poniedziałek, 4 marca 2019

dr Jan Ciechanowicz - Zdobywcy Azji (Mikołaj Przewalski) cz. 1


Dysponujemy potężnym dziedzictwem ludzi, którzy włożyli ogromny wkład  w rozwój innych krajów, jednocześnie rozsławiając nasz kraj.

JAN  CIECHANOWICZ








Zdobywca Azji

(Mikołaj Przewalski)





















WROCŁAW  2017









Wydanie  trzecie

Wydanie pierwsze:  Mołodeczno  2001

Wydanie drugie:  Warszawa 2016

Copyright  by  Jan  Ciechanowicz






Spis treści


Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . . . .

Rozdział I. Dzieje rodu Przewalskich na tle historycznym . . . . . . . . . . . . .. . . . .   
1. Skąd się wywodzili? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. .     
2.Pokrewieństwa i powinowactwa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ..  
3. Z ziemi polskiej do Rosji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. .

Rozdział II.
.Zwycięzca Azji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
1. Jeden z największych . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   . . .        
2. Dzieciństwo, młodość – rzeźbienie charakteru . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
3. Pierwsza wyprawa – do Kraju Ussuryjskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . .
4. Druga wyprawa – do Mongolii i Chin . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . .
5. Trzecia wyprawa – do Lobnooru i Dżungarii . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . .
6. Czwarta wyprawa – do Tybetu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . .
7. Piąta wyprawa – znów do Tybetu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . .
8. Szósta wyprawa, nieukończona . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . .

Rozdział III. Próba rekonstrukcji psychologicznej . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . .
1. Przesłanki metodologiczne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . .
2. Cechy charakteru . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . .
3. Psychologiczne składniki transgresji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . .
Zakończenie. Wielkość w dobie małości . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . .
Bibliografia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . .


Od AUTORA




***

Autor czuje się zobowiązany do poinformowania czytelników niniejszej książki, że przedtem nieduże szkice, poświęcone Mikołajowi Przewalskiemu, zostały przez niego opublikowane w następujących wydaniach:
1. „Białe plamy” w stosunkach polsko-rosyjskich i polsko-radzieckich, „Razem” (San Francisco) nr 1, 1990.
2. O wkładzie Polaków do rozwoju kultury rosyjskiej, „Magazyn Wileński”, nr 23, 1990.
3. Polaki w rossijskoj kulturie (w języku rosyjskim), „Jedinstwo” (Wilno), nr 18, 1990.
4. Polacy w kulturze rosyjskiej, „Ojczyzna” (Wilno), 3 kwietnia 1991.
5. Mikołaj Przewalski, „Magazyn Wileński”, nr 22, 1994.
6. „W bezkresach Eurazji” (Rzeszów 1997, s. 271-284).
                                                                     ***


                                   wstęp



Zalążek etniczny przyszłego Państwa Rosyjskiego stanowili lechiccy Wiatyczowie i Radymiczowie, którzy około VII wieku przyszli znad Wisły nad wielką rzekę, której nadali miano: Moskwa, jakże podobnie brzmiące do nazwy rzeki Moskiew w środkowo-wschodniej Polsce. Długi szereg nazw geograficznych w Rosji, Bośni, Serbii, Słowenii, Chorwacji, Czarnogórze, Białorusi, Ukrainie ma identyczny kształt, bowiem przodkowie ludności wszystkich tych państw to – „emigranci” znad polskich nabrzeży Wisły, którzy zostawili z nieznanych powodów około V-VIII wieku ojczystą krainę i zasiedlili obszerne tereny na wschód od Bugu i Bałkany.
Profesor Oleg Trubaczew, członek-korespondent Akademii Nauk Rosji, pisze: „Pierwotny nasz latopis, opowiadający o genealogii Radymiczów od niejakiego Radyma, zasługuje na zaufanie. W tym osobistym imieniu byłego przywódcy nie sposób nie zauważyć krótkiej formy pierwotnego pełnego imienia dwuczłonowego „Radimir-Radomir” z przypuszczalnym statusem książęcym... To było rzeczywiście plemię lackie (lechickie). Warto dać posłuch słowom dawnego naszego historyka Tatiszczewa, który o Radymiczach pisze dosłownie co następuje: „Radymicze. Ich gród Radom do dnieś w Małoj Polsze w Wojewodstwie Sandomierskom znany. Lecz tych Radymiczów część przeprowadzono do Dniepru”...
Wiatyczowie zaś, jak się przypuszcza, przyszli w VIII wieku nad górną Okę, na ziemie, gdzie już mieszkali Bałtowie. Mimo to zachowali swe słowiańskie oblicze. Znalazło to wyraz m.in. i w tym, że właśnie (przeważnie) na terenach nad Oką „lackie” plemię Wiatyczów reprodukowało fragmenty krajobrazu toponimicznego swej dalekiej lechickiej ojczyzny. Już w przeszłości badacze odkryli na wiatycko-radymickich terenach odpowiedniki rdzennych nazw polskich, przeważnie z Mazowsza i Ziemi Chełmskiej. Nazwy te mają charakter dość dawnych form słowiańskich i ich wkład do toponimiki rosyjskiej, trzeba to przyznać, jest nader istotny, ponieważ wśród nich jest i nazwa stolicy Rosji (a przede wszystkim – rzeki Moskwy; por. archaiczne „Moskiew” na Mazowszu). (O. Trubaczow, „Gdzie była Wielikaja Ruś?”, w: „Sławianskij Wiestnik”, Nr 1, wrzesień 1990). Starożytne podania o braterstwie dawnych Słowian nie są bezpodstawne.
Podanie „O Lechu, Czechu i Rusie” – pisze naukowiec rosyjski W. Obolewicz w swej „Historii literatury polskiej” (Leningrad 1983) – opowiada o kształtowaniu się i osiedlaniu plemion polskich. W nim się mówi, że w mrocznej gęstwinie leśnej żyło w jednej chacie trzech młodych silnych braci – Lech, Czech i Rus. Wyszli oni pewnego dnia na rozstaje trzech dróg i, szukając szczęścia, udali się w trzy różne strony. Rus skierował kroki na wschód, Czech – na zachód, a Lech zagłębił się w ziemie polskie. I oto Lech wychodząc na skraj lasu zobaczył na drzewie wyniosłym gniazdo orła białego.  „Zagnieździmy się tu!” – zawołał. Dlatego początkowo osada, a potem miasto, które tu powstało, otrzymało miano „Gniez(d)no”, a na herbie lechickim widnieje orzeł biały. Miasto Gniezno, założone przez Lecha około roku 550 odegrało później rolę jednego z najważniejszych ośrodków konsolidacji ziem polskich.
W legendzie „O Popielu i Piaście” – również nasyconej realiami historycznymi – mówi się o tym, jak najsilniejsze plemię staropolskie obiera na przywódcę niejakiego Leszka, który zostaje później księciem i łączy kilka pokrewnych plemion w silny związek państwowy. Jego syn (także Leszek) jeszcze bardziej zwiększa ten stan posiadania, a przed śmiercią dzieli swe ziemie między 21 synów, jeden z których ma na imię Popiel. Żaden z nich nie kontynuuje jednak dzieła dziada i ojca. A to dlatego, że wszyscy zostają podstępnie sproszeni na ucztę i otruci przez jednego ze swych bratanków – Popiela II. Potruwszy stryjów wrzucił żądny władzy ich trupy do jeziora Gopła, aby i śladu po nich nie pozostało. Lecz w zwłokach tych roić się zaczęły potworne ilości myszy, które ostatecznie zagryzły Popiela w jego zamku. Wówczas obrano na księcia niejakiego Ziemowita, syna zwykłego chłopa, bartnika Piastowego.
Pomijając barwne szczegóły, które bodaj są najmniej wiarygodne, ale też najmniej ważne, legendy te odzwierciedlają niewątpliwie wielowiekową walkę o władzę między poróżnionymi plemionami polskimi w okresie przedchrześcijańskim. Walka ta zakończona została przejściem władzy od Popielidów do Piastów, którzy stanęli, chyba już w IX wieku, na czele zjednoczonego i silnego państwa.
Pierwszym polskim księciem, którego imię znane jest nie tylko z podań ustnych, ale też ze źródeł pisanych, był Mieszko I z dynastii piastowskiej (rządził w latach 960-992). Od samego początku Polska Mieszka I występuje jako państwo silne i rządne, odgrywające istotną rolę w polityce europejskiej, niewątpliwie mające za sobą długą, co najmniej kilkowiekową tradycję. Duże kwitnące miasta polskie, jak Gniezno, Poznań, Kraków, Gdańsk, Szczecin, Kraków, Kołobrzeg i inne, znane są z bardzo wczesnych kronik niemieckich, ruskich, węgierskich. A takie miasta nie powstają przecież na zawołanie.
Ruś przyjęła chrzest znacznie wcześniej niż Polska, w roku 834. Stanowiło to tutaj, jak i wszędzie, dużą zmianę kulturową i cywilizacyjną. Jak pisze profesor D. Lichaczow („Nowyj Mir”, nr 6, 1988, s. 249), pogaństwo ruskie przedstawiało sobą dość chaotyczny zbiór rozmaitych wierzeń, kultów, lecz nie naukę... „Przyjęcie zaś chrześcijaństwa oderwało Ruś od mahometańskiej i pogańskiej Azji, zbliżając ją z chrześcijańską Europą”.
I choć krzyż został przyjęty do Rusi ze Wschodu, od greckiego Bizancjum, nie doprowadziło to do zaniku rasowego pierwiastka lechickiego, tkwiącego u podstaw narodowości „ruskich”. Była przecież Polska przysłowiową „matką” prawie wszystkich plemion i ludów słowiańskich, w tym też Rusi, choć na temat tej ostatniej nadal prowadzi się dyskusje i istnieje dość zasadnicza różnica zdań. Jeden z polskich autorów wywodził (raczej niefortunnie): „Dość rozpowszechnionym jest popularne mniemanie, że Wielkorosjanin ma w sobie dużo krwi mongolskiej; mniemanie to jest jednak o tyle błędnym, że zewnętrzne cechy typu rosyjskiego, tak często spotykane: szerokie kości policzkowe, włos prosty itp., mają swoje źródło w fakcie, że Rosjanin jest mieszańcem Słowianina z tubylcami dzisiejszej Wielkorosji, z plemionami turańskimi, rasowo leżącymi pomiędzy Aryjczykami a Mongołami, ale bliżej tych ostatnich – plemionami znanymi także pod nazwą uraloałtajskich.
Przy kolosalnym rozroście państwa rosyjskiego w ostatnich paru wiekach przybyło niewątpliwie i wsiąkło w naród wielkorosyjski bardzo dużo przeróżnych elementów, ale główne jego podłoże stanowi do dzisiaj amalgamat turańsko-słowiański z silną przewagą krwi turańskiej, a językowymi cechami prawie wyłącznie słowiańskimi. Z punktu widzenia sposobu zmieszania jest w amalgamacie wielkorosyjskim bardzo dużo podobieństwa z dzisiejszymi Niemcami; jak ci bowiem, tak i tamci zdołali stosunkowo nieliczną kolonizacją, nielicznym przenikaniem narzucić tubylczemu narodowi swój język, zmieniając go do niepoznania. U Niemców ofiarą padły narody lechickie, a w Centralnej Rosji ludy turańskie.
Tak więc Rosjanin to tylko językowo całkowity Słowianin, rasowo zaś musi być w nim bardzo mało duszy słowiańskiej, co zresztą nawet bez ścisłej analizy jest widocznym na każdym niemal kroku. Że jednak język jest tak ważną cechą, iż podług niego niemal zawsze segreguje się dzisiaj narody, więc musimy Rosję traktować jako naród słowiański, starając się jedynie dopatrzeć różnic i dobrze go zanalizować.
Ruś naddnieprzańska, położona na kresach Słowiańszczyzny, nie napotykała od wschodu na żaden dojrzały i mocny naród; kolonizacja więc i rusyfikacja krajów nadwołżańskich szła niezmiernie łatwo i ona sama, być może, nie byłaby w stanie bardzo gruntownie zmienić duszy słowiańskiej, szczepionej na spokojnym pniu turańskim; dusza jednak ruska podpadała jednocześnie pod dwa wpływy pierwszorzędnej natury jeszcze w zaraniu swojego formowania (nie tyle rasowe, ile duchowe) – pod wpływ ducha bizantyjskiego przez przyjęcie stamtąd chrystianizmu i, w dwa wieki później, pod wpływ polityczny mongolsko-tatarski, który jej narzucił te pojęcia, jakie propagował islam, i te formy i sposoby rządzenia, jakie islamowi były właściwe. [Niestety, Mongołowie nie byli wyznawcami islamu. – J. C.].
Nic też dziwnego, że po wyrwaniu się spod jarzma tatarskiego już Carstwo Moskiewskie miało wszystkie cechy państwa wschodniego, bardzo mało mającego wspólności z postacią ducha Europy środkowej i zachodniej. Bezwzględny despotyzm zapewniał temu państwu pewną siłę, a bezpieczne położenie od wschodu po upadku tatarszczyzny siły tej pozwalało używać na ujarzmienie bardzo słabych ludów, popychających duszę rosyjską w kierunku megalomanii, w kierunku przekonania o swej potędze i mocy. Zaczęły się nieustanne podboje słabych sąsiednich ludów i wyrabiała się coraz większa drapieżność, a niedojrzała jeszcze dusza rosyjska znieprawiała się coraz więcej i więcej. I już w XVII wieku stan był taki, że gdy w środkowej Europie silnie ugruntował się zaborczy naród niemiecki, (...) – to na jej wschodzie coraz silniej zarysowywały się kontury innego zaborczego narodu, zarysowały się złe instynkty i pożądania tworzącej się na podstawie despotyzmu i fanatyzmu bizantyjskiego duszy rosyjskiej.” (St. Majewski, „Duch wśród materii”, s. 230-231).
Istnieją i inne ujęcia tego zagadnienia. „Moskwicini są mieszaniną Scytów i Tatarów”, pisał w 1581 roku wysłannik Stolicy Apostolskiej do Moskwy Antonio Possevino („Moscovia”, Warszawa 1988, s. 26).
Według profesora Lwa Gumilewa (patrz jego: „Geografia etnosu w okresie historycznym”, s. 245) staroruski etnos wytworzył się na skutek zlania się scytyjskiego plemienia Skolotów z Rosomanami i Antami na brzegach Dniepru. Później powstali w ten sposób Rusiczowie na północy zmieszali się z Merą, Muromą, Wepsami i Turkami Wielkiego Stepu, tworząc etnos Rosjan. Południowo-zachodni Rusiczowie po zlaniu się z Bałtami i Połowcami ukształtowali dwa etnosy – Białorusinów i Ukraińców. Jest to jednak punkt widzenia, który dziś nawet w Rosji ma niewielu zwolenników. Choć np. czeski uczony Zdenek Vania w książce „Die Welt der alten Slawen” (Praha 1983, s. 51) utrzymuje, iż narodowość wielkorosyjska powstała niewątpliwie nie jako etnos słowiański, lecz jako słowianojęzyczny etnos ugrofiński z domieszką elementu tureckiego i mongolskiego.
Co więcej, nadal trwa dyskusja nad pochodzeniem i pierwotnym znaczeniem etnonimu „Ruś”, jedni uważają, że jest to nazwa germańska, inni, że turecka, jeszcze inni, że jednak słowiańska.
6 września 1749 roku imperialny historiograf rosyjski, Gerhardt Friedrich Müller (1705–1783) rozpoczął w Cesarskiej Akademii Nauk w Sankt-Petersburgu wykład zatytułowany „Origines gentis et nominis Russorum” („Pochodzenie narodu i nazwy Rusi”). Chciał w nim przedstawić badania swego starszego rodaka, Gottlieba Siegfrieda Bayera, który w oparciu o źródła łacińskie i greckie twierdził, że Ruś Kijowską założyli Normanowie. Müller nie skończył wykładu. Gdy tylko wypowiedział tę tezę, w auli powstał rwetes. Astronom Nikita Popow zawołał: „Tu, clarissime auctor, nostram gentem infamia afficis!” („Przezacny autorze, zniesławiasz nasz naród!”). Sprawą zajęła się sama caryca Elżbieta, która powołała komitet, by orzekł, czy teoria ta szkodzi interesom i chwale Imperium Rosyjskiego. Uczony Michał Łomonosow do tego stopnia zdruzgotał Müllera, że ten wolał zająć się historią Syberii.
Tak zaczął się spór między tzw. normanistami i antynormanistami. Pierwsi głoszą, że to skandynawskie plemię Rootsi podbiło Europę Wschodnią w IX wieku i narzuciło plemionom wschodniosłowiańskim, ugro-fińskim i innym swe greckie miano Rhos. Antynormaniści głoszą słowiańskie pochodzenie konfederacji plemion Rusi znad rzeczki Roś pod Kijowem lub rzeki Rusa znad Jeziora Ilmen.
Niektórzy twierdzą, że wyraz „Ruś” (od greckiego „Rhos”) początkowo, aż do wieku X, był nazwą licznych i różnorodnych plemion wschodnioeuropejskich, mających swe siedziby na północ od Bizancjum. Bizantyjska nazwa „Rhos” wywodzi się z greckich przekładów „Księgi Ezechiela” (38, 2; 39, 1), według której Bóg chciał się posłużyć księciem północnych ludów (rosz-rhos), Meszekiem przeciwko swemu wrogowi Gogowi z krainy Magog. Autor kijowskiej „Powieści minionych lat” wyprowadzał nawet Ruś z „kolana Jafetowego”.
Bliższa w czasie do historycznej Rusi jest wzmianka syryjskiej „Historii Kościoła” Zachariasza Retora z 555 roku o mieszkającym na północ od Kaukazu narodzie Hros. Toteż nader chętnie szafują nią zacięci antynormaniści, nie bacząc na koszmarny wygląd tych sąsiadów Ammacartów, czyli karłów, i ludzi z psimi głowami, sąsiadów wreszcie Amazonek, które co roku zlatują się do nich na miesiąc, ponieważ, jak pisze Zachariasz, narod ten, sąsiadujący z nimi, czyli Hros, to mężczyźni z długimi członkami; nie mają żadnej broni i nie mogą ich nosić konie, ponieważ mają duże członki. Na tę bajkę rzucili się także normaniści, dowodząc, że tu chodzi o germański szczep Herulów, lub też tłumacząc ich nazwę przez „herosów”, czyli bohaterów.
Za polskimi „sarmatystami” tacy uczeni rosyjscy jak B. Grekow i A. Sołowiew wywodzą Ruś z plemienia sarmackiego, wzmiankowanego przez Strabona i Ptolemeusza, – Roksolanow. Ci zaś, według G. Wernadskiego, mieli pochodzić od  irańskich Jasnych Alanów, czyli Ruchs-Alanów, których istnienia „dowodzi” podrobiony osetyński epos Iry Dada, oczywista mistyfikacja.
Wyprowadzano też Ruś ze słowiańskiego przymiotnika „rusy”, tj. jasny, rudawy, ciemny blond.  Liutprand z Kremony mówi o „Nordmannach”: „gens... quam a qualitate corporis Graeci vocant Russios” („lud, który z powodu wyglądu ciała Grecy zowią rudawymi”) – świadczy o pochodzeniu nazwy z wyglądu. Wreszcie ukraiński historyk Serhij Szełuchyn, dowodził w 1929 roku w Pradze, że Ruś wywodzi się niewątpliwie z celtyckich Rutenów Juliusza Cezara spod francuskiego Rodezu, którego mieszkańcy jeszcze dzisiaj nazywają się Ruthenois.
Źródła arabskie od połowy IX wieku twierdzą, że ar-Rus są spośród as Saqualiba, czyli Słowian. Ale najwybitniejszy orientalista ruski w Harvardzie, prof. Omelian Pricak, wykazuje, że saqlab u ówczesnych Arabów oznaczał jasnowłosego niewolnika, a za takich uchodziły wszystkie ludy wschodnioeuropejskie znad rzeki niewolników, czyli Wołgi, sprzedawane przez Arabów jako siła robocza dla imperium bizantyjskiego, gdzie Słowianie (Slavi) to właśnie niewolnicy (sclavi!).
W książce „The Origin of Russia” Henryk Paszkiewicz ustalił etnicznie skandynawskie, politycznie kijowskie i religijnie bizantyńskie znaczenie terminu Rus. Główną tezą tej pracy było utożsamienie pojęcia Rus z bizantyńską prowincją kościelną obrządku słowiańskiego Russkaja Ziemla. Dzieło H. Paszkiewicza spowodowało wszechświatową nagonkę historyków wszelkiej maści. Po dziesięciu latach H. Paszkiewicz rozprawił się ze wszystkimi gołosłownymi zarzutami, a po 25 latach od „The Origin of Russia”, ukraiński uczony w Harvardzie O. Pricak twórczo powraca do argumentu H. Paszkiewicza i za nim utożsamia terminy Rus rite (ruskyj jazyk).
Odkrycie religijnego znaczenia terminu „Ruś” daje klucz do wyjaśnienia wielu zagadek Rusi, a przede wszystkim procesu chrystianizacji narodów wschodnioeuropejskich. Ewolucję pojęcia Rus można wiązać z kolejnymi etapami chrystianizacji. Wówczas okaże się, że jest to imię chrzcielne wielu narodów Europy Wschodniej. Po raz pierwszy świat dowiedział się o rzeczywistym narodzie Rusów w 839 roku. W „Annales Bertiniani” biskup Prudencjusz pod tym rokiem napisał o posłach-szpiegach kaganatu ruskiego „qui se, id est gentem suam, Rhos vocari dicebant” („którzy mówili, że ich naród nazywany jest Rusami”), a w istocie byli oni gentis Sveonum (rodu szwedzkiego). Użyty tu bezokolicznik bierny vocari dowodzi, że nazwa Rhos została im nadana z zewnątrz. Potwierdził to w X wieku Liutprand z Kremony, mówiąc, że tak ich nazywają Grecy: „Graeci vocant Russios”. Sami zresztą Rusini do XVI wieku powtarzali za swoją pierwszą kroniką: od Waręgow (tj. Skandynawów) została nazwana Ruś, przedtem byli Słowianie.
Rhos vocari biskupa Prudencjusza z 839 roku związane jest z najwcześniejszym dla współczesnej historiografii Chrztem Rusi – nawróceniem księcia Kija za panowania cesarza Teofila i obrazoburczego patriarchy Konstantynopola Jana Gramatyka w latach trzydziestych IX wieku. Kyra Ericson uważa, że owi „Rhos” byli już chrześcijanami. Fakt tego „heretyckiego” chrztu po najeździe Kija na Konstantynopol w zmowie z Saracenami (834) miał zostać wymazany z kronik jako kompromitujący.
H. Paszkiewicz wykazał, że z Rusią w znaczeniu politycznym utożsamiały się jedynie Kijów, Czernihów i Perejasław, podczas gdy Halicz, Wołyń, Smoleńsk, Połock, Murom, Riazań, Rostow, Suzdal, Włodzimierz nad Klaźmą i Nowogród nie uważały się za należące do Rusi, ani też nie były uważane za Ruś. Z drugiej strony, te same ziemie i plemiona uważały się za przynależne do Rusi w znaczeniu religijnym. W tym znaczeniu Ruś była ruską metropolią obrządku słowiańskiego w Kijowie. Wraz z postępem chrystianizacji w zbizantynizowanym obrządku cyrylometodiańskim religijne znaczenie pojęcia Ruś obejmuje coraz to nowe plemiona.
Oprócz plemion wschodniosłowiańskich „Ruś” stała się nazwą chrzcielną innych plemion wschodnioeuropejskich zamieszkałych nad Wołgą, Oką, Klaźmą i Moskwą. Plemiona północnoeuropejskie stawały się Rusią dzięki chrystianizacji przez Kościół ruski w języku słowiańskim. Na bazie schrystianizowanych plemion fińskich powstała Wielka Ruś, Megala Rhossia jako nowa bizantyńska prowincja kościelna. Również tej nowej formacji państwowej, Rusi Moskiewskiej, imię nadał kościół bizantyński, zmuszony do podziału jednej całej (wsieja) Rusi na Megala Rhossia z siedzibą we Włodzimierzu nad Klaźmą, a później w Moskwie, i na Mikra Rhossia z siedzibą w Haliczu.
Frank A. Kmietowicz („Ancient Slaves”, Stevens Point 1976, s. 202-203) pisze: „Imię „Ruś” jest pochodzenia niesłowiańskiego. Dyskusja o jego pochodzeniu zaczęła się w ubiegłym stuleciu i jeszcze jest żywa. Zgodnie z sugestią Nestora Waregowie nadali krajowi to imię. Naukowcy skandynawscy to potwierdzają. Oni podkreślają, że część Waregów nazywano „Rossmen”, „Rosskarlar” – żeglarze, „ludzie morza”, porównaj fińską nazwę Szwedów – „Ruotsi”. Oni nie stanowili grupy plemion, lecz swego rodzaju bractwo wojskowo-handlowe. Gdy się po 862 rozsiedlili między Słowianami, miano „Ruś” stosowano względem związku wojskowego, złożonego z żołnierzy różnych narodowości, włącznie ze słowiańskimi, pod komendą Waregów. Gdy Oleg zapanował nad Kijowem, tę nazwę rozciągnięto na miasto Kijów i na wszystkie szczepy w jego okolicy.
Teoria skandynawska jest odrzucana przez naukowców rosyjskich. Oni wywodzą imię „Ruś” od nazwy rzeki Roś. (...) Ta teoria bazuje raczej na dumie narodowej niż na faktach. Nie tylko Nestor, ale też pisarze bizantyjscy i arabscy uwypuklają skandynawskie pochodzenie słowa „Ruś”. Przed XII wiekiem pod „Rusią” rozumiano skandynawski związek wojskowy. Od początku XII stulecia miano „Ruś” stosuje się do wszystkich terenów zajętych przez Wschodnich Słowian”.
Niezależnie od tego, jaka jest etymologia etnonimu „Ruś” warto pamiętać uwagę ogólniejszą, mającą duże znaczenie metodologiczne, jednego z polskich historyków i etnologów: „Pierwotne nazwy ludów i plemion w ich wiekowej historii nie świadczą jeszcze o ich pochodzeniu... Dawni kronikarze i historycy często ignorowali pochodzenie, język i kulturę narodu, a nazywali go po prostu nazwą wedle przynależności do tego lub innego państwa”. (J. Talko-Hryncewicz, „Muślimowie”, Kraków 1924, s. 5, 8-9).
Tak słowem „Tatar” starożytni Chińczycy nazywali swych północnych sąsiadów; nie było to miano narodowości, lecz pogardliwa zbiorowa nazwa „barbarzyńców”, niepokojących napadami i grabieżami Państwo Środka. Dopiero o wiele później jedna z części składowych tych „tatarów” stała się Tatarami w sensie etnicznym.
Jeśli zaś chodzi o etnos wielkorosyjski, to współczesna akademicka nauka rosyjska jest raczej solidarna w twierdzeniu, że przodkami jego - niezależnie od semantyki pojęcia „Ruś” – byli lechiccy Wiatyczowie, którzy założyli fundamenty pierwszych miast Rusi Moskiewskiej i stworzyli podstawy przyszłego potężnego państwa już w wieku VII.

***

W następnych wiekach wymiana etniczna na polsko-rosyjskim pograniczu była nadal burzliwa i dynamiczna. Już od XII stulecia ze szczególnym nasileniem w XV-XVI wieku, „klejnotna szlachta polska nie przestała ciągnąć w ziemie litewskie i ruskie, i tam się zagnieżdżać” – pisze Kasper Niesiecki („Korona Polska”, t. 1, s. 551).
Minęło tysiąc lat od przewędrowania Wiatyczów znad Wisły nad Okę, a ich odlegli potomkowie przyszli do starej ojczyzny jako... zdobywcy i grabieżcy. Większa część rozszarpanej w trakcie rozbiorów Polski przypadła Państwu Rosyjskiemu. Było z tego powodu trochę smutku, trochę oporu, trochę chichotania, lecz najwięcej – poczucia własnej bezsilności i agresywnego zakompleksienia. Trudno, ci, którzy nie potrafią rządzić sobą i wciąż, jak psy, nawzajem się zagryzają, muszą być rządzeni przez innych. Takie wydaje się być jedno z fundamentalnych i uniwersalnych praw psychospołecznych. Ktoś opornie, ktoś obojętnie, ktoś chętnie i gorliwie, ale włączyli się tedy miliony Polaków do życia Imperium Rosyjskiego. Z tym skutkiem, że zaczęli niebawem w nim odgrywać jedną z ważniejszych ról w życiu umysłowym, kulturalnym, naukowym, gospodarczym, jak i w politycznym.
Lecz ten proces współuczestniczenia ludności polskiej w tworzeniu potęgi Rosji (podobny do procesu współtworzenia potęgi Wielkiej Brytanii przez Szkotów, a szczególnie – Irlandczyków) zaczął się o wiele wcześniej niż w latach 1772-1795, gdy odbyło się rozparcelowanie Polski między Austrię, Rosję i Niemcy.
Od XVI wieku „kanałem” wprowadzającym pierwiastek polski do organizmu rosyjskiego była Ziemia Smoleńska, piękna kraina, zasiedlona od wielu stuleci (podobnie jak Witebszczyzna, Mohylewszczyzna, Mińszczyzna) przez Radymiczów, wielkie plemię lechickie, przybyłe tu około VIII wieku, które później stało się jądrem kilku państewek starobiałoruskich. Co było zyskiem dla Rosji, stanowiło zgubę dla Państwa Polskiego, i to nie tylko na skutek działania „prawa naczyń połączonych”.

***

Ogromne straty wynikły dla Polski już w XVII wieku, gdy po pokoju w Andruszowie Smoleńszczyzna przeszła pod panowanie Rosji, a szlachta polska, bardzo licznie tam zamieszkała, przyjęła oficjalną wiarę prawosławną i stopniowo wynarodowiła się doszczętnie. Z owej to szlachty pochodzą zupełnie już rosyjskie w następnych stuleciach rodziny Ostrowskich, Kniaźninów, Kossakowskich, Przewalskich, Makowskich, Massalskich, Chrapowickich, Czajkowskich, Lewickich, Glinków, Piaseckich, Biereśniewiczów, Rodziańskich, Truchanowskich, Wojewódzkich, Wasilewskich, Czemerewskich, Żebrowskich, Gudakowskich, Reutów, Ohryzków, Śledziewskich, Tuchaczewskich, Stańczyńskich, Zimnickich, Żochowskich, Falęckich, Powała-Szwyjkowskich, Ogoń-Dogonowskich, Gaswickich, Bogdanowiczów, Brzozowskich, Larskich, Poletyków, Polańskich, Sokołowskich, Malinowskich, Majewskich, Biernackich, Bazylewskich, Koszańskich, Żylińskich, Szupińskich, Łowienieckich, Kamieńskich, Sołohubów, Szpakowskich, Raczyńskich.
Czuli się swojsko, u siebie w domu, gnieżdżąc się na zaściankach, wsiach i innych dobrach o wyraziście brzmiących nazwach: Miodowa Sianożęć, Ciecierka, Kopciele, Liche Błoto, Ciemna, Kopiec Jarzębinowy, Kołyski, Hlinny Dół, Kozi Bród, Czarna Hraź, Warszawka, Głuchoborze, Nieschodzone, Swinoje Ryło, Leszczowa Niwa, Czarna Góra, Głęboka Dolina, Mała Leśnica, a nawet: Góra Granitowa od Wiatru Dzwoniąca.
30 września 1627 roku w Warszawie wydano przywilej królewski, w którym m.in. czytamy: „Zygmont Trzeci, z Bożey łaski król Pollski, wielkie xże Ltt., Ruskie, Pruskie, Żmóydskie... Oznaymuiemy tym listem naszym, komu to wiedzieć należy, yż, za osobliwą łaską y opatrznością (Bożą) y odwagą naszą, sumptem niemałym Rzeczy Pospolitey, zamek Smoleński, a potym za expeditią y odwagą naiiaśnieyszego królewicza jego mści Władisława, syna naszego, pod stolicę Moskiewską y insze różne miasta y włości, które różnymi czasy, za przodków naszych, dziedziczny nieprzyiaciell Moskwicin, fortelnie pacta połamawszy, posiadłł y oderwałł byłł, do państw naszych z rękuw nieprzyjacielskich rekuperowane y przywrócone są. A na czas przyszły, zabiegaiąc forteliom nieprzyiacielskim, za zdaniem panów rad naszych y wszystkich stanów, aby te od Moskwy rekuperowane zamki y włości potengą narodów Polskiego y Litewskiego obwarowane zostały y na potomne czasy od incursii nieprzyiacielskich snadnieyszą y doskonalszą obronę mieć mogli, a ludzie, kturych pracą, dzielnością, krwią, za pomocą Bożą, te się państwa rekuperowały, z nich że się nagrody cieszyli, poruczyliśmy commisarzom naszym, na ordinarią tych włości naznaczonym, pewne boiarszczyzny między ludzie zasłużone oddać.
Dalsza część przywileju królewskiego dotyczy konkretnego człowieka, ale jest bardzo charakterystyczna i podobna do wieluset innych tego typu dokumentów, wydanych w Warszawie i Wilnie. Dlatego warto przytoczyć kilka wymowniejszych – modelowych niejako – jego fragmentów. Chodzi o niejakiego pana Samuela Legowicza Grabowskiego, szlachcica: „ktury, poczołwszy, przez tę wszytkę expeditią przeszłą Moskiewską wiernie nam y Rzeczy Pospolitey życzliwie, z pola nie zieżdżaiąc, oddawał; razy y podstrzały od nieprzyjaciela na ciele swym odnosząc, wiele raz traciłł dostatki swe, ... męstwo y dzielność swą rycerską oświadczałł... Mężnie, nieustraszonym sercem pod fortece nieprzyiacielskie podpadaiąc, często więźnie wodziłł y wodzowi swemu oddawałł, y aż do skończenia tey expeditii przy naiaśnieyszym synie naszym, pod urodzonego referendarza chorągwią służąc, w bitwach y utarczkach mężnie sobie, iak się dobremu żołnierzowi godziło, poczynałł, zaczym do straty dostatków swych przyszedłł”...
Dalej wyszczególnia król majętności w powiecie Smoleńskim, które oddaje Legowiczowi Grabowskiemu, a które zabierane są panom moskiewskim, którzy albo zginęli na wojnie, albo wycofali się na wschód. Zaznaczał też monarcha, że dobra nadane stają się dziedziczne: „Żenie, dzieciom y potomkom iego męzkiego rodzaiu, legitime et lumbis ipsius descententibus, póki ich stawać będzie, prawem lennym, wieczystym w moc, w dzierżenie y spokoyne używanie, iako dobra szlacheckie, pod prawem y wolnością szlachecką, dawamy. Które ma pomieniony ... z grunty, ludźmi, lasy, borami, sianożęciami, ieziorami, rzekami, z łowy zwierzynnemi, rybnemi, z gony bobrowemi, z drzewem bartnym y danią miodową, ze wszystkiemi inszemi przynależnościami y pożytkami, którekolwiek na ten czas w tych dobrach są y na potem wynalezione być mogą, trzymać y używać, wyiąwszy saletry y towary leśne, które bez osobliwego pozwolenia naszego palone być nie maią. Y będzie mógłł te dobra dać, darować, przedać, frymarczyć, nie bez osobliwego jednak naszego na to pozwolenia”. (Cyt. wg Istoriko-juridiczeskije matieriały, t. 24, s. 356-359, Witebsk 1893).
Pomijając jedyne ograniczenie, że nie można wypałać lasów, mające na celu ochronę przyrody, była to zapłata niemała, godna tego, „aby się z nagrody za zasługi swe cieszyłł” obdarowany żołnierz. Do tego dochodził jeszcze obowiązek zbrojnej obrony swych dóbr i stawania w razie potrzeby do walki z nieprzyjacielem, co było jednak, zwykłym obowiązkiem rycersko-szlacheckim. Dodajmy, że nadane w ten sposób majątki na zawsze zwalniane były od wszelkiego rodzaju podatków na rzecz skarbu, dawały wysoki profit. Było więc wielu chętnych do nabycia tego rodzaju fortun, a ponieważ jedyną ku nim drogą były zasługi wojenne, w ciągu paruset lat osadzono na białoruskich ziemiach Witebszczyzny i Smoleńszczyzny tysiące najdzielniejszych, najbitniejszych, najzdolniejszych i najofiarniejszych synów narodu polskiego.
Mijały lata, zmieniała się sytuacja polityczna tych ziem i potomkowie polskich żołnierzy przysięgali na wierność carom moskiewskim i służyli im równie gorliwie i owocnie, jak ich dziadowie Rzeczypospolitej. Pamięć zaś o polskich korzeniach albo pozostawała tylko pewnym kolorytem dziedzictwa duchowego, albo tonęła w Lecie i bywała niekiedy zawzięcie negowana. A mimo to, ich polskość przerywała się często przez skorupę nowych obyczajów i tradycji w nietypowych dla Rosjan postawach moralnych i obywatelskich, w archetypach myślenia, reakcjach na te czy inne sytuacje życiowe. Wówczas to zaskoczeni rosyjscy przyjaciele tych ludzi zdumiewali się i – ktoś z przekąsem, a ktoś z szacunkiem – wskazywali na polskie brzmienie ich nazwisk.
Polska szlachta kojarzyła często małżeństwa z bojarstwem Wielkiego Księstwa Litewskiego, które w ten sposób wchodziło chętnie jako część składowa do stanu rycerstwa zachodniego. I tak np. żoną Jana Druckiego Sokolińskiego, marszałka orszańskiego, kniazia, była Zofia Rejówna z Nagłowic (około 1640 roku), krewniaczka wielkiego poety Mikołaja Reja. Nie była to żadna zamierzona, a tym bardziej nie przymusowa, polonizacja, lecz naturalny proces kształtowania się nowożytnych etnosów na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdzie nie tylko polszczyło się, najczęściej nie mające poczucia etnicznej przynależności bojarstwo miejscowe, ale też się ruszczyło i litewszczyło niemało Polaków, szczególnie przybywających masowo z Korony chłopów i mieszczan.

***

Sfrustrowana, zapijaczona, zdemoralizowana, osłabiona Polska rychło o tych ziemiach i ich wiernej ludności zapomniała, zrzekła się swego w stosunku do nich macierzyństwa i porzuciła na pastwę losu. Nie może więc zaskakiwać, że potomkowie dawnej polskiej szlachty herbowej w okresie późniejszym wykazywali się szczególnie zaciekłym antypolonizmem. To przecież właśnie na nich spadał szczególnie masywny potok wynaradawiającej wielkorosyjskiej i antypolskiej propagandy; to właśnie ich ze szczególnym naciskiem wychowywano w określonym kierunku w ekskluzywnych, zamkniętych zakładach szkolnych.
Podczas rozbiorów wyrwane zostały spod wpływów kultury polskiej ziemie rusko-litewskie, a ponieważ w okresie tym (1772-1831) szlachta polska w ogóle nie grzeszyła nadmiarem przywiązania do rodzimej tradycji państwowo-kulturalnej, zruszczeniu uległy liczne rodziny ongiś polskie, takie jak Bończa-Brujewicz, Doliwa-Dobrowolski, Dunin-Borkowski, Korwin-Krukowski, Chomętowski, Dębowiecki, Karpiński, Lewandowski, Malczewski, Dąbrowski, Jankowski, Mickiewicz, Teodorowicz, Józefowicz, Rzędkowski i in.
Wreszcie w całym okresie zaborów wielu Polaków, kształconych w szkołach obcych, zarażało się systematycznie wbijanym do głów antypolonizmem i przyjmując ideologię „ex Oriente lux” nie tylko się ruszczyło, ale – podobnie jak publicyści Jasinskij i Glinka-Janczewskij (rodzony brat tego drugiego, Zygmunt, znany przemysłowiec, był dobrym Polakiem) – stawało się zajadłymi „teoretykami” polakożerstwa.
W wielu sytuacjach przejście na rosyjskość i prawosławie było po prostu warunkiem fizycznego przetrwania. Alternatywą pozostawało tylko zniszczenie, bo ani wyjazd, ani jakakolwiek ucieczka, ani najszczersze deklaracje lojalności państwowej w grę nie wchodziły. Jedyną właśnie przekonywającą deklaracją w tym względzie było chrzczenie dzieci w cerkwiach i nadawanie im imion rosyjskich, no i – aby otoczenie nie żywiło wątpliwości – głoszenie gromkie wszem i wobec nienawiści do wszystkiego, co polskie. A ponieważ nieszczere przekonania wygłaszane są zazwyczaj głosem donośniejszym, cóż się dziwić, że spośród Polaków rekrutowali się najwstrętniejsi w Rosji polakożercy. Ich dzieci i wnukowie dziedziczyli tę patologię zupełnie szczerze i chyba częstokroć sami nie rozumieli, skąd w nich tyle antypolskiego zacietrzewienia.
W warunkach patologicznego antypolonizmu, stanowiącego jądro politycznych nastrojów społeczności rosyjskiej, osoby polskiego pochodzenia z reguły musiały nie tylko strzec swej tajemnicy, ale i niekiedy udawać zaprzysięgłych patriotów Rosji, polakożerców, „istinno russkich ludiej”. Szczególnie dotyczyło to tych, kto nie decydował się na istotne wycofanie się z życia publicznego. Niejednemu z nich się też przydarzyło, że maska zrastała mu się z twarzą, a rola – początkowo tylko odgrywana – stawała się nałogiem. To oni brali za żony Rosjanki, nadawali dzieciom wschodnio-chrześcijańskie imiona, wychowywali synów w pogardzie i nienawiści do Polski. Wszystko to po to, by „być kimś”, coś znaczyć, utrzymać się na „wysokim” poziomie. Rosyjskie otoczenie z wewnętrzną drwiną obserwowało te bohaterskie wysiłki. I ciągle się domagało coraz to nowych dowodów prawomyślności od „zamaskowanych Polaczków”...
Rosja była dla tych ludzi już nie tylko ojczyzną w sensie etnicznym, lecz czymś o wiele większym: dziejową potęgą, ideą przewodnią, mesjaszem zbiorowym ludzkości, niosącym na swym obliczu piętno wielkiej tajemnicy i będącym narzędziem realizacji niezbadanych wyroków opatrzności. Służbę tej nieodgadnionej mocy – w równym stopniu realnej, co mistycznej, uważali za najświętszy swój obowiązek, dla którego bez wahań poświęcali życie, szczęście, rodzinę, majątek, całą energię, wiedzę i talenty. Etniczna czy narodowa przynależność kogokolwiek w ogóle jako problem dla nich nie istniała, chyba że ktoś z wielkoruskich szowinistów nietaktownym zachowaniem przypominał im, kim są. A i wówczas zazwyczaj szybko o wszystkim zapominali. Prócz obowiązku. Rosja zresztą potrafiła dobrze wynagradzać wierną służbę i starała się swym przybranym synom nie wytykać ich pochodzenia z „cudzego łoża”. Atmosfera zaś moralna wokół panowała taka, że jakiekolwiek podkreślanie czy chociażby publiczne przypomnienie swego polskiego pochodzenia było niepodobieństwem, czymś w rodzaju zrzucania kożucha i reszty ubioru wśród trzaskających mrozów w zaśnieżonej tajdze... Często więc ci polscy przybysze żenili się z Rosjankami lub z rosyjskimi Żydówkami, przyjmowali prawosławie; nie przywiązując zresztą do tych spraw większej uwagi... Ten sam los – być może z pewnymi tylko modyfikacjami – spotykał też przebywających tu Niemców, Szkotów, Francuzów, Włochów, nie mówiąc o Ukraińcach, Białorusinach czy Litwinach. W urzędowych dokumentach osobowych Imperium Rosyjskiego nie było rubryki „narodowość”, lecz tylko „wyznanie”.
Jakaś łagodność charakteru i chęć niewyodrębniania się spośród innych także sprawiały, że wielu Polaków przejmowało religię i świadomość etniczną swego otoczenia. Stawali się też często dynamicznymi tychże nowo przyjętych wartości nie tylko obrońcami, ale i głosicielami.
Zaskakująco często najzwyklejsze sąsiedzkie, towarzyskie, obywatelskie niesnaski i konflikty stawały się powodem do odrzucenia polskości. Bezinteresowna polska zawiść, intrygi, lekkomyślność w warunkach zohydzania wszystkiego, co polskie, przez kler prawosławny powodowały odrzucenie własnej tożsamości narodowej i wybór rosyjskości, jako siły i powagi, jako zaprzeczenia polskiego warcholstwa, swawoli i głupoty...
Sytuacja Polaków w Rosji carskiej była wewnętrznie sprzeczna. I to pod wieloma względami, antypolonizm bowiem stanowił jeden z filarów zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej polityki caratu... Z drugiej strony – w celu zwalczania tegoż polonizmu, w szczególności jego patriotycznej antyrosyjskiej odmiany – organizowano dla polskiej młodzieży bezpłatne szkoły zawodowe różnego poziomu, w których uczyło się i wychowywało w duchu prorosyjskim mnóstwo chłopców z biedniejszych rodzin szlacheckich. Często z tych uczelni wychodzili młodzi ludzie szczerze oddani carowi, przekonani o wielkiej misji historycznej Rosji. Z reguły przechodzili oni na prawosławie, ofiarnie służyli Rosji, a polskości swej albo w ogóle się wypierali, albo stanowiła ona dla nich fakt raczej mało istotny lub zgoła wstydliwy. Takich Polaków carat dosłownie hołubił, nie czynił przeszkód w robieniu kariery, szczodrze opłacał ich wysiłek, osypywał orderami, otaczał przywilejami. W takiej sytuacji względy moralne odchodziły często na dalszy plan, przedstawiciele biednej i średniej szlachty polskiej z Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Witebszczyzny, Mińszczyzny, Kijowszczyzny – przy ich wrodzonej inteligencji i wyniesionych z domu nawykach samodzielnego myślenia i działania – w zawrotnym tempie wywindowywali się na generalskie i profesorskie urzędy. Rząd rosyjski patrzał na to bardzo przychylnie, w jego bowiem interesie było wykorzystanie energii, talentu, wiedzy tych ludzi dla dobra ogromnej Rosji. Lecz, rzecz zaskakująca, to masowe robienie przez Polaków błyskotliwych karier rodziło w urzędniczych, inteligenckich i innych sferach rdzennie rosyjskich nastroje ostrego antypolonizmu, porównywalnego z antysemityzmem, bo oto przed oczyma „prawdziwie rosyjskiego człowieka” wyłaniał się obraz iście dla niego groźny: ogromna ilość urzędów w matuszce-Rosji okazywała się być obsadzona przez znienawidzonych Polaków. Ta „wewnętrzna okupacja” potęgowała antypolską działalność szowinistów rosyjskich, cerkwi prawosławnej, reakcyjnych kół inteligencji. A to, z kolei, zmuszało Polaków skrycie nawzajem się wspierać, sprzyjać jeden drugiemu, umacniać swe pozycje. Chociaż zdarzały się przypadki zupełnego renegactwa, czynnego włączenia się osób polskiego pochodzenia do polityki sensu stricte antypolskiej. Innych znów zmuszał zoologiczny rosyjski antypolonizm do niedeklarowania swej polskości, a znów kogoś do ostentacyjnego z nią się obnoszenia. O postawie decydowały często okoliczności zewnętrzne, najbliższe otoczenie oraz miejsce zamieszkania; jasne bowiem, że lżej było być Polakiem w takim np. Wilnie niż w Smoleńsku, Moskwie czy Kazaniu. Chociaż tam, gdzie powstały większe enklawy polskie, postawa rodaków najczęściej bywała jednoznacznie i zdecydowanie propolska, choć nie przysparzało to im poczucia bezpieczeństwa.
Można twierdzić, że ci zdolni, pracowici, energiczni Polacy umacniali swym wysiłkiem zaborczą siłę Rosji carskiej i w ten sposób przyczyniali się pośrednio do trzymania w niewoli swego i innych narodów. I będzie w tym też pewne ziarenko smutnej prawdy. Lecz bodaj jeszcze ważniejsze jest to, że wkładem swym w społeczny, cywilizacyjny, kulturalny rozwój Rosji bezpośrednio przyśpieszali i pęd wzwyż, jej polityczne, duchowe i moralne dojrzewanie, na określonym etapie którego nieuchronnie powinno było zjawić się w narodzie rosyjskim zrozumienie tego, że rola ślepego narzędzia, „kata polskiej wolności” – jak mówił W. Lenin – nie licuje z mianem wielkiego narodu, że naród zniewalający inne narody nie może sam być wolny, że prawdziwa wielkość nieoddzielna jest od poszanowania praw, godności i wolności innych. Wiemy, że uświadomienie sobie tych faktów przez inteligencję rosyjską, przez jej postępową część, miało miejsce, że Polska i jej walka o swe prawa znajdowały zrozumienie i poparcie ze strony najlepszych synów Rosji. Że był w tym udział i „utraconych” synów naszej ziemi, nie ulega najmniejszej wątpliwości.
Wpływ jednak Rosji na polskie serca bywał nierzadko zgubny. Przenikliwy i rozumny publicysta Wojciech Baranowski w jednym z artykułów w roku 1912 wskazywał na „zróżniczkowanie młodych umysłów i serc” polskich w Rosji. „Bowiem młodzież nasza i tam, na obcej ziemi, jak wszędzie, od lat szeregu zresztą, żyje w oszańcowanych obozach... Jedni wierzą w „egoizm narodowy” p. Balickiego, inni w liberalizm p. Świętochowskiego. P. Józef Piłsudski też zwolenników pośród tych, rwących się do lepszego jutra mas, oczywiście, posiada – ale nie jest ich wielu”... Jakże nieproste są to sprawy, i jakże ostrożnym trzeba być w ich roztrząsaniu...
Polska „ksenokracja” w nauce, technice, kulturze rosyjskiej budziła wściekłość lokalnych superpatriotów, choć przecież znajdowała się w służbie interesów Rosji. Norman Davies („God’s Playground. A History of Poland”, t. 2, s. 290, Oxford 1988) wskazuje, że Polacy, rozproszeni po całym świecie, zawdzięczali swe niewspółmiernie znaczące osiągnięcia nie dzięki grupom poparcia i nacisku, lecz tylko i wyłącznie dzięki swej niespożytej energii, talentom, pracowitości, specyficznym cechom temperamentu i osobowości. Zaznacza też, że nieproporcjonalnie duży wkład ci wędrowcy wnieśli właśnie w rozwój takich dziedzin wiedzy, jak geografia, kartografia, etnografia, geologia, zoologia, botanika, mineralogia. Ale nie tylko...
N. Bogojawlenskij pisze: „Zesłańcy z Litwy, Polski (...) wywarli wielki wpływ kulturalny na narody syberyjskie w miejscach katorgi i zesłania. Organizowali tu zakłady lecznicze, towarzystwa trzeźwości, opisywali miejscowe choroby, źródła mineralne. Leczyli też lud (najczęściej nieodpłatnie), zasługując z jego strony na miłość i szacunek. Znaczna część zesłańców politycznych wkroczyła na drogę dobrowolnej naturalizacji w Syberii, co niewątpliwie spowodowało dodatnie skutki etniczne.” („Nauka w Pribałtikie w XVIII – naczale XX wieka”, Ryga 1962, s. 22).
Osobna grupa uczonych to potomkowie rodzin polskich osiadłych w Rosji w XVI–XVII stuleciu i po długim tu pobycie zachowujących już nie poczucie polskiej przynależności etnicznej, lecz tylko pamięć o swych polskich przodkach. Byli to już bez wyjątku szczerzy patrioci Rosji, głęboko oddani tej drugiej ojczyźnie, służący jej „wiarą i prawdą”, wszyscy prawosławni. Niekiedy tylko polskie nazwiska szlacheckie (Witkowski, Sawicz, Przewalski itp.) wskazywały na ich pochodzenie, a i to tylko po mieczu. Nie można ich uważać w pełni za Polaków we właściwym tego słowa znaczeniu, lecz nie ma też powodu, by zapominać o ich polskim rodowodzie; wręcz przeciwnie, należy poznawać ogromne dziedzictwo ich pracy, gigantyczny wkład w tworzenie, kształtowanie i rozwój wielkiej cywilizacji rosyjskiej. „W guberniach zachodnich Rosji po ostatnim rozbiorze Polski znalazła się ilość ogromna, prawie dwie trzecie części narodu szlacheckiego.” (Tadeusz Korzon, „Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta (1764-1794)”, Kraków – Warszawa 1897, t. 1, s. 115).
Wielu z nich podejmowało ryzyko udania się w głąb Imperium. Jest zjawiskiem zadziwiającym, jak Polacy przebywający głęboko w Rosji, lub osoby polskiego pochodzenia, czujący się bez reszty już Rosjanami, gdy się stykali przypadkowo ze sobą w tym bezkresnym kraju, budzili w sobie nawzajem nieuświadamianą wzajemną sympatię i przywiązanie. Przy tym obca im była bardziej niż komukolwiek innemu źle rozumiana solidarność etniczna, prowadząca do zawiązywania się szkodliwych klik i mafii. Nigdy nie wspierali się nawzajem tylko dlatego, że byli Polakami oni sami lub ich dalecy przodkowie. A jednak jakże często, mimo jakichkolwiek intencji, odczuwali intuicyjnie swe pokrewieństwo, przypadali sobie do serca, odczuwali jakąś niezrozumiałą nawet dla nich samych przychylność i chęć niesienia pomocy wzajemnej. Instynktownie lgnęli do siebie, rozpoznając się bezbłędnie wśród tysięcy innych ludzi, zawiązując wierne, bezinteresowne, nieraz dozgonne przyjaźnie na dobre i na złe.
Rozmijało by się jednak z prawdą uproszczone twierdzenie, że do Rosji ściągał tylko wartościowy element z Polski i Litwy. Były tu też zastępy najróżnorodniejszego łajdactwa, które nie doznało ze strony rodziców ani dobrego wpływu moralnego, ani minimalnej nawet wiedzy o kulturze narodowej, i po przeniesieniu się w głąb Rosji stawało się mniej lub bardziej prosperującymi aferzystami, których jedyną polską cechą były odpowiednio brzmiące nazwiska: „Majorów Płutów” było w całej Rosji mnóstwo. W sumie należy tedy w tych kwestiach unikać pochopnych uogólnień i błędnych uproszczeń.
Jedno z pism polskich pisało w 1907 roku: „Na obszarach ziemi smoleńskiej, wśród dwumilionowej ludności, gubi się garstka Polaków – zaledwie 8 tysięcy ludzi wynosząca. Są to wychodźcy, przeważnie z Litwy, z armii rozbitków po 63 roku. Szli oni gęsto i na wschód, na służbę, karierę i zarobki. I tu wprawdzie, na obczyźnie, zdobywali stanowiska i uznanie: na wsi, jako wzorowi gospodarze rolni, w miastach, jako urzędnicy sprawni, sumienni kupcy i przemysłowcy, zdolni lekarze, inżynierowie, adwokaci, wreszcie po całej guberni rozsiana szara, pracowita masa kolejarzy, rzemieślników, ludu roboczego... Nie dziw, że Polacy tutejsi, jako przybysze, którym przede wszystkim chodziło o odzyskanie dobrobytu, utraconego w kraju, czuli się obco śród ludności miejscowej i mały wskutek tego brali udział w życiu ogólnem, aczkolwiek i względem spraw polskich, niestety, łatwo ulegali apatyi, zatracali cechy polskości, spaczali a nawet zapominali języka ojczystego...”

***

Trwał zresztą przez wiele dziesięcioleci i zwrotny proces: zaplanowanej i systematycznej migracji Rosjan na ziemie litewskie, białoruskie, polskie, ukraińskie. W 1840 roku rząd Rosji podjął uchwałę o swobodnym przesiedlaniu się ludności wszelkich stanów z guberni rosyjskich do tzw. Kraju Zachodniego oraz do Guberni Mohylewskiej i Witebskiej. „Najważniejsze jest zasianie w Kraju pierwiastka rosyjskiego i zasiedlenie go przez ludność rosyjską, która najbardziej może posłużyć, jeśli nie zlaniu się, to przynajmniej ściślejszemu zbliżeniu Kraju Zachodniego z rdzenną Rosją”.
Posunięcie to obwarowano bardzo dogodnymi gwarancjami finansowymi i innymi. Przy czym tajny dokument ostrzegał: „Wszelako żeby nie ujawnić zbyt jasno celów tego posunięcia, trzeba jednocześnie stworzyć podobne dogodności obywatelom, jednodworcom i wolnym ludziom guberni zachodnich, chcącym przenieść swój handel, przemysł i rzemiosła do miast wielkorosyjskich...
Runęła więc masa elementu rosyjskiego na gubernie: Witebską, Mohylewską, Wileńską, Grodzieńską, Mińską, Kijowską, Podolską, Wołyńską i na obwód Białostocki. Jednocześnie zbiedniała szlachta polska z tych terenów, skuszona perspektywą zrobienia majątków i karier, rozpływać się i zatracać zaczęła w guberniach: Petersburskiej, Moskiewskiej, Pskowskiej, Nowgorodskiej, Twerskiej, Ołonieckiej, Archangielskiej, Wołogodskiej, Smoleńskiej, Jarosławskiej, Władimirskiej, Kostromskiej, Wiatskiej, Permskiej, Orenburskiej, Kazańskiej, Symbirskiej, Saratowskiej, Astrachańskiej, Penzeńskiej, Tambowskiej, Woroneżskiej, Riazańskiej, Tulskiej, Kałużskiej, Orłowskiej, Kurskiej, Czernihowskiej, Połtawskiej, Charkowskiej, Jekatierinosławskiej, Tawryczeskiej i Chersońskiej.
Ruch i w jednym i w drugim kierunku był – przynajmniej pod jednym względem – naprawdę opłacalny: Rosjanie, którzy przybywali na ziemie polskie, otrzymywali duże zapomogi, lukratywne stanowiska, liczne, dla nich tylko przeznaczone, przywileje i dogodności; bystry, inteligentny, pracowity i energiczny element polski z reguły po przybyciu do Rosji szybko się wzbijał w górę zarówno pod względem majątkowym, jak i hierarchicznym, przyczyniał się znakomicie do rozwoju ekonomiki i kultury rdzennej Rosji. A wszystko to jako całość służyło wzrostowi potęgi i siły Cesarstwa. (Patrz: CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1840, nr 131).
W roku 1905 nastąpiło znaczne rozluźnienie pęt, dławiących ziemie zamieszkałe również przez Polaków, z tym, by po pięciu kolejnych latach znów się zacisnąć na gardle narodu polskiego. Jak tylko ucisk malał, przymusowo i na pozór zruszczeni Polacy zaczynali znów deklarować się jako katolicy. W 1912 roku „Tygodnik Polski „(nr 27) zamieścił statystykę, która poglądowo ukazuje bezpośrednią zależność przejścia na prawosławie od ucisku przez pryzmat zależności powrotu do katolicyzmu w wyniku liberalizacji.
A więc w guberni lubelskiej przeszło z prawosławia na katolicyzm w roku 1905 – 40.859 osób; 1906 – 6.688 osób; 1907 – 1.983 osoby; 1908 – 716 osób; 1909 – 442 osoby; razem 50.688 osób.
W guberni warszawskiej: 1905 – 365 osób; 1906 – 95 osób; 1907 – 32 osoby; 1908 – 60 osób; 1909 – 38 osób; ogółem – 590 osób.
W guberni podolskiej: 1905 – 2.431 osób; 1906 – 1.171 osób; 1907 – 802 osoby; 1908 – 404 osoby; 1909 – 266 osób; ogółem – 5.074 osoby.
W guberni wołyńskiej: 1905 – 2.821 osób; 1906 – 1.245 osób; 1907 – 507 osób; 1908 – 469 osób; 1909 – 316 osób; ogółem – 5.358 osób.
Pewne zakłócenia w tendencji wynikają najwidoczniej z tych czy innych wahań koniunkturalnych w polityce ogólnopaństwowej i lokalnej. Najistotniejszy jest jednak fakt, że duże masy ludności polskiej wcielone przemocą do systemu prawosławnego, czuły się jednak nadal Polakami i przy pierwszych oznakach „wolności” wracały na łono narodu, odrzucając wtłoczone na nich maski.
I wreszcie ostatnie spostrzeżenie, także bardzo ważne z punktu widzenia polskiej racji stanu. W kierunku zachodnim okazaliśmy się nie mniej „szczodrzy”. Wystarczy wspomnieć znane rodziny „niemieckie”, wielce zasłużone dla kultury i wojskowości Prus, jak np. von Rayski, von Leszczyński, von Podbielski, von Wilamowicz (Willamowitz), von Brochwicz (Brauchitsch), von Gliszczyński, von Kunowski, von Boguslawski, von Radziwill, von Grabowski, von Lewiński, von Tomaszewski,  von Wiszniewski, von Zieliński, von dem Bach Zelewski, von Ohm-Januszowski  itp.

***

Kontakty ze Słowianami zamieszkałymi na zachód od Państwa Rosyjskiego były w sumie korzystne dla Moskwy, choć przecież nie pozbawione poważnych komplikacji. Ł. Sawiołow („Lekcii po russkoj genealogii”, Moskwa 1908, s. 79) pisze:  „Wzmocnienie znaczenia Państwa Moskiewskiego przyciągnęło na służbę do niego zachodnio-ruskich i obcych wychodźców. W Moskwie zjawiają się książęta Worotyńscy, Bielscy, Trubieccy, Mścisławscy, Miezieccy, Chociatowscy, Mosalscy, Żyżemscy, Przemyślscy, Kurakinowie, Golicynowie, Chowańscy i inni. Razem z nimi przechodzą do służby moskiewskiej ich drużyny i słudzy i wszystko to wlewa się w rosyjskie bojarstwo i dworzaństwo”. Wlewa się – tak – ale jak trucizna. Choć nie koniecznie.
Zaczęło się to dziać na szeroką skalę już od początku XVI wieku, a nawet nieco wcześniej. Ale przecież nie chodziło w tym przypadku tylko o książęta i ich dwory. Płynął tu też silny nurt elementu kulturotwórczego.
Na duży wpływ przybyszów z Rzeczypospolitej na rozwój sztuk i rzemiosł w Moskwie wskazywali tacy rosyjscy historycy kultury jak S. Bezsonow, M. Iljin, S. Bogojawlenskij, I. Grabar, A. Cziniakow, W. Troickij, N. Sobolew.
Naturalną bramą do napływu do Moskwy służyła w sposób ewidentny Białoruś, najważniejszy i decydujący człon Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zresztą „w XV-XVI w., przed Unią Lubelską, Białorusinów w Państwie Rosyjskim nazywano „Litwinami”, a miasta białoruskie „litewskimi” miastami, co wskazywało na ich przynależność do Wielkiego Księstwa Litewskiego”. (Laurenty Abecedarski, „Biełorusy w Moskwie XVII w”., Mińsk 1957, s. 4). Tenże autor dalej podkreśla, że: „niektóre z towarów, dostarczanych przez kupców białoruskich na rynki miast rosyjskich, nazywane były przez celników jako „litewskie” („litewski” aksamit, „litewskie” pasy, „litewskie” szable, „litewskie” czapraki, „litewskie” szuby). Wiele wyrobów miało bardzo wysoką jakość. „Litewskimi” nożami posługiwali się snycerze Mastierskoj Pałaty, „litewskie” szable były wśród broni, należącej do rosyjskich wielmożów feudalnych. Nawet w opisie skarbu carskiego wskazany był „kubek cynny litewski, biały, z daszkiem, z pupyszki, nawożony złotem”... Nie ulega wątpliwości, że „litewskie” towary wyrabiane były w miastach Wielkiego Księstwa Litwy, głównie we wschodnich miastach białoruskich”... (L. Abecedarski, „Biełorussija i Rossija”, Mińsk 1978, s. 23). Według tegoż autora sami tylko przybysze z Białorusi w XVII wieku stanowili około 10% mieszczan Moskwy. Przypuszczalnie liczba Polaków i „Litwinów” mogła być nieco mniejsza w niższych warstwach społecznych, ale wśród klasy panującej, biurokracji rządowej, elity wykształconej z pewnością było ich procentowo znacznie więcej.
Żywe kontakty między Rzecząpospolitą a Moskwą dały powód do aż przesadnej ich pozytywnej oceny. Tak według profesora Władysława A. Serczyka: „Historia nie zna zbyt wielu przykładów tak ścisłej łączności dwu narodów, łączności wszechstronnej i wielopłaszczyznowej, jak związki między narodem polskim a rosyjskim”. Wiele przecież czynników stało na przeszkodzie harmonijnym stosunkom między sąsiednimi narodami i państwami, co nieraz uwypuklali nawet historycy rosyjscy.
N. I. Kostomarow zauważył, że ani rząd moskiewski, ani lud tego kraju nigdy nie mieli sympatii dla tych, kto przychodził do nich z Polski i Litwy historycznej, (czyli też z obecnej Białorusi): „Kupcy, którzy przyjeżdżali z Polski i Litwy nie byli życzliwie traktowani ani przez rząd, ani przez lud”. Dopiero w 1678 roku car podpisał ukaz, na mocy którego kupcy polscy mieli prawo zjawiać się w Moskwie. Co więcej, tenże autor podkreślał, iż „handel Moskwy z Polską i Litwą w XVI i XVII wiekach ciągle był naruszany przez wojny i stałą wrogość dwóch rządów”. Także P. P. Mielgunow akcentował obecność „wrogich stosunków, które stale istniały między Rosją a Polską”. Mimo to przecież kontakty pokojowe, handlowe i inne, nigdy się nie urywały między tymi państwami. Już od końca XVI stulecia „litewskie dwory gościnne” czyli, mówiąc językiem współczesnym, hotele dla kupców z Wielkiego Księstwa Litwy, istniały w takich miastach jak Moskwa, Toropiec, Wielkie Łuki, Rżew, Briańsk, Siewsk i in. (Por.: L. S. Abecedarski, „Biełorussija i Rossija”, Mińsk 1978, s. 13).

***

Jeśli chodzi o stosunki międzyludzkie, o stosunek obywateli do monarchy, a panującego do poddanych, to w Rzeczypospolitej a Wielkim Księstwie Moskiewskim były one tak odmienne, że nawzajem raziły z jednej strony Rosjan, a z drugiej Polaków i Litwinów; co więcej, ta odmienność w ciągu wieków budziła wzajemną odrazę a nawet wrogość. Antonio Possevino (op. cit., s. 11) pisał: „Moskwicini mają o swoim władcy tak wysokie wyobrażenie, przekazywane z ojca na syna, że zapytani, często odpowiadają: „To wie tylko sam Bóg i Wielki Gosudar (tj. książę). Nasz Pan wie wszystko. On jednym słowem potrafi usunąć wszystkie trudności i przeszkody. Nie ma religii, której liturgii i dogmatów by nie znał. Cokolwiek posiadamy, gdy się nam dobrze powodzi, gdy jesteśmy zdrowi – zawdzięczamy to łaskawości Wielkiego Pana”. On to wyobrażenie o sobie u swoich poddanych z nadzwyczajnym sprytem podtrzymuje, chcąc uchodzić za mającego najwyższą władzę religijną, a zarazem za cesarza”.
Różnice psychologiczne pozostały i później, mimo należenia przez ponad stulecie do tejże państwowości. Już w XX wieku Witold Gombrowicz z nieukrywaną, choć niekoniecznie usprawiedliwioną,  antypatią opisywał pewne strony charakteru rosyjskiego („Dziennik”, t, 1. s. 229-230): „Znałem tę męskość, którą fabrykowali sobie oni, mężczyźni, między sobą, podjudzając się do niej, zmuszając się do niej wzajemnie w panicznym strachu przed kobietą w sobie, znałem mężczyzn, wytężonych w dążeniu do Mężczyzny, samców kurczowych, dających sobie szkołę męskości. Mężczyzna taki sztucznie potęgował swoje cechy: był przesadny w ociężałości, brutalności, sile i powadze, był tym, który gwałci, który zdobywa przemocą – więc bał się piękności i wdzięku, które są bronią słabości, zapamiętywał się w samczej potworności, stawał się wyuzdany i trywialny, albo tępy i niezdarny. Najwyższym urzeczywistnieniem tej „szkoły” były chyba owe bankiety pijanych oficerów gwardii carskiej – na których przywiązywano sobie sznurek do organu męskiego po czym, pod stołem, jeden ciągnął drugiego za sznurek, a ten kto pierwszy nie wytrzymał i krzyknął, płacił kolację. Ale duch tej męskości wzmożonej objawiał się we wszystkim, rzec można – w historii. Widziałem, jak takim mężczyznom ich paniczna męskość odbierała nie tylko poczucie miary, ale i wszelką intuicję w postępowaniu ze światem: tam, gdzie należało być giętkim, on się rzucał, pchał, walił całym sobą z wrzaskiem. Wszystko w nim stawało się nadmierne: bohaterstwo, heroizm, surowość, moc, cnota. Całe narody w takich paroksyzmach rzucały się, jak byk na szpadę torreadora – w obłędnym lęku iżby widownia nie przypisała im najlżejszego związku z ewig weibliche”...
Te słowa pisarza polskiego, ciężkiego alkoholika i pederasty,  ukazują mimo jego woli, być może, głęboką przepaść psychologiczną między narodem polskim a rosyjskim, choć przecież są to etnosy nie tylko pokrewne, ale i pod pewnymi względami podobne do siebie, należące, jak to wyraził dobitnie profesor Feliks Koneczny w dziele „Rozwój moralności”, do tej samej „bezetycznej cywilizacji” środkowoeuropejskiej – bastarda, powstałego na skutek hybrydyzacji cywilizacji łacińskiej z rosyjską. O tym aspekcie również warto nie zapominać.

***

Od początku XX wieku część szlachty rdzennie polskiej, osiadłej ongiś na terenach byłego W. Ks. Litewskiego, poczuła się znienacka częścią etnosów ukraińskiego, białoruskiego, litewskiego i łotewskiego. Do niej często należały inicjatywy antypolskie i narodowo-odrodzeniowe wśród młodych ludów wyżej wymienionych. Lipiński, Rylski, Antonowicz, Iwiński, Hruszewski, Bohuszewicz, Pancerzyński – listę tę znanych patriotów (ukraińskich, litewskich, białoruskich, ale „polskiego pochodzenia”) można by co najmniej kilkunastokrotnie przedłużyć.
Polacy, trafiający na mocy wyroków fortuny do krajów ościennych, nie koniecznie jednak zatracali swe cechy etniczne. Niektóre z tych cech: ruchliwość, energia, pojętność, pracowitość, honor – zyskiwały im wiele sympatii i poparcia. O tym też nie powinno się zapominać.
Jeszcze Marcel Mauss zwrócił uwagę na to, że istnieje etnicznie określony styl poruszania się, chodzenia, biegania, mówienia, gestykulowania. Słuchając piosenkarek różnych narodowości nie sposób nie zauważyć, że wiele z nich ma narodowo określone zabarwienie głosu, co, być może, wiąże się z tymi czy innymi modyfikacjami w budowie krtani i gardła, ale też z naśladowaniem tradycyjnie istniejących w danej grupie socjalno-etnicznej stereotypów działania. „Wychowanie ma widoczny wpływ na wszystkie elementy sztuki posługiwania się ludzkim ciałem. Pojęcie wychowania mogło nakładać się na pojęcie naśladownictwa... Proces naśladowania przebiega na zasadzie prestiżu. Zarówno dziecko, jak i człowiek dorosły naśladuje czyny uwieńczone powodzeniem, które powiodły się osobom cieszącym się ich zaufaniem i mającym pewien autorytet. Nawet czyn wyłącznie biologiczny, dotyczący własnego ciała, narzuca się z zewnątrz, z góry. Zespół ruchów składających się na owe działania jednostka przejmuje z czynu wykonywanego przed jej oczyma, albo przez nią razem z innymi osobami...” Nawet „pozycja ramion i rąk podczas chodzenia wyraża pewną swoistość społeczną, a nie jest po prostu wynikiem jakichś nieokreślonych, czysto indywidualnych i prawie całkowicie psychicznych mechanizmów”. (Marcel Mauss, „Socjologia i antropologia”, s. 534-539). Przy tym wychowanie zawsze jest procesem dokonywanym w konkretnym procesie kulturowo-historycznym.
Podobnie jak ruchy ciała, także poruszenia duszy, umysłu i serca bywają rasowo i narodowo zdeterminowane, „dziedziczne”, określone przez nieuchwytne, trudne bliżej do zdefiniowania, lecz przecież niezaprzeczalnie istniejące czynniki. „Źródło dziedziczenia społecznego nie ogranicza się do rodziców i rzeczywistych przodków, ale obejmuje mnóstwo poszczególnych jednostek wzajemnie spokrewnionych oraz niespokrewnionych, zmarłych i żywych, a czasem nawet młodszych od tych, którzy dziedziczą, innymi słowy – obejmuje całość przeszłego i teraźniejszego otoczenia danego osobnika. Możemy otrzymać i otrzymujemy w dziedzictwie własność od wuja, język ojczysty od niańki, arytmetykę wypracowaną przez poprzednie pokolenia od nauczyciela w szkole, nasze polityczne i moralne przekonania od całej otaczającej nas opinii publicznej”. (Alfred Louis Kroeber, „Istota kultury”, Warszawa 1989, s. 49).
Nawet gdy los wyrwie nas i uniesie daleko z ojczystego środowiska, nieraz przez wiele pokoleń – jak świadczy przykład Narodu Żydowskiego – zachowujemy swe cechy etniczne, pozostajemy, wbrew wszystkiemu, sobą. Ale gdy Polacy „mieszali” swą krew z innymi narodowościami, często dawało to wyniki nad wyraz godne uwagi, co jest zbieżne z obserwacjami odnośnych nauk. „Domieszka obcej krwi zdaje się działać fermentująco, wydobywając na powierzchnię specyficzne uzdolnienia rasowe, podczas gdy rasy względnie czyste po dłuższej hodowli endogamicznej ujawniają pewne zacieśnienia horyzontu umysłowego i popadają w stan skostniałości... Strefy pomieszania ras wskazują bogatszą hodowlę geniuszów, niż geograficzne strefy ras względnie czystych... Najgenialniejsze jednostki na ogół nie reprezentują czystych typów rasowych i nie zawsze odpowiadają przeciętnemu typowi rasowemu własnej strefy geniuszo-twórczej.” (Ernst Kretschmer, „Ludzie genialni”, Warszawa 1934, s. 107-108).
Według tegoż autora rasa nordycka jest bardziej uzdolniona poetycko i filozoficznie, alpejska zaś – artystycznie (szczególnie w sztukach plastycznych i muzyce). Ponieważ zaś naród polski w ogromnej większości to właśnie mieszanka nordycko-laponoidalna, trudno się dziwić, że jego członkowie wykazują – przede wszystkim  na obczyźnie, bo na wewnątrz ich talenty są wygaszane – tak wiele różnorodnych uzdolnień.
Witold Gombrowicz pisał w „Dzienniku”: „Słabość Polaka na tym polega, że jest zbyt jednoznaczny, także – zbyt jednostronny... Historia zmusiła nas do hodowania w sobie pewnych tylko cech naszej natury i jesteśmy nadmiernie tym czym jesteśmy – jesteśmy przestylizowani. A to tym bardziej iż, wyczuwając w sobie obecność tamtych, innych, możliwości, pragniemy je gwałtem unicestwić. Jak, na przykład, przedstawia się sprawa naszej męskości? Polakowi (w przeciwieństwie do rasy łacińskiej) nie wystarcza, iż do pewnego stopnia jest mężczyzną, chce on być mężczyzną bardziej niż jest, rzec można – narzuca sobie mężczyznę, jest tępicielem własnej kobiecości. I, jeśli się zważy, że historia zmuszała nas zawsze do życia wojskowego i wojowniczego, ów gwałt psychiczny staje się zrozumiały. Tak to lęk przed kobiecością sprawia, iż decyzje nasze stają się sztywne i zwracają się przeciw nam, zaznacza się w nas niezręczność osób, które obawiają się, iż nie będą na wysokości swego postulatu, zanadto „chcemy być” tacy, a nie inni, wskutek czego za mało „jesteśmy”.
Jeśli przyjrzymy się innym naszym cechom narodowym (jak miłość ojczyzny, wiara, zacność, honor...) to w nich wszystkich dostrzeżemy ów przerost, wynikający stąd, że typ Polaka, jaki sobie urobiliśmy, musi tłumić i niszczyć typ, jakim moglibyśmy być, istniejący w nas jako antynomia. Ale stąd wynika, że Polak jest zubożony ściśle o połowę siebie samego, przy czym nawet ta połowa, której przyznaje się prawo głosu, nie może się ujawnić w sposób naturalny”. (W. Gombrowicz, „Dziennik 1953-1953”, Kraków 1988, s. 172-173).
Wśród obcych ta jednostronność ulegała z reguły wyrównaniu, a Polacy poza Polską stanowili przeważnie pierwiastek o kilka stopni wyższy niż ten, który pozostawał w Kraju i dosłownie się „kisił” we własnym sosie wśród powszechnego zmiernocenia, „megagłupizmu” (że użyjemy języka Janusza Korczaka), umysłowej szarugi, zawiści i małości. To zabrzmi być może paradoksalnie, lecz dla Polaków od kilku stuleci (podobnie jak dla Żydów od tysiącleci, chociaż w inny sposób), obczyzna – to wielka szansa. Tak się łączą niekiedy ze sobą konieczność z dogodnością...

***
Rozdział I
Dzieje Rodu Przewalskich na tle historycznym


They passed with their old-world legends –
Their tales of wrong and dearth –
Our fathers held by purchase,
But we by the right of birth;
Our heart’s where they rocked our cradle,
Our love where we spent our toil,
And our faith and our hope and our honour
We pledge to our native soil!
(Rudyard Kipling „The Native-Born”)


1. Skąd się wywodzili?


Przewalscy to starożytny ród rycerski, od wieków używający herbu Łuk Napięty. Seweryn Uruski umie bardzo niewiele powiedzieć o tej rodzinie: „Przewalscy herbu Łuk. Na Białej Rusi. Leon podpisał pospolite ruszenie 1698 r. z województwem witebskim. Grzegorz, syn Wiktora, urzędnik powiatu dynaburskiego 1858 r.” („Rodzina. Herbarz szlachty polskiej”, t. 15, s. 27, Warszawa 1931).
W innym dziele genealogicznym czytamy: „Ród Przewalskich pochodzi od Onisima Przewalskiego, którego synowi Kornile Onisimowiczowi, za okazane zasługi wojenne król Stefan Batory przywilejem z roku 1581 nadał godność szlachecką i herb „Łuk”. (N. Szaposznikow, „Heraldica”, t. 1, Petersburg 1900, s. 162).
Herb Łuk – jak pisze Kasper Niesiecki – wygląda w następujący sposób: „Ma być w czerwonym polu łuk napięty, z strzałą do góry prosto wyrychtowaną, w hełmie trzy pióra strusie”. Tymże herbem, niekiedy z pewnymi modyfikacjami, posługiwali się ongiś Ejdziatowiczowie, Kamińscy, Kierszańscy, Kosarzewscy, Narkiewiczowie, Piskarzewscy, Rodziewiczowie, Turowie, szereg innych rodzin szlacheckich.
To godło wspólne było – twierdzi K. Niesiecki – ośmiu różnym rodzinom. Zaznacza przy tym: „łuki i kusze są własnym heraldyki litewskiej przyborem czy wymysłem” („Herbarz Polski”, t. 1, s. 563). Uzupełniając tę wypowiedź znakomitego uczonego dodajmy, że według naszych obliczeń herb Łuk przysługiwał ponad 20 różnym rodzinom z Wielkiego Księstwa Litwy. Część z nich ustalił już Chrząński. Według niego rozmaitymi odmianami herbu Łuk pieczętowali się: Brzymieński, Derewiński, Eydziatowicz, Hulkiewicz, Kamiński, Kierszański, Kosakowski, Kosarzewski, Koszycki, Krzakowicz, Łukaszewicz, Narkiewicz, Paszyc, Piskarzewski, Podwiński, Przedrzymirski, Rodziewicz, Tatarowicz, Tur. (Por. S. K. T. A. Chrząński, „Tablice odmian herbowych”, Warszawa 1909, s. 32, tab. VII).
W Koronie herbu „Łuk Napięty” używali też Śnitowscy, a „Łuk” – Pniewscy i Zabłoccy. Nie do utrzymania w świetle faktów genealogicznych jest zbyt pochopne twierdzenie jednego z heraldyków polskich: „W Łuku napiętym jest wprawdzie cięciwa, ale na ośm rodzin, które go mają używać, jedni tylko Piskorzewscy są Pomorzanie, a wszystkich innych pochodzenie ruskie.” (Aleksander Weryha Darewski, „Znaki pieczętne ruskie”, Paryż 1862, s. 21).
Piotr Małachowski w „Zbiorze nazwisk szlachty” (Lublin 1805, s. 682) opisuje herb Łuk: „W polu czerwonem łuk napięty z strzałą do góry. W hełmie trzy pióra strusie. Kamińscy łuku i strzały na dół obróconych używają. Kosarzewscy nad strzałą i łukiem mają podkowę z krzyżem na jej barku umieszczonym, niby opasującą łuk i strzałę”. Janusz hr. Ostrowski zamieszcza herb „Łuk Napięty” pod numerem 1936 w swej „Księdze herbowej rodów polskich” (Warszawa 1897, s. 334). Opis herbu jest następujący: „W polu czerwonem – łuk napięty srebrny. Nad hełmem w koronie trzy pióra strusie. Herb stary na Litwie i Rusi”. (tamże, t. 2, s. 195).
Z heraldyki litewskiej herb Łuk przejęty został także przez wpływowe rody moskiewskie panów Wiengierskich, Goleniszczewów, Piskariewów, Chripunowów, Czesnokowów. (Por. A. Lakier, „Russkaja gieraldika”, t. 2, s. 443, Petersburg 1855).
                                                                       ***
                  „Polska Encyklopedia Szlachecka” (t. 10, Warszawa 1938, s. 122) podaje lapidarnie, że Przewalscy herbu Łuk znani są od 1600 roku i że zamieszkiwali w powiecie kowelskim na Witebszczyźnie, jak też w województwie wileńskim. Dane te są oczywiście słuszne, lecz bardzo niekompletne. Zastanówmy się na początku nad etymologią nazwiska „Przewalski”. N. O. Dubrowin w swej obszernej (620 stron) monografii życia M. Przewalskiego z 1890 roku podaje nader zabawną etymologię nazwiska polskiego szlachcica: „Przewalscy ród swój wiodą od kozaka zaporoskiego Karniły Anisimowicza Parowalskiego (...) Nazwisko Parowalski oznaczało odważnego człowieka – „parom walit”. W języku polskim „prze” znaczy „przez”, a „walit’ ” – „wojować”. Stąd wynikła przeróbka nazwiska z Parowalskiego na Przewalskiego, ponieważ Karniła Anisimowicz znany był ze swej odwagi i przez wojaczkę zdobył godność szlachecką (dworzańską). W pokwitowaniu, wydanym w Witebsku 10 kwietnia 1623 roku, żona Karniły Maria Mićkówna nazywa siebie Prewalską. Dlaczego została tu opuszczona litera „ż” – nie wiadomo”. Tyle znany historyk rosyjski, którego wywody świadczą tylko o tym, jak komiczne bywają próby za wszelką cenę utwierdzić wielkość swej nacji.
To prawda, nazwisko Przewalski w aktach z XVII stulecia często występuje w formie zbiałoruszczonej: Prewalski (Prawalski) lub Perewalski (Pierawalski). Lecz faktyczna jego etymologia nie ma nic wspólnego z „waleniem pary”... Na podstawie samego tylko brzmienia nazwiska Przewalski (Prewalski) trudno byłoby definitywnie się wypowiedzieć o przynależności etnicznej (polskiej lub białoruskiej) protoplasty rodu. Ponieważ jednak w oddziałach tzw. kozaków petyhorskich funkcje oficerów bardzo często powierzane były (ze względów merytorycznych) polskim szlachcicom (najczęściej od paru pokoleń tu osiadłym i używającym na co dzień mieszanego narzecza polsko-ruskiego), to polskiego pochodzenia Kornela Przewalskiego (Prewalskiego) wykluczyć się nie da. A że był szlachcicem, to nie ulega wątpliwości.
Adam Boniecki uważał ród Przewalskich za rdzennie polski i nie umieścił go nawet w fundamentalnym swym dziele, poświęconym bojarstwu litewskiemu i ruskiemu pt. „Poczet rodów w Wielkiem Księstwie Litewskiem w XV i XVI wieku” (Warszawa 1883).
To, że Korniło (Kornel) Przewalski miał ojca imieniem Onisim, również nie świadczy jednoznacznie ani o jego prawosławnym wyznaniu, ani o ruskiej narodowości, gdyż w tamtych czasach i na tamtych ziemiach nieraz w jednej rodzinie bracia rodzeni mieli tak różne imiona jak Adam, Wojciech, Fiodor i Wasyl, z których pierwsze dwa – jak widzimy – są polskie, ostatnie – ruskie. A przecież byli to (chodzi o rodzinę Olizarowiczów z końca XVI stulecia) rodzeni bracia. Zresztą imiona te same nieraz w tymże dokumencie używane są kolejno raz w jednej, raz w drugiej wersji: Fiodor – Teodor; Ilja – Eliasz; Iwan – Jan; Jegor – Jerzy itd. Zdarzało się też, że katolicy miewali imiona „wschodnie”, a prawosławni „zachodnie”. A i język ówczesnych aktów ziemskich i grodzkich, pisanych częstokroć cyrylicą, to ani ruski, ani polski, lecz jakiś syntetyczny „polsko-ruski” język ze słownictwem przeważnie polskim, a fleksją przeważnie ruską...
Imię Onisim spotyka się często już w połowie XIV wieku na Rusi Czerwonej, która w X wieku należała do Polski, a następnie oderwana została od niej i wchodząc przez trzy stulecia w skład Rusi Halickiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego uległa zruszczeniu językowemu, co powodowało zaskakujące metamorfozy nawet imion własnych. Na przykład, pan wielkopolski Sędziwój, gdy pełnił w połowie XV wieku funkcję namiestnika kowieńskiego, pisany był cyrylicą jako Sudiwoj. (Patrz: „Akty otnosiaszczijesia k istorii Jugo-Zapadnoj Rossii”, t. 1, s. 69).
Podobnej metamorfozie ulegały też inne polskie nazwiska szlacheckie na Kresach: Kędzierzawski – Kiendierawskij, Przesmycki – Presmyckij, Korzeniewski – Korieniewskij, Przesiecki – Peresieckij, Ciechanowiecki – Tiechanowieckij, Mokrzycki – Mokryckij, Zebrzydowski – Żabridowskij itp. Pełno tu było już w XVI wieku napływowej szlachty polskiej. Akta grodzkie mohylewskie i witebskie wymieniają szereg jednoznacznie brzmiących nazwisk, przed którymi stoją nieraz nieco dysonansowo brzmiące imiona: Teodor Niedbalski, Jan i Illa Lubeccy, Waśka Junda, Jan Kawecki, Demid Konewka, Jan Lach, Jurko Mokrycki, Gabryel Jaślikowski, Krzysztof Sianorzęcki, Jerzy Poniatowski, Jerzy Bzicki, Stanisław Broniewski.
Natomiast w rosyjskich dokumentach oficjalnych polskie nazwiska zawsze ulegały swoistemu zruszczeniu, by brzmiały bardziej swojsko dla ucha wschodniosłowiańskiego. Nazwisko Dąbrowski cyrylicą pisane było jako „Dubrowski”; kanclerz koronny Jerzy Ossoliński zwany w rosyjskich źródłach jako „Jurij Osolinskoj”. Stefan Czarnecki zaś figuruje w rosyjskich dokumentach połowy XVII wieku jako „Stiepan Cziernieckoj”, Strzemiński jako „Strieminskoj” itp. Nazwisko hetmana wielkiego koronnego Aleksandra Koniecpolskiego z Koniecpola w XVII-wiecznych źródłach rosyjskich występuje w formie „Koniec Połskoj”, hrabiego Potockiego – „Potockoj”... (Patrz: „Akty otnosiaszczijesia k istorii Jugo-Zapadnoj Rossii”, t. 3, s. 33, 154, 162 i in.). Hetman (później król) Jan Sobieski figuruje w źródłach ruskich jako Iwan Sabiejskoj; Bohdan Chmielnicki zaś w wielu ówczesnych źródłach rosyjskich to – „Chmielewskij” lub „Chmielewskoj”! („Akty otnosiaszczijesia k istorii Jugo-Zapadnoj Rossii”, t. 3 (suplement), s. 48; t. 6, s. 233 i in.).
Zupełnie odmiennie brzmią w porównaniu z powyżej wymienionymi nazwiskami polsko-szlacheckimi imiona kresowej (białoruskiej) ludności, należącej do „niższych” warstw społecznych. Znajdujemy więc w tutejszych księgach ziemskich i grodzkich tak barwne nazwiska mieszczan i chłopów, jak: Marek Czartopołoch, Iwan Czarnozub, Michajło Sobacznik, Andrej Świnogon, Steńka Pachołek, Mikita Pierdun, Andrej Suczka, Iwan Gołopuzo, Kliszka Mamiaka, Jan Żerebiec, Miszka Piskun, Piotr Pirożnik, Symon Pastuch, Klim Sieczka, Paweł Trus, Matys Ryży itp. Nie należy temu się dziwić. W zapisach archiwalnych ziem koronnych spotykamy również tak barwne nazwiska chłopskie, jak Pinda, Wychodek, Durak, Miamla, Wszawica itp.

***

Wydaje się pewne, że nazwisko „Przewalski” należy do tzw. „odmiejscowych”: Przewalski to znaczy „z Przewał”, „de Przewały”. W powiecie grodzieńskim, na północ od Grodna, na prawym brzegu Niemna już w XV stuleciu istniało miasteczko Przewałki. Nie ono jednak było źródłem nazwiska Przewalski, lecz istniejąca do dziś prastara miejscowość Przewały w małopolskiej Chełmszczyźnie. Jest ona m.in. wspomniana jako jedna z pogranicznych miejscowości koronnych w dokumencie z 1546 roku opisującym rozgraniczenie między Koroną a W.Ks.L. Wydaje się, że wówczas należała ta wieś do panów Święcickich. („Archeograficzeskij Sbornik Dokumentow”..., t. 1, s. 81–85).
„Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” (1888, t. 9, s. 181) odnotowuje: „Przewały, wieś, powiat włodzimierski, z parafialnym kościołem katolickim pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Boskiej, zbudowanym w 1464 roku z drzewa przez obywatela Górkę. (...) 644 dusze”.

***

W bardzo dawnych zapisach archiwalnych, liczących sobie ponad 500 lat, można już spotkać wzmianki o reprezentantach tego rodu rycerskiego. Nobilis Steczko de Przewali figuruje w zapisach do ksiąg sądowych miasta Lwowa 30 sierpnia 1445 roku jako ławnik (inni to: Bistram de Lopyenik, Raphael de Czeschaczicze) na procesie niejakiego Wańki przeciwko Żydowi lwowskiemu o nazwisku Szachno („Akta grodzkie i ziemskie z czasów Rzeczypospolitej Polskiej”,  t. 14, Lwów 1889, s. 187).
Jeden z zapisów w aktach chełmskiego sądu ziemskiego z 22 stycznia 1476 roku rozpoczyna się od zdania: „Acta sunt hec in Chelm feria secunda ipso die sancti Vincencij martyris anno Domini M°IIIILXX sexto coram generosis et nobilibus Gnyewosio de Mosczyska judice, Petro de Trambaczow, subjudice Chelmensi, et praesentibus magnificis et generosis Sigismundo de Pomorzany, capitaneo Crasznostaviensi, Martino de Ostrow, succamerario Belzensi, Nicolao de Zyrnyky, tribuno Belzensi, Nicolao Smok de Syedlcze venatore, Hurko de Przewaly, dapifero Chelmensibus, Paulo de Syedlyscze, tribuno Chelmensi et quam pluribus fide dignis circa praemissa”... („Akty izdawajemyje Wilenskoju Archeograficzeskoju Komissijeju”, t. 19, s. 7). Ponieważ chodziło o umowę między władyką chełmskim o imieniu Harassimus oraz szlachcicem Andrzejem Jakubowskim, naturalną jest rzeczą, że i na poręczycieli wybrały strony zacną szlachtę polską, osiadłą i majętną.
Po ponad trzech latach, 22 listopada 1479 roku Hurko Przewalski ponownie figuruje w zapisach sądu ziemskiego chełmskiego jako honorowy świadek poręczyciel. Odnośny akapit brzmi: „Acta sunt hec in Chelm feria secunda proxima ante festum sanctae Katherine virginis anno Domini millesimo quadrigentesimo septuagesimo nono praesentibus generosis et nobilibus, videlicet Petro de Trambaczow judice terrestri, Nicolao de Syedlyszcze subjudice terrae Chelmensis, Hurkone de Przewaly dapifero Chelmensi, Paulo Smoczek de Syedlyszcze tribuno Chelmensi, Andruszkone de Mathycz subdapifero terre eiusdem Chelmensis et aliis quam pluribus fide dignis testibus circa praemissa, Nicolao Slabosz, Marco de Olchowyecz gladifero terre Chelmensis”. („Akty izdawajemyje”..., t. 19, s. 9).
I wreszcie zachowała się jeszcze jedna wzmianka w aktach sądowych o tymże Przewalskim, pochodząca z 18 września 1480 roku, a dotycząca, jak poprzednia, umowy, której stronami byli „wladika Harassimus” oraz „nobilis Jacubowsky de Lestzany”. „Acta sunt hec in Chelm feria secunda proxima ante festum sancti Mathei apostoli et evangeliste anno Domini millesimo quadringentesimo octuagesimo praesentibus magnificis et generosis Paulo de Jaszenyecz castelano Sandomiriensi et capitaneo Chelmensi, Johanne de Przythyk castelano Czarnoviensi et capitaneo Crasznostaviensi, Jacobo Czarlina de Myedzygorze, Hurko de Przewaly dapifero, Paulo de Syedlyscze tribuno Chelmensium, Johanne de Syennycza camerario, Rahoza de Veremorycze, Petro Pszonka de Babin, Johanne Troyan de Orlowska Wolya.
Wladika Lemiesowskym obligat”... („Akty izdawajemyje”..., t. 19, s. 11-12).
Tutejsza szlachta miała niewątpliwie polski charakter. Przemysław Dąbkowski („Wędrówki rodzin szlacheckich”, s. 6-7, Lwów 1925) pisze o ziemi halickiej: „Ledwie Polska zajęła te kraje, popłynęły liczne fale nowych osadników, ze wszystkich stron, z zachodu, północy, południa i wschodu. Napływali ci osadnicy z Polski rdzennej, z Małopolski, Śląska, Wielkopolski, Kujaw, Mazowsza, także z ziem czerwonoruskich, z Wołynia, przybywali ponadto z krajów czeskich, Niemiec, Wołoszczyzny i Węgier. Osadnicy ci przybywali bądź to z własnej inicjatywy, bądź to na wezwanie władców, przede wszystkim księcia Władysława Opolczyka, króla Władysława Jagiełły, bądź wreszcie zwerbowani przez niektóre rodziny magnackie, np. Buczackich, Chodeckich. Nowi osadnicy należeli do wszystkich warstw społecznych, byli wśród nich magnaci, szlachta zamożna i uboższa, słudzy szlacheccy, mieszczanie, chłopi... Wiele krwi, wiele niezmiernych wysiłków, trudu, pracy włożyły starsze, zachodnie dzielnice państwa polskiego w tę nową i młodszą jego dzielnicę. Ponieważ osadnicy ci przybywali przeważnie z zachodu, mieli oni spełnić w tej krainie rolę czynnika kulturalnego i rzeczywiście też swe zadanie należycie spełniali. Ponadto chodziło o to, aby wśród niepewnej ludności ruskiej osadzać jednostki wierne i zaufane, na któreby można było liczyć w każdej potrzebie. Wreszcie odgrywał tu rolę i wzgląd wojskowy”. Na skutek tego procesu już w XV wieku ziemie te zupełnie zmieniły swe oblicze etniczne, ponownie zyskując charakter polski.

***

W XVI wieku Przewalscy odgałęzili się z Małopolski na ziemie białoruskie, otrzymując tu nadania ziemskie w powiecie witebskim, a protoplasta tej gałęzi Korniło (Kornel) zmarł w drugiej połowie 1593 roku.
Przewalscy w różnych czasach i w różnych swych odgałęzieniach władali dziedzicznie majątkami Skuratowo, Romanowo, Zamierzyno w Województwie Witebskim, jak i Bobową Łuką we Włości Wieliżskiej (Por. Ałła Hołubowicz, „Korzenie jego na ziemi białoruskiej”, w: „Wieczernij Minsk”, nr 93, 21 kwietnia 1989 r.).
W jednym z dokumentów na kupno-sprzedaż części gruntów majątku Andronowicze powiatu orszańskiego na Witebszczyźnie z roku 1592 wymienia się nazwiska szlachetnych panów Stanisława Święcickiego i Korniły Przewalskiego, jako tych, z których posiadłościami owe grunta graniczą („Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 31, cz. 2, s. 10, 12). 24 czerwca 1593 roku niejaki Żukowski, woźny, świadcząc w sądzie przeciwko pisarzowi grodzkiemu Witebska Kuźmińskiemu, powołał się na ludzi dobrych, dwóch szlachciców, pana Teodora Owdziejewskiego i pana Kornela Przewalskiego(„Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 20, s. 353-354). Kornel Onisimowicz Prewalski, rotmistrz, figuruje też w innych tego typu dokumentach (cyt. wyd., t. 31, cz. 2, s. 26). Możemy już teraz stwierdzić, że słynny podróżnik Mikołaj Przewalski był w prostej linii dziewiątym potomkiem dzielnego rotmistrza.

***

Ziemie białoruskie – wbrew pokutującym tu i tam stereotypowym wyobrażeniom – wcale nie były zaniedbane pod względem kulturalnym i nie stanowiły jakiegoś przejściowego terenu między Polską a Rosją, lecz stworzona tu przez potomków nadwiślańskich Radymiczów kultura posiadała charakter oryginalny i samoistny, a przy tym wcale głęboki i wyrafinowany.
Starożytne miasta białoruskie Połock, Mohylew i Witebsk należały do szeregu co większych miast Rzeczypospolitej. O ile – według danych J. J. Łappo – w połowie XVI wieku Grodno liczyło sobie 543 dwory, to Połock – 1515, Mohylew – 1261, Witebsk 1010. W samym Mohylewie było około 400 sklepów, a obcy podróżnicy pisali, że „jest to miasto bogaczy, gdyż wszyscy jego mieszkańcy to zamożni kupcy”.
Połączenie z Polską spowodowało jeszcze większą dynamizację życia społecznego, do wzrostu kultury i zamożności ludności, do rozwoju miast, handlu i rzemiosł. Znalazło to odbicie m.in. w „Pramowie Mialeszki”, satyrycznym utworze białoruskim, którego autor ze staroświeckich pozycji drwił z „nowinek”: „Kiedyś szlachcice w tak drogich świtach nie chadzali. Drudzy bez nogowic, jak bernardyny hulali, a koszule aż do kostek, a czapki aż do samego pasa nosili”. Teraz zaś wszystko się zmieniło: „To wielmi straszna szkoda, torty te cynamonem, migdałami cukrować. A za mojej pamięci przysmaków tych nie bywało. Wina węgierskiego nie zażywali przedtem. Malmazję skromnie piwali, miodek i gorzałeczkę dziobali... I to nie do rzeczy: w bogatych sukniach panie chodzą. Nie znano przedtem tych partugałek, ani fortugałek...
Lecz ta sielanka, gdy można było sobie do woli się dąsać i czynić kwasy z powodu takich farfałek, niebawem minęła. Ze Wschodu nadciągała wielka pożoga. W ciągu XVI stulecia wzrastająca w potęgę grabieżcza, dynamiczna i bezwzględna Moskwa stawała się coraz to bardziej niebezpiecznym zagrożeniem dla Polski, Litwy i Białej Rusi, połączonych związkiem sojuszniczym. Ludność tamtejszą od dawna już wychowywano w głębokiej wrogości do zachodnich sąsiadów. Nienawiść do polskości i katolicyzmu głęboko zakorzeniona była na Rusi Moskiewskiej. Michał Litwin (Wencław Mikołajewicz) w traktacie „O zwyczajach Tatarów, Litwinów i Moskwicinów” (1564) przytacza na dowód tej nienawiści moskiewskie przekleństwo: „Obyś został człowiekiem rzymskiej albo lackiej wiary”.
Rzeczpospolita szukała sprzymierzeńców na Zachodzie, by wspólnie przeciwstawić się zagrożeniu moskiewskiemu, wszelako zwycięstwa są odnoszone raczej na polach bitewnych, nie przy okrągłych stołach, choć na ogół twierdzi się, że bitwy wygrywają żołnierze, a wojny – dyplomaci. Zygmunt August, proponując w grudniu 1569 r. Elżbiecie angielskiej sojusz antymoskiewski, powoływał się na wspólnotę interesów władców chrześcijańskich, a Iwana Groźnego określał jako „barbarzyńskiego i okrutnego przeciwnika wszystkich narodów i ludów” oraz „nieprzyjaciela wszelkiej wolności”. Jeśli tylko uzyska on dostawy broni z Zachodu, „wszystko najedzie i rozgrabi i – Boże nas chroń – całe chrześcijaństwo strasznymi klęskami rozgromi”...
W podobnych słowach wyraża się u schyłku XVI wieku o walkach z Moskwą Krzysztof Warszewicki, określając jej władcę jako tyrana, a zwycięskie wojny Batorego nazywając triumfem cywilizacji i wolności nad despotyzmem oraz barbarzyństwem. Stąd też wszelkie porozumienie z Moskwą tak królowie, jak i społeczeństwo szlacheckie uważało za niewskazane i niemożliwe. (Por. Janusz Tazbir, „Polskie przedmurze chrześcijańskiej Europy”, Warszawa 1987, s. 33-34). W XVI wieku Polska miała jeszcze rozumnych polityków i nie gubiła się w dziecięcych mrzonkach.
W roku 1575, wykorzystując trudności bezkrólewia w Polsce, oddziały moskiewskie zdobyły porty Pernawę i Salis nad Bałtykiem, a w 1577 krok po kroku zajęły całe Inflanty aż po Dźwinę, z wyjątkiem Rygi i Rewla. W ten sposób została po raz pierwszy przełamana rubież odseparowująca Moskwę od Bałtyku, a nad Litwą zawisło poważne zagrożenie także od północy. W takiej sytuacji nie ma czasu na rozterki i wątpliwości. „Nie tylko kompromis z Gdańskiem, ale i różne inne posunięcia Batorego świadczyły, że król wszystkie sprawy chce podporządkować głównemu celowi, tj. zwycięskiej rozprawie z tym wrogiem, co w ciągu XVI wieku przez Smoleńsk i Połock wbijał się w Wielkie Księstwo Litewskie, a od Pskowa parł niepohamowanie do Bałtyku”. (Władysław Konopczyński, „Dzieje Polski nowożytnej”, t. 1, Warszawa 1986, s. 160).
Stefan Batory w jednej z instrukcji na sejmiki szlacheckie województw Krakowskiego i Sandomierskiego w maju 1578 roku dyktował: „Przyrodzona to jest rzecz każdemu bronić się. Po Bogu ojczyźnieśmy najwięcej powinni. I zwierzęta pro vita, pro lustris et cubilibus catulisque suis pugnant. To żebyś sobie, żebyś dziatkom, żebyś ojczyźnie obmyślił bezpieczeństwo, zaś nie jest najwyższe prawo? Albo radniej zaś nie jest to anima legum wszystkich: jako ciało, jako wszystkie członki jego, animo służyć mają, tak wszystkie prawa służyć i ściągać się mają do tego, aby cives byli wcale, a naprzód ojczyzna, która wszytko w sobie zamyka, była cała? Jest to prawo wieczne, nie uchwalone, ale wrodzone, nie dopiero w statut wpisane, ale od Boga podane, każdemu szlachcicowi ze krwią społem wlane, abyś dla ojczyzny i gardła odstąpił. Ten jest fundament, na którym wokacya szlachecka zasiadła. Jeśliby kto inszego rozumienia się najdował, ten może się szlachcicem zwać, mógł się z rodziców szlachcicem narodzić – szlachcicem nie jest.” (Cyt. wg „Biblioteka Ordynacji Krasińskich”, t. 5–6, Warszawa 1881, s. 57–58, 73-74).
Król zdawał sobie sprawę z wojennych przygotowań Moskwy i wiedział, że wróg tuż tuż uderzy. Nalegał więc na szybką mobilizację i ostrzegał braci – szlachtę: „Połóżcie Wasz Moście na jednę stronę sławę narodu swego, ćwiczenie dziatek swoich, sławę pańską, sumnienie swe i pańskie, przed Panem Bogiem i przed ludźmi czyste, nie tylko zadzierżaną, ale in suam amplitudinem, jaka za przodków Wasz Mościów była, przywróconą Rzeczpospolitę, auctam dalibóg insigni provincia, co nas inszym nieprzyjaciołom sroższe uczynić może, co nas może tak wesprzeć, że i o kogo więtszego pokusić się będziem mogli, nieczekając per inertiam, jako osądzeni, na śmierć kiedy nas wywiodą.
Połóżcie Wasz Moście na drugą stronę obelżenie i niesławę wieczną narodu naszego, chowanie dzieci swych w próżnowaniu, pod takowe niebezpieczeństwo Rzeczypospolitej, na które się zewsząd zanosi, jako kur na zabicie, obelżenie i wzgardę pańską i swoją u postronnych ludzi na wieczne czasy, obrazę sumnienia swego za opuszczeniem braciej swej, przeciwko przysiędze swej, która tu wieczną niesławę, tu i na onym świecie pomstę Boską i gniew na nas bez pochyby poruszy; za naszem zaniedbaniem i niezgodą, przydanie serca i temu tyranowi i wszem innym nieprzyjaciołom naszym, że się na nas wszyscy zaraz oburzą, zgubienie naprzód Inflanckiej Ziemie z porty, potem Litwy z Prussy, potem wnet i ostatka, i mordy i okrucieństwa nad bracią swą naprzód, potem nad sobą, dziatkami, żonami swemi, albo pohańbienie i obelżenie ich wieczną niewolą gorszą od śmierci, z wieczną niesławą i pośmiewiskiem u wszech narodów, że nakoniec i u chrześcijan commiseratione indigni videbimur”. Tym razem słowa monarsze znalazły oddźwięk w sercu narodu i środki na wojnę niebawem zgromadzono.

***

Car Moskwy Iwan Wasiljewicz, bezustannie nękający pogranicze Rzeczypospolitej krwawymi łupieżczymi wypadami, do których się nie przyznawał, jednocześnie pisał (12 marca 1579 roku) do króla Stefana Batorego: „Chcemy bractwa i brackiey przyjaźni i miłości”. Sugerował też kniaź moskiewski – podczas gdy oddziały jego plądrowały polskie pogranicze – aby „wojny nie wszczynać, spokoynie się zachować”...
Widocznie tak ten władca rozumiał „walkę o pokój”, że on ma prawo grabić i uciskać inne państwa, te zaś nie mają prawa się bronić. Miałoby to być „równowagą polityczną” w moskiewskim rozumieniu. Zresztą Batory na te niechlujne przygrywki odpowiedział po męsku, odmawiając udziału w bezsensownych rokowaniach. Znalazł też odtrutkę na rozbój Moskwy – grabież i palenie jej grodów. Ulubioną maksymą Stefana Batorego i jego żołnierzy było: „Magna consilia non diu deliberanda, sed exequenda sunt” – „Wielkie postanowienia są nie do roztrząsania, lecz do wykonania”.
Trzeźwo i stanowczo usposobiony król rozpoczął w odpowiedzi na przebiegłą politykę Moskowii zakrojone na szeroką skalę przygotowania do walnej rozprawy z Kremlem. Walczące oddziały Rzeczypospolitej otrzymały wsparcie w żywej sile i uzbrojeniu i w 1578 roku odzyskały w Inflantach tereny nadmorskie oraz środkową część tego kraju. Na następny rok zaplanowano zadać Moskwie cios, po którym przestałaby być zagrożeniem dla sąsiadów, a jako pierwszy etap tej akcji umyślono odzyskanie białoruskiego Połocka, który z kolei miał zostać punktem wyjściowym dalszych działań operacyjnych zarówno w Inflantach, jak też w tzw. Bramie Smoleńskiej oraz w kierunku północnym.
17 lipca 1579 roku w okolice Swira (około 60 km na wschód od Wilna) wyruszyły ze stolicy Litwy silne oddziały sojusznicze. 40 tysięcy żołnierzy ciągnęło drogą, która od tego pamiętnego lata aż do dziś jest zwana Traktem Batorego. W Swirze nastąpiło przegrupowanie, następnie zaś wojsko ruszyło wzdłuż rzeki Dzisny, przeprawiło się koło miasta o tejże nazwie przez Dźwinę do obsadzonego przez silny garnizon moskiewski Połocka. Oblężenie twierdzy trwało od 11 do 30 sierpnia, ponieważ szturm utrudniały ulewne deszcze uniemożliwiające podpalenie drewnianych fortyfikacji. W końcu Rosjanie skapitulowali.
Antonio Possevino pisał w „Moskovii”  (s. 40): „W Połocku Moskwicini zbudowali wieżę z samych belek, z której tak dokładnie pilnowali obozu nieprzyjaciela i reszty terenu, że nikt nie był w stanie się zbliżyć. Tymczasem jednak wieża tak mocno ucierpiała od pocisków królewskich, że zdawało się, iż przechyliła się na bok, aż w końcu na skutek męstwa króla Stefana i dzielności królewskich wojsk twierdza została zdobyta”.
W tym czasie kawaleria białorusko-litewska grasowała po Ziemi Smoleńskiej i Czernihowskiej, wycinając w pień napotykane tam oddziały moskiewskie oraz uniemożliwiając wymarsz na odsiecz załodze Połocka silnemu ugrupowaniu, stacjonującemu koło Smoleńska, który był wówczas potężną twierdzą rosyjską.  „Wały Smoleńska, które z jednej strony oblewa Dniepr, następnie potrójne umocnienia, wreszcie twierdza wraz z cerkwią położoną na wzniesieniu, dałyby się mocno we znaki oblegającym. Sam wał pełen jest niewielkich, umieszczonych w małych odstępach otworów, w których można umieścić mniejsze armaty w razie jakiegoś napadu (...).
Załogi twierdz chociaż ustępują Polakom w otwartym polu, za to lepiej bronią swych warowni i miast. Często nawet kobiety biorą na siebie obowiązki żołnierzy – gdy trzeba przynosić wodę do gaszenia ognia lub gromadzić i zrzucać z wałów wielkie kamienie, lub ciskać zaostrzone drągi, które w tym celu trzymają w rękach – w ten sposób bardzo pomagają swoim i działają na zgubę nieprzyjaciela. Dalej, jeśli ktoś z załogi padnie od ciosu nieprzyjaciół lub w wyniku eksplozji wyleci w powietrze, zaraz zajmuje jego miejsce inny, a często tego następny – jednym słowem, nikt nie żałuje trudu ani życia. Zahartowani na zimno, często przed nim oraz przed deszczem, śniegiem i wiatrem kryją się tylko pod wiązką gałęzi lub płachtą rozpostartą na wbitych kijach. Także na głód są bardzo wytrzymali, zadowalają się wodą zmieszaną z mąką owsianą, co smakuje prawie jak ocet, jako napojem i chlebem, jako pożywieniem. Opowiedział mi król Polski, że w twierdzach inflanckich napotykano takich, którzy dość długo odżywiali się w ten sposób i że gdy już prawie wszyscy wyginęli, ci, którzy pozostali, ledwie żywi, wciąż jeszcze obawiali się, czy przez oddanie się w niewolę nie łamią przysięgi złożonej swemu księciu, że służyć mu będą aż do śmierci.
Na tym właśnie polega ich siła, dzięki której są zdolni do największego bohaterstwa. Z drugiej zaś strony hołdują zasadzie, aby nawet posiadając siłę, ustępować licznym wrogom, albo w ogóle męczyć ich swą wytrwałością i dokładnością”. (Antonio Possevino, „Moscovia”, Warszawa 1988, s. 40-41).
Starcia wokół tej potężnej twierdzy wyróżniały się niesłychanym nasileniem w ciągu dłuższego czasu. Podczas walk pod Smoleńskiem, jak pisał Daniel Radwan do J. K. Chodkiewicza, była „strzelba (strzelanina – J.C.) tak gęsta, że się jej wróble po murzech nie boją”...
W ciągu września wojska polsko-litewsko-białoruskie opanowały wszystkie ważne twierdze strategiczne na południowym brzegu Dźwiny: Nieszczerdę, Sokół, Suszę, Turowlę i inne. Na zimę pospolite ruszenie zostało rozpuszczone do domu. Wielu dowódców i żołnierzy Stefan Batory po królewsku wynagrodził za dzielność.
18 października 1579 roku w Wilnie monarcha nadał staroście orszańskiemu Fiłonowi Kmicie Czarnobylskiemu tytuł senatora i wojewody smoleńskiego, „jakoż on będąc od nas przełożon nad wojski naszemi ziem i zamków Podnieprzańskich, w ziemi nieprzyjacielskiej, zwłaszcza pod zamkiem Smoleńskim, znakomitą szkodę uczynił, ogniem i mieczem dowodząc (przewagi) nad nieprzyjacielem”. („Akty otnosiaszczijesia k istorii Zapadnoj Rossii”, t. 3, s. 249).
W roku następnym – w obliczu zagrożenia ze strony Szwecji – zrezygnowano, co prawda, z realizacji wielkiego marszu na Moskwę, lecz opracowano plan wyprawy na Wielkie Łuki, słynną a potężną twierdzę nad rzeką Łować. „Wielkie Łuki, tak od rozłożystych łąk nazwane, miastem są przestronnym, położonym w kraju wesołym i obfitym. Zamek postawiony jest na wzgórku prawie zewsząd jeziorem otoczonym, od południa tylko i wschodu (gdzie jezioro jest przerwane), płynie Łowat rzeka, między której brzegami i jeziorem szczupła tylko pozostaje ścieżka. Około niego był wał osobliwszej wysokości, nie tylko mieszkańców domy, ale i Cerkwie, których wielka tam liczba jest, zasłaniający” – opisywał Żegota Onacewicz to miasto właśnie podczas wyprawy nań Stefana Batorego w dziele „Panowanie Henryka Walezyusza i Stefana Batorego, królów polskich” (Warszawa 1823, t. I, s. 255).
Przygotowania do uderzenia i ponowna koncentracja wojsk sojuszniczych, tym razem pod Czasznikami, zostały zrealizowane w sposób skryty i wyjątkowo sprawny. Na Wielkie Łuki wymaszerowała armia licząca w sumie 48 tysięcy żołnierzy, w tym oddziały litewskie miały 25 700 wojowników, koronne – 22 700. Jazda stanowiła 70% składu osobowego, piechota 30%. Wśród oddziałów koronnych 13% stanowiła niezwykle bitna husaria węgierska, zaś 3% – rajtaria niemiecka.
Dyscyplina w oddziałach Stefana Batorego była żelazna. W jednej z instrukcji jego dla wojska m.in. czytamy: „Ktoby zwadę uczynił (...) jeśli kto rani, tedy gardło; jeśli nie rani, ale broni dobędzie, albo do niej się targnie, tedy rękę stracić ma”...
Jednym z oddziałów husarii litewskiej dowodził Kornel Przewalski, jak można wnioskować z przekazów archiwalnych, oficer bitny, odważny i utalentowany. Całość komendy nad oddziałami Wielkiego Księstwa sprawował hetman Mikołaj Radziwiłł. Wojska polsko-litewsko-białoruskie miały około 70 armat, zaś ich lekka broń palna była niekiedy lepsza niż będąca na uzbrojeniu Moskwy, np. donośność polskich rusznic przekraczała 200 metrów, rosyjskich zaś piszczeli zaledwie 60 metrów. W sumie jednak w dorzeczu Dźwiny latem 1580 roku stanęli przeciwko sobie silni i godni siebie przeciwnicy, wojska rosyjskie bowiem były świetnie wyszkolone i zaopatrzone, zahartowane w bojach, przesiąknięte nienawiścią do Polski i Litwy, a mające przeświadczenie, że walczą w słusznej sprawie przeciwko najeźdźcom. Jak wiadomo, w wojnie czynnik psychologiczny bywa nie mniej ważny niż techniczny.
Armia Stefana Batorego wyruszyła z Witebska w kierunku Wielkich Łuków 3 sierpnia przez lasy i błota, w okropnie trudnych warunkach, holując sprzęt przez bagna i spławiając go wodą. 25 sierpnia już pod tą twierdzą oddziały główne połączyły się z oddziałami kanclerza koronnego Jana Zamoyskiego, który dotarł tu inną trasą, przez Wieliż. 27 sierpnia król dokonał przeglądu wszystkich wojsk uszykowanych na przedpolach Wielkich Łuków do bitwy. Jazda ciężka i średnia została zgrupowana w kilku hufcach, stanowiących jądro uderzeniowe, chorągwie lekkie zaś ustawiono po bokach i z tyłu w hufczykach posiłkowych. Piechota podzielona na pułki, liczące po 300 do 700 osób (węgierska po 1000 osób) stanęła w pierwszej linii w szachownicę na przemian z jazdą. Tutaj też umieszczono hakownice na kołach oraz działka polowe. Pułk kanclerza Zamoyskiego zajął pozycję do szturmu od północy i wschodu twierdzy, pułki litewsko-białoruskie, w jednym z których znajdował się oddział Kornela Przewalskiego, stanęły z południa; oddziały węgierskie gotowe były do ataku z kierunku zachodniego. Spieszące na odsiecz oblężonym parotysięczne oddziały moskiewskie zostały, w międzyczasie, rozbite przez jazdę polską. Oblężonymi oddziałami rosyjskimi w twierdzy Wielkie Łuki dowodzili książęta Fiodor Łykow i Wasyl Wojejkow.
31 sierpnia rozpoczęto bombardowanie zamku pociskami burzącymi i zapalającymi. Do ataku jako pierwsi ruszyli Węgrzy, następnie Polacy. Kilkaset żołnierzy zostało rannych lub zabitych pod gradem kamieni, strzał i pocisków, a nacierający musieli się cofnąć. Rosjanom znów sprzyjały ulewne deszcze, gaszące zapalane fortyfikacje. Po kilkudniowych krwawych walkach wręcz twierdza Wielkie Łuki 5 września padła. Rosjanie skapitulowali na zasadach honorowych i mieli przez zwycięzców być puszczeni wolno. Po złożeniu jednak przez nich broni doszło do tumultów i rzezi na bezbronnych już żołnierzach, co rzuciło ciemny cień na honor rycerski Polaków. W czasie chaotycznych zamieszek niegaszony ogień przedostał się do prochowni i cała nieomal twierdza wyleciała w powietrze, grzebiąc pod gruzami ponad 4 tysiące Rosjan i kilkuset Polaków.
Po wzięciu Wielkich Łuków Stefan Batory mianował jego burmistrzem Filona Kmitę, w składzie pułku którego szczególnym męstwem wyróżnili się m.in. rotmistrzowie Kornel Przewalski i Dymitr Ciechanowicz, którym król nadał za zasługi znaczne posiadłości ziemskie. Natychmiast też zarządził Stefan Batory odbudowę twierdzy Wielkie Łuki według planów architektów włoskich; to miasto miało się stać polską forpocztą w dalszych działaniach przeciwko Moskwie.
Zdobycie Wielkich Łuków miało dla Rzeczypospolitej duże znaczenie strategiczne, pozwoliło jej wojskom już w 1581 roku wyruszyć na Psków, i choć tej wielkiej twierdzy nie udało się opanować, to jednak żołnierze sojuszniczy (w tym ponownie Kornel Przewalski) wykazali w trakcie jej oblężenia cudów odwagi i poświęcenia. Praktycznie rzecz biorąc był to ówcześnie jeden z najpotężniejszych grodów obronnych Europy, jego wzięcie było niemalże nie do pomyślenia. Znany podróżnik Possevino pisał w dziele „Moscovia” (s. 39-40): „Psków ma mury z kamienia, którego dostarcza koryto rzeki, i baszty, następnie przeprowadzony przez środek miasta drugi mur mający kształt prawie trójkąta oraz trzy wznoszącego się przy tym murze twierdze. Miasto zatem posiada wyjątkową siłę obronną. To właśnie dawało oblężonym siły (widywałem to w tym czasie w obozie królewskim), zaś oblegającym przysparzało troski i trudności. Bowiem, choć Polakom udało się zburzyć blanki muru, nie udało im się podkopać za pomocą łopat i toporów pod fundamenty muru, aby spowodować jego zawalenie się. Także wspinającym się odważnie po murach wśród gradu pocisków moskiewskich nie pozostawało nic innego, jak się wycofać. Jeśliby zaś próbowali zeskoczyć na drugą stronę, byliby odcięci murami miasta od reszty wojska i skazani na niechybną zagładę. Lecz gdyby nawet udało się z początku oblegającym wtargnąć do miasta, zostaliby tak zamknięci wśród drewnianych domów, których jest w nim pełno, że po podłożeniu ognia musieliby zostać spaleni. Zaś Moskwicini schroniliby się bezpiecznie w murowanych twierdzach. Do tego jeszcze staraniem namiestnika umieszczono między murowanymi wieżami także inne, drewniane, zdolne wyrzucać większe pociski, z których to wież nieustannie strzelano”.
Twierdza Pskowska nie padła w sensie fizycznym, lecz na skutek męstwa żołnierza polskiego została zmuszona do kapitulacji moralnej. Wróg moskiewski bowiem został unieszkodliwiony i zmuszony do pójścia na daleko posunięte ustępstwa wobec Polski i Litwy. Na mocy rozejmu w Jamie Zapolskim z 1582 roku Rosja zrzekła się na rzecz Rzeczypospolitej Ziemi Połockiej i Inflant, a tym samym Moskwa na pewien czas przestała być czynnikiem zagrażającym bezpieczeństwu Litwy, Polski i Rusi. W Wilnie, mieście stołecznym Wielkiego Księstwa Litewskiego,  uroczyście obchodzono to doniosłe wydarzenie.
Szymon Starowolski w dziele „Polska albo opisanie Królestwa Polskiego”, napisanym w roku 1632, odnotowywał to wydarzenie: „Król Zygmunt III kazał niedawno wykonać srebrną trumnę, mającą trzy tysiące funtów wagi, oraz srebrny ołtarz, kaplicę z najszlachetniejszego marmuru, ogromny dzwon jako wotum po zdobyciu Smoleńska. Do uruchomienia dzwonu potrzeba 24 silnych mężczyzn. Jest on podobny do dzwonu, jaki w Krakowie został ufundowany przez Zygmunta Starego i nosi jego imię. Pod imieniem i patronatem świętego Kazimierza wzniósł na wzór architektury włoskiej bazylikę Księży jezuitów w środku miejskiego rynku. Jezuici posiadają kolegium naukowe, ufundowane przez króla Stefana, które wspaniale wyrosło na ulicy Zamkowej przy kościele parafialnym Św. Jana. Nowicjat zaś mają oni w innej części miasta. Wspomniane kolegium podniósł do rangi uniwersytetu papież Grzegorz XIII w roku 1579 pod wpływem gorących próśb fundatorów, Waleriana, biskupa wileńskiego, króla Stefana oraz innych czcigodnych mężów, o czym zobacz: Wojciech Kojałowicz, teolog Towarzystwa Jezusowego, prokanclerz tego uniwersytetu, w Rozmaitościach dotyczących stanu Kościoła w Wielkim Księstwie Litewskim. Teologię wykłada tam sześciu profesorów, siódmy – liturgikę, pięciu – filozofię, czterech – prawo świeckie i kościelne, siedmiu – nauki humanistyczne.
W mieście tym znajdują się dwa zamki – Górny o starej zabudowie, już niemal całkowicie zdewastowany, i Dolny, o harmonijnych kształtach oraz wspaniałości stosownej do wymogów dworu królewskiego. Pałace pozostałych dygnitarzy są mniejsze, ale pięknie zbudowane, tak zresztą jak i domy osób prywatnych, którzy zaczęli je wznosić okazalej z kamieni i cegieł po owej zagładzie całego miasta w wielkim pożarze w 1610 roku podczas wojny moskiewskiej. Znajdują się tu liczne klasztory tak greckie, jak i łacińskie. Istniał też zbór należący do kalwinów, którzy posiadali również własne gimnazjum i z Niemiec sprowadzali do niego nauczycieli swojej niecnej wiary. Miasto to bowiem posiada rzesze rzemieślników i kupców: Niemców, Szkotów i Anglików. Lecz zbór ich na mocy tego samego dekretu sejmu Królestwa co zbór arian w Rakowie uległ całkowitej kasacji.
W Wilnie produkuje się znakomite mosiężne bombardy i działa mniejszego kalibru oraz inny sprzęt i broń wojenną. Cztery mile od miasta, w lasach rudnickich, znajduje się pałac królewski, wspaniale przyozdobiony, z uroczym ogrodem, dzikimi terenami łowieckimi i ogromnymi zwierzyńcami.
W dokumentach archiwalnych z tego okresu również nieraz spotykamy wzmianki o panach Przewalskich.

***

Od końca XVI wieku zaczęli się panowie „z Przewał” małopolskich rozkrzewiać na ziemiach białoruskich w okolicach Witebska, Połocka, Mohylewa, Mińska. Były to tereny nader swoiste pod względem etnograficznym. Ludność w większości była białoruska i prawosławna, po miastach i miasteczkach często Żydzi stanowili większość, ale też już wówczas istniała tu gęsta sieć szlacheckich zaścianków, będących ostoją polskości i katolicyzmu.
W 1510 roku Zygmunt I potwierdzając nadanie Połockowi prawa magdeburskiego zastrzegał, że połowę magistratu wybierają wyznawcy wiary greckiej (prawosławia), a połowę rzymskiej (katolicyzmu). Wynikałoby z tego, że liczba katolików, a więc przeważnie Polaków i Litwinów, miałaby w tamtych stronach już wówczas być znaczna. („Akty otnosiaszczijesia k istorii Zapadnoj Rossii”, t. 2, s. 75-79, Petersburg 1848). Także według uchwał sejmu wileńskiego z października 1551 roku zobowiązywał się Zygmunt August do obsady urzędów dworskich wielkoksiążęcych mając na względzie przede wszystkim „tubylców tutejszego państwa swojego wielikoho kniazstwa Litowskaho”. Niekiedy oczywiście dobro urzędu wymagało obsadzenia go przez tego czy innego koroniarza o odpowiednim przygotowaniu do zawodu, ale w zasadzie funkcje państwowe powierzano osobom urodzonym w Wielkim Księstwie, wśród których byli obok Rusinów i Litwinów, także Polacy, Żydzi, Niemcy, Włosi, Tatarzy.
Granica podziału etnicznego między Litwinami, Białorusinami, Polakami ulegała niekiedy istotnemu rozmyciu. Wielu katolików, rdzennych Polaków czy Litwinów, przechodziło na obrządek wschodni, czynili to często zwłaszcza księża katoliccy, chcąc uniknąć celibatu. Tak w połowie XVIII wieku spotykamy w Mohylewie np. Aleksandra Januszkiewicza, prezbitera Cerkwi Wozniesieńskiej (Wniebowstąpienia Pańskiego), oraz Michała Wąsowicza, prezbitera Cerkwi Św. Mikołaja.
Wracając do wieku XVI, kiedy to dopiero kształtowała się na tych ziemiach względnie jednolita społeczność państwowa Rzeczypospolitej, widzimy, jak liczne przeszkody natury społecznej, prawnej, wyznaniowej, psychologicznej trzeba było pokonać, by coś z tej różnorodności kulturowej stworzyć.
W roku 1503 Aleksander Jagiellończyk nadał Witebskowi przywilej, składający się z 29 punktów, z których jeden głosił: „Kiedy złodziej nie ma czym wynagrodzić kradzieży, sam będzie wydany żałującemu, który uczyni z nim, co zechce” (15)
29-ty zaś punkt gwarantował: „Kto z Litwinów lub Lachów zostanie w Witebsku ochrzczony na ruską wiarę i tam przebywa, ten ruszany nie będzie”. Dan w Wilnie roku 7011 /1503) lipca 16”.
7 grudnia 1548 król Zygmunt August wydał w Piotrkowie edykt, skierowany do mieszkańców W. Ks. L., a grożący karami tym, którzy wyłamują się z nakazów etyki chrześcijańskiej, „w dni swiatyje robiat, ... niedzieli i nikotoroho święta w poczciwości nie majut”. Konstatował ze zgorszeniem monarcha, iż „po miesciech i dworech naszych i imienjach naszych... mnogie niewiasty mużow swoich opuskajuczy swojej woli używajut, i nie w zakonie nieszkajut, i, będąc chrześcijanki, z Żydy, z Turki, z Tatary żyją, cudzołóstwa i insze zbytki czynią”, a dzieci swe z sobą zabierając, do porzucenia przez nie religii katolickiej doprowadzają. Nakazywał król, by niewiasty takie „imano i do kazni i karania dawano”.
Mimo procesów integracyjnych społeczność katolicka a prawosławna na ziemiach w szczególności białoruskich zachowywały własny, odrębny styl życia. Znakomity historyk białoruski XIX wieku M. Wieriowkin bardzo barwnie opisuje byt mnichów – Bazylianów (mniejsza o to, że nieżyczliwie, gdyż czegoś innego cenzura by nie puściła do druku). W tomie 23 „Istoriko-juridiczeskich materiałów”..., (s. 237-239) zauważa: „Jakże jaskrawie różniło się życie zakonników prawosławnych od życia klechów katolickich! Wiadomo, że np. w klasztorze bazyliańskim w Berezweczu, będącym ongiś rezydencją unickich prowincjałów, nawet w czasach późniejszych, do zjednoczenia jego w 1839 roku z prawosławiem, każdego dnia mnisi przed obiadem zbierali się u przeora na tzw. konsolację, gdzie proponowano im wódkę i przyzwoite przekąski, podawano też mięsne i inne trefne dania, podczas obiadu cztery, przy kolacji trzy z sytnym chlebem, sałatą i dowolnymi ilościami piwa. Prócz tego każdemu mnichowi dawano do celi po garncu piwa codziennie i po garncu 100-procentowego spirytusu comiesięcznie.
Po obiedzie Bazylianie spoczywali, spędzali czas na przechadzkach i wizytach poza klasztorem, wędkowali i uprawiali tytoń na własne potrzeby. Na ubiór otrzymywali tzw. „pieniądze habitowe”. A jeszcze odważali się narzekać na swego uczonego i prowadzącego poważny (względnie) żywot, przeora, Tadeusza Majewskiego, jeśli przyhamowywał w tym czy innym przypadku ich nieumiarkowane lub naganne zachowanie się.
Mścili się też na nim w niestosowny sposób: wszystkim klasztornym psom, na przykład, nadali nazwy według żydowskich imion jego byłych krewniaków i krewniaczek (czyniąc aluzję do żydowskiego pochodzenia jego przodków); urządzali kocie koncerty z grzmiącym żydowskim refrenem: „bejzer, klejner Maefis” (zły mały Majewski) itp. ...
Słodko się żyło Bazylianom w tym klasztorze, a dlatego nie przypadło im do gustu przyłączenie do prawosławia... Prawie 100-letni mnich January Baburko nierzadko uganiał się za uczniami (szkoły prawosławnej, założonej przez Rosjan przy klasztorze) uzbrojony w byle co, widelec, kij itp., wołając: „A wy, popowicze, dziakowicze, objadacie nas!”... Inny, nazwiskiem Wojewódzki, wysoki i gruby, lat około 50 mnich pomagał mu... Pewnego razu wieczorem gdzieś daleko wybuchł pożar, co, naturalnie, sprowadziło na (wysoki monasterski) krużganek także i uczniów. Wojewódzki patrzał na daleki pożar przez lornetkę, gdy zwrócił się do niego jeden z chłopaków z prośbą: „Pozwólcie mi popatrzeć w podzornuju trubu”. I cóż? Wojewódzki rozpłomienił się gniewem: „Ach ty – zawołał – Moskalu, schizmatyku! Jaka ci to podzornaja truba? To lornetka, lornetka! Oto ci podzornaja truba!” I bez ceregieli chwycił nieszczęśnika za włosy.
Niewątpliwie, Bazylianie nie ograniczyli by się podobnymi przejawami swej złości, gdyby nie uśmierzał ich w miarę możliwości poważny przeor Majewski, doktor teologii i filozofii, który połączył się (po uprzednim uzgodnieniu) bez najmniejszego sprzeciwu z prawosławiem, poza wszelką wątpliwością, powodowany głębokim przekonaniem o dogmatycznej prawdzie wiary prawosławnej. On też był rektorem szkoły; uczniów trzymał dobrze, traktował ich po ojcowsku i chronił przed okrucieństwem mnichów – wykładowców. Zmarł na przewlekłą chorobę gardła we wrześniu 1838 roku”...
W innym miejscu („Istoriko-juridiczeskije materiały”..., t. 23, s. 211-212) tenże historyk pisał: „Litwa i Białoruś od samego początku niechcianego i niewolnego ich zjednoczenia z Polską bez przerwy dążyły ku temu, by zrzucić z siebie nienawistne jarzmo łacino-polonizmu i powrócić pod scypetr przyrodnich swych prawosławnych Hosudarów Rosyjskich i takie dążenie swe energicznie starały się zrealizować przy każdej mniej lub bardziej sprzyjającej okazji (mianowicie: przy wiel. ks. lit. Witoldzie, a także za carów Iwana IV, Fiedora Iwanowicza, Aleksego Michajłowicza i in. i in.)”...
Natomiast przeczące tej myśli, publikowane tuż konstytucje białoruskich i litewskich sejmików szlacheckich, świadczące o czymś diametralnie innym niż jego teza, to – według niego – „nie więcej niż same tylko gromkie frazesy”... W ten sposób tworzono dla cenzorów zasłonę dymną.
28 października 1716 roku sejmik szlachecki w Witebsku przyjął następującą uchwałę: „Żałosny widok ściśnioney oyczyzny oboyga narodów korony Polskiey y wo xa Litto, po nieprzebranym miłosierdziu Boskim, w którym istotna y skuteczna sperania obrony, ochrony y juwaty od wszystkich niezliczonych ucisków y ruin teyże oyczyzny y w niey świątnic Pańskich, oraz praw, swobód, wolności naszych, sangvine majorum nostrorum poreowanych y utwierdzonych, nieprzestannie kołace do serc naszych”, etc. etc. Mieszkańcy Witebszczyzny „szczerym wylanym sercem winszowali chwalebney dyspozity, pomyślney vindycaty ze wszelkiego uciśnienia y reindukowania ad integrittem teyże miłey oyczyzny”, ofiarowali się – mimo zrujnowanej gospodarki – płacenia nowych podatków oraz – mimo wyginięcia masy ludności – dostarczania żołnierzy dla wojsk Rzeczy Pospolitej (Cyt. wyd., t. 23, s. 211-217).
Coś jednak powoli, w ciągu wieków, z tego amalgamatu wyrastało. Benedykt Dybowski opisywał stan Kresów w pierwszym ćwierćwieczu XIX stulecia: „Każdy mieszkaniec zabranego kraju nazywał siebie Polakiem danego województwa, nigdy wtedy separatyzm, propagowany następnie przez władze, a który znalazł grunt tak podatny w późniejszych pokoleniach – nie kalał umysłu i serca ludności. Było tak nie tylko w Mińskiem i Nowogródzkiem, lecz mieszkańcy całej ziemi Mohylewskiej i Smoleńskiej mienili się Polakami. Nawet i dzisiaj, gdy się spotka w Nowogródzkiem „siciarzy” z ziemi Smoleńskiej i zapyta się ich, kto oni tacy?, to odpowiadają zawsze, że są Polakami; tak też nazywają ich i Rosjanie w Moskwie, gdy podczas zimy przybywają Smoleńszczanie tam dla zarobków... Tylko część szlachty smoleńskiej, idąc na lep łask rządowych, wyparła się swej narodowości. Duch jedności plemiennej i jedności państwowej obejmował wtedy i łączył w jedną całość wszystkich mieszkańców byłej Polski. Litwa, Żmudź, Białolechia, Czarnolechia i Czerwonolechia, wszystko to było wówczas szczerze polskie. Dopiero pod hasłem rządowem „divide et impera” rwać się poczęły szmaty oddzielne do rzekomego bytu samodzielnego, a występując wrogo względem Polaków, miały nadzieję zaskarbić w ten sposób prawo do samodzielności marzonej. Nadziejom takim uległa u nas młodzież uniwersytecka, kierując się najczęściej wybujałą ambicją wytworzenia jakiejś partii... Ale nie tylko u nas odbywało się to przeobrażenie; taki sam separatyzm objawił się na Pomorzu bałtyckim: Byliśmy świadkami, jak sobie radzono w Liwlandii, Estlandii i Kurlandii, a następnie w Finlandii. Taką samą bronią walczono nad Bajkałem, a nawet na Kamczatce. Dziś widzimy podobną metodę działania, stosowaną i w Galicji. A gdy gdzie nie ma podłoża do walk plemiennych, gdy nie ma materiału do borby rasowej, tam się podżega do wojny klasowej, społecznej. Więc uzbraja się lud przeciw szlachcie, tę przeciw mieszczaństwu, socjalistów wyprowadza się do boju przeciw wszystkim; słowem, sieje się wszędzie nienawiść, a z nią razem niemoralność i znikczemnienie”. (B. Dybowski, „Pamięci Józefata Ogryzki”, w: „Biblioteka Warszawska”, nr 5, 1907, s. 216-217).
Była tu jednak także inna rzeczywistość. Kazimiera Iłłakowiczówna wspominała o swym dzieciństwie na Witebszczyźnie, gdzieś aż z końca XIX wieku, że jeden z jej krewnych, niejaki pan Gustaw, zmuszał wioski, leżące w zasięgu jego posiadłości, „do wykupywania kartek na zbieranie grzybów, jagód i chrustu, „aresztował” konie i bydło, co wchodziło w „szkodę”, a nawet zabraniał kąpać się w jeziorach”. Fama nawet głosiła, że „kąpiącej się kobiecie zabrał raz leżące na brzegu odzienie, że biedna ze wstydu przesiedziała dzień cały w wodzie, po nocy dopiero przybiegła po cichu do domu i z tego strachu i wstydu – umarła”. Jeśli umarła, to już chyba nie tyle ze wstydu, bo z tego powodu mógł i powinien byłby umrzeć, gdyby był człowiekiem, dziedzic, a nie biedna niewiasta, okrutnie wystygnięta w wodzie... Tacy to też bywali „dobrzy” polscy panowie.
Nie tylko zresztą szlachta znęcała się nad chłopami, ale i chłopi organizowali się nieraz w celach siania ognia i trwogi po dworach szlacheckich, o czym świadczy np. skarga Michała Przesmyckiego (1680) do magistratu witebskiego o napadach i grabieżach popełnionych w jego wsiach przez grasującą tam szajkę, działającą „z urodzoney swey chłopskiey nienawiści przeciwko narodowi szlacheckiemu, na zgubę szlachecką”...
Samowolę i głupotę polskich panów i podpanków zręcznie podsycał rząd rosyjski, wykorzystując je następnie jako „materiał dowodowy” w propagandzie antypolskiej i jako pretekst do represji skierowanych przeciwko kulturalnemu elementowi polskiemu na Kresach oraz przeciwko kościołowi katolickiemu. Zawsze zresztą Moskwa była przebiegłym i bezwzględnym wrogiem narodów zamieszkałych w Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
W księgach grodzkich witebskich, mohylewskich, połockich na przełomie XVII-XVIII wieku wspomina się o ciągle wyłapywanych „rozbóynikach Moskiewskich”, „szyszach” grasujących na tych terenach; z pewnością nie bez wiedzy władz carskich. Sianie zamętu, anarchii, niepewności organizowano i w ten sposób. Granica z Rosją była rubieżą wciąż gorejącą, wciąż krwawiącą. Dla przykładu, w aktach sądu ziemskiego połockiego XVII-XVIII wieku raz po raz przewijają się sformułowania, a to, że komuś „ojca Rossyiscy podstrzelili”, a to, że „Moskwa od tych dóbr wiele pozabierała gruntów”, a to „jak te grunta ziechawszy się dla umierkowania, a powadziwszy się potym rossyiscy ludzie, pchnąwszy bagnetem, zabili poddanego leszniańskiego Leona Cieliszonka... y grunta paszne, nad tym błotem z lewa leżące, im pozabierali, a sianożęci ieszcze używać y kosić one dopuszczali, ale po tym lat temu z kilka iak od tych sianożęci ich odbili, nie dopuszczaiąc onych daley kosić” itp.
Albo znowuż w innym dokumencie czytamy: „Rossyiscy obywatele tak pod czas poslednieyszey ze Szwedem woyny, iako y pod czas bezkrólewiów w Polszcze będących, różnemi czasami zasieki podług upodobania swego uczyniwszy, walaiąc wzdłuż drzewo, na znak granicy, y forposty przy tych postawiwszy, a nakoniec drogi forpostowe coraz w stronę polską y z forpostami pomykaiąc, po te mieysca, mimo nawet possesyi polskich obywatelów, bez żadnych w niektórych mieyscach znaków, oprócz tych czynionych zasieków, grunta y lasy sobie przywłaszczyli y zupełnie z possesyi powybijali, iednych od lat kilkudziesiąt, drugim od kilkunastu, a innym od kilku one pozabierawszy”... („Istoriko-juridiczeskije materiały”..., t. 4, s. 385-386).
Piotr I umierając zostawił słynny „Testament” polityczny, w którym skreślił program, którego realizacja doprowadziłaby Rosję do panowania nad światem, a który spadkobiercy wielkiego cara konsekwentnie z reguły urzeczywistniali. Oto kilka wymownych zaleceń z tego testamentu, tak jak je podaje A. Mickiewicz w swych wykładach paryskich: „Nic nie zaniedbywać, aby narodowi rosyjskiemu nadać formy i zwyczaje europejskie. – Rozszerzać się wszelkimi sposobami: ku północy poza Bałtyk, ku południowi brzegiem Morza Czarnego, środkiem zaś przez Polskę... – Podniecać anarchię w Polsce i nakoniec zagarnąć tę rzeczpospolitę. – Mieszać się, jak tylko można, bądź siłą, bądź podstępem we wszystkie kłótnie krajów europejskich... – Użyć wpływu religii na Greków i Słowian w Turcji, w Austrii, w Polsce i w Prusach. – Nakoniec zapalić wojnę mocarstw europejskich, wspierać po kolei jedne przeciw drugim, a kiedy wycieńczą się wzajemnie, korzystając z osłabienia powszechnego, podbić wszystkie”.
Sami zaś Polacy, szczególnie od początku XVIII wieku po prostu uniemożliwiali sami sobie samoobronę przed złowieszczą nawałą moskiewską. „A wiele to mamy przed oczyma przypadków, że dziad nie pozwalał na sejmach, aby ustanowiono podatki i pomnażano wojsko, aby się oprzeć Moskwie, a teraz taż sama Moskwa cały majątek zabrała, z którego małej cząstki nie chciał poświęcić, a wnuki na całe życie są skazani flintę dźwigać w szeregach moskiewskich za to, że dziad nie chciał pozwolić, aby kilka jego poddanych lat kilka służyli Rzeczypospolitej. Tak to za zbrodnie dziadów i ojców niewinne syny i wnuki pokutują” – snuje niewczesne rozmyślania bohater powieści „Bogiń” Tadeusza Konwickiego.
                                                       ***
W takiej to bardzo skomplikowanej pod każdym względem społeczności, w takim miejscu i w takich czasach przyszło żyć panom „de Przewały” od XVI stulecia. Ale jakoś dawano sobie radę, często wcale niezgorzej, choć nie bez pokonywania przeciwności losu.
25 maja 1598 roku do ziemskiego sądu witebskiego wpłynęła zapisana cyrylicą przez pisarza skarga ziemianina Teodora (Fiodora) Korniłowicza Przewalskiego, który w imieniu swym i dwóch braci, Gabryela (Hawryły) i Waska, zarzucał rodzonemu bratu starszemu Janowi (Iwanowi), że ów, podczas nieobecności młodszego rodzeństwa we wspólnym domu w Tumiszczowiczach, zawłaszczył całym ich ruchomym majątkiem, który „nie wiadomo gdzie i na jaką potrzebę bez mej wiedzy potracił”. Także i grunty, przez zmarłego niedawno ojca między dzieci podzielone, częściowo zagarnął, a ludzie donoszą, że przechwałki czynił i nadal w ten sposób postępować, o czym brat Teodor „zachowując sobie wszystkie postępki wcale” – prosił tę skargę do ksiąg grodzkich wnieść. („Istoriko-juridiczeskije matieriały izwleczionnyje iz aktowych knig gubernij Witebskoj i Mogilewskoj”, t. 21, s. 396-397).
Mija zaledwie jeden dzień, a w księgach magistratu witebskiego zjawia się kolejny zapis, dotyczący rodziny Przewalskich. Sędziowie Starosielski, Osipowski i Kossów, rozpatrywali skargę pani Korniłowej Przewalskiej (urodzonej Marii Mićkówny) na pasierbów swych, synów męża z pierwszego małżeństwa, na Teodora i Bohdana, za to, iż najechali i pograbili majątek jej Tumiszczowski, więziąc przytym dwóch jej synów Waska i Wawrzyńca Korniłowiczów Przewalskich oraz córkę Krystynę. W dokumencie tym czytamy: „Lata od Narodzenia Syna Bożego 1595, msca Maja 25, w Piątek... Od Mikołaja Pawłowicza Sapiehy, wojewody Witebskiego, starosty Wieliżskiego, dzierżawcy Surażskiego ziemianom grodzkim województwa Witebskiego Teodorowi a Bohdanowi Korniłowiczom Przewalskim. Skarżyła się na was w sądzie moim grodzkim witebskim ziemianka grodzka w-wa Witebskiego Korniłowa Oniskowicza Przewalska, Maria Mićkówna o to, że roku teraz będącego 1595, mca Januaryi 23 dnia, wy, Teodor a Bohdan Korniłowicze Przewalscy, mając przy sobie do pomocy przyjaciół swych Jura Zacharczyńskiego a Illę Czaplica, najechawszy mocno, gwałtem na majątek jej, położony w w-wie Witebskim, nazywamy Tumiszczowiczami, tamże ją z tego majątku jej i z domu Tumiszczowskiego gwałtem a upornie ze spokojnego dzierżania wybili i ją wygnali, a dzieci jej, synów dwóch, Waska i Ławryna, Korniłowiczów Przewalskich, oraz córkę jej Krystynę Korniłównę, braci i siostrę swą, uwięziwszy i teraz jeszcze u siebie trzymacie; a majętność jej leżącą i ruchomą, wszytką od mała do wielka, a to mianowicie, co w kleciech i stajniach, futro niedźwiedzie, łoszyny, serwet dziesięć, słoniny połeć, latarnię z żelaza białego, lichtarzy miedzianych dwa, kufer z rzeczami ruchomemi, rusznicę ptasią, szablę prostą, siodło, kwartę cynową, talerz cynowany, miednicę. ... koc jeden, pierzyny wezgłowie trzy duże, poduszki dwie małe, kołdrę jedną, żupan sukna morawskiego szary, skórę jałowiczą, baranich skór trzy, koni pocztowych dwa, krów dojnych cztery, owiec pięcioro, świń sześcioro, żyta ćwierci trzydzieści, pszenicy ćwierci trzy, jączmienia ćwierci dwadzieści, owsa ćwierci czterdzieści, hryki ćwierci dwanaście, kurów dwudziestu siedmiu... także ludzi osiadłych z ich majętnościami zabrali, majątek jej ze wszystkim tym sobie przywrócili, a ją z tego majątku, ze spokojnego dzierżania wybili i wygnali.
W tym mieni ta ziemianka grodzka województwa Witebskiego mieć od was szkodę wielką i żal, i chce o tym z wami wszytkimi w sądzie mym grodzkim mówić i tego na was prawnie dowodzić.
Tyle mówi pozew. Z dalszego biegu narracji dowiadujemy się, że bracia – rozbójnicy zwrócili matce po kilku miesiącach córkę, swą siostrę Krystynę. „Umocowamy” Marii (Maryny) Przewalskiej, Jan Balcerowicz, domagał się stawienia braci przed sądem, ci jednak nie raczyli przyjść.
Na dowód swych racji przedstawiła pani Przewalska sądowi dokument z 4 lutego 1588 roku, z pieczęciami urzędowymi i podpisami burmistrza Stefana Łuskiny i kniazia Andrzeja Żylińskiego, potwierdzający jej wyłączne prawo po zgonie męża na majątek Tumiszczowicze. Po złożeniu przysięgi przez skarżycielkę, że wszystkie jej słowa są prawdziwe sąd przychylił się do jej żądania, przywracając do „dzierżania i spokojnego używania” dwór tumiszczowski oraz zarządził uiszczenie wysokiego odszkodowania przez Teodora i Bohdana Korniłowiczów za zadane straty, jak też za więzienie dzieci macochy swej Marii Przewalskiej. („Istoriko-juridiczeskije materiały”..., t. 21, s. 398-406).
20 maja 1598 roku Andrzej Jaroszewicz Osipowski, pisarz grodzki witebski, wpisał do ksiąg magistratu skargę sądową ziemianki grodzkiej województwa Witebskiego, pani Zofii Kuzmińskiej, która „żałowała y opowiadała na ziemianina grodskoho w-wa Witebskoho, Iwana Korniłowicza Perewalskoho, o tom, sztoż dej wziawszy pered soboj nieprystojnyj umysł, pod czasom rokow sądowych ziemskich, roku 1598 mca Maja 18 dnia i pered tym roznymi dniami, sam czerez siebia, zaocznie, pered mnohimi ludźmi dobrymi, szlachtoju odpowiedź i pochwałku na zdorowie mojo, biełoje gołowy, uczynił, pofalajuczy się, gdzież kolwiek mene potkawszy i potrafiwszy, bić i na śmierć zabić. Dla kotorych dej takowych pofałok jego nie jestem bezpieczna zdrowia swojego. Kotoroje dej pofałki gotowa na jego prawnie dowieść i pokazać...”.

***

Syn Marii i Kornela Przewalskich, Gabryel pojął za żonę Annę Hozjuszankę, prócz Tomiszczowicz posiadali oni też grunta w miejscowościach Stajki i Kniażczyn, które zresztą później na okres 10-letni odsprzedali (1623) mieszczanom, mając najwidoczniej jakieś kłopoty majątkowe.
W dawnym prawie polskim, rozciągającym się także na W. Ks. L., istniał przepis zabraniający bić nawet własnego sługę. Lecz mało kto zważał na takie przepisy, duszono się i mordowano nawzajem zawzięcie, a sądy królewskie pozostawały z reguły zbyt wyrozumiałe w stosunku do anarchizujących warchołów. („Akty izdawajemyje”..., t. 1, s. 258-265). O stosunkach, między bracią szlachtą panujących, może świadczyć zdanie z jednej ze skarg, wniesionych do magistratu witebskiego. Oto podczas jednego z sąsiedzkich przyjęć „jmść pan Antoni Iwaszkiewicz panią Leonową Osipowską pierwiey kilka razy pięścią w gembę dał, aż zemby się pokruszyli, a potym ze wszystkiey mocy jak trącił, aż przez próg do komory wleciała y tam zemdlała... I tak naczyniwszy hałasu y burdy, z odpowiedzią y pochwałkami, nie dziękując za ucztę, precz odjechał”. A wszystko dlatego, iż nie przystała młoda szlachcianka ani na natarczywe prośby, ani na nalegania podochoconego sąsiada, który nawet, by dopiąć swego w pewnym momencie „porwawszy za obie ręce, poczoł palcy kręcić i łamać”, aż białogłowa swoją koleją „poczęła gwałtu wołać y ratunku prosić”...
Mało tego, w tymże dniu młody pan Iwaszkiewicz urządził zasadzkę na męża Konstancji Osiowskiej, Leona, którego, powracającego do domu z uczty u sąsiada, kołem dembowym z tyłu w głowę ze wszystkiey mocy, okrutnie y niemiłosiernie uderzył, od którego uderzenia od razu na ziemię upaść musiał... A potem już leżącego „różnie bił, tłukł, mordował; naostatek, gdy tamten ręką się zasłaniał, samą dłoń rozciął, trzy palcy uciął y wiecznym kaleką uczynił... Byłby w ogóle zabił, gdyby chłopi okoliczni nie uratowali. Ojciec zaś Iwaszkiewicza, Mikołaj, zamiast w domu zganić durnego syna za napad, jeszcze mu wytknął, iż źle zrobił, że nie pozabijał sąsiadów, gdyż przyjdzie teraz po sądach się włóczyć...
Wydaje się, że przykład zepsucia - jak zawsze – szedł z góry. W lipcu 1589 roku Jeremiasz, patryarcha Konstantynopola, wystosował do Wilna specjalne pismo, w którym odłączał od cerkwi dwóch biskupów prawosławnych oraz groził karami innym kapłanom za to, że mają po 2 lub 3 żony i zachowaniem swym sieją zepsucie i niewiarę wśród ludności. („Akty otnosiaszczijesia k istorii Zapadnoj Rossii”, t. 3, s. 21, Petersburg 1851).
Jak w 1592 roku zanotowano w księgach ziemskich województwa brzeskiego, Mikołaj Sapieha, wojewoda witebski, przez 42 tygodnie (w 1586 roku) więził szlachcica Mikołaja Oleńskiego, a przy tym kazał go od czasu do czasu „na wzgardę i zelżywość szlachecką” wozić „w łańcuchach i okowach” z Witebska do majątku Dobratycze i z powrotem. Sprawa obijała się po sądach (w tym w Warszawie) ponad 10 lat, a samowola wojewody nie została nawet potępiona. Brali więc chudopachołki przykład z księży i wielkich panów, demoralizowali się i rozwydrzali na całego, przybliżając tym upadek własnego państwa. Musiała ta powszechna zaraza dotknąć i rodzinę zacnych rycerzy Przewalskich. Zło tak się rozkrzewiło w różnych postaciach, że kraj stanął w obliczu chaosu, a najwyższe władze usiłowały ostrymi środkami złemu zaradzić.
W 1621 roku hetman W. Ks. Litwy podpisał list o zwalczaniu watah bandyckich: „Jan Carol Chodkiewicz, hrabia ze Szkłowa y Myszy na Bychowie, woiewoda Wileński i x-twa Litewskiego, a ... iego kr. mości koronnego, do expedyciey Tureckiey, hetman, comisarz generalny ziemi Inflantskiey, Derpskiey, Lubeszowski, Wieloński y innych starosta. Wszem wobec rycerstwu iego kr. mości w-go x-twa Lit., przeciwko nawalności poganskiey pod regiment moy na Ukrainie zaciągnionym chęci swe y towarzyskie zaleciwszy. Że się hultaystwo te, którem ia owdzie rozproszył, idące na łup, hultajów zebrawszy się niemało kopą, swowolnie po państwie iego kr. mości pana mego miłościwego plondrować zamyślają: przeto, za rozkazaniem króla pana moiego miłościwego z władzą urzędu swoiego hetmańskiego rozkazuię koniecznie, abyście wm. ludzy tych swowolnych, którzy się Brukinczykami ozywać będą, iako na stanowiskach, tak y na każdym miescu, gdzie się iedno z niemi spotka się, bili, y iako głównego oyczyzny-pospolitey nieprzyiaciela znosili, inaczey nie czyniąc. Pisan we Lwowie, dwudziestego wtórego Aprila, anno tisiąc sześćset dwudziestego pierwszego. Jan Karol Chodkiewicz, hetman wielkiego xięstwa Litewskiego”. („Akty izdawajemyje”..., t. 3, s. 324-325). W innym liście, wysłanym miesiąc później, do swych ludzi, stwierdzał hetman, że „nie na to rzecz pospolita żołnierza zaciąga, aby po państwie iego kr. mości, od kąta do kąta chodząc, statią takową y wydzierki czynili”... (tamże, s. 326)...
Wydaje się, że w tym czasie jedna z gałęzi rodu Przewalskich zamieszkała także w okolicach Kraśnego Sioła w województwie mińskim, o czym świadczy zapis w księgach grodzkich mińskich z 25 kwietnia 1600 roku („Akty izdawajemyje”..., t. 33, s. 151).

***

Nadeszło wreszcie stulecie siedemnaste, świetne, trudne i już tragiczne dla coraz to bardziej wykrwawiającej się Rzeczypospolitej. Życie powszednie ludzi wszelako i w dramatycznych czasach biegnie swą zwykłą koleją. W lipcu 1639 roku pani Hanna Przewalska (po mężu Mikityniczowa) napisała list: „Miłościwi panowie burmistrzowie mohilewscy y wszystka rada. W niebytności małżonka mego, teraz w Wilnie będącego, dano mi na Paszkowie innotestentia strony zastawy pana małżąka mego, łancużków dwóch złotych y kowsza srebrnego, przy tym y insze rzeczy; a że sprawa ta dzisieyszego dnia przed sądem mych mściwych panów, xięcia iegomości przypada, tedy iako z razu małżonek móy do swey się zastawy przypowiadał y teraz, w niebytności onego, za małżąka swego przypowiadam się y wszmc one zastawe pod pierwszą zaręką aresztuię, aby nikomu nie była wydana do okupna y bycia małżąka mego u sądu głównego trybunalnego, czego ni na kim inszym requirować nie przydzie, tylko na samych wszmciach, mych msciwych panach. Oddawam się za tym w łaskę wszmc mych msciwych panów. Za Paszkowa, dnia 26 Julii Anno 1639. Wszmsc mych msciwych panów życzliwa y rada służyć Hanna Przewalska Mikitiniczowa” (cyt. według: „Istoriko-juridiczeskije marieriały”..., t. 9, s. 379-380, Witebsk, 1878).
Chodziło pannie Przewalskiej o to, by zdobyć na powrót należące do niej rzeczy, które wcześniej jej mąż wypożyczył (lub podarował) Tymoteuszowi Kozłowi, burmistrzowi mohylewskiemu, nagle a bezpotomnie zmarłemu. Kozieł był człowiekiem bogatym, po jego śmierci bardzo wiele osób domagało się zwrotu tych czy innych kosztowności, widocznie złożonych ongiś burmistrzowi na przechowanie w skarbcu miejskim (jedną z nich była Hanna Przewalska). Sprawa nabrała takich rumieńców, że musiał się nią zająć sam Władysław IV, który z Wilna wystosował w tej sprawie specjalny list do magistratu Mohylewa podpisując się osobiście: „Władysław IV, z łaski Bożey, król polski, wielkie książę litewskie, ruskie, pruskie, żmudzkie, mazowieckie, inflantskie, a szwedski, gotski, wandalski dziedziczny król, obrany wielki car moskiewski”... Król kazał nikogo z pośród licznie ex nihilo powstałych „krewnych” i „wierzycieli” do spadku burmistrzowego nie dopuszczać, lecz przekazać go do dyspozycji skarbu Rzeczypospolitej. Przeciwko decyzji królewskiej nie wahała się protestować dzielna pani Przewalska Mikityniczowa...

***

Tymczasem wiele spraw o charakterze ogólniejszym wydawało się nieźle rozwijać, wpływy cywilizacji łacińskiej na Kresach Wschodnich umacniał się, postępował rozwój kultury i gospodarki. W połowie XVII stulecia powołano nową diecezję smoleńską liczącą 12 parafii, która – razem z żmudzką, łucką i wileńską – stała się przedsionkiem do Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, przez który kolejno zamierzał Rzym sięgnąć „przez Tartarię do Chin”. W szybkim czasie na ruskich terenach W. Ks. Litewskiego powstało ponad 300 wspaniałych kościołów, 8 kolegiów jezuickich (w tym – w 1628 – w Smoleńsku), prawie 130 klasztorów. W samym tylko Wilnie (12 tysięcy mieszkańców) funkcjonowały 24 kościoły katolickie i 9 unickich.
Nieoczekiwanie ten konstruktywny proces rozwojowy został w sposób drastyczny przerwany, a wszystkie jego zdobycze i osiągnięcia zniweczone. W 1654 roku silne wojsko cara wkroczyło do województwa połockiego i wzięło szturmem zamek w Newlu. Następnie padła i stolica województwa. Oddziały polskie, ustępujące ilościowo, mężnie walczyły przeciwko najeźdźcy. Ale część rozswawolonej szlachty miejscowej – mimo złożonej przysięgi, nie zważając na uniwersał Janusza Radziwiłła, hetmana W. Ks. L. – unikała wzięcia udziału w wojnie, powodując się, oczywiście, interesem czysto merkantylnym. W defetyzmie pogrążone były też inne klasy społeczne. Jeden z polskich raportów ówczesnych donosił do Warszawy, że miasta grożą jawnym buntem, inne zaś zdają się na imię carskie... Chłopi zaś modlą się do Boga, by przyszła Moskwa. (Patrz: „Witebskaja starina”, t. 4, s. 61). Wielu nie zdawało sobie sprawy z tego, że tyrania moskiewska jest znacznie gorsza niż swawola polska.
Miasto Bychów pod dowództwem Pawła Sapiehy przez cały rok broniło się przed wojskami kniazia Łobanowa i Zmiejewa. Dopiero zdrada kilku osób wewnątrz twierdzy (Ilinicz, Schulz i in.) otworzyła bramy wynędzniałego, ale bohaterskiego miasta, które zostało natychmiast spalone, a jego mieszkańcy i obrońcy prawie wszyscy „wyrąbani mieczem”, jak podaje źródło rosyjskie. W jednym z wymownych zapisów ówczesnych znajdujemy słowa: „Gdy w roku 1655, msca Augusta 7 dnia, gdy pani Suszczewska, za odbieżeniem mieszkania swoiego, w woiewódstwie Połockim leżącym, nazywaiące Bielinowszczyznę, uniosszy zdrowie swoię od  nieprzyiaciela, wiarołomcy Moskala, a zostawszy w pobiegu u pana Dawida Iwaszkiewicza gospodą, tamże czaty Moskiewskie z różnych mieysc w wielkim xięstwie Litewskim plądruiący, z zawoiowaniem swym napadszy, ze wszytkiego a wszytkiego, zmęczywszy i zmordowawszy, obrali, zaledwo tylko, z obrony Pana Naywyższego, przy zdrowiu części zostawili...” („Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 25, s. 350).
Działania wojenne, prowadzone z niesłychanym okrucieństwem i przelewem krwi, ściągnęły ogromne cierpienia i biedę na ludność cywilną. Jak donosi dokument z 1657 roku: „Ludzie tułali się od tego nieprzyjaciela, tak od Moskwicina, jako y od Szweda ... iako y od swoich żołnierskich naiezdników, rabowników y szyszów”...
Po pewnym czasie Rzeczpospolita ponownie zajęła miasto Bychów, a uczyniły to oddziały ukraińskie, wierne królowi polskiemu. 17 maja 1659 roku pod Stary Bychów przybył ponownie książę Łobanow-Rostowskij z dużą ilością wojska. Do miasta wysłano propozycję złożenia broni. Ale Nieczaj i Wyhowski odrzucili ją, motywując, iż są poddanymi króla polskiego. Szlachta i kozacy mężnie odpierali krwawe natarcia wroga, który zablokował miasto, otaczając je ze wszystkich stron wojskiem.
W sytuacji wyjątkowo kłopotliwej znaleźli się w tym czasie politycy i żołnierze Ukrainy. Jedni z nich pozostali wierni Rzeczypospolitej, drudzy łudzili się, że znajdą sojusznika w Moskwie. Bohdan Chmielnicki 8 stycznia 1654 roku poprzysiągł poddaństwo carowi Aleksemu Michajłowiczowie. Także jego otoczenie w imieniu Ukrainy stwierdzało: „wolim pod cara moskiewskiego”.
W maju 1654 roku car uderzył na Rzeczpospolitą, ideologicznie motywując swe działania, iż idzie: „na dosaditielej i razoritielej swiatyja wostocznyja cerkwi greczeskogo zakona, na Polakow”... Wasyli Szeremietiew (200 tysięcy żołnierzy) palił miasta polsko-białoruskie nad Dźwiną, Aleksy Trubeckoj (200 tysięcy) pustoszył Województwo Mścisławskie. Obaj mieli do pomocy 200 tysięcy kozaków pod wodzą Zołotarenki. 1 czerwca padł Newel, 17-go Połock, 20 lipca wzięto Mścisławl, wkrótce też Dzisnę i Druję. 24 sierpnia kozacy spustoszyli Mohylew. Na początku września padły Uświaty, Szkłów. Po bohaterskiej obronie 23 września wyrżnięty został Smoleńsk. Najdłużej trwała obrona Witebska, najsilniejszego punktu oporu oddziałów polsko-litewsko-białoruskich. Lecz i on padł wykrwawiony 22 listopada 1654 roku. Wówczas to Aleksy Michajłowicz dopisał sobie tytuł „hosudara” nie tylko „wsieja Welikija i Małyja”, ale też i „Biełyja Rusi”. (Tego ostatniego tytułu użyto po raz pierwszy w aktach rządowych 7 września 1655 roku). Jednym z pierwszych rozkazów „Najcichszego” cara było: „kościołam nie być, unitam nie być, żydom nie być i życia żadnego nie mieć”...
Zresztą już od 1641 roku i aż do pierwszego rozbioru województwa białoruskie były nieustannie pustoszone przez Moskwę, tak iż ludność ich nie tylko nie wzrastała, lecz ciągle się zmniejszała. (Patrz: „Trudy Witebskoj Uczonoj Archiwnoj Komissii”, Witebsk 1910, s. 1-31). Powoli też traciły moc słowa z „Volumina legum” (t. 4, s. 218): „Siła Rzeczy Pospolitey na zamku Witebskim należy”.
[Przypomnijmy, że po raz pierwszy Witebsk wymieniany jest w latopisie z 1021 roku, w ciągu następnych 300 lat ulegał wpływom potężniejszych książąt połockich. Od 1318 roku ścisłe powiązania z Litwą, następnie – w składzie Rzeczypospolitej].
Moskwa ciągle wykazywała zakusy na te ziemie, jak i w ogóle na wszystkie ziemie sąsiadów. Ale łatwo jej tu nie poszło. Ani arystokracja, ani lud białoruski (używający wówczas samookreślenia: litewski) nie kwapiły się przejść pod panowanie cara, wręcz odwrotnie, były zdeklarowanymi panów na Kremlu przeciwnikami. Mimo to, w wyniku działań wojennych ziemie te przez pewien czas – na swe nieszczęście – trafiały do rąk carów: Iwana Groźnego (1562-1580) i Alekseja Michajłowicza (1654-1667). Były to okresy zupełnego prawie wyniszczenia województw połockiego i witebskiego oraz ich miast.
Liczni Polacy trafiali w trakcie działań bojowych do niewoli i byli na zawsze odsyłani w głąb Rosji, ogromnie już wówczas rozszerzonej w kierunku wschodnim. Na przykład wśród „języków”, czyli jeńców, wziętych do niewoli przez oddziały moskiewskie i kozackie na Ukrainie w 1665 roku znajdowali się: „krakowskiego powiatu szlachcic Jan Kosciński”, dragoni Pułku Krakowskiego, mieszczanie miasta Miechowa Andriuszko Włoszewski i Łukaszko Stanisławów. Marcin Kozłowski zaś sam przeszedł na stronę Moskwy. („Akty otnosiaszczijesia k istorii Jugo-Zapadnoj Rossii,” t. 6, s. 37, 76).
W roku 1665 sejm szlachecki w Grodnie podjął ważne uchwały mające na celu umocnienie skarbu i obronności Rzeczypospolitej. Wśród delegatów, których podpis widnieje pod tym dokumentem, znajduje się również Trojan Strawiński, „podsędek y poseł powiatu Oszmianskiego”; „Przewalski, starosta”; Stanisław Ciechanowicz, „łowczy smoleński, poseł powiatu pińskiego”; Samuel Izydor Suchodolski, „stolnik y poseł woiewództwa Mścisławskiego”; Andrzej Odlanicki Poczobut, pisarz ziemski, poseł powiatu oszmiańskiego; Aleksander Sielski, kasztelan gnieźnieński. („Akty izdawajemyje”..., t. 4, Wilno 1870, s. 19-20).

***

2. pokrewieństwa i powinowactwa


Na podstawie danych archiwalnych można stwierdzić, że w żyłach Mikołaja Przewalskiego płynęła po przodkach m.in. krew polskich szlachciców: Hościłowiczów (Hościłowskich), Mikityniczów, Mokrzyckich, Tołpyhów, Wojewódzkich. Z tego względu wydaje się być wskazane skrótowe przypomnienie niektórych faktów, dotyczących historii tych starożytnych rodzin, jak też klimatu kulturowego tych miejsc i czasów.
A więc w 1612 roku sąd mohylewski skazał na śmierć psalmistę cerkwi Przemienienia Pańskiego niejakiego Dziemida Arciuchowicza, który miast strzec miejsca świętego: „propomniewszy bojaźni bożoje i srogości prawnoje, nabrawszy sie złoje woli swojeje i złogo umysłu, majuczy od nas, parafian, do toje cerkwi kluczy i posługujuczy w toj cerkwi czas niemały, w roku tiepieriewniem 1612 mca Aprela z szostogo na siedmy dzień, to jest z piatnicy na subotu, w toj cerkwi swiatogo Woskresienja, od nas jemu powieriennoj, złodziejskim obyczajem okno cerkwi otomknuwszy z toje cerkwi wziął i ukrał ewangeliju, sierebrom oprawnuju, kielich sriebrenyj zołotistyj, misku srebrnuju, kryż sieriebrom oprawlenyj, bludcy sieriebrienyje” (ze skargi mieszkańców Mohylewa). Nazajutrz próbował złodziej rzeczy te sprzedać na rynku miejskim Żydom. Po kilku dniach też został powieszony na placu ratuszowym.
Przez dłuższy czas w roku 1623 wadził się ze swymi parafianami o profanację świątyni ojciec Herwazy Hosciłowski, ihumen mohylewski; wierni zarzucali swemu pasterzowi dokładnie to, co on im: kradzież i wyprzedaż wyposażenia cerkwi.
Jan Hościłowicz, szlachcic herbowy w 1636 w Witebsku potwierdza „ręką swą” testament Teodora Woyny. („Matieriały i dokumienty izwleczionnyje iz aktowych knig gubernij Witebskoj i Mogilewskoj”, t. 25, s. 164).
W aktach Głównego Trybunału Litewskiego (rok 1700, nr 329, k. 2240) znajduje się zapis, dotyczący Eleonory Hościłowskiey. „Przed nami, sędziami głównemi na trybunał w wielkim xięstwie Litewskim (...) przypadła sprawa jeymości pani Eleonory Szumiecianki Theodorowey Hościłowskiey, z niewiernemi żydami starszemi synagog Białoruskich Abrahamem Morduchajewiczem Powzerem – szkłowskim, Markiem Majerowiczem – mohilewskim, Hirszem Izraelewiczem – białynickim, Abrahamem Szmoyłowiczem – dombrowieńskim, Chaimem Leybowiczem – witebskim y wszystkimi żydami bożnic żydowskich Białoruskich” etc.
Szło o niezwrócenie przez Żydów ponad 8 tysięcy złotych długu, mimo osobnego wyroku sądowego w tej sprawie. Żydzi nie tylko nie zwracali długu, ale i „czynić odprawy urzędowi bronili i niepostąpili, tak ani summy pomienioney żałującey aktorce jeymości pani Hościłowskiey (...) nie oddali y niewypłacili. Zaczym jeymość pani Hościłowska o zniewagę dekretu y sądu głównego trybunalnego, o sprzeciwięstwo onemu ... obżałowanych zapozwała”...
Były to już czasy, gdy powaga prawa została istotnie zachwiana, i mało kto traktował je poważnie. Nic dziwnego, skoro dochodziło do dwu – a nawet trzykrotnych skazań kogoś – powiedzmy - na śmierć (nie mówiąc o grzywnach), a przestępca wesoło hulał na wolności, publicznie naigrawając się z dekretów trybunalskich, a nawet decyzji królewskich. Podobnież było i tym razem, Żydów – dłużników skazano (powtórnie!) na śmierć, oczywiście, bez żadnych dla nich konsekwencji praktycznych. Ale odnośny fragment wyroku z 30 czerwca 1700 roku brzmi jednak groźnie: „A tak my, sąd, w tey sprawie jeymości pani Eleonory Szumacianki Theodorowey Hościłowskiey, bacząc to: iż niewierni żydzi starsi synagogi Białoruskiey, imionami y przezwiskami zwysz specyfikowani, będąc o rzecz zwysz wyrażoną przed nas, sąd, zapozwanemi, za pokilkakrotnym przywoływaniem przed nami do prawa nie stawali, przeto my, sąd, onych, jako prawu nieposłusznych, na upad w rzeczy wzdajemy, a zatym dekret sądu głównego trybunalnego w dacie roku przeszłego 1699 (...) ze wszystkim wskazem, w nim wyrażonym, nienaruszenie przy mocy zachowujemy y utwierdzamy, wskazaney tym dekretem summy 8890 złotych polskich, przy tym za szkody, nakłady prawne, noviter specdowane, sześćset zł. (...) na pozwanych niewiernych żydach starszych y wszytkich żydach synagogi Białoruskiey y na dobrach onych wszelkich, kamienicach, domach, kramach, handlach, towarach, spławach, arendach, z wolnym onych aresztowaniem, szkół pieczętowaniem, samych ich y towarów braniem (...)” Dziewięciu Żydów „za sprzeciwieństwo pomienionemu sądu głównego trybunalnego dekretowi ... na powtórną infamią na gardło, a że się do prawa nie stanowią, na łapanie żałującey jeymości pani Hościłowskiey wskazujemy... Wątpliwe wszelako, czy owdowiała szlachcianka potrafiła „wyłapać” swych niewdzięcznych dłużników, chronionych przez żelazną organizację kahałów. („Akty izdawajemyje”..., t. 29, s. 256-259).
Gojom tak łatwo zbrodnie nie uchodziły płazem, sądy królewskie były twarde i bezwzględne, a kara nieuchronna, o ile przestępca nie potrafił w jakiś sposób ze szponów „justitii” się wyśliznąć. W jednym z zapisów sądowych czytamy: „1751, msca Sbra (październik) 14 dnia. W sprawie Iwana Jałowika z Hawryło Buracikiem, zabóycą y kryminalistą, ponieważ dobrowolnie sam zeznałł się Hawryło Buracik, że Atroszkę Jałowika, na którego przez tydzień czyhałł, okrutnie siekierą w łeb ciołł, potym kamieniem dobiłł, – zaczym my, sąd, nie potrzebuiąc dalszych dowodów, jako in casu evidenti et palpabili, proprioque ore zabóycy confirmato, inherendo prawu pospolitemu, pomienionego Hawryłę Buracika w rynku Witebskim, przez mistrza, ściowszy, ściętego czwiertowawszy, czwiercie na palach rozwieszać nakazuiemy... Termin executji na dzień 18 praesentis determinuiemy” („Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 18, s. 390).
Gdy niejaki Jan Kamiński, mieszczanin witebski, ukradł bawiąc w Wilnie 100 talarów pewnej Żydówce, skazany został na 100 plag pod pręgierzem i na wieczne wygnanie z Witebska, mimo iż zwrócił już przedtem pieniądze. Wkrótce zresztą tenże Jan Kazimierz Kamiński ponownie w Witebsku się zjawił – i to razem z konkubiną – zdążył też okraść niejakiego pana Daniela Nożyńskiego, za co został wreszcie powieszony, a jego przyjaciółka otrzymała sto rózeg na placu ratuszowym.
24 marca 1752 roku instygator Witebska Antoni Pawłowski został na zawsze zwolniony z urzędu, za to, że ludzi niewinnych obwiniał i oczerniał, „znieważywszy własne sumnienie swoje y sam urząd”. W sierpniu 1752 roku w Witebsku został powieszony notoryczny złodziej Aleksy Machanionek, a jego własność oddana Ulfowi Mendelewiczowi, jednemu z ucierpiałych.
Znowuż wymowny jest następujący wyrok: „1752, msca Augusta 25 dnia. W sprawie Zofij Pancerney o kazirodstwo y zabóystwo płodu, bez kszttu świętego. ... Ponieważ ten grzech nieszczęśliwy jestt popełniony z bratem jey stryjecznym rodzonym Janem Pancernym, y dziewczynę urodzoną bez ksztu świętego samaż Zofia Pancerna udawiła, - zaczym my, sąd, lub prawo pospolite takowych excessantów żywo spaleniem karać każe, ex clemęcia jednak judicij pomienioną Zofią Pancerną na sciencie przód przez mistrza, potym na spalenie wskazuiemy. Jana zaś Pancernego... bez żadney clemęcij żywo spalić nakazuiemy”. Wyrok wykonano, przy tym nakazano, że „ciało spalone ma być za miastem, opodall, dla bezpieczęstwa ognia”. („Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 18, s. 390, 405-406).
W tymże roku skazano na ucięcie głowy za kazirodztwo Fiodora Chodulonka i jego pasierbicę Natalię, którzy zresztą również udusili spłodzone w ten sposób dziecko.

***

E. A. Kuropatnicki w „Wiadomościach o kleynocie szlacheckim”... (Warszawa 1789, t. I, s. 25-26) podaje, że z „linii Dowszprungowskiey” pochodzą książęta Holszańscy, Dombrowieccy (z ruska Dubrowieccy), Radziwiłłowie, Gasztołdowie, Ostykowie, Jałgołdowie, Wiażewscy, Zdanowiczowie, Mieczkowiczowie, Tuszowscy, Komajewscy, Mikityniczowie. Także rodziny Hreczynów, Woynów, Kierdejów, Siesickich, Świrskich, Dowmontów, Rukiewiczów, Giedroyciów, Pietkiewiczów, Narbuttów, Dziewałtowskich, Jurewiczów, Ginwildów, Gimbutów pochodzić mają od tych brytyjskich przybyszów, którzy, odkąd wylądowali na Żmudzi w XI stuleciu, zdynamizowali powolnych Bałtów i obojętnych Rusów używając ich jako narzędzia do wzniesienia rozległego i potężnego Wielkiego Ksiąstwa Litewskiego. A więc z tych informacji wynikałoby, iż w żyłach M. Przewalskiego płynęła – po Mikityniczach – krew najstarszego rodu książęcego Litwy, którego losy zresztą układały się w ciągu wieków bardzo różnie.
Zachował się tekst przywileju królewskiego z października 1509 roku, wydanego w Wilnie, w którym jednemu z książąt Mikityniczów, administratorowi dóbr królewskich w Mohylewie i Onikszcie, oraz jego żonie Teodorze nadano posiadłość Wodwa w powiecie orszańskim („Matieriały i dokumienty izwleczionnyje iz aktowych knig gubernij Witebskoj i Mogilewskoj”, t. 24, s. 390-391).
Kniaź oniksztański i birsztański Maciej Mikitynicz figuruje w jednym z przywilejów królowej polskiej Heleny około roku 1510. („Akty izdawajemyje”..., t. 24, s. 17). „Kniaź Matfiej Mikitynicz majet stawić siemdziesiąt diewiać koniej” – postanawiał 1 maja 1528 roku, w przededniu rozprawy z Moskwą, sejm wileński. („Akty izdawajemyje”..., t. 24, s. 41). O bogactwie tej rodziny świadczy ilość zbrojnych ludzi, których miał wyekwipować na pospolite ruszenie pan Matfiej, bo np. kniaź Żyliński wystawiał tylko dwa konie, kniaź Sokoliński – 23, a i to wspólnie z bratem, a kniaziowie Iwan i Teodor Druccy razem – cztery konie.
W Mohylewie w roku 1589 niejaki Michał Mikitynicz, „złoczyńca”, z cerkwi Świętego Spasa „obłupił krzyż, panageę ukradł i sprzedał Żydu Moszejku z Mścisławia”, a resztę zakopał do piasku. Złodzieja złapano, część zagrabionego dobra cerkiewnego znaleziono w jego domu. „A za taki zły uczynek, według prawa Bożego, skazaliśmo go na śmierć, aby był obwieszon; a nim jeszcze gardło da, skazali jego, aby był męczon... Która sprawa do ksiąg mieskich mohylewskich sądowych prawa majdeburskiego zapisana jest... Dodajmy, że Mikityniczowie pieczętowali się herbem rodowym Łabędź.

***

Jeśli chodzi o Mokrzyckich herbu Sas, to byli oni starożytną rodziną polską. Jej protoplasta Jakub Mokrzycki „za zasługi woyskowe, a szczególnie podczas oblężenia Smoleńska od Nayjaśnieyszego Króla Polskiego Zygmunta III otrzymał w powiecie Sierpieyskim dobra ziemskie Derewnia Zabrodzka” i inne. W ciągu XIX wieku szlacheckość tego rodu kilkakrotnie oficjalnie potwierdzana była przez heroldię wileńską, która wpisała Mokrzyckich do VI klasy Ksiąg szlacheckich. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1299, s. 1–124).
Aleksander i Anna z Żyłków Mokrzyccy w połowie XVIII wieku byli właścicielami wiosek Małyżyn i Chodce województwa witebskiego, które nabyli od Bartłomieja i Johanny Bohomolców. Eliasz Mokrzycki, oszmiański dziekan i kanonik, asessor i konwiktu brzeskiego sekretarz, w 1799 roku mianowany został prokuratorem duchownym prowincji brzeskiej. Biskup Jozafat Bułhak pisał: „Za sekretarza konsystorskiego przewielebnego imści xiędza Eliasza Mokrzyckiego wybieram, przeznaczam y postanawiam, któren po odbyciu spraw w przypadku oddalenia się obowiązany jest przez protokolistę wszystkie ułatwiać interessa”. („Akty izdawajemyje”..., t. 16, s.584-586) Jeden z Mokrzyckich był podkomisarzem policji polsko-napoleońskiej w powiecie borysowskim w 1812 roku (Akty izdawajemyje..., t. 37, s. 489).
Wywód Familii Urodzonych Mokrzyckich herbu Sas z 1835 roku podaje, że: „z tej familii pochodzący Jakub Mokrzycki za zasługi wojskowe, a szczególnie podczas oblężenia Smoleńska od najjaśniejszego króla polskiego Zygmunta III otrzymał w powiecie sierpiejskim dobra ziemskie Derewnię Zabrodzką, Koszczycowo, Koniewo i Kuporek zwane z ludźmi i wszelkiemi przynależnościami, czego (...) dowiódł przywilej tegoż króla 1621 roku.” Tenże Jakub Mokrzycki miał syna Jakuba, który, ożeniony z Marianną Gromnicką, dał początek dalszym odgałęzieniom rodu, m.in. na Wileńszczyznę. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1045, s. 176-177).
Zachowała się prośba do cara o pomoc materialną Edwarda Mokrzyckiego, asesora kolegialnego w stanie spoczynku, z 27 lipca 1894 roku (CPAH Białorusi w Grodnie, f. 1, o. 18, z. 29, nr 294, s. 304-307). Dowiadujemy się z dokumentu policyjnego, dołączonego do tej prośby, że Mokrzycki ma 57 lat; jest urodzony w guberni wileńskiej, zachowanie i styl życia ma dobre, w godnych potępienia postępkach zauważony nie był. Zajmuje się hodowlą pszczół w majątku książąt Lubienieckich. Był na służbie państwowej jako pomocnik nadzorcy zarządu akcyzy Lubelskiej, Radomskiej i Krzemienieckiej guberni. Ma żonę Kamillę 47 lat, dzieci Władysława 29 lat, córki Helenę i Zofię, 20 i 16 lat. Mokrzycki miał cierpieć na „zawężenie traktu trawiennego”... I to ostatnie było powodem zwrócenia się o pomoc materialną do rządu.

***

Wydaje się, że starożytny białorusko-litewsko-polski ród rycerski Tołpyhów pieczętował się godłem Jezierza. Jest pewne, że Tołpyhowie (nazwisko od nazwy ryby „tołpycha”) to starodawna szlachta Wielkiego Księstwa Litewskiego. E. A. Kuropatnicki (1789) wymienia nazwisko Tołpyhów wśród szlachty polskiej (t. 2, s. 110), ale też nie nazywa ich herbu. „Tołpycha w Mścisławskiem” – oto jedyna informacja o tej rodzinie, jaką podaje P. Małachowski w „Zbiorze nazwisk szlachty” (Lublin 1805, s. 482).
Pan Niemira Tołpyżyński figuruje w zapisie z 24 kwietnia 1481 roku jako świadek jednej z transakcji handlowych kniaziów Michała i Konstantyna Ostrogskich. („Archiwum Sanguszków”, t. 1, s. 77). Inny Niemira Tołpyżyński, szlachcic wołyński spod Krzemieńca, wspominany jest przez archiwalia około roku 1549 („Archiwum Sanguszków”, t. 4, s. 97).
Tołpyhowie byli rodziną od dawna znaną na Witebszczyźnie i Smoleńszczyźnie, jedne gałęzie jej były prawosławne, inne katolickie. Zachował się testament z 1663 roku, w którym się wspomina niejaką Katarzynę Tołpyżynę „razem z dziećmi od Moskwy zabitą”. („Dokumienty i matieriały izwleczionnyje iz aktowych knig gubernij Witebskoj i Mogilewskoj”, t. 24, s. 421). Iwaszko i Hrehor Tołpyhowie, mieszczanie krewscy, figurują w dekretach królów Zygmunta III, Władysława IV i Jana III w latach 1609-1679. („Akty izdawajemyje”..., t. 13, s. 76-83).
Jan Kocioł, ziemianin z województwa mścisławskiego, tak opisywał wydarzenia 1654 roku: „Car moskiewski Alexyj Michayłowicz, następując na państwa Jego królewskiey mości, sam pod Smoleńsk ciągnął, a pode Mścisławl ordynował hetmana swego kniazia Alexieja Trubeckiego z wielu pułkownikami y woyska do sta dwudziestu tysięcy, z armatą potężną, z działy, burzącemi granatami... Trubecki pode Mscisławl podstąpiwszy z woyskiem, ciężkim oblężeniem dokoła otoczywszy, przez dni cztyry y nocy cztyry tak do zamku jako y do parkanu szturmy odprawowali, z dział bili, kule wielkie, granaty zawieszając puszczali, gdzie wielką szkodę w zabiciu w parkanie y w zamku ludzi czynili, szturmy ogniste dokoła co nocy podprowadzali. Potym miesiąca Julij 22 dnia, na rozswitaniu zamek y parkan mscisławski przez szturmy y ogień dobywszy, naród wszelaki szlachecki, mieszczan y żydów, także pospólstwo, wszystkich w pień wyscinali. Potym odtrąbiwszy, z trupów wywlekając, żywych nalazszy, w połon na Moskwę zabrali, a skarby wszelakie zabrawszy, zamek y parkan mscisławski y wszytko miasto ogniem spalili y funditus spustoszyli”... („Akty izdawajemyje”..., t. 34, s. 348-349).
Źródła rosyjskie podają, że w nocy 22 kwietnia 1662 roku oddziały moskiewskie otoczyły majątek Kruta na Smoleńszczyźnie oraz wzięli do niewoli jego właściciela szlachcica polskiego Piotra Tołpyhę z synem (tamże, t. 25, s. 438). W jednym z zapisów archiwalnych z następnego roku czytamy: „1663 Jullja 10 dnia. Na urzędzie grodzkim mścisławskim (...) Żałował y opowiadał ziemianin jego królewskiey mości województwa Mscisławskiego, pan Alexander Tołpyha takowym sposobem, iż co w roku przeszłym 1654 miesiąca Jullja 18 dnia, nieprzyjaciel moskal z wielką potęgą wojska Moskiewskiego podeszedszy zpod Pskowa pod zamek mscisławski, ciężkim oblężeniem dokoła otoczywszy, bez przestania szturmy odprawowali, co dzień y co noc. Jakoż tegoż roku m-ca Jullja 22 dnia, przez szturm y ogień parkan y zamek mścisławski przez miecz dostawszy, w nim naród wszelaki, szlachecki, mieszczan y pospólstwa wyścinali a innych w połon na Moskwę pobrali. A zamek y parkan mscisławski ogniem spalili y do gruntu funditus spustoszyli. Do którego to Mscisławia na on czas żałujący pan Alexander Tołpyha jeszcze przed oblężeniem majętność swą ruchomą do Mscisławia sprowadził był, przy którey majętności tamże były do Mscisławia sprowadzone sprawy w szkatule wieczyste, na różne majętności przodkom żałującego (nadane), a po nich mu służące; przywileje książąt ichmościów dziedzicznych mscisławskich nadające przodkom żałującego majętności Kondratowskie y Krucie za rzeką Wiechrą w w-wie Mscisławskim leżące y przywileje potwierdzające te dobra od królów ichmościów polskich; tamże byli sprawy żałującemu służące (...), kwity poborowe, dekrety wszelakie grodzkie, ziemskie, trybunalskie, assessorskie, a drugich nie wspomnieć, jak wiele na ten czas we Mścisławiu pod czas tego wysieczenia poginęło; co dla przyszłego czasu o zginienie tych spraw dał tę protestacyę do ksiąg grodzkich mścisławskich po ruinie teraźnieyszey Moskiewskiey prosząc, aby była przyjęta y zapisana, co jest zapisano”...
W 1664 roku po wypędzeniu oddziałów moskiewskich z województwa mścisławskiego zwrócił się do magistratu jwpan Paweł Michałowski, który się skarżył na to, że podczas okupacji zginęła nie tylko jego majętność, ale i „niebożczyca rodzicielka moja, pani Tołpeżanka Pawłowa Michałowska” („Istoriko-juridiczeskije materiały”..., t. 25, s. 477).
Spędziwszy dwa lata w więzieniu wrócił Piotr Tołpyha do domu. Ale się tu dowiedział, że podczas jego nieobecności rodzony brat jego Janusz, wraz z trzema swymi synami, a z poduszczenia żony Anny, zagarnął cały jego majątek, nawet chłopów poddanych spędził do swej w sąsiedztwie będącej posiadłości. (tamże, t. 25, s. 471). Musiał się w końcu tą sprawą zająć magistrat m. Mścisławia. W odnośnym przekazie archiwalnym czytamy: „1664, Apryla 12. Żałował y opowiadał ziemianin króla jegomości województwa Mscisławskiego pan Piotr Tołpyha na ziemian jego królewskiey mości tegoż w-wa Mscisławskiego pana Jarosza Tołpyhę y małżonkę onego panię Annę Woroncównę Jaroszową Tołpyżynę y synów ich Filimona y Tymoteusza Tołpyhów, y pana Aleksandra Tołpyhę y małżonkę onego panię Annę Szenienickównę Aleksandrową Tołpyżynę o to y takim sposobem, iż gdy w roku przeszłym 1662, m-ca Apryla 23 dnia, nieprzyjaciel moskiewski, napawszy w nocy na majętność żałującego, nazwaną Kruta, w województwie Mscisławskim leżącą, samego pana Tołpyhę z jednym synem wziowszy, do Smoleńska do turmy zaprowadzili, tedy pan Jarosz y pan Aleksander Tołpyhowie, za spólną radą y namową małżonek y synów swoich, uczyniwszy się opiekunami pozostałego drugiego syna żałującego, dziecięcia małego, nazwanego Kuzmy, zboże różne żałującego, w jamach na Krutey w schowaniu będące, mianowicie żyta ćwierci dwadzieścia z plewami (...), w drugiey jamie było pszenicy y owsa pospołu pomieszanego ćwierci trzydzieścia (...), w trzeciey jamie jęczmieniu ćwierci dziesięć (...), w czwartey grochu ćwierć jedna (...), żyta znowu w polu posianego było ćwierci sześć (...). To całe zboże między sobą rozebrali a od dziecięcia pomienionego babę odegnawszy, która jego pilnowała, z głodu pod płotem w niedziel sześć umorzyli. Półstawek spuściwszy, rybę wyłowili y naczynia różnego, co było w nim od Moskwy pochowanego, lemieszów troje (...), kos cztery, świdry dwa wielkie y barć kupioną wybrali; ulów samych bez pszczół dwadzieścia do domów swoich poprzewozili. Poddanych żałującego dwóch, w siole Kruta mieszkających, zboże im odebrawszy, wygnali y izby ich do swych dworów w siole Kondratowskim, w w-wie Mscisławskim leżącym, stojących przewieźli. A dworną izbę nową, która żałującego kosztowała złotych dwadzieścia półtrzecia, sprzedali y inszych szkód nie mało poczynili. Które zboże, naczynie gospodarskie y insze rzeczy wysz pomienione między sobą podzieliwszy, na pożytek swój obrócili.
O to wszystko, jako o umorzenie syna, zabranie zboża y inszych rzeczy a spustoszenie majętności przed należnym sądem chcąc żałujący z pany Tołpyhami prawnie czynić i szkód sobie od nich poczynionych prawnie dochodzić, te opowiadanie swoje, jak Bóg z turmy smoleńskiey w roku teraźnieyszym 1664 wyniósł, do xiąg grodzkich mscisławskich dał, co jest zapisane”... („Akty izdawajemyje”..., t. 34, s. 337-338)
W tymże dniu tenże pan Piotr Tołpyha złożył inne podanie do sądu grodzkiego mscisławskiego, w którym pisał: „Gdy w roku 1654 nieprzyjaciel moskiewski w granice wielkiego xięstwa Litewskiego wtargnął, obywatele województwa Mscisławskiego, dość czyniąc uchwale braterskiey, aby wszyscy jednostaynie przy zamku mścisławskim zostawali, a do tego chcąc zdrowie swe od nieprzyjaciela wcale zachować, ze wszystką majętnością ruchomą y z sprawami do zamku zjeżdżali się, gdzie y żałujący, też dość czyniąc powinności, z majętnością swą ruchomą do zamku wjechał. Który gdy kniaź Trubieckij woyski wielkiemi oblegszy, szturmem dobył y w nim będącą szlachtę y różnych ludzi nie mało posiekł y majętności ruchome do zamku wwiezione rozszarpał, tamże y sprawy żałującego w skrzyni będące, nie wiadomo jeżeli ich spalono, abo zewszystkim wzięto”... Zawiadamiał pan Tołpyha sąd o różnych papierach i obligach, mających charakter zobowiązań gospodarczych, mając na celu odzyskanie zrujnowanych przez najeźdźców posiadłości. („Akty izdawajemyje”..., t. 34, s. 338-339).
W następnym stuleciu wzmianki w zapisach urzędowych o reprezentantach tego rodu były sporadyczne, dowiadujemy się z tych skąpych danych np. że Józef Tołpyha był szlachcicem spod Mścisławia około 1786 roku („Akty izdawajemyje”..., t. 11, s. 77). Być może oszczędność tych wzmianek wynika m.in. stąd, że Tołpyhowie rzadko wchodzili w konflikt z prawem.

***

I wreszcie Wojewódzcy, herbu Abdank, to starodawny ród polski z Podlasia, dość wcześnie, bo w pierwszej połowie XVII wieku, zadomowiony już także na Mińszczyźnie, Smoleńszczyźnie, Wileńszczyźnie i Grodzieńszczyźnie.
Na Cmentarzu Bernardyńskim w Wilnie zbiorowy grób rodu Wojewódzkich kryje prochy Chryzostoma, Amelii, Maksymiliana, Julii, Zygmunta i Wandy, których imiona wybite są na pomniku z granitu.
Bartłomiej Wojewódzki (Bartholomeo de Voyevotky), notariusz mielnicki, figuruje w zapisie do ksiąg ziemskiego sądu drohiczyńskiego z dnia 27 maja 1553 roku („Akty izdawajemyje”..., t. 33, s. 32). „Stanisłaus Woyewodzky, nobilis”, figuruje w styczniu 1569 roku w aktach ziemskich chełmskich jako świadek w sprawie sądowej o najazd na dom władyki w Białympolu. („Akty izdawajemyje”..., t. 19, s. 142).
Jesienią 1654 roku załoga miasta Smoleńska pod dowództwem Filipa Kazimierza Obuchowicza mężnie broniła się przed kilkunastokrotnie liczniejszym oddziałem rosyjskim, zadając nieprzyjacielowi dotkliwe straty. Dopiero po tym, gdy wznieciony pożar strawił miasto, a mury obronne wysadzono w powietrze eksplozjami beczek z prochem, „gotowi będąc do ostatniey krwi bronić się, musielichmy tandem volentes nolentes deserere arcem oppugnatori, który tormentis totaliter menia nostra zrujnował”... Wśród obrońców miasta wymieniają źródła ówczesne Jana Wojewódzkiego, sędziego ziemskiego smoleńskiego; Jakuba Stanisława Wojewódzkiego, kanonika smoleńskiego, proboszcza bielskiego; Władysława Wiktoryna Glinkę; Wojciecha Trębickiego i innych.
Jedna z gałęzi Wojewódzkich w 1668 roku przeszła na prawosławie i przyjęła poddaństwo rosyjskie. (Por. Bobrinskij, cz. 2, s. 83). W fundamentalnym dziele genealogicznym „Obszczij gierbownik dworianskich rodow Wsierossijskoj Impierii” (t. 7, s. 50) czytamy: „Familia Wojewódzkich (Wojewodskich); Jan Wojewódzki w 1621 roku od Króla Polskiego Zygmunta obdarzony wsiami. Potomkowie tego rodu Wojewódzcy, po przyłączeniu miasta Smoleńska pod Państwo Rossyjskie, znajdowali się na różnych rangach (...)”.
Jan Wojewódzki był sędzią ziemskim smoleńskim około 1667 („Akty izdawajemyje”..., t. 34, s. 436). Paweł Jan Wojewódzki był w swoim czasie znanym filozofem i teologiem, w latach 1669 i 1682 wydał w Krakowie parę ksiąg uczonych. Jeremi Kazimierz Wojewódzki, podczaszy czernihowski, był komisarzem królewskim do ustalenia granic z Turcją i Moskwą.
W 1721 roku w Rzeczycy pracował ksiądz Jan Antoni Wojewódzki. („Akty izdawajemyje”..., t. 2, s. 90-91). Od 1743 roku Wojewódzcy byli spokrewnieni m.in. z zacnym starożytnym rodem rycerskim, od XIII stulecia gnieżdżącym się na Podlasiu panów z Jaruzel Jaruzelskich herbu Ślepowron. (Por. A. Włodarczyk, „Ród Jaruzelskich herbu Ślepowron”, Warszawa 1926, s. 29).
Według „Regestru szlachty czynszowej i okolicznej powiatu Borysowskiego” z roku 1812 we wsi Łykowce mieszkał pan Stefan Wojewódzki. („Akty izdawajemyje”..., t. 37, s. 309). Także w wielu innych dzielnicach dawnej Rzeczypospolitej spotykano odgałęzienia tego prężnego rodu rycerskiego. Piotr Wojewódzki był nauczycielem języka niemieckiego w Gimnazjum Podolskim w Winnicy w roku szkolnym 1822/23. (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 26, s. 19).
9 grudnia 1831 roku senat i rektor Wszechnicy Wileńskiej wydali dyplom, w którym czytamy: „Auspiciis augustissimi et potentissimi Imperatoris Nicolai I, Russorum Autocratoris etc. etc. etc. (...) Cum nobilis Hilarius Petri filius Wojewódzki, studiorum curriculo in Gymnasio Vinnicensi emenso, in Civium hujus Caesareae Litterarum Universitatis Vilnensis numerum adscriptus, in Ordine Professorum Ethico-politicarum Juri tum Romano, tum Criminali veterum et recentiorum gentium, tum Patrio, tum Ecclesiastico, Oeconomiae publicae, Historiae universali et Statisticae generali, Statisticae Rossici Imperii et Diplomatiae, nec non Rhetoricae et Poesi, Litteraturae Rossicae et Linguae Latinae, spatio trium annorum multam et assiduam operam dederit, atque in examinibus diligentiam suam et processus Praeceptoribus suis adeo probaverit, (...)
Nos proinde, ea, qua pollemus, auctoritate, eumdem Hilarium Wojewódzki Candidatum in Facultate Juridica renuntiamus et declaramus, atque X-ae Civium Classi adscriptum, cunctis juribus atque commodis huic loco et ordini propriis, eumdem gaudere testamur. In cujus rei fidem Litteras has Patentes Caesareae Litterarum Universitatis Vilnensis sigillo munitas subscripsimus”. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 721, z. 1, nr 838, s. 123).
„Genealogia rodu Wojewódzkich” z roku 1834 wyprowadza tę rodzinę od Stanisława Wojewódzkiego, który w 1672 roku od króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego otrzymał nadania ziemskie, a z żony Heleny Nowickiej miał synów Andrzeja, Jakuba, Bogusława i Michała. Wnukowie jego Bonifacy i Dominik w sumie spłodzili siedmiu dalszych potomków: Ryszarda, Juliana, Marcelego, Dominika, Tadeusza, Antoniego i Leona. Z tych zaś tylko Marceli i Dominik mieli potomków; pierwszy – sześciu, drugi trzech. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1172, s. 1-155).
„Wywód Familii Urodzonych Woyewódzkich vel Wojewódzkich herbu Abdank” z 1835 roku podaje, że: „ta familia od dawnych wieków, szczycąc się dostojnością dworzańską, używała wszelkich praw i przywilejów temu stanowi właściwych, posiadała dobra ziemskie dworzańskie i piastowała rozmaite urzęda. Przodek tej familii Wojciech Pawłowicz Wojewódzki jako aktualny szlachcic posiadał sukcesyjne dobra ziemne dworzańskie Okmiany w powiecie wiłkomierskim położone i one zamienił na podobneż dobra Jagminy i Piadele w powiecie kowieńskim położone” (około roku 1632). „(...) Jakowe dobra Jagminy Piadele prawem naturalnej sukcesji dostały się we władanie synom jego Stanisławowi, Jerzemu i Aleksandrowi Wojewódzkim. (...) Aleksander Wojewódzki zostawił po sobie syna Rafała, który oprócz dóbr wieczystych Jagmin i Piadel posiadał inne dobra, Darwidyszki zwane, a zawarłszy szlubne związki z urodzoną Konstancyą Satkiewiczówną z nią wydał na świat synów siedmiu: Zygmunta, Macieja, Józefa, Stanisława, Stefana i Jana” (około lat 1750-1770). (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1051, s. 109-112).
W 1841 roku Donat Bazyli Wojewódzki, zamieszkały w majątku Engelhardtów Girwiszkach powiatu dyneburskiego, prosił heroldię wileńską o potwierdzenie swego szlachectwa. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 1627, s. 101).
„Księga szlachty klasy 2 powiatu oszmiańskiego” z roku 1844 wymienia między innymi Marcelego Bonifacego Wojewódzkiego, guberńskiego sekretarza, jego żonę Małgorzatę z Kuncewiczów oraz synów Herkuliana, Hilarego, Władysława, Tertuliana, Antoniego, jak też córki Hortenzję, Malwinę, Amelię, Konstancję. Byli oni posiadaczami dóbr Karłowszczyzna. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 7, nr 427, s. 5).
Siedząca na Wileńszczyźnie gałąź Wojewódzkich (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 5, nr 748) także używała herbu Abdank, wywodziła się z powiatu lidzkiego, gdzie miała w posiadaniu majątek Dejnarowszczyznę (wsie Kochanowszczyznę i Płotki) oraz wsie Kapłuny i Glinkowicze. Za protoplastę gałęzi uważano również wymienionego powyżej Stanisława Wojewódzkiego, który otrzymał od króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego Dejnarowszczyznę za zasługi wojenne. Miał on czterech synów (Andrzej, Michał, Bogusław, Jakub), a z nich trzech wnuków (Antoni, Dominik, Bonifacy). I kolejno, o ile Antoni zmarł bezdzietnie, to Dominik miał dwóch synów (Antoni, Leoncjusz), a Bonifacy pięciu (Julian, Marceli, Ryszard, Dominik, Tadeusz). W XIX stuleciu heroldia odnotowała jako szlachciców Ignacego, Herkulana, Hilarego, Władysława, Rafała i Agatona Wojewódzkich. Należała ta rodzina do dość zamożnej szlachty polskiej, jej przedstawiciele zajmowali nieraz eksponowane posady w wojskowości, skarbowości, administracji na ziemiach dzisiejszej Białorusi. Za małżonki miewali m.in. przedstawicielki takich rodzin jak Kuncewiczowie, Nowiccy.
„Herbarz rodzin szlacheckich Królestwa Polskiego” (cz. II, s. 119-120, Warszawa 1853) podaje: „Wojewódzcy, Kazimierz w roku 1719 sprawował urząd burgrabiego ziemskiego poznańskiego. Piotr w roku 1731 nominacyę na urząd podstolego smoleńskiego pozyskał. Tenże sam Piotr w roku 1750 dobra Wojewódki-Panki i Nagórne, w Ziemi Drohickiej położone, ustąpił synowi swemu Pawłowi. Andrzej w roku 1769 urząd komornika ziemskiego liwskiego sprawował. Antoni Franciszek, burgrabia grodzki drohicki, w roku 1792 wieś dziedziczną Sosnowę w Ziemi Liwskiej leżącą sprzedawał”.
Akta grodzieńskiego zarządu gubernialnego w dniu 2 sierpnia 1866 roku wymieniają nazwisko Wojewódzkiego, kolegialnego asesora, skarbnika tegoż zarządu. (CPAH Białorusi w Grodnie, f. 2, z. 38, nr 650, s. 124-127).
Gdy w 1875 roku wileńska heroldia po raz któryś z rzędu sprawdzała na rozkaz z Petersburga prawdziwość szlacheckości rodu Wojewódzkich, rodzina ta przedstawiła do jej dyspozycji aż 43 dokumenty tę autentyczność potwierdzające. Najstarszym był „list zaręczny” z 1672 roku „Michała z Bożey łaski Króla Polskiego” etc. nadany urodzonej Helenie Nowickiej Stanisławowej Wojewódzkiej i synom jej Andrzejowi, Jakubowi, Bogusławowi i Michałowi Wojewódzkim, w którym monarcha deklarował m.in.: „pomienioną Wojewódzką y synów jey w protectią Naszą bierzemy y tym listem zaręcznym zdrowie ich warujemy y ubezpieczamy”... Dokument ten musiał być wydany w obliczu faktu, że Stanisław Karol Abramowicz, starosta butlakowski oraz Stefan Abramowicz, jego krewny, najeżdżali na dom Wojewódzkich po śmierci gospodarza i terroryzowali tę rodzinę.
Oczywiście, pochodzenie tego rodu jest o wiele dawniejsze, lecz, jak się wydaje, jednym z ich gniazd ojczystych był powiat lidzki, m.in. wieś Dejnarowo. (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 1, nr 240). 11 lutego 1860 roku do części pierwszej ksiąg szlacheckich Guberni Podolskiej wpisano Ignacego Jakuba Wojewódzkiego z synami: Maciejem Aureliuszem, Kajetanem; wnukami: Piotrem Pawłem, Janem, Markiem Ludwikiem. („Spisok dworian wniesionnych w dworianskuju rodosłownuju knigu Podolskoj Gubernii”, Kamieniec-Podolsk 1897, s. 20).
Jedna z gałęzi Wojewódzkich zrobiła wielką karierę. Pod koniec XIX wieku Mikołaj Wojewódzki (żonaty z baronówną Steinheil) był tajnym radcą dworu, jegermajstrem Jego Cesarskiej Mości, kierownikiem osobistej Kancelarii Cesarza Rosji. (N. Szaposznikow, „Heraldica”, t. 1, Petersburg 1900, s. 194).

***

Na podstawie przytoczonych powyżej informacji zaczerpniętych z dawnych przekazów archiwalnych można przypuszczać, że Mikołaj Przewalski, człowiek obdarzony wybitną inteligencją i niepospolitymi cechami charakteru, w dużym stopniu odziedziczył swe „predyspozycje do wielkości” po zacnych przodkach, zarówno po mieczu, jak i po kądzieli.
Philippe Meyer („Złudzenie konieczne”, Warszawa 1998, s. 53-80) na podstawie analizy licznych badań dochodzi bowiem do wniosku, że inteligencja oraz stereotypy zachowań są „z całą pewnością przekazywane genetycznie”, choć ważną rolę w rozwoju i ujawnianiu skłonności dziedzicznych odgrywają warunki środowiskowe. Takie jednak cechy jak inteligencja, alkoholizm, homoseksualizm, agresywność, emocjonalność, pobudliwość, skłonność do depresji, pesymizm lub optymizm, skłonność do wyboru określonego zawodu lub określonej formy spędzania wolnego czasu – są w dwóch trzecich determinowane biologicznie na drodze dziedziczenia, a tylko w jednej trzeciej zależą od uwarunkowań środowiskowych i wychowawczych.
Oczywiście, ma też rację profesor Luxenburger, gdy pisze, iż „Vererbung ist nicht „Schicksal”, sondern „drohendes Schicksal” – „Dziedziczenie nie jest „losem”, lecz „grożącym losem”. Wszelako potencjał „losu grożącego” bardzo często się „wyładowuje” w postaci konkretnych cech osobowościowych, zarówno negatywnych, jak i pozytywnych.

***
  3. Z ziemi polskiej do rosji


Początek XVIII stulecia, podobnie zresztą jak koniec, był dla Rzeczypospolitej fatalny. Państwo było zgniłe, zdemoralizowane, pogrążone w niemocy. Kto chciał, bez żadnej przeszkody mógł tu przyjść, narozrabiać i pójść sobie. Szczególnie dostawało się Kresom. We wrześniu 1708 roku kapitan Sołowjow na czele 500 Kozaków i Kałmuków spalił doszczętnie Witebsk. Wówczas też zgorzało wiele ksiąg grodzkich, przechowywanych w Cerkwi Błagowieszczeńskiej.
Szlachcic tameczny Włodzimierz Czarnowski skarżył się w magistracie witebskim: „W roku 1708 msca Septembra 28 snia incursia Moskiewska nastąpiła; zamki, miasta poboczne, niektóre dwory szlacheckie popaliła y bez żadney folgi, na kogo mogli napaść, rabowali. Co całemu woiewództwu wiadomo, jak wielkie uciemiężenie od Moskwy ubodzy ludzie ponieśli. Żałuiącemu nie przepuścili (...), niespodziewanie napadszy, co mogli we dworze z fant, zboża, srebra, cyny, skrzynie poodbijali y wszystko zabrali; gumno ze zbożem spalili”. etc.
Zaiste prawdą jest, że dobry sąsiad to błogosławieństwo, zły zaś – kara Boża. Niestety, sąsiadów się nie wybiera, ich się po prostu ma, jak rodziców, jak dzieci, jak rodaków, jak samego siebie, wreszcie. Na takim to więc niespokojnym pograniczu bytowali w XVIII wieku nadal panowie Przewalscy. Z tamtego okresu zachowało się o nich niemało danych, które udało się nam wyłapać z przekazów archiwalnych. Na przykład, zachował się odpis testamentu Teodory Janowej Przewalskiej, jednej z antenatek wielkiego podróżnika, pochodzącej z rodziny Bujewiczów (Bujewskich) z roku 1713. Nazwisko Przewalskich użyte jest w tym dokumencie w formie miejscowej, (biało)ruskiej: Perewalski. Oto dokument te w całości:
Roku 1713, msca Augusta 3 dnia.
Na urzędzie jego królewskiey mości Witebskim etc. comparens personaliter, jm pan Jan Perewalski ten testament z rzeczą, w nim wyrażoną, ad acta grodu Witebskiego podał, w te słowa pisany: W imię Oyca y Syna y Ducha Świętego. Niech się stanie wola Jego święta ku wieczney pamięci. Amen. Za to Panu Bogu y Matce Przenayświętszey dzięki czynię, że mię Pan Bóg zachował w wierze świętey Rzymskiey katholickiey aż do ostatniego punktu życia moiego. Ciało moie grzeszne z ziemi stworzone y ziemi oddane być ma. Dusza moia grzeszna Bogu Oycu y Synowi Jego, Matce Przenayświętszey w ręce polecam. Nie pamiętając na moje wszelkie występki na tym świecie, z ułomności kiedym kolwiek Majestat Boski obraziła, jako miłosierdzia pełen y łaski nieprzebraney, aby do chwały Swojey Świętey duszę moją grzeszną przyjąć raczył, o to Majestat Boga mego błagam. Przeto ja, Theodora Bujewiczówna Wyżłacińska Janowa Perewalska, ziemianka jego królewskiey mości województwa Witebskiego, leżąca, czynię wiadomo y jawnie zeznawam tę ostatnią wolą moją testamentową, komu by o tym teraznieyszego y napotym będącego wieku ludziom wiedzieć należało, iż ja, będąc przy zmysłach y reflexij należytey, z dobrey woli mojey, a nie z przymusu żadnego, idąc na tamten świat z okazyji zbicia, morderstwa, ciężarną, będąca z rąk pana Michała Dederki y samey jeymości pani Anny Bujewiczówny Wyżłacińskiey Michałowey Dederczyney, małżonków, siostry mojey rodzoney, tak też szwagra mojego, z których rąk z tym światem pożegnałam się, miłego małżonka mego o to proszę, aby ciało moje grzeszne do cerkwi Bujewa Wyżłacina, gdzie rodzice moje leżą, tamże y mnie położyłł, miłego małżonka o to proszę, tak też y złotych dziesięć do tey cerkwi, nic nie odwlekając, oddał. Po dobrodziejach rodzicach moich, nam czterem siostrom successive majętność spadłą, nic nie winną y nie pienną y ni pierwszym, ani poślednieyszym prawem nikomu nie zawiedzioną, długami żadnemi nie obciążoną, my, jako aktorki successorki tey to majętności, nazywającey Bujewo, w w-wie Witebskim leżącey, działł między sobą uczynili zgodnie.
Na moją osobę czwarta część tey to majętności, wysz mianowaney, od tey majętności Kliszew z poddanym y ze wszystkiemi przynależnościami, jako w prawie wyrażono, mnie się dostało. Z miłości mojey ku miłemu małżąkowi, uznawając wszelkie poszanowanie, na czwartey części złotych dwieście zapisuję y dożywocie sobie ma mieć spokoyne na tey czwartey części, nikt a nikt o to turbować nie powinien małżonka mego; y syn móy Michał, spłodzony z małżonkiem moim, jeśliby go Pan Bóg zachował na tym świecie, nie ma czynić praepedyctij oycu swemu, a małżonkowi memu, aż do śmierci, którego y oyciec, będąc rodzony, krzywdy nie zachce. Ruchomość moja wszelka, którakolwiek zostanie, y pościel, z bydła rogatego y nierogatego, z zboża różnego, wszytko a wszytko miłemu małżonkowie memu wiecznemi czasy zapisuję. A jeśliby Pan Bóg syna mego Michała z tego świata zabrał po śmierci męża mego, za oddaniem złotych dwieście komu będzie legował, mają dwieście złotych oddać siostry dwie, jeymć pani Jędrzejowa Pachcińska y jmć pani Marcyanowa Szlachcina, possessorkami y aktorkami zostawać mają, a jmć pani Michałowa Dederczyna do tego interessować się nie powinna czwartey części mojey, wysz namienioney. A jeśliby ktokolwiek chciał być sprzeczny ostatniey woli mojey testamentowey, na sąd straszny Pański zapozywam.
Żegnam miłego małżonka mego, w czymkolwiek naprzykrzyła się od pożycia naszego, aby mnie wybaczyć raczył, a samego w opiekę Panu Bogu y Matce Przenayświętszey oddaję. Żegnam syna mego Michała, którego Panu Bogu polecam y moje błogosławieństwo macierzyńskie wlewam. Proszę o to miłego małżonka mego, aby onego należycie prowidował. Żegnam siostrę moją Macyannę Pachcińską y Zophą Szlachcinę, tak też y szwagrów obudwuch moich; jeśliby w czym uraziła, proszę, aby wybaczyć raczyli. Żegnam panią Dederczynę y pana Dederkę, z których rąk na tamten świat idę, odpuszczam według powinności chrześcijańskiey, a na dobrey woli męża mego zostawać ma. Żegnam wszystkich krewnych, przyjaciół, sąsiadów bliskich y dalekich, jeśli kiedykolwiek uraziła, aby mnie odpuścić raczyli, usilnie o to proszę. Do ostatniey woli mojey testamentowey ichmw panów przyjaciół ustnie y oczewisto za pieczętarzów uprosiłam.
Pisan w Kliszewie, roku 1713, mca Julij 20 dnia. U tego testamentu, przy pieczęci, podpisy rąk temi słowy: ...Ustnie y oczewisto proszony pieczętarz od osoby, wysz mianowaney, od jmści pani Teodory Bujewiczówny Janowey Perewalskiey, jako pisma nieumiejętney, ręką mą podpisuję Mikołay Falkowski do tego testamentu. Ustnie y oczewisto proszony pieczętarz do tego testamentu od osoby, wyż wyrażoney, podpisuję się Adam Strzemeski. Ustnie y oczewisto proszony pieczętarz od osoby, wysz wyrażoney, podpisuję się do tego testamentu Piotr Budkiewicz. Ustnie y oczewisto proszony pieczętarz od osoby, wysz wyrażoney, podpisuję się Bazyli Zdan Puszkin. Będąc przytomnym, do tego testamentu rękę swoję podpisuję Jozeph Szydłowski, jenerał jego królewskiey mości województwa Witebskiego. Który to testament, za podaniem oczewistym do act przez osobę, wysz wyrażoną, jest do xiąg grodzkich Witebskich przyjęty y wpisany”. („Istoriko-juridiczeskije materiały”..., t. 21, Witebsk 1891, s. 144-147).
Sąsiadami Przewalskich w tym czasie byli Tchórzewscy, Łuskinowie, Szczurowie, Osipowscy, szlachta polska, z którymi siłą rzeczy często kojarzono dobrosąsiedzkie małżeństwa, spokrewniano się i spowinowacano.
12 lutego 1716 roku spisany został testament ziemianina witebskiego Hrehorego (syna Stanisława) Januszkowskiego, w którym odchodzący z tego świata wspomina m.in. „Dziatki moie miłe, to iest, panną Dorotę, bywszą Jakubową Osipowską, która teraz za jegomością panem Janem Przewalskim”... („Istoriko-juridiczeskije matieriały.”.., t. 23, s. 134).
W księgach aktykacyjnych witebskiego sądu ziemskiego za lata 1753-1756 (nr 60/125) znajduje się „Aktt inwentarza ichmościom panom Przewalskim małłżonkom służącego od ichmościów panów Słuszyńskiey y Bohomolca daneg”o. Jest to poświadczony przez świadków opis majątku Krasynie (z 15 stycznia 1754 roku) należącego do Franciszka y Marianny z Mokrzyckich Przewalskich. Głosi on:
Inwentarz przy prawie zastawnym od nas niżey wyrażonych ichmościom panom Franciszkowi y Maryannie z Mokrzyckich Przewalskim, małżąkom, w roku 1753, miesiąca Apryla 23 dany”.
Andrey Maciuszow pryhonu męskiego w każdy tydzień dni sześć, białygłowskiego dni pięć, czynszu płaci talarów bitych sześć.
Pilip takoż męskiego dni sześć, białygłowskiego dni pięć, czynszu płaci talarów bitych sześć.
Fiecko męskiego dni sześć, białygłowskiego dni pięć, płaci talarów sześć.
Karpusza służy pryhonu męskiego dni sześć, białygłowskiego pięć, czynszu talarów sześć.
Dawyd służy pryhonu męskiego dni sześć, białygłowskiego pięć, płaci czynszu talarów bitych cztery.
Waśka służy pryhonu męskiego dni cztyry, białygłowskiego dni trzy, płaci czynszu talarów bitych dwa.
I to wszystko. Majątek składał się tylko z sześciu dymów, lecz pańszczyzna wynosiła 5-6 dni tygodniowo. Pewnych szczegółów o stosunkach wzajemnych dworu z chłopami dostarcza dalszy fragment inwentarza.
Powinności tych poddanych gotowemi pieniędzmi mają poddani wnieść ichmościom panom Przewalskim złotych trzysta, pryhonu tak zasłużyć, jako się w tabeli wyraża, ale takową porą jak do Krasyn wychodzili y teraz mają chodzić. Uroki mają tymże zwyczajem zarabiać jak y w Krasynach, także y zhony, ale za te dni, których zhony y uroki będą, pryhonu nie mają odsługiwać. Mężczyzna z czym potrzeba będzie kazała, z koniem czy piechotą, ma służyć według postanowionych dni, a białogłowa także z czym dwór każe. Na bronowanie który ma jednego konia, ten z jednym ma jeździć, a który więcey ma koni, ten z parą ma bronować. Budynki, które ichmościom upodobają się, w tym mają mieszkać y według upodobania swego opatrywać, a których ichmościowie niechcą opatrywać, te do nas aktorów rezerwują się.
Te wymowne przepisy komentarza nie wymagają. Dokument kończy się fragmentem: „U tego inwentarza podpisy rąk tak samych aktorów, jako y ichmościów panów pieczętarzów his expressis: Krystyna Głuszyńska, podstolina wołkowyska, Xawery Bohomolec, pisarz grodzki województwa Witebskiego. Ustnie y oczewisto proszony pieczętarz do tego inwentarza podług prawa danego od jeymości pani Krystyny Głuszyńskiey, podstoliny wołkowyskiey, także od jegomości pana Xawerego Bohomolca ichmościom panom Franciszkowi y Maryannie Przewalskim małżonkom podług prawa danego podpisuję się Antoni Przegaliński. Ustnie y oczewisto proszony pieczętarz do tego inwentarza danego podług prawa podpisuję się Tadeusz Januszkowski. Który to takowy inwentarz za podaniem onego przez wyż wyrażonego patrona ad acta jestt do xiąg ziemskich spraw wieczystych w-wa Witebskiego przyjęty y wpisany”. („Akty izdawajemyje”..., t. 35, s. 78).
W innym dokumencie z tejże epoki zawarte są również liczne interesujące dane, dotyczące dawniejszych pokoleń rodu Przewalskich.
Akt inwentarza od ichmościów panów Rożanowiczów ichmościom panom Przewalskim, małżonkom”.
Roku 1759, miesiąca Junij dwudziestego wtórego dnia.
Na rokach sądowych ziemskich wo-wa Witebskiego, podług prawa po Świętey Tróycy, święcie Rzymskim w roku supra na dacie specyfikowanym, in loco solito, w zamku Jego królewskiey mości Witebskim odprawowanych, przed nami Antonim Zaranowskim Łuskiną, sędzią, Benedyktem Horbowskim Zarankiem, podsędkiem, a Ignacym Kaczanowskim, pisarzem, urzędnikami sądowymi ziemi województwa Witebskiego, comparendo personaliter u sądu patron jaśniewielmożny pan Wincenty Budzko inwentarz majętności Pohosciszcz przy prawie arędownym od ichnościów panów Rożanowiczów, małżonków, jaśniewielnożnym panom Franciszkowi y Maryannie z Mokrzyckich Przewalskim małżonkom dany, służący y należący, z rzeczą w nim wyrażoną ad acta xiąg ziemskich w-wa Witebskiego podał, sequenti thenore pisany.
Inwentarz majętności Pohosciszcz przy prawie arędownym od nas Józefa y Ludowiki z Pohoskich Rożanowiczów ichmościom panom Franciszkowi y Maryannie z Mokrzyckich Przewalskim, małżonkom, w trzyletnią possessyą, zaczynającą w roku teraźnieyszym 1759 od Świętegp Jerzego, do roku 1762 do takowegoż terminu Świętego Jerzego do wybrania summy przez nas Rożanowiczów wziętey dwuchset czterdziestu talarów y z prowizyą arędowną od tych dwuchset czterdziestu talarów należącą podany.
Poddaństwo. Jakusz ma płacić czynszu talarów bitych dwa; Wasil Jaryżynak ma płacić czynszu talarów dwa; Siomka Pocztarzonek talar jeden; Łukjan Jakuszow talar jeden; Nikiper Rałow talar jeden; Dzianis Wawczok talar jeden; Swirid Wawczok talar jeden.
Krescencya żytna: solanek trzydzieście, rachując po talaru każdą solankę, facit talarów trzydzieście, a jeżeli by tyle nie położyło się, tedy na każdy rok ma dopłacić za niedobór.
Jarzynna krescencya: z sadami y ogrodami ogółem talarów trzydzieście, owsa solanek znayduje się ośmnaście, a resztę mamy dodać; gryki żeby zupełnie zmiany zasiać; pszenicy beczkę pół kufer zostaje, też samą y odsypie; jęczmieniu solanek trzy, konopi połowinka, siemienia lnianego połowinka jedna.
Obora. Krów doynych siedm – talarów trzy; owiec siedmioro starych – talarów jeden; świń (...); pszczół kłód dwanaście – talarów sześć.
Sianożęci do zaprzedania talarów dziesięć. Wywóz od chłopów soli corocznie po beczek dwie – talarów sześć. In summa efficit intraty roczney talarów dziewięćdziesiąt pięć.
Pryhon poddaństwa: Jakusz i Wasil po trzy dni białogłowa y po trzy dni mężczyzna, inni po dwa dni mężczyzna y po dwa dni białogłowa. Zhony do orania jarzyny uzmiotu drugi; do orania poraniny trzeci, do bronowania teyże poraniny czwarty; do mieszania jarzyny piąty, do mieszania poraniny szósty, do zapachania jarzyny siódmy, do zapachania żyta ósmy; do zdjęcia żyta zhon białogłowski, do zdjęcia jarzyny zhon białogłowski. Co wszystko uczyni zhonów dziesięć.
Młódźba według dawnych zwyczajów koleyno na dzień po jednemu. Sieci, podwody do Witebska tylko do sprowadzenia tey krescencyi ma być bez pryhonu, co się ma poczytać za rumacyą. Stróża tylko zimą ma być koleyna, okrom pryhonu. Pastuch y gospodynia ode mnie mają być, to jest od nas wieczników zmówiono y odziano y zapłacono, a karmić jaśniewielmożni panowie Przewalscy mają.
Który inwentarz podpisem rąk naszych stwierdzamy. Datt ut supra.
U tego inwentarza podpisy rąk tak samych aktorów, jako też jaśniewielmożnych panów pieczętarzów temi słowy: Józef Różanowicz +++. Ustnie y oczewisto proszony pieczętarz od p. Józefa Różanowicza y Ludowiki Różanowiczowey pisma nie umiejętney trzema krzyżykami podpisany. Franciszkowi y Maryannie z Mokrzyckich Przewalskim, małżonkom, podług prawa podpisuję się Alexander Pohoski manu propria. Ustnie y oczewisto proszony od osób wzwyż wyrażonych do tego inwentarza jako pieczętarz podpisuję się Alexander Mokrzycki manu propria. Który to takowy inwentarz za podaniem onego przez wyż wyrażonego patrona ad acta, jest do xiąg ziemskich spraw wieczystych województwa Witebskiego przyjęty a wpisany”. („Akty izdawajemyje”..., t. 35, s. 84-85).
Przytoczenie w niniejszej edycji tych oryginalnych dokumentów archiwalnych jest celowe nie tylko dlatego, że zawarte w nich informacje dokładnie ilustrują byt rodziny Przewalskich w określonym okresie, ale też stanowią interesującą dokumentację epoki, jej kultury, obyczajów, poziomu i charakteru cywilizacji.
W testamencie np. niejakiej „szlachetney pani Eufrozyny Mikołajowey Czernobrowkowey” z 23 października 1760 roku wymieniany jest jeden z przedstawicieli interesującej nas rodziny: „Ciało zaś moje grzeszne aby było deponowane w ziemi, przy cerkwi kathedralney Witebskiey, na świętey górze soborney u ichmc xięży Bazylianów, przy mszach świętych, według obrządku chrześciańskiego. U jmc pana Przewalskiego summy, należącey za obligiem, tallarów cztyrysta pięćdziesiąt; z teyże samey summy jaśniewielmożnym xiężom Bazylianom na pochowanie, jako przy pogrzebie, tak na trzeciny y na sześciny y na wroszczyzny tallarów sto; ... na pozwonienie powinne być dane jak po cerkwiach, tak też y kościołach”... etc. („Istoriko-juridiczeskije materiały”..., t. 19, s. 62).
W spisie szlachty, oficerów i ich rodzin, zamieszkałych w 1796 roku w guberni Witebskiej znajdujemy długi szereg przedstawicieli rodziny Przewalskich: Kazimierza, Benedykta, Tadeusza, Ignacego, Mikołaja, Stanisława, Andrzeja i in. (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 2636, z. 1, nr 111).

***

Także w XIX wieku nie brakuje wzmianek archiwalnych o członkach tego rodu. W czerwcu 1817 roku Mikołaj Przewalski zaskarżył w sądzie witebskim Feliksa Przewalskiego o stałe czynienie szkód, jak np. o zapędzanie krów do owsa czy znów zamknięcie krów do chlewa. Skarga, spisana niewprawną do pióra ręką w języku polskim kończy się stwierdzeniem faktu, iż: „tenże Felix Przewalski posyłał wypędzać swoich koni dziewkę swoją z owsa Mikołaja Przewalskiego, co widzieli sąsiedzi, jeden Paweł Przewalski, Symon Przewalski, (...) y Piotr Przewalski”... Trudno było licznie rozrodzonej rodzinie gospodarować w jednej wsi, dusić się na wąskich poletkach. (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 3309, z. 1, nr 1263).
Jednak Mohylewskie Zgromadzenie Szlacheckie potwierdziło rodowitość Przewalskich 8 marca 1818 roku oraz 17 maja 1838 roku i wpisało ich do szóstej części (szlachta starożytna) ksiąg genealogicznych tejże guberni.
W zbiorach Narodowego Archiwum Historycznego Białorusi w Mińsku (f. 2512, z. 1, nr 99, s. 108-114) znajduje się księga szlachty guberni witebskiej, w której m.in. czytamy: „Roku 1818, Miesiąca Marca 8 dnia. Wedle Ukazu Jego Imperatorskiej Mości Białorusko-Witebskiey Gubernij gubernski marszałek Orderu św. Anny 2-iey klassy kawaler, y z powiatów do ułożenia genealogiczney szlacheckiey Księgi wybrani deputaci, na mocy Naywyższey Hramoty w roku 1785 miesiąca Apryla 21 dnia dworzaństwu Rossyjskiemu na prawo wolności y prerogatywy nadaney, a 1801 r. Apryla 2 dnia naymiłościwszym Manifestem Nayjaśnieyszego Monarchy Alexandra Pierwszego szczęśliwie nam panującego w całey Swey sile y mocy potwierdzoney, rozważali wywodową sprawę starożytney familii Ichmościów Panów Przewalskich, rozpoczętą za prośbą witebskiego powiatu szlachcica Franciszka Janowicza Przewalskiego w dniu 18 Decembra przeszłego jeszcze 1800 roku w imieniu własnym y całey familii swoiey podaną, w jakowey sprawie z ciągu i odbycia oney daje się wiedzieć, iż Witebskie Dworzańskie Deputackie Zebranie przeyrzawszy w dniu 14 maja minionego 1817 roku pokładane przez prosiciela dowody, lubo dostatecznie przekonało się o dostojeństwie szlacheckim przodków tego imienia, lecz o pomieszczonych na linii w dalszych stopniach osobach nie znalazło dowodu próbującego pochodzistość od onych, a nayszczególniey gdy w samym Dekrecie Witebskich prowincjonalnych sądów żadney nie uczyniono wzmianki o rodzonych i stryjecznych braciach Samuela y Dymitrego Przewalskich, od których cała progeneracya oparta tylko na objawieniu prosiciela. I nadto, gdy żadnym tranzaktem dowiedziono nie było, iż stawający do wywodu Ichmościowie Panowie Przewalscy posiadają dotychczas te majętności y grunta, jakie ich przodkom za zasługi były nadane, z takowych przeto powodów rezolucyą w wymienioney dacie zapadłą przeznaczono zawiesić ostateczną decyzyą, do wsparcia dostatecznemi dowodami caley procedencyi, jak na linii, tak też y na spisku pokazaney: W uległość jakowemu przeznaczeniu z liczby tychże Ichmościów Panów Przewalskich Jan, Tadeusza syn, Przewalski, przy powtórney swey prośbie składając wnów dokumenta, z onych dowodząc pochodzistość całey familii swoiey od Karniły Anisimowicza Przewalskiego, uprzywilejowanego przez Nayjaśnieyszych Królów Polskich tytułem szlachectwa polskiego, y wieczystych dóbr ziemskich nadaniem, rzecz następnie objaśnił: Wspomniony Karniło Anisimowicz Przewalski czując się z daru natury być zdolnym do okazania zasług w Oyczyźnie, y duchem męstwa będąc zagrzany, jeszcze za Króla Stefana do wojenney zaciągnął się służby, gdzie szczególną pracą y gorliwością dowodząc męstwa swojego, dosłużył się rangi rotmistrza woysk kozackich, i w tym już stopniu, gdy na wyprawie wojenney pod Połockiem y Wielkiemi Łukami licznemi siebie zasługami oznaczył; wówczas pomieniony Król Polski Stefan powodowany sprawiedliwym przeświadczeniem się o dzielności tego Rycerza, przywilejem swoim w dacie 1581 roku Nowembra dnia 28 nadanym, udarował onego tytułem szlachectwa polskiego i herbem Łuk zowiącym się, którego kształt wedle opisania kronikarza polskiego hrabiego Kuropatnickiego (...) y rysunek na autentycznym przywileju jest taki: „Ma być w polu czerwonym Łuk napięty z strzałą do góry, w hełmie trzy pióra strusie”. Jakową otrzymawszy godność tenże Karniło Przewalski i przedłużając przed się wziętą służbę coraz większe dawał dowody swey gorliwości, i tym do chwały prowadzącym postępując krokiem w późniejszym czasie, to jest: w roku 1589 miał sobie nadane od witebskiego wojewody, starosty wieliżskiego y surażskiego Mikołaja Sapiehi pięć służeb ludzi, to jest: w województwie witebskim trzy, Szyszczynkę Juduniewską y Ostrowską, a we włości wieliżskiey dwie, Pusłowską Bobową Łukę y w Syczowie ze wszystkim co tylko do tych służeb należało, które król Zygmunt Trzeci przywilejem swym w tymże roku 1589 Januaryi 30 nastałym rzecz w wieczność temuż Przewalskiemu y jego żenie potwierdził. Ten zatem przodek familii Ichmościów Panów Przewalskich zasługami y męstwem nabywszy przyzwoitey rangi a oraz tytułem y prawa obywatelstwa, odtąd owoców prac swoich umyślił zażywać, y udaliwszy się od służby prowadził życie obywatelskie, w ciągu którego wydał na świat dwuch synów, Gabryela y Bohdana, a z tych Gabryel zostawił po sobie sukcessorem jednego syna Hrehorego, który powołany do stanu małżeństwa przy zaślubieniu ichmości panney Krystyny Hościłowiczówney wziął po niey w posagu połowę majętności Skuratowa Romanowa Zamieszyna y sianożęci Podciereba w powiecie witebskim leżące, jak o tem przekonywa autentyczny wieczysty zapis w 1666 roku Decembra 19 dnia od Jaśniewielmożnych Państwa Jana y Luby Hościłowiczów, małżonków, wydany. Y z nią przyżył trzech synów: Leona, Jana i Wawrzyńca. Leon Hrehorowicz miał synów pięciu: Jakuba, Józefa, Jana, Samuela y Tomasza; Jan Hrehorowicz takoż pięciu synów: Jana, Michała, Samuela, Piotra y Franciszka; a Wawszyniec Hrehorowicz trzech tylko synów: Marcina, Dymitrego y Antoniego, z których Samuel Janowicz i Dymitr Wawrzynowicz, czyniąc wywód rodowitości szlacheckiey w Witebskim prowincyonalnym ziemskim sądzie, dekretem tegoż sądu dnia 25 stycznia 1773 roku zapadłym, potwierdzeni zostali w dostojeństwie szlacheckim wespół z całą familią swoją, która w dalszym rozrodzie następnie się rozkrzewiła. Józef Leonowicz Przewalski wydał na świat Andrzeja y Antoniego, a bracia jego rodzeni Jakub, Jan, Samuel i Tomasz bezpotomnie dni życia skończyli.
Jan Janowicz miał synów dwóch: Franciszka y Teodora, a Michał Janowicz jednego Dominika, który nie zostawiwszy potomstwa zszedł z tego świata. Samuel Janowicz, będąc za prawem naturalney sukcessyi wspólnym z swym bratem rodzonym Franciszkiem possessorem majętności Skuratowo w roku 1794 Apryla dnia 23 odstąpił oną wiecznością stryjecznemu bratu swojemu Tomaszowi Leonowiczowi Przewalskiemu za summę talarów bitych ośmdziesiąt, sam zaś zostawiwszy dwóch synów, Tomasza y Jerzego, y onych dokumentem w dacie 1788 roku dnia 13 Januaryi uczynionym podzieliwszy wedle swey woli całym pożytkiem, sam do wieczności przeniósł się.
Piotr Janowicz przyżył synów czterech: Mateusza, bezpotomnego, Macieja, Bartłomieja y Sylwestra, którym Antoni y Petronella małżonkowie Stzemeccy część wieczystey majętności swojey Skuratowo zowiącey się, nabytey od Dominika, Michała syna, Przewalskiego, prawem przedażnym w 1762 roku Apryla dnia 25 wydanym (...) na zawsze odstąpili i wyprzedali.
Franciszek Janowicz progenuit syna jednego Kazimierza; Marcin Wawrzynowicz Antoniego y Tomasza, a brat jego Dymitry sześciu synów: Franciszka, Tadeusza, Marcina, Józefa, Macieja y Jana, którym, czując się być blizkim dokończenia kresu życia swojego, ostatnią dyspozycyą swoją w testamencie 1778 roku 30 Decembra uczynionym pojaśnioną, część swoją teyże majętności Skuratowa y wszelką ruchomość przeznaczył y podzielił.
Antoni Wawrzynowicz miał trzech synów: Wincentego, Franciszka y Józefa. I ci trzey bracia mieszkając dotąd w Mohilewskiey Gubernij w babinowieckim powiecie trzymają wspólnie za assekuracyjnym dokumentem roku 1812 od Piotra Monkiewicza wydanym w zastawney possessyi folwark Ostrowiszcze zwany y nadto jeszcze Józef y Franciszek Antoniewiczowie Przewalscy w tym powiecie trzy włoki gruntu prawem wieczystym od Anny Kondraszowey, nadworney sowietnikowny w tymże 1812 roku marca dnia 9 nabyte mają.
Z których brat starszy Wincenty połączony dożywotnią przyjaźnią z Jeymością panią Krystyną z familii Dzierżyńskich, ma synów Macieja y Kazimierza; Franciszek, średni, żenny z jeymością panią Agatą Suchowską nie ma żadnego potomstwa; a Józef naymłodszy zostając w związku małżeńskim z jeymością Reginą de Domo Charkowską przyżył syna Gabryela oraz córek Agnieszkę, Leonorę, Annę y Mariannę.
Z kolei Andrzey Józefowicz Przewalski wydał na świat trzech synów: Mikołaja, Jana i Mateusza, sam zaś uczyniwszy w roku 1798 Decembra 23 dnia testamentem swoim podział części majętności Skuratowa między pomienionymi synami, dług śmiertelności wypłacił. A brat jego rodzony Antoni Józefowicz w ciągu wieku swojego przyżył trzech synów: Jana, drugiego Jana y Macieja. Od Franciszka Janowicza poszło takoż trzech synów: Wincenty, Michał y Ignacy, z których Wincenty w pożyciu małżeńskim z jaśniewielmożną panią Domicelą Baranowską będący, ma jedną córkę Wiktorę, a Michał y Ignacy w kawalerskim zostają stanie.
Teodor Janowicz, w Witebskim mieszkający powiecie żadnego niema potomstwa.
Tomasz Samuelowicz zostawił po sobie trzech synów: Symona, Benedykta y Leona, a Jerzy, brat jego, bezpotomnym żyć przestał. U Mateusza Piotrowicza takoż żadnego nie pokazano potomstwa; Maciey zaś Piotrowicz, wydawszy na świat Franciszka, Symona, Piotra y Pawła sam do wieczności przeniósł się. Bartłomiey Piotrowicz zostawił jednego syna Piotra, y Sylwester Piotrowicz – Wiktorego y Zacharyasza.
Od Kazimierza Franciszkowicza, mieszkającego w powiecie witebskim na gruncie małoletnich Baranowskich za kontraktem w roku 1814 Apryla 23 z ich opiekunem Jpanem Chaszkowskim zawartym, trzey synowie na świat wydani, to jest Maciey i Hieronim w kawalerskim zostający stanie, a Józef, mający syna Waleryana.
Od Antoniego Marcinowicza pozostał syn Symon, od Tomasza Marcinowicza Kazimierz, Mikołay y dwóch Franciszków.
Franciszek Dymitrowicz zostawił syna Antoniego, Tadeusz Dymitrowicz takoż syna jednego Jana; Marcin Dymitrowicz – Andrzeya y Józefa; Józef Dymitrowicz, wdowiec w podeszłym zostający wieku ma syna Zacharyasza, a córek Apolonię y Jadwigę.
Od Macieja Dymitrowicza zrodzony syn Wincenty, a od Jana Dymitrowicza Feliks y Leon.
Na ostatek Mikołaj Andrzejowicz zaprzysięgły dozgonną przyjaźń JPani Helenie Bujewiczównie ma z nią synów Feliksa, Franciszka, Alojzego i Pawła oraz córkę Małgorzatę. Jan Andrzejowicz, zaślubiwszy JPanią Franciszkę Chaszkowską dożył synów Azyasza, Teodora y Stanisława. Mateusz Andrzejowicz skojarzony węzłem małżeńskim z JPanią Urszulą Zienkiewiczówną prolificarit synów dwóch, Stefana y Stanisława.
Jan Antoniewicz zostawił po sobie syna Augustyna w małoletności, a drugi Jan Antoniewicz, ożeniwszy się z JPanią Franciszką Kotowiczówną ma syna Ignacego y córek Dorotę y Maryannę. Maciej zaś Antoniewicz połączony szlubnemi związki z JPanią Dorotą Przewalską wydał na świat dwóch synów, Franciszka y Stefana. Symon Tomaszewicz nie ma płci męskiey potomstwa, a tylko jedną córkę Julię. Brat zaś jego Benedykt Tomaszewicz, chorąży woysk Rossyjskich, w kawalerskim jest stanie; a Leon Tomaszewicz, zostawiwszy dwóch synów, Józefa y Antoniego, w woyskowey będącego służbie, sam do wieczności przeniósł się.
U Franciszka Maciejowicza y u brata jego Symona Maciejowicza żadnego nie pokazano potomstwa. A Piotr Maciejowicz, żenny z JPanią Anną Borowską, ma syna Andrzeja, Paweł zaś Maciejowicz, który prawem wieczysto kupnym od Teodora Janowicza Przewalskiego w roku 1817 wydanym i podobnymże prawem od Wiktorego i Zacharyasza Sylwestrowiczów Przewalskich w tymże roku Februaryj 28 ferowanym, nabył część gruntu majętności Skuratowa, z porządku naturalney sukcessyi na małe części podzieloney i w rozmaite już ręce przeszłey, w pożyciu małżeńskim z JPanią Krystyną Chaszkowską ma synów dwóch Józefa y Michała oraz córek Małgorzatę y Annę.
Piotr Bartołomiejowicz oraz Wiktor Sylwestrowicz, trzymający za kontraktem od JPana Bazylego Chaniewskiego (...) siedzibę we wsi Horowielce w Witebskim powiecie sytuowaney, małoletnim Kaczanowskim przynależney, a także y Zacharyasz Sylwestrowicz żadnego nie mają potomstwa.
Maciey y Hieronim Kazimierzowiczowie w kawalerskim zostają stanie, a Józef, brat ich rodzony, ma jednego syna Waleryana. Od Symona Antoniewicza pochodzi syn Floryan. Kazimierz Tomaszewicz ma syna Michała y córkę Agnieszkę; Mikołay Tomaszewicz syna Jana y córek Annę y Apolonię, a Franciszek Tomaszewicz, kapitan woysk Rossyjskich, i brat jego takoż Franciszek żadnego nie mają potomstwa. Antoni Franciszkowicz bezpotomnie świat ten opuścił. Jan Tadeuszowicz, mający w possessyi swojey wiecznością nabyty za prawem kupnym od Leona Fettnera (...) w 1806 r. folwark Chrzanowszczyznę w powiecie witebskim położony, oraz za takowymiże prawami od Jakóba Sztokmana w 1814 y od byłego sędziego Wincentego Reutta w 1815 latach posiadający dokupione grunta w tymże powiecie, zaprzysięgłszy dozgonną przyjaźń JPani Zofii Przewalskiey ma z nią trzech synów: Izydora, Tomasza i Leona, oraz córek Elżbietę y Maryannę.
Andrzey Marcinowicz, żenny z JPanią Anną Domaracką, dożył podobnież trzech synów – Grzegorza, Franciszka y Jana y córkę Franciszkę, a brat jego Józef Marcinowicz, mając w zamęściu JPanią Franciszkę Krajewską wydał na świat synów Marcina, Dominika y Adama y córek Dorotę y Maryannę. Zacharyasz Józefowicz bezżennie życie prowadzi, a Wincenty Marcinowicz, zaślubiony z JPanią Anną z familii Krajewskich żadnego nie ma potomstwa.
Feliks zaś Janowicz, mający w związku małżeńskim Elżbietę Albertównę dożył syna Antoniego, a brat jego Leon Janowicz w nieletności zostaje.
I na tym stopniu kończąc prosiciel całą procedencyą familii swojey Przewalskich, y onę pojaśniwszy dokładnie oraz dokumentami wyżey poszczególnymi dowiodszy; dla gruntownieyszego jeszcze przekonania złożył świadectwo obywateli, urzędników y szlachty Biało-Rusko Witebskiey Guberni dobrze świadomych o całey progeneracyi teyże familii w roku 1817 marca dnia 20 na imiona wszystkich dopiero żyjących osób wydane, którym jak o pochodzistości familii JWPanów Przewalskich od przodka Karniły Przewalskiego, tak równie o aktualney starożytney y niewątpliwey rodowitości szlacheckiey nayuroczyściey zapewnili y przeświadczyli.
Co wszystko, gdy po ścisłym przeyrzeniu naydokładniey całą rzecz wyświetliło i stosownie do nastałey po przodkach rezolucyi nie tylko o pochodzeniu całey familii JWPanów Przewalskich od przodka Karniły Anisimowicza Przewalskiego, uprzywilejowanego tytułem szlachectwa Królestwa Polskiego za okazane w byłey Rzeczy Pospolitey Polskiey zasługi przelaniem krwi własney y poświęceniem życia samego na obronę Oyczyzny dowiedzione, lecz nawet o possydowaniu przez tę familię aż do tego czasu po różnych mieyscach dóbr ziemskich y wieczystych, jako też równie y o naydywaniu się dopiero niektórych osób w woyskowey Jego Cesarskiey Mości służbie, w przyzwoitey zasługom randze, naygruntowniey przekonało y zapewniło, przeto na mocy Naywyższey o Dworzaństwie Hramoty (...), mając z wyżey poszczególnionych obszernie dowodów zupełne przekonanie o starożytności Domu JPanów Przewalskich y o szlachetnym onego pochodzeniu, całą familię tychże Ichmościów Panów Przewalskich za aktualną rodowitą starożytną szlachtę uznajemy i na wieczne czasy utwierdzamy (...), do szóstey części szlachetney Rodosłowney księgi wnieść (...) postanawiamy.” Podpisali: gubernski marszałek i kawaler Romuald Bohomolec, Jakub z Manteyfflów, Bazyli Łukaszewicz, Marcin Rypiński, Seweryn Podwiński, Jan Buynicki i inni.

***

Oczywiście, lektura „suchych” materiałów archiwalnych nie jest ani łatwa, ani specjalnie zachęcająca. Wręcz przeciwnie, jest trudna, męcząca i na pozór mało dająca czytelnikowi wrażeń estetycznych i poznawczych. Nic jednak nie jest w stanie zastąpić autentycznych dokumentów tej czy innej epoki – stąd obfitość w niniejszym tekście przekazów archiwalnych.
A więc 12 października 1831 roku Zacharyasz i Feliks Przewalscy, bracia stryjeczni, nie mogąc podzielić między sobą dóbr Skuratowa, odziedziczonych po ojcu Józefie (wszyscy wyznania rzymsko-katolickiego) zwrócili się do witebskiego sądu ziemskiego, a następnie grodzkiego, by rozstrzygnął o ich interesach. Jako świadkowie wystąpili przed sądem liczni członkowie tej rodziny, krewni sądzących się, Przewalscy: Mikołaj, syn Tomasza (lat 64), Jelisiej, syna Jana (39 lat), Feliks, syn Mikołaja (43 lata), Piotr, syn Bartłomieja (37 lat), Józef, syn Tomasza (40 lat), Teodor, syn Jana (26 lat), Aleksy, syn Mikołaja (31 lat), (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 2634, z. 1, nr 128).
Z testamentu Jana (syna Tadeusza) Przewalskiego, ziemianina guberni witebskiej, spisanego w 1831 roku wynika, że miał on kilkoro dzieci, z których w momencie spisywania testamentu żyli tylko Izydor „od dawna mający pomieszane zmysły” oraz córki Elżbieta (żona porucznika Jana Żyżniewskiego) i Marianna (żona ziemianina Kazimierza Szczuki). Prosił umierający pochować go w kaplicy w pobliżu Skuratowa, w której przez sześć tygodni miano co niedzielę odprawiać mszę świętą.
Folwarki Chrapowszczyzna, Łapino i inne oddziedziczyły po nim córki. (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 2636, z. 1, nr 458).
3 lipca 1836 roku Paweł syn Macieja Przewalski napisał skargę na imię cara Mikołaja I, w której opowiadał, jak to jego krewny Filip Przewalski (nazywa go zresztą nie krewnym, lecz „odnofamilcem” czyli imiennikiem) razem z sześcioma innymi krewnymi, „wszedłszy w hazard”, pobili go dotkliwie i zadali „ranę niemałą na ręce prawej”. Chodziło o to, że krewni, będący już na krawędzi nędzy, nie mogli podzielić tegoż majątku Skuratowa. Ciekawe, że petent podpisał – widać z charakteru pisma, iż z niemałym trudem – rosyjskojęzyczną, napisaną przez pisarczyka skargę, własnoręcznie i w języku polskim: „Do tej prozby szlachciec Paweł Przewalski ręka przyłożył”... (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 2636, z. 1, nr 616).
„Rodosłownaja i dokazatielstwa o dworianstwie roda Przewalskich”, umieszczona w części szóstej „Dworianskoj rodosłownoj knigi Witebskoj Gubernii 1838” przedstawia m.in. drzewo genealogiczne tej rodziny, składające się z dziewięciu pokoleń i 46 osób. (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 2512, z. 1, nr 248, s. 99-100).
W 1838 roku Przewalscy zostali potwierdzeni w rodowitości przez heroldię witebską. Sporządzone wówczas drzewo genealogiczne przedstawia dziewięć pokoleń, 43 osoby płci męskiej (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 6, nr 609, s. 302, 303).
W 1847 roku Senat Rządzący w Petersburgu potwierdził rodowitość Józefa, syna Marcina, Przewalskiego, szlachcica powiatu orszańskiego guberni mohylewskiej, a w 1857 roku jego wnuka Karola, syna Józefa, (urodzonego przez matkę z domu Styrykowicz). (CPAH Litwy w Wilnie, f. 391, z. 6, nr 1816, s. 186-187).
W tymże 1857 roku potwierdzeni w rodowitości zostali także Franciszek (Franc), Antoni (Anton) i Jerzy (Jegor), synowie Kazimierza a wnukowie Wincentego Przewalscy (tamże, s. 221-222). Wszyscy – wyznania rzymsko-katolickiego.
Stefan Przewalski, szlachcic powiatu surażskiego guberni witebskiej, katolik, w roku 1863 miał żonę Agnieszkę z domu Puszkin (herbu Szeliga), a z niej dwie córeczki: Ewę i Annę (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 2512, z. 1, nr 527).
Większość Przewalskich zostawała przy polskości i katolicyzmie i była szykanowana przez carat w XIX wieku. „Lista zamieszkałych w Guberni Witebskiej urzędników wyznania rzymsko-katolickiego, zwolnionych ze służby po 1863 roku” (CPAH Litwy w Wilnie, f. 378, z. 1866, nr 181) donosi m.in., że prześladowaniu poddani zostali – „radca tytularny Jan Przewalski, który zajmuje się służbą prywatną” oraz „były pomocnik nadzorcy akcyznego powiatu dyneburskiego, koleżski asessor Grzegorz (Grigorij) Przewalski, który pracuje na gospodarstwie”...

***

Kolejne wzmianki dokumentalne dotyczą rosyjskiej gałęzi tego rodu. Co można powiedzieć o pierwszym rosyjskim reprezentancie tej rodziny? Źródła archiwalne nie są w tej mierze zbyt hojne na informację.
Kazimierz (syn Tomasza) Przewalski porzucił studia w jezuickiej Akademii Połockiej, uciekł do Rosji i przeszedł na prawosławie. Jego brat Franciszek również zaciągnął się do służby w armii rosyjskiej, walczył mężnie jako oficer w jej szeregach w kampanii 1812/13 roku, za co odznaczony został orderami, a do dymisji podał się w randze majora.
Syn Kazimierza (Kuźmy) Przewalskiego, Michał, także był wojskowym, lecz ze względu na słabe zdrowie został po 15 latach służby zdymisjonowany w randze sztabs-kapitana. Nie znamy dokładnie powodów i motywów, którymi kierował się Kazimierz Przewalski, porzucając kraj ojczysty, zrywając więzi rodzinne, sprzeniewierzając się wierze przodków. Widocznie chodziło o jakieś ostre nieporozumienie w gronie rodzinnym lub sąsiedzkim. Z przekazów archiwalnych wynika, że do Moskwy uciekali często ci, którzy weszli w kolizję z prawem, złodzieje, mordercy, niewierne żony itp., jak to np. miało miejsce latem 1758 roku, gdy w Mohylewie trwał proces nad złodziejami Jankiem Kozłowskim i Ullaną Stoszynową, którzy porzuciwszy własnych małżonków i dzieci, zawiązali złodziejski konkubinat, okradli skarb miasta, kilku obywateli i złapani zostali wraz z nieprawnie zdobytym majątkiem już podczas ucieczki do Wiatki. Za całokształt „wyczynów” zostali też ukarani: on powieszony, ona utopiona; na mocy decyzji sądowej.
Kryminaliści, którzy uchodzili za granicę, uciekając nieraz z więzienia dosłownie w przededniu kary, zazwyczaj udawali tam, iż są ofiarami religijnych prześladowań, za co ich przygarniali nieraz tamtejsze władze i mieszkańcy.
Nie należały do rzadkości przypadki, gdy któryś drobny szlachcic zagarniał część mienia swych sąsiadów lub krewnych i zmykał za moskiewską granicę, znajdując tu z reguły życzliwe przyjęcie, gdyż poddanym cara zawsze sprawiało radość wszystko, co Polsce przykrość. I tak np. Paweł Michał Kołłątaj, dworzanin jego królewskiej mości i podstarości bielski, pisał 10 kwietnia 1648 roku do wojewody rżewskiego Iwana Streszniewa: „Donoszę ja ci, że w roku sim, wpośród teraźniejszego postu wielkiego czeladnik jego mości księcia Massalskiego, wojewody brzeskiego, na imię Jan Berezowski, człowiek wzrostu średniego lat trzydziestu, obliczem jasnowłosy o brodzie małej rudej, huba po prawej stronie wzdłuż perecięta, sam z przyjacielem swym czeladnikiem uciekł. A ma ze sobą cztery konie, dwa gniadosze, jeden łysy, a drugi cały gniady, oraz dwa wałachy, kary i myszaty, wierzchem biegnie i nawjuczone z worami konie wiedzie, pobrawszy ze sobą w złocie i klejnotach na trzydzieści tysięcy złotych Polskich i zabiwszy szlachcica dobrego i szafarza jego mości pana wojewody brzeskiego w majątku Bolniki. Całe to dobro pańskie i pieniądze pobrawszy, uciekł. I spodziewając się złapać go jego mość pan Massalski, wojewoda brzeski, aż do Smoleńska z Litwy gonić kazał (...) Nie dogonili... A tu do mnie z Białej wiadomość przyszła, że za rubież w ziemię jego mości carskiej uszli. Ino by tobie, wojewodo, o tym wiedząc kazać tego złodzieja i zbójcę z jego czeladnikiem i ze wszystkim tym dobrem i czterema końmi we Rżewszczyźnie mocno zakazać, a jak się taki człek sam z przyjacielem się zjawi, zrazu znaleźć i dać mi o nim znać i takowego ubójcę wydać, żeby złodzieje a zbóje zamętu a hultajstwa między wielkich hospodarów naszych na obydwie strony nie wnosili. Takoż i waszym naprzeciw robione będzie...
Prośba ta, jak i wiele podobnych, pozostała bez odpowiedzi, a zuchwałego pana Jana spotkał zwykły tego gatunku zbiegów los: albo urządził się na służbę carską, albo został po drodze przez ludzi moskiewskich odarty ze wszystkiego i posiekany na kawałki. Źródła ówczesne dostarczają pod dostatkiem przykładów pierwszego i drugiego. („Akty otnosiaszczijesia k istorii Jugo-Zapadnoj Rossii”, t. 3, s. 179, 193 i in.).
Zdarzało się również, iż żona, której zbrzydł mąż ślubny, uciekała do Moskwy z nowym wybrańcem serca. Tak np. w kwietniu 1648 roku podstarości nowogrodzki Tomasz Małachowski pisał do wojewody Briańska Aleksego Zwienigorodskiego o tym, że z sioła Jurkowa, co to w powiecie nowogrodzkim, uciekła do ziemi moskiewskiej Halszka Polikszanka, żona dobrego szlachcica Wojciecha Skrodzkiego. A uciekła z pachołkiem Waskiem Stefanowym, zabierając z sobą małego synka Piotra...
Po paru tygodniach zbiegłą wraz z jej dzieckiem i przyjacielem rzeczywiście odnaleziono w majątku Jefima Potriesowa niedaleko Briańska. Ale prośbie Małachowskiego nie uczyniono zadość, ponieważ zbiegowie – rzecz zrozumiała – panicznie bojąc się powrotu i kary zasłużonej, natychmiast przyjęli prawosławie, całowali krzyż na wierność carowi i nijak nie chcieli wracać do domu. Zamknięto więc ich na pewien czas do ciupy, a sprawa cała trafiła prosto w ręce cara Aleksego Michajłowicza. Nie wiadomo, co car postanowił, ale przypuszczalnie mógł wziąć w swą opiekę zrozpaczonych kochanków; chociaż i innego rozstrzygnięcia wykluczyć nie można. (Cyt. wyd., t. 3, s. 187-188).
Ale były inne, bardziej poważne i szersze podstawy uchodzenia wielu mieszkańców Litwy i Białej Rusi do Państwa Rosyjskiego. Można te powody ująć w krótkim pojęciu: bezprawie, nierząd, chaos.
Przejmujący obraz swawoli pańskiej i chłopskiej wyłania się już z samych suchych relacji sądowych, zachowanych w ówczesnych archiwach. Wystarczy przytoczyć fragmenty jednego z nich. „Żałował y soleniter protestował się jw pan Konstanty Brzostowski, pisarz wielki W.Ks.L., starosta Dawgowski, Orański, Perłoyski etc. etc., y sama jeymość pani Teresa Woynianka, pisarzowa W.Ks. L., na jeymość panio Zofio Michałowo Bronisławowo Wasilewsko y na synów jeymości, ichmmw panów Kazimierza y Samuela Wasilewskich ... W roku ninieyszym 1712, msca Maia dnia 20, subordynowawszy chłopów swych, imionami y nazwiskami samym lepiey wiadomych y znaiomych, więcey trzydziestu, którym rozkazawszy na wieś żałuiącego protestanta nayść, nazwane Chotce, w w-wie Witebskim leżąco; którzy chłopi, pełniąc rozkaz panów swych a będąc zufali w swey zawziętości, napadszy na karczmę, bez dania żadney przyczyny, z krzykiem, hałasem, poczeli chłopów żałuiącego protestanta bić, zabiiać, kaleczyć, mordować, których niemało pobili y pokaleczyli; żyda, arendarza tey karczmy, na imię Ulfa Leybowicza, zbili, zmordowali, zekrwawili, pieniądze, korale, fanty żydowskie pozabierali, a naostatek trunki różne iako to: piwa, gorzałki, miody powytaczali y beczki porozsiekali.
I na tym mało maiąc, ale daley coraz sobie absolute postępuiąc, powtórnie naszedszy na wieś ... ciż chłopi, z rozkazania obżałowanych ichmościów, z różnym orenżem, do boiu należytym, armata manu et tumultuaria, chłopów y boiar pancernych żałuiącego protestanta bić, zabiiać poczeli, niewiast, także w ciężaru zostaiących, z yzb powywlekawszy, bili, mordowali y mało na śmierć nie pozabiiali, innych zaś pobili, pokaleczyli...
Tym nie kontentuiąc się, lecz cale godząc na zgubę żałuiącego protestanta, zasadziwszy się, ciż chłopi ... na drodze przeciwko administratora żałujiącego, jm pana Kazimierza Zelbrechta Petrusewicza, stolnika Inflanskiego, cale usiłuiąc na zabicie, wyskoczywszy ieden z zasadzki, z muszkietu, iak we pnia, do administratora kulo ugodził, a że w tym snać Boska ordinacya była, że, mimo intentu subordinowanego, kula w burkę poszła. A potym, wyskoczywszy z zasadzki na drogę z cepami, z kosami, z kołami poczęli bić, zabiiać.
Dopiero żołnierze regimentu dragońskiego hetmana polnego Denhofa z trudem rozproszyli rozjuszoną tłuszczę. Nie na długo wszelako... „Jednak tedy – głosi skarga sądowa – widząc obżałowany jm pan Samuel Wasilewski takową niezdolność swych chłopów do takowego popełnionego uczynku, sam naiachawszy w nocy z czeladzio, z chłopami na wieś, nazwano Wasilewo, w województwie Witebskim leżąco, chłopów nic niewinnych bił, mordował...
I na tym niedość maiąc, obżałowany jegomość pan Samuel Wasilewski, uprzątnowszy sobie fantazio, wznaszaiąc pokóy pospolity, prawo statutowe za nic pozostawiaiąc y lekce sobie stan szlachecki poważaiąc, zbuntowawszy się, z niemało gromado ludzi, na dniu siódmym mca Junij roku ninieyszego 1712, w Witebsku, podczas seymiku relacyinego panów posłów, przybyłych z seymu Warszawskiego, zaraz poczoł żałuiącego i jego administratora słowy uszczypliwemi, honorowi szkodzącemi, lżyć, sromocić, a zelżywszy srogo, pochwałkę zabiciem na śmierć uczynił, mówiąc te słowa: „Zabiliśmy pana Woynę, starostę Brasławskiego, zabiliśmy brata twego, pana Petrusewicza, zabiiemy y ciebie pospołu z panem Brzostowskim, pisarzem wielkim W. Ks. Litewskiego”...
Jan Władysław Bobrzański, jenerał jego królewskiej mości województwa witebskiego, osobiście sprawdził zasadność tych skarg i oto co w swej relacji odnotował: „Widziałem jm pana Petrusewicza, stolnika Inflanskiego... na pościeli leżącego, bardzo kołami zbitego, zkrwawionego, rękę prawo niemiłosiernie przebito, na któro niechybnie wiecznym kaleko być może. Widziałem także chłopów we dworze pomienionym niemało zbitych y ranionych, to iest, na imie Hryszka Sachna, bardzo zbitego, wszystkiego zekrwawionego, ręce, nogi poprzebiiane y bok kołem uderzono, aż kiszki widać. Drugiemy zaś Makieiu Sachnu, bratu onegoż, głowę kołem niemiłosiernie przebito aż do samego mózgu; na ciele zaś razów więcey 30 kiiowych... Którzy ludzi od tak tyrańskiego a prawie niemiłosiernego bicia, Bóg wie, ieżeli będo żywi, albo nie.
Białychgłów zaś ciężarnych widziałem trzech bardzo zbitych, zekrwawionych, znaki sinie, krwio nabiegłe, y o tych lepiey sam Bóg wie, ieżeli płodu nie zrzuco; kturzy niewiasty uskarżali się, iż cale płód od takiego tyrańskiego bicia poronić musiemy”.
Od chłopów też dowiedział się generał, że Samuel i Kazimierz Wasilewscy „od niemałego czasu iuż używaio takiego morderstwa y tyraństwa”... Nic dziwnego, że po latach dzikiej swawoli niektórzy mieszkańcy wschodnich kresów Rzeczypospolitej – i to niezależnie od wyznania i języka – dziękowali losowi za to, że car wreszcie (1772) zaprowadził pod tym względem porządek. W każdym bądź razie oficjalny rozbój carskich urzędników odbywał się nie tylko w majestacie prawa, ale też w ramach pewnych przepisów prawnych. Rzeczpospolita natomiast w ostatnim wieku swego życia była bezsilna wobec własnych obywateli. Jeśli nawet sąd ferował surowy wyrok, rzadko był on egzekwowany. Niekiedy winowajcy kryli się za wschodnią granicą (podobnie zresztą jak przedtem czyniły to niektóre z ich ofiar), by po czasie wrócić tu w składzie oddziałów rosyjskich i srogo się zemścić na „Polaczkach” za urojone lub rzeczywiste cierpienia... („Istoriko-juridiczeskije materiały”..., t. 20, s. 176-179).
Zdemoralizowanie i znikczemnienie w XVIII wieku były tak powszechne i głębokie, że już wówczas, podobnie jak w XX wieku, „słynęła” Rzeczpospolita z częstego okradania i grabieży kościołów oraz posiadłości świątynnych, jak też samych kapłanów. Przykładowo, w grudniu 1717 roku napad na posiadłość kościelną urządził niejaki Jan Szulborski, podczaszy mścisławski, sędzia głównego trybunału W. Ks. Litewskiego, tj. człowiek, który nawet z urzędu musiałby stać na straży prawa. Otóż ten pan i jego podwładni – jak donosi ówczesny dokument – „śmieli y ważyli się... na maiętność Ryzyn, własność jmci xdza Izydora Kornilewskiego, w województwie witebskim leżącą, armata et tumultuaria manu, z ludźmi żołnierskimi komputowemi, gwałtownie naiachać. W którey to maiętności... naprzód odebrawszy klucze od swirnów, gumna y innych zamków, poddanym posłuszeństwo wypowiedziawszy, a potym uszczypliwemi słowy lżyli, hańbili, dysgustowali y ludziom żołnierskim za wrota wypędzić kazali. Którzy to ludzie żołnierscy, dość czyniąc rozkazowi, porwawszy z izby pomienionego jmci xdza Izydora Kornilewskiego, prokuratora klasztoru Witebskiego, sztursami muszkietowemi pod bok co raz zadaiąc y różnie okrucieństwem narągaiąc się z charakteru kapłańskiego, w kark pięściami biiąc, tłukąc, za wrota wielkie wypchneli y wypędzili; pomienioną maiętność Ryzyn ze wszystkim bydłem rogatym y nierogatym, końmi iezdnemi i roboczemi, z zbożem y wszelką ową zgoła ruchomością, violenter zaiachali. Przez który gwałtowny naiazd żałuiące delatores ponoszą szkody na 15.000 złotych polskich. A nadto czeladnika, pana Jana Zaniewskiego, tamże we dworze będącego, okrutnie a niemiłosiernie bili, tłukli, wiązali y w prywatnym więzieniu o chłodzie y głodzie, w piwnicy, przez kilkanaście dni trzymali”. („Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 24, s. 198-201).
Nie trzeba się dziwić, że po takich doświadczeniach niejeden ksiądz pod naciskiem władz zaborczych po rozbiorach, przechodził na prawosławie, żenił się i stawał się prześladowcą polskości. Co prawda władze polskie próbowały – aczkolwiek bez większego skutku – zaprowadzić w kraju porządek.
August III, król polski i wielki książę litewski, w 1735 roku postanawiał: „Lubo warowano y surowo jest zakazano konstytucyami dawnieyszemi y swieżemi, osobliwie 1699, 1710 et 1717, aby się nikt nie ważył, bez listow przypowiednich y wyraznego na seymie rzpltey pozwolenia chorągwi polskiego y cudzoziemskiego authoramentu podnosić y zaciągac, niektore iednak po woiewodztwach, ziemiach y powiatach w Koronie y w wielkim xięstwie litewskim osoby na to się, przeciwko pomienionym prawom, dyspensowawszy, kupy swawolnych, sub titulo wypraw, zgromadziwszy, miasta, miasteczka y wszystkie bez dystynkcyi wsie ruinuią, z nich podatki, które na samych tylko seymach stanowione y uchwalone bydz powinny, arbitrarie et despotice nałożone, wyciągaią y ciężkiemi exekucyami aggrawuią, kray oyczysty w niwecz obracają, po domach szlacheckich y drogach wielkie violencye y rabunki czynią y inne niezliczone grawamina patrant; więc powagą teraznieyszey rady tym woiewodztwom, ziemiom y powiatom, z których te kupy swawolne wyszły, serio zalecamy, aby ie zaraz y publicatione modemorum sanctiorum rewokowały; ieżeli zas ciż swawolni ludzi do woiewodztw, ziem y powiatow swoich w skromności y nie gromadnie powraćać, y w domach swoich spokoynie osiadac nie chcieli, tedy ich ex nunc pro hostibus patriae, infamibus invindicabilibus capitibus deklaruiemy, regimentarzom woysk oboyga narodow, tudzież starostom naszym sądowym ad mota nobilitate znosić, łapać, criminaliter sądzić y karać za powszechną zgodą rozkazuiemy, iuxta mentem konstytucyi 1588, titulo i processus contra rebellus et sit nadgroda ukrzywdzonym, tudzież iuxta tenorem reassumpcyi krakowskiey.
Na niewiele jednak zdawały się akty i nakazy prawne, gdy ludność utraciła poczucie praworządności. „W roku tymże 1735 – skarżył się mieszkaniec jednego z miast białoruskich – dywizya iw. imc pana Ogińskiego, starosty przewalskiego, niedaleko Krzyczewa słychać była y tu do miasta Krzyczewa przybyć miała. Pod ten czas miasto Krzyczew spodziewaiąc się takowych gości, chleb sól ku potykaniu gotowało. Z którey dywizyi, za ordynansem czyli bez ordynansu iw. imc pana Ogińskiego, ich msc panowie Czarniawski y Poczobut, mianuiące się rotmistrzami, we trzechset koni y daley, do miasta Krzyczewa przybyli. Tandem mieszczanie Krzyczewscy, przeciwko przybywaiącym gościom, z chlebem solą potykać w końcu miasta wyszli. Obżałowani tedy ichm. panowie żołnierze, nic na to nie zważaiąc y chleba soli nie akceptuiąc, zaraz ze strzelby ognistey ludzi zabiiać poczeli, gdzie człowiek ośmnastu zaraz, na tymże mieyscu, na śmierć zabili, między któremi y żałuiącego brata rodzonego, Waska Szyrkiewicza, zabili y onego zewszystkim spalili”... („Istoriko-juridiczeskije materiały”, t. 17, s. 240).
Kupiec żydowski z Kryczewa w piśmie z tegoż roku na te postępowanie dodawał: „Potym wielkim tumultem wpadszy do miasta, poczeli zaraz domy y kramy palić, a inne domy rabować”... (tamże, s. 260).
W tego typu ekscesach nie chodziło o względy narodowościowe czy tym podobne, po prostu, rozbestwiona masa żołdaków, czując swą bezkarność, swawoliła i grasowała, rabowała nie tylko wsie i pomniejsze osiedla, ale też majątki wielkich panów i dygnitarzy (np. skarga Władysława Swadkowskiego, koniuszego mścisławskiego, i jego żony Klary), oraz miasta królewskie. Akcje te ogromnie szkodziły nie tylko skarbowi państwa, ale i majestatowi Rzeczypospolitej.
Postępując jak z wrogami z własnymi poddanymi, „poddając wójtów, ciwunów, arędarzy różnym bez serca wyszukanym torturom”, jako rozbójnicy odbierali ludziom nieraz ostatni grosz i ostatni worek ziarna. Nagrabione bogactwa przywłaszczano przeważnie, tylko małą część przekazując na potrzeby skarbu i wojska. Nieraz w ten sposób sprawiano porachunki sąsiedzkie, gdy napadano po nocach z oddziałami wojskowymi na siebie nawzajem, palono się, wyrzynano, mordowano niemiłosiernie. Żadna idea moralna nie łączyła już mieszkańców Rzeczypospolitej, żaden nie przyświecał wspólny wielki cel. Podział, zawiść, złość, nienawiść rozbiły kraj zanim został jeszcze rozszarpany przez zaborczych sąsiadów. Nie zabrakło zresztą i takich, którzy po 1772 roku dziękowali Bogu, że wreszcie car rosyjski czy król niemiecki zaprowadzi na tej nieszczęśliwej ziemi porządek...

***

Kazimierz (Kuźma) Przewalski żył widocznie bardzo długo, bowiem w 1826 roku wniesiony został do spisów twerskich dworian. Pozostawił po sobie synów Michała i Aleksego oraz córki Helenę i Agrafenę. (Por. Czerniawskij, „Gienieałogija gospod dworian Twerskoj Gubernii”, s. 154-155, nr 956. Rękopis w Centralnej Państwowej Bibliotece im. W. Lenina w Moskwie).
Maciej Przewalski, pisarz 1 klasy wałdajskiego sądu powiatowego w guberni Nowgorodskiej, został w 1846 roku na własną prośbę przeniesiony na posadę do Witebska, by móc opiekować się starszą już matką, na której utrzymaniu było troje małoletnich dzieci. (Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 1297, z. 1, nr 17325).
E. Przewalski był wykładowcą matematyki 2 Aleksandrowskiej Szkoły Wojskowej w Moskwie w 70. latach wieku XIX, autorem „Zbioru zadań algebraicznych” (1881, wyd. 3-cie). W środowisku polonijnym Rosji był uważany za Polaka.
W XIX wieku panowie Przewalscy siedzieli też na drobnych posiadłościach na Wołyniu. Ich rodowitość została potwierdzona przez Wołyńskie Zgromadzenie Deputatów Szlacheckich 4 maja 1893, zaś przez Departament Heroldii Senatu Rządzącego w Petersburgu 12 listopada 1893 roku. (Państwowe Archiwum Obwodowe w Żytomierzu, f. 146, z. 1, nr 4816). W tymże czasie Włodzimierz Przewalski, rodzony brat podróżnika Mikołaja, był wziętym adwokatem w Moskwie.
19 grudnia 1888 roku gubernator witebski nakazał isprawnikom wieliżskiemu i witebskiemu zebrać wszystkie dane o rodzie i przodkach Mikołaja Przewalskiego, przy czym sugerował, że władzom bardzo zależy na wykazaniu „iskonno russkogo i prawosławnogo” pochodzenia tej rodziny. W tym też kierunku prowadzono badania w archiwach, rozmowy z żyjącymi reprezentantami domu Przewalskich. Ustalono, że rodzony brat wielkiego podróżnika, Włodzimierz, mieszka w Moskwie, przy Arbacie we własnym domu i znajduje się w służbie wojskowej; inny zaś, Eugeniusz, zamieszkuje własny majątek w powiecie duchowszczyńskim Guberni Smoleńskiej. Archiwarius M. Wieriowkim ustalił też prawie całą genealogię rodu.
Wypada stwierdzić, że także niektóre źródła rosyjskie obiektywnie traktują sprawę pochodzenia tej rodziny. W jednym z tamtejszych wydań znajdujemy zdania: „Przewalscy – ród szlachecki, pochodzący od rotmistrza wojsk kozackich Kornela Przewalskiego (Parowalskiego), z wyróżnieniem służącego Stefanowi Batoremu i wyniesionego przezeń do polskich godności szlacheckich. Z rodu tego wywodził się znany podróżnik Mikołaj Michajłowicz Przewalski. Ród Przewalskich wciągnięty jest do Vi i II części ksiąg szlacheckich guberni Witebskiej, Jekatierinosławskiej, Smoleńskiej i Twerskiej”. („Encikłopiediczeskij Słowar”  F. Brockhausa i I. Efrona, t. 25, Petersburg 1898).
                           
                                                        ***

Rozdział II
Zwycięzca Azji


The earth is full of anger,
The seas are dark with wrath,
The Nations in their harness
Go up against our path:
Ere yet we loose the legions
Ere yet we draw the blade,
Jehorah of the Thunders,
Lord God of Battles, aid!
(Rudyard Kipling, Hymn before action)


1. Jeden z największych


Nam, mieszkańcom XXI wieku, wydaje się, iż Ziemia została ostatecznie zbadana i opisana bardzo dawno i że eksplorować można już tylko Kosmos. Stereotyp ten jest jednak mylący. Przecież wielkich odkryć geograficznych dokonywano nie tylko w ciągu XV–XVII stulecia, ale i w XIX i XX. Wiek XIX charakteryzuje pod tym względem nadzwyczaj wysoka liczba wypraw naukowych do najróżniejszych zakątków świata, jak również przejście od odkrywania nowych obiektów do ich naukowego badania i opisu. Jednym z największych twórców tego przełomu w dziejach nauk o Ziemi był Mikołaj Przewalski.
Niestety, nawet wśród polskich naukowców przyjęte jest zdanie, że ten wielki badacz Azji nie był Polakiem z pochodzenia. (Por. np. Zygmunt Łukawski, „Polscy badacze i odkrywcy w Rosji w drugiej połowie XIX w”., w: „Słowiańszczyzna i dzieje powszechne”, Warszawa 1985, s. 278). W świetle zaś danych archiwalnych przekonanie to – jak wykazaliśmy w poprzednich rozdziałach – na tak pewne nie wygląda. Wręcz odwrotnie – jest bezpodstawne. Zresztą, ze znanych względów „geopolitycznych” ta, jak też wiele innych wybitnych osobistości pochodzących z ziem byłej Rzeczypospolitej, a działających w Rosji, rzadko stawała się przedmiotem badań naukowych, a jeśli już – to z przemilczeniem określonych istotnych aspektów ich pochodzenia, postawy, poglądów. (Por. W. Hryckiewicz, „Ot Niemana k bieriegam Tichogo okienna”, s. 6-7).
Jako swego rodzaju wyjątek zresztą można podać, że „Wielka Ilustrowana Encyklopedia Powszechna” Wyd. „Gutenberg” (Kraków, t. 14, s. 172) podawała jednak informację rzetelną: „Przewalski Mikołaj, rosyjski generał i najwybitniejszy podróżnik pochodzenia polskiego (1839–1888). W 1867–69 badał obszar Ussuri, w 1870-73 objeżdżał Mongolię i Chiny, dotarł przez prowincję Kantsu do górnego Jangtsekiangu, a stąd przez pustynię Gobi do Irkucka. W 1876-77 badał Lob Nor i Ałtyn Tag, w 1879-80 źródłowy obszar rzeki Huangho aż do Jangtsekiang. Wyniki swych podróży opublikował w wielu pracach, pisanych po rosyjsku. Podróże Przewalskiego posunęły daleko naprzód znajomość Azji środkowej i stały się wzorem dla późniejszych badaczy tych krajów. Śmierć zaskoczyła Przewalskiego w Karakole, który na jego cześć został nazwany Przewalskiem.
Jest to jednak, jeśli nie jedyna, to jedna z bardzo niewielu informacji w źródłach krajowych, wskazująca incydentalnie na polskie pochodzenie tego wielkiego podróżnika.

***

Imię Przewalskiego stoi w szeregu wielkich podróżników XIX wieku obok imion Dawida Livingstona, Henry’ego Stanley’a, Teodora Bellingshausena, Charlesa Sterta, Aleksandra Humboldta, Jegora Kowalewskiego.
Bardziej niż ktokolwiek spośród uczonych rosyjskich potrafił zwrócić uwagę Zachodu na osiągnięcia nauk w Rosji. Nieraz porównywano go z Marco Polo, a przecież on stał niewspółmiernie wyżej od swego poprzednika zarówno jeśli chodzi o wykształcenie, dar obserwacji i zdolności opisywania przyrody. Także Livingstona i Stanley’a, słynnych badaczy Afryki, przewyższał Przewalski swym poziomem, a nie ustępował im energią i siłą moralną. Rozproszył gęstą mgłę niewiedzy pokrywającą dotychczas ogromne połacie Azji. „Rzućcie okiem na wszystko, czego dokonał M. Przewalski – pisał pierwszy prezydent Towarzystwa Geograficznego ZSRR Juliusz Szokalski – a wstanie on przed wami w całej swej gigantycznej okazałości, wstrząśnie i zafascynuje nieogarniętym całokształtem swego szczerego dążenia do odkrycia przed nauką przyrody Azji Środkowej...
Istotne znaczenie miała bodaj także okoliczność, że ta potężna osobowość urodziła się i działała w Rosji, gigantycznym państwie o swoistej, oryginalnej cywilizacji.
Max Scheler zapytywał w dziele Problemy socjologii wiedzy: Czy postępowi wiedzy lepiej służą wielkie państwa i mocarstwa światowe czy państwa małe? Udzielona przezeń odpowiedź na to pytanie nie była prosta. „Kultura wiedzy, a dotyczy to zwłaszcza kultury wiedzy w obrębie nauki pozytywnej, zależna jest w znacznej mierze od takich terytoriów i narodów, którym właściwy jest szybki różnokierunkowy przepływ różnorakich sił i które także w aspekcie politycznym prezentują się jako indywidualności plemienne i narodowe.
Rozmaitość Europy – w zestawieniu z względnie jednorodnymi państwami, np.  gigantami Azji – była przyczyną jej względnego liberalizmu i aktywnego ducha wolności. Należy przy tym także uwzględnić umiarkowany klimat, który na Północy zmusza do ciężkiej pracy, ale na Południu pozostawia więcej możliwości kontemplacyjnego rozkoszowania się światem, jak również geopolityczne rozczłonkowanie Europy. „Liczne odrębne kultury greckich polis – w przeciwieństwie do Rzymu, którego dokonania w dziedzinie wiedzy bynajmniej nie wzrastały w miarę rozrastania się obszaru Imperium..., – liczne indywidualności plemienne oraz wielorakie sprzeczności polityczne w Niemczech – w przeciwieństwie do coraz to bardziej od czasów Richelieu unitarystycznie rozwijającej się Francji i do angielskiego „empire”, gdzie sfera praktyki wysysała nazbyt wielką część duchowej energii – stanowią każdorazowo względnie korzystne okazje do rozwoju nauk, a szczególnie także rozmaitych rodzajów wiedzy. Sprzeczności wyznaniowe rozszerzają przy tym swobodę nauki... Liczne zróżnicowania klasowe, rozmaitość stanów w mieście i na wsi oraz ich nieustanne walki – nie osiągające wszelako nasilenia, które musiałoby zdławić wszelką spokojną pracę badawczą – sprzyjają również rozwojowi nauk – ale nie są zbyt korzystne dla rozwoju metafizyki, która wymaga więcej spokoju i możliwości rozprzestrzeniania się w obszarze względnie zuniformizowanej ludzkości. Również wojna, jeśli tylko nie jest wojną mającą na celu zniweczenie i wytrzebienie bądź zepchnięcie całych narodów do podrzędnej rangi proletariatu, już ze względu na same tylko potrzeby techniki wojennej dostarcza nieustannie naukom pozytywnym potężnych bodźców rozwoju. Dla ducha metafizyki natomiast, podobnie jak i dla ducha religii, jest wojna niekorzystna, stąd też olbrzymie spacyfikowane państwa azjatyckie stwarzają bardziej płodny grunt dla rozwoju wiedzy religijnej i metafizycznej. Te zuniformizowane gigantyczne państwa łatwiej uzmysławiają człowiekowi treści wieczności, budzą poczucie trwania, ożywiają predyspozycje do aktu ideacji istoty w obliczu wszelkiego przypadkowego bytowania”...
Dotyczy to w całej rozciągłości i Rosji, którą cechowała świadomość własnego ogromu, potęgi i „nieobjętości”; i trzeba przyznać, że ten duch wielkiego słowiańskiego mocarstwa bardzo często przyciągał też Polaków, czyniąc z nich nie tylko nosicieli, ale nawet teoretyków rosyjskiego mesjanizmu i nacjonalizmu.
Jak twierdzi Scheler, ogromne terytorium państw azjatyckich, ich stałość skłania ludność do niezwracania uwagi na konkrety, szczegóły, na „teraz – tu – tak – oto” (stąd, być może, osławiona rosyjska „niechlujność”), a powoduje bardziej zajmowanie się zagadnieniami esencjalnymi, istotowymi, w rodzaju: czym jest „w ogóle” życie, prawda, śmierć, młodość, miłość, szczęście itd. „Państwa małe, w dosłownym znaczeniu, zwłaszcza zaś tzw. państwa „neutralne” – jeśli tylko są dostatecznie bogate i silnie zróżnicowane klasowo – są (przynajmniej w epoce wielkich państw imperialistycznych o światowym zasięgu) w ogóle znacznie lepiej predysponowane do rozwijania kultury wiedzy ściśle teoretycznej aniżeli wielkie mocarstwa, szczególnie zaś te o zasięgu światowym. A dzieje się tak z dwu przede wszystkim powodów: Obywatele państw neutralnych mają, po pierwsze, bardziej obiektywny stosunek do wszystkich narodów; od wszystkich przejmują one to, co w filozofii i nauce dobre, toteż daleko mniejsze jest w ich przypadku niebezpieczeństwo izolacji narodowej i mitotwórstwa. Są oni, po wtóre, usposobieni bardziej kontemplatywnie i teoretycznie, ponieważ walka i przyśpieszone tempo życia są im bardziej obce... Wiadomo, że wielkie metropole (Paryż, Berlin, Londyn) wydały nader nielicznych znaczących badaczy, nawet jeśli takowych można odnaleźć w wielkich miastach, często w późniejszym okresie ich życia i na ogół bez korzyści dla ich prac. Właśnie dlatego w imperialistycznej epoce rozwoju Europy takie państwa, jak Holandia, Dania, Szwajcaria, Szwecja, Hiszpania tak niesłychanie wiele wniosły w dziedzinie nauki. Ponieważ jednak, z drugiej strony, w państwach tych brak technicznych inicjatyw na wielką skalę, obfitości środków materialnych, a także bogactwa, jakimi dysponują wielkie światowe mocarstwa, stąd też nauka pozytywna rozwinęła się u nich stosunkowo słabiej, stosunkowo silniej natomiast zmysł metafizyczno-filozoficzny”.
Rozważaniom tym nie sposób odmówić spostrzegawczości, chociaż nie są im też obce pewne sprzeczności wewnętrzne – jak i samemu życiu zresztą – widocznie wszelkie trafne osądzanie rzeczywistości musi być – jak ona sama – niejednolite i zawierające tezy sobie nawzajem przeciwstawne. Wszystko bowiem złożone jest z przeciwieństw. Jeśli chodzi o Rosję to, z jednej strony, cechowała jej ducha skłonność do rozważania wiecznych „przeklętych” zagadnień bytu i ludzkiej egzystencji; z drugiej zaś strony, było to zawsze państwo ekspansywne, zaborcze, którego władcy bez przerwy dążyli nie tylko do poszerzania swej władzy i stanu posiadania, lecz i do rozciągnięcia ich na cały świat. Chcieli też mieć stosowne do swych celów środki techniczne, które mogła dać tylko nauka pozytywna. Stąd też nieustająca „opieka” władców Rosji roztaczana nad naukami i uczonymi, stąd ich tak charakterystyczne czuwanie nad tym, by nauka służyła „ojczyźnie”, „narodowi”, by była „pożyteczna” i dawała praktycznie stosowalne wyniki.
Rząd rosyjski także od M. Przewalskiego domagał się odkryć i ustaleń, które miałyby charakter praktyczny pod względem gospodarczym, wojskowym i politycznym.
Profesor G. Stasiuk pisze: „Mikołaj Przewalski – to jedna z najbardziej jaskrawych gwiazd na firmamencie światowej nauki o geografii. Duma ogarnia duszę, gdy w sędziwym gmachu Brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Geograficznego z jego uroczystymi salami i cichymi korytarzami, na ścianach których znajdują się portrety wielkich geografów świata, widzi się podobiznę ziomka – M. Przewalskiego. Jego wkład do światowej skarbnicy wiedzy został doceniony przez wszystkie czołowe organizacje geograficzne świata. Lecz przede wszystkim był on synem swej Ojczyzny i reprezentantem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. (Cyt. wg zbioru „N. M. Przewalski a geografia współczesna”, Moskwa 1989, s. 37).
Bardzo wysoko są cenione prace topograficzno-geodezyjne M. Przewalskiego, które dosłownie uczyniły przewrót w XIX-wiecznej nauce geograficznej o Mongolii, Tybecie, Turkiestanie, o rzece Żółtej i Błękitnej w Chinach.

***

Swą pierwszą wyprawę naukową rozpoczął Przewalski mając 28 lat, kolejne 21 poświęcił podróżom i badaniom naukowym. Od 1867 do 1888 stał on na czele pięciu długich wypraw. Przeszedł w sumie 31 500 km, przy czym „w drodze” znajdował się ponad dziesięć lat. Reszta wykorzystana została na przygotowanie do wypraw i na opracowywanie i systematyzację ich wyników. W trakcie podróży zostały przeprowadzone liczne pomiary triangulacyjne, określono dokładną wysokość 231 punktów geograficznych oraz 63 punktów astronomicznych.
Oto lista podróży M. Przewalskiego:
1. Ussuryjska (1867-1869).
2. Mongolska, czyli pierwsza przez Azję Środkową, najdłuższa, bo licząca 12 tysięcy km (1870-1873).
3. Lobnorska i Dżungarska, liczące razem 4 tysiące km (1876-1877).
4. Pierwsza Tybetańska (1879-1880).
5. Druga Tybetańska (1883-1885).
6. Dochodzi do tego trwająca tylko od 24 sierpnia do 5 października 1888, nieukończona piąta wyprawa do Azji Środkowej, przerwana na skutek nieoczekiwanej śmierci podróżnika.
Znany badacz P. Siemionow–Tian–Szanskij, podkreślał, że badania Przewalskiego stanowią całą osobną epokę w rozwoju nauki geografii.
Ten wielki uczony sprecyzował lokalizację wielu pasm i jezior górskich (Lob-nor, Kuku-nor, Jarin-nur, Orin-nur), podał opis Tarymu, największej rzeki Azji Środkowej. Odkrył szereg gigantycznych pasm górskich, takich jak pasma Ałtyn Tag, Humboldta, Rittera, Przewalskiego i wiele innych. Szczegółowo opisał wielką pustynię Gobi.
Klimatolodzy cenią wysoko dzieła Przewalskiego ze względu na obfitość w nich opisów zjawisk atmosferycznych, pogody, burz piaskowych i śnieżnych. Nie bez znaczenia są też jego relacje geologiczne.
Nieocenioną wartość mają skompletowane przezeń zbiory botaniczne. Herbarium Przewalskiego zawierało ponad 15 tysięcy roślin, należących do 1700 gatunków. Spośród nich aż 218 stanowiły nieznane dotychczas nauce europejskiej gatunki i siedem nowych rodzin. Istotne, że do każdej rośliny Przewalski napisał komentarz naukowy: w jakiej miejscowości, na jakiej wysokości, na jakiej glebie itp. została ona odnaleziona, tj. wskazał na warunki jej istnienia.
Najwyższą wartość mają zbiory zoologiczne Przewalskiego, zawierające ponad 7,5 tysiąca okazów, w tym 702 ssaków, 5010 ptaków, 1200 płazów i amfibii, 643 ryby. W ogromnej tej kolekcji znalazło się 10 gatunków fauny nieznanych dotąd nauce, a wśród nich dziki koń, dziki wielbłąd, niedźwiedź tybetański. Zbiór zoologiczny Przewalskiego do dziś stanowi przedmiot dumy Muzeum Zoologicznego Akademii Nauk w Petersburgu. Wielką wartość naukową mają pozostawione przez Przewalskiego fascynujące opisy obserwacji zachowań ssaków i ptaków, czyli pionierskie ustalenia w dziedzinie etologii zwierząt.
Wyprawy tego odważnego uczonego, opublikowane przezeń materiały znamionowały sobą przewrót w poglądach na przyrodę Azji Centralnej. Według określenia profesora N. Obruczewa M. Przewalski „otworzył przed współczesną nauką drogę do Azji Środkowej i Tybetu”.
Oczywiście, jeśli zastosować skalę globalną, to można twierdzić, że opisane przez niego gatunki fauny i flory stanowią tylko drobną część świata ożywionego naszej planety. I będzie to częściowo słuszne. Na Ziemi żyje obecnie około 1,5 mln zbadanych gatunków istot żywych (w tym 4 tysiące bakterii, 70 tysięcy grzybów, 250 tysięcy roślin, 950 tysięcy owadów). Według obliczeń jednak niektórych biologów (np. P. Ravena) faktyczna ilość gatunków waha się w skali między 15 a 200 milionami gatunków. Żaden z ludzi, a nawet żadna z akademii nauk nie byłaby w stanie opisać i usystematyzować tego ogromnego bogactwa natury. Ale nauka usiłuje uczynić przynajmniej to, co może.
Przewalski był naukowcem o szerokim wachlarzu zainteresowań, w pięknych pod względem literackim tekstach dawał opisy nie tylko obiektów geograficznych, czy okazów flory i fauny, lecz również kreślił niezwykle sugestywny i klarowny obraz stosunków politycznych, moralnych, gospodarczych wielu społeczności azjatyckich, z którymi się w czasie podróży stykał.
A. Czechow, wielki pisarz rosyjski, pisał: „Takich ludzi jak Przewalski kocham bezgranicznie... Ich ideowość, szlachetna ambicja, mająca za podstawę cześć ojczyzny i nauki, ich upór, niezmożony żadnymi wyrzeczeniami, niebezpieczeństwami i pokusami szczęścia osobistego; dążenie do raz nakreślonego celu, bogactwo ich wiedzy i pracowitość, ich fanatyczna wiara w cywilizację i naukę – czynią z nich w oczach narodu bohaterów, uosabiających najwyższą siłę moralną. Jeśli typy pozytywne tworzone przez literaturę stanowią wartościowy materiał poznawczy, to te same typy, dawane przez samo życie, stoją ponad wszelką oceną”.
Ilość wydrukowanych książek i artykułów naukowych M. Przewalskiego (w językach: rosyjskim, niemieckim, francuskim i angielskim) liczyła pierwotnie, za jego życia 99 pozycji. W okresie późniejszym wiele z tych tekstów niejednokrotnie w całości lub we fragmentach wznawiano. Tłumaczką dzieł M. Przewalskiego na język francuski, która zadbała też o ich wydanie przez oficynę Hachette et C° w Paryżu była Polka, pani Żardecka.
Wiele roślin i zwierząt (wśród nich słynny koń – Equus przewalskii) w swej naukowej nomenklaturze nosi imię M. Przewalskiego. Gigantyczne pasmo górskie na Tybecie Północnym, duże lodowce na Ałtaju i w masywie Mustag-ata, półwysep na Kurylach, miasto w Kirgizji – oto tylko największe obiekty geograficzne, którym nadano imię wielkiego podróżnika. Cesarz Aleksander II kilkakrotnie osobiście wyrażał najwyższe uznanie dla postawy i prac M. Przewalskiego.
Po śmierci podróżnika miasto Karakol, w którym nastąpił zgon słynnego uczonego, przemianowane zostało na Przewalsk. W roku 1891 Cesarskie Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne za zgodą najwyższych władz państwa rozpoczęło zbieranie datków na ufundowanie medalu i premii imienia Mikołaja Przewalskiego (Por. Narodowe Archiwum Historyczne Białorusi w Mińsku, f. 2001, z. 1, nr 1256).
Ciekawe, że pierwszym laureatem dużego srebrnego medalu im. M. Przewalskiego, ustanowionego przez Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne, został wybitny rosyjski geolog, Polak z pochodzenia Karol Bohdanowicz, drugim i trzecim zaś P. Kozłow i W. Roborowski, przyjaciele i poplecznicy wielkiego badacza Azji. Ta honorowa i prestiżowa nagroda jest do dziś nadawana przez Rosyjską Akademię Nauk za wybitne osiągnięcia w dziedzinie geografiii.

***

Gdybyśmy chcieli pojąć mechanizm psychologiczny, umożliwiający tak wytrwałą postawę twórczą, wydaje się, że nie moglibyśmy pominąć motywacji poznawczej, która często bywa potężnym czynnikiem mobilizującym i koncentrującym osobowość na określonym celu. „Pragnienie poznania jest tak wielkie i rozbudza takie energie, że ludzkie serce, choć natrafia nieprzekraczalną granicę, tęskni za nieskończonym bogactwem ukrytym poza nią, przeczuwa bowiem, że w nim zawarta jest wyczerpująca odpowiedź na każde dotąd nie rozstrzygnięte pytanie”. (Jan Paweł II, „Fides et Ratio”, II, 17).
Wydaje się też, że przeżycia poznawcze posiadają również niebagatelne aspekty estetyczne i etyczne, dodatkowo wzmacniające motywację odkrywczą. Arystoteles rozpoczyna swą Metafizykę zdaniem: „Wszyscy ludzie pragną wiedzieć”. Prawie 2,5 tysiąca lat po nim Karol Wojtyła napisze: „Nawet w życiu codziennym obserwujemy, jak bardzo każdy człowiek stara się poznać obiektywny stan rzeczy, nie zadowalając się informacjami z drugiej ręki. Człowiek to jedyna istota w całym widzialnym świecie stworzonym, która nie tylko zdolna jest wiedzieć, ale także zdaje sobie sprawę z tego, że wie, i dlatego pragnie poznać istotną prawdę tego, co postrzega. Nikomu nie może być naprawdę obojętne, czy jego wiedza jest prawdziwa. Jeśli człowiek odkryje, że jest fałszywa, odrzuca ją; jeśli natomiast może się upewnić o jej prawdziwości, doznaje satysfakcji. O tym właśnie mówi św. Augustyn: „Wielu spotkałem takich ludzi, którzy chcieliby oszukiwać, ale takiego, który by chciał być oszukiwany, nie spotkałem”. Słusznie uważa się, że człowiek osiągnął wiek dojrzały, jeśli potrafi o własnych siłach odróżnić prawdę od fałszu i wyrobić sobie własny osąd o obiektywnym stanie rzeczy. Tu właśnie znajduje się motywacja wielorakich poszukiwań, zwłaszcza w dziedzinie nauk przyrodniczych, które w ostatnich stuleciach przyniosły tak znaczne rezultaty, przyczyniając się do autentycznego postępu całej ludzkości”. („Fides et Ratio”, II, 25).
Ludzi tego formatu i tego pokroju nie da się zmierzyć zwykłą miarką codzienności. Bruno Bettelheim („Cudowne i pożyteczne”, t. 2, s. 204) pisze: „Człowiek wtedy przemienia się w pełną istotę ludzką i urzeczywistnia wszystkie swoje możliwości, gdy nie tylko staje się sobą, ale nadto zdolny jest pozostać sobą i być szczęśliwy w więzi z drugim człowiekiem”.
Są jednak ludzie, być może wypada ich nazywać „nadludźmi”, którym nie odpowiada ta „banalna” wersja zarówno „pełni” człowieczeństwa, jak i „szczęśliwości”. Pierwszą osiągają dokonując czynów przekraczających zwykłą miarę ludzką, o drugą nie dbają w ogóle, pozostawiając gadanie o szczęściu wierszokletom i innym damskim pisarczykom. Są to ludzie, którym przyświeca manichejska wizja świata, oni nie szukają w nim własnej niszy życiowej czy przytułku, oni z nim walczą i usiłują zmieniać na własną modłę...
Parafrazując jedno ze zdań B. Bettelheima możemy powiedzieć, iż niektórzy z nich „byli tak nieszczęśliwi, iż sprawiali wrażenie bestii”. Są to ludzie przerażający, jeśli się patrzy na nich z przysłowiowej „żabiej perspektywy”, a ich „szczęściem” jest jedynie spełnienie w świecie tej roli – jednocześnie bezosobowej i osobowej, – do której przeznaczyły ich nieodgadnione wyroki opatrzności. Jednym z takich gigantów ludzkości był Mikołaj Przewalski.

***
2. Dzieciństwo, młodość – rzeźbienie charakteru


Większość źródeł biograficznych podaje, że Mikołaj Przewalski urodził się 31 marca 1839 roku we wsi Kimborowo guberni smoleńskiej w rodzinie ekskapitana armii rosyjskiej. Jednak W. Gawrilenko w książce „Russkij putieszestwiennik N. M. Przewalskij” (Moskwa 1989) podaje, że prawdziwą datą jest 1 kwietnia tegoż roku. Ponieważ jednak pierwszy kwietnia jest dniem w jakimś sensie „niepewnym”, rodzice zdecydowali się na zapisanie do metryk kościelnych jako dnia urodzin 31 marca. [Gdy św. papież Jan Paweł II zmarł wieczorem 1 kwietnia, jako datę jego zgonu podano 2 kwietnia!].
Liczne rosyjskie biografie Przewalskiego podkreślają, nie bez perfidii, że ojciec uczonego Michał „poskramiał polskich buntowników w 1832 roku”. Realnie to „poskramianie” jednak wyglądało dość dziwnie. W 1824 roku został Michał Przewalski mianowany podoficerem Pułku Estlandzkiego, który w 1831 roku skierowano rzeczywiście do walki z powstańcami polskimi. Szkopuł jednak w tym, że cały okres bezpośrednich starć oddziałów carskich (w których rzeczywiście znajdowało się mnóstwo „wiernych” Polaków) z insurgentami 30-letni pan Michał spędził... w szpitalu i w tej brudnej wojnie faktycznie nie uczestniczył. Przez osiem miesięcy kurował się z choroby oczu, następnie płuc, dalej z kołtunu w klinice Wileńskiej Akademii Medyko-Chirurgicznej. Kto wie, czy ten Polak z krwi nie symulował świadomie rozmaitych schorzeń, by nie trafić na front i nie walczyć przeciw rodakom...
W 1838 roku, już po dymisji, Michał Przewalski ożenił się z niejaką Jeleną Karetnikową, córką drobnego szlachcica białoruskiego, właściciela niedużego majątku Kimborowo na Smoleńszczyźnie. Ze stadła tego urodził się syn Mikołaj, przyszły badacz Azji Środkowej.
Dzieciństwo chłopca i jego rodzeństwa (dwaj dalsi bracia i siostra) upływało w drobnej posiadłości Otradnoje, w środowisku dalece nie sprzyjającym ani kulturalnemu, ani moralnemu, ani intelektualnemu rozwojowi. Chyba że tylko fizycznemu. Rodzice jego nie manifestowali żadnych zainteresowań umysłowych. Ojciec „był człowiekiem praktycznym i zdecydowanym”, o kilkanaście lat młodsza matka – „kobietą z twardym i gniewliwym charakterem, która sama mocno trzymała dom i gospodarstwo”.
Posiadłość, licząca 1000 dziesięcin ziemi i 105 „dusz” kmiecich, gwarantowała syte, aczkolwiek dość skromne życie. Stosunek gospodarzy do chłopów był tradycyjny, „staroświecki”. Najczęściej stosowany środek perswazji stanowiły rózgi, a gdy np. zauważono, że któraś z wiejskich dziewczyn popełniła „grzech”, natychmiast wydawano ją za mąż, oczywiście, za zupełnie innego chłopa niż jej wybraniec. Miała być biedaczyna w ten sposób przez całą resztę życia „wychowywana” przez narzuconego męża, któremu zresztą też za karę ofiarowano „jawnogrzesznicę”...
Niemiękkie środki wychowawcze stosowano w Otradnoje także w stosunku do dzieci pańskich. Rózgi odgrywały wybitną rolę w pedagogii domowej i przyszły podróżnik – człowiek niesterotypowych zachowań już w dzieciństwie – zakosztował do woli wszystkich ich odmian i gatunków. Po każdej poważniejszej psocie chłopca rozlegał się w Otradnoje poświst rózeg. Matka była bardzo surowa i ostro karała synów za dziecięce przewinienia. „Niemało dostałem rózeg we wczesnej młodości – wspominał później M. Przewalski. – Rosłem na wsi jak dzikus, wychowanie otrzymałem spartańskie, mogłem o każdej pogodzie pójść na ulicę”.
Gdy chłopak miał zaledwie siedem lat, zmarł mu ojciec. Matka powtórnie wyszła za mąż i urodziła także drugiemu mężowi troje dzieci. Ojczym nie był okrutnikiem, a nawet zdobywał się na gesty opiekuńcze w stosunku do dzieci swego poprzednika, lecz, siłą rzeczy, więcej uwagi poświęcano w rodzinie nowo narodzonym latoroślom. Starsze zaś korzystały z pełnej nieomal wolności: mokły pod deszczem, biegały po śniegu, wałęsały się po lesie, gdzie spotykano nawet niedźwiedzie, łaziły po drzewach, hasały po łąkach.
Każda, nawet najdłuższa, wędrówka zaczyna się od pierwszego kroku. Dla Mikołaja Przewalskiego tym przysłowiowym pierwszym krokiem w obserwowaniu i badaniu przyrody były właśnie młodzieńcze wyprawy do lasów i na łąki Smoleńszczyzny. Chłopiec nauczył się w ten sposób nie tylko kochać, ale i obserwować przyrodę, a na dodatek nabrał krzepy fizycznej, uodpornił się na chłód i spiekotę, deszcze i posuchy, głód i pragnienie, na zmęczenie fizyczne i psychiczne. Był jak ów młody dąbek, który stojąc samotnie w polu, od młodości nabiera odporności na wszelkie wichry i burze. „Drzewa, które rosną w miejscach cienistych i osłoniętych przed wiatrem, wprawdzie z pozoru rozwijają się pomyślnie, ale w rzeczy samej butwieją i okrywają się grzybami, a za lada uderzeniem łatwo się kruszą; te zaś, które wyrosły na wysokich wierzchołkach górskich, smagane srogimi wichurami i chłostane śnieżycą, stają się twardsze od żelaza. Podobnie i dusze, wiodące żywot bez nieszczęść, opływające w dostatki (...), stawiające ów żywot beztroski wyżej ponad te przykrości, jakie obyczajem świętych należy znosić dla uzyskania Królestwa niebieskiego, stają się podatniejsze i słabsze od wosku i padają pastwą ognia wiekuistego, te zaś, które wystawione są na niebezpieczeństwa, trudy i przeciwności (...) i w nich się zaprawiły, stają się silniejsze i szlachetniejsze od żelaza i diamentu, a wskutek ciągłej próby bywają odporne i niezdobyte dla wrogów, osiągając jakby stały stan niezwyciężonego męstwa i cierpliwości.” (Św. Jan Chryzostom).
Nie od dziś wiadomo, że psychologiczny klimat, w którym znajduje się dziecko, ma kapitalne znaczenie dla kształtowania jego postawy życiowej. Ktoś łatwiej, ktoś oporniej – ale każdy jednak wychowawczym wpływom środowiska ulega. Jakież było to środowisko czyli społeczeństwo prowincjonalne rosyjskie w połowie XIX wieku? Jak żył, myślał, czuł ten lud? Otóż arcybiskup Feliński tak opisywał jego moralność: „Prawda, że zbrodnie zdarzają się we wszystkich krajach i we wszystkich klasach społeczeństwa, nigdzie jednak nie mają tak mieszanego charakteru lekceważenia moralności obok fanatycznego przywiązania do religijnych form i obrzędów. Ten sam raskolnik, co woli pójść do ciężkich robót niż przeżegnać się trzema, a nie dwoma palcami, zabije bez wyrzutu człowieka choćby dla kilku kopiejek, utrzymując, że post złamać lub opuścić jakiś obrządek jest to pokalać duszę, zabójstwem zaś ręce się tylko kalają: „Umyj ręce i znów będziesz czysty”. W Sakramentach nawet formę tylko cenią, warunki zaś, od których istota Sakramentu zależy, lekceważą. Pop jeden, nie mogąc dostać w głuchej wioszczynie pszennej mąki i wina, używał do mszy hreczanego chleba i wódki. Rad niezmiernie z wynalazku, zapytał przy spotkaniu dziekana, czy można konsekrować na hreczce i gorzałce. Otrzymawszy zaś przeczącą odpowiedź, zawołał tryumfującym głosem: „A ot ja próbowałem i można!”
W innym znów miejscu podpity już paroch błogosławił ślub wiejski w cerkwi. Po ukończonej ceremonii zwrócił się do gromady z wyrzutem, że dla jednej pary tyle podjęto zachodu. Potem połączył ręce trzech par, należących do weselnego orszaku, i korzystając z tego, że w cerkwi opierać się księdzu nie śmieli, dał im ślub formalny, wiara zaś ludu tak silna, że pomimo żalów i narzekań, żadna para rozwodu się nie domagała.
Nie można nawet powiedzieć, że sami popi wiary nie mają; posuwają oni ją owszem nieraz do przesądów i zabobonów, ale jest straszna ciemnota i straszniejsza jeszcze grubość obyczajów. Nie znana im wcale praca nad uśmierzeniem namiętności, a tym mniej nad opanowaniem przyrodzonych popędów. Po dokonanej zbrodni gotów korzyć się i żałować aż do rozpaczy, ale powstrzymać się od jej spełnienia nie ma siły, zwłaszcza kiedy chodzi o pieniądze. (...) Mimowolne nawet złamanie postu w pojęciu ludu cięższym jest grzechem niż pijaństwo, kradzież lub rozpusta (...). Cały stosunek ich z Bogiem zależy na zewnętrznych obrzędach: obrazy, dzwony, śpiewy i pokłony – oto główna, jeśli nie jedyna treść ich nabożeństwa. Do obrazów mają oni tak zabobonne przywiązanie, że z bałwochwalstwem niemal graniczy. W ich przekonaniu sprawcą łask, o które się modlą przed swymi ikonami, jest nie Pan Bóg, ale ta właśnie malowana ikona.
Może jednak szkoła, jako placówka kulturotwórcza, mogła tu coś zdziałać? Niestety, nauczyciele rosyjscy, po większej części popowicze, „z powodu nieokrzesanego grubiaństwa swego i niedostatecznego wykształcenia naukowego nie mieli żadnego moralnego wpływu, a raczej wpływ ich był calkiem ujemny, pobudzający z jednej strony do nienawiści przeciwko obcym żywiołom, z drugiej zaś zachęcający młodzież do płatania coraz to nowych a najczęściej złośliwych figlów nielubionym przybyszom”...
Znakomity uczony francuski, laureat Nagrody Nobla, doktor Alexis Carrel pisał: „Charakter środowiska społeczno-psychologicznego określa w znacznej mierze liczbę, jakość i natężenie przejawów świadomości każdej jednostki. Inteligencja i zmysł moralny nie rozwijają się, jeśli środowisko jest zbyt ubogie. Jeśli jest złe, to i działania stają się występne. Jesteśmy zanurzeni w środowisku społecznym jak komórki ciała w środowisku wewnętrznym. Jak one, nie potrafimy się bronić przed wpływem tego, co nas otacza”. Ciało ochrania się lepiej przed światem kosmicznym niż świadomość przed światem psychologicznym. Ma ona granice całkowicie otwarte. Jest narażona na wszystkie najazdy intelektualne i duchowe środowiska społecznego i zależnie od ich natury rozwija się normalnie lub wadliwie...
Środowisko społeczne wczesnego kapitalizmu lub, jak kto woli, późnego feudalizmu ówczesnej Rosji nie sprzyjało intelektualnemu i moralnemu rozwojowi obywateli. Jak pisał pewien uczony, „przebywając od dzieciństwa w towarzystwie przestępców i nieuków, człowiek sam staje się przestępcą i nieukiem”. A już szczególnie wówczas, gdy amoralizm i ciemnota stają się „opłacalne”; gdy łapówkarstwo i złodziejstwo są półlegalnym źródłem dochodów, gdy podsuwanie własnej żony do łóżka wysokiego dygnitarza pozwala przekroczyć kolejny stopień drabiny służbowej, gdy wiedza języków obcych i czytanie „nierosyjskich” lektur nie tylko uchodzi za oznakę „niebłagonadieżnosti”, ale nagminne staje się przechwalanie się ignorancją, umotywowaną jako pełne intelektualne oddanie tronowi i cerkwi urzędowej. Czegoż można było oczekiwać w państwie, w którym przepisy urzędowe zabraniały wwozu do kraju gazet, czasopism i książek zza granicy, nawet jeśli były to książki z dziedziny astronomii, a za czytanie „obcych” lektur filozoficznych wtrącano do więzień?...
I czym oprócz grabieżczych podbojów i przelewu krwi ościennych narodów mogło poszczycić się państwo, które do minimum ograniczyło wyjazdy własnych obywateli poza granice kraju, aby tym łatwiej utrzymywać ich w przyjemnym złudzeniu co do dobroci i mądrości cara, wiodącego swój naród ku „wielkim dokonaniom”? Zresztą wielu z niewielu, którym udawało się chociaż raz wyjechać na „gnijący Zachód” i porównać go z „kwitnącą Rosją” carsko-prawosławną, wolało nie wracać do ojczyzny.
***

Najważnieszym mikrośrodowiskiem dla każdego dziecka jest jego własna rodzina, tutaj nabiera ono nieświadomie i niepostrzeżenie rozmaitych nawyków moralnych i praktycznych, uczy się być człowiekiem w ten właśnie, a nie inny sposób. Profesor John Rawls w dziele „Teoria sprawiedliwości”  trafnie wywodzi: „Następstwo pokoleń i konieczność uczenia dzieci postaw moralnych (choćby najprostszych) to jeden z elementów ludzkiego życia (...). Charakterystyczną cechą sytuacji dziecka jest to, że nie jest ono w stanie ocenić słuszności nakazów i zaleceń kierowanych pod jego adresem przez osoby mające nad nim władzę, w tym przypadku – przez rodziców. Brak mu zarówno wiedzy, jak i zdolności pojmowania, która mogłaby być podstawą zakwestionowania autorytetu rodziców. W istocie dziecko nie posiada w ogóle pojęcia uzasadnienia i uczy się tego pojęcia później... Dziecko nie ma własnych kryteriów krytyki, nie jest bowiem w stanie odrzucać nakazów na podstawie racjonalnych przesłanek. Jeśli kocha rodziców i ufa im, będzie skłonne akceptować ich zalecenia. Będzie próbowało naśladować rodziców, przyjmując, że rzeczywiście są oni godni szacunku, a także będzie stosowało się do ich nakazów. Egzemplifikują oni – załóżmy – najwyższą wiedzę i potęgę i stanowią atrakcyjny przykład właściwego postępowania. Dziecko w takiej sytuacji przyjmuje ocenę swej osoby wydaną przez rodziców i będzie skłonne oceniać się tak, jak oceniliby je rodzice. Rzecz jasna, pragnienia dziecka wykraczają poza okowy tego, co dozwolone, w przeciwnym bowiem razie, nakazy byłyby niepotrzebne. Normy rodziców odczuwane są więc jako ograniczenia i dziecko może się przeciwko nim zbuntować. Poza wszystkim, dziecko może nie widzieć powodu, dla którego miałoby ich przestrzegać; same w sobie są one arbitralnymi zakazami, dziecko zaś nie ma pierwotnie skłonności do wykonywania tego, co mu się poleca. Jeśli jednak kocha rodziców i ufa im, to gdy ulegnie pokusie zbuntowania się przeciw zakazom, będzie skłonne podzielać ich ocenę swego postępku. Będzie też skłonne przyznać się do winy i szukać wybaczenia. We wszystkich tych skłonnościach ujawnia się poczucie winy wobec autorytetu. Bez tych i podobnych skłonności poczucie winy nie mogłoby istnieć. Ale prawdą jest też, że brak tych uczuć stanowi oznakę braku miłości i zaufania. Ze względu bowiem na naturę instytucji autorytetu i zgodnie z zasadami psychologii moralnej łączącymi ze sobą postawy etyczne i naturalne, gdy zalecenia rodziców zostaną naruszone, miłość i zaufanie prowadzą do poczucia winy”...
A ono z kolei jest bardzo ważnym czynnikiem wychowawczym, czymś w rodzaju wewnętrznej kary, skierowywanej przez dziecko na samo siebie. Charakter człowieka najczęściej jest nie tylko wrodzony, ale i kształtowany przez wczesne życiowe doświadczenia. „Przystosowanie się do pierwszego otoczenia w okresie dzieciństwa wymaga, w zależności od tego, jakich posiada się rodziców i jakie są okoliczności, więcej powściągliwości i rozwagi lub więcej empatii. Przez to automatycznie wykształca się pewna priorytetowa postawa, z której wywodzą się różne psychologiczne typy.” (Carl Gustav Jung, „Rebis czyli kamień filozofów”, Warszawa 1989, s. 23).
Wpływ rodziny na dziecko jest ogromny, po pierwsze, dlatego, że dziedziczą one po rodzicach konstytucję fizyczną i predyspozycje psychiczne oraz, po drugie, dlatego, że dzieci naśladują zachowanie się rodziców, pod których wpływem stale się znajdują. Rodzina – jak pisze Robert K. Merton – jest najważniejszym pasem transmisyjnym, który służy przekazywaniu wzorców kulturowych następnemu pokoleniu. Do bardzo niedawna pomijano jednak fakt, że rodzina przekazuje przeważnie część kultury, dostępną warstwie społecznej i grupom, w których się znajdują sami rodzice. Jest to więc mechanizm socjalizowania dziecka w kategoriach celów kulturowych i obyczajów charakterystycznych dla tego wąskiego kręgu grup społecznych. Socjalizacja nie jest też bynajmniej ograniczona do bezpośredniego treningu i podporządkowywania. Proces ten jest przynajmniej w części mimowolny. Obok bezpośrednich zaleceń, nagród i kar, dziecko – obserwując codzienne zachowania i luźne rozmowy rodziców – wystawione jest na oddziaływanie społecznych prototypów. Dzieci nierzadko odkrywają i internalizują standardy kulturowe, jeśli nawet nie zostały one sformułowane explicite i nie sprowadzone do przepisów. (...) Można założyć, że dziecko jest równie żywo zajęte wynajdywaniem i postępowaniem wedle ukrytych paradygmatów ocen kulturowych, klasyfikowania ludzi i rzeczy oraz kształtowania godnych szacunku celów, jak i przyswajaniem orientacji kulturowej prezentowanej w ciągłym strumieniu nakazów, wyjaśnień i napomnień ze strony rodziców. (...) Niewykluczone, że dziecko zachowuje w sobie ukryty paradygmat wartości kulturowych, który odkryło w codziennych zachowaniach swoich rodziców, nawet jeśli jest on sprzeczny z zaleceniami i napomnieniami formułowanymi przez nich explicite.” (Robert K. Merton, „Teoria socjologiczna i struktura społeczna”, Warszawa 1982, s. 221-222).
Trudno, oczywiście, jednoznacznie wyjaśnić styl życia człowieka analizując różne fakty z jego dzieciństwa, a próby takie z góry są skazane na snucie hipotez, czyli mniej lub bardziej uzasadnionych przypuszczeń. Wszelako i te przypuszczenia mogą być pomocne w zrozumieniu konkretnej duszy i losu człowieka. Los bowiem zaprogramowany jest w usposobieniu danej osoby: jaki charakter, takie postępowanie, – jakie postępowanie, takie skutki, – jakie skutki, taki los.
Jak już wspomnieliśmy, duży wpływ na wychowanie Mikołaja Przewalskiego wywarła jego matka. Taka jak ona kobieta, silna, i „męska”, jest z reguły twarda i despotyczna, wychowuje dzieci „po spartańsku”, tyranizuje je, nadużywa kar cielesnych, co chwila wrzeszczy. Dzieci pod jej kierunkiem, póki małe, są zahukane, zastraszone, nie lubią matki (chociaż później zjawia się do niej pewien rodzaj „miłości autorytarnej”, jakiegoś ślepego oddania). Ponieważ dzieci na ogół skłonne są do naśladowania rodziców, przeto w rodzinie, w której króluje „męska” matka, córki przejmują jej styl życia, a w synach kształtuje się często niechęć do kobiet w ogóle, obawa przed nimi, a nawet swego rodzaju wstręt, co zazwyczaj obciąża ich własny los. Wydaje się więc, że już w dzieciństwie M. Przewalski nabył kilka niezbyt miłych cech usposobienia. „Wady jego charakteru – pisze Engelhardt – krewkość, pewna doza nietolerancji i despotyzmu, na skutek których człowiekowi niezależnemu trudno było utrzymywać z nim stosunki, – typowe są dla większości ludzi silnych, jakby przez samą naturę predysponowanych do panowania nad innymi. Surowa szkoła, którą on przeszedł, uparta walka, którą musiał wytrzymać, nieokrzesane, pijane środowisko, w którym spędził swą młodość – rzecz jasna, mogły tylko umocnić te wady”.
„Silne fizyczne zachęty”, takie jak pięść, nahajka, a nierzadko i strzelba, które odgrywały tak wielką rolę w jego podróżach, wywoływały niekiedy zarzuty pod jego adresem. Lecz podróżnik sięgał po te „środki perswazji” nie na skutek okrucieństwa, lecz tylko z konieczności, by móc dalej prowadzić prace. Prawie wszystkim wielkim podróżnikom zarzucano okrucieństwa, lub, co najmniej, zbytnią twardość. Nie stanowi wyjątku i Przewalski, ale jest rzeczą bodaj ewidentną, że żadna z jego wypraw, licząca tysiące kilometrów, wśród wrogiego, podejrzliwego, a często i rozbójniczego otoczenia, nie zostałaby doprowadzona do końca, gdyby garstka podróżników – według określenia Przewalskiego – nie stawała się podobna do nastroszonego jeża, który potrafi nakłuć łapy i dużemu zwierzęciu.

***

Filozof amerykański John Rawls w dziele „Teoria sprawiedliwości” (wyd. pierwsze, Harward 1971) rozwija teorię o trzech stadiach moralnego rozwoju człowieka lub trzech prawach psychologicznych rozwoju moralnego. Pierwsze stadium nazywa okresem moralności władzy, gdy dziecko przejmuje nakazy od rodziców, ulegając władzy ich autorytetu. Okres drugi to stadium moralności zrzeszenia, gdy treść moralności wyznaczana jest przez standardy moralne właściwe w odniesieniu do roli jednostki w różnych, do których ona należy. I okres trzeci to moralność zasad, gdy na mocy dwu poprzednich praw psychologicznych doszło do powstania postaw miłości i lojalności oraz innych przyjaznych uczuć i wzajemnego zaufania; wówczas świadomość tego, że zarówno my sami, jak i osoby nam bliskie, jesteśmy beneficjantami ustanowionych i trwałych sprawiedliwych instytucji, wywołuje w nas stosowne poczucie sprawiedliwości. Gdy zaczniemy zdawać sobie sprawę z tego, w jaki sposób porządek społeczny odpowiadający tym zasadom przyczynia się do naszego dobra i dobra osób z nami związanych, rodzi się w nas pragnienie stosowania zasad i opierania na nich naszych dążeń. Z czasem zaczynamy cenić ideał ludzkiej współpracy.
O pierwszym okresie profesor z Harwardu pisze jak następuje: „Dziecko zaczyna kochać rodziców tylko wówczas, gdy najpierw w widoczny sposób jest kochane przez nich. Tak więc, poczynania dziecka są motywowane początkowo przez pewne instynkty i pragnienia, zaś jego cechami rządzi (jeśli w ogóle coś nimi rządzi) racjonalny interes własny (w odpowiednio ograniczonym znaczeniu tego terminu). Choć dziecko posiada zdolność kochania, jego miłość do rodziców jest nowym pragnieniem, biorącym się z dostrzeżenia ich ewidentnej miłości do niego i tego, że działania będące wyrazem tej miłości są dla niego korzystne.
Miłość rodziców do dziecka wyraża się w widocznym zamiarze troszczenia się o nie oraz robienia tego, czego wymagałaby racjonalna miłość własna dziecka, oraz we wprowadzeniu tych zamiarów w życie. Miłość ta uwidacznia się w tym, że rodzice lubią przebywać z dzieckiem i że wspierają jego wiarę w siebie i jego poczucie własnej wartości. Rodzice dodają dziecku odwagi do opanowywania odpowiednich zadań i pozwalają mu na podejmowanie jego własnych obowiązków. Ogólnie rzecz biorąc, kochać kogoś – to nie tylko troszczyć się o oczekiwania i potrzeby tej osoby, ale również potwierdzać jej poczucie własnej wartości. Tak więc w końcu miłość rodziców do dziecka sprawia, że dziecko zaczyna ich kochać. Miłość dziecka nie ma racjonalnego, instrumentalnego wyjaśnienia: dziecko kocha rodziców nie dlatego, że są oni środkiem do osiągnięcia jego początkowych interesownych celów. Mając taki zamiar, dziecko mogłoby działać tak, jak gdyby kochało rodziców, ale działanie takie nie doprowadziłoby do transformacji początkowych pragnień. Według przedstawionej zasady psychologicznej, nowe uczucie rodzi się z czasem w dziecku w odpowiedzi na niewątpliwą miłość rodziców.
Jest to, zdaniem Rawlsa, jedno z najważniejszych praw psychologicznych, którego przejawy mogą być spostrzegane i analizowane z różnych punktów widzenia i w różnych aspektach. – „I tak, nie wydaje się prawdopodobne, by spostrzeżenie przez dziecko miłości rodziców wywoływało bezpośrednie odwzajemnienie. Możemy przypuszczać, że odbywa się to w kilku krokach: gdy dziecko, na podstawie widocznych intencji rodziców, zauważa ich miłość do siebie, upewnia się co do swojej wartości jako osoby. Staje się świadome tego, że jest bezinteresownie cenione przez osoby, które w jego odbiorze są wspaniałe i potężne. Odbiera miłość rodziców jako bezinteresowną; rodzice przywiązują wagę do jego obecności i spontanicznych zachowań, a ich sympatia dla niego nie jest zależna od jego zdyscyplinowanego zachowania, które przyczynia się do pomyślności innych. Z czasem dziecko nabiera zaufania do rodziców i zaczyna czuć się pewnie w swoim otoczeniu; to dodaje mu śmiałości i każe, przy stałym wsparciu uczuciowym i zachęcie ze strony rodziców, wypróbowywać swoje dojrzewające możliwości. Stopniowo dziecko przyswaja sobie różne umiejętności, zyskuje poczucie, że coś potrafi, i w ten sposób zdobywa poczucie własnej wartości. Miłość dziecka do rodziców kształtuje się w trakcie całego tego procesu. Rodzice kojarzą mu się z powodzeniem i zadowoleniem, jakie dało mu budowanie własnego świata, a także z poczuciem własnej wartości. To właśnie jest przyczyną jego miłośc.” (John Rawls, „Teoria sprawiedliwości”, s. 629-630).
A więc nie ma tu miejsca na jakieś prymitywne odruchy, stosunki są nader skomplikowane i delikatne. Gros odpowiedzialności za właściwy rozwój dziecka spoczywa na rodzicach. „Rodzice muszą kochać dziecko i zasługiwać na jego podziw. Dają przez to dziecku poczucie własnej wartości i wzbudzają w nim pragnienie upodobnienia się do nich... Muszą formułować jasne i zrozumiałe (i, rzecz jasna, uzasadnione) reguły, dostosowane do poziomu rozumienia dziecka... Rodzice winni być przykładem moralności, którą zalecają i przedstawiać sukcesywnie zasady leżące u jej podstaw. Jest to niezbędne nie tylko dla wzbudzenia w dziecku gotowości do przyjęcia z czasem tych zasad, ale i do pokazania mu, w jaki sposób mają one być interpretowane w poszczególnych przypadkach. Przypuszczalnie bez spełnienia tych warunków rozwój moralny nie jest możliwy, zwłaszcza jeśli nakazy rodziców są nie tylko surowe i bezzasadne, ale w dodatku narzucane przymusem, w tym przy użyciu siły fizycznej... Bez miłości, przykładu i przewodnictwa procesy te nie zajdą, gdy związek z rodzicami pozbawiony jest miłości i opiera się na groźbach i represjach.” (John Rawls, „Teoria sprawiedliwości,” s. 631-632).
Następują na skutek tego znaczne deformacje charakterologiczne u dorastającego dziecka. O okresie moralności zrzeszenia w tymże tekście czytamy: „W skład tych standardów wchodzą: zdrowy rozsądek, zasady moralności, wraz z poprawkami dostosowującymi owe zasady do określonego miejsca zajmowanego przez daną osobę w społeczeństwie; do wpojenia tych zasad przyczynia się aprobata i dezaprobata osób posiadających władzę, a także innych członków grupy. Tak więc, na omawianym etapie także rodzina jest traktowana jako małe stowarzyszenie, posiadające zwykle określoną strukturę hierarchiczną, w której każdy członek ma pewne prawa i obowiązki. Gdy dziecko rośnie, uczy się standardów zachowania odpowiadających jego statusowi. Cnoty dobrego syna czy dobrej córki albo się dziecku objaśnia, albo przekazuje poprzez przejawiające się w aprobacie lub dezaprobacie oczekiwania rodziców. Stowarzyszeniem jest też szkoła czy grupa sąsiedzka, a także krótkotrwałe, choć nie mniej ważne formy współpracy, takie jak gry i zabawy z równymi sobie. W zależności od sytuacji możemy przyswoić sobie cnoty dobrego studenta, czy kolegi szkolnego, albo wzorce porządnego faceta czy dobrego towarzysza. Tego rodzaju stanowisko moralne rozszerza się na wzorce przyjmowane w dalszym życiu, na status czy pozycję zajmowaną przez dorosłego, na rolę w rodzinie, a nawet na rolę, jaką jest bycie członkiem społeczeństwa. Treść tych wzorców przedstawiają rozmaite koncepcje dobrej żony czy męża, dobrego przyjaciela czy obywatela itd. Tak więc moralność stowarzyszenia obejmuje dużą liczbę wzorców, z których każdy zdefiniowany jest stosownie do właściwego statusu czy roli. Nasza wiedza moralna poszerza się wraz z podejmowaniem coraz to nowych ról. Odpowiadające im wzorce wymagają coraz lepszej oceny intelektualnej i coraz dokładniejszych rozróżnień moralnych. Rzecz jasna, niektóre z tych wzorców są szersze od innych i formułują wobec jednostki zupełnie inne wymagania”.
Każdy konkretny wzorzec i każda konkretna norma mogą być objaśnione przez odwołanie się do dążeń i celów zrzeszenia, w którym pojawia się odpowiednia rola czy stanowisko. Narodowość, przynależność klasowa, zawodowa, wiekowa, biologiczna, wyznaniowa, polityczna etc. nie są obojętne dla ukierunkowania i poziomu etycznego osoby. Z biegiem czasu dana jednostka ludzka ustala koncepcję całego systemu współpracy, który wyznacza stowarzyszenie, a także cele, którym służy. Ktoś ten wie, że pozostałe osoby mają do wykonania inne zadania, zależnie od miejsca, jakie zajmują w systemie współpracy. W rezultacie uczy się przyjmować ich punkt widzenia. Wydaje się więc prawdopodobne, że przyswojenie sobie moralności stowarzyszenia (reprezentowanej przez pewien układ wzorców) polega na wykształceniu w sobie umiejętności intelektualnych niezbędnych do przyjmowania różnych punktów widzenia i traktowania ich jako aspektów jednego systemu kooperacji. Przy dokładniejszej analizie okazuje się, że w grę wchodzą tu dość złożone umiejętności. Po pierwsze, musimy spostrzec, że te inne punkty widzenia istnieją, że punkt widzenia innej osoby różni się od naszego. Musimy nauczyć się nie tylko tego, że inni patrzą na świat inaczej, ale i tego, że mają inne potrzeby i cele, inne plany i motywy działania; musimy nauczyć się odczytywać pod tym kątem ich słowa, zachowania i mimikę. Następnie musimy określić podstawowe elementy tych punktów widzenia: to, czego inni zazwyczaj chcą czy pragną, jakie są ich podstawowe przekonania i poglądy. Tylko w ten sposób możemy zrozumieć i ocenić ich działania, zamierzenia i motywy. Jeśli nie potrafimy wskazać tych podstawowych elementów, nie możemy postawić się na miejscu innej osoby i zobaczyć, jakie my podjęlibyśmy wówczas działania. By to ustalić, musimy niewątpliwie wiedzieć, jak wygląda punkt widzenia kogoś innego. I wreszcie, znając już punkt widzenia innej osoby, musimy na tej podstawie ustalić, jak we właściwy sposób pokierować swymi własnymi działaniami.
Amerykański filozof kontynuuje: „Treść tej moralności wyznaczają cnoty współpracy: sprawiedliwość i uczciwość, wierność i zaufanie, prawość i bezstronność. Typowymi wadami są tu zachłanność i nielojalność, nieuczciwość i podstępność, skłonności do uprzedzeń i stronniczość. Występki tego rodzaju prowadzą, z jednej strony, do poczucia winy (wobec zrzeszenia), z drugiej zaś, rodzą oburzenie i złość. Tego rodzaju postawy są następstwem przywiązania do osób, z którymi współpracujemy w ramach sprawiedliwego (czy uczciwego) systemu”. (Cyt. wyd., s. 640).
A więc, gdy zdolność danej osoby do współodczuwania została urzeczywistniona poprzez przyswojenie sobie zgodnie z pierwszym prawem psychologicznym poczucia więzi z innymi i gdy osoby, z którymi jest ona związana, wypełniają swoje obowiązki i zobowiązania, osoba ta zaczyna żywić do swych towarzyszy przyjazne uczucia i nabiera do nich zaufania. Ta zasada to drugie prawo psychologiczne. Osoby działają wówczas zgodnie z wzorcami zajmowanego stanowiska. „Gdy więzi te zostaną ustanowione, jednostka, która nie robi tego, co do niej należy, czuje się winna wobec stowarzyszenia. Uczucie to może się przejawiać na różne sposoby, np. w skłonności do naprawiania szkód wyrządzonych przez innych (odszkodowanie), jeśli szkody takie zaistniały, czy w gotowości do przyznania, że to, co się uczyniło, było nieuczciwe (złe) i do przeproszenia za to. Uczucie winy jest też widoczne w uznaniu zasadności kary i krytyki i w tłumieniu w sobie złości i oburzenia na tych, którzy też nie wywiązali się ze swej roli. Brak takich skłonności byłby oznaką nieistnienia więzi przyjaźni i wzajemnego zaufania. Wskazywałby na gotowość wiązania się z innymi bez względu na standardy i kryteria uzasadnionych oczekiwań, publicznie uznanych i stosowanych przez wszystkich jako środek rozstrzygania sporów. Osoba pozbawiona poczucia winy nie ma wyrzutów sumienia z powodu ciężarów, które spadają na innych, nie niepokoi jej też nadużycie zaufania, które towarzyszyło oszustwu. Jeśli natomiast istnieją więzi zaufania i przyjaźni, tego rodzaju zakazy i reakcje są skutkiem niewypełnienia swoich obowiązków i zobowiązań. Gdy brak takich uczuciowych zastrzeżeń, mamy do czynienia co najwyżej z pozorami współodczuwania i wzajemnego zrozumienia. Tak więc, jak w pierwszym stadium powstaje pewien naturalny stosunek do rodziców, tak tu wśród związanych ze sobą ludzi powstają więzi przyjaźni i zaufania. W każdym z tych przypadków u podstaw odpowiednich uczuć moralnych leży pewna naturalna postawa; brak tych uczuć jest objawem braku tej postawy”. (Cyt. wyd., s. 638).
A brak tych uczuć i tej postawy znamionuje sobą pewien brak także w prospołecznej orientacji i równowadze psychosocjalnej dziecka.
O trzecim prawie psychologicznym John Rawls pisze: „Prawo to stwierdza, że gdy na mocy dwu poprzednich praw psychologicznych doszło do powstania postaw miłości i lojalności oraz innych przyjaznych uczuć i wzajemnego zaufania, wówczas świadomość tego, że zarówno my sami, jak i osoby nam bliskie, jesteśmy beneficjantami ustanowionych i trwałych sprawiedliwych instytucji, wywołuje w nas stosowne poczucie sprawiedliwości. Gdy zaczniemy zdawać dobie sprawę z tego, w jaki sposób porządek społeczny odpowiadający tym zasadom przyczynia się do naszego dobra i dobra osób z nami związanych, rodzi się w nas pragnienie stosowania zasad i opierania na nich naszych działań. Z czasem zaczynamy cenić ideał ludzkiej współpracy.” (Cyt. wyd., s. 642).
A to z kolei stanowi psychomoralną podstawę życia społecznego. Tak czy owak,  ciało obywatelskie jako całość nie jest spajane więzami sympatii, lecz uznaniem publicznych zasad sprawiedliwości. Choć każdy obywatel przyjaźni się z jakimiś innymi obywatelami, żaden nie przyjaźni się ze wszystkimi. Ale łączące ich przywiązanie do sprawiedliwości stanowi wspólny punkt widzenia pozwalający na rozstrzyganie sporów. Po drugie, poczucie sprawiedliwości rodzi chęć pracy na rzecz ustanowienia sprawiedliwych instytucji (a przynajmniej niesprzeciwiania się temu) oraz reformowania istniejących, gdy wymaga tego sprawiedliwość. Pragniemy działać zgodnie z naturalnymi obowiązkami, by wspierać sprawiedliwy porządek. Skłonność ta wykracza poza wspieranie konkretnych układów służących naszemu dobru. Wymaga ona, by koncepcja leżąca u ich podstaw dała się rozszerzyć na dalsze sytuacje, służąc dobru większej społeczności.
Gdy działamy niezgodnie z naszym poczuciem sprawiedliwości, objaśniamy swoje poczucie winy przez odwołanie się do zasad sprawiedliwości. Uczucie to objaśniamy więc w zupełnie inny sposób niż poczucie winy wobec władzy czy w stosunku do stowarzyszenia. Przeszliśmy pełny rozwój moralny i po raz pierwszy mamy poczucie winy we właściwym sensie tego słowa. To samo odnosi się do innych uczuć moralnych. W przypadku dziecka mamy do czynienia z niezrozumieniem wzorca moralnego oraz doniosłości zamiarów i motywów, a więc z brakiem podstawy odpowiedniej po temu, by móc odczuwać winę (z powodu naruszenia zasad). W przypadku zaś moralności stowarzyszenia uczucia moralne w istotny sposób zależą od więzi przyjaźni i zaufania łączących jednostkę z innymi jednostkami czy grupami, zaś postępowanie moralne bierze się w dużej mierze z potrzeby aprobaty ze strony współpracowników. Może się także odnosić nawet do bardziej zaawansowanych faz tej moralności. Jednostki występujące w roli obywateli i w pełni rozumiejące treść zasad sprawiedliwości mogą postanowić działać na ich podstawie z tej głównie przyczyny, że są związane z konkretnymi osobami i przywiązane do swego własnego społeczeństwa. Z chwilą jednak gdy przyjmie się moralność zasad, postawy moralne przestają być związane jedynie z pomyślnością określonych jednostek czy grup i z okazywaną przez nie aprobatą, a zaczyna je kształtować koncepcja słuszności wybrana niezależnie od tych przypadłości. Nasze uczucia moralne zaczynają wykazywać niezależność od przypadkowych elementów naszego świata...
Mimo jednak, że uczucia moralne są w tym właśnie sensie niezależne od przypadkowych okoliczności, nasze naturalne przywiązanie do osób i grup zachowuje należne mu miejsce. W ramach bowiem moralności zasad występki, które poprzednio prowadziły do poczucia winy w stosunku do stowarzyszenia oraz do oburzenia, a także innych uczuć moralnych, teraz wywołują te uczucia w ścisłym sensie. Wyjaśniając uczucia danej osoby, odwołujemy się do odpowiedniej zasady. Jednakże, gdy istnieją naturalne więzi przyjaźni i zaufania, wymienione uczucia moralne są silniejsze. Przywiązanie wzmaga poczucie winy, oburzenie oraz wszelkie inne stosowne odczucia, i to nawet na poziomie moralności zasad. Przy założeniu, że wzmocnienie takie jest właściwe, okazuje się, że naruszenie tych naturalnych więzi jest złem. Jeśli bowiem przyjmiemy, że racjonalne poczucie winy (tj. poczucie winy będące rezultatem zastosowania poprawnych zasad moralnych, opartych na prawidłowej i uzasadnionej wiedzy) oznacza, że popełniliśmy błąd, i że im większe poczucie winy, tym większy był nasz błąd – to istotnie okazuje się, że naruszenia zaufania i przyjaźni należy zabronić w sposób szczególnie mocny. Naruszenie owych więzi łączących nas z konkretnymi jednostkami czy grupami zwiększa siłę uczuć moralnych i sprawia, że występek staje się większy. To prawda, że oszustwo i nielojalność są zawsze złe, bowiem są niezgodne z naturalnymi obowiązkami i zobowiązaniami, nie zawsze jednak są one złe w tym samym stopniu. Są większym złem, gdy istnieją więzi miłości i zaufania; wzgląd ten jest istotny przy ustalaniu właściwych reguł priorytetu.
Ta trzecia forma moralności jest wewnętrznie najbardziej skomplikowana. Moralność zasad bowiem przybiera dwie formy, z których jedna odpowiada poczuciu słuszności i sprawiedliwości, a druga – miłości rodzaju ludzkiego i panowania nad samym sobą... Ta druga, w przeciwieństwie do pierwszej, jest nadobowiązkowa. (...) Moralność nadobowiązkowości ma dwa aspekty wyznaczane przez kierunek, w którym wymagania moralności zasad są świadomie przezwyciężane. Z drugiej strony, mamy miłość człowieka przejawiającą się we wspieraniu wspólnego dobra w sposób, który znacznie wykracza poza naturalne obowiązki i zobowiązania. Nie jest to moralność dla zwykłych ludzi, a jej cnotami swoistymi są życzliwość, większa wrażliwość na uczucia i potrzeby innych, a także właściwa pokora i nieprzywiązanie do samego siebie. Z drugiej strony, mamy moralność panowania nad samym sobą, która w swej najprostszej postaci przejawia się w spełnianiu z całkowitą łatwością i elegancją wymagań słuszności i sprawiedliwości. Moralność ta staje się prawdziwie nadobowiązkowa, gdy jednostka objawia charakteryzujące ją cnoty odwagi, wspaniałomyślności oraz samokontrolę w działaniach wymagających wielkiej dyscypliny i świetnego wyszkolenia. Jednostka taka może okazać swe cnoty albo dobrowolnie przyjmując urzędy i stanowiska wymagające tych cnót, jeśli tylko potrafi dobrze wypełniać obowiązki nakładane przez te stanowiska, albo szukając nadrzędnych celów zgodnych ze sprawiedliwością, które jednak wykraczają poza wymagania obowiązku... Tak więc moralność nadobowiązkowości, moralność świętych i bohaterów, nie przeczy normom słuszności i sprawiedliwości; charakteryzuje się ona świadomym przyjęciem celów zbieżnych z zasadami słuszności i sprawiedliwości, ale wykraczających poza to, co zasady te nakazują.
Właściwe wychowanie ma polegać na rozwijaniu nastawień prospołecznych. One się same rozwiną, jeśli dziecko będzie wzrastało w atmosferze miłości, dobroci i poszanowania także jego ludzkiej godności. Nauczy się odwzajemniać dobroć dobrocią, będzie odczuwało świat jako przyjazny, a nie wrogi. Jeśli chłód i poniżenie ominą dziecko, w zasadzie powinno ono mieć także całe życie spokojne i zrównoważone.
Przeszkodą w rozwoju uczuć prospołecznych jest dążenie do przewagi nad otoczeniem, która to tendencja zjawia się jako reakcja na silne poczucie niższości, kiedy celem staje się nie tylko wyrównanie własnej niższości, lecz i górowanie nad innymi. A ten „plan życia” jest już fałszywy, w którym osiąganie celu nie daje ani spokoju, ani pewności, lecz przeciwnie, wprowadza wielki i nieustanny niepokój do duszy. Stąd wyrasta idea, iż istotnym celem opieki nad dzieckiem jest chronienie go przed poczuciem niższości. Jest to postulat do pewnego stopnia niewykonalny, gdyż już sama naturalna słabość dziecka stanowi źródło poczucia niższości. Zadanie polegałoby więc na maksymalnym łagodzeniu tego poczucia. Jeśli to się nie udaje i kompleks niepełnowartościowości staje się zbyt silny, jednostka traci zaufanie do własnych sił, nie wierzy w to, że mogłaby dokonać czegoś pożytecznego, rezygnuje ze wszelkich usiłowań, wpada w stan zastoju i marazmu.
Podobne trudności powstają, gdy reakcją dziecka na przeżycie niepełnej wartości własnej staje się wrogi, destrukcyjny stosunek do świata, żądza zemsty i próby zwiększenia własnej mocy kosztem innych. Taki młodzieniec również rezygnuje z powodzenia w konstruktywnej działalności, szuka mocy w poniżaniu innych, nie wierzy, że mógłby być ceniony, szanowany i lubiany.
Trzeba więc dzieciom dodawać odwagi, tak aby powstała równowaga między dążeniem do własnej mocy a uczuciami prospołecznymi. Obie te tendencje nie powinny pozostawać ze sobą w kolizji, przecież poczucie mocy można czerpać także z owocnej współpracy z innymi ludźmi, z poczucia dobrze spełnionego obowiązku, ze świadomości, że się pomaga ludziom i żyje według reguł prawego sumienia. Realizacja woli mocy nie powinna polegać na spychaniu innych ludzi na dalszy plan. Ale tak się niestety często zdarza.

***

Być może pewną rolę w ukształtowaniu takiego, a nie innego usposobienia Mikołaja Przewalskiego odegrała okoliczność, że był on pierworodnym synem w stadle rodzinnym. Najstarsze dziecko często przyzwyczaja się do tego, aby wszędzie być pierwszym, zazdrośnie strzeże swoich przywilejów, w życiu często objawia skłonność do despotyzmu, nie lubi podporządkowywać się innym. Oczywiście, trudno w tej sprawie o uogólnienia, bo bywa np., że i najmłodsze dziecko szuka poczucia mocy w tyranizowaniu otoczenia, chociaż ono z reguły jest bardziej serdeczne i miękkie.
A. Adler w książce „Sens życia” pisał: „Przy większej liczbie dzieci pierworodne ma jedyną w swym rodzaju sytuację, jakiej nie przeżywa żadne inne. Jest ono przez pewien czas jedynym dzieckiem i jako takie zaznaje odpowiednich wrażeń. W jakiś czas później zostaje „zdetronizowane”. (...) Łatwo też zrozumieć, że protest pierworodnego dziecka przeciw swej detronizacji przejawia się dość często w skłonności do uznawania jakiejkolwiek władzy za uprawnioną lub do popierania jej. Ta skłonność nadaje czasem pierworodnemu wybitnie „konserwatywny charakter”, mający znaczenie nie polityczne, lecz rzeczowe... Kto nie zabawia się rozszczepianiem włosa na czworo, nie może też nie dostrzec w osobowości Robespierre’a rysu władczego, mimo jego wybitnego udziału w rewolucji.
Zresztą to może właśnie żądza władzy zmusza wielu do wszczynania rewolucji, na skutek których sięgają po laury z cudzej głowy... Pan Mikołaj stanowił pod względem psychologicznym typ twardy, mało elastyczny, uparty. Już zresztą w młodych latach wykazywał godną zastanowienia samodzielność i tendencję do trzymania się ze wszystkimi (prócz matki i opiekunki) na dystans. Lecz nawet najbardziej silne natury nie mogą nie ulegać wpływom zewnętrznym. M. Engelhardt, jeden z pierwszych biografów M. Przewalskiego, pisał o swym bohaterze: „Spartańskie wychowanie” nie minęło dlań bez śladu: pewna gburowatość charakteru i grubiańskość pojęć, które raziły wielu, kto z nim się stykał później, rozwinęły się pod wpływem nieokrzesanego środowiska.
Ale z drugiej strony te surowe cechy pomagały nieraz w pokonaniu takich życiowych trudności, których łagodnie usposobiony człowiek pokonać nigdy nie byłby w stanie. „Agresywność jest neurotyczną tendencją jedynie wtedy, gdy poczucie bezpieczeństwa neurotyka opiera się na byciu agresywnym” (K. Horney). Niekiedy wrogość osoby narcystycznej jest jej reakcją na fakt, że inni nie akceptują jej zawyżonego mniemania o sobie samej. Wrogość osoby masochistycznej jest jej reakcją na uczucie bycia znieważonym lub na jej pragnienie mściwego triumfu z powodu bycia obrażonym. Nie zawsze więc zachowanie ostre stanowi jakąś dewiację czy jest społecznie szkodliwe. A z drugiej strony, przecież nawet nie każde dewiacyjne zachowanie się jest społecznie naganne. Dotyczy to m.in. tak zwanych „hiperuzdolnień”, np. w dziedzinie matematyki, spotykanych bardzo rzadko, czy innych tego typu wrodzonych cech. (Por. K. K. Płatonow, „Struktura i razwitije licznosti”, Moskwa 1986, s. 11-17).
Nawet sama wybitność jest „nienormalna” przez sam fakt przewyższania poziomu przeciętnego, który stanowi tzw. „normę”. Trudno takiego człowieka mierzyć zwykłą miarką, gdyż nie sposób go wtłoczyć do ram przeciętności. Jak to wyrażają proste, a jednocześnie zagadkowe i głębokie słowa starochińskiej „Księgi Przemian” (I-Cing): „Człowiek szlachetny jest w pełni zdecydowany. On chadza samotnie i zaskakuje go deszcz. Jest ochlapany i szemrają przeciw niemu. Nie ma ujmy”...
Prawdopodobnie pewną rolę w powstaniu takich cech jak szorstkość i autorytarność odegrały na pozór nieraz drobne okoliczności z dzieciństwa pana Mikołaja. Na przykład, urojona czy faktyczna brzydota bywa jednym z częstych źródeł bolesnego poczucia niższości, przy tym wcale nie tylko u kobiet. Najmniejsza nawet skaza w urodzie wywołać może złośliwą uwagę ze strony jakiejś mniej delikatnej osoby z naszego otoczenia, co z kolei stanie się odskocznią dla całego pasma udręk, niewspółmiernych z rzeczywistym znaczeniem naszej wady. A jeśli zważyć, że im niższa kultura danego środowiska, tym mniejsza w nim tolerancja na odmienność i tym większa złośliwość, łatwo da się zrozumieć, że pasemko białych włosów wśród ciemnej czupryny dorastającego chłopaka ze wsi smoleńskiej stać się mogło powodem wielu brzydkich docinków i niesympatycznych interpretacji. W Rosji zresztą zawsze nie lubiano tych, którzy chociażby w najmniejszym stopniu są nie tacy „jak wszyscy”...
Jest to wszelako zjawisko uniwersalne, że się „odmieńców” nie lubi. Ileż to razy nawet nie szpetota, ale sam fakt, że się nie jest tak urodziwym, jak ktoś z rodzeństwa czy z przyjaciół, staje się źródłem przytłaczającego przeżycia niższości. Usterki tego typu łatwo wywołują kpiny w otoczeniu i są bardzo dotkliwie odczuwane. Brzydsze dzieci dowiadują się o swej szpetocie nawet wtedy, gdy nikt im tego nie wytyka; po prostu słyszą, jak dorośli się zachwycają ich bardziej szczęśliwymi rywalami. Czują się wtedy pominięte, upośledzone i z reguły wyrabiają sobie przesadnie ujemne wyobrażenie o własnym wyglądzie. Poczucie niezasłużonej krzywdy wytwarza wyostrzony stan upośledzenia oraz wzbudza nienawiść i pogardę do głupiego i niedobrego świata. Jednocześnie z tym rodzi się nieprzeparta chęć udowodnienia światu i sobie, że się ma nie tylko wartość, ale i wyższość nad lichym otoczeniem.
Trzeba też zaznaczyć, że poczucie niższości cechuje również dzieci z rodzin skłóconych, w których trwają nieprzerwane swary, kłótnie, pełne goryczy „porachunki”. Dziecku z takiej rodziny świat się jawi również jako nieprzyjazny.
Również zbyt wczesna utrata jednego z rodziców nie tylko stanowi wstrząs psychiczny dla dziecka, ale i jest przeszkodą dla jego dalszego harmonijnego rozwoju. „Dziecko zaczyna czuć się osobą, ważnym i pełnomocnym partnerem międzyludzkiej więzi, gdy nawiązuje bliższe stosunki z ojcem. Osobą stać się możemy tylko wtedy, kiedy określamy się wobec innej osoby. Ponieważ pierwszą i przez pewien czas jedyną osobą w życiu dziecka jest matka, pewne pierwiastki samookreślenia pojawiają się z jego strony w ramach relacji łączących je z matką. Jednak głęboka zależność dziecka od matki powoduje, że nie zdoła ono dokonać pełniejszego samookreślenia, jeśli nie znajdzie oparcia w osobie trzeciej. Proces stopniowego zdobywania przez dziecko niezależności wymaga, aby najpierw miało ono możność powiedzieć sobie: „mogę oprzeć się także na kimś innym niż matka” – zanim zdoła uwierzyć, iż da sobie radę nie opierając się na nikim. Wówczas gdy między dzieckiem i osobą inną niż matka wytworzy się bliska więź, dziecko będzie mogło mieć poczucie, że jeśli nadal matka jest dla niego najważniejsza, dzieje się tak mocą jego własnej decyzji, a nie dlatego, że jest skazane na jej osobę”. (Bruno Bettelheim, „Cudowne i pożyteczne”, t. 2, s. 103).
Prócz dzieci upośledzonych fizycznie, rozpieszczonych czy pochodzących ze zwaśnionych lub niepełnych rodzin także dzieci wychowywane zbyt surowo, bez ciepła rodzinnego, bez serdeczności narażone są na groźne poczucie niższości i upośledzenia. Zdarzają się rodzice, którzy zbyt twardo chowają swe potomstwo, które trwa w wiecznym strachu przed gniewem starszych i wzrasta w atmosferze ślepego posłuszeństwa dla ich rozkazów. Tacy despotyczni rodzice, zarówno ojcowie, jak i matki, sądzą, że najlepszą metodą wychowawczą jest rygor a czułość „psuje” dziecko. Nie interesują się więc specjalnie swą latoroślą, powierzając jej wychowanie babciom lub dziadkom, a jeśli są dostatecznie majętni, to służącym. Potrzeba ciepła serdecznego i bezpieczeństwa takich maluchów pozostaje ciągle niezaspokojona i powoduje „ochłodzenie” także ich serc.
Prawdopodobnie spośród dzieci wychowanych w surowych warunkach wyrasta wielu osobników okrutnych, o skłonnościach sadystycznych. To oni właśnie stanowią kontyngent potencjalnych zbrodniarzy lub – zależnie od okoliczności – bohaterów. Mają po prostu silną wolę, energię, bezwzględność, które nie liczą się z konwenansami.
Oczywiście, powinniśmy nasze roztrząsania o charakterologicznych cechach M. Przewalskiego traktować nieco z przymrużeniem oka. Tajemnicy osobowości ludzkiej nie da się bez reszty zgłębić, można ją tylko częściowo poznać.
Alfred Adler w dziele „Sens życia” ostrzegał: „Można jednolite życie duszy rozczłonkowywać z rozmaitych, mniej czy więcej bezwartościowych punktów widzenia, można dwa, trzy, cztery poglądy przestrzenne wysuwać razem czy naprzeciw siebie, pragnąc zrozumieć jednolite „Ja”, można je wyprowadzać ze świadomości i nieświadomości, z seksualizmu, ze świata zewnętrznego – na ostatek jednak będziemy musieli umieścić je ponownie, niby jeźdźca na koniu, w jego wszechobejmującym działaniu”. Nie warto ze sztucznych konstrukcji teoretycznych czynić kajdanów, z których potem nie sposób się uwolnić.
Co ma zresztą zostać po wybitnej jednostce: pamięć o ułomnościach jej charakteru czy dokonane dzieło? Wiemy przecież, że niekoniecznie talenty i uzdolnienia łączą się z anielskim usposobieniem. Można, na przykład, być geniuszem w nauce czy literaturze, a jednocześnie świnią w życiu prywatnym; lub – umysłowym zerem, a jednocześnie w ciągu 100 przeżytych lat i muchy nie obrazić... Geniuszy charakteru spotyka się bodaj równie rzadko, co geniuszy umysłu, a już prawie nigdy – ludzi, którzy łączą obie te rzeczy w sobie. (Natomiast najczęściej – tych, którzy są pozbawieni i jednego i drugiego; to oni właśnie stawiają najwyższe wymagania innym i najniższe sobie). Może zresztą w tym się przejawia sprawiedliwość losu, który jednym daruje wzniosły umysł, innym – gołębie serce... W każdym bądź razie dla potomności ważniejsze jest nie to np., że Niekrasow, Goethe, Schiller, Cummings, Grin byli pijakami, lecz to, że wspaniale władali piórem. Wolter, Hamsun, Steinbeck, Nietzsche, Franko i tylu innych znakomitych intelektualistów pod względem zwykłej moralności znajdowali się nieraz poniżej wszelkiej krytyki – może to kogoś razić, ale mimo wszystko najważniejsza jest nie ta okoliczność (każdy jest tylko „człowiekiem”, czyli bydlakiem), lecz wkład tych wybitnych ludzi do ogólnoludzkiej skarbnicy wiedzy i kultury, w tym też – kultury moralnej , poprzez wzbogacanie i pogłębianie poszukiwań właściwych dróg, wiodących do prawdy i dobra poprzez kreślenie ostrzegającego obrazu szlaków pokrętnych i fałszywych... Z naukowcami sprawa ma się podobnie: o ile nie wynajęli się świadomie na służbę szatanowi, ich trud i życie warte są szacunku, nawet gdy nie wolne były od ludzkiej nędzy i upadków, a tym bardziej od zwykłych drobnych potknięć i błędów...

***

Był M. Przewalski bezwzględnym zaprzeczeniem ludzi, o których się mówi: „ni pies, ni wydra” lub „ni z pierza, ni z mięsa”. To był charakter rzeźbiony w skale, twardy, wyrazisty, o rysach ostrych i jednoznacznych; umysł silny, bystry, dynamiczny, szeroki; usposobienie bezkompromisowe, szczere i prostolinijne; typ męski, żołnierski, do bezwzględności lojalny i wierny. Wszelako do tych i innych cech jego usposobienia będziemy nieraz nawiązywać w dalszych częściach niniejszego tekstu. A teraz powróćmy ponownie do jego dzieciństwa.
Gdy Mikołaj miał 12 lat, podarowano mu pozostałą w spadku po ojcu strzelbę myśliwską; wówczas też po raz pierwszy udał się samodzielnie na polowanie i ustrzelił pierwszego w swym życiu lisa.
Niestety, nie z samych tylko wypraw myśliwskich składało się życie dzielnego i ruchliwego Koli. Rzeczywistość go otaczająca była brutalna. Nawet do nauki zmuszano chłopca stosując przymus fizyczny. Co gorsza, za nauczycieli miewał przyszły uczony osobników najmarniejszego gatunku. Paweł Karetnikow, jego wuj, człowiek beztroski i lekkomyślny, który po przehulaniu własnego majątku znalazł przytułek u siostry, uczył zdolnego chłopca nie tyle sztuki czytania, pisma i języków obcych (do czego się wobec miłosiernej siostry Heleny zobowiązał), lecz raczej strzelania kaczek i wałęsania się po mokradłach. Człowiek ten – według świadectwa samego Mikołaja – „prócz myślistwa miał inną jeszcze pasję – czasami wpadał w nawrotowe opilstwo i wówczas na polowania nie chodził”. Także zapraszani ze Smoleńska, ciemni i ograniczeni, guwernerzy nie sprzyjali rozbudzaniu ambicji intelektualnych zdolnego chłopca, w minimalnym stopniu odpowiadali swemu przeznaczeniu. Ale naturalne skłonności i zdolności okazały się silniejsze. Przyroda zwycięża naukę. W końcu Mikołaj i jego o rok młodszy brat Włodzimierz zostali odesłani do smoleńskiego gimnazjum oraz wstąpili od razu do drugiej klasy. W Smoleńsku mieszkali chłopcy w malutkim mieszkanku (które kosztowało dwa ruble miesięcznie) razem ze sługą i kucharką. Wrodzona energia, pracowitość, zamiłowanie do książek, tężyzna fizyczna, sprawiły, że M. Przewalski – chociaż jeden z najmłodszych w klasie – już wkrótce został jej nieformalnym liderem.
Mikołaj był młodzieńcem towarzyskim, ale – rzecz znamienna – bliskich przyjaciół nie miał. Cechowało go pewne poczucie wyższości w stosunku do rówieśników. Nie ulegał też przyjętym obyczajom i tradycjom. Co więcej, przeciwstawiał się im nieraz czynnie. Nie uznawał konwenansów ani pozytywnych, ani negatywnych. Żył według własnych pojęć i odczuć. Tak np., zdecydowanie bronił nowicjuszy, którzy przychodzili do gimnazjum. A powiedzieć trzeba, że dręczenie „młokosów” i „żółtodziobów”, tych, którzy przychodzą później (do szkoły, więzienia, wojska, pracy itp.) należało do bardzo dawnej i zakorzenionej w obyczajowości rosyjskiej tradycji. – Męczono ciebie, męcz i ty kogoś, odegraj się!... – Znęcanie się nad „nowym” uważano wręcz za obowiązek i nienaruszalne prawo „starzyków”... Trzeba przecież „wyszlifować” kolegę, rozumowano. I szlifowanie to, pasowanie na członka zbiorowości – połączone często z fizycznym katowaniem współtowarzysza – nieraz kończyło się tragicznie: trwałym kalectwem lub nawet zgonem ofiary. A i samo przetrzymanie „fali” poniżeń i udręk ze strony kolegów nie było rzeczą łatwą...
Przewalski od początku brał w obronę młodszych nowicjuszy, oszczędzając niejednemu z nich nie lada strachu i poniżenia. To łamanie „świętej” tradycji oburzało wielu gimnazjalistów, lecz po zakosztowaniu ciężkich pięści dorodnego kolegi nikt nie ważył się czynnie przeciwstawić jego „dziwacznym” krokom.
Nauka leciała chłopcu jak z płatka. Miał fenomenalną pamięć – rzecz zawsze przy pobieraniu nauk pożyteczna. [Historia zna niemało ludzi o zadziwiającej pamięci. Wiadomo na przykład, że Juliusz Cezar i Aleksander Macedoński znali z twarzy i imienia wszystkich swoich żołnierzy – do 30.000 ludzi. Genialny matematyk – Leonard Euler pamiętał sześć pierwszych potęg wszystkich liczb do stu. Radziecki akademik A. Joffe z pamięci posługiwał się tablicą logarytmów. Starożytny filozof i poeta rzymski Seneka potrafił powtórzyć 2.000 nie związanych ze sobą różnych słów, które usłyszał tylko raz.] Matematyki jednak nie lubił serdecznie, widocznie dlatego, że poezja tej nauki przejawia się tylko wówczas, jeśli jest wykładana przez doskonałego nauczyciela i tylko na dość późnym etapie poznania, kiedy się sięgnie już do głębszych praw i harmonii tą sferą rządzących. Lecz i tu wyręczała Mikołaja pamięć, tym razem wzrokowa. Po prostu po przeczytaniu tekstu w podręczniku „dokładnie pamiętał i stronę książki, gdzie była odpowiedź na dane pytanie, i jaką czcionką ona wydrukowana, i jakie są litery na wykresie geometrycznym, i jakie są formuły z ich wszystkimi literami i znakami”...
Dominującą cechą umysłowości młodego Przewalskiego była – obok fenomenalnej pamięci – niezwykle żywa wyobraźnia. Jak mówił o sobie: myślał obrazowo. Sądy zaś o tych czy innych zjawiskach formułował raczej intuicyjnie, bezpośrednio, a nie na podstawie logicznego wnioskowania. Była to mentalność typowo estetyczna i wygląda na paradoks, że został Przewalski nie wielkim artystą, lecz wielkim uczonym. Wszelako jest to sprzeczność pozorna, bowiem umysł nieobrazowy, nieartystyczny nie jest też zdolny do metafizycznych, ulotnych intuicji, niezbędnych w uprawianiu wielkiej nauki. Jasny i zdrowy rozum pomagał Przewalskiemu szybko się orientować w rzeczywistości i wychwytywać istotę rzeczy. W jego książkach i listach roi się od trafnych obserwacji, błyskotliwych myśli. Lecz z drugiej strony, ludzie tacy skłonni są zbytnio ufać pierwszemu wrażeniu (chociaż mówi się, że ono zawsze jest najprawdziwsze, to jednak wymaga przecież pogłębienia i rozważenia), co z kolei prowadzi do sądów pochopnych, powierzchownych, a w stosunku do ludzi – niesprawiedliwych i mylnych. Często też był Przewalski – i to już w wieku upoważniającym do większej powściągliwości – w sądach swych krańcowo kategoryczny, bezkompromisowy, jednostronny, a przez to niekiedy – niepoważny a nawet śmieszny. Dialektyczna droga poznania prawdy i formułowania sądu o każdym zjawisku rzeczywistości biegnie od żywej obserwacji do abstrakcyjnego myślenia i dalej do konfrontowania mniemania z praktyką. Tylko całość tych etapów i zabiegów poznania pozwala na wywnioskowanie sądu względnie prawdziwego.
Osobnicy o myśleniu obrazowym skłonni są w życiu praktycznym również do zachowań „obrazowych”, ekscentrycznych, nieszablonowych. Za to jeszcze we wczesnym dzieciństwie często Mikołaja bolało od rózeg miejsce, w którym nogi tracą swą szlachetną nazwę. Nie inaczej było i w gimnazjum, z którego chłopiec – i to już w szóstej klasie będący – nieomal nie został wyrzucony. Chodzi o to, że jeden z nauczycieli był szczególnie szczodry na dwóje. Wtenczas uczniowie postanowili zniszczyć dziennik z tak fatalnymi stopniami. Wykonania tej zaszczytnej misji podjął się M. Przewalski. W dogodnej chwili dziennik został wykradziony i następnie oddany na pożarcie żarłocznym falom modrego Dniepru. Cała klasa została za to wpakowana do ciupy na okres nieokreślony, zanim nie wyjdzie na jaw, kto popełnił tak niecny czyn. Na czwarty dzień Mikołaj nie wytrzymał rozterek, a i nie mógł dłużej patrzeć na cierpienia współtowarzyszy, i zadeklarował się jako winowajca.
Miał być wyrzucony z gimnazjum, ale matka dowiedziała się o sprawie, przyjechała pilnie do Smoleńska i przebłagała kierownictwo szkoły (używając chyba także argumentów finansowych). Skończyło się na potężnej chłoście publicznej, po której Mikołaj długo nie mógł ani siedzieć, ani spać na plecach... „W ogóle rózeg dostawałem we wczesnej młodości kupę – wspominał Przewalski – ponieważ byłem zdeklarowanym urwisem, tak iż nasi wiejscy sąsiedzi radzili zazwyczaj matce skierować mię z czasem na Kaukaz, do służby wojskowej”...
Wakacje w gimnazjach trwały od maja do października włącznie i chłopak spędzał je z bratem w Otradnoje. Mieszkali razem z wujem Pawłem w przybudówce, dokąd wracali właściwie tylko na nocleg, cały dzień spędzając na polowaniach i łowieniu ryb na wędkę. Właśnie podczas tych całodziennych myśliwsko-rybackich wypraw zrósł się niejako młodzieniec z naturą, pokochał nieskończone bogactwo i piękno jej form i przejawów. Pod wpływem życia na łonie przyrody, w lesie, na świeżym powietrzu, nad wodą hartowało się i krzepło jego zdrowie, rozwijała się energia, wytrwałość, moc; doskonalił się dar obserwacji.
Profesor P. Siemionow-Tien-Szanskij, który był przyjacielem Przewalskiego, wspominał po zgonie tegoż: „Wszystkiego co wzniosłe i piękne nauczył się szczodrze obdarzony zdolnościami młodzian na łonie matki-natury. Jej bezpośredniemu wpływowi zawdzięcza on i czystość moralną, i dziecięcą prostotę swej pięknej duszy, i subtelną przenikliwość swego umysłu, i swą niespożytą moc i energię w walce z przeszkodami fizycznymi i duchowymi”...
Po ukończeniu gimnazjum w 1855 roku Przewalski na ochotnika zaciągnął się do wojska. W tym czasie trwała Wojna Krymska, prasa rosyjska wypełniona była patriotyczno-wojskowym patosem, którym zarażała się przede wszystkim niedoświadczona, naiwna młodzież. Uległ tym nastrojom i Mikołaj, zwrócił się więc do zwierzchności, by skierowano go na front. Lecz bez skutku. Zamiast do wichru bitewnego trafił młody człowiek do atmosfery tępej rutyny, nieokrzesania, monotonijnego idiotyzmu żołnierskiej codzienności, tj. ujrzał się w położeniu najmniej odpowiadającym jego żywej, ruchliwej, niezależnej naturze.
Na 16-letnim chłopcu, „paniczu” – jak go zwali chłopi w majątku smoleńskim – życie pułkowe wywarło wrażenie oszałamiające swą grubością, nieokrzesaniem, chamstwem, tępotą. Hulaszczy tryb życia oficerów, ich okrutne obejście z żołnierzami wstrząsnęły duszą młodego człowieka. Tu nieoczekiwanie dla siebie zetknął się z najgorszymi cechami i przejawami psychiki ludzkiej. Wspominał później, iż pięć lat pobytu w wojsku zupełnie zmieniły jego wcześniejsze poglądy na życie i na ludzi.
Głęboka depresja ogarnęła duszę młodziutkiego oficera, tak iż – według własnego świadectwa - często po nocach płakał z rozpaczy, nie znajdując wyjścia ze ślepego zaułka. Dwie tylko rzeczy pozwalały mu odetchnąć i zapomnieć na trochę o swym położeniu: książka i strzelba. W wolnych od zajęć służbowych godzinach udawał się na wyprawy myśliwskie ze strzelbą, którą mu nadesłano ze wsi. Podczas tych wycieczek zaczął też zbierać kwiaty i układać z nich herbaria. W ten sposób znajdowała ujście nieskrystalizowana jeszcze, co prawda, ale przecież domagająca się realizacji, pasja badawcza młodego człowieka. Tenże instynkt poznawczy zaspokajany był – i również pozwalał zapomnieć o przykrej codzienności – dzięki bardzo intensywnej lekturze dzieł naukowych i literackich, którą Przewalski wypełniał czas wolny od służby i myślistwa.
W ciągu 1860 roku Pułk Połocki, w którym on służył, stacjonował w Krzemieńcu, do niedawna jednym z najmocniejszych na Kresach ośrodku kultury i oświaty polskiej, przekształconym niestety w ciągu paru dziesięcioleci przez władze carskie w przysłowiową prowincjonalną „dziurę”, pozbawioną jakiegokolwiek życia kulturalnego. I tu dla pana Mikołaja za jedyną rozrywkę pozostawało obcowanie z książką i od czasu do czasu samotne wyprawy ze strzelbą w okolice Krzemieńca.
Po pewnym czasie ten nietypowy adiutant Pułku Połockiego zwrócił się z pisemną prośbą do dowództwa sugerując wysłanie go nad Amur w celu prowadzenia badań naukowych. O młodzieńcza naiwności! Odpowiedzią był areszt i osadzenie na trzy doby w chłodnej celi, „by głupie myśli nie lazły mu do głowy”... Młodzian zrozumiał, że jedynym wyjściem dlań może być tylko wzmożone samokształcenie, wzbogacanie pamięci i podjęcie próby wstąpienia na studia do jakiejś wyższej uczelni wojskowej. – „Wiedza jest władzą nie mających władzy”. – W 1861 roku, mimo ogromnej konkurencji, wykazuje się błyskotliwą wiedzą i wstępuje do Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu.
Także podczas studiów uchodził Przewalski za jednego z najlepszych studentów uczelni. Wszelako większych widoków na to, że po studiach trafi na dobre miejsce, mieć nie mógł. Polskie nazwisko i znana zwierzchnictwu jego polska genealogia stanowiły czynnik, który miał nieraz jeszcze w przyszłości utrudnić karierę początkującego uczonego. Nawet ostentacyjne podkreślanie swego oddania Rosji, wzmożona ostrożność wypowiedzi, gdy zahaczano o „kwestię polską”, gromko deklarowane oddanie tronowi, nie mogły uśpić podejrzliwości carskich biurokratów i sfory konfidentów – amatorów, gorliwie obwąchujących każdy krok każdego, kto mógł być choć w jakimś stopniu ułamkiem „proklatoj Polszi”. Dookoła była masa wyniosłych, mściwych chamów, z którymi człowiek rzetelny nie chciał mieć do czynienia. Przebywać w towarzystwie głupców, to to samo, co trafić do niewoli wrogów.
Historycy carscy podkreślali ongiś przy byle okazji, że Mikołaj Przewalski na ochotnika zaciągnął się do oddziałów, walczących z insurgentami i „brał udział w dławieniu buntu polskiego” w 1864-1865 roku. W świetle faktów sprawa wygląda wszelako nie tak jednoznacznie. Gdy w Polsce wybuchło Powstanie Styczniowe, nastroje antypolskie, i dotąd silne w Rosji carskiej, uległy wręcz karykaturalnemu rozrostowi. We wszystkich warstwach społecznych werbowano ochotników, którzy by chcieli w Warszawie bronić „zagrożonej Rosji”. Także studentom Akademii Sztabu Generalnego zaproponowano: Kto uda się na wojnę do Polski, otrzyma znaczne ułatwienia i przywileje po ukończeniu studiów, jeśli chodzi o miejsce stałej służby. To był płomyk nadziei i Przewalski zgłosił się „na ochotnika” do oddziałów carskich, walczących w Polsce.
Po kilku tygodniach był już ponownie w szeregach Pułku Połockiego, w którym ongiś służył, a który obecnie stacjonował pod Warszawą i brał udział w potyczkach z powstańcami. Nie wiemy, czy Przewalski oddał chociażby jeden strzał w kierunku powstańców polskich. Według zachowanych, nie pozbawionych przekąsu, świadectw rosyjskich współtowarzyszy, a i według jego własnych słów, zawartych w listach do rodziny i znajomych, „ochotnik” z Akademii Sztabu Generalnego cały swój czas poświęcał czytaniu książek i polowaniom w okolicach Warszawy, tak iż „zaniedbywał niejednokrotnie bezpośrednie obowiązki służbowe”... Widocznie ten oficer armii rosyjskiej w ogóle zapominał, po co właściwie przysłano go do kraju nad Wisłą, w swych wycieczkach myśliwskich czuł się tak beztroski, że pewnego razu omal nie został wzięty do niewoli przez powstańców, tak był zaaferowany strzelaniem do kaczek. Tylko dzięki szybkiemu galopowi swego konia uszedł przed pościgiem... Nie dokazał tego jednak, gdy przez przypadek trafił podczas polowania na patrol policji rosyjskiej. Miał na sobie ubiór cywilny i mimo iż idealnie mówił po rosyjsku został aresztowany. Któż mógł mu uwierzyć, iż jest oficerem rosyjskim, skoro pod względem antropologicznym reprezentował typ czysto „sarmacki”: dynamiczna, wyrazista twarz, żywe, śmiałe oczy, duży i garbaty „nos szlachecki”, smukła, wysoka i silna sylwetka, z której biło poczucie godności i jakiejś „polskiej” wyniosłości... Nic dziwnego, że ten „przebrany Polak, udający Rosjanina” został na kilka dni wpakowany do lochu policyjnego i wypuszczony dopiero wówczas, gdy po kilku sprawdzeniach ustalono wreszcie, że jednak wyjaśnienia jego były prawdziwe. Można sobie wyobrazić, jak niechętnie wypuszczono tego aresztanta na wolność.
Po jakimś czasie Przewalski w ogóle bierze 4-miesięczny urlop i, pozostawiwszy pułk, wyjeżdża do swego majątku na Smoleńszczyznę. M. Engelhardt w następujący sposób streszcza tę historię: „W roku 1863, na początku powstania polskiego oficerom starszego kursu Akademii ogłoszono, że ten, kto zechce udać się do Polski, zostanie wypuszczony na warunkach uprzywilejowanych. W liczbie ochotników znalazł się i Przewalski. W lipcu 1863 roku został awansowany na porucznika i mianowany adiutantem do swego byłego Pułku Połockiego. W Polsce brał udział w uśmierzaniu buntu, lecz wydaje się, że bardziej się interesował polowaniem i książkami...
Engelhardt zauważa też, że Przewalski cieszył się szacunkiem ze strony oficerów pułku za swój rycerski charakter, ale jednak trzymał się osobnie, z nikim się nie zbliżał i nie spoufalał. Widocznie już wówczas jako dwudziestoletni człowiek doświadczył podłej przewrotności fałszywych „przyjaciół”, entuzjastów podglądania i podsłuchiwania współtowarzyszy. Powiedzieć bowiem trzeba, że tajne donosicielstwo, najbardziej złośliwe insynuacje były czymś powszechnym w środowisku oficerów carskich. I jeśli ktoś – nie daj Boże – miał nazwisko polskie, musiał dokazywać cudów ostrożności i ostentacyjnie podkreślać swój rzeczywisty lub rzekomy patriotyzm wielkoruski, by nie paść ofiarą prowokacji. Gdy ktoś miał dość uczestnictwa w tej prostackiej grze, po prostu się usuwał w cień, ograniczając stosunki towarzyskie do minimum (zupełne ich zerwanie zostałoby zinterpretowane w sposób niewątpliwie sykofancki).
W tym to, widocznie, okresie, w trakcie służby wojskowej i studiów w Akademii Sztabu Generalnego, a być może nawet jeszcze w latach gimnazjalnych, ukształtowała się znamienna cecha usposobienia M. Przewalskiego, którą uwypuklają wszyscy jego biografowie: pewna skłonność do samotności, stronienie od ludzi, a nawet swego rodzaju pogarda do ludzi. Cechy te potęgowały się z biegiem lat i z doświadczeniem, tak iż pod koniec życia osiągnęły charakter jawnej mizantropii. „Nie podobały mu się marność, hałaśliwość i brud życia towarzyskiego, ograniczenia przez nie nakładane; a wreszcie i charakter jego, pański, nie pozbawiony władczości i nietolerancji, stał na przeszkodzie ciasnemu zbliżaniu się z ludźmi”. (M. Engelhardt).
Trudno byłoby sądzić, w jakim stopniu były to cechy dziedziczne, nie ulega jednak wątpliwości, że szczególna atmosfera moralna Rosji carskiej w sposób dobitny je warunkowała i potęgowała. Nie wykluczone jednak, że był to przede wszystkim jeden z przejawów wewnętrznego arystokratyzmu tego człowieka, który – podobnie jak Fryderyk Nietzsche – czuł, iż „Gemeinschaft macht gemein”… „Żyć z niezmierną i dumną niedbałością; zawsze poza wszystkimi rubieżami. – Swe uczucia, swe „za” i „przeciw” dowolnie mieć lub nie mieć, polegać na nich, lecz tylko chwilami; wsiadać na nie jak na konia, często jak na osła, – trzeba bowiem umieć korzystać równie dobrze z ich głupoty, jak z ich zapału. Zachować swych trzysta zewnętrzności, jednocześnie czarne okulary, gdyż bywają wypadki, gdy nikt nam w oczy, a tym mniej w „powody” zajrzeć nie powinien. A do towarzystwa obrać sobie ów łobuzowski i wesoły grzech: grzeczność. I być panem swych czterech cnót: odwagi, wyrozumiałości, współczucia i samotności. Gdyż samotność jest w nas cnotą jako wzniosła skłonność i popęd do czystości, który odgaduje, że przy zetknięciu dwóch ludzi – że w „towarzystwie” – koniecznie niezbyt często być musi. Wszelka pospólność czyni człowieka, we wszystkich warunkach i okolicznościach – „pospolitym”. (Fr. Nietzsche, „Poza dobrem i złem”).
Oczywiście, wybujały indywidualizm i poczucie odrębności bardzo ściśle graniczą także z egoizmem. Tym bardziej, że ewolucja biologiczna kształtuje w sposób żywiołowy natury egoistyczne, których indywidualistycznemu egoizmowi wcale nie zaprzecza istnienie solidaryzmu wewnątrzgatunkowego i grupowego egoizmu, gdy się podobne jednostki nawzajem wspierają w celu bardziej skutecznego osiągnięcia celów pożytecznych indywidualnie. Tak więc struktury psychobiologiczne tworzą pewne predyspozycje i szanse, których stopień i kierunek wykorzystania zależą od okoliczności socjokulturowych. W kulturach rywalizacyjnych, nastawionych na indywidualne osiągnięcia podmiotu, a takie są np. kultury kapitalistyczne, w których dominuje anonimowość i rywalizacja, powodują w jednostkach silne dążenie do znaczenia i wyższości, bowiem dążenie to jest warunkiem powodzenia.
Lecz nie wolno widzieć tej prawidłowości w niejako automatycznie nasuwającym się uproszczeniu. Okazuje się bowiem, że w każdych warunkach np. skuteczne sprawowanie władzy wymaga skierowania swego wysiłku na cele społeczne i poświęcenia dla nich swych własnych interesów. Jak pisał Mc Clelland, „motywacja władcza dobrych przedsiębiorców nie jest ukierunkowana na osobiste wywyższanie się, ale na instytucje, którym służą”. Tak więc banalne odruchy egoistyczne w procesie aktywności społecznej wybitnych jednostek doznają bardzo radykalnej transformacji w swe własne przeciwieństwo, w szeroko pojęty „patriotyzm”, co z kolei umożliwia osiągnięcie szerokiego i głębokiego oddechu, samorealizację na wielką skalę i znakomite samopotwierdzenie się. Dążąc do wyższości lub perfekcji, ludzie podejmują coraz ambitniejsze zadania twórcze i ekspansywne, których rozwiązanie wzmacnia ich poczucie osobistej ważności jako osób i jest źródłem pozytywnych emocji, takich jak poczucie godności, duma itp.

***

Przebywając na urlopie w Otradnoje, dowiedział się pan Mikołaj, iż w Warszawie zakłada się szkołę junkrów. Podjął starania, by tam się dostać i w grudniu 1864 roku mianowano go oficerem oddziału w tej szkole, jak również wykładowcą historii i geografii. Pobyt w dawnej stolicy Polski, mieście o wielkich tradycjach kulturalnych, mieście ciągle jeszcze europejskim mimo trwającej od 80 lat okupacji rosyjskiej, okazał się jednym z najpiękniejszych okresów jego życia. Pogłębił i poszerzył tu gruntownie swą wiedzę mając do dyspozycji obszerne księgozbiory i towarzystwo wybitnych polskich specjalistów. Dwa lata tu spędzone na zawsze zostały w pamięci Przewalskiego i wspominał je – chociaż raczej nie był skłonny do sentymentów – ze szczerym rozrzewnieniem. Przez dwa lata młody oficer pełnił funkcje wykładowcy w Warszawskiej Szkole Junkrów. I chlubnie się na tym polu zapisał, jeśli wierzyć świadectwom tych osób, którym poszczęściło się zostać jego wychowankami.
W okresie późniejszym jego uczniowie wspominali, że jako wykładowca pan Mikołaj manifestował cechy znakomite. Posiadał bardzo gruntownie przyswojoną, obszerną wiedzę z historii odkryć geograficznych i z historii nauki w ogóle. Zadziwiał słuchaczy tym, że potrafił z pamięci cytować dosłownie długie ustępy z dzieł Humboldta, Rittera, innych klasyków nauki światowej. Dawał klarowną, logiczną interpretację zarówno tych cytatów, jak i w ogóle wszystkich poruszanych zagadnień. Wyczuwało się, że ten młody człowiek to nie tylko erudyta, lecz i osoba samodzielnie myśląca, rozumna, obdarzona wnikliwym analitycznym intelektem. Wszyscy wiedzieli, że porucznik Przewalski dużą część swej wypłaty poświęca na zakup książek z interesujących go nauk przyrodniczych, następnie zaś je studiuje, robi wypisy i wykorzystuje w pracy dydaktycznej. Był to nauczyciel z prawdziwego zdarzenia: twórczy, ciągle kształcący się i sprawiedliwy w stosunku do swych podopiecznych. Nie miał beniaminków i pupilków, przed nim – jak przed bogiem – wszyscy byli równi. Na dokuczliwe prośby niektórych junkrów, by postawił im lepszy, niż zasługiwali, stopień, odpowiadał: „Panowie, czy po takim ustępstwie nie będę się wam wydawał śmieszny i żałosny? Wspomnijcie na piękne słowa: ja znam tylko jeden naród – ludzkość, tylko jedno prawo – sprawiedliwość”...
M. Przewalski posiadał wrodzony talent elokwencji. Mówił głośno, wyraziście („gromogłasno”), nie za szybko, umiejętnie akcentując modulacją głosu najważniejsze tezy prelekcji. Głos miał jasny, klarowny, pozbawiony owego charakterystycznego charczenia, tak niemile rażącego w mowie wielu Polaków i Rosjan. Ciekawe, że głos jego był też dość wysoki, co mogłoby wskazywać, i chyba rzeczywiście było oznaką dużej dozy impulsywności, a nawet swoistej popędliwości, charakterystycznej dla niego w okresie późniejszym. Nie przypadkiem widocznie Atystoteles zauważał w „Fizjognomice”: „Wysoki głos świadczy o usposobieniu popędliwym. Gniewny bowiem i popędliwy ma zwyczaj podnosić głos i mówi krzykliwie, ten natomiast, kto jest nastrojony pogodnie, osłabia brzmienie i mówi niskim głosem”...
Do psychologicznych aspektów biografii Przewalskiego będziemy jeszcze nieraz powracali w dalszym ciągu niniejszego tekstu. Na razie zaś przypomnijmy, co napisał sam podróżnik o swym pobycie w byłej stolicy Królestwa Polskiego, Warszawie: „Tutaj w ciągu dwóch lat i kilku miesięcy, żywiąc pewność, że wcześniej czy później zrealizuję swe serdeczne marzenie o podróży, oddawałem się wzmożonym studiom botaniki, zoologii, geografii fizycznej itp., a w czasie lata udawałem się do siebie na wieś, gdzie, kontynuując też zajęcia, układałem herbarium. Miewałem też w tym okresie odczyty publiczne w uczelni z historii odkryć geograficznych ostatnich trzech stuleci oraz napisałem podręcznik geografii dla junkrów”... (który miał dwa wydania – przyp. J. C.). „Wstawałem bardzo wcześnie i prawie cały wolny od wykładów czas siedziałem nad książkami, ponieważ złożywszy podanie o skierowanie mnie do Syberii Wschodniej, już naszkicowałem plan mej przyszłej podróży”.
Niebawem temu planowi było sądzone stać się rzeczywistością. W ten sposób młody człowiek ostatecznie wybrał swe przeznaczenie losowe; wybrał zresztą zgodnie ze swymi predyspozycjami fizycznymi i psychicznymi.
Gdy człowiek wybiera swój los jako przeznaczenie, to znaczy świadomie postanawia obrać ten czy inny styl i cel życia, to „życie – dla czegoś” staje się sensem i treścią jego ziemskiej egzystencji, konkretnym ucieleśnieniem jego człowieczeństwa. „Formalny sposób, w jaki przeżycie przeznaczenia występuje i jest dane, może być dwojaki: po pierwsze pasywno-biorący, poszukujący istniejącego przeznaczenia. Są to ludzie, którzy czują się „powołani”, albo tacy, którzy przez całe życie szukają sensu swego życia. Może być tak, że przeznaczenie objawia się im pewnego dnia, albo tak, że znają je od początku. Od najwyraźniejszej świadomości osobistego powołania – po nieśmiałe pytanie, czy można być w czymś dobrym, lub, czy się nadajemy do czegoś, są zawarte wszelkie niuanse i stopnie pewności i przekonania. Po drugie, przeznaczenie może zostać ustalone aktywnie. Ludzie należący do tego drugiego typu postanawiają poświęcić się temu to a temu, żyć dla tego to a tego, określają się aktywnie; podczas gdy należący do pierwszego typu uważają się za przeznaczonych poprzez jakieś obiektywne fakty. (...) Wielką sprawę, dla której ktoś działa, opracowuje on z reguły za pomocą najwyraźniejszego ze swych przymiotów, których uaktywnienie zapewnia mu (niemal w tym samym stopniu) przyjemność funkcjonowania, jak i zadowolenie z obiektywnego rezultatu. Jednakże istnieją pojedyncze działania oraz całe biografie, w których wykonanie obowiązku dokonuje się bez własnego lub nawet przeciwko własnemu życzeniu; jak i odwrotnie – takie, w których całkiem osobista konieczność zostaje podniesiona do rangi konieczności obiektywnej. Przykładem wspaniałego przeżycia przeznaczenia w tym ostatnim sensie był, jak wiadomo, Napoleon.
Ale przecież nie tylko on; nie mniej wyrazistym przykładem tego rodzaju aktu był Mikołaj Przewalski.  „Moment przejścia od aktywności wynikającej wyłącznie z potrzeb do aktywności zadaniowej, która czyni z aktywności czysto funkcjonalnej – planową, a z działalności witalnej – działalność intelektualną, jest zawsze ten sam, mianowicie ów decydujący moment znalezienia przeznaczenia, które działanie czyni działaniem „po coś” i dla „czegoś”, i które tym samym nadaje działaniu „sens”.
Na odwrót jednak, działanie „po coś” i dla „czegoś” jest w pewnym, jednak najwyraźniej w bardzo różnym stopniu, związane z witalnością, ponieważ przy mniej lub bardziej wyraźnej utracie sił cielesnych, również realizacja powołania jest problematyczna lub zostaje zaniechana, a więc siła w jakimś stopniu jest do tego potrzebna”. (Charlotte Bühler, „Bieg życia ludzkiego”, s. 218).
Mówiąc bardziej konkretnie, siła fizyczna i psychiczna jest po prostu niezbędna, dajmy na to, gdy się wybiera jako swe przeznaczenie los (zawód) podróżnika, odkrywcy nowych lądów, badacza nieznanych „białych plam” na mapie kuli ziemskiej.

***

3. Pierwsza wyprawa – do kraju ussuryjskiego


W 1867 roku Mikołaj Przewalski zwrócił się za pośrednictwem profesora P. Siemionowa do Cesarskiego Towarzystwa Geograficznego Rosji z prośbą o sfinansowanie jego zamierzonej wyprawy naukowej do Azji. Towarzystwo, które nie dysponowało nadmiarem funduszy, w ogóle prawie nigdy nie finansowało młodych zapaleńców, bojąc się ryzyka zmarnowania pieniędzy, przydzielało pewne sumy tylko już doświadczonym uczonym, mającym istotny dorobek naukowy. Nie uchybiono temu stereotypowi i tym razem. Przewalski przydziału funduszy nie uzyskał, wszelako go zapewniono, że jeśli przedsięweźmie dla początku jakąś wyprawę naukową własnym kosztem, a jej wyniki okażą się owocne, będzie mógł liczyć także na wsparcie ze strony Towarzystwa Geograficznego.
Cóż było począć? Pan Mikołaj udał się na własny koszt do Irkucka, skąd zamierzał dokonać „skoku” na niezbadane tereny Azji. Generał-gubernator Irkucka Kukiel, zacny Polak, spotkał Przewalskiego życzliwie, potraktował ze zrozumieniem plany badawcze młodego oficera i przydzielił mu środki na wyprawę naukową do Kraju Ussuryjskiego, prosząc o dokonanie opisu statystycznego jego ludności. Syberyjski zaś oddział Towarzystwa Geograficznego nakazał mu w trakcie tej podróży dokonać opisu tamtejszej flory i fauny oraz zgromadzić zbiory botaniczne i zoologiczne.
Przebywając w Irkucku Przewalski skrupulatnie szykował się do podróży, przestudiował całą dostępną literaturę o Kraju Amurskim, włączając w to także rękopisy, znajdujące się w bibliotece Syberyjskiego Wydziału Towarzystwa Geograficznego. W końcu doskonale się już orientował, kto i kiedy bawił nad Ussuri i jakich odkryć dokonał. Poczynił też obszerne zapiski, w których zawarł całokształt swej wiedzy o regionie, przede wszystkim z takich dziedzin jak geografia, zoologia i botanika.
Niemało kłopotu sprawiło znalezienie paru ludzi, którzy potrafiliby sprostać trudom samotnej wyprawy. Przywieziony z Warszawy preparator po jednym z konfliktów z Przewalskim wrócił do domu. Przygotowania do wyprawy przebiegały nie bez zgrzytów. Podczas pobytu w Irkucku Przewalski wystosował list do jednego ze znajomych, w którym czytamy: „Niemiec Robert Köcher, którego przywiozłem z Warszawy, okazał się nic nie wart i zupełnie niezdolny do znoszenia jakichkolwiek trudów fizycznych. Prócz tego codziennie wylewał łzy nad swą narzeczoną Amalią i nad Warszawą, tak iż wreszcie wygnałem go od siebie; ostatnimi czasy nawet na polowania nie chciał chodzić i dokładnie nic nie robił, powtarzając ciągle, że nic go nie cieszy.
Nietrudno było Niemca wygnać, ale w Irkucku trudno było znaleźć mu zamianę. Los chciał jednak, że w pewnej chwili dość przypadkowo wpadł do pokoju Przewalskiego młody, początkujący, zaledwie 16-letni topograf Mikołaj Jagunów, syn umarłego niedawno Polaka z Litwy. Chłopak żył na wygnaniu razem z matką w skrajnej nędzy, był jednak dzielnym i pojętnym człowiekiem. Już podczas pierwszego spotkania tak przypadł do serca Przewalskiemu, że ów dosłownie pokochał go jak najbliższego krewnego i zaproponował udział w ekspedycji. Chłopak oczywiście się zgodził i Przewalski zaczął go uczyć, jak należy zdejmować i preparować skórki zwierząt itp. Odwlekło to nieco dzień wyruszenia nad Ussuri, ale zaowocowało później starannie przygotowanymi preparatami naukowymi.
I oto nadszedł pierwszy dzień pierwszej wyprawy. W dzienniku Przewalski zanotuje: „Drogi i pamiętny jest każdemu dzień, w którym realizują się jego najskrytsze marzenia, gdy po pokonaniu licznych przeszkód widzi wreszcie osiągnięcie celu, od dawna utęsknionego. Takim niezapomnianym dniem był dla mnie 26 maja 1867 roku, gdy po otrzymaniu delegacji służbowej do Kraju Ussuryjskiego i po zebraniu pospiesznym koniecznych zapasów wyjechałem z Irkucka drogą, wiodącą do jeziora Bajkał i dalej przez całe Zabajkale do Amuru.
Dokładnie po miesiącu, a więc 26 czerwca, trzej podróżnicy przybyli do sioła Chabarowka, skąd zaczęła się ich piesza wyprawa brzegiem Ussuri. Przewalski i Jagunów szli ciągle pieszo w górę tej rzeki, zbierając do herbarium rośliny i strzelając ptaki dla kolekcji ornitologicznej oraz prowadząc pomiary topograficzne. Silne deszcze, wysoka wilgotność powietrza, charakterystyczne dla tej części lata dalekowschodniego, utrudniały zarówno samą podróż, jak i kompletowanie zbiorów naukowych. Docierając wieczorem na wypoczynek do kolejnej stanicy Przewalski i Jagunów suszyli trawy, wypychali ptaki. Przyroda dorzecza Amuru wywarła na podróżniku niezatarte wrażenie, zachwyciła go „duchem przytłaczającej masywności”. Lasy tameczne stanowiły wówczas zadziwiającą mieszaninę potężnych drzew iglastych z liściastymi dębami, lipami, klonami oraz z egzotycznym dla tamtych terenów orzechem greckim i drzewem korkowym.
Przewalski regularnie czynił notatki w dzienniku polowym. Tajga ussuryjska podbiła serca podróżników: „Zadziwia wzrok – notował – zaskakująca mieszanina form północy i południa, które stykają się tu zarówno jeśli chodzi o świat roślinny, jak i zwierzęcy. W szczególności zaskakuje widok jodły spowitej winogronami, lub drzewo korkowe i orzech grecki rosnące obok cedru i sosny. Pokonanie pierwszych 500 kilometrów trwało ponad trzy tygodnie.
Dalej po rzece Sungacza dotarli podróżnicy do jeziora Chanka, niegłębokiego, co prawda, (przeciętna głębokość waha się między 1 a 3 metrami, najgłębsze zaś miejsce wynosi tylko 10,6 metra), ale długiego na 95 km. Zadziwiły Przewalskiego obfite ilości lotosu rosnące na tym jeziorze, jak również ogromne bogactwo świata ryb (33 gatunki, w tym jesiotry, ważące do 60 kg sztuka).
Cały sierpień spędził Przewalski nad jeziorem Chanka, badając jego zasoby. Dziewicze, nieprzebyte lasy stanowiły pewne ukrycie dla obficie tu występującej zwierzyny, co dla M. Przewalskiego, jako zapalonego myśliwego, było źródłem głębokich przeżyć i wspaniałych doświadczeń emocjonalnych. Podróżnik nieco później pisał: „Pies myśliwski odnajduje ci niedźwiedzia lub sobola, a tuż obok można zauważyć tygrysa, nie ustępującego pod względem wielkości i siły mieszkańcowi dżungli Bengalii. Uroczysta majestatyczność tutejszej przyrody nie jest naruszana przez człowieka, tylko bardzo rzadko zawinie tu niespodzianie łowca lub rozłoży swą jurtę koczujący dzikus, raczej w ten sposób uzupełniając niż naruszając widok dzikiej, dziewiczej natury.”
Szczególnie fascynującym gatunkiem wydał się podróżnikom wspomniany powyżej tygrys ussuryjski, zwany inaczej syberyjskim (w nomenklaturze naukowej: Panthera tigris altaica; rodzaj Felidae, gatunek Carnivore). Ten największy na świecie, wspaniały kot może przez wiele lat poddawać swej kontroli teren rozległy na około 4000 mil kwadratowych, przemierzając w ciągu miesiąca w poszukiwaniu pożywienia do 700 mil. Samce tygrysa ussuryjskiego zazdrośnie strzegą swego rewiru, zaznaczając zastrzeżony dla siebie teren zadrapaniami na korze drzew i zapachem moczu. Tygrys ussuryjski może ważyć nawet ponad 380 kg; jego razowy posiłek sięga niekiedy prawie 50 kg, choć zwykle wystarcza mu dziennie 10 kilogramów świeżego mięsa, by zachować sprawność i siły w surowych, mroźnych warunkach klimatycznych. W książkach M. Przewalskiego opisy zwyczajów i zachowań tego gigantycznego kota zajmują wiele pięknych stron...
Ale przecież nie tylko ten mocarz lasów syberyjskich fascynował i przerażał ludzi. Pewnego razu pan Mikołaj zetknął się na polowaniu z niedźwiedziem, który pod względem tuszy znacznie przekraczał wszystkie tego rodzaju zwierzęta zabite lub choćby widziane przez kogokolwiek w Syberii Wschodniej. „Będąc rażony pierwszą kulą z odległości czterdziestu kroków, niedźwiedź z rykiem rzucił się na mnie, – pisał Przewalski. – Gdy rozwścieczone zwierzę znajdowało się w pięciu krokach ode mnie, oddałem drugi strzał i olbrzym z przestrzeloną czaszką jak snop padł na ziemię. Oczywiście, trwało to parę chwil, lecz nigdy one nie zatrą się w mojej pamięci i po wielu latach będę równie jaskrawie, jak w owym momencie, widzieć tę rozwartą paszczę, zabarwiony na krwawo język oraz ogromne kły”.
Ścieżka wyprawy wiodła przez nieogarniętą wzrokiem tundrę, obok przecudnych jezior z kryształowo czystą wodą, przez lasy wypełnione różnorodnymi i pięknymi formami życia. Wreszcie podróżnik, po przemierzeniu wielu setek kilometrów, stanął nad brzegiem Morza Japońskiego, a następnie ruszył wzdłuż niego, gromadząc i ładując na konie pociągowe obfite zbiory botaniczne, ornitologiczne i entomologiczne.
Droga prowadziła wybrzeżem, obfitowała w masę przeszkód. Już wkrótce na zmianę latu przyszła jesień, a tą zmieniła zima. Spadł śnieg, uderzyły mrozy, lecz podróż trwała. Codziennie, bez przerw, systematycznie. Za godzinę do zachodu słońca podróżnicy zatrzymywali się, rozładowywali konie, szykowali drwa na ognisko, spożywali kolację, na którą składał się zazwyczaj ustrzelony ptak, zając, złapana ryba, a w braku ich – zwykła kasza. Póki Jagunów szykował potrawę, Przewalski rozgrzewał na ogniu zamarznięty atrament i notował poczynione w ciągu dnia obserwacje. Następnie ścielono pod siebie chrust, gałęzie drzew, suchą trawę, okrywano się skórami ustrzelonych zwierząt i próbowano zasnąć, chociaż mróz doskwierał i ciągłe trzeba było przewracać się z boku na bok, by ogrzać przy ogniu wciąż na nowo ochładzające się ciało.
O dwie godziny przed świtem następowała pobudka. Karmiono konie, szykowano śniadanie, rozgrzewano się gorącą herbatą i wraz ze wschodem słońca maleńka karawana ruszała dalej w nieznane. W południe zatrzymywano się w celu spożycia posiłku i przeprowadzenia obserwacji meteorologicznych... I tak bez przerwy, dzień po dniu.
Gdy przychodziła chwila wytchnienia, podróżny siadał na głazie przy brzegu morza i oddawał się cichej zadumie. „Przysiądziesz się, bywało, – pisał – na szczycie stromej skały i patrzysz jak zaczarowany na błyszczącą dal morza. A ileż to rozmaitych myśli rodzi się wówczas w głowie! Wyobraźnia kreśli przed tobą widoki dalekich krajów, zamieszkałych przez innych niż ty ludzi, krajów, w których króluje wieczna wiosna, a gdzie fale tego samego oceanu szepczą coś koło brzegów otoczonych lasami palmowymi. Zdaje się: pofrunął byś tam, jak strzała, by ujrzeć te wszystkie cuda, tę świątynię natury, wypełnioną życiem i harmonią! Następnie zaś myśl pogrąża się w toń wieków, które minęły, a ocean staje przed nią w jeszcze większym majestacie. Przecież on istniał i wówczas, gdy żadna jeszcze forma roślinna lub zwierzęca nie zjawiła się na naszej planecie, gdy nawet samego lądu było jeszcze niewiele! Na jego oczach i, widocznie, w jego łonie powstało pierwsze stworzenie organiczne! On karmił je swą wilgocią, huśtał na swych falach! On jest najstarszym mieszkańcem Ziemi, on lepiej od najlepszego geologa zawiera w swej pamięci całą historię planety, i chyba tylko nieliczne stare skały mogą z nim rywalizować pod względem wieku”...
Jednak nie tylko wspaniała przyroda przyciągała uwagę podróżnika, lecz i z jej pięknem kontrastujące bytowanie tutejszych mieszkańców. W roku 1868 w Kraju Ussuryjskim mieszkało 5 258 kozaków, przesiedlonych tu przemocą i faktycznie żyjących jak zesłańcy. Spadły też na nich znaczne ciężary ekonomiczne i wojskowe. Był to kraj ludzkiej nędzy, rozpaczy, beznadziejności. Przewalski pisał: „Wszędzie spotyka się brud, głód, nędzę, tak iż mimo woli boli serce widząc te wszystkie zjawiska... Położenie kozaków ussuryjskich jest krańcowo trudne, głód i bieda z różnymi towarzyszącymi im nieuchronnie występkami doprowadziły tych ludzi do zupełnego upadku moralnego, zmusiły ich machnąć na wszystko ręką i obojętnie ulec swej gorzkiej niedoli... Blada cera, wpadnięte policzki, wystające kości twarzy, rozwarte wargi, przeważnie niski wzrost i chorobliwy wygląd – oto cechy typowe fizjologii tych kozaków... Dzieci kozaków są jakieś sflaczałe, niechętne do zabaw i rozrywek”...
Bezprawie, brak wolności i szacunku do ludzkiej godności, nędza powodowały, z jednej strony, szerzenie się chorób, z drugiej – skrajną demoralizację społeczeństwa, najwstrętniejsze formy rozpusty i wyuzdania łącznie z kazirodztwem, zoofilią itp. Towary i produkty w miastach dalekowschodnich przy najgorszej jakości były niepomiernie drogie. Nawet treść życia tamtejszego „high life’u” polegała – jak pisze Przewalski – na realizowaniu schematu: „Wódka i karty, karty i wódka – oto hasło tutejszej społeczności”.
O ile rosyjska „societa” w tamtych stronach stanowiła przysłowiowy „kurnik skropiony perfumami”, wypełniony przez bezbarwnych, pozbawionych wyższej duchowości i zainteresowań, osobników, o tyle tubylcza ludność turańska w ogóle egzystowała w warunkach urągających wszelkim wyobrażeniom o ludzkiej godności. Tym bardziej, że władze rosyjskie celowo i konsekwentnie zmierzały do jej demoralizacji i upodlenia. Carat zresztą nie był wynalazcą tych metod socjotechnicznych. Jeszcze Tacyt utrzymywał, że deprawacja obyczajów stanowi nawet lepszy środek utrzymywania w posłuszeństwie podbitych narodów niż orężny przymus. Przytaczał też przykłady jak zwycięzcy specjalnymi kanałami wpajają tym, z kogo chcą mieć potulnych niewolników, zamiłowanie do „wolnej miłości”, hulanek, pijaństwa, próżniactwa.
Brudne sprawy – by zostały załatwione – potrzebują brudnych rąk. Rząd, który realizuje władzę za pomocą kłamstw, szachrajstw i przemocy, może być pewny, że i on będzie traktowany podobnie, tj. ze strony własnych urzędników spotkają go fałszerstwa, matactwa, złodziejstwo itp. Nikt bowiem nie może być zdemoralizowany wybiórczo, deprawacja ma charakter dogłębny i czyni ludzi niezdolnymi w ogóle do postępowania uczciwego. Nie mogą dobrze stać sprawy w państwie, gdzie kariery się robi nie dzięki sumiennemu wykonywaniu swych obowiązków, lecz dzięki służalstwu i pochlebstwom. Poczucie godności, honor i cnota, stanowiące moralną podstawę życia społecznego, są w ustroju despotycznym nie tylko niepotrzebne, lecz wręcz niebezpieczne. Ich miejsce zajmuje tu wszechogarniający lęk, a ponieważ jest to zły doradca dla rozumu, nic dziwnego, iż tam, gdzie on panuje, dominują marazm, nikczemność, okrucieństwo i fałsz. Tam, gdzie człowiek jest wart mniej niż nic, króluje wszechogarniająca nicość.
W warunkach świadomie konserwowanej powszechnej ciemnoty nietrudno było wymusić nieograniczone posłuszeństwo, ale w takich stosunkach z nieuchronnością reprodukowane były barbarzyństwo i moralna wszawica, deprawacja i zbydlęcenie, które z równym natężeniem występowały zarówno na dołach, jak i na szczytach społeczeństwa. Być może dlatego silny i szlachetny charakter, jakim był Przewalski, chociaż darzony później osobistą przyjaźnią obu carów, za których panowania przyszło mu żyć, brzydził się dworem i uciekał od niego. Nie mógł pozbyć się własnej prawdziwej wielkości, aby przybrać złudną.
M. Przewalski zawarł w swych notatkach z pierwszej podróży także przerażający wizerunek życia zarówno ussuryjskich kozaków, jak i ludów tubylczych. Niesankcjonowane opublikowanie tych opisów miało mu sprawić niemało przykrości, lecz do tego wątku wrócimy nieco później.

***

We wstępie do swej pierwszej książki autor stwierdzał: „Wielorakość spoczywających na mnie zajęć nie mogły się nie odbić na ich większej czy mniejszej doskonałości i pomyślności. Tak więc, prócz rozmaitych badań statystycznych i pomiarów musiałem codziennie, i to w warunkach ciągłego poruszania się z miejsca na miejsce, robić obserwacje meteorologiczne, zbierać i suszyć rośliny, strzelać do ptaków, wypychać je, prowadzić dziennik itd., słowem, brać się bez przerwy to za jedną to za drugą pracę”.
Jedynym pomocnikiem – ale pomocnikiem z prawdziwego zdarzenia – był dla niego syn polskiego powstańca Mikołaj Jagunów. Przewalski wyznawał: „Przy tym uważam za wielkie szczęście, że w zaistniałych okolicznościach miałem do dyspozycji czynnego i pilnego pomocnika w osobie wychowanka gimnazjum irkuckiego Mikołaja Jagunowa, który był niezmiennym współtowarzyszem moich wędrówek. Z tym energicznym młodzieńcem dzieliłem wszystkie trudy, zmartwienia i radości; uważam więc za swój święty obowiązek wyrazić mu – jako nędzną płatę – moje szczere uznanie”... Istotnie, ci dwaj młodzi ludzie żyli ze sobą jak dwaj przyjaciele z wiersza Adama Mickiewicza, którzy: „gdy znaleźli orzeszek, ziarnko dzielili na dwoje”...
Od połowy stycznia do połowy lutego 1868 wyprawa nabierała tempa (po przejściu 1100 km) i zapasów na stancji Busse. Następnie udano się ponownie w kierunku jeziora Chanka, nad którym w ciągu następnego półrocza prowadzono nader owocne badania, przede wszystkim ornitologiczne.
Latem 1868 Przewalski powołany został nieoczekiwanie do czynnej służby wojskowej, brał udział w walkach z chińskimi „chunguzami”, ciągle niepokojącymi regiony przygraniczne Rosji. Jesień i zimę 1868/1869 spędził w Nikołajewsku – na – Amurze, jako adiutant sztabu wojsk Obwodu Primorskiego. Z ogromną odrazą wspominał później o tym okresie swego życia w środowisku, w którym kwitnęło pijaństwo, hazard, w którym „moralna śmierć każdego tu przebywającego była nieuchronna”... W wolnych od służby chwilach zaczął Przewalski pisać książkę „Wyprawa do Kraju Ussuryjskiego”, opracowywał zbiory przyrodnicze. Wiosnę i lato 1869 spędził uczony ponownie nad jeziorem Chanka, kontynuując badania florystyczne i topograficzne.
Pod koniec 1869 roku Przewalski i Jagunow zatrzymali się na parę tygodni w Nikołajewsku. Przywódca wyprawy udzielał tu swemu podwładnemu codziennie lekcji z dziedziny geografii i historii, starannie sprawdzając jakość przyswajanej wiedzy. Nieco wyprzedzając wydarzenia możemy przypomnieć, że po zakończeniu pierwszej podróży Przewalski, który zdążył się już serdecznie przywiązać do Jagunowa i kochał go jak rodzonego młodszego brata, podjął decyzję o skierowaniu młodzieńca do pobierania nauk. Można być pewnym, że wybór Warszawy nie był dziełem przypadku. Przewalski uważał za swój moralny obowiązek zadbać o przyszłość zdolnego chłopca. Wystarał się więc o przydzielenie go do Warszawskiej Szkoły Junkrów i pozostawił tam pod opieką swego przyjaciela I. Fatiejewa. W liście do Fatiejewa Przewalski m.in. polecał Jagunowa jako „wspaniałego, dobrego, uczciwego i pilnego młodzieńca, który z czasem zostanie widocznie jednym z najlepszych uczniów”, co też się niezawodnie sprawdziło. Jagunow uczył się na celująco, jako najlepszy ukończył pierwszy rok nauki i – mimo pewnych trudności w zaadaptowaniu się do nowego otoczenia – pomyślnie skończył naukę i służył później jako oficer w Pułku Austriackim.
Planując swą kolejną podróż do Azji Przewalski zamierzał zabrać ze sobą jako pomocnika właśnie Jagunowa, który tymczasem ukończył naukę i na polecenie swego sławnego przyjaciela usilnie się ćwiczył w sztuce rysowania, wykazując się i w tej dziedzinie wcale znacznymi uzdolnieniami. Przewalski wspierał młodego oficera finansowo i widział w nim swego najwierniejszego pomocnika w realizacji wielkich zamierzeń badawczych. Lecz z Warszawy nadeszła przerażająca wieść, że 8 czerwca 1875 roku Mikołaj Jagunow utonął w Wiśle.
Przewalski zadbał o wzniesienie pomnika na grobie swego młodego przyjaciela, współuczestniczył w finansowaniu tego smutnego przedsięwzięcia. Po roku zaś prosił jednego ze znajomych o posadzenie dąbka na mogile Jagunowa. W listach i rozmowach, w dziełach pisanych w następnych latach Przewalski nieraz jeszcze z uznaniem i smutkiem wspominał swego towarzysza z pierwszej wyprawy nad Ussuri...
Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do początku zimy 1869 roku. Wówczas wreszcie cele pierwszej wyprawy zostały zrealizowane, prace wydawały się zbliżać ku końcowi. „Dwa lata życia wędrownego – zanotuje Przewalski – przemknęły jak sen, pełen cudownych widzeń... Żegnaj Chanko! Żegnaju, cały Kraju Ussuryjski”... Egzamin na podróżnika został złożony pomyślnie.

***

W styczniu 1870 roku Mikołaj Przewalski przybył razem ze swoimi zbiorami do Petersburga. Ze swej pierwszej podróży uczony przywiózł m.in. 310 wypchanych ptaków i 32 gatunki ich jaj; 300 gatunków roślin i 83 odmiany nasion.
Członek ordynaryjny Akademii Nauk w Petersburgu Karol Maksymowicz wspominał: „Na początku roku 1870 zjawił się u mnie młody oficer, który się przedstawił jako Mikołaj Michajłowicz Przewalski i wyjaśnił, że on w ciągu trzech lat podróżował w Kraju Południowo-Ussuryjskim i, chociaż przeważnie zajmował się zbiorem materiału zoologicznego, zwracał wszelako uwagę także na roślinność, a wywiezione stamtąd herbarium zaproponował Sadowi Botanicznemu, pod jednym warunkiem, żeby rośliny zostały natychmiast zarejestrowane, a ich lista przekazana mu. Energiczna, utalentowana, wrząca życiem osobowość Przewalskiego, jego żywy umysł, doskonały dar obserwacji i płomienna miłość do przyrody, które przebijały w jego słowach, już wówczas zrobiły na mnie głębokie wrażenie i na zawsze usposobiły życzliwie do niego”.
Na początku marca 1870 roku uczony na sesji Towarzystwa Geograficznego złożył sprawozdanie o położeniu Kraju Ussuryjskiego, jego klimacie, florze, faunie i zaludnieniu. Referat podróżnika był tak interesujący, bogaty w dane, dokładny i sumienny, że Cesarskie Towarzystwo Geograficzne nadało autorowi, jako wyraz uznania, srebrny medal, Ministerstwo Wojny zaś przeniosło go do sztabu generalnego. Akademik Rosyjskiej Akademii Nauk A. Strauch w jednym z wystąpień zaznaczał, że Przewalski „nadzwyczaj systematycznie i z rzadkim rozeznaniem materiału ustosunkowywał się do swych zbiorów naukowych.”
Przez kilka kolejnych miesięcy Przewalski opracowywał poszerzoną wersję opisu swej podróży po Kraju Ussuryjskim, następnie zaś zwrócił się do Towarzystwa Geograficznego z prośbą o skierowanie go na wyprawę naukową do północnych kresów Chin oraz do dorzecza rzeki Żółtej i Kuku-noru. Prośbę tę potraktowano ze zrozumieniem...

***

Przed udaniem się w kolejną podróż Mikołaj Przewalski zdążył w ciągu kilku miesięcy napisać swą pierwszą książkę Wyprawa do Kraju Ussuryjskiego, którą zadedykował – jak pisał – „mojej ukochanej matce”... Ta obszerna, z talentem i werwą napisana książka posiada niewątpliwe walory estetyczne, niektóre fragmenty tekstu czyta się z ogromną przyjemnością, inne znów z zapartych tchem, a całość – z niesłabnącą uwagą i zainteresowaniem. Zmysł przyrodnika, utalentowanego obserwatora natury nigdy nie zawodzi autora. Oto np. jak opisuje przyrodę Zabajkala... „Same góry okrywa las iglasty, składający się przeważnie z sosen i modrzewi... Chociaż życie fauny w tutejszych lasach górskich jest nader obfite i wiele w nich kryje się najrozmaitszych zwierząt: niedźwiedzi, łosi, jeleni wschodniosyberyjskich, wiewiórek, piżmowców, soboli, to jednak lasy owe – jak i w ogóle tajgi syberyjskie – cechuje cmentarna cisza, która na człowieku nie przyzwyczajonym robi wrażenie mroczne, dławiące.
Nawet śpiewającego ptaka słyszy się tylko z rzadka: on też jakby się bał śpiewać w tej głuszy. Zatrzymasz się, bywało, w takim lesie, a najmniejszy dźwięk nie narusza ciszy. Chyba że niekiedy uderzy dziobem o drzewo dzięcioł czy zabrzęczy owad, lecąc, Bóg wie, dokąd. Stuletnie drzewa posępnie rozglądają się wokół siebie, pomniejsze zarośla i gnijące pnie utrudniają każdy krok i dają namacalnie poczuć, że się znajdujesz w lesie dziewiczym, którego jeszcze nie tknęła ręka człowieka”.
M. Przewalski miał do przyrody stosunek pełen czci i niemal religijnego podziwu. Nie przypadkiem Claude Levi-Strauss („Smutek tropików”) radzi: „Szukać wytchnienia i wolności, nawet więcej – sensu kondycji ludzkiej – w kontemplacji minerału piękniejszego niż wszystkie nasze dzieła, w woni lilii bardziej uczonej niż nasze księgi albo w spojrzeniu przepełnionym cierpliwością, pogodą i wzajemnym przebaczeniem, które w chwili niezamierzonego porozumienia zdarza nam się wymienić z kotem”...
Stosunek człowieka do przyrody, jako do swej „kolebki” i domu ojczystego – o ile nie jest zakłócany przez wykoślawienie merkantylne i utylitarne – powinien być właśnie taki: pełen czci, miłości i pietyzmu. Max Scheler notował: „Jednostronna, historycznie wywodząca się z żydostwa idea wyłącznego panowania człowieka nad przyrodą, która coraz bardziej – mimo wszystkich przeciwnych ruchów pierwotnego chrześcijaństwa, franciszkanizmu, Goethego, Fechnera, Bergsona, romantycznej filozofii natury – stawała się poniekąd aksjomatem zachodniego etosu świata i której jednym z następstw było w końcu materialistyczne ustanowienie absolutnego mechanizmu przyrody, musi być w przyszłości zasadniczo przezwyciężone. Musimy ponownie nauczyć się patrzeć na przyrodę, jak na „pierś przyjaciela” i musimy ograniczyć „naukowe”, nieodzowne dla techniki i przemysłu, formalno-mechaniczne rozpatrywanie przyrody do fachowego, sztucznego sposobu postępowania fizyka, chemika itd. Kształcenie człowieka (także kształcenie jego serca) poprzedzać winno każdą „fachowo-naukową” postawę wobec przyrody jako jakiegoś przeciwnika, nad którym trzeba zapanować”.
Jeśli nie zapanuje etos miłości i ochrony w stosunku do przyrody, to oderwana od całego kosmicznego odczucia jedności, „miłość do człowieka” okaże się w jakimś momencie niszczycielska wobec całej przyrody organicznej, tak jak działo się – ku przerażeniu każdego, kto był tego świadom – podczas uprzemysłowienia w epoce kapitalistycznej, a zwłaszcza późnokapitalistycznej, niszczącego i pustoszącego organiczną przyrodę. Nic też dziwnego, że nie uznaje się już wyższej rangi „wartości życia” (również jako wartości życia ludzkiego) w stosunku do maksimum wartości osiągnięcia i korzyści (wytworzenie maksymalnych zasobów dóbr materialnych i cywilizacyjnych).
Zwraca na się uwaga głęboka religijność umysłu Przewalskiego, ów zakorzeniony w duszy polskiej zmysł metafizyczności świata. W połączeniu ze szlachetną bezinteresownością tworzyła ta cecha syndrom charakteru nad wyraz sympatycznego. „Kiedy wolny umysł jest naprawdę bezinteresowny, zmusza to Boga, aby weń wstąpił; i gdyby umysł ów mógł się obyć bez form przypadkowych, miałby wówczas wszystkie własności samego Boga... Niewzruszona bezinteresowność sprawia, że człowiek staje się najbardziej do Boga podobny”... (Mistrz Eckhart). –
I jako „dziecko Boga” żywi miłość, ma poczucie istotowej jedności ze wszystkim, co go w przyrodzie otacza. Co więcej, dba o to, by wokół niego panowała harmonia i konstruktywny rozwój. „Stworzenie zostało dane i zadane człowiekowi nie jako źródło cierpienia, ale jako podstawa twórczego istnienia w świecie. Człowiek, który wyznaje zasadniczą dobroć stworzeń, zdolny jest ujawniać wszystkie tajniki stworzenia, ażeby dzieło zadane mu przez Boga wciąż doskonalić. Kto przyjmuje Objawienie, a w szczególności Ewangelię, dla tego musi być jasne, iż lepiej jest istnieć, niż nie istnieć. I stąd nie ma w polu widzenia Ewangelii miejsca na żadną „nirwanę”, na żadną apatię czy rezygnację. Jest natomiast wielkie wezwanie do doskonalenia tego wszystkiego, co stworzone – i siebie, i świata”. (Karol Wojtyła).
W obcowaniu z przyrodą człowiek niepostrzeżenie dla siebie staje się filozofem i mistykiem, w najszlachetniejszym znaczeniu tych pojęć. Hoimar von Ditfurth, znakomity współczesny uczony, pisze: „Zajmowanie się problemami przyrodniczymi i wynikami przyrodoznawstwa nie jest niczym innym, jak pewną formą poszukiwania sensu ludzkiej egzystencji; ... wbrew dzisiaj jeszcze rozpowszechnionym uprzedzeniom, nauki przyrodnicze są dalszym ciągiem filozofii z zastosowaniem odmiennych środków”. (H. von Ditfurth, „Rozmyślania nad przyrodniczym obrazem świata”, w: „Przegląd Techniczny”, nr 28-29, 1982, s. 46).
No i wreszcie warto wskazać na jeszcze jeden aspekt obcowania człowieka z naturą: psychohigieniczny, o którym, używając co prawda słownictwa „niefachowego”, pisał jeszcze Lucjusz Anneusz Seneka w „Fedrze”: „Nikt nie żyje swobodniej, dalej od występku, ani bardziej nie czci dawnych obyczajów niż ten, kto wyrzekłszy się miasta ukochał lasy. Kto nie splamiony winą oddaje się wędrówkom wśród górskich szczytów, tego nie rozpłomienia ani szał chciwości, ani zwodnicza łaska ludu, ani motłoch szlachetnym mężom niewierny, ani zgubna zawiść, ani nietrwała życzliwość; ten ani nie służy władzy, ani nie dąży do wpływów polując na próżne zaszczyty lub złudne bogactwa, lecz wolny jest od nadziei i strachu; czarna trawiąca nienawiść nie nęka go zębem nikczemnym; nie zna zbrodni rozsianych wśród miejskich tłumów, nie poczuwając się do winy nie trwoży się żadnym hałasem ani nie wygłasza kłamliwych mów; nie szuka schronienia jak bogacze pod dachem wspartym na tysiącu kolumn, ani unosząc się pychą nie każe złocić stropu swojego domu; nie przelewa potoków krwi na ołtarzach ofiarnych...; lecz jest on panem pól i niewinnie wędruje pod nieba szerokim przestworem”.
Wszystkie powyżej wyłuszczone momenty i aspekty stosunku człowieka do przyrody znalazły wyraz już w pierwszym wielkim dziele Mikołaja Przewalskiego „Wyprawa do Kraju Ussuryjskiego”. W tej fascynującej książce znalazł się szereg plastycznych „sylwetek” czyli opisów poszczególnych reprezentantów świata fauny syberyjskiej. Uczony pisze m.in.: „W królestwie zwierząt typowym zjawiskiem stepowej części Zabajkala są „bajbaki”, zwane tu „tarabaganami” (Arctomys bobac), nieduże zwierzątka z gatunku gryzoni, żyjące w norkach urządzanych pod ziemią. Zresztą, większą część dnia, w szczególności zaś ranek i wieczór, zwierzątka te spędzają na powierzchni ziemi, zdobywając sobie pożywienie lub po prostu się wygrzewając na słońcu w pobliżu swych nor, od których nigdy się nie oddalają na znaczniejsze odległości.
Zaskoczony znienacka, tarabagan rzuca się co tchu do ucieczki w kierunku nory i zatrzymuje się dopiero przy wejściu do niej, gdzie już się czuje zupełnie bezpiecznie. Jeśli przedmiot, który wzbudził jego strach, na przykład, człowiek lub pies, znajduje się jeszcze niezbyt blisko, to – będąc skrajnie ciekawskim – zwierzątko to zazwyczaj nie chowa się do nory, lecz z zainteresowaniem przygląda się swemu nieprzyjacielowi.
Często przy tym staje na tylnych łapkach i podpuszcza człowieka na sto kroków, tak iż zabić tarabagana w tym położeniu strzałem dla wytrawnego myśliwego jest dość łatwo. Będąc jednak nawet śmiertelnie zranionym on zawsze jeszcze zdąży zapełznąć do swej nory, skąd nie da się go wydobyć inaczej, niż odkopując. Mi się też zdarzyło zabić kilka tarabaganów, ale nie wziąłem żadnego z nich, ponieważ nie miałem ani czasu, ani chęci odkopywać norę.
Rosjanie w ogóle na tarabaganów nie polują, lecz tubylcy Buriaci i Tungusi – zdobywają ich ze względu na mięso i tłuszcz, którego jesienią stary samiec daje do pięciu funtów. Mięso chętnie używane jest jako strawa przez tychże tubylców, a tłuszcz idzie na sprzedaż. Polowanie na tarabagany odbywa się w różny sposób: ich się strzela, łapie na pętle, wreszcie, odkopuje późną jesienią z nor, w których one się oddają śpiączce zimowej.
Odkopywanie takie wszelako nie jest czymś łatwym, ponieważ nory tarabaganów są głębokie i na dużą odległość idą wijąc się pod ziemią. Lecz trafiwszy na całą gromadkę myśliwy za jednym zamachem zabiera nieraz do dwudziestu zwierzątek”...

***

Szczególny – i to bardzo ważny – rozdział w pracy naukowej Przewalskiego stanowią jego badania etnograficzne. Poświęcił on w swych dziełach nader obszerne fragmenty opisowi bytu, obyczajów, psychologii, kultury narodowości i plemion, zamieszkałych na terenach, od niedawna dopiero włączonych do Imperium Rosyjskiego. Już „Wyprawa do Kraju Ussuryjskiego” zawiera obfite, niezwykle interesujące opisy życia tamtejszych Chińczyków, Koreańczyków oraz plemion Goldów i Oroczów, rdzennej ludności owych terenów. Dziś zapiski Przewalskiego stanowią jedno z ważnych źródeł dotyczących kultury tych ludów w XIX wieku.
Przewalski, co prawda, organicznie nie znosił widoku Chińczyków i Koreańczyków, był pod tym względem zawziętym ksenofobem, autorem planów podboju tych państw przez Rosję i zniewolenia tych, jak uważał, „podludzi”. Był w tym względzie niejako typowym rosyjskim megalomanem. („Wszyscy Rosjanie są megalomani” – twierdził przyjaciel Przewalskiego, profesor Benedykt Dybowski, ale przeoczył, że Polacy - też). Podobnież dość serdecznie nie kochał Żydów, uważając ich za plemię zwyrodniałe i z natury oddziałujące rozkładowo na narody, wśród których przebywają.
A jednak, mimo całej swej – nie ukrywanej – niechęci do Azjatów uczony nigdy nie został ofiarą własnych stereotypów czy przesądów; relacje jego nacechowane są obiektywizmem a także niemałą dozą życzliwości. Oto np., co pisze o tamecznych Chińczykach (samonazwa: Manzowie): „Głównym zajęciem wszystkich Manzów, którzy prowadzą osiadły tryb życia, jest uprawa roli, którą rozwinęli do perfekcji. Pola, znajdujące się obok ich domostw, mogą uchodzić za przykład pracowitości, tak że urodzaj ziarna, w szczególności prosa, stanowiącego ich podstawową strawę, bywa nadzwyczaj wysoki i zabezpiecza całoroczną egzystencję gospodarza fanzy i jego robotników. Prócz tego Manzowie sieją sorgo, bób, fasolę, kukurydzę, jęczmień i pszenicę, a na ogrodach uprawiają rozmaite warzywa, jak np. ogórki, dynie, kapustę, rzodkiew, czosnek, cebulę, czerwony pieprz i tabakę. Cebula i czosnek należą do ich najulubieńszych warzyw i są używane jak w stanie surowym, tak i w składzie innych dań.
Ponadto niektórzy Chińczycy, co prawda, bardzo nieliczni, praktykują uprawę żeń-szenia (Pana Ginseng), którego korzeń jest bardzo wysoko ceniony w Chinach... Z dawnych czasów medycyna chińska przypisuje korzeniom żeń-szeń rozmaite właściwości lecznicze, nawet przy takich schorzeniach jak upadek sił, suchoty itp.; dlatego w Chinach płaci się za nie szalone pieniądze”.
Przy tym korzeń tej dziko rosnącej (a niezmiernie rzadko spotykanej) rośliny jest kilkaset razy droższy niż pochodzący z uprawy (i też wysoko ceniony).
Przewalski podaje bardzo interesujące opisy wielu szczegółów bytu Chińczyków ussuryjskich. Tak np. opowiada o ich mieszkaniach: „Wewnątrz fanzy z jednej, a niekiedy i z dwu, stron znajdują się gliniane prycze, wznoszące się zaledwie kilkanaście centymetrów nad ziemną podłogą. Prycze te pokrywa się siennikami, misternie splecionymi z trzciny, i służą do siedzenia oraz przeważnie do spania. Z jednej ze stron znajduje się piecyk, zakryty z góry dużą żeliwną czaszą, w której szykuje się potrawy. Komin od tego piecyka biegnie pod wszystkimi pryczami i wychodzi na zewnątrz, gdzie się kończy dużym drewnianym słupem, pustym w środku. Dym od pieca biegnie kominem pod pryczami, ogrzewa je i wychodzi na zewnątrz.
Prócz pieca, wpośród fanzy zawsze znajduje się ognisko, w którym niezmiennie leżą rozżarzone węgle, przysypane z góry popiołem, by dłużej zachować ciepło. Biedacy robią ognisko wprost na podłodze z ziemi, bogaci – na specjalnym podwyższeniu, w którym niekiedy pali się węgiel kamienny. Przy takich ogniskach zimą, w chłodne dni przesiadują Manzowie całymi godzinami, nawet we dniu; grzeją się, palą fajki i popijają herbatę lub ciepłą wodę, która zawsze tu stoi w czajnikach. Sufitu w fanzie nie ma, zamiast niego na wysokości około trzech metrów nad ziemią położono kilka żerdzi, na których wiesza się różne drobiazgi: kukurydzę pozostawioną na nasiona, stare buty, skóry, ubrania itp. Przy ścianach nie zajętych przez prycze stoją drewniane skrzynie i różne narzędzia domowe. Smród i dym w fanzie obecne są stale, częściowo pochodzą one od ogniska, częściowo od rozwieszonego na żerdziach paskudztwa, które codziennie wędzi się w dymie podczas palenia w piecu, ponieważ rury pod pryczami rzadko są urządzone tak dobrze, by przez nie wychodził cały dym, większa jego część zawsze trafia do fanzy. Prócz tego bezpośrednio na ognisku często pali się drewno, a dym wychodzi przez otwarte drzwi”...
W takich to warunkach trwali samotni chińscy myśliwi w swych leśnych fanzach. Mieszkańcy ci – jak pisze Przewalski – „żyją wszyscy bez wyjątku bez rodzin, które widocznie pozostawili w swej ojczyźnie udając się w te strony. Życie bezrodzinne w sposób skrajny – dodaje podróżnik – odbija się na samym charakterze Manzy i robi go posępnym, egoistycznym. Rzadko, bardzo rzadko można spotkać Manzę nieco pogodniejszego”...
Manzowie mieszkali przeważnie w daleko od siebie znajdujących się fanzach, wybierali jednak spośród siebie starszego, obdarowując go wielką władzą i czyniąc panem swego życia i śmierci. Przewalski przekazuje zasłyszane przez siebie opowiadanie o wydarzeniu, które miało mieć miejsce w 1866 roku. Jeden z Manzów mianowicie, gdy zauważył w czasie gry w karty, że jeden z uczestników rozrywki gra nieuczciwie, nie mówiąc ni słowa wstał, wziął nóż, jakby po to by nakroić tabaki, i tym nożem raził nieuczciwego rodaka prosto w serce.
Mordercę – relacjonuje podróżny – natychmiast związano, dano znać staroście, który zjawił się na sąd wespół z innymi Manzami. Po długich dywagacjach postanowiono wreszcie zakopać winnego żywcem do ziemi, a dla większej wygody wykonania tego wyroku uznano za celowe najpierw napoić go wódką do nieprzytomności.
Chcąc nie chcąc musiał skazaniec pić wódkę już stojąc przed wykopaną dlań jamą, ale strach śmierci powodował, że odurzenie alkoholowe go zupełnie się nie imało. Wówczas Manzowie, widząc, że on nie staje się pijany od malutkich czareczek, którymi pił, zaczęli przemocą lać mu wprost do gardła wódkę dużymi filiżankami. Gdy wreszcie doprowadzili go do zupełnej nieprzytomności, rzucili do jamy i zaczęli zakopywać. Gdy nasypano już dość dużo ziemi i nieszczęśnik, dusząc się, zaczął przewracać się w dole, kilku Manzów skoczyło tam ugniatając nogami i łopatami ziemię, aż wreszcie pogrzebali winnego”.
Nie wydaje się, by opis ten miał zupełnie odpowiadać rzeczywistości, gdyż Przewalski zasłyszał go od „naocznych świadków” Rosjan, którzy chętnie wymyślali i rozpowszechniali wśród siebie niesmaczne bajki oczerniające „inorodców”. (Dodajmy, że jest to bodaj powszechne prawo psychologii społecznej, że mieszkające obok siebie różne etnosy odczuwają do siebie nawzajem pewien rodzaj niechęci, graniczącej ze wstrętem, jak również rozpowszechniają jeden o drugim przynoszące ujmę pogłoski, przy tym daje się wiarę chętnie nawet najbardziej bzdurnym zmyśleniom, jeśli tylko chodzi o „sąsiada”). W każdym razie opowiadanie przytoczone przez Przewalskiego daje świadectwo klimatu psychologicznego panującego w Kraju Ussuryjskim za Aleksandra II.

***

Interesujące zapiski z pierwszej podróży pozostawił Przewalski także o narodowości Goldów, zamieszkałej wówczas nad rzekami Ussuri, Amur, Goryń i Daubi-ho. (Goldowie, zwani inaczej Nanajcami – dziś liczą około 10 tysięcy, zamieszkali w 90% w Rosji, reszta w Chinach – należą do grupy ludów ałtajskich, do podgrupy zaś tunguskiej).
W XIX wieku również mieszkali w dużych fanzach, w których zazwyczaj mieściły się wspólnie dwa pokolenia: rodzice oraz rodziny ich żonatych synów. „W ogóle – pisze M. Przewalski – dobroduszne z natury usposobienie tego ludu warunkuje istnienie najściślejszych więzi rodzinnych: rodzice kochają gorąco swe dzieci, które ze swej strony płacą im takąż miłością. Zdarzało mi się nieraz dać Goldowi chleb, cukier itp., i zawsze po otrzymaniu smakowitego kęsa dzielił on go równymi częściami między wszystkich dużych i małych członków swej rodziny. Przy tym trzeba było samemu widzieć tę szczerą radość całej rodziny Goldów, z jaką ona spotyka swego brata czy ojca, wracającego z wyprawy myśliwskiej lub po jakiejś innej nieobecności; stary i mały wybiega mu na spotkanie i każdy spieszy najszybciej go powitać.
Prócz tego starzy Goldowie, niezdolni już do jakiejkolwiek pracy, utrzymywani są przez swe dzieci, które okazują im pełne uszanowanie. W sprawach dotyczących ogółu głos ludzi starszych jest decydujący. Przy spokojnym usposobieniu Goldów wielkie zbrodnie u nich prawie nigdy się nie zdarzają, nawet kradzieże należą do niezwykle rzadkich wyjątków.
Kobiety pełnią przede wszystkim rolę matek, wychowawczyń młodego pokolenia, oraz pań domu; ciężkie zajęcia męskie, jak np. myślistwo, rybołówstwo, wyrąb lasu, zostają im oszczędzone. W życiu rodzinnym kobietom, jako gospodyniom fanz, przysługują prawa nieomal takie same co i mężczyznom, chociaż jednak muszą one ulegać ostatnim.
Przewalski opisuje szczegółowo różne strony życia codziennego Goldów, ich obyczaje myśliwskie i rybackie, wierzenia i praktyki religijne. Podaje m.in., że plemiona te panicznie boją się ussuryjskiego tygrysa, a nawet oddają mu cześć należną bóstwu. „Zobaczywszy tygrysa Gold pada na kolana i błaga o litość; mało tego, oni czczą nawet ślady tygrysa, mniemając, że uda im się w ten sposób ułagodzić swego straszliwego boga.
W sumie opis Goldów przez naszego podróżnika jest nader sympatyczny, streszczający się bodaj w zdaniu z „Wyprawy do Kraju Ussuryjskiego: „W ogóle zaś Goldowie są narodem dobrym, cichym i miłującym pokój, któremu z całego serca chciałoby się życzyć lepszej przyszłości”...

***

Również dużo interesujących szczegółów zawiera rozdział poświęcony obyczajom innego plemienia, zamieszkałego na kontynentalnym wybrzeżu Morza Japońskiego, Oroczonów.
(Oroczonowie – samonazwa Nani – stanowią dziś bardzo nieliczną narodowość, liczącą zaledwie 4 tysiące osób, z czego trzy czwarte mieszkają w Chinach, reszta w Chabarowskim Kraju Rosji; stanowią przejściową tungusko-mandżurską formację pod względem językowym i antropologicznym). Co prawda, Przewalski znajduje w bycie tego plemienia niewiele cech, które mogłyby wzbudzić jego sympatię: „W smutnym stanie ducha wychodziłem zawsze z takiego szałasu. Jaka mała różnica, myślałem, między tym człowiekiem a jego psem. Żyjąc, jak zwierzę, w barłogu, obcy wszelkiego rodzaju obcowaniu z podobnymi sobie, zapomina o wszystkich ludzkich dążeniach i, jak bydlę, dba tylko o nasycenie swego żołądka. Zje mięsa lub ryby podsmażonej na węglach, i idzie na polowanie lub śpi, zanim głód nie zmusi go znów do wstania, rozniecenia ogniska i szykowania strawy w zadymionym, smrodliwym szałasie... Tak spędzają ci ludzie całe życie. Dziś jest dla nich tym samym, czym było wczoraj i czym będzie jutro”...
Oroczonowie stali z pewnością na bardziej niskim poziomie rozwoju kulturalnego i cywilizacyjnego niż ich sąsiedzi Goldowie, tym bardziej, że część z nich prowadziła jeszcze wówczas koczowniczy tryb życia, co również nie sprzyjało kształtowaniu się wyrafinowanych form życia społecznego. Ciekawy jest następujący fragment tekstu: „Kobiety Oroczonów, chociaż nie grzeszą urodą, przejawiają mimo to dużą pretensję do bycia eleganckimi, chociaż, oczywiście, według własnego gustu. Przede wszystkim każda z nich ma w prawym nozdrzu i w prawym uchu dość grube kółka, na których wiszą mosiężne lub srebrne blaszki dość pokaźnych rozmiarów. Prócz tego na wszystkich palcach mają – niekiedy po kilka na każdym – miedziane i srebrne pierścionki, a na kiściach rąk takież lub rzadziej szklane bransoletki.
Głowa wreszcie i cały ubiór ozdobione są mnóstwem różnych brzękadełek: dzwoneczków, mosiężnych lub żelaznych płytek itp., które przy najmniejszym ruchu takiej piękności wydają najbardziej nieharmonijne dźwięki. Jednak „o gusta się nie spiera”, i bezżenni Manzowie często biorą sobie te kobiety za nałożnice. Mężowie... patrzą na to wszystko nader spokojnie i nawet często żyją razem z Chińczykiem, z którym wspólnie władają jedną żoną”...

***

Powyższy, jak widać, nacechowany daleko idącym sceptycyzmem w stosunku do kobiet, fragment tekstu M. Przewalskiego jest dla niego nader charakterystyczny. Wiadomo bowiem, że był nasz podróżnik ostentacyjnym, jeśli nie powiedzieć obsesyjnym, mizoginem. Kobiet nie lubił całym swym sercem, nazywał je fantastkami i plotkarami. Unikał jak zarazy towarzystwa płci pięknej. Gdy jeden z przyjaciół w Nikołajewsku–nad–Amurem poprosił go udzielić korepetycji swej córce, Przewalski podarował jej po prostu swój podręcznik geografii z podpisem: „dołbi, poka wydołbisz” („kuj, aż wykujesz”).
Ożenek nazywał pętlą i starannie go unikał. „Mój zawód – pisał – nie pozwala mi się żenić. Pójdę na wyprawę, a żona będzie płakała, brać zaś babsko z sobą nie mogę. Gdy ukończę swą ostatnią wyprawę, zamieszkam na wsi, będę polować, wędkować i opracowywać moje zbiory. Ze mną będą mieszkać moi starzy żołnierze, którzy oddani mi są nie mniej, niż byłaby prawowita żona”... Przewalski więc świadomie rezygnował z małżeństwa.
Alfred Adler w dziele „Sens życia” (s. 54) pisze: „Wszystkie zagadnienia życia należy podporządkować trzem wielkim problemom: problemowi życia w społeczeństwie, pracy i miłości... Nie są to kwestie przypadkowe, lecz nieustannie stojące przed nami, przemożne i wymagające, przed którymi nie możemy się uchylić. Cały nasz stosunek do tych trzech zagadnień jest bowiem odpowiedzią, jakiej udzielamy na mocy własnego stylu życia. Wobec tego, że są one ściśle ze sobą złączone, a mianowicie tym, że trafne rozwiązanie tych trzech zagadnień wymaga należytej miary poczucia wspólnoty, jest rzeczą jasną, że styl życia każdego człowieka odzwierciedla się mniej lub bardziej wyraźnie w nastawieniu do tych trzech kwestii”.
No i do jednej z nich, jak widzimy, M. Przewalski miał stosunek mocno nietypowy. Przyjaciele nieraz radzili mu ożenić się, skończyć z wędrownym życiem, ustatkować. Lecz podobna perspektywa nie tylko go nie nęciła, lecz wręcz przerażała. Na sugestię ożenienia się z pewną młodą wdową po generale odpisał przyjacielowi, że „nie te już są moje lata (46), a i zawód nie taki, by się żenić. W Środkowej zaś Azji pozostawiłem liczne potomstwo – nie w dosłownym, oczywiście, sensie, lecz w przenośnym: Lob-nor, Kuku-nor, Tybet itp. – oto są moje dzieci”... Nie są to słowa tylko mizogina, lecz i człowieka odpowiedzialnego...
Bardzo trudno byłoby wyjaśnić źródła tej niechęci do kobiet, gdyż mogą one być wielorakie i tkwić w rozmaitych uwarunkowaniach biologicznych czy psychospołecznych. Tym bardziej, że jest to zawsze sprawa nad wyraz delikatna, choć ma rację wybitny psychiatra, gdy twierdzi: „Jeśli celem próby biograficznej jest rzeczywiście dogłębne zrozumienie życia psychicznego bohatera, to nie wolno – jak to wskutek dyskrecji lub pruderii rzeczywiście ma miejsce w większości biografii – pomijać milczeniem życia płciowego i seksualnej specyfiki badanego”. (Z. Freud, „Poza zasadą przyjemności”, Warszawa 1976, s. 367). Choć przecież rozważania tego rodzaju są zawsze jakąś odmianą niedyskrecji.
Niektórzy w obawie przed niepowodzeniem w miłości i w małżeństwie nie mają odwagi ujawnić swego uczucia, starają się je stłumić w zarodku. Przy czym postępowanie swe tłumaczą mnóstwem „mądrych” argumentów, podkreślają niestałość i przemijalność wszelkich uczuć, przewrotność i plugawość płci przeciwnej, w instytucji małżeństwa widzą tylko zamaskowaną formę prostytucji, są przeciwni posiadaniu dzieci, które póki małe ograniczają wolność swych rodziców, a gdy dorosną, wysysają z nich ostatnią krew. W ten sposób biologicznie uwarunkowana tęsknota za współżyciem z reprezentantem płci odmiennej odarta zostaje z wszelkich wartości i skutecznie stłumiona.
Nie wykluczone, że odrażająca pod względem moralnym rzeczywistość rosyjska już od najmłodszych lat zaszczepiła M. Przewalskiemu awersję do spraw płciowych.
W XIX wieku Rosja zajmowała drugie miejsce w świecie pod względem powszechności prostytucji. Jak pisano w prasie, „naród gnił żywcem”. Od 31 marca 1848 roku Mikołaj I zalegalizował prostytucję i domy publiczne, ponieważ przypuszczano, że umożliwi to skuteczniejszą kontrolę medyczną nad tym strasznym procesem rozkładu społeczeństwa. Co się w końcu okazało zwykłym złudzeniem. Rozpusta czyniła spustoszenie nawet w najwyższych sferach. A. Puszkin pisał w swym dzienniku: „Delwig zapraszał pewnego razu Rylejewa do dziwek. „Jestem żonaty” – odparł Rylejew. „To cóż – zareagował Delwig, – czyż nie możesz spożyć obiadu w restauracji tylko dlatego, że masz w domu kuchnię?”...
W „donżuańskim notesie” samego A. Puszkina, jak podaje profesor Gruber znajdowały się imiona około 140 dziewczyn i cudzych żon, z którymi poeta się przespał. A zresztą czyż nie urasta do rangi makabrycznego symbolu fakt, że tenże A. Puszkin zastrzelony został na pojedynku przez Dantesa, młodego oficera, z którym N. Gonczarowa – Puszkinowa, żona poety, ostentacyjnie zdradzała swego sławnego męża? „W Petersburgu każda czternasta kobieta była prostytutką... Ponad trzecia część z nich zapadała na syfilis (nadzieje rządu na „higieniczność” domów publicznych prysły, stało się coś wręcz odwrotnego), i unikając kontroli medycznej zarażało nieprawdopodobne ilości klientów, przy czym najbardziej cierpieli studenci, wojskowi i nauczyciele. W Petersburgu 40 hoteli proponowało usługi „panienek”, w Moskwie działały 73 burdele.
Wreszcie prostytucja stanowiła niemal obowiązek służbowy aktorek i chórzystek. Głównymi panami, oczywiście, byli panowie reżyserowie... „Droga na scenę prowadzi poprzez mój pokój sypialny”– lubił mawiać pewien znany antreprener. Sutenerstwo chętnie uprawiała prasa”... (Por.: Jekatierina Diejewa, Irina Bułancewa, „W krugie wtorom. Zamietki o russkoj prostytucji”, w: „Moskowskij Komsomolec”, nr 64, 1991). Dopiero w 1901 roku zabroniono w Rosji przyjmowania do domów publicznych dziewcząt niepełnoletnich, a w 1906 ograniczono wyzysk aktorek w kawiarniach i temu podobnych lokalach.
Być może właśnie mając przed oczyma ten okropny widok upadku i demoralizacji, nabrał Przewalski niepohamowanej odrazy do jakichkolwiek kontaktów z kobietami... Z całą jednak pewnością musiały tu odgrywać znaczną rolę i czynniki indywidualno-psychologiczne. Wiadomo, że M. Przewalski był człowiekiem o bardzo surowej obyczajowości, dokładnej samodyscyplinie, mocnej sile woli. Uważałby chyba za plamę na honorze, gdyby uległ swym popędom płciowym, a z innego człowieka, z kobiety, miał czynić narzędzie zaspokojenia męskiej chuci. Zresztą zauważono, że często silni, wybitnie uzdolnieni mężczyźni żywią pewien rodzaj awersji do kontaktów, a tym bardziej do spoufalania się z przedstawicielkami płci pięknej.
Helmut Plessner pisał ongiś i o „obowiązku siły” jako o specyficznie ludzkim zadaniu, pojawiającym się wówczas, gdy grozi panowanie mrocznego instynktu, dążącego do samorealizacji wbrew normom etyki i cywilizacji. Podejmowanie decyzji moralnych wynika z konieczności prowadzenia życia w ramach pewnego horyzontu możliwości i konieczności, pozwala ono na przekroczenie niepewności i wytworzenie sytuacji jasnej i jednoznacznej czyli na osiągnięcie stanu zakorzenienia w społeczeństwie i bliskości z innymi ludźmi.
W zbiorze esejów „Jutrzenka” w rozdziale zatytułowanym „Panowanie nad sobą i umiarkowanie, tudzież ostateczna ich pobudka”, Fryderyk Nietzsche rozróżnia sześć różnych metod, mogących służyć do poskromienia tego czy innego popędu, mogącego prowadzić daną jednostkę do rozmaitych nieporozumień, przykrości czy niepowodzeń i niebezpieczeństw życiowych.
Po pierwsze, pisze filozof, „można unikać sposobności zaspakajania tego popędu i przy pomocy długich i coraz dłuższych przerw w zaspakajaniu osłabić go i doprowadzić do zaniku”.
Po drugie, „można przyjąć sobie za prawidło ścisły, regularny ład w zaspakajaniu jego, wnosząc w ten sposób weń regułę, tudzież ujmując jego przypływy i odpływy w stałe okresy”. Następnie można przejść do stosowania pierwszej metody samoregulacji.
Po trzecie, „można umyślnie oddać się dzikiemu i nieokiełznanemu zaspokojeniu jakiegoś popędu, by wynieść zeń wstręt, a ze wstrętem także uczucie przewagi nad popędem”. Przy próbach tego rodzaju z reguły jeździec skręca sobie kark, zanim dotrze do celu.
Po czwarte, „istnieje sposób intelektualny, mianowicie tak ścisłe skojarzenie zaspokojenia z jakąś nader przykrą myślą, iżby (...) sama myśl o zaspokojeniu wiązała się niezwłocznie z uczuciem wielkiej przykrości (na przykład, gdy chrześcijanin przyzwyczai się do myśli, iż rozkoszy płciowej towarzyszy szyderstwo djabła, lub, że za zabójstwo z zemsty czekają wiekuiste kary piekielne, lub, że kradzież pieniędzy okryła by go niesławą w oczach najszanowniejszych dlań ludzi, albo, gdy kogoś już po raz setny ogarnia namiętne pragnienie samobójstwa, a on pragnieniu temu przeciwstawia myśl o rozpaczy i wyrzutach, jakimi dręczyć się będą jego krewni i przyjaciele, i w ten sposób utrzymuje się na pochyłości życia”.
Do tejże klasy należy sytuacja, gdy pewne szlachetne uczucie, ambitne dążenie i związana z tym duma czy poczucie osobistej wielkości w całości pochłaniają osobowość, a każda „grzeszna” myśl staje się obrazą dla rozumu: „wywołuje to nawykową chęć tyranizowania i niejako miażdżenia popędu. („Nie chcę być niewolnikiem jakiegokolwiek apetytupisał lord Byron w swym pamiętniku).
Po piąte, następuje sposób ściśle połączony z poprzednim, kiedy to „dokonuje się przemieszczenia zasobów swych sił, podejmując się jakiejś nadzwyczaj ciężkiej i wytężającej pracy lub poddając się umyślnie jakiemuś nowemu urokowi, by w ten sposób swe myśli oraz grę sił fizycznych w inne zwrócić łożysko. Na to samo wychodzi, gdy faworyzuje się czasowo jakiś inny popęd, nastręczając mu częstą sposobność zaspokojenia i czyniąc zeń w ten sposób marnotrawcę siły, którą w innym razie rozporządzałby ów dokuczliwy swym rozkiełznaniem popęd”.
I po szóste, „kto, zgodnie ze swym rozumowaniem, zdoła zgnębić i osłabić cały swój ustrój fizyczny i psychiczny, ten, oczywiście, osiągnie przez to także osłabienie poszczególnego gwałtownego popędu: jak to czyni na przykład człowiek, który głodzi swą zmysłowość, głodząc i poniewierając zarazem swą czerstwość a częstokroć i swój rozum na podobieństwo ascety.
Wydaje się, że, świadomie lub nieświadomie, w swych dążeniach perfekcjonistycznych i władczych stosował Przewalski – prócz trzeciego i szóstego – wszystkie powyższe metody wychowania samodyscypliny. Nie był to jednak cel sam w sobie. Dzielny ten człowiek bowiem posiadał potężny popęd dominacji (także poprzez zyskanie sławy i chwały) oraz poznania. Ten fakt nie tylko ułatwiał, ale wręcz umożliwiał pokonanie innych, niższych dążeń psychicznych.
Nie przeczy to powyżej przytoczonym wywodom znakomitego psychologia, który przecież w dalszym ciągu rozwija swe rozważania w sposób następujący: „Nie leży to jednakże w naszej mocy, byśmy w ogóle chcieli złamać gwałtowność jakiegoś popędu, podobnie jak nie zależy od nas wybór metody tudzież pomyślny jej wynik. W całym tym procesie jest nasz intelekt najwidoczniej tylko ślepym narzędziem jakiegoś innego popędu, rywala naszego dręczyciela: czy to pragnienie spokoju, czy też obawa przed hańbą, lub innymi przykrymi następstwami, czy wreszcie miłości”...
Tenże Fryderyk Nietzsche w innym miejscu zauważał, że: „Głoszenie czystości płciowej jest jawnym podżeganiem przeciw naturze. Wszelka pogarda życia płciowego, wszelkie zanieczyszczenie go pojęciem „nieczysty” jest istotnym występkiem względem życia, – jest właściwym grzechem przeciw duchowi świętemu życia”.
W tekstach pozostawionych przez M. Przewalskiego nie ma jakichś ogólnych, „filozoficznych” argumentów przeciwko płciowości, erotyce czy życiu rodzinnemu. Jego abnegacja w tym względzie dotyczyła wyłącznie jego własnego postępowania, jego prywatnego, osobistego życia, które było przede wszystkim życiem naukowca, skoncentrowanym – jak wiemy – na jednym, wielkim, nadrzędnym celu.
A może chodzi o inną jeszcze prawidłowość, zauważoną przez psychologię, o której znany jej reprezentant pisze: „Często ludzie genialni nie dają w spadku potomstwu swoich zdolności, ponieważ bywają bezdzietni i ulegają degeneracji, której przykładem są również rodziny arystokratyczne (...) Schopenhauer, Kartezjusz, Leibniz, Malebranche, Comte, Kant, Spinoza, Michał Anioł, Newton, Foscolo, Alfieri byli bezżenni, wielcy ludzie żonaci nie byli zwykle szczęśliwi w pożyciu małżeńskim: Szekspir, Dante, Marsolo itd.” (Cesare Lombroso, „Geniusz i obłąkanie”, Warszawa 1987, s. 103).
Psycholog G. J. Gurdżijew twierdzi, że każdy typ osobowości zorganizowany jest wokół głównej cechy charakteru. Źródłem cechy głównej jest zawsze ten sam motyw, który nadaje także kierunek całemu życiu. Niekiedy cechę tę uwydatnia przezwisko, będące kluczem do wewnętrznego życia jednostki. – Niekiedy się mówi, że cecha główna jest neurotycznym nawykiem nabytym w dzieciństwie. Jest także osobistym nauczycielem, czynnikiem przypominającym, stale obecnym w naszym życiu wewnętrznym. Gdy osobowość się ukształtuje, uwaga pogrąża się w problemach charakterystycznych dla naszego typu. Zatracamy podstawową dziecięcą zdolność reagowania na świat taki, jakim jest naprawdę, i zaczynamy reagować wybiórczo na informacje podtrzymujące nasz obraz świata. Widzimy to, co musimy zobaczyć, by przetrwać, całej reszty nie dostrzegamy. A gdy chcemy „przetrwać” w charakterze nosiciela jakiejś konkretnej roli społecznej, działamy tak, by wyeliminować wszystko, co mogło by stanąć na przeszkodzie naszej samorealizacji, jak ją sobie wyobrażamy. I skierowujemy naszą całą energię życiową w tym kierunku.
Jak wiemy, ekscesy erotyczne stanowią jedną z najniebezpieczniejszych przeszkód w duchowej i życiowej samorealizacji człowieka. Już dawni Hindusi wiedzieli, że najwyższy stopień sprawności umysłowej można osiągnąć właśnie poprzez zachowanie wstrzemięźliwości, a starożytni Grecy uważali, że uwolnienie się od pragnień seksualnych to jakby zrzucenie z siebie łańcucha, który wiąże osobę ludzką z tkwiącym w niej niepohamowanym w swych żądzach maniakiem. Wybujała, nie hamowana seksualność staje się rychło wstrętnym nałogiem i charakterologiczną aberracją, wyniszczającą wszelkie inne aspekty życia ludzkiego. Gdy zaś człowiek potrafi tę stronę swej osobowości opanować przez rozum, zyskuje możność życia pełnowartościowego, twórczego i zdrowego.
Max Scheler w dziele Istota i formy sympatii pisał: „Nie ulega żadnej wątpliwości, że faktycznie, wobec ograniczoności całej energii psychicznej jakiegoś człowieka, owocna działalność duchowa, kulturowa, zawodowa, również aktywność wyższych form sympatii i miłości, zależy w pewnym stopniu od tego, czy popęd płciowy poddany zostanie określonemu porządkowi i panowaniu (...). Wszystkim warstwom naszej egzystencji psychicznej – poczynając od wrażenia zmysłowego aż do najwyższych aktów duchowych – przysługuje samodzielna ilość energii psychicznej, która wcale nie jest zaczerpnięta z popędowej energii libido. Wprawdzie wobec ograniczoności całkowitej energii psychicznej jakiegoś człowieka nadmierne korzystanie z energii jednej z tych warstw, nie odpowiadające harmonii i równowadze sił psychicznych, może prowadzić do tego, że również pozostałe warstwy są przez to pozbawione energii – ponieważ wszystkie energie przynależne rozmaitym warstwom mają udział w ograniczonej całkowitej energii człowieka i z jej zasobu mogą wydatkować tylko tak długo, jak długo zezwala na to owa całkowita energia i zasada jej wewnętrznego rozdziału (...). Fakty zmniejszenia przyrostu ludności przy wzrastającej kulturze intelektualnej – w granicach, w których zachodzą – można równie dobrze pojąć przyjmując nasz podstawowy stosunek”. Są to niewątpliwie zdania godne tego, by się nad nimi głębiej zastanowić.
Na marginesie mówiąc nawet Petrarka, będący niejako piewcą miłości, w swej „Epistola ad posterom” szczyci się, że po czterdziestce unikał kobiet, „chociaż był w pełni sił i namiętności”. Flaubert zalecał twórcom wstrzemięźliwość, a Balzac (mając 38 lat) mówił: „Zważyłem dokładnie, ile nasz umysł traci przez jedną noc miłości... pół tomu. Nie ma kobiety, której warto by oddać dwa tomy rocznie”.
Oczywiście, używanie seksu, a jego nadużywanie to dwie różne rzeczy. M. Przewalski nie uznawał ani pierwszej, ani drugiej i ta jego krańcowość właśnie robi wrażenie pewnej przesady i być może, nerwicowej jednostronności. Wiadomo bowiem, że: „W nerwicach takie popędy, jak przecenianie własnej wartości, zarozumiałość (...) mogą być silniejsze niż właściwy instynkt seksualny i w dużym stopniu determinować życie jednostki... Jednakże to, co rzeczywiście nadaje popędom ich szczególną siłę, to fakt, że służą one zarówno zadowoleniu, jak i bezpieczeństwu. Człowiek nie jest rządzony samą zasadą przyjemności, lecz dwoma kierującymi nim zasadami: bezpieczeństwa i zadowolenia. Ponieważ neurotyk ma więcej lęku, niż jednostka psychicznie zdrowa, musi on wkładać nieskończenie większą ilość energii w umacnianie swojego bezpieczeństwa i jest to konieczne, by uzyskać złagodzenie ukrytego lęku, który nadaje jego pragnieniom ich siłę i uporczywość. Ludzie mogą zrezygnować z jedzenia, pieniędzy, szacunku, miłości, dopóki jest to jedynie rezygnacja z zadowolenia, lecz nie są w stanie zrezygnować z tych rzeczy, jeśli bez nich byliby, lub czuliby się, zagrożeni nędzą lub głodem czy też bezradnością wobec wrogości. Innymi słowy, gdyby mieli utracić poczucie bezpieczeństwa... Siłą popędową jest nie tylko zadowolenie, lecz i lęk”... (Karen Horney, „Nowe drogi w psychoanalizie”).
Najlżejsze zachwianie równowagi w tym względzie graniczyć może z patologią. Zważywszy zaś okoliczność, iż osoby twórcze cechuje większy od przeciętnego w populacji poziom zaburzeń nerwowych i psychicznych, mizoginizm Przewalskiego nie powinien nas zaskakiwać. Rozmaite jaskrawe rysy patologiczne w systemie nerwowym i psychicznym posiadali m.in. Torquato Tasso, Jean Jacques Rousseau, Fiodor Dostojewski, Vincent van Gogh, August Strindberg.
Przypomnijmy też w tym miejscu, dla analogii, iż np. wielki niemiecki filozof Arthur Schopenhauer miał ojca dziwaka, mizantropa i samobójcę, matkę, dość zdolną pisarkę o żywym usposobieniu, ale z objawami ochłodzenia emocjonalnego. Sam Arthur miał ciągłe obawy o swe życie, z Neapolu uciekł z lęku przed ospą, z Werony na myśl, że potraktowano go zatrutym tytoniem, z Berlina wypędziła go obawa przed cholerą. Nie znosił ludzi, a szczególnie nienawidził Żydów i kobiet, podczas gdy namiętnie lubił psy. Zamiast golić się, wypalał sobie brodę, bo bał się brać do rąk brzytwę. Był żarłokiem, nadużywał uciech erotycznych, nie gardząc służącymi i prostytutkami, a jednocześnie sławił w swych dziełach umiarkowanie, powściągliwość, mądry i zdrowy tryb życia. Co prawda, był zwolennikiem czworożeństwa. Mieszkał zawsze na parterze z obawy przed pożarem. Nienawidził ludu i w testamencie zapisał cały swój majątek żołnierzom, którzy uczestniczyli w dławieniu buntów, oraz swemu psu. O patriotyzmie mówił, że jest to „namiętność głupców, najgłupsza ze wszystkich namiętności”. Nie chciał być popularny, „wolałbym – pisał – żeby robaki gryzły moje ciało, aniżeli żeby profesorowie gryźli moją filozofię”. Rzeczy więc niesamowite dzieją się niekiedy z ludźmi, a im większa osobowość, tym więcej w niej często niesamowitości i dziwactw.
W XX wieku niektórzy biografowie M. Przewalskiego wysunęli tezę, iż był on homoseksualistą. Ta delikatna sprawa jednak nie została dostatecznie wyjaśniona, również autorowi niniejszego tekstu nie udało się znaleźć wystarczających wskazówek, które uprawniałyby do takich domysłów. Wypada więc w tym względzie zachować daleko posuniętą ostrożność i powściągliwość w wysnuwaniu wniosków, tym bardziej, że Zygmunt Freud i Max Scheler sądzili, że tego rodzaju „perwersja” nie byłaby, jak daje do zrozumienia samo wyrażenie, zboczeniem i odchyleniem od wrodzonego popędu płciowego, ale raczej „bardzo rozpowszechnionymi prymitywnymi formami libidinalnych pobudzeń w ogóle, poniekąd materiałem, z którego ustawicznie kształtuje się również normalny popęd płciowy... To znaczy perwersje są zwykłymi fiksacjami dziecięcych stopni rozwoju, nie zboczeniami pierwotnego popędu, lecz raczej pozostałością szczebli rozwojowych, które zazwyczaj w normalnym przypadku są przezwyciężane w określonym momencie”.
Być może jedną z przyczyn obojętności M. Przewalskiego w stosunku do płci nadobnej stanowił fakt, iż był on nie lada żarłokiem, bo przecież: „osoby pochłonięte jedzeniem i trawieniem często przejawiają niewielkie zainteresowanie stosunkami seksualnymi” (Karen Horney, „Nowe drogi w psychoanalizie”)...
Być może też, iż u podstaw mizoginii M. Przewalskiego tkwiły jakieś bliżej nie znane przeżycia i doświadczenia z okresu jego wczesnego dzieciństwa. „Każdy nosi w sobie – pisał Fryderyk Nietzsche – obraz kobiety stworzony na podobieństwo matki: stąd pochodzi jego przeznaczenie, że albo w ogóle czci kobiety, albo je lekceważy, albo w ogólności jest względem nich obojętny”.
W listach i innych tekstach M. Przewalskiego znajduje się niemało pięknych słów o jego matce. Była to jedyna kobieta, którą z całego serca kochał miłością syna i miał do niej ogromny szacunek. Być może tak piękna postać przesłoniła synowi fakt istnienia także innych kobiet i uniemożliwiła ich zaakceptowanie. Nie wiadomo...

***

Powróćmy jeszcze na chwilę do lektury pierwszej książki M. Przewalskeigo „Wyprawa do Kraju Ussuryjskiego”. Opisując w niej z nieukrywaną sympatią Koreańczyków, masowo zamieszkałych nad Amurem i Ussuri, Przewalski podkreśla ich wyjątkową uprzejmość, czystość, pracowitość, uczciwość. Jednocześnie razi go i napawa antypatią inna cecha tego narodu: „Każdy z poddanych, stając w obliczu swego króla, musi padać na twarz. Ten obyczaj jest praktykowany przez prosty lud także w stosunku do urzędników... W ogóle despotyzm rozwinięty jest u Koreańczyków do form skrajnych i przenika wszystkie człony organizmu państwowego. Sam widok urzędnika wprawia w drżenie prostego człowieka”... „Wyprawa do Kraju Ussuryjskiego” zawiera również niemało interesujących szczegółów o religijnych i politycznych obyczajach Koreańczyków.
W sumie jednak mieszkańcy Azji nie mieli w osobie M. Przewalskiego życzliwego portrecisty. Nawet dość pozytywnie oceniani przezeń Mongołowie mieli ponoć: „ograniczone zdolności umysłowe, leniwy i apatyczny skład charakteru, tchórzostwo i obłudę (...). Przy czym u nich, jak i przy złożonym ustroju bytu cywilizowanego,, w życiu praktycznym wygrywa zazwyczaj człowiek moralnie gorszy. Tam, jak i u nas, występność i oszustwo czynią postępy z uszczerbkiem dla dobrego, serdecznego pierwiastka moralnego”.
Dostawało się zresztą od Przewalskiego i „gospodarzom” Imperium. O chłopach rosyjskich miał uczony zdanie, które trudno byłoby uznać za entuzjastyczne, w jednym z listów m.in. donosił: „W naszym życiu tutejszym mało pocieszającego. Prosty lud zepsuty jest do cna; pijaństwo i szalbierstwo są normalnym stanem moralności; uczciwość i trzeźwość – rzadkimi wyjątkami... Chłopi, jak wszędzie, to pijacy i hultaje. Z dnia na dzień coraz gorzej. I do czego to wszystko doprowadzi?...
Wydaje się, że w stosunku do rozmaitych narodowości i ludów M. Przewalski był zbyt emocjonalny, co powodowało krańcowość w ocenach, choć z drugiej strony, pozwalało uniknąć jednostronności i umożliwiało przedstawienie całej złożoności życia wewnętrznego tego czy innego etnosu.
Będąc w Azji uczony gloryfikował „potężną siłę moralną Europejczyka w porównaniu ze zgniłą naturą Azjaty”, dusząc się zaś w salonach Petersburga przeklinał „pozłacaną niewolę” i wynosił pod niebiosa nieistniejące cnoty człowieka pierwotnego. W ogóle temperament często go ponosił, powodując wypowiedzi krańcowe i – spowodowane odmiennymi okolicznościami – przeciwstawne co do treści.
Płomienny, sangwiniczny charakter popychał Przewalskiego do wypowiedzi pochopnych i kategorycznych. Zauważywszy w kimś lub w czymś jakąś złą cechę, natychmiast rozbijał doszczętnie jej nosiciela. Rozmyślać, mierzyć i ważyć, analizować wszystkie pro i contra, cierpliwie oddzielać ziarna od plew – coś takiego nie było w zwyczaju tego pewnego siebie, silnego człowieka, obdarzonego nie chłodnym i logicznym, lecz emocjonalno-obrazowym myśleniem.
W istocie jednak niepowściągliwy i ostry język nie przeszkadzał Przewalskiemu być człowiekiem z natury choć porywczym, to jednak dobrym, choć surowym, ale przecież jednocześnie przyjaznym, wiernym, życzliwym i stałym. Mimo tych drobnych usterek, dodających zresztą jej powabu, książka „Wyprawa do Kraju Ussuryjskiego” stała się głośna w świecie nauki i została przyjęta bardzo życzliwie przez publiczność czytającą.
Jedną z pierwszych, a przy tym najserdeczniejszą recenzją na pierwszą książkę Przewalskiego była publikacja A. Sokalskiego w „Izwiestija Sibirskogo Otdielenija Russkogo Gieograficzeskogo Obszczestwa”, t. 1, 1870). Czytamy w niej m.in. następujące zdania: „Cała książka p. Przewalskiego napisana jest lekko, czyta się z zainteresowaniem, a niektóre fragmenty wręcz pochłaniają przez swą wyrazistość i żywość obrazów... Tylko nieujarzmioną energią autora wyjaśnić można, jak on przy służbowych swych zajęciach, niekiedy bardzo poważnych, wymagających czasu i trudów, i przy tych przeszkodach, które spotyka się w Kraju Ussuryjskim na każdym kroku ze względu na brak dróg, znośnego zamieszkania itp. mógł zdążyć wykonać w tak zadowalający sposób swe zadanie badacza przyrody, zapreparować znaczną ilość ptaków i ssaków, zebrać kolekcję jaj, roślin i nasion”...

***

4. Druga wyprawa – do Mongolii i Chin


A więc, jak zaznaczyliśmy w poprzednim rozdziale, natychmiast po złożeniu sprawozdania o pierwszej swej podróży, zwrócił się Przewalski do Towarzystwa Geograficznego z sugestią organizowania wyprawy do Azji Środkowej. Po wahaniach propozycja ta została zatwierdzona, postanowiono w trakcie tej ekspedycji poddać badaniom przyrodę oraz ludność Mongolii, Chin Północnych oraz – jeśli zaistnieje taka możliwość – Tybetu. Niektóre aspekty planowanych badań mogły mieć znaczenie wojskowo-strategiczne i polityczne. Mimo to podróżnik otrzymał kwotę pieniężną wręcz mizerną, stojącą w rażącym kontraście do wielkości zamierzeń. Przewalskiemu ciągle jeszcze w Petersburgu nie ufano i musiał dokładać z własnej kieszeni do wydatków służbowych. Dodajmy na marginesie, że organizatorem tej wyprawy do Azji Środkowej było nie tylko Towarzystwo Geograficzne, lecz również Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Sztab Generalny armii rosyjskiej.
20 lipca 1870 roku cesarz Rosji osobiście sankcjonował oddelegowanie Przewalskiego oraz jego towarzysza i wychowanka Pylcowa do Północnego Tybetu i Mongolii.
10 października był już podróżnik w Irkucku. Tutaj wszelako zatrzymany został przez pewne dość niemiłe okoliczności. Chodzi o to, że jeszcze podczas wyprawy do Kraju Ussuryjskiego oburzyła Przewalskiego bezprawna, żałosna sytuacja miejscowej ludności kozackiej, będącej potomstwem ongisiejszych ukraińskich kozaków. Wyraz swym ocenom i uczuciom dał na łamach pisma „Wiestnik Jewropy”. Publikacja oburzyła władze (nie tylko miejscowe), upatrzono w niej „oczernianie Rosji”. Wkrótce też w wydawanych w Irkucku „Izwiestijach” Syberyjskiego Oddziału Towarzystwa Geograficznego zjawiło się „echo” na artykuł Przewalskiego, zarzucające mu fałszerstwa i oszczerstwa. Uczony odpowiedział na zarzuty, lecz redakcja odmówiła zamieszczenia tego tekstu. Wówczas Przewalski zerwał demonstracyjnie wszelkie z irkuckim organem stosunki, a swą odpowiedź opublikował w jednym z pism petersburskich. W Irkucku chciano udzielić krnąbrnemu polemiście jeszcze jednej „nauczki”, lecz w ostatecznym rachunku znaleziono w sobie dostatecznie dużo rozsądku, by tym razem tego nie czynić.
W tym też czasie miała miejsce jeszcze jedna przykra historyjka. Jeden z irkuckich znajomych pożyczył u Przewalskiego rękopis o Kraju Amurskim i... pod zmienionym tytułem i z nieznacznymi zmianami opublikował jako własny tekst. I tu trzeba było niemało się napracować, by wreszcie plagiator został publicznie zdemaskowany i napiętnowany.
Wszystkie te przykre zajścia, mimo iż M. Przewalski był w nich zupełnie bez winy, wytworzyły jednak wokół niego jakąś niespokojną atmosferę, którą złośliwcy przypisywali rzekomemu „skandalicznemu” usposobieniu młodego oficera sztabu generalnego. Mogło to niekorzystnie odbić się na jego badaniach naukowych i karierze. Na szczęście jednak początkujący uczony przełamał wszelkie opory i pokonał wszystkie przeszkody przed nim piętrzone.

***

M. Przewalski dobrze znał dzieła podróżników, którzy przemierzyli Gobi przed nim, czytał m.in. Kowalewskiego, Tymkowskiego.
29 listopada 1870 roku ekspedycja w składzie M. Przewalskiego, porucznika M. Pylcowa i buriackiego kozaka D. Irinczinowa przekroczyła w regionie miasta Kiachta granicę i udała się głąb pustyni Gobi. Na przestrzeni setek kilometrów podróżnicy nie spotykali ani drzew ani krzewów, tylko rzadkie wysepki wyschniętych traw. Widzieli tylko gołe piaski, skały, wzgórza, żółte równiny, a wszystko skrzepłe pod uderzeniem ponad 30-stopniowych mrozów. „Rzadko która noc mijała spokojnie. Krążące w pobliżu wilki często straszyły wielbłądy i konie, a mongolskie i chińskie psy niekiedy przychodziły kraść mięso i bez ceregieli właziły do samych namiotów. Tacy złodzieje zazwyczaj przypłacali życiem swą czelność. Mimo to, po każdym podobnym przypadku nie szybko ogrzewał się ten, kto musiał wstać, by uspokoić podniecone wielbłądy, strzelić do wilka lub do psa – złodzieja”...
Jedyne, co ożywiało ten księżycowy, martwy krajobraz, to przeciągające od czasu do czasu karawany wielbłądów. Zdarzyło się też, co prawda, podróżnym na przeciągu około tysiąca kilometrów od Urgi (dziś Ułan Bator) do Kalganu zaobserwować kilka dużych stad stepowych antylop. Podróż „urozmaicały” wszelako chmury mongolskich wron, które ciągle się unosiły nad uczestnikami wyprawy i często, zupełnie ignorując ludzi, atakowały wielbłądów, siadając im na garby i rozdziobywując je z zawzięciem głodomorów do krwi. W pewnym momencie nachalne stworzenia rozdarły worek z sucharami i rozpoczęły bezwstydną kradzież jego zawartości. Tylko celne strzały z karabinów ostudziły nieco odwagę ptaków, lecz ciągle trzeba było na nie uważać.
Pierwszym chińskim miastem, które odwiedził Przewalski, był Kalgan, odległy od Pekinu o 224 kilometry. Przez miasto to biegł Wielki Mur Chiński. Dalsza podróż do Pekinu przebiegała w warunkach już bardziej przyjemnych, przez tereny zaludnione.
2 stycznia 1871 roku Przewalski przybył do Pekinu, który wywarł na nim wrażenie najniekorzystniejsze: „Mało jeszcze się zapoznałem z samym miastem, ale i pierwszych wrażeń starczy, by bezbłędnie skonstatować, jaka to jest niewyobrażalna ohyda. Te same fanzy co i na Ussuri, tyle że nieco większe i liczniejsze. Bród i smród niewyobrażalne, ponieważ mieszkańcy zwykli wszystkie pomyje wylewać na ulicę... Dodajcie do tego, że tutejsi Chińczycy są dziesięciokrotnie gorsi od naszych amurskich. Tam przynajmniej trzyma się ich krótko, a tu wszystkich Europejczyków i w oczy i za oczy nazywa się nie inaczej jak szatanami, tak że idąc ulicami słyszy się zazwyczaj głośne pozdrowienia tego rodzaju... Krętactwa i przebiegłość rozwinięte do granic możliwości... Tutejszy Chińczyk – to Żyd plus moskiewski cwaniak, i obydwa w drugiej potędze. Ale najsmutniejsze, że Europejczycy ceregielą się z tym paskudztwem („ceremoniatsia s etoj swołoczju”)...
Według mnie, to tylko same strzelby i armaty Europejczyków mogą tu coś zdziałać. Kazania misjonarzy, w których pokłada się w Europie tak wiele nadziei, to głos wołającego na puszczy... Gdybyście tylko widzieli, z jaką pogardą patrzą na nas Chińczycy. Parszywy (za przeproszeniem) mandaryn chiński za nic w świecie nie będzie z wami rozmawiał, poczytując to sobie za poniżenie”...
Nic się nie powie, obraz nader barwny. Ale nie uchodzi uwadze Przewalskiego i fakt, że wrogość Chińczyków do Europejczyków ma swe racjonalne podstawy, pisze o Rosjanach tu mieszkających: „W większości są to skończeni dranie... Życie ich w Pekinie jest dokładnie takie jak i w Nikołajewsku–na–Amurze. Różnica polega tylko na tym, że zamiast wódki piją szampana... Nie mogę bez wstrętu wspominać tego miasta”...
Po wyjściu z Pekinu ekspedycja udała się w kierunku jeziora Dalaj-nor, gdzie przeprowadzono badania ornitologiczne, klimatologiczne, geograficzne. Następnie udano się w kierunku zachodnim ku rzece Huang-ho (Żółtej). Po przeprawieniu się przez tę rzekę podróżnicy znaleźli się w Ordosie, wyżynnej pustyni, na obszernym terenie, który widział wielu władców i wiele plemion, lecz w którym najżywsza w XIX wieku była tradycja mongolska. Przewalski zanotował tu kilka legend o Czyngis-Chanie. Jedna z nich opowiada o tym, jak to Czyngis-Chan wojując z jednym z książąt mongolskich zabrał do niewoli jego żonę. Piękna branka tęskniła gorąco za swym mężem i, korzystając ze sposobnej chwili, uciekła. Na brzegu Żółtej rzeki usypała pagórek i się schowała za nim; lecz pogoń wykryła ją i młoda kobieta, nie widząc środków ratunku rzuciła się do żółtych fal Huang-ho, którą odtąd zaczęto też zwać Chatunią, tj. Rzeką-Panną.
Jeszcze ciekawsza jest legenda o przyszłym zmartwychwstaniu Czyngis-Chana. Prochy jego – według wyobrażeń Mongołów – spoczywają pod żółtym baldachimem pośrodku pomieszczenia kultowego, i zawarte są w dwóch trumnach: srebrnej i złotej. Tutaj leży też jego broń. Czyngis-Chan spoczywa, jakby spał, chociaż nikt z ludzi tego nie widział. Od dnia jego śmierci minęło 650 lat, a do zmartwychwstania pozostało 350. Odchodząc z tego świata wielki wojownik powiedział otoczeniu, że zmartwychwstanie i ponownie powróci na ziemię po tysiącu lat. Wówczas też rozproszy wrogów i wyprowadzi Mongołów do chałchi, rdzennej ojczyzny tego narodu.
Mongołowie opowiedzieli Przewalskiemu, że w prowincji Hań-su żyje człeko-zwierz; zapewniali, że istota ta porusza się na dwóch nogach w postaci pionowej, ma twarz ludzką a ciało pokryte gęstą czarną sierścią. Stworzenie to miało posiadać potworną siłę fizyczną i miejscowi myśliwi w popłochu uciekali na jego widok. Było to widocznie wspomnienie o yeti, „śnieżnym człowieku”, do dziś spędzającym sen z powiek wielu badaczom. Przewalskiemu nie udało się spotkać tej istoty, mimo że nie szczędził wysiłku, by ją gdzieś odnaleźć.
Wreszcie nadeszła wiosna 1871 roku. Upały stały się piekielne, żar emanował nie tylko z oślepiającego słońca, ale i z żółtego piasku, tworzącego ruchome wzgórza o wysokości 15-30 metrów i stanowiące jedyny składnik tutejszego krajobrazu. Były to upały i krajobraz gorsze jeszcze niż sugestywny opis polskiej spiekoty podany przez Jana Kochanowskiego:
Słońce pali, a ziemia
                  idzie w popiół prawie.
Świata nie znać w kurzawie;
Rzeki dnem uciekają,
A zgorzałe zioła
                  dżdża z nieba wołają...
O ile w Europie uważano za katastrofę brak deszczu przez kilka tygodni, to w tej części Azji kilkumiesięczna posucha stanowiła raczej normę, uskarżać się zaczynano dopiero po roku bez deszczu. A więc słońce paliło niemiłosiernie, wiatr zaś kręcił bicze z piasku nad bezkresną szarożółtą pustynią.
Mikołaj Przewalski odnotował w dzienniku drugiej podróży: „Nieprzyjemne, przygniatające wrażenie wywierają te obnażone żółte wzgórza, gdy się zawędruje wpośród nich, skąd nie widać nic prócz nieba i piasku, gdzie nie ma ani roślin, ani zwierząt, za wyjątkiem tylko żółto-szarych jaszczurek, które, czołgając się po miękkiej powierzchni, ozdobiły ją najrozmaitszymi wzorami swych śladów. Ciężko jest człowiekowi przebywać w tym morzu piasku, pozbawionym jakiegokolwiek życia: nie słychać tu żadnego dźwięku, nawet brzęczenia konika polnego – wokół cmentarna cisza. Nie przypadkowo miejscowi Mongołowie ułożyli kilka legend o tych strasznych piaskach”...
Kilka dni ciągnęła karawana przez to martwe piaszczyste morze, tracąc siły od kurzu i spopielających życie promieni słońca. „Rozżarzony grunt pustyni bije gorącem, jak z pieca. Jest trudno: pojawiają się zawroty i bóle głowy, pot ciurkiem spływa po ciele, czuje się zupełną słabość i beznadziejne zmęczenie. Zwierzęta cierpią nie mniej niż my. Wielbłądy mają otwarte paszczęki, są zroszone potem do takiego stopnia, iż wydaje się, że ktoś oblał je wodą... Cała karawana brnie w milczeniu, jakby nie chciała przekazywać sobie nawzajem i bez tego ciężkich wrażeń”...
Po kilku miesiącach wyprawa musiała wrócić do Kalganu nie osiągając celu swej podróży – jeziora Kuku-nor. Ale w sumie ten pierwszy odcinek był również udany, zgromadzono bowiem nie tylko masę obserwacji naukowych, ale też pewną liczbę okazów flory i fauny. (Dodajmy, że dalsza podróż okazała się niemożliwa nie tylko ze względu na przemęczenie ludzi i zwierząt, ale też dlatego, że nie miano środków, w czasie bowiem jednego z postojów ktoś skradł siedem z ośmiu wielbłądów; widocznie byli to miejscowi mieszkańcy, ustosunkowani do przybyszów z Rosji bardzo wrogo).

***

Po przerwie i odpoczynku podróżnicy udali się w marcu 1872 roku w kierunku Tybetu i w październiku dotarli do jeziora Kuku-nor. „Marzenie mego życia się spełniło – pisał Przewalski. – To, o czym do niedawna tylko snułem marzenia, stało się faktem dokonanym. Powodzenie, co prawda, kupione zostało za cenę wielu ciężkich prób, lecz teraz wszystkie przeżyte trudności się zapomniały i staliśmy zachwyceni z towarzyszem wyprawy na brzegu wielkiego jeziora, ciesząc oko jego cudownymi, ciemnobłękitnymi falami”...
(Jezioro Kuku-nor ma 105 km długości i 65 km szerokości; powierzchnia jego wynosi 4,2 tysiąca km2, największa głębokość – 38 metrów; do zbiornika tego, leżącego na wysokości 3205 metrów nad poziomem morza wpadają 23 rzeki). Flora i fauna płaskowyżu, na którym leży Kuku-nor była bogata, stanowiła wdzięczny przedmiot badań, z czego skwapliwie skorzystał Przewalski, zatrzymując się nad brzegami jeziora na dwa tygodnie. Dzięki niemu zresztą nauka światowa po raz pierwszy otrzymała dokładną informację o przyrodzie tych miejsc.
Samo badanie drobniutkich i często zdekomponowanych podczas zbioru roślin tybetańskich zabierało wiele czasu: egzemplarze moczono w gorącej wodzie w celu rozmiękczenia, następnie rozprostowywano pod lupą, analizowano i rysowano pod nią; przy czym rysunki – jako przeznaczone dla druku – wykonywano z największą starannością. Tak więc i przerwy między wyprawami wcale nie były okresami błogiego nieróbstwa.

***

Dalsza droga prowadziła przez Wyżynę Tybetańską. W ogóle Tybet dawał się poznać jako kraj niegościnny i srogi: wszędzie poniewierały się ludzkie i końskie czaszki, przypominające o beznadziejnej walce człowieka z tytaniczną przyrodą. Także nasi podróżnicy na każdym kroku przekonywali się, jak niełatwo jest się poruszać przez kamienne i piaszczyste pustkowia górskiej krainy.
Wydawało się, że olbrzymie, niebotyczne góry i skały przytłaczają duszę ludzką, przerażają ją fantastycznymi urwiskami i dzikimi rozpadlinami, ziejącymi śmiercią przepaściami. W takich okolicach kształtują się charaktery uzależnione, niewolnicze, leniwe, nastawione na przeczekanie i przechytrzenie życia. Tak przynajmniej uważał Mikołaj Przewalski.
Okres od grudnia 1872 po luty 1873 roku był bodaj najuciążliwszy w całej tej długiej i morderczej wyprawie. „Głęboka zima – pisał Przewalski – z silnymi mrozami i burzami; zupełny brak wszystkiego, nawet najbardziej koniecznego; wreszcie, rozmaite inne uciążliwości – wszystko to, dzień po dniu, niszczyło nasze siły. Życie nasze było w pełnym sensie „walką o przetrwanie” i tylko świadomość naukowej doniosłości przedsięwziętej sprawy dodawała nam energii i siły do pomyślnego wykonania swego zadania...
Siedzieć na koniu niemożliwie było ze względu na chłód, iść pieszo zbyt ciężko, tym bardziej niosąc na sobie strzelbę, plecak i naboje, co w sumie składało się na ponad półpudowy ładunek. Na wysokim zaś płaskowyżu każdy dodatkowy funt ciężaru odbiera niemało sił, najmniejsza wspinaczka wydaje się bardzo trudna, odczuwa się zadyszkę, serce bije bardzo szybko, ręce i nogi drżą; od czasu do czasu następują zawroty głowy i wymioty.
Do tego wszystkiego dorzucić trzeba, że nasz ciepły ubiór za dwa lata podróży tak się znosił, że cały był połatany i nie mógł już w stopniu zadowalającym chronić przed zimnem. Lecz lepszego nie mogliśmy sobie sprawić i chcąc nie chcąc musieliśmy się zadowalać dziurawymi kożuchami i takimiż spodniami. A buty w ogóle przepadły, tak że do starych cholew podszywaliśmy kawałki skóry postrzelonych jaków i elegantowyliśmy się w tych kamaszach podczas najsroższych mrozów”...
Nie sprzyjały zdrowiu i dobowe wahania temperatur o amplitudzie ponad 30 stopni, od –20°C w nocy do +13°C we dniu. Co prawda, na terenach tych, obfitujących w faunę, podróżnicy używali w dużych ilościach pokarmów mięsnych, będących doskonałym źródłem siły i energii. W ciągu kilku miesięcy przebywania w Północnym Tybecie zastrzelili aż 76 dużych ssaków, w tym 32 jaków. Wiele skór później przekazano do zbiorów zoologicznych.
Takie postępowanie było wszelako koniecznością życiową w ekstremalnych warunkach klimatycznych i przyrodniczych.
Sylwestra roku 1873 spotykał Przewalski w namiocie na dużej wysokości, gdzie trudno było nawet oddychać. W dzienniku zanotował: „Jeszcze nigdy w życiu nie musiałem spotykać Nowego Roku w takiej absolutnej pustyni, jak ta, na której się znajdujemy. I jakby uzupełniając harmonię wszystkich okoliczności nie pozostało u nas zdecydowanie żadnych zapasów prócz parszywej dzamby (tłuczonych podprażonych nasion zbożowych) i małej ilości mąki. Nędza straszna, ale ją trzeba przeżyć w imię wielkiego celu wyprawy.
Niech nam starczy siły i woli ukończyć to wspaniałe dzieło – oto najlepsze życzenie, które składamy sobie na Nowy Rok... Wczoraj wieczorem i dziś wielokroć wspominaliśmy ojczyznę, domowników i choćby w myślach przenosiliśmy się tam, gdzie pozostało wszystko co drogie”...
Wiosną 1873 roku wyprawa zawróciła do domu, ale musiano jeszcze po drodze przejść przez wiele perypetii, zanim we wrześniu dotarło się ponownie do miasta Urga. W lipcu m.in. wędrowcy omalże nie zginęli w pustyni Gobi, kiedy to termometr w cieniu wskazywał +45°C, a przez kilkadziesiąt godzin nie udawało się dotrzeć do jakiegokolwiek źródła wody. W końcowej fazie tego przypadku Przewalski z towarzyszami pokonał pieszo 36 kilometrów w ciągu 9 godzin przez piaski, zanim nie natknął się przypadkowo na studnię. Zaznaczmy, że ulubieniec uczestników wyprawy, pies Faust, nie wytrzymał gorąca i posuchy, padł na drodze ku głębokiemu smutkowi ludzi, którzy spostrzegli w tej śmierci złowróżbny omen także dla siebie. A jednak po 44 dniach walki pustynia została podbita przez garstkę odważnych zapaleńców.
W ciągu trzech lat Przewalski pokonał 12 tysięcy kilometrów. W trakcie tej podróży określono astronomicznie 18 punktów, na mapie zanotowano setki nowych obiektów geograficznych, dokonano bardzo ważnych obserwacji meteorologicznych i klimatologicznych. Zbiory ornitologiczne liczyły 238 gatunków ptaków (około 1 tysiąc egz.); 42 gatunki ssaków (130 skór); około dziesięciu odmian gadów (70 egz.); 11 gatunków ryb i ponad 3 tysiące insektów. Kolekcja botaniczna obejmowała do 600 odmian roślin (4 tysiące egz.). Samo późniejsze opracowywanie zgromadzonego materiału zajęło Przewalskiemu półtora roku...
W ciągu kilkudziesięciu miesięcy uczony nie wysyłał ani do Petersburga, ani do rosyjskiego przedstawicielstwa w Pekinie żadnego listu. Wszyscy gubili się w domysłach: gdzie są członkowie wyprawy? Czy w ogóle jeszcze żyją? Co się z nimi stało? I doszli do wniosku: śmiałkowie zginęli na skutek ataku Tangutów. Jedna z gazet w Petersburgu zamieściła nekrolog o śmierci Przewalskiego. Bazując na tym tekście podobne nekrologi ukazały się w Londynie i Paryżu. Aż wreszcie samo zjawienie się Przewalskiego „z tamtego świata” rozwiało wszelkie domysły i wszyscy się przekonali, że pogłoski o jego śmierci są, że tak powiemy, „nieco przesadzone”...
Także samym podróżnym ponowne zetknięcie się z cywilizacją europejską sprawiło zaskoczenie. Przewalski nie bez humoru pisał o tym: „Nam, już odwykniętym od życia europejskiego wszystko początkowo wydawało się dziwnym, poczynając od widelców i talerzy a kończąc na meblach, lustrach itp. Suma nowych wrażeń była tak wielka i tak mocno na nas oddziałała, że w tym pierwszym dniu bardzo mało jedliśmy i prawie całą noc nie spaliśmy. Po umyciu się nazajutrz w łaźni, w której nie byliśmy ponad dwa lata, do takiego stopnia zasłabliśmy, że nie mogliśmy się utrzymać na nogach. Dopiero po jakichś dwu dniach zaczęliśmy powoli wracać do siebie, spokojnie spać i jeść z wilczym apetytem”...

***

Wyniki swej tytanicznej pracy badawczej przedstawił M. Przewalski w cytowanym powyżej przez nas dziele pt. „Mongolia i Kraj Tangutów” (1875) wydanym także w językach niemieckim, angielskim i francuskim. Urywki z tej książki drukowano w kilkunastu innych krajach, stała się ona bowiem początkiem nowej epoki w geografii. Autor występuje w tym dziele nie tylko jako wybitny uczony, ale i jako utalentowany narrator, obdarzony niepospolitymi uzdolnieniami literackimi. Książkę czyta się dosłownie z zapartym tchem, tyle w niej osobistego zaangażowania, serca, uczucia i ciągle nowej wiedzy o świecie, przyrodzie, ludziach.
„Mongolia i Kraj Tangutów” uważana jest za najlepsze dzieło M. Przewalskiego. Rozdział drugi tej książki badacz w całości poświęcił etnograficznemu opisaniu Mongołów, zaczynając od wyglądu zewnętrznego (typ antropologiczny), poprzez byt, język, charakter, religię i zabobony, do stylu rządzenia i administracji.
Pod względem fizycznym Mongoł reprezentuje – według naszego badacza – typ niezbyt pociągający: „Szeroka płaska twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi, spłaszczony nos, nieduże, wąsko wycięte oczy, kantowata czaszka, duże odstające uszy, czarne twarde włosy, nader rzadkie na wąsach i brodzie, śniada, opalona cera, i wreszcie, mocna, barczysta budowa ciała przy średnim, a nawet wysokim wzroście (...). Mongoł nigdy nie pije surowej, chłodnej wody, lecz zawsze zastępuje ją herbatą... Produkt ten Mongołowie otrzymują od Chińczyków i tak się do niego przyzwyczaili, że bez herbaty żaden nomad – ani mężczyzna, ani kobieta – nie może wytrzymać kilku dni. Cały dzień, od rana do wieczora, w każdej jurcie stoi na ognisku kocioł z herbatą, którą bez przerwy piją wszyscy członkowie rodziny; taż herbata stanowi poczęstowanie dla każdego gościa. Wody się używa zazwyczaj słonej, a jeśli takowej nie ma, to do wrzątku umyślnie dodaje się soli oraz kilka kubków mleka... Na pierwszy raz poczęstunek gotowy. Ale w takim kształcie służy tylko do picia... W celu zaś przygotowania bardziej istotnej strawy Mongoł sypie do swej filiżanki z herbatą suche podprażone proso i wreszcie, ku pełni przyjemności, kładzie tam masło lub surowy tłuszcz zwierzęcy. Wypić w ciągu dnia 10 lub 15 dużych filiżanek herbaty (równych objętością naszym szklankom) to porcja zupełnie zwykła nawet dla mongolskiej panny; dorośli zaś mężczyźni piją dwukrotnie więcej: Przy tym zauważyć trzeba, że filiżanki, z których jedzą nomadzi, stanowią wyłączną własność każdej osoby. Filiżanki stanowią swego rodzaju przedmiot elegancji, bogacze korzystają ze srebrnych, wyprodukowanych w Chinach, łamowie zaś robią je nieraz z czaszek ludzkich, które rozpiłowuje się na połowę i oprawia w srebro”.
Zaznaczmy niejako na marginesie, że i w Rosji od dawna już znano i ceniono ten zielony orzeźwiający napój, czego najlepszym przykładem mógłby być sam M. Przewalski, zagorzały „herbaciarz”. A zresztą, i w Europie Zachodniej nie było inaczej. Jak pisze pewien francuski historyk: „W Rosji herbatę znano zapewne od roku 1567, ale jej upowszechnienie wydaje się związane z drogą morską, z angielskimi „indiamen” na horyzoncie 1730. Nie sugerujmy się cywilizacją samowara: pomiędzy Rosją i Anglią jest różnica skali, która przemawia na korzyść morza i długiego wiekowego korzystania z wolności. Pod koniec XVIII wieku Rosja importuje poniżej 500 ton herbaty. Daleko jej do 7 000 ton, jakie konsumuje Zachód”. (Pierre Chaunu, „Cywilizacja wieku Oświecenia”). Nie ma co więc dziwić się Mongołom, zamieszkałym przecież obok Chin, kraju produkującego najlepsze gatunki tego ziela.
W dalszym ciągu swej narracji o skośnookich mieszkańcach Azji M. Przewalski notuje: „Chociaż herbata i mleko składają się na podstawową strawę Mongołów w ciągu całego roku, to jednak bardzo istotnym dodatkiem do nich, w szczególności zimą, jest mięso baranie. Jest to tak smakowita rzecz dla każdego nomada, że chcąc pochwalić coś z jedzenia zawsze powie: „Tak smaczne, jak baranina”. Baran jest nawet uważany, podobnie jak wielbłąd, za święte zwierzę... I im bardziej tłusty, tym milszy dla mongolskiego podniebienia. (Godny uwagi jest sposób, jakim Mongołowie zabijają barana przeznaczonego na spożycie: rozpruwają mu brzuch, wsuwają tam rękę i namacawszy serce ściskają je w pięści, aż baran zdechnie). Z zabitego barana nie przepada zdecydowanie nic, nawet kiszki są wykorzystywane; z nich wyciska się zawartość, potem napełnia się krwią i gotuje się otrzymane tym sposobem kiełbasy.
Obżarstwo Mongołów baraniną przekracza wszelkie możliwe wyobrażenia. Za jednym razem nomad może zjeść ponad 10 funtów mięsa, ale zdarzają się i tacy gastronomowie, którzy w ciągu dnia potrafią zjeść całego barana średniej wielkości... Mongoł może przez całą dobę obejść się bez strawy, ale skoro się do niej dorwie, to je literalnie „jeden za siedmiu”. (...) Prócz baraniny Mongołowie jedzą także kozłów, koni, w mniejszej ilości rogaciznę, a jeszcze rzadziej wielbłądy. Chleba oni nie znają... Ptaków i ryb, za bardzo małym wyjątkiem, wcale nie jedzą i uważają taką strawę za ohydną. Wstręt ich w danym przypadku jest tak duży, że pewnego razu nad jeziorem Kuku-nor nasz przewodnik zażygał się patrząc na to, jakeśmy spożywali kaczkę. Wypadek ten dowodzi, jak względne są wyobrażenia ludzi nawet o takich przedmiotach”...
W dalszym ciągu swego tekstu M. Przewalski odnotowuje wiele interesujących, aczkolwiek w jego interpretacji kontrowersyjnych, szczegółów, dotyczących usposobienia i bytu płaskotwarzych Azjatów. „Nawet – powiada – najkrótsze odległości Mongoł nie pokonuje pieszo, lecz koniecznie usiądzie na koniu... Chodzenie pieszo jest w powszechnej pogardzie u nomadów do takiego stopnia, że każdy z nich uważa za wielki wstyd przejść pieszo nawet do jurty bliskiego sąsiada... Pod względem intelektu Mongołom nie można odmówić dużej inteligencji, obok której wszelako idą chytrość, obłuda i fałsz”.
Plastyczny jest też opis obyczajów, podany przez naszego podróżnika, który m.in. pisze: „Los kobiety mongolskiej nie jest godny pozazdroszczenia. Wąski horyzont życia nomadycznego dla niej zawęża się jeszcze bardziej. Będąc w zupełnym poddaństwie męża, Mongołka całe życie spędza w jurcie, pielęgnując dzieci i wykonując różne roboty związane z prowadzeniem gospodarstwa domowego. W wolnym czasie przeważnie szyje ubiory”...
Trzeba powiedzieć, że w tym wypadku Przewalski nie zupełnie ma rację. To prawda, że kobieta u Mongołów dźwigała główny ciężar prowadzenia spraw rodzinnych, z tym jednak, że zajęcia te miały i mają tam wysoki prestiż i są uważane za nie mniej ważne niż pasterskie czy myśliwskie zajęcia mężczyzn. Jeszcze za czasów średniowiecznych kobieta mongolska cieszyła się prawie zupełnym równouprawnieniem z mężczyzną, bywała nieraz nie tylko ministrem czy dyplomatą, ale też dowódcą wojskowym lub zasiadała na tronie monarszym. (Zresztą i Przewalski zaznacza, że sam spotkał Mongołki, „które nie tylko kierowały wszystkimi sprawami w domu, ale i dosłownie trzymały swych mężów pod pantoflem”).
Również przedstawienie kobiet mongolskich jako bodaj zupełnie pozbawionych wdzięku nie odpowiada rzeczywistości. Młode dziewczyny mongolskie reprezentują, co prawda, specyficzny typ antropologiczny, ale nierzadko są harmonijnie zbudowane, mają silne, kształtne i ładne nogi, a wyraz ich twarzy ożywiają głębokie ciemne oczy; uśmiech zaś obnaża z reguły białośnieżne równe rzędy zębów. W sumie jest to typ dziewczyn mocnych, jędrnych, w jakiś specyficzny sposób wykazujących swą „naturalność” w sensie bliskości do natury.
Dalej Przewalski zaznacza: „W stosunku do moralnych kwalifikacji niewiasty mongolskie są dobrymi matkami i doskonałymi gospodyniami, lecz są daleko nie bez zarzutu jako wierne żony.
Ponieważ nie tylko mąż może wypędzić z domu żonę, która coś nabroiła, ale i żona może w każdej chwili porzucić męża, którego już nie kocha, częste są rozwody. „Podobne obyczaje często prowadzą do rozmaitych historii miłosnych, które się rozgrywają w głuszy pustyń i nigdy nie trafią na stronice żadnego romansu” – nie bez przekąsu zaznacza Przewalski, człowiek z natury poważny i prawy, wykazujący cechy surowego perfekcjonisty etycznego.
Stan sfery obyczajów społecznych w tej części Azji również nie znajduje w Przewalskim swego entuzjasty, który odnotowuje: „Łapówkarstwo i przekupstwo w Mongolii, podobnie jak w Chinach, rozwinięte są w stopniu najwyższym; za łapówkę można osiągnąć wszystko, bez łapówki nic... Przekupstwo i inne nadużycia, zarówno w administracji jak i w sądownictwie posunięte są do krańcowości”.
Bardzo negatywnie oceniał Przewalski religię Mongołów, lamaizm: „Stan lamów stanowi najstraszniejszy wrzód Mongolii, ponieważ angażuje najlepszą część ludności męskiej, żyje jako pasożyt kosztem innych współbraci; swym zaś bezgranicznym wpływem na nich zagradza przed narodem wszelką możliwość wyjścia z tej głębokiej ciemnoty, w jakiej jest pogrążony”...
Prawdopodobnie tę i niektóre inne wypowiedzi M. Przewalskiego wypada uznać za nieco jednostronne. Chodzi bowiem o to, że Europa i Azja wykształciły dwa różne typy umysłowości: zachodni i wschodni, które nieraz z trudem się nawzajem rozumieją. O ile mentalność Zachodu cechuje daleko posunięty ekspansywizm w stosunku do przyrody, często przerastający wręcz w przemoc i agresję, o tyle w wielu nurtach duchowych Wschodu, szczególnie Indii, dominuje szukanie harmonii człowieka i natury, skłonność do medytacji i biernego przeżywania swego losu. (Por.: Bede Griffits, „Zaślubiny Wschodu z Zachodem”, Poznań 1996, s. 7).
Max Scheler z kolei twierdził, że: „najnowsza historia Zachodu i jego samodzielnie rozwijających się odrośli kulturalnych (Ameryka, etc.) uprawiała systematycznie w sposób coraz to bardziej jednostronny wiedzę nastawioną na osiągnięcia, ukierunkowaną prawie jedynie na możliwe praktyczne przeobrażanie świata.” W całej rozciągłości twierdzenie to jest stosowalne także do Rosji. Również Przewalskiego cechowała mentalność ukierunkowana na podbój zewnętrzny, na opanowywanie przyrody. Postawa taka kolidowała z usposobieniem ludzi Wschodu. Max Scheler zauważał również: „Kultury azjatyckie posiadają przewagę (równie miażdżącą jak Europa na polu wiedzy służącej opanowaniu przyrody zewnętrznej) w uprawianiu wiedzy kształcącej i wyzwalającej oraz wiedzy ukierunkowanej na opracowanie technologii panowania nad światem witalnym”.
Ukierunkowanie na wewnątrz ludzi Wschodu, brak w nich energii ekspansywnej często odbierane są przez Europejczyków jako przejaw gnuśności, ospałości, swego rodzaju niedorozwoju witalnego. Stąd specyficzna pogarda i nieprzyjaźń żywiona przez ludzi Zachodu względem „Chińczyków”... Dobitny wyraz tej postawy znajdujemy w słynnych wersetach Rudyarda Kiplinga, (który również widział w duchu Wschodu przede wszystkim bierność, którą odrzucał):
Oh, East is East, and West is West,
and never the twain shall meet,
Till Earth and Sky stand presently
at God’s great Judgement Seat;”....
Podobnie zresztą, jak Kipling był opanowany przez brytyjski mesjanizm imperialny, tak Przewalski nieraz dawał wyraz podobnemu mesjanizmowi imperialnemu, ale rosyjskiemu i szerzej słowiańskiemu...
Interesujące są również inne osądy, obserwacje i opisy, podawane przez podróżnika w jego drugiej książce, jak np. ten, poświęcony zwyczajom pogrzebowym: „Po śmierci Mongoła trup jego z reguły jest wyrzucany w pole, na pożarcie ptakom i zwierzętom. Lamowie decydują przy tym, w jaką stronę głową musi być położony zmarły. Zwłoki księciów i ważnych lamów zakopuje się do ziemi i przykrywa kamieniami, albo się spala”.

***

M. Przewalski, jako pierwszy Europejczyk, wprowadził do obiegu naukowego kategorię „Tanguci” na określenie północnych Tybetańczyków (jest to zresztą mongolska nazwa tychże). Obecnie termin ten jest też używany w skali międzynarodowej. Cały rozdział dziesiąty jego książki poświęcił autor tej właśnie narodowości, o której był dość wysokiego zdania. Jego relacje stanowią do dziś wyjątkowo ważne i cenne źródło historyczno-etnograficzne, poświęcone Północnemu Tybetowi. A więc M. Przewalski notował: „Tanguci miewają po jednej żonie, ale zdarza się, że ponadto miewają i nałożnice. Na kobietach spoczywają wszystkie obowiązki domowe, lecz są one równouprawnione z mężczyznami w życiu rodzinnym. Ciekawe, że istnieje u Tangutów zwyczaj wykradania cudzych żon, rzecz jasna, za uprzednią skrytą zgodą tych ostatnich. W takim przypadku ukradziona kobieta należy już do swego przywłaszczyciela, który płaci za nią poprzedniemu właścicielowi okup nieraz nader pokaźny”.
Istniał też wśród Tangutów zwyczaj poliandrii, wielomęstwa, kiedy to kobieta – przeważnie bogatsza – miewała do swej dyspozycji po kilku mężów  Zdziwił Przewalskiego fakt, że czas życia ludzkiego Tybetańczycy zaczynają mierzyć nie od dnia narodzin, lecz od chwili poczęcia, „zawsze dodając rok, spędzony w łonie matki”. Nie było to jednak ( i nie jest) żadnym ewenementem, nie tylko bowiem w Tybecie, ale też w Mongolii, Chinach, Indii, wielu innych wschodnioazjatyckich krajach za początek ludzkiego życia zupełnie słusznie uważa się nie chwilę wyjścia dziecka spod serca matki na świat, lecz moment powstania embrionu.

***

M. Przewalski był świadkiem zdławienia przez Chiny powstania muzułmanów z pogranicza Mongolii i Tybetu i opisał to barwnie w swej książce. Przy czym sympatie jego są jednoznacznie po stronie powstańców, co przejawia się m.in. i w przedstawianiu Chińczyków w nader nieżyczliwym naświetleniu: „Oficerowie i żołnierze (armii chińskiej) wszyscy bez wyjątku oddani są paleniu opium i nie mogą bez niego przeżyć nawet jednego dnia. Nie tylko w koszarach, ale i podczas wyprawy, chociażby i pod nosem nieprzyjaciela, chińscy żołnierze nie porzucają swego zgubnego przyzwyczajenia i codziennie palą odurzające ziele aż do utraty przytomności. Skutkiem tego jest osłabienie zarówno fizyczne jak i moralne oraz zupełna niezdolność żołnierzy do znoszenia trudów czasu wojennego... Każdy dzień część żołnierzy i oficerów obowiązkowo napali się opium i śpi jak zabita”...
Słabość fizyczna narkomanów posunięta jest tak daleko, że żołnierz w marszu nie chce nieść nawet własnej strzelby, a kładzie ją na jakikolwiek wóz, sam zaś idzie „na luzie”... Degradacja sięga też sfery moralnej, żołnierze oddają się rozpuście, homoseksualizmowi, masowo dezerterują z oddziałów. Ze zwyciężonym przeciwnikiem postępują z nadzwyczajnym okrucieństwem, co również jest wyrazem zwyrodnienia. Tak Przewalski podaje, że gdy 30-tysięczna armia chińska zwyciężyła Tybetańczyków, to żołnierze, aby się nie męczyć zabijaniem białą bronią, po prostu spędzili 10 tysięcy Tybetańczyków, w tym dzieci i kobiety, nad przepaść, spychając ich wszystkich następnie w dół. W ogóle zaś skoro rozeszła się wśród ludności mongolskiej pogłoska o nadciąganiu wojsk chińskich, mieszkańcy porzucali nagrzane miejsca i dobytek, uciekali o setki kilometrów lub chowali się w górskich zapadlinach i dziewiczych lasach. Nienawiść Mongołów i Tybetańczyków do Chin jest – jak zaznacza Przewalski – „straszna”. Cóż się dziwić, skoro nawet na terenach wchodzących w skład Imperium Chińskiego żołnierze pekińscy prowadzili się jak dzicy najeźdźcy: „Po dotarciu na miejsce noclegu żołnierze natychmiast rozsypują się po okolicy, by grabić i kraść miejscowej ludności wszystko, co do rąk trafi: jeden ciągnie kurę, drugi – prosiaka, trzeci – wór mąki, czwarty- karmę dla konia, słowem – zaopatrzenie przebiega jak we wrogim mieście oddanym na grabież. Oficerowie również czynnie biorą udział w podobnej operacji... Żadnych skarg się nie przyjmuje, ich zresztą i nie bywa; mieszkańcy się cieszą tylko, jeśli ich samych się nie rusza”.
Godne uwagi są ogólniejsze wnioski, wyciągane przez Przewalskiego z tego co zaobserwował: „Podobne zbrodnie i w ogóle swawola moralna wojsk chińskich wcale nie ulega poprawie poprzez stosowanie okrutnych kar. Nie mówiąc już o kijach bambusowych, którymi wali się po piętach za najmniejsze uchybienie; dezercję, nieposłuszeństwo, grabież karze się tutaj śmiercią. Lecz srogość prawa okazuje się bezsilna tam, gdzie zbrodnie nie są oderwanym zjawiskiem, lecz wspólną przywarą całej masy. Na miejsce straconego grabieżcy staje dziesiątek takichże maruderów, a śladem powieszonego dezertera biegną kolejni; demoralizacja wojsk szerzy się z każdym rokiem”...

***

Choć ta książka M. Przewalskiego nie została, niestety, wydana po polsku, to jednak o jego drugiej podróży azjatyckiej świat naukowy w Polsce był dobrze poinformowany. Chodzi o to, że kustosz Gabinetu Zoologicznego w Warszawie, profesor Władysław Taczanowski, serdeczny przyjaciel M. Przewalskiego nawiasem mówiąc, zamieścił w warszawskim czasopiśmie „Przyroda i Przemysł” (nr 3, 8(20) stycznia 1876) trzecią część swego szerszego opracowania pt. „Wiadomość o ostatnich poszukiwaniach zoologicznych w Chinach”, pisząc m.in.: „Ważny bardzo przyczynek do znajomości fauny chińskiej dostarczyła podróż podpółkownika Przewalskiego odbyta w roku 1871-73. Śmiały ten podróżnik odbył ją w zupełnie inny sposób jak dwaj poprzedni naturaliści (Robert Swinhoe i Armand David – przyp. J. C. ), puścił się bowiem w towarzystwie młodego oficera Pylcowa i dwóch sybirskich kozaków, a przebywając w tak szczupłym gronie okolice wojną domową niepokojone, dotarł do krajów przez nikogo dotąd nie zwiedzanych.
W listopadzie roku 1870 pan Przewalski wyruszył z Kiachty przez pustynię Gobi do Pekinu, gdzie porobiwszy stosowne przygotowania, udał się na północ w okolice jeziora Dołaj-nor, przy granicy Mandżuryi, dla zbadania ich pod względem przyrody i obserwowania wiosennej wędrówki ptaków. Następnie wróciwszy do Pekinu, udał się przez Mongolię do Ordosu, z zamiarem dostania się do jeziora Kukonooru i dalej na zachód, lecz dla braku środków pieniężnych i z powodu niedostatecznego przygotowania się na tę trudną wyprawę, musiał się cofnąć i wrócić do Pekinu. Niezrażony tym pierwszym niepowodzeniem wyruszył powtórnie lepiej już przygotowany, przeszedł Alaszan, dotarł do Kukonooru, gdzie przebył porę wiosennego ciągu, i przekonał się, że ciąg tam jest bardzo słaby, ptactwo bowiem lecące z południa na Sybir ciągnie bliżej morza do Ussuri, i wzdłuż tej rzeki posuwa się na północ, a następnie rozprasza się po tej obszernej krainie.
Znad Kukonooru przeszedł do prowincyi Gańsu, owej krainy, o której marzył ks. David, lecz nie mógł się do niej dostać z powodu niemożności dostania ludzi do pomocy; krajowcy bowiem obawiali się okolicy, dokąd się przeniosły resztki powstania, gdzie jeszcze wrzała wojna domowa, i gdzie groziły napady band rozproszonych. Śmiało je przebyła ta szczupła expedycya, wpośród tych band, przez żadną niezaczepiona. Następnie przez Cajdam Przewalski dostał się do północnego Tybetu i dotarł do rzeki Mur-usu. Dla braku odpowiednich środków, niepodobna było posunąć się dalej w głąb Tybetu, po przebyciu więc w tych dzikich górach kilku miesięcy, wrócono tąż samą drogą do Ałaszanu, skąd prosto przez pustynię ruszono do Urgi i przybyto do Kiachty w połowie września 1873 roku.
Cały ciąg tej podróży odbyto pośród nadzwyczajnych trudności i wysileń, nie chroniąc się nigdzie pod dachem, lecz podczas najcięższych nawet mrozów w Mongolii i na wyżynach Tybetu nocowano pod własnym namiotem. Brak opału dotkliwie dawał się uczuwać i jedyny palny materiał, suchy gnój wielbłądzi i bydlęcy, musiano zbierać po drodze, aby się było czym w nocy ogrzewać i żywność przy tym ugotować. W wielu miejscach doświadczono braku wody. Co noc musiano się mieć na baczności od band zbrojnych rabusiów i kolejno wartę odbywać. Sam naczelnik wyprawy nie wyłączał się od niczego, wartował z całą sumiennością, tak samo jak i inni wszelkie usługi wykonywał. Kupowanie wielbłądów i żywności od krajowców z wielką trudnością przychodziło i dużo czasu marnowało. Kilka razy narażeni byli na wielkie niebezpieczeństwa, a mianowicie w czasie powrotu przez pustynie było już tak rozpaczliwe położenie, że gdyby w studzience, do której dążono, nie znaleziono wody, ludzie i bydlęta byliby zgubieni; wierny pies, który całą odbył podróż, padł ofiarą w tej katastrofie.
Pan Przewalski skreślił kartę całej przebytej drogi, pooznaczał wysokości wielu miejsc ważniejszych, i sprostował kilka błędów geograficznych; prócz tego przez cały ciąg podróży prowadził obserwacye meteorologiczne. Czynności te były bardzo uciążliwe, musiano je bowiem prowadzić w sekrecie wobec podejrzliwych pod tym względem krajowców. Odkrycia zoologiczne tej wyprawy są bardzo znaczne. Niektóre bezludne okolice Gańsu, Cajdamu i Tybetu północnego tak obfitują w wielkie ssące, że co rano wyszedłszy z namiotu, otoczeni byli trzodami różnorodnych zwierząt i nieraz trudny był wybór, za któremi się udać. Dzikie jaki (Bos grunniens) szczególniej były obfite i nietrudne do upolowania; po większej części łatwo one dopuszczały na równinie na doniosłość sztućca, lecz niełatwo było ubić jednym wystrzałem. Dziwny zwyczaj tego olbrzyma ułatwiał zwykle dobicie, zwierz bowiem raniony nie ucieka lub rzuca się z wściekłością ku strzelcowi, ale po kilku razach zatrzymuje się w miejscu lub napowrót się oddala; po następnych strzałach manewr ten powtarza, dopóki trupem nie padnie; ani razu nie było wypadku, aby się odważył naprawdę człowieka atakować. Ogromny ten zwierz po raz pierwszy został zbadanym i skóra do Europy sprowadzona. Stare samce dochodzą do 40 pudów wagi, – a doprowadzenie do Kiachty kosztowało do 300 rubli. Jest on o wiele większy od jaków przyswojonych, co jest przeciwieństwem z ogólnym przekonaniem, że typy dzikie są zawsze mniejsze od ras domowych od nich pochodzących. Zdobycze pana Przewalskiego w dziale ssących są niemałe i ważny stanowią przyczynek do fauny chińskiej, dotąd jednak nie mamy o nich dokładnego wyobrażenia.
Dokładniejszą nierównie wiadomość mam o zbiorze ornitologicznym, przejrzałem bowiem znaczną część ptaków, a o całości mam dość dokładne dane od samego pana Przewalskiego. Znajduje się tam więcej jak 15 gatunków zupełnie nowych; między niemi zasługują na szczególną uwagę: jarząbek, dwa bażanty, ciekawa bardzo poświerka, dla której wypadało utworzyć nowy rodzaj Urocynchramus, odznaczająca się od innych krótkiemi, tępemi jak u sikor skrzydłami, długim ogonem, jak u rodzaju Uragus i różowym kolorem, którego żadna inna poświerka nie ma, itd. Z innych zaś ptaków znanych skądinąd, a dotąd niepostrzeganych w granicach państwa chińskiego, będzie więcej jak 20 gatunków; między takiemi są niektóre bardzo ciekawe, jak np. Podoces Hendersoni i Podoces simplex, równocześnie odkryte przez pana Przewalskiego na granicy ich północnego pobytu i przez pana Hendersona na południowym krańcu, lecz ponieważ ten ostatni podróżnik powrócił pierwej, jego więc okazy posłużyły za typ opisów. Ogólny więc przyczynek do fauny ornitologicznej Chin wynosić będzie nie mniej jak czterdzieści gatunków, a więc lista przez księdza Davida podana, do ośmiuset z górą gatunków podniesioną zostanie. Gdy wkrótce wyjdzie z druku drugi tom dzieła pana Przewalskiego pod tytułem „Mongolia i kraina Tangutów”, obejmujący część zoologiczną, będzie wiadomość dokładna o jego zdobyczach, a przyczynki dodane do materiałów wykazanych przez ks. Davida i p. Swinhoe, wystawią w całym świetle stan obecny znajomości fauny chińskiej.
Pan Przewalski wybiera się z wiosną roku 1876 w nową podróż do Tybetu i rozpocznie ją z Kaszgaru, to jest z zupełnie przeciwnej strony. Przebywać będzie właśnie te okolice, w których według wskazówek Mongołów i Chińczyków ma się wielbłąd dziki znajdować. Na tę wyprawę środki nierównie większe będą niż na poprzednią, lecz powodzenie nie zawsze jest zależne od tego”.

***
 5. Trzecia wyprawa – do Lob-noru i Dżungarii


Po drugiej podróży azjatyckiej Przewalskiego triumfalnie witano w Petersburgu, przyjęcie goniło przyjęcie, prelekcja prelekcję; nagroda nagrodę; zaszczyty, pochwalne artykuły w prasie, szarża podpułkownika wreszcie... Prawie każdemu to sprawiłoby przyjemność. Ale nie Przewalskiemu, który ciągle zmieniał miejsce pobytu, wynajmował skromne dwupokojowe mieszkanka, po kilka dni nie pokazywał się publicznie – byle tylko uniknąć licznych spotkań, fet i zaproszeń. Tego rodzaju zgromadzenia bowiem – wbrew pozorom – nie są płaszczyzną porozumienia międzyludzkiego, lecz raczej bezsensownej rywalizacji i zasadzania się ludzi na siebie nawzajem. Profesor Lew Gumilow pisał w książce „Etnogeneza a biosfera Ziemi” (s. 125-126): „Jak tylko gęstość zaludnienia staje się dość wysoka, ludzie wstępują ze sobą nawzajem w stosunki rywalizacji... Przy czym walka (ludzkich) osobników wewnątrz gatunku nie ma nic wspólnego z wewnątrzgatunkową walką o wyżywienie (w świecie zwierząt), a jej prawa nie mogą być przenoszone na społeczeństwo ludzkie. Tu daje się stwierdzić coś zupełnie innego: zaostrzenie walki o dominację w stadzie, przy czym – co może wydać się nieoczekiwane – właśnie zwycięzcy nie pozostawiają potomstwa... Dlatego geny męczenników idei i nauki, odważnych żołnierzy, poetów i artystów w kolejnych pokoleniach spotyka się coraz rzadziej i rzadziej”.
M. Przewalski jakby wyczuwał, a może wręcz dokładnie sobie z tej okoliczności zdawał sprawę i nie chciał się pogrążać w marnej krzątaninie tego świata, tym bardziej, iż z pewnością rozumiał, że nie tylko jego osiągnięcia naukowe, lecz nawet powierzchowność i styl zachowania się niezbyt pasują do salonów, w których dominuje intryga i przeciętność. Szkoda więc było czasu na takie próżnowanie.
M. Przewalski natychmiast przykuwał uwagę rosyjskiego otoczenia. Jeden z jego uczniów, P. Kozłow, wspominał: „Swą postawą, ruchami, głosem, swą niepowtarzalną orlą głową – nie był podobny do innych ludzi, a głębokie spojrzenie ostrych pięknych błękitnych oczu, wydawało się, przenika w głąb duszy”.
Znać było w tym olbrzymie dawną „sarmacką” rasę... Gdyby znany fizjognomista amerykański Robert L. Whiteside, autor książki „Face language” (1994) spojrzał na podobiznę M. Przewalskiego, musiałby widocznie z jego rysów wyczytać: jest to człowiek o mocnym charakterze, ma wyrobione poczucie piękna (w tym piękna etycznego), jest bystry i elokwentny. Być może wskazałby też na analityczny skład jego umysłu...
Historyk N. Dubrowin zaznacza, że uczony Petersburga „nie lubił i czuł się w nim tak, jakby się znajdował w areszcie. Przeciwnik wszelkiego rodzaju aplauzu, bywał w złym stanie ducha nawet i wówczas, gdy widział, iż zwraca się na niego szczególną uwagę”. Nie lubił tamtejszego towarzystwa, z jego sztucznym wigorem, nieprzyjemną poufałością, niespokojnym pozerstwem, fałszywą serdecznością i pijanym tupetem. Społecznością nieuków i durniów, których ideał polegał na podrygiwaniu rachitycznymi nóżkami podczas tańca i na przeżywaniu sentymentalnych operetek – oto czym w zasadzie był ówczesny high life petersburski.
W okresie tym uczony pracował z reguły po 10 godzin na dobę nad pierwszym tomem „Mongolii i Kraju Tangutów”. Wkrótce też posypały się na niego jak z rogu obfitości zaszczyty i odznaczenia naukowe: z Petersburga, Berlina, Paryża.
M. Przewalski jednak z natury był obojętny na ludzkie pochwały i próżne zaszczyty. Mógłby za Franciszkiem Baconem powiedzieć. „Jeżeli pochwała pochodzi od ludzi pospolitych, to zazwyczaj jest fałszywa i nic nie warta; i przypada raczej w udziale ludziom pozoru niż ludziom cnotliwym; pospolici ludzie bowiem nie umieją cenić wielu wysokich cnót i zalet. Zalety najniższego rzędu znajdują u nich pochwałę, zalety średniej miary budzą w nich zdziwienie czy podziw; ale dla cnót najwyższych nie mają oni żadnego zrozumienia i zgoła ich nie postrzegają”. (Francis Bacon, O chwale i pochwale, w: „Eseje”, s. 228).
Pliniusz Młodszy też zauważał: „Chwaląc innego człowieka, samym sobie czynimy sprawiedliwość; albowiem ten, kogo chwalicie, jest albo wyższy od was w tym, co chwalicie, albo niższy; jeśli jest niższy, to jeśli się go za to chwali, to wy sami tym bardziej zasługujecie na pochwałę; a jeśli jest wyższy, to gdyby się go nie chwaliło, wy sami tym mniej zasługiwalibyście na pochwałę”.
Francis Bacon zaś po wiekach dodawał: „Szczodrze się szafuje chwałą i pochwałą dla innych za to, w czym sam człowiek ma pewną doskonałość. Tylko niewiele jednak pochwał wynika z życzliwości i szacunku. Często chwali się kogoś, by mu zaszkodzić przez wzbudzenie zawiści i wrogości w stosunku do niego. „Gdy się bowiem zbytnio wychwala i wywyższa człowieka lub jakąś sprawę, to wywołuje się sprzeciw oraz zawiść i wzgardę”. (F. Bacon).
Człowiek rozumny powinien traktować pochwały i komplementy z rezerwą, gdyż mogą to być po prostu pochlebstwa, których się przecież używa, by panować nad kimś pod pozorem uległości. Pochlebca chytry pochwala w człowieku to, w czym tenże człowiek wydaje się celować we własnym mniemaniu; pochlebca zaś perfidny i bezczelny wychwala w kimś właśnie to, co ów uważa za swój niedostatek lub w czym czuje się słabszy. Takie pochwały prowadzą do zguby chwalonego, o ile nie potraktuje ich obojętnie i nie oddali się od przewrotnego pochlebcy.
Nie przypadkiem jednak dawna mądrość radzi, iż pomyślność należy ukrywać w domu. Wywołuje ona bowiem ludzką zawiść i złość. Wbrew pozorom życie uczonych w większości krajów Eurazji, a już w krajach słowiańskich szczególnie, nigdy nie było godnym pozazdroszczenia. „Od tysięcy lat uczeni skarżą się na to, że uprawiana przez nich wiedza cieszy się niewielkim uznaniem masy ludzkiej, obserwatorzy zaś życia społecznego potwierdzają, że narzekania te bynajmniej nie są bezpodstawne. Z badań zbiorowości znajdujących się na niższych poziomach kultury oraz wielkich grup ludzi oddanych zajęciom praktycznym w społeczeństwach bardziej cywilizowanych – rolników, rzemieślników, kupców, gospodyń domowych itd. – wynika, że stosunkowo rzadko ludzie czynu odczuwają w normalnych warunkach potrzebę kogoś, kto specjalizuje się w uprawianiu wiedzy...” (F. Znaniecki, „Społeczne role uczonych”, Warszawa 1984, s. 303).
I tak pozostaje do dziś. Zważywszy zaś, iż Mikołaj Przewalski był uczonym z prawdziwego zdarzenia, autentycznym badaczem i odkrywcą, a nie miernotą przeżywającą cudze myśli, musiał się liczyć z ukrytą wrogością środowiska. „Jest oczywiste, że dla odkrywcy faktów, swobodnie włóczącego się w poszukiwaniu tego, co nieoczekiwane, nie ma miejsca w środowisku uczonych o dobrze unormowanych tradycyjnych rolach. Może on być samotnikiem, niezależną jednostką, pozbawioną zainteresowania tradycjami zawodu, lub buntownikiem przeciwko ustalonym autorytetom intelektualnym. W żadnym wypadku nie przyświeca mu jedynie ciekawość lub chęć przygody. Sama ciekawość nie wystarczy, by wzbudzić dążenie do wykrycia faktów obiektywnie nieznanych, nie zaobserwowanych przez innych badaczy: wprost przeciwnie, pobudzenie przychodzi raczej z komunikacji społecznej, dzięki której jednostka dowiaduje się o istnieniu faktów nieznanych jej, lecz znanych innym ludziom. „Duch przygody” może istotnie zaprowadzić jednostkę na nieznane tereny, lecz nie w poszukiwaniu obiektywnych faktów, które należy zarejestrować na użytek nauki, lecz w poszukiwaniu niezwykłych doświadczeń osobistych. Turyści, myśliwi polujący na grubego zwierza, poszukiwacze złota, pionierzy i koloniści nie są eksploratorami naukowymi.
W przypadku eksploracji faktów czynne muszą być dążenia innego rodzaju. Samotnego obserwatora przyrody, jakimi był Fabre lub Thoreau, lub kultury – takiego, jakimi byli ci archeologowie lub etnologowie, którzy zapoczątkowali intensywne studia nad minionymi lub egzotycznymi cywilizacjami – ożywia miłość do badanych faktów. Doświadcza on estetycznej przyjemności, kontemplując odkryte przez siebie nowe zjawisko; przyjemność ta przeradza się w podniecającą świadomość niewyczerpalnego bogactwa badanej dziedziny, jej niezliczonych tajemnic i stwarzanych przez nią możliwości nowych odkryć. Tego rodzaju miłość zmienia się czasem w mistyczny entuzjazm, jakiego doświadczał Giordano Bruno, który, choć traktowany jako buntownik, pozostał nade wszystko miłośnikiem nieskończonego świata empirycznego, ofiarowującego mu cuda, których kontemplacja mogłaby wypełnić całą wieczność.” (F. Znaniecki, „Społeczne role uczonych”, s. 452-453).
Jest rzeczą ewidentną, że tego rodzaju postawa cechuje bardzo niewielu ludzi i przez bardzo nielicznych może też być zrozumiana i zaakceptowana. Z reguły zaś ludzie nie lubią tego, kogo i czego nie pojmują. „Wielkość myśli niewidoczna jest królom, wodzom, bogaczom, wszystkim mocarzom cielesnympisał Blaise Pascal.
Mógł dodać, że pospólstwu również... Jako skutek tego zjawiać się więc musi negatywny stosunek do wszystkiego, co oryginalne i nieprzeciętne. Wokół każdego zresztą znakomitego człowieka nieustannie jest tworzona mglista negatywna aureola powstająca na skutek fałszywego rozumienia i płytkiego tłumaczenia prawie każdego jego czynu, słowa, ruchu, odruchu. Jest to nieuchronna i konieczna prawidłowość, wynikająca z samej istoty rzeczy: głupota nigdy nie zrozumie mądrości. „Zły dobrego nie chwali, ani głupi mądrego” – pisał Jan Opaliński. A dawne, znane w wielu językach porzekadło głosi: „Jest to los królów – mówi się o nich źle, gdy czynią dobrze”.
M. Przewalski – w przeciwieństwie do ogromnej większości ludzi – kierował się zasadą: „Życie jest krótkie, a prawda działa i żyje długo: mówmy więc prawdę”. Społeczności, złożonej z cwanych kłamczuchów tego rodzaju filozofia i tego rodzaju postępowanie wydawały się krańcowo nonkonformistyczne, co też powodowało niesamowite oburzenie. Chodzi o to, że – jak to trafnie ujął Johann W. Goethe – „Prawda jest pochodnią, i to ogromną; dlatego wszyscy staramy się, mrużąc oczy, przejść mimo niej jak najszybciej, pełni lęku, by się nie oparzyć”.
Stąd też powszechna obawa przed „prawdomówcami”, którzy mącą nam błogi spokój. Fryderyk Nietzsche w „Niewczesnych rozważaniach” pisał: „Ludzie są jeszcze bardziej leniwi niż bojaźliwi i boją się właśnie najbardziej uciążliwości, któremi by obarczyła ich bezwarunkowa uczciwość. Jedynie artyści nienawidzą tego gnuśnego chadzania w zapożyczonych manierach i przewieszonych opiniach i odsłaniają tajemnicę, nieczyste sumienie każdego, twierdzą mianowicie, że każdy człowiek jest jednorazowym cudem. Ważą się ukazywać nam człowieka, jak to on aż do każdego ruchu mięśnia jest sobą samym, jedynym, co więcej, że w tej surowej konsekwencji swojej jedyności jest piękny i godny uwagi, nowy i nie do wiary, jak każde dzieło natury. Jeśli wielki myśliciel ludźmi gardzi, to gardzi ich lenistwem, gdyż z powodu tego wydają się, jak towar fabryczny, obojętni i niegodni obcowania i pouczenia. Człowiekowi, który nie chce należeć do tłumu, wystarczy tylko przestać być względem siebie wygodnym; niech słucha swego sumienia, które doń woła: „bądź samym sobą!”.
Wszelako za bycie sobą zawsze się płaci większym lub mniejszym wyobcowaniem ze społeczności i się ponosi tego koszta. Ludzie nietypowi zawsze jakby wypadają z totalności społecznej i narodowej, wywołują palącą nienawiść dołów społecznych, domagających się ich zniszczenia wychodząc z zasady negacji prawa do odmienności.
U ludów pierwotnych jednostka czuje się przede wszystkim członkiem swej grupy. Duma jej więc lokowana jest nie tyle w zdolnościach i osiągnięciach osobistych, ile w działaniu instytucji i w życiu społeczności. Na wyższym poziomie rozwoju bardziej cenione bywa nie infantylne („dziecięce”) przywiązanie do swej grupy, niepozbawione rozumu „poczucie stadności”, lecz takie cechy jak niezależność przekonań i zgodne z nimi postępowanie, poleganie na sobie wynikające z zaufania do własnych rozstrzygnięć, odpowiedzialność (dziecko, jako istota nieświadoma nie jest odpowiedzialna nawet za popełnienie zbrodni), obowiązkowość, głębokość i szczerość uczuć. Cechy te oczywiście są bardzo korzystne dla społeczeństw nowoczesnych i się rozwijających, ale też żadne społeczeństwo nie wspiera tego rodzaju ludzi i zachowań.
Tworzenie, organizowanie złośliwych plotek, pomówień wokół ludzi, którzy są coś warci i już tym samym wywołują oburzenie nicponi, to praktyka powszednia tych, co widzą w działalności każdego dzielnego człowieka zagrożenie własnego błogiego spokoju – lub interesów. Plotka łatwo trafia do ludzi tzw. „prostych”, nieświadomych utajonych motywów jej puszczenia w obieg. Najlepiej zresztą ukrywa się własne podłe praktyki posądzając o jeszcze gorsze kogoś innego. Nie uniknął tego i M. Przewalski, toteż rychło przejrzał fałsz i marność chwały tego świata, unikał więc go oddając się badaniom naukowym bez reszty.
Uczucia i postawy mogą się ujawniać mimowolnie w tonie głosu i w gestach, w mówieniu lub robieniu czegoś bez świadomości znaczenia tego czegoś. W ten sposób każdy człowiek manifestuje swą istotę w dowolnym szczególe swych zachowań. W obcowaniu z możnymi tego świata zachowywał Przewalski polsko-szlacheckie poczucie równości ze wszystkimi prócz Boga i nigdy nie posuwał się do czołobitności. W Rosji niewielu to się podobało, wielu dziwiło, a najwięcej drażniło.
Dawne rycerskie usposobienie Mikołaja Przewalskiego stawało się już w Rosji XIX wieku czymś anachronicznym, i tu bowiem pod względem ilościowym dominował już typ charakterologiczny „kupca” i „przedsiębiorcy”, nie zaś romantycznego rycerza. Filozof niemiecki Max Scheler pisał o tym procesie moralnej metamorfozy narodów europejskich: „Samo życie – życie jednostki, rodziny, plemienia, narodu, ich czysta egzystencja – ma teraz zostać dopiero usprawiedliwione przez pożytek, jaki przynosi szerszej wspólnocie. Nie wystarcza samo jego istnienie w charakterze podmiotu wartości wyższych od pożytku; na to istnienie życie powinno dopiero „zasłużyć”. Prawo do egzystencji i życia, które dawniejsza moralność zaliczała do „praw przyrodzonych”, zostaje zaprzeczone w teorii i w praktyce. Obowiązuje natomiast zasada: kto nie może się dostosować do mechanizmu cywilizacji utylitarystycznej i jej aktualnego „zapotrzebowania” na ludzkie czynności, „niechaj” ginie, niezależnie od wartości witalnych, jakie ponadto reprezentuje. Mniemanie, iż życie, którego wyrazem jest już czynność niezamierzona i jej formy, samym swym „pulsowaniem” i właściwymi mu procesami wewnętrznymi przedstawia samo w sobie pełnię wartości, której mają służyć wszelkie działania pożyteczne i która powinna tylko realizować się coraz swobodniej dzięki wszelkim mechanizmom; przekonanie, że jest ono niejako rodowitym panem i królem świata nieożywionego, a więc nie jest wyniesione ponad świat ten dopiero dzięki korzyściom spowodowanym przez przystosowanie do niego ani dzięki posiadanym zdolnościom przysparzania korzyści – ustępuje innym poglądom i uczuciom, a mianowicie: że czysty przejaw życia jest tylko balastem i niedopuszczalnym luksusem, swego rodzaju „atawizmem” wcześniejszych pożytecznych zdolności do poruszania się i działania.
Zgodnie z tą ideą naczelną zanika też w teorii i praktyce wszelkie zrozumienie dla uznawania życia za wartość samoistną, a przeto także dla techniki życia; czy to dla techniki rozrodu, czy też dla techniki potęgowania indywidualnych i społecznych sił życiowych, znanej prawie wszystkim dawniejszym cywilizacjom – w postaci kast obliczonych na selekcję najlepszych i wzrost dziedzicznych wartości fizycznych, intelektualnych i moralnych; w postaci stałych automatycznie funkcjonujących reguł podziału dóbr kultury, w postaci wszelkich form ascezy i ćwiczeń, turniejów, zaprawy rycerskiej. Przypatrując się ustrojowi kastowemu i ascezie w Indiach, greckiemu ustrojowi stanowemu, gonitwom, igrzyskom i gimnazjonom, ustrojowi stanowemu średniowiecza, jego ascezie, jego grom rycerskim i turniejom, wychowaniu japońskich samurajów, starochińskiemu ustrojowi stanowemu i tamtejszym metodom wychowawczym – wszędzie widzimy wpływ takiej oto idei: że technika martwych maszyn powinna stać niżej od techniki życiowej; że życie samo w sobie i pełnia jego sił już zasługuje na istnienie – zupełnie niezależnie od pytań „po co” i „w jakim celu” w sensie pożytecznej pracy zawodowej! Dopiero cywilizacja nowożytna nie tylko pozbawiona jest w praktyce takiej techniki witalnej, ale zatraciła nawet jej ideę. Aby móc robić lepsze interesy, aby całkowicie wyzwolić potrzebne po temu siły, odrzuca się resztki ustroju stanowego wspólnoty, w którym dokonywała się sensowna selekcja najlepszych i który odzwierciedlał arystokratyzm panujący w całej przyrodzie żywej, społeczeństwo zaś ulega zatomizowaniu. Zamiast „stanu”, tj. pojęcia, w którym szlachectwo krwi oraz tradycja przesądzają o jedności grupy – pojawia się „klasa”, grupa zjednoczona posiadaniem i pewnymi obyczajami zewnętrznymi, dyktowanymi przez modę, oraz tzw. „wykształceniem”. Wszelkim ćwiczeniom ciała i sił przyznaje się wartość tylko jako „wytchnieniu” po pracy lub nabieraniu sił do nowej pożytecznej pracy – a nie po prostu jako grze sił życiowych, która sama przez się ma wartość. Nie rozumie się już potrzeby ćwiczenia funkcji życiowych w imię samego życia (również myślenia w imię myślenia, jak w dialektyce starożytnej) – a więc nie ze względu na pracę – nie rozumie się potrzeby jakiejkolwiek ascezy witalnej i duchowej, celowego przydziału tradycyjnych środków wykształcenia i nabytych skarbów ducha zgodnie z predyspozycjami każdej grupy. Wszystkim rządzi tu mechaniczny przypadek. Wszystko to tylko „zabawa”, a „naprawdę poważne” są tylko interesy i praca. Również współczesny „sport” jest tylko wytchnieniem od pracy, a nie wyrazem nieskrępowanej żywotności, której praca też ma służyć”... (Max Scheler, „Resentyment a moralność”, s. 194-196).
Prawie zupełna charakterologiczna odmienność M. Przewalskiego od jego rosyjskiego środowiska spowodowała, iż uczony – jak zaznaczyliśmy – jedynie w pracy naukowej znajdował satysfakcję i zadowolenie. Wyczuwał, że nawet jego wygląd i ruchy są odbierane przez petersburskie otoczenie jako „obce”... Tak też istotnie było, a inaczej być w tym przypadku nie mogło. Alfred Adler („Sens życia”, s. 91, 97) uważał, że: „kształt organów ludzkich, a także zewnętrzna budowa człowieka pozostaje w pewnej zgodności z jego trybem życia (...). Każdy ruch wynika z całokształtu osobowości i nosi w sobie jej styl życia, każda forma wyrazu wypływa z określonej osobowości... Jak się ktoś porusza, taki jest sens jego życia”.
Czyż trzeba specjalnie uwypuklać zasadniczą różnicę życia i typu psychologicznego pustego salonowca, a „siłacza” i bohatera, pokonującego ogromne przestrzenie i trudy wielkich podróży? Ta zasadnicza różnica jest ewidentna. A z niej wynika też wzajemna tych ludzkich typów do siebie antypatia.
Słabeusze nienawidzą wszelkich wyczynów fizycznych, o których samo wspomnienie rodzi w nich gwałtowne poczucie niższości i ostry dyskomfort psychiczny. Gniewają się więc na zdrowych i mocnych kolegów, drwią z nich w ukryciu i wyśmiewają z jadowitą złośliwością, do jakiej zdolni są tylko zawistnicy czujący się poniżeni przez czyjąś doskonałość. Miernotę najprościej się rozpoznaje z braku podziwu dla wielkości. „U wszystkich tak zwanych „pięknych duszyczek” istnieje na dnie fizjologiczne niedomaganie”, – pisał Fryderyk Nietzsche. A to niedomaganie, jak wskazaliśmy, jest źródłem głębokiego, rozjątrzonego resentymentu.
Życiowym ideałem Przewalskiego była niezależność osoby, jego wyobrażenie komfortu psychicznego wiązało się z nieskrępowaną aktywnością na polu nauki, na utrzymywaniu dystansu od „bliźnich”, na przekonaniu, że „wspólnota pospolityzuje”. Życie zbiorowe, gromadne uznawał za dopuszczalne jedynie jako konieczność, bez której nie dałoby się urzeczywistnić tych czy innych zamiarów naukowych.
Bywają intelektualiści kroczący przez życie żywiołowo, a bywają tacy, którzy świadomie kreują swą osobowość, nie tylko umysłową i artystyczną, ale też powszednią, życiową. Pierwsi odrzucają świadomą samokreację osoby jako samoograniczanie się i deformowanie indywidualności, drudzy afirmują ją jako istotny środek samorealizacji. W przypadku Przewalskiego mamy do czynienia z połączeniem tych dwu, w pewnym zakresie przeciwstawnych, wydawać by się mogło, tendencji: z żywiołową samokreacją. To był charakter, dla którego wychowanie rozumnej samoświadomości było po prostu naturalnym sposobem istnienia. Jądrem zaś tej tendencji było instynktowne dążenie do doskonałości, wrodzony perfekcjonizm.
M. Przewalski był człowiekiem obdarzonym wysokim poczuciem odpowiedzialności moralnej, zdolnym do przeciwstawienia się stereotypom, nie poddającym się biernie naporowi zdarzeń i nie poszukującym autorytatywnych, podjętych za niego rozwiązań. Zachowywał w każdej sytuacji suwerenność etyczną, był swoim własnym prawo- i mocodawcą moralnym, zawsze zachowywał wysoką dojrzałość, rzetelność i siłę ducha. A przecież to taki właśnie – i tylko taki – człowiek zasługuje na miano człowieka autentycznego, szukającego rozwiązań moralnych we własnym prawym sumieniu i ponoszącego osobistą odpowiedzialność za swe decyzje.
Najwewnętrzniejszym jądrem ducha prawdziwie europejskiego jest dążenie do kształtowania życia według wymogów świadomego rozumu osoby, rozumu, oświeconego przez prawe sumienie. Prócz materialnych istnieją przecież w życiu wartości inne, duchowe, moralne, intelektualne, których nie da się ani zmierzyć, ani zważyć, lecz które są decydującymi wartościami we właściwej hierarchii ludzkiego bytowania. Należy do nich i poszukiwanie prawdy na drodze naukowego badania, które to poszukiwanie niewątpliwie wchodzi w zakres samego powołania człowieka.

***

Szykując się do kolejnej, trzeciej podróży uczony zetknął się z problemem znalezienia godnego towarzysza dalszych trudów. Porucznik Pylcow ożenił się z krewną Przewalskiego, Aleksandrą Tołpyhówną i zamierzał podać się do dymisji. Wówczas Przewalski wpadł na pomysł zaproszenia do siebie Jagunowa, towarzysza z czasów wyprawy nad Ussuri, którego on tymczasem urządził do jednej z uczelni warszawskich. Niestety – jak zaznaczyliśmy w jednym z poprzednich rozdziałów – w tym właśnie momencie nadeszła z Warszawy wieść, że Jagunow utonął podczas kąpieli w Wiśle. Był to okropny cios dla uczonego, który mocno pokochał był swego pupila i przywiązał się doń niezmiernie.
Byle kogo zabierać w długą, uciążliwą, wręcz morderczą podróż nie można było. Musiał to być ktoś, kto miał żelazne i nerwy, i serce, i mięśnie, a i głowę tęgą do prac badawczych. Takich zaś ludzi w dowolnej populacji jest niewielu. Wreszcie wybór jego padł na dwóch młodych ludzi: Teodora Eklona i Jewgrafa Powało-Szwyjkowskiego. Ten drugi był szlachcicem smoleńskim, a rodowód miał polski. W końcu maja 1876 roku cała grupa wyruszyła z Petersburga w kierunku południowo-wschodnim...
Trzecią wyprawę – tym razem do gór Tien-szanu – poprowadził Przewalski w składzie czterech ludzi i 24 wielbłądów. Po kilku tygodniach wszelako jeden z uczestników z ekspedycji się wycofał. Był to właśnie Powało-Szwyjkowski, który nie potrafił przystosować się do stylu kierownictwa swego szefa, co powodowało ciągłe zatargi i nieporozumienia uniemożliwiające normalną pracę.
Fatalny początek wyprawy nie wróżył powodzenia całości przedsięwzięcia i jego pomyślnemu ukończeniu. Wina niewątpliwie była tym razem po stronie Przewalskiego. Był on bowiem impetykiem – porywczym i gwałtownym, gdy go coś dotknęło w poczuciu moralnym; człowiekiem zupełnie nieskłonnym do kompromisów.
Trzeba zresztą powiedzieć, że był również urodzonym przywódcą, charyzmatykiem, któremu prawie wszyscy mimo woli ulegali. Ale, jak świadczy przykład z J. Powało-Szwyjkowskim, – nie wszyscy. Wówczas ktoś musiał się wycofywać i odchodzić. Oczywiście, jak pisał Nietzsche: „Człowiek poznający nie tylko kochać musi wrogi swoje, musi też umieć nienawidzieć swych druhów”.
Wszelako i w tym, jak we wszystkim, dobra by była szczypta umiaru, ten jednak nie należał do głównych cnót Przewalskiego, maksymalisty i niewątpliwego „nałogowca”. Alfred Adler w cytowanym już tu wielokrotnie dziele „Sens życia” powiada: „Nałogowiec jest niemal zawsze człowiekiem uczuciowym. Cofnięcie się przed wykonaniem zadania życiowego narzuca jednak społeczności ludzkiej ciężar i czyni ją ofiarą wyzysku. (...) Chodzi o ludzi, których rozwój socjalny został powstrzymany, którym brak już zdolności widzenia, słyszenia, mówienia i sądzenia w prawidłowy sposób. Zamiast „common sense” posiadają „prywatną inteligencję”, którą posługują się zręcznie, by podążać bezpiecznie boczną drogą”.
Z pewnymi zastrzeżeniami te słowa dało by się zastosować do opisu niektórych zachowań M. Przewalskiego. Oczywiście, dynamiczny typ osobowości tego uczonego dało by się dość dokładnie opisać także za pomocą innych kategorii, jak np. „przywódcy” według aparatu pojęciowego Le Bona, lub „szefa” – według terminologii współczesnej amerykańskiej psychologii społecznej, czy „pasjonarysty” z systemu antropologicznego Lwa Gumilewa.
Gustave Le Bon w dziele „Psychologia tłumu” zauważa: „Przywódców (...) można podzielić na dwie różne grupy. Do jednej zaliczymy ludzi energicznych, o silnej, lecz zmiennej woli. Do drugiej, mniej licznej niż poprzednia, należą ludzie o silnej i wytrwałej woli. Pierwsi charakteryzują się gwałtownością, odwagą i przedsiębiorczością. Mają oni szczególne pole do działania wtedy, kiedy chodzi o jakiś napad, o pociągnięcie tłumu w niebezpieczne przedsięwzięcie lub kiedy potrzeba prowadzić rekruta do bohaterskiej bitwy... Energia tych przywódców jest wielka, lecz niestała, i znika wraz z bodźcem, który ją wywołał. Ludzie ci, wracając do zwykłego życia, ... dają często dowody wielkiej słabości, chociaż był czas, że siłą swą porywali tłumy. Okazują się niezdolni do wybrnięcia z nieco zawikłanej sytuacji życiowej, mimo że potrafili dawać sobie radę w sprawach o wiele bardziej powikłanych. Przywódcy ci umieją spełnić swą rolę wtedy, kiedy im samym ktoś przewodzi i dodaje sił, kiedy ponad nimi jest inny człowiek lub idea, co zmusza ich do kroczenia po dokładnie wytkniętej drodze.
Przywódcy należący do drugiej grupy to ludzie o woli wytrwałej, którzy mimo skromniejszych form wywierają na duszę tłumu wpływ o wiele trwalszy. Są to np. założyciele religii i twórcy ponadczasowych dzieł: św. Paweł, Mahomet, Krzysztof Kolumb, Lesseps. Do tych ludzi, niezależnie od stopnia ich rozwoju umysłowego, należy nieraz cały świat. Wytrwała wola, nie znająca przeszkód i zwątpień, jest ich charakterystyczną właściwością. Nie zawsze potrafimy uświadomić sobie w należytym stopniu to, czego może dokonać wytrwała i potężna wola; nic się jej nie oprze – przyroda, bogowie, ludzie... Dzieło traktujące o życiu wielkich przywódców ludzkości niewiele by zawierało nazwisk, ale nazwiska te przewodziłyby najważniejszym wydarzeniom w dziejach cywilizacji i historii.
Nieodłączną cechą życia tych ludzi jest to, że ich pomysły i dzieła są wyszydzane i zwalczane, a ich otoczenie z utęsknieniem czeka na dzień ich klęski, upadku czy choćby drobnego niepowodzenia.
Psychologiczny typ „szefa” zazwyczaj kształtuje się w twardym, pełnym walk i przeciwności dzieciństwie, kiedy to silnych szanowano, słabymi pomiatano. Bojąc się znaleźć na gorszych pozycjach, dziecko uczy się bronić przed złymi zamiarami otoczenia rozwijając umiejętność odczytywania ludzkich intencji i zamierzeń. Przy czym broni nie tylko siebie, ale i przyjaciół, w ogóle słabszych, jak też samych podstaw i zasad sprawiedliwości. Nie obawia się najostrzejszych konfliktów, gdy chodzi o prawo i prawdę. I jest z tego dumne. Nie jest, co prawda, czułe, ale, i owszem, opiekuńcze, troskliwe, prawe, spolegliwe.
Gdy takie dzieci dorastają, lubią przejmować ster życia w swe ręce, panować nad każdą sytuacją, kontrolować partnerów (w pracy, walce, miłości, przyjaźni). „Szefowie” są władczy, lecz nie w celu zaspokojenia próżności, a dla utwierdzenia stosunków opartych na kompetencji i sprawiedliwości. Próbują tworzyć własne absolutne dominia zarówno w sferze prywatnej, jak i służbowej. Bywają apodyktyczni, despotyczni, bezlitośni, ale nie okrutni. Wojowniczość przejawiają nawet dążąc do przyjaźni czy szukając drogi do serca ukochanej. Na zewnątrz prezentują się surowo a nawet groźnie, chociaż za tą powierzchownością kryje się delikatne serce zależnego dziecka, przedwcześnie wystawionego na ciosy losu. Odpędzają od siebie uczucia łagodne, które zostały utracone razem z dziecięcą niewinną ufnością w dobroć i szlachetność bliźnich. Nienawidzą zła, szczególnie moralnego, i karzą jego nosicieli z całą dostępną sobie siłą. Są samotni, nikomu nie wierzą, wiedzą bowiem, że mogą być zdradzeni tylko przez tych komu zaufają. Nie rozważają zalet i wad własnego stanowiska, nie kwestionują własnych opinii, aby nie osłabić swej stanowczości. Pragną, by ich życie było jasne, przewidywalne, nie wymykało się spod kontroli. Gdy nie mają przeciwko komu (lub czemu) walczyć, wpadają w znudzenie i rozdrażnienie, stają się kłótliwi, przyczepscy, agresywni, sprawiają mnóstwo kłopotów współpracownikom; mają bowiem niespożyte zasoby energii. Niekiedy, aby się „rozładować”, mogą wpadać w okresy zapamiętałej pracy (np. naukowej), wypraw myśliwskich czy rybackich, pijaństwa, o wiele rzadziej – nadużyć erotycznych. Lubią dobrze i dużo zjeść, co ich jakby na jakiś czas uspokaja.
„Szefowie” są skrajni. Ich zasadą: „wszystko albo nic”. Ludzi i zdarzenia oceniają w tonacji czarno-białej: silny – słaby, dobry - zły, zacny – podły, mądry – głupi; nie ma cech pośrednich, nie ma odcieni, nie ma wyrozumiałości. Stąd skłonność do prostolinijności i rozstrzygnięć siłowych. Już w dzieciństwie uczą się odrzucać wątpliwości, polegają tylko na sobie, bezpardonowo idą do natarcia zmiatając system obronny przeciwnika, nie biorąc pod uwagę motywów ani jego, ani siebie samego. Zanim nie poniesie kilku dotkliwych klęsk, nie ma żadnej skłonności do introspekcji i nie zastanawia się nad sobą. Lubią, jak to urodzeni wojownicy, pochwalić się twardym charakterem, nieuleganiem „miękkim” uczuciom, osiągnięciami bojowymi czy sportowymi. Gdy są wystawiani do wiatru przez tych, komu jednak zaufali, strasznie cierpią, miotają się między surowym purytanizmem a obalaniem wszelkich norm i zasad. Z reguły bywają inteligentni oraz silni zarówno pod względem duchowym, jak i fizycznym. Ufają i otaczają opieką tylko tych, kto jest z nimi szczery i otwarty bez reszty. Pod tym warunkiem stają się bezgranicznie lojalni i nie ma nieprawości, której by nie wybaczyli, jeśli jest wyznawana ze skruchą. Ale jeśli się stykają z małodusznym lub chłodnym i wyrachowanym kłamstwem, wpadają w niepohamowaną furię, ogromnie bowiem nie lubią być manipulowani i wyprowadzani w pole. Są skłonni do odwetu i zemsty, gdy przegrają, natychmiast podejmują przygotowania do kolejnego starcia. Chęć wyrównania rachunków odczuwają zawsze jako etyczny przymus wymierzenia sprawiedliwości.
Bezkompromisowość i konfrontacyjność „szefów” powoduje, że nieraz są postrzegani jako sprzymierzeńcy raczej kłopotliwi niż wartościowi; ale w sytuacjach dramatycznych, wymagających działań zdecydowanych i odważnych, są niezastąpieni. Nastawiony na zwalczanie wszelkiej opozycji ten typ psychologiczny przyjmuje postawę konfrontacji. Ogniskuje uwagę na ujemnych cechach przeciwnika i pozytywnych cechach własnych. Opinie odmienne od swoich uważa za nierozumne i bez przemyślenia je pomija, uwaga bowiem ulega zawężeniu i koncentruje się na osiągnięciu podświadomego celu, jakim jest zachowanie poczucia własnego bezpieczeństwa. Jednocześnie wszyscy adwersarze wydają mu się głupimi słabeuszami. Gdy zaś życie zadaje temu kłam i trzeba pogodzić się z klęską, „szef” może wpaść w okres pijaństwa, by uniknąć poczucia utraty mocy. Jest to brzemienne w niedobre skutki postępowanie, ponieważ problemy, którym zaprzeczamy, potrafią przedrzeć się do świadomości nagle i z ogromną siłą, powodując szok i załamanie. Dlatego, gdy „silny człowiek” chce zrobić parę głębszych, jest to sygnał, że powinien raczej bardzo trzeźwo się zastanowić nad tym, jakie poważne problemy powinien przemyśleć i rozstrzygnąć. Trudno mu jednak to uczynić, gdyż napięcie wewnętrzne jest zbyt wysokie i niełatwe do wyhamowania. Stąd „szef” bywa często krańcowy, a nieraz i niesprawiedliwy, apodyktyczny, negujący swe realne błędy i przewinienia, a dlatego niezdolny do poprawy. Wady te i niebezpieczeństwa są jednak w dużym stopniu kompensowane przez dużą dozę prawości, prostolinijności, honoru, szczerości, entuzjazmu, tkwiących w jego charakterze, jak też przez ogromną odpowiedzialność, energię, pracowitość, ofiarność i konsekwentność w dążeniu do wytyczonego celu.
Jak słusznie zauważa Bill Newman („Dziesięć cnót”, s. 119), przywódcy inspirują zaangażowanie, dostarczają wzorców, niejednokrotnie wyzwalając w swoich zwolennikach najwyższy poziom oddania i aktywności. Podobnie też M. Przewalski posiadał zarówno autorytet kompetencji, jak i tzw. autorytet autorytatywny, bardzo przydatny w sytuacjach ekstremalnych, gdy ważne jest nie przekonywanie i udowadnianie swych racji, lecz błyskawiczne i dokładne wykonanie rozkazu, np. w sytuacjach nieoczekiwanego zagrożenia, w które obfitują wszelkie pionierskie podróże. (Por.: Robert Cialdini, „Wywieranie wpływu na ludzi”, s. 208). Nie krył się zresztą ze swym władczym i autorytarnym usposobieniem, wręcz odwrotnie, informował o nim już na początku znajomości wszystkich, komu proponował współpracę. Nie był to brak skromności, lecz uczciwa męska szczerość.
Nie trzeba zresztą od takiego człowieka wymagać przysłowiowej „skromności”, bywa ona bowiem zbyt często zasłoną miernoty lub dużej miłości własnej, połączonej z tchórzliwą zawiścią. Jak powiada Fryderyk Nietzsche: „U człowieka stworzonego i przeznaczonego do rozkazywania zapieranie się siebie oraz skromne usuwanie się nie byłoby cnotą, lecz marnotrawieniem cnoty.
Trzeba pozwolić każdemu być sobą, a ludziom wybitnym i samodzielnym – szczególnie, bowiem, jak trafnie spostrzegał Carl Gustaw Jung, w takim stopniu, w jakim ktoś nie dochowuje wierności własnemu prawu, nie staje się on osobowością. Na szczęście dobrotliwa i pobłażliwa natura sprawia, że większości ludzi fatalne pytanie o sens ich życia nigdy nie przychodzi na myśl. A gdzie nikt nie pyta, nikt nie musi odpowiadać. „Źródłem wielkich, wyzwalających czynów w dziejach świata były osobowości przywódcze, nie zaś drugoplanowe, wiecznie gnuśne masy, które nawet do najmniejszego poruszenia zawsze potrzebują demagogów”. (C. G. Jung, „Rebis czyli kamień filozofów”, s. 244).
I chociaż Wilhelm Dilthey wspomina w swych dziełach o „orientalnej woli panowania” przeciwstawnej greckiemu etosowi pogodnej kontemplacji świata i wszechświata, trzeba przyznać, że zmysł dominacji, jeśli się łączy z wybitnymi uzdolnieniami intelektualnymi, jest cechą wartościową i społecznie pożądaną. Oczywiście, jest to typ osobowości zgoła antydemokratyczny, co więcej – z natury arystokratyczny i elitarny. Nie zmienia to jednak faktu, że arystokracja ducha bardziej niż dowolna cechy czy warstwa społeczna jest korzystna także dla całokształtu procesu dziejowego.
Max Scheler w Formach wiedzy i kształcenia sceptycznie oceniał „tępą demokrację mas, interesów i emocji”, kiedy prawa wyborcze rozciągnięte zostają na populację kobiet i wyrostków. Pisał: „Nie zawsze też w historii była demokracja rzecznikiem kształcenia i nauki! Przypomnijcie sobie Sokratesa i Anaksagorasa [wielcy greccy filozofowi, pierwszy został przez współobywateli skazany na śmierć, drugi na wygnanie za głoszenie poglądów trudno zrozumiałych dla gminu – przyp. J. C.]. Przywołajcie na pamięć powstawanie współczesnej Japonii, która stała się mocarstwem jedynie dzięki swego rodzaju oświeconemu despotyzmowi cesarza: wszystko to, co rozumne, począwszy od murowanego domu po naukę, musiał on przeprowadzać wraz z niewielką, wysoko wykształconą elitą, wbrew woli demokracji niechętnej wszelkim zmianom i tkwiącej w ponurych tradycjach i przesądach. Demokracja może dziś uratować przed dyktaturą siebie samą, a jednocześnie dorobek oświaty i nauki, tylko na jednej drodze – przez to, że dokona samoograniczenia, że będzie służyła duchowi i kształceniu, nie pragnąc ich sobie podporządkować. W przeciwnym razie pozostałoby jeszcze tylko jedno: oświecona despotyczna dyktatura, nie szanująca wrogich kształceniu mas i ich przywódców oraz panująca nad nimi za pomocą pejcza oraz kija i marchewki.

***

Geoffrey Barracklough (czyt.: „barachło”), uczony francuski, wskazuje na konieczność łączenia w biografistyce zarówno ustaleń psychologii socjalnej jak i indywidualnej. A więc na płaszczyźnie tej drugiej sprawa „typu przywódczego” osobowości prezentuje się nieco inaczej. Niektórzy badacze doszukują się podstaw jego kształtowania się w tzw. „narcyzmie”, w poszukiwaniu przeżyć kompensacyjnych. Przy czym termin narcyzmu nie oznacza zwykłego egoizmu czy egocentryzmu... „Oznacza on dokładnie taki stan umysłu, taką spontaniczną postawę człowieka, ze względu na którą jednostka najczęściej wybiera – zamiast innych ludzi – siebie samą za obiekt swej miłości. Nie w tym rzecz, iż nie kocha ona, czy może nawet nienawidzi, innych i pragnie wszystkiego wyłącznie dla siebie. Jest ona w głębi duszy zakochana w sobie i poszukuje wszędzie zwierciadła, w którym może zachwycać się sobą i zalecać się do własnego „odbicia”. (Gregory Zilboorg, „Samotność”).
Jest to fascynacja sobą, połączona z troską o własne tylko „ja”. Jednostka wówczas kocha i podziwia siebie za cechy, których w rzeczywistości często nie posiada. Spodziewa się ona ze strony innych podziwu dla tych nieistniejących zalet. A to z kolei musi skończyć się fiaskiem, gdyż jedyną osobą, którą każdy człowiek tak naprawdę kocha – za rzadkimi wyjątkami – jest on sam, a innego człowieka kocha przejściowo tylko dlatego, że z jakichś względów w pewnym odcinku czasu z nim się solidaryzuje. (Pomijamy tu, oczywiście, uczucia rodzinne). „Dążność do wyróżnienia się – by wymienić tylko niektóre szczeble tej długiej drabiny – niesie bliźniemu: katusze, potem razy, po czym zdziwienie, po czym zawiść, po czym podziw, po czym podniesienie, po czym radość, po czym wesołość, po czym śmiech, po czym wyśmianie, po czym wydrwienie, po czym wyszydzenie, po czym rozdawanie razów, po czym zadawanie mąk: – u szczytu tej drabiny stoi asceta i męczennik” – pisał Fryderyk Nietzsche w „Jutrzence”. A i w ogóle jest to rzecz błaha i niepewna.
Typ osób o dominującym pragnieniu sprawowania kontroli nad innymi i stałego posiadania racji, nie tylko cieszy się, gdy ma rację lub władzę, ale staje się rzeczywiście wystraszony, gdy pomyli się w ocenie lub kiedy stanie się częścią tłumu. Górowanie nad innymi nie jest skutecznym środkiem kompensowania poczucia niższości i wewnętrznego niepokoju. Jest nim tylko rozwijanie uczuć społecznych, które dają możność pozbycia się kompleksu nie drogą zwiększania osobistej mocy i zdobywania wyższości nad innymi, lecz dzięki poczuciu własnej pożyteczności w społeczeństwie, dzięki wzajemnym uczuciom solidarności międzyludzkiej i przyjaźni. Ale i ta droga nie zawsze może być skuteczna. Umysł wybitny, filozoficzny sięga swymi skrzydłami poza ramy społeczeństwa, w mroczne, lodowate i przerażające bezkresy wieczności, krańców życia i śmierci. W obliczu zaś spraw ostatecznych, faktów nieubłaganych takie postawy głęboko prospołeczne wykazują swą ograniczoność, i – być może – nawet bezsensowność. W obliczu bezsensu całego świata tracą sens także wszystkie poczynania człowieka, zarówno złe, jak i dobre. Tragizm i rozpacz to naturalne niejako przeżycia człowieka myślącego, niezależnie od epoki, w której żyje, miejsca zamieszkania czy rodzaju zajęć, którym się poświęca...
Snując powyższe wywody oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z faktu, iż, jak słusznie twierdzi psycholog amerykański Charles T. Tart, „każda teoria osobowości jest słuszna tylko częściowo”. Żadną jednostkę ludzką w zasadzie nie da się w całości zaszeregować jednoznacznie do jakiegoś typu. „Kiedy jednostkę, która na podstawie pewnych kryteriów została zaliczona do jakiegoś typu, poddaje się analizie psychologicznej, wykazuje ona nie tylko cechy właściwe temu typowi, ale również wiele innych cech właściwych jednostkom, które na podstawie innych kryteriów trzeba uznać za należące do zupełnie odmiennych typów”. (F. Znaniecki).
Próby typologizacji w ogóle są swego rodzaju eksperymentami intelektualnymi, mającymi wartość autonomiczną jako takie właśnie. „Żadna typologia nie jest w stanie wyeliminować, uzupełnić czy zastąpić typologii, które były lub będą stworzone”...
Dlatego wszystko, cośmy powyżej powiedzieli, usiłując racjonalnie zinterpretować jedną ze stron charakteru M. Przewalskiego, wypada potraktować wyłącznie jako hipotetyczną próbę zmodelowania i zrozumienia jego duszy, nie zaś jako nieobalalne dogmaty i prawdę w ostatniej instancji.
Autor niniejsze biografii w zupełności podziela pogląd B. Malinowskiego, iż „człowiek ma skłonność do narzucania przedmiotowi, którym się zajmuje, swego sposobu myślenia, zwłaszcza jeśli tym przedmiotem jest właśnie umysł ludzki... Ujmuje on innych ludzi na obraz i podobieństwo swoje”. (Bronisław Malinowski, „Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego”, w: „Dzieła”, t. 1, Warszawa 1984, s. 92). Dlatego i niniejszy tekst daje wyraz pewnemu ryzyku interpretacyjnemu, czego autor jest bezwzględnie świadom.

***

Mimo pewnych krytycznych uwag, które niewątpliwie dałoby się wysunąć pod adresem M. Przewalskiego, zalety przecież były w nim silniejsze niż wady. Uczonych, zresztą, podobnie jak ludzi w ogóle, oceniać należy według tego, co w nich najlepsze, a nie według tego, co najgorsze.
Był Przewalski doskonałym organizatorem. Podczas wypraw w zespołach jego panowała absolutna dyscyplina, bezwzględne posłuszeństwo dowódcy, ścisły podział i dokładne wykonywanie przez każdego przydzielonych mu obowiązków. Przy tym dobierał Przewalski sobie takich ludzi, którzy posiadali siłę ciała i moc ducha, doskonale władali bronią i posiedli umiejętności walki, a przy tym byli twardzi, nieustępliwi i, skoro zaczęli jakąś sprawę, szli do końca. Wielki uczony miał „nosa” do takich ludzi i mylił się bardzo rzadko. Wyprawy jego dokonywały cudów. Gdyby chcieć dziś powtórzyć to, czego dokonał Przewalski z kilkunastoma w sumie osobami w trakcie kilku swych wypraw, zaangażowanoby z pewnością tysiąckrotnie większe zasoby ludzkie i materialne i uczynionoby wszystko w czasie dziesiątki razy dłuższym niż nasz wielki podróżnik.
P. Siemionow-Tien-Szanskij pisał o stosunku Przewalskiego do swych towarzyszy podróży: „Trzymając ich w surowej karności, opiekował się też nimi z czułą dobrocią... Szczęśliwe połączenie twardej dyscypliny z naprawdę braterską troską o ludzi, wchodzących w skład jego wypraw, miało za skutek, że przy wszystkich trudnościach i niebezpieczeństwach jego podróży, nikt z jego towarzyszy nie zginął, a wszyscy zachowali w stosunku do niego uczucia miłości, szacunku i oddania, jakie stają się udziałem tylko niewielu”. W jednym z listów Przewalski pisał: „Tylko jeden stawiam warunek bezwzględny: każdy, kto chce udać się ze mną w podróż, powinien wiedzieć, że będzie tylko wykonawcą tego, co mu się każe czynić; osobiste chęci... nie istnieją. Taki despotyzm, moim zdaniem, niezbędny jest dla pomyślności sprawy”... I słusznie... Tak właśnie jest.

***

A więc trzecia wyprawa do Azji okazała się nad wyraz trudna już od samego początku. Ale 20 sierpnia 1875 roku nieliczna karawana wyruszyła z Kuldży w kierunku Tien-szanu i dalej na Lob-nor. Po kilku dniach posuwania się w kierunku południowym podróżników powitali wysłannicy Jakub-beka, chana Kaszgaru. Pod pretekstem gościnności zaprosili oni M. Przewalskiego i jego towarzyszy do Kurły, stolicy tego księstwa. Tutaj przydzielono gościom ładny dom, straż i – mimo najbardziej wyszukanych słów o przyjaźni – zmuszono do pozostawania w tym swoistym „domowym areszcie” przez wiele tygodni. Wreszcie Przewalskiemu udało się z trudem przekonać podejrzliwego władcę Kaszgaru o niepolitycznym i niewojskowym charakterze swej wyprawy i podróżnikom pozwolono wyruszyć w dalszą drogę.
Poruszanie się na wielbłądach przez gęstwinę leśną i zarośla kłujących krzaków nie należało do zajęć przyjemnych, ani łatwych. Na błotach twarda jak stal trzcina do krwi rozcinała kopyta „okrętów pustyni”. Trzeba też było uważać, by nie być znienacka zaatakowanym nie tylko przez krwiożercze kaszgarskie tygrysy, które zazdrośnie strzegły zastrzeżonych dla siebie rewirów, i nie daj Boże, by ktoś z ludzi czy zwierząt nieopatrznie wpadł do „królestwa” któregoś z tych mocarzy leśnych.
Przypomnijmy przy okazji bardzo interesującą wypowiedź na ten temat jednego z wielkich uczonych XX wieku, Konrada Lorenza, który pisał: „Posiadanie terytorium u wielu zwierząt jest bezspornie zaprogramowane genetycznie. Zapewne nie dotyczy to człowieka, w każdym razie nie jego najprostszych form społecznych. W obrębie kultur pozostających jeszcze dzisiaj na poziomie łowiectwa i zbieractwa, osobiste mienie materialne odgrywa bardzo nikłą rolę i ogranicza się przeważnie do kilku przedmiotów codziennego użytku oraz broni. Wraz z postępem kulturowym i cywilizacyjnym jednak i powstaniem wysokich form samoorganizacji społecznej rozwija się też i umacnia poczucie własności zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej, przy tym to ostatnie ukierunkowane jest przede wszystkim na terytorium etniczne lub państwowe. Tylko u plemion wyjątkowo tępych i nierozwiniętych poczucie to nie występuje, podobnie jak u etnosów koczowniczych, nie mających ojczyzny, a czujących się „u siebie” wszędzie, gdzie tylko dotrą. Są to jednak anomalie. Normalną formą istnienia ludzkości jako gatunku są etnosy, a naturalnym siedliskiem tych ostatnich są narodowe państwa w ściśle i dokładnie określonych granicach. Zamęt i niejasność w tym względzie powodują z reguły opłakane skutki”...
Nie tylko kaszgarskie tygrysy czatowały po nocach wokół obozowiska przybyszów z Rosji. Czyniła to także miejscowa ludność Kaszgaru, która nie ukrywała swej gorącej nienawiści do Rosjan, jako przebiegłych zaborców i zachłannych wrogów... W trakcie podróży udało się dokonać licznych badań naukowych nad florą i fauną w dorzeczu Tarymu, a drugą połowę zimy i wiosnę 1877 roku spędzono na wybrzeżu ogromnego zamulonego i porośniętego trzciną jeziora Lob-nor, będącego miejscem zamieszkania milionów rozmaitych ptaków.
15 stycznia 1877 roku Przewalski notował w dzienniku: „Dziś minęła dziesiąta rocznica mego wędrownego życia. 15 stycznia 1867 roku, w tymże dniu, o siódmej wieczór wyjeżdżałem z Warszawy na Amur. Z bezgraniczną stanowczością porzuciłem wówczas wygodne bytowanie i zmieniłem je na mglistą przyszłość. Coś nieznanego wołało mię w dal, do trudów i niebezpieczeństw. Chwalebne zadanie czekało na przodzie; dostatnie, lecz pospolite i szare życie nie czyniło zadość żądzy czynu. Młoda krew biła gorąco, świeże siły żądały roboty. Dużo wody upłynęło od tego czasu, a to, ku czemu tak gorąco dążyłem, stało się rzeczywistością. Zostałem podróżnikiem, chociaż, oczywiście, nie obeszło się bez trudności i walki, które zabrały wiele sił”.
A więc po dotarciu w lutym 1877 roku nad jezioro Lob-nor w ciągu kilku tygodni prowadzono nader owocne badania, zdobyto m.in. kilka skór i czaszek bardzo rzadkiego dzikiego wielbłąda. Poczyniono też interesujące obserwacje etnograficzne. M. Przewalski, pisząc o życzliwym w sumie usposobieniu ludności tubylczej, czuł się zmuszony do stwierdzenia: „Takich dzikusów jak oni nie spotykałem nawet w lasach nad Amurem, wśród tamecznych koczowników. Ubogi i słaby pod względem fizycznym mieszkaniec Lob-noru jest biedakiem także duchowo. Cały świat jego pojęć i życzeń jest zamknięty w wąskich ramach lokalnego środowiska, poza którym ten człowiek nic nie wie. Łódź, sieć, ryby, kaczki, trzcina – oto wszystkie przedmioty, którymi obdarzyła go macocha – natura. Siedząc w wilgotnej trzcinowej zagrodzie wśród półnagich mieszkańców jednej ze wsi Kara-kuczynu, mimowolnie pomyślałem: ileż to wieków postępu przedziela mnie od moich sąsiadów? I jakże ogromny jest geniusz rodzaju ludzkiego, skoro z tego gatunku ludzi, jakimi widocznie byli i nasi dalsi przodkowie, mogli się rozwinąć współcześni Europejczycy. Z tępym zaskoczeniem gapili się na mnie dzikusi Lob-noru, wszelako z nie mniejszym zdziwieniem spoglądałem i ja na nich. W całym tym otoczeniu było zbyt wiele czegoś pociągającego i oryginalnego, nad tym dalekim zagadkowym jeziorem, w kręgu ludzi, żywo przypominających sobą o prymitywnym bytowaniu dawnej ludzkości”...

***

Trudy podróży były mordercze, i to w najwyższym stopniu. Tak, że nawet taki osiłek jak Przewalski zapadł na zdrowiu, osłabł fizycznie i nerwowo, co spowodowało pojawienie się jakiejś dokuczliwej wysypki na skórze. Także ze względu na ten nieznośny świerzb, połączony z wysoką gorączką, próba przedarcia się do Tybetu musiała być zaniechana. Zmęczony bezsennością i dolegliwościami fizycznymi dowódca wyprawy nakazał powrót do Rosji. Ale przecież do niej też trzeba było jeszcze potrafić dojść.
Jako ciekawostkę można przypomnieć fakt, że problemem dla Przewalskiego była zawsze konieczność płynięcia statkiem, cierpiał bowiem na okropne ataki choroby morskiej, tak iż podróże morskie i rzeczne odbywał dosłownie leżąc półżywy na pokładzie. Jeśli zważyć, że mrozy dochodziły w nocy do poniżej –40°C (rtęć zamarzała w termometrach), stanie się jasne, że dalsza podróż w tej sytuacji była niepodobieństwem. Tym bardziej, że w tym czasie dotarła do Przewalskiego wiadomość o zgonie matki, bezgraniczny smutek przytłoczył niezłomnego wędrowca i pozbawił go ostatnich sił ducha i ciała.
Po przybyciu do Petersburga Przewalski poddał się badaniom lekarzy (którym z zasady nie ufał), ci zaś stwierdziwszy krańcowe wyczerpanie nerwowe, radzili mu spędzić nieco czasu na wsi smoleńskiej. Przed wyjazdem do Otradnoje przekazał Przewalski obszerne zbiory botaniczne i zoologiczne Akademii Nauk, opublikował kilka tekstów w prasie naukowej, został członkiem honorowym zarówno Petersburskiej Akademii Nauk, jak i Ogrodu Botanicznego. Dowiedział się też o nadaniu mu kolejnych nagród i godności w Paryżu i Berlinie. W czerwcu 1878 był już w Otradnoje. Nie bacząc na dość chłodne tego roku lato, pływał w jeziorze, gimnastykował na wolnym powietrzu, oblewał się zimną wodą, polował. Energia, zdrowie, wola życia wracały, a razem z nimi – myśli o kolejnej wyprawie na krańce świata.

***













Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza