kozłowska zgubiła go, a Tierientiewa powiedziała, że powinien być on u niej w torebce z nankinu, którą przekazała na przechowanie, wraz z innymi rzeczami, żołnierce Iwanowej, gdy ją aresztowano. Śledczy natychmiast poszli tam i we wskazanym miejscu znaleźli trójkątny skrawek płótna, czerwonawy, uznany przez trzy skruszone kobiety za ten sam, o którym mówiły.
W domu Berlina, Cetlina i w szkole wszystkie trzy kobiety oddzielnie pokazały, całkowicie zgodnie z ich słowami, gdzie, jak i co robiono. Szczegóły te i miejsce, gdzie dokonano strasznego przestępstwa, wprawiały ich w zamieszanie i ledwo mogły mówić.
Fradka powiedziała Tierientiewej, że zakrwawionym skrawkiem przecierają oczy nowonarodzonym, a krew dodają do macy (do przaśników). Jest to całkowicie zgodne z wieloma zamieszczonymi powyżej świadectwami i z zeznaniami składanymi w przypadkach podobnych zdarzeń. Na drugi rok po tym, sama Tierientiewa piekła z Fradką i z innymi Żydówkami macę z tą krwią. Maksymowa dokładnie opisuje, jak robiła to samo u Hanny, rozmoczywszy zaschłą w butelce krew i zmieszawszy z szafranową nalewką. Hanna włożyła także trochę tej krwi do miodu, który pili. Kozłowska mówi, że to samo robili u Berlinów; wytrzęsły z butelki suchą krew, roztarty i wysypały do szafranowej nalewki, którą wylały do ciasta.
Generał-major Szkurin wziął z sobą Tierientiewą i Maksymową i pojechał do Witebska i do Leźny, dokąd woziły one krew. Maksymowa pokazała w Witebsku dom, gdzie przywiozła krew, z Mowszą Bieleckim, i poznała gospodarza; Tierientiewa nie mogła pierwszego dnia rozpoznać, prosiła dać jej czas, a na drugi dzień powiedziała, że daleko nie ma co szukać. Komisja zatrzymała się w tym samym domu i nawet w tym samym pokoju, gdzie ona w roku 1823 przywiozła krew. Udowodniła ona to w ten sposób, że pokazała ukryty w ścianie komin, gdzie w tamtym czasie spalono obręcze i klepki beczułki i opowiedziała o całym rozkładzie domu, chociaż przebyła noc pod strażą i nigdzie nie wychodziła; powiedziała, że powinny być tutaj jeszcze drugie drzwi, wiodące prosto do kuchni, i okazało się, że jest to prawda. Poznała ona wszystkich gospodarzy, których opisała naprzód w czasie śledztwa jeszcze w Wieliżu. Mowszę, jego żonę, Zielika, matkę jego Rywkę, Arona, jego żonę Ryzę. Rywka w tamtym czasie sama wzięła od niej beczułkę z krwią. Innych domów, gdzie ją gościli, nie mogła sobie przypomnieć. W Guberni Mohylewskiej w miasteczku Leźna, Tierientiewa nie mogła powiedzieć niczego twierdzącego, ponieważ przeszło już pięć lat, a ona więcej w Leźnie nie była.
Melania Żełnowa, córka Maksymowej, zeznała, że, gdy przyszła do matki w czasie pierwszego tygodnia po Wielkanocy, posłała ją Żydówka Ryza, służąca w domu razem z Maksymową, do osobnej świetlicy lub komórki, gdzie stał kufer z jedzeniem. Zajrzawszy do niego przelotnie, zobaczyła w nim śpiącego chłopczyka w białej koszuli, lub przykrytego czymś białym. Zeznała ona także, że widziała chłopczyka w sypialni Cetlinowej.
Mieszczanka Daria Kosaczewska zeznała, że idąc pierwszego dnia po Wielkanocy po piwo, widziała jak Hanna Cetlin prowadziła za rękę do swojego domu trzyletniego chłopczyka dokładnie w takim ubraniu, w jakie ubrany był zaginiony syn Jemielianowa. W konfrontacji z Cetlinową, Daria podniosła obie ręce, zwróciła się do obrazu i powiedziała: „zmiłuj się, Hanna, tyś nigdy zła mi nie zrobiła, nie mam za co się na ciebie gniewać; zabij mnie Boże, jeśli powiedziałam choć jedno słowo nieprawdy!”
Robotnica Maria Kowalowa, na którą powołały się Tierientiewa i Maksymowa w innej sprawie, w którą zamieszani byli ci sami Żydzi, długo się zapierała, w końcu przyznała się do wszystkiego, opowiedziawszy wszystkie szczegóły, w zgodzie z tymi pierwszymi. Lecz potem, przelękła  się tego, przemęczywszy się i przepłakawszy jakiś czas   powiedziała,  że nigdzie nie będzie miała życia, udusiła się.
Następnie wykryto, że u Berlinów w czasie tego zdarzenia całą noc palił się ogień, że u nich i u ich sąsiada Nachimowskiego podczas tych nocy, na podwórku stróżowali Żydzi, czego przecież ani tego ani tamtego przed i po tym zdarzeniu nigdy nie było. Berlin nic nie mógł o tym powiedzieć, dlaczego byli u niego stróże nocni, powiedział tylko w końcu, że zrobiono to z ostrożności, żeby nie wymazali mu wrót krwią, lub nie zrobili innego świństwa. Stróże, odnalezieni i oskarżeni zapewniali, że postawiono ich tak sobie, bez przyczyny, zgadzając się, że w tym czasie nie było w Wieliżu ani złodziejstwa ani pożarów.
Rajcowie Cetlin i Olejnik, jak wspomniano powyżej, wtargnęli gwałtem z tłumem Żydów na cudze podwórko i mierzyli rozstaw osi bryczki księdza, rozpowszechniając słuchy, że przejechał on na drodze dziecko. Odsunięty z tego powodu od sprawy Cetlin, z całych sił starał się znowu dostać jako delegat do komisji i żądał tego nawet na piśmie. Berlin twierdził, że chłopczyka oddano na leczenie lekarzowi Lewinowi, który oglądał trupa, i że lekarz zamęczywszy go, wywiózł na błota i wyrzucił. Cyrulik Orlik rozpowszechniał pogłoski, że dziecko zabito niechcący śrutem ze strzelby, stąd ranki na całym ciele, a potem wyrzucono. Orlik zapomniał tylko wyjaśnić, jak i dlaczego dziecko w tym celu wcześniej rozebrano, następnie umyto i ponownie ubrano; ponieważ ubranie było całe i nawet na bieliźnie nie było ani kropli krwi. Jeśli chodzi o obrzezanie, Żydzi mówili, że zrobiono to celowo, aby rzucić podejrzenie na Żydów.
Podczas powszechnej rewizji  dwanaścioro chrześcijan niczego złego o Berlinach nie zeznało, lecz pod przysięgą oświadczyli o swoim przeświadczeniu, że chłopczyk został zamęczony przez Żydów, i że zgodnie z ogólnymi pogłoskami  uczestniczyli w tym Berlinowie i Cetlinowie, którzy teraz nadzwyczajnie starają się i zabiegają o swoje sprawy.
Wszystkie trzy kobiety, oskarżywszy ogółem do pięćdziesięciu Żydów jako uczestników tej zbrodni, poznawały ich na konfrontacjach twarzą w twarz. Oskarżyły one także jakiegoś Abrama i na podstawie tego podejrzenia został aresztowany Abram Wiaźmieński: lecz wszystkie trzy kobiety, każda oddzielnie, poświadczyły, że to nie jest ten, i że tego one nie znają.
Unicki ksiądz Martusiewicz był duchowym opiekunem trzech kobiet – świadków dowodowych, i Żydzi starali się go przekupić, przysławszy do niego Żyda krawca w tym celu, aby Martusiewicz nakłonił kobiety do odwołania swoich zeznań. Udowodniono to za pomocą zeznań samego księdza, jego żony i jeszcze trzeciego świadka. Tierientiewa i Maksymowa, oschłe i rozpustne kobiety, po przyprowadzeniu do szkoły i do domu Cetlinów, na miejsce przestępstwa, i zobowiązane do szczegółowego opowiedzenia, gdzie, co i jak się odbywało, oglądały się ze strachem, drżały i płakały. One wrogo się do siebie odnosiły, wymyślały sobie w obecności komisji, robiły sobie wzajemnie zarzuty, wypominały stare, i dlatego w żadnym wypadku nie mogły wspólnie zgodnie wymyślić wszystkiego, co zeznały.
Wyżej wspomniano, że sprawa ta zaczęła się na skutek wróżby Tierientiewej, na prośbę matki chłopczyka, i na skutek przepowiedni dziewczynki Jeremiejewej. To pierwsze nie jest dziwne, dlatego że Tierientiewa dobrze wiedziała, gdzie jest dziecko, ale to drugie wymaga wyjaśnień.
Anna Jeremiejewa chodziła po prośbie, była sierotą, była skłonna do jakichś chorobliwych ataków, zemdlała, chciano już ją pochować, przyszła do siebie i opowiedziawszy jakiś cudowny sen lub widzenie, wsławiła się tym i wróżyła łatwowiernym za chleb powszedni. Podczas przesłuchania wyjaśniła   zagadkę i stała się, zamiast wróżącej, świadkiem. Gdy podczas Wielkiego Postu zaszła do sieni Berlinów prosić o jałmużnę, usłyszała, że Tierientiewa, śmiejąc się, głośno mówiła: „ponieważ przysięgłam wam wiernie służyć, więc zapewniam, że na pierwszy dzień świąt dostanę”.
Wiedząc od dzieciństwa, że Żydzi męczą i zabijają przed Paschą dzieci, Jeremiejewa natychmiast zrozumiała tą rozmowę, przestraszyła się, tym bardziej, że w tym czasie trzech Żydów wyszło do sieni, spojrzeli na nią i wzajemnie na siebie i zaczęli się jej pytać, kim ona jest. Cały dzień myślała o tym, co usłyszała i wieczorem ponownie podkradła się do domu Berlinów i zaczaiła się w sieni przy drzwiach. Żydów, widocznie, w tej połowie nie było, a Tierientiewa rozmawiała z Maksymową, która powiedziała: „nasi Żydzi chcieli zwabić dziewczynkę, która przyszła rano, lecz ja im odradziłam, niebezpiecznie. Obiecałam dostać, więc dostanę z żołnierskiej osady; niech zaczekają; trzeba postępować mądrze, żeby końce w wodę, jak my z tobą, Awdotiu, wcześniej robiłyśmy”. Jeremiejewa przestraszyła się, po cichu wyszła, chciała włóczyć się na drugi dzień koło domu, żeby podpatrywać, lecz zachorowała, ledwie dowlokła się do wsi Sienciury, gdzie mieszczanin Piastun, człowiek bardzo pobożny, zobaczył ją i wziął do domu. W dalszym ciągu bała się ona Żydów i obawiała się powiedzieć, co widziała i słyszała, i dlatego gdy później dziecko rzeczywiście przepadło w Wieliżu i matka jego przyszła do niej prosić o wróżbę, to ona, Jeremiejewa, powiedziała jej, że miała sen, w którym objawił się jej archanioł Michał; chłopczyk siedział wśród kwiatów, na niego syczała żmija, to jest Tierientiewa, wyjaśnia Jeremiejewa, natomiast archanioł powiedział jej, że chłopczykowi sądzone jest być zamęczonym przez Żydów za chrześcijaństwo. Następnie opisała ona szczegółowo dom Berlinów i dodała, że jeśli nie zdążą uratować chłopczyka, to on zginie. Jeremiejewa nie wyjaśnia, dlaczego powiedziała matce, że ona chodziła do tego domu, gdzie trzymany jest jej syn; lecz można sądzić, że zmartwiona matka sama wygadała się i zapomniała o tym, a Jeremiejewa wykorzystała to.
Takie więc były oskarżenia Żydów; pozostaje przeanalizowanie ich tłumaczeń.
To co było wspólne we wszystkich odpowiedziach Żydów – to było bezczelne i gołosłowne wypieranie się prawie wszystkiego, o co ich pytano, dlatego większości z nich udowodniono kłamliwe odpowiedzi i zeznania. Wielu z nich zapewniało, że wcale nie znają Tierientiewej i udowodniono im kłamstwo. Hanna Cetlin uparcie twierdziła, że była w tym czasie chora i nie wychodziła, lecz udowodniono jej coś przeciwnego. Wspólnym i jawnie wcześniej uzgodnionym wykrętem Żydów było: „Ponieważ kobiety będące świadkami dowodowymi same na siebie to wszystko przyjmują, więc nie ma potrzeby przeprowadzać śledztwa, ponieważ, one to zrobiły i są winne”. Samo zdarzenie znane było w całej guberni, interesowali się nim wszyscy, lecz niektórzy Żydzi twierdzili, że w ogóle o nim nie słyszeli. Całe miasto współczuło i chodziło oglądać ciało męczennika, lecz żaden Żyd nie pofatygował się tego zrobić, przy czym wiadomo, że lud ten, z powodu swojej maksymalnej ciekawości, zbiera się tłumnie oglądać każdy, najbardziej prosty wypadek i rozprawia o nim.
Podsądni zeznali, że do żadnej sekty nie należą, pomimo, że wszyscy wieliscy Żydzi dzielą się na misznagidów i na chasydów, a wszyscy podsądni należeli do tych ostatnich. Jest to tym bardziej znaczące, że nawrócony Żyd Neofita, o którym była mowa na początku niniejszego raportu, w swojej książce wyjaśnia, że bestialski zwyczaj, o którym tutaj mowa, praktykują właściwie sami chasydzi,  najbardziej  bestialscy  spośród  żydowskich  fanatyków.
Żydzi w ogóle nie mogli w żaden sposób odeprzeć oskarżeń, jak tylko poprzez gołosłowne zaparcie, uporczywe, złośliwe milczenie, krzyk, wściekłe przeklinanie, lub, po przyjściu do siebie, rozważania, że to nie mogło się wydarzyć; po co Żydom krew? Krew nie jest im potrzebna, nie mają potrzeby męczyć chłopczyka. Zabraniają nawet temu wierzyć nakazy różnych królów, a także Miłościwego Pana Cesarza Aleksandra I, a mianowicie z 6 marca 1817 roku. Komisja stale, podczas każdego przesłuchania, zapisywała w dziennikach, że przesłuchiwany okazał wielkie zakłopotanie, strach, drżał, wzdychał, mylił i plątał się, zmieniał zeznania, nie chciał ich podpisywać, twierdził, że jest chory i sam nie pamięta, co mówi. Wielu traciło nad sobą kontrolę – i więcej – po wulgarnych przekleństwach, rzucali się z gniewem na świadków dowodowych, to znów krzyczeli na członków sądu, przeklinali ich obraźliwymi słowami, rzucali się na podłogę, krzyczeli, że czyni im się gwałt, gdy tymczasem nikt ich nie tknął nawet palcem itd. Czy tak zachowują się niewinni  oskarżeni o taką straszną zbrodnię? Inni udawali wariatów, następni kilka razy próbowali uciekać z aresztu, a niektórzy zbiegli i nie odnaleziono ich.
Przechwycono korespondencję pomiędzy Żydami zatrzymanymi i pozostającymi na wolności na skrawkach, szczapkach, na naczyniach, w których przynoszono jeść itd. Pomimo zawiłego sensu tych zapisów i ciągle spotykanego słowa wedal, co oznacza połap się, domyśl się, wyraźnie i bezsprzecznie widać, że Żydzi kłócili się, że umawiali się, jak i co odpowiadać i zawiadamiali o tym siebie wzajemnie. I  tak, Itka Cetlin w kilku listach pisała „Kogo jeszcze wzięli?... Jeszcze wielu będzie zatrzymanych. Źle będzie, lecz można się poświęcić, aby sławiło się imię Boże. Zróbcie to, o czym wiecie, ponieważ nie ma nic do stracenia. Bardzo źle; trzy baby mówiły tak, że pociemniało mi w oczach; początkowo trzymałam się twardo, zanim nie zwaliłam się z nóg. Krótko mówiąc, bardzo źle, starajcie się zrobić to, aby sławiło się imię Boże i poświęćcie się; nie ma nic do stracenia. Dla nas wszystkich jest mało nadziei, z wszystkimi będzie bardzo źle”. Chaim Chripun pisał: „Jeśli zadecydujecie, aby moja żona nie uciekła, to na miłość Boską, pouczcie ją, żeby wiedziała, jak ma mówić, jeśli ją wezmą. Powiadomcie mnie, czy dobrze mówiłem na przesłuchaniu. Dajcie znać palcami, ilu ludzi już wzięto. Starajcie się wszyscy o nas, cały Izrael; niech nikt nie myśli: jeśli mnie nie ruszają, więc nie mam żadnej potrzeby! Wytrwamy, Boże zachowaj nas, ze względu na karę śmierci! Na przesłuchaniu powiedziałem, że nie wiem i nie słyszałem, czy chłopca znaleziono żywym, czy martwym. Pędźcie wszędzie, gdzie rozproszony jest Izrael, nawołujcie głośno: Biada, biada! Aby starali się świadczyć za nami: nie mamy więcej sił; nastraszcie świadków dowodowych przez strażników, powiedzcie im, że jest taki ukaz Miłościwego Pana: jeśli one pierwsze wyprą się swoich słów, to zostaną ułaskawione; a jeśli nie, to zostaną ukarane” – itd. Czy podobna korespondencja może w jakikolwiek sposób nastroić  przychylnie w stosunku do podsądnych, czy też wprost przeciwnie, czy nie udowadnia, że popełnili przestępstwo? W końcu  niektórzy z podsądnych, upadłszy na duchu i nie widząc możliwości dalszego zapierania się, przy tylu wyraźnych dowodach, przyznali się, lecz potem ponownie zaprzeczyli, były to Fejga Wulfson, Natan Prudkow, Zelik Brusowański, Fradka Derwitz, Icek Nachimowski. Tymczasem cała społeczność żydowska pozostała na wolności  starała się wszelkimi możliwymi sposobami spowalniać i plątać sprawę, składali podania w imieniu podsądnych, wymagali uporczywie widzenia z nimi, skarżyli się w ich imieniu na stronniczość, ogłaszali ich albo za chorych albo za obłąkanych, wymagali odsunięcia śledczych i wyznaczenia nowych itd. Cała nadzieja Żydów, którzy kilka razy wygadywali się o tym nawet w komisji, polegała na tym, że sprawa nie może być tutaj ostatecznie osądzona, i że tam, gdzie zostanie przekazana, oni będą odpowiadać i wytłumaczą się, a winnymi zostaną same  gojskie  kobiety – główni świadkowie dowodowi. W charakterze przykładu, przeanalizujmy niektóre odpowiedzi Żydów.
Szmerka Berlin dał cwaną, przemyślaną odpowiedź, dowodząc, że wszystko to nie mogło się zdarzyć, jest niemożliwe, że w takie bajki i brednie dawno już zabroniono wierzyć. Znaleziono u niego całe sterty pism, odnoszących się do podobnych przypadków, kopie ukazów, korespondencję, w której żąda on poinformowania, jak skończyła się podobna sprawa w Mohylewie, itd. Wszystko to wskazuje na to, że on, będąc zatrzymanym nagle, jednak przygotowywał się do tego i obmyślał, jak się bronić. Uważał, że chłopczyka przejechano i pokłuto ze złości na Żydów. Lecz dlaczego bielizna i ubranie nie są pokłute, i jeśli wszystko to jest kłamstwem, to dlaczego pokłuty trup ma wskazywać właśnie na Żydów, jako na winnych? Zapewniając, że nie zna Tierientiewej, krzyknął do niej, gdy tylko weszła: „to pierwsza zaraza: ona, na pewno, zacznie mówić to samo!”
Jego brat, Noson Berlin, plątał się, mylił,   uparcie nie odpowiadał po godzinie i więcej na pytania, bez żadnej przyczyny nie chciał podpisywać swoich zeznań; na konfrontacjach drżał ze złości i na wszelkie sposoby znieważał świadków oskarżenia. Był   tak ordynarny i bezczelny, że komisja nie mogła dać sobie z nim rady. Niejednokrotnie udowodniono mu jawne kłamstwo. Po długim przekonywaniu, że powinien podpisać swoje zeznania, w końcu napisał, że ich nie potwierdza, chociaż zeznania te nic nie zawierały, jak tylko jego odpowiedź, że on o niczym nie wie i nie zna.
Hirsz Berlin załamywał rozpaczliwie ręce, nie wiedział, co odpowiadać na dowody winy, krzyknął na Tierientiewą: „kłamiesz, nigdy ciebie nie znałem” i zapomniawszy się, od razu dodał: „byłaś żebraczką, chodziłaś po prośbie”.
Meir Berlin wściekle rzucił się na Tierientiewą w obecności komisji; gdy go zatrzymano, a Tierientiewa zaczęła mu udowadniać winę przytaczając wszystkie szczegóły zdarzenia, to on rozpaczliwie załamywał ręce, milczał, dziko rozglądał się, ciężko wzdychał i twierdził, że tej kobiety nie zna.
Rywka Berlin (Sundulichowa) tak się bezczelnie i gołosłownie zapierała, że sama sobie bez przerwy zaprzeczała i powinna była przyznać się do kłamstwa. Twierdziła ona, że Żydówka Leja nigdy u niej nie służyła, że Tierientiewej nie zna; natomiast Leja sama jej udowadniała, że służyła u niej kilka lat, a o Tierientiewej Rywka, zapomniawszy się, powiedziała później, że znała ją jako nikczemną pijaczkę dawno, jeszcze gdy mieszkała u kapitana Polskiego.
Sławka Berlin, zjawiwszy się przed komisją, zaczęła sama ze zdziwieniem opowiadać, że spotkała teraz w przedpokoju jakąś kobietę (Tierientiewą), która ukłoniła się jej i powiedziała do niej po imieniu, chociaż ona, Sławka, wcale jej nie zna. Kręciła, mówiła, znowu wypierała się; była tak zmieszana, że powiedziawszy słowo, zaraz potem zapewniała w oczy całą komisję, że nigdy tego nie mówiła, wypierając się nieustannie w ten sposób swoich własnych słów, niepotrzebnie i bez żadnego celu, odwoławszy wszystko i zeznawszy tylko, że o niczym nie wie i nie zna, w następnym dniu wymagała anulowania przesłuchania, zapewniając, że wczoraj nagadała na siebie ze strachu. Z trudem można było zakończyć przesłuchanie w ciągu kilku godzin, dlatego że Sławka za każdym razem twierdziła, że ją oszukują i piszą co innego. Tierientiewa powiedziała jej, płącząc: „jak wtedy mówiłaś, że wszystkiego się wyprzesz, tak teraz i robisz!”. Gdy dziecko przepadło i nikt jeszcze nie wiedział, co się z nim stało, to Tierientiewa i Jeremiejewa już powiedziały, że trzymane jest ono u Sławki lub u jej matki, Mirki. Na jej podwórzu postawiono nocnego stróża, na kilka nocy, a przecież ani przed, ani po zdarzeniu nie miała ona nocnej straży. Twierdziła, że kobiety – świadkowie dowodowi są w każdym wypadku same winne, nie powiedziawszy o tym zdarzeniu, jeśli ono było, w tym czasie, gdy zaistniało.
Basia Aronson między innymi powiedziała, plącząc się w zeznaniach: „nie jestem taka pobożna, żebym była przy takiej sprawie”. Tak więc, uważała ona męki chrześcijańskiego chłopczyka za sprawę miłą Bogu.
Jewzik Cetlin, rajca, zawiadamiał swoich o tym, kiedy będzie rewizja w domu, a potem o stanie sprawy. Gdy został odsunięty, domagał się ponownego dopuszczenia, jako delegat; starał się skierować podejrzenie na księdza. Na konfrontacjach tracił nad sobą kontrolę: to rzucał się ze złością i z pogróżkami, to znowu upraszał świadków dowodowych i podlizywał się im. Gubił i zapominał się, krzyczał i nieustannie sam sobie zaprzeczał. Nie podpisał swoich zeznań, nie podawszy przyczyny tego; udał wariata, wściekał się, a później prosił o przebaczenie mu tego. Między innymi powiedział: „Co wy mnie pytacie? W Rosji tolerowana jest każda wiara”. Gdy wyparł się wszystkiego, Tierientiewa, chwytając go za słowo, położyła rękę na sercu i powiedziała, patrząc mu w oczy: „i ty prawdę mówisz?” – to Cetlin odpowiedział nieśmiało: „nie twierdzę, że mówię prawdę, a mówię tylko, że niczego nie wiem i niczego nie widziałem”. Jest to odpowiedź całkowicie godna zwolennika talmudycznych wykrętów. Zamiast tego, aby tłumaczyć się z zabójstwa, starał się tylko przekonać, że Żydom krew nie jest potrzebna, i że zabroniono wierzyć w to.
Hanna Cetlin, żona Jewzika, twierdziła, że cały tydzień nie wychodziła z gospodarstwa, ponieważ chorowała ona i syn, a świadkowie zeznawali pod przysięgą, że widzieli ją na ulicy. Postronna kobieta widziała nawet, jak koło swojego domu prowadziła ona zabite później  dziecko za rękę, a Tierientiewa zeznała, że ona tam przekazała jej chłopczyka. Powiatowy lekarz, na którego się powołała w związku z ciężką chorobą syna, zeznał, że niczego o tym nie wie. Twierdziła, że wcale nie słyszała o zniknięciu chłopczyka; że nawet Tierientiewej wcale nie zna, a przecież już przy okazji pierwszego śledztwa powiedziała, że biedaczkę tę niejednokrotnie wyganiała ze swego domu. Na konfrontacjach bladła, drżała, to prawie traciła przytomność i padała, to nagle traciła nad sobą kontrolę i wściekle krzyczała, przeklinała, nie dawała odpowiedzi, tylko krzyczała: wszystko to kłamstwo, kobiety  zostały nauczone, one kłamią, niech więc same odpowiadają. W obecności komisji straszyła świadków dowodowych knutem i namawiała je, by wyrzekły się słów swoich; w końcu zaczęła krzyczeć i pleść wyszedłszy z siebie, bez żadnego związku, tak, że niczego nie można było zapisywać. Maksymowa powiedziała jej w oczy, że po tym zdarzeniu miała pełną wolność w domu i że Cetlinowa bała się jej. To samo potwierdziła córka Maksymowej, Żełnowa, Żydówka Rywka, a sama Hanna, nazywając Maksymową porywczą pijanicą, przyznała się, że robotnica ta często straszyła ją, chociaż nie rozumie dlaczego.
Ryza Jankielowa, robotnica Cetlinów, w czasie każdego przesłuchania mówiła co innego, plątała się, usprawiedliwiając się słabą pamięcią; po przesłuchaniu sama prosiła się do komisji i nie zeznając niczego nowego, wypierała się poprzedniego, powtarzając przy tym znowu to samo.
Roman Nachimowski, przy przesłuchiwaniu stanął w kącie, chwycił się rękami za brzuch i trząsł się, jak w gorączce, ciężko dysząc, ledwie odpowiadając. Lecz gdy weszła Tierientiewa, to zaczął krzyczeć na nią i wymyślać. Kozłowskiej powiedział, że „w tym czasie ona jeszcze była młoda i jej by do takiej sprawy nie dopuścili”; w przypadku mocnych i szczegółowych dowodów świadków dowodowych, chwycił się obiema rękami za głowę, odwrócił się od obecnych, oparł się głową o piec, i uparcie milczał, powiedziawszy tylko, że nie jest zdrowy i nie może mówić.
Icek Nachimowski, jego brat, po wezwaniu na komisję powiedział generałowi Szkurinowi, że chce powiedzieć całą prawdę, rozpoczął: „Bóg męczy mnie już drugi rok w niewoli, a Bóg zna prawdę; widocznie w tym celu męczy, aby Miłościwy Pan poznał prawdę”, lecz potem rozmyślił się i twierdził, że z głupoty sam nie wiedział, co mówił i usilnie prosił zlikwidować pierwsze zeznanie. Następnie zbiegł, lecz po złapaniu, stanął na kolana przed lustrem i powiedział „samemu Miłościwemu Panu wyjawię całą prawdę o zabójstwie chłopczyka” i podpisał to. Lecz później znowu wyparł się i udawał obłąkanego.
Josel Mirlas, subiekt Berlina, powoływał się na rozporządzenie polskiego króla Zygmunta i na Najwyższy Ukaz z 1817 roku, które nie pozwalały wierzyć w takie oszczerstwa, stracił nad sobą kontrolę, drżał, krzyczał: „ach mój Boże, co to będzie!” – oparł się o ścianę, trzymając brzuch rękami i mówił: „sam nie wiem, co się ze mną dzieje; tutaj całkiem robię się chory; gdy ona (Tierientiewa) to mówi, więc znaczy to, że ona to robiła!”. Potem uporczywie milczał i nie odpowiadał.
Josel Glickman sądził, że chłopczyka pokłuto, by zrobić przykrość Żydom. Podczas konfrontacji rzucił się w rozpaczy na kolana, krzyczał: „litości, litości!” – zakrywał twarz rękami, drżał, odwracał się i oświadczył, że nie chce patrzeć na kobiety będące świadkami dowodowymi.
Orlik Derwitz, żydowski cyrulik, zapewniał, że chłopczyka zabito śrutem, lecz wypierał się nawet tego, pomimo pięciu świadków. Odpowiadał nieśmiało, wolno, myślał, po każdym, najprostszym pytaniu wstrząsając się i popatrując na drzwi, skąd oczekiwał świadków dowodowych. Plątał się, zapewniał, że mu zaschło w ustach i nie może mówić; zeznawszy, że zna Tierientiewą, gdy mieszkała u kupca Babki, i że wałęsała się po domach, wyparłszy się znowu swoich słów zapewniał, że jej w ogóle nie zna. Krzyczał, że z kobietami w ogóle nie chce mówić i nie podpisał swoich zeznań, dlatego, że nie pamięta, co mówił. Znaleziono u niego przygotowane przez niego zaświadczenia, że jest biegłym felczerem. Na pytanie, w jakim celu on je przygotował, Orlik odpowiedział: „gdy ześlą mnie na Sybir, to ja pokażę je tam, być może, przynajmniej nie zmuszą mnie do kopania ziemi”.
Jego żona, Fradka, oświadczyła po zjawieniu się przed komisją, że wcale nie będzie odpowiadać i długo milczała. Potem zaczęła krzyczeć, wymyślać, chodzić  tam  i  z  powrotem, tupać, krzyczała w przystępie szału: „Czego ode mnie chcecie? Czemu nie wzywacie innych? Nie tylko sam mój mąż był, kiedy nakłuwali chłopczyka. Wszyscy mówią, że winna jest Hanna Cetlin – więc ją pytajcie, a nie mnie”. Później powiedziała, że nie była sama przy zabójstwie, lecz jakoby Roman Nachimowski przyznał się, że chłopczyk był uśmiercony przy nim w szkole przez Berlinów; że byli przy tym jeszcze: Mirka, Sławka, Szmerka, Hirsz, Szyfra, Jankiel, Basia, Jewzik, Hanna i inni. Że po tym zdarzeniu Żydzi ci stworzyli swoją oddzielną szkołę, dlatego że inni bali się wpaść – i śledztwo wykazało, że rzeczywiście w tym czasie stworzono oddzielną, niewielką szkołę. To samo powtarzała stróżom i wartownikom, biła się polanem, dogadując: „tak by wszystkich, kto kłuł chłopczyka”. Potem dodała: „ja bym wszystko opowiedziała, kto i jak kłuł, lecz boję się, zniszczą mnie, i boję się swoich Żydów”. To samo potwierdziła w komisji, lecz więcej mówić nie chciała i dodała: „jeśli Żydzi dowiedzą się o tym, to przepadłam”. Kierując się jej wskazówkami odnaleziono specjalny nóż, w srebrnej oprawie i safianowej pochwie, którym, według jej słów, dokonano obrzezania chłopczyka; kobiety – świadkowie dowodowi także uważały, że musi to być ten sam nóż. Dwa razy próbowała uciekać, lecz złapano ją. Wybiła szybę i jej kawałkiem chciała sobie podciąć żyły. Potem znowu wszystkiego tego wyparła się; a gdy w komisji zaczęto mówić o nożu, którym dokonano morderstwa, to Fradka powiedziała: „tutaj potrzebne są nie noże, a gwoździe”. Krzyczała, że jedynie Miłościwemu Panu powie całą prawdę; podoficerowi z warty powiedziała, w rozmowie, że krew była potrzebna Berlinowej, dlatego że jej dzieci nie trzymają się. W końcu, straciwszy nad sobą kontrolę, powiedziała w komisji: „być może wcześniej nasi to robili, ale nie teraz; a że Tierientiewa kłuła chłopczyka, to przecież prawda. Bierzcie mnie, oćwiczcie mnie batem, ja chcę tego, ja wszystko biorę na siebie, a już prawdy ja wam nie powiem”.
Zelik Brusowański, w obliczu mocnych dowodów, powiedział: „jeśli ktoś z mojej rodziny, lub choćby inny Żyd, przyzna się – wtedy i ja powiem, że prawda”.
Icek Bieliajew drżał, czy to ze strachu, czy ze złości, wymyślał i krzyczał, tak, że komisja nie mogła dać sobie z nim rady. Gdy Tierientiewa w czasie przeprowadzania dowodu, powiedziała, że ją i teraz jeszcze bolą nogi, poparzone na patelni, to Icek zapytał, uśmiechnąwszy się: „jak to, w ciągu trzech lat nie mogły się zagoić twoje oparzone nogi”?
Jankiel Czernomordin (Pietuszek), niczego nie słyszał, krzyczał: to jest nieszczęście, to jest napad; potem padłszy plackiem i nakrywszy twarz rękami: „Zmiłujcie się! Ja nie wiem, co ona (Maksymowa) mówi”, i nie chciał na nią patrzeć.
Jego żona, Estera, zeznała, że wcale nie zna Tierientiewej, a później sama się zaplątała i przyznała coś przeciwnego. W szale rzucała się na kobiety świadków dowodowych i wymyślała im przekleństwami.
Chajna Czernomordin zapewniała, że żadnej z tych trzech kobiet nie widziała i wcale nie słyszała o zabójstwie chłopczyka. Bladła, drżała, nie mogła ustać w miejscu, przestępowała z nogi na nogę, odwracała się, uparcie milczała lub ze złością krzyczała i wcale nie chciała patrzeć na pokazywany jej zakrwawiony skrawek płótna, o którym wspomniano powyżej.
Chaim Czerny (Chripun) krzyczał, wymyślał, drżał, nie odpowiadał na pytania i plątał się. „Niech kobiety mówią, co chcą”; powiedział: „żaden Żyd tego wam nie powie, bez względu na to, ile będziecie pytać”. Złośliwie wypierał się, że, podczas nawracania Tierientiewej, spółkował z nią na jednym łóżku, a w przejętej korespondencji prosi Żydów by nie wymyślali mu za to, gdyż ze wstydu i hańby zwariuje, a przecież gotowy jest poświęcić za nich życie. Wściekle krzyczał przed komisją, żądając każdorazowo ponownie, by mu naprzód przeczytać wcześniejsze jego zeznania; powiedziawszy kategorycznie, że nawet nie słyszał o tym zdarzeniu, wygadał się później, że wiedział o nim właśnie wtedy, kiedy miało ono miejsce. Zapamiętał się do tego stopnia i stracił nad sobą kontrolę, że wymyślał w oczy wszystkim członkom, przy pełnej ich obecności, i krzyczał do przewodniczącego, generała Szkurina, wskazując go palcem: „ja tobie, rozbójniku, oczy wykłuję, ty zbrodniarzu” – i tym podobne. Chaim był już sądzony w roku 1806, z innymi Żydami, z podejrzenia o torturowanie i zamordowanie chłopczyka dziedzica Mordwinowa; lecz z powodu braku dowodów  sprawę pozostawiono woli Bożej.
Abram Kisin plątał się i sam sobie zaprzeczał, udowodniono mu wiele fałszywych zeznań: powiedział, że o tych czasach niczego nie wie i nie słyszał o zdarzeniu; potem mu udowodniono, że był w tej samej sprawie przesłuchiwany podczas pierwszego śledztwa, trzy lata temu. Raz zeznał, że jest niepiśmienny, a innym razem, że umie czytać i pisać po żydowsku i po rosyjsku; powiedział, że wcale nie jest krewnym Berlinów, a przecież był ich bliskim krewnym; powiedział, że Tierientiewej nie zna wcale, że jeśli ona się przyznała, więc, można sądzić, że jest zabójczynią, lecz udowodniono mu, że zna ją dawno. W końcu zapłakał, patrzył dziko, jak obłąkany, upadł twarzą na podłogę i krzyczał: „zlitujcie się, ratujcie!”. Krzyczał, że jest mu niedobrze, że on nie może mówić; zaczęło nim rzucać i wykręcać, i udawał wariata, krzyczał i szalał.
Natan Prudkow – chciał udowodnić, że w czasie zdarzenia był na Siertejskiej przystani, lecz udowodniono, że był wtedy w Wieliżu, a ponadto przejęto jeszcze jego korespondencję, w której prosił, by uzyskać za pieniądze zaświadczenie, że był na Siertejskiej i sporządzić fałszywą umowę z chłopami; zapewniał, że spośród kobiet świadków dowodowych żadnej nie zna, a w listach do swojej żony wymienia je wszystkie z imienia, a na komisji nazwał Tierientiewą rozpustnicą. Udawał chorego i podwiązawszy brodę, wymagał na konfrontacji, żeby kobiety świadkowie dowodowi powiedziały, jakiego koloru ma brodę; powiedział generałowi Szkurinowi: „Jeśli by sam Miłościwy Pan obiecał Żydom łaskę, to oni by, oczywiście, przyznali się”; że właśnie Żydzi zamęczyli chłopczyka, a inni narzekają teraz na Berlinów i Cetlinów za tą niebezpieczną sprawę, że teraz oni wszędzie zbierają pieniądze na tą sprawę, mając nadzieję, że tutaj się ona nie zakończy; ale, że on, Prudkow, na komisji do niczego się nie przyzna. Tymczasem u generała Szkurina schowali się trzej urzędnicy, którzy wszystko to słyszeli i potwierdzili pod przysięgą. Trzy razy starał się uniknąć aresztowania; chciał się ochrzcić, potem się rozmyślił; zgłosił się, że przyzna się do wszystkiego osobiście generał-gubernatorowi, wysłano go do Witebska, lecz oszukał. Szumiał, krzyczał, uderzył w szczękę podoficera wartowniczego i został za to ukarany, lecz nie uspokoił się; gdy mu na komisji pokazano jego przejętą korespondencję, to rozzłościł się do wściekłości, krzyczał i wymyślał, nie dając odpowiedzi. „W prawie nic nie jest powiedziane, co będzie za to, jeśli ktoś zakłuje chłopczyka; my niczego nie boimy się, tylko aby sprawa wyszła z komisji. Jesteście zbójcami; nam nic nie będzie, ą was będą sądzić, zobaczycie!”
Icek Wulfson, który jeździł razem z Joselem Mirlasem obejrzeć wyrzuconego w lesie trupa dziecka, zagubił się do tego stopnia, że zeznawszy jakoby nie umie czytać, sam podpisał po rosyjsku swoje przesłuchanie. Zapewniając, że Tierientiewej nie zna wcale, dodał: „i nikt nie nawracał jej na żydowską wiarę – w każdym wypadku gdy odjeżdżałem do Dyneburga nie była ona Żydówką”. A więc on ją i wtedy znał?
Jego żona, Fejga, zeznała, że nie była w tym czasie wcale w Wieliżu, natomiast mąż jej zeznał, że ona tam była. Na konfrontacjach prawie umierała, nie mogła stać, kładła się na krzesło, żaliła się, że jest jej niedobrze, uporczywie milczała i nie podpisała swoich zeznań, bez żadnej przyczyny. Później była gotowa przyznać się do wszystkiego, lecz spytała się: „czy jest takie prawo, że gdy ktoś przyzna się do wszystkiego, to uzyska przebaczenie?” Powiedziano jej, że prawo w takim wypadku zmniejsza karę; wtedy ona powtarzała w rozpaczy: „wpadłam z innymi ze swojej głupoty”, a później uporczywie milczała. Chciała się ochrzcić, lecz potem rozmyśliła się. Powiedziała ona także „ja nie mogę oskarżać swojej matki, poza tym, wtedy musieliby przepaść wszyscy Żydzi”.
Leja Rudnikowa, była robotnicą Rywki Berlin, najpierw wypierała się, że nigdy u Rywki nie służyła, potem po udowodnieniu jej kłamstwa, przyznała się i mimowolnie wydała tym samym Rywkę. Zapewniała, że Tierientiewej wcale nie zna, a tymczasem powiedziała, że była ona żebraczką i chodziła po prośbie. W czasie przesłuchań rysowała palcem na plecach trzymanego na rękach dziecka jakieś znaki i, po zapytaniu jej, co robi, odpowiadała: „To Rywka, po żydowsku”. Gdy pokazano jej skrwawiony skrawek płótna, to bardzo się przestraszyła, zapłakała i wymyślała Tierientiewej najbardziej nieprzystojnymi przekleństwami.
Zusia Rudników, mąż Lei, także zapewniał, że nawet nie słyszał o zdarzeniu, o którym rozprawiano w Wieliżu trzy lata na wszystkich skrzyżowaniach. Patrzył w ziemię, mówił gwałtownie, wypierając się wszystkiego. Zadrżał, zobaczywszy zakrwawiony skrawek, odwrócił się, nie chciał patrzeć na niego i za nic nie chciał podejść do stołu. Nie podpisał konfrontacji, ponieważ zakręciło mu się w głowie, on sam nie rozumie, co mu czytają, i nie wie, czy to jest to, o czym mówił.
Bluma Natanowa, gdy Tierientiewa powiedziała jej: „na darmo ty się mnie wypierasz, znałaś mnie dawno, jeszcze kiedy zabito Horkę”, Bluma krzyknęła: „co ci teraz do Horki. Wtedy był sąd”. Okazało się, że Blumę razem z innymi podejrzewano w roku 1821 o zabójstwo Krystyny Ślepowrońskiej, także zamęczonej w żydowskiej szkole.
Rochla Fejtelson, wszedłszy na komisję, zanim jeszcze dała zapytać siebie o cokolwiek, zaczęła krzyczeć: „ja nie wiem za co mnie wzięli; nie pytajcie mnie o nic, ja niczego nie wiem, nigdzie nie byłam, niczego nie widziałam”. Ona także plątała się, gubiła się i drżała.
Oto główne odpowiedzi i usprawiedliwienia Żydów, jeśli tylko to można nazwać odpowiedziami i usprawiedliwieniami, wypisane w skrócie, lecz dokładnie i bez opuszczania choćby jednego słowa, które mogłoby posłużyć dla usprawiedliwienia podsądnych. Takiego słowa nie wypowiedział żaden. To co ujawniało się podczas przesłuchań, to wyłącznie tylko negowanie, często wyraźne kłamstwo, strach i złość. Tymczasem sprawa ciągnęła się i komisja pomimo swoich starań, nie mogła pójść dalej. Żydzi, którym wyraźnie i bezdyskusyjnie udowodniono winę, milczeli, upierali się, byli ordynarni. Generał-gubernator, książę Chowański, doniósł o tym Miłościwemu Panu i zarządzono by przekonywać Żydów, a rozrabiaków karać. Z powodu rozpoczętych w roku 1827, z wykorzystaniem tych samych kobiet świadków dowodowych, kilku podobnych spraw, zarządzono, by ta sama komisja zbadała je wszystkie. W roku 1828 oddelegowano do komisji urzędnika z Rządzącego Senatu; a potem zarządzono jeszcze, by przesłuchać podsądnych, czy nie wykazano w stosunku do nich stronniczości. Niektórzy zeznali, że nie wykazano, lecz inni żalili się na stronniczość, lecz niestety, nie byli w stanie wyjaśnić, na czym ona polegała. Mówili tylko ogólnymi słowami, że ich nie tak przesłuchiwano, nie tymi słowami pisano odpowiedzi, przesłuchiwano jak przestępców, pomimo, że trzy kobiety przyznały się, a więc, to one były prawdziwymi przestępczyniami; że nie odsuwano na ich żądanie śledczych i członków komisji, i tym podobnie.
W roku 1829 komisja przedstawiła w końcu pełny przegląd tych strasznych wydarzeń, oskarżając Żydów we wszystkim i uważając ich winę za udowodnioną. Oprócz tych, którzy umarli i zbiegli, pozostało ich jeszcze aresztowanych czterdzieści dwoje ludzi obu płci. Generał-gubernator, będąc tego samego zdania jak jego poprzednik, przedstawił wyczerpujący wiernopoddańczy raport, w którym także konkretnie oskarżył Żydów i uznał ich winę za udowodnioną.

W rzeczy samej, uwzględniwszy wszystkie okoliczności, nie można się nie zgodzić z wnioskiem komisji i generał-gubernatora. Przepowiedni Tierientiewej i Jeremiejewej, zgodnie z którymi wydarzenie dokonało się, w ogóle nie można wyjaśnić, jeśli im się nie uwierzy, że jedna sama sprzedała chłopczyka, a druga podsłuchała rozmowę. Zgodne zeznania Tierientiewej, Maksymowej i Kozłowskiej o wszystkich szczegółach zabójstwa i zgodne z tym podobne okoliczności, potwierdzone przez postronnych zaprzysiężonych świadków, całkowita niemożność złożenia takich, zgodnych we wszystkim, zeznań bez zmieniania ich w ciągu kilku lat, gdyby nie była to sama prawda – szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, że dwie z tych kobiet żyły w ciągłej wrogości, nie mogły ze sobą spokojnie rozmawiać, nawet w obecności komisji, a trzecia była już zamężna za szlachcicem i nie mogła mieć żadnego powodu, aby rzucać na siebie i na innych takie straszne oszczerstwo. Następnie, zeznania postronnych świadków, z których niektórzy widzieli, jak Żydzi przegalopowali o świcie bryczką w tym kierunku, gdzie znaleziono trupa – jedna widziała chłopczyka w rękach Cetlinowej, dwoje innych widziało go w jej domu, w sypialni i w skrzyni. Stan, w którym znaleziono trupa – zadrapania skóry, ranki, obrzmiałe, zaczerwienione nogi, spłaszczony nos i usta, siniak od węzła na potylicy, paznokcie obcięte do ciała, żydowskie obrzezanie i inne – całkowicie zgodne z zeznaniami trzech kobiet o tym, w jaki sposób zamęczono dziecko. Zachowanie się podsądnych na przesłuchaniach, wykryty spór pomiędzy nimi, gwałtowne i bezmyślne wypieranie się ich wszystkiego, co odnosiło się do tej sprawy; udowodnienie każdemu z nich wielu fałszywych zeznań; udawanie przez niektórych z nich chorych i obłąkanych; ucieczki innych i próby dokonania tego przez dalszych; próba przekupienia księdza, opiekuna duchowego kobiet świadków dowodowych; straż nocna i zebrania u Berlinów, Nachimowskich, Cetlinów – czego oni z początku także wypierali się; i w końcu własne przyznanie się Natana Prudkowa, Zelika Brusowańskiego, Fradki Derwitz, Fejgi Wulfson i Icka Nachimowskiego do przestępstwa i jawne wahanie się innych, a również przechwycona ich korespondencja demaskująca winnych – to są oskarżenia i dowody winy, na których opierała się komisja i generał-gubernator, uznając, że Żydom udowodniono winę w takim stopniu, że uważali już własne ich przyznanie się za niepotrzebne, tym bardziej, że na korzyść Żydów nie przemawiała również ani jedna okoliczność, a żadnych usprawiedliwień ani dowodów na niewinność swoją ani jeden z nich nie mógł przedstawić – oprócz jawnego kłamstwa i bezczelnego wypierania się. Przedstawili oni w ogólnym i szczegółowym raporcie imienny wykaz Żydów, w którym stopień winy każdego był szczegółowo określony.
W Rządzącym Senacie powstała różnica zdań; niektórzy panowie senatorowie zgadzali się z wnioskami komisji i skazywali Żydów na karę; drudzy wahali się; trzeci uniewinniali ich; jeszcze następni chcieli tylko podjąć środki zapobiegawcze na przyszłość i dawali różne w tym temacie propozycje. Wobec tego sprawę przekazano Radzie Państwa, gdzie 18 stycznia 1835 roku wypracowano opinię zatwierdzoną przez cesarza:
że zeznania denuncjatorek, zawierające wiele sprzeczności i niezgodności, bez żadnych konkretnych lub bezsprzecznych dowodów winy, nie mogą być uznane za dowód sądowy, oskarżający Żydów i dlatego:
1. Żydów, sądzonych w sprawie uśmiercenia żołnierskiego syna Jemielianowa i w innych podobnych sprawach, objętych wieliskim postępowaniem sądowym, a także w sprawach o bezczeszczenie świętości chrześcijańskich, ponieważ nie udowodniono im konkretnie winy, zwolnić z sądu i śledztwa.
2. Chrześcijanki, będące świadkami dowodowymi: chłopkę Tierientiewą, żołnierkę Maksymową i szlachciankę Kozłowską, które nie udowodniły tych strasznych przestępstw i odstępstwa od wiary, o jakie same one siebie oskarżały, lecz winne z powodu oszczerstw, których później niczym nie mogły potwierdzić, zesłać na Sybir, na osiedlenie, pozbawiwszy Kozłowską szlachectwa.
Ponadto Jeremiejewą, Żełnową i innych, zwolnić, nakładając na tą pierwszą cerkiewną pokutę.

Wnioski
Po rozpatrzeniu tych wszystkich strasznych przypadków i wzburzających duszę zdarzeń, częściowo udowodnionych historycznie i sądownie, oskarżenie Żydów o męczeńskie uśmiercanie na Paschę chrześcijańskich dzieci nie można uważać za przywidzenie i przesąd, a należy dojść do wniosku, że oskarżenie to ma podstawy, a także ma je ogólny pogląd o wykorzystywaniu przez nich krwi tych męczenników do jakichś tajemniczych czarów. Jest okoliczność, o której mówiono już na początku tego raportu, niezaprzeczalna i oczywista, na którą przy badaniu tego przedmiotu nikt dotychczas nie zwrócił uwagi, tymczasem powinna ona służyć jaskrawym dowodem dla wszystkich wątpiących. Nikt, oczywiście, nie będzie zaprzeczał, że w krajach, gdzie toleruje się Żydów, od czasu do czasu znajdowano trupy dzieci, zawsze w taki sam sposób okaleczonych, lub co najmniej z podobnymi oznakami zadanego gwałtu i śmierci. Nie mniej prawdziwe jest także to, że oznaki te wskazywały na umyślną, przemyślaną zbrodnię, męczeńską śmierć dziecka, i przy tym dziecka chrześcijańskiego: to (i co innego) udowodniło mnóstwo świadectw śledczych, sądowych i lekarskich. Lecz w jaki sposób wyjaśnić taką niepojętą zagadkę, chociażby za pomocą jakiegoś domysłu, nie tylko poprzez udowodnienie, jak wyjaśnić, co mogłoby skłonić kogokolwiek do takiego bezmyślnego, bestialskiego postępku, jak nie jakiś tajemniczy, kabalistyczny lub religijno-fanatyczny cel? Ni własny interes, ni gniew, ni inne namiętności i pobudki nie mogą tego w żaden sposób wyjaśnić. Nie mamy tutaj do czynienia tylko z samym zabójstwem, lecz z zamierzonym, męczeńskim torturowaniem niewinnego dziecka, a więc jest to albo rozkoszowanie się tymi mękami, albo zabójstwo to ma inny cel. Chrześcijanie katolicy świętowali pamiątkę ukrzyżowania Jezusa Chrystusa wykorzystując przedstawienia, które miały na celu zbezczeszczenie Judasza; w Rosji była sekta staroobrzędowców, nazywanych dzieciobójcami – zabijali oni nieślubne dzieci, suszyli i zamieniali na proszek wyjęte z nich serca, wykorzystując go do czarów w celu przyciągnięcia do siebie naśladowców; zakaukascy muzułmanie, sunnici świętują w podobny sposób pamięć swojego proroka, urągając uroczyście jego przeciwnikowi Alemu, w tym celu najmują za pieniądze człowieka. Żydzi robią to samo, jeśli tylko mogą, w święto Hamana i Pejsach; jest to znane nie tylko z historii, od czasów cesarza Teodozjusza, lecz wie o tym każdy, kto żył między Żydami. Na przykład, mieszkańcy Charkowa pamiętają jeszcze woziwodę, który na trzy dni znikał co roku w czasie Wielkiego Tygodnia, pozostawiając nagle tych, komu służył, bez wody. W tym czasie zatrudniał się on stale u Żydów, aby przedstawiać Zbawiciela, i pozwalał, za dobrą opłatą, związać sobie ręce, bić po twarzy, ale nie boleśnie, jak zapewniał, opluwać siebie, krzyczeć, wymyślać i przeklinać siebie ile wlezie. Trzymali jego w tym czasie w szkole i dobrze karmili. Czyż można więc mieć wątpliwości, że doprowadzeni do szału, fanatyczni Żydzi nie byliby gotowi zrobić jeszcze jednego kroku dalej i dograć tę komedię do końca, jeśli by to nie było niebezpieczne? A jeśli jeszcze do tego dołączy się jakieś kabalistyczne, czarodziejskie wykorzystanie krwi chrześcijańskiej, to czyż połączenie jednego celu z drugim i oparty na tym fanatyzm mogą wydawać się na tyle nieprawdopodobne, żeby raczej oskarżać i karać chrześcijan będących świadkami oskarżenia, a nie Żydów, którym oni udowodnili winę? Skąd więc te w jednakowy sposób i umyślnie okaleczone trupy niewinnych dzieci? Dlaczego znajdowane są one tylko tam, gdzie są Żydzi? Dlaczego są to zawsze dzieci chrześcijan? I na koniec, dlaczego przypadki te zawsze zdarzały się wyłącznie w czasie lub przed samą Paschą? Z tej plątaniny niezaprzeczalnych zdarzeń, z tego labiryntu nie ma wyjścia, jeśli nie pójdziemy jedyną drogą, którą wskazuje nam nieprzerwana nić faktów, towarzysząca każdemu podobnemu wypadkowi. Autor niniejszego raportu osobiście znał w naszych zachodnich guberniach mądrego i wykształconego lekarza, Żyda, który w szczerej rozmowie, w cztery oczy, sam na ten temat przyznawał, że oskarżenie to, niewątpliwie jest uzasadnione, że są Żydzi, którzy w swoim fanatyzmie gotowi są dokonać takiej oburzającej zbrodni. Twierdził on, że nie jest to właściwie obrzęd żydowski, a wymysł wyrodków ludzkich. W Petersburgu jeszcze teraz służy wychrzczony, mądry Żyd, który z całym przekonaniem potwierdza istnienie tego obrzędu, nie w sensie ogólnym, jak się on wyraża, a w postaci wyjątku, lecz odmawia   jednocześnie świadczyć o tym gdziekolwiek w sposób jawny, dlatego że, oczywiście, nie jest w stanie udowodnić prawdziwości swoich słów, a także boi się zemsty bogatych Żydów, których intrygi sięgają daleko i którzy uznaliby podobne oskarżenie za ogólne okrycie hańbą ludu Izraela i za osobistą zniewagę swojej osoby.
Czy w tym sensie można uważać, że podobnych zbrodni dokonują chrześcijanie w celu rzucenia oszczerstwa na Żydów? Założyć, że znajdą się chrześcijanie gotowi z nienawiści do Żydów na więcej niż bestialstwo? Chociaż w naszych czasach, gdy już dawno minął czas wypraw krzyżowych, trudno o takie przypuszczenie; lecz dlaczego ludzie ci wybierają tak niebezpieczny, niepewny, nawet bezmyślny sposób zemsty, który, jak widzieliśmy, za każdym prawie razem zwraca się przeciwko nim samym, gdy tymczasem Żydzi są uniewinniani?
Nasz oświecony, przyjazny ludziom wiek, chwalący się swoją tolerancją, zrezygnował z mąk, stosów i wszelkich prześladowań za wiarę, uzbroił się także niedowierzaniem w stosunku do podobnego strasznego oskarżania Żydów i ze wstrętem odrzuca wszelką możliwość takiego fanatyzmu. Byłoby ono zbyt wielką hańbą dla całej ludzkości i dawanie mu wiary poniża, jak wiara w babskie bajki, przesądy i zabobony. Żydów prześladowano – czas uznać ich za braci, za równych nam; takie oskarżenie to pozostałość starych przesądów i szykan. Takie rozumowanie, oddając hołd naszej miłości do ludzi, udowadnia tylko, że i najbardziej szlachetne intencje mają swoją słaba stronę; współczując rzeczywiście pożałowania godnemu położeniu ludu Izraela, zapalamy się do tej idei, stajemy się stronniczy i zupełnie zapominamy się, oddajemy na ofiarę swoich współwyznawców, bezwiednie pobłażając jakiemuś potwornemu nasieniu diabelskiego fanatyzmu. Lecz Żydzi wiele razy byli oskarżani o tę zbrodnię niesprawiedliwie, jak jeszcze niedawno był taki wypadek na Śląsku, gdzie chłopca odnaleziono żywego! To prawda; i podobny przypadek zawsze był wielkim tryumfem dla Żydów, którzy z wielkim hałasem i krzykiem rozgłaszali go wszędzie i później jeszcze zasłaniali się nim. Lecz czego to dowodzi? Ile razy ludzie byli niesprawiedliwie oskarżani o złodziejstwo lub zabójstwo, czyż na podstawie tego można wnioskować, że złodziejstw i zabójstw nie ma na świecie, i że zawsze jest winien ten, kto poskarży się, że został okradziony? Jeśli kazańskiemu chłopu przepada koń, pierwszym słowem obwieszcza: zjedli go Tatarzy. Gdy znajdzie go później w lesie lub bagnie, to jego oskarżenie w tym wypadku było fałszywe; jednakże  ono w niczym nie osłabia wiadomej wszystkim prawdy, że Tatarzy kradną i jedzą konie.
Lecz Żydzi w Anglii, Francji, Niemczech, wykształceni, mądrzy, często nawet na najwyższych państwowych posadach i w każdym wypadku rzetelni, uczciwi obywatele, czyżby oni nie wykryli tak oburzającego obyczaju lub tajemnicy swojej wiary, szczególnie ci z nich, którzy przyjęli chrzest święty?
Ten sprzeciw prowadzi do wniosku końcowego, który kończy i jest celem niniejszego badania. Na początku niniejszego raportu powiedziano, że wielu nawróconych Żydów rzeczywiście zrobiło to, czego słusznie można było od nich oczekiwać; są to, na przykład, były rabin, mnich Neofita, były rabin Serafinowicz, Paździerski, Ciarini, Pikulski, Sawicki, Grudziński i inni, o których powiedziano wyżej. To samo twierdzili publicznie antytalmudyści w sporze z rabinami we Lwowie, w roku 1759. Lecz ilość takich demaskatorów nie jest  oczywiście duża w porównaniu z całym narodem i są tego przyczyny; tego fanatycznego obrzędu nie tylko nie można łączyć ze wszystkimi w ogóle Żydami, lecz nawet bez żadnych wątpliwości, bardzo niewielu o nim wie. Istnieje on tylko w sekcie chasydów, jak wyjaśniono wyżej – sekcie najbardziej upartej, fanatycznej, uznającej jedynie sam Talmud i księgi rabiniczne, która, można powiedzieć, wyrzekła się Starego Testamentu; lecz i tutaj stanowi on wielką tajemnicę, być może nie jest on znany wszystkim i oczywiście, co najmniej nie wszyscy chasydzi i nie zawsze go wypełniają; jednak nie ma żadnej wątpliwości, że nigdy nie zanikł on całkowicie od czasów rozprzestrzenienia się chrześcijaństwa, i że dotychczas pojawiają się od czasu do czasu wśród Żydów fanatycy i kabalistyczni znachorzy, którzy, mając na uwadze ten podwójny cel, ośmielają się pójść na męczeńskie zabicie chrześcijańskiego dziecka i wykorzystują jego krew w celach mistyczno-religijnych i pozornie magicznych. W Polsce i naszych zachodnich guberniach, do których od czasów średniowiecza uciekało zatwardziałe i ciemne żydostwo, dotychczas jest największa ilość przykładów podobnego fanatyzmu, szczególnie w Guberni Witebskiej, gdzie sekta chasydów znacznie się rozprzestrzeniła.
Tyle   Waldemar  Dahl   w   przerażającym  tekście  o  domniemanych   mordach  rytualnych   i  o  antyżydowskim  terrorze  z  tego  rodzaju  pomówieniami  związanym. 
 ***
            W  temacie  mordów  rytualnych  zabierali głos także Włosi. Oto ksiądz Curzio Nitoglia w artykule Kilka słów o mordach rytualnych (www.ultramontes.pl) wywodzi:
W Jampolu (obecnie Ukraina, dawne Wschodnie Kresy Polski), w rzece Oregna, która wpada do Dniestru, w 1756 roku, znaleziono ciało.
Żydzi zostali oskarżeni o mord rytualny i odwołali się do Rzymu; papież Benedykt XIV zwrócił się do Ojca Wawrzyńca Ganganelli, który później został kardynałem i papieżem, z prośbą o zbadanie tej sprawy przez Święte Oficjum. „(...) Ganganelli, wydal opinię, iż wyżej wspomniane oskarżenie jest zupełnie zbliżone do tego, które za czasów papieża Innocentego IV (1243-1254), zostało postawione przeciw niemieckim Żydom”. Papież Innocenty IV zaprzeczał jedynie temu iżby Żydzi „se corde pueri communicant interfecti”, nie zaś prawdziwości mordu rytualnego. Ganganelli przedstawił sprawozdanie do Kongregacji Ułaskawień, 2 marca 1758. Po gruntownym przebadaniu, chociaż Kongregacja uznała za prawdziwe zdarzenia z Trydentu i z Rinn, to jednak zawyrokowała, iż oskarżenie wystosowane przeciwko Żydom z Jampolu, którzy rzekomo spożyli w ramach komunii serce chrześcijanina znalezionego martwego w rzece, było fałszywe i że w tym szczególnym wypadku zabrakło poważnych dowodów świadczących o ich winie.
W swoim zeznaniu O. Ganganelii pisał: „Uznaję zatem za prawdziwy przypadek błogosławionego Szymona, trzyletniego dziecka, zabitego przez Żydów, z nienawiści do Wiary Jezusa Chrystusa, w Trydencie, w 1475 roku (...) Uznaję również za prawdziwy inny tego typu fakt, który miał miejsce w 1462 roku w wiosce Rinn (w Tyrolu), diecezji Bressanone, dotyczący osoby błogosławionego Andrzeja, dziecka zabitego w barbarzyński sposób przez Żydów z nienawiści do Wiary Jezusa Chrystusa”.
Zatem opinia Ganganelli’ego niezależnie od tego, iż była opinią zwykłego doktora prywatnego, nie negowała prawdy o oskarżeniach dotyczących przelewu krwi, (uznawała, i to nawet wyraźnie, śmierć męczeńską błogosławionego Szymona z Trydentu i Andrzeja z Rinn dokonaną przez Żydów). Ganganelli sprzeciwiał się jedynie hipotezie, podobnie zresztą jak Innocenty IV w XIII wieku, iżby Żydzi „komunikowali” spożywając serce chrześcijanina przy okazji obchodów paschy.
Ojciec P. Silva, około piętnaście lat później, na łamach „La Civilta Cattolica” zdementował zarzuty Lorda Rothschilda przeciw historycznej zasadności oskarżeń dotyczących przelewu krwi w dwóch artykułach zatytułowanych „Żydowskie oszustwa a dokumenty papieskie”.
„Spośród przesłuchanych autorytetów w sprawie o zatwierdzenie nieistnienia rytualnych zbrodni, istnieje jeden, którego zeznaniu synagoga przypisywała większą wartość (...), a który również z naszej strony zasługuje na szczególniejszą uwagę: jest to autorytet Stolicy Apostolskiej”. Czasopismo Jezuitów cytuje list lorda Rothschilda do kardynała Merry del Val (7 października 1913 roku), w którym lord Żyd odnosi się do opinii wyrażonej przez O. Ganganelliego, konsultora Świętego Oficjum (który później zasiądzie na Stolicy Apostolskiej jako papież Klemens XIV), pozornie przeciwnej tezie o żydowskim mordzie rytualnym. Następnie przytacza list papieża Innocentego IV, w którym Biskup Rzymu miałby rzekomo uznać za nieuzasadnione oskarżenie o mordzie rytualnym. Jednakże lord Żyd idąc w ślad za Justinusem Elisejevitchem Pranaitisem, znawcą teologii i księdzem rzymsko-katolickim prowincji Turkestanu, utrzymuje, iż teksty te prawdopodobnie zostały sfałszowane, w związku z czym zwraca się z prośbą do Kardynała Merry del Val o uwierzytelnienie tekstu opublikowanego listu Innocentego IV i wypowiedzi Ganganelli'ego. „La Civilta Cattolica” odpowiada: „Czego żąda lord Żyd? Chce wiedzieć (...) czy list Innocentego IV i wypowiedź konsultora Świętego Oficjum są autentyczne czy nie. Otóż, jak słusznie zauważono, aby uzyskać weryfikację, absolutnie nie było konieczne udawanie się do kardynała sekretarza stanu, ani też obciążanie go misją, która do niego nie należy (...) co się tyczy dokumentu Innocentego IV wystarczyłoby skonsultować w bibliotece publicznej wydania krytyczne dokumentów papieża (...) i w ten sposób, nie marnując innym czasu, lord mógłby dowiedzieć się prawdy (...). Co do listu Innocentego IV (...) zrobiono z niego obowiązkowy refren, który synagoga odśpiewuje za każdym razem kiedy wyrzuca się jej hańbę rytualnych zbrodni (...) Doktor Pranaitis nigdy nie wątpił w autentyczność tekstu Innocentego IV, ale raczej negował sens, jaki mu nadają obrońcy synagogi, a który również przyjmuje lord: i w tym właśnie względzie Pranaitis miał świętą rację, gdyż list papieża mówi coś zupełnie innego, niż to co oni chcą, by mówił”. Czasopismo Jezuitów, cytuje więc list Innocentego IV, nadając mu rzeczywiste znaczenie, i w ten sposób rozwiewa „żydowskie machinacje”. Pierwsza część listu –pisze „La Civitta Cattolica” – stanowi jedynie przedstawienie argumentów prezentowanych przez apelujących (Żydów); druga część zawiera rozporządzenie, to znaczy wolę papieża i to co on nakazuje. „Otóż w całym tym tekście, co jest rzeczą oczywistą, nie ma nic z tego, czego Rothschild i jego współwyznawcy usiłują się doszukiwać.
Papież (...), z jednej strony przyjmował (...) zażalenia, z drugiej jednak znał doskonale tych ludzi, i już kilka lat wcześniej, w 1244 roku, nakłaniał świętego króla Ludwika IX, aby im wyrwać z rąk bezbożny Talmud, a wszystkie jego kopie rzucić w ogień (...) Tak więc ten roztropny papież nie mógłby nierozważnie osądzać, nie zapoznawszy się uprzednio z zarzutami przeciwników, by stwierdzić, do jakiego stopnia można było wierzyć bądź nie wierzyć w skargi przedstawione w odwołaniu: to dlatego nie roztrząsał zagadnienia, lecz zadowalał się wydaniem rozporządzeń, których zastosowanie nie mogło nikogo wprowadzić w błąd, ponieważ było niczym innym jak prostymi zasadami prawnymi, które stanowią fundamentalny obowiązek każdego człowieka. A chodziło mianowicie o to, by biskupi nakazali wynagrodzenie szkód popełnionych przez despotów. Papież nic nie stwierdza i niczego nie definiuje, lecz biorąc pod uwagę hipotezę o zaistniałych krzywdach, nakazuje ich wynagrodzenie. I to wszystko. Tak więc list ten nie jest wyrokiem sądowym, i nie zawiera w żadnym razie „szczególnego orzeczenia, iż mord rytualny przypisywany judaizmowi jest perfidnym i bezpodstawnym wymysłem”.
W jaki więc sposób lord bankier miał czelność publicznie to   twierdzić?”
Kardynał Merry del Val odpowiedział Rothschildowi 18 października 1913 roku, wysyłając mu proste i rzeczowe uwierzytelnienie listu Innocentego IV i wypowiedzi Ganganelli’ego skierowanej do konsultorów Świętego Oficjum.
Absolutnie nie oznaczało to (jak miało to miejsce około piętnaście lat temu), że Stolica Apostolska stwierdza brak podstaw do oskarżenia o rozlewie krwi. Wręcz przeciwnie, z przytaczanych tekstów można wywnioskować coś dokładnie przeciwnego!
Pod koniec 1899 roku przedstawiciele angielskiego judaizmu zwrócili się, za pośrednictwem arcybiskupa Westminsteru, do papieża Leona XIII, w celu uzyskania od Stolicy Apostolskiej oświadczenia potępiającego, jako fałszywe, oskarżenie o żydowskim mordzie rytualnym. Tymczasem żądanie to mijało się z prawdą historyczną. Kilkadziesiąt lat wcześniej w 1867 roku Pius IX zezwolił na kult błogosławionego Wawrzyńca z Marostica, który stał się ofiarą rytualnego mordu w Wielki Piątek 1485 roku.
W 1894 roku Rocca D’Adria na Kongresie Eucharystycznym w Turynie, w obecności szesnastu biskupów z Piemontu, przedstawił naturę rytualnego mordu w sprawozdaniu zatytułowanym: Eucharystia a współczesny żydowski ryt paschalny, znajdującym się w Aktach Kongresu Eucharystycznego, który miał miejsce w Turynie w dniach od 2 do 6 września 1894 roku. (Turyn 1895, tom lI, ss. 79-95).
Według Rocca D'Adria, pisze profesor Miccoli, „Opinia, w myśl której mord na dzieciach chrześcijańskich zachodziłby z nienawiści do Chrystusa, aby w ten sposób sprofanować święta Wielkanocne, nie odpowiada prawdziwemu motywowi. W rzeczywistości zbrodnia ta była ściśle narzucona przez religię talmudyczną, była aktem obrzędu religijnego, «zbrodnią narodową i prawnie ustanowioną». Rabini wiedzą i uznają, że Mesjasz przyszedł już w osobie Chrystusa, a przez swoją krew zbawił i zbawia chrześcijan. Zawładnięcie niewinną krwią chrześcijańską – oto wyimaginowany przez rabinów sposób, by ich naród miał udział w tej drodze zbawienia. Kropla tej krwi powinna być zmieszana z macą nakazaną na święto żydowskiej Paschy... Rabini i ojcowie rodzin, którzy z kolei przekazywali ten sekret bądź komuś zaufanemu bądź najstarszemu synowi, byli depozytariuszami straszliwej tajemnicy. W ten sposób utwierdzany był charakter zabobonny, formalistyczny, zewnętrzny religii talmudycznej. Ale nie tylko; gdyż, jak wiadomo, religia oparta na takim rycie nie mogła nie być religią zupełnie zdeprawowaną, a cały lud, bądź przynajmniej wszyscy praktykujący Żydzi byli w to uwikłani. Samo uporczywe odrzucanie Chrystusa i Kościoła przez Żydów wypaczało zupełnie charakter, gdyż w istocie odrzucenie to nie wynikało z nieświadomości czy zaślepienia, lecz z dobrowolnej chęci tkwienia w błędzie. Piętno Szatana odnalazło w religii żydowskiej idealną analogię: a zatem była to religia satanistyczna, która zupełnie zerwała pomost ze starotestamentowym mozaizmem”.
Ksiądz Giuseppe Oreglia konkluduje na łamach „Civilta Cattolica”: Jedyną obroną jaka pozostaje katolikom jest postępowanie z Żydami dokładnie tak jak postępuje się z dżumą: jeżeli nie można ich unicestwić, to przynajmniej należy ich obejść szerokim łukiem”.
Henri Desportes, w 1899 roku, wysyłając do Leona XIII kopię swojej książki, zatytułowanej „Tajemnica krwi u Żydów wszystkich czasów” („Le myste're du sang chez les juits de tous tes temps”) napisał: „Czyż to nie hańba, żeby ci, co w taki sposób mordują nasze dzieci z nienawiści do wiary katolickiej, byli wszędzie szanowani i żeby katolicy całowali ich ręce splamione krwią naszych braci? Chciałem więc przerwać tę hańbę”. (…)

Angielski katolicyzm a mordy   rytualne.
Niektórzy katolicy, a zwłaszcza liczni Żydzi, sprzeciwiali się tezie o żydowskim mordzie rytualnym. Szczególnie „katolicyzm mniejszościowy, jakim wówczas był katolicyzm angielski, uwidaczniał za pomocą prasy całą kłopotliwość sytuacji, nie wyłączając teologów i księży, wplątując w sprawę cały Kościół (...).
Oskarżenia o nietolerancję i antysemityzm formułowane pod adresem katolików i Kościoła przez organy zarówno konserwatywnej jak i liberalnej prasy angielskiej stanowiły dla mniejszości katolickiej dodatkowy bodziec do zajęcia otwarcie zdecydowanego stanowiska. A było nim powstrzymanie fali antysemityzmu... Lecz w gruncie rzeczy jedynie papież mógł na mocy swej władzy zawyrokować w tej sprawie”.
Lord Russel w długim liście z 28 listopada 1899 r. do Leona XIII sugerował, by papież ogłosił bezzasadny charakter tezy o żydowskim mordzie rytualnym. Tymczasem L'Osservatore Romano opublikował dokładnie w tym samym czasie artykuł, który wydawał się podtrzymywać zasadność tezy o mordzie rytualnym. Czytamy w nim: „Czy sądzicie, że doszło wtedy do rytualnego mordu? Nie ma najmniejszej wątpliwości, że tak... W takim razie dlaczego uwolniliście zabójcę? (...) Ponieważ nazajutrz po skazaniu  lud prawdopodobnie wybiłby dwadzieścia tysięcy Żydów, a zatem kto miałby nam dawać pieniądze, gdyby zabrakło Żydów?”.
Podobnie od 1892 L'Osservatore opublikowało dwa artykuły o mordzie rytualnym: w pierwszym: Bushoff i mordy rytualne, pisano „na temat prawdopodobieństwa ofiar ludzkich, bądź o rytualnych zabójstwach dzieci popełnianych przez Żydów. (...) Bez względu na to nadal gromadzono pieniądze z myślą wysłania ich Bushoffowi, (oskarżonemu o mord rytualny), jak gdyby nie dotyczyło go żadne podejrzenie w tej tragicznej sprawie (...) Trzeba mieć się na baczności, by wskutek ciągłego kwestionowania wyroków wymiaru sprawiedliwości w sprawach o podobne przestępstwa, nie podniosła się w konsekwencji okrutna i nieumiarkowana zemsta ludu”
W drugim artykule zatytułowanym „W sprawie Bushoffa”, który pojawił się w L'Osservatore napisano: „rozgrzeszenie rzeźnika chrześcijanobójcy [Bushoffa], którego Niemcy oskarżają o dokonanie trzech rytualnych mordów na dzieciach”.
A ponieważ L’Osservatore Romano nie jest oficjalnym organem Watykanu, lecz jedynie dziennikiem, na łamach którego watykańskie komunikaty są oficjalnie publikowane, dla lorda Russela stało się nie do pomyślenia, żeby imię Papieża i Stolicy Apostolskiej mogło być zamieszane w takie sprawy! Poprzez potępienie tezy o prawdziwości żydowskich mordów rytualnych, dążono do tego, by przerwać antyżydowską polemikę. W całą sprawę wmieszali się również książę Norfolku i kardynał Vaughan, arcybiskup Westminsteru.
„W rzeczywistości liczne przesłanki pozwalały jasno zrozumieć, że Stolica Apostolska nie tylko nie była skłonna do interweniowania w tej sprawie, lecz nawet dawała jasno do zrozumienia, iż jej osąd dotyczący tych oskarżeń był diametralnie różny od opinii prezentowanej przez angielskich rozmówców. Otrzymując woluminy od Desportes Leon XIII niezmiennie odpowiadał okazując swoje «uznanie» wobec «synowskiego hołdu» i udzielając «z głębi serca apostolskiego błogosławieństwa»”.
Artykuły L’Osservatore Romano oburzały lorda Russela, jednakże osąd Stolicy Apostolskiej i Sekretariatu Stanu pozostawał nadal w sprzeczności z jego opinią. Wystarczy wspomnieć o 26 artykułach, które w latach 80-tych i 90-tych, La Civilta’ Cattolica poświęciła żydowskim mordom rytualnym, podtrzymując i wykazując zasadność tezy o „eksterminacji” chrześcijan przez talmudyczny judaizm.

Raport powierzony Świętemu Oficjum
„Niemniej jednak autorytet osób, które zwracały się do Leona XIII, zabiegając usilnie o jego interwencję, z pewnością nie pozwalał na pozostawienie tej kwestii bez odpowiedzi... Cały raport został więc skierowany do Świętego Oficjum, od dawna zbierającego się, by rozstrzygać kwestie dotyczące Żydów, a mające związek z wiarą”.
Trzeba wiedzieć, że już w drugiej połowie XVIII wieku Święte Oficjum zajęło się tym zagadnieniem, i że Ojciec franciszkanin Wawrzyniec Ganganelli (który później został papieżem) wyraził osobistą opinię tylko pozornie sprzeczną z tezą o mordzie rytualnym.
Wielu przeciwników tej tezy, opierało się na tejże wypowiedzi, pomijając fakt, iż opinia wyrażona przez Ganganelliego jest osobistą opinią zwykłego doktora, nie zaś papieża. Przypisując wyżej wymienionej wypowiedzi inne znaczenie niż to rzeczywiste, jak wykazano w przypisie, szukali potwierdzenia, że Stolica Apostolska była przeciwna historycznej prawdziwości rytualnych mordów.
Raport rozpoczęty za pontyfikatu Leona XIII, został przesłany Świętemu Oficjum 4 grudnia 1900 r. i powierzony Msgr. Merry del Val.
„Obwieszczenie wewnętrzne, powiadamiające o odbiorze raportu i objaśniające wybór Merry del Val w dużej mierze wyraża ducha w jakim uczestnicy Świętego Oficjum przygotowywali się do rozpatrzenia tej sprawy:
Kardynał, arcybiskup Westminsteru uznał za stosowne poinformowanie Stolicy Apostolskiej o dzisiejszym antysemityzmie, istotnym zwłaszcza w kwestii mordów rytualnych. Łatwo zrozumieć jak poważna jest to sprawa, jeśli zważyć zuchwałość londyńskich, wpływowych Żydów, którzy w swojej niekwestionowanej dominacji w Europie posuwają typową dla nich arogancką nierozwagę, aż do ubiegania się o obronę i protekcję Stolicy Apostolskiej. Merry del Val, który pośród swych przodków ma dziecko ukrzyżowane przez Żydów, obecnie czczone na ołtarzach, [chodzi tu o błogosławionego Dominika del Val, ukrzyżowanego w Saragossie w Wielkanoc 1250 roku] jest człowiekiem doskonale zorientowanym w sytuacji.
Kłopot związany z inicjatywą arcybiskupa Westminsteru, uważanego niemalże za pionka w rękach Żydów wydawał się ewidentny. Propozycja wyboru Merry del Val jasno pokazuje, w jakim duchu chciano by raport został zredagowany”. Sprawa nie szybko została rozwiązana przez Rzym i Anglicy wznowili atak. 26 marca 1900 roku kardynał Vaughan przekazał petycję z prośbą o interwencję z Rzymu, na ręce kardynała Rampolli, który po powiadomieniu papieża, przekazał ją, na jego polecenie, Świętemu Oficjum. Dla autorów petycji „oskarżenie o krew” nie było niczym innym jak „zupełnie niewiarygodną, przestarzałą, okrutną legendą”.
Profesor Miccołt komentuje: „Nigdy nie znalazłem bezpośrednich komentarzy Sekretariatu Stanu czy Świętego Oficjum dotyczących uwag bądź argumentów przedstawionych w petycji. Nie ma wątpliwości, że przesłanka stanowiąca punkt wyjściowy, w którym oskarżenie o «mord rytualny» było niczym innym jak tylko «przestarzałą  legendą», nie była w żadnym wypadku podzielana ani przez środowiska rzymskie, ani przez większość prasy poświęconej wydarzeniom aktualnym, ani przez europejską prasę katolicką (...).
W rzeczywistości oczywistym było, że Święte Oficjum przyjęło ich inicjatywę z zażenowaniem. Ale był to cały katolicyzm angielski, który nie cieszył się dobrą opinią w rzymskiej prasie (...)Z Rzymu przyglądano się z nieufnością i ironią kampaniom filosemickim tych katolików. W październiku 1899 roku La Civilta' Cattolica, reagując na oskarżenia skierowane pod adresem Kościoła o współodpowiedzialność za kampanię antysemicką, nie ukrywa swojej niechęci do angielskich katolików, uważając ich za „trochę płochliwych i onieśmielonych w stosunku do każdego oskarżenia jakie się rozpowszechnia, nawet bezpodstawnie, przeciwko Kościołowi rzymskiemu i religii katolickiej ”
Kongregacja Świętego Oficjum zebrała się w końcu 25 lipca 1900 roku. „Brakowało protokołu... Tymczasem żądanie było jasne: uznać za nieuzasadnione oskarżenie o mordzie rytualnym sformułowane przeciwko Żydom. Postanowienie mówi: «Respondeatur per Secretarium Status, petitam declarationem dari non posse». Dwa dni później, 27 lipca powyższe postanowienie zostało zatwierdzone przez papieża, a 31 lipca asesor Świętego Oficjum obwieścił jego treść kardynałowi Rampolli. Ten z kolei, za pośrednictwem kardynała Vaughan, przesłał ją do księcia Norfolku i do lorda Russela: tak więc ich usiłowania   spełzły na niczym”.
W krótkim tekście, napisanym ręcznie, wydanym przez Stolicę Apostolską z datą 25 lipca 1900 raku czytamy: „Mordy rytualne są historyczną prawdą, Benedykt XIV potwierdził je, a Stolica Apostolska dokonała kanonizacji, wynosząc na ołtarze dziecko zabite przez nich [Żydów] z nienawiści do wiary (...) Zważywszy na to, Stolica Apostolska nie może wydać żądanej deklaracji”.
Krótko mówiąc Stolica Apostolska odpowiada: „Żądana deklaracja nie może zostać wydana (...) ponieważ mordy rytualne, którym chciano zaprzeczyć, rzeczywiście miały miejsce”.
La Civilta’ Cattolica już w 1881 roku wykazała, że list papieża Innocentego IV napisany w obronie Żydów, nie tylko niczego nie dowodzi w związku z rytualnymi mordami, ale nawet absolutnie nie mówi o nich w sposób szczególny; ostatecznie wpływowe czasopismo Jezuitów stwierdza: „Niektórzy sądzą (...), że (...) z listu, który Innocenty IV napisał 3 lipca 1247 roku z Lyonu może wynikać niezbity argument przeciwko prawnym i historycznym dowodom dotyczącym praw i praktyk talmudyczno-hebrajskich, związanych z zabójstwami chrześcijan w duchu nabożności i żydowskiego kultu odbywającymi się zwłaszcza z okazji Świąt Wielkanocnych. Tymczasem list ten został wystosowany przez Papieża, aby bronić – podobnie jak czyniło to tylu innych jego poprzedników i następców – Żydów w państwach, w których byli oni zapalczywie gnębieni kalumniami i prześladowaniami (...).
Jednakże żaden argument nie może być wyciągnięty z wyżej wspomnianego listu Innocentego IV przeciwko, nie tylko udowodnionemu, ale również z całą pewnością często praktykowanemu przez rasę żydowską prawu talmudycznemu..., w myśl którego zabijano (...) chrześcijańskie dzieci i nie tylko dzieci... w duchu kultu, praktyk religijnych czy też przestrzegania prawa (...). Nikt (...) nigdy nie oskarżał (...) Żydów o spożywanie, w czasie świąt Wielkanocy, serca zabitego dziecka (...) co jest oszczerstwem, z którego Innocenty IV ich uniewinnia. Jednakże byli oni zawsze oskarżani o coś innego: to znaczy (...) o używanie krwi chrześcijańskich dzieci i nie tylko dzieci do pieczenia macy; o czym Innocenty IV nie wspomina”.

Monsignor Umberto Benigni a mord rytualny.
W 1922 roku Msgr Umberto Benigni, w swojej „Historii Społecznej Kościoła” („Storia Sociale delia Chiesa”), doszedł do identycznych wniosków, pomimo, że nie mógł skonsultować dokumentacji „O krwawej ofierze przypisywanej Żydom” („Sul sacrificio di sangue attribuito agli ebrei”), zachowanej w Tajnych Archiwach Watykanu. Do tej lektury został dopuszczony kilka lat temu Miccoli, natomiast Benigni mógł jedynie przestudiować artykuły z „La Civilta' Cattolica”.
Chciałbym tutaj przytoczyć wnioski słynnego historyka katolickiego, by móc jeszcze lepiej zgłębić „Tajemnicę Krwi”, nie popadając w żaden z dwóch ekstremalnych błędów: bądź w negujący wszystko sceptycyzm, bądź też w fanatyczną i przesądną łatwowierność, która, pragnąc za dużo stwierdzić, może skompromitować to, co zostało rzeczowo i historycznie udowodnione w tezie o żydowskim mordzie rytualnym.
Benigni wstępnie zauważa, że, aby móc stwierdzić czy zbrodnia jest rytualna, musi zostać dokonana z powodów religijnych (z nienawiści do wyznawców innej religii), a ponadto musi mieć formę rytu. Na przykład, zbrodnia będzie implicite (domyślnie) rytualna, jeśli katolik zostanie zabity przez Żydów  w czasie wielkiego tygodnia, aby w nienawiści upamiętnić mękę Jezusa poprzez akty przypominające biczowanie, cierniem ukoronowanie, ukrzyżowanie.
Zbrodnia będzie explicite (wyraźnie) czyli w pełni rytualna jeśli katolik zostanie zamordowany jak powyżej (z nienawiści do wiary katolickiej) i kiedy ponadto krew ofiary zostanie użyta w oficjalnych żydowskich ceremoniach zabobonnych, to znaczy w celu religijnej ofiary przebłagalnej bądź, jeszcze lepiej, zabobonnej.
Zbrodnia nie będzie w pełni rytualna, gdy użyje się krwi katolika do czegoś w rodzaju sakramentu czy środka zapobiegawczego, bez motywów nienawiści religijnej.
Benigni rozsądnie przyznaje, że spomiędzy wszystkich zbrodni uznanych w dziejach za rytualne, wiele nie zostało historycznie dowiedzionych jako takie, co jednak nie zezwala na stwierdzenie, że zbrodnie uważane za rytualne i jako takie uznane, były wszystkie fałszywe (abusus non tollit usum)!
Na żydowskie zarzuty, w myśl których papieże mieliby zaprzeczyć historyczności mordów rytualnych, Benigni odpowiada, że:
1) Innocenty IV w bulli z 28 maja 1247 roku do Arcybiskupa Wiednia Jana z Bernin, najpierw przedstawia odwołanie Żydów ubolewających nad tym, iż byli niesłusznie prześladowani z powodu oskarżenia o ukrzyżowanie małej dziewczynki. Następnie papież stwierdza, że jeżeli oskarżenia są fałszywe, to należy zabronić prześladowania niewinnych, lecz jeśli jest przeciwnie, i zbrodnia rzeczywiście miała miejsce, to musi zostać ukarana.
Papież w bulli z 5 lipca 1247 do episkopatu Francji i Niemiec, podtrzymuje, że Żydzi niemieccy oświadczają, iż zostali fałszywie oskarżeni o spożycie serca dziecka chrześcijańskiego na paschę, i że od tej chwili nie życzy sobie, by popełniano niesprawiedliwości przeciwko nim, a na wypadek gdyby takowe miały miejsce należy zaprzestać niesprawiedliwych szykan.
W bulli z 25 września 1253 roku, papież potwierdza, iż nie wierzy, by Żydzi spożywali ciała chrześcijan, to znaczy, że nie wierzy w ten szczególny koniec rytualnej  zbrodni: w kanibalizm. Uważa nawet, że niektórzy przedstawiciele katolickiej szlachty nadużywają tych oskarżeń, aby zawładnąć dobrami żydowskimi, czego zakazuje, lecz nie neguje samego istnienia rytualnych zbrodni.
2) Marcin V, w bulli z 13 lutego 1429 roku zakazał kaznodziejom nadużywania kwestii żydowskiej w czasie kazań.
W bulli z 2 listopada 1447 roku papież zaprzecza temu, iżby Żydzi obchodzili swoje święta spożywając wątrobę czy serce chrześcijanina.
Msgr Benigni pisze, że „żydowscy notable w 1913 roku przy okazji procesu Beylisa, zwrócili się do Stolicy Apostolskiej, stosując wszelkie formalności, z zapytaniem czy bulla Innocentego IV i wypowiedź kardynała Ganganelli'ego były autentyczne.
Stolica Apostolska udzieliła odpowiedzi pozytywnej w sprawie bulli Innocentego IV, uciekając się do opinii kompetentnych historyków; co się zaś tyczy raportu Ganganelliego, po zbadaniu dokumentów archiwalnych, również potwierdzono jego autentyczność (...). Jeśli zaś chodzi o raport Ganganelli’ego, to jest on wyrazem osobistej opinii purpurata (a jeszcze nie papieża), który negując fakt udowodnienia licznych zbrodni rytualnych, potwierdzał jednak prawdę historyczną dotyczącą kwestii dwóch błogosławionych: Andrzeja z Rinn i Szymona z Trydentu”.
Krótko mówiąc, Kościół, zawsze roztropny, przezorny i macierzyński, usiłuje uspokoić dusze, i aby nie dopuścić, by popadły w jeden z dwóch przeciwstawnych sobie błędów – tj. albo w fanatyzm wynikający z łatwowierności albo w sceptycyzm niedopuszczający historycznie potwierdzonej prawdziwości mordów rytualnych – w rezultacie dementuje szczegółowe oskarżenia, w myśl których Żydzi spożywają np. serce chrześcijańskiego dziecka.
Przecież nawet dziś nie brakuje postrzeleńców, którzy zapewniają, iż młodzi ludzie zmarli w sobotni wieczór w drodze powrotnej z dyskoteki, na skutek wypadku samochodowego, są ofiarami żydowskich mordów rytualnych. Naturalnie, jest to niedorzecznym absurdem, jednakże nie zezwala na negowanie prawdy historycznej o mordzie rytualnym, gdyż jak mówi łacińskie powiedzenie „nadużycie nie wyklucza zwyczaju”. W ten sposób, w przeszłości nie brakowało szaleńców, często niestety podjudzanych przez osoby interesowne, którzy w przypadku klęsk głodowych bądź epidemii oskarżali Żydów o zatruwanie powietrza, wody, pól, by następnie – o zgrozo – przejąć ich dobra. Kościół postępuje powoli, z największą rozwagą, gdyż jak się mawia, „pośpiech jest złym doradcą”: w przypadku Szymona z Trydentu – na przykład – Kościół interweniował kilkakrotnie. Sykstus IV, 10 października 1475, zawiesił ludowy kult oddawany już wtedy ku czci Szymona, umęczonego przez Żydów, ponieważ, jak wówczas orzekł papież, niczego jeszcze definitywnie w związku z tym nie stwierdzono. Biskup Trydentu Jan Hinterbach wszczął proces i opowiedział się za prawdziwością tezy o rytualnym zamordowaniu Szymona z rąk Żydów, lecz komisarz papieski rozpoczął kolejny proces, stwierdzając, iż biskup trydencki popełnił kilka prawnych nieścisłości. W związku z tym papież wszczął trzeci proces, po którym oświadczono, iż pierwszy, trydencki, został przeprowadzony „rite et recte”. Mimo to, nie wyrażono jeszcze zgody na publiczny kult Szymona. W 1584 Grzegorz XIII, w Martyrologium rzymskim (Martyrologium Romanum), ogłosił, że 24 marca 1475 roku, w Trydencie miało miejsce „passio sancti Simeonis pueri a judeis saevissime trucidati, qui multis postea miraculis coruscavit” (umęczenie świętego Szymona chłopca, w okrutny sposób zamordowanego przez Żydów, który następnie zajaśniał licznymi cudami). W dniu 8 czerwca 1588 roku, ponad sto lat po męczeńskiej śmierci błogosławionego Szymona, Sykstus V zatwierdził publiczny kult ku jego czci. Kościół zezwolił na publiczny kult i również beatyfikował Andrzeja z Rinn za pontyfikatu Benedykta XIV, 15 grudnia 1753, i 22 lutego 1755; a później jeszcze Dominika del Val (za pontyfikatu Piusa VII, 24 listopada 1805, 12 maja 1807 i 7 sierpnia tego samego roku), Krzysztofa z La Guardia, w pobliżu Toledo (za Piusa VII) i Wawrzyńca z Marostica (za Piusa IX w 1867).
Przypomnijmy jeszcze, że według opinii kardynała Ganganelli, referenta Świętego Oficjum, człowieka, któremu obcy był wszelki fanatyzm czy ekstremizm, spośród tak wielu zbrodni rytualnych przypisywanych Żydom na przestrzeni wieków, należy przyjąć za pewne i prawdziwe zbrodnie dokonane na Szymonie z Trydentu i Andrzeju z Rinn, zabitych „z nienawiści do wiary katolickiej”. To dlatego – konkluduje Msgr Benigni – „nawet Benedykt XIV i kardynał Ganganelli [których Żydzi usiłują cytować na swoją korzyść zaprzeczając jednocześnie tezie o «Tajemnicy Krwi»] uznali za historyczne męczeństwo Błogosławionych z Rinn i z Trydentu”.
Wydaje mi się, iż można bez obaw uznać historyczną prawdziwość tezy o żydowskim mordzie rytualnym, nie popadając ani w przesadny fanatyzm, który widzi ten fakt wszędzie, nawet tam gdzie go nie ma, ani w sceptycyzm, który uporczywie temu zaprzecza, nawet w obliczu tak przekonywających, historycznych i magisterialnych dowodów.” Tyle ksiądz Curzio Nitoglia.  Domysły  i  oszczerstwa  nie    jednak  dowodami. 
 ***

W dziele Cywilizacja żydowska Feliks Koneczny z kolei pisał w rozdziale Uwaga o mordzie rytualnym: „Ponieważ przy cytatach, bezpośrednio ze starego pochodzących Talmudu, łatwo o refutacje, że dany przepis talmudyczny, przestarzały już, nie obowiązuje, lepiej sięgać do Szulchan-Aruchu, bo obowiązuje dotychczas. W rozdziale 66 drugiej jego księgi, Jore-dea, napotykamy kwestie o krew ludzką, która mogłaby puścić się z zębów Żydowi pijaczemu i napłynąć do kubka. Czegóżby Talmud nie wymyślił! Oto ów ustęp: „Chociażby wolno jadać krew z ryb, nie można jej jadać uzbieranej w jednym naczyniu, a to ze względu na pozory; albowiem bliźni (Żyd), który o tym nie wie, mógłby pomyśleć, że to krew bydlęca. Podobnież ma się rzecz z krwią ludzką, której spożywanie także nie jest zakazane. Jeżeli ktoś np. ugryzł kawałek chleba, a płynie skutkiem tego krew z zębów do kubka, musi to zetrzeć, bo mógłby kto nadejść i przypuścić, że on pije krew zwierzęcą; ale tę krew, jaką ma jeszcze pomiędzy zębami, może wycisnąć, wyssać”. Jest to jedyna, w Szulchan-Aruchu wiadomość pewna, niewątpliwa, o krwi ludzkiej. Ze zdziwieniem dowiadujemy się przy tej sposobności, że spożywanie krwi ludzkiej nie jest zakazane. Ma Talmud słuszność, że nigdzie w Starym Zakonie zakazu takiego nie ma; ale też nie ma zakazu wielu innych rzeczy, a to z tego powodu, że po prostu nie przypuszczało się takiej możliwości. My zaś nie przypuszczamy, żeby autorowi tego ustępu mogło chodzić o coś więcej, niż o krew z zębów; że chciał tylko popisać się swą przenikliwością kazuistyczną i nic więcej. Gdyby atoli znaleźli się tacy, którzy byliby gotowi świadomie spożywać krew ludzką, mogliby powołać się na Talmud, że to nie jest zakazane i wysuwać dalszy wniosek, że... wolno. Nigdzie atoli Talmud (Szulchan-Aruch) spożycia krwi ludzkiej nie zaleca; o mordzie rytualnym nie ma mowy. Mógłby był powstać tylko poza Talmudem. Kabałą? Ani nawet fundamentalne dzieła kabalistyczne nie są jeszcze należycie przestudiowane, nie mówiąc o długim szeregu rozmaitych podręczników. Jest niemało ksiąg kabalistycznych normujących rojenia i udzielających adeptom wskazówek, jak się zabierać do rozmaitej magii, jakimi środkami osiągać cele cudowne itp. Jest w Zoharze jedno miejsce podejrzane, o którym mowa w rozdziale XVIII, a które tu powtórzę: „Nie mamy (po zburzeniu świątyni) innej ofiary, oprócz tej, która polega na usuwaniu strony nieczystej”. W świątyni były ofiary krwawe, więc „usuwanie” traktować należy, jako ofiarę krwawą, rytualnie? Trzeba by specjalnego studium, uwzględniającego kontekst; jak w ogóle należałoby cały Zohar opracować nowoczesną metodą naukową. Na dowód miejsce to nie starczy, bo może tyczyć się tępienia gojów w ogóle; a w świątyni składano także niekrwawe ofiary. Ani też pylpul, ni chasydyzm nie dostarczają żadnych argumentów za mordem rytualnym. Słowem: żadna z czterech religii żydowskich, mordu rytualnego nie tylko nie zaleca, lecz w ogóle go nie zna. Trudno jednak przypuścić, żeby było „wyssanym z palca” coś, co przez długie wieki nie tylko utrzymywało się w tradycji, lecz wciąż się odnawiało. Jeżeli zaś powołujemy się niekiedy na tzw. consensus communis, jako na dowód uboczny, toć tu zachodziłby tego wypadek klasyczny. Nie daje to bynajmniej pewności, lecz sprawa osadza się na tym miejscu, w którym narzuca się uwaga, że „coś w tym być musi”. „Consensus” zaś, obejmuje wszystkie stany i warstwy. Mickiewicz, tak pełen czci dla „Izraela, starszego brata” pisze jednak o wytaczaniu szpilkami krwi z dziecięcia chrześcijańskiego, toczonego w beczce. Z powszechnego mniemania nie wynika jednakże nic, jeżeli brak dowodu pozytywnego. Mogą go dostarczyć procesy sądowe, jeżeli ich procedura stanęła na odpowiedniej wyżynie, i jeżeli były przeprowadzone poważnie i sumiennie. Co do tego, nie można nic zarzucić dwom procesom, posiadającym znaczenie zasadnicze: w Tisza-Eszlar (1883 r.) i potem w Kijowie z udziałem uczonego księdza Pranajtisa w 1913 roku. Powiem otwarcie, że studiując te procesy, uznałem kwestię mordu rytualnego za udowodnioną. Na pewno nie jestem jedynym; znalazłem szereg osób jak najpoważniejszych, dla których prawda była najwyższym walorem życia, a zapatrujących się podobnież na owe wielkie procesy. Ks. Pranajtis wywodzit, że ówczesne zabójstwo 13-letniego Andrzeja Juszczyńskiego „posiada wszystkie wyróżniające się i charakterystyczne cechy mordu rytualnego”. Możnaby dodać uwagę, że sposób zabójstwa zapobiegał zakazanemu w Torze rozlewaniu krwi ludzkiej, a zatem nie przekraczał „Prawa”. Taki też sposób, zupełnie taki sam, przekazuje tradycja odwieczna pomiędzy chrześcijanami. Żydzi powołują się na pewne bulle papieskie, zaprzeczające możliwości mordu rytualnego. Ks. Pranajtis stwierdził, że w oficjalnych wydawnictwach watykańskich bulli tych nie ma. Natomiast przytacza zdanie kardynała Merry del Val (sekretarza stanu) z roku 1913 „Inna rzecz zakazywać, aby na Żydów bez dostatecznych dowodów nie były rzucane oskarżenia o mord rytualny, a inna rzecz zaprzeczać temu, czy przez Żydów kiedykolwiek byli zabijani i nawet zamęczani chrześcijanie. Ostatnim – Kościół w żaden sposób zaprzeczyć nie może”. Z tego wszystkiego wynika, że skoro żadna religia żydowska mordu rytualnego nie zna, popełniać go może tylko jakaś sekta tajna, rabinom nieznana.
O fanatycznej tej sekcie wiadomo tyle, ile światła rzucają na nią wielkie procesy. Zamiast namiętności, należało by się zdobyć na badawczość i sektę wykryć. Żydzi sami winni dopomóc do tego. Wnosząc z poszlak, jakie da się wycisnąć z wadliwych źródeł, sekta istnieje od dawnych wieków. Czy powstała przeciwko chrześcijanom, jako takim? Być może, że zrazu było tylko jakie grono uprawiających magię z pomocą krwi dziecięcej i może niekoniecznie dziecka chrześcijańskiego. W magii użytek krwi jest wieloraki, a przeżytki znajdują się dotychczas w rozmaitych przesądach, znanych folklorowi. Żydzi z reguły wierzyli w magię i oni ją głównie uprawiali.
Znaczna cześć ideologii kabały, całą zaś ideologie pylpulu i wiarę w cudotwórczość cadyków można zaliczyć do magii, łatwo mogło nastąpić złączenie magii z nienawiścią do chrześcijan, aż w końcu wytworzyła się sekta, oddana tylko fanatyzmowi nienawiści i już nawet o magię nie troszcząca się. Sekt jest w Izraelu nie mato. Dowiadujemy się o nich jakby przygodnie przy rozmaitych sposobnościach; nikt nie opracował jeszcze tego tematu systematycznie (...).
 ***

Dziennik „Rzeczpospolita” informował w marcu 2007 roku: „Nowa książka znakomitego włosko-izraelskiego historyka, wprawiła Żydów we Włoszech i poza granicami w zdumienie i konsternację. Ariel Toaff, który wykłada historię Średniowiecza i Renesansu na Uniwersytecie Bar-llan w Ramat Gan w Izraelu, napisał, że Żydzi w średniowiecznej Europie mordowali chrześcijańskie dzieci, by używać ich krwi do religijnych rytuałów. Sprawa jest szczególnie kłopotliwa dla włoskich Żydów, ze względu na osobę autora. Jest on synem Elio Toaffa, który w latach 1951-2001 był naczelnym rabinem Rzymu, a tym samym przełożonym największej żydowskiej wspólnoty we Włoszech. Rabin Toaff jest poważaną przez wszystkich i szanowaną powszechnie postacią. To właśnie on w 1986 r. witał Jana Pawia II, przybywającego z historyczną wizytą do Tempio Maggiore, gdzie potem modlił się wspólnie z papieżem.
Sam Toaff, obecnie liczący 91 lat, nie wystosował żadnego oświadczenia na ten temat, mówi się jedynie, że przyłączył się do listu włoskich rabinów.
W odpowiedzi nań Ariel Toaff napisał: „W mojej książce, liczącej ponad 400 stron, chciałem jedynie sprawdzić, czy używanie chrześcijańskiej krwi na macę (azzim) to tylko kwestia antyżydowskich stereotypów. Moje badania trwały bardzo długo, ponad sześć lat sprawdzałem żydowskie i chrześcijańskie źródła na ten temat i przetrząsałem archiwa”.
Włoscy Żydzi nie są jedynymi oburzonymi tą publikacją.
Abraham H. Foxman dyrektor Anti-Deffamation League wydał oświadczenie: „Jest niewiarygodne, że ktokolwiek, mniejsza z tym, czy izraelski historyk, może próbować uzasadniać bezpodstawne oszczerstwa, które stanowią historyczne źródło największych cierpień i ataków skierowanych przeciwko Żydom”.
„Bloody Passover” opiera się głównie na zeznaniach, przeważnie wymuszonych torturami, Żydów oskarżonych o rytualne morderstwa. Procesy, które zbadał Toaff, toczyły się w Europie Środkowej w latach 1100-1500. Zwłaszcza znamienny jest proces, który miał miejsce w 1475 w Rento, podczas którego sądzono trzynastu Żydów niemieckiego pochodzenia. Torturowani  zeznali, że zamordowali i ukrzyżowali chrześcijańskie dziecko w wieczór Paschy.
Toaff stawia tezę, że rytualne morderstwa mogły być popełniane, i że w atmosferze religijnej żarliwości mogły się trafiać małe grupki aszkenazyjskich fanatyków, być może obłąkanych prześladowaniami, być może przepełnionych nienawiścią do swoich chrześcijańskich prześladowców, którzy szukali odwetu pod osłoną mieszaniny zabobonu i religijnych rytuałów.
Na książkę Ariela Toaffa ostro zareagował m.in. profesor Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie Israel Gutman, który w artykule rozkolportowanym przez media we wszystkich krajach świata pisał: „Książka izraelskiego profesora budzi ogromne kontrowersje. Opisuje w niej rytualne mordy dokonywane przed wiekami przez Żydów na chrześcijańskich dzieciach.
Profesor Ariel Toaff jest szanowanym naukowcem, szefem Wydziału Historii Żydowskiej na Uniwersytecie Bar-IIan w Tel Awiwie. Specjalizuje się w dziejach wyznawców judaizmu mieszkających w średniowiecznej Europie.
Jego najnowsza publikacja wprawiła jednak w osłupienie kolegów historyków i przedstawicieli społeczności żydowskich. W monografii „Krwawa Pascha. Europejscy Żydzi i rytualne mordy” prezentuje tezę, że antysemicki mit dotyczący porywania i zabijania chrześcijańskich dzieci miał potwierdzenie w faktach. Według włoskiego dziennika „Corriere della Sera” Toaff udowadnia, że wiele podobnych zbrodni rzeczywiście miało miejsce w latach 1100-1500 w okolicach Trydentu.
Zdaniem izraelskiego historyka, związanego z Włochami – właśnie w tym kraju wydał swoją książkę – mordów dokonywali członkowie skrajnego odłamu wyznawców judaizmu pochodzenia aszkenazyjskiego. Krew dzieci była im rzekomo potrzebna do wyrabiania macy i sporządzania specjalnych eliksirów, tzw. koszernej krwi. Miały one mieć lecznicze właściwości i być opatrzone certyfikatem rabina.
– Nawet jeżeli autorowi udałoby się udowodnić, że przed wiekami istniała taka sekta dewiantów, nie można jej w żaden sposób identyfikować ze społecznością żydowską – oburzył się cytowany przez izraelski dziennik „Jerusalem Post” dr Amos Luzzatto, jeden z liderów społeczności żydowskiej we Włoszech. „Nie można brać deklaracji wymuszonych przed wiekami pod wpływem brutalnych tortur i stwarzać na ich podstawie szalonych i kłamliwych teorii” – napisało w specjalnym oświadczeniu 12 czołowych włoskich rabinów. Nie ukrywali oburzenia. Przypomnieli też, że choć Żydzi faktycznie często przyznawali się do mordów na chrześcijańskich dzieciach, ich zeznania były wymuszone na mękach. Jednak prof. Toaff nie tylko nie wziął tego pod uwagę, ale swoją książkę oparł właśnie na odnalezionych protokołach tych przesłuchań. Nawet  jego  ojciec  jest  przeciw  jego  tezom.

„Jedyna krew, jaka została przelana w związku z tymi sprawami, była krwią niewinnych Żydów” – napisali włoscy rabini. Za rzekome rytualne mordy głową płacili nie tylko domniemani sprawcy, ale również stawały się one zarzewiem brutalnych antysemickich pogromów. Co ciekawe, pod oświadczeniem podpisał się ojciec historyka, Elio Toaff, niegdyś naczelny rabin. Cytowany przez brytyjski „Daily Telegraph” autor książki określił oświadczenie rabinów jako „haniebne”. – Zanim mnie osądzili, powinni sobie zadać trochę trudu i przeczytać książkę – oświadczył.
Opisał m.in. przypadek dwuletniego Simonino z Trydentu, którego ciało zostało odnalezione w kanale w marcu 1475 roku. Za zabójstwo to uśmiercono 16 miejscowych Żydów. Chłopiec został beatyfikowany i przez blisko pięćset lat, do Soboru Watykańskiego II, otoczony kultem katolickiego męczennika.
W Polsce głosy na temat rzekomych zbrodni pojawiały się niekiedy w antysemickiej publicystyce przed II wojną światową. W XVIII wieku teorie takie głosił zaś rabin, który porzucił judaizm, niejaki Serafinowicz.
Obecnie, jak podkreślają eksperci, nikt poważny nie twierdzi w Polsce, że Żydzi rzeczywiście zabijali chrześcijańskie dzieci, aby wykorzystać ich krew.
– To niepoważne pomysły. Cały ten mit oparty był na zwykłych plotkach – powiedział „Rz” prof. Jerzy Robert Nowak, historyk związany z Radiem Maryja. – Podtrzymywanie takich plotek dzisiaj przez historyków wypływa z błędu warsztatowego. Istnieją bowiem na ich potwierdzenie tylko źródła ze strony chrześcijańskiej, a żadnych z żydowskiej. Żeby to udowodnić, trzeba by zaś było mieć oba i je skonfrontować.
W średniowiecznej i nowożytnej Europie, tak samo jak dziś, funkcjonowali pedofile-mordercy. To oni porywali i zabijali dzieci. Odpowiedzialność za te akty zrzucano zaś na Żydów. Nie widziałem żadnych dowodów, które potwierdzałyby takie oskarżenia. Nie znalazł ich też nikt inny. Nikt nie udowodnił również istnienia tajemniczej aszkenazyjskiej sekty, która miałaby dokonywać mordów. Nie sądzę więc, żeby nagle udało się to panu Toaftowi. Żaden szanujący się polski historyk nie mógłby napisać czegoś takiego. Nikt ze środowiska nie podałby mu ręki”.  Tyle  czołowy  ekspert  Radia  Maryja  i  Telewizji  Trwam. Niejasne tylko, dlaczego nikt by w Polsce nie podał ręki uczonemu, który by się poważył odkryć i opisać jakąś niemiłą prawdę, przeczącą  aktualnie panującemu owczemu pędowi; zaiste polska organiczna głupota nie zna granic.
Na   książkę Toaffa, oczywiście nawet nie czytając jej, z właściwą sobie werwą zareagowały też polskie  autorytety . Jeden z nich, Piotr Zychowicz, pisał: Nie mogę uwierzyć, że żydowski historyk mógł napisać taką książkę. To jakiś obłęd. Przecież mit o mordowaniu chrześcijańskich dzieci jest jednym z elementów dzikiego, prymitywnego antysemityzmu, który doprowadził w XX wieku do tak straszliwych skutków.
I ten człowiek jest profesorem historii na izraelskim uniwersytecie...? Przecież to, że Żydzi mordowali chrześcijańskie dzieci, jest tak samo prawdziwe, jak to, że my teraz jesteśmy na Księżycu. Zachowało się tyle żydowskich dokumentów z tamtych czasów, m.in. o obyczajach i życiu codziennym, ale w żadnym z nich nie ma o tym nawet najmniejszej wzmianki.
Emocje   nie są argumentem w żadnej naukowej dyskusji .  Faktów się nie neguje. Wariaci, zboczeńcy i złoczyńcy  są w każdym narodzie. A jeśli przebierają się w szaty kapłanów, uczonych, nauczycieli narodu czy polityków, trzeba ich demaskować za pomocą twardych faktów, naukowych argumentów, a nie histerycznych wyzwisk i – za przeproszeniem – leżenia krzyżem na placu, gdzie gromadzi się motłoch. Tyle komentarz w jednym z pism polskich.
 ***

Ariel Toaff urodził się w rodzinie głównego rabina Rzymu, miał za sobą wiele pokoleń przodków prawowiernych i wykształconych. Ani stronniczości, ani braku kultury intelektualnej nie sposób mu zarzucić. Został swego czasu profesorem judaistycznego uniwersytetu Bar-Ilan pod Tel-Awiwem i autorem trzytomowej monografii „Miłość, praca i śmierć. Życie Żydów w średniowiecznej Umbrii”. Opracowując to fundamentalne dzieło na podstawie źródeł archiwalnych odkrył, że niektóre średniowieczne wspólnoty Aszkenazyjczyków w północnych Włoszech praktykowały barbarzyński i odrażający rytuał mordów rytualnych. Żydowscy czarownicy i ich pomagierzy wykradali i mordowali chrześcijańskie dzieci, a ich krew wykorzystywali do zabiegów magicznych, mających na celu ściągnięcie na gojów wszelkich chorób i nieszczęść.
 Profesor Toaff zwrócił m.in. uwagę na sprawę św. Szymona z Trento. W przededniu żydowskiej Paschy roku 1475 we włoskim miasteczku Trento został wykradziony z domu dwuletni chłopczyk. Jak ustaliło śledztwo, w nocy przestępcy pozbawili dziecko życia przekłuwając wielokrotnie jego ciałko gwoźdźmi w celu wytoczenia krwi, a potem ukrzyżowali głową w dół wołając: „Niech zginą wszyscy chrześcijanie na lądzie i na morzu!”. W ten sposób wykonano archaiczny obrzęd pochodzący z epoki barbarzyństwa, zamiast zastąpić krew symbolizującym ją winem, jak to się czyni w innych konfesjach. Zabójcy zostali pochwyceni, a biskup Trento uznał ich za winnych. Tymczasem potężna i bogata wspólnota izraelicka zwróciła się z protestem do papieża, wysuwając własną charakterystyczną wersję zdarzeń: Szymona zamordowali chrześcijanie w prowokacyjnym celu zdyskredytowania Żydów i wywołania na nich nagonki. Papież Sykstus IV  (Żyd!) wysłał do Trento innego biskupa, kategorycznie zakazując stosowania wobec podejrzanych tortur czy jakichkolwiek nacisków. Następnie rada złożona z sześciu kardynałów szczegółowo i dokładnie rozważała przebieg zdarzeń. Wspólnota hebrajska domagała się oddania swych rodaków pod sąd rabiniczny, który niewątpliwie usprawiedliwiłby ich zbrodnię, ponieważ  Talmud nie uznaje zabójstwa goja przez Żyda za przestępstwo. Papież jednak tym razem nie ugiął się i po skrupulatnym rozważeniu sprawy sąd wydał wyrok nie stronniczy, a sprawiedliwy. Porywacze zostali uznani za winnych i skazani, a po wielu latach 2-letniego  chłopczyka Szymona ogłoszono za świętego kościoła katolickiego.
Minęło wszelako kilka stuleci, kościół katolicki ostatecznie i definitywnie przepoczwarzył się w żydokatolicki i w 1965 roku biskupi zgromadzeni na Soborze Watykańskim II zdjęli winę z przestępców i przeprosili Żydów za to,  że ongiś kościół poważył się wymierzyć im sprawiedliwość. Tym samym kult zamęczonego dziecka uznano za fałszywy, papieża Sykstusa IV za oszusta, ówczesnych kardynałów za łajdaków i świadomych kłamców, Jezusa za Judasza, a Judasza za Chrystusa.
Profesor Ariel Toaff jednak ponownie zbadał sprawę i jednoznacznie ustalił, że mordu dokonała grupa  Aszkenazyjczyków, którzy niedawno osiedlili się w Italii i mieli obyczaje mocno różniące się od obyczajów Żydów włoskich. [Profesor lingwistyki Uniwersytetu Tel-Awiw Paul Wexler  twierdzi, że jidysz jest językiem raczej słowiańskim niż germańskim, a „Żydzi” aszkenazyjscy to nie przybysze z Bliskiego Wschodu, lecz rdzenny lud Europy Środkowej złożony przeważnie ze Słowian Zachodnich (przede wszystkim Polaków), którzy nawrócili się byli na judaizm w późnym średniowieczu, z dodatkiem chazarskiego elementu turecko-irańskiego, bałkańskiego oraz odrobiny palestyńskiego]. Ariel Toaff doszedł też do wniosku, że podczas śledztwa w Trento nie stosowano nacisków ani tym bardziej tortur, zbrodniarze zaś sami szczegółowo opisali przebieg dokonania tego bestialstwa. Uczony odkrył zresztą i opisał także inne przypadki mordów rytualnych, podczas których pozyskiwano krew dzieci chrześcijańskich w celach magicznych i medycznych. W tym kontekście warto przypomnieć, że    od dawna uważano, że  krew posiada właściwości magiczne; dlatego m.in. Herod usiłował zachować młodość zażywając kąpieli w wannach wypełnionych krwią pozarzynanych nowo narodzonych dzieci żydowskich, a kupcy nawet handlowali zasuszoną krwią ludzką, w tym pozyskaną podczas obrzędu obrzezania noworodków. W książce Ariela Toaffa czytamy o mordach rytualnych: „Te krwawe ofiary stanowiły instynktowne, okrutne, pełne nienawiści działania, w których niewinne, niczego nie rozumiejące dzieci były składane w ofierze w imię miłości ku Bogu  i w imię  Odwetu… Krew omywała ołtarze Boga, którego, jak uważno, musi się ukierunkowywać, a nieraz i zmuszać do okazywania łaski lub dokonywania kary”…
Inny obiektywny  badacz  Israel Juwal wskazuje, iż te krwawe ofiary uważano za konieczne, aby zwrócić gniew boży na głowy chrześcijan. Elliot Horowitz zaś w książce „Nierozsądne rytuały: Purym i dziedzictwo żydowskiej przemocy”  opisuje nie tylko mordy rytualne na gojskich dzieciach, ale i biczowanie wizerunków Bogarodzicy, plucie na obrazy Chrystusa, na hostię i opłatkę, niszczenie krzyży, kaleczenie i mordowanie chrześcijan; w zakresie sztuk plastycznych – tworzenie „dzieł” poniżających, profanujących cudzą wiarę i wartości etyczne. Obecnie, jak zauwaza Izrael  Shamir, Żydzi wymuszają na chrześcijanach nawet ocenzurowanie Nowego Testamentu tak,  aby żadne jego słowo „nie wywoływało ujemnych uczuć u Żyda”!  Tego rodzaju praktyki demaskowali i potępiali również inni wybitni reprezentanci Narodu Żydowskiego, jak np. Alfred M. Lilienthal czy Noam Chomsky.
Powracając do   Ariela Toaffa warto zaznaczyć, że został on przez większość środowisk żydowskich (akademickich, wyznaniowych, politycznych, artystycznych) napiętnowany i potępiony jako domniemany „antysemita”! Co więcej, donoszono, że tajny morderca, „kidon” już czeka na polecenie zabicia zacnego profesora, a rektor Uniwersytetu Bar-Ilan zapowiedział zwolnienie Toaffa z pracy z cofnięciem przewidzianych przepisami uprawnień emerytalnych. W ten sposób odważny intelektualista i wybitny uczony w wieku 65 lat stanął przed perspektywą pozostania bez środków do życia. Monstrualna nagonka w mediach i inne naciski sprawiły, że A. Toaff pokajał się i cofnął swe ustalenia naukowe. Okazało się, że ten, kto jest Żydem, nie ma prawa do nieskrępowanego poszukiwania prawdy historycznej i do jej ogłaszania, lecz przez całe życie musi bębnić to, co nakazuje „poprawność polityczna” i rabinat. Tej smutnej prawdy dowodzi zresztą także dramatyczny los Borucha Spinozy, Uriela Akosty, Moshe Zimmermana, Mordechaja Vanunu, Wilhelma Reicha, szeregu innych znakomitych mężów nauki.
                                                          ***
Ks. Stanisław Musiał kategorycznie odrzucał podejrzenia dotyczące popełniania przez Żydów mordów rytualnych, w tekście pt. Żydzi żądni krwi (2000) pisał: Wśród naukowców historyków nie ma jednomyślności co do tego, kto pierwszy przyczynił się do powstania pogłoski, że Żydzi mordują dzieci chrześcijańskie, zadając im cierpienia podobne do cierpień Jezusa Chrystusa.  
Pierwszym tekstem, w którym jest mowa o takiej zbrodni, jest dzieło angielskiego mnicha Tomasza z Monmouth „O życiu i męce Williama z Norwich”. Dzieło powstało najprawdopodobniej w latach 1150-54. Tomasz podaje, że w Wielką Sobotę 25 marca 1144 r. w lesie nieopodal Norwich znaleziono zwłoki 12-letniego Williama, któremu matka-wdowa pozwoliła w Wielki Wtorek na pójście do Norwich z nieznanym mężczyzną, który podawał się za kucharza jednego z duchownych tego miasta.
Podejrzenie o śmierć chłopca padło od razu na Żydów. Jedynie interwencja królewskiego przedstawiciela uratowała im życie. Tomasza nie było wtedy w mieście, jednak na podstawie własnych dochodzeń podał, że William został ukrzyżowany w domu najważniejszej w mieście osobistości żydowskiej, Eleazara, w Wielką Środę 22 marca, w żydowskie święto Pesach. Od mnicha konwertyty (przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo pod wpływem cudów dokonanych przez Williama), Teobalda, Tomasz uzyskał informację, że raz w roku zbiera się w Narbonie we Francji starszyzna żydowska, która losowo wybiera kraj, gdzie ma być dokonany mord rytualny. Żydzi mieli się kierować wiarą, że nigdy nie powrócą do swej ojczyzny, jeśli nie będą co roku składać ofiary z chrześcijanina „dla pogardy Chrystusa”.
To właśnie mnich Tomasz jest przypuszczalnie odpowiedzialny za rozpropagowanie idei żydowskiego mordu rytualnego. Wkrótce potem pojawiły się kolejne oskarżenia o rzekomy mord rytualny: Gloucester (1168), Blois (1171), Saragossa (1182), Fulda (1235). W kronikach klasztornych Anglii i kontynentu znajdujemy zapiski o mordzie w Norwich. Sprawa w Norwich zakończyła epokę antyjudaizmu w historii europejskie] i otworzyła nową epokę w historii antysemityzmu – dotychczasowa wrogość w stosunku do Żydów „wzbogaciła się” o groźny element irracjonalizmu.
Rok 1235 był przełomowy w historii mordu rytualnego. Dzieci chrześcijańskie miały być mordowane dla pozyskania krwi, potrzebnej do celów kultowych, terapeutycznych i magicznych. Od tej pory był to motyw dominujący, który będzie rozpowszechniany jeszcze w 1758 r. w wydanym we Lwowie dziele ks. Gaudentego Pikulskiego pt. „Złość żydowska”.
W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia w pożarze młyna zginęło pięcioro dzieci. Ich rodzice byli w tym czasie w kościele. Podejrzenie od razu padło na Żydów. Ujęto dwóch spośród nich, którzy na torturach przyznali się do tego czynu. Mieli oni zebrać krew dzieci do impregnowanych woskiem worków, a dla zatarcia śladów zbrodni podpalić mieli młyn. W wyniku tego wszyscy Żydzi z Fuldy (32 osoby) zostali zamordowani. Sprawa oparła się o cesarza Fryderyka II przebywającego wówczas w Niemczech. Cesarz postanowił zbadać sprawę. Król angielski Henryk II udzielił cesarzowi pomocy wysyłając mu dwóch Żydów-konwertytów, którzy zaprzeczyli, jakoby Żydzi potrzebowali dla sprawowania swego kultu krwi. Cesarz odnowił potem przywileje nadane Żydom przez Fryderyka Barbarossę w 1157 r. i rozciągnął je na wszystkie wspólnoty w państwie. Zabronił też wysuwania pod adresem Żydów podobnych oskarżeń. Niewielkie było jednak praktyczne znaczenie cesarskich postanowień, gdyż już w 1243 r. w Kitzingen doszło do kolejnego wymordowania 11 Żydów pod zarzutem mordu rytualnego.
Przy okazji oskarżeń o mord rytualny dokonany rzekomo na dwuletniej dziewczynce w Burgundii w Wielki Wtorek, 26 marca 1247 r., zwrócono się do papieża o zajęcie stanowiska. Innocenty IV zwrócił się 28 maja z listem do arcybiskupa z Vienne i wziął w nim w obronę tamtejszych Żydów. Zarzucił panom świeckim i jednemu z biskupów kierowanie się wyłącznie chęcią materialnego wzbogacenia się kosztem Żydów. Uwięzionych Żydów polecił wypuścić na wolność, zwrócić im własność i zakazał niepokoić ich na przyszłość. Ingerencje cesarzy, królów i papieży nie przynosiły często żadnych rezultatów. Sytuacja będzie się wielokrotnie wymykać spod kontroli władz kościelnych i świeckich. Po odnalezieniu w 1287 r. zwłok 14-letniego żebraka Wernera w Bacharach w Niemczech pogromy ogarnęły ponad 20 miast i wsi i pociągnęły za sobą śmierć ponad 600 Żydów.
Stanowisko papieży, na początku bardzo wyraźne i nieugięte, stało się jednak później dwuznaczne: wprawdzie żaden z 39 (do XVIII w.) owych „męczenników” nie został kanonizowany, ale jednak lokalny kult był tolerowany, a nawet popierany. Wspomniany Werner w 1761 r. otrzymał swoje miejsce w kalendarzu liturgicznym diecezji trewirskiej pod datą 19 kwietnia (został z niego usunięty dopiero po Soborze Watykańskim II).
Pod wpływem reformacji, a także ze względu na rozwój nauk prawniczych, na Zachodzie posądzenia i procesy o mordy rytualne stały się coraz rzadsze, ale przeniosły się bardziej na wschód, do Polski, gdzie znalazły dla siebie żyzny grunt i przez ponad 200 lat zbierały obfite żniwo śmierci. Legendę mordu rytualnego wykorzystywali naziści. Ostatnie żniwo zebrała ona w Polsce podczas pogromu kieleckiego 1946 roku.” Tyle ksiądz Musiał.
*         *         *

W 2007 roku na łamach tygodnika „Polityka” ukazał się artykuł pt. Psychoza we krwi, w którym czytamy: „Nie byłoby pogromów w Krakowie i Kielcach, gdyby nie przekonanie Polaków, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci. Ta wiara w mord rytualny nasiliła się po Holocauście. Pytanie, dlaczego odżyła właśnie wtedy, kiedy Żydzi sami stali się ofiarami?
Nieprzypadkowo do antyżydowskich zamieszek dochodziło najczęściej w okolicach Świąt Wielkanocnych. Mit mordu rytualnego, obecny od stuleci wśród chrześcijan, związany jest ze świętem Paschy, kiedy to Żydzi rzekomo mieli używać do sporządzania macy krwi chrześcijańskiego dziecka. Dzień ofiarowania Paschy przypada w chrześcijański Wielki Piątek. W 1945 r. Wielkanoc obchodzono w pierwszych dniach kwietnia. Wtedy to opowieść, że Żydzi zabili dziecko na macę, pojawiła się po raz pierwszy w Chełmie Lubelskim, potem w Rzeszowie, gdzie rzeczywiście zginęło dziecko.
Zwłoki zaginionej dwunastoletniej dziewczynki odnaleziono w piwnicy przy ul. Tannenbauma 11 czerwca 1945 r. Morderstwo zostało dokonane na tle seksualnym, a dodatkowo zabójca zdarł z twarzy dziecka skórę i wyciął mięśnie udowe. O dokonanie zbrodni podejrzewano Jonasa Landesmana, mieszkańca Rzeszowa narodowości żydowskiej. Z braku dowodów prokuratura umorzyła śledztwo, a oskarżonego wypuszczono z aresztu we wrześniu 1945 r. Milicja przeprowadziła rewizję w domach zamieszkanych przez ludność żydowską. Zebrany tłum, prawdopodobnie poinformowany o sprawie przez milicjantów, wykrzykiwał w stronę odprowadzanych na komisariat Żydów, że są zbrodniarzami i mordercami dzieci katolickich. W ruch poszły kamienie i pięści.
Morderstwo było na ustach wszystkich. Jeden z funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa podsłuchał rozmawiające na rynku rzeszowskim kobiety: „Ot, widzicie – powiada kobieta znajdująca się w grupie ludzi – za to, żeśmy im jeść dawali i ukrywali ich, to teraz mordują nasze dzieci . I trzeba Katynia?” – Powiada druga: Tu mamy Katyń dla naszych biednych dzieci, przez pięć lat męczonych. Oj, żeby tak moje dziecko zginęło, to ja bym tym żydziakom oczy wydrapała, ano by i milicja nie pomogła”. Wzburzenie było tak wielkie, że istniało niebezpieczeństwo samosądów. Niektórzy mówili, że Niemcy dobrze robili mordując Żydów i przechowujących ich Polaków. Po mieście krążyły fantastyczne wersje, jakoby ofiarami miało paść sześcioro, a nawet trzydzieścioro dzieci. Wieszczono krwawą zemstę. Jeszcze tego samego dnia stuosobowa grupa Żydów opuściła Rzeszów.
Trudno wskazać moment, w którym w opowieści pojawił się motyw rytualnego morderstwa. Być może przemiana dokonała się już na ulicach Rzeszowa, Według jednej z kolportowanych w podziemiu ulotek, patrol milicji miał nakryć „rabina w pokrwawionym kitlu przy wiszącej, nieżywej dziewczynce Bronisławie Madoń, znaleziono poza tym części ciała ludzkiego należące do 16 dzieci”.
Nie tylko Żydzi wyjechali z Rzeszowa, także mit mordu rytualnego szybko wydostał się z miasta. Potrzebował kilku dni, by dotrzeć do Przemyśla. Pod datą 22 czerwca słynny matematyk Hugo Steinhaus odnotował w swoim dzienniku wiadomość, jakoby także w Tarnowie doszło do napadu na dom, w którym schronili się Żydzi, i zauważył: „Okazuje się, że mord rytualny na Żydach nie zapobiegł mitowi, który przeżyje Żydów”.
W Krakowie wiara w mit mordu rytualnego dała o sobie znać 27 lipca 1945 r. Tego dnia milicja aresztowała kobietę podejrzaną o porwanie dziecka. W istocie matka pozostawiła je pod opieką tej kobiety. Szybko jednak po mieście zaczęła krążyć plotka, jakoby Żydówka porwała dziecko w celach rytualnych. Choć do pogromu nie doszło, przesiąknięta antysemityzmem atmosfera gęstniała. W sobotę, 11 sierpnia, podczas nabożeństwa szabasowego w synagodze Kupa, grupa chuliganów zaczęła obrzucać kamieniami budynek. W pewnym momencie ktoś dopadł jednego z wyrostków. Ten wyrwał się jednak i biegnąc w stronę pobliskiego bazaru krzyczał: „Ratunku, Żydzi chcieli mnie zamordować”.
W ten sposób dał sygnał do rozpoczęcia antysemickich zamieszek.
„Nagle plotka o mordzie rytualnym” – pisze w swojej książce o pogromie krakowskim Anna Cichopek – „powtarzana już od paru tygodni, znalazła swoje »potwierdzenie« w tym przerażonym chłopcu. Przekupki na pobliskim placu przekazywały sobie makabryczne wieści. Niektóre płakały i głośno zawodziły. Jedni mówili o dwójce zamordowanych dzieci, inni o osiemnastu, a nawet sześćdziesięciu ofiarach”. W tym czasie trzech żołnierzy wdarło się do synagogi, po wyjściu z niej oznajmili zgromadzonemu tłumowi, że znaleźli zamordowane dziecko. Rozpoczęło się wyłapywanie i bicie Żydów, w tym kobiet i dzieci. Znów kluczową rolę odegrali milicjanci, aktywnie biorąc udział w pogromie. Zginęło prawdopodobnie pięć osób, a kilkakrotnie więcej pobito.
Mit mordu rytualnego nie był pretekstem, zasłoną dymną dla użycia przemocy wobec Żydów. Nie miał nic wspólnego z koloryzowaniem, banalną plotką. „Raz powiedziany, to jest objawiony, mit – pisał Mircea Eliade – staje się prawdą apodyktyczną: stanowi prawdę absolutną”. Dla niektórych mieszkańców Krakowa opowieść o zabiciu przez Żydów chrześcijańskich dzieci ujawniała prawdę definitywną, niekwestionowaną. Potwierdzają to, nigdy wcześniej niepublikowane, fragmenty prywatnych listów przejętych przez Urząd Bezpieczeństwa w sierpniu 1945 r. List pierwszy: „U nas w mieście są potyczki z żydami, bo wyobraź sobie, że żydzi posunęli się do tego stopnia, że zabijają dzieci polskie na krew, a brali ich podstępem, aby im odnieśli walizki do bóżnicy. Płacili im po 100 zł, a wiesz, że dzieci są łakome na pieniądze, zwłaszcza chłopcy. Okazało się, że jeden był morowy dochodząc do bóżnicy usłyszał płacz dzieci i nie czekając na resztę z piątki zwiał i dał znać na milicję. Milicja zastała kilka trupów w piwnicy w bożnicy. Momentalnie rozniosło się po całym mieście i Polacy, gdzie spotkali Żyda to prali a na tandecie [chodzi o targ – M. Z.] porozbijali im kramy. Nawet była straszna strzelanina i było kilka ofiar, dokładnie – nie wiem kto”.
List drugi: „Opiszę ci jeszcze jeden wypadek w Krakowie, który rozegrał się w dzielnicy, gdzie obecnie mieszkam. Od jakiegoś czasu ginęły dzieci aż 11.08 wyrwał się z rąk żydów 14-letni chłopiec, który miał podcięte żyły u ręki. Żydzi spuszczali krew z rąk i nóg katolickim dzieciom i na co? To okaże się w tych dniach. Byty takie wypadki w Rzeszowie, ale prasa sprostowała, że to niemożliwe. Więc teraz wykryło się, że to jest święta prawda. Ludność rzuciła się i zdemolowała synagogę, a na Żydach spotkanych na ulicy robili samosądy. Żydzi z bronią w ręku bronili się, ale w tę sprawę weszło wojsko no i była haratanina. Teraz już nikt nie zaprzeczy, że jewreje tych rzeczy nie robili, nawet prasa”.
W takich listach widmo mordu rytualnego zaczęło krążyć po całym kraju; największy strach wzbudzając w byłym zaborze rosyjskim i Galicji. Zarażenie mitem postępowało błyskawicznie. W sierpniu 1945 r. w Częstochowie, jak zwykle zaczęło się od zaginięcia dziecka. „Poszła wersja, że żydzi zamordowali”. Choć po kilku godzinach odnalazło się, to jednak przez jeszcze kilka następnych dni pogrom wisiał w powietrzu. W Lublinie 17 września nie wróciła do domu 14-letnia dziewczynka Zofia Niemczyńska. Zaginięcie zgłosił na milicji ojciec. Szybko po mieście zaczęła krążyć plotka, jakoby odpowiedzialnymi za uprowadzenie byli Żydzi. Po kilku dniach dziennik „Sztandar Ludu” poinformował, że dziewczyna uciekła, ponieważ bała się ojca niezadowolonego z jej wyników w nauce. Ówczesna prasa próbowała zapobiec rozprzestrzenianiu się mitu, jednak bez skutku.
Dlaczego po Holocauście w społeczeństwie polskim odżyła wiara, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci? Bez wątpienia mamy do czynienia ze zjawiskiem długiego trwania i obecnością mitu w polskiej kulturze ludowej.
Do Polski mit mordu rytualnego dotarł w XIII w. Najwcześniejsza wzmianka o nim pochodzi od Jana Długosza i dotyczy Żydów krakowskich w 1407 r. Pierwsze publiczne oskarżenie w tej sprawie postawiono w Rawie Mazowieckiej w 1547 r.
Nasilenie procesów w takich sprawach nastąpiło na przełomie XVII i XVIII w. Z tego czasu pochodzi namalowany przez Karola de Prevôt i wiszący do dziś w sandomierskiej katedrze obraz mordu rytualnego. Przedstawia kupowanie dzieci, pozyskiwanie z nich krwi, widać szczątki ciał i narzędzia tortur. Podobna w treści wizualizacja znajdowała się do 1946 r. w kościele oo. jezuitów w Łęczycy. Obraz przedstawiał, czytamy w relacji: „Grupę Żydów z brodami, w tałesach, siedzących koło stołu z nożami w ręku. Na stole okrytym białym obrusem stoi wanienka, w której znajduje się dziecko opływające i zanurzone we krwi. Jeden z otaczających Żydów ściąga krew dziecięcą do szklanki”. Obok obrazu znajdowała się szklana trumienka z zeschniętymi zwłokami dziecka. Zamieszczony napis informował, że zostało porwane przez Żydów w 1639 r. i znalezione ze stu ranami kłutymi.
W 1936 r. ks. Franciszek Konieczny w broszurze „Żydzi i ich wrogi stosunek do Narodu” pisał: „Pod wpływem podłości obficie tryskającej z talmudu, doszli żydzi do takiego zwyrodnienia iż pospolitą, a raczej rafinowaną zbrodnię podnoszą do godności obrządku religijnego”.
Powojenna reakcja Kościoła była dwuznaczna. Po pogromie kieleckim ordynariusz częstochowski biskup Teodor Kubina we wspólnej z władzami lokalnymi odezwie głosił, że „Wszelkie twierdzenia o istnieniu mordów rytualnych są kłamstwem. Nikt ze społeczności chrześcijańskiej w Kielcach ani w Częstochowie lub gdzie indziej nie został skrzywdzony przez Żydów dla celów religijnych i rytualnych. Nie jest nam znany ani jeden wypadek porwania dziecka chrześcijańskiego przez Żydów. Wszystkie szerzone w tej materii wiadomości i wersje są wymysłem świadomym zbrodniarzy lub nieświadomym ludzi obałamucanych i zmierzają do wywołania zbrodni”.
Nie wszyscy ludzie Kościoła podzielali jednak poglądy biskupa Kubina. Do tych, którzy uważali inaczej, należał m.in. biskup Juliusz Bieniek, ordynariusz Dolnego Śląska. W sierpniu 1946 r. spotkał się z nim ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce. Anglik był zaskoczony, ponieważ biskup stwierdził, że istnieją dowody na maltretowanie dziecka przez Żydów przed pogromem w Kielcach. W tym kontekście cytowana jest często również wypowiedź ówczesnego biskupa lubelskiego Stefana Wyszyńskiego, który – odnosząc się do słynnego procesu w sprawie o mord rytualny Mendela Bejlisa (Rosja, 1911 r.) – miał powiedzieć: „Na procesie Bejlisa zebrano dużo dawnych i współczesnych ksiąg żydowskich, lecz kwestia używania przez Żydów krwi nie została decydująco rozwiązana”.” Tyle „Polityka”.
*         *         *

Z przytoczonych publikacji wynika, że kościół katolicki tak  naprawdę  przez  wiele  stuleci ani  nie zaprzeczał rzekomemu popełnianiu przez Żydów mordów rytualnych, ani też nie wystąpił przeciwko ich   prześladowaniu z powodu tych domniemanych czynów. W tym przypadku jedynie ofiary trzymały się zasady domniemania niewinności, reszta świata bezmyślnie i okrutnie domniemywała winę, a od prześladowanych – wbrew wszelkim normom kultury prawnej – oczekiwała, iż będą dowodzić swej niewinności, która i tak była ewidentna – choć przecież nie dla ludzi zaślepionych nienawiścią .  Dopiero  Sobór  Watykański  II  i  lata  następne  stały  się  pod  tym  względem  przełomem,  ale  tylko  dlatego,    (jak  np.  za  panowania  Jana  Pawła  II,  na  co  wskazywał  m.in.  na  łamach „Naszego  Dziennika”  ksiądz  profesor  Czesław  Bartnik  (2007), szansę  zostania  biskupem  kościoła  katolickiego  mają  tylko  osoby  żydowskiego  pochodzenia).
Warto uwypuklić okoliczność, że niektórzy – szczególnie rosyjscy  -  naukowcy, politycy i publicyści bywają skłonni do nadużywania pojęcia „mord rytualny”  w płaszczyźnie zagadnień czysto politycznych. Tak np. określa się jako „mord rytualny” na chrześcijanach  wymordowanie przez bolszewików rosyjskiej rodziny cesarskiej w 1918 roku,  czy zbrodnię katyńską z roku 1940. Aleksander Barkaszow, lider partii Russkoje Nacionalnoje Jedinstwo w wypowiedzi dla  Życia Warszawy  z 4 października 1994 roku mówił: „Wiem, jaką tragedią jest dla Polaków sprawa katyńska, ale z całą odpowiedzialnością oświadczam: polskich oficerów nie rozstrzeliwali Rosjanie. Sprawdzaliśmy przynależność etniczną enkawudzistów i wykonawców wyroku. Wszyscy byli Żydami i wypełniali rozkazy swych rodaków, stojących wyżej w ówczesnej hierarchii władzy. Rosjanie są z natury przyjaźnie nastawieni do Polski”. W rosyjskiej prasie narodowej zbrodnia katyńska jest przedstawiana wyłącznie jako domniemany żydowski mord rytualny popełniony na Polakach ze względu na ich wierność Kościołowi Katolickiemu.
Podsumowując wszystkie przytoczone wyżej teksty powinno się więc z całą jednoznacznością jeszcze raz podkreślić, że zbiorowe obarczanie wszystkich Żydów odpowiedzialnością za – domniemane, lecz niekoniecznie rzeczywiste – zbrodnie popełnione przez względnie nieliczne osoby jest absurdem. W każdym narodzie ogromną większość stanowią ludzie normalni, przyzwoici, rozumni i dobrzy. I zawsze istnieje też pewien wąski margines społeczny, złożony ze złodziei, morderców, pedofili, gwałcicieli, sadystów, prostytutek. Dotyczy to w równym stopniu narodu żydowskiego i włoskiego, niemieckiego i rosyjskiego, chińskiego i polskiego,  po  prostu  każdego.  Z  czego  nie  wynika,  że  powinno  się  całą  ludzkość  uznać  za  zbrodniczą  hordę  dewiantów  i  spalić    jakimś  ogniem  piekielnym,  jak  to  ponoć  kiedyś  uczynił  Bóg  z  mieszkańcami  Sodomy  i  Gomory,  którzy  w  całości  byli  ulegli  spederastowaniu. 

*         *         *



rozdział IV.

Antysemityzm Niemców



To zjawisko ma w kraju nad Renem i  Sprewą  długą a bogatą tradycję;   jest przy tym najbardziej unaukowione spośród wszystkich antysemityzmów świata, być może z wyjątkiem, równie „filozoficznego”, antysemityzmu greckiego  czy  rosyjskiego.  Choć przecież, z drugiej strony, przez wieki trwała też wcale owocna symbioza pierwiastka semickiego i germańskiego nie tylko w zakresie imperializmu antysłowiańskiego, ale i w dziedzinie kultury.
Heinrich Heine, Johannes Brahms, Ludwig  Börne, Anna Seghers, Albert Einstein,  Gustav  Mahler,  Arnold  Schönberg, Karol Marks, Theodor Adorno – któż zliczy to  mnóstwo  znakomitych imion żydowskich, stanowiących część kultury niemieckiej lub co najmniej niemieckojęzycznej. A jednak   historyk żydowski Heinrich Graetz czuje się zmuszony do stwierdzenia: „Nigdzie nie tępiono Żydów z taką systematycznością i pasją, jak w świętym państwie rzymsko-niemieckim” (Historia Żydów, t. 6). Daniel  J. Goldhagen   w  wydanej  w  1996  roku  w   Berlinie  książce  pt.  „Hitlers  willige  Vollstrecker.  Ganz  gewöhnliche  Deutsche  und  der  Holocaust”  absolutnie  jednoznacznie  i  wyraziście  twierdzi,  że  Niemcy    w  naturalny  sposób  antysemitami  i  mordercami  Żydów,  czemu  dawali  wyraz  wielokrotnie  w  swej  potwornej  historii.  Tego  rodzaju  punkt  widzenia,  jak  też  mocno  uargumentowaną  z  nim  polemikę   znajdujemy  w  zbiorowym  tomie  pod  redakcją  J.H. Schoeps   „Ein  Volk  von  Mördern ?”  (Hamburg  1986).  Skąd więc to rozdwojenie, z jednej strony symbiotyczna jedność (Państwo Niemieckie po hebrajsku nazywa się „Ashkenaz”), z drugiej – walka przeciwieństw?
Tytaniczne zmagania między żydostwem a chrześcijaństwem trwają od ponad 2 tysięcy lat. O ile chrześcijanie wciąż dążyli do tzw. „nawrócenia” i teologicznego zasymilowania wyznawców judaizmu, o tyle ci ostatni niezmiennie usiłowali się wybronić, a często też obsadzić swymi ludźmi gremia kierownicze kościołów chrześcijańskich, by następnie   je „unieszkodliwiać”. [Czynią zresztą to samo od kilku pokoleń w stosunku do islamu, fałszywie się nań nawracając, a potem siejąc podziały i rozpalając wewnątrz tej religii wrogość między poszczególnymi odłamami wyznawców Mahometa].  To,  czyli  skuteczne  osłabianie  przeciwnika,    należy  do  wielkiej  sztuki   panowania  i  dyplomacji,  którą  elity  żydowskie  doprowadziły  niemal  do  perfekcji,  o  czym  pisze  w  swej  książce  The  Jewish  Century”  Yuri  Slezkin.   
Trzynastokrotnie papieżami kościoła katolickiego byli osobnicy żydowskiego pochodzenia. Robili wszystko, by kościół zdemoralizować, osłabić, zdezorganizować i zniszczyć od wewnątrz. Obsadzali masowo stanowiska administracyjne swymi rodakami, nadawali im godności biskupów i kardynałów. Popełniali liczne zbrodnie  i  nadużycia,  byle   podważyć autorytet kościoła. Papież Juliusz II miał kilkanaście dzieci z różnymi kobietami, później  ciężko chorował na syfilis, słynął jako hulaka, pijak i amator publicznych kobiet. Papież Paweł IV był okrutny do takiego stopnia, że gdy pewnego razu nie przypadła mu do gustu rzeźba przedstawiająca Jezusa Chrystusa na krzyżu, kazał autora rzeźby ukarać śmiercią, co też uczyniono (w połowie XVI wieku!).
Jest to zaledwie ułamek straszliwych potworności, dziejących się przez wieki w obrębie kościoła żydokatolickiego czyli zachodniego, obecnie oficjalnie deklarującego swą uległość i służebność w stosunku do dążeń światowego żydostwa do władzy globalnej. W kontekście tych faktów wcale adekwatnie brzmią słowa kardynała Herkulesa Consalvi, który w trakcie spotkania z Napoleonem I, gdy ów w pewnym momencie zagroził: „Zniszczę kościół rzymski!”, ironicznie i spokojnie odparł: „Panie, my robimy to już od osiemnastu wieków i wciąż bez rezultatu”...
Nie jest bodaj sprawą przypadku, że antykatolicki protestantyzm powstał w Niemczech, kraju o dawnych i głęboko zakorzenionych tradycjach antyżydowskich,  a  we  frazeologii  języka  niemieckiego  jüdisches  Kind  dotychczas  znaczy  „dziecko  z  nieprawego  łoża”,  „bękart”;  natomiast  „weisser  Jude”   to  nikt  inny,  jak  tylko  „chciwy  nie-Żyd”… Jeszcze  król  Franków  Guntram  w  VI  wieku  miał  się  wyrażać  w  taki  oto  sposób:  „Niech  będzie  przeklęty  ten  szatański  i  wiarołomny  naród  żydowski,  który  żyje  tylko  z  oszustwa”. 
Jedną z najsłynniejszych niemieckich rozpraw w tym temacie był tekst Marcina Lutra z 1543 roku pt. O Żydach i ich kłamstwach. Autor nawoływał do palenia synagog, niszczenia żydowskich domów, konfiskowania Talmudu i innych żydowskich ksiąg szerzących jakoby nienawiść do ludzkości. Doradzał też grabież mienia żydowskiego, złota i srebra,  rzekomo  nieuczciwie przez Żydów nagromadzonego.
Marcin Luter odnotowywał: „Żydzi to wierutni kłamcy i pijawki krwiożercze. Oni to pokrętnymi interpretacjami sfałszowali i przekręcili całe Pismo Święte. Pełni wszelkiej złości, pazerności, zawiści i nienawiści wśród siebie, zieją przekleństwem  także   względem innych narodów.
Są tak grubo zaślepieni, iż nie tylko praktykują lichwę, ale uczą, że ta lichwa jest prawowita, że sam Bóg przez usta Mojżesza nakazał uprawiać lichwę wśród innowierców. Nie ma pod słońcem narodu bardziej chciwego na pieniądze niż  Żydzi. Nawet gdy myślą o nowym Mesjaszu, cieszą się nadzieją, że on wszystkim zabierze złoto i srebro, a odda je Żydom (...) Żydzi są nieznośnym naszym ciężarem. Narzekają na nas, że ich rzekomo gnębimy i uciskamy, a tu nie ma wśród nas nikogo, co by na oścież nie otworzył drzwi domu swego, aby wyszli do miejsca, z którego do nas przybyli. Jeszcze byśmy ich darami obsypali na drogę, by się tylko od nas wynieśli. Nie my uciskamy Żydów, jeno Żydzi nas we własnym naszym kraju uciskają; my w pocie czoła pracujemy, a oni spokojnie owoce naszej pracy spożywają. Wymyślają nam od gojów, życzą nam w swych szkołach i modlitwach nieszczęścia, rabują nasze pieniądze i zabierają dorobek na drodze lichwy. Nie wierz lisowi na zielonej łące, nie wierz Żydowi, gdy przysięga ...  Żydom  szczególnie  bliska  jest  Księga  Estery,  która  usprawiedliwia  ich  krwiożerczość,  mściwość,  ich  rozbójnicze  apetyty  i  nadzieje.  Nigdy  słońce  nie  świeciło  narodowi  bardziej  krwawemu  i  mściwemu,  który  hołubi  w  sercu  ideę  zniszczenia  i  uduszenia  wszystkich  innych…  Żaden  z  ludów  nie  jest  tak  chciwy  jak  Żydzi,  którzy  byli,    i  wiecznie  będą  chciwcami,  na  co  wskazuje  ich  przeklęte  przez  Boga  lichwiarstwo.  Oni  pocieszają  siebie  myślą,  że  gdy  przyjdzie  Mesjasz,  to  zbierze  całe  złoto  i  srebro  świata  i  rozdzieli  je  między  nimi.  Powinno  się  zniszczyć  ich  księgi  modlitewne  i  talmudyczne,  które  uczą  ich  bezbożnictwa,  kłamstwa  i  szalbierstwa.  Młodym  Żydom  i  Żydówkom  należy  dać  do  rąk  motyki,  siekiery,  łopaty,  sierpy,  pralki  i  wrzeciona,  aby  zarabiali  na  chleb  w  pocie  oblicza  swego. (…) Czyż ich Talmud nie pisze, a rabini nie mówią, że nie jest grzechem, jeśli Żyd zabija goja, lecz jest strasznym grzechem, jeśli zabija brata z Izraela? Nie jest grzechem, jeśli nie dotrzymuje on przysięgi złożonej gojowi. Dlatego też kraść i rabować, co wciąż czynia, jest dla nich Bożą przysługą; a Żydzi są panami świata, my zaś tylko ich bydłem, inwentarzem pociągowym.
Jeśli ktoś mysli, że mówię zbyt dużo, odpowiadam: nie mówię zbyt dużo, lecz mówię zbyt mało, jeśli uwzględnić to,  co widzę w ich pismach, i to, jak oni nas przeklinają i życzą wszystkiego  co najgorsze w swoich naukach i modlitwach”… Twórca protestantyzmu nazywał Żydów „trucicielami”, którzy przenikając wszędzie do zawodów lekarskich trują po cichu każdego, kogo z jakichś swych względów uznają za „wroga”; posiadają przy tym „leki”, które mogą spowodować zgon za dzień, za miesiąc, za rok czy za kilka lat, i nagminnie stosują swe szatańskie sztuczki, aby zgładzać z tego świata najlepszych i najzdolniejszych ludzi. A z pomocą bezwstydnej lichwy wyniszczają całe narody.
[Nawiasem  mówiąc   o  parę  stuleci  wcześniej  w  dokładnie  takim  stylu  wypowiadał  się  Włoch, Święty  Tomasz  z  Akwinu,  który  uważał,  że  powinno  się  odebrać  Żydom  prawo  do  życia  z  lichwiarskich  procentów  i  zmusić  ich  do  uczciwej  pracy:  „Żydom  nie  powinno  się  pozwalać  na  posiadanie  tego,  co  nabyli  od  innych  drogą  lichwiarstwa.  Byłoby  lepiej,  gdyby  oni  pracowali,  aby  uczciwie  zarobić  sobie  na  życie,  gdyż  na  skutek  swego  próżniactwa  stają  się  coraz  bardziej  chciwi  i  nienasyceni”.  Gdyby  stało  się  po  myśli  tego  świętego,  90  procent  banków  świata  musiałoby  upaść].  Także  papież  Klemens  VIII  (XVI  wiek)  pisał  podobnie:  „Cały  świat  cierpi  od  żydowskiego  lichwiarstwa,  od  ich  monopolu  i  oszustw.  Żydzi  wpędzili  w  stan  nędzy  wielu  nieszczęśliwych  ludzi,  szczególnie  rolników,  robotników  i  biedaków”…  W  tymże  mniej  więcej  czasie  Erazm  z  Rotterdamu  wywodził:  „Cóż  za  grabież  i  ucisk  czynią  Żydzi  nad  biednymi  ludźmi,  którzy  już  nie  mogą  dalej  tego  znosić!...  Żydowscy  lichwiarze  szybko  się  wkorzeniają  nawet  w  małych  wiosczynach  i  jeśli  pożyczają  pięć  florenów,  wymuszają  zastaw  sześciokrotnie  wyższy.  Pobierają  procenty  z  procentów,  a  z  całości  jeszcze  procenty,  tak    biedak  traci  wszystko,  co  posiadał”.  Niestety,  w  tym  zgranym  chórze  potępień  zarówno  katolickich,  jak  i  protestanckich  zabrakło  słów  o  tym,  że  żydowscy  lichwiarze  to  zaledwie  drobna  część  w  obrębie  narodu  żydowskiego,  że  ci  lichwiarze  równie  bezwzględnie  wyzyskiwali  także  swych  biednych  rodaków,  że  w  końcu  lichwiarzami  byli  również  aryjscy  obszarnicy,  książęta,  a  także  biskupi  i  kardynałowie.   
W mentalności i kulturze niemieckiej także później było żywotne to antyżydowskie ukierunkowanie, które znalazło swe apogeum w hitlerowskich obozach koncentracyjnych dla Żydów i w ich wyniszczaniu   w obozach koncentracyjnych. Ale ideologiczne i psychologiczne przygotowanie do tego aktu trwało przez kilka wieków. Przypomnijmy, co pisali na ten temat wielcy luminarze   kultury niemieckiej. I tak Immanuel Kant (1724-1804) w Antropologii stwierdzał: „Żyjący pomiędzy nami Palestyńczycy dzięki swemu lichwiarskiemu duchowi, od najdawniejszych czasów w nich tkwiącemu, stali się najsłynniejszymi oszustami i tylko samym sobie tę powszechną sławę oszustów zawdzięczają. Wydaje się być trudnym do pojęcia, iż może istnieć naród składający się z samych przekupniów, którzy wciskając się między inne narody, nie myślą o pozyskiwaniu wśród nich czci obywatelskiej, ale głowią się jedynie nad tym, jak ten naród nieżydowski wyzyskać, a nie stracić nic z pozyskanych praw obywatelskich”...
Gotthold Ephraim Lessing nie bez przekąsu zauważał:  „Żyd zawsze pozostaje Żydem”.  I cóż z tego?  Czyżby nie miał racji  Michel de Montaigne, gdy zauważał, iż  niezależnie od tego, jaką rolę gra człowiek  (każdy człowiek, a nie tylko  Żyd!), zawsze odtwarza samego siebie,  czyli pozostaje sobą?..
W podobny sposób jak Kant wyrażał swe poglądy geniusz kultury światowej, wielki poeta i uczony Johann Wolfgang von Goethe (1749-1832): „Naród izraelski nigdy nie był wiele wart, co im ich wodzowie, sędziowie i prorocy tysiąckrotnie wypominali. Posiada on bardzo mało zalet, ale za to wszystkie prawie wady innych narodów. Cóż można powiedzieć o takim ludzie, który w swej wielowiekowej wędrówce pozostawia tylko ślady zepsucia i wyzysku innych narodów? Nikt się też nie powinien dziwić, że nie mamy do Żydów zaufania i że uważamy za obowiązek strzec naszej kultury od skażenia jej przez nich”...
Tenże autor w innym miejscu dodawał: „Istota Żydów. Energia – podstawą wszystkiego. Bezpośrednie cele. Nie ma takiego, nawet najmniejszego Żydka, który nie przejawiłby zdecydowanych dążeń, i to czysto ziemskich, doczesnych, chwilowych. Mowa Żydów ma w sobie coś patetycznego”... Poeta też przypuszczał, że nadchodzi w dziejach Europy epoka żydowska, gdyż „na świecie nie chodzi o to, by znać ludzi, lecz o to, by w danej chwili być mądrzejszym od człowieka, z którym właśnie mamy do czynienia. Świadczą o tym wszystkie jarmarki i wszyscy jarmarczni krzykacze”... Gdy zaś ci „krzykacze” osiągną pełnię władzy, nikt nie będzie mógł liczyć na ich litość: „der Jude wird uns nicht verschonen”... – „Żyd nas nie oszczędzi”...
Także czołowy filozof romantyzmu niemieckiego Johann Gottlieb von Fichte (1762-1814) ostrzegał: „Prawie we wszystkich krajach europejskich rozszerza się potężne wrogie państwo, które stale wojuje z innymi państwami i okrutnie uciska obywateli. Państwem tym jest żydostwo”.
Tego rodzaju ujęcia przedostały się rychło do sfer rządzących krajów niemieckich, tak iż wielka cesarzowa Austrii miała się aż nazbyt jednoznacznie wyrazić: „Nie znam w państwie gorszej zarazy od Żydów z powodu ich oszustw, lichwiarstwa i wyzysku. Wtrącają oni ludzi w nędzę i dokonują wszelkich podłości, którymi by się ludzie uczciwi odruchowo brzydzili”.
Johann Gottfried von Herder twierdził, że Żydzi od samego początku byli pasożytem na pniach innych narodów; Adolf Menzel, że „wysysają jak pijawki ciało chrześcijan, aby nim się tuczyć”; a socjolog Karl J. Weber napisał już w XX wieku: „Żydostwo, czyli banda przekupniów, kramarzy i lichwiarzy, zasługuje na nienawiść, pogardę i zniszczenie”. Żydzi ponoć są tak potrzebni w jakimś kraju, jak myszy grasujące w zbożu, albo mole w ubraniach. Szereg antyżydowskich sformułowań znajdziemy też w dziełach innych luminarzy kultury niemieckiej, takich jak Mistrz Eckhart, Tomasz a Kempis, Hegel, Feuerbach, Scheler, Schiller, Schopenhauer, a nawet Karol Marx.
Trudno więc się dziwić, że Adolf Hitler atakując Żydów w dziele Mein Kampf powoływał się niejednokrotnie na jednoznaczne w tej materii wypowiedzi Marcina Lutra i tych niemieckich intelektualistów, którzy tę linię kontynuowali i rozwijali, czyniąc z niej jedną z istotnych cech ducha niemieckiego, zawsze przekonanego o tym, że „Żydzi to trująca pleśń ludzkości”... Ta tradycja został podjęta i była kontynuowana zarówno w teorii, jak i w praktyce, przez III Rzeszę Niemiecką.
Adolf Hitler wyznawał: „Moje uczucia chrześcijanina wskazują mi na Pana i Odkupiciela jako na bojownika. One przywodzą mnie do człowieka, który ongiś, będąc samotnym, otoczonym zaledwie kilkoma zwolennikami, dostrzegł w Żydach ich prawdziwą istotę oraz nawoływał ludzi do walki przeciwko nim, i który, Święty Boże, był wielkim nie jako męczennik, lecz jako bojownik. Z bezgraniczną miłością, jako chrześcijanin i jako człowiek, czytałem rozdział o tym, jak Pan uniósł się wreszcie w swej mocy i chwycił za bicz, aby wygnać ze Świątyni żmijowe plemię. Jakąż straszliwą musi być walka przeciwko żydowskiemu jadowi!”. I była takową w wykonaniu autora Mein Kampf. Z tym, że jednak skończyła się zdruzgotaniem nie Żydów, lecz Niemców. Żydzi nigdy nie popuszczali tym, których byli uznali za swych wrogów i  zawsze  doprowadzali  do  ich  unicestwienia. Niektórzy nawet uważają, iż Adolf Hitler, jako kwadrogen, czyli w jednej czwartej Żyd (mieszaniec żydowsko-turko-mongolski, impotent o inklinacjach bestialsko-sadystycznych powstałych na skutek szoku genetycznego), świadomie doprowadził do wojny między narodami aryjskimi Europy, w czym pomógł mu jego rodak, czyli minister spraw zagranicznych Polski Józef Beck, łajdak mający gębę pełną frazesów o honorze, inicjując niemiecko-polski rozbiór Czechosłowacji w 1938 roku, rozpoczynający II wojnę światową.
*         *         *
             Socjolog niemiecki Werner Sombart pisał: „Wojny i rewolucje są żniwem dla Żydów”. Jakby nawiązywał w ten sposób do stylu i treści myślenia wielkiego filozofa Fryderyka Nietzschego, który Rewolucję Francuską uważał za wydarzenie, za pośrednictwem którego „doszła Judea raz jeszcze do zwycięstwa nad ideałem klasycznym”. – „Ostatnia polityczna dostojność, jaka była w Europie, dostojność siedemnastego i osiemnastego francuskiego stulecia padła pod gminnymi instynktami mściwej uraźliwości”. Niemiecki filozof nie błyszczy w tym miejscu oryginalnością, bowiem znacznie wcześniej, w okresie tzw. „wielkiej” rewolucji francuskiej i tuż po niej niektórzy tamtejsi autorzy (Barruel, Robinson, Chevalier de Maglier) pisali o międzynarodowym sprzysiężeniu filozofów, masonów i iluminatów przeciwko religii i przeciwko wszystkim europejskich monarchiom. Po Anglii (Cromwell), Francji (Robespierre) przyszła kolej na Rosję (Trocki – Bronstein, Lenin – Blank i in.). Księżna Radziwiłł pisała: „Już po zamordowaniu Aleksandra II, jego syn i dziedzic Aleksander III był nad wyraz zmartwiony tym, że morderstwo ojca całkowicie zostało przygotowane i urzeczywistnione przez Rosjan, i mianowicie przez Rosjan należących do wyższych sfer społecznych... Przywódcy partii konserwatywnej przy dworze usiłowali przekonać Aleksandra III, że zamordowanie jego ojca zostało spowodowane żydowskimi intrygami, mającymi na celu zniszczenie wszystkich monarchii europejskich”. Inicjatorami i nosicielami tej tendencji mieli być, oczywiście, Żydzi.
E. A. Saboty w 1880 roku pisał: „Żydzi wszędzie wśród innych narodów występują w roli rewolucjonistów. Taka postawa jest im narzucana przez ich własnych religijnych i społecznych przywódców. Dezorientując i demoralizując inne narody Żydzi je osłabiają, a tym samym tworzą dla siebie optymalne warunki do kradzieży, oszustw, grabieży i umocnienia swej dominacji”.
W tomie „Poza dobrem i złem” Nietzsche gorączkowo (ostatnie jedenaście lat swego życia był przez lekarzy żydowskich „leczony” w zamkniętym zakładzie dla umysłowo chorych!) wywodził: „Żydzi, lud „zrodzony do niewoli”, jak powiada Tacyt i cały świat starożytny, „lud wybrany wśród ludów”, jak mówią i wierzą oni sami. – Żydzi dokonali owego mistrzowskiego dzieła przemianowania wartości, dzięki któremu życie na ziemi nabrało dla kilku tysiącleci nowego i niebezpiecznego czaru: – prorocy, ich pojęcia „bogaty”, „bezbożny”, „zły”, „gwałtowny”, „zmysłowy” stopili w jedno i okryli po raz pierwszy słowo „świat” niesławą. Na tym przemianowaniu wartości (w którym słowo „biedny” bywa uważane za synonim „świętego” i „przyjaciela”) polega znaczenie żydowskiego ludu: od niego poczyna się rokosz niewolników w morale”...
F. Nietzsche uważał, że moc i siła Żydów kryją się zarówno w fanatyzmie ich kapłanów, w bogactwie ich kupców, jak i w przebiegłości ich publikatorów. W tomie „Wola mocy” zauważał: „Potęga i pewność przyszłości żydowskiego instynktu, potworność jego długotrwałej woli życia i mocy tkwi w jego panującej klasie”... Żydzi są bardzo sceptyczni i nie skłonni do żadnych zachwytów i entuzjazmu. Prócz najgorszego – zachwytu i entuzjazmu dla samych siebie jako domniemanego „narodu wybranego”... F. Nietzsche usiłuje w sposób naukowy lub pseudonaukowy wykazać jakąś szczególną szkodliwość Żydów czy ich moralne, fizyczne i psychiczne upośledzenie w stosunku do   „zdrowych i prężnych” narodów aryjskich lub innych. Szczególnie liczne i spektakularne próby tego rodzaju były zresztą   i  przed  nim  podejmowane w obrębie całej kultury niemieckiej.
  Filozof wskazuje na okoliczność, że dawną szlachtę, będącą spadkobierczynią klasycznej kultury grecko-bizantyjskiej, cechował ów przedchrześcijański duch arystokratyzmu, jeszcze przed Nietzschem zdający sobie sprawę z tego, że „dobro najliczniejszych i dobro najnieliczniejszych to dwa przeciwległe punkty zapatrywania na wartość”. Szlachta ta ostro odrzucała żydowsko-plebejską filozofię egalitaryzmu i równości wszystkich ludzi, doskonale rozumiała nie tylko fakt, że ludzie nie są sobie równi, ale i fakt, że wszelkie dążenie do równości, a nawet do równouprawnienia stanowi reakcyjną próbę równania w dół, obniżenia wartości tych, którzy są najlepsi i ograniczenia ich przyrodzonych, genetycznie uwarunkowanych praw. Fryderyk Nietzsche w dziele  Z  genealogii moralności”  wywodził: „Rzym odczuwał w Żydzie coś sprzecznego z samą naturą, niejako swe antypodyczne monstrum. W Rzymie uważano Żyda za tego, któremu dowiedziono nienawiści do całego rodzaju ludzkiego. Słusznie, o ile ma się słuszne prawo powiązywać rozkwit i przyszłość ludzkiego rodzaju z bezwzględnym panowaniem wartości arystokratycznych, wartości rzymskich. (...) Rzymianie byli przecież tak silni i dostojni, że silniejszych i dostojniejszych dotąd jeszcze na ziemi nie było. Takich nie śniono nawet nigdy. Każdy szczątek po nich, każdy napis zachwyca, ma się rozumieć, jeśli się odgadnie, co tam piszą. Żydzi, przeciwnie, byli owym kapłańskim narodem, opętanym przez „ressentiment par excellence”, posiadającym niemającą równej gminnie – moralną genialność... Kto na razie zwyciężył, Rzym czy Judea? Ależ tu nie ma wątpliwości. Zważmy tylko, przed czym kłaniają się dzisiaj nawet w Rzymie, jako przed wcieleniem wszystkich najwyższych wartości – i nie tylko w Rzymie, lecz prawie na przestrzeni pół ziemi, wszędzie, gdzie się tylko człowiek obłaskawił lub obłaskawić się pragnie. (...) To podziwu godne: Rzym uległ bezsprzecznie. Wprawdzie zdarzyło się za Odrodzenia wspaniałe, niepokojące przebudzenie klasycznego ideału, dostojnej oceny wartości wszystkich rzeczy. Nawet Rzym poruszał się, jak przebudzony z letargu, pod uciskiem nowego, zbudowanego na nim zażydziałego Rzymu, który przedstawiał widok ekumenicznej synagogi i zwał się „Kościołem”. Lecz natychmiast zatryumfowała znowu Judea, dzięki owemu zasadniczo gminnemu (niemieckiemu i angielskiemu) ruchowi „ressentiment”, który nazywają Reformacją (...). W pewnym nawet bardziej decydującym i głębszym znaczeniu, niż wówczas, doszła Judea raz jeszcze z Rewolucją Francuską do zwycięstwa nad ideałem klasycznym. Ostatnia polityczna dostojność, jaka była w Europie, dostojność siedemnastego i osiemnastego francuskiego stulecia padła pod gminnymi instynktami mściwej uraźliwości. Nigdy nie słyszano na ziemi większego okrzyku radości, wrzaskliwszego zachwytu! Wprawdzie zdarzyła się wśród tego rzecz najpotworniejsza, najnieoczekiwańsza: starożytny ideał wystąpił cieleśnie z niesłychanym przepychem przed oczy i sumienia ludzkości, – i raz jeszcze silniej, prościej, przenikliwiej niż kiedykolwiek, rozbrzmiało przeciwko starym łgarczym rozwiązaniom mściwej uraźliwości w myśl pierwszeństwa najliczniejszych, przeciwko żądzy zniżania, poniżania, zrównania, staczania się wstecz i w zmierzch człowieka. Rozbrzmiało straszliwe i porywające przeciwne rozwiązanie w myśl pierwszeństwa najnieliczniejszych! Jako ostatni drogowskaz ku innej drodze zjawił się Napoleon, ten najbardziej odosobniony i najpóźniejszy z późno zrodzonych, jaki istniał kiedykolwiek, a w nim ucieleśniony problemat dostojnego ideału samego w sobie”...
Jak pisał Nietzsche, w chrześcijaństwie, szczególnie w katolicyzmie, odbył się proces degeneracji duchowej i kompletnego zafałszowania rzeczywistości moralnej. Niemoc, nie odważającą się na odwet i zemstę, nazwano tu „dobrocią”; trwożliwą nikczemność – „pokorą”; uległość wobec tych, których się nienawidzi – „posłuszeństwem” czy „cierpliwością”, tchórzostwo – „przebaczeniem”, małoduszność – „łagodnością”, „miłością bliźniego” itp. Mówią też o „miłości dla wrogów swoich” – i pocą się przy tym... Są nędzni, bez wątpienia, te skrzeczki i pokątni fałszerze, choć siedzą w kupie i grzeją się nawzajem. Lecz mówią o sobie, że ich nędza jest ich wybraniem i odznaczeniem przez Boga, że się bije psy, które najbardziej się lubi. Może jest też ta nędza przygotowaniem, doświadczeniem, szkołą, a może jeszcze czymś więcej – czymś, co kiedyś wyrównanym zostanie i wypłaconym olbrzymimi odsetkami w złocie, nie! w szczęściu. To zwą „szczęśliwością wieczną” (...) Teraz dają mi do zrozumienia, że nie tylko są lepsi od możnych, panów ziemi, których plwociny lizać muszą. Nie z obawy, bynajmniej, nie z obawy, lecz tylko dlatego, a jakże, że to Bóg każe czcić wszelką zwierzchność! Twierdzą też, że nie tylko są lepsi, lecz także, że jest im lepiej”. W każdym razie kiedyś będzie im lepiej. Lecz dość, dość! Nie wytrzymam więcej! Zepsute powietrze! Śmierdzi tu od tych wszystkich kłamstw!...
Tyle wzburzony Fryderyk Nietzsche. W innym miejscu tegoż tekstu „Z genealogii moralności” filozof bardziej spokojnie opisuje to zjawisko: „Bunt niewolników na polu moralności zaczyna się tym, że „ressentiment” samo się staje twórczym i płodzi wartości; ressentiment takich istot, którym właściwa reakcja, reakcja czynu, jest wzbroniona i które wynagradzają ją sobie tylko zemstą w imaginacji. Gdy wszelka dostojna moralność wyrasta z tryumfującego potwierdzenia siebie samej, moralność niewolnicza mówi z góry „nie” wszystkiemu co „poza nią”, co „inne”, co nie jest „nią samą”: i to „nie” jest jej twórczym czynem. To odwrócenie ustanawiającego wartości spojrzenia – ten konieczny kierunek na zewnątrz, miast wstecz ku samemu sobie – jest właśnie właściwe uczuciu ressentiment. Moralność niewolników, by powstać, potrzebuje najpierw zawsze świata przeciwnego i zewnętrznego, potrzebuje, fizjologicznie mówiąc, zewnętrznych podniet, by w ogóle działać, – jej akcja jest z gruntu reakcją. Przeciwnie dzieje się z dostojną oceną wartości. Działa ona i rośnie spontanicznie. Wynachodzi jeno swoje przeciwieństwo, by siebie z tym większą wdzięcznością, tym radośniej potwierdzić. Jej negatywne pojęcie „niski”, „pospolity”. „zły” jest tylko później zrodzonym, bladym kontrastowym obrazem w stosunku do jej pozytywnego, na wskroś życiem i namiętnością przepojonego zasadniczego pojęcia „my dostojni, my dobrzy, my piękni, my szczęśliwi!” Jeśli dostojna ocena wartości zgrzeszy przeciw rzeczywistości, to dzieje się to w stosunku do sfery, która jej nie jest dostatecznie znana, owszem przeciw której prawdziwemu poznaniu broni się ona ostro: zaniepoznaje w pewnej mierze pogardzaną przez siebie sferę, sferę pospolitego człowieka i niskiego gminu. Z drugiej strony należy rozważyć, że w każdym razie uczucie pogardy, spoglądania w dół: spoglądania z góry, zgodziwszy się nawet na to, że fałszuje obraz pogardzanego, dalekim pozostaje od fałszerstwa, którego zepchnięta nienawiść, zemsta bezsilnego dopuszcza się wobec swego przeciwnika – oczywiście in effigie. W rzeczy samej zbyt wiele niedbałości, zbyt wiele lekceważenia, zbyt wiele odwracania oczu i zniecierpliwienia miesza się do pogardy, nawet zbyt wiele własnego uradowania, by zdolna była przemienić swój przedmiot w istotną karykaturę i potwora. Należy wsłuchać się w przychylne prawie odcienie, wkładane na przykład przez grecką szlachtę we wszystkie słowa, którymi odróżnia od siebie niski tłum, jak się w nie miesza ustawicznie i ocukrza je pewien rodzaj pożałowania, względności, wyrozumiałości, aż wreszcie wszystkie prawie słowa, pospolitemu przypadające człowiekowi, pozostały ostatecznie jako wyrazy na „nieszczęśliwy”, „pożałowania godny” (...) – i jak z drugiej strony „zły”, „niski”, „nieszczęśliwy” nigdy nie przestały dla ucha greckiego brzmieć w tonie, w którego barwie przeważa „nieszczęśliwy”. Jest to dziedzictwo starej szlachetniejszej arystokratycznej oceny wartości, która i w pogardzie nie sprzeniewierzyła się sobie. „Dobrze urodzeni” czuli się właśnie „szczęśliwymi”; nie musieli dopiero przez spojrzenie, skierowane na swych wrogów, sztucznie konstruować swojego szczęścia, w pewnym stopniu wmawiać, wkłamywać (jak to wszyscy ludzie opanowani przez ressentiment czynić zwykli). I umieli również, jako zupełni, siłą uposażeni, stąd z konieczności czynni ludzie, nie oddzielać działania  od szczęścia, – być czynnym wliczają z konieczności do szczęścia – wszystko to w zupełnym przeciwieństwie do „szczęścia” na szczeblu bezsilnych, uciskanych, owych od jadowitych i nieprzyjaznych uczuć ropiejących ludzi, u których występuje ono zasadniczo jako narkoza, oszołomienie, spoczynek, pokój, „sabbat”, odprężenie umysłu i wyciągnięcie członków, słowem biernie. Kiedy człowiek dostojny żyje ufnie i otwarcie przed samym sobą („szlachetnie urodzony” podkreśla odcień „szczery” a również i „naiwny”), to człowiek opanowany przez ressentiment nie jest ani szczerym, ani naiwnym, ani z samym sobą uczciwym i otwartym. Jego dusza zezuje. Duch jego kocha schówki, kryjome dróżki, wrota od tyłu. Wszystko, co skryte, ma powab dla niego  jako jego świat, jego pewność, jego uciecha. Zna się on na milczeniu, na niezapominaniu, na czekaniu, na tymczasowym umniejszaniu się i pokornieniu. Rasa takich, opanowanych przez ressentiment, ludzi stanie się w końcu z konieczności roztropniejsza, niż jakakolwiek inna rasa dostojna, będzie też czcić roztropność w zupełnie innej mierze: mianowicie jako pierwszorzędny warunek istnienia, gdy tymczasem w ludziach dostojnych ma roztropność lekką, wykwintną  przymieszkę zbytku i wyrafinowania. Jest ona bowiem w nich daleko mniej zasadnicza, niż doskonała pewność funkcji regulujących nieświadomych instynktów lub nawet pewna nieroztropność, pewne dzielne gnanie na oślep, czy to ku niebezpieczeństwu, czy to na wroga, lub owa zapalczywa nagłość gniewu, miłości, czci, wdzięczności i zemsty, po których wszelkiego czasu poznawały się dusze dostojne. Nawet ressentiment dostojnego człowieka, jeśli się pojawia w nim, spełnia się i wyczerpuje w natychmiastowej reakcji, dlatego nie zatruwa. Z drugiej strony nie występuje ono w niezliczonych wypadkach, w których nieuniknione jest u wszystkich słabych i bezsilnych. Nie pamiętać zbyt długo swoich wrogów, swoich przykrości, nawet swoich złoczynów – to oznaka silnych pełnych natur, w których jest nadwyżka plastycznej, kształtującej, gojącej i zapomnieniem darzącej siły (dobrym tego przykładem z nowoczesnego świata jest Mirabeau, któremu się nie trzymały pamięci żadne wyrządzane mu obelgi i podłości, i który dlatego tylko nie mógł przebaczać, bo – zapominał). Taki człowiek otrząsa z siebie jednym podrzutem wiele robactwa, które się w innych wżera i w nim jedynie jest możliwa – przypuściwszy, że jest w ogóle na ziemi możliwa – właściwa „miłość dla swoich wrogów”. Ileż już czci dla swego wroga ma człowiek dostojny! A taka cześć jest już mostem do miłości... On pragnie przecie swego wroga dla siebie, jako swego odznaczenia, on nie zniesie przecie żadnego innego wroga, tylko takiego, w którym nie ma nic do pogardzania, a bardzo wiele do czczenia! Natomiast przedstawcie sobie wroga, jak go pojmuje człowiek  opanowany przez ressentiment, – i w tym właśnie jest jego czyn, jego twórczość. Powziął on koncepcję „złego wroga”, „złego”, i to jako zasadnicze pojęcie, z którego, jako odbicie i przeciwieństwo wymyśli sobie „dobrego” – samego siebie!”...
Zupełnie więc przeciwnie, niż u dostojnego, który koncypuje zasadnicze pojęcie „dobry” wpierw i spontanicznie, mianowicie z samego siebie i stąd dopiero stwarza sobie wyobrażenie „lichy”! To „lichy” dostojnego pochodzenia i owo „zły” z kotła nienasyconej nienawiści – pierwsze jako twór późniejszy, przystawka, barwa dopełniająca, drugie jako oryginał, początek, właściwy czyn w pojęciu moralności niewolniczej – jakże różne są te oba, pozornie temu samemu pojęciu „dobry” przeciwstawione słowa „lichy” (schlecht) i „zły” (böse)! Lecz to nie jest to samo co pojęcie „dobry”. Raczej pytać należy, kto jest właściwie „zły” w znaczeniu moralności, stworzonej przez ressentiment. Najściślejsza odpowiedź: właśnie „dobry”, przeciwnej moralności, właśnie dostojny, możny, władnący, tylko przefarbowany, przeinaczony, nawywrót widziany jadowitym okiem, którym patrzy ressentiment. Tutaj jednemu bynajmniej nie chcemy przeczyć: kto tych „dobrych” poznał tylko jako wrogów, poznał tylko złych wrogów. Ci sami ludzie, którzy dzięki obyczajowi, zwyczajowi, czci, wdzięczności, a bardziej jeszcze przez wzajemne strażowanie się i zazdrość inter pares tak surowo trzymają się w karbach i którzy z drugiej strony w stosunku do siebie okazują się tak wynalazczymi na punkcie względności, panowania nad sobą. delikatności, wierności, dumy i przyjaźni – ci sami są na zewnątrz, tam gdzie się zaczyna co obce, obczyzna, niewiele lepsi, niż wolno puszczone zwierzęta drapieżne. Tam używają zwolnienia od wszelkiego społecznego przymusu, w puszczy wynagradzają sobie wytężenie, powodowane długim zamknięciem i ujęciem w płoty pokoju, powracają ku niewinności drapieżców, jako radosne potwory, które może po okropnym szeregu mordów, podpaleń, zgwałceń i znęcań się odchodzą z junactwem i równowagą duchową, jakby spełnili jeno psotę uczniacką, w przekonaniu, że poeci znów na długo będą mieli co opiewać i sławić. Na dnie wszystkich tych ras dostojnych nie należy przeoczać drapieżcy, tej wspanialej, za zdobyczą i zwycięstwem lubieżnie węszącej, płowej bestii. Dla tego ukrytego podłoża potrzeba co pewien czas wyładowania, zwierzę musi na wierzch się wydobyć, musi znów wrócić do puszczy. Rzymska, arabska, germańska, japońska szlachta, homerowscy bohaterowie, skandynawscy wikingowie – wszyscy jednako tę czuli potrzebę. To właśnie rasy dostojne pozostawiły pojecie „Barbarzyńca” na wszystkich śladach swojego pochodu. Jeszcze najwyższa ich kultura zdradza świadomość tego i nawet dumę (na przykład, gdy Perykles mówi Ateńczykom, w owej sławnej mowie pogrzebowej, „ku wszystkim lądom i morzom utorowała sobie drogę śmiałość nasza, wznosząc sobie wszędzie nieprzemijające pomniki dobrego i złego”). Ta „śmiałość” ras dostojnych, szalona, niedorzeczna, nagła w swym wyjawie, ta nieobliczalność, wprost nieprawdopodobność jej przedsięwzięć – Perykles podnosi i kładzie nacisk na bezwzględność Ateńczyków. – Jej obojętność i pogarda dla bezpieczeństwa, ciała, życia, wygody, jej przerażająca radość i głęboka rozkosz w wszelkim niszczeniu, we wszystkich uciechach zwycięstwa i okrucieństwa – wszystko to składało się dla cierpiących z powodu tego na obraz „barbarzyńcy”, „złego wroga”, coś jakby „Gota”, „Wandala”. Głęboka, lodowata nieufność, którą Niemiec wzbudza, skoro do władzy dojdzie, i teraz znowu – jest zawsze jeszcze oddźwiękiem owego niewygasłego przerażenia, z jakim przez całe stulecia Europa przyglądała się wściekłemu szałowi płowej germańskiej bestii (aczkolwiek pomiędzy starymi Germanami a nami, Niemcami, żadne nie ostało się powinowactwo pojęcia, a cóż dopiero krwi). Zwróciłem raz uwagę na zakłopotanie Hezjoda, gdy wymyślał następstwa kulturalnych epok i starał się je wyrazić w złocie, srebrze, spiżu. Nie umiał on sobie ze sprzecznością, którą mu nastręczał wspaniały, lecz zarówno grozą przejmujący, gwałtem dyszący, świat Homera, poradzić inaczej, niż dzieląc jedną epokę na dwie, którym kazał następować po sobie. Najpierw epoce bohaterów i półbogów z Troi i Teb, tak jak ten świat zachował się w pamięci dostojnych szczepów, które w niej miały własnych praszczurów; potem epoce spiżowej w sposób, w jaki ten sam świat jawił się potomkom zdeptanych, ograbionych, katowanych, uprowadzonych, sprzedanych: epoce spiżu, jak się rzekło, twardej, zimnej, srogiej, bez czucia i sumienia, wszystko miażdżącej i krwią zalewającej. Zgodziwszy się na to, iż prawdziwym jest, co się i tak dziś za „prawdę” uważa, że znaczenie wszelkiej kultury leży właśnie w tym, by z drapieżnego zwierza „człowieka” wyhodować obłaskawione, cywilizowane zwierzę, zwierzę domowe, to by należało bezsprzecznie wszystkie owe instynkty reakcji, instynkty mściwouraźliwe, z których pomocą szczepy dostojne i ich ideały zostały w końcu zniszczone i przemożone, uważać za właściwe narzędzia kultury, przez co wcale jeszcze nie powiedziano, jakoby ich przedstawiciele zarówno byli wyobrazicielami samej kultury. Raczej coś przeciwnego byłoby nie tylko prawdopodobne – nie! jest to dziś oczywiste! Ci przedstawiciele owych w dół gniotących, dyszących żądzą odwetu instynktów, ci potomkowie wszelkiego europejskiego i nieeuropejskiego niewolnictwa, w szczególności wszelkiej ludności przedaryjskiej, oni przedstawiają cofanie się ludzkości! Te „narzędzia kultury” są hańbą człowieka i raczej podejrzeniem, przeciwdowodem względem „kultury” w ogóle! Może być zupełnie usprawiedliwionym, jeśli się kto nie może wyzbyć obawy przed płową bestią, tkwiącą na dnie wszelkich ras dostojnych, i ma się przed nią na baczności. Lecz któżby po stokroć nie wolał bać się, jeśli równocześnie podziwiać może, niż nie bać się, lecz przy tym nie móc się pozbyć bardziej odrażającego widoku nieudatności, zmniejszenia, zniedołężnienia, zatrucia? A czyż nie jest to naszym przekleństwem? Cóż sprawia dziś naszą niechęć ku „człowiekowi”? – bo człowiek nam dolega, to niewątpliwe. – Nie obawa; raczej to, że nie mamy już czego bać się w człowieku: że to robactwo „człowiek” na pierwszym jest planie i mrowi się; że „obłaskawiony człowiek”, ten nieuleczalnie mierny i przykry, nauczył się czuć siebie prawie celem i szczytem, najgłębszą myślą dziejów, „człowiekiem wyższym”: – co więcej, że ma pewne prawo czuć się takim, o ile w przerwach nadmiaru nieudatności, chorowitości, znużenia przeżycia, którym Europa dziś śmierdzieć poczyna, czuje się czymś przynajmniej względnie udatnym, przynajmniej jeszcze największe niebezpieczeństwo, bo widok ten nuży... Nie widzimy dziś nic, co chce się stać większym, przeczuwamy, że to wciąż jeszcze wstecz i wstecz iść będzie, w coraz większą rozcieńczoność, w coraz większą dobroduszność, roztropność, wygodę, mierność, obojętność, chińszczyznę, chrześcijańskość – człowiek, nie ma wątpliwości, stawać się będzie coraz „lepszym”... W tym właśnie tkwi grożące fatum Europy, – wraz z obawą przed człowiekiem postradaliśmy i miłość dla niego, cześć dla niego, nadzieje i chęć ku niemu. Widok człowieka już nuży – czymże dziś jest nihilizm, jeśli nie tym?... Znużyliśmy się człowiekiem...
– Jednak zawróćmy: problemat innego początku „dobra”, dobra, jak je wymyślił sobie człowiek, opanowany przez ressentiment domaga się skończenia. – Że jagnięta czują urazę do wielkich ptaków drapieżnych, to nie dziwota. Lecz to jeszcze nie powód, by brać za złe wielkim ptakom drapieżnym, że porywają małe jagnięta. A jeśli jagnięta mówią między sobą: „te ptaki drapieżne są złe; a jagnię, które tak małe, jak tylko być może, nie jest ptakiem drapieżnym, owszem jego przeciwieństwem, – nie miałożby być dobrym?”, to nie można takiemu postawieniu ideału nic zarzucić, jakkolwiekby ptaki drapieżne nieco szyderczo na to spoglądały i nawet mówiły sobie: „my do nich nie mamy urazy, do tych dobrych jagniąt, kochamy je nawet; nie ma nic smaczniejszego nad delikatne jagnię”. – Żądać od siły, by nie objawiała się jako siła, aby nie była chęcią przemożenia, chęcią obalenia, chęcią owładnięcia, pragnieniem wrogów i oporów i tryumfów, jest równie niedorzeczne, jak żądać od słabości, by objawiała się jako siła. Pewne quantum siły jest właśnie takim quantum popędu, woli, działania – co więcej, nie jest niczym innym, jak właśnie samym popędem, chceniem, działaniem, a inaczej zdawać się może tylko dzięki zwodniczości mowy, (i skamieniałym w niej zasadniczym błędom rozsądku), która wszelkie działanie rozumie jako uwarunkowane tym, co działa, „podmiotem”, i mylnie rozumie. Tak samo bowiem, jak lud oddziela błyskawicę od jej światła i to ostatnie uważa jako jej czynność, jako działanie podmiotu, który się zwie błyskawicą, tak oddziela moralność tłumu także siłę od zewnętrznych siły objawów, jak gdyby poza silnym istniał indyferentny substrat, któremu jest pozostawionym do woli objawiać siłę, lub też nie. Lecz nie ma takiego substratu; nie ma żadnego „istnienia” poza czynieniem, działaniem, stawaniem się. „Czyniciel” jest tylko zmyśleniem do czynienia dodanym – czynność jest wszystkim. Tłum zdwaja w gruncie rzeczy czynność, każąc błyskawicy świecić: jest to czyn – czyn. To samo zdarzenie stawia raz jako przyczynę, a potem jeszcze raz jako skutek tejże. Przyrodnicy nie czynią lepiej, mówiąc: „siła porusza, siła powoduje” itp. – cała wiedza nasza stoi jeszcze, mimo cały swój chłód, wyzbycie się uczucia, pod uwodnym czarem mowy i nie wyzbyła się jeszcze podrzuconych bękartów, „podmiotów” (atom jest, na przykład, takim podrzutkiem, to samo kantowska „rzecz sama w sobie”). Cóż za dziwota, gdy upośledzone, skrycie tlące uczucia, zemsta i nienawiść, wyzyskują dla siebie tę wiarę i rzeczywiście nawet żadnej wiary nie zachowują żarliwiej, niż tę, że jest pozostawionym woli silnego być słabym, a drapieżnemu ptakowi jagnięciem. Zyskują tym przecie wobec siebie samych prawo winienia ptaka drapieżnego, że jest ptakiem drapieżnym... Jeśli uciśnieni, upośledzeni, przemocą zgnębieni z mściwej chytrości swej bezsiły wmawiają w siebie: „pozwólcie nam być innymi, nie zaś tylko złymi, to jest i dobrymi! A dobrym jest każdy, kto nie działa przemocą, kto nikogo nie zadraśnie, nikogo nie zaczepi, nikomu nie odpłaci w odwecie, który zemstę Bogu przekazuje, który jak my trzyma się w ukryciu, który wszystkiemu złemu schodzi z drogi i mało w ogóle wymaga od życia, podobnie nam, cierpliwym, pokornym, sprawiedliwym” – to nie znaczy to, dla słuchających na zimno i bez uprzedzenia, właściwie nic innego, niż: „my słabi jesteśmy, niestety, słabi; dobrze jest, jeśli nie czynimy nic, do czego nie jesteśmy dość silni”. Lecz ten cierpki stan rzeczy, ta roztropność najniższego rzędu, którą owady nawet mają (przecie udają martwość, by nie „za wiele” czynić wobec wielkiego niebezpieczeństwa), przybrała dzięki owemu fałszerstwu i samoobłudzie bezsilny strój pełnej zaparcia się cichej wyczekującej cnoty, jak gdyby słabość słabego – to znaczy przecie jego istota, jego działalność, jego nieunikniona, nieodłączna rzeczywistość – była dobrowolnym wysiłkiem, czymś chcianym, czymś z wyboru, czynem, zasługą. Temu rodzajowi człowieka potrzeba wiary w obojętny, mający wolność wyboru „podmiot”, złożony z instynktu samozachowawczości, samopotwierdzenia, w którym każde kłamstwo uświęcać się zwykło. Podmiot (lub, by popularnie powiedzieć, dusza) był może dlatego dotychczas na ziemi najlepszą podwaliną wiary, że bezlikowi śmiertelnych, słabych i uciemiężonych wszelkiego rodzaju umożliwiał owo wzniosłe oszustwo samych siebie, wykładające nawet słabość jako wolność, a to że są tacy, nie inni, jako zasługę”.
Wielce się do tego zafałszowania rzeczywistości moralnej przyczynili, zdaniem filozofa, żydowscy przede wszystkim, kapłani. Kapłańska ocena wartości łatwo może się od rycersko-arystokratycznej odgałęzić i potem dalej rozwijać w jej przeciwieństwo. „W szczególności bodźcem do tego za każdym razem jest, jeśli kasta kapłańska i wojownicza zazdroszczą sobie wzajem i nie chcą się zgodzić z sobą na punkcie ceny. Założeniem rycersko-arystokratycznych ocen jest potężna cielesność, kwitnące, bogate, aż przelewne zdrowie, a zarazem to, co jest warunkiem ich utrzymania, więc wojna, przygody, łowy, taniec, igrzyska i w ogóle wszystko, w czym tkwi silna, swobodna, radosna czynność. Kapłańsko-dostojna ocena wartości ma – jak widzieliśmy – inne warunki: dosyć złe dla niej, jeśli o wojnę chodzi! Kapłani są, jak wiadomo, najgorszymi nieprzyjaciółmi – czemuż to? Bo są najbezsilniejsi. Z niemocy wyrasta w nich zawiść do potworności niepokojącej, do najwyższej duchowości i jadowitości. W historii świata najbardziej nienawidzili zawsze kapłani, nienawidzili zarazem najgenialniej. Wobec ducha kapłańskiej zemsty, wszelki inny duch nie wchodzi w rachubę. Dzieje ludzkie byłyby nazbyt głupią sprawą bez tego ducha, którego w nie tchnęli bezsilni. Weźmy w tej chwili największy przykład. Wszystko, co na ziemi przedsiębrano przeciwko „dostojnym”, „gwałcicielom”, „panom”, „dzierżycielom władzy”, nie warto słowa w porównaniu z tym, co przeciwko nim Żydzi zdziałali; Żydzi, ten naród kapłański, który na wrogach swoich i zwycięzcach umiał sobie zdobyć zadośćuczynienie ostatecznie tylko przez radykalną zmianę ich wartości, więc przez akt najbardziej duchowej zemsty. Tak jedynie przystało właśnie narodowi kapłańskiemu, narodowi najbardziej zaczajonej kapłańskiej mściwości. Żydzi to przeciwko arystokratycznemu zrównaniu wartości (dobry = dostojny = możny = piękny = szczęśliwy = Bogu miły) odważyli się na przewrót z przejmującą lękiem konsekwencją i zębami otchłannej nienawiści (nienawiści bezsilnych) utrzymali go, mianowicie, że „nędzni jedynie są dobrzy; biedni; bezsilni, niscy są jedynie dobrzy; cierpiący, niedostatni, chorzy, szkaradni są jedynie niewinni, jedynie błogosławieni, dla nich tylko jest zbawienie, – zaś wy, dostojni i gwałcicie na całą wieczność jesteście źli, okrutni, rozpustni, nienasyceni, bezbożni, wy też na wieki będziecie zgubieni, przeklęci, potępieni!” ... Wiadomo, kto wziął dziedzictwo tej żydowskiej przemiany wartości... Co się tyczy potwornej i ponad wszelką miarę złowieszczej inicjatywy, którą dali Żydzi tym najbardziej zasadniczym ze wszystkich wyzywów wojennych, to przypominam zdanie, które przy innej wypowiedziałem sposobności („Poza dobrem i złem”), że mianowicie ze zjawieniem Żydów zaczyna się bunt niewolników na polu moralności, ów bunt, który dwutysięczne ma za sobą dzieje i który dlatego jedynie usunął się nam dziś z przed oczu, bo – był zwycięski”...
W „Zmierzchu bożyszcz” F. Nietzsche wyakcentował biologiczne i socjalne aspekty dotyczące kreowania nowej rasy ludzi, ludzi prawdziwych, czyli nadludzi. Ukazywał też zasadnicze przeciwieństwo wzajemne rasowego ducha Aryjczyków a Semitów. Pisał: „Weźmy przypadek tak zwanego morału, przypadek hodowli określonej rasy i odmiany. Najwiekopomniejszym przykładem jest morał indyjski, podniesiony jako „prawo Manu” do godności religii. Postawiono tu sobie za zadanie wyhodować naraz aż cztery rasy: kapłańską, rycerską, kupiecką, rolniczą, oraz rasę służebną, sudrów. Snadź nie jesteśmy tu wśród poskramiaczy dzikich zwierząt: sam pomysł takiej hodowli każe przypuszczać stokroć łagodniejszą i rozumniejszą odmianę człowieka. Oddychamy swobodniej, wchodząc z zakażonego, więziennego chrześcijańskiego powietrza w ten świat zdrowszy, górniejszy, przestrzenniejszy. Jakżeż marnie przedstawia się, „Nowy Testament” w porównaniu z księgami Manu, jak trąci niemile! – Jednakże i ten ustrój musiał być straszliwym, – tym razem nie w walce z bestią, lecz ze swym pojęciem sprzecznym, z człowiekiem niehodowanym, człowiekiem-mieszańcem, z parią. I znów jedynym środkiem, by stał się słabym, nieszkodliwym, było, uczynić go chorym, – była to walka  z „czernią”. Snadź nic tak nie razi uczuć naszych, jak te właśnie przepisy indyjskiego morału. Trzeci, na przykład, edykt o „nieczystych jarzynach” (Avadana Sastra l) postanawia, iż jedynym pożywieniem, dozwolonym pariom, ma być czosnek i cebula, ponieważ pismo święte zabrania im zboża, owoców ziarnistych, wody i ognia. Tenże sam edykt obwieszcza, że nie wolno im czerpać wody z rzek, źródeł i stawów, lecz tylko z odpływów bagiennych i zagłębień  utworzonych przez stopy zwierzęce. Również nie wolno im myć się i prać swej bielizny, gdyż wodą, którą przyznano im z łaski, winni zaspokajać tylko pragnienie. Wreszcie zakazano kobietom z kasty sudrów pomagać kobietom pariom przy połogu, tudzież w szczególności tym ostatnim, pomagać sobie wzajem... – Niedługo trzeba było czekać na wyniki takich przepisów sanitarnych: nastały zabójcze zarazy, ohydne choroby płciowe, które wywołały znów „prawo noża”, nakazujące obrzezanie dzieci płci męskiej i wycinanie mniejszych warg wstydliwych dzieciom pici żeńskiej. – Manu sam powiada: „pariowie są owocem cudzołóstwa, kazirodztwa i występku” (– to ostatnie jest koniecznym następstwem pojęcia hodowli). „Odzieniem ich niechaj będą łachmany zwleczone z trupów, naczyniami skorupy z garnków, ozdobą stare żelaziwo, służbą bożą modlitwa do złych duchów; niechaj błąkają się nieustannie z miejsca na miejsce. Nie wolno im pisać od strony lewej ku prawej i przy pisaniu posługiwać się prawicą: użycie tejże oraz pisanie od ręki lewej ku prawej przysługuje jeno ludziom cnotliwym, ludziom rasowym”. –
Zarządzenia te są nader pouczające: dają nam sposobność zapoznania się z aryjską humanitarnością, całkiem czystą, całkiem pierwotną, – przekonywamy się, iż pojęcie „czysta krew” tworzy zasadniczą sprzeczność do pojęć łagodnych. Z drugiej zaś strony uświadamiamy sobie, w którym to ludzie zakorzeniła się wiekuista nienawiść, nienawiść panów, do tej „humanitarności”, gdzie przetworzyła się w religię, w geniusz... Z tego punktu widzenia są Ewangelie dokumentem pierwszorzędnym; jeszcze więcej Księgi Henocha: – Chrześcijaństwo, ta na pniu żydowskim wybujała i jeno na nim zrozumiała latorośl, stanowi ruch skierowany przeciw wszelkiemu morałowi hodowli, rasy, przywileju: – jest to religia par excellence antyaryjska: chrześcijaństwo, to odwrócenie wszystkich wartości aryjskich, to zwycięstwo wartości pariów, to ewangelia głoszona ubogim i poniżonym, to powszechny rokosz wszystkiego zdeptanego, nędznego, chybionego, nieszczęsnego przeciwko »rasie«, – to wiekuista nienawiść pariów przedzierżgnięta w religię miłości”...
W ogóle F. Nietzsche uważał, iż kultura, struktury psychiczne i językowe, mentalność – wszystko jest warunkowane rasowo, które to podejście, jak wiemy, było w intelektualnej tradycji niemieckiej mocno zakorzenione. W pracy „Poza dobrem i złem” wywodził: Myślenie jest w rzeczywistości o wiele mniej odkrywaniem, niźli zapoznawaniem się na nowo, przypominaniem, nawrotem i powrotem do jakiegoś dalekiego praodwiecznego zbornego bytowania duszy, z którego wyrosły ongi owe pojęcia – filozofowanie jest zatem do pewnego stopnia rodzajem atawizmu najwyższego rzędu. Dziwne podobieństwo rodzinne wszelkiego filozofowania indyjskiego, greckiego, niemieckiego dość prosto się tłumaczy. Tam właśnie, gdzie istnieje powinowactwo językowe, wprost uniknąć niepodobna, by dzięki wspólnej filozofii gramatyki – mniemam, dzięki nieświadomemu władaniu i kierownictwu jednakich funkcji gramatycznych – nie było wszystko przygotowane z góry do jednakowego rozwoju oraz następstwa systemów filozoficznych: tak samo, jak do jakowychś innych możliwości wytłumaczenia świata droga zda się jak gdyby zamknięta. Filozofowie z grupy językowej uralsko-ałtajskiej (gdzie pojęcie subiektu jest najgorzej rozwinięte) nader prawdopodobnie patrzą „na świat” inaczej i na innych znajdują się torach niźli Indogermanowie i Muzułmanie; wpływ określonych funkcji gramatycznych jest w ostatnim rozrachunku wpływem fizjologicznego „wartościowania” tudzież warunków rasowych. (...) Najtrudniejszym do przełożenia z jednego języka na drugi jest tempo stylu tegoż języka: ile że ma on uzasadnienie w charakterze rasy, fizjologiczniej mówiąc, w zwyczajnym tempie jej przemiany materii.
Także te idee, a szczególnie przekonanie o rozkładowej roli żydostwa w życiu państw aryjskich i o konieczności wykastrowania wszystkich Żydów, aby nie zaśmiecały swymi genami funduszu rozrodczego ludzkości, znalazły niejednego zwolennika w Niemczech, Rosji, całej Europie i obu Amerykach.
Trudno zresztą powiedzieć, kto pierwszy w piśmiennictwie europejskim wysunął tę ideę, że chrześcijaństwo stanowi dywersyjną doktrynę żydowską, mającą na celu osłabienie i rozkład moralny ludzkości z tym, by ułatwić Izraelowi (Yesroelowi) zapanowanie nad światem. Z całą pewnością ten pomysł mógł być bliski m.in. Arthurowi Schopenhauerowi, młodoheglistom niemieckim, Ernestowi Renanowi, a w XX wieku zupełnie oficjalnie głosili ją narodowi socjaliści niemieccy i inni. Nie wykluczone jednak, że ta interpretacja mogła się zrodzić wśród intelektualistów żydowskich. Najbardziej bowiem wykończoną wersję tego pomysłu przedstawił żydowski nacjonalistyczny publicysta i pisarz polityczny Marcus Eli Ravage, człowiek o rzadko spotykanej erudycji i niepospolitej kulturze intelektualnej. Ten znakomity mistrz pióra i myśli urodził się 25 czerwca 1884 roku w Rumunii z matki Belli Rosenthal i ojca Judy Revici. W 1900 roku wyemigrował do USA i zmienił nazwisko na bardziej z anglosaska brzmiące „Ravage”. (Żydzi przepadają za taką mimikrą). Studiował na uniwersytetach w Illinois, Missouri i New York, gdzie się doktoryzował. Ożenił się z pochodzącą z Francji rodaczką Joanne Louise Martin. Spod jego pióra wyszedł szereg interesujących publikacji w języku angielskim: The Jew Pays, The Mylady of Europe, The Story of Teaport Dome, Five Men of Frankfurt, The Story of Rothschild i in. Niektóre książki były tłumaczone na szereg języków europejskich.
W 1928 roku Marcus Eli Ravage opublikował dwa intrygujące opracowania: „Istotne oskarżenie przeciwko Żydom” oraz „Apostoł pogan”. Treść tych tekstów jest przez niektórych interpretowana jako wyjątkowo perfidna dywersja antychrześcijańska, przez innych jednak jako butna apologia żydowskiej mądrości i dalekowzroczności, a jeszcze przez innych jako wyjątkowo rzetelna analiza z pogranicza religioznawstwa i historii kultury duchowej.
 W niezwykłym dziele Fryderyka Nietzschego „Also sprach Zaratustra” czytamy: „Kiedyś – zdaje się, że było to w Pierwszym Roku Odkupienia, rzekła Sybilla pijana nie z wina: „Biada nam, teraz wszystko pójdzie na opak. Upadek widzę ja. Nigdy świat nie upadł tak nisko. Rzym nierządnicą stał się i budą nierządnic. Rzymski Cesarz poniżył się do rzędu bydlęcia, Bóg nawet stał się Żydem”... Według  Ravage’a  cała awantura miała  się  zacząć  pół tysiąca lat przed Jezusem z Nazaretu. Wówczas to bowiem Żydzi utracili własne państwo, którego później już właściwie nie odzyskali, mimo przejściowych sukcesów Machabeuszów. Przełomową datą w ich dziejach był rok 65 przed Chrystusem, kiedy to do Palestyny wkroczył Pompejusz, wezwany przez Żydów na rozjemcę w sporze między dwoma braćmi roszczącymi sobie pretensje do tronu. Pompejusz jednego z braci przepędził, a drugiemu narzucił godność arcykapłańską. Gdy Żydzi niezadowoleni z tych zarządzeń, zmierzających najwyraźniej do zlikwidowania resztek ich niepodległości, buntowali się i żądali króla, Pompejusz dał im go, ale według własnego wyboru. Z królikiem, kreaturą rzymską, wkroczyła do kraju obca armia i administracja, a z nią kultura i cywilizacja greko-rzymska: obrazy i rzeźby, dramat grecki, gladiatorzy, sport uprawiany nago, łaźnie, hetery itp.
Zwyczaje Greko-Rzymian Żydzi uważali za ciężką zniewagę nakazów Jehowy, jakkolwiek poganie nie narzucali im swoich urządzeń. Jeszcze większy gniew budzili w nich poborcy ceł i podatków,   których  nigdy  nikomu  nie  chcieli  płacić.   Przede wszystkim zaś pragnęli mieć króla z żydowskiej rasy i żydowskiego domu panującego.
Dochodziło więc do buntów. Wśród spisków i walk ożywała dawna wiara w mesjasza, męża przez Boga zesłanego, który miał wybawić naród spod obcego jarzma i uczynić go pierwszym narodem świata. Nie brakło też takich, co do tej godności rościli pretensje. Niejaki Judasz rozpętał w Galilei straszliwe powstanie, wspierane gorąco przez ludność. Nad brzegami Jordanu działał Jan Chrzciciel, znany później z ewangelii. Zastąpił go mąż z północnej części kraju, który się zwał Jezus z Nazaretu. Wszyscy trzej posługiwali się tym samym hasłem: „czasy się wypełniły”, co znaczyło, że nastał czas zrzucić jarzmo obrzydliwych pogan. Wszyscy trzej pochwyceni, ukarani zostali śmiercią: Jan zginął pod mieczem kata, dwaj inni na krzyżu.
Według Ravage’a nie ulega wątpliwości, że Jezus był, niezależnie od zalet intelektualno-moralnych, gorącym patriotą żydowskim, który chciał wyzwolić ojczyznę z jarzma obcych ciemiężców. Są nawet poszlaki, że pretendował do korony królewskiej. On, lub jego biografowie, wywodzą rodowód Jezusa od króla Dawida. Jednakże sprawa jego ojcostwa nie jest jasno postawiona w ewangeliach. Ci sami pisarze, którzy pochodzenie Józefa, męża jego matki, wyprowadzają od Dawida, opowiadają o Jezusie jako synu Jehowy, dodają jednak, że Józef nie był jego ojcem.
Jakimi drogami chciał Jezus wyzwolić swój naród? Na podstawie ewangelii niełatwo odpowiedzieć na to pytanie. Pewne wypowiedzi, na przykład „nie przyniosłem  pokój na ziemię, ale miecz” wskazują na to, że myślał przynajmniej początkowo o drodze orężnej. W każdym razie w późniejszej swej działalności zmienił program. Prawdopodobnie uświadomił sobie beznadziejność orężnej walki z Rzymianami. Wówczas swój talent krasomówczy i wielką popularność wśród ludu obrócił w innym kierunku. Począł głosić pewien prymitywny socjalizm i pacyfizm. Od tej jednak chwili kapłani i patrioci, rekrutujący się prawie wyłącznie z ludzi związanych bezpośrednio z świątynią, stali się jego najzawziętszymi wrogami. Koło zwolenników Jezusa zacieśniło się do ubogich, robotników i niewolników. Patrioci żydowscy, straciwszy wiarę w posłannictwo narodowe Jezusa, a z drugiej strony, czując się zagrożonymi ruchem socjalnym, wznieconym przez niego wśród dołów społecznych, porozumieli się z najeźdźcami, oskarżając go wobec nich, że chce być królem żydowskim; wobec Żydów zaś zarzucali mu, że zamierza zmienić prawo mojżeszowe. Rezultatem były dwa wyroki śmierci wydane na Jezusa: jeden przez kapłanów Izraela za „bluźnierstwo”, drugi przez prokuratora rzymskiego pod naciskiem tychże Żydów. Poniósł też okrutną śmierć na krzyżu jako ciężki zbrodniarz.
Po śmierci Jezusa jego adherenci, przeważnie niewolnicy i wyrobnicy, złączyli się w swym smutku w związek braterski złożony z niezdolnych do oporu pacyfistów. Na konspiracyjnych zebraniach wspominali swego ukrzyżowanego przywódcę i żyli w komunistycznej wspólności dóbr. Ideową podstawą ich życia stała się jedna z mów Jezusa, zwana powszechnie kazaniem na górze. Skierowaną ona była w pierwszym rzędzie do prostego ludu.
Wyzyskiwanym i prześladowanym na tej ziemi przyrzekała szczęście z tamtej strony grobu. Nędzę i słabość wynosiła do godności cnoty. Ludziom pozbawionym widoków lepszej przyszłości nakazywała nie troszczyć się o dzień jutrzejszy. Tych, którzy cierpieli krzywdę i niesprawiedliwość, pouczała, by nie płacili za zło złem, lecz modlitwą i miłością. Ludziom skazanym na dożywotnią biedę i trud, stawiała przed oczy zacność ubóstwa. Słabi, wzgardzeni, wydziedziczeni, zdeptani w tym życiu mieli stać się wybranymi i przyjaciółmi bożymi w życiu przyszłym. Po ziemsku usposobieni, wyniośli, bogacze, możni, mieli drogę do nieba zamkniętą.
Owocem działalności Jezusa była więc nowa sekta żydowska pozbawiona siły i wpływów, jedna z wielu, w które obfitował ten zakątek świata. Pod względem socjalnym sekta miała charakter wybitnie komunistyczny. Oni sami nazywali siebie ebionim, ebionici, ubodzy. Swej wiary nie uważali za nową religię. Wyznawcami prawa mojżeszowego się urodzili i takimi chcieli pozostać. Nauki mistrza miały dla nich charakter nie filozoficzno-teologiczny, ale socjalny i etyczny, były regulatorem praktycznego życia. Chrześcijanie naszych czasów pytają często naiwnie, dlaczego Żydzi nie przyjęli Jezusa i jego nauki. Ravage odpowiada im (niezgodnie zresztą z prawdą), że przez długi czas właśnie wyłącznie Żydzi byli wyznawcami Jezusa i jego nauki. Równie naiwnym byłoby dziwić się, dlaczego nie wszyscy Żydzi garnęli się do szeregów ebionitów. Znaczyłoby to tyle, co oczekiwać, że wszyscy chrześcijanie staną się wyznawcami jednej z pokrewnych sekt: katolickiej, kalwińskiej, protestanckiej lub innej.
W czasach normalnych nie zwracano by uwagi na nędzarzy, jakimi byli ebionici. Tym bardziej, że rekrutowali się oni wyłącznie z niewolników i wyrobników. Ale wśród walki z przeciwnikiem we własnym kraju nieżyciowy światopogląd zwolenników Jezusa przybierał kształt niebezpieczny. Była to przecie religia rozczarowania, rezygnacji i defetyzmu. Groziło niebezpieczeństwo, że w razie tolerowania sekty pacyfistów i zrezygnowanych moralnie obrońców ojczyzny na wypadek wojny ulegnie ta ostatnia podminowaniu. Wszystkim zabraknie serca do walki. Owe błogosławieństwa Jezusa dla pokój czyniących, owo nadstawienie drugiego policzka bijącym, zalecone przez mistrza, podobnie jak ciągłe ustępowanie i miłowanie nieprzyjaciół, to wszystko wyglądało na chęć podkopywania w momentach kryzysu siły odpornej narodu i ułatwienia w ten sposób wrogowi zwycięstwa.
Nic dziwnego, że władze żydowskie rozpoczęły prześladowania Ebionim. Rozpędzano ich zebrania, aresztowano przywódców, potępiano nauki. Zdawało się, że sekta zniknie z oblicza ziemi. Niespodziewanie jednak zaszły wypadki, które nadały sprawie zupełnie inny bieg. Najbardziej zawziętym wrogiem sekty jezusowej był Saul, z zawodu tkacz. Pochodził z Tarsu w Cylicji, gdzie otrzaskał się nieco z kulturą grecką. Pogardzał on nową nauką z powodu jej obcości w stosunku do życia i świata. Jako patriotycznie usposobiony Żyd obawiał się jej ujemnego wpływu na sprawę narodową. Władze żydowskie, biorąc pod uwagę jego obycie w świecie i znajomość języków, postawiły go na czele organizacji, której powierzono stłumienie komunistyczno-pacyfistycznej sekty.
Pewnego dnia, gdy Saul był w drodze do Damaszku, by tam uwięzić grupę sekciarzy, wpadł na pomysł, któremu Europa zawdzięcza „dobrodziejstwo” chrystianizmu. Według opowiadań Dziejów Apostolskich miał wizję. W gruncie rzeczy były to dwie wizje. Przede wszystkim jasnym mu się stało, że drobny naród żydowski nie zdoła w zbrojnym starciu zmóc największej potęgi militarnej ówczesnego świata. Co ważniejsze, pojął nagle, że wiara owych włóczęgów, którą dotychczas zwalczał, może być przekutą na nieodpartą broń przeciwko straszliwemu nieprzyjacielowi. Pacyfizm, ślepe posłuszeństwo, niewolnicza pokora, rezygnacja i miłość były niebezpieczną rzeczą nie tylko we własnym kraju: rozszerzone wśród nieprzyjacielskich legionów, „ideały” te zdolne będą do podkopania ich męskiej karności i – w konsekwencji – do zapewnienia Żydom ostatecznego zwycięstwa. Innymi słowy, Saul, tkacz z Tarsu, był najprawdopodobniej pierwszym człowiekiem, który odkrył możliwość prowadzenia wojny za pomocą propagandy;  zrozumiał,  że  pacyfistów  trzeba  ze  wszech  miar  wspierać  -  o  ile  znajdują  się  w  obozie  przeciwnika.
Wielkie było osłupienie i przyjaciół i tych, którzy mieli być uwięzieni, gdy Saul po przybyciu do Damaszku oświadczył im, że przyjmuje wiarę Ebionim i wstępuje do ich związku. Niemniej zaskoczeni byli Mędrcy Syjonu, kiedy Saul po powrocie do stolicy przedłożył im swój plan. Po długich rozprawach i dociekaniach plan Saula, który teraz przezywał się z rzymska Pawłem, został przyjęty. Większe trudności powstały z chwilą, gdy nowy apostoł zapoznał ze swym projektem przywódców chrześcijan w Jerozolimie. Tym pacyfistom i zrezygnowanym minimalistom obce były pobudki, którymi kierował się Paweł. Obawiali się nadto, że porzucenie wielu dawnych zwyczajów żydowskich, co było koniecznym w celu pozyskania dla wiary nie-Żydów, da w wyniku połowicznie nawróconych i osłabi surowość dyscypliny sekciarskiej. Jednak Paweł potrafił rozwiać ich wątpliwości. W ten sposób poczęła się szerzyć w pogańskich krajach Zachodu całkowicie nowa, orientalna religia.
Pomysł zresztą, aby zniszczyć przeciwnika przez wszczepienie mu do umysłu tych czy innych zgubnych idei, zrodził się już w zamierzchłych czasach w głowach magów Bliskiego Wschodu, zwłaszcza w Persji. Jednak próba podbicia świata przez szerzenie zoroastryzmu zakończyła się dla Persów fatalnie – prawdopodobnie dlatego, że wcześniej Zaratustra zdążył dogłębnie „zewangelizować” samo perskie społeczeństwo.
Kiedy w podbitym przez Rzymian Izraelu strzępy idei zoroastryzmu rozwinęły się w paraliżujące instynkt samozachowawczy człowieka chrześcijaństwo, elity żydowskie stanęły wobec konieczności wytępienia zgubnej idei pod groźbą zaniku narodu. Jednak próby tępienia chrześcijaństwa rozniecały tylko tę zarazę, a opracowana przez współczesnego Jezusowi Hillela (ze stronnictwa Faryzeuszów) wykładnia Tory, właściwa dla ówczesnej sytuacji Żydów, nie trafiała do gustu zniechęconego ludu. Pamiętny klęski Dariusza w wyprawie przeciwko Scytom arcykapłan Gamaliel poucza wyznaczonego przez Sanhedryn do wytępienia chrześcijaństwa Szawła o możliwościach wojny ideologicznej. Rodzi się idea „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”. A wobec nawróconych Gamaliel ma taką już receptę: „Czy ty nie widzisz, że oni się sami wynoszą do Królestwa Niebieskiego, a nam Ziemia zostaje za darmo”.
Strategiczny plan Pawła udał się aż za dobrze. Zręcznie dostosowana przez niego nauka przyciągnęła zwolenników szybciej niż się spodziewał, a może nawet, niż sobie tego życzył. Pamiętać należy, że plan Pawła miał służyć początkowo celom wyłącznie obronnym. Nie szło mu o powszechną ewangelizację. Oczekiwał tylko, że za pomocą propagandy pacyfizmu i miłości podkopie u wrogów ich moc wewnętrzną i dyscyplinę bojową. Po osiągnięciu tego celu i zniknięciu garnizonów rzymskich z Palestyny gotów był do zawieszenia broni. Stało się jednak inaczej. Niewolnicy, proletariusze, wydziedziczeni z olbrzymiego imperium znajdowali w przykrojonej przez Pawła nauce chrześcijańskiej wiele pociechy.
Wynikiem tego nieoczekiwanego powodzenia było to, że nieprzyjacielowi otworzyły się oczy. Od dowódców armii rzymskich na Wschodzie dochodziły do władz centralnych alarmujące sprawozdania, wskazujące na zanikanie karności w wojsku. W Rzymie zorientowano się co do pochodzenia i charakteru agitacji. I jak jastrząb na swą zdobycz, tak rzuciły się legiony rzymskie na Palestynę i po czterech latach krwawych zmagań zniszczyły gniazdo spiskowców, a przynajmniej tak im się zdawało.
Historycy owych czasów nie pozostawiają wątpliwości co do zamiarów Rzymu. Opowiadają, że Neron wysłał na Wschód Wespazjana, a później Tytusa z wyraźnym rozkazem zniszczenia Palestyny, a jednocześnie i chrześcijaństwa. Rzymianie bowiem widzieli w chrześcijaństwie nie co innego jak zorganizowane teoretyczne żydostwo, pogląd, który, zdaniem Ravage’a, nie był zbyt dalekim od rzeczywistości. Jeżeli jednak chodzi o plan Nerona, to został on wykonany tylko w połowie: Palestyna uległa całkowitemu zniszczeniu i odtąd pozostała ruiną polityczną do XX wieku; chrześcijaństwo natomiast wyszło z opresji nie tylko cało, ale – wygląda to na paradoks – zagłada Palestyny zdecydowała o jego rozroście. Jak to się stało?
Jak wyżej wspomniano, taktyka Pawła zmierzała początkowo jedynie do zastraszenia Rzymian, podobnie jak kiedyś plagi Mojżesza wobec faraonów egipskich. Przystąpił on do dzieła ostrożnie i bez pośpiechu, i bynajmniej nie miał zamiaru drażnić potężnego przeciwnika. Gdy jednak żydostwo nic już do stracenia nie miało, Paweł zagrał va banque i poniósł bakcyl rozkładu w kraj nieprzyjaciela. Jego celem było upokorzyć Rzym, jak Rzym upokorzył Jerozolimę i zniszczyć go, jak on zniszczył Judeę.
Gdyby kogo pisma Pawła nie przekonywały co do istotnych pobudek i celów jego działalności – wnioskuje dalej Ravage – niech zwróci uwagę na towarzysza jego Jana, który nie kładł sobie klamki na usta. Paweł, działając wśród Greko-Rzymian, lub z murów więziennych, w których latami przesiadywał, zmuszony był posługiwać się alegoriami i aluzjami, zręcznie osłoniętymi, aby móc przeszmuglować swoje zasadnicze idee. Jan, przebywając wśród niezadowolonych Azjatów, i do nich się zwracając mógł sobie pozwolić na luksus otwartości. W każdym razie jego „Apokalipsa” maluje nam całkiem dokładnie charakter olbrzymiego spisku. Nawiasem mówiąc oficjalne kościoły chrześcijańskie nie znalazły dotychczas klucza do odcyfrowania „Apokalipsy”. Kościół katolicki twierdzi, że elukubracje Jana znajdą wytłumaczenie w przyszłości na podstawie specjalnego, nowego objawienia, którego się bliżej nie precyzuje. Ale to tylko wybieg.
W ujęciu Ravage’a Apokalipsa przestaje być sfinksem. Zaciekła nienawiść, z jaką Jan rozpisuje się o „Babilonie” (Rzymie) i jego mieszkańcach jest całkowicie zrozumiała. Babilon „Apokalipsy”to miasto wielkie, które panuje nad królami ziemi”, niejako współczesny Nowy Jork. Aluzja do Rzymu była jednak zupełnie przejrzysta. W ówczesnych czasach poza Rzymem nie było innego miasta, co by panowało nad królami ziemi. Ów Rzym – Babilon przedstawiony jest w Apokalipsie jako niewiasta lubieżna i okrutna, która pije krew świętych (tj. Żydów i chrześcijan), jako tyran panujący „nad ludami, pokoleniami, narodami i językami”. Nagle ukazuje się anioł i woła: „Babilon, wielki Babilon upadł, upadł”. Następuje orgiastyczny opis zniszczenia. Ustał ruch, komunikacja, żegluga, handel. Sztuka i muzyka, głos oblubieńca i oblubienicy ścichły. Ciemność i spustoszenie pokryły wszystko grobowym całunem. A pobożni chrześcijanie jako zwycięzcy broczą we krwi aż po wędzidła swych koni. „Radujcie się ponad nimi niebo i ziemia i wy święci apostołowie i prorocy, albowiem pomścił się Bóg na nich z powodu was”.
A jakiż był cel ostateczny tego chaosu i zniszczenia? Jan nie jest milczkiem i mówi wszystko. Kończy swe proroctwo wizją wspaniałości nowej tj. odnowionej Jerozolimy. Nie jest to jakiś gród na Marsie, ani symbol grodu, ale prawdziwe, namacalne Jeruzalem, stolica wielkiego królestwa żydowskiego, obejmującego „dwanaście pokoleń dzieci Izraela”. Czyż można napisać wyraźniej?
Żadna cywilizacja nie mogłaby trwale opierać się takiemu naporowi. Około roku dwusetnego wysiłki Pawła, Jana i ich następców poczyniły tak wielkie spustoszenie wśród wszystkich klas społeczeństwa, że chrześcijaństwo poczęło wypierać inne kulty cesarstwa. Tymczasem – jak przewidział Paweł – siła moralna i karność społeczeństwa uległy tak wielkiemu załamaniu, że wartość legionów rzymskich, będących niegdyś postrachem całego świata i kręgosłupem zachodniej kultury, malała coraz bardziej, coraz mniej dając odporu barbarzyńskim intruzom. Dotychczas Rzym niósł zagładę większym nawet od siebie potęgom (Kartagina). Teraz nie mógł powstrzymać niewielkich, źle uzbrojonych i o strategii pojęcia nie mających, lecz wojowniczych i odważnych, watah germańskich. Bakcyl działał powoli, ale dokładnie. Najmędrsi spośród sterników nawy państwowej olbrzymiego imperium zdawali sobie z tego sprawę, gdzie leży źródło zarazy i starali się je zatamować, wydając dekrety przeciw chrześcijaństwu. Wysiłki ich jednak nie dały pożądanych wyników. Cesarze „prześladujący” chrześcijan jak Trajan, Hadrian, Marek Aureliusz, Dacjusz i Dioklecjan, należeli do najlepszych i najdzielniejszych, ale i oni nie mogli dać rady tej epidemii.
W roku 326 cesarz Konstantyn przyjął chrześcijaństwo i ogłosił je religią panującą. Jak świadczą jego dalsze rządy, uczynił to nie z przekonania, ale wiedziony nadzieją, że w ten sposób opanuje tajemniczą chorobę. Ale już było za późno. Po nim cesarz Julian wrócił do polityki represji. Lecz ani ustępstwa, ani represje nie skutkowały. Rzymski aparat państwowy zmurszał zupełnie pod wpływem propagandy z Palestyny. W niespełna cztery wieki po wizji Pawła państwo rzymskie legło w gruzach, a z nim cywilizacja europejska, aryjska.
Uprzedzając ataki sceptyków, Ravage wskazuje na angielskiego historyka Gibbona, który 150 lat temu w dziele The Decline and Fall of the Roman Empire wyciągnął kota z worka. „Gibbon – pisze Ravage – nie był klechą patrolującym historię, nie próbował wyjaśnić sobie końca wielkiej epoki w ten sposób, że wymyślił idiotyczny nonsens o występkach i zwyrodnieniu Rzymu, o moralnym upadku i rozkładzie życia religijnego w imperium, które znajdowało się właśnie u szczytu jednego z najświetniejszych okresów swego istnienia. Jakże by zresztą mógł tak myśleć? Żył on w epoce augustowskiej Londynu, który mimo osiemnastu z górą wieków, jakie upłynęły od chwili „odkupienia” Anglików i ludzkości – w swojej wyrafinowanej niemoralności, był tak dokładnym wizerunkiem Rzymu Augustów, na jaki tylko zdobyć się mogli mieszkańcy Albionu. Nie, Gibbon był świadomym rasowo Aryjczykiem i wielbicielem kultury pogańskiego Zachodu, jak również dziejopisarzem z otwartymi oczyma i rozumem w głowie. Nietrudno mu było wskazać na ognisko rozkładu i spustoszenia gigantycznego gmachu kultury starożytnej. Chrześcijaństwo, to jest prawo dane na górze Synaj i słowo boże wyszłe z Jerozolimy, przedstawił jako główną przyczynę zagłady Rzymu i wszystkich kulturalnych wartości, które łączą się z tym miastem.
Ale Gibbon nie poszedł dostatecznie daleko. Urodził się on i umarł na sto lat przed wynalezieniem naukowego antysemityzmu. Elementu świadomego planowania nie brał pod uwagę. Widział obcą, ze Wschodu przychodzącą, szybko rozszerzającą się wiarę, która sobie zdobyła kraje Zachodu. Nigdy mu jednak nie przyszło na myśl, że cały plan odkupienia miał służyć specjalnie celowi zagłady. Fakty atoli są tak oczywiste, że mówią same za siebie.
 ***

Krok dalszy, na który nie zdobył się Gibbon, zrobił więc sam Ravage. I uderzył w ton triumfu. Polscy narodowcy  -  zaznacza L. Ziemicki  -   przyjmujący za swoje i swego narodu ideały doktrynę  owej makabrycznej organizacji, co rozsadziła wielką epokę cywilizacyjną, nic w zamian nie dając,  winni wyuczyć się na pamięć hymnu samochwalczego Ravage’a, hymnu żydowskiego triumfu i powtarzać go dzień w dzień aż do skutku, to jest aż do uświadomienia sobie, jak iluzorycznym, śmiesznym, jałowym i beznadziejnym jest ich „nacjonalizm”, dopóki wypełnia go treść semicka,   obca z pochodzenia  i  istoty, międzynarodowa i rozkładowa w działaniu
 Ravage zwraca się do wszystkich chrześcijan w następujący sposób: „Pomawiacie nas o wzniecenie rewolucji w Moskwie. Przypuśćmy, że to prawda. I cóż z tego? W porównaniu z tym, czego dokonał Żyd Paweł z Tarsu w Rzymie, rosyjska rewolucja wygląda na awanturę uliczną... Robicie wiele hałasu z powodu nieprzyzwoitych wpływów Żydów na wasze teatry i kina. Pięknie. Zgódźmy się na to, że wasze skargi są uzasadnione. Ale cóż to znaczy w porównaniu z naszym przemożnym wpływem na wasze kościoły, wasze szkoły, wasze ustawodawstwo i wasze rządy, a nawet na najskrytsze poruszania waszych myśli?... Co za sens tracić słowa na rozprawy o rzekomej kontroli waszej opinii publicznej ze strony żydowskich finansistów, dziennikarzy i magnatów filmowych, jeżeli z równą słusznością możecie oskarżyć nas o kierowanie całą waszą  cywilizacją   za pomocą żydowskiej ewangelii?
Powiedźcie okiem po przeszłości waszej, aby zobaczyć co się właściwie stało. Przed dziewiętnastu wiekami byliście niezepsutą beztroską pogańską rasą. Czciliście wielu bogów i bogiń, duchów powietrza i wartkich strumieni i dalekich borów. Bez zarumienienia, owszem z pychą spoglądaliście na wspaniałość swoich obnażonych ciał. Rzeźbiliście wizerunki swoich bogów i swojej uwodzicielskiej ludzkiej postaci. Podobało się wam pole bitwy i pole wyścigów. Wojna i niewolnictwo były silnie utrwalonymi urządzeniami w waszych organizacjach państwowych. Uwijaliście się na świeżym powietrzu, po stokach gór i dnach dolin, przemyśliwaliście o dziwach i tajemnicach życia i kładliście kamień węgielny pod filozofię i nauki przyrodnicze. Waszą własnością była szlachetna, zmysłowa kultura, niesfałszowana subtelnościami społecznej świadomości i sentymentalnych dociekań na temat równości ludzi. Kto wie, jak wielkie i wzniosłe przeznaczenie stało by się było udziałem waszym, gdybyśmy byli pozostawili was sobie samym...
Ale my nie pozostawiliśmy was samych. Wzięliśmy was w swoje ręce i obaliliśmy piękny i wzniosły gmach, któryście zbudowali. Zmieniliśmy cały przebieg waszych dziejów. Nałożyliśmy wam swoje jarzmo tak dobrze, że żadna z waszych potęg nie ujarzmiła nigdy Afryki lub Azji w podobnym stopniu…   Zrobiliśmy z was powolnych, nieświadomych nosicieli naszego posłannictwa po całym świecie, wśród dzikich ludów ziemi i niezliczonych jeszcze nienarodzonych pokoleń. Bez pełnego zrozumienia tego, cośmy z was uczynili, staliście się głównymi pośrednikami tradycji naszej rasy, nieśliście naszą ewangelię w nieodkryte dotąd części świata.
Nasze obyczaje plemienne stały się trzonem waszego prawa obyczajowego. Nasze prawa plemienne dostarczyły materiału pod fundamenty wszystkich waszych wzniosłych konstytucji i systemów prawnych. Nasze legendy i podania ludowe stały się świętymi opowieściami, o których tajemniczym głosem szeptacie waszym, uważnie słuchającym dziatkom. Wasze śpiewniki i modlitewniki są przepełnione tworami naszych poetów. Nasze narodowe dzieje stały się niezbędną częścią nauki, której udzielają wam wasi pasterze, księża i nauczyciele. Nasi królowie, nasi prorocy i nasi wojownicy są waszymi postaciami bohaterskimi. Nasz dawniejszy kraik stał się waszą ziemią świętą. Nasza narodowa literatura i  mitologia jest waszym pismem świętym. Przedmiot myśli i propagandy naszego narodu został nierozerwalnie sprzęgnięty z waszą mową i tradycją tak, że żaden z was nie może uchodzić za wykształconego, jeżeli nie jest obeznany z naszym narodowym dziedzictwem.
Żydowscy rzemieślnicy i rybacy są waszymi nauczycielami i świętymi, których wyobrażenia zostały uwiecznione w niezliczonych wizerunkach i ku pamięci których wzniesiono niezliczone katedry. Żydowska dziewczyna jest waszym ideałem macierzyństwa i dziewictwa. Żydowski prorok-buntownik jest centralnym punktem waszego kultu. Obaliliśmy wasze bożyszcza, zepchnęliśmy w kąt wasze rasowe dziedzictwo, a na to miejsce podrzuciliśmy naszego boga i naszą tradycję. Żadna zdobycz w dziejach nie da się choćby z grubsza porównać z tym całym dziełem, którego dokonaliśmy poddając was pod swoje panowanie”. Tyle Ravage, znakomity  polemista  i    pisarz   żydowski.
 ***
      Trudno byłoby o bardziej perfidną i inteligentną dywersję antychrześcijańską.
Teoria Nietzschego (i  pośrednio  Ravage’a) o pochodzeniu chrześcijańskiej moralności z żydowskiego resentymentu znalazła jednak w obrębie kultury niemieckiej równie wnikliwego krytyka m.in. w osobie innego wielkiego filozofa Maxa Schelera, który w dziele Resentyment a moralność wywodził wcale przekonująco:  Naszym zdaniem Nietzsche ma rację, kiedy sprowadza tę ideę – a zwłaszcza tendencję, jaką przybrała ona w nowożytnych ruchach społecznych – do resentymentu historycznie skumulowanego i narastającego i gdy widzi w tej idei wyraz schyłku życia, ale nie ma racji w wypadku idei miłości chrześcijańskiej. Choćby po tym można poznać, że resentyment jest jądrem nowożytnego humanitaryzmu, iż ten duchowy prąd społeczno-historyczny nie polega bynajmniej na pierwotnej, spontanicznej skłonności do jakiejś wartości pozytywnej, lecz na proteście, na jawnym odruchu sprzeciwu (nienawiści, zazdrości, zemsty itd.), który godzi w panujące mniejszości, znane z tego, że są w posiadaniu wartości pozytywnych. Przy takim nastawieniu „ludzkość” nie jest bezpośrednio przedmiotem miłości (choćby dlatego, że wywołać miłość może tylko coś, co jest dane naocznie), lecz zostaje tylko taktycznie przeciwstawiona przedmiotowi nienawiści. Humanitaryzm jest przede wszystkim formą, w jakiej wyraża się stłumiona negacja Boga, odruch przeciw Bogu wymierzony. (Dostojewski w „Braciach Karamazow” przedstawił tę myśl po mistrzowsku w poglądach na życie i w sposobach wartościowania Iwana).
Jest to forma przybrana dla pozoru przez stłumioną nienawiść do Boga. Stale służy jej za rekomendację, że „za mało jest miłości na świecie”, by część z niej jeszcze oddawać istocie pozaludzkiej – zwrot podyktowany przez czysty resentyment! W humanitaryzmie na pierwszym miejsca stoi uczucie rozgoryczenia na Pana na wysokościach i uczucie, że nieznośne jest „wszystkowidzące oko”, czyli odruchy buntu przeciwko „Bogu”, nawet pojętemu jako symboliczna jedność i ogół wszystkich wartości pozytywnych, uprawnionych do panowania, natomiast „miłościwe” skłonienie się ku człowiekowi jako istocie przyrodniczej, jako istocie, która przez sam swój ból, swoje zło i cierpienie daje podstawę do radośnie podchwytywanego zastrzeżenia wobec „przezornych i dobrotliwych rządów” Boga – na drugim. Ilekroć spotykam w dziejach ślady takich uczuć, odnajduję ową tajemną rozkosz, iż można wnieść skargę na boskie rządy.
(Ilekroć sama religia i sam Kościół uzasadniają sens i wartość miłości Bożej odwołując się do obecnych w świecie, empirycznie spostrzegalnych dóbr pozytywnych i sensownych urządzeń (zamiast, na odwrót, uzasadnić miłość do świata faktem, że jest on „światem Bożym”), tylekroć oczywiście idea miłości Bożej ulega już wypaczeniu nawet w sferze religijnej i zmierza w stronę nowożytnego humanitaryzmu; a wtedy nowy „humanitaryzm” ma prawo ideę tę oskarżać).
Ponieważ wartości pozytywne zakotwiczone są – nawet u ludzi niewierzących – w idei Boga, zatem jest też zrozumiałe i konieczne, że „humanitaryzm”, uzasadniony przez protest i negację, kieruje swój wzrok i swoje zainteresowanie przede wszystkim na najniższe, zwierzęce strony ludzkiej natury – a te są przecież wspólne wszystkim ludziom. Tendencję tę obserwujemy wyraźnie przy okazjach, kiedy jeszcze dziś powiada się dosłownie, że jakieś indywiduum „jest człowiekiem”. Zdarza się to w każdym razie znacznie rzadziej, jeśli ktoś postąpił dobrze i rozsądnie albo jeśli wyróżnia się spośród innych w sensie pozytywnym, niż w takich wypadkach, kiedy się go usprawiedliwia przed zarzutem lub oskarżeniem: „To przecież także człowiek”, „wszyscy jesteśmy ludźmi”, „błądzenie – rzecz ludzka” itd. Kto niczym ponadto nie jest i niczego nie posiada, ten zgodnie z tendencją uczuciową takich charakterystycznych dla nowożytnego humanitaryzmu zwrotów jest jeszcze wciąż „człowiekiem”. Już to nakierowanie humanitaryzmu na właściwości gatunku sprawia, że nastawia się on w istocie na cechy niskie, które należy „zrozumieć” i „wybaczyć”. Ale czyż nie widać w tym żaru utajonej nienawiści do pozytywnych wartości wyższych, które z samej swej istoty nie wiążą się z „właściwościami gatunku” – nienawiści ukrytej głęboko za tą „łagodną”, „wyrozumiałą”, „ludzką” postawą?
Ale „humanitaryzm" wyrósł z resentymentu w innym jeszcze, dwojakim sensie. Po pierwsze, jako forma, w której dają znać o sobie wewnętrzny sprzeciw oraz awersja wobec aktualnie najbliższego kręgu wspólnoty, z jakiej człowiek wywodzi się w sensie cielesnym i duchowym, oraz wobec immanentnych treści uznawanych przez nią wartości. Doświadczenie poucza niezmiernie często, że dzieci, które daremnie zabiegają o czułość rodziców albo z jakichkolwiek powodów czują się w domu „obco”, albo którym odmówiono czułości, gdy jej potrzebowały, protestując wewnętrznie przeciw temu objawiały bardzo wcześnie szczególnie silny entuzjazm dla „ludzkości”. Ten nieokreślony, niejasny entuzjazm jest tutaj także następstwem stłumionej nienawiści do rodziny, do najbliższego otoczenia.
Nie znam na to przykładu lepszego od biografii, a zwłaszcza młodzieńczej biografii wspaniałego księcia Kropotkina (patrz Wspomnienia rewolucjonisty). Wcześnie przeżyty wewnętrzny konflikt z ojcem, który po śmierci ukochanej matki drugi raz się ożenił, zmusił krok za krokiem tę naturę, z przyrodzenia i z istoty zawsze wytworną i miękką, najpierw do tego, że coraz bardziej opowiadał się on po stronie służby domowej, a wreszcie do zasadniczej negacji wszystkich pozytywnych rosyjskich wartości oraz ideałów ludowych i państwowych – aż doszedł w końcu do anarchizmu.
W starzejącym się państwie rzymskim, w miarę tego, jak jednostka – wyrwana z kręgu ożywczej i nośnej siły miasta-państwa – odczuwała swą samotność i brak wszelkiej podpory, powstało w ten sposób na skalę masową owo umiłowanie „ludzkości”, które widać wyraźnie w pismach młodszej Stoi. A ten sam właśnie motyw decyduje znowu w wypadku nowożytnego „humanitaryzmu”. Powstał on przede wszystkim jako protest przeciwko miłości ojczyzny, a ostatecznie stał się protestem przeciwko wszelkiej zorganizowanej wspólnocie. Pojawił się więc, po drugie, jako przytłumiona nienawiść do ojczyzny.
A wreszcie dowodem na to, że humanitaryzm nowożytny opiera się na resentymencie, jest również określenie go przez najwybitniejszych jego rzeczników (A. Comte) jako „altruizmu”. Zgodnie z chrześcijańskim pojęciem miłości poświęcenie się dla „kogoś”, jeśli jest to tylko ktoś „inny”, jest równie fałszywe i błędne, jak koncepcja liberalno-indywidualistyczna, wedle której całości i wspólnocie służy się najlepiej doskonaląc siebie samego w myśl słów: „Jeśli róża błyszczy krasą, zdobi także ogród”. Albowiem właśnie chrześcijańska koncepcja nazywa miłością akt określonej jakości skierowany ku idealnej osobie duchowej jako takiej, przy czym jest jeszcze rzeczą obojętną, kim jest ta osoba: tym, kto kocha, czy „kimś innym”. Dlatego poświęcenie własnego „zbawienia” dla kogoś jest w oczach chrześcijanina grzechem! I dlatego własne „zbawienie” gra dla niego rolę nie mniejszą niż miłość bliźniego. „Miłuj Boga i bliźniego swego jak siebie samego” brzmi nakaz chrześcijański. Jest rzeczą znamienną, że jeden z głównych rzeczników nowożytnego humanitaryzmu, August Comte – wynalazca barbaryzmu „altruizm” – gorszy się tym zdaniem, ba, z powodu nakazu, by dbać także o własne zbawienie, oskarża chrześcijaństwo o podtrzymywanie „odruchów egoistycznych” i chce zastąpić owo zdanie nowym nakazem pozytywistycznym: „Kochaj bliźniego twego bardziej niż siebie samego”. Nie dostrzega przy tym, że „miłość” w sensie chrześcijańskim należy rozumieć jako pewien akt natury duchowej, który zgodnie ze swą istotą skierowany jest przede wszystkim ku osobie duchowej (boskiej lub ludzkiej), ku ciału zaś dopiero jako jej nośnikowi i jej „świątyni”, a więc, że istota miłości nie polega bynajmniej na tym, iż odnosi się ona do innego człowieka; i że z tego powodu chrześcijaństwu także nie jest i nie może być obce „samolubstwo”, zasadniczo różne od wszelkiego „egoizmu”. Nie uwzględnia on, że jest rzeczą całkiem niepojętą, dlaczego komuś innemu miałoby przysługiwać prawo do dobroczynności – a przecież miłość ma dla niego wartość jedynie jako „przyczyna” dobrodziejstw – tylko z tej racji – powód ze wszystkich najgłupszy – iż jest „kimś innym”. Skoro ja nie jestem godzien miłości z tytułu jakiejś wartości pozytywnej, czemu miałby być jej godzien kto „inny”? Jak gdyby tamten nie był też jakimś „Ja” – mianowicie dla siebie, i jakbym ja nie był też kimś „innym” – mianowicie dla niego! Comte nie bierze pod uwagę, że nakaz jego jest albo pustym, patetycznym frazesem, albo żądaniem dla wszelkiego życia zabójczym, mało tego, nihilistycznym i likwidującym wszelką pozytywną postać bytu. Ale pytanie brzmi: jak wytłumaczyć psychologicznie takie żądanie?
Istnieje złudzenie polegające na tym, że za miłość bierze się coś, co z kolei samo jest tylko osobliwą miłością pozorną, opartą na nienawiści, mianowicie na nienawiści do siebie i na ucieczce przed sobą. Blaise Pascal naszkicował w swych Myślach klasyczny obraz człowieka, oddanego wszystkim formom życia zewnętrznego, jakie tylko są możliwe: zabawie, sportom, polowaniu itd., a także „interesom” lub nieustannej pracy dla dobra „wspólnoty” – jedynie z tego powodu, że człowiek tego typu nie może ani na chwilę zatrzymać na sobie wzroku i że usiłuje on nieustannie uciec przed pustką, przed stanem, kiedy „czuje dojmująco własną nicość”. Znamy w niektórych psychozach, np. przy histerii, szczególny rodzaj „altruizmu”, polegający na tym, że chory nie potrafi już wcale „czuć” i przeżywać samemu, lecz każde przeżycie buduje dopiero na współprzeżywaniu przeżyć innego człowieka, na potencjalnym ujmowaniu sprawy przez tamtego, na jego możliwych oczekiwaniach, jego możliwej reakcji na jakiekolwiek zdarzenia. Chory nie „koncentruje” się wtedy już na własnej egzystencji, zaniedbuje wszystkie własne sprawy, wciągnięty jest całkowicie w „cudze” życie – cierpi nad tym. Nie je np. lub kaleczy się, aby „tamtego” złościć. W stopniu słabszym stan taki występuje też jako moment ruchu zwanego „humanitaryzmem”. Czasem zachowanie to przybiera nawet postać zbiorowego szaleństwa, np. wśród rosyjskiej inteligencji, a zwłaszcza akademickiej młodzieży męskiej i żeńskiej, która swoją chorobliwą żądzę poświęcenia oraz ucieczkę przed sobą z lubością wyraża w „celach” politycznych i społeczno-politycznych, a następnie wykłada własną chorobliwość jako „heroizm moralny”. (Sanin, który odniósł w Rosji taki sukces, jest wprawdzie powieścią mało budującą, a pod wielu względami nawet odstręczającą, niemniej w gruncie rzeczy słuszną, gdyż zwalcza chorobliwą, histeryczną żądzę politycznych poświęceń ze strony znacznej części młodzieży rosyjskiej. Smutne tylko, że celów podyktowanych tą żądzą autor nie umie zastąpić żadnymi wyższymi od erotyki zadaniami życiowymi. (Mowa o powieści M. Arcybaszewa (1873-1927), wydanej w 1907 r.). W ogóle „polityk socjalny” tego typu, ostatnio spotykany coraz częściej, który troszczy się o wszystko, co tylko możliwe, z wyjątkiem siebie i spraw własnych, to najczęściej tylko biedny człowiek, wewnętrznie pusty, uciekający przed sobą samym. (Do tego samego typu należą też owi odstręczający dydaktycy religijni, którzy – na dodatek uczciwie – ośmielają się „innym” zalecać wiarę głoszoną przez Kościół tylko dla umocnienia tradycji narodowej i tylko jako środek wychowawczy, chociaż sami mentorzy ludu wcale tej wiary nie podzielają. „Je suis athée – mais je suis catholique” – oświadczył ponoć kiedyś Maurice Barrés w parlamencie francuskim).
Nietzsche bardzo słusznie podkreślił, że żyć i czuć w ten sposób jest rzeczą chorobliwą, że powstają przez to tylko pozory etyki „wyższej” – a równocześnie, że świadczy to o dekadencji i o utajonym nihilizmie aksjologicznym. Tylko że była to krytyka niecelna, jeśli idzie o chrześcijańską miłość bliźniego, godziła raczej w istotny składnik nowożytnego „humanitaryzmu”, którego prawdziwym jądrem jest zjawisko psychospołecznego zwyrodnienia.
Podczas gdy idea miłości chrześcijańskiej przedstawia najwyższą organizującą zasadę duchową życia ludzkiego, która – chociaż prawie nie powołuje się na ideę czegoś, co sprzyja życiu, jako na swój cel – w rzeczywistości jest też wyrazem życia w stadium wzrostu, to takie zniewieściałe zmysłowe uczucie bezkrytycznego udziału w życiu „cudzym” tylko dlatego, że jest to ktoś inny – a mianowicie przede wszystkim w jego „cierpieniach” – jest dla życia ludzkiego zasadą w najwyższym stopniu niwelującą i rozkładową – chociaż z naciskiem stawia sobie za cel „popieranie życia”. A chociaż taki cel stawia sobie świadomie, jest równocześnie wyrazem schyłku życia. Ponieważ „humanitaryzm” sam zniża się do poziomu wartości czysto instrumentalnej wobec powszechnego dobra, jego oceny wartości są faktycznie niesłychanym „zafałszowaniem tabel wartości”, albowiem nadrzędną wartość miłości oraz „szczęście” związane z jej aktem podporządkowuje zarazem dowolnej rozkoszy zmysłowej – i to niezależnie od wartości osoby, która jej doznaje. Gorejące serca, te najświętsze zjawiska historii doczesnej, które według wyobrażeń chrześcijańskich ukazują nam naocznie samo królestwo Boże, nie pojawiają się już teraz jako wzniosłe wzorce, coraz to nowe drogowskazy „ludzkości”, które niejako usprawiedliwiają samo istnienie rodzaju ludzkiego, a zarazem uczestnicząc w nim podnoszą go na wyższy poziom, lecz służą temu, by masy przeżywały większe rozkosze! Jest to naprawdę w dosłownym sensie „bunt niewolniczy” w moralności! Bunt nie „niewolników” samych, lecz wartości niewolniczych.
Chociaż istota i geneza idei miłości chrześcijańskiej i „nowożytnej miłości człowieka” różnią się zasadniczo od siebie, to jednak w konkretnych sytuacjach historycznych wchodzą one w wielorakie i skomplikowane powiązania, które nie usprawiedliwiają wprawdzie dokonanego przez Nietzschego utożsamienia obu idei, ale pozwalają je zrozumieć. (...) Cechą, dzięki której moralność chrześcijańska zachowuje swój skrajnie indywidualistyczny charakter, jest też skupienie uwagi na zbawieniu duszy i jej bycie. Kto wychodzi od wartościowania społecznego, tj. wszystko mierzy korzyścią lub szkodą wspólnoty, musi mieć naturalnie zupełnie inne sądy i uczucia. Obojętne, jak sprawa wygląda od wewnątrz, obojętne nawet jak wyglądają te zachowania psychiczne, które nie podlegają jasnemu uświadomieniu – najważniejsze jest w tym wypadku, aby grzeszny impuls nie prowadził do działań społecznie szkodliwych. I tylko jako „dyspozycja” do takich działań impuls może być „grzeszny”. Jezus sądzi na odwrót: grzesznik, który grzeszy, lepszy jest od grzesznika, który nie grzeszy tłumiąc wewnętrznie grzeszny odruch, co zatruwa go na wskroś – nawet jeśli wspólnota ponosi w pierwszym wypadku szkodę, której by uniknęła w drugim. Skąd ta zasadnicza, z głębi własnego doświadczenia płynąca nieufność, to podejrzenie, że nawet człowiek, który w wyniku „skrupulatnej samokontroli” stwierdza, iż jest „sprawiedliwy” i „dobry” – a więc nie tylko faryzeusz, który dba jedynie o nieskazitelną opinię moralną w społeczeństwie, o swój „ufryzowany obraz społeczny”, lub stoik, któremu chodzi o to, by ostać się przed sądem własnym, „zachować dla siebie szacunek”, a zatem który oceniając siebie bierze pod uwagę nie swój byt, lecz swój obraz – nawet on kryje mimo to w sobie zalążki „grzechu” i że od świadomego grzesznika różni go często tylko nowy grzech niedostatecznego wniknięcia w źródła własnych motywów. (...)
Osoba odnajduje siebie w akcie samozatracenia. Człowiek jest szczęśliwy tytko wtedy, kiedy kocha i coś daje. Albowiem „większym szczęściem jest dawać niż brać”. Miłość nie jest „jeszcze jedną” z niezliczonych sił, dzięki którym rośnie pomyślność jednostki i społeczeństwa, i nie dlatego ma ona wartość i wyróżnia swe przedmioty. To ona sama posiada wartość autonomiczną wypełniając jakąś osobę i sprawiając, że bytowanie i życie, którego ozdobą i oznaką są same jej drgnienia, wznosi się wyżej, staje się trwalsze, bogatsze. Nie o to więc tu chodzi, by ludziom było najlepiej, lecz o to, by między nimi było jak najwięcej miłości. Pomoc jest bezpośrednim i adekwatnym wyrazem miłości, a nie jej „celem” i sensem. Ten sens w niej tylko tkwi –polega na rozjaśnieniu duszy oraz na szlachetności, jaka cechuje miłującą duszę w akcie miłości. Autentycznemu pojęciu miłości chrześcijańskiej nic więc nie jest tak obce jak wszelki „socjalizm”, wszelkie „społeczne nastawienie”, „altruizm” i tym podobne drugorzędne zjawiska współczesne. Nakaz, aby bogaty młodzieniec wyzbył się swych bogactw i rozdał je ubogim, ma miejsce doprawdy nie po to, aby „ ubodzy” coś dostali, i nie dlatego, by istniała nadzieja, że uzyska się przez to podział własności lepszy z punktu widzenia powszechnej pomyślności, ale również nie dlatego, by ubóstwo było samo przez się lepsze od bogactwa – lecz dlatego, że ów akt rozdania bogactw oraz wolność ducha i pełnia miłości, jakie się w tym akcie manifestują, uszlachetniają bogatego młodzieńca i czynią go jeszcze „bogatszym”, niż jest(Max Scheler, Resentyment a moralność, s. 102, 115, 141-149).
I oto rzecz ciekawa: przecież ta Jezusowa wolność ducha jest wolnością ducha Nietzscheańskiego „nadczłowieka”. Krańcowości się połączyły. I to nie w księgach filozofów, ale w samej tkance społecznej, w rzeczywistości socjalnej.   Aby zapobiec nierozdzielnemu zapanowaniu plebejskiego ducha równości, aryjscy władcy rosyjscy ograniczyli drastycznie prawa i możliwości cerkwi prawosławnej, a z biegiem czasu uczynili z niej po prostu jedno z narzędzi swego panowania, służące utrzymaniu ustroju społecznego opartego na zasadach arystokratycznych.  Z drugiej strony, duża część narodu rosyjskiego przejęła tradycyjną skłonność dusz szlachetnych do żelaznej samodyscypliny, do pokonywania namiętności i pokus, do świadomego kształtowania swego życia według najsurowszych wzorców bliskich do ideałów rzymskiego stoicyzmu.
Fryderyk Nietzsche w dziele „Wędrowiec i jego cień” (części drugiej zbioru aforyzmów „Ludzkie, arcyludzkie”) twierdził, że bardzo istotną cechą charakteru nadczłowieka, czyli charakteru arystokratycznego, jest pokonanie własnych namiętności: Człowiek, który pokonał swe namiętności, wszedł w posiadanie najurodzajniejszej gleby – jak kolonista, który stał się panem lasów i bagien. Siew dobrych dzieł duchowych na gruncie pokonanych namiętności jest wtedy najpilniejszym i najbliższym zadaniem. Samo pokonanie jest tylko środkiem, nie zaś celem; jeśli się na nie patrzy inaczej, szybko wschodzą wszelkiego rozkazu zielska i diabelstwa na opróżnionym żyznym gruncie i rychło rozrastają się bujniej i szaleniej, niż kiedykolwiek. Dla tego filozofa było sprawą ewidentną, że nadczłowiekiem może być wyłącznie reprezentant rasy aryjskiej, „płowa bestia”, nigdy zaś „moralnie upośledzony” Żyd.
 ***
      Mimo głęboko zakorzenionego i ideowo zaawansowanego antysemityzmu  elity  intelektualnej  narodu niemieckiego Żydzi cieszyli się w tym kraju wielkimi wpływami.
Dzięki niepospolitym zaletom ducha, dużej energii, ruchliwości, dalekowzroczności, sprytowi i inteligencji elita żydowskiego pochodzenia odgrywała w ostatnich paru stuleciach nieomalże decydującą rolę w życiu społecznym wielu krajów europejskich. Rola ta raz była pozytywna, innym razem nie za bardzo, ale z pewnością zawsze była i długo pozostanie – ważna i doniosła.  W roku 1886 Fryderyk Nietzsche proroczo pisał w Jutrzence o Żydach i ich roli w przyszłej Europie: „Oni sami nie przestawali nigdy uważać się za powołanych do najwyższych rzeczy i zdobić ich nie przestawały nigdy cnoty wszystkich cierpiących. Sposób, w jaki czczą swych ojców i swe dzieci, rozumne ich małżeństwa i zwyczaje małżeńskie wyróżniają ich spośród wszystkich Europejczyków. Nadto zdołali zaczerpnąć poczucia mocy oraz wiekuistej zemsty właśnie z tych zawodów, które im pozostawiono (lub którym ich pozostawiono); trzeba przyznać na usprawiedliwienie nawet ich lichwiarstwa, iż bez tego przygodnego, miłego i pożytecznego udręczania swych prześladowców nie byliby zdołali zachować tak długo poczucia własnej godności. Bowiem to poczucie zależy u nas od tego, iż możemy wywzajemniać złe i dobre. Przy tym nie tak łacno dają swej zemście unieść się za daleko, gdyż znamionuje ich szerokość umysłu oraz duszy, której nabywa się skutkiem częstej zmiany miejsca i klimatu, skutkiem stykania się z obyczajami sąsiadów i ciemiężycieli; celują bezwarunkowo największym doświadczeniem we wszystkich stosunkach międzyludzkich i nawet w namiętnościach zachowują oględność tego doświadczenia. Swej umysłowej gibkości i przebiegłości są tak dalece pewni, iż nigdy, nawet w najtrudniejszych warunkach, nie potrzebują zarabiać na chleb pracą fizyczną, jako prości robotnicy, posługacze i parobcy.
Ich zachowanie się świadczy dotychczas jeszcze, iż w dusze ich nie wszczepiono dostojnych rycerskich uczuć, że ciała ich nie nawykły do noszenia pięknego oręża... Atoli obecnie, łącząc się z roku na rok coraz liczniejszymi węzłami pokrewieństwa z najprzedniejszą szlachtą europejską, nabędą wkrótce cennej dziedzicznej wytworności ciała i ducha: za lat sto posiądą zatem tyle godności w wejrzeniu, iż jako panowie nie będą już u swych podwładnych wywoływali wstydu. A to rzecz główna!... Sami wiedzą najlepiej, iż o zdobyciu Europy i jakimkolwiek zamachu niepodobna im (na razie) myśleć; lecz wiedzą także, iż może nadejść czas, gdy dość będzie wyciągnąć im rękę, by Europa spadła w nią sama, jak dojrzały owoc. W tym celu konieczną jest dla nich rzeczą wyróżniać się na wszystkich polach europejskich wyróżnień i w pierwszych rzędach zająć miejsce, aż wreszcie dojdzie do tego, iż sami będą rozstrzygali o tym, co ma stanowić o wyróżnieniu”... W wieku XXI można stwierdzić o tym proroctwie: stało się!
*         *         *
            Liczna była niemiecko-żydowska szlachta neoficka: Anter, hr. Arnim, br. Asche, Bamberger, br. Bertholdi, Benedict, hr. Bethusy-Huc, Bogner von Steinburg, br. Breidenbach, Bresselau von Bressendorf, Caro, Cnobloch, Dessauer, br. Dreyfuss, br. Ehrenfels, Flies, Flügge, Franc von Liechtenstein, Franklin, Friedberg, Friedländer von Fuld, Fromm, Gerngross, Goldner, Gottfort, br. Haber von Linsberg, Hellmann, Henle, Hering, Heyer, Hitzig, Hopfen, Hornthal, Karstorff, Kilian (faktycznie Rosenbaum, słynne nazwisko bezprawnie przywłaszczyli), Kraft, hr. Landsberg, br. Lenval, hr. Lerchenfeld, hr. Leublfing, Levita, br. Lexa von Axhrenthal, Liebermann von Wahlendorf, Livio, Loebenstein, br. Magnus, br. Mahs, hr. Malchus, Marx, br. Mayer, br. Michel von Tüssling, Milewsky (pierwotnie Milkuschitz), Mossner, Normann, Oppenfeld, br. Pfordten, br. Philippsborn (Levi), Possart, Rachel von Löwmannsegk, Rachovin von Rosenstern, br. Rast (Liebmann), hr. Rhena, Rosenthal, Rothmund, Salomon, Schauss von Kempfenhausen, br. Schneider-Glend, Schuhmann, Schwabach (Wolff), br. Sensburg, Simon, hr. Sprinzenstein, Steinmann, br. Steffens, br. Stolzenau von Ketschendorf, Tepper von Trzebon-Ferguson, Uckro (Schlesinger), br. Vogel von Friesenhof, Wehner (Wiener), Weinberg, Weling (pierwotnie Seligmann), Wolf-Liebsteinsky, Wollheim de Fonsecca.

W Austrii było najwięcej ze wszystkich krajów uszlachconych Żydów. Ludwik Korwin wymienia część z nich: Abraham von Abrahamsberg, Abramovich von Adelburg, Adam von Hortenau, Ahsbads von Ravenna, Albrecht von Hoenigsschmied, br. Allmayer – Beck, Alpruni (Heilbrunn), Ankerberg, br. Arenfeld, Arnstein, br. Asche, Ascher, Bardas von Bardenen, Basch, Bassevi von Therewenberg, Bauer, br. Beck, Beck von Mannagetta, Becker, Beer, Beer von Baier, Berres von Perez, Bianchi, Bien de Pusstakowacs, Bienenfeld, Birnbaum, Blumenstock von Halban, Bogner, br. Born, Braisach, br. Bruck, Buchwaldt, hr. Cassis-Faraone, Cohn von Hortenau, hr. Consolati von und zu Heiligenbrunn und Banhof, br. Cresseri, David, br. David von Rhonfeld, Dittel, Dorn von Marwalt, Eberler-Grünenzweig, Ehrenstein, Englisch, Epenstein, br. Erggelt, hr. Feuerstein, Flesch von Ehrfeld, Frank, Freund von Arlhausen, Friedland, Friedländer von Malheim, br. Glaser, Glosersfeld von Helmwerth, br. Guttmann, br. Hans von Teichen Hackländer, Haimerle von Haimthal, br. Haymerle, Hartmann von Wartenschild, Hausser, Hebra, br. Hein, Heine, br. Heine-Geldern, Hennig, Herz von Rodenau, hr. Hierschel-Minerbi, Hirsch von Stronnstorff, Hirschfeld, br. Hork, br. Hofenfels, Horsetzki von Hornthal, Horowitz, Hortstein, Itz von Mildenstein, Jakobi, br. Jacobs von Kantstein, Janner von Schroggenegg, Jerusalem von Salensegg, br. Joelson, Kaan, Kadich von Pferd, Kanitz, br. Kaskel, Khunn, Kahen von Hohenland, Kohen von Tengerwar, Kohl von Kohlenegg, Kohner, Kolischer, br. König von Aradvar, hr. Königswarter, br. Kraus, Kriegshaber, br. Kubinsky, Kühn, br. Kuhu von Kuchnenfeld, ks. Künigl von Ehrenburg, Lackenbacher, br. Lapenna, Latscher, br. Latscher von Lauendorf, br. Lehne von Lehnscheim, Leitner, hr. Lexa von Aehrenthal, Lieb, Lindheim, Lippmann von Lissing, br. Loebenstein von Aigenhorst, br. Loebl, Lorenz von Liburnau, Löw, Löwenberg, Löwenstein, Malluer von Marsegg, br. Mattl von Löwenkreuz, br. Mauthner, Mauthner von Mautstein, Mauthner von Zgorzynski, Mauthner von Markhof, Mende, Menninger von Lerehenthal, Minerbi, br. Mittag von Lenkheym, Morawetz von Flienfeld, Morawetz von Moranow, br. Morpurgo, Morpurgo von Nilma, Mosenthal, Nassau, br. Neumann, br. Oberkampf, Ofenheim von Ponteuxin, Oppenheimer, Ornstein von Hörstein, br. Pereira-Arnstein, Perl von Hildrichsburg, Pfeifer von Hochwalden, Pfeiffer von Weissenegg, Pfeiffer von Wellheim, Pollak von Klumberg, Politzer, br. Puthon, Randa, br. Raule, Redlich, Reitzes von Marienwerth, Richter, Ripka von Rechthofen, Rosenberg, Rosenstock, Rosner, Russ von Russthal, Sachs von Hellenau, Salamon, br. Salvadori von Wiesenhoff, br. Salzgeber, Schenk, Schik von Markenau, Schlesinger, Schlesinger von Benfeld, Schmedes, Schmucker, br. Schöneich, Schönfeld (Dobruska), Schulheim, br. Schwarz, Schwarz von Brünnau, Schweitzer, Seelig, br. Seidler, Seligmann, br. Siber, Singer, br. Slatin, br. Sochor von Friedrichsthal, br. Sonnenfels, Sonnenhal, Spiegl von Rhurusee, Steingraber, Steinitzer, Stengel, Stern von Rechtfelden, Taussig von Bodonia, br. Teshenberg, Turteltaub von Thurnau, br. Uffenheimer von Fennheim, Valentsics, br. Waldek, Waldstein von Heilwehr, Weider von Billerburg, Weil von Wielen, Weil-Weiss di Lainate, Weiss von Wellenstein, Weissmann von Zawidowsky, Wertheim, br. Wertheim, br. Wetschl, br. Wetzlar von Plankenstern, Wiener, Winternitz von Veljenegg, br. Winterstein, Wolf, Wolf von Wolfsthal, br. Wolf-Zdekauer, Wolff, Wolff von Wolffstern, Wurm von Arnkrenz, Wurzel von Hohentann, Zeissl, Ziffer, Zigeuner von Blumendorf.
Wielu spośród uszlachconych Żydów austriackich piastowało wysokie rangi wojskowe i urzędy w administracji, dyplomacji itd. Oni też walnie przyczynili się do śmierci szeregu reprezentantów dynastii Habsburgów w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku i do straszliwego upadku tej wielkiej monarchii.
*         *         *
          Mimo dominacji w wielu dziedzinach życia społecznego w Niemczech nawet Żydzi stawali się antysemitami. W tym kraju także socjalizm był narodowo zorientowany, nacjonalistyczny i antysemicki. Fichte, Rodbertus, Lassal, Stecker, Engels, Düring uważali  Żydów   za  rasę dogłębnie zdeprawowaną” (Düring), za „największe nieszczęście Niemiec” (Lassal), za „pomiot Lucyfera” - „das Luzifergesind” (Otto Rahn).  Intelektualne elity Niemiec dążyły do ustanowienia ustroju wolności i sprawiedliwości społecznej, lecz uważały, iż zadanie to jest nie do zrealizowania, dopóki w kraju żyje choćby jeden jedyny „siejący rozkład moralny” Żyd.   Karol Marks, wnuk rabina, twórca teorii komunistycznej zawarł w swym znanym eseju  W kwestii żydowskiej”   („Zur  Judenfrage”)  takie oto „perełki” antyżydowskie:
Żyd żąda, aby państwo chrześcijańskie wyrzekło się swoich przesądów religijnych. Ale czy on, Żyd, wyrzeka się swoich przesądów religijnych? Czy ma on więc prawo od kogo innego wymagać takiego wyrzeczenia się religii?
Stosunek Żyda do państwa może być tylko żydowski, czyli uważa on państwo za coś obcego, przeciwstawiając rzeczywistej narodowości swą chimeryczną narodowość”.
Przypatrzmy się rzeczywistemu świeckiemu Żydowi, nie temu odświętnemu Żydowi dnia sobotniego,... lecz Żydowi dnia powszechnego. Nie szukajmy tajemnicy Żyda w jego religii, lecz szukajmy tajemnicy religii w rzeczywistym Żydzie.
Jaka jest świecka podstawa żydostwa? – Praktyczna potrzeba, własna korzyść.
Jaki jest świecki kult Żyda? – Handel.
Jaki jest jego świecki bóg? – Pieniądz.
Otóż właśnie! Emancypacja od handlu i od pieniądza, a zatem od praktycznego, rzeczywistego żydostwa byłaby autoemancypacją naszych czasów.
Taka organizacja społeczeństwa, która by usunęła przesłanki handlu, a więc i samą możliwość handlu, uniemożliwiłaby istnienie Żyda. Jego świadomość religijna rozwiałaby się jak mdłe opary w atmosferze prawdziwego życia społecznego...
Przez żydostwo rozumiemy więc pewien powszechny współczesny element antyspołeczny, który osiągnął swą obecną skrajną postać przez rozwój historyczny, do którego Żydzi, w tym sensie ujemnym, gorliwie się przyczynili; w tej obecnej zaś skrajnej postaci element ten musi nieuchronnie ulec likwidacji.
Emancypacja Żydów jest więc w swym ostatecznym znaczeniu emancypacją ludzkości od żydostwa.
Ale: „Żyd wyemancypował się na sposób żydowski, nie tylko dlatego, że zdobył sobie siłę, jaką daje pieniądz, lecz i dlatego, że dzięki niemu  pieniądz stał się potęgą światową, a praktyczny duch żydostwa stał się praktycznym duchem narodów chrześcijańskich. Żydzi wyemancypowali się o tyle, o ile chrześcijanie stali się Żydami”.
Dalej Marks z uznaniem cytuje lorda Hamiltona:  Mamona jest ich bożyszczem, wielbią go nie tylko ustami, lecz wszystkimi siłami swego ciała i duszy. Ziemia jest w ich oczach tylko giełdą i są oni przekonani, że jedynym ich zadaniem na tym padole jest stać się bogatszym od swych sąsiadów. Handel opanował wszystkie ich myśli, a zmiana przedmiotów handlu stanowi jedyną ich rozrywkę. W podróży noszą oni, rzec można, cały swój kram czy kontuar na plecach i nie mówią o niczym innym jak o procentach i zyskach. A jeżeli na chwilę tracą z oczu swoje interesy, to tylko po to, aby węszyć, jak idą interesy innych”.
...„Praktyczne panowanie ducha żydostwa nad światem chrześcijańskim osiągnęło w Ameryce Północnej zupełnie niedwuznaczny, normalny wyraz, tak że nawet głoszenie ewangelii, nauczanie religii chrześcijańskiej stało się przedmiotem handlu”...
Sprzeczność między polityczną siłą Żyda w praktyce a jego politycznymi prawami jest właściwie tą samą sprzecznością, jaka zachodzi między polityką a potęgą pieniądza w ogóle. Podczas gdy w idei polityka góruje nad siłą pieniądza, to w rzeczywistości stała się ona jego niewolnicą”...
Co było w istocie swej podłożem religii żydowskiej? Praktyczna potrzeba, egoizm”.  Pieniądz jest tym żarliwym bogiem Izraela, wobec którego żaden inny bóg ostać się nie może. Pieniądz poniża wszystkich bogów człowieka i zamienia ich w towar. Pieniądz jest ogólną, samą w sobie ukonstytuowaną wartością wszystkich rzeczy. Pozbawił on zatem cały świat – świat ludzi jak i przyrodę – jego właściwej wartości. Pieniądz jest wyobcowaną od człowieka istotą jego pracy; ta obca istota ma go w swej mocy, on zaś zanosi do niej modły.
Bóg żydowski stał się świeckim bogiem, stał się bogiem świata. Weksel jest rzeczywistym bogiem żydowskim, bóg zaś – tylko iluzorycznym wekslem”.
Chimeryczna narodowość Żyda to narodowość kupca, w ogóle człowieka pieniądza.
Pozbawione podstawy i uzasadnienia prawo żydowskie jest tylko religijną karykaturą moralności i prawa w ogóle, pozbawionych podstawy i uzasadnienia, karykaturą obrzędów mających jedynie formalny charakter, którymi się otacza ten świat egoizmu.
Jezuityzm żydowski... to stosunek tego świata egoizmu do rządzących nim praw, których chytre obejście jest najważniejszą sztuką na tym świecie”.
Religia praktycznej potrzeby z istoty swej nie mogła w pełni rozwinąć się w teorii, lecz tylko w praktyce, ponieważ jej prawdą jest praktyka.
Żydostwo nie mogło stworzyć nowego świata”...
Chrystianizm powstał z żydostwa i znów się w żydostwo przeobraził.
Chrześcijanin był od początku teoretyzującym Żydem, Żyd więc jest praktycznym chrześcijaninem, a praktyczny chrześcijanin stał się znowu Żydem.
Chrystianizm tylko pozornie przezwyciężył realne żydostwo...
Żydostwo, gdy zapanowało powszechnie, uczyniło z człowieka i przyrody przedmiot kupna i sprzedaży, znajdujący się w niewoli egoistycznego interesu i handlu”.
Wytłumaczenie żywotności Żyda znajdujemy nie w jego religii, lecz raczej w ludzkim podłożu jego religii– w praktycznej potrzebie, w egoizmie.
Gdy społeczeństwu uda się znieść empiryczną istotę żydostwa, handel i jego przesłanki, z tą chwilą Żyd stanie się niemożliwy, ponieważ subiektywna baza żydostwa – praktyczna potrzeba – nabędzie cech ludzkich i zniesiony zostanie konflikt między indywidualnym, konkretnym bytem człowieka a jego bytem gatunkowym.
Społeczna emancypacja Żydów jest emancypacją społeczeństwa od żydostwa”.
Jak łatwo zauważyć, podstawowym zarzutem Karola Marksa wobec swych rodaków była ich domniemana pazerność,  chciwość i wypływająca z tego sprzedajność   oraz  demoralizacja.  Autor „Kapitału” w swych publikacjach dziesiątki, jeśli nie setki razy zwymyśla swych rodaków od  „durniów”, „osłów”, „rozkochanych w samych sobie dudków” itp. O Ferdynandzie Lassalu zaś napisze, że ten rasowo nieczysty Żyd, sądząc z kształtu czaszki i wijących się włosaów, pochodził od Hebrejów, którzy w okresie niewoli egipskiej krzyżowali się z Murzynami. Oczywiście, wypowiedzi Karola Marksa, choć przecież Żyda,   muszą być traktowane ostrożnie, ponieważ były to wypowiedzi, po pierwsze, człowieka młodego i niezbyt wówczas wykształconego; po drugie – polemisty uwikłanego w bieżące dyskusje ideologiczne w Niemczech; po trzecie – znajdującego się ówcześnie pod niewątpliwym wpływem młodego i dynamicznego nacjonalizmu wszechniemieckiego (wielkoniemieckiego – „grossdeutsch”) o proweniencji młodoheglowskiej, nie tylko antyżydowskiej, ale też antysłowiańskiej, antybrytyjskiej i antyfrancuskiej.
Niejako na marginesie dodajmy, że przyjaciel Marksa i drugi wybitny teoretyk marksizmu Fryderyk Engels pisał: „Żydzi są na całym świecie osławieni jako idealne   uosobienie wszelakiego świństwa”. Engels jednak był Niemcem  i  trudno  się  dziwić  tonacji  tych  jego  słów.
***
         Znacznie bardziej wyważony styl myślenia w tym temacie manifestował znany socjolog Gustav Ratzenhofer, który w książce „Soziologie” (1907) m.in. notował: „Z reguły różnice pochodzenia nie stanowią pretekstu do dyferencjacji socjalnej. Na tym też polega możliwość rozwoju narodowego pomimo różnic rasowych. Rasa germańska i alpejska przemieszane ze sobą składają się na naród niemiecki i francuski. Tylko dlatego jest możliwe mówić np. – i to nie bez racji – o wiedeńczykach, choć przecież Wiedeń jest kotłem, w którym przemieszały się ze sobą wszystkie europejskie rasy i plemiona. Poddanie się wszystkich przybyszy pod niepolityczny, łagodny i wygodny program życiowy tego miasta czyni z niego określoną jednostkę socjalną. W ten sposób mogą dojść do narodowej jedności – przez osobników ćwierćkrwi lub półkrwi – nawet rasy główne, jak to np. można zaobserwować na przykładzie Meksyku i całej Ameryki Południowej.
Zupełnie inaczej kształtują się stosunki krwi wówczas, gdy znajdują w mocnym interesie powód i podstawę do zjednoczenia. Wiemy  np., że włóczęga wyklucza się ze społeczeństwa bez tego, że jego sprzeczna z cywilizacją natura ugruntowuje się w określonej rasowości. Jeśli jednak włóczęgostwo jest uprawiane przez indywidua, które, jak np. Cyganie, należą do określonej rasy, wówczas wytwarzają one, jako wędrowny, połączony wspólnym interesem lud, pewien socjalny typ na podstawie wspólnoty pochodzenia. W podobny sposób u rozproszonych ras handlowych utrzymuje się – poprzez wspólny interes ekonomiczny – silne poczucie odrębności rasowej. Armeńczycy, Persowie, Grecy tworzą na Wschodzie jednostki socjalne o wspólnym pochodzeniu, choć przecież nie taka czy inna konfesja, lecz handel stanowi interes podstawowy.
Najbardziej doskonały związek socjalny tego rodzaju stanowi żydostwo. Rozprzestrzenienie się jego na prawie wszystkie kręgi kulturowe, kolosalne wpływy Żydów, które oni od dawna posiadają i długo jeszcze posiadać będą, jeśli idzie o rozwój społeczny ras ucywilizowanych, nadaje im znaczenie uniwersalne. Tak naprawdę poważna socjologia nie jest możliwa, o ile nie zajmuje się gruntownie żydostwem, i to już w swej części teoretycznej, ponieważ żydostwu przysługuje nie, jak innym rasom, znaczenie specjalne, lecz właśnie uniwersalne. Różne społeczności, w których obrębie Żydzi przebywają, tak się w ciągu całych okresów kulturowych do obecności żydostwa przystosowali, że ono im się wydaje jakimś koniecznym członem ich własnej struktury.
Wspólność handlowych interesów, ćwiczona w żydostwie przez całe tysiąclecia i tak dlań charakterystyczna, skłoniła Żydów do pieczołowitego pielęgnowania poczucia rasowego i właśnie to jest przyczyną, dlaczego ich atawistyczna konfesja, zawierająca surowe i częstokroć bezsensowne przepisy formalistyczne, zachowała się nietknięta przez jakiekolwiek idee reformatorskie, choć przecież to właśnie Żydzi we wszystkich dziedzinach występują w roli pionierów oświecenia i postępu. Interes ekonomiczny, ten najpotężniejszy ze wszystkich interesów, który zresztą właśnie wśród Żydów jest szczególnie ostro wykształcony, gdyż samorealizacja w innych sferach była im często przez otoczenie wzbroniona, doprowadził tę rasę do tego, aby wbrew wolnomyślicielstwu i liberalnym wyobrażeniom o równości wszystkich ludzi, mocno trzymać się własnej konfesji i własnej rasy”.
O ile – pisze Ratzenhofer – liberalni żydowscy naukowcy twierdzą, że religia jest sprawą prywatną, indywidualną i że religia nie ma nic wspólnego z nauką, o tyle dla własnej wiary rezerwują zupełną nienaruszalność i uważają ją za istotne spoiwo swej rasy. „Żydzi w rzeczywistości są ekonomicznym związkiem socjalnym wszystkich członków tej rasy, w którym konfesja jest środkiem integracji. (...) Izraelici byli jednym z owych mieszanych ludów Syrii, któremu – wbrew wcale nie niewojowniczemu usposobieniu w pobliżu Egiptu i gwałtownych potęg militarnych Azji Przedniej – nie udało się utwierdzić samodzielności politycznej. Ich cechą charakterystyczną był wyprowadzony z baśni monoteizm, wiara w Boga ich ojców. Ta wiara w jakiś szczególny stosunek ich narodu do wszechmocnego Boga i porównywanie ich bardziej rozwiniętych poglądów religijnych z jaskrawym politeizmem ich otoczenia dawał im świadomość bycia narodem wybranym, choć przecież oni wcale nie przewyższali poziomu ówczesnych narodów kulturalnych. Ta świadomość narodowa pozostała... Naturalnym ośrodkiem ich uczuć narodowych była świętość ich Boga. Miało to za konsekwencję rozwój hierarchii, która inaczej niż inne organizacje polityczne nie traciła swego autorytetu na skutek porażek wojskowych czy politycznych, trwała także w nieszczęściu i mogła się rozwinąć w zupełną teokrację...
Wygnanie babilońskie, do którego udała się większa część właściwych Żydów z Palestyny, poszerzyło diasporę i dała Żydom powód, aby się poczuć specyficznym tworem socjalnym nie tylko wewnątrz swego węższego otoczenia, lecz w skali światowej w ogóle, na którą oni się rozszerzyli uprawiając handel. Najwyższy kapłan Ezra w 458 roku p.n.e. uczynił z żydowskości wyrazistą konfesję, opartą na wspólnocie obrzędów oraz przekonaniu o tym, iż Żydzi są narodem świętym, których królem jest sam Jahwe.” Z tego zaś wykiełkowało mesjaniczne przeświadczenie o przyszłym panowaniu Żydów nad światem, jak też internacjonalna solidarność żydostwa skierowana przeciwko wszystkim innym narodom świata.
Liczne narodowości – pisze Ratzenhofer – spotkał podobny los, zostały one rozproszone i bez śladu zostały pochłonięte przez inne rasy; tylko Żydzi twardo obstają przy swoim prawie i rytuale, przy idei narodowej i mesjanicznym powołaniu, nie ulegając przemieszaniu z innymi rasami.  Żydzi dawnych czasów byli zgoła kimś innym niż Żydzi współcześni. Tamci byli dość bojowo usposobieni, politycznie niewyrobieni, mało uzdolnieni pod względem kulturotwórczym. Uprawiali hodowlę i rolę i byli rozdzierani przeciwieństwami wewnętrznymi. Lecz poczynając od VI stulecia p.n.e. coraz wyraziściej występują w roli, jaką znamy współcześnie, jako jedność ugruntowana na podstawie prawa i obrządku, która zrezygnowała – wcale nie z tchórzostwa – z wszelkiej postawy wojowniczej i gwałtownej, i pod względem mądrości politycznej dalece wyprzedziła wszystkie inne rasy, a odwróciwszy się od podstawy geograficznej w całości zwrócili się do handlu i wolnych zawodów.
Żydowska konfesja z jej narodowym bogiem Jahwe  nie życzy sobie prozelitów, a oczekuje panowania nad światem wyłącznie dla siebie. Żywiąc wrodzoną odrazę do innych obrządków zachowuje czystość rasową w chaosie narodowościowym i niewzruszoną samoświadomość etniczną. Na nic jednak to by się na dłuższą metę nie zdało, gdyby nie było połączone z przewagą gospodarczą i skuteczną obroną wspólnego interesu ekonomicznego, także postawionego na służbę rasie  żydowskiej. „Rasa i konfesja są środkami, natomiast prosperity gospodarcze – cel. Rasa i wiara są dla Żydów czymś zewnętrznym, natomiast grupowy pożytek ekonomiczny (także poprzez wpływ na instytucje publiczne) stanowi jądro żydostwa. Dlatego wszelkie ataki judofobów wszystkich czasów tylko na zewnętrzne strony żydostwa, były daremne.
Żaden naród nie zachował tak dobrej kondycji jak Żydzi; nad każdą rasą wisi miecz Damoklesa w postaci hybrydyzacji; każda konfesja przeżyła tak czy inaczej swój upadek albo nosi na sobie pieczęć zmienności wszechrzeczy; tylko żydostwo trwa niewzruszenie i bez wątpliwości nie wykazując jakiejkolwiek potrzeby reformowania się. Jeśli nawet Żyd współczesny ma dość luźny stosunek do obrządku, przecież i tak absolutnie pozostaje Żydem, a to jest decydujące. W przeciwieństwie do tego chrześcijanin, który zaniedbał zwyczaje kościelne, wewnętrznie także odpada od chrześcijaństwa. Dla Żyda judaizm (das Judentum) nie stanowi interesu transcendentalnego, lecz warunek jego egzystencji, jego przywilejów, losu jego potomstwa. Inne zasady religijne są osłabiane przez czas, żydowska zaś przepowiednia o panowaniu nad światem narodu wybranego wciąż przybiera na sile, a dziś wydaje się, że nastąpił już czas ziszczenia. Jezus Chrystus był dla Żydów rzeczywiście owym mesjaszem, którego przepowiadali prorocy, ponieważ jego nauki o tolerancji utorowały im drogę do zapanowania nad światem. Przez swą pokorną śmierć na krzyżu został ich najskuteczniejszym bohaterem narodowym. Gdyż nic nie jest ważniejsze dla międzynarodowego narodu handlarzy niż miłość bliźniego, ofiarność, sumienność – ale wszystko to tylko dla innych, gdyż sami oni tych rzeczy nie potrzebują. Dlatego było to najostrzejszym nakazem rasowym wynikającym z instynktu narodowego, aby tego mesjasza nie uznać i go ukrzyżować. Gdyby Żydzi zostali chrześcijanami, dawno by już znikli.
Prawdziwymi przewodnikami chrześcijaństwa byli jednak nie średniowieczni księża, lecz humanizm i liberalizm. Panowanie wolnomyślnego ducha czasu było pod tym względem czasem urzeczywistnionego chrześcijaństwa. W tych warunkach Żydzi – jako związek socjalny – mogli z całą mocą walczyć o swe interesa. Wojownicze czasy wędrówki ludów i średniowiecza musiały z konieczności być dla nich okresem wyrzeczeń.
Najlepszymi czasami dla żydowskiego wyzysku innych narodów są okresy gnuśnego pokoju, zgniłego liberalizmu, zaniku granic etycznych i politycznych, kiedy powstają optymalne warunki dla swobodnej, nieskrępowanej, niekontrolowanej i nieograniczonej grabieży ekonomicznej.  Dlatego  organizują  rewolucje,  by  posiać  liberalistyczny  zamęt,  w  którym  czują  się  znakomicie  -  uważał   generał Gustaw   Ratzenhofer. „Gdzie nie panuje wolnomyślicielstwo, jak w Polsce z jej arystokratyczną organizacją socjalną, czy w Rosji z jej wszechpotęgą rządu, tam Żydzi są przeważnie biedni i uciśnieni (...). Podczas gdy międzynarodowy związek ekonomiczny Żydów rósł w siłę, pozostały świat (na skutek braku socjologicznego rozpoznania) nic o tym nie wiedział, wierząc, iż swoistość Żydów polega na ich konfesji. I tak stało się, że chrześcijaństwo i wolnomyślicielstwo zapewniły Żydom prawne równouprawnienie w społeczeństwie, podczas gdy Żydzi na podstawie ich socjalnej hermetyczności i ekonomicznej wyższości faktycznie uczynili z równouprawnienia uprzywilejowane położenie dla siebie. W szaleńczym przekonaniu, iż w antysemityzmie jakoby chodzi o tolerancję wyznaniową albo o wrogość do osób obcego pochodzenia, jeszcze dziś wielu nie-Żydów walczy o „prawa Żydów”. Sami Żydzi bardzo chętnie wskazują na prześladowania, jakie musieli znosić”...
W dalszym ciągu swych rozważań G. Ratzenhofer wskazuje, że szermując hasłami chrześcijańskimi Żydzi chętnie krzewili to wyznanie wśród obcych nacji, gdyż te nauki są absolutnie nieprzydatne jako program samoutwierdzania się narodów i jednostek i czynią je zupełnie niezdolnymi do walki o swe miejsce pod słońcem. „Ku temu dość podstaw dawał Stary Testament, który jest raczej historią polityczną niż nauką wiary. W rzeczywistości wszystkie hierarchie chrześcijańskie, a w szczególności papiestwo, stanowią powtórzenie wyższego kapłaństwa Izraelitów. Stan kapłański jednak wszędzie jest źródłem wyznaniowej nietolerancji”... Skuteczną okazała się też żydowska taktyka przenikania do instytucji konfesyjnych i opanowywanie ich od wewnątrz, jak też następne „reformowanie” w kierunku podkopywania i likwidacji. I w ten oto sposób żydostwo w kościołach chrześcijańskich jednocześnie zwyciężyło i przegrało. Wrogość Żydów oraz ich dążeń politycznych, szczególnie przeciwko papiestwu, nie wynika stąd, że są oni innego ducha, lecz stąd, że i jedni i drudzy są tym samym: związkiem socjalnym, który na zewnątrz ukazuje się jako coś zupełnie innego niż jest istotnie: są oni rywalami w dążeniu do panowania nad światem i do bogacenia się.  Nie podlega wątpliwości, że w tej walce judaizm już zwyciężył papiestwo. I to nie dlatego, że Państwo Kościelne utraciło swą władzę świecką, lecz dlatego, że moralne panowanie kościoła dawno zostało zniweczone”. Dla Ratzenhofera w 1907 roku było pewne, że już w najbliższym czasie syjonizm w połączeniu z wielkim kapitałem żydowskim ponownie odzyska  Ziemię Obiecaną i uczyni   z niej dzięki pieniądzom i wpływom politycznym ośrodek światowy swej wspólnoty. (Izrael powstał w 1948 roku).
Jeśli chodzi o ongisiejsze prześladowania Żydów – notuje dalej uczony niemiecki – to były one w porównaniu z krwawymi jatkami, które się rozgrywały na całym świecie w związku z walką o te czy inne interesy, wcale nieznaczne. Wszędzie miały miejsce najbardziej odrażające okrucieństwa i mordy masowe. Prześladowania Żydów, zburzenie Jerozolimy przez Rzymian wcale nie były bardziej ostre niż walka między innymi przeciwnikami, nie wspominając o wyrafinowanych prześladowaniach w stosunku do chrześcijan, które były bez porównania straszliwsze. Prześladowania Żydów w Hiszpanii stanowiły tylko część ogólnej polityki tego państwa w stosunku do inaczej wierzących, których uważano za wrogów państwa. Prześladowania w innych krajach Europy były nieznaczne, także jeśli uwzględnić te, które zostały spowodowane bajkami o mordach rytualnych, a nigdy nie posuwały się tak daleko, aby zmusić Żydów do wyjścia, jak to było np w przypadku hugonotów. Wręcz przeciwnie: Żydzi doznawali wielu różnorodnych ułatwień ze względu na swój stan ekonomiczny. Byli wyposażani przez książąt w rozmaite wolności, brani w obronę, a nawet ściągani do kraju wszelkiego rodzaju przyrzeczeniami i nadaniami, jak np. przez Jagiellonów do Polski. Jeśli się chce pewne ograniczenia wolności czy getta przedstawiać jako wyraz szczególnego okrucieństwa, to powinno się pamiętać, że także masa chrześcijan aż do XIX wieku włącznie znajdowała się w stanie poddaństwa. Uciśnienia Żydów w Rosji wydają się również nader ograniczone w porównaniu z kompletnym bezprawiem w stosunku do rosyjskich chłopów co najmniej do roku 1863. Gdy się mówi, że Żyd w Europie Wschodniej żyje w głębokiej nędzy, to przecież nie wolno nie wspomnieć o najsmutniejszym losie niższych warstw ludowych w Polsce czy Rosji. Także chłopi w Rosji wiele cierpią i przeżywają okresy głodu, w których tysiące z nich umierają, choć przecież wszyscy oni z ogromnym wysiłkiem pracują, podczas gdy Żyd w miastach, nie przynosząc nikomu żadnego pożytku, próżnuje i czeka na czas, kiedy także w Rosji rozwój zdarzeń i emancypacja pozbawionych inteligencji mas umożliwią mu osiągnięcie dominacji ekonomicznej (...)”. (Nastąpiło to zarówno w 1917, jak i w 1990 roku).
Powstaje w tym miejscu pytanie, jak się będzie rozwijał stosunek żydowskiej rasy handlarskiej do wielkich ras kulturalnych. Odpowiedź jest tu nasuwana przez obserwowalne tendencje rozwoju socjalnego. Z pewnością leży to w granicach możliwości ras europejskich, które przecież wyłoniły się ze szczęku broni, aby zastosować przemoc również w stosunku do rabujących je ras handlarskich. Tak mianowicie od czasu do czasu ogniem i mieczem prześladowano Żydów w średniowieczu, kiedy to tego rodzaju postępowanie stanowiło naturalną formę współzawodnictwa narodów. Tego jednak nie sposób oczekiwać w przyszłości w świecie cywilizowanym (...). Żydzi znajdują się dziś pod ochroną powszechnej potrzeby pozyskiwania kredytów. Widzimy np. w Wiedniu, gdzie panoszy się najzawziętszy antysemityzm, prosperujących Żydów... Jest tylko jedna droga do złagodzenia przewagi socjalnego zjednoczenia żydowskiego wewnątrz naszego ustroju kapitalistycznego, a polega ona na tym, by znieść gospodarcze i intelektualne przesłanki dominacji tego narodu. Droga przemocy mija się jednak z tym celem i skłania do akcji, które nawet te przesłanki wzmacnia.
Gustav Ratzenhofer był zdania, że tylko asymilacja Żydów przez mieszane małżeństwa prowadzi do celu. „Żydowska krew może okazać się korzystna dla ras, które są mniej uzdolnione pod względem gospodarczym i intelektualnym, podczas gdy takie wady żydowskiej rasy jak egoizm, bezduszny materializm zanikną w przeważającej masie obcoplemieńców. Asymilacja inteligentnego żydostwa byłaby dobrodziejstwem dla innych ras, a asymilacja żydostwa ubogiego zbawieniem dla niego samego. Zniknięcie żydostwa jest przesłanką dalszego istnienia cywilizacji. („Das Verschwinden des Judentums ist eine Voraussetzung der Zivilisation”). Jak długo jednak zniesienie związku żydowskiego należy do oddalonej przyszłości, byłoby wskazane, aby wszystkie narody usiłowały się bronić przed niebezpieczeństwami żydowskiej dominacji w życiu gospodarczym i publicznym.
W okresie późniejszym socjologia i antropologia niemiecka doszły do wniosku, że asymilacja Żydów nie tylko jest niemożliwa, lecz że byłaby ona nadzwyczaj szkodliwa dla ras aryjskich, gdyż jedna kropla krwi żydowskiej prowadziłaby do takiegoż zepsucia całej krwi danej osoby, jak łyżka przysłowiowego dziegciu psuje beczkę miodu. W  końcu  rozwiązanie kwestii żydowskiej ujrzano  w  ostatecznej  fizycznej likwidacji Żydów.
 ***
         O ile Nietzsche w swych utworach zawsze pozostawał tyle samo poetą i muzykiem, co naukowcem, o tyle wybitny socjolog niemiecki Max Weber (1864-1920) słusznie jest uważany za uczonego z prawdziwego zdarzenia, a przecież w swym fundamentalnym dziele Gospodarka i społeczeństwo twierdził: „Od niewoli babilońskiej faktycznie, a również formalnie od zburzenia Świątyni, Żydzi byli „ludem pariasów”, czyli grupą, która za sprawą (pierwotnie) magicznych, tabuistycznych i rytualnych barier stała się szczególną dziedziczną wspólnotą, nie będącą autonomicznym związkiem politycznym. Negatywnie uprzywilejowane, zawodowo wyspecjalizowane kasty indyjskie z ich gwarantowanym przez tabu zamknięciem wobec świata zewnętrznego, i ich dziedzicznymi religijnymi obowiązkami odnoszącymi się do sposobu życia, są im stosunkowo najbliższe, bo także w ich przypadku z pozycją pariasa jako taką wiąże się nadzieja zbawienia. Zarówno w indyjskich kastach, jak i wśród Żydów objawia się identyczne swoiste oddziaływanie religijności pariasów, fakt, że przykuwa ona swych wyznawców do siebie i do pozycji pariasa tym mocniej, w im trudniejszej sytuacji znajduje się lud pariasów, i im silniejsza jest zatem nadzieja zbawienia powiązana z nakazanym przez Boga wypełnianiem obowiązków religijnych. Właśnie najniższe kasty szczególnie gorliwie spełniają swe obowiązki kastowe, skoro stanowi to warunek ponownych narodzin w lepszym położeniu. Więź między Jahwe i jego ludem stawała się tym bardziej nierozerwalna, im bardziej mordercza pogarda i prześladowania dotykały Żydów. Dlatego w całkowitej opozycji na przykład wobec wschodnich chrześcijan, którzy pod rządami Omajjadów przechodzili na islam, uprzywilejowaną religię, tak masowo, że władza polityczna w ekonomicznym interesie uprzywilejowanej warstwy utrudniła konwersję, wszystkie częste przymusowe masowe nawracania Żydów, które zapewniały im przecież przywileje panującej warstwy, pozostały daremne. Bowiem jedynym środkiem zbawienia, zarówno w przypadku indyjskiej kasty, jak i Żydów, było wypełnianie specjalnych przykazań religijnych dla ludu pariasów, których nie mógł lekceważyć nikt, bo wiązało się to z niebezpieczeństwem ściągnięcia na siebie złych czarów i zagrażało przyszłym szansom własnym lub własnych potomków. Odmienność religijności żydowskiej wobec hinduistycznej religijności kast zasadza się jednak na rodzaju nadziei zbawienia. Hindus oczekuje od spełniania obowiązków religijnych polepszenia osobistych szans ponownych narodzin, a zatem awansu lub nowego wcielenia jego duszy w jakiejś wyższej kaście. Żyd natomiast dla swych potomków udziału w mesjańskim królestwie, które całą wspólnotę pariasów wybawi z ich pozycji pariasów i zapewni pozycję panów w świecie. Bo obiecując, że wszystkie narody ziemi będą pożyczać od Żydów, a oni od nikogo, Jahwe nie miał na myśli spełnienia w postaci drobnego lichwiarza z getta, lecz położenie typowych antycznych potężnych obywateli miast, których dłużnikami i niewolnikami dłużnymi byli mieszkańcy podporządkowanych wsi i małych miasteczek. Hindus pracuje zatem dla przyszłej ludzkiej istoty, która ma z nim coś wspólnego jedynie w myśl założeń animistycznej doktryny o wędrówce dusz, dla przyszłego wcielenia swej duszy, podobnie jak Żyd dla swych cielesnych potomków, a ich, animistycznie pojmowany, stosunek do niego zapewnia mu „ziemską nieśmiertelność”. Ale w przeciwieństwie do przedstawień Hindusa, który nie chce naruszać podziału świata na społeczne kasty oraz pozycji własnej kasty jako takiej i pozwala im istnieć wiecznie, i właśnie w ramach tego samego porządku rang chce polepszyć przyszły los swej indywidualnej duszy, Żyd oczekiwał własnego osobistego zbawienia w postaci obalenia obowiązującego porządku społecznych rang na korzyść jego ludu pariasów. Bo jego lud powołany i wybrany jest przez Boga do prestiżu, a nie do pozycji pariasa.
I dlatego na gruncie żydowskiej etycznej religijności zbawienia duże znaczenie zyskuje element, który jest zupełnie obcy wszelkiej magicznej i animistycznej religijności kastowej, a który dostrzegł jako pierwszy Nietzsche: resentyment. W sensie Nietzschego stanowi on zjawisko towarzyszące etyce religijnej negatywnie uprzywilejowanych, którzy, przekształcając całkowicie dawną wiarę, znajdują pociechę w tym, że zróżnicowanie ziemskich losów wynika z grzechu i nieprawości pozytywnie uprzywilejowanych, a zatem wcześniej czy później musi sprowadzić na nich zemstę Boga. W postaci tej teodycei negatywnie uprzywilejowanych moralizm służy jako środek uprawomocnienia świadomej lub nieświadomej żądzy zemsty. Zjawisko to pojawia się początkowo w powiązaniu z „religijnością odpłaty”. Jeśli istnieje już religijne przedstawienie odpłaty, to właśnie „ cierpienie” jako takie, skoro budzi silną nadzieję odpłaty, może zostać uznane w pewnej mierze za coś samo z siebie wartościowego religijnie. Pewne ascetyczne doktryny, z jednej strony, i specjalne predyspozycje neurotyczne, z drugiej, mogą sprzyjać wykształceniu się tego przedstawienia. Tyle że religijność cierpienia zyskuje swoisty resentymentalny charakter jedynie przy przyjęciu bardzo szczególnych założeń, a więc na przykład nie wśród Hindusów i buddystów. Bo u nich cierpienie człowieka jest zasłużone przez niego samego. Inaczej u Żydów. Religijność Psalmów przepełnia potrzeba zemsty, a w kapłańskich opracowaniach dawnych izraelickich przekazów odnajdujemy ten sam rys. Większość Psalmów w oczywisty sposób stanowi – nawet jeśli odpowiednie elementy zostały być może włączone dopiero później do dawniejszej, wolnej od nich wersjimoralistyczne zaspokojenie i uprawomocnienie jawnej lub z trudem powstrzymywanej potrzeby zemsty ludu pariasów. Albo w tej formie, że przedstawia się Bogu własne przestrzeganie jego przykazań i własne nieszczęście, w opozycji do bezbożnych czynów dumnych i szczęśliwych pogan, urągających przez to jego obietnicom i jego władzy. Albo w innej formie, w której wyznaje się z pokorą własne grzechy, ale zarazem prosi Boga, by w końcu zrezygnował ze swego gniewu i znów okazał łaskę ludowi, który ostatecznie przecież jako jedyny jest jego ludem. W obu przypadkach wiąże się to z nadzieją, że zemsta, ostatecznie pojednanego ze swym ludem, Boga uczyni tym bardziej kiedyś bezbożnych wrogów podnóżkiem pod stopy Izraela, podobnie jak to się dzieje w kapłańskiej konstrukcji historycznej z kananejskimi wrogami ludu, o ile ten przez swe nieposłuszeństwo nie budzi gniewu Boga i przez to sam nie staje się winny swego poniżenia wobec pogan. Jeśli nawet niektóre z tych Psalmów zrodził być może, jak chcą nowocześni komentatorzy, indywidualny gniew faryzejskich wyznawców spowodowany prześladowaniami Aleksandra Janneusza, to charakterystyczna jest ich selekcja i zachowanie, a inne odnoszą się w oczywisty sposób do pozycji pariasów Żydów jako takich. W całej religijności świata nie istnieje żaden uniwersalny Bóg, którego cechowałaby równie niesłychana żądza zemsty jak Jahwe, a historyczną wartość faktów podawanych w kapłańskim opracowaniu dziejów można określić niemal dokładnie dzięki temu, że dany proces (jak na przykład bitwa pod Megiddo) nie pasuje do tej teodycei odpłaty i zemsty. Żydowska religijność stała się zatem religijnością odpłaty, mściwości. Nakazane przez Boga cnoty praktykowane są przez wzgląd na nadzieję odpłaty. I jest to w pierwszym rzędzie nadzieja kolektywna: to naród jako całość doznać ma wywyższenia, i jedynie przez to także jednostka może odzyskać swój honor. Towarzyszyła jej i mieszała się z nią naturalnie indywidualna teodycea osobistych losów jednostki – oczywista od zarania dziejów – której problemy odzwierciedla przede wszystkim, wywodząca się z zupełnie innych, nieludowych warstw, Księga Hioba, w rezygnacji z rozwiązania tego problemu i podporządkowaniu się absolutnie suwerennej władzy Boga nad stworzonymi przez niego istotami, zapowiadająca purytańską ideę predestynacji, która musiała się pojawić, gdy tylko dołączył do tego patos boskich wiecznych kar piekielnych. Ale wtedy się nie pojawiła, a przesłanie twórcy Księgi Hioba nie zostało, jak wiadomo, niemal wcale zrozumiane, tak niewzruszona była bowiem idea kolektywnej odpłaty w religijności żydowskiej. Nadzieja zemsty, dla pobożnych Żydów nieuchronnie wiążąca się z moralizmem Prawa, bo przenikająca niemal wszystkie święte pisma okresu niewoli babilońskiej i późniejszej epoki, którą przez dwa i pól tysiąclecia świadomie lub nieświadomie musiała ożywiać na nowo niemal każda służba boża ludu spętanego dwoma nierozerwalnymi łańcuchami: religijnie uświęconym oddzieleniem od zewnętrznego świata i obietnicami jego Boga odnoszącymi się do tego świata, ustępowała, skoro Mesjasz kazał na siebie czekać, co i rusz to naturalnie w religijnej świadomości warstwy intelektualistów wartości samej zażyłości z Bogiem lub pobożnemu, nastrojowemu zawierzeniu boskiej dobroci jako takiej i gotowości pogodzenia się z całym światem. Działo się tak szczególnie wtedy, gdy społeczne położenie skazanych na całkowitą polityczną bezsilność gmin było znośne, natomiast w innych epokach, na przykład podczas prześladowań okresu krucjat, nadzieja owa przejawiała się znów albo w równie przenikliwym co bezowocnym wołaniu do Boga o zemstę, albo w modlitwie, żeby własna dusza w obliczu przeklinających Żydów wrogów „obróciła się w proch”, ale wystrzegała się złych słów i uczynków oraz ograniczyła się wyłącznie do milczącego spełniania przykazania Boga i otwarcia serca dla niego. Choć uznawanie resentymentu za rzeczywiście rozstrzygający element, ulegającej w dziejach istotnym zmianom religijności żydowskiej byłoby niesłychanym wypaczeniem, to jednak nie wolno umniejszać jego wpływu również na jej zasadnicze znamiona. Bo objawia on w rzeczy samej, wobec tego, co jest jej wspólne z innymi religiami zbawienia, jeden ze swoistych jej rysów i w żadnej innej religijności negatywnie uprzywilejowanych warstw nie odgrywa tak rzucającej się w oczy roli. Jednak w jakiejś formie ta teodycea negatywnie uprzywilejowanych stanowi element każdej religijności zbawienia, której wyznawcy należą głównie do tych warstw, a rozwój etyki kapłańskiej sprzyjał jej wszędzie tam, gdzie stała się elementem religijności gminy, wykształcającej się przede wszystkim w obrębie takich warstw. Fakt, że resentyment, a także właściwie jakakolwiek religijna społeczno-rewolucyjna etyka, nie pojawia się niemal wcale w religijności pobożnego Hindusa i buddystycznego Azjaty, tłumaczy swoistość teodycei ponownych narodzin: porządek kastowy jest wieczny i absolutnie sprawiedliwy. Gdyż cnoty czy grzechy wcześniejszego życia uzasadniają urodzenie się w danej kaście, a zachowanie w obecnym życiu przesądza o szansach zmiany na lepsze. Dlatego nie spotykamy tu przede wszystkim żadnego śladu owego wyraźnego konfliktu między stworzonymi za sprawą bożych obietnic społecznymi pretensjami i pogardzanym położeniem w rzeczywistości, który u żyjących przez to w stałej sprzeczności ze swym położeniem klasowym i w stanie ciągłego oczekiwania i bezowocnej nadziei Żydów zniszczył wszelką prostotę w stosunku do świata, zaś religijną krytykę bezbożnych pogan, na którą odpowiedzią było bezlitosne szyderstwo, przekształcił w zawsze czujne, często prowadzące do rozgoryczenia, bo stale zagrożone przez skrytą samokrytykę, zważanie na własną prawowierność. Do tego dochodziło kazuistyczne, kultywowane przez całe życie rozważanie religijnych obowiązków członków narodu – bo od ich właściwego spełniania zależała przecież ostateczna łaska Jahwe – i charakterystyczna dla pewnych produktów okresu pobabilońskiego mieszanina zwątpienia w jakikolwiek sens tego marnego świata, poddania się bożemu karceniu, troski, by nie obrazić go swą dumą, i bojaźliwej, rytualno-moralnej poprawności, którą narzucała Żydom owa rozpaczliwa walka już nie o szacunek innych, lecz o szacunek do samego siebie i poczucie godności. Poczucie godności, które – skoro w końcu jednak to spełnienie obietnic Jahwe pozostawało stale miarą własnej wartości w obliczu Boga – samemu sobie mogło wydawać się coraz bardziej wątpliwe i przez to mogło zagrażać załamaniem się całego sensu własnego sposobu życia.
Uchwytnym dowodem osobistej łaski Boga staje się w rzeczy samej dla Żyda z getta w coraz większej mierze sukces w działalności zarobkowej. Tyle że właśnie dla Żyda idea „potwierdzenia się” w zrządzonym przez Boga „powołaniu” nie ma tego samego sensu, jaki jest jej właściwy w przypadku wewnątrzświatowej ascezy. Bo błogosławieństwo Boga w o wiele mniejszym stopniu niż u purytanów powiązane jest z systematyczną, ascetyczną, racjonalną metodyką życia, która dla nich jest jedynym możliwym źródłem certitudo salutis. Nie tylko na przykład etyka seksualna pozostała wprost antyascetyczna i naturalistyczna, a starożydowska etyka gospodarcza była w swych postulowanych stosunkach mocno tradycjonalistyczna i otwarcie ceniła bogactwo, w przeciwieństwie do wszelkiej ascezy, lecz także całe uświęcenie przez uczynki ma u Żydów rytualistyczną podstawę i ponadto często łączy się ze swoistym nastrojem religijności wiary. Jednak tradycjonalistyczne przepisy wewnątrzżydowskiej etyki gospodarczej obowiązują oczywiście, jak we wszystkich dawnych etykach, w pełnym zakresie jedynie wobec braci w wierze, a nie wobec świata zewnętrznego. Ale ogólnie rzecz biorąc obietnice Jahwe zrodziły rzeczywiście w ramach samego judaizmu silne znamiona resentymentalnego moralizmu. Całkowicie błędne byłoby mimo to ujmowanie potrzeby zbawienia, teodycei lub w ogóle religijności gminy jako wyrastających jedynie na gruncie negatywnie uprzywilejowanych warstw, czy tym bardziej tylko z resentymentu, a więc wyłącznie jako produktu „buntu niewolników w moralności”. Nie dotyczy to nawet wczesnego chrześcijaństwa, choć jego obietnice odnoszą się, co podkreślane jest z naciskiem, właśnie do duchowo i materialnie „ubogich”. Odmienność proroctwa Jezusa i jego bezpośrednie konsekwencje objawiają raczej nieuchronne skutki dewaluacji i rozsadzenia rytualnego, świadomie zmierzającego do zamknięcia wobec świata zewnętrznego Prawa i w rezultacie rozerwania więzi religijności z pozycją wiernych jako, zamkniętego na podobieństwo kasty, ludu pariasów. Z pewnością pierwotna chrześcijańska profecja zawiera znamienne rysy „odpłaty”, w sensie przyszłego zrównania losów (najwyraźniejsze w przypowieści o Łazarzu), i zemsty, która jest sprawą Boga. A królestwo boże jest również tutaj królestwem ziemskim, zrazu najprawdopodobniej przeznaczonym specjalnie lub przynajmniej w pierwszym rzędzie dla Żydów, którzy od początku wierzyli w prawdziwego Boga. Ale właśnie przenikający wszystko resentyment ludu pariasów zostaje tu, za sprawą konsekwencji nowych obietnic religijnych, wyłączony. Zaś niebezpieczeństwo, jakie bogactwo stanowi dla szansy zbawienia, przynajmniej w tych elementach przekazu, które uchodzą za własne kazanie Jezusa, nie jest w żadnym razie motywowane ascetycznie, a tym bardziej nie sposób go wywieść z resentymentu – czego dowodzą świadectwa tradycji dotyczące jego obcowania nie tylko z celnikami (którzy w Palestynie byli najczęściej drobnymi lichwiarzami), lecz także innymi wyróżniającymi się swą zamożnością ludźmi. Zbyt wielka była indyferencja wobec świata, wynikająca z siły eschatologicznych oczekiwań. Oczywiście, gdy chce być „doskonały”, czyli stać się uczniem, bogaty młodzieniec musi bezwarunkowo zerwać ze „światem”. Ale mówi się wprost, że u Boga wszystko, nawet zbawienie bogatego, który nie może zdecydować się na rozstanie ze swymi dobrami, choć trudniejsze, jest jednak możliwe. Prorokowi akosmicznej miłości, który duchowo i materialnie ubogim przynosi dobrą nowinę o tym, że królestwo boże jest bliskie, i uwolnienie z władzy demonów, „proletariackie instynkty” są równie obce jak na przykład Buddzie, dla którego absolutne zerwanie ze światem jest bezwarunkową przesłanką zbawienia. Ograniczone znaczenie „resentymentu” i niebezpieczeństwo wiążące się z nazbyt uniwersalnym stosowaniem schematu „wyparcia” ukazuje najjaśniej błąd Nietzschego, który swą teorię odnosi także do zupełnie nietrafnego przykładu buddyzmu. Bo stanowi on najbardziej radykalne przeciwieństwo każdego resentymentalnego moralizmu, jest raczej doktryną zbawienia warstwy intelektualistów dumnie i szlachetnie odrzucającej w równej mierze iluzje życia zarówno w tym i tamtym świecie, początkowo wywodzącej się niemal całkowicie z uprzywilejowanych kast, szczególnie z kasty wojowników, a jego społeczny rodowód można ewentualnie przyrównać do rodowodu hellenistycznych, przede wszystkim neoplatońskich, albo też manichejskich czy gnostycznych doktryn zbawienia, choć różnią się one zasadniczo od niego. Kto nie chce zbawienia prowadzącego do nirwany, temu buddyjski bhikszu pozostawia cały świat, łącznie z ponownymi narodzinami w raju. Właśnie ten przykład świadczy o tym, że potrzeba zbawienia i religijność etyczna mają jeszcze inne źródło niż społeczne położenie negatywnie uprzywilejowanych i uwarunkowany praktyczną sytuacją życiową racjonalizm mieszczaństwa: jest nim intelektualizm jako taki, zwłaszcza metafizyczne potrzeby ducha, którego do rozważania etycznych i religijnych problemów nie zmusza materialna niedola, lecz przymus wewnętrzny, by móc ująć świat jako sensowny kosmos i zająć wobec niego stanowisko.
W olbrzymiej mierze losy religii determinowała rola, jaką odgrywał w nich intelektualizm, oraz jego różnorakie stosunki z kapłanami i z władzami politycznymi, a te czynniki z kolei rodowód tej warstwy, która w szczególnym stopniu była nośnikiem intelektualizmu. Początkowo byli nią sami kapłani, zwłaszcza tam, gdzie charakter świętych pism i konieczność ich egzegezy oraz nauczania ich treści, ich interpretacji i właściwego posługiwania się nimi sprawiły, że stali się oni cechem literatów. Nie doszło do tego wcale w religiach antycznych ludów miejskich, przede wszystkim Fenicjan, Hellenów, Rzymian, z jednej strony, a w etyce chińskiej, z drugiej. Tu autentycznie teologiczne (Hezjod), wszelkie metafizyczne i etyczne myślenie stało się całkowicie udziałem osób nie będących kapłanami, i w rezultacie rozwinęło się w niewielkiej mierze. Zupełnie odmienna była natomiast sytuacja w Indiach, Egipcie i Babilonii, wśród wyznawców Zaratustry, w islamie, we wczesnym i średniowiecznym, a gdy idzie o teologię, również nowożytnym chrześcijaństwie. Kapłani egipscy, zaratustriańscy, przez pewien czas wczesnochrześcijańscy, zaś w epoce wedyjskiej, a więc przed powstaniem filozofii świeckiego ascetyzmu i upaniszad, także bramińscy, w mniejszym, znacznie ograniczanym przez świecką profecję, stopniu również żydowscy, w podobnym, po części umniejszanym przez suficką spekulację, także islamscy zmonopolizowali niemal całkowicie rozwój religijnej metafizyki i etyki. We wszystkich odgałęzieniach buddyzmu, w islamie oraz we wczesnym i średniowiecznym chrześcijaństwie oprócz kapłanów, lub zamiast nich, to przede wszystkim mnisi lub podobne do nich kręgi uznały za swą domenę i literacko kultywowały nie tylko teologiczne i etyczne, lecz także wszelkie myślenie metafizyczne oraz wiele dziedzin myślenia naukowego, a poza tym artystycznej twórczości piśmienniczej. Przynależność śpiewaków do kultowo doniosłych osób uwarunkowała włączenie epickich, lirycznych i satyrycznych poematów indyjskich do Wed, erotycznej poezji Izraela do świętych pism, a psychologiczne pokrewieństwo mistycznych i pneumatycznych emocji z poetyckimi rolę mistyka w liryce Wschodu i Zachodu. Ale tu nie chodzi nam o produkcję literacką i jej charakter, lecz o kształtowanie samej religijności przez swoistość wpływających na nią warstw intelektualistów. Wpływ kapłanów jako takich, również tam, gdzie byli oni głównymi reprezentantami literatury, był mocno zróżnicowany, w zależności od innych, niekapłańskich warstw, jakie istniały obok nich, oraz ich własnej władzy. Z pewnością najsilniejszy był swoisty wpływ kapłanów w późnej fazie rozwoju religijności zaratustriańskiej. Także egipskiej i babilońskiej. Prorocy, ale jednak również w znacznej mierze kapłani, uformowali judaizm epoki Deuteronomium oraz niewoli babilońskiej. W późnym judaizmie rozstrzygającą postacią stał się zamiast kapłana rabin.
O szczególnych zaś cechach Żydów jako etnosu i judaizmu, jako religii, będącej nie do pogodzenia z duchern chrześcijaństwa Max Weber w tymże dziele Gospodarka i społeczeństwo zauważał:  Trzecią w pewnym sensie „dostosowaną do świata”, a w każdym razie „zwróconą ku światu”, odrzucającą nie „świat”, lecz jedynie obowiązującą w nim społeczną hierarchię, religią jest judaizm, w swej wyłącznie interesującej nas tu, wykształconej po niewoli babilońskiej, przede wszystkim talmudycznej formie. Jego obietnice są, wedle swego sensu intencjonalnego, obietnicami odnoszącymi się do tego świata, a kontemplacyjna czy ascetyczna ucieczka od świata występuje w nim, podobnie jak w religijności chińskiej i w protestantyzmie, tylko jako zjawisko wyjątkowe. Od purytanizmu odróżnia go (jakkolwiek relatywny) brak systematycznej ascezy. „Ascetyczne” elementy wczesnochrześcijańskiej religijności nie wywodzą się z judaizmu, ale pojawiają się właśnie w składających się z nawróconych na chrześcijaństwo pogan w gminach misji Pawła. Przestrzeganie żydowskiego „prawa” jest „ascezą” w równie małej mierze jak przestrzeganie jakichkolwiek norm tabu czy norm rytualnych. Stosunek żydowskiej religijności do bogactwa, z jednej strony, i do życia seksualnego, z drugiej, nie jest w najmniejszym stopniu ascetyczny, lecz raczej zdecydowanie naturalistyczny. Bogactwo jest darem Boga, a zaspokajanie popędu seksualnego, naturalnie w legalnej formie, jest wprost nieodzowne, w tak wielkiej mierze, że osoba, która przekroczyła określony wiek, a nie zawarła małżeństwa, wydaje się Talmudowi po prostu moralnie podejrzana. Ujęcie małżeństwa jako czysto ekonomicznej, służącej płodzeniu i wychowywaniu dzieci instytucji nie jest samo w sobie swoiście żydowskie, ale uniwersalne. To, że nielegalne stosunki seksualne są surowo (a w pobożnych kręgach w sposób rzeczywiście skuteczny) zakazane, wspólne jest judaizmowi z islamem i wszelkimi religiami profetycznymi, a poza tym z hinduizmem, zaś czas oczyszczenia z większością religii rytualistycznych, tak że nie można tu mówić o szczególnym znaczeniu ascezy seksualnej.
Swobodne używanie życia, nawet luksus, nie są same w sobie zakazane, o ile przestrzega się przy tym pozytywnych zakazów i tabuizacji „prawa”. To społeczna, sprzeczna z duchem mojżeszowego prawa, niesprawiedliwość, do której tak często dochodzi wobec członków ludu żydowskiego przy zdobywaniu bogactwa, a ponadto pokusa swobodnego stosunku do prawowierności, butnego lekceważenia przykazań, przez to zaś i obietnic Jahwe, sprawiają, że bogactwo wydaje się prorokom, w Psalmach, w mądrości przysłów i później czymś potencjalnie groźnym. Nie jest łatwo oprzeć się pokusom bogactwa, i właśnie dlatego tym bardziej zasłużone jest błogosławieństwo bogacza, „którego znaleziono bez winy”. Jednak skoro nie istnieje tu idea predestynacji czy podobnie oddziałujące przedstawienia, to także bezustanna praca i sukces w działalności zarobkowej nie może być, z drugiej strony, uznawany za oznakę „potwierdzenia” w tym sensie, jaki właściwy był w największej mierze kalwińskim purytanom, a w pewnym stopniu również wszelkiemu ascetycznemu protestantyzmowi. Mimo wszystko idea dopatrywania się w uwieńczonej sukcesem działalności zarobkowej oznaki łaskawego boskiego zrządzenia była oczywiście religijności żydowskiej nie tylko równie bliska jak na przykład chińskiej, świeckiej buddyjskiej i w ogóle każdej nie odrzucającej świata religijności na ziemi, lecz jeszcze bliższa, skoro religia ta stała w obliczu bardzo szczególnych obietnic nadziemskiego Boga, powiązanych z bardzo widocznymi oznakami jego gniewu wobec wybranego przecież przez niego samego narodu. Jasne jest, że zarobek, zdobyty przy przestrzeganiu bożych przykazań, mógł i musiał zyskiwać znaczenie symptomu, że dana osoba podoba się Bogu. I rzeczywiście działo się tak stale. Lecz sytuacja zajmującego się działalnością zarobkową (pobożnego) Żyda była mimo wszystko zasadniczo całkowicie różna od sytuacji purytanina, a odmienność ta nie pozostała bez praktycznego wpływu na znaczenie Żydów w dziejach gospodarki. Ale na czym mniej więcej polegało to znaczenie?
Żydzi przyczynili się istotnie do rozwoju kapitalistycznego systemu gospodarczego w czasach nowożytnych. Jakie są swoiste ekonomiczne dokonania Żydów w średniowieczu i w czasach nowożytnych? Pożyczki, od lombardów aż do finansowania wielkich państw, pewne rodzaje handlu, wśród których na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się drobny handel kramarski i wędrowny oraz swoisty dla wsi „handel produktami”, pewne sfery handlu hurtowego i przede wszystkim handlu papierami wartościowymi, obie zwłaszcza w formie handlu giełdowego, wymiana pieniędzy i związane z nią zwykle interesy polegające na przekazywaniu pieniędzy, dostawy państwowe, finansowanie wojen i w bardzo znacznej mierze zakładania kolonii, dzierżawa podatków (naturalnie poza dzierżawą dezaprobowanych podatków, jak tych na rzecz Rzymian), wszelkiego rodzaju interesy kredytowe i bankowe, a także finansowanie emisji. Jednak z tych interesów nowoczesnemu zachodniemu kapitalizmowi (w przeciwieństwie do kapitalizmu antyku, średniowiecza i wschodnioazjatyckiej przeszłości) właściwe są pewne (choć bardzo istotne) formy interesów, zarówno prawne, jak i ekonomiczne. Na przykład w domenie prawnej: formy papierów wartościowych i kapitalistycznych stosunków stowarzyszenia. Nie mają one jednak swoiście żydowskiego rodowodu. Lecz, o ile to szczególnie Żydzi wprowadzili je na nowo na Zachodzie, mają one być może po prostu orientalny (babiloński), a w rezultacie hellenistyczny i bizantyjski, i dopiero za sprawą tego pośrednictwa żydowski rodowód, a poza tym najczęściej wspólne są Żydom i Arabom. Po części jednak są one tworami zachodniego średniowiecza, w pewnej mierze nawet ze swoiście germańską przymieszką. Szczegółowe dowodzenie tych twierdzeń zaprowadziłoby nas za daleko. Natomiast w ekonomicznym wymiarze na przykład giełda, jako „rynek kupców”, nie została stworzona przez Żydów, lecz chrześcijańskich kupców, a na swoisty sposób, w jaki adaptowano średniowieczne formy prawne do celów racjonalnej działalności, choćby zakładano spółki komandytowe, maony, uprzywilejowane kompanie wszelkiego rodzaju, w końcu spółki akcyjne, nie wpłynęli w jakiejś szczególnej mierze Żydzi, choć później brali znaczny udział w ich konstytuowaniu. W końcu zaś swoiście nowożytne zasady udzielania publicznych i prywatnych kredytów rozwinęły się zrazu w zaczątkowej postaci na gruncie średniowiecznych miast, a potem ich po części całkowicie nieżydowska średniowieczna forma prawna została dostosowana pod wpływem czynników ekonomicznych do potrzeb nowoczesnych państw i innych kredytobiorców. Przede wszystkim jednak w z pewnością długiej liście żydowskiej działalności ekonomicznej nie występuje pewna dziedzina, jeśli nawet niezupełnie, to mimo wszystko w rzucający się w oczy sposób, i to właśnie stanowiąca wyróżnik nowoczesnego kapitalizmu: organizacja pracy wytwórczej w postaci chałupnictwa, manufaktury i fabryki. Jak doszło do tego, że wobec mas proletariatu w gettach w czasach, gdy dla każdego nowego przedsięwzięcia przemysłowego można było uzyskać książęce patenty i przywileje (za odpowiednie świadczenia pieniężne), i gdy istniały także dostatecznie rozlegle, nie opanowane przez cechy, domeny działalności umożliwiające nowe przemysłowe przedsięwzięcia, jak doszło do tego, że w obliczu tej sytuacji żaden pobożny Żyd nie wpadł na myśl, by z pomocą pobożnej żydowskiej siły roboczej stworzyć w getcie działalność przemysłową, zupełnie tak samo jak to uczyniło tak wielu pobożnych purytańskich przedsiębiorców z pomocą pobożnych chrześcijańskich robotników i rzemieślników? I że również liczne, cierpiące biedę warstwy rzemieślników żydowskich aż do niedawnych czasów nie stały się podłożem żadnej rzeczywiście nowoczesnej, a to znaczy: przemysłowej, wykorzystującej w chałupnictwie tę żydowską pracę, burżuazji mającej jakieś istotne znaczenie? Dostawy państwowe, dzierżawa podatków, finansowanie wojen, kolonii, a zwłaszcza plantacji, handel tranzytowy, lichwa pożyczkowa istniały zawsze od tysiącleci niemal na całym świecie jako forma kapitalistycznego spożytkowywania posiadania. Właśnie w tych dziejach, obejmujących niemal wszystkie epoki i kraje, w szczególności także całą starożytność, brali udział Żydzi, w tych swoiście nowoczesnych formach prawnych i formach działalności, które stworzyło już średniowiecze, lecz nie Żydzi. Natomiast w tym, co swoiście nowe w nowoczesnym kapitalizmie: w racjonalnej organizacji pracy, zwłaszcza wytwórczej, w przemysłowym „przedsiębiorstwie” nie uczestniczą (relatywnie) właściwie wcale. A przede wszystkim owe zasady gospodarcze, które były i są typowe dla wszelkiego pierwotnego kupiectwa, antycznego, wschodnioazjatyckiego, indyjskiego, średniowiecznego, dla kramarstwa w małej skali, a dla finansistów w wielkiej: wola i zdolność bezwzględnego wykorzystywania każdej szansy zysku – „dla zysku i piekło przepłynąć, nawet jeśli żagle osmali” te zasady również Żydom właściwe są w znaczącej mierze. Ale właśnie one nie są wcale tym, co stanowi osobliwość nowoczesnego kapitalizmu, w opozycji do innych kapitalistycznych epok. Wręcz przeciwnie. Ani to, co swoiście nowe w nowoczesnym systemie gospodarczym, ani to, co swoiście nowe w nowoczesnych zasadach gospodarczych, nie jest swoiście żydowskie. Ostateczne, zasadnicze przyczyny tego stanu rzeczy powiązane są znów ze szczególnym charakterem Żydów jako ludu pariasów i jego religijnością. Przede wszystkim już czysto zewnętrzne trudności udziału w organizacji pracy wytwórczej: prawnie i faktycznie niestabilne położenie Żydów, które z pewnością nie przeszkadza handlowi, zwłaszcza handlowi pieniędzmi, lecz nie racjonalnej, wytwórczej ciągłej działalności ze stałym kapitałem. Ponadto także wewnętrzna sytuacja etyczna. Żydzi jako lud pariasów zachowali podwójną moralność, która w każdej wspólnocie jest pierwotna w stosunkach gospodarczych. To, co „między braćmi” odrzucane jest ze wzgardą, dozwolone jest wobec obcych. W stosunku do Żydów etyka żydowska jest w całości bez wątpienia tradycjonalistyczna, a jej punktem wyjścia zachowywanie „źródeł utrzymania”, i jeśli nawet rabini czynili tu pewne koncesje, i to również w odniesieniu do wewnątrz żydowskiego zachowania w interesach, to polegały one na dopuszczaniu pewnej swobody, lecz jej wykorzystywanie przez tych, którzy sobie na to pozwalali, sprawiało, że nie spełniali oni właśnie najwyższych wymagań żydowskiej etyki kupieckiej, i nie „potwierdzali się”. Natomiast domena interesów z obcymi jest w sprawach, które wśród samych Żydów byłyby zakazane, w dużej mierze sferą etycznie indyferentną. Taka jest pierwotna etyka kupiecka wszystkich ludów na całym świecie, ale to, że pozostała ona trwała, jest dla Żyda, dla którego obcy już w starożytności niemal wszędzie był „wrogiem”, po prostu samo przez się zrozumiałe. Wszystkie znane nawoływania rabinów do uczciwości i zaufania właśnie również wobec obcych nie mogły naturalnie zmienić oddziaływania faktu, że prawo zakazywało pobierania procentu od Żydów, od obcych natomiast dopuszczało, a także tego, że stopień wymaganej przez przepisy legalności (na przykład gdy idzie o wykorzystywanie błędów innych) wobec obcego, a więc wroga, był niższy. I żadnego dowodu nie wymaga teza (bo przeciwne zachowanie byłoby po prostu niepojęte), że na stworzoną przez obietnice Jahwe, jak już wiemy, pozycję pariasów, i wynikającą stąd stałą pogardę ze strony obcych, lud ten nie mógł reagować inaczej, jak przez to, że jego moralność kupiecka w stosunkach z obcymi pozostała na stałe inna niż wobec Żydów.
Wzajemne relacje sytuacji katolików, Żydów i purytanów w gospodarczej działalności zarobkowej można zatem podsumować następująco: naprawdę wierzący katolik poruszał się w swej działalności zarobkowej stale w sferze, albo na granicy, zachowania, które już to naruszało papieskie konstytucje i tylko rebus sic stantibus ignorowane było w konfesjonale, a dopuszczane jedynie w swobodnej (probabilistycznej) interpretacji moralności, już to było wprost wątpliwe, już to przynajmniej nie było zachowaniem rzeczywiście podobającym się Bogu. Pobożny Żyd znajdował się przez to nieuchronnie w położeniu, w którym czynił rzeczy, które wśród Żydów były po prostu sprzeczne z prawem lub wątpliwe z punktu widzenia tradycji, albo dopuszczalne jedynie w swobodnej interpretacji, a dozwolone tylko wobec obcych, nigdy jednak nie odznaczające się pozytywną etyczną wartością; jego etyczne zachowanie mogło być uważane jedynie, jako odpowiadające przeciętnemu i formalnie niesprzeczne z prawem, za dozwolone przez Boga i moralnie indyferentne. To właśnie na tym zasadza się to, co było rzeczywiście zgodne z prawdą w twierdzeniach o niższym standardzie legalności Żydów. Fakt, że Bóg zwieńczał jego działalność sukcesem, mógł być wprawdzie oznaką tego, że w tej domenie nie uczynił nic wprost zakazanego, a w innych sferach trzymał się bożych przykazań, nie mógł się on jednak raczej etycznie potwierdzić właśnie w swoiście nowoczesnym ekonomicznym działaniu zarobkowym. A tak było w przypadku pobożnego purytanina, który nie za sprawą swobodnej interpretacji lub podwójnej moralności, czy też dlatego, że czynił coś etycznie indyferentnego, lecz w sferze rzeczywistego obowiązywania etyki zakazanego, ale przeciwnie z najczystszym sumieniem, właśnie przez to, że działając zgodnie z prawem i rzeczowo, obiektywizował w „działalności” racjonalną metodykę swego całego sposobu życia, uprawomocniał się we własnych oczach i w kręgu swej gminy, i to tylko w tej mierze i przez to, że absolutna, nierelatywizowana nieskazitelność jego zachowania była całkowicie oczywista. Żaden rzeczywiście pobożny purytanin – i to jest tu ważne – nie mógłby uznawać pieniędzy zarobionych dzięki lichwie, wykorzystaniu błędu partnera (co u Żydów było dopuszczalne wobec obcych), targowaniu się i szachrowaniu, udziałowi w politycznej czy kolonialnej grabieży, za zysk podobający się Bogu. To stałym cenom, absolutnie rzeczowemu, gardzącemu wszelką żądzą pieniędzy, bezwarunkowo legalnemu zachowaniu w interesach wobec każdego oraz jego potwierdzeniu się w oczach ludzi kwakrzy i baptyści przypisywali to, że właśnie bezbożni kupowali u nich, a nie u sobie podobnych, im, a nie sobie podobnym, powierzali pieniądze na przechowanie czy w kommendę, przez to zaś czynili ich bogatymi, i to te cechy potwierdzały ich przed ich Bogiem. Natomiast żydowskie prawo odnoszące się do obcych, w praktyce: prawo pariasów, pozwalało, mimo wielu zastrzeżeń, na objawianie wobec nie-Żyda właśnie tych zasad, które purytanin odrzucał ze wstrętem jako przejawy żądnego zarobku kramarskiego ducha, które jednak mogły łączyć się u pobożnego Żyda z najskrupulatniejszą uczciwością, ścisłym przestrzeganiem prawa, pełnią możliwej w jego religii zażyłości z Bogiem, z gotową do wszelkich poświęceń miłością do osób związanych z nim w rodzinie i gminie oraz ze współczuciem i łagodnością wobec wszelkich tworów bożych. Żydowska pobożność, właśnie w praktyce życiowej, nigdy nie uważała sfery tego dozwolonego zarabiania, podlegającej prawu odnoszącemu się do obcych, za sferę, w której potwierdza się autentyczność posłuszeństwa wobec bożych przykazań. Pobożny Żyd nigdy nie traktował jako probierza wewnętrznych standardów swej etyki tego, co uważał w niej za dozwolone. Lecz, podobnie jak dla konfucjanisty wszechstronnie zaznajomiony z kwestiami ceremonialnymi i estetycznymi, literacko wykształcony i przez całe swe życie nadal studiujący klasyków gentleman, tak dla Żyda biegły w prawnej kazuistyce, uczony w Piśmie, kosztem swego interesu, który bardzo często przekazywał żonie, stale badający święte pisma i komentarze „intelektualista” stanowił rzeczywisty ideał życia.
Właśnie przeciw temu intelektualistycznemu, wywodzącemu się od uczonych w Piśmie rysowi autentycznego późnego judaizmu buntuje się Jezus. To nie wmawiane mu „proletariackie” instynkty, lecz typ wiary i poziom przestrzegania prawa mieszkańca prowincjonalnego miasta i wiejskiego rzemieślnika, w przeciwieństwie do wirtuozów znajomości prawa, przesądza, pod tym względem, o jego opozycji wobec wyrosłych na gruncie polis Jerozolimy warstw, które, tak jak wszyscy mieszkańcy wielkich miast starożytności, pytały: „Możeż z Nazaretu być co dobrego?”. Właściwy mu typ przestrzegania i znajomości prawa odpowiada przeciętnej rzeczywiście cechującej faktycznie pracującego człowieka, który także w szabat nie może pozostawić swej owcy w dole. Natomiast obligatoryjna dla człowieka naprawdę pobożnego znajomość prawa żydowskiego wykracza daleko, już w rezultacie sposobu wychowywania młodzieży, nie tylko ilościowo, ale i jakościowo poza znajomość Biblii przez purytanów, i można ją przyrównać ewentualnie jedynie do praw rytualnych Hindusów i Persów, tyle że obejmuje ona w o wiele większej mierze, oprócz czystych norm rytualnych i norm tabu, także przykazania moralne. Ekonomiczne zachowanie Żydów poszło po prostu po linii najmniejszego oporu, jaki dopuszczały te normy, a to oznaczało w praktyce, że rozpowszechniona we wszystkich warstwach i narodach, i jedynie mająca odmienne skutki, „dążność do zarabiania” skierowała się ku handlowi z obcymi, a więc „wrogami”. Pobożny Żyd już w czasach Jozjasza, a tym bardziej epoki po niewoli babilońskiej, jest mieszkańcem miasta. Całe prawo dostosowane jest do tej sytuacji. Ponieważ niezbędny był rzezak, ortodoksyjny Żyd nie żył w izolacji, lecz, jeśli to tylko było możliwe, w gminach (także i dziś swoistość ortodoksji wobec Żydów reformowanych na przykład w Ameryce). Rok szabatowy – w obecnym kształcie odnoszących się do niego przepisów z pewnością twór miejskich uczonych w Piśmie epoki pobabilońskiej – tam, gdzie obowiązywał, uniemożliwiał racjonalną intensywną uprawę roli: jeszcze dziś niemieccy rabini chcieli wymusić jego zastosowanie do syjonistycznego osadnictwa w Palestynie, co skazywałoby je na porażkę, a w epoce faryzeuszy „wieśniak” był tożsamy z Żydem drugiej klasy, który nie przestrzega, i nie może przestrzegać, w pełni prawa. Uczestnictwa w biesiadach cechów, i w ogóle wszelkiej wspólnoty stołu z nie-Żydami, zarówno w starożytności, jak i w średniowieczu stanowiącej niezbędną przesłankę zyskania statusu obywatela w danym środowisku, zabraniało prawo. Natomiast wspólny całemu Wschodowi, pierwotnie wywodzący się z wykluczenia córek z dziedziczenia, obyczaj dawania „posagu” sprzyjał (i sprzyja) tendencji do stawania się wraz z ożenkiem sklepikarzem (co oddziałuje po części także dziś w formie słabszej „świadomości klasowej” żydowskich pomocników handlowych). W każdej innej działalności, podobnie jak pobożnego Hindusa, tak i Żyda ogranicza na każdym kroku wzgląd na prawo. Rzeczywiste studiowanie prawa można było pogodzić najłatwiej z pożyczaniem pieniędzy, wiążącym się w stosunkowo małej mierze ze stałą pracą. Skutkiem prawa i intelektualistycznego szkolenia w prawie jest „metodyka życia” Żydów i ich „racjonalizm”. „Człowiek nigdy nie zmienia obyczaju” jest tezą Talmudu. Tylko i wyłącznie w domenie ekonomicznych stosunków z obcymi tradycja pozostawiła etycznie (względnie) nieistotną lukę. Poza tym nigdzie. W całej domenie tego, co istotne w obliczu Boga, rządzi tradycja i jej kazuistyka, a nie racjonalnie samo decydujące o swej, nie wynikającej z jakichś założeń, lecz z „prawa naturalnego”, orientacji, metodyczne działanie celowe. „Racjonalizujące” oddziaływanie lęku przed prawem jest głębokie, ale całkowicie pośrednie. „Czujny” i zawsze przytomny, opanowany i stateczny jest także konfucjanista, purytanin, buddyjski i każdy mnich, arabski szajch, rzymski senator. Lecz powód i sens tego samoopanowania są różne. Czujne opanowanie purytanina wynika z konieczności podporządkowania tego, co stworzone, racjonalnemu porządkowi i metodyce, w interesie pewności własnego zbawienia; konfucjanisty z pogardy wobec gminnej irracjonalności, wychowanego w kulcie przyzwoitości i godności, klasycznie wykształconego człowieka; pobożnego na dawną modłę Żyda z rozmyślań nad prawem, w którym wyszkolił swój intelekt, i z konieczności nieustannego zwracania uwagi na jego ścisłe przestrzeganie. Temu jednak swoiste zabarwienie i oddziaływanie nadawała wiedza pobożnego Żyda, że tylko on i jego lud mają to prawo, z racji którego prześladowani są przez cały świat i obrzucani błotem, że mimo to jest ono wiążące i że pewnego dnia, za sprawą czynu, do którego dojdzie nagle, którego czasu nikt nie zna, i nikt nie może go przyspieszyć, Bóg przekształci hierarchię świata w mesjańskie królestwo dla tych, którzy we wszystkim pozostali wierni prawu. Wiedział on, że już niezliczone pokolenia, wbrew wszelkim drwinom, czekały na to i czekają, a z uczuciem pewnej „nadczujności”, która z tego wynikała, wiązała się konieczność, im dłużej miałoby jeszcze trwać to daremne czekanie, w tym większej mierze, czerpania własnego poczucia godności z tego prawa i jego skrupulatnego przestrzegania, dla niego samego. A w końcu, co niemniej ważne, konieczność, żeby stale mieć się na baczności, i nie dawać upustu swoim uczuciom w obliczu równie potężnych co bezlitosnych wrogów, powiązana z opisanymi już wcześniej następstwami „resentymentu”, jako nieuchronnego elementu: tworzonego przez obietnice Jahwe i zawinione przez to, nie mające sobie równych w dziejach, losy tego ludu. To z tych czynników bierze się w istocie „racjonalizm” Żydów. Lecz nie „asceza”. „Ascetyczne” rysy istnieją w judaizmie, ale nie są niczym kluczowym, lecz stanowią jedynie po części konsekwencje prawa, a po części wynikły ze swoistych problemów żydowskiej pobożności, w każdym razie są równie wtórne jak wszystkie jego autentycznie mistyczne elementy. Nie zamierzamy tu ich jednak omawiać, bo ani kabalistyczne, ani chasydzkie czy inne formy mistyki nie zrodziły typowych motywów praktycznej postawy Żydów wobec gospodarki, mimo że oba te religijne twory ważne są jako symptomy. Powodem „ascetycznego” odwrócenia się od wszystkiego, co artystyczne, jest, oprócz drugiego przykazania, które w rzeczy samej przeszkodziło nadaniu artystycznej formy w swoim czasie znacznie rozwiniętej angelologii, przede wszystkim charakter typowej synagogalnej służby bożej, koncentrującej się jedynie wokół nauki i przykazań (w diasporze na długo przed zniszczeniem kultu świątynnego): już profecja stłumiła właśnie plastyczne elementy kultu, a orgiastyczne i taneczne w rezultacie niemal całkowicie wyrugowała. Rzymianie i purytanie podążyli (choć z całkowicie odmiennych motywów) w efekcie podobną drogą. Rzeźba, malarstwo, dramat nie znajdowały tu zatem normalnych wszędzie religijnych punktów zaczepienia, zaś zanikanie wszelkiej (świeckiej) liryki, a zwłaszcza erotycznej sublimacji seksualności, wobec jeszcze całkiem rubasznego, zmysłowego punktu szczytowego, jakim była Pieśń nad pieśniami, wynikało z naturalizmu etycznego ujęcia tej sfery. Wszystkie te braki tłumaczy to, że milczące, pełne wiary i pytań, oczekiwanie zbawienia z piekła tej egzystencji, wybranego przecież przez Boga narodu, skazane było stale jedynie na prawo i dawne obietnice, i że wobec tego, nawet gdyby tradycja nie przekazała odpowiednich wypowiedzi rabinów, wszelkie swobodne oddawanie się artystycznej i poetyckiej gloryfikacji tego świata, którego cel stworzenia już dla współczesnych późnego państwa machabejskiego czasem był dość problematyczny, musiało wydawać się w rzeczy samej przejawem niezwykłej próżności, odwodzącym od dróg i celów Pana. Ale nie istniało tu właśnie to, co nadaje „wewnątrzświatowej ascezie” jej rozstrzygające piętno: jednolity stosunek do „świata” z punktu widzenia certitudo salutis jako centrum, z którego wywodzi się wszystko. Religijność właściwa pariasom i obietnice Jahwe stanowią także tutaj ostateczną, decydującą podstawę. Charakterystyczne dla wewnątrzświatowej ascezy traktowanie świata – tego teraz, w rezultacie grzechów Izraela, tak opacznego świata, który mógł przywrócić do porządku jedynie swobodny cud Boga, lecz człowiek nie mógł go wymusić, ani go przyspieszyć – jako „zadania” i jako areny religijnego „powołania”, które ten świat, i właśnie również grzechy w nim, podporządkować chce racjonalnym normom objawionej boskiej woli, na chwałę Bożą, i jako oznakę własnego wybrania – to kalwińskie stanowisko było naturalnie z pewnością ostatnim, jakie mogło przyjść na myśl tradycjonalnie pobożnemu Żydowi. Musiał on stawić czoło o wiele trudniejszemu wewnętrznemu losowi niż pewny swego „wybrania” do tamtego świata purytanin. Jednostka musi pogodzić się z faktem, że istniejący świat nie odpowiada obietnicom, dopóki dopuszcza to Bóg, i zadowolić się tym, że Bóg obdarza ją łaską i sukcesem w obcowaniu z wrogami jej ludu, wobec których, jeśli chce spełnić wymagania rabinów, legalnie i trzeźwo licząc, bez upodobania i bez gniewu, postępuje „rzeczowo”, i traktuje ich tak, jak dozwala jej Bóg. Niesłuszne jest twierdzenie, że jedynie zewnętrzne przestrzeganie prawa stanowiło religijny wymóg. Tak wygląda zgodnie z naturą rzeczy przeciętna. Ale postulaty były wyższe. Jednak to pojedyncze działanie porównywane jest i bilansowane właśnie jako pojedyncze z innymi pojedynczymi działaniami. I jeśli nawet ujęcie stosunku do Boga jako rachunku bieżącego (okazjonalnie pojawia się ono także u purytanów) poszczególnych dobrych i złych uczynków z niepewnym saldem nie było oficjalnie dominujące, to mimo wszystko centralna metodyczno-ascetyczna orientacja sposobu życia, charakterystyczna dla purytanizmu, jeśli nawet abstrahować od wspomnianych już powodów, była choćby w rezultacie podwójnej moralności z konieczności o wiele słabsza niż tam. Ponadto i z tej racji, że tutaj w istocie, jak w katolicyzmie, czyn danego prawowiernego stwarza jego własną szansę zbawienia, jeśli nawet łaska Boga (i tu i tam) musi uzupełnić ludzką niedoskonałość – której, dodajmy, wcale nie uznawano (podobnie jak w katolicyzmie) powszechnie. Kościelna łaska instytucjonalna była wykształcona, od wyrugowania dawnej palestyńskiej spowiedzi (teszuba), w o wiele mniejszej mierze niż w katolicyzmie, i ta własna odpowiedzialność i brak pośredników nadawały żydowskiemu sposobowi życia rzeczywiście z konieczności zasadniczo bardziej autometodyczne i systematyczne piętno niż przeciętnemu katolickiemu sposobowi życia. Ale brak swoiście purytańskich, ascetycznych motywów i w zasadzie nie przełamany tradycjonalizm żydowskiej moralności wewnętrznej ograniczał także tutaj tę metodyczność. Pojawiają się tu zatem liczne oddziałujące na podobieństwo ascezy poszczególne motywy, tyle że brak właśnie religijnej jednoczącej więzi głównego ascetycznego motywu. Gdyż najwyższa forma pobożności Żyda sytuuje się po stronie „nastroju”, a nie aktywnego działania: bo i jak mógłby się on w tym opacznym i – co wiedział od czasów Hadriana – nie dającym się przekształcić dzięki ludzkim czynom, wrogim mu świecie uznawać za spełniającego wolę Boga za sprawą jego racjonalnego przeobrażania? Tak może postępować żydowski wolnomyśliciel, lecz nie pobożny Żyd. Dlatego purytanie uprzytamniali sobie zawsze zarówno to wewnętrzne pokrewieństwo, jak i jego granice. Pokrewieństwo to jest, mimo całkowitej odmienności uwarunkowań, jednak zasadniczo takie samo jak już w chrześcijaństwie wyznawców Pawła. Żydzi byli dla purytanów, i dla wczesnych chrześcijan, zawsze wybranym kiedyś przez Boga narodem. Dla wczesnego chrześcijaństwa niesłychanie brzemiennym w następstwa czynem Pawła było, z jednej strony, to, że uczynił świętą księgę żydowską – wtedy jedyną – świętą księgą chrześcijan i przez to zakreślił całkiem wyraźną granicę wszelkiej ekspansji helleńskiego (gnostyckiego) intelektualizmu. Z drugiej strony – za pomocą dialektyki, która mogła być właściwa jedynie rabinowi – wyłamanie się tu i ówdzie właśnie spod tego, co było dla „prawa” swoiste i oddziaływało szczególnie w judaizmie: norm tabu oraz całkiem swoistych, w swoich konsekwencjach tak strasznie mesjańskich obietnic, uzasadniających związanie całej religijnej godności Żydów ze statusem pariasów, które dzięki narodzeniu Chrystusa uznał za po części zniesione, a po części spełnione, z triumfującym i wysoce skutecznym powołaniem się na to, że przecież patriarchowie Izraela przed ustanowieniem owych norm żyli zgodnie z wolą bożą i mimo to, mocą swej wiary, która była rękojmią bożego wybrania, zostali zbawieni. Niesłychane wsparcie, jakie dawała świadomość, że można ujść losowi pariasa, dla Hellenów być tak samo Hellenem, jak dla Żydów Żydem, i to osiągnięta nie na drodze wrogiego wierze oświecenia, lecz w ramach paradoksu samej wiary – to namiętne poczucie wyzwolenia stanowi napędzającą siłę nieporównanej Pawłowej pracy misyjnej. Uwolnił się on rzeczywiście od obietnic Boga, przez którego opuszczony czuł się na krzyżu jego Zbawiciel. Dostatecznie dowiedziona, straszliwa nienawiść właśnie Żydów z diaspory wobec tego jednego człowieka, wahania i zakłopotanie chrześcijańskiej pragminy, próby Jakuba i „apostołów-filarów” skonstruowania, w nawiązaniu do praw samego Jezusa odnoszących się do świeckich, powszechnie wiążącego „etycznego minimum” obowiązującego prawa, w końcu otwarta wrogość Żydów-chrześcijan, stanowiły zjawiska towarzyszące temu rozerwaniu właśnie decydujących, utwierdzających status Żydów jako pariasów więzów. Zniewalająca ludzi radość wykupionego na wolność dzięki krwi Mesjasza spod pozbawionego nadziei „prawa niewolników” emanuje z każdej napisanej przez Pawła linijki. Następstwem była jednak możliwość chrześcijańskiej misji światowej. Zupełnie tak samo purytanie przejęli właśnie nietalmudyczne i także niestarotestamentowe swoiście żydowskie prawo rytualne, lecz pozostałe, poświadczone w Starym Testamencie – wahając się, w jakiej mierze są jeszcze miarodajne – objawy woli Boga, często aż do szczegółów, i połączyli je z nowotestamentowymi normami. Nie pobożni, ortodoksyjni Żydzi, z pewnością jednak zrywający z ortodoksją reformowani Żydzi, jeszcze i dziś na przykład wychowankowie Educational Alliance, a tym bardziej ochrzczeni Żydzi, w rzeczy samej byli wchłaniani właśnie przez ludy purytańskie, szczególnie Amerykanów, wcześniej całkowicie, a mimo wszystko i dziś jeszcze wchłaniani są względnie łatwo, aż do zupełnego zatarcia różnic, podczas gdy w Niemczech pozostali przez wiele pokoleń właśnie „zasymilowanymi Żydami”. Również w tym objawia się faktyczne „pokrewieństwo” purytanizmu i Żydów. Ale właśnie to, co w purytanizmie nieżydowskie, umożliwiło mu zarówno odegranie jego roli w rozwoju zasad gospodarczych, jak i wchłanianie żydowskich prozelitów, co nie udało się religijnie inaczej zorientowanym ludom.” W świetle powyższych analiz wprost na niepoważne wygląda usiłowanie stawiania pytania: czy Żydzi są narodem, czy też nie. Choć przecież tenże Max Weber pisał: „Pytanie, czy powinniśmy określać Żydów jako „naród”, jest stare; odpowiedź na nie byłaby w przeważającej mierze negatywna, a w każdym razie odmienna w przypadku masy rosyjskich Żydów, asymilujących się Żydów zachodnioeuropejskich i amerykańskich, syjonistów, przede wszystkim zaś różniłaby się bardzo znacznie w przypadku ludów, pośród których oni żyją; na przykład Rosjan, z jednej, i Amerykanów, z drugiej strony (przynajmniej tych, którzy dziś jeszcze utrzymują – jak pewien amerykański prezydent w oficjalnym piśmie (Theodor Roosvelt) – że między Amerykanami i Żydami występuje „podobieństwo istoty”).
Wypada jednak z całą jednoznacznością stwierdzić, że Żydzi stanowią wielki naród o wybitnej osobowości historiotwórczej i ogromnej roli w kształtowaniu oblicza świata od co najmniej kilku stuleci. Uznaje to zresztą i Max Weber, gdy jest zmuszony stwierdzić: „Gdziekolwiek pojawiają się Żydzi, są oni nośnikami gospodarki pieniężnej, a zwłaszcza (w epoce rozkwitu średniowiecza włącznie) transakcji pożyczkowych i znacznych sfer handlu. Dla niemieckich biskupów, gdy ci zakładali miasta, byli oni równie niezbędni jak dla polskich szlachciców. Stwierdzonym faktem jest ich pokaźny, często dominujący udział w dostawczych i pożyczkowych interesach nowoczesnych państw na początku czasów nowożytnych, w zakładaniu spółek kolonialnych, w handlu kolonialnym i handlu niewolnikami, w handlu bydłem i „produktami”, przede wszystkim w nowoczesnym giełdowym handlu papierami wartościowymi, a także w przedsięwzięciach emisyjnych. Problemem jednak pozostaje kwestia, w jakim sensie można im przypisywać rozstrzygającą rolę w rozwoju nowoczesnego kapitalizmu. Trzeba tu wziąć po uwagę to, że kapitalizm żyjący z lichwiarskich pożyczek lub z państwa, jego potrzeby dostaw i kredytów, oraz z rabunkowej gospodarki kolonialnej nie jest niczym swoiście nowoczesnym, ale przeciwnie, właśnie tym, co wspólne jest nowoczesnemu kapitalizmowi Zachodu i kapitalizmowi antyku, średniowiecza i nowoczesnego Wschodu. Dla nowoczesnego kapitalizmu natomiast, w porównaniu ze starożytnością (oraz Bliskim i Dalekim Wschodem), charakterystyczna jest kapitalistyczna organizacja przemysłu, a w jej rozwoju nie sposób przypisać Żydom znaczącego wpływu. Zasady pozbawionego skrupułów wielkiego finansisty i spekulanta właściwe są z pewnością już czasom proroków, podobnie jak antyku i średniowiecza. Również decydujące instytucje nowoczesnego handlu, prawne i ekonomiczne formy papierów wartościowych, giełdy, mają romańsko-germańskie źródła, choć Żydzi przyczynili się do dalszego wykształcania się zwłaszcza operacji giełdowych i nadania im ich dzisiejszego znaczenia. I w końcu typowy charakter żydowskiego „ducha” handlowego, o ile w ogóle można odpowiedzialnie mówić o czymś takim, nosi wspólne całemu Wschodowi piętno, po części nawet drobnomieszczańskie znamiona, swoiste dla epoki przedkapitalistycznej. Żydzi dzielą z purytanami – także w ich przypadku całkiem świadome – uprawomocnienie formalnie prawowitego zysku, uznawanego za symptom bożego błogosławieństwa, a w pewnej mierze ideę „zawodu”, która jednak u nich nie jest tak mocno zakorzeniona religijnie jak u purytanów. W rozwoju szczególnej, nowoczesnej etyki „kapitalistycznej” żydowskie „prawo” odegrało może najdonioślejszą rolę przez to, że jego etyka legalności została przejęta przez etykę purytańską i stała się tu elementem nowoczesnej „mieszczańskiej” moralności gospodarczej.
Ta zaś „moralność” umożliwiła im objęcie dominujących pozycji w gospodarce i polityce światowej. Poprzez wpływy ekonomiczne, przez opanowanie prasy i w ogóle sfery informatycznej, w tym wielu kościołów chrześcijańskich, jak też przenikając do elit tradycyjnych i nowoczesnych, Żydzi stanęli mocno na arenie światowej w gronie najpotężniejszych narodów. I to jest według M. Webera tegoż świata dramatem...
W rozważaniach tego niemieckiego socjologa zwraca na siebie uwagę notoryczne podkreślanie rzekomej plebejskości Żydów jako narodu, co przyprawia intelektualistów żydowskich o wściekłość: jak może być plebejskim „naród wybrany” czyli z definicji arystokratyczny! Prawda w tym względzie jest taka, że globalny naród żydowski – a taki niewątpliwie istnieje – jest podzielony na różne klasy społeczne, które uogólniając można nazwać górnymi i dolnymi, szlacheckimi i plebejskimi, posiadającymi i wydziedziczonymi. Żydami bowiem są zarówno kryminalni oligarchowie „rosyjscy” Abramowicz, Gusinskij, Bierezowskij, Deripaska, Wechselberg, Newzlin, czy kryminalny prezydent Ukrainy Poroszenko oraz takiż premier Hrojsman (Grosman), jak też setki tysięcy i miliony mieszkających w tych krajach  rzemieślników, introligatorów, naukowców, bibliotekarzy, nauczycieli, lekarzy, inżynierów, dziennikarzy itd. Wszyscy oni są Żydami, ale jedni z nich są pod jakimś względem plebejuszami, inni zaś – arystokratami. I tak jest w każdym kraju, gdzie mieszkają Żydzi. Dlatego nie wolno twierdzić, że Żydzi są plebejuszami i tylko plebejuszami lub arystokratami i tylko arystokratami. Każde z tych uogólnień będzie błędne pod względem merytorycznym i krzywdzące z moralnego, historycznego i psychologicznego punktu widzenia. Słusznie tedy krytycy żydowscy obruszają się na Maxa Webera za jego niekończące się powtarzanie sloganu o tym, iż Żydzi to „pariasi”. Myli się też niemiecki uczony, gdy bagatelizuje i pomniejsza rolę pierwiastka żydowskiego – również to słusznie mu się ma za złe – w kształtowaniu się nowożytnej gospodarki kapitalistycznej, sensu stricte z ducha bazującej na żydowskim i – szerzej – plebejskim kulcie złotego cielca. Nie wypada pomniejszać tak istotnych spraw.
 ***
          Niemało uwagi „kwestii żydowskiej” i jej ostatecznemu rozwiązaniu przez fizyczną likwidację „narodu wybranego” poświęcił Adolf Hitler, twórca i przywódca państwa nazistowskiego w okresie 1933 - 1945. Żydów A. Hitler określał jako „odwieczną grzybicę ludzkości” – „ewiger Spaltpilz der Menschheit”.  Uważał, że cały powszechny ruch socjaldemokratyczny (komunistyczny)  został zorganizowany przez Żydów, aby naszczuć ciemne, głupie, zmaterializowane i prymitywne masy różnych narodów przeciwko ich własnym elitom, co szczególnie klarownie uwypukliło się w przypadku marksizmu, za którego rzekomo wolnościową frazeologią miała się kryć „wykrzywiona w podłym uśmiechu żydowska gęba”...
Żydowskie nauki marksizmu odrzucają arystokratyczną zasadę natury i w miejsce odwiecznego przywileju mocy i siły [tego co osobowe] wprowadzają masę liczby i jej martwy ciężar. One negują w człowieku wartość osoby, podważają znaczenie narodowości i rasy, a przez to zabierają ludzkości podstawy jej trwania i jej kultury. W razie zwycięstwa one by prowadziły do kresu wszelkiego możliwego do pomyślenia porządku w uniwersum. I tak jak w tym największym dającym się rozpoznać organizmie tylko chaos byłby skutkiem zastosowania tych praw, tak na kuli ziemskiej dla mieszkańców tej gwiazdy byłby ich własny upadek.
Jeśli Żyd odniesie zwycięstwo nad narodami świata, ukoronowaniem tegoż świata stanie się taniec śmierci ludzkości, a nasza planeta ponownie będzie bez ludzi mknęła przez miliony lat w eterze. Wieczna przyroda mści się bezwzględnie za wykraczanie przeciwko jej przykazaniom.
Jestem więc przekonany, że dziś działam zgodnie z zamiarami Stwórcy: podczas gdy bronię się przed Żydem, walczę o dzieło Pana.
Demokracja dzisiejszego Zachodu jest przewodnikiem marksizmu, który bez niej byłby wręcz nie do pomyślenia. Ona stanowi podłoże odżywcze dla tej dżumy powszechnej, na którym dopiero ta zaraza może się rozpowszechniać. W jej krańcowej formie wyrazu, w parlamentaryzmie, wytworzyła ona dodatkowo zwyrodniały płód złożony z łajna”...
Die Majorität kann auch hier den Mann niemals ersetzen. Sie ist nicht nur immer eine Vertreterin der Dummheit, sondern auch der Feigheit. Und so wenig hundert Hohlköpfe einen Weisen ergeben, so wenig kommt aus hundert Feiglingen ein heldenhafter Entschluss... Zum ersten gibt es in einer Nation nur alle heiligen Zeiten einmal einen wirklichen Staatsmann und nicht gleich an die hundert und mehr auf einmal; und zum zweiten ist die Abneigung der Masse gegen jedes überragende Genie eine geradezu instinktive. Eher geht auch ein Kamel durch ein Nadelöhr, ehe ein grosser Mensch durch eine Wahl “entdeckt” wird.
Was wirklich über das Normalmas des breiten Durchschnitts hinausragt, pflegt sich  in der Weltgeschichte meistens persönlich anzumelden.
Żydowskiej demokracji masowej, jako chybionemu i choremu ustrojowi politycznemu, kiedy to głupie, nieprzygotowane pod względem merytorycznym (a więc łatwo dające się poprzez prasę manipulować Żydom) masy decydują w referendach o wszystkim, A. Hitler przeciwstawia koncepcję „demokracji germańskiej”, kiedy to ludność kraju w wolnych wyborach wybiera sobie najlepszego z możliwych wodza, który następnie rządzi jednoosobowo i ponosi absolutną odpowiedzialność za wszystkie podejmowane osobiście decyzje, nie chowając się za wyniki badań socjologicznych i za zasadę „demokratycznego” kierownictwa zespołowego.
W książce „Mein Kampf” A. Hitler twierdził, że cały przynoszący ogromne profity handel „żywym towarem”, zorganizowana na skalę globalną masowa prostytucja, sieć domów publicznych są dziełem przedsiębiorców wyłącznie  żydowskich,   którzy z ukrycia kontrolują, organizują i rozwijają ten nieludzki proceder. A. Hitler był przekonany, że, jak pisał w   Mein Kampf”, „nie ma żadnego draństwa, żadnego bezwstydu w jakiejkolwiek formie, przede wszystkim w życiu kulturalnym, w którym by nie brał udziału przynajmniej jeden Żyd. Wystarczy ostrożnie choćby tylko nadciąć taki guz, a zaraz w gnijącym mięsie znajdowało wijących się jak robaki w świetle dnia żydków”... Wszelkie fałszywe dzieła sztuki, każda profanacja, wszystkie brudy moralne miałyby być robione lub inspirowane właśnie przez Żydów, choć jako wykonawcy podłej roboty mogli być angażowani także szabesgoje.
Co jednak najbardziej zaskakiwało Hitlera w Żydach, to ich -  jak  pisał  -  rozkładowy, agresywny, destruktywny duch, skierowujący się także z niezwykłą zaciekłością również przeciwko ich własnej, żydowskiej tradycji i narodowości. Pisząc o wiedeńskim okresie swego życia A. Hitler zaznaczał: „Was aber unverständlich bleiben musste, war der grenzenlose Hass, mit dem sie ihr eigenes Volkstum belegten, die Grösse desselben schmähten, seine Geschichte verunreinigten und grosse Männer in die Gosse zogen.
Dieser Kampf gegen die eigene Art, das eigene Nest, die eigene Heimat war ebenso sinnlos wie unbegreiflich. Das war unnatürlich”...  A. Hitler dzielił wszystkie rasy i narody na trzy podstawowe klasy: tworzące kulturę, zachowujące kulturę oraz niszczące kulturę. Żydów jednoznacznie i definitywnie wpisywał do klasy trzeciej i uważał, że powinno się przeprowadzić ich całkowitą eksterminację, aby nie mogli w przyszłości zatruwać   krwi i duszy ras szlachetniejszych. Najbliższy współpracownik Führera,  Heinrich Himmler,  uważał, że jakakolwiek reedukacja Żydów jest niepodobieństwem, ponieważ nie da się zmienić wrodzonych, genetycznie zdeterminowanych cech rasowych. Stąd pomysł i potworna sieć obozów śmierci, zorganizowanych przez niego już na początku istnienia Trzeciej Rzeszy, w których miano unicestwiać „das Luzifergesind”, jak nazywał Żydów doktor Otto Rahn.
W „Mein Kampf” czytamy, że jednym z najperfidniejszych wynalazków żydowskich, służących do wyzysku i okradania uczciwej ludności aryjskiej są tzw. „spółki z ograniczoną odpowiedzialnością”: „Gesellschaften mit begrenzter Haftung”. Ten wynalazek ponoć pozwalał Żydom na bezkarne wyłudzanie pieniędzy od milionów rzetelnie pracujących ludzi i następne ogłaszanie upadku firmy bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji za te ciężkie przestępstwa. Toteż pierwsze, co A. Hitler zamierzał uczynić w razie przejęcia władzy, to właśnie zlikwidować przepisy zezwalające na zakładanie „sp. z o.o.”,  a  drugie  -  odebrać  im  lichwiarskie  banki.  W walce z Żydami Hitler zalecał odrzucenie względów na humanitaryzm. „Humanität ist Ausdruck einer Mischung von Dummheit und Feigheit; im ewigen Kampfe ist die Menschheit  gross  geworden – im ewigen Frieden geht sie zu Grunde”. – „Humanitaryzm jest wyrazem mieszaniny głupoty i tchórzostwa; w odwiecznej walce ludzkość osiągnęła swą wielkość, w wiecznym pokoju znajdzie własny upadek.
I dalej: „Was der Güte verweigert wird, hat eben die Faust sich zu nehmen”. - „To, czego się odmawia dobrotliwości, ma sobie zabrać pięść”.
I wreszcie: „Wer nicht bereit oder nicht fähig ist, für sein Dasein zu streiten, dem hat die ewig gerechte Vorschung schon das Ende bestimmt; die Welt ist nicht da für feige Völker.
Zepsuciu i zgniliźnie moralnej Żydów Führer przeciwstawiał zdrowie i siłę ducha Niemców, szczególnie chłopów niemieckich. „Der gesunde Bauernzustand ist das Fundament der gesamten Nation”. – „Zdrowy stan rolniczy stanowi fundament narodu jako całości”...  Ten  styl  myślenia  okazał  się  katastrofalny  nie  tylko  dla  Żydów  i  Niemców  (pierwsi  zresztą  zwyciężyli  drugich),  lecz  i  dla  całej  ludzkości  wpędzonej  w  drugą  wojnę  światową. 
Żydzi odwzajemniali się Niemcom tą samą monetą. Rabin Moshe Diamont o Trzeciej Rzeszy pisał: „Morderstwo stało się powszednim zajęciem Niemców. Znaczna część ludności Niemiec była zajęta planowaniem, budowaniem i obsługiwaniem obozów zagłady”… Menachem Begin do tego dodawał: „Z żydowskich kości Niemcy produkowali mąkę i sprzedawali ją w sklepach. Z trupów wyrabiali mydło i posyłali jako prezenty swym żonom. Włosami żydowskich kobiet i dziewczyn wypełniali materace. Sześć milionów Żydów przekształciło się w popiół, mąkę i mydło”… Ilia Erenburg zaś w 1942 roku w następujący sposób zagrzewał sowieckich żołnierzy do walki: „Przekonać Niemca nie sposób, lecz pogrzebać go można i trzeba. Im więcej Niemców zabije każdy radziecki żołnierz, tym szybciej skończy się wojna. Zabij Niemca, aby Niemiec nie zabił ciebie! Jest ich jeszcze wielu, ale koniec już widać: wytępmy wszystkich! Niemcy mówili, że są narodem bez przestrzeni. Dajmy każdemu frycowi po dwa metry pod ziemią. Przeklęty kraj!... Niemcy będą przestrzenią bez narodu”…
 ***
            Alfred Rosenberg w książce „Die Spur des Juden im Wandel der Zeiten” twierdził, że „Talmud” różnie nazywa nie-Żyda: goj, nokri, akum, ale zawsze uważa go nie za człowieka, lecz za człekokształtne zwierzę, które powinno się wykorzystywać, rabować, grabić, okradać z własności, odzierać ze skóry, zabijać, bezlitośnie wyzyskiwać. Prawo hazuka szczegółowo przewiduje aż 45 sposobów zniewalania i wyzyskiwania nie-Żydów przez tę „rasę wyższą”, za jaką się w szowinistycznym zaślepieniu uważają. Żydowscy intelektualiści ponoć są niejako zawodowymi szydercami i odbrązowiaczami, ochlapują błotem wszelkie pomniki i symbole narodowe, obalają  świętości,  mity i tradycje, ale – tylko gojskie,  nie  własne. Przy swoich natomiast nie tylko trwają niewzruszenie, ale i nikomu nie dozwalają nawet je tknąć.
       Głęboka pogarda i wrogość do rasy żydowskiej bije z tekstów wielu niemieckich uczonych, medyków, antropologów, archeologów, historyków, filozofów, socjologów, takich choćby jak Ludwig Woltmann, Otto Georg Ammon, Bruno Begger, Otto Rahn, August Hirt, Lanz von Liebensfels, Otto Freiherr von Verschuer, Ernst Ruedin, Fritz Lenz, Wilhelm Frick, Rudolf Hippius, Carl Schneider, Guido von List, Herbert Lange, Dieter Eckart, Eugen Fischer, Elizabeth Ebertin, Herrmann Wirt. Wszyscy oni nazywali Żydów „rasą szatańską”, dogłębnie zdegenerowaną i chorą, samą swą obecnością zatruwającą normalne życie ludzkości. Uważali też „Pięcioksiąg Mojżeszowy” za księgę wszelakiego plugastwa i zepsucia, która to interpretacja odżywa obecnie w wielu publikacjach, jak m.in. w książce Maana Khamisa „Chojen by Satan. The Old Testament” (wyd. 2018): „Followers of the Old Testament are guided by error. The Old Testament and his conspirators are the epitomal of evil. Humanity will not reach enlightenment until all copies of the Old Testament are removed and thrown into a pit of fire where they will feel at home. The Old Testament should be displayed in mass serial killers section in all public libraries. It is the time for us to receive overdue apologies from the Jews”…
Teoretycy narodowego socjalizmu, którzy często z dumą nazywali siebie chrześcijanami, uważali jednocześnie, że kościół katolicki stanowi żydowską sektę satanistyczną, kierowaną przez judaistyczny sanhedrin. Podobnie jak niektórzy biskupi prawosławni uważali papieża za wcielonego szatana. [Zresztą w jakimś sensie biskupi i kardynałowie w rodzaju  Muszyńskiego, Dziwisza, Pieronka, Macharskiego, Polaka i wielu wielu innych hierarchów kościoła w Polsce  niechcący to w 2008 roku potwierdził, mówiąc, że religia wyznawana w tym kraju to nie jakieś tam bliżej nie określone chrześcijaństwo, lecz „żydokatolicyzm”; a Jan Paweł II wynosił do godności biskupiej w Polsce wyłącznie kapłanów żydowskiego pochodzenia, swe zaś wizyty w różnych krajach zawsze zaczynał od spotkania z lokalną społecznościa żydowską, a nie z odnośnymi głowami państw!].
W lutym 1933 roku Niemcy wprowadzili w życie ustawę o zakazie męczenia zwierząt i znieśli w ten sposób barbarzyński ubój rytualny. Ustawa o uporządkowaniu składu narodowościowego aparatu zarządzającego z 11 kwietnia 1933 roku nakazywała wyeliminowanie nie-Aryjczyków ze wszystkich struktur władzy. Ustawa o redagowaniu gazet z 4 listopada 1933 zakazywała pracy w mediach zarówno Żydom, jak i osobom mającym żydowskiego małżonka. Kraj podźwignął się z rozkładu, bezrobocie i nędza gwałtownie się skurczyły, podobnie jak liczba domów publicznych, przestępstw pospolitych i chorób wenerycznych. 15 września 1935 uchwalono słynne Ustawy Norymberskie  O obywatelstwie Rzeszy” oraz „O ochronie niemieckiej krwi i niemieckiej czystości” . W ten sposób Niemcy zostali najbardziej konsekwentnymi wyznawcami rasistowskiego ducha hebrajskiego „Pięcioksięgu” i „Talmudu”. Warto jednak  dodać, że Ustawy Norymberskie pod wieloma względami były wzorowane na ustawodawstwie USA z roku 1896, na mocy którego m.in. Biali i Murzyni musieli zamieszkiwać różne dzielnice miast. Aż do 1948 roku oddziały wojskowe Stanów Zjednoczonych kształtowano na zasadzie segregacji rasowej; po wojnie amerykańscy Murzyni żenili się dość często z białymi Europejkami, lecz po powrocie np. do Chicago mąż i żona musieli mieszkać osobno.
Według prawa hitlerowskiego nie-Aryjczykiem był każdy, kto miał dziadka lub babkę żydowską, a wszyscy zostali zobowiązani do posiadania udokumentowanej wiedzy o swym pochodzeniu o sześć pokoleń wstecz (do roku 1800), osoby zaś pretendujące do wojsk SS i wysokich urzędów – do roku 1750. Za Żydów zaś uznano osoby wyznające judaizm lub wciągnięte na listę lokalnej gminy żydowskiej, czyli że nawet czystej krwi Żyd, o ile nie wyznawał judaizmu i formalnie nie należał do wspólnoty żydowskiej, nie był już traktowany jako Żyd. Co prawda, mierzono proporcje czaszki, kształt uszu i penisa, lecz nie zawsze. Na mocy Ustaw Norymberskich z dnia na dzień 550 tysięcy niemieckich Żydów okazało się jakby poza prawem (vogelfrei), musiało zamieszkać osobno od Niemców, utraciło prawo do prestiżowych i dobrze płatnych posad, do niektórych form własności i poszczególnych zawodów oraz musiało nosić na ubraniu pomarańczowe gwiazdy Dawida. Jednocześnie  ponad pół miliona zeświecczonych Żydów etnicznych zostało takimiż pełnoprawnymi obywatelami Trzeciej Rzeszy, jak Aryjczycy; w szeregach Wehrmachtu znalazło się 150 tysięcy pół-Żydów i ćwierć-Żydów, a wśród nich było: 2 marszałków polnych, 5 generałów broni, 8 generał-lejtnantów, 5 generał-majorów, 23 pułkowników. Nie wiemy, czy szczerze i skutecznie walczyli o swą ojczyznę, czy po cichu sabotowali jej cele, ale wiemy, że wielu dostało za zasługi bojowe prestiżowe wyróżnienia, ordery i medale.
Jednocześnie Żydów „cudzych” seryjnie likwidowano w obozach zagłady i na terenach okupowanych. Co do liczby ofiar terroru hitlerowskiego nie ma dziś w świecie nauki jednomyślności. Kurt Herstein, esesman wzięty do niewoli we Francji, w styczniu 1945 roku twierdził, że Niemcy wymordowali nie mniej niż 40 milionów Żydów, w kwietniu obniżył tę liczbę do 25 milionów, a w maju tegoż roku – do sześciu milionów ofiar. Potem zakomunikowano, że świadek powiesił się w więzieniu rzekomo nie mogąc znieść wyrzutów sumienia, a na Procesie Norymberskim właśnie ową ostatnią liczbę wzięto za podstawę, choć nie bazowała ona na żadnych źródłach dokumentalnych, a powieszony Niemiec mógł liczbę jeszcze raz obniżyć. Oficjalne statystyki niemieckie (nie przeznaczone do publikacji) w 1944 roku odnotowywały, że na terenach zajętych przez Wehrmacht w sumie mieszkało 5,5 milionów  Żydów, z których zlikwidowano tylko część. Żydowski Światowy Ośrodek Dokumentacji podaje, że liczba ofiar sięgała 4,5 milionów Żydów. Żydowski badacz Reitlinger nazywa liczbę 2,79 mln; Jehuda Bauer – 1,6 mln; profesor Rassinier -  1,2 mln; profesor Hilberg – 897 tysięcy; Herald Rightling – 800 tysięcy, a neutralny Szwajcarski Czerwony Krzyż  oficjalnie podał, że między 1939 a 1945 zginęło nie więcej niż 300 tysięcy Żydów europejskich. To samo stwierdził niedawno niemiecki uczony Sündel i dostał wyrok wieloletniego więzienia „za negowanie holocaustu”. Prawnik francuski Rassinier w książce „Dramat Żydów europejskich” napisał wprost: „Mit o sześciu milionach ofiar żydowskich to po prostu metoda, z której pomocą Izrael dostaje od Niemiec od 1953 roku olbrzymie reparacje, które idą w setki miliardów dolarów.”  Aby ukrócić jakiekolwiek dywagacje i dyskusje, a nawet badania naukowe tego tematu lobby syjonistyczne w wielu krajach narzuciło  przepisy prawne, na których mocy sama wymiana zdań  w tej kwestii jest interpretowana jako przejaw antysemityzmu i „negowanie holocaustu” i na mocy prawa jest karana wieloletnim więzieniem. 
***
         Ulubioną ideą niemieckiego antysemityzmu jest przekonanie o nietwórczym, naśladowczym, tylko improwizacyjnym charakterze talentu żydowskiego.
Pośrednim wyrazem antysemityzmu może być – niepodważalna skądinąd z naukowego punktu widzenia – teza o tym, że to wcale nie Żydzi byli odkrywcami i pierwszymi nosicielami monoteizmu, lecz Egipcjanie, których reprezentanci „narodu wybranego” także pod tym względem „złupili”.  Badacz niemiecki Michael Dienstbier pisał np. na łamach tygodnika „Der Spiegel” (nr 52, 2006), że monoteizm wcale nie został przez Żydów wynaleziony, lecz że przejęli oni tę naukę z Egiptu, w którym wprowadził ją genialny faraon Echnaton. Tenże autor, zresztą świadomy i konsekwentny ateista, pisze: „Alle Gottheiten sind von Menschen gemachte Konstrukte, die der Identitätsstiftung dienen und die somit alle gleich wahr oder besser:  gleich falsch sind.

 ***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz